WYŚWIETLENIA

09 czerwca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. IX

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. IX




 Szalejąca inflacja była prawdziwym wyzwaniem dla każdego nowego rządu w roku 1923. Choć dotknęła ona wiele innych krajów Europy Środkowej (w tym Austrię i Węgry) to jednak największe spustoszenie poczyniła w Niemczech, a na drugim miejscu była właśnie Polska. 20 czerwca Ministerstwo Skarbu nie widziało już innego wyjścia, jak zamknięcie giełd pieniężnych i zawieszenie obrotu walutami. W czerwcu za jednego dolara płacono 140 tys. marek polskich, w lipcu już 230 tys. Pieniądze coraz bardziej traciły na wartości, a to powodowało że podatki również stawały się fikcją (np. w drugiej połowie 1923 r. podatek gruntowy za 1 hektara wynosił mniej więcej równowartość jajka). Wprowadzenie proponowanej przez Władysława Grabskiego (który pozostał na swoim stanowisku w nowym rządzie) reformy finansowej państwa, było odkładane przez rząd Chjeno-Piasta, gdyż politycy ci obawiali się że najbardziej uderzy owa reforma właśnie w ich wyborców. Z tego powodu Grabski podał się do dymisji 30 czerwca 1923 r. a jego miejsce zajął Hubert Linde, który rozpoczął urzędowanie od dodruku pieniądza, co jeszcze bardziej spotęgowało inflację. Ceny zmieniały się dosłownie z dnia na dzień, co jeszcze bardziej dezorganizowało gospodarkę. Rozpleniła się spekulacja i pojawiły się różnego rodzaju gospodarcze afery. Rząd próbował z tym walczyć metodami policyjnymi, co oczywiście nie mogło przynieść zamierzonych skutków na dłuższą metę. Inflacja oczywiście najbardziej uderzyła w ludzi najuboższych i tych, którzy wykonywali zawody tzw. fizyczne i którzy z reguły nie mieli wartości nie ulegających deprecjacji (jak np. złoto lub ziemia). Te same procesy wystąpiły w Niemczech, z tym że na znacznie większą skalę. Pieniądze stały się bezwartościowym świstkiem papieru, który nadawał się co najwyżej do ogrzania mieszkania w piecu, lub do wykonania z niego stroju (np. na przyjęcie karnawałowe lub sylwestrowe). Rozliczeń dokonywano w Niemczech w zasadzie jedynie w walucie stałej (czyli np. w złocie) lub też w walutach obcych (głównie w dolarach lub frankach), ewentualnie powrócił handel wymienny, czyli towar za towar.

Nieporadność rządu Witosa na polu gospodarczym, starano się w jakiś sposób przykryć amnestią, która miała wejść w życie 24 lipca 1923 r. Jednak na wniosek rządu Sejm 26 czerwca przyjął, iż planowana amnestia nie będzie obejmowała "wywrotowców powyżej 17 roku życia, skazanych za dążenie do rozpowszechniania zasad ustroju komunistycznego". Jednocześnie dwa dni później Sejm przyjął uchwałę na temat osoby Marszałka Józefa Piłsudskiego, w której można było przeczytać: "Sejm stwierdza, że Marszałek Józef Piłsudski jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz zasłużył się narodowi".

Z końcem czerwca Marszałek złożył również przewodnictwo w Ścisłej Radzie Wojennej (była to ostatnia z piastowanych przez Niego funkcji publicznych). A 3 lipca 1923 r. w Sali Malinowej hotelu "Bristol" w Warszawie, na pożegnalnym przyjęciu z oficerami z którymi przez lata współpracował, dał upust swemu zniesmaczeniu polską polityką po zakończeniu Wojny z bolszewikami. Tam właśnie znalazły się sławne potem słowa o "Zaplutym karle z rodzimych bagien, który bity po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko chce sprowadzić do swojego poziomu". Marszałek mówił: "Gdziekolwiek indziej wódz naczelny który jest zwycięzcą, jest czczony i czyni się wysiłki, aby błyszczał. U nas przeciwnie. Wódz musi iść do błota i dopiero gdy wystarczająco się tego błota napije, staje się godny Polski. (...) O co tu idzie? Tu idzie o plucie! Zapluty karzeł z bagien rodzimych pluje. Bity niegdyś po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko stara się sprowadzić do swojego poziomu".




Piłsudski po rezygnacji ze wszystkich urzędów wojskowych i politycznych, wycofał się do podarowanego mu przez Naród dworku w Sulejówku (zwanego Milusinem). Pani Aleksandra Piłsudska pisała potem, że to były najlepsze chwile w ich życiu, gdy mąż był w domu i gdy bawił się z córkami. Piłsudski uwielbiał ogród którym zajmowała się jego małżonka, ale sam nie potrafił zajmować się kwiatami (pani Aleksandra pisała też, że mąż pewnego razu próbował zająć się ogrodem i cały dzień kopał w ziemi, a potem na drugi dzień nie mógł się ruszyć z łóżka) i uwielbiał patrzeć jak robi to jego małżonka. Około godziny 21:00 Piłsudski siadał do pisania książek lub też przemówień z których rodzina żyła (bowiem Piłsudski zrezygnował z wszelkich uposażeń twierdząc, że nie ma prawa swoimi problemami finansowymi obarczać odrodzone Państwo). Ale i tutaj sam osobiście nie pisał, jedynie dyktował, chodząc wokół pokoju (najczęściej wokół stołu - bo to było rodzinne u Piłsudskich. Oni bowiem, jak mieli do rozważenia jakiś kłopot, to wzajemnie chodzili wokół stojącego na środku pokoju stołu i dla pani Aleksandry wyglądało to wówczas nieco komicznie). Pisaniem oczywiście zajmowała się Aleksandra Piłsudska, Marszałek tylko dyktował (i to często tak szybko, że nie nadążała za Nim). Kończono ową pisaninę ok. drugiej w nocy i udawano się do łóżek. Warto też dodać (już na marginesie) że Marszałek bardzo bał się duchów i szczególnie w Belwederze sypiał przy zapalonej lampce (twierdził bowiem że nocami po korytarzach Belwederu przechadzał się arcyksiążę Konstanty Pawłowicz, brat cara Aleksandra I i Mikołaja I, który w latach 1815-1830 był realnym władcą Królestwa Kongresowego. Jeszcze mała dygresja odnośnie Milusina. Według wspomnień publicysty i dziennikarza Ryszarda Wojny urodzonego w 1920 r. w końcu lat sześćdziesiątych przebywał on akurat w rejonie Sulejówka i pisał tak: "Było to w końcu lat sześćdziesiątych. Wojskowy gazik wiózł mnie do wojsk pancernych pod Sulejówkiem. Kiedy wyjechaliśmy w pierwsze uliczki, rzekłem - właściwie sam do siebie - to gdzieś tutaj mieszkał Piłsudski. Towarzyszący mi major, "politruk" zapytał z miejsca: "Chce pan zobaczyć tę willę?" Przytaknąłem. Młody kierowca wiedział, jak tam dojechać. Dom, w którym mieściło się wówczas przedszkole, był ładnie utrzymany. W ogrodzie bawiły się dzieci. Major z nieskrywaną dumą mówił, że to pancerniacy opiekują się obejściem, a wskazując ręką na duży kwiatowy klomb, dodał: "Powiedziano nam, że to jest grób Kasztanki, więc sadzimy tam kwiaty". Oniemiałem. Jak się miała oficjalna ideologia do poczucia ciągłości historii Polski?!"




Wcześniej, bowiem 24 czerwca 1923 r. ok. godz. 22:00 Krakowskim Przedmieściem wstrząsnęła potężna eksplozja. Bomba wybuchła w Gmachu Porektorskim Uniwersytetu Warszawskiego, w którym nie tylko wyleciały szyby z okien, ale również zawalił się dach. Biorąc pod uwagę wcześniejsze detonacje w czasie których nie było ofiar śmiertelnych (o których pisałem w poprzedniej części) tym razem była ofiara śmiertelna. To ciężko ranny profesor Roman Orzęcki, który szybko przywieziony do szpitala św. Rocha, zmarł tam nie odzyskawszy przytomności (odszedł znakomity ekonomista, który wcześniej - jeszcze w czasie zaborów będąc na Ukrainie, nie krył się ani ze swoją katolicką wiarą, ani też z polskim patriotyzmem). Siła wybuchu owej bomby lątowej (jak potem stwierdził ekspert, kapitan Zessel z Oddziału IV Sztabu Generalnego Wojska Polskiego) była bez porównania większa niż wcześniejsze detonacje. Nie tylko bowiem zawalił się dach budynku, ale również zniszczone zostały schody łączące poszczególne piętra. Ci, którzy zostali uwięzieni na wyższych piętrach, byli potem ściągani przez strażaków za pomocą drabin. Policja gorączkowo szukała sprawców, a politycy w Sejmie przerzucali się oskarżeniami kto mógł spowodować owe ataki. Jedni twierdzili że byli to z pewnością komuniści, inni zaś uważali że to endecja, jeszcze inni że to zwolennicy Marszałka itd. Prawda zaś była taka, że atakowano zarówno budynki należące do prawicy jak i lewicy oraz Żydów, co realnie wprowadzało zamęt i niepewność. Już bowiem dnia następnego 25 czerwca ktoś przekazał informację o podłożeniu kolejnej bomby pod lokalem jednej z żydowskich organizacji. Policja przeszukała teren i rzeczywiście znaleziono ładunek który nie eksplodował. Studenci na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowali pikietę, która miała być odpowiedzią na barbarzyńską śmierć lubianego przez nich profesora. Rektor uczelni Jan Łukasiewicz apelował o wyprowadzenie polityki z uczelni, ostatecznie wykłady zawieszono na dwa dni. Brak postępu w śledztwie kompromitował przede wszystkim rządzącą formację Chjeno-Piasta, dlatego politycy naciskali na komendanta policji, aby ten wreszcie dał im winnego, którego oni mogliby przedstawić społeczeństwu. Ostatecznie więc aresztowano pewnego studenta, u którego znaleziono w domu materiał wybuchowy, oraz piekarza, u którego policja znalazła siedem innych ładunków wybuchowych. 4 sierpnia z trybuny sejmowej minister spraw wewnętrznych Władysław Kiernik ogłosił, że wreszcie ujęto sprawców zamachów bombowych z Krakowa i Warszawy. Dodał również, że w nocy z 1 na 2 sierpnia aresztowano 10 członków tajnej organizacji - wśród których było dwóch oficerów Wojska Polskiego - którzy planowali kolejne zamachy i którzy byli powiązani z siatką komunistyczną. Posłowie lewicy ostro protestowali wobec takim faktom, twierdząc że ataki ustały z chwilą dojścia prawicy do władzy, czyli innymi słowy przestały być potrzebne.


ZAWALONY DACH 
GMACHU POREKTORSKIEGO 
UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO



Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło pięciu mężczyzn, w tym pirotechnik i jeden podporucznik. Ponoć miała ich rozpoznać adwokat Helena Dziewianowska, która tego dnia przechodziła obok budynku Uniwersytetu i widziała dwóch mężczyzn, których opisała jako oskarżonych. Uznano ich za agentów komunistycznych działających na zlecenie, ale wiele faktów było bardzo niespójnych, tym bardziej że gdy doszło do konfrontacji i Dziewianowska ponownie przyglądała się rekonstrukcji wydarzeń z tamtego feralnego dnia, już nie była taka pewna czy to owi mężczyźni są tymi, których należy oskarżyć o udział w zamachu. Poza tym ten, który miał być komunistą, okazał się bohaterem z czasów Wojny z bolszewikami, który otrzymał Krzyż Walecznych za męstwo w boju. Inny ze sprawców miał się okazać policyjnym agentem, który miał za zadanie przeniknąć do struktur Komunistycznej Partii Robotniczej Polski i ją zinwigilować. Ostatecznie tylko trzech mężczyzn usłyszało wyroki skazujące na 15 lat więzienia, byli to Mieczysław Krasiński, Mieczysław Rotter i Lucjan Maśliński (jednak zostali oni oczyszczeni z zarzutu ostatniego zamachu i śmierci profesora Orzęckiego). Natomiast porucznik Walery Bagiński i podporucznik Antoni Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, gdyż miano im udowodnić przynależność do KPRP i dążenie do "wielkiej rewolucji społecznej" i chęć przyłączenia ziem polskich do ZSRS. Ostatecznie nie zostali zabici, gdyż prezydent Wojciechowski zastosował prawo łaski, mieli też być wymienieni na przetrzymywanych na moskiewskiej Łubiance polskiego konsula w Gruzji Józefa Łaszkiewicza wraz z rodziną i księdza Bronisława Usasa. Do wymiany jednak nie doszło, gdyż gdy byli tam transportowani (w 1925 r.) Bagiński i Wieczorkiewicz zostali zastrzeleni przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę (zapewne kolejny sowiecki szpicel), który potem tłumaczył się iż "nienawidzi komunistów śmiejących się Polakom prosto w twarz". Został uniewinniony przez sąd. Według mnie jednak za tymi atakami od początku do końca stali Sowieci z grupy zamachowców Władimira Milutina. Oczywiście żadnych dowodów na to nie mam i mieć nie mogę, aczkolwiek należy pamiętać że właśnie wówczas (1923/1924) sowiecki wywiad dążył do wywołania w Polsce jak największego politycznego chaosu, a co za tym idzie również wszelkiego typu ataków bombowych i innych (w tym i zabójstw) w celu sprowokowania wojny domowej i umożliwienia sowieckiej interwencji w Polsce, która mogłaby dojść co najmniej do Niemiec. Oczywiście zamachy te miano przeprowadzać rękoma tutejszych komunistów, ewentualnie ludzi zwerbowanych lub przekupionych jak oficerowie, żołnierze czy studenci. Tak uważam i takie jest moje zdanie.

24 lipca 1923 r. w Lozannie zwycięskie mocarstwa I Wojny Światowej podpisały pokój z Turcją, na mocy którego wojska brytyjsko-francuskie wycofały się z Konstantynopola. Jednocześnie - po przegranej wojnie z Turkami - swoje ziemie (na których żyli tam od tysięcy lat) musieli opuścić Grecy. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie temu, aby Turcję uczynić republiką i znieść ostatecznie sułtanat osmański.




16 sierpnia władze polskie w Wielkopolsce i na Pomorzu rozwiązały niemiecki Związek Nauczycieli. Sprzedano również Zakłady Żyrardowskie francuskiej spółce Marcela Boussaca. Skarb Państwa poniósł na tej inwestycji duże straty, jako że sprzedaż nie uwzględniła dramatycznego spadku kursu marki polskiej. 

1 września 1923 r. straszliwe trzęsienie ziemi nawiedziło Japonię. Budynki w okolicach Kobe i Osaki waliły się jak domki z kart a rozszalałe pożary i uderzenia gigantycznych fal morskich, odbitych od poruszonego dna Pacyfiku, ostatecznie spowodowały śmierć 143 000 ludzi. Było to bez porównania największe trzęsienie ziemi w dotychczasowej historii Japonii.






W sierpniu 1923 r. Marszałek Józef Piłsudski wziął udział w II Zjeździe Związku Legionistów w Krakowie. Miesiąc później udzielił Marszałek wywiadu dziennikarzowi Władysławowi Baranowskiemu, w którym to żalił się, iż w odrodzonym państwie ogromne pole do popisu ma nie tylko obca agentura, ale również rodzimi inwigilatorzy (żalił się bowiem na podsłuchy telefoniczne i na ciągłą obserwację Jego osoby), mówił: "Widzę tu, pętające się dookoła mego domu rozmaite indywidua i coraz to nowe twarze. (...) Znam się na tym. Robią to przy tym tak niezgrabnie, nowicjusze. Inwigilują Naczelnego Wodza. (...) Mam w tym względzie swój pogląd i na wszystko jestem przygotowany" a po cichu dodał: "Mordercy".

W dniach 19 września - 2 października 1923 r. w miejscowości Bolszewo pod Moskwą odbył się II Zjazd Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Był to jednocześnie ostatni zjazd, na którym delegaci zostali wybrani w miarę demokratycznie, każdy następny skład partii był już z góry narzucany przez Moskwę. Ostatecznie wybrano 49 delegatów, a atmosfera zjazdu upływała pod znakiem bliskiego wybuchu rewolucji komunistycznej w Niemczech. W obradach uczestniczył również przewodniczący Komitetu Wykonawczego Kominternu Grigorij Zinowiew, który zapowiadał: "Rewolucja niemiecka jest nieunikniona i w najkrótszym zapewne czasie rozegrają się tam wypadki rozstrzygające. Stanie się to za parę miesięcy, być może wcześniej, raczej wcześniej niż później". Zinowiew z takim przekonaniem głosił rozpoczęcie rewolucji niemieckiej, gdyż wiedział już doskonale że na Kremlu zapadła decyzja o wsparciu sotni (zenturien) Brandlera - przywódcy niemieckich komunistów - który miał rozpocząć rewolucję najpierw w Dreźnie i w Saksonii, następnie w Hamburgu, potem w Berlinie i ostatecznie w całych Niemczech. Zinowiew podczas swej przemowy wielokrotnie podkreślał konieczność takiej rewolucji, a jednocześnie stwierdzał że: "Rosyjska partia komunistyczna, nasza Republika sowiecka, nawet gdyby tego chciała, nie mogłaby, nie potrafiłaby oddzielić swych losów od losów rewolucji niemieckiej". Oczywiście na końcu deklamował że: "my jesteśmy za pokojem", czyli stara śpiewka komunistów nawołujących do rewolucji wszędzie gdzie tylko można, a jednocześnie podkreślających że oni to są gołąbkami pokoju (swoją drogą jeszcze nie pisałem na temat gołębi, dlaczego to stały się symbolami pokoju. Gołębie bowiem są bardzo agresywnymi zwierzętami i raczej nie powinny być uważane za symbol pokoju, ale to opowieść na zupełnie inny temat). Komunistyczna Partia Robotnicza Polski jednocześnie na tym zjeździe deklarowała powrót do "haseł patriotycznych". Oczywiście uznawano polską niepodległość, ale deklarowano jednocześnie, że prawdziwa niepodległość będzie wtedy, gdy Polska opsze swą koncepcję na bratnim sojuszu z rewolucją niemiecką i rosyjską, na utworzeniu "Federacji Wolnych Republik Robotniczo-Chłopskich Europy" (czyli to, co mamy dziś, tylko w wydaniu Unii Europejskiej). Oczywiście uznawano że wschodnia granica Rzeczpospolitej musi zostać zmieniona, gdyż Ukraińcy, Białorusini i Litwini pragną "połączenia z ich braćmi po drugiej stronie słupów granicznych". Natomiast wyciszono negację zachodniej granicy Polski. Do 16-osobowego składu Komitetu Centralnego wybrano: Adolfa Warszawskiego-Warskiego, Marię Koszucką, Maksymiliana Horowitz-Waleckiego, Saula Amsterdama-Henrykowskiego, Henryka Bitner-Bicza, Juliana Bruna, Aleksandra Danieluk-Stefańskiego, Franciszka Fiedlera, Franciszka Grzelszczaka, Romana Jabłonowskiego, Władysława Stein-Krajewskiego, Osipa Kriłyk-Wasilkiw, Stanisława Mertens-Skulskiego, Ludwika Szabatowskiego, Jerzego Sochacki-Czeszejko i Wacława Wróblewskiego.




Sowieckie Politbiuro wyznaczyło datę wybuchu rewolucji w Niemczech na 9 listopada 1923 r. W tym celu do Niemiec przerzucono najróżniejszych agentów i współpracowników Razwiedupra (wywiadu wojskowego), INO (oddziału zagranicznego), GPU i Kominternu. Zakładano tam tajne bazy z bronią, formowano i szkolono oddziały bojowe Komunistycznej Partii Niemiec, a przede wszystkim przeznaczono na ten cel kwotę 300 milionów rubli w złocie, która była bez wątpienia astronomiczna, a jednocześnie pokazywała jak bardzo Sowietom zależało na wybuchu rewolucji w Niemczech i (po zwycięstwie) na połączeniu dwóch komunistycznych państw w celu dalszej ekspansji na Europę.

22 września w Bułgarii tamtejsi komuniści podjęli nieudaną próbę wszczęcia rewolucji komunistycznej. Bułgaria należała do państw, które znalazły się w obozie przegranych I Wojny Światowej. Przystąpiła do wojny 6 października 1915 r. po stronie Niemiec i Austro-Węgier (notabene wejście do wojny Bułgarii doprowadziło do załamania się obrony Serbów i zajęcia kraju przez wojska austro-węgierskie i bułgarskie). Gdy jednak wojna na Zachodzie dobiegała zwycięskiego dla aliantów końca, 29 września 1918 r. w Salonikach Bułgaria podpisała zawieszenie broni i wycofała się z wojny, 3 października abdykował dotychczasowy car Ferdynand I a jego miejsce zajął 24-letni syn Borys III. Kraj następnie został zajęty przez wojska francuskie, brytyjskie i włoskie, wprowadzono też stan wyjątkowy w całym kraju. Do tego dochodziły powojenne trudności gospodarcze, ogromna drożyzna i braki podstawowych towarów żywnościowych a także opałowych. Wszystko to stwarzało doskonałe podglebie dla wybuchu rewolucji komunistycznej. 27 lipca 1919 r. Bułgaria podpisała w Neuilly pod Paryżem układ pokojowy, na mocy którego traciła znaczne tereny na korzyść Królestwa Serbów Chorwatów i Słoweńców (czyli późniejszej Jugosławii), Rumunii i Grecji. W kraju nazwano to "Drugą katastrofą narodową" (pierwszą była klęska w wojnie z koalicją bałkańską i Turcją w roku 1913). W kolejnych latach trwała gospodarcza penetracja Bułgarii przez wielki międzynarodowy kapitał, to zaś doprowadziło iż już w 1921 r. wszystkie banki, cukrownie i prawie wszystkie kopalnie węgla oraz rud były w obcych rękach. W 1921 r. przyszło jeszcze załamanie gospodarcze, w wyniku którego wiele osób straciło pracę. Kryzys potęgował się i był to wymarzony czas dla Moskwy. Rządząca w kraju socjal-ludowa partia zemedelców Aleksandra Stambolijskiego wybitnie sobie nie radziła z tymi problemami. W kraju panowała też obawa przewrotu (czy to prawicowego czy lewicowego), tym bardziej że stacjonowały tu oddziały rosyjskiej, białogardyńskiej Armii gen. Wrangla, które przybyły tutaj na początku 1920 r. z Krymu. Ostatecznie rząd Stambolijskiego zmusił ich do złożenia broni i rozwiązania się, mimo to w kraju panowała atmosfera wrzenia. Domagano się aresztowania i surowego osądzenia sprawców klęsk z 1913 i 1918 roku (sprawcy wciągnięcia Bułgarii w wojnę w 1915 już wówczas zostali osądzeni i trafili do więzień), wręcz domagano się krwi za narodowe krzywdy. W nocy z 8 na 9 czerwca 1923 r. z poparciem cara Borysa, przeprowadzony został wojskowy zamach stanu przeciwko rządom zemedelców. Wojsko (i junkrowie Szkoły Wojskowej w Sofii) aresztowali wielu przedstawicieli tego stronnictwa, sam premier Stambolijski przybywał wówczas w swej rodzinnej wsi Sławowica, gdzie zorganizował opór chłopów, który załamał się już 11 czerwca. Aresztowany, został przewieziony do swej willi w Sławowicy, gdzie rozpoczęły się wielogodzinne tortury. Ostatecznie został tam też zamordowany. Nowym premierem 9 czerwca został Aleksander Cankow, organizator "Narodowego Porozumienia" (złożonego z partii demokratycznej, ludowej i radykalnej). By poprawić sytuację ekonomiczną kraju, nowy rząd zamierzał przede wszystkim zwiększyć liczbę godzin pracy, jednocześnie obniżając pensję robotnikom. 12 września aresztowano 2000 komunistów bułgarskich, gdyż spodziewano się przewrotu komunistycznego. Rzeczywiście doszło do niego w nocy z 22 na 23 września 1923 r. głównie w północno-zachodniej Bułgarii. Ostatecznie do 29 września (po krwawych walkach o kilka tamtejszych miast) rewolucja komunistyczna zakończyła się klęską, a sami rewolucjoniści z Georgij Dymitrowem na czele uciekli do Jugosławii.




10 października w Moskwie na Międzynarodowym Kongresie Chłopskim utworzono Międzynarodówkę Chłopską (Kriestintern) której to zastępcą sekretarza generalnego w latach 1923-1928 był działacz KPRP Tomasz Dąbal.


CDN.

08 czerwca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XIV

WOLNA WOLA a PRZEZNACZENIE


ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ" - ULUBIONA PIEŚŃ MEGO OJCA
(który zginął straszną śmiercią - zgnieciony przez dwa autobusy.
(Zdążyłem się jeszcze z Nim pożegnać gdy konał na moich oczach)



Czym jest Przeznaczenie? Czy jest to efekt tego, co koniecznie musi nas spotkać w życiu?, a jeśli tak, to jak można łączyć z tym pojęcie Wolnej Woli, którą (według różnych religii) człowiek został obdarzony przez Boga? Przecież logicznie myśląc Przeznaczenie i Wolna Wola... wzajemnie sobie przeczą. Weźmy przykład: idziemy do wróżki i prosimy ją by nam powróżyła co też spotka nas w przyszłości. Ona zaś dostrzega czekające nas w niedługim czasie nieszczęście, lub nawet śmierć. Jednak do zapowiadanego przez ową wróżkę nieszczęścia nie dochodzi. My oddychamy z ulgą i... uważamy że ktoś wystrychnął nas na dutka, każąc sobie za to jeszcze płacić. Ale czy to prawda? Czy rzeczywiście (przy założeniu że wizja lub sen wróżki, lub też jakiejkolwiek innej osoby był prawdziwy, a nie stanowił jedynie łatwego sposobu na dorobienie się) istnieje coś takiego jak Przeznaczenie, które od początku do końca wyznacza nasz ludzki los? Oczywiście Przeznaczenie istnieje, lecz jeśli tak, to jak jednocześnie może istnieć Wolna Wola, którą również ma posiadać człowiek? Ja sam, będąc dzieckiem, zawsze wierzyłem, że to właśnie ludzie poprzez swoje wybory - stanowią o własnym życiu, że każdy z nas jest: "kowalem własnego losu". Lecz jednocześnie (szczególnie od dziadków) słyszałem że: "Tam, w Niebie jest wszystko zapisane". Dziwiło mnie to i nie potrafiłem pojąć ani zaakceptować owego, wzajemnie się wykluczającego paradoksu. Jak to możliwe, by jednocześnie coś "było zapisane" i by to ludzie sami dokonywali wyborów dróg własnego życia - wówczas było to dla mnie nie do pogodzenia.

Wówczas! Dziś bowiem zupełnie nie dostrzegam żadnego paradoksu, ani wzajemnie wykluczających się pojęć, dziś widzę że istnieje zarówno Przeznaczenie (które jest z góry ułożone i "zapisane"), oraz Wolna Wola, która determinuje i kształtuje nasze wybory, a co za tym idzie - nasz los. Jeśli w przepowiedni ktoś (lub my sami) ujrzał naszą śmierć, czy inne nieszczęście, a tymczasem do tego wydarzenia nie doszło - o czym to świadczy? Że wróżka nas oszukała? Niekoniecznie, ona po prostu... ujrzała jedną z alternatywnych dróg naszego życia, lecz to my sami zdecydowaliśmy (często zupełnie nieświadomie) o zmianie naszego losu. Dlatego też należy stwierdzić (gdyż nie jest to domysł czy przypuszczenie, lecz pewność), że przeznaczenie owszem istnieje i jest zapisane "Tam" w "Zaświatach", lecz to właśnie Wolna Wola decyduje o jego kształcie. To Wolna Wola tworzy nasze przeznaczenie, gdyż to my sami decydujemy jak potoczy się nasze życie. Jakąkolwiek jednak wybierzemy drogę - będzie ona po prostu jedną z wielu alternatywnych rozwiązań w naszym życiu - nie tylko wcześniej "zapisanym", lecz także dokładnie przeanalizowanym i omówionym w "Świecie Dusz" (podczas przeglądu nowego życia - o czym już wcześniej pisałem). Są jednak ludzie, którzy nie tylko twierdzą że nie posiadają żadnej Wolnej Woli, czyli żadnego wpływu na bieg toczących się w ich życiu wydarzeń, lecz uważają jednocześnie że są jak te kłody, rzucone do rzeki przeznaczenia, której prąd wszystko znosi w jednym kierunku, bez możliwości zatrzymania się, czy chociażby zmiany jego kierunku.

Ludzie ci - widząc iż nie mają wpływu by pomóc cierpiącej i umierającej najbliższej im osobie - często sądzą że są właśnie jak te kłody rzucone do rzeki. Na nic nie mając wpływu, płyną z prądem przeznaczenia od swych narodzin do śmierci. Szczególnie silnie taki stan powoduje niemożność udzielenia pomocy cierpiącej ukochanej osobie, lub utrata najbliższych (rodziców, krewnych, czy - co szczególnie bolesne - własnych dzieci). Ale w tym przypadku my zapominamy o jednej bardzo ważnej rzeczy, jaką jest Wolna Wola. Myślimy że tylko my sami ją posiadamy. Opisujemy świat z punktu widzenia nas samych - czyli My i Reszta Świata. Przy tym wszystkim jednak zapominamy że osoby nam najbliższe, ukochane, nasze dzieci, rodzice, dziadkowie, wujkowie, przyjaciele - oni wszyscy również posiadają Wolną Wolę. Jeśli przydarzyło im się nieszczęście, które doprowadziło w konsekwencji do ich śmierci - to był ich wybór, to była jedna z dróg, którą podążyli. Oni zadecydowali - my decydujemy o naszym życiu. Podam przykład: kobieta w ciąży schodzi z piętra swego mieszkania po schodach drogą którą przemierzała wielokrotnie razy wcześniej. Teraz jednak w pewnym momencie się potyka i spada z owych schodów - w konsekwencji traci dziecko. Pytanie brzmi - czy gdyby nie zdecydowała się wówczas na zejście na dół, uratowałaby swą ciążę? - zapewne, lecz mogłaby wówczas wejść w inną "alejkę", która doprowadziłaby ją do jeszcze gorszego zakończenia (np. wpadłaby pod samochód, spiesząc się do pracy czy uczelni, gdyż... zaspała i pospiesznie rzuciła się przed siebie). Oczywiście wszystko mogłoby się również zakończyć szczęśliwie.

My jesteśmy panami własnego losu, to my decydujemy o tym jak zakończy się nasze życie (choć oczywiście jako żyjący ludzie - w ogóle sobie tego nie uświadamiamy). Musimy pamiętać że Przeznaczenie to jest suma wszystkich naszych uczynków spełnianych przez tysiące lat niezliczonych inkarnacji. Wszystkie te uczynki były spowodowane naszym własnym wyborem - Wolną Wolą. Dlatego też należałoby tu powiedzieć iż to Wolna Wola kształtuje nasze Przeznaczenie, zaś Przeznaczenie stanowi sumę wszystkich naszych Wolnych Wyborów. Jedno wynika z drugiego, jedno tworzy drugie - nie ma mowy o sprzeczności czy paradoksie. Poza tym zupełnie nie bierzemy pod uwagę, że owe nienarodzone jeszcze dziecko... może właśnie miało zginąć, będąc jeszcze w łonie swej matki, gdyż taki właśnie podjęło wybór. Są dusze, które aby się czegoś nauczyć, nie muszą wcale "się narodzić", wystarczy im wejść do niemowlęcego płodu, by już doświadczać. Na nasze własne wybory nakładają się również wybory karmiczne, oraz doświadczenia z poprzednich żywotów (lecz to my decydujemy o tym kiedy, jak i gdzie cokolwiek się stanie, oraz... czy stanie się właśnie w tym wcieleniu). Każda dusza, nim jeszcze wniknie do będącego w łonie matki ciała nienarodzonego jeszcze dziecka - już wie, czy ów płód zginie czy przeżyje, czy matka dokona aborcji, czy też zginie w wyniku "nieszczęśliwego zdarzenia losu" (oczywiście ta wiedza nie jest w 100%, o wszystkim bowiem decyduje nasz Wolny Wybór, są to raczej prawdopodobieństwa. Inną kwestią jest również fakt, że pewnych rzeczy w naszym życiu nie zdołamy uniknąć i musimy je przeżyć, gdyż są one konieczne dla naszego rozwoju, ale pomniejsze sytuacje do nich wiodące - tak zwane "dróżki" - zależą już bezpośrednio od nas samych).

Dlatego też musimy pamiętać, że to, co nas spotyka - to suma nie tylko naszych własnych wyborów (często karmicznych pozostałości z poprzednich wcieleń) które tworzą nasze własne Przeznaczenie, lecz również nasze wybory łączą się z wyborami innych ludzi (innych dusz) wchodzących z nami w korelacje za życia. Suma tych wyborów - wpływa na to co przyniesie nam (wszystkim) przyszłość. Jest jeszcze jedna rzecz, o której - my - żyjący ludzie często zapominamy. Prócz Wolnej Woli, która wyznacza nasze Przeznaczenie, wszyscy ludzie (w zasadzie wszystkie istoty rozumiane jako całość, ale skupmy się na ludziach) są chodzącymi... budkami telefonicznymi. Co to znaczy? Spójrzmy na poszczególne światowe religie - wielu ludzi którzy kiedyś byli głęboko religijnymi osobami, na pewnym etapie swego życia porzuciło wiarę i wyznawaną wcześniej religię. Stali się ateistami lub agnostykami. Ci, którzy w wierze wytrwali straszą tamtych iż będą się po śmierci "smażyć w ogniu piekielnym", lub że nie doczekają Armageddonu i nie będzie im dane nowe życie w raju na Ziemi, który oferuje im Jahwe/Jehowa (po wcześniejszym zgładzeniu wszystkich niewierzących i odstępców - czyli w przekonaniu "wiernych" - wszelkiego zła). Takie wzbudzanie lęku (lub przynajmniej ostrzeżenia typu: "Chodź z nami bo zginiesz"), na pewno nie powodują zmiany nastawienia odstępców, a wręcz przeciwnie, tym gorzej ustosunkowują ich do danej wiary i religii.

Lecz tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia to, jaką religię wyznajemy, w jakim obrządku się modlimy i którym bogom składamy ofiary. Nie ma znaczenia że nie potrafimy "naukowo" udowodnić istnienia Boga, by przekonać tych niewierzących. Tak naprawdę znaczenie ma tylko jedno - wszyscy jesteśmy... budką telefoniczną. Piszę trochę kolokwialnie, gdyż pragnę przez to powiedzieć że MY WSZYSCY zawsze i w każdym momencie, z każdym problemem możemy zwrócić się do... Wyższej Instancji (i nie ma znaczenia jak Ją nazwiemy - Bogiem/Źródłem, Aniołem Stróżem/Przewodnikiem, Losem czy Przypadkiem. Ja jednak preferuję abyśmy głównie zwracali się do naszych Przewodników lub Opiekunów, ale nawet jeśli zwracamy się bezpośrednio do Boga to to nie ma też większego znaczenia, te myśli i modły i tak zostaną przechwycone przez naszych Opiekunów). Każdy z Nas, bez znaczenia wierzący czy niewierzący, Katolik, Muzułmanin, Żyd, Buddysta, Świadek Jehowy czy ktokolwiek inny - każdy z nas może zawsze i w każdym momencie swojego życia - połączyć się właśnie z ową Wyższą Instancją (i nie ma najmniejszego znaczenia czy w nią wierzy). To piszę nie jako osoba pomagająca sobie wynikami sesji hipnoterapeutycznych, ale jako "ja" sam we własnej osobie. Wszystko to o czym teraz piszę - doświadczyłem na sobie samym, przeżyłem i przeżywam to wciąż. A na czym polega owe "połączenie telefoniczne" skoro nie trzeba nawet wierzyć w istnienie owej Wyższej Instancji? Na prośbie. Trzeba niestety się przemóc i poprosić o pomoc (choćby "krasnoludków z zaczarowanego lasu", jeśli nie chcemy używać słowa "Bóg"). Ja tego doświadczyłem wielokrotnie (i wciąż doświadczam) i powiem... TO DZIAŁA (działa cholernie skutecznie).

Często było tak, że stawałem przed problemami które (z mojego punktu widzenia) wydawały się beznadziejne. Były tak diabelnie trudne do rozwiązania, że bałem się w ogóle je zaczynać i próbować rozwiązywać. Wówczas w duchu prosiłem (Boga-Źródło-Przewodnika-Opiekunów) o pomoc, o wsparcie. Prosiłem o radę i wskazanie odpowiedzi, jak powinienem postąpić, lecz przede wszystkim o pomoc w rozwiązaniu problemu. Wiem, że to co teraz napiszę, zabrzmi głupkowato, ale nie było momentu, nie było prośby która by została (przez ową Wyższą Instancję) zlekceważona (aby ten proces przyspieszyć, pamiętajmy żeby w naszej głowie powstała myśl, która będzie myślą skończoną danego wydarzenia, innymi słowy powinno to brzmieć następująco: "Dziękuję wam moi Opiekunowie za to, że zdałem egzamin na prawo jazdy, albo za to że odwiedziłem moją dawno nie widzianą znajomą" i w głowie natychmiast pojawia się myśl spotkania z tą znajomą i zakończenia pozytywnie tego egzaminu na prawo jazdy, choć realnie jeszcze do tego nie doszło. To jest technika którą wykorzystują również najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie tego świata - umiejętność używania własnego mózgu w połączeniu z opieką naszych Przewodników). Wówczas wszystkie problemy, które wydawały mi się na początku tak trudne że prawie nie do rozwiązania, z czasem (nie wiem jak długim, ale zwykle dość krótkim) - rozwiązywały się po prostu same. Ja prosiłem o wsparcie i pomoc i ona ZAWSZE przychodziła. Nie pamiętam sytuacji, gdy o coś poprosiłem (oczywiście  rzadko myślałem o rzeczach materialnych, lecz skupiałem się na wsparciu i podpowiedzi, jak rozwiązać ten jeden - jedyny kłopot, przed którym w danym momencie stawałem, chociaż, czasem było również i tak że miałem pewne problemy finansowe, na przykład kontrahent nie dokonał przelewu a ja nie miałem pieniędzy żeby zapłacić ludziom pensję, wówczas odnosiłem się właśnie do tej sytuacji że te pieniądze już są na koncie i jednocześnie prosiłem o to Opiekunów. Nie powinno się jednak prosić ich o rzeczy materialne, wiem o tym, ale... niekiedy robię pod tym względem wyjątki 😉), by to następnie jakoś samo się nie rozwiązało.

I mogę z tego miejsca powiedzieć - TO SIĘ NIGDY NIE SKOŃCZY, nigdy nie "przeciągnę struny", jeśli tylko moje myśli będę kierował w stronę konkretnych spraw, tyczących mnie, moich bliskich, przyjaciół i innych ludzi z którymi wchodzę w interakcje. Nam się bowiem wydaje że ten świat tu na Ziemi jest pełen cierpienia i bólu, że nasze życie szybko się kończy i nawet jeśli wracamy w "Zaświaty", to znów przygotowujemy się do kolejnych "narodzin w piekle". Tak naprawdę cała tajemnica wyraża się w ciągłym dążeniu do doświadczania, ale... nie oznacza to że my koniecznie MUSIMY cierpieć i doznawać tych wszystkich trudów naszego życia. My jesteśmy częścią Światła, które nie pragnie wcale naszego cierpienia i bólu (nawet jeśli jest to kwestia doświadczenia - trudno to wytłumaczyć, więc na razie sobie odpuszczę). Źródło (Bóg/Stwórca/Demiurg Wszechrzeczy) pragnie naszego szczęścia, pragnie jak najszybszej z nami bliskości. Ale nim to się stanie, czeka nas trudna droga przez bezdroża Przeznaczenia. My jadąc wozem o nazwie Wolna Wola, czujemy się na tej drodze (i każdej innej w którą skręcamy) trochę zagubieni, zdezorientowani i niepewni. Tak niewiele świateł, tak wiele ciemnych zaułków iż nie potrafimy powstrzymać uczucia lęku. Lecz my w "swym pojeździe" mamy zamontowany "system nawigacyjny" i "CB Radio", z którego jednak większość z nas nie chce skorzystać, a inni nie uświadamiają sobie nawet tego, że coś takiego ze sobą posiadają.


CDN.

07 czerwca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXVII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXVII



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. V






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. V



OMRYDZI
(885 - 841 r p.n.e.)
Cz. I





 Po wycofaniu się z ziem dawnego Kanaanu egipskiej armii faraona Szeszonka I, poszczególne regiony tej ziemi w odmienny sposób wracały do dawnej świetności. Egipski najazd największą katastrofą był dla ziem Filistei i Szefeli, a także dla Judei, Najlepiej zaś i najszybciej odbudował się po zniszczeniach Izrael, przejmując odtąd całkowitą dominację nad Palestyną. Juda próbowała go gonić, lecz nie była w stanie sprostać tej konkurencji i choć oficjalnie pomiędzy oboma krajami istniał stan zimnej wojny (a granica - oczywiście przy uwzględnieniu wszystkich warunków panujących w tamtym okresie starożytności - przypominała dzisiejszą granicę pomiędzy Koreą Północną i Południową), nieustannie dochodziło do mniejszych lub większych podjazdów na graniczne tereny, a oba te kraje wzajemnie się nie uznawały i oba uważały się za prawdziwych reprezentantów dawnego Królestwa Izraela. Król Judy - Roboam zmarł ok. 914 r. p.n.e. Władca Izraela - Jeroboam zaś ok. 910 r. p.n.e. Na tron w Sychem wstąpił teraz jego syn - Nadab. Był to wojowniczy król, który pragnął swoje władztwo rozszerzyć kosztem przede wszystkim osłabionej egipskim najazdem Filistei i wyruszył przeciwko przygranicznemu (leżącemu na północ od Ekronu) miastu Gibbeton. Filistyni jednak stawili zacięty opór i nie poddali Nadabowi swego miasta. Ponieważ izraelski atak zakończył się porażką, Nadab stracił poważanie swoich żołnierzy, którzy swym wodzem obrali niejakiego Baaszę, a ten pozbawił życia Nadaba (909 r. p.n.e.). Tak oto w Izraelu zakończył się krótkotrwały epizod efraimickiej dynastii Jeroboama (złożonej zaledwie z dwóch przedstawicieli i trwającej niecałe dwadzieścia lat).




Baasza zaś pochodził z plemienia Issachara (ziemie tego plemienia leżały na południe od jeziora Kinneret - które to w czasach Jezusa otrzymało nazwę jeziora Genezaret, w północnym Izraelu). Wybrany został przez wojsko jako wódz, który miał dokończyć podbój Gibbetonu, ale zadanie to okazało się niewykonalne i Izraelici zawrócili do siebie. Baasza panował przez ponad dwadzieścia lat (do 886 r. p.n.e.) i przez cały ten okres starał się rozbudować potęgę Izraela, co mu się poniekąd udało - choć jego ekspansja skierowała się nie przeciwko Filistei, a przeciw Judzie. Po dwudziestu latach panowania (ok. 890 r. p.n.e.) praktycznie w całości podporządkował sobie ziemie plemienia Beniamina (jednego z dwóch plemion z którego składało się Królestwo Judy), zajmując Mispę i dochodząc do Gibei (zaledwie kilka kilometrów na północ od Jerozolimy). Na ziemi Beniamina Baasza wzniósł potężną twierdzę w mieście Ramataim (zwanego też Ramą), dzięki czemu mógł zagrozić samej stolicy królestwa Judy. Wówczas w Jerozolimie (od ok. 911 r. p.n.e.) panował wnuk Roboama i syn Abijasza (914-911 r. p.n.e.) król Asa z Judy. Wiedział on dobrze czym grozi bliskie sąsiedztwo coraz potężniejszego Izraela, tym bardziej że utracił tereny plemienia Beniamina. Wiedział też że jego własne siły są zbyt słabe, aby mogły podjąć się konfrontacji z armią Izraela, dlatego też sprzymierzył się z potężnym, północnym Królestwem Aramu (Syria). Od czasu gdy w Damaszku władzę przejął aramejski watażka imieniem Rezon (ok. 935 r. p.n.e.) Aram zaczął dynamicznie się rozwijać i nie posiadając żadnych okolicznych wrogów - stał się prawdziwą lewantyńską potęgą na południe od Eufratu i na północ od Synaju (co prawda już wtedy rosła mu konkurencja w postaci Asyrii, a Tikulti-Ninurta II - panujący w latach 890-884 p.n.e. - ok. 885 r. p.n.e. podbił leżące bezpośrednio nad Eufratem aramejskie państewko Lake - dotąd z powodzeniem osłaniające wschodnie granice Aramu od Asyrii (notabene w Terka znaleziono pomnik owej bitwy stoczonej wówczas nad Eufratem przez Tikulti-Ninurtę II, który przedstawiał boga burzy i piorunów Assura - zabijającego toporem rogatego węża, który był symbolem Aramejczyków).


ASYRYJSKI WOJOWNIK



Teraz król Asa z Judy zwrócił się z prośbą o pomoc do władcy Aramu (wnuka Rezona) Ben-Hadada I (888-873 r. p.n.e.) ofiarowując mu bogate dary, prosił, aby ten zaatakował Izrael z północy i zmusił go do wycofania się z ziem Beniamina. Tak też się stało (najwidoczniej w tamtym czasie Aramejczycy z Damaszku w dalszym ciągu lekceważyli niebezpieczeństwo grożące im od północnego-wschodu, z Asyrii, albo po prostu wierzyli w swoją siłę). Atak był tak silny, że Baasza musiał ewakuować twierdzę Ramataim i wycofać się z kraju Benjamina, gdyż zagrożona została cała północna granica jego Królestwa. Mimo tego nie udało mu się ocalić wszystkich swych terenów i ziemie plemienia Neftalego (praktycznie w całości) zostały zajęte przez Aramejczyków (ok. 886 r. p.n.e.). Utrata ziem Benjamina i Neftalego była dla Baaszy tak wielkim ciosem, że król ten wkrótce potem zmarł (wiadomo jednak że nie zginął na polu bitwy, czyli musiał umrzeć przytłoczony spadającymi na jego Królestwo klęskami, zapewne też był już w sędziwym wieku). Władzę przyjął teraz jego syn Ela, który jednak długo sobie nie pokrólował, gdyż już w roku następnym (885 r. p.n.e.) on i wszyscy jego synowie zostali zamordowani przez niejakiego Zimriego - wywodzącego się z plemienia Symeona (plemię to leżało na południe od Królestwa Judy, ale wydaje się że nie było mu podporządkowane), który został nowym królem Izraela. Od razu też postanowił on wznowić wojnę przeciw Filistynom i wyruszył na miasto Gibbeton, którego nie udało się zdobyć Nadabowi i Baaszy. Tam jednak doszło do rebelii i po kilkunastu dniach swego panowania Zimri został obalony i zamordowany przez Omriego - dotychczasowego wodza wyprawy na Gibbeton, teraz wybranego przez swych żołnierzy nowym królem Izraela. Zimri był znienawidzony przez otoczenie Omriego, gdyż zamordował Elę który podobnie jak Omri wywodził się z plemienia Issachara. 

Jednak nie całe wojsko - zebrane pod Gibbeton - poparło Omriego, część wybrała swego kandydata na króla w osobie Tibniego, dotychczasowego królewskiego zarządcy. Tibni pierwszy zajął Sychem, zaś Omri królował w Tirsie w kraju Manassesa (pisałem o tym mieście w poprzedniej części, leżało ono na północ od Sychem i na wschód od Samarii, która wówczas jeszcze nie istniała). Przez kolejne cztery lata trwała wojna domowa, która zakończyła się ostatecznie zdobyciem Sychem i upadkiem oraz śmiercią Tibniego (ok. 881 r. p.n.e.). Od tej pory pełnię władzy przejął Omri, zakładając swoją własną dynastię, która uczyniła z Izraela potęgę lewantyjską - odbierając owe pierwszeństwo Aramowi. Za czasów Omriego zresztą (881-873 p.n.e.) kierunek konfrontacji Izraela uległ zmianie, skupiając się na granicy północnej i walce z Aramejczykami z Damaszku. Konflikt Omriego z Ben-Hadadem I doprowadził do odzyskania ziem plemienia Neftalego i wypędzenia Aramajczyków ponownie za Jordan. Jednocześnie Omri, zdając sobie doskonale sprawę że nie może toczyć wojny na dwóch frontach, zawarł pokój z królem Judy Asą (godząc się na utratę przez Izrael ziem plemienia Beniamina), a także nie podejmował walk przeciwko Filistynom. Ostatnie lata rządów Omriego były zapowiedzią nadchodzącej dominacji Izraela nie tylko nad całą Palestyną, ale wręcz nad Lewantem. Gdzieś tak ok. 875 r. p.n.e zawarł on pokój z królem Ben-Hadadem I (tamten musiał zaakceptować utratę ziem Neftalego) oraz zezwolił aramejskim kupcom na stworzenie ich własnej dzielnicy w założonej przez Omriego nowej stolicy Izraela - Samarii. Jednocześnie zawarł trwały układ z królem-kapłanem Tyru - Etbaalem (875-844 p.n.e.), dzięki czemu kupcy z Izraela mieli dostęp do tamtejszego portu i nie musieli - jak dotąd - polegać tylko na handlu z Filisteą i Szefelą (które to krainy, pomimo upadku politycznego, wciąż dominowały gospodarczo i kulturalnie nad ziemią Kanaan). Sojusz z Etbaalem został przypieczętowany małżeństwem syna Omriego - Achaba z córką króla-kapłana Tyru - Jezabel.

 


Omri rozpoczął budowę nowej stolicy Izraela - Samarii, zaraz po pokonaniu Tibniego i przeniósł się tam już dwa lata później (ok. 879 r. p.n.e.). Do tego czasu zdążył jednak w Tirsie zbudować dla siebie (niedawno odkopany przez archeologów) wspaniały pałac. Samarię wzniesiono na wzgórzu - nieopodal znajdującej się tam wówczas nie ufortyfikowanej wioski - skąd roztaczał się piękny widok na całą "Drogę Morza", biegnącą aż do krainy Szaron, leżącej nad brzegiem Morza Śródziemnego (zwanego wówczas przez Izraelitów Wielkim Morzem). Samaria - osłonięta z trzech stron górami, otrzymała również grube i solidne mury, zaś plan miasta wyglądał następująco. Najwyższe wzniesienie miasta przeznaczył Omri na swoją siedzibę i tam wzniósł dla siebie i swych potomków pałac królewski, wokół którego zaczęły powstawać również i domostwa wielmożów, magazyny oraz zbudowano własne ujęcie wody. Teren Górnego Miasta został dodatkowo otoczony oddzielnym murem. W Dolnym Mieście zaś mieszkali zwykli Izraelici, a było ono najrozleglejsze i dzieliło się na kilka dzielnic (m.in. na dzielnicę aramejską - o czym wspomniałem wyżej). Omri pragnął aby jego nowe miasto przyćmiło swym pięknem i bogactwem Jerozolimę. Problem tylko polegał na tym, że w mieście nie przewidziano żadnej bożnicy ku czci Jahwe, a ponieważ wcześniej była to wioska kananejska i teren ten został zakupiony przez króla od pewnego Kananejczyka, to nawet odkopane współcześnie meble królewskie noszą ozdoby bóstw kananejskich, co tylko świadczyło o tym, że kult Jahwe (pomimo sanktuarium w Betel i w kraju Dan), był bardzo słabo rozpowszechniony na Północy (nic więc dziwnego że jerozolimscy arcykapłani tamtejszej Świątyni uważali Izraelitów z Północy za pogan, a wręcz nawet za odstępców od wiary mojżeszowej i stąd wzięło się potem pogardliwe określenie Samarytanina, które przetrwało w Biblii w postaci przypowieści o "dobrym Samarytaninie". Dobrym, czyli wyjątku od reguły, bowiem dla Judyjczyków Samarytanie byli źródłem wszelkiego zła).


KRÓL I KAPŁANI U STÓP BOGA ASSURA



Omri zmarł ok. 873 r. p.n.e. W tym samym czasie zakończył swój żywot również władca Syrii Ben-Hadad I, a wkrótce potem zmarł król Judei Asa (ok. 870 r. p.n.e.). Z dziejowej sceny odchodziło to pokolenie, które wychowało się w atmosferze wzajemnej konfrontacji, ale które z czasem nauczyło się współpracy i pokojowego współistnienia. Dla Aramejczyków z Damaszku nadchodziły ciężkie czasy, bowiem Asyria z każdym rokiem rosła w siłę, a tamtejsi królowie - oddający cześć niezwykle wojowniczemu i krwawemu bóstwu burzy i piorunów Assurowi - myśleli już o kolejnych podbojach. A na tron w Samarii wstąpił teraz po swym ojcu Achab, tak jak w Jerozolimie władzę objął syn Asy Jozafat. Natomiast w dalekim Assur władzę objął wojowniczy Aszurnasirpal II, który wkrótce poważnie zagrozi równowadze sił całego Lewantu.






CDN.

06 czerwca 2026

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. III

 AUSROTTEN!





AKT I
"NIEMIECKA POLSKA
(1916 - 1918)
Cz. II






EPOKA BISMARCKA
(1862 - 1890)
Cz. I


"POLAK TO NAJGORSZA, NAJBARDZIEJ GODNA POGARDY, NAJPODLEJSZA (...), NAJGŁUPSZA, NAJBARDZIEJ PLUGAWA, NAJPODSTĘPNIEJSZA I NAJTCHÓRZLIWSZA KREATURA POŚRÓD WSZYSTKICH MAŁP, KTÓRE KIEDYKOLWIEK BYTOWAŁY W LASACH AMERYKI I KRÓLESTWA KONGO"

NIEMIECKI APOKRYF Z ROKU 1779
NIEZNANEGO AUTORSTWA 
(Stefan Żeromski w powieści "Wiatr od morza" - z pewnością błędnie - przepisał jego autorstwo królowi Prus Fryderykowi II Parszywemu Wielkiemu)



 Stosunki Polaków i Niemców począwszy od średniowiecza nie były łatwe. Od pierwszej (udokumentowanej w źródłach) wojnie władcy Lechitów - Mieszka I z ciotecznym bratem cesarza rzymskiego Ottona I Wielkiego - Wichmanem w 963 r. Trwały cykliczne wojny i najazdy. Oczywiście nie brakowało też bliskich kontaktów Monarchii Piastowskiej/Lechickiej Cesarstwem Rzymsko-Niemieckim w formie koligacji małżeńskich czy związków o charakterze polityczno-wojskowym. Podczas zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r. cesarz Otton III uznał Bolesława I Chrobrego za równego sobie (co było niespotykane w tamtych czasach), symbolicznie koronując go swoją własną koroną ściągniętą z głowy. Po tym wydarzeniu zainteresowanie oboma krajami znacznie wzrosło wśród rycerstwa i duchowieństwa obu Narodów (rycerze polscy zaciągali się na służbę u niemieckich panujących książąt, natomiast polscy władcy przyjmowali do siebie na służbę niemieckich rycerzy, zaś duchowieństwo niemieckie licznie napływało na polskie ziemie, zasiedlając biskupstwa i diecezje). Rozbicie Monarchii Piastowskiej na poszczególne dzielnice w roku 1138 (a szczególnie po śmierci Mieszka III Starego w 1202 r.) ułatwiło niemiecką kolonizację (szczególnie) zachodnich regionów państwa polskiego, a polscy książęta piastowscy (książęta dzielnicowi, np. na Śląsku czy Pomorzu) germanizowali się w dość szybkim tempie (np. książę wrocławski Henryk Probus, który bardzo słabo mówił po polsku, używając głównie języka niemieckiego). Niemiecka kolonizacja miast polskich już na początku XIV stulecia stała się dużym problemem (po buncie mieszczan krakowskich pod wodzą wójta Alberta i biskupa Jana Muskatę - obaj byli po pochodzenia niemieckiego - przeciwko władzy księcia Władysława Łokietka w Krakowie w roku 1311, ten post tłumieniu buntu (kwiecień 1312) okrutnie ukarał niemieckich mieszczan Krakowa (którym marzył się niemiecki władca, król Czech Jan Luksemburski), karząc wszystkim powtarzać słowa: "Soczewica, koło miele młyn". To nie potrafił poprawnie tego wypowiedzieć, ten szedł na szafot jako Niemiec (niemieccy rajcy miasta już wcześniej wisieli na szubienicach). 




Ostatecznie po roku 1410 i wielkiej bitwie pod Grunwaldem z zakonem niemieckich rycerzy (Krzyżaków) powoli stosunki polsko-niemieckie zaczęły się normalizować (polska granica zachodnia już od końca wieku XIV była najspokojniejszą ze wszystkich granic Królestwa Polskiego). Mimo to niemieckie przekazy na temat ziem polskich były skrajnie niedoszacowane, a często najeżone stereotypami i mało wiarygodnymi informacjami (np. w wydanej w roku 1493 w Norymberdze przez Hartmanna Schedla "Księdze Kronik" {"Buch der Chroniken"} streszczającej historię Europy, strony poświęcone Polsce {zatytułowane: "W pobliżu Europy: Sarmacja, zwana Polską"} były raczej zbiorem negatywnych uwag o lesistych połaciach, pełnych dzikiego zwierza, rozległych pustkowiach, gdzie panuje "ostre powietrze" i "wielkie zimno", o "niezbyt pięknych miastach" i zabudowaniach drewnianych domów polepionych gliną. Jedyne pozytywne uwagi autora dotyczą samego stołecznego Miasta Kraków. W wieku XVI i XVII informacje o Polsce jakie powstawały wśród autorów niemieckich, były po części negatywne, po części... pozytywne. (🥴) Co się tyczy negatywów to twierdzono że lud polski jest nieokrzesany i przynależny ludom azjatyckim a nie europejskim, że Królestwo Polskie to peryferia Europy, a w zasadzie to już Azja, że kraj jest źle gospodarowany a ludność butna i mało cywilizowana. Co się tyczy pozytywów to twierdzono iż Polacy są niezwykle gościnnym narodem, gdzie można znaleźć schronienie bez względu na wyznawaną wiarę czy poglądy, że polska szlachta jest jedną z najbarwniejszych - jeśli w ogóle nie najbarwniejszą - w całej Europie, a ustrój Polski (zgodnie z twierdzeniami francuskiego prawnika Jeana Bodina) jest jednym z lepszych jaki panuje w Europie, a na pewno jest najbardziej wolny ze wszystkich, zapewniający obywatelom pełną wolność wyznania, mowy i przekonań.

Pięknie zostało to odwzorowane na dworze księcia Fryderyka wirtemberskiego w Tybindze, gdzie w początkach XVII wieku organizował on na tamtejszym uniwersytecie, popisy krasomówcze poszczególnych nacji (studenci dzielili się na dwie strony i jedna wygłaszała nagany, a druga pochwały danych nacji). Mowę oskarżycielską przeciwko Polakom wygłosił tam Akacjusz Akseliusz de Gaexholm, a laudację zaprezentował Maksymilian de Mosch. Ten pierwszy twierdził że klimat Polski jest surowy i porównywalny tylko z prostactwem jej mieszkańców, Polska jest krajem biednym, pozbawionym bogactw i obfitości a jedynie pełnym ubóstwa, Polacy zaś nie mają w sobie ani krzty elegancji i szyku, religia chrześcijańska zaś została w Polsce zeszpecona "okropnościami zabobonów", prosty lud żyje w pohańbieniu i śmiertelnym lęku przed swymi panami, szlachta polska zaś mocna jest jedynie w słowach, zaś brakuje jej cnót i że Polacy celowo wybierają sobie na królów ludzi obcego pochodzenia, gdyż nikt godny sprawowania władzy tam się nie rodzi. De Mosch zaś sławił ogładę, gościnność i wykształcenie Polaków, a przede wszystkim polskiej szlachty, twierdząc że znajomość języków obcych jest tam powszechna, poza tym Polska posiada liczne bogactwa naturalne które warte są podkreślenia, lud to jest waleczny i pobożny, szlachta niezwykle zgodna (?), twierdził dalej: "Polacy bowiem oprócz owego splendoru płynącego z ich ogłady, wiedzy, pobożności, ponad inne narody są dzielni i z natury nieugięci tak, że niełatwo podają się rozkazom i nie ogarnia ich przerażenie pod wpływem niebezpieczeństwa. Śmierć chwalebną uważają za znamię nieśmiertelności, życie ocalone przez haniebny występek uważają za gorsze od jakiejkolwiek śmierci. Przed niczym się nie wzdrygają, by uniknąć hańby; niczego nie zrobią, by uniknąć śmierci".




Negatywne opinie o Polsce zaczęły pojawiać się coraz częściej z końcem wieku XVII a szczególnie z początkiem XVIII. Wówczas na opisanie polskiego ustroju zaczęto używać takich pojęć jak: "Anarchie", "polnische Freiheit" ("polska wolność" oczywiście w sensie ironicznym), "zerrissener Reichstag" ("zerwany Sejm") czy "Verwirrung" ("zamęt"). Im bardziej Polska politycznie i militarnie upadała i słabła na arenie międzynarodowej w wieku XVIII, tym bardziej w niemieckiej publicystyce pojawiał się wizerunek Polaka jako tępego, podgolonego szlachcica przy szabli, w długim stroju (co uważano za element wschodni, a nawet azjatycki) i coraz częściej przytaczano dawne powiedzenie, jeszcze z końca XVI wieku, które brzmiało: "Od Włochów dzielą nas Alpy, od Francuzów - rzeki, od Anglików - morze, od Polaków - tylko nienawiść" (notabene w Polsce też istniało podobne powiedzenie, które brzmiało: "Jak światem, Niemiec nie będzie Polakowi bratem", albo "Jak nie będzie z zimy lata, tak nie będzie z Niemca brata", czy: "Pierwej połkniesz promień słońca, nim z Niemcami dojdziesz końca"). Oczywiście oprócz tych negatywnych skojarzeń, były również i rzeczy pozytywne, jak choćby wzajemne przenikanie się słów zarówno niemieckich do języka polskiego jak i polskich do niemieckiego, oraz liczniejsze wizyty Niemców w Rzeczpospolitej w czasach rządów saskich Wettynów (1697 - 1763). Liczni Niemcy, którzy odwiedzali wówczas Polskę i Litwę, podkreślali przede wszystkim elegancję dworu monarszego i magnackich pałaców, dorobek kulturalny i naukowy wielu twórców polskiego baroku, a także... sprawność komunikacji pocztowej. Niestety, ci którzy mieli nieprzyjemność gościć w polskich zajazdach, podkreślali brud oraz katastrofalny stan traktów i mostów (rzeczywiście to akurat było u nas na dość niskim poziomie, ale trzeba pamiętać że Niemcy mieli niezłego fioła pod tym względem i często krytykowali również wiele krajów Europy Zachodniej właśnie pod względem dróg, mostów jak i czystości w zajazdach). Ostatecznie w drugiej połowie XVIII wieku pojawiło się w niemieckiej publicystyce określenie, które zrobi ogromną karierę w wieku XIX i na początku wieku XX, a mianowicie: "polnische Wirtschaft" ("polskie gospodarowanie"), jako synonim permanentnego zaniedbania i nieporządku.




W roku 1784 pisał o tym (do swojego wydawcy) zaraz po przyjeździe do Wilna, niemiecki przyrodnik i podróżnik Georg Forster, który w latach 1784-1787 piastował godność profesora na Uniwersytecie Wileńskim. Oto co (m.in.) znalazło się w jego liście: "Na temat polskiego gospodarowania, o nieopisanym brudzie, lenistwie, opilstwie i niedołęstwie całej służby (...), o bezczelności rzemieślników i ich wymykającej się wszelkiemu opisowi fuszerce (jak to bowiem mówił pan Wiesio z Blok Ekipy: "u siebie rób jak u siebie, a u obcego na odpierdol" 🤭), w końcu o kontentowaniu się Polaków własną kupą gnoju, a także ich przywiązaniu do ojczystych obyczajów, nie chcę nic więcej pisać, aby nie przedłużać tego listu (...) Polacy są świniami z natury, zarówno panowie, jak i słudzy. Wszyscy ubierają się źle, w szczególności zaś niewiasty; stroją się, ale wszystko to leży na nich jak złoty łańcuszek na świni". Listy Forstera ukazały się drukiem dopiero w jakieś 30 lat po jego śmierci, w roku 1829 w Lipsku wydano dwutomowe wydanie korespondencji Forstera (wznowione w 1843, a następnie - w czterotomowej edycji - w latach 1958-1989). Nie wszyscy jednak Niemcy mieli takie zdanie o Polsce i Polakach, np. znany niemiecki przyrodnik i geograf Aleksander von Humboldt (notabene przyjaciel Forstera), miał o Polakach bardzo pozytywne opinie, a w 1829 r. otrzymał nawet godność honorowego członka Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Warszawie.

Okres upadku Polski i zaborów, to również czas w którym Prusacy próbowali jakoś wytłumaczyć upadek państwa polskiego ręka w rękę z Rosją Katarzyny II Perfidnej Wielkiej. Twierdzono więc że Polacy sami byli sobie winni, a Prusy usunęły tylko bałagan, wytworzony przez Polaków i ich "chorą państwowość", oraz że zaprowadzono misję cywilizacyjną na Wschodzie (w pierwszej połowie XIX wieku pojawia się określenie "Drang nach Osten"). W roku 1813 Ernst Moritz Arndt twierdził w swoim artykule, iż: "Polacy, (...) którzy nigdy nie umieli robić dobrego użytku z wolności, niechętnie tolerują służenie innym. To zadziwiający naród, lekkomyślność wypiera w nim powagę, a chwiejność góruje nad wolnością" (osobiście muszę stwierdzić że Naród Polski jest o tyle dziwnym narodem, że przez długi czas pozwala sobie wchodzić na głowę. Pozwala sobie robić dosłownie wszystko, nawet opluwać się i przyjmuje to ze spokojem oraz cierpliwością jako coś naturalnego. Ale niech nikogo nie zmyli ta dziwna uległość, która dla wielu może być tożsama ze słabością. Otóż nie jest to słabość. Ta dziwna cierpliwość jest raczej wyczekiwaniem poprawy u tego, który robi te wszystkie rzeczy, który publicznie nas szkaluje lub pluje nam w twarz. Gdy jednak zauważymy że (jak to mówił Ferdek Kiepski) "pałka się przegła" to wówczas zmieniamy się nie do poznania. Wtedy idziemy po trupach i nic już nas nie powstrzyma, dosłownie nic, Bogusław Linda kiedyś nazwał to zachowanie: "Achtung! Wkurwieni Polacy" i z czymś takim mamy do czynienia właśnie teraz, w sytuacji gdy Ukraińcy - za tą całą pomoc jaką myśmy im dali i za to, że do dzisiaj utrzymujemy dwa kraje, a nawet dwa narody, za to dostaliśmy splunięcie w twarz na ofiary Wołynia {które do dzisiaj są niepochowane, od ponad 80 lat leżą w szczerym polu, bo Ukraina nie godzi się na ekshumacje, a głównie są to kości małych dzieci, dziewczynek z warkoczykami i małych chłopców. Bowiem bestialstwo ukraińskich nazistów było nieprawdopodobne i prawdopodobnie nieporównywalne z niczym innym} poprzez nazwanie jednego z oddziałów ukraińskich tytułem "bohaterów upa". Tutaj właśnie Ukraińcy odbili się od ściany, po raz pierwszy zauważyli że jak wkurwią Polaków to już nic im nie pomoże i to oni muszą ustąpić, bo będzie jeszcze gorzej, a już prawie cały świat dowiedział się o ukraińskim ludobójstwie na Polakach i Żydach na Wołyniu i Polesiu).




Wybuch Powstania Listopadowego w roku 1830 i jego klęska z końcem roku 1831 ("Polegaliśmy na szlachetności i mądrości gabinetów. Ufając im, nie zużytkowaliśmy wszystkich sił, jakiemi rozporządzaliśmy. Mogliśmy nieprzyjacielowi zadać cios, który niewątpliwie byłby stanowczym; zdawało się nam, że lepiej było zwlekać" - jak jeszcze z końcem 1831 r. pisał do generała Lafayeta książę Adam Czartoryski, który potwierdzał że rzeczywiście Polskie Wojsko - jedno z najlepszych w ówczesnej Europie - biło rosyjską Armię we wszystkich bitwach, ale było o tyle słabym, że nasi przywódcy nie wierzyli w powodzenie owego Powstania; innymi słowy, dążyli do jego jak najszybszego zakończenia, bo nie mieściło im się w głowie że mała Polska może pokonać wielką Rosję, chociaż widzieli to na własne oczy. Przegraliśmy nie na polu bitwy, ale właśnie w gabinetach polityków i wojskowych. A przecież nawet wielki książę Konstanty Romanow, brat cara Mikołaja I, przedostawszy się już na rosyjską stronę, radował się gdy tylko dostawał wieści o kolejnych zwycięstwach Polaków, mówiąc do zdumionych Rosjan: "Moi Polacy biją waszych ruskich"), a co za tym idzie Wielka Emigracja zarówno żołnierzy biorących udział w Powstaniu, jak i polityków, ludzi nauki i artystów do państwa Europy Zachodniej (w tym do Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych) wywołała ogromny i niespotykany wcześniej wyraz sympatii do Polaków wśród Niemców. Pojawiło się wówczas coś, co sami Niemcy określili mianem "Polenbegeisterung" ("entuzjazm dla Polski"). Żołnierze i emigranci którzy przybywali do Niemiec (jak i innych krajów Europy oraz USA), spotykali się z ogromną życzliwością, goszczono ich w domach, częstowano smakołykami, powstawały nawet pieśni o Polsce które sławiły szlachetną gotowość do poświęceń, umiłowanie ojczyzny i wolności, jakie cechowały polskich emigrantów (choć zdarzały się też przypadki że ten entuzjazm dla Polski był powierzchowny, a niekiedy też podszyty sarkazmem i ironią, ale mimo wszystko Niemcy również bardzo pozytywnie przyjęli napływ polskich emigrantów do swoich krajów, jako symbolu wolności przeciwko panującym wówczas rządom ancient regime).




Już w 1832 r. podczas wielkiej demonstracji jaka miała miejsce na zamku Hambach w Palatynacie, gdzie niemieccy demokraci i liberałowie pod trójkolorową flagą czarno-czerwono-złotą, nawoływali do zjednoczenia wszystkich krajów Rzeszy. Tam właśnie licznie zjawili się Polacy ze swoimi biało-czerwonymi sztandarami, a wielu niemieckich patriotów opowiadało się za ponownym odrodzeniem Polski (np. adwokat Johann Wirth stwierdził wówczas: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie"). W tym czasie w Polsce (a raczej w tym kadłubowym czymś, co pozostało po Polsce pod zaborem rosyjskim) car Mikołaj I wprowadził tzw: "Statut Organiczny Królestwa Polskiego", likwidując przyjętą w 1815 r. Konstytucję. Teoretycznie Statut Organiczny miał zagwarantować odrębność Królestwa od Cesarstwa Rosyjskiego, w praktyce jednak nie był przestrzegany a rosyjski zaborca dążył do całkowitej unifikacji podbitych ziem polskich z resztą Rosji. Nałożono na kraj kontrybucję w wysokości 22 milionów rubli, a poza tym ludność musiała utrzymywać kilka rosyjskich fortec i ponad 100 000 armię okupacyjną w kraju. Wprowadzono ogromne cła na towary polskie które miały trafić na rynek rosyjski i w krótkim czasie kwitnący gospodarczo kraj został zupełnie zrujnowany. Jak w 1913 r pisał Jan Grabiec ("Cieniom tych, co przed pół wiekiem w boju z ręki kata lub w męce wygnania zginęli, oraz tym, co wśród cierpień i niedoli sztandarowi z lat dawnych wierni pozostali" - na pamiątkę Powstańców Styczniowych roku 1863. Grabiec nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, że już za 5 lat Polska odrodzona pojawi się znów na mapie świata): "Nędza zapanowała okropna (...). Mnóstwo obywateli różnego stanu i wieku (...), wywożono moskiewskim obyczajem w nocy i ukradkiem, nie wiadomo za co, dokąd i w jakim celu (...). Żołdactwo cara rozlało się po kraju jak szarańcza (...). Z obawy nowego powstania odebrano chłopom narzędzia gospodarcze, tak, że na trzy chaty zostawiono jedną tylko siekierę (...). Wiele urzędów obsadzono najpodlejszymi szpiegami i kryminalistami (...). Jednym z największych i najbardziej dla nas szkodliwym ciosem był niesłychany upadek ducha wśród warstw przodujących narodu (...), wściekłość bezsilna ogarniała ogół ocalonych z pogromu tułaczy, rozpacz szarpała bardziej wrażliwych". Prezes Rządu Narodowego Bonawentura Niemojowski tak pisał w tych dniach zgryzoty i upadku nadziei: "O Boże! Boże litościwy! czy nie dasz się przebłagać modlitwom naszym i nie dopuścisz, abyśmy za krzywdy nasze pomścili? Jeżeli taka jest wola Twoja, jeżeli z niezmiennych wyroków Twoich nie miałby się odrodzić naród, najnieszczęśliwszy pod słońcem Twoim (...). O Boże! spuść wieczną pomrokę na oczy moje, spuść potok, spuść ogień na całą kulę ziemską..."


POŻEGNANIE POLAKÓW Z OJCZYZNĄ 
(Litografia, ok. 1840 r.)



Polska została wówczas zmiażdżona i to do tego stopnia, że pozostała głuchą na wezwania Wiosny Ludów roku 1848. "Rewolucja ogarnęła Lwów i Kraków, na odgłos burzy berlińskiej odezwał się Poznań (...). Lecz lud Polski milczał w jarzmie ciężkim. Imię Polski było na ustach mas ludowych całego Zachodu. W Berlinie wyzwolono z więzienia Ludwika Mierosławskiego, Karola Libelta i Władysława Niegolewskiego i cały szereg osób, skazanych na śmierć za przygotowywanie powstania w 1846 r. (...) W Paryżu 15 maja setki tysięcy ludu ciągnęło ulicami wołając "Niech żyje Polska!" i ledwie siła zbrojna ocaliła rząd republiki przed gniewem ludowym, za to, że zwlekał z wojną o Polskę (...). Na wszystkich niemal barykadach zachodu brzmiała polska komenda - jenerałowie polscy dowodzili armiami rewolucyjnemi. Jen. Chrzanowski objął dowództwo we Włoszech, Dembiński i Bem
byli naczelnymi wodzami na Węgrzech, Mierosławski prowadził do boju rewolucjonistów badeńskich i neapolitańskich. Legion polski walczył na Węgrzech. Adam Mickiewicz tworzył legion, mający nieść wolność i odrodzenie moralne całej ludzkości. Słowem, imię polskie szeroko w ogniu rewolucyjnem brzmiało wszędzie, tylko nie u siebie w domu (...). Milczało w ciężkich okowach Królestwo Polskie, gdzie ucisk narodowy
dochodził do ostateczności" - jak pisał Grabiec. A właśnie wówczas, gdy w marcu 1848 r. tłumy Berlińczyków owacyjnie witały uwolnionego z więzienia Ludwika Mierosławskiego, właśnie wówczas pewne pro-polskie nastroje znane z lat wcześniejszych w Niemczech zaczęły się powoli ale konsekwentnie i diametralnie zmieniać. 


PRZEMARSZ POLAKÓW PRZEZ LIPSK 
(Litografia, ok. 1832 r.)



CDN.

05 czerwca 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XI

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. VII



KRÓLESTWO WĘGIER




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. VI


 Wkrótce po powrocie ze zwycięskiej kampanii bałkańskiej przeciwko Turkom Osmańskim do Budy (połowa lutego 1444 r.), na węgierski dwór króla Władysława III (I) Jagiellończyka, przybyło poselstwo z Polski, czyli z jego kraju rodzinnego, z ogromną prośbą do króla aby czym prędzej wrócił już do Krakowa, gdyż kraj potrzebuje króla, a rządzić na odległość dłużej już nie można. "Matka twa panie stęskniona jest bardzo" - jak stwierdzić miał kierownik poselstwa koronnego, a kraj cały również oczekiwał czym prędzej powrotu swego monarchy. Tym bardziej że problemów od czasu wyjazdu Władysława III na Węgry (kwiecień 1440 r.) namnożyło się co nie miara. Przede wszystkim Tatarzy nieustannie pustoszyli południowo-wschodnie ziemie Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego i od czasu wielkiego najazdu chana Sid Ahmeda (którego orda leżała pomiędzy stepami Dniepru a Donu) w 1438 r. (W wyniku którego Tatarzy spustoszyli Podole i Ruś Czerwoną biorąc liczny jasyr, a następnie rozbijając w bitwie na mokradłach u źródeł Smotryczy - 1 czerwca - pospolite ruszenie starosty Halickiego Michała Mużyły Buczackiego. Ciężka konnica polska nie była bowiem w stanie rozwinąć szyku na podmokłym terenie, gdzie kopyta koni wręcz zapadały się w bagna, a gdy Tatarzy wyszli na ich tyły wybuchła panika, w wyniku czego - w trakcie ucieczki - większość polskiego rycerstwa została wycięta w pień). Kolejny raz Sid Ahmed najechał Podole i Ruś cztery lata później, w 1442 r., już w czasie gdy król Władysław przebywał na Węgrzech. Ten najazd również zakończył się sukcesem Tatarów, którzy w swym niszczycielskim pochodzie doszli pod Lwów (próbował ich zatrzymać dzierżawca Glinian Władyka ze swoim prywatnym pocztem i nawet udało mu się rozbić jedną z grup zbierających jasyr oraz uwolnić ludzi z owego jasyru, ale wkrótce potem został otoczony przez przeważające siły Tatarów i doszczętnie rozbity). Spodziewano się więc że w tymże roku (1444) ponownie nastąpi najazd tatarski (i nie pomylono się, rzeczywiście miał on wówczas miejsce, podobnie jak w roku 1445 i 1447-1448. Wyprawy te w większości kończyły się sukcesem Tatarów aż do roku 1448, gdy udało się kasztelanowi kamienieckiemu Teodorykowi Buczackiemu częściowo rozbić wracających z jasyrem ordyńców Sit Ahmeda).




Najazdy tatarskie to jedno, ale były też i inne problemy, jak choćby wojna, która wybuchła pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim a Księstwem Mazowieckim w roku 1440. Młody książę warszawski Bolesław IV (panujący w Księstwie od roku 1429), wnuk i następca wielkiego władcy Mazowsza Janusza I (m.in. był on twórcą pierwszego zamku książęcego, na którego podstawie potem wzniesiono Zamek Królewski, który obecnie stoi na Starym Mieście w Warszawie; to on też był twórcą pierwszych murów obronnych, powstałych wokół Starego Miasta w Warszawie; poza tym lokował wiele miast w swoim Księstwie, utrzymywał pokój z Litwą - dzięki swemu małżeństwu z Anną Danutą, córką wielkiego księcia Kiejstuta - ojca księcia Witolda, kuzyna Władysława Jagiełły; w Księstwie Mazowieckim rozwijał również handel, co powodowało że mieszkańcy żyli w długim okresie pokoju - szczególnie po roku 1410 - i zamożności). Młody książę Bolesław IV (zaledwie trzy lata starszy był od króla Władysława III Jagiellończyka), pragnąc zasłużyć na miano swego dziadka (którego już za życia nazywano "Wielkim"), postanowił odzyskać Podlasie, które w 1391 r. król Władysław II Jagiełło przekazał jego dziadkowi (Janusz I Mazowiecki panował bowiem długo bo aż 56 lat, od 1373 r.). W 1408 r. wielki książę Witold zajął zbrojnie Podlasie (wówczas jednak konflikt nie wybuchł) i dopiero w roku 1440 Bolesław postanowił odzyskać tę ziemię dla Mazowsza. Wojna litewsko-mazowiecka trwała przez kolejne 4 lata (z tym że nie była to wojna z bitwami i najazdami, po prostu były to mniejsze lub większe podjazdy, które jednak dla lokalnej ludności stanowiły większą uciążliwość, bo choć były czynione na niewielką skalę, to jednak dosyć częste). Brat królewski (władający wówczas Wielkim Księstwem  Litewskim) Kazimierz Jagiellończyk w większości opanował Podlasie już w roku 1443, natomiast w roku 1444 oficjalnie przyłączył je ponownie do Litwy. 




Ale i Litwa miała swoje problemy na Wschodzie. Panujący w Wilnie (od 29 czerwca 1440 r.) 17-letni (oczywiście w roku 1444) Kazimierz Jagiellończyk toczył wojnę z Moskwą (rozpoczętą w roku 1442). Ostatnia wojna litewsko-moskiewska wybuchła w roku 1408 i zakończyła się spustoszeniem ogromnych terenów moskiewskich przez wojska litewskie księcia Witolda (Wasyl I uznał wówczas granicę Litwy wzdłuż rzeki Ugry daleko na wschodzie i praktycznie pod murami Moskwy, a Witold z tej kampanii wrócił obładowany łupami). Co prawda do kolejnej interwencji wschodniej Witolda doszło w latach 1426-1428, ale kierunek tych ataków był już inny (w 1426 r. był to Psków, który w zamian za odwrót wojsk litewskich musiał zapłacić sporą daninę w klejnotach, futrach a nawet niewolnikach - gdzie na wschodzie jeszcze utrzymywano niewolnictwo - 1427 r Witold podporządkował sobie Księstwa riazańskie i prońskie, a także sam wielki książę moskiewski Wasyl II uznał się jego lennikiem, zaś w roku 1428 - wraz z polskimi posiłkami, dowodzonymi przez Wincentego z Szamotuł i Jakuba z Kobylan - zmusił Witold Nowogród Wielki do zapłacenia sporego okupu. Nic dziwnego że po tych wielkich zwycięstwach nieco mu palma odbiła do głowy na stare lata i "przekonany" przez cesarza rzymsko-niemieckiego Zygmunta Luksemburskiego na wielkim zjeździe monarchów w Łucku w roku 1429, aby Witold przyjął z jego rąk koronę królewską I koronował się na króla Litwy. Witold początkowo się wzbraniał, twierdząc że najpierw papież musi się zgodzić na koronację, na co Zygmunt stwierdził że papieża... bierze na siebie, następnie Witold stwierdził że: "Po co mi korona, nie mam synów, a córka jest z Wasylem Moskiewskim, co będzie z tą Unią gdy on wniesie roszczenia?" i dodawał: "Bez zgody Jagiełły korony nie przyjmę!". Wówczas próbę przekonania króla Władysława podjął się sam Zygmunt, a w zasadzie jego małżonka Barbara Cylejska (kobieta niezwykle rozwiązła, która zdradzała swego małżonka z wieloma rycerzami i dworakami, miała nawet "ciekawy" pomysł, aby po śmierci Zygmunta wyjść za mąż za... 5-letniego w 1429 r. Władysława III Jagiellończyka). Barbarze udało się uzyskać zgodę Jagiełły na koronację Witolda, ale koronacja Litwy to było zerwanie Unii z Polską i do tego też dążył Zygmunt Luksemburski, do rozerwania tej Unii. Jagiełło musiał potem z tego wychodzić okrakiem, gdy na zebraniu możnych panów Witold mówił mu "Bracie, przecież powiedziałeś tak, króluj!", Jagiełło stwierdził że nie pamięta, jest już stary i przechyla się do zdania panów Rady, że korona dla księcia Witolda jako wodza, władcę i człowieka bezwzględnie się należy, ale korona dla niego to zerwanie Unii, a zarówno w Polsce jak i na Litwie winni panować synowie króla Władysława i królowej Sonki Holszańskiej. Witold próbował postawić na swoim i nawet zamówił dla siebie koronę, która miała dotrzeć do Wilna i w której miał się koronować, koronę tę przejęli Polacy na granicy ostatecznie w roku 1430 Witold zapadł na zdrowiu i wkrótce potem zmarł (Jagiełło był wówczas w Wilnie, czyli obaj kuzyni musieli jeszcze ze sobą rozmawiać tuż przed śmiercią Witolda).




Tak więc teraz Kazimierz Jagiellończyk prowadził nową wojnę z Moskwą. W roku 1442 Moskwa zajęła Wiaźmę, Możajsk, Kaługę i Kozielsk, ale bardzo szybko utraciła te grody ponownie na korzyść Litwy, a dowodzący wojskami litewsko-polskimi Stanisław Kiszka przy okazji złupił jeszcze pogranicze moskiewskie (rejon Werei). Wojna ta trwała do roku 1445, a w 1449 zawarto pokój, który przetrwał zaledwie do roku 1454. W każdym razie teraz król Władysław III był potrzebny w kraju i członkowie poselstwa koronnego apelowali o jego jak najszybszy powrót do Krakowa. Król zarzekał się że wróci, ale po Sejmie, jaki miał wkrótce zostać zwołany na Węgrzech, natomiast zarówno Jan Hunyadi jak i panowie węgierscy prosili Władysława, aby nie opuszczał Węgier w sytuacji ciągłego zagrożenia tureckiego na południu. Nie teraz, gdy Węgry wciąż są zagrożone osmańską inwazją. Ale wkrótce okazało się... że niekoniecznie. Z początkiem marca 1444 r. do Budy przybyło bowiem poselstwo wysłane przez sułtana Murada II, które deklarowało zakończenie tej wojny i zawarcie trwałego pokoju, na satysfakcjonujących obie strony warunkach. Ogromną rolę w dojściu do skutku tych pertraktacji, poczyniła małżonka Murada, sułtanka Mara (w zasadzie nie była ona sułtanką, gdyż pozostała chrześcijanką, czyli była po prostu żoną sułtana). Ta córka Jerzego Brankovicia już od dłuższego czasu korespondowała ze swym ojcem, deklarując mu że sułtan jest przychylnie usposobiony do niego i gotów mu oddać rządy nad Serbią. Korespondencja ta była utrzymywana za pośrednictwem chrześcijańskiego mnicha, który odwiedzał Marę (a któremu ona przekazywała listy do ojca). Sułtan Murad II był gotów pójść na daleko idące ustępstwa, aby tylko zawrzeć pokój z Węgrami, w zależności od woli króla Władysława pokój tymczasowy lub też "wieczny" (te "wieczne" pokoje z reguły nie przetrwały dłużej niż 10 lat i niczym też nie różniły się od pokoju tymczasowego, albo nawet zwykłego rozejmu, które najczęściej trwały dłużej niż same pokoje). Przede wszystkim sułtan ofiarował 40 000 czerwonych złotych (jakieś 100 000 dukatów) za uwolnienie swego szwagra Mahmuda Celebiego (który dostał się do niewoli, po zwycięskiej dla Węgrów bitwie pod Niszem - 2 stycznia 1444 r., o czym pisałem w poprzedniej części). Król Władysław wyraził na to zgodę, a intensywne rozmowy pokojowe trwały przez cały marzec.




Ostatecznie dnia 1 kwietnia 1444 r. zawarto niezwykle korzystny dla Węgier traktat pokojowy, na mocy którego oddawał koronie św. Stefana całą Serbię (a w zasadzie oddawał ją Jerzemu Brankoviciowi, który był lennikiem Węgier) oraz część Albanii (północną część wraz ze Szkodrą. Notabene pod wpływem zwycięskiej kampanii bałkańskiej Władysława Jagiellończyka z roku 1443, z tureckiego wojska uciekł niejaki Jerzy Kastriota - syn Jana, księcia Amathii, który przed laty wydany wraz z braćmi przez ojca do tureckiej niewoli, szybko zyskał uznanie na dworze sułtańskim dzięki swej sile i odwadze w walce, następnie przyjął islam i wstąpił do tureckiej armii. Ale teraz, pod wpływem zwycięstw Władysława Jagiellończyka (a w zasadzie Jana Hunyadiego) Kastriota - wraz z 300 kompanami - uciekł z tureckiego wojska i dotarł do Albanii, gdzie też powrócił do chrześcijańskiego wyznania swego ojca. Z końcem listopada 1443 r. zdobył zamek Kruja, skąd wezwał okolicznych mieszkańców do oporu i dalszej walki z Turkami. Pod koniec zimy 1444 Jerzy Kastriota stał już na czele 12 000 powstańców, na czele których wyparł Turków z górzystych obszarów wybrzeża Adriatyku. Turcy nadali mu przezwisko Skanderbeg czyli "Aleksander Wielki" a on walczył z nimi aż do swej śmierci w styczniu roku 1468 i do końca pozostał niezwyciężony. Dziś Skanderbeg jest nazywany "Ojcem Narodu Albańskiego"). Poza tym sułtan Murad II zobowiązywał się zwrócić 24 twierdze za Dunajem, które miały pierwszorzędne znaczenie dla obrony Węgier, a także oddać wszystkich jeńców. Mało tego, deklarował że gotów jest również przekazać 25 000 żołnierzy na wezwanie króla Władysława, który mógłby ich użyć w każdej swojej wyprawie. Taki pokój był wręcz wymarzony i spełniał wszystkie warunki żądania zarówno Węgrów jak i Serbów (a także Albańczyków i poniekąd również... Polaków, którzy dzięki temu liczyli że król czym prędzej powróci do kraju). Ale właśnie wówczas, gdy już wydawało się że wojna jest zakończona i to zakończona na tak świetnych warunkach, zaczęły dziać się rzeczy doprawdy dziwne i niepokojące których patronem był zły duch kampanii roku 1443, papieski legat na Węgrzech - Julian Cesarini.


KRÓLESTWO POLSKI 



WIELKIE KSIĘSTWO LITEWSKIE 



To właśnie pod jego wpływem już 3 dni po podpisaniu owego pokoju - 4 kwietnia 1444 r. większość możnych panów węgierskich (wraz z Janem Hunyadim) na zwołanym właśnie do Budy Sejmie, opowiedziała się za kontynuowaniem wojny z Osmanami. Szaleństwo jakieś ogarnęło możnych, tym bardziej że Cesarini deklarował iż papież już gromadzi flotę, dzięki której krzyżowcy z całej Europy pomogą inwazji lądowej i wspólnie  przepędzą Turków z Europy. Nie było to do końca kłamstwo, co najwyżej niepełna prawda, gdyż papież Eugeniusz IV rzeczywiście dogadał się z Republiką św. Marka (a raczej za pośrednictwem swych posłów z dożą Francesco Foscarim) i na mocy tego porozumienia Wenecja miała wystawić 10 galer, które miały zostać obsadzone za pieniądze Stolicy Apostolskiej. Poza tym chęć podjęcia nowej wyprawy krzyżowej ogarnęła wówczas zupełnie niespodziewany region, a mianowicie... Burgundię. Władający tym krajem od roku 1419 książę Filip III Dobry żywo interesował się krajami zarówno Europy Środkowo-Wschodniej jak i Orientu, a przede wszystkim przyświecała mu chęć pomszczenia klęski i hańby jego ojca Jana I Nieustraszonego, który wziął udział w kampanii Zygmunta Luksemburskiego przeciwko Turkom i dostał się do niewoli po katastrofalnej dla rycerstwa zachodniego bitwie pod Nikopolis z roku 1396. Teraz księciu Filipowi marzyła się nowa wielka wyprawa krzyżowa, która odrodzi chrześcijaństwo na ziemiach zajętego wcześniej przez islam Orientu (należy bowiem pamiętać że takie ziemie jak Syria, Palestyna, Egipt czy Afryka Północna przed inwazją Arabów pod wodzą Mahometa i jego następców, to były najbardziej chrześcijańskie ziemie ówczesnego świata, to tam rodziły się prądy chrześcijańskiej odnowy religijnej, to tam powstawały najwspanialsze dzieła chrześcijańskie. A dziś te ziemie są już uważane za od wieków islamskie - niesamowite). Filip pragnął więc odrodzenia chrześcijaństwa na tych ziemiach, a wcześniej finansował i wspierał wszystkich poetów, którzy tworzyli dzieła o dawnym chrześcijańskim Wschodzie, lub których przekaz był anty-turecki (np. romanse rycerskie takie jak: "Piękna Helena z Konstantynopola" z 1448 czy "Trzej synowie królów" z 1463 r. autorstwa Dawida Auberta). Książę kolekcjonował wszelkie utwory o Wschodzie (jak choćby "Informacje" Tebaldiego o oblężeniu Konstantynopola), a także kazał tworzyć nowe utwory o tematyce skrajnie antytureckiej (zajmował się tym biskup Chalon - Jan Germain).




W tej pasji mocno wspierała księcia Filipa jego małżonka Izabela Portugalska (siostra księcia Portugalii Henryka Żeglarza - który uważany jest za twórcę portugalskiego Imperium kolonialnego, i córka króla Portugalii Jana I Dobrego). Oczywiście w tym wszystkim nie chodziło tylko o względy historyczne czy religijne, równie silne były pragnienia polityczne, a mianowicie książę Filip Dobry uważał że zwycięska kampania wschodnia zapewni mu powodzenie w staraniach o tron francuski, natomiast bratanek Izabeli Jan z Coimbry poślubił Karolinę z Lusignan - dziedziczkę tronu cypryjskiego, co w przypadku powodzenia tej krucjaty pozwalało Filipowi rozciągnąć swój protektorat na wyspę Cypr. Zresztą ówczesna Burgundia była doskonałym przykładem późno-średniowiecznego królestwa (chociaż królestwem nie była). Dwór w Dijon był wzorem dla innych dworów europejskich, był przykładem średniowiecznej poezji, kultury, ogłady, sztuki. Teraz do pełni szczęścia Filipowi Dobremu brakowało tylko miana pogromcy Turków. Był też wielkim darczyńcą, finansował budowę i restaurację kościołów oraz kaplic w Ziemi Świętej, słał pieniądze rycerzom Szpitalnikom na Rodos i werbował najemników do przyszłej wyprawy krzyżowej przeciwko Turkom Osmańskim. Po raz pierwszy budowę burgundzkiej floty wojennej rozpoczął Filip Dobry w portach L'Ecluse, Brukseli i Anvers w roku 1438. Na prośbę Joannitów wysłał cztery statki tej floty w roku 1441 na Wschód, ale niczego tam nie działał i okręty te wróciły w roku następnym do Villefranche. Gdy jednak z początkiem roku 1444 na dworze w Dijon zjawiło się poselstwo cesarza bizantyjskiego - Jana VIII Paleologa z prośbą o ponowne przesłanie okrętów, uczynił to znów, posyłając cztery statki na Wschód, które - wraz z dziesięcioma okrętami weneckimi - miały wspomóc inwazję bałkańską Władysława III Jagiellończyka (ostatecznie ta wyprawa zakończy się wielkim blamażem dla Filipa III Dobrego i oprócz ogromnych kosztów które będzie generowała, niczego nie osiągnie).


KSIĘSTWO BURGUNDII 



Tymczasem na kwietniowym Sejmie budzyńskim król Władysław III (I) zachęcony przez Hunyadiego planami zwiększenia władzy monarszej, zadeklarował że będzie prowadził dalszą wojnę z Osmanami, aż do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa. Zarówno drobna szlachta węgierska jak i węgierska magnateria przyjęły te zapewnienia niezwykle radośnie. Ale król jednocześnie działał w dwójnasób, a mianowicie 25 kwietnia 1444 r. podpisał (zawarty 1 kwietnia) traktat z Osmanami, czym czynił go prawnie wiążącym. Teraz ten traktat został odwieziony do Adrianopola aby swój podpis złożył pod nim sułtan Murad. Wkrótce potem do Budy dotarło poselstwo z Konstantynopola od cesarza Jana VIII, które gratulowało Władysławowi zwycięstwa w roku poprzednim i deklarowało jak najszybszą potrzebę podjęcia nowej krucjaty, aż do ostatecznego wypędzenia Turków z Bałkanów (jednocześnie papież Grzegorz IV słał swe pisma, w których naglił króla by czym prędzej ruszał na Turków. Papieżowi jak i cesarzowi bizantyjskiemu bardzo zależało na czasie, natomiast Węgrzy tego czasu akurat mieli pod dostatkiem i mogli te walki rozłożyć nie tylko na lata, ale wręcz na dziesięciolecia, nie śpieszyć się, na spokojnie. Tym bardziej że warunki zawartego pokoju były więcej niż dobre, były wręcz wyśmienite). Posłowie bizantyjscy deklarowali że przyszła kampania okaże się jeszcze większym triumfem niż ta poprzednia i nie należy zwlekać z jej podjęciem, a twierdzili tak, gdyż przed jedną z bram Konstantynopola (tą wychodzącą ku Macedonii) miał ukazać się dziwny młodzieniec na białym koniu z mieczem w dłoni. Zjawa ta, w białej szacie początkowo zaniepokoiła mieszkańców stolicy Bizancjum (w zasadzie ówczesne Bizancjum sprowadzało się tylko do samego Konstantynopola i niewielkich terenów wokół niego, oraz ziem Peloponezu czyli Morei), ale potem uznano już jest to właśnie zwiastun zwycięstwa i deklarowano: "Królu Władysławie, ciebie Bóg wybrał, abyś poprowadził chrześcijan do ostatecznej bitwy z poganami!" Poddany takiej zarówno ze strony wewnętrznej jak i zewnętrznej Władysław nie był w stanie długo się opierać i musiał ulec tej presji wojennej gorączki. Postanowiono więc że nowa kampania ruszy z końcem wiosny lub początkiem lata tego roku. A tymczasem do Adrianopola przybyło poselstwo z dokumentem traktatowym na którym sułtan miał złożyć swój podpis. (W kolejnej części przejdę też nieco bardziej do opisania wydarzeń dziejących się w samym Konstantynopolu, jak choćby relacji młodego Mehmeda Celebiego - następcy tronu osmańskiego {i bohatera tej części serii} z sułtańską małżonką Marą, i jak układały się relacje zarówno tego chłopca jak i jego matki z tą chrześcijanką).




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...