WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYPOCZYNEK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYPOCZYNEK. Pokaż wszystkie posty

12 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. I

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO




 Temat rocznicowy, gdyż dziś właśnie mija dokładnie 100 lat od rozpoczęcia owego najsławniejszego polskiego zamachu stanu, czyli tzw: "zamachu majowego" z 12 maja 1926 r. Jak również dokładnie 91 lat od śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, głównego autora owego zamachu (autora w cudzysłowie, realnie bowiem wojskami wspierającymi Marszałka kierowali jego najbliżsi współpracownicy, a nie On sam, Piłsudski bowiem w tym czasie kompletnie się załamał i to kompletnie, o czym postaram się opowiedzieć niżej). Ten oto rocznicowy temat postaram się poświęcić również na opisanie nie tylko samego "zamachu majowego", ale przede wszystkim międzynarodowych reakcji, jakie nastąpiły zarówno w jego trakcie jak i po zamachu i przejęciu władzy przez obóz piłsudczykowski, zwany również "obozem sanacyjnym". Wyjaśnię także czym była owa "sanacja", która w ciągu kolejnych dekad nabrała tak pejoratywnego skojarzenia (głównie dzięki wytężonej pracy komunistów i endeków) że do dziś wielu jeszcze (według mnie pseudo historyków) twierdzi, iż była to jakiś quazi-dyktatura. Mówcie co chcecie, Kochani, ale ja w tej serii zamierzam bronić nie tyle samego majowego zamachu stanu, co konieczności, jaka ten zamach wymusiła. Piłsudski bowiem nie pragnął przeprowadzać żadnego zamachu, wiedział bowiem że coś takiego może doprowadzić do wybuchu wojny domowej w Polsce, a to natychmiast uruchomi państwa nam jawnie wrogie czyli Związek Sowiecki i Niemcy do interwencji militarnej, a to zaś oznaczałoby upadek dopiero co z takim trudem i przy takiej hekatombie krwi odrodzonej (zaledwie 8 lat wcześniej) polskiej Niepodległości i Marszałek stwierdził, że: 
"tego już by nie przeżył". 
Przejdźmy zatem do tematu.



ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)




 Józef Piłsudski bez wątpienia był człowiekiem który najmocniej przysłużył się sprawie odzyskania przez Polskę Niepodległości zarówno w latach I Wojny Światowej, jak i przed jej rozpoczęciem (notabene i tutaj jako ciekawostkę tylko dodam że w ostatniej serii z zieloną poświatą u Krzysztofa "Atora" Woźniaka, w kolejnym liście od tzw: "Jednego z nich", czyli tajemniczej postaci która od co najmniej sześciu lat pisze listy do Atora - a przynajmniej on tak twierdzi - w których dokładnie mówi co wydarzy się w przyszłości i jak też powinniśmy postępować, aby wszelkie negatywne kwestie - które bez wątpienia są planowane przez tak zwanych "kreatorów świata", nie dotknęły bezpośrednio naszego kraju; tak więc ów "Jeden z nich" stwierdził, że, na zasadzie "efektu skrzydeł motyla" gdyby Józef Piłsudski w lipcu 1904 r. podczas pobytu w Tokio {gdzie starał się uzyskać japońskie wsparcie dla wybuchu w Polsce kolejnego powstania antyrosyjskiego w czasie trwania wojny japońsko-rosyjskiej} nie miał dobrego seksu, na drugi dzień nie chciałby spotkać się i porozmawiać z Romanem Dmowskim - czyli twórcą Narodowej Demokracji "Endecji" - a stało się to dokładnie 11 lipca 1904 r. gdy Piłsudski ujrzał Dmowskiego na jednej z tokijskich ulic {notabene Dmowski pojechał tam aby torpedować plany Piłsudskiego}, obaj panowie wówczas spotkali się i wzajemnie porozmawiali a nawet - co pozostaje tajemnicą poliszynela - udali się na masaż erotyczny, przeprowadzony przez piękne japońskie gejsze {zresztą Piłsudski i Tytus Filipowicz - z którym razem wybrali się przez Stany Zjednoczone w podróż do Japonii - spędzali tam całkiem przyjemnie czas.

Zachowała się korespondencja, jaką Tytus Filipowicz pisał jeszcze z pokładu "Campanii" przed przybyciem do Nowego Jorku, w liście do Aleksandra Malinowskiego. Tak więc 10 czerwca 1904 r. czytamy: "Swoją drogą żywot luksusowy: rozpoczynamy dzień kąpielą i prysznicem, następnie aż do nocy, je się i śpi na przemianę, w chwilach bezsenności - szachy (...) Wyżerka wspaniała - na podwieczorek befsztyk i pieczone śledzie, tea (...) Co do mnie jednak, mam już zupełnie dosyć tej drogi i z gustem powitałbym jutro Y(okohamę) zamiast New Yorku". 11 czerwca "Campania" dobiła do portu w Nowym Jorku, gdzie Piłsudski i Filipowicz zatrzymali się w Hotelu Lafayette (róg 5th Avenue i 8th Street, dziś mieści się tam duży budynek mieszkalny) na Manhattanie, niedaleko zjazdu z Mostu Brooklińskiego. Obaj panowie byli w Stanach nielegalnie, chociażby z tego powodu że podróżowali pod fałszywymi imionami (zgodnie z praktyką konspiracyjną) i tak Piłsudski to był Mieczysław Mieczysławski a Filipowicz Stefan Karski. "Wspaniałe miasto i dziwnie swojskie" - pisał Filipowicz do Malinowskiego. W hotelu spędzili trzy dni, w tym czasie Piłsudski wygłosił odczyt w Związku Socjalistów Polskich (13 czerwca), a także złapała go jakaś choroba, bo 13 czerwca pisał do Malinowskiego: "W drodze zaziębiłem się i od kilku dni mam szalony ból głowy i zębów (...) całej połowy głowy. Nic mi się robić nie chce i myśli zebrać okropnie trudno (...) W ogóle od tej gęby jestem w paskudnym pesymistycznym usposobieniu, które mnie doprowadza do pasji".})






({14 czerwca rano, obaj panowie opuścili Hotel Lafayette i wyjechali z Nowego Jorku, kierując się ku Zachodniemu Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Niesamowita podróż, zwiedzili w tym czasie Wodospad Niagara, następnie Chicago (z którego to miasta wyjechali 16 czerwca, spotykając się w międzyczasie z działaczami polonijnymi, m.in.: ze Stanisławem Adamkiewiczem, który oprowadzał ich po Chicago). Następnym punktem podróży było Colorado Springs, skąd ruszyli koleją mijając po drodze Denver, rozległe prerie oraz pokryte śniegiem szczyty Gór Skalistych w Kolorado. Byli w Salt Lake City i zwiedzili Wielkie Jezioro Słone, potem dalej koleją przez Wielką Kotlinę Nevady i Kalifornii. Byli w Reno, przemierzyli góry Sierra Nevada i dotarli do Sacramento. Filipowicz zanotował w tych dniach: "Frisco robi dość marne wrażenie - brudy i góry w samym mieście takie, że nigdzie na świecie nic podobnego nie tolerowano by (...) W dodatku jest dość mglisto i chłodno". Do San Francisco przybyli 21 czerwca 1904 r. Stamtąd Piłsudski zapisał, że już chciałby być w domu: "soli mnie chęć najprędszego powrotu (...) być tak daleko i nie wiedzieć nic, co się u was dzieje". W San Francisco (22 czerwca) wsiedli na mały statek "Coptic" należący do White Star Line - linii które potem wystawią Titanica. "Coptic" był stary, został zbudowany w 1861 r., a na trasie San Francisco-Japonia-Chiny pływał od 1882 r.})




({28 czerwca dotarli na Hawaje i zatrzymali się w Honolulu, skąd Filipowicz pisał: "Pogoda dobra (...) Spanie, wyżerka, szachy i trochę pisaniny (...) potem nudy (...) Zupełnie egzotyczny kraj - banany, daktyle, kokosy, brązowe małpy w europejskich kostiumach etc. W mieście większość Japończyków i Chińczyków". Obaj panowie wybrali się też na plażę w Honolulu, gdzie spędzili większość dnia, potem odbyli jeszcze wycieczkę do kraterów wygasłych wulkanów, a 29 czerwca wyruszyli w dalszą drogę na pokładzie "Coptica".})


CHILLOUT 
POLSKIE WAKACJE W AMERYKAŃSKIM STYLU 🤠






({Piłsudski, choć zwiedzał okolice, myślami był w Polsce, bardzo tęsknił już bowiem za powrotem. Zastanawiał się również nad planami spotkania z władzami Japonii, a gdy w jednej z gazet w Honolulu dowiedział się że japoński gen. Kodama, z którym mieli się spotkać, został przeniesiony na szefa sztabu armii czynnej do Mandżurii (bezpośrednio na linię frontu), zastanawiał się też czy przypadkiem nie będą musieli pojechać również i do Mandżurii (a tymczasem pieniądze na podróż były ściśle wyliczone). Na pokładzie "Coptica" sprecyzowano punkty ewentualnej umowy, jaka miała zostać podpisana z władzami Japonii, które głównie sprowadzały się do zakupu broni do dalszej walki z Rosją - broń ta miała zaś zostać kupiona za obiecane japońskie pieniądze, oraz co do planów utworzenia przy japońskiej armii Legionu Polskiego w Mandżurii. Do Jokohamy przypłynęli w nocy z 9 na 10 lipca 1904 r. ale z powodu ulewnego deszczu, statek stanął na redzie i dopiero rankiem 11 lipca na pokład "Coptica" weszli najpierw przedstawiciele japońskich służb medycznych, a następnie na małym stateczku podpłynął jakiś cywil. Był to major Saburo Inagaki ubrany w modny garnitur, który wszedł na pokład i poprosił o listy upoważniające (od Taro Utsunomiy). Następnie zaprosił obu panów - jako gości rządu japońskiego - na ląd. Razem, incognito udali się na stację kolejową, skąd odjechali pociągiem do Tokio. W pociągu rozmawiano na temat skierowania generałów: Kodamy i Fukushimy na front do Mandżurii, a także właśnie tam, z ofiarowanej przez majora Iganakiego gazety: "Japan Times", Piłsudski i Filipowicz dowiedzieli się o przebywającym już w Tokio od 15 maja Romanie Dmowskim z Narodowej Demokracji - był też na liście gości Hotelu Metropol - który przybył do Japonii aby pokrzyżować plany Piłsudskiego zawarcia sojuszu antyrosyjskiego z Japonią.})




({Gdy wysiedli w Tokio, przed dworcem kolejowym czekał już na nich powóz, w którym "z wielkim szykiem" - jak odnotował Filipowicz, przejechali przez miasto do Hotelu Seiyoken. Hotel położony był w ładnej okolicy - dokoła park, z okien widok na ogród i staw pokryty różowymi kwiatami lotosu i przebywali w nim głównie Europejczycy. Po południu 11 lipca obaj panowie udali się do miasta, wsiedli na riksze i pojechali w odwiedziny do... Romana Dmowskiego. Spotkali się dość przypadkowo, na ulicy dnia poprzedniego - Dmowski spacerował w towarzystwie Jamesa Douglasa, korespondenta lwowskiego "Słowa Polskiego". Potem Douglas stwierdził że na widok Piłsudskiego Dmowski wręcz "skamieniał". Przywitali się bardzo miło - "niemal czule" - jak zanotował Douglas, po czym Piłsudski zaprosił Dmowskiego i Douglasa do siebie do hotelu na obiad.})


PIERWSZE SPOTKANIE PIŁSUDSKIEGO I DMOWSKIEGO
(1893 r.)



({Rozmawiano o sytuacji politycznej i celach pobytu w Japonii, Dmowski twierdził że ofiarował Japończykom dwa memoriały o sytuacji w Królestwie Polskim - Kongresówka - i w Rosji, oraz że został przyjęty przez generałów Fukushimę i Kodamę (tych, których potem skierowano na front do Mandżurii), oraz że w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Japonii nikt nie był zainteresowany jego wizytą. Potem, aż do wyjazdu Dmowskiego, panowie widywali się niemal codziennie, spędzając razem całe popołudnia. Nazajutrz 12 lipca major Inagaki - tym razem ubrany już w swój mundur - zabrał Piłsudskiego i Filipowicza do Sztabu Generalnego, gdzie zostali bardzo miło powitani m.in.: przez gen. Atsusi Muratę. Po kilku kurtuazyjnych zwrotach i pytaniach o komfort hotelowy, panowie przeszli do rozmów o polityce i ogólnym położeniu Rosji i Polski.}) 


PIŁSUDSKI I DMOWSKI W JAPONII 
W TOWARZYSTWIE gen. MURATY
(Lipiec 1904 r.)


({Po rozmowie - która miała charakter badawczy i orientacyjny - do pokoju wszedł gen. Toshitsune Kawakami, który poprosił obu gości do restauracji. Tam Piłsudski poprosił Japończyka, aby treść ich rozmowy pozostała tajemnicą i aby nie wyjawiał jej obecnemu w Tokio Romanowi Dmowskiemu, na co oczywiście Kawakami przystał. Memoriał do rządu japońskiego z informacjami o Rosji i planem umowy wzajemnej, wręczono Kawakamiemu dopiero dnia następnego - 13 lipca, gdy ten osobiście przybył do Hotelu Seiyoken. Rozmawiano znów o Rosji i od razu dało się zauważyć, jak błędne jest przekonanie Japończyków o tym kraju, co odnotował w swym liście Filipowicz: "W ogóle wszyscy mają we łby wbite ogólnoeuropejski pogląd na Rosję". Następnie, we trójkę udano się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tam zostawili list polecający od Hayashiego z Londynu - nie zastano bowiem gen. Yamazy, z którym miano się spotkać - i obaj panowie wrócili do hotelu, gdzie szybko otrzymali wiadomość o wyznaczeniu spotkania u Muraty na 15 lipca. Cały 14 lipca Piłsudski spędził w towarzystwie Dmowskiego, a Filipowicz w towarzystwie Douglasa, tego też dnia obaj panowie po raz pierwszy w życiu skosztowali sushi, czyli żywej ryby. Doszło wówczas do sytuacji, w wyniku której w towarzystwie Japończyków okazanaby została zniewaga, bowiem Piłsudski po skosztowaniu sushi, omal nie... zwymiotował {ja osobiście też nie znoszę sushi} i jedynie przepijając wodą zdołał przełknąć przygotowaną porcję.})

({15 lipca spotkano się z Muratą, z którym omawiano szczegółowo - punkt po punkcie - projekt memorandum i umowę z Japonią. Murata wyraził zdziwienie czy w ogóle istnieje możliwość bezpiecznego przewozu broni, tak, aby nie dowiedział się o niej rząd carski, ale Piłsudski stwierdził że odbiór broni leży w granicach możliwości partii socjalistycznej i jest na to kilka sposobów. Co zaś do kwestii finansowych, tutaj Murata nie miał żadnych zastrzeżeń gdy zażądano 10 000 funtów szterlingów teraz, drugie tyle po nowym roku i następnie tyle ile wymagać będzie rozwój wypadków, przy czym sumy te mogą wzrosnąć do 100 000 funtów szterlingów. Murata odrzucił tylko punkt trzeci o możliwości utworzenia Legionu Polskiego, stwierdzając krótko: "Konstytucja nie pozwala". Zgodził się również w kwestii udzielenia pomocy polskim dezerterom z armii rosyjskiej, którzy przejdą na stronę Japonii. Natomiast bardzo dobrze przyjął plany pracy informacyjnej PPS-u i przekazywanie wiadomości wywiadowczych o armii rosyjskiej Japończykom. Po spotkaniu Filipowicz pisał: "Przypuszczam że te trudności są specjalnie po to wymyślone, by później mogli robić wielkie ustępstwa (...) kręcą w drobiazgach, nadrabiając komplementami i ciągłym śmiechem - wesoły narodek". Po spotkaniu panowie ponownie udali się do swojego hotelu. W nocy z 15 na 16 lipca było małe trzęsienie ziemi które zarówno Piłsudskiego jak i Filipowicza postawiło na nogi, ale szybko przekonali się że nie robi ono na nikim z obsługi większego wrażenia. Jak potem zanotował Tytus Filipowicz: "Podobno taka "przyjemność" należy tu do tak zwykłych, że nikt nie zwraca na nią uwagi".




Cały 16 i 17 lipca panowie spędzili na zwiedzaniu Tokio (tajemnicą poliszynela była wizyta w salonie masażu, w którym piękne gejsze wykonały dla nich masaż erotyczny). 18 lipca udali się do Jokohamy, aby sprawdzić czy statek "Empress of Japan", który właśnie przybił do brzegu, nie przywiózł im spodziewanej przesyłki listowej. Okazało się jednak że niczego nie było. Nie dobrze, bowiem kończyły się pieniądze ["Hotel jeszcze nie płacony, drobne płyną jak woda" - notował Filipowicz]. Piłsudski zakładał że rozmowy potrwają do 2 sierpnia i tego dnia będą mogli wypłynąć w drogę powrotną na pokładzie "Mongolii". 20 lipca Dmowski wystosował swój ostatni memoriał do rządu Japonii - bowiem od miesiąca nikt z władz się z nim nie spotkał - w którym przekonywał że jakiekolwiek powstanie zbrojne w Polaków przeciwko Rosji w obecnym czasie wcale nie byłoby na korzyść Japonii, która nic by na tym nie zyskała, a jedynie na korzyść Rosji, która szybko by takie powstanie złamała, wprowadzając jeszcze większe represje. Memoriał ten też przeszedł bez echa ze strony Japończyków, dla których wizyta Dmowskiego nic w zasadzie nie wnosiła. Po późniejszym fiasku wizyty Piłsudskiego i Filipowicza w Japonii, Dmowski będzie twierdził - a za nim również późniejsza historiografia - że to on przyczynił się do niepowodzenia tych rozmów. W rzeczywistości jego rola w zasadzie była żadna, był powszechnie lekceważony i pomijany [czego dowodem jest fakt, że nikt z władz czy armii japońskiej nie chciał się z nim spotkać]}).

21 lipca doszło do kolejnego spotkania Piłsudskiego i Filipowicza u gen. Muraty, na którym rozmawiano na temat finansowania PPS-u i dalszej pracy konspiracyjnej partii i pozyskiwaniu informacji na temat Rosji i jej armii. Nawiązano wówczas ścisłe kontakty i pomimo niepowodzenia rozmów w owym czasie, tamte kontakty zaowocowały w przyszłości i już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. kontakty te odżyły z nową mocą (Japończycy bardzo często przyjeżdżali do Polski na szkolenia wywiadowcze, szczególnie ze sztuki dekryptażu, a jeden z japońskich oficerów walczył nawet podczas Bitwy Warszawskiej z bolszewikami w 1920, atakując moskiewskich żołdaków samurajskim mieczem). Co zaś się tyczy dalszej wizyty, to Dmowski wyjechał z Japonii 22 lipca przez Pacyfik, USA [zatrzymał się na krótko jedynie w Chicago 8 sierpnia] i do Krakowa wrócił 14 września 1904 r. Piłsudski i Filipowicz opuścili zaś Japonię 30 lipca [znaleźli jeszcze czas na zwiedzenie góry Fudżi 25-26 lipca] a na przyjęciu pożegnalnym znów pojawiła się żywa ryba - sushi, co ponownie przyprawiło Piłsudskiego o skręt żołądka. Obaj panowie wypłynęli z Jokohamy dnia 30 lipca na pokładzie małego statku "Tartar", który płynął do Kanady. Pożegnawszy się z gen. Kawakami, który ich odprowadził, odpłynęli w drogę powrotną.} Tak więc wracając do początku, ów "Jeden z nich" o którym wspomniałem {dziwna i tajemnicza postać, która dosyć skrupulatnie przewiduje to, co ma się wydarzyć - prawdopodobnie też nie jest to człowiek, choć potrafi przybierać ludzkie kształty, a przynajmniej tak twierdzi; choć jednocześnie nie mówi że nie jest człowiekiem, co zakrawa wręcz o paradoks} stwierdził że gdyby Piłsudski rankiem 11 lipca 1904 r nie miał dobrego seksu przed spotkaniem z Dmowskim, nie chciałoby się mu z nim rozmawiać, byłby smutny i przygnębiony, a co za tym idzie - z późniejszej współpracy obu panów nic by nie wyszło, w konsekwencji... Polska nie odzyskałaby Niepodległości w 1918 r. {Oto link do kanału atora: "JEDEN Z NICH: NIE UCIEKAJ Z POLSKI, TU BĘDZIE DOBRZE!"}. Niesamowite jak orgazm jednego faceta wpłynął na przyszły los polskich dziejów 😘👍. A co do Japonii to zawsze będę wdzięczny owym samurajom za to, że przyjęli polskie dzieci, które dotarły do Mandżurii, a potem do Korei, uwolnione z sowieckich sierocińców - które tak naprawdę były obozami zagłady dla dzieci. 





PONIEWAŻ NIECO ZBOCZYŁEM Z GŁÓWNEGO TEMATU (CO NIESTETY NIEKIEDY MI SIĘ ZDARZA 😉), POZWOLĘ SOBIE DZIŚ JESZCZE ZAMIEŚCIĆ KOLEJNĄ CZĘŚĆ TEJ SERII, W KTÓREJ JUŻ BEZPOŚREDNIO SKUPIĘ SIĘ NA SAMYM ZAMACHU MAJOWYM I MIĘDZYNARODOWYCH REAKCJACH NA TO WYDARZENIE


CDN.

01 maja 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VI

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VI




 Rok 1923 był rokiem bardzo niespokojnym nie tylko w Polsce, ale również w kilku innych państwach europejskich (z pewnością w Niemczech, gdzie hiperinflacja doszła do przerażającego poziomu). W Polsce był to rok często zmieniających się rządów (trzy gabinety w ciągu roku), hiperinflacji, walki z paskarzami (wielu bowiem handlarzy starało się wykorzystać kryzys gospodarczy do swoich celów, maksymalnie podnosząc ceny sprzedawanych przez siebie towarów), oraz zamachów terrorystycznych, a także nadziei, jakie wiązali komuniści z rychłym upadkiem demokracji i zainstalowaniem w Polsce systemu sowieckiego. Już 4 stycznia policja przeprowadziła aresztowania, robiąc naloty na meliny komunistów i współpracowników Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Wielu sowieckich agentów z KPRP zostało wówczas aresztowanych. Samego Komitetu Centralnego z Adolfem Warszawskim-Warskim i Marią Koszutską nie udało się jednak policji aresztować.

Co ciekawe, tego samego, 4 stycznia 1923 r. swoje obowiązki rozpoczął pierwszy poseł Związku Sowieckiego w Polsce - Piotr Wojkow (polskim posłem w Moskwie został Stanisław Kętrzyński).

Stan zdrowia Lenina pogarszał się z każdym kolejnym dniem, aczkolwiek jeszcze był na tyle sprawny umysłowo, aby 4 stycznia dopisać post scriptum do swego nieoficjalnego "testamentu", który napisał pod koniec grudnia 1922 r. i w którym ostrzegał Partię przed Stalinem, pisząc: "Towarzysz Stalin, po objęciu funkcji sekretarza generalnego, skupił w swych rękach nadmierną władzę i nie ma pewności, czy zawsze potrafi z tej władzy korzystać z należytą ostrożnością". Dnia 4 stycznia 1923 r. Lenin dopisał jeszcze: "Stalin jest zbyt brutalny i wada ta, która jest całkiem do zniesienia w naszym środowisku i w stosunkach między nami, komunistami, staje się nie do zniesienia na stanowisku sekretarza generalnego". Dokument ten został potem na całe dekady utajniony i był jednym z najbardziej strzeżonych dokumentów w Związku Sowieckim, nawet po śmierci Stalina (notabene Lew Trocki - czyli jedyny realny konkurent Stalina do władzy nad partią i państwem - twierdził też, że Lenin miał powiedzieć o Stalinie w gniewie: "Ten kucharz zgotuje tylko pieprzne dania").

Wzmagał się problem niemieckich reparacji dla zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej. Jeszcze w marcu 1921 r. Ententa ustaliła wysokość reparacji niemieckich na 132 mld marek w złocie (płatnych rocznymi ratami 2-6 mld marek przez 42 lata). Niemcy (szczególnie za ministra Walthera Rathenaua) starały się obniżyć tę kwotę do 50 mld marek, pomniejszonych o 20 mld, które rzekomo Niemcy miały już spłacić Aliantom. Rathenau twierdził, że jeśli Alianci nie zgodzą się na obniżenie wysokości reparacji, to Niemcy czeka katastrofa gospodarcza i bankructwo, a co za tym idzie anarchia polityczna i niestabilność, która może pochłonąć Europę (tym bardziej biorąc pod uwagę zagrożenie sowieckie). Francuzi jednak kategorycznie nie godzili się na jakiekolwiek w tym względzie ustępstwa. Tym bardziej że po upadku rządu skłonnego do kompromisu Aristide Brianda, nowym premierem został (styczeń 1922 r.) były prezydent Republiki - Raimund Poincaré, który nie chciał słyszeć o żadnym kompromisie w stosunku do Niemców. Taka polityka doprowadziła w Niemczech do wielu politycznych zbrodni, a jej ofiarą padł sam Rathenau (zastrzelony w Berlinie 24 czerwca 1922 r. notabene jeden z zamachowców wrzucił do jego samochodu również granat ręczny). Ratenau był niemieckim nacjonalistą i chociaż godził się na reparacje, wiedząc że tylko w ten sposób Niemcy mogą powrócić na europejskie salony i wywalczyć odzyskanie przynajmniej części strat terytorialnych, poniesionych po zakończeniu I Wojny Światowej (szczególnie miał na myśli Pomorze i Górny Śląsk). Jednak owa zgoda została automatycznie uznana przez środowiska nacjonalistyczne w Niemczech (szczególnie te, które głosiły mit "ciosu w plecy") że Rathenau jest zdrajcą Niemiec, a ponieważ był również Żydem, tym bardziej go to oczerniało w oczach żądnych odwetu nacjonalistów. Zresztą reparacje które Niemcy zaczęły już spłacać w dostawach surowców dla francuskiego przemysłu, były ostatecznie torpedowane przez wielkich niemieckich przemysłowców (Kruppowie, Thyssenowie, Stinnesowie). Również kapitał i politycy brytyjscy nie widzieli potrzeby w wypłacaniu reparacji Francji (ogromna bowiem część z owych reparacji przypadała Francuzom).


NAJWIĘKSZE ARMIE W EUROPIE 
(WRAZ Z USA I JAPONIĄ) 
W LATACH 20-tych XX WIEKU



W dniach 2-4 stycznia 1923 r. odbyła się konferencja paryska w sprawie niemieckich reparacji, która jednak zakończyła się fiaskiem. Powstały 22 listopada 1922 r. centro-prawicowy rząd Wilhelma Cuno, nie mógł się bowiem zgodzić na ustaloną kwotę 132 mld marek w złocie, gdyż realnie doprowadziłoby to niemiecką gospodarkę do bankructwa, ale Francuzi (mam tu na myśli polityków z otoczenia premiera Poincaré, gdyż francuscy przemysłowcy często znajdowali wspólny język z przemysłowcami z Niemiec) nie zamierzali pójść na jakiekolwiek, choćby najmniejsze ustępstwa. Francuzów wsparli w tym Belgowie oraz Włosi Mussoliniego. Konserwatywny rząd brytyjski zaś (z już wówczas śmiertelnie chorym premierem Andrew Bonarem Lawem) był znacznie bardziej elastyczny w kwestii reparacji i choć popierał Francuzów, ostatecznie zdawał się stanąć po stronie Niemiec. Poincaré, nie mając innego wyjścia i widząc że w żaden inny sposób nie wyegzekwuje od Niemców reparacji, zdecydował się na krok militarny. 11 stycznia 1923 r. Armia Francuska i Belgijska wkroczyły do Zagłębia Ruhry, traktując je jako zastaw pod wypłatę reperacji wojennych. Odtąd transporty węgla miał iść nie w głąb Niemiec, a do Francji - na konto reparacji. Rząd Wilhelma Cuno wezwał rodaków z Zagłębia Ruhry (głównie urzędników i robotników) do biernego oporu wobec okupantów francuskich. Doszło jednak do kilku starć w wyniku których zastrzelonych zostało 132 Niemców. Interwencja francusko-belgijska w Zagłębiu Ruhry spotkała się ze sprzeciwem zarówno Londynu jak i Waszyngtonu - tym bardziej gdy doszły tam informacje o walkach i zabitych oraz rannych cywilach. Poincaré musiał nieco ograniczyć swoje apetyty i swój przekaz, ale nie wycofał się z Zagłębia Ruhry, a wręcz przeciwnie - zaczął wspierać lokalny separatyzm. Ruch separatystów nadreńskich, kierowany przez Adama Dortena (uczestniczył w nim również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec, a wówczas burmistrz Kolonii - Konrad Adenauer) był mocno wspierany i finansowany przez Paryż. Ostatecznie jednak okupacja Zagłębia Ruhry niewiele Francuzom dała, natomiast generowała ogromne koszty, a także straty wizerunkowe. Mimo to Poincaré nie zamierzał się stamtąd wycofywać.




FRANCUSKA OKUPACJA W ZAGŁĘBIU RUHRY BYŁA DOTKLIWA DLA NIEMCÓW PRZEDE WSZYSTKIM W TAKICH CODZIENNYCH NIEPRZYJEMNYCH SYTUACJACH



31 stycznia 1923 r. o godz. 6:30 rano, zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza - Eligiusz Niewiadomski został przewieziony z aresztu do Cytadeli, gdzie miał dokonać swego żywota. Czekała tam na niego już kompania szkolna 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Poprzedniego dnia wieczorem przeprowadził Niewiadomski dwugodzinną rozmowę w swej celi z księdzem Pietrzykiem. Teraz nie zdradzał ani zdenerwowania ani też obaw przed śmiercią (proponowano mu aby poprosił o ułaskawienie nowego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, ale on odmówił i stwierdził że za taki czyn jaki popełnił, należy się śmierć, gdyż co prawda idea jakiej służył - według niego - była słuszna i Narutowicz jako symbol politycznego zaprzaństwa na śmierć zasłużył, ale równocześnie było to zabójstwo człowieka i z tego też powodu on również musi zginąć). Podszedł do słupka egzekucyjnego (chociaż wcześniej starano się przynajmniej doprowadzić do tego, aby nie został rozstrzelany przy tym słupku jak pospolity przestępca, ale ostatecznie nie udało się do tego doprowadzić prawicowym ugrupowaniom). Zdjął palto, szalik i kapelusz, ściągnął też okulary i podał je stojącemu nieopodal mecenasowi Kijeńskiemu. Poprosił aby nie zawiązywano mu oczu i aby nie przywiązywano go do słupka, a życzenie to zostało spełnione. Następnie wyrzekł słowa: "Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski! Zachowam spokój, proszę, aby mierzono mi w głowę" - były to jego ostatnie słowa. Następnie padły strzały i Niewiadomski zakończył swój ziemski żywot. Po śmierci Niewiadomski stał się ikoną środowisk prawicowych. W kościołach zaczęto odprawiać mszę w intencji jego duszy. Podczas kazań, a także w prasie prawicowej i katolickiej zaczęto nazywać go "bohaterem-męczennikiem". Przybrało to tak ogromne rozmiary, że 11 lutego episkopat polski musiał wydać odezwę, w której stwierdzono iż: "Nabożeństwa żałobne nie powinny być nadużywane dla manifestacji, nie odpowiadających świętości i celowi obrządku religijnego". Dalej twierdzono iż nabożeństwa za Niewiadomskiego mogą wprowadzić "zamęt do pojęć o moralności chrześcijańskiej", gdyż Kościół sprzeciwia się wszelkim akcjom łamiącym przykazania - szczególnie to "nie zabijaj!".

Eligiusz Niewiadomski stał się bohaterem również dla powstałego na początku 1923 r. i będącego w konspiracji "Pogotowia Patriotów Polskich" - PPP. Ich ulotki (rozdawane również w kościołach) głosiły: "Patrioto! Wstąpiłeś w szeregi Pogotowia Patriotów Polskich, które powstało w przekonaniu, że Ojczyznę można uratować tylko drogą dyktatury. Widzisz sam, jak dzisiejszy ustrój parlamentarny prowadzi Ojczyznę do zguby. Wiedz o tym, że należysz do organizacji bezpartyjnej, stojącej na gruncie narodowym i patriotycznym, bo Polska jest dla Polaków i Polacy Nią rządzić powinni". Rytuał przystąpienia do tej organizacji był dosyć mistyczny. Nowo-wstępującego prowadzono do podziemi jednego z kościołów (najczęściej do Kościoła Wszystkich Świętych na Grzybowie lub do kościoła Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie) i tam składali oni przysięgę. Jeden z wtajemniczonych mówił potem, iż: "Mówiono nam, że ten czarny krzyż, który całowaliśmy po przysiędze, całował przed śmiercią na polu stracenia Eligiusz Niewiadomski". Była to organizacja, która przygotowywała zamach stanu w Polsce i z tego powodu szybko znalazła się w polu zainteresowania policji. W styczniu 1924 r. Pogotowie Patriotów Polskich zostało rozbite aresztowaniami, w tym czasie w jego skład wchodziło ok. 800 osób. Sprawa ta jednak była bardzo poważna, gdyż organizacja miała swoich ludzi nie tylko w środowiskach akademickich (wśród studentów), ale również wśród żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, wśród policjantów (w tym również wśród komisarzy policji), urzędników, a także wśród polityków (m.in. z prezesem Związku Ludowo-Narodowego Stanisławem Głąbińskim). Przywódcą organizacji był architekt Jan Pękosławski, który zamierzał przejąć władzę w wyniku zamachu stanu, obalić konstytucję i wprowadzić dyktaturę. Wojskowym szefem organizacji był Witold Gorczyński (który prowadził tajne rozmowy z gen. Szeptyckim - ówczesnym ministrem), zaangażowany w tę organizację był również gen. Wroczyński.

Istniejący od 16 grudnia 1922 r. rząd gen. Władysława Sikorskiego, musiał przede wszystkim zmagać się z szalejącą inflacją i coraz szybszym spadkiem wartości marki polskiej. Już 13 stycznia 1923 r. Sikorski przeprowadził rekonstrukcję swego gabinetu, powierzając ministerstwo skarbu Władysławowi Grabskiemu, który od początku zaczął twierdzić iż należy wprowadzić nową polską walutę i w miejsce polskiej marki powołać do życia polski złoty. Nowy pieniądz miał funkcjonować początkowo jednocześnie ze starym, z tym że złoty nie podlegałby inflacji (czego w przypadku marki Grabski już nie gwarantował). Aby ograniczyć coraz większą inflację, Grabski zaproponował zmniejszenie biurokracji, oraz sprzedaż niektórych deficytowych przedsiębiorstw państwowych. Oczywiście nie mogło się obyć bez nowych podatków, ale na razie trwały sejmowe spory o to, kto tak naprawdę ma ponieść największe koszty wprowadzenia nowej waluty. Endecja była za wprowadzeniem nowego podatku, który bezpośrednio dotykał by warstw ludowych (najbiedniejszych), socjaliści zaś dążyli do opodatkowania najbogatszych - i tak to się na razie kręciło (w satyrycznym czasopiśmie "Mucha" ukazał się rysunek, w którym młoda kobieta w szacie do ziemi i z białym orłem na piersi prowadziła za ręce dwóch niesfornych urwisów, jednym z nich była prawica, drugim lewica. Podpis pod rysunkiem brzmiał: "Zaraz mi tu zgodnie iść smarkacze, bo w skórę dam", na co chłopak z napisem "prawica" odpowiada: "Dobrze mamo, ja z nim pójdę, ale po drodze go kopnę", na co chłopak z napisem "lewica" odpowiada: "Ja też go kopnę" 🥴).

Wkroczenie wojsk francuskich i belgijskich do Zagłębia Ruhry spowodowało, że Paryż znów musiał orientować się na Warszawę, jako głównego sojusznika w przypadku konfliktu z Niemcami. Co prawda od 19 lutego 1921 r. istniał polsko-francuski sojusz obronny (skierowany przeciwko Niemcom), ale Francuzi podchodzili do niego w sposób całkowicie dowolny, raz dążąc do jego wzmocnienia (w sytuacji większego konfliktu z Berlinem), a raz do jego osłabienia. Jednak sytuacja, jaka się wytworzyła w Europie Zachodniej w styczniu 1923 r. spowodowała właśnie że Polska stała się niezwykle pożądana i to nie tylko przez Paryż, ale również przez Londyn (który chciał przez Polskę dostać się do Rumunii, niezbędnej w konflikcie Brytyjczyków z Turkami, wspieranymi przez Sowietów. Polska zaś od 3 marca 1921 r. miała również układ obronny z Rumunią, wymierzony w sowiecką Rosję).




12 stycznia 1923 r. Litwini (za namową Niemców) zajęli Kłajpedę. To portowe miasto administrowane było (na mocy Traktatu Wersalskiego) przez francuskiego gubernatora, natomiast Rada Ambasadorów Ententy zdecydowała się przekazać to miasto (jako "Wolne Miasto") pod wspólny polsko-litewski zarząd. Jednak od 9 października 1920 r. czyli od zajęcia Wilna przez oddziały gen. Żeligowskiego, Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych stosunków, nie tylko dyplomatycznych ale również jakichkolwiek innych. Litwa, będąc młodym narodem i nie mając żadnych tradycji państwowych opartych na "litewskości" (wszelkie te tradycje - jeśli w ogóle można je takowymi nazwać - sięgały średniowiecza, więc nie mogły odnosić się do współczesności), po zajęciu Wilna, a szczególnie po przyłączeniu Wilna i Litwy Środkowej do Polski (24 marca 1922 r.) wytworzyła u siebie bardzo silny antypolonizm i na tej nienawiści budowała swoją tożsamość narodową (tak naprawdę ten antypolonizm jest w Litwinach do dziś. Jakiś czas temu rozmawiałem z Litwinem, który mi tłumaczył że oni do dzisiaj boją się polskich wpływów kulturowych nie tylko w Wilnie i całym regionie, ale również na pozostałych ziemiach litewskich. Ale jednego nie był w stanie zanegować, Litwa może istnieć tylko w sytuacji gdy istnieje silna Polska, jeśli Polska nie jest silna lub traci swą niepodległość - Litwa przepada. Polska może istnieć bez Litwy, Litwa jednak nie przetrwa bez Polski). Natomiast Niemcy woleli aby Kłajpeda (która przed zakończeniem I Wojny Światowej należała do nich) włączona teraz została raczej do słabej i małej Litwy, niż do dużej Polski, z którą Niemcy mieli swoje zatargi graniczne. Dlatego też namówili Litwinów - a ci oczywiście skwapliwie na to przestali - aby zajęli Kłajpedę i włączyli to miasto do swojego państwa. Litwa, budując zaś swoją tożsamość na antypolonizmie, jednocześnie pozbawiała się ogromnej, kilku-wiekowej części swej historii. Historii, która była wspólna - polsko-litewska i która mogła zasadniczo zmienić powojenny układ sił w Europie Północnej, gdyby Kowno nie było tak małostkowe i uparte. Co z tego że Wilno było historyczną stolicą Litwy, skoro Litwinów w tym mieście było parę procent. Dominowali przede wszystkim Polacy, a na drugim miejscu byli Żydzi. Piłsudski zresztą zamierzał oddać Litwie Wilno, ale nie Litwie nacjonalistycznej. Nie Litwie, która będzie wylęgarnią antypolonizmu i z ziem której niemieckie i sowieckie bandy będą przenikać na terytorium Rzeczpospolitej. Litwa sprzymierzona z Polską we wspólnym sojuszu mogła zatrzymać Wilno, ale małostkowi politycy z Kowna uznali, że wolą konflikt z Warszawą, nie zdając sobie sprawy że upadek Polski automatycznie doprowadzi do upadku Litwy. Poza tym, nie mając wcześniejszych tradycji administracyjnych, Litwa zalana była rusko-carskim biurokratycznym badziewiem prawnym i w ten sposób przypominała rzeczywiście jakąś taką post-carską mini republikę. Warto tu jeszcze przytoczyć słowa, jakie w 1905 r. wystosował w kierunku Litwinów Henryk Sienkiewicz, a brzmiały one: "A wspomnij ty dawne czasy: kto cię ochrzcił? Kto cię oświecił? Kto cię Niemcu (...) jako psa z gardła wyrwał? (...) Budzi się, mówisz naród litewski? To chwała Bogu! Chcesz po litewsku gadać? Gadaj! Ten, co krwi dla ciebie nie szczędził jeszcze ci dopomoże. A ty - hajże na niego, choć on Twoja krew i Twój brat".




Ale właśnie to, co uczyniła Litwa z Kłajpedą, dał Polsce pretekst, aby na arenie międzynarodowej przedstawić sprawę nierozwiązanych i wciąż wlokących się kwestii granicznych. Minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej - Aleksander Skrzyński stwierdził, że takie kroki jakie poczyniła Litwa, mogą w przyszłości posłużyć czy to Moskwie czy Berlinowi do podobnych gwałtów politycznych, a co za tym idzie, mocarstwa zachodnie powinny jak najszybciej uznać granicę polsko-litewską. Jednocześnie polski poseł w Rzymie August Zaleski (przyszły minister spraw zagranicznych, oraz - już dużo później, po zakończeniu II Wojny Światowej prezydent Rzeczypospolitej Polski na uchodźstwie w Londynie) starał się również urobić w tej kwestii Mussoliniego (Zaleski pisał potem w swych pamiętnikach, że Mussolini skarżył mu się co do słabej międzynarodowej pozycji Włoch. Zaleski pisał: "Podsunąłem mu myśl, że jednym ze sposobów polepszenia tej pozycji byłoby okazywanie żywszego zainteresowania dla wszystkich zagadnień politycznych, bez względu na to, gdzie się kształtują. (...) Włochy mają właśnie sposobność okazania światu, że są krajem o szerokich zainteresowaniach. (...) Takie wystąpienie Włoch wywołałoby bardzo korzystne wrażenie w Europie wschodniej, która po raz pierwszy ujrzała Włochy w roli wielkiego mocarstwa, Mussolini skwapliwie podchwycił tę szansę..." 30 stycznia 1923 r. Benito Mussolini wygłosił mowę, w której gorąco popierał międzynarodowe uznanie granicy polsko-litewskiej, co ostatecznie doprowadziło do przekonania zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków. Już 3 lutego Rada Ligii Narodów (pod przewodnictwem Francuzów i Brytyjczyków) przyznała Polsce pełne suwerenne prawa nad Wileńszczyzną. 16 lutego ta sama Rada Ambasadorów Ligii Narodów uznała suwerenną władzę Litwy nad Kłajpedą, pod warunkiem respektowania autonomii tego miasta i przyznania Polsce prawa do korzystania z portu kłajpedzkiego (nie respektowanego przez Litwinów). 15 marca zaś Rada Ambasadorów uznała wschodnią granicę Rzeczypospolitej zarówno z Litwą, jak i z Rosją sowiecką. Stało się to wielkim sukcesem rządu Sikorskiego i zostało mocno przezeń rozreklamowane.


WŁADYSŁAW SIKORSKI 
(w latach 20-tych)



A tymczasem w lutym 1923 r. do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski przyłączył się Żydowski Komunistyczny Związek Robotniczy w Polsce - czyli Kom-Bund.

Z takich ciekawostek warto też nadmienić, że 1 marca 1923 r. w Niemczech podniesiono dopuszczalną prędkość aut z 15 aż do 30 km/godz.


CDN.



A TAK NA MARGINESIE ZACZĄŁ SIĘ JUŻ DŁUGI WEEKEND, CZYLI WRACAMY DO NASZEJ POLSKIEJ ULUBIONEJ TRADYCJI GRILLOWANIA. 

ŻYCZĘ ZATEM MIŁEGO,
SPOKOJNEGO I OWOCNEGO WEEKENDU



02 lutego 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. IX

A KIEDY WRESZCIE 
UJRZĘ BOGA?




Jak już pisałem, na "Tamtym Świecie" dusze spotykają wszystkich swych dawnych znajomych (z którymi wchodziły w przeróżne fizyczne korelacje), swych Przyjaciół z Grupy, swego Przewodnika, lub Przewodników (w zależności od stopnia zaawansowania duszy). Dusza także spotyka i widzi Założycieli/Starszych, których postrzega jako szlachetnych Mędrców, ale... nigdzie nie widzi Boga. Dlaczego? Cóż, postaram się po kolei rzucić trochę światła na to zagadnienie. Prawie każda osoba z tych, które poddają się sesjom hipnoterapeutycznym, nie ma doświadczenia "widzenia" Boga. Dla ogromnie wielu wciąż inkarnujących jest to niedościgłe marzenie, przeogromna chęć zbliżenia do... Jedności (jak to opisują), lecz jednocześnie zdania sobie sprawy z faktu że "jeszcze na to nie zasłużyli". Większość osób które poddają się hipnozie, nigdzie nie spotyka istoty, którą można by nazwać Bogiem, ale... są od tego bardzo nieliczne wyjątki. Największą możliwość poczucia Obecności Boga i Jedności z Nim, mają dusze podczas rozmów z Radą Założycieli. Już nie można bardziej (dla wielu dusz) zbliżyć się do Źródła, niż właśnie Tam. Dusze nie widzą "Tam" Boga, ale... są w stanie odczuć ogromną Energię, o wiele większą niż jakakolwiek inna dotąd (nie jest to też Energia Założycieli). Według osób będących pod wpływem hipnozy, Jedność-Obecność-Źródło, znajduje się zawsze za Starszymi z Rady.

Promieniuje Ono ogromnym blaskiem o fioletowej lub srebrnej poświacie, lecz Rada stara się nie zwracać uwagi na ów Blask i koncentruje się na rozmowie z daną duszą. Czynią tak świadomie, gdyż jeśliby pozwolono duszy na podziwianie blasku owej Energii... nie mogłaby ona skupić się na zadawanych jej pytaniach. Według osób poddanych hipnozie, jest to tak ogromna Siła i Moc, która przyciąga do siebie niczym rodzic tulący swoje dziecko, niektórzy opisują to jako "Pragnienie Jedności Dojrzałego Zrozumienia" (jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało, trzeba bowiem pamiętać, że nie wszystko co dusze opowiadają i co widzą na "Tamtym Świecie" można łatwo przetłumaczyć na ludzki język i opisać za pomocą zrozumiałych dla nas przykładów). Pewien mężczyzna opisuje to doświadczenie następująco: "Kiedy znajduję się w sali Rady i widzę Obecność Naszej Jedności (chodzi zapewne o owe Światło), przeszywa mnie odczucie nieopisanego szczęścia bliskości owej Jedności. Wiem, że moja Przewodniczka odczuwa to tak samo. To jest niczym fontanna nieskończonej Miłości i Zrozumienia, Ciepła, Bezpieczeństwa, Radości i Wolności. Gdy spotkanie z Radą się kończy i opuszczam salę, nim to nastąpi już pragnę powrócić Tu ponownie jak najszybciej". Interpretując ową relację można by powiedzieć że owe Światło jest dla dusz niczym magnez, ale tylko na zasadzie przypomnienia im Jedności z której pochodzą, oraz konsekwencji w dążeniu do ostatecznego celu - czyli Zjednoczenia.

Prawie nie ma żyjących ludzi, którzy mogliby opowiedzieć więcej o tym Świetle, owej Jedności i odczuwanej przez dusze bardzo silnej bliskości Źródła. Głównym powodem tego stanu rzeczy jest fakt, iż większość z nas nigdy nie doszła do stopnia Przewodników, choć oczywiście i od tego są wyjątki. Wśród osób decydujących się na odbycie sesji hipnoterapeutycznych też z reguły próżno szukać tych, którzy mieliby bliższy kontakt z ową Energią Jedności, ale i tam zdarzają się perełki. Pewna kobieta, która poddała się hipnozie, rzuciła na to zagadnienie trochę więcej światła. Kobieta owa była bardzo rozwiniętą Przewodniczką i mieniła się ciemnoniebieską barwą światła. Opiekowała się (opiekuje) kilkoma grupami dusz, głównie średnio-zaawansowanych i tych już rozwiniętych/starych, a już "wkrótce" miała stać się Nauczycielką innych Przewodników. Kobieta ta opowiedziała najwięcej ze wszystkich osób poddanych hipnozie, na temat Boga i naszej z nim Jedności. Inkarnuje już od bardzo dawna (czyni tak, pomimo faktu że nie musi już fizycznie "doświadczać", gdyż poziom Jej wewnętrznego rozwoju jest bardzo duży), a swoją drogę przez materialne wcielenia rozpoczęła jeszcze... przed powstaniem naszego Wszechświata. Inkarnowała w innym, który dobiegł już końca. W tym życiu owa kobieta zajmuje się leczeniem, uzdrawianiem i pomocą innym ludziom (przykład bardzo częstego wcielenia wybieranego przez zaawansowanych Przewodników).

Zresztą uzdrawianie fizycznego bólu jest bardzo mocno związane z siłą Umysłu. Według owej kobiety - można nauczyć się subtelnej sztuki takiej korelacji Energii, by uwalniać od Bólu najróżniejsze części ciała, mówi: "Jestem w stanie pomóc tym, którzy potrafią zrozumieć siłę Energii jaka jest w naszych Umysłach, a Umysł jest drogą która może przynieść ulgę w bólu. Sama pracując w ten sposób z własną Energią, nauczyłam się skuteczniej pomagać innym w ich cierpieniu". Hipnoterapeuta zadał więc jej pytanie: "Czy Ty, jako tak rozwinięta Przewodniczka Duchowa, aspirujesz do miejsca w Radzie Starszych?". Jej odpowiedź brzmiała: "Nie! Najpierw pracuję nad tym, by zostać Nauczycielem Przewodników" - "Lecz jeślibyś mogła wybrać, chciałabyś zostać członkinią Rady?" - kontynuuje hipnoterapeuta, "Nie każdy nadaje się na członka Rady, jest przecież wiele innych możliwości "specjalizacji" - odpowiada kobieta. "Lecz jeślibyś się nadawała, jak by to wyglądało?" - "Najpierw udałabym się do miejsca Naszej Jedności" - odpowiada kobieta. W tym momencie ów hipnoterapeuta poczuł, że zaczyna dziać się coś więcej, niż dotychczasowy opis "Życia po Życiu", miejsc, działań i przygotowań duszy na "Tamtym Świecie". Tutaj owa kobieta zaczyna już otwarcie przybliżać nas do samego Źródła, czyli do początków naszego Istnienia. Jej opowieść znacznie wykracza poza dotychczasowe ramy, jakie dotąd prezentowały inne osoby - inne dusze poddane hipnozie.

"Opowiedz mi o tej Jedności, czym lub kim Ona jest" - kontynuuje hipnoterapeuta. "To jest... Jedność w Wielości lub Wielość Jedności - Centrum wszelkiego Istnienia". "Czy mogłabyś powiedzieć mi coś więcej na ten temat, proszę byś opisała mi cały ten proces - jeśli oczywiście możesz?" - "Nie powiem Ci wiele, nie doświadczyłam jeszcze tego, jedynie się tam zbliżyłam", "Proszę więc byś opowiedziała mi tylko to, co powiedzieć możesz". "To jest Boskość, jest... Wszystkim" - kontynuuje kobieta, "Proszę, wyjaśnij Nam co to znaczy "Wszystkim?" - "To jest Oddech, Dźwięk, Szept... tak Czysty, tak Nieskończenie Czysty" - "Spokojnie, zatrzymaj tę myśli i zabierz mnie w swej opowieści tak daleko, jak tylko zdołasz" - mówiąc to hipnoterapeuta kładzie dłoń na czole kobiety. "Dźwięk, On... stwarza wszystko dookoła - WSZYSTKO!". "Przybliż się w kierunku tego Dźwięku, jesteś już bardzo blisko, proszę powiedz co teraz widzisz?" - "Ja... nie mogę, ja... za daleko" - odpowiada kobieta - "Jeszcze troszkę dalej, przejdź poza to, jeszcze troszkę - powiedz co tam jest?" - "Dźwięk wszystko utrzymuje i stwarza, sprawia że całość się porusza, faluje pod Jego wpływem. To jest wysokie czyste nucenie, przypomina echo, ja... nie mogę więcej..." - kobieta urywa w środku zdania. "Ostatni wysiłek, proszę Cię, wiem że dasz radę, czym jest to Echo?" - "To jest niczym Matka... przepełniona Miłością Matka... śpiewająca swemu dziecku!", to było wszystko, co mogła nam przekazać owa kobieta.

Pomimo tego opisu (choć jest najbardziej szczegółowy ze wszystkich jemu podobnych), nadal nie wiadomo jak wygląda Bóg, gdyż nawet inkarnujący Przewodnicy (bardzo nieliczne osoby które poddały się hipnozie) różnie widzą ów Dźwięk i różnie go doświadczają. Na przykład jeden z nich opisał tę muzykę jako "Łagodny dźwięk Dzwonu, rozchodzący się niczym echo - tworzący i utrzymujący wszystko dookoła", inny zaś mówił o... "Męskim Chórze". Jedno jest pewne - żyjący ludzie, choćby nawet byli Przewodnikami, nie są jeszcze gotowi aby połączyć się z ową Jednością na tyle blisko, by opowiedzieć nam jak owa "Obecność Nieskończonej Miłości" i "Dźwięk Wszystko Utrzymujący" - wygląda!



TAK MOŻE WYGLĄDAĆ OWA  
 
 JEDNOŚĆ - ŹRÓDŁO

Z KTÓREGO PŁYNIE 

"DŹWIĘK WSZYSTKO UTRZYMUJĄCY"





PYTANIE BRZMI WIĘC: 

CZY BÓG JEST MUZYKĄ? 

CZY JEDYNIE STWARZA POPRZEZ MUZYKĘ?





ZABAWY I REKREACJE
CZAS WOLNY I WAKACJE
(Czyli jak dusze spędzają swój wolny czas?)




Kiedyś słuchałem wypowiedzi pewnego mężczyzny w jednym z programów telewizyjnych, który mówiąc o Niebie i Piekle stwierdził, iż wolałby po śmierci pójść do piekła, gdyż: "Tam przynajmniej coś by się działo, a w Niebie to tylko modlitwa, śpiew i kompletna nuda". Tak, właśnie takie przeświadczenie (dotyczące tego co mogłoby nas spotkać w Niebie) ma bardzo wiele osób, które myślą o śmierci i Niebie jako o czasie nieustannej modlitwy, śpiewów dla Boga i braku jakichkolwiek ziemskich przyjemności. Choć i od tego są wyjątki - słuchałem też pewnego zaproszonego do studia telewizyjnego księdza, który zaprzeczał takim wyobrażeniom Nieba. Powiedział wprost do owego pana, który twierdził właśnie że Niebo "to kompletna nuda", iż: "Tam, jeśli zapragniesz napić się kieliszek dobrej wódki, to ten kieliszek już na Ciebie czeka. Potem kolejny i kolejny, pijesz do woli. Podobnie z innymi Twoimi pragnieniami - jeśli tylko je sobie zamarzysz one się spełnią". Cóż, wraz ze śmiercią ciała nie umiera przecież pamięć przeżytych w nim (miłych i niemiłych) chwil - zabieramy je ze sobą w "Zaświaty" (gdyby było inaczej, wówczas istota narodzin człowieka w formie materialnej - nie miałaby najmniejszego sensu). Pamięć zapachów, obrazów, dźwięków, pamięć piękna morskiej toni, wspaniałości górskich widoków, ukwieconych ogrodów, wykwintnych potraw i napojów, wreszcie pamięć dotyku ludzkiego ciała - to wszystko zabieramy ze sobą do "Świata Dusz". A "Tam" to wszystko powtarzamy... tylko "bardziej".


RÓŻNE KULINARNE PRZYSMAKI, KTÓRYCH PAMIĘĆ ZABIERAMY ZE SOBĄ PO NASZEJ "ŚMIERCI"

















Jak zatem dusze w "Zaświatach", spędzają swój wolny od zajęć szkolnych i nauki - czas? Odpowiedź oczywiście brzmi - bardzo różnie. Są dusze które pragną ten czas spędzać w gronie swych Przyjaciół ze swojej grupy docelowej, lub także z innych grup, a są dusze które po intensywnych ćwiczeniach przygotowujących do nowego życia na Ziemi, wybierają wówczas wypoczynek w samotności. Co ciekawe - są dusze które bawiąc się ze sobą, często też... flirtują. Zdarza się tak, gdy na przykład spotykają się w czasie wolnym dusze z dwóch, lub kilku różnych grup. Często wówczas dochodzi do głosu pamięć przeżytych chwil z fizycznego świata. Dusze wówczas urządzają wspólne "pikniki na trawie" i wzajemnie się poznają (podczas nauki w klasach czy przebywaniu w swoich grupach, dusze z jednej grupy docelowej nigdy nie łączą się z duszami z innych grup). Na takich "piknikach" i zabawach dusze ukierunkowane żeńsko i męsko wzajemnie ze sobą flirtują, tak jak kobieta, która poddana hipnozie mówi: "Wraz z moimi przyjaciółkami straszymy "męskie" dusze, że jeśli nie będą traktować nas odpowiednio, to w kolejnym życiu... zostaniemy ich żonami". Oczywiście to, że dana dusza ukierunkowana jest męsko czy żeńsko, nie oznacza że nie będzie ona wybierała przeciwstawnych sobie płci fizycznych, np. pewna kobieta (którą kiedyś już opisywałem), o duszy ukierunkowanej żeńsko - w jednym z poprzednich żyć wybrała sobie ciało potężnego mężczyzny - wikinga, który w VIII wieku - rabował, zabijał, gwałcił. Mówiła hipnoterapeucie: "To było wspaniałe ciało, tak wielkie, potężne, silne i wytrzymałe. Bardzo je lubiłam, gdyż wszyscy się mnie bali i byli mi posłuszni - także kobiety, które oddawały mi się same, lub niewoliłam je".

Częściej jednak dusze wybierają ciała takie, które zgodne są z ich "ukierunkowaniem" (lub też wymieniają płeć fizyczną swych kolejnych inkarnacji co kilka wcieleń). Te wzajemne spotkania są nie tylko powodem do flirtu, lecz również do wspominania wcześniej razem przeżytych chwil w ziemskich wcieleniach. Inna kobieta poddana hipnozie tak to opisuje: "Spacerujemy po pięknym, pełnym najróżniejszych kwiatów ogrodzie, pluskamy się w fontannie, wypełnionej przepiękną płynną energią - przypominającą wodę. Razem z moimi Przyjaciółkami z grupy wspólnie moczymy w niej nogi, a śmiejąc się opowiadamy sobie zabawne historie z naszych poprzednich wcieleń". Pikniki, zabawa, wspólne spacery, wyścigi (kto szybszy), kąpanie się w morzu lub jeziorze, radość, śmiech, moczenie stóp w fontannie, anegdoty - jest bardzo wiele przykładów wspólnego spędzania czasu przez dusze z tej samej, bądź różnych sobie grup, które jednak wypoczywają wspólnie i nie koniecznie muszą to być grupy, z którymi dana dusza wchodzi (lub wchodziła) w jakieś interakcje za życia. Nie zawsze tak jest, chociaż należy pamiętać że to, co nie dotyczy jednej duszy, może dotyczyć innej z tej samej im grupy docelowej. Pewien mężczyzna będący w stanie hipnozy, tak to opisuje: "W tych przelotnych chwilach odpoczynku, najbardziej podoba mi się ich spontaniczność. Można wówczas z łatwością spotkać kogoś, z kim zechcemy zostać skojarzeni w przyszłym lub kolejnym życiu".

Są jednak też i dusze, które uciekają od wspólnych zabaw i flirtów i wybierają odosobnienie. Ma to często związek z odgrywanymi w życiu wyczerpującymi rolami, które znacznie nas wymęczają. Także gwałtowna śmierć jest tego przykładem, gdyż wiąże się ona z pewnym ubytkiem energetycznym, co prowadzi do ponownej stopniowej regeneracji duszy (Dlatego też bardziej zaawansowane dusze opuszczają ciało nim jeszcze zdąży ono naprawdę umrzeć, po to właśnie by... nie tracić niepotrzebnie energii. Podam przykład - gdy następuje poślizg i samochód spada z urwiska na pobliskie skały - wówczas dusza zaawansowana, wiedząc że ciała tego, które znajduje się w pojeździe, nie da się już uratować, opuszcza je nim dojdzie do zderzenia z ziemią lub wodą. Wówczas zachowuje całą swą energię i nie przeżywa powolnego konania w morskiej toni).

Przypadek który wyżej opisałem, dotyczył pewnej kobiety, która jako młoda dziewczyna w dzień swoich osiemnastych urodzin, wybrała się ze swoim chłopakiem na przejażdżkę jego nowym samochodem. Bardzo go kochała (był w "Zaświatach" jej Bratnią Duszą - a to jest niczym połówki tego samego owocu, bratnie dusze są dla siebie niezwykle istotne) i długo przygotowywała się do tego dnia, który jej rodzice zorganizowali w jednym z najlepszych lokali w mieście. Na przyjęciu, zgodnie z poleceniem jej rodziców - nie miało być alkoholu, jednak jej chłopak wraz z kolegami przemycił tam dużą ilość wódki. Tańcząc z nią, zaproponował jej w pewnym momencie by razem "wyrwali się z przyjęcia". Zgodziła się, choć "coś" podpowiadało jej by tego nie robiła. Zabrał ją do swego samochodu, zaczęli się całować i pieścić. On jednak, aby się popisać, postanowił zabrać ją na przejażdżkę swoim nowym autem. Wyjechali poza miasto, a on już wcześniej wypił dużą ilość alkoholu. Tym bardziej prawie nie patrzył na drogę, trzymając kierownicę jedną ręką a drugą dotykając twarzy i ciała swej dziewczyny. Gdy ta poprosiła go by zwolnił nie posłuchał jej, a zakręty stawały się coraz ostrzejsze. Wreszcie przy kolejnym nie wyhamował i spadli razem z wysokości do morza. Gdy relacjonowała te wydarzenia hipnoterapeucie, jej ciało było całe niespokojne, nie mogła usiedzieć, dostała drgawek. Powiedziała że jej dusza nie chciała opuszczać ciała, tonęła więc powoli i boleśnie - te przeżycia odcisnęły się bardzo traumatycznie na jej Energii, co spowodowało że musiała ją po powrocie do "Świata Dusz" - odbudować. Zaś dusza jej chłopaka... wyszła z ciała nim doszło do uderzenia w taflę wody, przez co nie cierpiał tych bolesnych przeżyć powolnego konania.

Takie dusze wybierają więc w czasie "przerwy" od zajęć - samotność, gdyż pociąg do ciszy i spokoju stanowi dla duszy rodzaj mentalnej kontemplacji, pozwalającej jej ujrzeć "siebie samego". Skłonność dusz do samotnego przebywania nie jest jakimś defektem duszy (tak naprawdę to dość duża liczba dusz preferuje po okresach nauki - samotne spędzanie czasu), lecz wynika z przemożnej potrzeby pozostania w uświęconej sferze czystej myśli i usiłowania zbliżenia się do Źródła, które Nas zrodziło. Dusze "samotników" bardzo często są specjalistami w jednej z ulubionych przez siebie dziedzin i potrafią wnosić wielki wkład w pomoc innym... w swojej, określonej dziedzinie. Samotność też nie oznacza wcale bezczynności - dusze po prostu inaczej spędzają wolny czas, jak mężczyzna, który pod wpływem hipnozy wyznaje: "Podczas chwili wytchnienia od zajęć, zajmuję się dla relaksu tworzeniem wstęg energii, które potem splatam w gobeliny mojego poprzedniego życia oraz żywotów innych ludzi z którymi miałem kontakt za życia. Dzięki temu ukazuję bogactwo naszych wspólnych przeżyć i doświadczeń, które lśni niczym najpiękniejszy obraz. A wszystko tworzę z pomocą energii mojej Myśli".

Ale są też dusze, które (w ramach wypoczynku) wybierają... powrót na Ziemię. Dusze takie wybierają te miejsca, w których przyjemnie spędzały czas za życia i które bardzo polubiły. Co ciekawe, dusze przybywając na Ziemię i udając się do swoich ulubionych miejsc, nie czynią tego w ramach nauki lecz właśnie wypoczynku, relaksu, można by powiedzieć - wakacji. A to oznacza że mogą doświadczyć wielu przyjemności. Co mam na myśli? Mianowicie, jeśli dusza przybywa do swego ulubionego ziemskiego środowiska, na przykład - nad piękną nadmorską plażę, leżącą w urokliwej lagunie - może ona doświadczyć tych samych przyjemności, które przeżywała za życia. Jak to? - spytamy. To samo pytanie postawił jeden z hipnoterapeutów, gdy mężczyzna poddany hipnozie, zaczął opowiadać że czuje przyjemność stojąc nogami w wodzie, której fale łagodnie muskają mu stopy. Hipnoterapeuta zapytał więc: "Jak możesz doświadczać przyjemności uczucia morskiej wody, skoro nie posiadasz fizycznego ciała?". Mężczyzna odpowiedział: "Wszystko zależy od tego, ile Energii zabierzemy ze sobą na Ziemię", "Czyli ilość zebranej przez Ciebie Energii, świadczy o uczuciach, jakich możesz doświadczać na Ziemi?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta - "Tak, ale nie bierzemy Jej dużo, z reguły jakieś 5 procent całości, ja nawet biorę jeszcze mniej".

"I to wystarczy, byś ponownie mógł odczuć fizyczną przyjemność morskiej piany?" - zapytuje dalej - "Nie tylko piany, czuję na sobie promienie słońca i mogę się wygrzewać w jego blasku. Mogę ponownie kąpać się w morzu i latać wśród mew - to wspaniałe uczucie" - odpowiada mężczyzna. "A co by było, gdybyś zabrał ze sobą 100 procent swojej Energii?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta, "Oczywiście możemy to zrobić, ale nie jest to wskazane, gdyż po prostu nie powinniśmy... straszyć innych ludzi naszym nagłym pojawieniem się". "To znaczy że wówczas przypominalibyście duchy?" - "Nie wiem czy to jest dobre porównanie, ale tak, bylibyśmy na wpół przezroczyści, lecz jednocześnie widoczni dla innych ludzi". "Czy to znaczy że mógłbym wówczas Cię dotknąć i poczułbyś to?" - "Nie, nie poczułbym żadnego fizycznego dotyku, ani ludzkiego, ani jakiegokolwiek innego. Powiem więcej -mógłbyś na przykład przeze mnie przejść, gdybym wylegiwał się na plaży, a ja bym tego nie odczuł. To co odczuwamy, to jedynie pewne fizyczne przyjemności nie generowane przez żadną z żywych istot. W ogóle żaden kontakt fizyczny z żyjącą osobą nie jest możliwy, a odczuwamy tylko to - co chcemy poczuć". "A czy ja mógłbym "coś" poczuć, gdybym przeszedł przez Ciebie na plaży?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta - "Niektórzy ludzie mogą "coś" odczuć, ale nie widząc nic, co mogłoby być powodem tego "uczucia" - szybko to zlekceważą. To są jednak wyjątki - ogromna większość nie czuje zupełnie nic".

Są też dusze, które ponownie pragną odwiedzić swych żyjących bliskich. Każdy z Nas w chwili śmierci zachowuje pamięć swego ziemskiego życia, a wraz z nią - pamięć o naszych ukochanych bliskich. Ta pamięć nie zanika w "Świecie Dusz", wręcz przeciwnie ona się rozwija. Lecz wizyta na Ziemi i chęć ponownego ujrzenia najbliższych nam niegdyś osób - może być... niemiłym doświadczeniem dla duszy. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że dusza musi wziąć pod uwagę kwestię upływu czasu, jaki minął od śmierci jej fizycznego ciała, do chwili ponownych "odwiedzin" żyjącej rodziny. To wiąże się jednak z pewną zmianą mentalności, czyli zmianą "zapisu zarejestrowanego" w Umyśle duszy, na ten, który ujrzała teraz. Oczywiście, ten pierwotny zapis nie zatrze się i nie zginie, lecz będzie korygowany z tym nowszym - to może, ale nie musi przynieść duszy satysfakcę z odbytej (nostalgicznej) podróży. Powiem więcej, takie doświadczenie może nawet spowodować że dusza zrezygnuje z dalszych "wakacyjnych" podróży na Ziemię i postanowi swój wolny czas spędzać inaczej. Oczywiście to żadna katastrofa, ale dla danej duszy ma znaczenie w postaci zmiany (a nawet zepsucia) sobie dawnych, idyllicznych wspomnień szczęśliwych lat spędzonych w gronie najbliższych jej osób. Zresztą dusze które odbywają "wakacyjną wycieczkę" na Ziemię, mogą na niej spotkać "zgrywusów", czyli dusze pochodzące z innych planet i na nich inkarnujące, zaś na Ziemię wpadające po to tylko, by się pośmiać i zrobić żyjącym kilka "psikusów". Taka dusza odgania więc te "złośliwe duszki" (one bywają złośliwe, ale tylko dlatego że pragną się zabawić, rozerwać, nie są jednak złe - o czym należy pamiętać) by nie przeszkadzały jej w wypoczynku i nie prześladowały dla zabawy innych ludzi. To również może być powodem niechęci wybierania przez duszę Ziemi, jako miejsca wakacyjnego wypoczynku.

Aby więc uniknąć owych spotkań i oglądać przemijający czas, który poczynił wielkie zmiany wśród naszych żyjących bliskich, dusze wybierają jeszcze inną drogę wakacyjnego wypoczynku - mianowicie same generują w "Świecie Dusz" takie środowisko, jakie jest zapisane w ich Umyśle. Tym szczęśliwym chwilom pragną nadać niepowtarzalne znaczenie, dlatego też kształtują wszystko od nowa, w taki sposób, jaki istnieje w ich pamięci. Każda dusza ma w "Świecie Dusz" miejsce tylko dla siebie, takie którym może swobodnie dysponować i je do woli kształtować. Miejsc takich może być... bardzo wiele, gdyż po każdym kolejnym życiu dochodzą następne przyjemne wspomnienia i pozostaje chęć ich kontynuacji. Tak więc dusze mogą sobie w "Zaświatach", tworzyć takie środowisko, jakie zapragną - może to być na przykład - rodzinny dom w okolicy w której dusza spędziła szczęśliwe dzieciństwo, mogą to być krajobrazy - drzewa, łąki, jeziora, lasy, wszystko co tylko sprawiało duszy przyjemność za życia. Może to być również rodzinne miasteczko, z jego ulicami, skwerami, domkami wszystkim tym - czego dusza doświadczała i co zapamiętała. Dusza nie ma najmniejszych problemów z "odtworzeniem" tych miejsc w "Zaświatach", gdyż wystarczy jej do tego jedynie posiadana pamięć. Potem już z górki, wystarczy po prostu nakierować strumień Energii na obrazy które zachował Umysł, by z powrotem powołać je do istnienia (tak to mniej więcej wygląda wg. opisu hipnotycznego), choć... trzeba w tym wszystkim też trochę wprawy, tak więc często odbywa się to pod okiem Przewodnika (gwoli prywaty, pragnę jeszcze nadmienić że moja babcia - na kilkanaście dni przed swoją śmiercią, leżąc już w szpitalu - mówiła do mnie o jakimś domku, który znajdował się w środku lasu na który padał blask słońca, chociaż ja niczego takiego nie byłem w stanie sobie przypomnieć, bo żadnego takiego domu nie mieliśmy. Ale babcia konsekwentnie mówiła że ja tam byłem wraz z moją mamą. Dopiero gdy zmarła, zaczął mi się w pamięci kształtować obraz tego domku - ale to już zupełnie inna historia).




To jest prawdziwy "plac zabaw" dla duszy. Można tam stworzyć wszystko, włącznie z ulubionymi za życia zwierzakami (o duszach zwierzęcych i o tym co się z nimi dzieje, również opowiem w dalszych częściach tej serii). Dusza może tam też przybrać takie ciało, jakie posiadała we wcześniejszych wcieleniach (nie musi to być wcale ten ostatni żywot). Inne dusze bardzo często przybywają do tych stworzonych (na obraz i podobieństwo) miejsc, by wspólnie odtwarzać przyjemne doświadczenia z przeszłych wcieleń. Dusze mogą odtwarzać wszystkie przyjemne za życia doświadczenia (pisząc "WSZYSTKIE" mam na myśli naprawdę wszystko), mianowicie nawet (co może na pierwszy rzut oka wydawać się dosyć dziwne, lecz zaraz wyjaśnię iż wcale takim nie jest) przyjemność seksualną. Dlaczego "przyjemność seksualną" i jak to możliwe, skoro dusza nie posiada fizycznego ciała? Nie musi go posiadać (naprawdę nie musi), wystarczy jej Umysł i zapisane w Nim przyjemne wspomnienia, choćby nawet i te seksualne - to wszystko można bowiem ponownie odtworzyć. W "Świecie Dusz" niemożliwe jest żadne oszukiwanie samego siebie i choć fakt nieposiadania fizycznego ciała zaopatrzonego w system nerwowy sprawia iż dusze nie mogą doznawać "Tu" żadnych wrażeń dotykowych, to jednak pamięć pełni doznań zmysłowych (w tym i erotycznych) jest możliwa dzięki sile dwóch całkowicie złączonych ze sobą umysłów. Miłość jest bowiem pragnieniem pełnego zjednoczenia się z Jej przedmiotem, a fizyczna ekspresja odtwarzana ponownie w ciałach, przypominających biologiczne - stanowi jeden z Jej elementów.


CDN.

14 stycznia 2026

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. II

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI
PO CZASY WSPÓŁCZESNE





II
PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 
DO EGIPTU
(Marzec - Kwiecień 1932 r.)
Cz. I





"NA CZTERDZIEŚCI WIEKÓW TEŻ WARTO POPATRZEĆ. WIDZĘ, ŻE NA PEWNO ROZEGRAM TĘ BITWĘ POD PIRAMIDAMI"
 
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
(o planach wyjazdu do Egiptu)



- Gdzie wy tu kręcicie, żeby było ciszej?

- Tutaj. - Przekręciłem kontakt i muzyka ścichła.

- No, Bogu dzięki, ja myślałem, że ten hałas nigdy się już nie skończy. 

Marszałek nie wtajemniczał się w technikę funkcjonowania aparatu radiowego i nigdy nie miał ochoty przy nim manipulować. Pewnego razu nawet powiedział, że Jemu wystarczy wiedzieć, że gdy wyciągnie kontakt z gniazda w ścianie, to radio ucichnie. Było już po dziewiątej. Marszałek zjadł kolację i poszedł do gabinetu. Jego dzień pracy jeszcze się nie skończył; o godzinie wpół do jedenastej miał przyjść na konferencję Aleksander Prystor jeden z dwóch czy trzech ludzi w Polsce, którzy do Marszałka mówili "ty". (...) Radio już nie grało, w pokojach naszych panowała niczym niezmącona cisza, zawsze wywołująca we mnie pewien niepokój i chęć zakłócenia jej. Gdy później zauważyłem, że ta martwota godzin nocnych była niemiła również Marszałkowi, zakłócałem ją w różny sposób, aby się jej pozbyć, aby tylko nie dzwoniła w uszach swego ponurego marsza. (...) Około pierwszej wziąłem notes i ołówek i poszedłem do Marszałka.

- Co pan Marszałek każe zrobić na jutro? 

Marszałek odsunął pisma ilustrowane i oparł się wygodnie o poręcz fotela.

- Tak - zaczął - jutro będę miał dzień pracowity. Ziuk będzie pracował jak wół. Ziuk - wół! 

Nigdy nie omieszkałem skorzystać z okazji, aby nie podkreślić konieczności odpoczynku. Toteż i teraz odezwałem się:

- Warto by panie Marszałku pomyśleć o urlopie. Ta Carmen Sylwa nie bardzo się udała, a jednym ciągiem pracować nie idzie. 

Marszałek stuknął papierosem o stolik i zapatrzył się gdzieś w sufit. Przez chwilę myślałem, że nie zwrócił wcale uwagi na moje słowa, ale gdy ja tak sądziłem, odezwał się niespodziewanie:

- Tak, tak, wy leniuchy tylko myślicie o urlopach. Rozwalić się na szerokiej kanapie z pełnym brzuchem, to wam tylko w głowie (...).



Oto fragment Pamiętnika adiutanta Marszałka Józefa Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego, opowiadający o wydarzeniach sprzed wyprawy do Egiptu - o której to właśnie teraz zamierzam napisać. Bowiem po urlopie, jaki Marszałek spędził w Funchalu na Maderze, wyjechał On na krótki odpoczynek do rumuńskiego miasteczka - leżącego nad Morzem Czarnym - Carmen Sylwa. Odpoczynek ten nie był jednak udany, z uwagi na brak dobrej pogody (prawie cały czas padał deszcz, było chłodno i wiał silny wiatr) i właściwie cały pobyt w Rumunii Marszałek spędził albo w wynajętej willi (Carmen Sylwa), albo też w ambasadzie (Bukareszt). Gdy więc Józef Piłsudski opuszczał Rumunię, wsiadając do swojej salonki w pociągu, rzekł krótko: "Uff! Jak dobrze, człowiek znowu u siebie", po czym dodał: "Trzeba przyznać że urlop mi się nie udał". Wówczas kapitan Lepecki zasugerował, że może by warto wybrać się na urlop do jednego z krajów na Południu, gdzie jest więcej słońca i lepsza pogoda i wówczas właśnie Marszałek sam zasugerował: "Teraz, myślę o Egipcie. Może byłoby tam lepiej" i dodał: "Na czterdzieści wieków też warto popatrzeć. Widzę, że pewno rozegram tę bitwę pod piramidami". Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kapitan Lepecki odnotował, iż gdy pociąg przekroczył granicę polsko-rumuńską, on - jako adiutant Marszałka poczuł się w obowiązku poinformować swego szefa iż: "Jesteśmy już w Polsce". Jak pisze dalej Lepecki: "Marszałek uśmiechnął się. - W Polsce - wyrzekł w zamyśleniu - Czy wy rozumiecie co dla was znaczy, że możecie tak sobie od niechcenia powiedzieć: w Polsce. Nie w Priwisliniu, Galizien, Posen, lecz w Polsce. Pomyślcie tylko: wszystko tu polskie, własne. I ta kolej, i ten wagon, i szyny, i cały ten kraj naokoło. Jak wy myślicie, może to sen? Może my teraz sobie śpimy smacznie, a jutro ockniemy się i będziemy musieli zamyśleć się porządnie nad tym, jak przemycić się z Priwislinia do Galizien?"

Kolejna wielka podróż Piłsudskiego była nie lada wyzwaniem dla Jego współpracowników i ludzi zajmujących się Jego ochroną, tym bardziej że Marszałek miał prawdziwą alergię na wszelkie próby przydzielenia mu bezpośredniej ochrony i należało tak poczynić, aby ochronić go, ale tak, żeby On sam o tym nie wiedział. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła w lutym 1932 r., a Marszałek osobiście wybrał - jako miejsce pobytu - miasto Heluan. Minister (jeszcze wówczas wiceminister) spraw zagranicznych - Józef Beck, niezwłocznie posłał do Heluanu radcę Dubicz-Penthera, aby ten wszystko przygotował i ustalił ceremoniał powitalny z rządem egipskim. Na miejscu był już dyrektor wydziału wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Tadeusz Kobylański (wcześniejszy adiutant Marszałka) i obaj panowie dokonali wyboru willi, w której miał zatrzymać się Marszałek. Plan podróży opracował oczywiście kapitan Lepecki i polegał on na przyjechaniu pociągiem do rumuńskiej Konstancy nad Morzem Czarnym (z ominięciem Bukaresztu), a następnie drogą morską na statku "Romania" wprost do Aleksandrii (z postojami w Konstantynopolu i Pireusie). Aleksander Prystor (na którego Marszałek mawiał "Ala") zaproponował - ze względu na stan zdrowia Marszałka - wykupić dla Niego całą pierwszą klasę na statku, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Postanowiono za to wysłać do Konstantynopola polski okręt, który miał pilotować rumuński statek, płynąc w bliskiej od niego odległości - tym okrętem był transportowiec "Niemien", który miał na pokładzie załogę wojskową z wyjątkiem kapitana marynarki handlowej. Marszałkowi w podróży miał towarzyszyć zarówno kapitan Lepecki, jak i doktor Woyczyński (który był również obecny w podróży na Maderę), a także małżonka doktora - Ludwika Woyczyńska (potem okazało się że Ludwika Woyczyńska była sowieckim agentem). Udało się również zainstalować w pobliżu Marszałka (w najgłębszej tajemnicy) czterech ochroniarzy, czyli kapitana Bolesława Ziemiańskiego (szefa osobistej ochrony Marszałka) i trzech jego ludzi. 




Termin wyjazdu wyznaczony został na 23 lutego, ale ponieważ Marszałek pragnął jeszcze przyjąć u siebie w Belwederze delegację Legionu Młodych (tę piłsudczykowską organizację założył w lutym 1930 r. Adam Skwarczyński i miała ona pełnić rolę bezpiecznika, który zapobiegałby dołączaniu młodzieży na uczelniach wyższych do organizacji narodowych lub socjalistycznych. Mimo to Piłsudski nigdy nie traktował Legionu Młodych jako przybudówki mającej kształcić młodzież w duchu Legionów Polskich i tradycji piłsudczykowskich, zawsze bowiem miał alergię na wszelkie tego typu organizacje odgórnie zakładane i nie traktował ich poważnie). Trójka przedstawicieli Legionu Młodych (Stefan Mrożkiewicz, Leon Stachórski i Eugeniusz Lagiewski) złożyła wizytę w Belwederze, dnia 22 lutego 1932 r. i wręczyła Marszałkowi dyplom honorowy swojej organizacji. Data wyjazdu do Egiptu śladami piramid i "czterdziestu wieków" Bonapartego, wyznaczona więc została oficjalnie na 1 marca. Tego dnia na Dworcu Wschodnim w Warszawie, Marszałka i jego towarzyszy żegnało spore grono polityków (w tym wszyscy ministrowie) i wojskowych. Była tam obecna również - wraz z córkami - Pani Marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Gdy pociąg przyjechał, Marszałek wszedł do swojej salonki i machając do żony i córek z okna, rozpoczynał swoją drugą wielką podróż od czasu Odrodzenia Polski w 1918 r. i zwycięstwa nad bolszewizmem w 1920 r. Teraz pociąg mknął po torach ku Konstancy, gdzie już oczekiwał rumuński statek pasażerski "Romania", mający zabrać Marszałka i jego gości do Heluanu w Egipcie. Cóż, Marszałek, który bardzo cenił Napoleona Bonaparte, pragnął zapewne odwiedzić kraj, w którym ten rozpoczął swój "skok po władzę" we Francji i który w bitwie pod Piramidami wypowiedział swe słynne słowa: "Żołnierze, z tych pomników patrzy na Was czterdzieści wieków" (słowa te wypowiedział w lipcu 1798 r.).

Podróż rumuńskim statkiem wycieczkowym przez Morze Czarne do Konstantynopola i następnie do Aleksandrii, trwała dość szybko i przyjemnie. Pogoda cały czas dopisywała, a w Konstantynopolu już oczekiwał na "Romanię" - wysłany tam wcześniej - polski transportowiec "Niemen", który miał za zadanie "asekurować" wycieczkowiec do Aleksandrii, a następnie zaczekać tam, aż do końca całej wyprawy Marszałka Piłsudskiego (małe wyjaśnienie - statek "Romania" nie był wycieczkowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej statkiem pasażerskim trzeciej lub czwartej kategorii). Gdy więc dopłynięto do portu w Aleksandrii, cała nieliczna grupa towarzyszących Marszałkowi osób została przewieziona do Heluanu - miasta leżącego na południe od Kairu, na prawym brzegu Nilu, naprzeciwko ruin dawnego Memfis. Pogoda była wyśmienita i jak wspominał w swym "Pamiętniku" kapitan Lepecki: "Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy - powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą. Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu". Marszałek zatrzymał się w pensjonacie prowadzonym przez dwóch Polaków: prof. Bohdana Rychtera i Jerzego Koblińskiego, a willa ta nosiła nazwę "Jola" (od imienia córki profesora Rychtera). Pokój w którym zakwaterowany został Marszałek Piłsudski, mieścił się w... dawnym haremie (a konkretnie haremliku, czyli w miejscu, gdzie dawniej była strefa przeznaczona dla kobiet - matki, żon i córek dawnego właściciela tego domostwa), państwo Woyczyńscy otrzymali dwa pokoje w drugim skrzydle budynku - w solamliku (czyli miejscu przeznaczonym dla mężczyzn), kapitan Lepecki zaś zajął pokój obok pokoju Marszałka.




Posiadłość ta położona była nieco na uboczu, tak, iż dokoła niej roztaczała się panorama na całą dolinę Nilu, wraz z majaczącymi w oddali piramidami w Gizie. Marszałek Piłsudski spędzał tam dni, poświęcając się swoim ulubionym rozrywkom, czyli czytaniu książek, piciu bardzo mocnej herbaty (koniecznie w szklankach i parzonej z imbryka), oraz paleniem mocnych papierosów, które już wówczas otrzymały nazwę "marszałkowskich". Umiłowanie do czytania tkwiło w Nim od lat dziecinnych, a wyrobiła go w Nim Jego matka, która bardzo dbała o wykształcenie i wychowanie swych synów (szczególnie zaś o wychowanie patriotyczne, czytając im zakazane dzieła Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego - który stał się ulubionym pisarzem Piłsudskiego - oraz wspominała im o Powstaniu Styczniowym z lat 1863-1864 i walce o Niepodległość. Nic dziwnego że potem, w swym testamencie zapisał Piłsudski takie oto zdanie: "Przenieście zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna. Pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Tak też w podróż do Egiptu, Marszałek Piłsudski zabrał ze sobą kilka książek: polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich (najczęściej były to dzieła o taktyce wojskowej, opowiadania z lat Wielkiej Wojny Światowej, lub te z czasów Wojny polsko-bolszewickiej, a także mapy, które zabierał ze sobą w każdą podróż i rozkładał je na stołach oraz oglądał za pomocą szkła powiększającego). Marszałek bardzo też lubił czytywać codzienną prasę: polską, francuską i angielską i podobnie było w Egipcie, gdzie co dzień na Jego biurku pojawiały się egipskie wydania gazet: "La Bourse Egiptienne", "Le Journal du Caire" i "The Egiptian Gazette". Poza tym 64-letni Marszałek przepadał jeszcze za kwiatami i ogrodami, lubił w nich siadywać i przyglądać się drzewkom owocowym, pędom różnobarwnych kwiatów i wdychać ich woń, niestety jednak nie znał się na pielęgnacji kwiatów i nawet w Sulejówku czy w Pikieliszkach o ogród zawsze dbała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska, a Marszałek jak mawiał: "Ja się tylko przyglądam". W Egipcie zaś, wokół pensjonatu "Jola" również znajdował się niewielki ogród, dość dobrze utrzymany, pomimo otoczenia piaskami pustyni, na której to zbudowano Heluan. Tak więc Marszałek przez pierwsze kilka dni swego pobytu w Egipcie przesiadywał głównie w tym ogrodzie, nie podejmując się żadnych podróży, chociażby na przeciwny brzeg Nilu, ku Gizie i Sakkarze. Siedział więc w owym ogrodzie (w którym walka o każdy kwiatek w pogodowej strefie egipskiej była prawdziwą walką o przetrwanie, gdyż każda roślinka pozostawiona tam bez podlewania choćby na jeden dzień, natychmiast usychała) czytając prasę lub zabrane ze sobą książki, paląc papierosy, pijąc mocną herbatę i przegryzając ją ulubionymi przez Niego wedlowskimi krakersami.




Wreszcie dni beztroski minęły, gdy Marszałek Piłsudski postanowił odwiedzić króla Egiptu - Fuada I w Kairze (kapitan Lepecki pisze o tym tak: "Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział: - Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada. - Rozkaz! - wykrzyknąłem, radując się że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim"). Król Fuad I był potomkiem (prawnukiem) Muhammeda Alego, który w 1805 r. przejął władzę jako wicekról Egiptu (pozostając jednak pod formalną zależnością od tureckiego sułtana, choć w samym Egipcie wyrugował wszystkie tureckie wpływy, a forma zależności polegała na corocznym przesyłaniu do Konstantynopola haraczu w wysokości miliona egipskich funtów rocznie, oraz składania sułtanowi dorocznego osobistego hołdu. Ta forma zależności, którą utrzymał Muhammed Ali, była zapewne podyktowana faktem, że sułtan był przywódcą religijnym islamu i jako kalif mógł ogłaszać "święte wojny" w imię Allaha. Zapewne więc jedynie ta świadomość spowodowała, że wicekról Egiptu nie zdecydował całkowicie oderwać się od Osmanów, choć toczył z nimi również wojny). Po śmierci Mohammeda Alego w 1849 r. władzę przejęli jego synowie i wnukowie, kontynuując tę samą politykę aż do 1882 r. gdy Egipt został najechany przez Brytyjczyków i stał się terytorium okupowanym. Ale nawet mimo tego, oficjalna zależność wicekrólów od Konstantynopola nie osłabła, gdyż była to zależność religijna a nie polityczna (jeśli w ogóle islam można w jakikolwiek sposób oddzielić od polityki). I dopiero w grudniu 1914 r. wraz z wybuchem i rozszerzaniem się I Wojny Światowej na kolejne kraje, Brytyjczycy ogłosili powstanie swego protektoratu nad Egiptem i wówczas wicekról - Abbas II (który sprzyjał Turkom) został przez nich obalony, a na jego miejsce powołano Husajna Kamila (który zmarł w październiku 1917 r.) już z tytułem pierwszego egipskiego sułtana. Drugim sułtanem został właśnie Fuad I, który w 1922 r. (gdy Egipt ostatecznie uzyskał realną niepodległość od Wielkiej Brytanii) ogłosił się pierwszym królem Egiptu. Ten wychowany na Zachodzie gentleman, znał kilka języków europejskich (angielski, francuski, włoski, niemiecki), wykształcenie wojskowe zdobył we Włoszech, a w Wiedniu mieszkał i używał życia. Był miłośnikiem wiedeńskich teatrów, opery i oczywiście... pięknych kobiet, które pozyskiwał sobie niezwykle łatwo (potem opowiadał anegdoty jakie przeżywał w Wiedniu, a często były to opowieści zabarwione silnym erotyzmem).


KRÓL FUAD I



Gdy więc samochód z Marszałkiem Piłsudskim podjechał na dziedziniec Pałacu Abdine (oficjalnej siedziby władców Egiptu), powitał go tam wielki szambelan królewski, wraz z czterema innymi szambelanami i egipskimi oficerami. Kompania honorowa prezentowała broń, gdy stary Ziuk wkraczał do królewskich apartamentów. Tam przywitał go osobiście król Fuad i zaprosił ze sobą w głąb pałacowych korytarzy, zaś kapitan Lepecki oraz konsul Maliński i cały królewski dwór pozostali w sali dworskiej. Po jakimś czasie obaj panowie powrócili, żywo ze sobą dyskutując, po czym nastąpiła prezentacja gości. Następnie król zaprosił wszystkich do następnej sali, gdzie już był przygotowany obiad (jak pisał kapitan Lepecki: "Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą. Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etc., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców - szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką"). Alkohol podano tylko gościom, gdyż zasady Koranu zabraniają muzułmanom spożywania takowego napitku, tak więc król Fuad i osiemnaście osób jego dworu siedzących przy stole, pili z kieliszków czystą wodę. 

Król Fuad "był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy (...). Nosił wąsy podkręcane do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i doniosłym (...) Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego. Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła go czworgiem potomstwa. (...) Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś wielką uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda, nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. (...) Kontakt ze "światem" utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. (...) Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego". Królowa Nazali bardzo dbała o swoje dzieci, a szczególnie zamartwiała się o swego najstarszego syna i następcę tronu, księcia Faruka, mówiąc iż jest on "wielkim żarłokiem". Podczas spotkania z żoną radcy polskiego poselstwa, panią Benisową, wypowiedziała ona następujące słowa o swym synu: "Jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona. On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem". Obawy królowej okazały się jednak zbyteczne, gdyż książę Faruk nie poszedł w ślady swego ojca i gdy w kwietniu 1936 r. wstąpił na tron, był szczupłym, dobrze zbudowanym mężczyzną i jednym z najprzystojniejszych władców jakich miał w swej historii współczesny Egipt.


KRÓL FARUK I



KRÓLOWA-MATKA NAZALI SABRI



Po obiedzie król zaprosił Marszałka do swego gabinetu na herbatę, zaś pozostałym gościom podano kawę po turecku, którą spożyli w sali dworskiej. Tam też dworzanie zasypali kapitana Lepeckiego pytaniami o Polskę, jej stosunek do Rosji bolszewickiej i Niemiec, oraz o szczegóły z życia Marszałka Piłsudskiego, o udział w wojnie polsko-bolszewickiej i lata służby. Kapitan Lepecki dowiedział się zaś wiele o dziejach współczesnego Egiptu i o historii Pałacu Abdine, a w pewnym momencie jeden z egipskich pułkowników rzekł: "Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. - Gdzie, gdzie? - począłem się dopytywać. - Niestety, panie kapitanie (...) pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste. Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem". Król Fuad jako Europejczyk - za którego się uważał, choć był gorącym egipskim patriotą - haremu oczywiście nie posiadał i żył przykładnie ze swoją drugą żoną Nazali (choć lata młodzieńczej "euforii" spędzonej głównie w Wiedniu, często wspominał bardzo radośnie). Po skończonej herbatce król Fuad pożegnał Marszałka Piłsudskiego, odprowadził go do auta, które ruszyło w drogę powrotną do Heluanu. Tak oto zakończyła się pierwsza w dziejach polska wizyta u panującego władcy Egiptu. Jednak zakończenie wizyty w Pałacu królewskim w Kairze nie oznaczało końca podróży Józefa Piłsudskiego po Egipcie, a przez następne dni Marszałek studiował pilnie literaturę podróżniczą i planował wielkie podróże w głąb dawnej ziemi faraonów.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...