CZYLI CO TAKIEGO WYNALEŹLI STAROŻYTNI GRECY I RZYMIANIE, O CZYM MY NIE MAMY POJĘCIA, A Z CZEGO KORZYSTAMY?
Druga część wynalazków starożytnych Greków (i Rzymian), które po pierwsze używamy po dziś dzień, a po drugie są dowodem na to, że starożytność była tylko odblaskiem cywilizacji które istniały wcześniej i które zniknęły w mroku pradziejów
ANTYCZNE WYNALAZKI HELLENÓW
Cz. I
MAPA
Przypuszcza się, że pierwszym człowiekiem który w znanej nam epoce starożytności skonstruował mapę, był Anaksymander z Miletu. Według historyka Apollodora z Aten (żyjącego w II wieku p.n.e.) Anaksymander urodził się w roku 611 p.n.e., zmarł zaś jakiś czas po roku 547 p.n.e. Był szanowanym obywatelem Miletu, jednym z jońskich filozofów, uczniem Talesa i nauczycielem Anaksymenesa. Najbardziej znanym jest on z poszukiwania pra-elementu wszechrzeczy, czyli pierwiastka z którego wszystko powstało, a za takowy uważał apeiron, czyli masę lub pierwiastek nie podlegający starzeniu się i rozkładowi, który nieustannie rodzi nowe elementy rzeczywistości. Dla porównania, jego nauczyciel Tales uważał że prapoczątkiem wszystkiego jest woda, Anaksymenes zaś że powietrze, a Heraklit że ogień. Anaksymander był też astronomem i geografem, zbudować miał również pierwszy zegar słoneczny. Był też autorem pierwszej znanej nam mapy świata, na której w centrum owego świata umieścił Helladę z Morzem Egejskim, otoczoną dokoła oceanem (jako ciekawostkę dodam też że Anaksymander uważał że ludzie powstali z oceanów i zrodzili się ze zwierząt morskich zamieszkujących wody). Diogenes Laertius w "Życiu Anaksymandra" pisze: "Mówią że gdy śpiewał, dzieci się śmiały; i że on, słysząc o tym, powiedział: "Musimy zatem lepiej śpiewać ze względu na dzieci".
ANAKSYMANDER Z MILETU
Następnie grecki geograf Dikaiarch z Messyny na Sycylii (żyjący ok. 350-290 r. p.n.e.) wprowadził na mapie pojęcie szerokości i długości geograficznej. Potem Eratostenes z Cyreny (ok. 276-194 p.n.e.) który większość życia przebywał i działał w Aleksandrii (w latach 235-195 p.n.e. był dyrektorem Wielkiej Biblioteki Aleksandryjskiej), ten przyjaciel Archimedesa z Syrakuz stworzył znacznie dokładniejszą mapę znanego wówczas świata, na której przedstawił trzy kontynenty: Europę, Afrykę (Libię) i Azję. Jeszcze dokładniejszy opis miejsc i kontynentów przedstawił w swojej 17-tomowej "Geografii" grecki (ale całkowicie zromanizowany, a wręcz zwolennik rzymskiego imperializmu) geograf, historyk i filozof - Strabon z Amasei w Poncie (64 r. p.n.e. - 24 r.). Jego dzieło niestety nie zachowało się do dnia dzisiejszego (jedynie fragment papirusu znajdujący się obecnie w Muzeum uniwersyteckim w Mediolanie). Swoje dzieło rozpoczął tworzyć ok. 7 roku naszej ery (pierwsze szkice), a tak na poważnie w roku 18 i poprowadził je do roku 23. Świat przedstawiony w "Geografii" Strabona, jest światem znanym już wówczas Grekom i Rzymianom, chociaż autor nie ustrzegł się wielu błędów (jego uparte trzymanie się homeryckich opisów może być nieco frustrujące - Homer przecież był niewidomym wieszczem, który raczej nie podróżował po świecie - tym bardziej że nie uwzględnia on relacji podróżników greckich, takich jak Herodot, który przecież podróżował do Egiptu i innych krajów Wschodu i widział wiele rzeczy na własne oczy), a wiemy o tym z relacji innych historyków i geografów antyku.
Inny grecki geograf Klaudiusz Ptolemeusz (ok. 100-168 r.) urodzony w Tebaidzie w Egipcie, lecz całe życie tworzący w Aleksandrii, ok. 140 r. napisał znacznie dokładniejszy "Przewodnik po geografii", będący wykładnią dla wielu uczonych jeszcze w średniowieczu. Stworzył 26 map regionalnych i 67 map lokalnych (wszystkie utracone). Na długo przed Kartezjuszem używał regularnej siatki równoleżników i południków. Stworzył też gazeter (bank danych) obejmujący 8000 miejscowości z ich długościami i szerokościami geograficznymi oraz odpowiednimi podpisami. Jednak realnie to nie Grecy byli autorami map, bowiem pierwsze mapy odnaleziono na ścianach domów w anatolijskim mieście Catal Höyük z ok. 6 200 r. p.n.e., a i te również nie wydają się być pierwsze (po prostu są jednymi z najstarszych). Swoją drogą Catal Höyük - miasto bez ulic (mieszkańcy poruszali się dachami domów, wszędzie były wystawione drabinki i przechodzono z jednego dachu na drugi, bowiem domy były budowane bezpośrednio jeden przy drugim, a do wnętrza domów również wchodzono przez otwór w dachu), poświęcone matriarchalnemu bóstwu Wielkiej Bogini, jest również fascynującym dla archeologów miejscem, odkrytym w 1963 r. Jednak już trzy lata później znaleziono kieł mamuta, na którym również znajdowała się mapa, datowana na 10 000 rok p.n.e. i bez wątpienia było to - jak dotąd - najstarsze znalezisko na którym znajdowała się mapa okolicy. Lokalne mapy (dotyczące jednak rozgraniczenia zagród i ustalenia własności gruntów), znaleziono również w Mezopotamii i datowano na 3 800 r. p.n.e.
CATAL HÖYÜK
TERMOMETR
ZREKONSTRUOWANY TERMOSKOP FILONA
Wynalazcą pierwszego termometru (który nazywano "termoskopem") był żyjący w latach (ok.) 20 r. p.n.e. - 50 r. (czyli w czasach Jezusa Chrystusa) Filon z Aleksandrii (swoją drogą zauważmy że najwięksi greccy wynalazcy w okresie Imperium Rzymskiego wywodzili się albo z Aten, albo z Aleksandrii, albo ewentualnie z Antiochii w Syrii. Z Rzymu który był stolicą Imperium, nie pochodził żaden ówczesny wynalazca). Filon doskonale wiedział (prawdopodobnie nie tylko on i nie jako pierwszy) że powietrze rozszerza się pod wpływem ogrzewania. Termoskop Filona był bardzo podobny do pierwszego termometru powietrznego stworzonego przez Galileusza (żyjącego w latach 1564-1642), a jedyną różnicą był brak skali obok rurki (którą umieścił dopiero Galileusz po raz pierwszy w 1592 r.), tworząc urządzenie do pomiaru temperatury. Tak więc wynalazek Filona nie do końca był taki, jaki znamy dziś, aczkolwiek niewiele mu do tego brakowało.
CENTRALNE OGRZEWANIE
To już nie był wynalazek Greków lecz Rzymian. Było to tak zwane hipocaustum (czyli ogrzewanie podłogowe), prawdopodobnie nie wymyślone przez Rzymian (choć nie ma oczywiście co do tego żadnych pewności), lecz przez nich właśnie zastosowane na masową skalę (na przykład w rzymskich łaźniach). Takie właśnie rzymskie ogrzewanie podłogowe było zastosowane również na Zamku Zakonu Krzyżackiego w Malborku (notabene jeśli chodzi o ten Zamek, to przypomniała mi się historia, którą słyszałem już kilka lat temu od Roberta Bernatowicza, a dotyczyła ona małego chłopca, w wieku ok. 3 lub 4 lat. Ten chłopiec, gdy tylko nauczył się mówić, zaczął wygadywać bardzo dziwne rzeczy, które jego rodziców najpierw niepokoiły, a potem przerażały. Otóż twierdził że wcześniej żył jako rycerz i zginął w walce. Rodzice tego chłopca przez dłuższy czas uważali, że to jest wytwór bujnej wyobraźni dziecka, który zafascynowany rycerstwem naoglądał się filmów na ten temat. Jednak gdy chłopiec nie przestawał opowiadać najróżniejszych historii związanych z rycerstwem, postanowili wezwać osobę, która miała doświadczenie z takimi ludźmi. Ów mężczyzna - czyli właśnie Robert Bernatowicz - zapytał chłopca czy lubi walkę na miecze i czy chciałby być rycerzem. Ten jednak odparł że nie chce być rycerzem, gdyż wcześniej zginął jako rycerz i nie lubił walki. Gdy Bernatowicz dopytywał się chłopca, jak to się stało że zginął, chłopiec stwierdził że stało się to w chwili, gdy inny rycerz przebił go (prawdopodobnie kopią - prawdopodobnie gdyż on nie potrafił tego nazwać). Mówił wówczas że zadusił się krwią. Następnie opowiadał że żył na zamku - chociaż tam nie mieszkał, gdyż rycerze mieszkali w namiotach wokół zamku. Mężczyzna starając się znaleźć jakieś dowody na to, że chłopiec wyolbrzymia lub zmyśla, zapytał się go czy na tym zamku też używali takich pisaków jak te długopisy które mu pokazywał, lecz on stwierdził że używano zaostrzonych ptasich piór i nimi pisano. Potem, gdy chłopcu pokazywano różne zamki, on twierdził że żaden z nich nie jest tym zamkiem, w którym on przebywał.
Trwało to jakiś czas, aż wreszcie rodzina wybrała się na wycieczkę w rejon Malborka i tutaj właśnie nastąpił przełom, bo gdy chłopiec zobaczył ten Zamek, stwierdził oficjalnie że to jest to miejsce w którym on kiedyś przebywał (choć nie mieszkał - jak dodawał). Mało tego, opisywał dokładnie miejsca w którym znajdowały się różne komnaty, ale najdziwniejsze było stwierdzenie chłopca, że gdy on tu przebywał, to... chodzono zygzakiem po Zamku. Rodzice nie wiedzieli o co chodzi, a wyjaśniło się to dopiero wówczas, gdy zapytano kustosza Muzeum Zamku Malborskiego czy kiedyś w tym zamku chodzono zygzakiem. Ten był kompletnie zdziwiony, bo w żadnym przewodniku nigdzie nie było informacji na ten temat i zapytał się skąd owi państwo wiedzą że tak się właśnie poruszano, a oni powiedzieli że ich 4-letni syn im o tym powiedział, facet oniemiał. Wyjaśnił potem że "chodzenie zygzakiem" polegało na tym, aby uniknąć stearyny ,która kapała ze świec wiszących na suficie długich żyrandoli Malborskiego Zamku. Chłopiec w żaden sposób nie mógł o tym wiedzieć, nie mógł o tym przeczytać (zresztą jeszcze nie umiał czytać) ani dowiedzieć się z jakichkolwiek filmów, ta wiedza była praktycznie zapomniana, a on to pamiętał. Pamiętał to z poprzedniego życia.
MAGNETOFON
(CZYLI "GADAJĄCE PUDŁO" HIERONA)
Jeśli nam się wydaje że pierwsze magnetofony powstały dopiero w XX wieku, to... nam się tylko tak wydaje (👏) Starożytni bowiem eksperymentowali z zapisem głosu (głównie był to głos zwierząt, ale i ludzi również). Żyjący w latach (ok.) 10 - 70 rok naszej ery Hieron z Aleksandrii zbudował właśnie taki mechanizm, dzięki któremu nagrywał (a raczej rejestrował) krótkie, jednosylabowe odgłosy zwierząt. Niestety niewiele mogę powiedzieć na ten temat, gdyż nie dysponuję opisem De Kampeleina z 1791 r. który miał dokładnie przedstawić jak skonstruowany był i na czym polegał wynalazek Hierona.
Antyczny "magnetofon" nie jest jednak jedynym tego typu wynalazkiem. W kolejnych częściach przejdziemy do starożytnych komputerów i innych współczesnych nam "magicznych wynalazków" bez których obecnie praktycznie nie można się obejść.
POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO PRZYŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)
VARIA
CZYLI DLACZEGO PRUSACY CHCIELI ZJEDNOCZENIA Z POLSKĄ
"JEDNOGŁOŚNIE, DOBROWOLNIE I ZE STANOWCZĄ ROZWAGĄ (...) PODDALIŚMY SIĘ I OBECNIE PODDAJEMY SIĘ NAJJAŚNIEJSZEMU KRÓLOWI I KORONIE POLSKIEJ JAKO NAJWYŻSZEMU PANU I OD NIKOGO INNEGO NIE POWINNIŚMY BYĆ UZALEŻNIENI I JEMU POSŁUSZNI I PODDANI"
NIEMIECCY POSŁOWIE STANÓW PRUSKICH
1525 r.
Był czas w naszych dziejach, kiedy sięgaliśmy naprawdę daleko i to nie tylko na Wschód, ale również na Północ, Południe i Zachód. Był czas gdy Moskwa mówiła po polsku, a Anglicy, Francuzi czy nawet Niemcy próbując robić interesy handlowe z Moskwą, musieli w kontaktach z tym państwem używać języka polskiego. Był czas gdy Polacy władali ziemiami na których dzisiaj leży miasto Berlin, a także czas gdy Morze Bałtyckie i Morze Czarne zjednoczone zostały przez mocarstwo Jagiellonów. W tym temacie przede wszystkim chciałbym opisać w jaki sposób do Polski zostały przyłączone Prusy Królewskie, jak Prusy Książęce pragnęły pójść w ślady tych pierwszych i ostatecznie połączyć się z Królestwem Polskim, oraz w jaki sposób Inflanty stały się częścią ziem polsko-litewskiego państwa. W tym temacie pragnę więc nie tylko opisać spory polsko-krzyżackie (począwszy od zajęcia przez Zakon Krzyżacki Pomorza Gdańskiego w 1309 r.) aż do odzyskania całej tej ziemi w roku 1466, oraz tego, jak Inflanty stały się częścią Rzeczypospolitej. Wydaje mi się bowiem że o ile ten pierwszy temat związany z Pomorzem Gdańskim jest mniej więcej Polakom znany (z naciskiem na mniej), o tyle ten drugi, czyli pozyskanie Inflant - jest kompletnie nieznane, a jest to bardzo ciekawy i niezwykle fascynujący okres, tym bardziej że Inflanty (czyli Kurlandia i Semigalia a także Inflanty Polskie) były częścią ziem polsko-litewskich od roku 1561 aż do końca istnienia I Rzeczypospolitej, czyli do 1795 r. Zresztą przetrwało to również w kulturze (chociażby w powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt.: "Kariera Nikodema Dyzmy" wydanej w 1932 r. główny bohater podaje się właśnie za przedstawiciela szlachty kurlandzkiej).
Warto więc pamiętać że ogromna część obszaru Bałtyku kontrolowana była wówczas przez Rzeczpospolitan, ale przecież nie tylko. Jest takie powiedzenie, że w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej Polaka mówiącego iż wyjeżdża nad morze, pytano się nad które i rzeczywiście, gdyż nie tylko Bałtyk ale również Morze Czarne było spięte tym Jagiellońskim łańcuchem polsko-litewskiego mocarstwa. Kilkukrotnie też na tym blogu opisywałem sytuacje, gdy jakieś wschodnie miasto lub ziemia - należące do Rzeczypospolitej Obojga Narodów - kurczowo trzymało się przynależności do państwa polsko-litewsko-ruskiego, za żadne skarby świata nie chcąc zostać włączonym do Carstwa Rosyjskiego. Działo się tak pomimo bliskości językowo-religijnej wschodnich ludów Rzeczypospolitej z Rosjanami - jak choćby w 1645 r. gdy król Władysław IV w ramach reorganizacji granicy wschodniej (a przede wszystkim zawarcia sojuszu z Moskwą przeciwko Turkom i Tatarom w projektowanej przez niego wielkiej wojnie z Imperium Osmańskim), zamierzał oddać Moskwie Nowogród Siewierski. Wówczas to mieszkańcy owego miasta poczęli umacniać się i uzbrajać, jednocześnie śląc swych przedstawicieli do króla, na Sejm i do Senatu, wszędzie prosząc o nie oddawanie ich grodu Moskwie. Dlaczego, należałoby zapytać, skoro w większości zamieszkiwali to miasto sami Rusini, blisko spokrewnieni zarówno językowo jak i religijnie z Moskalami? Ano dlatego, że przebywając w granicach Rzeczypospolitej wiedzieli, że żyją w kraju wolnym, gdzie bez zgody obywateli (czyli szlachty, zgromadzonej na sejmach) król nie jest w stanie niczego wymusić i niczego zmienić (miało to też i swoje negatywne skutki, ale nie o tym teraz), natomiast ci ze Wschodu, to była zupełnie inna cywilizacja. Cywilizacja bezwzględnego posłuszeństwa carowi i totalnego upodlenia obywatela, który stawał się poddanym. Różnica była więc dla tych ludzi znacznie ważniejsza pod względem cywilizacyjno-mentalnym, niż bliskość językowo-religijna. Rusini po prostu nie chcieli wchodzić z Rosjanami w żadne bliższe polityczne relacje, zdając sobie sprawę, że każda tego typu próba skończyłaby się odebraniem im wolności, i sprowadzeniem do roli bijących czołem o ziemię poddanych gosudara.
Na wschodzie więc tego nie chciano, ale dlaczego na zachodzie niemieckie (a przynajmniej w dużej mierze zniemczone, bowiem ludność polska w Prusach też była dość liczna) Prusy Wschodnie również nie pragnęły połączyć się z zachodnimi przecież Brandenburczykami i woleli pozostać pod władzą króla polskiego, a nawet włączyć się w granice Rzeczypospolitej, wszystko byle nie do Brandenburczyków. Notabene ten właśnie stan pokazuje w dość ciekawy sposób, że nawet jeśli istniał niemiecki język, którego mieszkańcy posługiwali się na pewnym terenie Europy, to jednak nie istniała zupełnie niemiecka świadomość wspólnotowa, która zaczęła się tworzyć dopiero w początkach XIX wieku (wraz z wybuchem wojen napoleońskich, chociaż oczywiście ta świadomość powoli zaczęła kształtować się już od wieku XVI wraz z reformacją religijną Marcina Lutra), wcześniej bowiem niemiecki patriotyzm nie istniał, istniały natomiast niemieckie lokalne patriotyzmy, którym nie w głowie było powstanie zjednoczonego państwa niemieckiego, a jedynie przetrwanie. Prusacy bowiem uważali się za znacznie lepszych od Brandenburczyków, których mieli za zwykłych pastuchów świń - bowiem w Berlinie w centrum miasta pasły się świnie (aż do 1690 r. gdy zostało to oficjalnie zakazane). Berlin zresztą był miastem tylko z nazwy, w dużej mierze bowiem o zabudowie drewnianej i dachach krytych słomą (zabroniono tego w 1680 r. ze względu na liczne pożary). Porównanie tego prowincjonalnego miasteczka (które było stolicą kraju pragnącego zapanować nad Prusami) z Królewcem, budziło w Prusakach uczucie odrazy i lęku. Czym bowiem nazwać prośby, kierowane do polskiego monarchy, aby ponownie roztoczył swoją władzę nad Prusami, czym były nawoływania płynące z kręgów szlachty pruskiej skierowane do hetmana Stefana Czarnieckiego, zapraszające go z wojskiem polskim: "na śniadanie do Prus", jeśli nie próbą powstrzymania kurfirsta (czyli elektora Brandenburgii) przed planami całkowitego podporządkowania sobie Prus i zdławienia oporu Królewca?
I trudno się też temu dziwić, bowiem Prusy aspirowały do roli bogatego i dynamicznie rozwijającego się kraju o republikańskich korzeniach (niemiecki parlamentaryzm w Prusach, jak i potem w Brandenburgii pojawił się w tych krajach właśnie z Polski), natomiast Brandenburgia to był elektorat pod władzą dziedzicznego monarchy. Czy można więc się dziwić, że zarówno szlachta jak i mieszczanie pruscy spoglądali w stronę Rzeczypospolitej, spodziewając się stamtąd ratunku? Można by w nieskończoność wymieniać opinie o naszym kraju w tamtych czasach, ale nie to jest głównym celem tego tematu, więc pozwolę sobie ograniczyć się do zaledwie kilku opinii. Bonifacio Giovanni Bernardino markiz d'Oria pisał w XVI wieku: "Ziemia ta w moim przekonaniu nie ustępuje Niemcom, w niektórych rzeczach je nawet wyprzedza (...) Wielką, co mówię największą miałbyś tu wolność życia wedle swej myśli i upodobania, także pisania i publikowania. Nikt tu nie jest cenzorem". Helmut von Moltke, pruski feldmarszałek z XIX wieku, autor zwycięskiej wojny z Francją w latach 1870-1871, która doprowadziła do zjednoczenia Niemiec, tak pisał: "Przez długi przeciąg czasu przewyższała Polska wszystkie inne kraje Europy swą tolerancją (...) Pierwsi Żydzi, którzy tu osiedli, byli wygnańcami z Czech i Niemiec (...) schronili się oni do Polski, gdzie wówczas daleko większa tolerancja panowała niż we wszystkich innych państwach Europy". Henry de Brougham, lord-kanclerz Wielkiej Brytanii: "Oni byli pierwsi, którzy, wkrótce po reformacji, dali przykład prawdziwej wolności (...) sam naród żydowski, na całej kuli ziemskiej wzgardzony, znalazł na tej gościnnej ziemi drugą ojczyznę". W 1597 r. angielski poseł, tak oto pisał z Warszawy do lorda Burghleya: "Jak spokojne jest królestwo Polski, gdzie nie gwałci się niczyjego sumienia". Natomiast angielski podróżnik z tego samego okresu - Frynes Moryson, pisał: "Żaden kraj na świecie nie jest do tego stopnia dotknięty różnorodnością poglądów religijnych (...) jak właśnie ma to miejsce w królestwie Polski (...) powstało powiedzenie, że jeśli ktoś stracił swoją wiarę, to powinien ją znaleźć w Polsce". Katarzyna Willoughby (czwarta żona Karola Brandona, księcia Suffolk, serdecznego przyjaciela króla Henryka VIII) uciekła przed prześladowaniami religijnymi właśnie do Polski. Wraz ze swym drugim mężem (poślubiła go ok. 1553 r. po śmierci Brandona w 1545 r.) Richardem Bertie, jako zwolennicy reformacji, musieli uciekać w 1554 r. z Anglii (rządzonej od 1553 r. przez córkę Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej - katolicką królową Marię I Tudor). Wyjechali najpierw do Niderlandów, a następnie do Niemiec, gdzie żyli w bardzo ciężkich warunkach materialnych. W 1557 r. król Rzeczpospolitej - Zygmunt II August, dowiedziawszy się o ich ciężkim położeniu, zaprosił ich do Polski, ofiarował im zamek w Krożach na Żmudzi, oraz włączył do swego dworu (w 1559 r. wrócili oni do Anglii, gdy tron tam objęła Elżbieta I). Opuszczając Polskę Katarzyna Willoughby napisała w liście do Williama Cecila, głównego doradcy królowej Elżbiety I (1 kwietnia 1559 r.): "Tutaj się mówi że pewni Niemcy mają zalecać nam konfesję augsburską, podobnie jak to czynili w Polsce, gdzie jednak usłyszeli, że ani Augsburg, ani Rzym nie są drogowskazem dla Polaków, lecz Chrystus, który pozostawił po sobie Ewangelię". I na koniec Stanisław Witkiewicz, który pisał tak: "Bajeczny, choć szelmowski, był ten nasz naród! Był to naród naprawdę wolny!"
PS: Dziś jedynie krótka zajawka tego tematu, który zamierzam kontynuować w kolejnych częściach zarówno opisem Ludów żyjących na ziemiach które dzisiaj wchodzą w skład tzw: "obwodu królewieckiego" oraz Warmii i Mazur, niegdyś zaś ziemie te określane były mianem Prus Wschodnich, jak również zaprezentuję pierwsze walki polsko-pruskie, próby podporządkowania Prus przez władców piastowskich, jak również odwetowe wyprawy Prusów na ziemie polskie, a następnie podbój tej krainy przez sprowadzony tam Zakon Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, czyli popularnych Krzyżaków (rozpoczęli oni podbój Prus w roku 1230, cztery lata wcześniej książę mazowiecki Konrad I wezwał Zakon, aby ten uporał się ostatecznie z pogańskimi Prusami i ich częstymi oraz niezwykle uciążliwymi łupieżczymi wyprawami na Mazowsze i Kujawy. Pierwsi trzej rycerze Krzyżacy przybyli do Płocka w roku 1228, a książę Konrad nadał im wówczas ziemię chełmińską wraz z położoną na Kujawach wsią Orłowo, w 1230 r. powtórzył to nadanie, dodając im jeszcze gród w Nieszawie. Zaś od roku 1230 rozpoczął się podbój Prus przez Zakon Krzyżacki
Następnie przejdę do pierwszych sporów polsko-krzyżackich (łącznie z konfliktem krzyżacko-pomorskim począwszy od 1236 r. i zajęciu przez Krzyżaków należącego do Pomorza z Zantyru) i wojen jakie toczyły się odtąd na północy Królestwa Polskiego(począwszy od roku 1308 i zajęciu przez Krzyżaków Gdańska oraz wymordowania przez nich polskiej załogi i wielu mieszkańców miasta - 14 listopada; skończywszy zaś na hołdzie złożonym przed królem Zygmuntem I Jagiellończykiem w roku 1525 przez jego siostrzeńca, ostatniego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego i pierwszego świeckiego władcę Prus Wschodnich Albrechta i Hohenzollerna)
Potem przejdziemy do wyjaśnienia faktu w jaki sposób Polska i Litwa pozyskały w 1561 r. Inflanty, czyli ziemie sprzymierzonego z Krzyżakami Zakonu Kawalerów Mieczowych (dzisiejsze tereny Łotwy i Estonii)
A na zakończenie tej serii przedstawię wszystkie próby przeprowadzane przez Prusaków w celu ostatecznego przyłączenia Prus Wschodnich do Polski i uniknięcia tak bardzo przez wielu z nich niechcianego losu połączenia się z Brandenburgią, innymi słowy pokażę ów bój toczony o pruskiego Czarnego Orła pomiędzy Białym Orłem Polaków/Rzeczpospolitan z Czerwonym Orłem Brandenburczyków (pokażę również sylwetki tych wszystkich pruskich szlachciców, którzy z narażeniem życia występowali przeciwko kurfistowi, dążąc do połączenia Prus Wschodnich z Koroną Królestwa Polskiego)
CDN.
A NA ZAKOŃCZENIE NIECO JUŻ SPÓŹNIONA (GDYŻ MINĘŁA W DNIU WCZORAJSZYM, A JA WCZORAJ O TYM ZAPOMNIAŁEM) 250 ROCZNICA OGŁOSZENIA DEKLARACJI NIEPODLEGŁOŚCI STANÓW ZJEDNOCZONYCH
(W KOŃCU WIELU POLSKICH KOLONISTÓW RÓWNIEŻ POMAGAŁO ZAKŁADAĆ TEN KRAJ I BUDOWAĆ JEGO SIŁĘ, GDYBY BOWIEM NIE POLSCY RZEMIEŚLNICY Z KOLONII W JAMESTOWN - DZISIAJ STANY ZJEDNOCZONE NIE ISTNIAŁYBY W TAKIEJ FORMIE, GDYŻ ZIEMIE TE PODZIELILIBY MIĘDZY SIEBIE HISZPANIE I FRANCUZI)
GEORGE WASZYNGTON I KAZIMIERZ PUŁASKI - TWÓRCA AMERYKAŃSKIEJ KAWALERII
Rok 1461 nie należał do najspokojniejszych. Już bowiem od siedmiu lat toczyła się (prowadzona ze zmiennym szczęściem) krwawa wojna z Zakonem Krzyżackim. Zakon (czyli Zakon Szpitala Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie) został sprowadzony na ziemie polskie (a konkretnie na tereny zamieszkane przez pogańskie plemiona Prusów i Jaćwięgów, którzy należeli do grupy ludów bałtyjskich) w roku 1226. Sam Zakon rycerski powstał w Jerozolimie w roku 1198 i składał się z niemieckich rycerzy, którzy przybyli do Palestyny wraz z cesarzem Fryderykiem I Barbarossą w czasie III wyprawy krzyżowej (1189-1192). Brali oni później udział w zwycięskiej dla krzyżowców obronie przed muzułmanami - Akki. Co prawda niemieccy rycerze, którzy pozostali w Palestynie po zakończeniu krucjaty (i ci, którzy przybyli później) założyli zakon rycerski dopiero z końcem XII wieku, ale już od 1127 r. działał w Jerozolimie szpital (czy raczej hospicjum) zakonników niemieckich (nie będących rycerzami), który właśnie nosił tę samą nazwę - Szpital Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Niemieckie hospicjum przestało istnieć po zdobyciu Jerozolimy przez egipskie wojska sułtana Saladyna w 1187 r.
Swoją drogą powstanie niemieckiego zakonu rycerskiego w Jerozolimie po zakończeniu III krucjaty, było spowodowane... niechęcią innych krzyżowców-szpitalników (Francuzów i Anglików) do przyjmowania do swego grona niemieckich rycerzy. Ci, pozbawieni opieki lekarskiej (dzięki pieniądzom przysłanym przez mieszczan Bremy i Lubeki), założyli więc sobie w 1190 r. własny mały szpitalik, który był zlokalizowany pod... kadłubem uszkodzonego okrętu, wyciągniętego na ląd). Szpital rozwinął się po roku 1191, a pierwszym jego przełożonym został kapelan Konrad z Moguncji. W 1198 r. zapowiedziano kolejną krucjatę (do której jednak nie doszło), co spowodowało zwiększony napływ rycerstwa zachodnioeuropejskiego (również z Niemiec) do Palestyny. Dzięki protekcji (wówczas już) arcybiskupa Konrada z Moguncji, zgodę na powstanie kolejnego zakonu rycerskiego wydali wielcy mistrzowie już wówczas istniejących zakonów - Templariuszy i Joannitów, a pierwszym wielkim mistrzem krzyżackim został, pochodzący z możnego rodu von Bassenheimów z Nadrenii - Henryk Walpot. W Zakonie obowiązywały bardzo surowe obyczaje, a rycerzowi krzyżackiemu nie wolno było rozmawiać z kobietami (szczególnie młodymi), nie mógł nawet pocałować własnej matki i musiał przestrzegać skrupulatnie wyznaczonych modlitw i spowiedzi.
Dzięki staraniom przedsiębiorczego Hermanna von Salzy (czwartego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego w latach 1210-1239), który pragnął uczynić z Zakonu finansową potęgę na wzór Zakonu Templariuszy we Francji (którzy zgromadzili ogromne bogactwa i ziemskie przydziały - lenna - pełnili też najróżniejsze funkcje związane z finansami i bankowością). W 1211 r. udało mu się uzyskać od króla Węgier - Andrzeja II, niewielki przydział ziemski w Siedmiogrodzie (w ziemi Burza) nad Dunajem. Węgierski władca chciał tym samym zabezpieczyć sobie południową granicę przed atakami Połowców. Od 1212 r. niemieccy rycerze-zakonnicy zaczęli opuszczać Akkę i przenosić się do swego nowego lenna (oczywiście nie wszyscy się przenieśli, część pozostała w Akce i wraz z Templariuszami dalej walczyła z muzułmanami). W latach 1217-1218 Salza bezprawnie zajął (podczas nieobecności w kraju króla Andrzeja II, który brał udział w V krucjacie) kilka nowych zamków i ziem, ale po powrocie do kraju w 1222 r. król Andrzej pozwolił im je zatrzymać. Miarka się jednak przebrała w 1224 r. gdy Hermann von Salza uzyskał od papieża - Honoriusza III, zgodę na objęcie w wieczyste posiadanie przez Zakon ziemi Burza, jako - "Ojcowizny św. Piotra". Król Węgier nie mógł się na to zgodzić, więc w 1225 r. wkroczył zbrojnie do posiadłości Krzyżaków, opanował ich zamki, spustoszył ziemie i wypędził ich ze swego kraju.
Uzyskali oni schronienie w rejonie Styrii (planowano też powrót do Akki), lecz (za namową Salzy) 26 marca 1226 r. w Rimini, papież Honoriusz III przyznał w lenno Zakonowi Krzyżackiemu ziemię chełmińską, oraz całe Prusy (które dopiero należało zdobyć). Nie jest więc prawdą, że to książę mazowiecki - Konrad I, sprowadził Krzyżaków do Polski. Do Polski sprowadził ich papież Honoriusz III na prośbę wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego Hermanna von Salzy. Pierwsi niemieccy rycerze-zakonnicy pojawili się w ziemi dobrzyńskiej dopiero w 1228 r. (ów rekonesans stanowiło wówczas zaledwie... trzech rycerzy krzyżackich, ale w kolejnych miesiącach i latach przybyło ich znacznie więcej) W 1230 r. sfałszowali dokument Konrada I (Falsyfikat Kruszwicki), który miał im przyznawać ziemię chełmińską w wieczyste posiadanie, co jednak spowodowało że kolejny papież Grzegorz IX przyznał im te tereny "w wieczyste posiadanie" w roku 1234. Rok później te nadania oficjalnie w swej bulli potwierdził cesarz rzymsko-niemiecki - Fryderyk II (potem antydatowano ten dokument na 1226 r.). I tak oto Krzyżacy znaleźli się na polskiej ziemi. Po ostatecznym podboju plemion pruskich do 1273 r. państwo Zakonu stawało się z roku na rok coraz potężniejsze.
Po raz pierwszy Krzyżacy wystąpili zbrojnie przeciwko (wówczas dopiero scalanej po długim okresie rozbicia dzielnicowego) Polsce w 1309 r. zajmując Pomorze Gdańskie, zdobywając Gdańsk i mordując całą tamtejszą polską załogę. Kolejna wojna (1330-1331) też nie przyniosła żadnego pozytywnego rozstrzygnięcia w kwestii Pomorza, a Zakon wciąż stawał się coraz potężniejszy. W 1343 r. król Kazimierz III Wielki podpisał ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (po długoletnim okresie sporów sądowych przed papieżem o zwrot Pomorza Gdańskiego), w którym król zrzekał się Pomorza (zachowując jednak tytuł władcy tej ziemi), który to przetrwał aż do 1409 r. Czas ten został wykorzystany na wewnętrzne scalenie kraju i jego gruntowną przebudowę oraz modernizację pod prawie każdym względem. Reformy króla Kazimierza Wielkiego (panował w latach 1333-1370), pozwoliły zakończyć decydującym zwycięstwem Wielką Wojnę z Zakonem Krzyżackim, toczoną w latach 1409-1411. W jej wyniku miały miejsce dwie wielkie bitwy, stoczone w 1410 r. - pod Grunwaldem (jest uznawana za największą bitwę średniowiecza), oraz pod Koronowem. Obie zakończyły się całkowitym zwycięstwem polskiego rycerstwa i zdruzgotaniem potęgi Zakonu (oraz wspierających Zakon rycerzy z Europy Zachodniej). Od roku 1410 Zakon będzie już tylko słabnął, zaś Królestwo Polskie będzie już tylko rosło do przyszłej potęgi. Zwycięska wojna nie spowodowała jednak odzyskania Pomorza Gdańskiego (stanie się to dopiero w 1466 r.), mimo to pozwoliła usadowić Polskę wśród największych mocarstw tamtej epoki.
Potem dochodziło jeszcze do kolejnych wojen (1414 - wojna głodowa, gdy Krzyżacy pozamykali się w zamkach i unikali jakiejkolwiek zbrojnej konfrontacji z polskim rycerstwem, 1422 - zwycięstwo Polski, 1431-1435 - zwycięstwo Polski, Wojna Trzynastoletnia 1454-1466 - zakończona wielkim zwycięstwem Królestwa Polskiego, odzyskaniem Pomorza Gdańskiego i uczynieniem z Zakonu polskiego lenna. Doszło jeszcze do dwóch wojen, w wyniku których Zakon próbował zrzucić polską zwierzchność - 1478-1479 i 1519-1521 - obie zakończone całkowitą klęską i rozwiązaniem Zakonu (tylko w samych Prusach, gdyż odnoga zakonu w Rzeszy istnieje do dzisiaj), oraz sekularyzacją całego państwa w 1525 r. W tymże roku ostatni wielki mistrz - Albrecht Hohenzollern, złożył na krakowskim rynku oficjalny (ponawiany przez jego następców) hołd polskiemu królowi - Zygmuntowi I Jagiellończykowi. Od tej chwili (za zgodą polskiego monarchy) stawał się świeckim księciem i otrzymywał prawo przekazania swego państwa w spadku swoim potomkom (oczywiście każdy z nich musiał odnowić w Krakowie, czy potem już w Warszawie - hołd lenny). Potem (1618 r.), również za zgodą polskiego monarchy władzę nad Prusami otrzymali również Hohenzollernowie z Brandenburgii. W 1701 r. kolejny brandenburski elektor - Fryderyk I Hohenzollern koronował się w Królewcu na pierwszego "króla w Prusiech". Odtąd Brandenburczyków zaczęto nazywać Prusakami, a potem po zwycięskich wojnach z Austrią (1866 r.) i Francją (1870-1871 r.) zjednoczą oni całe Niemcy pod nazwą II Rzeszy. Tak oto Prusacy, dawni polscy lennicy, staną się twórcami zjednoczonego niemieckiego państwa.
HOŁD PRUSKI
1525 r.
No ale teraz (po dość przydługim przedstawieniu procesu wojen polsko-krzyżackich, a jednocześnie całkowitym pominięciu działań wojennych, toczonych podczas Wojny Trzynastoletniej - lecz pozwolę sobie to już pominąć, bowiem zajęłoby zbyt wiele czasu) przechodzę bezpośrednio do tematu. Cóż takiego wydarzyło się w Krakowie, w roku 1461? Otóż dnia 16 lipca tego roku, do warsztatu krakowskiego płatnerza Klemensa wkroczył Andrzej Tęczyński, rycerz, wielki pan, człowiek służący specjalnym poruczeniom i pełniący ważne misje przy królu Kazimierzu IV Jagiellończyku. Tęczyński przyszedł odebrać zbroję, którą pozostawił w warsztacie dla oczyszczenia. Długosz podaje, że mistrz Klemens nie wywiązał się z zadania należycie i zbroi po prostu nie oczyścił. Krakowskie zaś akta miejskie mówią coś innego. To mianowicie, że za usługę mistrz policzył sobie dwa floreny, co było - przy wahających się w tych wysokościach cenach zbroi - jakimś absurdem, jeśli wręcz nie prowokacją. Tęczyński zadeklarował chęć wypłacenia płatnerzowi 10 groszy za usługę, na co ten się nie zgodził, zaś niezgodę swoją wyraził słowami szyderczymi i obraźliwymi, bo już w następnej chwili Andrzej Tęczyński uderzył go w twarz. Nie było to zachowanie zwyczajne i trudno było szukać dla niego precedensu, ale to, co stało się później, było jeszcze bardziej dziwaczne, niezrozumiałe i... potworne.
Najpierw jednak należy wyjaśnić kim właściwie był ów rycerz, pan Andrzej Tęczyński? Urodził się w 1412 r. Brał udział w działaniach zbrojnych Wojny Trzynastoletniej, zaś ostatnią jego sławną misją w czasie tej wojny, było negocjowanie warunków opuszczenia zamku malborskiego przez załogę czeską w 1457 r. i poddanie tej stolicy Zakonu Krzyżackiego Polakom. Jednak za poddanie twierdzy Czesi zażądali monstrualnej sumy - 436 tysięcy dukatów. Skarb zapłacił połowę. Połowę, czyli 218 tysięcy, a to daje dwa razy więcej niż roczny dochód skarbu Brandenburgii i więcej niż połowa rocznego dochodu wielkich i bogatych Węgier. Była to jednak tylko połowa haraczu. Kto zapłacił drugą połowę? Miasta pruskie. Ktoś jednak musiał zebrać te aktywa w jednym miejscu, policzyć, pokwitować odbiór, wziąć odpowiedzialność na swoje barki i z całym tym bogactwem ruszyć za mury miasta, żeby porozumieć się z Czechami. Nie było to ani proste, ani bezpieczne, człowiek taki musiał mieć jakąś płaszczyznę porozumienia z tymi ludźmi, którzy byli po prostu zgrają uzbrojonych i dobrze wyszkolonych bandytów, wymachujących, prócz włóczni, dodatkowo swoją doktryną religijną (byli bowiem husytami), wielce dla części społeczeństwa średniowiecznego atrakcyjną, bo obiecującą nie tylko łatwy zysk, ale jeszcze przygody i wesołe życie w ciągle zmieniających się okolicznościach. W końcu Czesi wynajmowali się do walki w różnych krajach, dużo podróżowali, co zapewne podnosiło atrakcyjność ich oferty.
Żeby się z nimi porozumieć, trzeba było mieć podobne doświadczenia i podobne spojrzenie na życie, ale trzeba było także być lojalnym wobec króla i państwa. I takim człowiekiem właśnie był Andrzej Tęczyński. Miał on za sobą pewne doświadczenia, które stawiały go wobec Czechów w świetle dosyć korzystnym i mogły budzić ich zaufanie - był bowiem pan Andrzej dawnymi laty członkiem konfederacji Spytka z Melsztyna, czyli należał po prostu do tak zwanych polskich husytów. Jak się z tego wykręcił po klęsce zadanej przez biskupa Oleśnickiego wojskom Spytka nad Nidą (maj 1439 r.), nie wiadomo. Jagiellonowie nie lubili Oleśnickiego, ale lubił go papież. Gwarantował on bowiem, że kraj pozostanie przy katolicyzmie i nie popadnie w herezję. Oleśnicki gwarantował także że magnateria będzie wierna Kościołowi nawet wtedy, kiedy król pobłądzi i zacznie skręcać w kierunku jakichś dziwnych doktryn. Tęczyński zaś popierał tę opcję jako magnat i jako katolik. Nie oznaczało to bynajmniej zdrady wobec króla, chciał Andrzej Tęczyński jedynie tego, by biskupem krakowskim został bratanek jego dotychczasowego protektora - Zbigniewa Oleśnickiego.
Tak więc, podsumowując - Tęczyński, zwolennik biskupa Oleśnickiego, człowiek mający za sobą dość poważną misję, popierający papieskiego kandydata na biskupstwo krakowskie, idzie odebrać od płatnerza Klemensa zbroję, którą zostawił tam dla oczyszczenia. Jednak ów płatnerz żąda za usługę ogromnej sumy dwóch florenów. Tęczyński odmawia, płatnerz nie daje za wygraną. Od słowa do słowa dochodzi do awantury. Poważnej awantury, bo czynne znieważenie męża nie było wówczas błahostką. Tęczyński policzkuje Klemensa i wychodzi z warsztatu. Jest jednak świadom tego, co zrobił, bo nie idzie wcale do karczmy, żeby tam z przyjaciółmi spędzić wieczór przy kufelku i poszydzić sobie trochę z owego bezczelnego człeka, ale zmierza wprost do ratusza, żeby złożyć w tej sprawie zeznanie przed rajcami, zanim zrobi to płatnerz Klemens. To ważny i wielce wymowny szczegół. Magnat, pan z panów, dokonawszy czynu niegodnego, idzie wprost do rady miasta, żeby złożyć zeznania i skargę na mieszczanina oraz szukać tam sprawiedliwości. Po złożeniu zeznań Andrzej Tęczyński wychodzi z ratusza i idzie na ulicę Bracką do kamienicy, w której wynajmował mieszkanie wraz ze swoim synem Janem. Kamienica ta należy do rajcy miejskiego Mikołaja Kridlara. W tym samym domu mieszka także inny członek rady miasta - Walter Kesling.
"Nieszczęśliwym trafem" - jak pisze Stanisław Waltoś w "Pitavalu krakowskim" - obok kamienicy przy Brackiej przechodził akurat płatnerz Klemens prowadzony do ratusza na przesłuchanie przez miejskiego pachołka. Zobaczył Tęczyńskiego i zawołał: "Panie, pobiłeś mnie i dałeś mi policzek sromotnie w moim własnym domu, ale nie będziesz mnie już więcej bił". Jeśli tak rzeczywiście było, to zauważcie że prawo w Polsce traktowano całkiem serio i dotyczyło to wszystkich stanów, ze szlacheckim na czele. Jeden policzek wymierzony w czasie sprzeczki i Tęczyński, brat kasztelana krakowskiego, pędzi do ratusza, by się tam tłumaczyć ze swojego temperamentu. Natomiast płatnerz Klemens, płacący jeden tylko podatek - szos - w wysokości 2 groszy od grzywny dochodu, podchodzi do całej sprawy raczej bezstresowo - Długosz twierdzi, że nie dość, że wdał się w ponowną kłótnię z Tęczyńskim, będąc pewnym swojej racji, to jeszcze groził, że "lepiej mu zapłaci". Czyli groził Tęczyńskiemu w obecności świadków. Andrzej Tęczyński wówczas już nie wytrzymał nerwowo i rzucił się na Klemensa, pobiwszy go dotkliwie. Pomagał mu przy tym syn Jan i wierna służba. Pachołkowie miejscy, którzy przyglądali się całej scenie nie interweniując, odnieśli pobitego Klemensa do domu. Nie zeznawał on tego dnia w ratuszu. Ciekawe okazały się natomiast reakcje dwóch rajców, którzy mieszkali w tym samym co Tęczyński domu. Pobiegli oni natychmiast do rady opowiedzieć co się wydarzyło. Opowiedzieć o tym, że magnat pobił płatnerza po raz drugi.
Tymczasem bardzo szybko z ratusza cała sprawa przedostała się na miasto. W mieście zaczynają bić dzwony, a na rynku gromadzą się spore grupki mieszczan których powiadomiono o zajściu. Te grupki są bardzo agresywne i uzbrojone w noże, widły, oraz inne niebezpieczne narzędzia. Niestety nie znamy imion i nazwisk tych, którzy gromadzili się tamtego lipcowego wieczora z bronią w ręku na krakowskim rynku, nie wiemy też, czy byli to rzeczywiście mieszczanie, a jeśli tak, to z jakiego miasta pochodzili. Czy z Krakowa? Czy może z jakiegoś innego, nawet bardzo odległego, na przykład... z Wrocławia, który w tamtych czasach mocno z Krakowem konkurował. Ot, po prostu tłum zaczął gromadzić się na rynku, słysząc dźwięk dzwonów. Uzbrojony tłum. Tymczasem rada miejska próbowała jeszcze zapobiec ewentualnym ekscesom i załagodzić konflikt. Delegacja rady udała się więc na zamek królewski ze skargą na postępek Tęczyńskiego. Rajcy krakowscy: Kridlar, u którego Tęczyński mieszkał z synem i służbą, któremu płacił komorne i u którego zostawił dobytek i rozmaite dobro oraz Kesling, widząc, jak płatnerz Klemens prowokuje ich gościa, a wcześniej słysząc jak cała sprawa się przedstawiała, idą wraz z innymi rajcami do królowej - Elżbiety Rakuszanki (małżonki króla Kazimierza Jagiellończyka, który stał wówczas obozem pod Inowrocławiem i szykował się do kolejnej ofensywy na Krzyżaków) żeby tam się poskarżyć na tegoż właśnie Tęczyńskiego. Wcześniej zaś każą zamknąć bramy miasta, żeby Andrzej Tęczyński ani nikt z jego ludzi nie uciekł z Krakowa przed zwołanym dzwonami uzbrojonym tłumem. Postępowanie królowej Elżbiety świadczyć może o tym, że miała ona pełną świadomość tego, co się odbywa w mieście i jak poważne sprawy przychodzi jej rozpatrywać.
Ta 24-letnia, młoda królowa (która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą, przez co czasem zwana jest przez historyków "brzydką królową") została sama, musząc teraz kierować zarówno sprawami kraju jak i miasta. Stała przed dużym dylematem, bowiem musiała teraz rozsądzić spór pomiędzy człowiekiem nieprzychylnym, ale potrzebnym jej mężowi oraz kierowaną przez nieznane jej osoby, zdecydowaną na wiele mafią, która również była potrzebna jej mężowi i jej rodzinie. Po wysłuchaniu skarg, królowa zarządziła co następuje - w mieście ma być spokój, a strona, która go zakłóci, musi zapłacić stronie przeciwnej 80 tysięcy grzywien srebra (grzywna krakowska zaś to 48 groszy praskich). Tyle zdecydowała królowa na początek, deklarując, że sprawę całą rozsądzi nazajutrz. Kazała również wezwać Tęczyńskiego na Wawel (uczyniła to ponoć na prośbę panów rady). Na ulicach wciąż gromadziło się coraz więcej uzbrojonych ludzi, którzy - jak podają "Monumenta Poloniae historica" wołali do rajców: "oto patrzcie jaki gwałt popełniono, tyle razy skarżyliśmy się na nasze krzywdy, a nigdy nie staraliście się nas obronić". Niesamowite - prawda? Oto bowiem rzemieślnik, świadomy tego z całą pewnością że znacznie zawyża cenę za usługę płatnerską - po co to robi? Przecież albo musiał się wcześniej z Tęczyńskim na jakieś pieniądze umówić, albo też obaj znali ceny usług płatnerskich i wiedzieli jakie będą rozliczenia. Płatnerz jednak (najprawdopodobniej, gdyż inaczej szlachcic nie uderzył by go w twarz) obraża jakimś słowem Tęczyńskiego, a ten go policzkuje. Sprawca chce się oddać sprawiedliwości i złożyć zeznania. Znów dochodzi jednak do konfliktu z płatnerzem (Klemens musiał prowokować Tęczyńskiego świadomie - ciekawe komu służył?) w czasie którego ten zostaje dotkliwie pobity przez Andrzeja Tęczyńskiego i jego ludzi.
Na ulicach pośpiesznie (nie wiadomo przez kogo zwołany) pojawia się uzbrojony tłum, który za nic ma prawo i obecność w mieście królowej. Tłum ten uaktywnia się w chwili, kiedy rajcy ustalają z królową że Tęczyński ma iść przez całe miasto wprost do zamku i wytłumaczyć się przed jej majestatem. Długosz zaprzecza legendom, jakoby rajcy miejscy próbowali opanować nastroje tłumu, a to oznacza, że pozwalali na ich podsycanie znajdującym się w tłumie prowokatorom. Andrzej Tęczyński - nie byle kto, brat kasztelana krakowskiego i pan wielu zamków - jest teraz w poważnym kłopocie. Doskonale zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że cała sytuacja przybiera charakter zemsty. Nie wie tylko za co jest ta zemsta i kto za nią stoi. Jedyne co może zrobić, to zabarykadować się w kamienicy Kridlara wraz z synem i służbą. Widać już bowiem gołym okiem, że miasto za nic ma decyzję królowej o wpłaceniu wadium za zakłócanie spokoju, że 80 tysięcy grzywien srebra nie robi na mieszczanach wrażenia. Sprawa ta zaczyna się coraz bardziej klarować i niewątpliwie chodzi o to, by Tęczyńskiego... zabić. Andrzej Tęczyński ani myśli wychodzić na miasto. Wie, że jest w pułapce, którą zastawili Kridlar i Kesling. Wie, że żądanie, by stawił się na Wawelu, to prowokacja, mająca skłonić go do opuszczenia domu. Jeśli to zrobi, jeśli wyjdzie na ulicę, nic go nie uratuje. Zabiją go na pewno, a z nim jego syna Jana i całą służbę.
Nie pomoże mu ani brat, kasztelan krakowski, ani też inni możni panowie (większość z nich bowiem jest teraz w obozie królewskim pod Inowrocławiem). Chce się bronić. Razem z nim w kamienicy Kridlara zamknięci zostali: Spytko z Melsztyna, syn zabitego pod Grotnikami (1439 r.) polskiego husyty, Mikołaj Secygniewski, syn Jan zwany Rabsztyńskim, kilku przyjaciół oraz służba. Wszyscy otoczeni to wielcy panowie piastujący poważne funkcje. Spytko jest kasztelanem zawichojskim, Secygniewski to dworzanin króla, postać wówczas powszechnie znana. Nie ma to jednak żadnego znaczenia. Są otoczeni w kamienicy przy ulicy Brackiej przez wrogi i uzbrojony tłum. Tymczasem królowa znajduje się na Wawelu i oczekuje na przybycie Tęczyńskiego. Nie ma jednak szans na to, by spełnić jej żądanie. I wszyscy o tym wiedzą (ciekawe czy wie o tym również i sama królowa?). Kiedy sytuacja robi się naprawdę groźna, Tęczyński podejmuje decyzję o ucieczce. Przedostaje się wraz z towarzyszącymi mu osobami do pobliskiego kościoła Franciszkanów, który otoczony jest ogrodem przylegającym do terenów zamkowych. Chce w tajemnicy dostać się do królowej. Tłum tymczasem przeszukuje pustą już kamienicę Kridlara. Wkrótce jednak cała sprawa się wydaje i wśród tłumu słychać okrzyki: "Tęczyński jest u Franciszkanów". Tęczyński próbuje teraz schronić się na wieży kościoła Franciszkanów. Wie jednak że wieża to pułapka, schodzi więc po schodach żeby poszukać lepszej kryjówki. Tłum jest już w kościele. Tęczyński przywołuje wówczas po cichu kręcącego się w pobliżu Jana Dojzwona pochodzącego z Warszawy i prosi go o ratunek. Oferuje mu nawet 200 złotych (sumę na owe czasy ogromną), ale ten (obawiając się prawdopodobnie również o własne życie), odrzuca propozycję i krzyczy do tłumu: "Pan Andrzej zdaje się na waszą łaskę i prosi was o bezpieczne przejście, bo chce się stawić przed urzędem radzieckim na ratuszu" - jak opisuje całe wydarzenie Długosz.
Mamy więc sytuację kuriozalną. Oto bowiem w zakrystii siedzi przerażony Tęczyński, w kościele kłębi się tłum z nożami i kordami w rękach, a koło ołtarza kręci się osobnik nazwiskiem Jan Dojzwon, który w dodatku pochodzi z Warszawy. Ta zaś leży na Mazowszu. Do dziś nie wiadomo kim był ten człowiek. Wiadomo natomiast, że Spytko z Melsztyna był także kasztelanem wiskim, Wizna zaś była grodem na Mazowszu broniącym tegoż Mazowsza od strony Prus (a jeszcze wcześniej od strony pogańskiej Litwy). Wizna leżała również na ważnym szlaku handlowym prowadzącym z Krakowa przez Warszawę do Wilna, miała sporo przywilejów i do Warszawy było stąd stosunkowo niedaleko. Sprawa teraz się coraz bardziej gmatwa i wychodzi z niej prawdziwa teoria spiskowa. Skąd mianowicie Jan Dojzwon znalazł się akurat tego dnia, o tym czasie w kościele Franciszkanów w Krakowie, nie wchodził bowiem w skład rozjuszonego tłumu. Dziwne - prawda? Ale przejdźmy dalej, aby nie ujawniać zakończenia tej przedziwnej i poplątanej historii zbyt wcześnie. Po słowach Dojzwona, mających (przynajmniej w powszechnym założeniu) uspokoić emocje, tłum w jeszcze większym gniewie rzuca się na przerażonego Tęczyńskiego.
Pierwszy cios dosięgnął Tęczyńskiego na progu zakrystii (nie wiadomo czym go zadano, ale na pewno było to narzędzie bardzo specjalistyczne i człowiek który zadał ów cios musiał być nie lada mistrzem w posługiwaniu się tym sprzętem). Tęczyński został po prostu... oskalpowany - za jednym zamachem. Oddajmy głos Janowi Długoszowi: "Głowa długo opierająca się zabójczym ciosom pękła i mózg z niej wytrysnął. Pastwił się lud jeszcze nad ciałem zabitego, wlokąc je z kościoła aż do ratusza kanałem ulicznym, w błocie uwalane, a od miejsca do miejsca skłute i skrwawione, z obszarpaną brodą i głową obdartą. Przez dwa dni leżało potem na ratuszu, a dopiero trzeciego dnia przeniesiono je do kościoła św. Wojciecha, a czwartego oddano przyjaciołom, którzy je pochowali w Wielkim Książu". Ciekawy jest natomiast los pozostałych towarzyszy Tęczyńskiego, którzy razem z nim zamknęli się w wieży przed rozszalałym tłumem. Syn zabitego - Jan, korzystając z chwilowej nieuwagi tłumu uciekł z wieży i schronił się w... piecu chlebowym, który stał w mieszkaniu nieznanej z nazwiska wdowy. Stamtąd zaś poprzez dom Długosza i ulicę Kanoniczą przedostał się za mury miasta. Reszta, jak podaje Długosz, broniła się w wieży do nocy i cały następny dzień. Potem Secygniewski i Melsztyński dostali od mieszczan gwarancję osobistego bezpieczeństwa i zostali odprowadzeni do ratusza, gdzie - jak pisze Długosz pojednali się z rajcami i zostali wypuszczeni na wolność.
Dlaczego jednak Andrzej Tęczyński - rycerz, człowiek miecza, dla którego nie stanowi problemu wyrżnięcie w pysk oszukującego go jawnie rzemieślnika, zamiast dobyć miecza i drogo sprzedać swoje życie, ucieka przed tłumem. Dlaczego? Otóż dlatego, że wierzy on w sprawiedliwość królewską i opamiętanie mieszczan. Jest bowiem człowiekiem króla, który zlecał mu różne ważne misje. Nie wierzy w to, że coś złego może mu się stać w grodzie królewskim, pod ochroną i opieką królowej. Nie zabija też nikogo, nikogo nawet nie rani. Nie robi nic, co mogłoby pogorszyć jego sytuację w czasie ewentualnego, przyszłego procesu przed królem. I to go właśnie gubi. Lecz król (co pomijają historycy - w tym Jan Długosz) - Kazimierz IV Jagiellończyk, jest człowiekiem skrytym i nieufnym. Potrafi on nieoficjalnie realizować i inicjować najróżniejsze potajemne machinacje (to w rodzie Jagiellonów było przekazywane z pokolenia na pokolenie, wystarczy bowiem poczytać sobie jak jego ojciec - król Władysław II Jagiełło - panujący w latach 1386-1434 - rozgrywał biskupa Oleśnickiego i inne frakcje na swoim dworze. Polityka (zarówno ta krajowa, jak i europejska) wymagały pewnej elastyczności, a przede wszystkim zmysłu politycznego aby rozgrywać (zwyciężyć) przeciwnika bez walki. I tak właśnie się stało w tym przypadku - dawna rozprawa z Melsztyńskim, której dokonali Oleśnicki i Tęczyński (1439 r.), była korzystna zarówno dla państwa jak i dla Kościoła. Potem jednak przyszedł czas zmian.
STARY JUŻ KRÓL WŁADYSŁAW JAGIEŁŁO I BISKUP ZBIGNIEW OLEŚNICKI
Król Władysław III Warneńczyk (starszy brat Kazimierza IV i syn Władysława Jagiełły, panujący w latach 1434-1444), przywrócił rodzinę Melsztyńskich do czci i zwrócił im dobra. Kazimierz Jagiellończyk (panował w latach 1447-1492, po trzyletnim bezkrólewiu, spowodowanym śmiercią - choć nie znaleziono jego ciała - i oczekiwaniem na ewentualny powrót Władysława Warneńczyka po bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. Niektórzy mówili potem że widziano go w Portugalii, na Maderze, oraz że... był prawdziwym ojcem Krzysztofa Kolumba - odkrywcy Ameryki) wprost poparł jego stronników, a także uczynił coś, co można by nazwać opcją czeską (problemy pierwszych lat panowania króla Kazimierza są dość ciekawe i warte opisania w oddzielnym temacie). Było mu to potrzebne z początku do ustawienia właściwych relacji z bandami czeskich najemników wynajmowanych przez Krzyżakom, a potem, już po śmierci Andrzeja Tęczyńskiego, do osadzenia na tronie w Pradze swego najstarszego syna - Władysława Jagiellończyka, który został królem Czech w 1471 r. (panował do 1516 r.). Władysław w 1490 r. został również królem Węgier i tak w rękach dynastii Jagiellonów (najpotężniejszej wówczas dynastii w Europie) znalazły się ogromne tereny począwszy od rogatek Moskwy na wschodzie, a skończywszy na Łabie na zachodzie, Dunaju na południu i Dźwinie na północy. Innymi słowy Dynastia Jagiellonów panowała w Polsce, na Litwie, w Rusi, na Węgrzech i w Czechach. Pod władzą tej dynastii był Zakon Krzyżacki (uzależniony od Polski), Hospodarstwo Mołdawskie (uzależnione od Polski), Inflanty - niemiecki Zakon Kawalerów Mieczowych (uzależniony od Polski), oraz Księstwa Wierzchowskie i Dzikie Pola (uzależnione od Litwy).
Tak więc z całą pewnością to sam król stał za zamachem na życie Andrzeja Tęczyńskiego, gdyż było ceną, jaką wyznaczyli Melsztyńscy za włączenie się w program królewski? Nie jedyną zapewne, jeśli dodamy do tego dobra sieniawskie i kasztelanię wiską. Innymi słowy król początkowo postawił na Tęczyńskiego i to on właśnie negocjował z Czechami opuszczenie Malborka. Potem król połapał się już jak sprawy wyglądają i posłał kogoś do Melsztyńskich na rozmowy. Oni zaś, mając świadomość palących potrzeb, postawili warunki nie dość że twarde, to jeszcze trudne do realizacji. Udało się jednak. Płatnerz Klemens, Jan Dojzwon, rajcy krakowscy i sam Melsztyński nie zawiedli (wszyscy byli wtajemniczeni w ów spisek lub po prostu przekupieni). Tęczyński zginął, a jego ciało dwa dni leżało sprofanowane na ratuszu, w mieście, w którym kasztelanem był jego rodzony brat. W mieście, w którym rezydowała królowa, mająca moc rozsądzania takich sporów. To był prawdziwy skandal i należało od tego skandalu koniecznie odwrócić uwagę. Uczyniono to z niesłychanym wprost hukiem. Zanim jednak doszło do procesu i wyroków skazujących, należy powiedzieć co się stało z niektórymi pomniejszymi bohaterami tego dramatu.
Otóż płatnerz Klemens uciekł do Wrocławia (ciekawe - prawda?). Tam jednak miejscowa rada - mająca bez przerwy na pieńku z Krakowem, Polską, królem i kupcami z Polski, kazała mu się wynosić. Pojechał więc do Żagania i tam w niedługim czasie umarł na coś, co Długosz określa bólem i dusznościami w piersiach. Mieszkaniec Warszawy nazwiskiem Dojzwon zniknął z miasta, a jego publiczny występ przed ołtarzem w kościele Franciszkanów, kiedy to wzywał uzbrojonych Stanów by przepuścili Tęczyńskiego na Wawel (a tak naprawdę aby go uśmiercili), był ostatnim znakiem życia, jaki przekazał. Nikt więcej o nim nie słyszał. Mikołaj Kridlar, któremu jako jednemu z pierwszych opowiedział Tęczyński o swojej niefortunnej przygodzie, wyniósł się wprost na zamek Melsztyńskich, gdzie żył w dostatku do końca swych dni. Król dowiedział się o śmierci Tęczyńskiego około 20 sierpnia. Stał wtedy obozem pod wsią Kamień na Pomorzu. Nie wiadomo jak zareagował. Nie wiadomo też czy uśmiechnął się, czy skrzywił, czy pokiwał głową w zadumie. Wiadomo zaś, że szlachta ziemi krakowskiej i sandomierskiej, która poczuwała się do solidarności ze zmarłym i jego rodziną, chciała natychmiast porzucić obóz i całą krzyżacką kampanię i ruszać do Krakowa celem zemsty na rajcach. To jest już jednak zupełnie inna historia.
CZYLI JAK TO W XV WIEKU PLANOWANO WYMORDOWAĆ CAŁĄ DYNASTIĘ JAGIELLONÓW
"PRZY OSŁABIENIU WŁADZY KRÓLEWSKIEJ, A WZROŚCIE DOMOWEJ SZCZĘŚLIWOŚCI, UPOWSZECHNIŁO SIĘ MIĘDZY NIMI ŻYCIE WOLNE, ROZPUSTNE"
TEODOR MORAWSKI
Wydarzenie o którym pragnę wspomnieć, jest już praktycznie całkowicie zapomniane w świadomości historycznej Polaków (jeśli w ogóle kiedykolwiek było ono znane), choć sprawa przecież jest ważka i niebagatelna - chodzi bowiem o próbę zamachu, który miał doprowadzić do... wymordowania całego królewskiego rodu Jagiellonów (prócz królowej-małżonki, którą zamachowcy planowali osadzić w lochu). Mimo to owo wydarzenie jest traktowane w sposób całkowicie marginalny i zasługujący wręcz na kilka zaledwie słów, jako swoisty dodatek przy opisie bardziej kluczowych (dla autorów) wydarzeń XV stulecia. Temat ten jest więc marginalizowany i uważany za mało interesujący (zapewne dlatego, że się nie powiódł), należy jednak pamiętać że gdyby zamachowcom udało się doprowadzić swój plan do końca i nic nie stanęło na przeszkodzie jego realizacji - diametralnie zmieniłoby się oblicze całej Europy, a przynajmniej tej środkowo-wschodniej i południowo-wschodniej jej części. W literaturze historycznej niewiele na ten temat można znaleźć i jeśli chce się ten temat nieco naświetlić, należy intensywnie poszperać w źródłach i poszukać dodatkowych informacji, które oficjalnie są pomijane, a które jednak miały kluczowe znaczenie dla niepowodzenia owego zamachu. I tutaj znów dochodzimy do pytania - czy czynnik ludzki jest determinantem dziejów i czy człowiek (jako jednostka) może mieć kluczowy wpływ na rozwój wypadków, czy też jest jedynie elementem dziejowych wydarzeń, całkowicie od niego niezależnych, pod które on sam może się jedynie "podpiąć". Ja osobiście uważam że człowiek jest determinantem dziejów, a jego pomijanie i marginalizowanie wydaje mi się całkowicie nieuzasadnione. Czy bowiem Aleksander Wielki lub Juliusz Cezar byli tylko pionkami na szachownicy dziejów, czy też realnymi ich kreatorami? Przecież mieli ogromny wpływ na losy milionów ludzi, którzy od nich to właśnie wywodzili koniec i początek dziejów. To ich decyzje były kluczowe dla życia i bezpieczeństwa ówcześnie żyjących - gdyby bowiem Cezar przeczytał pismo, jakie zostało mu doręczone nim wszedł do budynku Teatru Pompejusza (w którym wówczas obradował Senat), informujące go o spisku senatorów i planie zamachu na jego życie - historia z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej. Czy lepiej, czy też gorzej - tego nie wiemy, ale z pewnością inaczej. A co by się stało, gdyby Aleksander Wielki dożył późnej starości? Jak wówczas zmieniłaby się historia świata? (planował on bowiem podbój całej Italii oraz Kartaginy i dojście do Słupów Heraklesa, czyli Cieśniny Gibraltarskiej). Czy Rzym przetrwałby ze swoją Republiką i potrafił zbudować Imperium jakie znamy z historii, czy też cały świat w średniowieczu mówiłby po grecku (a przynajmniej greka zastąpiłaby łacinę jako międzynarodowy język dyplomacji, nauki i religii). Dlatego też uważam, że człowiek jest determinantem dziejów (co oczywiście nie oznacza, że dzieje te nie muszą być ściśle określone - ale to już zupełnie inna kwestia), a wybitna jednostka może zmienić losy świata za sprawą prozaicznych sytuacji z życia wziętych.
I oto też właśnie będzie chodziło w tej historii, gdyż to za sprawą jednego człowieka, który (przez przypadek) odkrył plany zamachowców, cała próba mordu rodziny królewskiej zakończyła się całkowitym fiaskiem. Jednak przejdźmy do konkretów aby już dłużej nie operować ogólnikami. Otóż rzecz miała miejsce za panowania króla Kazimierza IV Jagiellończyka - syna Władysława II Jagiełły (założyciela dynastii Jagiellonów) i Zofii (Sonki) Holszańskiej. Czasy panowania tego władcy, to okres ogromnego wzrostu i umocnienia się Królestwa Polskiego oraz samej dynastii Jagiellonów, która wówczas zasiadała na trzech tronach europejskich (Polska, Węgry, Czechy) oraz wielkoksiążęcym stolcu litewskim. Biorąc zaś pod uwagę ówczesną rozległość owych krajów, należałoby stwierdzić że Jagiellonowie panowali od wrót Moskwy na wschodzie, granic dzisiejszej Łotwy na północy, do Dunaju na południu i granic Austrii, Saksonii i Bawarii na zachodzie. Były to więc ogromne tereny, znacznie większe, niż liczyło ówczesne Imperium Osmańskie. Oczywiście ów zamach dotyczyć miał jedynie członków polsko-litewskiej linii, ale była to linia główna i po jej upadku Jagiellonowie w zasadzie przestaliby pełnić większą rolę w Europie. Trzeba jednak sobie też uczciwie powiedzieć, że druga połowa XV wieku, to był czas wielkich zmian i to zarówno w polityce, jak i w kulturze czy też nauce. Renesans coraz silniej zaczął wkraczać w życie ludzi, następowało ponowne zafascynowanie antykiem (także z wieloma negatywnymi tego skutkami). W polityce zaś państw naszego regionu, do roli coraz poważniejszych wyzwań wzrosły Imperium Osmańskie, Tatarzy i Moskwa, traciły zaś swe znaczenie dotychczasowe potęgi - Zakon Krzyżacki, Czechy i Węgry. W tych zmieniających się realiach upadającego świata średniowiecza (z jego lennami, tradycją rycerską i jedną wspólną religią) musiała się jakoś odnaleźć ówczesna Polska wraz z Litwą, nad którymi to właśnie panował Kazimierz Jagiellończyk. Nie było to wcale zadanie łatwe, gdyż oznaczało zmianę pierwotnych wektorów i przestawienie nie tylko polityczne i militarne, ale przede wszystkim mentalne. Dla Polaków żyjących w drugiej połowie XV wieku, Moskwa, Tatarzy czy Turcy to jeszcze mimo wszystko były pojęcia dość abstrakcyjne, związane z jakimiś odległymi, dzikimi i pogańskimi ludami. Litwini już jednak mogli bezpośrednio doświadczyć wzrostu potęgi tych ludów, szczególnie że w przypadku np. takich Tatarów to ataki na Wielkie Księstwo powtarzały się cyklicznie, praktycznie co roku.
Można sobie wyobrazić życie ludzi w zagrożeniu ciągłym najazdem, porwaniem, niewolą. Jak trzeba było żyć i funkcjonować na tych ziemiach, skoro miało się świadomość, że wiosną znów nadejdą Tatarzy i wszystko zniszczą, a ludność uprowadzą w jasyr? Tym bardziej że południe Wielkiego Księstwa, począwszy od Morza Czarnego, Odessy i granic z Chanatem Krymskim, to były ziemie niezaludnione, porosłe gęstymi lasami pełnymi dzikiego zwierza i grasujących tam band zbójców. Tak więc każdy, kto przemierzał te tereny (jak na przykład wenecki poseł Ambroży Contarini w 1474 r.) musiał mieć nie lada odwagę, widząc kraj "tak przerażająco pusty, bez osad, wsi, warowni, ziemie lesiste, pełne zbójów", a dotarcie do pierwszego drewnianego miasta na tym szlaku Zwinogródka, Bracławia, Winnicy, Czerkas, Kaniowa czy Żytomierza było świętowane wręcz jako wybawienie ze sporych kłopotów i świadectwo bożej pomyślności (właśnie dlatego ziemie te zwano Dzikimi Polami). Czy można się dziwić że w takich warunkach czambuły tatarskie swobodnie podchodziły pod Kijów, Lwów a nawet Przemyśl, bezlitośnie grabiąc całą okolicę a ludność uprowadzając w jasyr (potem ci ludzie byli sprzedawani na targach niewolników w Bakczysaraju, Synopie, Konstantynopolu, a popyt na nich był zawsze, gdyż Turcy szczególnie lubowali się w białolicych i blondwłosych niewiastach i młodych mężczyznach). Moskwa wcale nie postępowała inaczej, grabiąc okoliczne ziemie litewskie, a ludność tych terenów przesiedlając w głąb państwa moskiewskiego. A w tym samym czasie Polacy żyli w niczym nieskrępowanej swobodzie. Wojen z Czechami, Węgrami czy Zakonem Krzyżackim już (prawie) wówczas nie toczono (a jeżeli już, to były to krótkotrwałe zatargi pomiędzy pretendentami do korony, lub też kwestie ambicjonalne władców o wpływy na danych terenach), a na granicach panował niczym niezmącony pokój i jedynie od czasu do czasu napływały wiadomości o kolejnych atakach Tatarów lub Moskwy na Wielkie Księstwo Litewskie, Podole czy Ruś Halicką. Organizowano więc ochotnicze oddziały rycerskie wspomagające Litwinów i Rusinów w ich walkach z najeźdźcami i tyle - poza tym panował w Koronie całkowity spokój, a kraj dalej rozwijał się gospodarczo (a po odzyskaniu dostępu do Morza Bałtyckiego w 1466 r.), handlując z resztą Europy takimi towarami jak: zboże, sól czy ołów (były to najważniejsze produkty eksportowe Królestwa Polskiego w XV wieku i później zresztą też, czasami jeszcze dochodziło do tego złoto i srebro, choć już nie w takich ilościach jak w wiekach wcześniejszych).
Król Kazimierz IV Jagiellończyk był ojcem wielu synów i córek, łącznie miał ich trzynaścioro (6 synów i 7 córek) i wszystkie spłodził z jedną kobietą, swą małżonką, królową Elżbietą Habsburg (zwaną też Rakuszanką). Była to niezwykle płodna kobieta (rodziła dzieci praktycznie rok w rok), która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą i gdy Kazimierz ujrzał ją po raz pierwszy - nie był zadowolony z takiej kandydatki na żonę (a Elżbieta zaczęła nawet obawiać się zerwania zaręczyn, co w jej sytuacji - miała już 18 lat i wciąż żadnego kandydata na męża - nie było perspektywą optymistyczną, gdyż zostanie "starą panną" było najgorszym możliwym wyjściem dla ówczesnych kobiet, dlatego też matki tych dziewcząt, które nie znalazły adoratorów, celowo... sprzedawały je np. Tatarom, aby przynajmniej w haremie chana czy sułtana owe niewiasty znalazły dla siebie jakieś miejsce i przyszłość). Mimo to małżeństwo Kazimierza i Elżbiety było szczęśliwe i przeżyli ze sobą łącznie w zgodzie i zapewne w miłości - 38 lat. Kazimierz był wiernym mężem (raz tylko, w 1461 r. wdał się w krótkotrwały "romans" z przybyłą na dwór krakowski księżniczką Zofią, żoną syna i następcy księcia pomorskiego Ottona III - Eryka. Księżniczka ta zrobiła na Kazimierzu ogromne wrażenie i choć do romansu sensu stricte nie doszło - dlatego wziąłem go w cudzysłów - to, jak zanotował Długosz: "Powiadają, że król rozmyślał nieraz o jej wdziękach i dowcipie". Ponoć również narzekał na swój los, iż jest już żonaty, gdyż z chęcią poślubiłby Zofię. Nie wiadomo jak wizyta tej księżniczki wpłynęła na zachowanie królowej Elżbiety, ale można się domyślać że nie była z tego zadowolona). Elżbieta również całe życie pozostała wierna swemu mężowi. Pomimo braku oszałamiającej urody (jaką cieszyła się ponoć księżniczka Zofia) królowa Elżbieta odznaczała się innymi przymiotami. Cieszyła się bardzo dobrym zdrowiem (rzadko chorowała) i wykształceniem (znała łacinę, język niemiecki, włoski, węgierski i francuski, natomiast języka polskiego uczyła się od chwili przybycia do Polski i swej koronacji na królową - 10 lutego 1454 r. i choć zajęło jej to kilka ładnych lat, ostatecznie opanowała również i ten język, mimo iż całe życie mówiła z wyraźnym, niemieckim akcentem. Poza tym poznała wiadomości z zakresu historii, geografii i teologii, a także korespondowała ze swym nauczycielem i przyjacielem z czasów dzieciństwa, znanym europejskim humanistą - Eneaszem Sylwiuszem Piccolominim, również wtedy, gdy ten w 1458 r. został wybrany na papieża pod imieniem Piusa II).
Królowa Elżbieta miała jednak pewną widoczną wadę i nie była nią jej uroda. Otóż była ona przekonana o wyjątkowości (wręcz boskości) pochodzenia królów i książąt, a przez to była wyjątkowo dumna i wyniosła dla ludzi niedorównujących jej urodzeniem. Lubiła siebie określać jako "wnuczkę cesarza (Zygmunta Luksemburskiego), córkę, siostrę i żonę królów". Z pogardą odnosiła się do mieszczan i gminu i to w tak wyniosły sposób, że Jan Długosz zapisał w swych "Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego", iż nie pamiętała, że: "nie inaczej niż inni ludzie, monarchowie także powstali z błota". Była natomiast osobą głębokiej wiary i to głównie łączyło ją z jej poddanymi, którym nie szczędziła opieki w imię chrześcijańskiego miłosierdzia i Chrystusowej wiary. Bardzo dbała też o wszystkie swoje dzieci i pragnęła znaleźć im (szczególnie córkom) jak najlepszych kandydatów na małżonków (gdy w kwietniu 1468 r. na Wawel zjechał poseł króla Węgier - Macieja I Hunyadiego, zwanego Korwinem, syna znanego węgierskiego wielmoży i wielokrotnego pogromcy Turków Jana Hunyadiego, który zdobył tron Węgier po śmierci (w 1457 r.) brata królowej Elżbiety, Władysława II Habsburga, zwanego Pogrobowcem - z propozycją potrójnego polsko-węgiersko-czeskiego aliansu, w wyniku którego po śmierci króla Czech - Jerzego z Podiebradów, tron ten miał przypaść Jagiellonom, a zyskiem Macieja Korwina byłoby małżeństwo z królewną Jadwigą, córką Kazimierza i Elżbiety, ta jednak gwałtownie zaprotestowała, twierdząc że nigdy nie zgodzi się na to małżeństwo, gdyż, jak twierdziła: "Maciej to chłop, pies, Wołoch, nie godzien jej". Elżbieta wierzyła bowiem, że Maciej przyczynił się do śmierci jej brata, darowując mu zatrute jabłko poprzez żonę króla Czech - Jerzego z Podiebradów, którego również nienawidziła. Faktem jest że Władysław Pogrobowiec zmarł w młodym wieku, zaledwie 17 lat i nie zdążył nawet się ożenić, a jadąca do niego na ślub wybranka, francuska królewna - Magdalena, na wieść o zgonie narzeczonego, musiała zawrócić do swego kraju (potem poślubiła Gastona, hrabiego de Foix). Najbardziej jednak ze wszystkich swoich dzieci, królowa Elżbieta kochała Jana Albrechta (zwanego też Olbrachtem), który po śmierci ojca w 1492 r. został nowym królem Polski. Inni jej synowie - najstarszy Władysław (został królem Czech w 1471 r. a Węgier w 1490 r.), Aleksander (wybrany po śmierci ojca wielkim księciem Litwy w 1492 r. przez tamtejszych bojarów, bez porozumienia z Polakami, co też oznaczało realnie zerwanie - na krótko - unii personalnej z Koroną) i najmłodszy Fryderyk (biskup krakowski, a od kwietnia 1493 r. również arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski, co oznaczało że podczas nieobecności brata w kraju sprawował funkcję wicekróla) otrzymali własne trony i godności (dwaj pozostali bracia, czyli: Kazimierz - który zmarł w młodym wieku 25 lat jako spodziewany następca tronu w marcu 1484 r., oraz Zygmunt - został królem po bezdzietnej śmierci dwóch starszych braci Jana Olbrachta i Aleksandra w 1506 r., dlatego też zwano go "Starym". Był on przedostatnim władcą Polski i Litwy z dynastii Jagiellonów, mężem włoskiej księżniczki Bony Sforzy i ojcem Zygmunta II Augusta. Natomiast syn i następca króla Czech i Węgier - Władysława II, Ludwik II Jagiellończyk zginął w bitwie z Turkami sułtana Sulejmana Wspaniałego pod Mohaczem w 1526 r. i tak władztwo Jagiellonów na tych ziemiach przeszło w ręce Habsburgów, Turków i lokalnych węgierskich możnowładców z Siedmiogrodu).
WŁOSKA KSIĘŻNICZKA BONA SFORZA
MAŁŻONKA KRÓLA ZYGMUNTA I "STAREGO" JAGIELLOŃCZYKA
ZARÓWNO ZYGMUNT JAK I BONA PRZYJAŹNILI SIĘ (BO TAK MOŻNA TO NAZWAĆ) Z OSMAŃSKIM WŁADCĄ SULEJMANEM WSPANIAŁYM I JEGO MAŁŻONKĄ ROKSOLANĄ/HURREM, ŚWIADCZĄ O TYM LICZNE LISTY WYSYŁANE POMIĘDZY KRAKOWEM A KONSTANTYNOPOLEM (ZAŚ OD ROKU 1533 POMIĘDZY RZECZPOSPOLITĄ A IMPERIUM OSMAŃSKIM PANOWAŁ "WIECZNY POKÓJ" KTÓRY PRZETRWAŁ - NIE LICZĄC PRYWATNYCH INWAZJI MAGNATÓW NA POSIADŁOŚCI TURKÓW W SIEDMIOGRODZIE, MOŁDAWII, WOŁOSZCZYŹNIEI NA KRYM, AŻ DO 1620 r.)
OD 1541 r. POD PROTEKCJĄ SULEJMANA ZNAJDOWAŁA SIĘ RÓWNIEŻ IZABELA JAGIELLONKA, ŻONA ZMARŁEGO KRÓLA WĘGIER I CÓRKA ZYGMUNTA ORAZ BONY
Tak oto dynastia Jagiellonów znacznie obrodziła - choć od swych początków nie miała zapewnionego przetrwania, jako że jej założyciel Władysław II Jagiełło doczekał się jednie córki - księżniczki Jadwigi, która jednak zmarła w młodym wieku 23 lat, w grudniu 1431 r. Ów monarcha doczekał się synów w bardzo późnym wieku, gdy już nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek jeszcze będzie miał potomków. Pierwszy syn Jagiełły - Władysław III Warneńczyk, urodził się gdy miał on już 70 lat w 1424 r., drugi zaś - Kazimierz IV Jagiellończyk przyszedł na świat trzy lat później. Władysław Jagiełło był więc starcem gdy został ojcem, a mimo to (według ówczesnych kronikarzy) wciąż jeszcze odznaczał się dość dużą energią życiową. Jego czwarta małżonka - królowa Zofia (Sonka) z litewskiego rodu Holszańskich z Oszmian (namiestników Kijowa i Nowogrodu Wielkiego), była od niego młodsza o ponad... 50 lat i w chwili ślubu (1422 r.) mogła być jego wnuczką (a nawet prawnuczką). Dynastia Jagiellonów przetrwała dzięki niej, a następnie dzięki jej synowej - Elżbiecie Habsburg (Rakuszance), która ze względu na swą płodność, jest nazywana "matką królów" (stosunki między teściową a synową układały się dość dobrze, tym bardziej że Elżbieta była wyciszona i uległa w stosunku do Sonki. Po ślubie i koronacji Elżbiety w 1454 r. królowa-matka przeniosła się ze swych dotychczasowych apartamentów na Wawelu, do "Palatium Reginae Antiquae" - czyli "Pałacu Starej Królowej". Mimo to obie królowe często się odwiedzały, a nawet razem podróżowały po kraju. W dzień zaślubin i koronacji Elżbiety (10 lutego 1454 r.) gdy pogoda nie dopisała i padał siarczysty deszcz - a strój Kazimierza ze złotogłowiu przemókł do suchej nitki - Sonka zaprosiła Elżbietę do swego powozu, podobnie jak trzydzieści lat wcześniej, podczas własnej koronacji - zabrała ona do powozu babkę Elżbiety - Barbarę Cyllejską (słynącą z tego, że uwielbiała towarzystwo mężczyzn, szczególnie młodych i przystojnych, co też rodziło plotki na temat jej seksualnego temperamentu i małżeńskiej wierności względem cesarza Zygmunta Luksemburskiego, którego ponoć Barbara chciała nawet otruć, aby wyjść za mąż za znacznie młodszego od siebie księcia). Dzięki tym dwóm kobietom (Sonka zmarła w 1461 r. w wieku ok. 56 lat) dynastia Jagiellonów przetrwała i znacznie się rozrodziła, choć ostatecznie w XVI wieku i tak jej ostatnim przedstawicielem był Zygmunt II August. Jego matka, królowa Bona Sforza poroniła drugiego syna - Olbrachta podczas owego feralnego polowania w Niepołomicach (wrzesień 1527 r.) gdy królową zaatakował rozjuszony niedźwiedź.
Nie byłoby jednak tego rozrostu dynastii, gdyby powiódł się ów projektowany zamach na rodzinę królewską, który miał doprowadzić do jej unicestwienia. Rzecz ta wydarzyła się w kwietniu 1481 r. w Kijowie, a przynajmniej to tam właśnie miało dojść do fizycznej likwidacji dynastii Jagiellonów. Warto jednak przytoczyć kontekst tej sprawy, bowiem zamachy (czy też nienawiści) nie rodzą się przecież z niczego i zawsze istnieć musi jakieś podłoże, jakiś powód do podjęcia tak radykalnych kroków. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem ogromnym, panującym nad wielkimi połaciami Wschodniej Europy, ale też realnie słabym i to zarówno militarnie, jak i ekonomicznie. Dlatego też doszło do zawarcia unii z Polską, bowiem sama Litwa nie miała najmniejszych szans przetrwać w konfrontacji z potęgą Zakonu Krzyżackiego na Zachodzie i Północy, wzrastającą siłą Moskwy na Wschodzie i nieustannymi atakami Tatarów z Południa. Państwo to nie miało też nic do zaoferowania prawosławnym Rusinom pod względem kultury (sama Litwa długo była też pogańska i dopiero akcja chrystianizacyjna, dokonana w latach 1386/1387 przez Władysława Jagiełłę i jego pierwszą małżonkę, królową Jadwigę Andegawenkę - zmieniło nieco oblicze tego kraju). Tak naprawdę kraj był zlepkiem księstw - mniej lub bardziej zależnych od wielkiego księcia rezydującego w Wilnie - nad którymi często panowały ruskie książęce rody, wywodzące się od Rurykowiczów. Częścią Wielkiego Księstwa były również takie krainy jak Ruś Halicka (zwana również Czerwoną), Podole i Wołyń, choć te dwie pierwsze zostały przyłączone do Korony Polskiej i dość szybko spolonizowane (co również oznaczało dominację na tych terenach religii katolickiej, a nie prawosławnej), jedynie Wołyń w mniejszym stopniu uległ tym procesom i choć polskie wpływy wciąż były tutaj bardzo silne (prawdziwym lepiszczem który przywiązywał Rusinów do Korony, były właśnie owe osławione "wolności polskie", które wyznaczały zupełnie inny poziom cywilizacyjny dla mieszkańców tych terenów, gdyż przestawali być oni tylko poddanymi absolutnego władcy, a stawali się obywatelami, mającymi prawa i przywileje. Dlatego też już w czasie pierwszej konferencji Rusinów z Polakami na Wołyniu w latach 1436-1437, zażądali oni rozszerzenia przywileju jedleńsko-krakowskiego z 1430 r. również i na tę ziemię. Bowiem otrzymanie owych przywilejów automatycznie przenosiło miejscową szlachtę na wyższy poziom relacji, zazdroszczono więc Polakom tej wolności i mieszkańcy okolicznych ziem chcieli się połączyć z Koroną, byle tylko stać się takimi jak Polacy. W 1564 r. Stanisław Orzechowski w swym dziele: "Quincunx, to jest wzór Korony Polskiej" pisał co inne ludy mawiały wówczas o Polakach: "Patrzajcie na hardego wolnością a świetnego swobodą Polaka, szatę nosi Polak znamienitą, to jest równą ze swym królem wolność (...) Takowym będąc Polak, zawsze wesołym w królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolniczego obowiązku żadnego, nie będąc nic królowi panu swemu zwierzchniemu innego winien, jak tylko wezwanie na proces w imieniu króla, dwa grosze podatku z łanu i stawienie się na pospolite ruszenie szlachty". To wówczas właśnie wykształciło się powiedzenie: "Rusin z pochodzenia, z narodowości Polak" przypieczętujące kulturową polonizację tych ziem, nie za pomocą przelanej krwi i miecza, a dzięki sile wolności i dobrowolnych unii), to jednak mieszały się one na Wołyniu z działaniami książąt czernihowskich i smoleńskich.
Kijowszczyzna również była polem ekspancji polskiej kultury i kolonizacji (jednak proces ten relanie zaczął się dopiero z końcem XV i początkiem XVI stulecia). Polska szła na Wschód z ideą miłości chrześcijańskiej, najlepiej i najdobitniej przedstawionej w programie unii horodelskiej z 1413 r., gdzie zostało jasno zapisane: "Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi zbawienia ten, kto nie bedzie wspierany tajemnicą miłości, która zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, usuwa nienawiści, uśmierza gniewy i daje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, szorstkie wyrównuje, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga, nikogo nie krzywdzi tak, że ktokolwiek w jej ramiona się ucieka, znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie się obawiał niczyjej napaści. Przez miłość prawa się tworzą, królestwa rządzą, miasta porządkują (...) Ona to wśród wszystkich cnót pierwsze miejsce zajmuje, a kto nią wzgardzi - wszelkie dobro utraci". Paweł Włodkowic rozszerzył zaś tę zasadę w 1415 r. na soborze w Konstancji - na forum międzynarodowym - twierdząc, że co prawda istnieją narody bardziej oświecone i posłane do cywilizacyjnego posłannictwa dzieła Jezusa Chrystusa, jednak każdy naród ma prawo do życia i swobodnego rozwoju, choćby nawet byli to poganie, gdyż ziemie te zostały im dane przez Boga i nie wolno wkraczać w ich granice z mieczem w ręku, paląc wszystko na swej drodze, tylko oparłszy się na słowie Bożym, wypełniać Chrystusową Misję. Tym samym Polska jawnie propagowała zupełnie inny model cywilizacyjny, jednocześnie zdecydowanie sprzeciwiając się dotychczasowemu modelowi niemieckiemu, opartemu na potędze ognia i miecza, którym chrześcijanie mieli niszczyć wszystkich swych wrogów. Również w dziedzinie prawno-społecznej była Polska jednym z najbardziej postępowych państw ówczesnej Europy. Opierając się bowiem na tradycji Rzymu republikańskiego, w rezultacie stała się Polska państwem opartym o doktrynę wolności naturalnej, odrzucając absolutyzm w każdych jego przejawach, tym samym wytworzyła się idea zwierzchności narodu nad państwem i równość praw politycznych wszystkich obywateli (oczywiście słowo "obywatel" ograniczało się jedynie do szlachty, gdyż mieszczanie i chłopi byli z tego wykluczeni, ale mimo wszystko swobody polityczne panujące w Polsce, w porównaniu z tym, co było wówczas w Europie Zachodniej, o moskiewskim zamordyzmie nawet nie wspominając - stało się przejawem niesamowitego postępu cywilizacyjnego, czego efektem były bezkrwawe unie polityczne, gdyż każdy chciał poczuć się tak samo wolnym, jak było to w Polsce - innymi słowy każdy wówczas chciał być Polakiem (gwoli ciekawości jeszcze dodam, że gdy przyjeżdżali do Rzeczypospolitej posłowie z Europy Zachodniej, szlachta śmiała się z nich, mawiając: "Patrzcie, niewolniki przyjechały!").
Tak też było i na Kijowszczyźnie, gdzie co prawda dominował rusiński język i religia prawosławna, ale postępowała też stopniowa polonizacja i rozwój katolicyzmu. Co prawda Polska jako państwo nigdy nie prowadziła polityki narodowej i nie propagowała tendencji nacjonalistycznych, starając się raczej oprzeć na podstawie wolności i tolerancji i tym samym przekształcić lokalny żywioł litewski czy ruski w polskie (rozumiane kulturowo a nie etnicznie) elementy cywilizacyjnie twórcze (wielu tego procesu stało się potem dziedzicami, jak choćby moja rodzina od strony ojca, która była rodziną niemiecką a totalnie się spolonizowała i stało się tak w czasach, gdy Polski nie było na mapach, co pokazuje jak silna była potęga polskiej kultury nawet wówczas, gdy nie było polskiego państwa). Mimo to różnice narodowościowe i religijne były również wówczas bardzo istotne, dlatego też, gdy w 1470 r. zmarł książę kijowski - Semen Olelkowicz (syn kniazia Olelka - wnuka Olgierda, a co za tym idzie siostrzeńca Władysława Jagiełły), jego koń, miecz i łuk zostały wysłany królowi Kazimierzowi IV (oficjalnie stało się to za wolą umierającego księcia, realnie zapewne wymusili to na nim lokalni możnowładcy, którzy nie chcieli już dalej być poddanymi jakiegoś książątka, a wejść bezpośrednio w obręb mieszkańców Litwy i tym samym przybliżyć się do obywatelstwa i polonizacji). Kazimierz przyjął dary (był to symboliczny akt przejęcia władzy nad danym księstwem) i wysłał do Kijowa swego namiestnika - Marcina Gasztołda. Pomimo iż był on powinowatym zmarłego, nie został zaakceptowany przez mieszkańców Kijowa, którzy po prostu... zamknęli przed nim bramy miasta, jako przed "Lachem" (czyli przywiązanie narodowe musiało być silne, pomimo rozmiekczania go poprzez wierność danemu władcy). Twierdzili bowiem, iż nie wpuszczą do miasta litewskiego cudzoziemca, który: "Nie tylko nie książę był, ale jako Lach był". A jak wiadomo, słowo "Lach" było na Wschodzie tożsame ze słowem "Polak" (a brało się od dawnego ludu słowiańskich Lechitów). W rezultacie Marcin Gasztołd musiał szturmować Kijów zbrojnie (zdobył go wiosną 1471 r. ) Już wówczas król zamierzał zlikwidować księstwo kijowskie i wprowadzić tam urząd wojewody, jednak na razie jeszcze nie odważył się na taki krok i jedynie utrzymywał "stan przejściowy" w postaci rządów swego namiestnika (ten jednak, ze względu na niechęć mieszkańców co do jego osoby i nieumiejętność w odparciu najazdów tatarskich z lat 1473 i 1474, ostatecznie opuścił w 1475 r. Kijów i wyjechał na Litwę, jednak oficjalnie wciąż piastował urząd królewskiego namiestnika Kijowszczyzny przez kolejne pięć lat).
Dopiero w roku 1480 Kazimierz ostatecznie zlikwidował księstwo kijowskie i utworzył tam litewskie województwo, podległe bezpośrednio mianowanemu przez siebie wojewodzie. I tutaj właśnie zrodzi się bezpośredni powód do ostatecznej rozprawy z domem Jagiellonów, gdyż brat zmarłego Semena - Michał Olelkowicz nie zaakceptował tego stanu rzeczy. Namiestnika jeszcze mógł ścierpieć, gdyż był to stan przejściowy i zawsze można było powrócić do wcześniejszej formy rządów, ale oficjalna likwidacja księstwa to już był krok bez odwrotu, dlatego też ów kniaź postanowił działać aby ratować rodową spuściznę. Zawiązał więc spisek z Fedorem Bielskim (księciem na Toropcu u granic Moskwy) oraz Janem Holszańskim (z kniaziów Holszańskich, namiestników Nowogrodu Wielkiego, a jednocześnie krewnym królowej Sonki, matki Kazimierza IV). Gdy więc król wyznaczył na pierwszego wojewodę Rusina - Iwana (Iwaszkę) Chodkiewicza (pra-pra dziada sławnego hetmana z początku XVII wieku - Jana Karola Chodkiewicza, pogromcę Szwedów, Tatarów, Moskali i Turków), plan zamachowców był już prawie na ukończeniu. Spiskowcy chcieli bowiem wykorzystać fakt pobytu na Litwie króla Kazimierza wraz z rodziną (przybył tam na wiosnę 1480 r. szykując wspólny atak na Moskwę z Tatarami z Wielkiej Ordy chana Sid Achmeda). Wizyta monarchy była konieczna, bowiem w ciągu ostatnich lat nie miał okazji aby skutecznie zająć się sprawami wschodnimi, gdyż wciąż zajmowały go kwestie a to konfliktu z Węgrami Macieja Korwina, a to wojny z Zakonem Krzyżackim o Warmię (tzw." "wojna klesza" z lat 1478-1479 o obsadę biskupstwa warmińskiego i przywołanie do porządku wielkiego mistrza, który na mocy decyzji pokoju toruńskiego z 1466 r. stawał się lennikiem króla polskiego, a tym samym był zobowiązany do złożenia mu hołdu. A obrany wielkim mistrzem w roku 1477 Martin Truchsess von Wetzhause stwierdził butnie, iż woli być "żywcem obdarty ze skóry", niż ukorzyć się przed polskim monarchą i szukał sojuszników do pomocy w zrzuceniu "polskiego jarzma", znajdując go ostatecznie w osobie króla Węgier Macieja Korwina). W 1477 r. poprzedni wielki mistrz Zakonu - Henryk Reffle von Richtenberg oddał całe Prusy Zakonne w lenno Węgrom, tak samo postąpił jego nastepca - von Wetzhause i w wyniku tego w 1478 r. wybuchła wojna o obsadę biskupstwa warmińskiego. Wielki mistrz popierał Niemca - Mikołaja Tungena, natomiast król Kazimierz zamierzał obsadzić to biskupstwo dotychczasowym biskupem chełmińskim - Wincentym Kiełbasą. W wyniku działań wojennych królewscy rotmistrze Jan Biały ze Sroczkowa, Jan Żelezieński i Piotr Dunin - starosta Malborka, zdobyli kolejno w październiku i listopadzie 1478 r.: Ornetę, Pieniężno, Frombork, Brunsbergę i ostatecznie Kwidzyn. Wielki mistrz nie odwarzył się przyjąć bitwy (nie otrzymawszy posiłków węgierskich, a jedynie najemni Czesi próbowali przedrzeć się przez Wielkopolskę i Pomorze do Prus, ale ponieśli klęskę pod Krosnem Odrzańskim), wycofał się z Heilsbergu do Królewca. 2 kwietnia 1479 r. Maciej Korwin zawarł w Budzie pokój z Kazimierzem IV i przestał wspierać wielkiego mistrza. Ten, nie mając już innego wyjścia, musiał się ugiąć. Najpierw 15 lipca 1479 r. na sejmie w Piotrkowie przed królem ukorzył się biskup Mikołaj Tungen (król pozostawił mu biskupstwo warmińskie, ale w traktacie pokojowym zawarto formułę że każdy jego następca musi być odtąd "miły królowi". Sformułowanie to nie było jednak precyzyjne i pozostawiało wiele możliwości swobodnej interpretacji, co też próbowali potem wykorzystywać Krzyżacy). Natomiast wielki mistrz złożył ostatecznie hołd lenny polskiemu królowi (wcześniej deklarując że nigdy tego nie uczyni) w Nowym Mieście Korczynie, niedaleko Krakowa - 3 października 1479 r. (przybył tam w żałobnych, czarnych szatach).
Nim jeszcze ów konflikt trwał, na Wschodzie, w Moskwie zaszły ogromne zmiany, które zaważyły na przyszłości stosunków litewsko-rosyjskich a co za tym idzie również i polsko-rosyjskich. Już w 1448 r. synod prawosławny wybrał na moskiewskiego metropolitę biskupa Donasza, a dokonało się to po raz pierwszy w historii bez zatwierdzenia ze strony patriarchy Konstantynopola. Dało to też początek autokefalicznemu rosyjskiemu Kościołowi prawosławnemu, podporządkowanemu władcy Moskwy. Gdy w 1453 r. Turcy Osmańscy Mehmeda II Zdobywcy opanowali Konstantynopol - przenosząc tam siedzibę sułtanatu, Moskwa zaczęła się uważać za jedyne centrum prawosławnej wiary. Wiedząc co się z tym wiąże i jakie to niesie zagrożenia dla Wielkiego Księstwa Litewskiego w którym żyło wielu prawosławnych mieszkańców, zaczęto dążyć do autokefalii wśród Rusinów na Litwie i w 1458 r. w Kijowie powstało pierwsze autokefaliczne arcybiskupstwo prawosławne dla Litwy i Rusi. W trzy lata później sytuacja się odwróciła, gdy chan Tatarów Krymskich - Hadżi Girej wydał słynny jarłyk (22 września 1461 r.) w którym przekazywał królowi polskiemu formalne prawo do wszystkich wschodnich i południowych ziem ruskich, którymi niegdyś władali Mongołowie i Tatarzy. To wydarzenie oznaczało jawne podporządkowanie całej Rusi, w tym również Moskwy pod władzę Polski i Litwy, a to dla moskiewskiego kniazia - Iwana III Srogiego, było nie do pomyślenia. Rozpoczął on więc poszukiwanie dróg wyjścia z tych polsko-litewskich kleszczy i w 1463 r. nawiązał sojusz z austriackimi Habsburgami, przyjmując (po raz pierwszy w dziejach) tytuł gosudara (lecz jeszcze nie cara) i wprowadzając czarnego, cesarskiego dwugłowego orła Habsburgów, jako herb Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (miast dotychczasowego herbu św. Andrzeja zabijającego smoka) a także bizantyjski ceremoniał dworski. W wyniku tego kroku, król Kazimierz napisał list do chana krymskiego, prosząc o potwierdzenie jarłyku z nadaniem praw do władania całą Rusią wraz z Moskwą i taki jarłyk został wydany przez chana Mengli Gireja w 1468 r. (jednak w tym dokumencie chan zwiększał władzę króla, nadając mu dodatkowo dominację nad Riazaniem, Perejesławem Zaleskim, Pskowem i Nowogrodem). Znów zaczęła się podjazdowa wojna polityczna, gdyż kniaź Moskwy (tytułu gosudara z kolei nie uznawał król Polski) za nic nie uznawał tego aktu. To jednak nie wystarczyło i potrzebował on międzynarodowego podkreślenia swej niezależności od Litwy i Polski. W 1472 r. udało się Iwanowi III poślubić bratanicę ostatniego cesarza bizantyjskiego - Konstantyna XI Dragazesa - Zoe (Zofię) Paleolog i wówczas to Iwan III ogłosił się następcą cesarzy rzymskich, a także zaczęto lansować ideę Moskwy jako "Trzeciego Rzymu" (po mieście Romulusa, z którego stolicę do Konstantynopola przeniósł Konstantyn Wielki w 330 r., a po zdobyciu tego miasta przez Turków, Moskwa miała stać się już do końca świata i ponownego przyjścia Chrystusa - "Trzecim Rzymem"). Od 1478 r. Iwan zaczął używać w oficjalnych dokumentach tytułu władcy Wszechrusi (oficjalnie: "gosudara wsieja Rusi, wielkiego kniazia Moskwy, Włodzimierza, Nowogrodu, Pskowa, Tweru, Ugry, Wiaty, Permu oraz kniazia Bułgarów")
W niektórych dokumentach Iwan czasami przemycał słowo "car", lecz czynił to bardzo ostrożnie i rzadko, obawiając się reakcji tatarskich chanów Wielkiej Ordy, którym tytuł ten przysługiwał od 1265 r., jednak kierunek już został wyznaczony i było wiadomo że to tylko kwestia czasu, gdy Moskwa zechce zrzucić tatarskie jarzmo i władcę swego ogłosić cesarzem na wzór bizantyjski, a to oznaczało upadek tradycji rusińskiej, tradycji wolnych plemion i miast kupieckich które zabijała imperialna idea "Trzeciego Rzymu". Moskwa stała się prawdziwym wrzodem na ciele Rusi (i jest nim po dziś dzień, podobnie jak Berlin i Prusy były i są wrzodem na ciele Niemiec). Jest to bowiem mongoloidalny twór, wrogi wolnym wschodnim Słowianom. Wraz z imperialnymi planami "Trzeciego Rzymu", pojawiło się pojęcie "zbierania ziem ruskich", które co prawda istniało jeszcze w czasach mongolskich, ale nabrało zupełnie innego znaczenia za panowania Iwana III. Uznał on bowiem wszystkie ziemie dawnej Rusi Kijowskiej, Halickiej i Włodzimierskiej za swoją domenę i ojcowiznę i począł zbierać te ziemie do moskiewskiego "koszyczka". Najpierw w 1454 r. Wasyl II (ojciec Iwana III) narzucił zwierzchność księstwu twerskiemu (które odtąd musiało prowadzić wspólną z Moskwą politykę zagraniczną). W 1456 r. zajął Możajsk i włączył do Moskwy, a księstwo riazańskie uzależnił od siebie. W tym samym roku wyprawił się Wasyl przeciw Republice Nowogrodu Wielkiego, który opowiedział się po stronie Litwy i przyjął namiestnika króla Kazimierza IV. W bitwie pod Starą Russą pokonał wojska Nowogrodu i zmusił tę kupiecką Republikę do rezygnacji z prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej. Z chwilą wstąpienia na wielkoksiążęcy stolec Iwana III w 1462 r. rozpoczęła się ostateczna batalia o nadanie Moskwie dominującej pozycji wśród ruskich księstw. W 1464 r. Republika Pskowska musiała wyrzec się prowadzenia własnej polityki zagranicznej (ostatecznie Psków zostanie włączony do Moskwy w 1510 r.). W tym samym roku Moskwa podporządkowała sobie księstwa Jarosławlskie i ponownie Riazańskie (które próbowało wyrwać się ze szponów czarnego, dwugłowego orła). W 1465 r. gdy Nowogród Wielki ponownie nawiązał relacje z Litwą, szukając wsparcia w konfrontacji z Moskwą, na tę Republikę spadła karna wyprawa moskiewska i powrócono do sytuacji z 1456 r. W 1470 r. Nowogród ponownie sprzymierzył się z Kazimierzem IV (w tym celu król wybrał się z całą rodziną w podróż inspekcyjną po wschodnich terenach swego państwa i zawitał do Połocka, Witebska oraz Smoleńska - gdzie przyjął posłów nowogrodzkich. Padły tam słowa: "Precz z Moskwą!" wypowiedziane przez Marfę - wdowę po Izaaku Boreckim, posadniku nowogrodzkim. Przy obecności arcybiskupa Nowogrodu - Teofila i pod wpływem mnicha Pimena, podpisano tam układ, na mocy którego Polska i Litwa gwarantowały Nowogrodowi niezależność, wysyłając tam swego namiestnika, w zamian za co Republika ta zobowiązywała się do uiszczania pewnych danin na rzecz Litwy).
Car nie mógł tego zaakceptować, więc ponownie wyprawił się zbrojnie na Nowogród w 1471 r., który to z nadzieją oczekiwał przybycia polsko-litewskiej odsieczy, lecz się jej nie doczekał (w 1469 r. miał miejsce wielki atak Tatarów zawołżańskich na Kijowszczyznę, Wołyń i Ruś Halicką. Czambuły chana Sid Achmeta i beja Maniaka doszczętnie spustoszyły tamte tereny. Książę Sołtan Zbaraski rozbił wówczas jeden czambuł pod Włodzimierzem Wołyńskim, a gdy przyłączyło się do niego pospolite ruszenie starosty lwowskiego Rafała Jarosławskiego i starosty bełskiego Pawła Jasieńskiego, Tatarzy czym prędzej wycofali się z jasyrem do siebie, unikając starcia. Poza tym w 1471 r. wybuchła wojna polsko-węgierska o tron Czech, a w tym samym roku nastąpiła wyprawa Tatarów Krymskich Ajdara - syna chana Hadżi Gireja - na Podole. Król zajęty był więc zupełnie innymi sprawami). Po klęsce nad rzeką Szełonią Nowogród musiał się poddać. Miasto utraciło całkowicie swą suwerenność (Iwan zakazał nawet używania tytułu "władca Nowogrodu"), a wielu obywateli tej Republiki zostało upodlonych (główni wodzowie obrony miasta zostali natychmiast ścięci, a inni, którzy należeli do frakcji pro-litewskiej, stracili nosy, wargi a niektórzy nawet oczy). Jednak Iwan nie pozostawił w Nowogrodzie swej załogi (wiedział że byłoby to zerwaniem pokoju z Litwą, zawartego w 1449 r. i dałoby królowi Kazimierzowi jasny casus belli do wojny z Moskwą, a tego Iwan wówczas nie pragnął) i szybko się wycofał). W 1477 r. w wyniku odmowy Nowogrodzian tytułowania Iwana III gosudarem Wszechrusi, ten ponownie wyprawił się przeciw tej kupieckiej Republice. 14 grudnia 1477 r. Nowogród Wielki (znów nie mając znikąd pomocy) musiał skapitulować, a 18 stycznia 1478 r. podpisany został w siedzibie arcybiskupa Nowogrodu akt wiernopoddańczej zależności, oznaczający całkowite rozwiązanie Republiki i przyłączenie jej w całości, wraz z terenami aż po Morze Białe do Moskwy. Symbolem upadku państwa było wywiezienie do Moskwy nowogrodzkiego Wielkiego Dzwonu (Kołokołu), zwołujacego mieszkańców na wiec, tym samym triumf dzikiej, barbarzyńskiej, moskiewskiej turańszczyzny nad wolnymi Słowianami został oficjalnie potwierdzony. Ta kupiecka, ruska Republika nie znała baskaków (mianowanych przez Mongołów nadzorców), rządziła się prawami ludu (wiec) i Senatu. Jak pisał Długosz, Republika ta: "Słynęła szlachetnością słowiańską, która odróżniała jej mieszkańców od Moskali, kaziły ją tylko zbytki i zniewieściałość, prawie nieodłączne od bogactwa i swobody", po czym dodawał: "Teraz zostanie nędznym gródkiem (...) zniknie dusza, zgaśnie honor nowogrodzki , nieżywe, nikczemne ciało upadnie pod samowładztwem (...) kupcy (...) postradają majątki i pomrą w więzieniach, domowi mieszkańce, jedni na wygnanie, drudzy pójdą na przedaż Tatarom, świetny ów handel przeniesie się do Narwy i Rewla". Upadek Nowogrodu doprowadził również do nieprawdopodobnych okrucieństw i gwałtów na mieszkańcach. Według tego, co piszą kroniki, Moskwicyni nie żałowali sobie niczego i maltretowali ludność w najwymyślniejszy sposób. Na przykład kobietom obcinano piersi (lub też zgniatano), ciężarnym obcinano brzuchy i wyjmowano niemowlęta, po czym ciskano je o ściany lub też bezpośrednio wrzucano w taflę zamarzniętej rzeki Wołchow. Innym obcinano ręce i nogi, wlewano do ust rozgrzanego ołowiu itd. Lista okrucieństw jakich dopuścili się najeźdźcy, jest nieprawdopodobna i dopiero car Iwan IV Groźny zdołał pokonać swego dziadka w zbiorowym zadawaniu bólu.
Lecz właśnie upadek Nowogrodu Wielkiego dał Kazimierzowi IV pretekst do podjęcia przygotowań, zmierzających do wojny z Moskwą i w tym też celu przybył on (ponownie z całą rodziną) na Litwę. I ten właśnie fakt postanowili wykorzystać spiskowcy. Zamach wyznaczono na Niedzielę Palmową - 15 kwietnia 1481 r. Jednak nie doszło do niego, gdyż nad jego niepowodzeniem zaważył jeden drobny szczegół, o którym pisałem na początku - czynnik ludzki. Otóż tapicer, który przystrajał komnaty weselne Fedora Bielskiego (jednego ze spiskowców), mającego się żenić z księżną Anną Kobryńską (i na które to wesele został zaproszony król, wraz z całą swoją rodziną), zauważył coś niepokojącego, a mianowicie we framugach ścian ukryta została broń. Postanowił sprawdzić skąd ona się tam wzieła, ale nie poinformował o tym nikogo, a sam zaczaił się, by wyśledzić winnego i tak doszedł do autorów spisku na życie króla i jego dzieci. Natychmiast posłał swego ucznia z wiadomością do króla. Kazimierz nie przybył więc na wesele, twierdząc iż czuje się zmęczony intensywnymi łowami. Tak naprawdę jednak sam przygotował pułapkę na spiskowców i zwabiwszy ich do Wilna, kazał ich uwięzić (30 sierpnia 1481 r.), a po wyroku sądu (bowiem od czasu "Neminem captivabimus..." z 1425 r. król nie mógł uwięzić i skazać na śmierć książąt i szlachty - czyli obywateli - bez wyroku sądowego) zostali oni skazani na ścięcie (tylko Michał Olelkowicz i Iwan Holszański, gdyż Fedor Bielski zbiegł do Moskwy i tam już osiadł). Tak zakończyła się próba wymordowania dynastii Jagiellonów, która przetrwała jeszcze 91 lat i ostatecznie wygasła wraz ze śmiercią Zygmunta II Augusta w 1572 r. Dało to też początek Rzeczpospolitej Obojga Narodów - państwa którego husarskie hufce grasowały od Moskwy i Estonii, aż po Dunaj, siejąc przerażenie wśród Turków, Tatarów, Szwedów i Moskali. Ale to już zupełnie inna historia.
OSTATNI KRÓL POLSKI Z DYNASTII JAGIELLONÓW - ZYGMUNT II AUGUST (SYN ZYGMUNTA I BONY SFORZY) NIE MÓGŁ DOCZEKAĆ SIĘ POTOMKÓW Z ŻADNEJ ZE SWOICH TRZECH ŻON.
OSTATNIA ZAŚ - KATARZYNA HABSBURZANKA UDAWAŁA NAWET CIĄŻĘ (WYPYCHAJĄC SOBIE BRZUCH PODUSZKAMI), A POZA TYM CIERPIAŁA NA EPILEPSJĘ PRZEZ CO ZYGMUNT CZUŁ DO NIEJ NIECHĘĆ