WYŚWIETLENIA

21 czerwca 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. V

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





REAKCJA NIEMIEC NA ZAMACH MAJOWY W POLSCE


ULRICH RAUSCHER
NIEMIECKI POSEŁ W POLSCE



 To, co wydarzyło się w Polsce w owych dniach majowych 1926 r. napawało niemieckich polityków ogromną nadzieją na powstanie w Polsce takiego stanu chaosu politycznego, dzięki któremu byłaby możliwa korekta granic zarówno na Pomorzu jak i na Śląsku, a być może również i w Wielkopolsce. Jeszcze w kwietniu 1926 r. niemiecki minister spraw zagranicznych Gustav Stresemann (główny autor tak korzystnych dla Niemiec układów lokarneńskich, podpisanych 1 grudnia 1925 r. w Londynie i gwarantujących nienaruszalność granicy niemiecko-francuskiej i niemiecko belgijskiej, natomiast pozostawiający Niemcom wolną rękę w kwestii rewizji warunków Traktatu Wersalskiego co do granicy niemiecko-polskiej i niemiecko-czechosłowackiej). Otóż Stresemann stwierdził wówczas, że problem niemieckiej granicy wschodniej uda się rozwiązać pod warunkiem "osiągnięcia przez Polskę skrajnego upadku gospodarczego i finansowego, który ściągnie na całe państwo polskie stan niemocy". Natomiast tuż po zakończeniu samych walk w stolicy, 15 maja 1926 r. niemiecki poseł w Warszawie - Ulrich Rauscher raportował do centrali w Berlinie o Piłsudskim i ewentualnych Jego przyszłych zamiarach politycznych: "Wszystko jest destrukcyjne, nic nie jest konstruktywne (...) ten nerwowy, chwiejny, niepewny i pozbawiony programu człowiek jest najmniej odpowiedzialnym sternikiem państwowym". Rauscher dodawał też, że Piłsudski kieruje się polską racją stanu i (pomimo tego że przypisywana jest mu łatka germanofila) Jego rządy zapewne nie będą korzystne dla Niemiec. Jednocześnie Rauscher twierdził, że co prawda Piłsudski może i jest dobrym dowódcą, ale jego charakter, a przede wszystkim skłonność do zazdrości, czynią go niezwykle słabym przywódcą zarówno wojska jak i narodu. Jednocześnie niemiecki poseł podkreślał niezwykłą odwagę i dzielność żołnierza polskiego który walczył po obu stronach konfliktu, a jednocześnie krytykował dowódców, wytykając wiele błędów które oni poczynili. Twierdził też że pucz ten mógł zostać zakończony przez Piłsudskiego jeszcze tego samego dnia, gdyby tylko Marszałek wykazał się większą konsekwencją (tylko to nie Piłsudski dowodził owym buntem. Piłsudski w ogóle praktycznie nie uczestniczył w walkach, a dowództwo przejęli jego najbardziej zaufani oficerowie).

Niemiecka prasa zareagowała na ów majowy zamach w Polsce dość różnie, choć przeważały raczej reakcje negatywne. Szczególnie była tutaj aktywna niemiecka prasa prawicowa i prasa wschodnio-pruska, gdzie wręcz pojawiły się ponownie hasła takie jak: "Polska jako przeszkoda na drodze europejskiej odbudowy", albo: "Polska zakłóca europejski transport", lub "Polska zagraża Prusom Wschodnim". Prasa wschodnio-pruska przepowiadała wręcz katastroficzne wizje dla tego regionu i dla Niemiec, związane ze zdobyciem władzy w Polsce przez Piłsudskiego. Satyryczne pismo "Kladderadatsch" z 6 czerwca 1926 r. umieściło rysunek pokazujący dwóch okładających się kijami wąsatych mężczyzn w rogatywkach (i oczywiście z łatami na spodniach), którzy niemiłosiernie biją się w domu, w którym wszystkie sprzęty zostały już zniszczone. Przygląda się temu przez okno inny mężczyzna w rogatywce, a podpis pod rysunkiem brzmi: "Tęsknota (Polska gospodarka)", oraz: "Teraz wszystko trafia szlag - wracają stare dobre czasy. Czy to nie jest w porządku!" Ogólny niemiecki przekaz prasowy był następujący: "Polska anarchia powraca!", a co za tym idzie - Polska, jako "państwo sezonowe" wkrótce upadnie, czy to pod wpływem interwencji sowieckiej, czy też ze względu na własną wewnętrzną słabość. W innym niemieckim piśmie satyrycznym "Simplicissimus" z 7 czerwca 1926 r. pokazany jest polski ułan (z czapką z czasów napoleońskich) na tle płonącej wioski i podpis pod rysunkiem: "Zwyciężyliśmy Rosję, Austrię i Niemcy. Teraz jeszcze musimy zwyciężyć samych siebie". Jednak dość krótkotrwałe walki, ograniczające się tylko do samej Warszawy spowodowały, iż Niemcy straciły nadzieję na kontynuację wojny domowej w Polsce, a co za tym idzie na ewentualną interwencję z zewnątrz. Głównie zamyślano oczywiście o interwencji sowieckiej, ponieważ zdawano sobie doskonale sprawę, że realnie Niemcy nie mogą uderzyć na Polskę (chociaż wielu polityków niemieckich z pewnością by sobie tego życzyło). Nie może tak się stać z dwóch powodów. Po pierwsze: armia niemiecka (Reichswehra) w tamtym czasie była bardzo słaba, nie posiadała ani broni pancernej ani lotnictwa (których to rodzajów wojsk zakazywał Niemcom Traktat Wersalski). Po drugie zaś: taka nawet nieśmiała interwencja zapewne spotkałaby się z reakcją mocarstw zachodnich, głównie zaś Francji, dlatego też Stresemann wykluczał jakąkolwiek akcję zbrojną... chyba że doszłoby do sowieckiej inwazji i Sowieci zajęliby większość Polski. Wtedy oczywiście Reichswehra mogłaby wkroczyć na Górny Śląsk, Pomorze i do Wielkopolski, oficjalnie ratując te ziemie przed komunizmem. Taki scenariusz był jednak dosyć odległy i raczej mało prawdopodobny.


GUSTAW STRESEMANN



Szef Auswärtiges Amt miał zupełnie inny pomysł na ponowne opanowanie wyżej wymienionych prowincji. Wszystko to oczywiście było związane zarówno z przedłużającą się wojną domową w Polsce, jak również z katastrofą gospodarczą, która niechybnie miała nastąpić - nawet gdyby wojna domowa zakończyła się szybko. Niemieccy politycy bowiem zakładali że w Polsce wkrótce nastąpi kryzys gospodarczy (tym bardziej że analizy roku 1925 i początku 1926 mogły ich w tym utwierdzać). 10 stycznia 1925 r. utraciły bowiem moc te artykuły Traktatu Wersalskiego, które przyznawały państwom sprzymierzonym i stowarzyszonym jednostronne klauzule najwyższego uprzywilejowania oraz jednostronne prawo tranzytu. Co prawda już 13 stycznia podpisano polsko-niemieckie porozumienie handlowe, przewidujące utrzymanie dotychczasowego stanu (głównie odnośnie ceł i reglamentacji handlu), ale tylko do kwietnia 1925 r. Z chwilą jego wygaśnięcia realnie rozpoczęła się polsko-niemiecka wojna handlowa, która wkrótce potem została jeszcze spotęgowana, gdy 15 czerwca 1925 r. wygasł przewidziany konwencją górnośląską z 15 maja 1922 r. obowiązek Niemiec dopuszczania na swój rynek towarów polskich bez cła (w tym m.in. 500 tys. ton węgla miesięcznie). Co prawda trwały rozmowy aby tę konwencję przedłużyć i Warszawa zgadzała się na przyznanie sobie klauzuli wzajemnego uprzywilejowania, ale pod warunkiem zniesienia ograniczeń ilościowych w imporcie niemieckim, na co nie zgadzał się Berlin. Z końcem roku 1925 realnie rozmowy zostały przerwane, gdyż w niemieckich kręgach politycznych pojawiła się myśl, że wojna handlowa i załamanie gospodarcze Polski jest jak najbardziej Niemcom na rękę. Tak więc problemy gospodarcze Polski z eksportem węgla, jak również pucz Marszałka Piłsudskiego z maja 1926 r. wszystko to razem wzięte dawało nadzieję niemieckim politykom na doprowadzenie Polski do finansowej i politycznej katastrofy, a co za tym idzie, wyzyskanie tego w celu ponownego przejęcia Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski (w "Kladderadatsch" z 12 lipca 1925 r. ukazał się rysunek w którym po jednej stronie granicy stoi niemiecki Michael (w charakterystycznej czapce na głowie, przypominającej czapki które używano do łóżka), po drugiej zaś stronie jakiś... polski brudas w rogatywce - bo tak właśnie należy to nazwać - którzy wymachują workami z napisem: "Handel-Produkty". Worek Michaela oczywiście jest znacznie większy niż worek Polaka i Michael mówi: "Teraz zobaczysz, czyje na wierzchu!". Inny zaś rysunek w tym samym piśmie z 19 lipca 1925 r. Pokazywał dwie taplające się w błocie świnie w rogatywkach i przyglądający się im Michael, podpis brzmiał: "Tego brata z naprzeciwka to my tutaj nie wpuścimy. On absolutnie nie umie docenić naszej polskiej gospodarki". Jeszcze inny rysunek z tego samego pisma z 26 lipca 1925 r. ukazywał wąsatego Polaka z młotem w ręku i w rogatywce jadącego na świni i przeskakującego niemiecką granicę. Podpis brzmiał: "Polska żądza inwazji", na młocie zaś, który trzymał Polak znajdował się napis: "Węgiel").




Natomiast niemiecka gospodarka po okresie załamania w latach powojennych (z apogeum hiperinflacji w roku 1923), wsparta amerykańskimi i brytyjskimi kredytami, ponownie odżywała. 15 listopada 1923 r. wprowadzono nową walutę - markę rentową (Rentenmark), w relacji 1 marka rentowa - 1 bilion dawnej reichsmarki. Oprócz kredytów przyznawanych przez banki USA i Wielkiej Brytanii, należało również ustabilizować budżet państwa, gdyż w przeciwnym wypadku nowa waluta szybko podzieliłaby los starej. Wprowadzono zatem cały system nowych podatków, połączonych z radykalną redukcją budżetówki i taka polityka fiskalna szybko przyniosła efekty. W 1924 r. dług wewnętrzny Niemiec wynosił zaledwie 2 miliardy marek (w porównaniu ze 170 miliardami w roku 1919) i był mniejszy niż zadłużenie Wielkiej Brytanii (7,5 miliarda funtów), oraz Francji (6 miliardów funtów). Jednocześnie szerokim strumieniem do Niemiec płynęły pożyczki w ramach planu Dawesa (łącznie w latach 1924-1931 Niemcy otrzymały 25 miliardów nowych marek pożyczek, z czego w ramach odszkodowań zwycięskim mocarstwom zapłaciły jednie 11 miliardów marek reparacji). Rozwój gospodarczy Niemiec postępował więc bardzo szybko w latach 20-tych (w 1928 r. dochód narodowy stanowił 150% dochodu z 1913 r.). W 1928 r. Niemcy zajęły drugie miejsce w świecie pod względem eksportu maszyn, pierwsze miejsce osiągnął przemysł chemiczny, drugie miejsce przemysł samochodowy. Pojawiały się nowe spółki, takie jak: linie żeglugowe Hapag czy Norddeutscher Lloyd, oraz powietrzna Lufthansa. Oczywiście wszystko to budowano głównie na kredytach, które kiedyś trzeba będzie spłacić, ale mimo wszystko ożywienie gospodarcze jakie wówczas nastąpiło, dawało nadzieję na bezpieczną przyszłość po latach wojen i gospodarczych kryzysów. Dlatego też - biorąc pod uwagę owe sukcesy gospodarcze, minister Stresemann zakładał że wojna domowa w Polsce i związana z nią katastrofa gospodarcza doprowadzi do takiej sytuacji, że Niemcy będą mogły wesprzeć Polskę finansowo, udzielając pożyczek, ale... pod zastaw Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski. Był to plan brany pod uwagę i uważany za najbardziej prawdopodobny.




Natomiast Polska po 150 latach zaborów (licząc od 1772 do 1922 r.) i 123 latach niewoli (od 1795 od 1918) była krajem gospodarczo zrujnowanym przez wojny i okupacje (często zmieniające się fronty, których żołnierze - wycofując się - palili za sobą wszystko), której gospodarka tak naprawdę musiała być budowana od nowa. 11 marca 1919 r. ujednolicono walutę, wprowadzając markę polską jako obowiązującą na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczpospolitej (wcześniej bowiem używano różnych walut w zależności od różnych prowincji, na zachodzie używano niemieckiej reichsmarki, na wschodzie ruskich rubli lub czerwońców, na terenach byłej Ukraińskiej Republiki Ludowej grzywien i karbowańców, na Wileńszczyźnie ostrubliz a w Galicji austriackie korony. W centrum kraju zaś używano również marki polskiej, powstałej wraz z proklamowaniem przez zaborców niemiecko-austro-węgierskich Królestwa Polskiego - 5 listopada 1916 r.). Najdłużej używano podwójnych walut w Galicji i dopiero 15 stycznia 1920 r. wprowadzono tam płatność jedynie marką polską. Po zjednoczeniu kraju w 1922 r. problemy zarówno gospodarcze jak i wszelkie inne (w tym komunikacyjne, bo przecież sieć kolejowa była zupełnie inna w zaborze rosyjskim, jak i w zaborach pruskim czy austriackim i to wszystko należało teraz ujednolicić, gdyż podróżując w roku 1922/23 z Poznania do Wilna, trzeba było się przesiadać co najmniej dwa razy) należało czym prędzej rozwiązać i podziały te zakopać. To wszystko razem wzięte powodowało, że w pierwszych latach Niepodległości trudności ekonomiczne odbijały się wyraźnie na sile nabywczej zarówno waluty jak i całej gospodarki. W 1923 r. inflacja w Polsce (podobnie zresztą jak w Niemczech) przybrała postać galopującą. Marka polska straciła swe podstawowe znaczenie jako miernik wartości. Bazując na niej nie można było planować ani inwestycji, ani nawet jakichkolwiek wydatków. W wielu regionach kraju zaczęła zamierać wymiana towarowo pieniężna, natomiast pojawiła się wymiana naturalna - towar za towar, lub też zaczęto używać walut obcych (głównie dolarów amerykańskich, francuskich Franków lub brytyjskich funtów). Wynagrodzenie lawinowo traciło na wartości. Najbardziej odczuli to robotnicy, urzędnicy, emeryci i renciści, a co za tym idzie zaczęły się niepokoje społeczne. Dnia 19 grudnia 1923 r. nowym premierem został Władysław Grabski, który jednocześnie przejął Ministerstwo Skarbu. Rząd ten miał już do pewnego stopnia ułatwioną drogę, gdyż od wiosny 1923 r. w Sejmie uchwalano najróżniejsze ustawy (głównie podnoszące podatki). Przeprowadzenie jednak reformy walutowej wymagało specjalnych pełnomocnictw i o nie właśnie musiał toczyć przed Sejmem swoiste boje premier Grabski. Ostatecznie ustawa o pełnomocnictwach przeszła 11 stycznia 1924 r. (miała obowiązywać do 30 czerwca tego roku). Na mocy tych pełnomocnictw prezydent otrzymał prawo do dekretowania w następujących kwestiach: podnoszenia podatków bezpośrednich, przyspieszenia płatności podatku od kapitałów i rent, wprowadzania zmian ceł stosownie do koniunktury, wprowadzania oszczędności w budżecie, przekazywania niektórych zadań państwa samorządom po zabezpieczeniu odpowiednich środków finansowych, zaciągania pożyczek zagranicznych (do 500 milionów franków w złocie), zatwierdzania zmian w statutach kredytu długoterminowego i przedsiębiorstw państwowych celem wprowadzenia oszczędności oraz wprowadzenia nowej waluty. 




Rząd Grabskiego od lutego 1924 r. wprowadzał działania, mające uskutecznić ściągalność podatków (wprowadzając sumy dłużne za każdy dzień zwłoki w opłacie). Zniesiono dopłaty do kolei, przeprowadzono waloryzację taryf przewozowych, podniesiono ceny biletów dla pasażerów. Poza tym dodatkowe środki uzyskano ze sprzedaży rosyjskich kosztowności, przekazanych Polsce po zakończeniu Wojny z bolszewikami i podpisaniu traktatu ryskiego z marca 1921 r. Działania te pozwoliły ustabilizować wartość marki polskiej, ale mimo to rząd Grabskiego zdecydował się wprowadzić nową walutę (było to potrzebne ze względów psychologicznych, nie gospodarczych. Po prostu dawna waluta kojarzyła się z Niemcami, więc była ostatnim bastionem zaborów. Należało więc odciąć ten wrzód i w odrodzonym państwie wprowadzić nowy pieniądz). 28 kwietnia 1924 r. rozpoczął działalność Bank Polski, mający wyłączne prawo emisji banknotów, tego też dnia pojawiła się nowa waluta - złoty polski, równa frankowi szwajcarskiemu (relacja wymiany wyglądała następująco: 1 zł za 1 800 000 marek polskich). 1 lipca 1924 r. marka polska została oficjalnie wycofana z obiegu, a jedynym środkiem płatniczym stał się złoty, zaś 31 maja 1925 r. zawieszono wymianę bankową marek na złotówki. Specyfika polskiej reformy polegała jednak na tym, że o ile trudności ekonomiczne i towarzysząca im inflacja dotykały praktycznie wszystkie kraje w tamtym czasie (szczególnie zaś Niemcy i Polskę) to jednak wszędzie przełamywano je dzięki pomocy z zewnątrz, czyli dzięki kredytom zagranicznym. Polska była pod tym względem wyjątkiem. Premier Grabski bowiem nieustannie podkreślał że kraj jest wystarczająco silny i zasobny, aby pokonać trudności własnymi siłami, bez uciekania się do pożyczek. Tym bardziej że kredyty zagraniczne obwarowane były chęcią poddania gospodarki polskiej zewnętrznej kontroli, a co za tym idzie często takie rozmowy kończyły się fiaskiem. Co oczywiście nie oznacza że nie było żadnych kredytów zagranicznych, owszem, zdarzały się, jednak nie były one determinujące i najważniejsze. Gospodarka polska też powoli odżywała i właśnie wówczas, 15 czerwca 1925 r. Niemcy wstrzymały przyjmowanie polskiego węgla z Górnego Śląska, tym samym rozpoczynając wojnę celną z Polską. Oczywiście polski rząd odpowiedział zakazem wwozu niektórych niemieckich towarów, Niemcy oczywiście zareagowali podobnie, tylko że bilans ten wypadał bezwzględnie korzystnie dla strony niemieckiej i stąd właśnie rodziły się nadzieje niemieckich polityków na przyszłą (lub nawet wcale nie tak odległą) rewizję granic z Polską.

Nadzieje Niemiec w tym temacie okazały się jednak mrzonką. Co prawda budżet pierwszego półrocza 1926 r. zamknięto deficytem w wysokości 71 mln. zł., ale paradoksalnie po zamachu majowym Polska weszła w okres prosperity gospodarczej i już w drugiej połowie 1926 r. odnotowano nadwyżkę (przy całkowitej likwidacji deficytu) w wysokości 153,6 mln. zł. W następnym roku nadwyżka budżetowa wyniosła już 214 mln. zł. W maju 1926 r. za jednego dolara płacono 11 zł, pod koniec 1926 r. - 9 zł. Oszczędności obywateli uległy podwojeniu, a wartość eksportowanego węgla wzrosła niemal trzykrotnie (ze 160 mln zł. w 1925 r. do 447 mln zł. w 1926 r.). Te sukcesy gospodarcze osiągnięto przy ostrej wojnie celnej z Niemcami i przy niemal całkowicie zamarłej wymianie handlowej ze Związkiem Sowieckim. Nakłady uzyskane w ten sposób pozwoliły na rozbudowę portu w Gdyni, która już wtedy stawała się "polskim oknem na świat". Niemiecka prasa co prawda grzmiała, iż "Gdańsk - ofiara Polski", ale rozwój Gdyni przebiegał w sposób konsekwentny i planowy (amerykański reportażysta Hubert Renfro Knickerbocker, w wydanej w 1935 r. książce "Europa w mundurze", opisywał swoje relacje z podróży do Gdyni i stwierdzał: "Dopiero wizyta w tym najbardziej zadziwiającym mieście Europy uświadomiła mi, że państwo polskie nie wyrzeknie się nigdy "korytarza", a Niemcy, chcąc odzyskać te terytoria, mają tylko dwie możliwości: wycofać się ze swych pretensji lub podbić całą Polskę"). Nie było więc możliwe odzyskanie terytoriów (które zakładali niemieccy politycy) na drodze sprowadzenia Polski do gospodarczej ruiny, ponieważ ruina ta nie następowała, a wręcz przeciwnie, Polska finansowo kwitła (podobnie zresztą jak ówczesne Niemcy) i nic nie wskazywało na to, że może się to zmienić. W sierpniu 1926 r. niemiecka prasa pisała o nowych polskich zbrojeniach (w "Kladderadatsch" z 15 sierpnia 1926 r. czyli w szóstą rocznicę rozbicia bolszewików pod Warszawą), pojawił się rysunek, w którym Polacy przybijają do budynku napis: "Polska prowadzi nieustannie prawdziwie pokojową politykę", przygląda się temu cała Europa, a Piłsudski - wychylając się z okna, mówi: "Kolego Zaleski (minister spraw zagranicznych August Zaleski) przybijajcie mocno, aby nikt nie słyszał za bardzo naszej roboty", a w tle widać odlewane nowe armaty).


MIASTO Z MORZA
BUDOWA GDYNI
(port w Gdyni w 1938 r. był najnowocześniejszym portem morskim na Bałtyku. Oto przykład jak Polska innowacja i myśl technologiczna, stworzyła w ciągu zaledwie 15 lat najpotężniejszy port na Bałtyku z wioski, która wcześniej liczyła sobie zaledwie kilka domów)



Warto jeszcze nadmienić że niecała prasa niemiecka była negatywnie nastawiona do wydarzeń majowych 1926 r. i rządów Marszałka. Zdarzały się bowiem i takie głosy, które twierdziły że rządy pomajowe będą korzystne dla Niemiec, gdyż Piłsudski nie jest wrogiem Niemiec i można się z Nim porozumieć. Była to głównie prasa centrowa i (częściowo) socjaldemokratyczna, jednak przeważający ton artykułów w prasie niemieckiej i wśród niemieckich polityków był bardzo negatywny lub też wyczekujący. Relacje różniły się w zależności od barw politycznych, ale tak naprawdę dominowała niechęć do Polski jako kraju po pierwsze - agresywnego (który dąży do zajęcia Prus Wschodnich), po drugie, kraju który zdecydowanie konkuruje z Niemcami na wielu polach (i chociaż wyśmiewano "polską gospodarkę" jako przykład zacofania i nędzy, to jednak bezsprzecznie wojna celna pokazała że jest się czego bać i że Polska nawet słaba, jest w stanie konkurować z Niemcami jak równy z równym, bo przecież tę wojnę celną Niemcy przegrały już otwarcie w roku 1927, a ostatecznie zakończył ją w pierwszych miesiącach 1933 r. nowy kanclerz Niemiec Adolf Hitler), a także nie chce się im podporządkować (bo przecież taka miała być koncepcja Królestwa Polskiego powołanego przez Niemców w listopadzie 1916 r. jako państwo buforowe, całkowicie podporządkowane Berlinowi). Realnie jednak nie doszło do zbliżenia polsko-niemieckiego aż do czasu, gdy Adolf Hitler nie doszedł do władzy, czyli do stycznia 1934 r. Przez ten cały czas Polska i Polacy byli w prasie niemieckiej głównie przedstawiani jako brudasy, pijacy lub też jako szczury, insekty i ewentualnie świnie. Niemcy w żaden sposób nie uznawali nas za równego sobie i wychodząc z niezwykle rasistowskiego (lub też szowinistycznego) przeświadczenia, uważali się za "rasę panów" na długo, zanim Hitler doszedł do władzy.


TYTUŁ: "ZNOWU COŚ W NIEGO WSTĄPIŁO!"
PODPIS: "WSZYSCY NIEMCY MUSZĄ IŚĆ PRECZ, POTRZEBUJEMY MIEJSCE DLA "POLSKA GOSPODARKA"
PROPAGANDOWE PRZEDSTAWIENIE POLAKÓW W NIEMIECKIM PIŚMIE SATYRYCZNYM
"KLADDERADATSCH"
(16 listopada 1930 r.)



Warto też dodać że stworzona w roku 1924 nowa polska waluta "Złoty Polski" - była walutą niezwykle stabilną w całym Międzywojniu, walutą do której miano zaufanie nawet wówczas, gdy sama waluta już nie istniała co zakrawa o paradoks. Ale i dochodziło do takich paradoksów, jak chociażby ten, gdy polski żołnierz w roku 1943 w Egipcie, postanowił wymienić posiadane przez siebie złotówki na dolary i w tamtejszym banku w Aleksandrii wymieniono mu je bez problemu, chociaż waluta którą on posiadał... już nie istniała w okupowanym przez Niemców kraju. To jednak pokazuje jak wielkie miano zaufanie do tego pieniądza i spodziewano się, że po zwycięskiej wojnie wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy.


PS: W kolejne części opiszę reakcje w Związku Sowieckiego na przewrót majowy i rządy sanacji w Polsce.


CDN.

WIADOMOŚCI TECHNICZNE

 UWAGA!!!




CHCIAŁBYM POINFORMOWAĆ WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW TEGO BLOGA, ŻE JEST ON JEDYNYM AKTYWNYM BLOGIEM KTÓRY OBECNIE PROWADZĘ. POPRZEDNI BLOG JEST JUŻ MARTWY I TAM NIE POJAWIĄ SIĘ JUŻ NIGDY ŻADNE NOWE WPISY.

SŁUŻYĆ ON MI BĘDZIE JESZCZE PRZEZ JAKIŚ CZAS JAKO PLATFORMA DO PRZENIESIENIA TEMATÓW KTÓRE UZNAM ZA CIEKAWE, A NASTĘPNIE POSTARAM SIĘ CAŁKOWICIE I NIEODWOŁALNIE USUNĄĆ TAMTEGO BLOGA.

JEŚLI WIĘC SZANOWNI CZYTELNICY CHCECIE POZNAĆ ZARÓWNO STARE JAK I ZUPEŁNIE NOWE TEMATY, TO ZAPRASZAM WŁAŚNIE DO "GAJU AKADEMOSA", NIE MA BOWIEM SENSU ODWIEDZAĆ MIEJSC KTÓRE JUŻ SĄ MARTWE!


POZDRAWIAM 

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. XI

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. XI



DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. V






PIRACI, NIEWOLNICTWO i RZYM
(II - I wiek p.n.e.)



"TEN EKSPORT NIEWOLNIKÓW W WIELKIEJ MIERZE ZACHĘCAŁ DO NIEGODZIWOŚCI, GDYŻ ZACZĄŁ WSZYSTKIM PRZYNOSIĆ ZYSKI. ŁATWO MOŻNA BYŁO NABYĆ NIEWOLNIKÓW, A NIEDALEKO BYŁ WIELKI I PROSPERUJĄCY RYNEK - NA DELOS MOŻNA BYŁO PRZYJĄĆ I WYPRAWIĆ DZIESIĄTKI TYSIĘCY NIEWOLNIKÓW KAŻDEGO DNIA"

STRABON





PAMFILIA i CYLICJA


 Pierwsze silne i zjednoczone państwo pirackie powstało w II wieku p.n.e. w krainie leżącej w południowej Anatolii, zwanej Cylicją. Była to niewielka, górzysta kraina, zamykająca (poprzez góry Taurus) wejście do Syrii, a z Syrii przedostanie się do Kapadocji, Pontu, Bitynii i Lidii. Niewiele w tej krainie było ziemi nadającej się pod uprawy i jedynie w nadbrzeżnej Cylicji (zwanej też Cylicją równinną) było nieco więcej żyznej ziemi. Podobnie sytuacja wyglądała w sąsiadującej od zachodu z Cylicją Pamfilii, choć tam akurat było znacznie mniej gór (jedynie na granicy z Pisydią i Licją), zatem warunki bardziej sprzyjające do rozwoju rolnictwa. Ziemie te jednak, będące krainami frontowymi, stały się areną przyciągającą do siebie wszelkich najemników, rozbójników, zbiegłych niewolników a nawet żołnierzy w czynnej służbie hellenistycznych monarchów. Właśnie jednym z takich watażków był założyciel miasta Korakesjon (powstałego na wybrzeżu cylicyjskim, tuż nad granicą z Pamfilią), niejaki - Diodotos Tryfon. Zbuntował się on przeciwko władzy króla z dynastii Seleucydów - Aleksandra I Balasa i w 143 r. p.n.e. założył owo "miasto najemników", które pierwotnie miało być jedynie centrum mobilizacyjnym sił pretendenta do korony syryjskiej - Antiocha Sidetesa, lecz szybko stało się niezależnym pirackim państewkiem, którego "obywatele" odpowiadali za wiele ataków i porwań okolicznej ludności z wód Morza Egejskiego i Śródziemnego. Diodotos Tryfon pierwotnie był komendantem garnizonu Apamei nad Orontesem i jednym z wodzów armii króla Demetriusza I Sotera oraz Aleksandra Balasa. Jednak gdy wybuchła wojna domowa pomiędzy pretendentami do tronu Seleucydów, Diodotos poparł Sidatesa i wycofał się do Cylicji, gdzie nad brzegiem morza założył obóz warowny dla armii wspierającej tego pretendenta. Jednak wsparcie jakiego mu udzielił, było krótkotrwałe i gdy tylko Diodotos uznał że sam może ogłosić się lokalnym władcą tej rozbójniczej armii - jaką tam właśnie sobie tworzył - wycofał swoje poparcie dla Sidetasa i zaczął działać na własny rachunek, przyjmując jednocześnie przydomek: "Tryfon" (co znaczyło "Otoczony zbytkiem")




Diodotos ogłosił więc że w Koraksejon schronienie uzyska każdy przestępca (a jego winy pójdą w zapomnienie), który tylko zdoła tutaj dotrzeć i podejmie służbę pod jego rozkazami. Wkrótce zaczęły więc ściągać tam rzesze wszelakich rzezimieszków i bandytów, byle tylko uniknąć kary za swoje zbrodnie i móc dalej bezkarnie rabować. Dużym problemem w pierwszych kilku miesiącach istnienia osady, był tam dotkliwy brak kobiet, lecz szybko rozwiązano i ten problem, dokonując ataków na okoliczne wybrzeża w Syrii i w Lewancie oraz porywając stamtąd głównie młode dziewczęta oraz kobiety. W 142 r. p.n.e. Tryfon poprowadził szaleńczy rajd morski na duże lewantyńskie miasto Berytos, po czym zdobył je a ludność uprowadził w niewolę. W tym też czasie ogłosił się władcą Syrii i rzucił wyzwanie pozostałym pretendentom do tronu z dynastii Seleucydów. To spowodowało że po raz pierwszy piracki Koraksejon został poważnie zagrożony atakiem już w 141 r. p.n.e. gdy wyprawę przeciwko niemu planował Demetriusz II Nikator. Jednak ze względu na atak Partów i zajęcie przez nich Persydy oraz Mezopotamii, skierował swoją armię na wschód, miast na zachód i tym samym osada Tryfona została ocalona. Jednak drugi atak nastąpił w 138 r. p.n.e., a poprowadził go - wcześniej zdradzony przez Tryfona - Antioch Sidates, który wyszedł ze swego miasta w Pamfilii (Side) i skierował się przeciw Tryfonowi, który (jak pisze Strabon): "Zablokowany gdzieś przez Antiocha, syna Demetriosa, musiał sobie odebrać życie. Dla Cylicyjczyków jednak był to początek piractwa. Sprawcą był Tryfon, ale winić należy także nieudolnych diadochów władających w tamtym okresie Syrią i Cylicją". Piractwo się rozprzestrzeniło, a kolejni przywódcy tych morskich rabusiów (znani z imienia są: Zenitekos, Kleochares i Nikon, jednak nie wiadomo w jakich latach uprawiali swą piracką działalność) założyli kilka nowych morskich baz w Cylicji i Pamfilii, które to krainy pod względem geograficznym umożliwiały szybkie schronienie się zarówno statków w porcie, jak i ludzi na lądzie (gdyby np. nieprzyjaciel wysadził desant, lub dokonał ataku od strony lądu), którzy mogli ujść w góry.




Wkrótce powstały tam prawdziwe pirackie księstewka, które to zaczęły poważnie zagrażać żegludze we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Ataki piratów zaś były coraz bezczelniejsze i nie ograniczali się już do porywania ludności czy palenia miast, ale atakowali również świątynie (gdzie często chroniła się ludność w nadziei że piraci nie odważą się popełnić świętokradztwa i nie oderwą ich znad ołtarzy bogów - mylili się jednak). A ataki na świątynie nie były tolerowane w tamtym czasie, zaś ci, którzy się tego podejmowali, byli uważani za największych zbrodniarzy i można ich było zabić bez wyroku sądowego (tutaj przypomniała mi się sprawa świętokradztwa, jakiego w 173 p.n.e. miał się dopuścić cenzor Kwintus Fulwiusz Flakkus, który jeszcze podczas walk z Celtyberami w Hiszpanii poprzysiągł sobie, że po szczęśliwym powrocie do Rzymu wystawi świątynię bogini Fortunie Equestris - Szczęsnego Losu Jeźdźców, zwanej też po prostu "Fortuną Jeździecką". Tak też się stało a Fulwiusz zamyślał wznieść świątynię największą i najpiękniejszą z tych, jakie dotąd były w Rzymie. Aby ją dedykować jeszcze w roku swej cenzury i aby wyglądała imponująco, postanowił wykończyć ją dachówkami z marmuru, lecz zamiast czekać na transport budulca z kamieniołomów, polecił sprowadzić marmur ze świątyni Junony Lacyńskiej [była to świątynia na Przylądku Lacyńskim, koło Krotonu w Bruttium na południu Italii, dziś ten przylądek zwie się Colonne]. Zabrał stamtąd co prawda zaledwie część marmuru, ale wystarczająco dużo by wybić w dachu świątyni wielką dziurę. Dachówki zaokrętowano na statki i po wyładowaniu w Ostii, przewieziono do Rzymu, umieszczając je na dachu świątyni Fortuny. Szybko jednak okazało się skąd są te marmury i Fulwiusz został wezwany do Senatu by zdać relację. Nim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, poczęto ciskać w niego najróżniejsze oskarżenia i zarzucać mu najnikczemniejsze chęci, łącznie z próbą wywołania "wojny z bogami". Liwiusz pisze: "Mało mu tego, że naruszył najczcigodniejszą w tamtych stronach świątynię, której nie tknął ani Pyrrus, ani Hannibal, to jeszcze pozbawił ją dachu i oszpecił i skazał niemal na ruinę! Zdjęto ze świątyni pokrycie i odsłonięto goły sufit na deszcze i zniszczenie. I zrobił to cenzor, wybrany dla kierowania obyczajnością ludzi! Człowiek, którego powołano do pilnowania, by kryte budowle były w dobrym stanie do odprawiania przy nich ofiar publicznych (...) wałęsa się po miastach sprzymierzeńców, niszczy święte miejsca i budowle religijne ogołaca z pokrycia! (...) tego on się dopuszcza wobec świątyń, rujnuje je i przez to wikła lud rzymski w winę świętokradztwa: buduje świątynie przez niszczenie innych, jakby nie wszędzie byli ci sami bogowie nieśmiertelni". Senat polecił zwrócić dachówki do świątyni Junony, oraz złożyć jej ofiarę zadośćuczynienia. Co ciekawe, dachówki przewieziono z powrotem na Przylądek, ale, pozostawiono je na placu przed świątynią, gdyż - jak powiadano - żaden z rzemieślników nie potrafił ponownie umieścić ich na konstrukcji dachu).






Zdarzało się jednak, że ataki piratów cylicyjskich kończyły się dla nich porażką. Tak było właśnie ok. 105 r. p.n.e. gdy zaatakowali oni Efez. Wówczas mieszkańcy wyspy Astypalaja podążyli na pomoc Efezyjczykom i rozbili piratów (jak głosi inskrypcja z Astypalai, ufundowana potem przez wdzięcznych obywateli Efezu): "Mężczyźni z Astypalai postępowali jak dobrzy i wierni przyjaciele naszych obywateli, dzielnie walcząc przeciw (brak tekstu), po tym, gdy piraci przypłynęli tu i uderzyli na nasze ziemie w Fygeli i uprowadzili ludzi z sanktuarium Artemidy Munichia, zarówno wolnych, jak i niewolników, i złupili ich mienie oraz wiele miejsc w okolicy. Astypalejczycy, stanąwszy do walki w reakcji na wcześniejsze doniesienia Efezyjczyków, wypłynęli, by się zetrzeć z piratami, i ryzykując życie, nie szczędząc umysłów i ciał, lecz wystawiając się na wielkie niebezpieczeństwo w bitwie, do której doszło, zmusili wszystkich przeciwników do ucieczki (brak tekstu) ukarawszy ich na miejscu, stosownie do nienawiści, jaką żywili do złoczyńców, i oswobodziwszy tych, których uprowadzono z naszych ziem (...) opiekowali się nimi wszystkimi i przyjęli ich w swoich domach, zapewniając wszystko, co potrzebne do codziennego życia". Inna stela, tym razem z miasta Aigiale z wyspy Amorgos (z III wieku p.n.e.), mówi o uwolnieniu jeńców, wziętych w niewolę po napadzie piratów z Etolii, którzy mieli porwać: "Młode dziewczęta i kobiety oraz 30 ludzi wolnych i niewolników". Mimo to piractwo było tolerowane na wodach Morza Śródziemnego i to zarówno przez monarchów hellenistycznych (którzy wykorzystywali piratów w walce ze swymi konkurentami politycznymi), jak i przez Rzym (który długo nie uważał za właściwe zająć się tym problemem, gdyż nie traktował jeszcze śródziemnomorskiego wschodu jako swego własnego terenu ekspansji - stanie się tak dopiero w I wieku p.n.e. - a poza tym działalność piratów była na rękę szczególnie nobilom, którzy wciąż potrzebowali napływu nowych niewolników do swoich italskich latyfundiów. A poza tym "żeby zjeść rosół, nie trzeba wiedzieć co się stanie z kurą" i z takiego właśnie przekonania wychodzili Rzymianie. Jedni dostarczali towar, a drudzy nie zadawali pytań jak i skąd on pochodzi. Obu stronom bardzo się to opłaciło).





KRETA




 Drugą wielką potęgą piracką na wschodzie Morza Śródziemnego w II i I wieku p.n.e. byli mieszkańcy wyspy Krety. Oczywiście nie wszyscy Kreteńczycy pałali się piractwem, ale było ich tak wielu, że samą wyspę określano często jako "raj dla piratów". Rzeczywiście było tutaj kilka dużych miast (głównie w zachodniej części wyspy) które żyły z piractwa i praktykowały go z pokolenia na pokolenie. Potężny port Falasarna jest tego dowodem, gdyż stamtąd właśnie wywodziło się bodajże najwięcej piratów z całej Krety. Miasto było potężne i bogate, miało dogodne położenie, dobry port i silne mury - czegóż piraci mogli pragnąć więcej. Innym "miastem piratów" była pobliska Polyrrenia (oba miasta leżały w swoim sąsiedztwie), gdzie istniał duży piracki targ, na którym sprzedawano pochwyconych jeńców i który nawet konkurował z Delos o przyciągnięcie nowych klientów (jednak Delos było bezkonkurencyjne jeśli idzie o pozyskiwanie i sprzedaż niewolników. W ciągu kilku dni sprzedawano tam tyle samo ludzi, ile po zwycięstwie nad Macedonią i Epirem wziął w niewolę w latach 168-167 p.n.e. konsul Lucjusz Emiliusz Paulus. Można więc sobie wyobrazić jakie to były moce przerobowe). Kolejnym portem, z którego piraci czynili swoją bazę wypadową do ataków na wybrzeża Hellady, była Kydonia (na wschód od Falasarny). Niewiele informacji posiadam na temat tego miasta, prócz faktu iż wywodziło się z niego kilku kreteńskich pirackich wodzów. Kreteńczycy stworzyli specyficzną strukturę społeczną, całkowicie opartą na hierarchii rządów oligarchicznych, polegającą na tym, że człowiek rodził się i umierał przypisany do własnego statusu społecznego, co oznacza że do elity nie mógł wejść nikt z ludu i wszystko było już ściśle określone przed narodzinami danego człowieka (w komiksie o przygodach Gala Asteriksa, jego przyjaciel Obeliks czasem powtarza słowa: "Ale głupi ci Kreteńczycy" 😊 i trudno nie przyznać mu racji). W każdym razie kreteńscy piraci stanowili poważne zagrożenie na wodach Morza Egejskiego, czyniąc Cylicyjczykom sporą konkurencję.




Bodajże najsławniejszym Kreteńczykiem był niejaki Eumaridas z Kydonii, który znany był z tego, że umożliwił Ateńczykom wykupienie uwięzionych wcześniej przez Bukrisa (wodza piratów z Falasarny) mieszkańców Attyki. Wdzięczni Ateńczycy - za to że mogli wykupić swoich ziomków (a nie zostali oni od razu sprzedani do niewoli na Delos lub w Polyrrenii) - nadali Eumaridasowi w 216 r. p.n.e. (notabene był to rok w którym Rzym doznał straszliwej klęski z rąk Hannibala pod Kannami, który o mało co nie doprowadził do zagłady całej Republiki) honorowy tytuł proksena. Był to zaszczytny tytuł a ten, który go nosił, mógł uważać się już nie za bandytę i rzezimieszka, ale za "człowieka honoru" godnego najwyższych zaszczytów - dlatego też dość często piraccy wodzowie umożliwiali obywatelom danego miasta (lub też zamożnym ludziom) wykupienie swoich ziomków z niewoli, nim sprzedano ich handlarzom niewolników i wystawiono na targach (zdarzało się także, że dla zdobycia jakiegoś honorowego tytułu uwalniali ludzi z niewoli nawet sami handlarze niewolników, jak uczynił to niejaki Semenos z Delos - syn Kosimadosa, który zwrócił wolność kilkunastu kobietom z Theangeli, za co został uczczony przez miejskie władze oficjalnym tytułem "Wyzwoliciela". Miało to miejsce ok. 210 r. p.n.e.). Niektóre miasta (za sowitą opłatą) zawierały też układy z piratami z Krety, na mocy których obywateli tych miast miano zwalniać po wzieciu w niewolę. Niestety, niektóre z tych traktatów były jednak perfidnie łamane przez piratów, gdy na przykład przewożono jeńców na odległe ziemie (np. do kraju Partów), by tam potem sprzedać ich w niewolę, ponieważ taktat obowiązywał z reguły na określonym obszarze i nie sięgał wszędzie (jednak była to rzadkość, gdyż koszty transportu niekiedy przewyższały cenę, za którą potem sprzedawano niewolników i raczej trzymano się postanowień traktatowych).





IBIZA i BALEARY


Mieszkańcy wyspy Ibizy, byli bodajże ostatnimi przedstawicielami "zamordowanego narodu", czyli Kartagińczyków. Pierwsi Fenicjanie (głównie z Tyru) zasiedlili tę wyspę już w VII p.n.e., zaś w VI wieku p.n.e. zaczęła się tam kolonizacja kartagińska, która znacznie zmieniła pierwotny społeczny przekrój ludności. Głównym miastem Ibizy (i największą piracką bazą po upadku Kartaginy w 146 r. p.n.e.) było Eresos - jedno z najważniejszych ośrodków kultu bogini Tanit. Piraci z Balearów nie byli tak uciążliwi i tak nieposkromieni jak ich kompani ze Wschodu, ale wystarczająco długo działali Rzymianom na nerwy, aby ci pozwolili im istnieć po zakończeniu wojen w Hiszpanii (133 r. p.n.e.). Niewiele przetrwało wiadomości o ich pirackiej działalności, wiadomo tylko że nie stanowili większego kłopotu dla Rzymian walczących w Hiszpanii i zapewne ich piracka działalność była bardzo ograniczona (nie atakowano np. rzymskich miast w Hiszpanii Bliższej [Citerior] i Dalszej [Ulterior] zapewne z obawy przed rzymskim atakiem na wyspę, którego to lokalna społeczność nie byłaby w stanie powstrzymać). Mimo to ostatecznie na wyspę został wydany wyrok, a wypełnił go w latach 123-122 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus (który odbył triumf w 121 r. p.n.e. i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus") zdobywając wyspy Baleary i kładąc kres istnieniu ostatniego jeszcze, kartagińskiego państewka (Kartagińczyk Hazdrubal - zwany też Kleitomachem - scholarcha [rektor] Akademii platońskiej w Atenach w latach 127-110 p.n.e., napisał poemat "ku pokrzepieniu serc zamordowanego narodu", sławiący dzieje Kartaginy. Był to ostatni doniosły głos przedstawiciela tego ludu, którego dzieje zostały ostatecznie pogrzebane w piaskach Afryki).


 PATTON: "BYŁEM TU 2000 LAT TEMU! NIE WIERZYSZ MI?
"POPRZEZ ZMAGANIA WIEKÓW, POŚRÓD PRZEPYCHU I TRUDÓW WOJNY.
WALCZYŁEM, DĄŻYŁEM I GINĄŁEM, WIELE RAZY NA TEJ GWIEŹDZIE. 
JAKBY PRZEZ SZKŁO I MROK ZMAGANIA WIEKÓW WIDZĘ. WALCZYŁEM W RÓŻNYCH
PRZEBRANIACH I POD WIELOMA IMIONAMI, ALE TO ZAWSZE BYŁEM JA"




PS1: W kolejnej części przejdę do wyjaśnienia w jaki sposób i dlaczego Rzymianie ostatecznie zlikwidowali te wyżej wymienione pirackie państwa, a następnie opiszę poszczególne niewolnicze powstania przeciwko Rzymowi (jednak bez powstania Spartakusa - które opisałem w innym temacie, oraz bez powstania Aristonika w Pergamonie, o którym to pisałem w poprzedniej części). A potem zajmiemy się kolejnymi ośrodkami niewolniczego handlu w antycznym świecie - rzymską Kartaginą, Rzymem (gdzie duży rynek niewolniczy znajdował się obok świątyni Kastora i Polluksa przy Forum Romanum) oraz Antiochią.


PS2: Oczywistym jest że wielkimi przywódcami piratów jak również z samymi piratami byli przede wszystkim mężczyźni (np. sławny z Zanicetus z gór Taurus w Cylicji, zwany też "Zeusem z Olimpu"), ale należy pamiętać że na czele pirackich państewek czasami stawały kobiety, jak choćby królowa Ilirów - Teuta, czy niekoronowana królowa piratów Aba z Olbi (małżonka kapłana Zeusa z Olbi, dzięki czemu przez długi czas była ona nie do ruszenia ze względu na przynależność do kapłańskiej rodziny Teukrów). Mimo to w roku 43 p.n.e. podporządkowała się ona Markowi Antoniuszowi i Kleopatrze egipskiej, zyskując ich dodatkową opiekę, ale ponieważ piraci (na których czele stała) dokonywali coraz bardziej śmiałych ataków, zarówno Antoniusz jak i Kleopatra nie mogli sobie pozwolić na tolerowanie przestępczej działalności Aby i w roku 35 p.n.e. została ona usunięta, ale zezwolono by Olbią nadal władało jej potomstwo.


ABA z OLBI



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...