WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JAPONIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą JAPONIA. Pokaż wszystkie posty

09 czerwca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. IX

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. IX




 Szalejąca inflacja była prawdziwym wyzwaniem dla każdego nowego rządu w roku 1923. Choć dotknęła ona wiele innych krajów Europy Środkowej (w tym Austrię i Węgry) to jednak największe spustoszenie poczyniła w Niemczech, a na drugim miejscu była właśnie Polska. 20 czerwca Ministerstwo Skarbu nie widziało już innego wyjścia, jak zamknięcie giełd pieniężnych i zawieszenie obrotu walutami. W czerwcu za jednego dolara płacono 140 tys. marek polskich, w lipcu już 230 tys. Pieniądze coraz bardziej traciły na wartości, a to powodowało że podatki również stawały się fikcją (np. w drugiej połowie 1923 r. podatek gruntowy za 1 hektara wynosił mniej więcej równowartość jajka). Wprowadzenie proponowanej przez Władysława Grabskiego (który pozostał na swoim stanowisku w nowym rządzie) reformy finansowej państwa, było odkładane przez rząd Chjeno-Piasta, gdyż politycy ci obawiali się że najbardziej uderzy owa reforma właśnie w ich wyborców. Z tego powodu Grabski podał się do dymisji 30 czerwca 1923 r. a jego miejsce zajął Hubert Linde, który rozpoczął urzędowanie od dodruku pieniądza, co jeszcze bardziej spotęgowało inflację. Ceny zmieniały się dosłownie z dnia na dzień, co jeszcze bardziej dezorganizowało gospodarkę. Rozpleniła się spekulacja i pojawiły się różnego rodzaju gospodarcze afery. Rząd próbował z tym walczyć metodami policyjnymi, co oczywiście nie mogło przynieść zamierzonych skutków na dłuższą metę. Inflacja oczywiście najbardziej uderzyła w ludzi najuboższych i tych, którzy wykonywali zawody tzw. fizyczne i którzy z reguły nie mieli wartości nie ulegających deprecjacji (jak np. złoto lub ziemia). Te same procesy wystąpiły w Niemczech, z tym że na znacznie większą skalę. Pieniądze stały się bezwartościowym świstkiem papieru, który nadawał się co najwyżej do ogrzania mieszkania w piecu, lub do wykonania z niego stroju (np. na przyjęcie karnawałowe lub sylwestrowe). Rozliczeń dokonywano w Niemczech w zasadzie jedynie w walucie stałej (czyli np. w złocie) lub też w walutach obcych (głównie w dolarach lub frankach), ewentualnie powrócił handel wymienny, czyli towar za towar.

Nieporadność rządu Witosa na polu gospodarczym, starano się w jakiś sposób przykryć amnestią, która miała wejść w życie 24 lipca 1923 r. Jednak na wniosek rządu Sejm 26 czerwca przyjął, iż planowana amnestia nie będzie obejmowała "wywrotowców powyżej 17 roku życia, skazanych za dążenie do rozpowszechniania zasad ustroju komunistycznego". Jednocześnie dwa dni później Sejm przyjął uchwałę na temat osoby Marszałka Józefa Piłsudskiego, w której można było przeczytać: "Sejm stwierdza, że Marszałek Józef Piłsudski jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz zasłużył się narodowi".

Z końcem czerwca Marszałek złożył również przewodnictwo w Ścisłej Radzie Wojennej (była to ostatnia z piastowanych przez Niego funkcji publicznych). A 3 lipca 1923 r. w Sali Malinowej hotelu "Bristol" w Warszawie, na pożegnalnym przyjęciu z oficerami z którymi przez lata współpracował, dał upust swemu zniesmaczeniu polską polityką po zakończeniu Wojny z bolszewikami. Tam właśnie znalazły się sławne potem słowa o "Zaplutym karle z rodzimych bagien, który bity po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko chce sprowadzić do swojego poziomu". Marszałek mówił: "Gdziekolwiek indziej wódz naczelny który jest zwycięzcą, jest czczony i czyni się wysiłki, aby błyszczał. U nas przeciwnie. Wódz musi iść do błota i dopiero gdy wystarczająco się tego błota napije, staje się godny Polski. (...) O co tu idzie? Tu idzie o plucie! Zapluty karzeł z bagien rodzimych pluje. Bity niegdyś po pysku przez zaborcę, sprzedajny, teraz wszystko stara się sprowadzić do swojego poziomu".




Piłsudski po rezygnacji ze wszystkich urzędów wojskowych i politycznych, wycofał się do podarowanego mu przez Naród dworku w Sulejówku (zwanego Milusinem). Pani Aleksandra Piłsudska pisała potem, że to były najlepsze chwile w ich życiu, gdy mąż był w domu i gdy bawił się z córkami. Piłsudski uwielbiał ogród którym zajmowała się jego małżonka, ale sam nie potrafił zajmować się kwiatami (pani Aleksandra pisała też, że mąż pewnego razu próbował zająć się ogrodem i cały dzień kopał w ziemi, a potem na drugi dzień nie mógł się ruszyć z łóżka) i uwielbiał patrzeć jak robi to jego małżonka. Około godziny 21:00 Piłsudski siadał do pisania książek lub też przemówień z których rodzina żyła (bowiem Piłsudski zrezygnował z wszelkich uposażeń twierdząc, że nie ma prawa swoimi problemami finansowymi obarczać odrodzone Państwo). Ale i tutaj sam osobiście nie pisał, jedynie dyktował, chodząc wokół pokoju (najczęściej wokół stołu - bo to było rodzinne u Piłsudskich. Oni bowiem, jak mieli do rozważenia jakiś kłopot, to wzajemnie chodzili wokół stojącego na środku pokoju stołu i dla pani Aleksandry wyglądało to wówczas nieco komicznie). Pisaniem oczywiście zajmowała się Aleksandra Piłsudska, Marszałek tylko dyktował (i to często tak szybko, że nie nadążała za Nim). Kończono ową pisaninę ok. drugiej w nocy i udawano się do łóżek. Warto też dodać (już na marginesie) że Marszałek bardzo bał się duchów i szczególnie w Belwederze sypiał przy zapalonej lampce (twierdził bowiem że nocami po korytarzach Belwederu przechadzał się arcyksiążę Konstanty Pawłowicz, brat cara Aleksandra I i Mikołaja I, który w latach 1815-1830 był realnym władcą Królestwa Kongresowego. Jeszcze mała dygresja odnośnie Milusina. Według wspomnień publicysty i dziennikarza Ryszarda Wojny urodzonego w 1920 r. w końcu lat sześćdziesiątych przebywał on akurat w rejonie Sulejówka i pisał tak: "Było to w końcu lat sześćdziesiątych. Wojskowy gazik wiózł mnie do wojsk pancernych pod Sulejówkiem. Kiedy wyjechaliśmy w pierwsze uliczki, rzekłem - właściwie sam do siebie - to gdzieś tutaj mieszkał Piłsudski. Towarzyszący mi major, "politruk" zapytał z miejsca: "Chce pan zobaczyć tę willę?" Przytaknąłem. Młody kierowca wiedział, jak tam dojechać. Dom, w którym mieściło się wówczas przedszkole, był ładnie utrzymany. W ogrodzie bawiły się dzieci. Major z nieskrywaną dumą mówił, że to pancerniacy opiekują się obejściem, a wskazując ręką na duży kwiatowy klomb, dodał: "Powiedziano nam, że to jest grób Kasztanki, więc sadzimy tam kwiaty". Oniemiałem. Jak się miała oficjalna ideologia do poczucia ciągłości historii Polski?!"




Wcześniej, bowiem 24 czerwca 1923 r. ok. godz. 22:00 Krakowskim Przedmieściem wstrząsnęła potężna eksplozja. Bomba wybuchła w Gmachu Porektorskim Uniwersytetu Warszawskiego, w którym nie tylko wyleciały szyby z okien, ale również zawalił się dach. Biorąc pod uwagę wcześniejsze detonacje w czasie których nie było ofiar śmiertelnych (o których pisałem w poprzedniej części) tym razem była ofiara śmiertelna. To ciężko ranny profesor Roman Orzęcki, który szybko przywieziony do szpitala św. Rocha, zmarł tam nie odzyskawszy przytomności (odszedł znakomity ekonomista, który wcześniej - jeszcze w czasie zaborów będąc na Ukrainie, nie krył się ani ze swoją katolicką wiarą, ani też z polskim patriotyzmem). Siła wybuchu owej bomby lątowej (jak potem stwierdził ekspert, kapitan Zessel z Oddziału IV Sztabu Generalnego Wojska Polskiego) była bez porównania większa niż wcześniejsze detonacje. Nie tylko bowiem zawalił się dach budynku, ale również zniszczone zostały schody łączące poszczególne piętra. Ci, którzy zostali uwięzieni na wyższych piętrach, byli potem ściągani przez strażaków za pomocą drabin. Policja gorączkowo szukała sprawców, a politycy w Sejmie przerzucali się oskarżeniami kto mógł spowodować owe ataki. Jedni twierdzili że byli to z pewnością komuniści, inni zaś uważali że to endecja, jeszcze inni że to zwolennicy Marszałka itd. Prawda zaś była taka, że atakowano zarówno budynki należące do prawicy jak i lewicy oraz Żydów, co realnie wprowadzało zamęt i niepewność. Już bowiem dnia następnego 25 czerwca ktoś przekazał informację o podłożeniu kolejnej bomby pod lokalem jednej z żydowskich organizacji. Policja przeszukała teren i rzeczywiście znaleziono ładunek który nie eksplodował. Studenci na Uniwersytecie Warszawskim zorganizowali pikietę, która miała być odpowiedzią na barbarzyńską śmierć lubianego przez nich profesora. Rektor uczelni Jan Łukasiewicz apelował o wyprowadzenie polityki z uczelni, ostatecznie wykłady zawieszono na dwa dni. Brak postępu w śledztwie kompromitował przede wszystkim rządzącą formację Chjeno-Piasta, dlatego politycy naciskali na komendanta policji, aby ten wreszcie dał im winnego, którego oni mogliby przedstawić społeczeństwu. Ostatecznie więc aresztowano pewnego studenta, u którego znaleziono w domu materiał wybuchowy, oraz piekarza, u którego policja znalazła siedem innych ładunków wybuchowych. 4 sierpnia z trybuny sejmowej minister spraw wewnętrznych Władysław Kiernik ogłosił, że wreszcie ujęto sprawców zamachów bombowych z Krakowa i Warszawy. Dodał również, że w nocy z 1 na 2 sierpnia aresztowano 10 członków tajnej organizacji - wśród których było dwóch oficerów Wojska Polskiego - którzy planowali kolejne zamachy i którzy byli powiązani z siatką komunistyczną. Posłowie lewicy ostro protestowali wobec takim faktom, twierdząc że ataki ustały z chwilą dojścia prawicy do władzy, czyli innymi słowy przestały być potrzebne.


ZAWALONY DACH 
GMACHU POREKTORSKIEGO 
UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO



Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło pięciu mężczyzn, w tym pirotechnik i jeden podporucznik. Ponoć miała ich rozpoznać adwokat Helena Dziewianowska, która tego dnia przechodziła obok budynku Uniwersytetu i widziała dwóch mężczyzn, których opisała jako oskarżonych. Uznano ich za agentów komunistycznych działających na zlecenie, ale wiele faktów było bardzo niespójnych, tym bardziej że gdy doszło do konfrontacji i Dziewianowska ponownie przyglądała się rekonstrukcji wydarzeń z tamtego feralnego dnia, już nie była taka pewna czy to owi mężczyźni są tymi, których należy oskarżyć o udział w zamachu. Poza tym ten, który miał być komunistą, okazał się bohaterem z czasów Wojny z bolszewikami, który otrzymał Krzyż Walecznych za męstwo w boju. Inny ze sprawców miał się okazać policyjnym agentem, który miał za zadanie przeniknąć do struktur Komunistycznej Partii Robotniczej Polski i ją zinwigilować. Ostatecznie tylko trzech mężczyzn usłyszało wyroki skazujące na 15 lat więzienia, byli to Mieczysław Krasiński, Mieczysław Rotter i Lucjan Maśliński (jednak zostali oni oczyszczeni z zarzutu ostatniego zamachu i śmierci profesora Orzęckiego). Natomiast porucznik Walery Bagiński i podporucznik Antoni Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, gdyż miano im udowodnić przynależność do KPRP i dążenie do "wielkiej rewolucji społecznej" i chęć przyłączenia ziem polskich do ZSRS. Ostatecznie nie zostali zabici, gdyż prezydent Wojciechowski zastosował prawo łaski, mieli też być wymienieni na przetrzymywanych na moskiewskiej Łubiance polskiego konsula w Gruzji Józefa Łaszkiewicza wraz z rodziną i księdza Bronisława Usasa. Do wymiany jednak nie doszło, gdyż gdy byli tam transportowani (w 1925 r.) Bagiński i Wieczorkiewicz zostali zastrzeleni przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę (zapewne kolejny sowiecki szpicel), który potem tłumaczył się iż "nienawidzi komunistów śmiejących się Polakom prosto w twarz". Został uniewinniony przez sąd. Według mnie jednak za tymi atakami od początku do końca stali Sowieci z grupy zamachowców Władimira Milutina. Oczywiście żadnych dowodów na to nie mam i mieć nie mogę, aczkolwiek należy pamiętać że właśnie wówczas (1923/1924) sowiecki wywiad dążył do wywołania w Polsce jak największego politycznego chaosu, a co za tym idzie również wszelkiego typu ataków bombowych i innych (w tym i zabójstw) w celu sprowokowania wojny domowej i umożliwienia sowieckiej interwencji w Polsce, która mogłaby dojść co najmniej do Niemiec. Oczywiście zamachy te miano przeprowadzać rękoma tutejszych komunistów, ewentualnie ludzi zwerbowanych lub przekupionych jak oficerowie, żołnierze czy studenci. Tak uważam i takie jest moje zdanie.

24 lipca 1923 r. w Lozannie zwycięskie mocarstwa I Wojny Światowej podpisały pokój z Turcją, na mocy którego wojska brytyjsko-francuskie wycofały się z Konstantynopola. Jednocześnie - po przegranej wojnie z Turkami - swoje ziemie (na których żyli tam od tysięcy lat) musieli opuścić Grecy. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie temu, aby Turcję uczynić republiką i znieść ostatecznie sułtanat osmański.




16 sierpnia władze polskie w Wielkopolsce i na Pomorzu rozwiązały niemiecki Związek Nauczycieli. Sprzedano również Zakłady Żyrardowskie francuskiej spółce Marcela Boussaca. Skarb Państwa poniósł na tej inwestycji duże straty, jako że sprzedaż nie uwzględniła dramatycznego spadku kursu marki polskiej. 

1 września 1923 r. straszliwe trzęsienie ziemi nawiedziło Japonię. Budynki w okolicach Kobe i Osaki waliły się jak domki z kart a rozszalałe pożary i uderzenia gigantycznych fal morskich, odbitych od poruszonego dna Pacyfiku, ostatecznie spowodowały śmierć 143 000 ludzi. Było to bez porównania największe trzęsienie ziemi w dotychczasowej historii Japonii.






W sierpniu 1923 r. Marszałek Józef Piłsudski wziął udział w II Zjeździe Związku Legionistów w Krakowie. Miesiąc później udzielił Marszałek wywiadu dziennikarzowi Władysławowi Baranowskiemu, w którym to żalił się, iż w odrodzonym państwie ogromne pole do popisu ma nie tylko obca agentura, ale również rodzimi inwigilatorzy (żalił się bowiem na podsłuchy telefoniczne i na ciągłą obserwację Jego osoby), mówił: "Widzę tu, pętające się dookoła mego domu rozmaite indywidua i coraz to nowe twarze. (...) Znam się na tym. Robią to przy tym tak niezgrabnie, nowicjusze. Inwigilują Naczelnego Wodza. (...) Mam w tym względzie swój pogląd i na wszystko jestem przygotowany" a po cichu dodał: "Mordercy".

W dniach 19 września - 2 października 1923 r. w miejscowości Bolszewo pod Moskwą odbył się II Zjazd Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Był to jednocześnie ostatni zjazd, na którym delegaci zostali wybrani w miarę demokratycznie, każdy następny skład partii był już z góry narzucany przez Moskwę. Ostatecznie wybrano 49 delegatów, a atmosfera zjazdu upływała pod znakiem bliskiego wybuchu rewolucji komunistycznej w Niemczech. W obradach uczestniczył również przewodniczący Komitetu Wykonawczego Kominternu Grigorij Zinowiew, który zapowiadał: "Rewolucja niemiecka jest nieunikniona i w najkrótszym zapewne czasie rozegrają się tam wypadki rozstrzygające. Stanie się to za parę miesięcy, być może wcześniej, raczej wcześniej niż później". Zinowiew z takim przekonaniem głosił rozpoczęcie rewolucji niemieckiej, gdyż wiedział już doskonale że na Kremlu zapadła decyzja o wsparciu sotni (zenturien) Brandlera - przywódcy niemieckich komunistów - który miał rozpocząć rewolucję najpierw w Dreźnie i w Saksonii, następnie w Hamburgu, potem w Berlinie i ostatecznie w całych Niemczech. Zinowiew podczas swej przemowy wielokrotnie podkreślał konieczność takiej rewolucji, a jednocześnie stwierdzał że: "Rosyjska partia komunistyczna, nasza Republika sowiecka, nawet gdyby tego chciała, nie mogłaby, nie potrafiłaby oddzielić swych losów od losów rewolucji niemieckiej". Oczywiście na końcu deklamował że: "my jesteśmy za pokojem", czyli stara śpiewka komunistów nawołujących do rewolucji wszędzie gdzie tylko można, a jednocześnie podkreślających że oni to są gołąbkami pokoju (swoją drogą jeszcze nie pisałem na temat gołębi, dlaczego to stały się symbolami pokoju. Gołębie bowiem są bardzo agresywnymi zwierzętami i raczej nie powinny być uważane za symbol pokoju, ale to opowieść na zupełnie inny temat). Komunistyczna Partia Robotnicza Polski jednocześnie na tym zjeździe deklarowała powrót do "haseł patriotycznych". Oczywiście uznawano polską niepodległość, ale deklarowano jednocześnie, że prawdziwa niepodległość będzie wtedy, gdy Polska opsze swą koncepcję na bratnim sojuszu z rewolucją niemiecką i rosyjską, na utworzeniu "Federacji Wolnych Republik Robotniczo-Chłopskich Europy" (czyli to, co mamy dziś, tylko w wydaniu Unii Europejskiej). Oczywiście uznawano że wschodnia granica Rzeczpospolitej musi zostać zmieniona, gdyż Ukraińcy, Białorusini i Litwini pragną "połączenia z ich braćmi po drugiej stronie słupów granicznych". Natomiast wyciszono negację zachodniej granicy Polski. Do 16-osobowego składu Komitetu Centralnego wybrano: Adolfa Warszawskiego-Warskiego, Marię Koszucką, Maksymiliana Horowitz-Waleckiego, Saula Amsterdama-Henrykowskiego, Henryka Bitner-Bicza, Juliana Bruna, Aleksandra Danieluk-Stefańskiego, Franciszka Fiedlera, Franciszka Grzelszczaka, Romana Jabłonowskiego, Władysława Stein-Krajewskiego, Osipa Kriłyk-Wasilkiw, Stanisława Mertens-Skulskiego, Ludwika Szabatowskiego, Jerzego Sochacki-Czeszejko i Wacława Wróblewskiego.




Sowieckie Politbiuro wyznaczyło datę wybuchu rewolucji w Niemczech na 9 listopada 1923 r. W tym celu do Niemiec przerzucono najróżniejszych agentów i współpracowników Razwiedupra (wywiadu wojskowego), INO (oddziału zagranicznego), GPU i Kominternu. Zakładano tam tajne bazy z bronią, formowano i szkolono oddziały bojowe Komunistycznej Partii Niemiec, a przede wszystkim przeznaczono na ten cel kwotę 300 milionów rubli w złocie, która była bez wątpienia astronomiczna, a jednocześnie pokazywała jak bardzo Sowietom zależało na wybuchu rewolucji w Niemczech i (po zwycięstwie) na połączeniu dwóch komunistycznych państw w celu dalszej ekspansji na Europę.

22 września w Bułgarii tamtejsi komuniści podjęli nieudaną próbę wszczęcia rewolucji komunistycznej. Bułgaria należała do państw, które znalazły się w obozie przegranych I Wojny Światowej. Przystąpiła do wojny 6 października 1915 r. po stronie Niemiec i Austro-Węgier (notabene wejście do wojny Bułgarii doprowadziło do załamania się obrony Serbów i zajęcia kraju przez wojska austro-węgierskie i bułgarskie). Gdy jednak wojna na Zachodzie dobiegała zwycięskiego dla aliantów końca, 29 września 1918 r. w Salonikach Bułgaria podpisała zawieszenie broni i wycofała się z wojny, 3 października abdykował dotychczasowy car Ferdynand I a jego miejsce zajął 24-letni syn Borys III. Kraj następnie został zajęty przez wojska francuskie, brytyjskie i włoskie, wprowadzono też stan wyjątkowy w całym kraju. Do tego dochodziły powojenne trudności gospodarcze, ogromna drożyzna i braki podstawowych towarów żywnościowych a także opałowych. Wszystko to stwarzało doskonałe podglebie dla wybuchu rewolucji komunistycznej. 27 lipca 1919 r. Bułgaria podpisała w Neuilly pod Paryżem układ pokojowy, na mocy którego traciła znaczne tereny na korzyść Królestwa Serbów Chorwatów i Słoweńców (czyli późniejszej Jugosławii), Rumunii i Grecji. W kraju nazwano to "Drugą katastrofą narodową" (pierwszą była klęska w wojnie z koalicją bałkańską i Turcją w roku 1913). W kolejnych latach trwała gospodarcza penetracja Bułgarii przez wielki międzynarodowy kapitał, to zaś doprowadziło iż już w 1921 r. wszystkie banki, cukrownie i prawie wszystkie kopalnie węgla oraz rud były w obcych rękach. W 1921 r. przyszło jeszcze załamanie gospodarcze, w wyniku którego wiele osób straciło pracę. Kryzys potęgował się i był to wymarzony czas dla Moskwy. Rządząca w kraju socjal-ludowa partia zemedelców Aleksandra Stambolijskiego wybitnie sobie nie radziła z tymi problemami. W kraju panowała też obawa przewrotu (czy to prawicowego czy lewicowego), tym bardziej że stacjonowały tu oddziały rosyjskiej, białogardyńskiej Armii gen. Wrangla, które przybyły tutaj na początku 1920 r. z Krymu. Ostatecznie rząd Stambolijskiego zmusił ich do złożenia broni i rozwiązania się, mimo to w kraju panowała atmosfera wrzenia. Domagano się aresztowania i surowego osądzenia sprawców klęsk z 1913 i 1918 roku (sprawcy wciągnięcia Bułgarii w wojnę w 1915 już wówczas zostali osądzeni i trafili do więzień), wręcz domagano się krwi za narodowe krzywdy. W nocy z 8 na 9 czerwca 1923 r. z poparciem cara Borysa, przeprowadzony został wojskowy zamach stanu przeciwko rządom zemedelców. Wojsko (i junkrowie Szkoły Wojskowej w Sofii) aresztowali wielu przedstawicieli tego stronnictwa, sam premier Stambolijski przybywał wówczas w swej rodzinnej wsi Sławowica, gdzie zorganizował opór chłopów, który załamał się już 11 czerwca. Aresztowany, został przewieziony do swej willi w Sławowicy, gdzie rozpoczęły się wielogodzinne tortury. Ostatecznie został tam też zamordowany. Nowym premierem 9 czerwca został Aleksander Cankow, organizator "Narodowego Porozumienia" (złożonego z partii demokratycznej, ludowej i radykalnej). By poprawić sytuację ekonomiczną kraju, nowy rząd zamierzał przede wszystkim zwiększyć liczbę godzin pracy, jednocześnie obniżając pensję robotnikom. 12 września aresztowano 2000 komunistów bułgarskich, gdyż spodziewano się przewrotu komunistycznego. Rzeczywiście doszło do niego w nocy z 22 na 23 września 1923 r. głównie w północno-zachodniej Bułgarii. Ostatecznie do 29 września (po krwawych walkach o kilka tamtejszych miast) rewolucja komunistyczna zakończyła się klęską, a sami rewolucjoniści z Georgij Dymitrowem na czele uciekli do Jugosławii.




10 października w Moskwie na Międzynarodowym Kongresie Chłopskim utworzono Międzynarodówkę Chłopską (Kriestintern) której to zastępcą sekretarza generalnego w latach 1923-1928 był działacz KPRP Tomasz Dąbal.


CDN.

12 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. I

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO




 Temat rocznicowy, gdyż dziś właśnie mija dokładnie 100 lat od rozpoczęcia owego najsławniejszego polskiego zamachu stanu, czyli tzw: "zamachu majowego" z 12 maja 1926 r. Jak również dokładnie 91 lat od śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, głównego autora owego zamachu (autora w cudzysłowie, realnie bowiem wojskami wspierającymi Marszałka kierowali jego najbliżsi współpracownicy, a nie On sam, Piłsudski bowiem w tym czasie kompletnie się załamał i to kompletnie, o czym postaram się opowiedzieć niżej). Ten oto rocznicowy temat postaram się poświęcić również na opisanie nie tylko samego "zamachu majowego", ale przede wszystkim międzynarodowych reakcji, jakie nastąpiły zarówno w jego trakcie jak i po zamachu i przejęciu władzy przez obóz piłsudczykowski, zwany również "obozem sanacyjnym". Wyjaśnię także czym była owa "sanacja", która w ciągu kolejnych dekad nabrała tak pejoratywnego skojarzenia (głównie dzięki wytężonej pracy komunistów i endeków) że do dziś wielu jeszcze (według mnie pseudo historyków) twierdzi, iż była to jakiś quazi-dyktatura. Mówcie co chcecie, Kochani, ale ja w tej serii zamierzam bronić nie tyle samego majowego zamachu stanu, co konieczności, jaka ten zamach wymusiła. Piłsudski bowiem nie pragnął przeprowadzać żadnego zamachu, wiedział bowiem że coś takiego może doprowadzić do wybuchu wojny domowej w Polsce, a to natychmiast uruchomi państwa nam jawnie wrogie czyli Związek Sowiecki i Niemcy do interwencji militarnej, a to zaś oznaczałoby upadek dopiero co z takim trudem i przy takiej hekatombie krwi odrodzonej (zaledwie 8 lat wcześniej) polskiej Niepodległości i Marszałek stwierdził, że: 
"tego już by nie przeżył". 
Przejdźmy zatem do tematu.



ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)




 Józef Piłsudski bez wątpienia był człowiekiem który najmocniej przysłużył się sprawie odzyskania przez Polskę Niepodległości zarówno w latach I Wojny Światowej, jak i przed jej rozpoczęciem (notabene i tutaj jako ciekawostkę tylko dodam że w ostatniej serii z zieloną poświatą u Krzysztofa "Atora" Woźniaka, w kolejnym liście od tzw: "Jednego z nich", czyli tajemniczej postaci która od co najmniej sześciu lat pisze listy do Atora - a przynajmniej on tak twierdzi - w których dokładnie mówi co wydarzy się w przyszłości i jak też powinniśmy postępować, aby wszelkie negatywne kwestie - które bez wątpienia są planowane przez tak zwanych "kreatorów świata", nie dotknęły bezpośrednio naszego kraju; tak więc ów "Jeden z nich" stwierdził, że, na zasadzie "efektu skrzydeł motyla" gdyby Józef Piłsudski w lipcu 1904 r. podczas pobytu w Tokio {gdzie starał się uzyskać japońskie wsparcie dla wybuchu w Polsce kolejnego powstania antyrosyjskiego w czasie trwania wojny japońsko-rosyjskiej} nie miał dobrego seksu, na drugi dzień nie chciałby spotkać się i porozmawiać z Romanem Dmowskim - czyli twórcą Narodowej Demokracji "Endecji" - a stało się to dokładnie 11 lipca 1904 r. gdy Piłsudski ujrzał Dmowskiego na jednej z tokijskich ulic {notabene Dmowski pojechał tam aby torpedować plany Piłsudskiego}, obaj panowie wówczas spotkali się i wzajemnie porozmawiali a nawet - co pozostaje tajemnicą poliszynela - udali się na masaż erotyczny, przeprowadzony przez piękne japońskie gejsze {zresztą Piłsudski i Tytus Filipowicz - z którym razem wybrali się przez Stany Zjednoczone w podróż do Japonii - spędzali tam całkiem przyjemnie czas.

Zachowała się korespondencja, jaką Tytus Filipowicz pisał jeszcze z pokładu "Campanii" przed przybyciem do Nowego Jorku, w liście do Aleksandra Malinowskiego. Tak więc 10 czerwca 1904 r. czytamy: "Swoją drogą żywot luksusowy: rozpoczynamy dzień kąpielą i prysznicem, następnie aż do nocy, je się i śpi na przemianę, w chwilach bezsenności - szachy (...) Wyżerka wspaniała - na podwieczorek befsztyk i pieczone śledzie, tea (...) Co do mnie jednak, mam już zupełnie dosyć tej drogi i z gustem powitałbym jutro Y(okohamę) zamiast New Yorku". 11 czerwca "Campania" dobiła do portu w Nowym Jorku, gdzie Piłsudski i Filipowicz zatrzymali się w Hotelu Lafayette (róg 5th Avenue i 8th Street, dziś mieści się tam duży budynek mieszkalny) na Manhattanie, niedaleko zjazdu z Mostu Brooklińskiego. Obaj panowie byli w Stanach nielegalnie, chociażby z tego powodu że podróżowali pod fałszywymi imionami (zgodnie z praktyką konspiracyjną) i tak Piłsudski to był Mieczysław Mieczysławski a Filipowicz Stefan Karski. "Wspaniałe miasto i dziwnie swojskie" - pisał Filipowicz do Malinowskiego. W hotelu spędzili trzy dni, w tym czasie Piłsudski wygłosił odczyt w Związku Socjalistów Polskich (13 czerwca), a także złapała go jakaś choroba, bo 13 czerwca pisał do Malinowskiego: "W drodze zaziębiłem się i od kilku dni mam szalony ból głowy i zębów (...) całej połowy głowy. Nic mi się robić nie chce i myśli zebrać okropnie trudno (...) W ogóle od tej gęby jestem w paskudnym pesymistycznym usposobieniu, które mnie doprowadza do pasji".})






({14 czerwca rano, obaj panowie opuścili Hotel Lafayette i wyjechali z Nowego Jorku, kierując się ku Zachodniemu Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Niesamowita podróż, zwiedzili w tym czasie Wodospad Niagara, następnie Chicago (z którego to miasta wyjechali 16 czerwca, spotykając się w międzyczasie z działaczami polonijnymi, m.in.: ze Stanisławem Adamkiewiczem, który oprowadzał ich po Chicago). Następnym punktem podróży było Colorado Springs, skąd ruszyli koleją mijając po drodze Denver, rozległe prerie oraz pokryte śniegiem szczyty Gór Skalistych w Kolorado. Byli w Salt Lake City i zwiedzili Wielkie Jezioro Słone, potem dalej koleją przez Wielką Kotlinę Nevady i Kalifornii. Byli w Reno, przemierzyli góry Sierra Nevada i dotarli do Sacramento. Filipowicz zanotował w tych dniach: "Frisco robi dość marne wrażenie - brudy i góry w samym mieście takie, że nigdzie na świecie nic podobnego nie tolerowano by (...) W dodatku jest dość mglisto i chłodno". Do San Francisco przybyli 21 czerwca 1904 r. Stamtąd Piłsudski zapisał, że już chciałby być w domu: "soli mnie chęć najprędszego powrotu (...) być tak daleko i nie wiedzieć nic, co się u was dzieje". W San Francisco (22 czerwca) wsiedli na mały statek "Coptic" należący do White Star Line - linii które potem wystawią Titanica. "Coptic" był stary, został zbudowany w 1861 r., a na trasie San Francisco-Japonia-Chiny pływał od 1882 r.})




({28 czerwca dotarli na Hawaje i zatrzymali się w Honolulu, skąd Filipowicz pisał: "Pogoda dobra (...) Spanie, wyżerka, szachy i trochę pisaniny (...) potem nudy (...) Zupełnie egzotyczny kraj - banany, daktyle, kokosy, brązowe małpy w europejskich kostiumach etc. W mieście większość Japończyków i Chińczyków". Obaj panowie wybrali się też na plażę w Honolulu, gdzie spędzili większość dnia, potem odbyli jeszcze wycieczkę do kraterów wygasłych wulkanów, a 29 czerwca wyruszyli w dalszą drogę na pokładzie "Coptica".})


CHILLOUT 
POLSKIE WAKACJE W AMERYKAŃSKIM STYLU 🤠






({Piłsudski, choć zwiedzał okolice, myślami był w Polsce, bardzo tęsknił już bowiem za powrotem. Zastanawiał się również nad planami spotkania z władzami Japonii, a gdy w jednej z gazet w Honolulu dowiedział się że japoński gen. Kodama, z którym mieli się spotkać, został przeniesiony na szefa sztabu armii czynnej do Mandżurii (bezpośrednio na linię frontu), zastanawiał się też czy przypadkiem nie będą musieli pojechać również i do Mandżurii (a tymczasem pieniądze na podróż były ściśle wyliczone). Na pokładzie "Coptica" sprecyzowano punkty ewentualnej umowy, jaka miała zostać podpisana z władzami Japonii, które głównie sprowadzały się do zakupu broni do dalszej walki z Rosją - broń ta miała zaś zostać kupiona za obiecane japońskie pieniądze, oraz co do planów utworzenia przy japońskiej armii Legionu Polskiego w Mandżurii. Do Jokohamy przypłynęli w nocy z 9 na 10 lipca 1904 r. ale z powodu ulewnego deszczu, statek stanął na redzie i dopiero rankiem 11 lipca na pokład "Coptica" weszli najpierw przedstawiciele japońskich służb medycznych, a następnie na małym stateczku podpłynął jakiś cywil. Był to major Saburo Inagaki ubrany w modny garnitur, który wszedł na pokład i poprosił o listy upoważniające (od Taro Utsunomiy). Następnie zaprosił obu panów - jako gości rządu japońskiego - na ląd. Razem, incognito udali się na stację kolejową, skąd odjechali pociągiem do Tokio. W pociągu rozmawiano na temat skierowania generałów: Kodamy i Fukushimy na front do Mandżurii, a także właśnie tam, z ofiarowanej przez majora Iganakiego gazety: "Japan Times", Piłsudski i Filipowicz dowiedzieli się o przebywającym już w Tokio od 15 maja Romanie Dmowskim z Narodowej Demokracji - był też na liście gości Hotelu Metropol - który przybył do Japonii aby pokrzyżować plany Piłsudskiego zawarcia sojuszu antyrosyjskiego z Japonią.})




({Gdy wysiedli w Tokio, przed dworcem kolejowym czekał już na nich powóz, w którym "z wielkim szykiem" - jak odnotował Filipowicz, przejechali przez miasto do Hotelu Seiyoken. Hotel położony był w ładnej okolicy - dokoła park, z okien widok na ogród i staw pokryty różowymi kwiatami lotosu i przebywali w nim głównie Europejczycy. Po południu 11 lipca obaj panowie udali się do miasta, wsiedli na riksze i pojechali w odwiedziny do... Romana Dmowskiego. Spotkali się dość przypadkowo, na ulicy dnia poprzedniego - Dmowski spacerował w towarzystwie Jamesa Douglasa, korespondenta lwowskiego "Słowa Polskiego". Potem Douglas stwierdził że na widok Piłsudskiego Dmowski wręcz "skamieniał". Przywitali się bardzo miło - "niemal czule" - jak zanotował Douglas, po czym Piłsudski zaprosił Dmowskiego i Douglasa do siebie do hotelu na obiad.})


PIERWSZE SPOTKANIE PIŁSUDSKIEGO I DMOWSKIEGO
(1893 r.)



({Rozmawiano o sytuacji politycznej i celach pobytu w Japonii, Dmowski twierdził że ofiarował Japończykom dwa memoriały o sytuacji w Królestwie Polskim - Kongresówka - i w Rosji, oraz że został przyjęty przez generałów Fukushimę i Kodamę (tych, których potem skierowano na front do Mandżurii), oraz że w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Japonii nikt nie był zainteresowany jego wizytą. Potem, aż do wyjazdu Dmowskiego, panowie widywali się niemal codziennie, spędzając razem całe popołudnia. Nazajutrz 12 lipca major Inagaki - tym razem ubrany już w swój mundur - zabrał Piłsudskiego i Filipowicza do Sztabu Generalnego, gdzie zostali bardzo miło powitani m.in.: przez gen. Atsusi Muratę. Po kilku kurtuazyjnych zwrotach i pytaniach o komfort hotelowy, panowie przeszli do rozmów o polityce i ogólnym położeniu Rosji i Polski.}) 


PIŁSUDSKI I DMOWSKI W JAPONII 
W TOWARZYSTWIE gen. MURATY
(Lipiec 1904 r.)


({Po rozmowie - która miała charakter badawczy i orientacyjny - do pokoju wszedł gen. Toshitsune Kawakami, który poprosił obu gości do restauracji. Tam Piłsudski poprosił Japończyka, aby treść ich rozmowy pozostała tajemnicą i aby nie wyjawiał jej obecnemu w Tokio Romanowi Dmowskiemu, na co oczywiście Kawakami przystał. Memoriał do rządu japońskiego z informacjami o Rosji i planem umowy wzajemnej, wręczono Kawakamiemu dopiero dnia następnego - 13 lipca, gdy ten osobiście przybył do Hotelu Seiyoken. Rozmawiano znów o Rosji i od razu dało się zauważyć, jak błędne jest przekonanie Japończyków o tym kraju, co odnotował w swym liście Filipowicz: "W ogóle wszyscy mają we łby wbite ogólnoeuropejski pogląd na Rosję". Następnie, we trójkę udano się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tam zostawili list polecający od Hayashiego z Londynu - nie zastano bowiem gen. Yamazy, z którym miano się spotkać - i obaj panowie wrócili do hotelu, gdzie szybko otrzymali wiadomość o wyznaczeniu spotkania u Muraty na 15 lipca. Cały 14 lipca Piłsudski spędził w towarzystwie Dmowskiego, a Filipowicz w towarzystwie Douglasa, tego też dnia obaj panowie po raz pierwszy w życiu skosztowali sushi, czyli żywej ryby. Doszło wówczas do sytuacji, w wyniku której w towarzystwie Japończyków okazanaby została zniewaga, bowiem Piłsudski po skosztowaniu sushi, omal nie... zwymiotował {ja osobiście też nie znoszę sushi} i jedynie przepijając wodą zdołał przełknąć przygotowaną porcję.})

({15 lipca spotkano się z Muratą, z którym omawiano szczegółowo - punkt po punkcie - projekt memorandum i umowę z Japonią. Murata wyraził zdziwienie czy w ogóle istnieje możliwość bezpiecznego przewozu broni, tak, aby nie dowiedział się o niej rząd carski, ale Piłsudski stwierdził że odbiór broni leży w granicach możliwości partii socjalistycznej i jest na to kilka sposobów. Co zaś do kwestii finansowych, tutaj Murata nie miał żadnych zastrzeżeń gdy zażądano 10 000 funtów szterlingów teraz, drugie tyle po nowym roku i następnie tyle ile wymagać będzie rozwój wypadków, przy czym sumy te mogą wzrosnąć do 100 000 funtów szterlingów. Murata odrzucił tylko punkt trzeci o możliwości utworzenia Legionu Polskiego, stwierdzając krótko: "Konstytucja nie pozwala". Zgodził się również w kwestii udzielenia pomocy polskim dezerterom z armii rosyjskiej, którzy przejdą na stronę Japonii. Natomiast bardzo dobrze przyjął plany pracy informacyjnej PPS-u i przekazywanie wiadomości wywiadowczych o armii rosyjskiej Japończykom. Po spotkaniu Filipowicz pisał: "Przypuszczam że te trudności są specjalnie po to wymyślone, by później mogli robić wielkie ustępstwa (...) kręcą w drobiazgach, nadrabiając komplementami i ciągłym śmiechem - wesoły narodek". Po spotkaniu panowie ponownie udali się do swojego hotelu. W nocy z 15 na 16 lipca było małe trzęsienie ziemi które zarówno Piłsudskiego jak i Filipowicza postawiło na nogi, ale szybko przekonali się że nie robi ono na nikim z obsługi większego wrażenia. Jak potem zanotował Tytus Filipowicz: "Podobno taka "przyjemność" należy tu do tak zwykłych, że nikt nie zwraca na nią uwagi".




Cały 16 i 17 lipca panowie spędzili na zwiedzaniu Tokio (tajemnicą poliszynela była wizyta w salonie masażu, w którym piękne gejsze wykonały dla nich masaż erotyczny). 18 lipca udali się do Jokohamy, aby sprawdzić czy statek "Empress of Japan", który właśnie przybił do brzegu, nie przywiózł im spodziewanej przesyłki listowej. Okazało się jednak że niczego nie było. Nie dobrze, bowiem kończyły się pieniądze ["Hotel jeszcze nie płacony, drobne płyną jak woda" - notował Filipowicz]. Piłsudski zakładał że rozmowy potrwają do 2 sierpnia i tego dnia będą mogli wypłynąć w drogę powrotną na pokładzie "Mongolii". 20 lipca Dmowski wystosował swój ostatni memoriał do rządu Japonii - bowiem od miesiąca nikt z władz się z nim nie spotkał - w którym przekonywał że jakiekolwiek powstanie zbrojne w Polaków przeciwko Rosji w obecnym czasie wcale nie byłoby na korzyść Japonii, która nic by na tym nie zyskała, a jedynie na korzyść Rosji, która szybko by takie powstanie złamała, wprowadzając jeszcze większe represje. Memoriał ten też przeszedł bez echa ze strony Japończyków, dla których wizyta Dmowskiego nic w zasadzie nie wnosiła. Po późniejszym fiasku wizyty Piłsudskiego i Filipowicza w Japonii, Dmowski będzie twierdził - a za nim również późniejsza historiografia - że to on przyczynił się do niepowodzenia tych rozmów. W rzeczywistości jego rola w zasadzie była żadna, był powszechnie lekceważony i pomijany [czego dowodem jest fakt, że nikt z władz czy armii japońskiej nie chciał się z nim spotkać]}).

21 lipca doszło do kolejnego spotkania Piłsudskiego i Filipowicza u gen. Muraty, na którym rozmawiano na temat finansowania PPS-u i dalszej pracy konspiracyjnej partii i pozyskiwaniu informacji na temat Rosji i jej armii. Nawiązano wówczas ścisłe kontakty i pomimo niepowodzenia rozmów w owym czasie, tamte kontakty zaowocowały w przyszłości i już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. kontakty te odżyły z nową mocą (Japończycy bardzo często przyjeżdżali do Polski na szkolenia wywiadowcze, szczególnie ze sztuki dekryptażu, a jeden z japońskich oficerów walczył nawet podczas Bitwy Warszawskiej z bolszewikami w 1920, atakując moskiewskich żołdaków samurajskim mieczem). Co zaś się tyczy dalszej wizyty, to Dmowski wyjechał z Japonii 22 lipca przez Pacyfik, USA [zatrzymał się na krótko jedynie w Chicago 8 sierpnia] i do Krakowa wrócił 14 września 1904 r. Piłsudski i Filipowicz opuścili zaś Japonię 30 lipca [znaleźli jeszcze czas na zwiedzenie góry Fudżi 25-26 lipca] a na przyjęciu pożegnalnym znów pojawiła się żywa ryba - sushi, co ponownie przyprawiło Piłsudskiego o skręt żołądka. Obaj panowie wypłynęli z Jokohamy dnia 30 lipca na pokładzie małego statku "Tartar", który płynął do Kanady. Pożegnawszy się z gen. Kawakami, który ich odprowadził, odpłynęli w drogę powrotną.} Tak więc wracając do początku, ów "Jeden z nich" o którym wspomniałem {dziwna i tajemnicza postać, która dosyć skrupulatnie przewiduje to, co ma się wydarzyć - prawdopodobnie też nie jest to człowiek, choć potrafi przybierać ludzkie kształty, a przynajmniej tak twierdzi; choć jednocześnie nie mówi że nie jest człowiekiem, co zakrawa wręcz o paradoks} stwierdził że gdyby Piłsudski rankiem 11 lipca 1904 r nie miał dobrego seksu przed spotkaniem z Dmowskim, nie chciałoby się mu z nim rozmawiać, byłby smutny i przygnębiony, a co za tym idzie - z późniejszej współpracy obu panów nic by nie wyszło, w konsekwencji... Polska nie odzyskałaby Niepodległości w 1918 r. {Oto link do kanału atora: "JEDEN Z NICH: NIE UCIEKAJ Z POLSKI, TU BĘDZIE DOBRZE!"}. Niesamowite jak orgazm jednego faceta wpłynął na przyszły los polskich dziejów 😘👍. A co do Japonii to zawsze będę wdzięczny owym samurajom za to, że przyjęli polskie dzieci, które dotarły do Mandżurii, a potem do Korei, uwolnione z sowieckich sierocińców - które tak naprawdę były obozami zagłady dla dzieci. 





PONIEWAŻ NIECO ZBOCZYŁEM Z GŁÓWNEGO TEMATU (CO NIESTETY NIEKIEDY MI SIĘ ZDARZA 😉), POZWOLĘ SOBIE DZIŚ JESZCZE ZAMIEŚCIĆ KOLEJNĄ CZĘŚĆ TEJ SERII, W KTÓREJ JUŻ BEZPOŚREDNIO SKUPIĘ SIĘ NA SAMYM ZAMACHU MAJOWYM I MIĘDZYNARODOWYCH REAKCJACH NA TO WYDARZENIE


CDN.

22 marca 2026

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VI

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. V





ENTENTE CORDIALE
CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 
ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 
Cz. II



"JEŚLI NIE ZDĄŻYMY WYPOWIEDZIEĆ NIEMCOM WOJNY, ZANIM ZBUDUJĄ ONI JESZCZE WIĘCEJ POŁĄCZEŃ TRANSPORTOWYCH, ODBIERAJĄC NAM HANDEL, OZNACZAĆ TO BĘDZIE, ŻE JESTEŚMY NAIWNI I POPEŁNILIŚMY GŁUPI BŁĄD"
 
PREMIER WIELKIEJ BRYTANII - ARTHUR BALFOUR
(1907 r.)



PS: Temat ten wydaje mi się na czasie, jako że teraz niedawno amerykańskie Archiwum Narodowe odtajniło i udostępniło zasoby  kartotek członków niemieckiej NSDAP - czyli partii nazistowskiej. Znajduje się tam ponad 16 milionów zdigitalizowanych dokumentów, a to pokazuje skalę współpracy (a w zasadzie trudno tu mówić o współpracy, Niemcy bowiem utożsamiali się z Hitlerem - jako swym wodzem i dopiero w końcowej fazie wojny, gdzieś tak od roku 1942 a szczególnie 1943 zaczęli postrzegać te wydarzenia jako idące w złym kierunku) Niemców z reżimem nazistowskim - o czym zresztą wielokrotnie pisałem. Współczesne Niemcy realnie budowane były przez byłych nazistów i ludzi którzy jawnie (a często euforycznie) wysługiwali się temu reżimowi. W samym Ministerstwie Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec pracowało więcej nazistów niż w czasach III Rzeszy - a to tylko jedna instytucja publiczna nowych "demokratycznych" Niemiec. 

Te dokumenty otwierają też ponownie kwestię niemieckiej winy za II Wojnę Światową (i popełnianych w trakcie wojny zbrodni) z której Niemcy nie rozliczyli się do dziś dnia - szczególnie wobec nas, Polaków. Uważam że temat reparacji musi wrócić i wróci wcześniej czy później do publicznej debaty, gdyż nie można budować wzajemnego zaufania na kłamstwie, podłości i zatajonych zbrodni, z których nie ma się zamiaru rozliczyć.



Stosunki między Francją a Wielką Brytanią były tradycyjnie od dekad jak najgorsze, a konflikt w Faszodzie (1898 r.) i wojna Brytyjczyków z Burami (1899-1902) jeszcze bardziej rozpaliły wzajemną niechęć Paryża i Londynu. Jednak konflikt zbrojny pomiędzy tymi oboma państwami realnie nie leżał w interesie żadnego z nich, jako że na politycznym firmamencie pojawił się kolejny, znacznie groźniejszy przeciwnik - zjednoczone Niemcy. Francja została przezeń upokorzona utratą Alzacji i Lotaryngii (1871 r.), oraz nakazem spłaty ogromnej kontrybucji wojennej, natomiast Wielka Brytania była w ciągłym zatargu z Niemcami od chwili uruchomienia przez nich ambitnego programu rozbudowy floty wojennej, wspieranego przez admirała Alfreda von Tirpitza (który twierdził że niemiecka flota powinna być tak potężna, aby jej zniszczenie spowodowało ogromne straty w siłach nieprzyjaciela i przez to stało się nieopłacalne), który to ostrzegał przed planami wstrzymania zbrojeń, strasząc "skopenhagowaniem" okrętów niemieckich (chodziło tutaj o brytyjski atak na duńską flotę wojenną w Kopenhadze w 1807 r. i jej zniszczenie - Dania była wówczas sojusznikiem napoleońskiej Francji). Plany rozbudowy niemieckiej potęgi morskiej zostały przyjęte przez Reichstag w 1898 r. i potem nowelizowane w kolejnych latach (1900, 1906, 1908, 1912), całkowicie zmieniając charakter niemieckiej floty z przybrzeżnej na oceaniczną - a to już bezpośrednio godziło w bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, która to od lat stała na stanowisku, że dla utrzymania brytyjskiego panowania nad morzami, flota brytyjska musi być większa niż dwie kolejne największe floty globu razem wzięte. Zresztą od czasów Trafalgaru (1805 r.) żadne państwo nie ośmieliło się rzucić Wielkiej Brytanii wyzwania i zagrozić jej bezpieczeństwu, przez co Anglicy czuli się bezpieczni na swej Wyspie (o której mawiano że nie jest częścią Europy, a jedynie z nią sąsiaduje), ochraniani przez siłę Royal Navy. Jednak na początku XX wieku cała ta dotychczasowa koncepcja bezpieczeństwa uległa rozkładowi, a ponieważ armia niemiecka była uważana za najlepszą w Europie (gdy niechęć w stosunku do Brytyjczyków wciąż wzrastała w Europie po ich inwazji na małe afrykanerskie państewka: Transwal i Oranię - sekretarz stanu do spraw kolonii Joseph Chamberlain, wygłosił w Edynburgu 25 października 1901 r. mowę piętnującą obłudę takich państw jak Francja, Niemcy czy Rosja, mówiąc że: "Ci, którzy piętnują politykę angielską wobec Burów, powinni sami pamiętać, co wyrabiali w Polsce, na Kaukazie, w Tonkinie, w Algierze czy w czasie wojny niemiecko-francuskiej". Na te słowa odpowiedział mu kanclerz Niemiec Bernhard von Bülow, który stwierdził w Reichstagu że: "Kiedy pewien minister musi koniecznie bronić swej polityki, zrobiłby lepiej, aby pozostawił w spokoju armię niemiecką. W odpowiedzi możemy się tylko powołać na słowa Fryderyka II, który powiedział, że ten, kto usiłuje obniżyć reputację armii pruskiej, ten gryzie granit"). A teraz Niemcy zamierzali również rzucić wyzwanie Brytyjczykom na morzach, a na to Londyn w żaden sposób nie mógł sobie pozwolić, jeśli chciał utrzymać nie tylko swoje kolonie, ale i bezpieczeństwo własnej Wyspy.
 

 "BIĆ SIĘ NIE CHCEMY, ALE (...) 
GDY BĘDZIE TRZEBA, 
MAMY OKRĘTY, MAMY LUDZI 
I STARCZY NAM TEŻ CHLEBA"

JOHN HUNT


Nic więc dziwnego, że działające od 1895 r. Towarzystwo Entente Cordiale (na rzecz zbliżenia brytyjsko-francuskiego), któremu przewodził książę Walii, a od 22 stycznia 1901 r. król Wielkiej Brytanii - Edward VII, pracowało nieprzerwanie, pomimo czasowych konfliktów na linii Paryż-Londyn. Edward VII bardzo lubił Francję (miał z tego kraju przyjemne wspomnienia, również te erotyczne) i choć w polityce takich drobnych sympatii nie należałoby za bardzo przeceniać, to jednak nie pozostają one bez całkowitego wpływu na podejmowane potem decyzje. Sympatie i antypatie są bowiem bardzo silnym bodźcem, często decydującym o ścieżce życiowej danego człowieka. Okres "Splendid Isloation", czyli polityki zapoczątkowanej przez George Canninga w 1827 r. i trwającej nieprzerwanie do czasów Roberta Gascoyne-Cecila, markiza Salisbury, dobiegł ostatecznie końca w 1902 r. Teraz Wielka Brytania musiała już się opowiedzieć po której stronie powinna stanąć - czy bloku "germańskiego" (Niemcy, Austro-Węgry i Włochy) czy też francusko-rosyjskiego. Z Niemcami był pewien problem, ponieważ jakiekolwiek próby nawiązania rozmów na temat ewentualnego sojuszu były od razu torpedowane (słynne "Wielkie Nie" Holstaina), ponieważ Niemcy obawiali się, że gdyby do takiego sojuszu doszło, to zostaliby zmuszeni do ograniczenia rozbudowy własnej floty wojennej, a poza tym uważali że animozje i wzajemne sprzeczności pomiędzy Londynem i Paryżem są tak wielkie, że te państwa nigdy nie będą w stanie się porozumieć, ani tym bardziej zawiązać jakiegokolwiek antyniemieckiego sojuszu. Pomylili się jednak, gdyż w obliczu rodzącego się wspólnego zagrożenia (a takim zagrożeniem dla obu tych państw były zjednoczone i potężne Niemcy), nawet najwięksi wrogowie są w stanie skutecznie się pojednać. Polityka zmierzająca do wzajemnego zbliżenia, prowadzona przez takich ludzi jak właśnie Edward VII, czy francuski minister spraw zagranicznych - Theophile Delcasse, wybitnie przyczyniła się do zakończenia wzajemnych brytyjsko-francuskich niesnasek i zmiany polityki obu tych państw.


WIZYTA KRÓLA EDWARDA VII W PARYŻU
(1903)



Pierwszym poważnym krokiem podjętym ku wzajemnemu pojednaniu, była wizyta króla Edwarda VII we Francji (1 maja 1903 r. przybył on do Paryża). Król od samego początku chciał nadać tej wizycie najbardziej oficjalny charakter, licząc na to, że szerokie nagłośnienie tej wizyty może jedynie przysłużyć się wzajemnemu pojednaniu i dać nauczkę Niemcom że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, jest tym w rzeczywistości. Niestety, początkowo doszło do kilku nieprzyjemnych incydentów, gdy na trasie królewskiego powozu zgromadzony tłum Francuzów zaczął skandować: "Niech żyją Burowie!", "Niech żyje Rosja!" (Wielka Brytania w 1902 r. zawarła sojusz z Japonią wymierzony w ekspansywną politykę rosyjską na Dalekim Wschodzie). Król jednak udawał że nie słyszy tych głosów i cały czas się uśmiechał oraz kłaniał na prawo i lewo. Wieczorem, gdy monarcha - w towarzystwie prezydenta Republiki Emila Loubeta - udał się do teatru, tam również podniosły się nieprzyjazne, antybrytyjskie głosy i gdy Loubet zaczął przepraszać króla za ten nietakt, ten odrzekł: "Nic nie szkodzi, ja nic nie słyszę". Zaś po zakończeniu widowiska wyszedł ze swej loży na spacer po kuluarach teatru, podszedł do aktorki - Joanny Granier, ucałował jej dłoń i rzekł: "Mademoiselle, była pani niezwykła, tak jak wtedy, gdy podziwiałem panią w Londynie". W ciągu kilku kolejnych dni król pokazywał się publicznie na wyścigach konnych i w operze, wszędzie wyrażając się pochlebnie o Francji i Francuzach oraz udając że nie słyszy haseł wymierzonych w jego kraj. Podczas oficjalnego obiadu - wydanego przez prezydenta Loubeta - Edward VII wzniósł toast, mówiąc: "Znam Paryż od dzieciństwa. Wielbię piękno tego miasta, jedynego na świecie. Wielbię umysłowość jego mieszkańców". Takimi właśnie gestami szybko spowodował zmianę nastawienia francuskiej opinii publicznej i gdy wyjeżdżał z Paryża, wołano już doń "Niech żyje król!". Było to pierwsze, choć niezwykle solidne skruszenie lodu, dzielącego dotąd oba te narody. W lipcu 1903 r. zaś z rewizytą przybył do Londynu prezydent Emil Loubet.
 
 
 JOHN BULL I MARIANNA IDĄ RAZEM, 
WBREW KAJZEROWI WILHELMOWI



8 kwietnia 1904 r. zostało zawarte pomiędzy Wielką Brytanią a Francją "Serdeczne Porozumienie", które jednak w rzeczywistości nie miało ani charakteru politycznego, ani wojskowego. Tworzyły go bowiem trzy konwencje. W pierwszej Francja zrzekała się niektórych przywilejów związanych z połowem ryb w Nowej Fundlandii, otrzymując w zamian nowe nabytki terytorialne w Senegalu i Nigerii. W drugiej ustanowiono wspólny francusko-brytyjski zarząd nad Nowymi Hybrydami, oraz rozdzielono strefy wpływów obu państw w Syjamie. W trzeciej zaś (i najważniejszej) konwencji, Francja ostatecznie uznawała brytyjskie wpływy w Egipcie, zaś Wielka Brytania francuskie wpływy w Maroku. Do tego układu dołączone były również tajne klauzule (ujawnione w 1911 r.), które przewidywały zmianę statusu politycznego (aż do utworzenia protektoratów) zarówno Egiptu jak i Maroka. Układ ten nie był więc bezpośrednio skierowany przeciwko jakiemukolwiek innemu państwu, ale jednocześnie tworzył formalny sojusz brytyjsko-francuski, który mógł zmienić się w sojusz polityczny i militarny w wypadku np. niemieckiej agresji na którekolwiek z tych dwóch państw. Szybko jednak ta obopólna umowa została wystawiona na szwank, gdy 6 lutego 1904 r. Japonia (wspierana przez Wielką Brytanię) zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją (sojuszniczką Francji), a 8 lutego flota wojenna Cesarstwa Japonii zaatakowała w Porcie Artur w Mandżurii tamtejszą rosyjską Flotę Pacyfiku. 27 marca Port Artur został skutecznie zablokowany, zaś 25 lutego, 9 marca, 27 marca i 5 maja Japończycy dokonali desantów pod Liaotang i w Korei, bardzo szybko zmuszając Rosjan do odwrotu z Mandżurii. Wychowani w oparciu o samurajski kodeks busido, nacierali żołnierze japońscy na wroga z prawdziwą pogardą dla śmierci (w tym samym 1904 r. baron Suyematsu w liście do lorda Newtona, tak opisywał japońską armię: "Ta część wychowania wojskowego, którą nazywamy kształceniem ducha, do której przywiązujemy największą wagę i która w swojej istocie jest nauczaniem o wysokiej wartości etycznej, wpaja mężczyznom wzniosłe uczucia moralne, zwłaszcza w tym, co dotyczy patriotyzmu i prawości"). Jakież było więc zdziwienie, gdy ta pogardzana Japonia (uważana w Europie wręcz za "trzeci świat"), rozgromiła armię rosyjską w Mandżurii i zniszczyła rosyjską Flotę Pacyfiku oraz wysłaną jako wsparcie Flotę Bałtycką (27-28 maja 1905 r. w bitwie pod Cuszimą. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w październiku 1904 r. gdy rosyjska Flota Bałtycka płynęła przez Morze Północne, przez przypadek ostrzelała brytyjskie trawlery, co omalże nie doprowadziło do wybuchu wojny brytyjsko-rosyjskiej). Tam właśnie "Złote Chryzantemy" udowodniły ostatecznie że Rosja jest jedynie kolosem na glinianych nogach (nie pomogły też modły, odprawiane przez admirała Zinowija Rożestwienskiego na jego okręcie flagowym w czasie bitwy pod Cuszimą).




Należy też dodać, że jeszcze w 1904 r. do Tokio udał się z propozycją sojuszu (polegającego na wywołaniu antyrosyjskiego powstania w Kongresówce) - Józef Piłsudski w towarzystwie Tytusa Filipowicza (inna sprawa czy takie powstanie miałoby wówczas w ogóle szanse powodzenia). Niewiele tam jednak zyskali i w zasadzie na deklaracjach bez pokrycia się skończyło (aby storpedować owe porozumienie, intensywnie wówczas działał, obecny również w Japonii - Roman Dmowski), jednak otworzyło to drogę do porozumienia na przyszłość, gdy kontakty polsko-japońskie od lat 20-tych XX wieku były bardzo intensywne, zaś japońscy oficerowie szkolili się z techniki dekryptażu i technik wywiadowczych właśnie w Polsce (Japonia była też jedynym państwem Bloku Osi, przeciwko któremu polscy żołnierze odmówili walki - co prawda z Włochami również oficjalnie nie walczyliśmy, ale np. podczas obrony Tobruku w Libii, trudno było rozróżnić czy atakują Niemcy czy Włosi - gdy więc w 1941 r. Amerykanie i Brytyjczycy chcieli skierować - w ramach sojuszniczego wsparcia - kilka polskich okrętów na Pacyfik. Padło wówczas z ust polskich marynarzy jasne i zdecydowane: "Z Japończykami nie walczymy!" Zrezygnowano więc z planu posłania tam polskich okrętów). W czasie II Wojny Światowej Japończycy zaopiekowali się też polskimi dziećmi, które przeszły przez piekło sowieckich sierocińców i ostatecznie trafiły do Japonii. Po wojnie zaś dochodziło nawet i do mieszanych małżeństw polsko-japońskich, a jeden z chłopców urodzony z takiego związku, wypowiedział takie oto słowa: "Nie lubię Ruskich, bo zabrali nam Lwów i Kuryle". Na temat współpracy Polaków z Japończykami mógłbym się rozpisywać dość długo, ale jednak nie tego dotyczy temat, tak więc wracam do głównego wątku.




 
CO PRAWDA PAN Z TEGO KANAŁU NIE JEST JAPOŃCZYKIEM (I ZAPEWNE OBRAZIŁBY SIĘ GDYBYM GO TAK NAZWAŁ, A SZCZEGÓLNIE GDYBYM NAZWAŁ GO CHIŃCZYKIEM) TYLKO KOREAŃCZYKIEM (CHOCIAŻ WYDAJE SIĘ ŻE JUŻ DAWNO JEST POLAKIEM), ALE PROWADZI BARDZO FAJNY KANAŁ NA YOUTUBE KTÓRY CZASEM INSPIRUJE MNIE DO KULINARNYCH "ARCYDZIEŁ"
(Chociaż osobiście gotuję bardzo rzadko, raczej od święta)



"O TY CZŁENIU" 😉



Wojna z Japonią odsłoniła nieudolność dowództwa i administracji rosyjskiej, a klęska poniesiona w tej wojnie była jeszcze większa niż ta, z czasów wojny krymskiej (1853-1856). Autorytet samodzierżawia legł w gruzach, a potęgujące się administracyjne nonsensy (jak na przykład walka rządu z ambulansami szpitalnymi, tylko dlatego że wyekwipowały je i wysłały na front lokalne ziemstwa) były szczególnie uciążliwe, zaś minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehve w samym tylko 1904 r. pod byle pretekstem kazał aresztować ponad 60 000 "przestępców politycznych", kierując ich albo do więzień, albo też na Syberię. Plehve zginął w lipcu 1904 r. w zamachu bombowym w Petersburgu, a jego następca - książę Piotr Światopełk-Mirski (notabene o polskich korzeniach, który zapewne był jednym z członków tzw.: "prometejskiej konspiracji", do której to należało tak wielu różniących się ideowo ludzi - których jedynym celem stało się rozbicie Rosji i wyzwolenie uciemiężonych przez nią narodów) wcale nie był lepszy. Dochodziło do wielu tak bzdurnych zarządzeń administracyjnych, które jawnie wręcz nawoływały do wybuchu społecznego niezadowolenia, a nawet do jakiejś powszechnej rewolucji społeczno-politycznej. Światopełk-Mirski wcale jednak nie dążył do ich rozładowania, a wręcz przeciwnie - działał tak, jakby z premedytacją chciał by owa rewolucja wybuchła i by pokryła Rosję w politycznej anarchii i bezładzie. Ciekawe co też ten arystokrata (który zezwolił by litewskie i białoruskie teksty ponownie pisano alfabetem polskim, a nie cyrylicą czy grażdanką) miał na celu? W każdym razie aby opisać powstanie Trójporozumienia (Francja - Rosja - Wielka Brytania), należy na moment przyjrzeć się wydarzeniom, które miały miejsce w Rosji w latach 1905-1907. Doszło bowiem wówczas do rewolucji, która za cel postawiła sobie ostateczne osłabienie caratu, a nawet doprowadzenie do jego upadku, co skutkowałoby rozbiciem Imperium Rosyjskiego i wyzwoleniem wielu ujarzmionych w tym "więzieniu ludów" narodów. Jakie jednak były jej konsekwencje i kto skorzystał na owej Rewolucji 1905 r. - o tym opowiem już w kolejnej części Walkirii... 
 
  
PIOTR ŚWIATOPEŁK-MIRSKI




CDN.

10 lipca 2025

"BUSHIDO" 1910 - Z DZIEJÓW STOSUNKÓW POLSKO-JAPOŃSKICH - Cz. II

JAK TO POLACY WOJNĘ 
JAPOŃCZYKOM WYPOWIADALI




W niedzielę 7 grudnia 1941 r. o godz. 7:55 rano japońskie samoloty, startujące z sześciu lotniskowców ("Akagi", "Kaga", "Soryu", "Hiryu", "Shokaku" i "Zikaku"), bombardują amerykańska Flotę Pacyfiku, w bazie marynarki w Pearl Harbor. Oto jak potem wspominał ów atak dowodzący pierwszą japońską eskadrą bombowców - komandor Fuchida: "Pode mną leżała cała amerykańska Flota Pacyfiku w szyku, który by mi się nie marzył w moich najbardziej optymistycznych snach. Widziałem kiedyś wszystkie niemieckie okręty zgromadzone w kilońskim porcie. Widziałem także francuskie pancerniki w Breście. I w końcu często oglądałem nasze własne okręty na przeglądach przed cesarzem, ale nigdy nie widziałem w najgłębszym pokoju tyle okrętów zakotwiczonych w odległości od 500 do 1000 jardów jeden od drugiego. Flota wojenna musi zawsze czuwać, bo nie można wykluczyć niespodziewanego ataku. Ale ten obraz tu w dole był trudny do pojęcia". Zaczyna się prawdziwa "rzeź" amerykańskiej floty - pięć pancerników zostaje zatopionych, ciężko uszkodzone są zaś trzy krążowniki, trzy niszczyciele, jeden warsztatowiec i jeden transportowiec. Giną 2403 osoby a 1178 zostaje rannych. W Pearl Harbor nie było zaś głównego celu japońskiego ataku - amerykańskich lotniskowców, gdyż wcześniej zostały stamtąd wyprowadzone (Amerykanie spodziewali się japońskiego ataku, a wręcz starali się Japończyków do niego zmusić, aby mieć powód by wejść do II Wojny Światowej, Pearl Harbor dla administracji prezydenta Roosevelta był więc jedynie przynętą).




Nazajutrz po japońskim ataku, wszystkie państwa alianckie, zjednoczone w wojnie z hitlerowskimi Niemcami i Włochami Mussoliniego - wypowiadają wojnę Cesarstwu Japonii. Wszystkie, prócz... Polski. Największe państwa koalicji zachodniej (atlantyckiej) - Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie potrafią pojąć jak to możliwe. Polska, która zawsze pierwsza wyrywała się do walki, teraz pozostaje bierna, więcej stwarza niebezpieczny precedens, który mógłby zostać wykorzystany przez wrogów w celu rozbicia jedności koalicji. Okazuje się bowiem że blok atlantycki (antyhitlerowski), nie jest monolitem, że można go rozbić, chociażby w kwestii zdefiniowania kto jest wrogiem a kto przyjacielem, dla poszczególnych jego członków. W tej sprawie szczególnie mocno na polski rząd na uchodźstwie w Londynie naciskają Brytyjczycy. W końcu rząd polski ulega i 11 grudnia Rzeczpospolita Polska oficjalnie wypowiada wojnę Cesarstwu Japonii (notabene była to jedyna deklaracja wojenna w historii Polski od 1918 r.). No nareszcie, myślą sobie politycy w Waszyngtonie i Londynie, zniknął niebezpieczny precedens który mógłby zostać wykorzystany do rozbicia koalicji sprzymierzonych. Niestety, okazuje się że wypowiedzenie wojny Japonii przez Polskę wcale nie rozwiązuje sprawy, bowiem ... Japończycy nie przyjmują tej deklaracji.

Japoński premier, admirał Hideki Tojo stwierdza bez ogródek że on (w imieniu rządu "Cesarstwa Wielkiej Japonii" - jak brzmiała wówczas oficjalnie nazwa tego państwa), nie przyjmuje w ogóle tej polskiej deklaracji, gdyż zdaje sobie sprawę że Polacy zostali do tego kroku zmuszeni przez Brytyjczyków. Następnie dodaje, że Naród Polski, sam walczący o swą wolność (z dwoma agresorami), budzi w Japończykach podziw za swą nieugiętość i męstwo. Japonia nie widzi więc jakiegokolwiek powodu by pozostawać z Polską w stanie wojny. To był szok dla Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów a także innych członków zachodniej koalicji alianckiej. Nie potrafili bowiem zrozumieć jak można... nie przyjąć deklaracji wypowiedzenia wojny, a tak właśnie się stało - Japończycy nie tylko nie chcieli walczyć z Polakami, ale nawet nie uważali że (przynajmniej formalnie), są z nami w stanie wojny. Rzecz wprost nie do pomyślenia. Postanowiono więc zmienić tę niefortunną (głównie dla państw anglojęzycznych) sytuację. Powstał plan przeniesienia polskiego krążownika ORP "Dragon" z Atlantyku na Pacyfik, do ubezpieczenia tam działań amerykańskich wojsk. Nic jednak z tego nie wyszło, gdyż załoga "Dragona"... odmówiła "pójścia na Japończyków". Oczywiście nie oficjalnie, ale zaczęły się pomruki i niezadowolenie wśród polskich marynarzy, zaczęły się też podnosić głosy że deklaracja wojny z Japonią, powinna być ostatnim krokiem Polski w tej sprawie, podtrzymujemy jedność bloku atlantyckiego i wszystko, dalej już ani nie możemy, ani też nie chcemy się posunąć. 

Zresztą państwo które wspólnie z Niemcami napadło na nasz kraj - Związek Sowiecki, jest uznawany przez Amerykanów i Brytyjczyków za sojusznika. My w tej wojnie walczymy przeciwko dwóm wrogom - Niemcom i Sowietom, bo już nawet nie przeciwko Włochom, a co dopiero mówić o Japończykach, z którymi wiążą nas bardzo bliskie stosunki. Japończycy uważali bowiem Polaków za "naród samurajów" (jak określił Naród Polski - Inazo Nitobe, japoński pisarz, który w 1910 r. zadedykował swoją książkę "Bushido" właśnie Polsce, której notabene nie było wówczas na mapach). Notabene, tylko wśród dwóch narodów świata pojawili się żołnierze-ochotnicy-kamikadze (nie licząc oczywiście muzułmańskich szuszfoli spod znaku Allaha, którzy wysadzają się w miejscach publicznych, bo im wmówiono że po śmierci będą mogli chędożyć kilkadziesiąt dziewic w raju, który już, już na nich czeka). Tymi krajami była właśnie Japonia i Polska. W 1939 r. bowiem Dowództwo Obrony Wybrzeża musiało zmagać się w ogromną ilością podań obywateli o możliwość uczestnictwa w samobójczych atakach na niemieckie okręty wojenne na Bałtyku w charakterze żywych torped. Ludzie ci byli bowiem tak zdeterminowani, że chcieli poświęcić własne życie w obronie zagrożonej Niepodległości państwa, które z takimi trudami odrodziło się ponownie dwadzieścia lat wcześniej. Dowództwo jednak nie zdecydowało się na przyjęcie tych ludzi do służy i skierowanie ich na akcje samobójcze, co niestety dla wielu z nich już po rozpoczęciu niemieckiej okupacji było związane z wyrokiem śmierci (po długich torturach), gdyż Niemcy na Pomorzu szczególnie intensywnie poszukiwali właśnie tych, którzy w lipcu i sierpniu 1939 r. zapragnęli poświęcić swoje życie w obronie Polski. Podobnie postępowali Japończycy w walce z Amerykanami na Pacyfiku.

Wzajemna współpraca polsko-japońska trwała nadal (nawet po owej komicznej deklaracji wojny), a wywiady Armii Krajowej i Kempetai wymieniały się informacjami wywiadowczymi (zresztą to właśnie Polacy stworzyli nowoczesny wywiad japoński), a współpraca ta była tak bliska, że w 1936 r. szef Referatu "Wschód" Oddziału II Sztagu Głównego Wojska Polskiego - kapitan Jerzy Niezbrzycki, na odprawie służbowej informował swoich podwładnych że współpraca z Japończykami: "musi być nacechowana zawsze 100-procentową lojalnością". Japończycy też swoiście pokochali Polskę (i to dosłownie). Wielką popularnością w latach 20-tych i 30-tych w Japonii cieszyła się polska muzyka (szczególnie Chopin), oraz język polski (jedną z japońskich pieśni z czasów I i II Wojny Światowej, była pieśń o Polsce). Podobnie, gdy po 17 września 1939 r. do Rumunii ewakuowali się polscy żołnierze i politycy, Japończycy jako jedyni oferowali im swą pomoc (głównie chodziło o oficerów). Gdy Polacy tworzyli ruch oporu przeciwko Hitlerowi i nazistom w Niemczech oraz przeciwko Niemcom we... Francji (wkrótce o tym napiszę, ale ciekawe są tu również słowa jednego z najlepszych agentów w historii - majora Michała Rybikowskiego, który w końcu 1939 r. przedostawszy się do Francji, stwierdził w swych raportach: "Nigdzie nie wyczuwało się chęci walki lub stawienia oporu"), postanowiono również rozpocząć zakładanie siatki wywiadowczej w Szwecji i w krajach bałtyckich. I to właśnie tamtejszy polski wywiad był współfinansowany z ambasady Japonii w Sztokholmie.

W okresie międzywojennym stosunki polsko-japońskie były wręcz wyśmienite, a Japończyków zaczęli Polacy traktować podobnie jak Węgrów - czyli jako swoich "genetycznych przyjaciół". Ale może nie powinno nas to dziwić, gdy stwierdzimy że język japoński i język węgierski... właściwie niewiele się od siebie różnią. Stwierdził to polski prof. Benon Szałek (poliglota znający 20 języków), który odkrył niesamowite podobieństwa pomiędzy językami: japońskim i węgierskim. I tak oto np. "rozpalać ogień" - to po japońsku: "hi suru", a po węgiersku: "hev surol", "czas" po japońsku to: "koro", a po węgiersku: "kor" i dalej można by wymieniać: "wszyscy" - japoński: "mina", węgierski: "mind", "inicjować" - japoński: "okosu", węgierski: "okoz", "pobliże" japoński: "hotori" węgierski: "hatar" itd. Wygląda więc na to, że przodkowie Węgrów przybyli do Europy z azjatyckich stepów, gdzie musieli się stykać z przodkami dzisiejszych Japończyków, zamieszkującymi tereny Syberii. Stąd zapewne wzięły się zapożyczenia językowe (ale co ciekawe, język japoński jest praktycznie tożsamy również z językami: tamilskim i baskijskim - też ciekawa zagwozdka, choć prof. Szałek twierdzi że zapożyczenia językowe tak różnych od siebie ludów, najprawdopodobniej wzięły się stąd, że niegdyś, co najmniej 20 tys. lat temu owe narody żyły pod władzą jednego, wielkiego imperium azjatyckiego, które wymuszało jedność - w tym również językową. Ciekawe prawda, jakie to imperium mogło istnieć na terenach azjatyckich?).


CDN.
 

"BUSHIDO" 1910 - Z DZIEJÓW STOSUNKÓW POLSKO-JAPOŃSKICH - Cz. I

"NIE LUBIĘ RUSKICH, 
BO ODEBRALI NAM LWÓW I KURYLE"


NA SAMYM POCZĄTKU, CHCIAŁBYM OD RAZU WYRAZIĆ DOZGONNĄ WDZIĘCZNOŚĆ I WIELKIE PODZIĘKOWANIE JAPOŃSKIM LEKARZOM I PIELĘGNIARKOM, KTÓRE W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ RATOWAŁY OD ŚMIERCI WYGŁODZONE I PRZEMARZNIĘTE POLSKIE DZIECI, KTÓRE PO 17 WRZEŚNIA 1939 r. PRZESZŁY PRZEZ PIEKŁO SOWIECKICH ŁAGRÓW I DOMÓW DZIECKA

NIEKTÓRYM Z TYCH DZIECI UDAŁO SIĘ PRZEDOSTAĆ (PRZETRANSPORTOWAĆ), DO JAPONII, A TAM, GDYBY NIE OPIEKA I POŚWIĘCENIE JAPOŃCZYKÓW, DZIECI TE NIE PRZEŻYŁYBY POWROTU DO SWYCH RODZIN.

DLATEGO TEŻ Z MOJEJ STRONY SKŁADAM OGROMNE WYRAZY WDZIĘCZNOŚCI NARODOWI 
DZIELNYCH SAMURAJÓW





A TERAZ MAŁA HISTORYCZNA OPOWIASTKA:


Japonia była jedynym państwem, któremu Polska wypowiedziała wojnę w XX wieku. JEDYNYM. A mimo to, noty wypowiedzenia wojny "Cesarstwu Wielkiej Japonii" (jak oficjalnie brzmiała wówczas nazwa tego kraju), przez "Najjaśniejszą Rzeczpospolitą Polskę" (jak nadal brzmi oficjalna nazwa naszego kraju) - rzad Japonii... nie przyjął, nie chciał nawet o tym słyszeć i przez cały okres II Wojny Światowej kontakty polsko-japońskie odbywały się bez przeszkód, tak jakby pomiędzy naszymi krajami panował nieustanny pokój. Nasze wywiady mocno ze sobą współpracowały na wielu płaszczyznach (np. wywiad Armii Krajowej przekazywał Japończykom zdobyte wiadomości na temat Sowietów, zaś oni nam na temat ich ówczesnych sojuszników - Niemiec). 

A zaczęło się to jeszcze od pamiętnej wyprawy Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego do Tokio w lipcu 1904 r. Najpierw Józef Piłsudski z towarzyszącym mu Tytusem Filipowiczem odpłynęli na statku "Campania" z Liverpoolu do Nowego Jorku. Z Nowego Jorku rozpoczęli swą podróż przez Stany Zjednoczone, aż dotarli do San Francisco na Zachodnim Wybrzeżu. Stamtąd 22 czerwca wypłynęli do Jokohamy. To właśnie na tym statku, Józef Piłsudski opracował swój memoriał w sprawie polskiej do rządu Jego Cesarskiej Mości, w którym stwierdzał że "Rosja jest więzieniem dla wielu narodów" i wówczas to ogłosił swój plan przyszłych działań politycznych, który przejdzie do historii pod nazwą koncepcji "Międzymorza", a brzmiał on w prostych słowach tak:


"ROSJĘ NALEŻY RWAĆ PO SZWACH NARODOWYCH"


Gdy w początkach lipca, Piłsudski i Filipowicz dotarli do Tokio, dowiedzieli się wówczas o obecności w Japonii Romana Dmowskiego, który przyjechał tutaj... przeciwdziałać planom Piłsudskiego i przekonywać Japończyków o nie udzielaniu pomocy Polakom w walce z Rosją. Obaj panowie spotkawszy się, zaczęli wymieniać poglądy i przekonywać się do swoich racji. Jak mogła wyglądać ta rozmowa? Znając temperament i poglądy obu panów, można wręcz pokusić się o jej rekonstrukcję, na przykład tak:




Piłsudski krzyknął w stronę Dmowskiego: "Toż to skrajne skurwysyństwo! Chcecie wiecznie siedzieć w wychodku, byle tylko na ścianie sracza car zawiesił wam konfederatkę i ryngraf!", Dmowski odpowiadał: "A wy co, chcecie kolejnej rzezi jak w 1863 r.? Chcecie wysłać polski lud na rosyjskie armaty! Co niby tym osiągniecie? Będziemy narodem bez elit, będą nami rządzili Szwaby i żydowscy fabrykanci. To wasze powstanie to jakaś popieprzona fantasmagoria", na to Piłsudski: "Tak, zawsze tylko naaaród na waszych ustach, naród to, naród tamto, a tak naprawdę to jesteście grupą zafajdanych adwokatów, sklepikarzy i pieprzonych tchórzy - wszystko byle tylko nie działać, boicie się działania. Wiem jak sobie pogrywacie z Michalskim i ze Skarbem Narodowym w Szwajcarii. Łżesz mu jak bura suka, że rewolucję robi 100 Żydów, więźniów kryminalnych i wariatów wypuszczonych celowo przez carat z więzień".

Tej całej nerwowej rozmowie (która oczywiście przebiegała zupełnie inaczej, gdyż obaj panowie stosowali zasady savoir-vivrea i szanowali się wzajemnie, zatem rozmowa przebiegała w sposób jak najbardziej kulturalny) i gestykulacji przyglądali się z pewnego oddalenia dwaj japońscy oficerowie - gen. Murata Tsunewoshi i gen. Akashi Motojiro. Musieli mieć niezły ubaw, przyglądając się wyczynom dwóch dziwnych jegomościów z odległego, nieznanego kraju, którzy posługiwali się dziwnym, świszczącym językiem. Wreszcie jeden z nich, podszedł do owych mężczyzn i zaproponował rozrywkę. Tajemnicą poliszynela, jest fakt, iż Piłsudski i Dmowski zostali przez owych dwóch japońskich oficerów (nadzorowanych przez Koki Hirotę - urzędnika japońskiego MSZ), zaproszeni na sake do ekskluzywnego klubu, w którym piękne japońskie masażystki, wykonały im masaż pleców. W każdym razie obaj panowie już więcej nie wchodzili sobie w drogę podczas tej całej "japońskiej podróży".


NO CÓŻ ... KULTURA ŁAGODZI OBYCZAJE
😉




PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ (Jego pierwszą żoną) I ROMANEM DMOWSKIM
(lata 90-te XIX wieku)



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...