WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RELIGIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RELIGIA. Pokaż wszystkie posty

18 września 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXVI



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXVI



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIV






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIV



DEWARIM
(753 - 586 r. p.n.e.)
Cz. II



 Król Izraela Menachem, który nastał po śmierci Zachariasza z rodu Jehu i obalił jego mordercę Szalluma, panował ok. jedenastu lat i zmarł w roku 742 p.n.e. Teraz tron objął jego syn Pekachiasz, który jednak nie władał zbyt długo, gdyż już w kilka miesięcy później (741 r. p.n.e.) obalił go i zabił jeden z jego oficerów o imieniu Pekach, który został kolejnym (już przedostatnim) władcą Królestwa Izraela. Bunt do jakiego doszło i obalenie Pekachiasza, było spowodowane niechęcią (szczególnie w armii) przeciw zbyt ugodowej (a wręcz uległej) polityce Izraela wobec wzrastającej w siłę Asyrii. Już Menachem w ostatnich latach swego panowania płacił trybut Asyryjczykom w wysokości 1000 talentów srebra (uzyskując na to środki poprzez opodatkowanie posesjonatów). Tę politykę kontynuował następnie jego syn, a to bardzo nie podobało się wpływowym kręgom nacjonalistycznym, skupionym w armii izraelskiej. Na swego przywódcę wybrali oni właśnie Pekacha, który zamordował i obalił Pekachiasza a następnie sam koronował się na nowego władcę Izraela. Pekach od początku swych rządów starał się stworzyć koalicję anty-asyryjską w której widział zarówno królów Judei jak i Damaszku, Moabu, Ammonu, Edomu oraz kilku największych miast filistyńskich. Udało mu się taką koalicję zbudować, ale bez władcy Judy Ozjasza (a raczej Jotama, który od 750 r. p.n.e. sprawował rządy regencyjne w imieniu swego chorego na trąd ojca). Gdy w 740 r. p.n.e. Ozjasz zmarł po 26 latach swych rządów, na tron wstąpił właśnie jego syn Jotam. Prowadził on politykę zbliżenia z Asyrią, dlatego też nie przyłączył się do koalicji Pekacha, zdając sobie sprawę że siła Asyrii znacznie wzrosła i lepiej żyć z nimi w zgodzie, niż ryzykować najazd i zniszczenia spowodowane przez ich bojowe rydwany. Przez prawie dekadę swoich rządów Jotam wzmocnił mury Jerozolimy (spodziewając się najazdu z północy i tutaj się nie pomylił), zbudował wiele innych warowni w kraju, oraz dokonał wypraw przeciwko Ammonitom (co doprowadziło do ich podporządkowania i narzucenia im daniny, której gros szedł właśnie na wzmocnienie obronności kraju).




W tym mniej więcej czasie (ok. 742 r. p.n.e.) swą misję w Jerozolimie rozpoczął prorok Izajasz (urodzony w tym mieście ok. 765 r. p.n.e.). Był on oczywiście zagorzałym jahwistą i przeciwnikiem wszelkich obcych kultów - kananejskich, syryjskich czy fenickich, które od czasu do czasu wspierali również władcy Południowego Królestwa. Pamięć o żyjących sto lat wcześniej prorokach Eliaszu i Elizeuszu była na tyle silna w społeczności judzkiej, że władcom bardzo ciężko było walczyć z ludźmi, którzy ogłosili się być "głosem samego Boga". Królestwo Północne miało swoich proroków w postaci Amosa i Ozeasza (o których to pisałem w poprzednich częściach), teraz, po wielu dekadach (po śmierci Elizeusza) przyszła więc pora również na Judę. W biblijnej Księdze Izajasza spisane są jego słowa, którymi miał ostrzegać mieszkańców Jerozolimy, że w dniu sądu Jahwe wezwie przed swe oblicze nie tylko pogan, ale również Judę i Jerozolimę, gdyż Żydzi tam mieszkający mocno zgrzeszyli pychą, zepsuciem, niesprawiedliwością społeczną oraz wyrzeczeniem się wiary przodków. Pan Bóg więc ześle na Judę okropne nieszczęścia, które dosięgną wszystkich jej mieszkańców aż do ich wytracenia. Oczywiście była również nadzieja na ocalenie, gdyż Izajasz głosił że młoda kobieta pocznie syna imieniem Immanuel ("z nami jest Bóg"). Będzie to bowiem "Książę Pokoju", idealny władca z linii Dawida i reszta "ludu wybranego" zyska ocalenie dzięki Jego radom i naukom (jeśli przypomnimy sobie że religia żydowska stworzona została przez przedstawicieli planety TJehooba - a samo słowo Jahwe ponoć oznacza właśnie TJahooba lub TJaooba ewentualnie Hoova - w zależności od wymowy {kiedyś czytałem jak pewien rabin założył się bodajże właśnie z Michaelem Desmarquet'em - autorem książki "Misja" opowiadającej o jego podróży na TJehoobę w 1987 r., iż nie potrafi poprawnie rozszyfrować i wymówić imienia Boga, bo słowo to jest nieznane i niedostępne dla gojów. Gdy zaś ten to uczynił, rabin zbladł i więcej już się nie odezwał} natomiast Immanuel o którym głosił Izajasz, to nikt inny jak Jezus Chrystus, który również przybył z TJehooba aby "ocalić lud wybrany" i zrodzony został z "młodej kobiety" - zapewne w znaczeniu dziewicy). 




Dziś bibliści uważają że rozdziały z Księgi Izajasza od 1 do 39 pochodzą bezpośrednio lub pośrednio od samego Izajasza. Bezpośrednio z pewnością rozdziały 1-12, z tym że już w rozdziale 1 jest opisane spustoszenie Jerozolimy dokonane przez króla Assuru - Sannaheryba w 701 r. p.n.e. i związane z nim przestrogi. Kolejne rozdziały uzupełniono w następnych latach, lecz przypisano je proroctwom Izajasza. Izajasz przepowiadał więc że Jahwe posługuje się pogańskimi narodami, aby ukarać Żydów za ich bezbożność i odwrócenie się od przykazań przodków, ale gdy nadejdzie dzień sądu, narody te zostaną zniszczone i przetrwa jedynie lud wybrany, czyli wszyscy sprawiedliwi spośród narodu żydowskiego. Izajasz był z pewnością żarliwym oratorem, człowiekiem przepełnionym energią i mającym przesłanie na wpół religijne a na wpół narodowe. Dzięki odnalezionym zwojom z Qumran wiadomo, że był on autorem pierwszych kilku (być może kilkunastu) rozdziałów z Księgi Izajasza. Według Izajasza Jahwe jest pełen majestatu, sprawiedliwości, a przede wszystkim świętości ("Święty, Święty, Święty jest Bóg zastępów" jak zapisane jest w Księdze Izajasza - pamiętajmy bowiem kim był bóg Izraela). Izajasz twierdzi wręcz otwarcie, że Jahwe mu się objawił ("A oczy moje oglądały Pana Zastępów, króla"). Prorok głosił również że Jahwe jest odkupicielem Judy od wszelkich utrapień i że nadejdą kiedyś czasy w których Juda będzie władała wszystkimi ziemiami w imieniu swego Boga. Innym ważnym aspektem nauk (bo tak je można nazwać) Izajasza, jest również Przebaczenie, które ma niesamowitą siłę ("Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybielają". Tak na marginesie i prywatnie dodam od siebie, że rzeczywiście siła Przebaczenia jest niesamowita. Jeśli potrafimy zdobyć się na wybaczenie komuś, kto wyrządził nam krzywdę, jeśli potrafimy mu wybaczyć - nie tyle zapomnieć - ale wybaczyć, to jest to jak orzeźwiająca balsamiczna kąpiel dla duszy po całym dniu spędzonym na piekącym słońcu, w błocie i w piachu). Izajasz występuje również przeciwko bogaczom (szczególnie obnoszącym się z drogimi sukniami niewiastom) i wspiera biedaków, choć nie utożsamia się z ich losem (jak czynił to Amos), ale głosi wobec nich istotę Sprawiedliwości Bożej (wszystko na tym świecie ma swój sens choćby nam samym wydawało się to zupełnie bezsensowne, również nasz los - niekiedy przykry lub ciężki - też ma sens, dla nas. Inna sprawa że nasze role zostały napisane tuż przed naszymi narodzinami i choć posiadamy Wolną Wolę, to bez względu na to którą drogą podążymy w życiu, to scenariusz tego życia zawsze jest już napisany. Tym więc można nazwać swoisty paradoks Wolnej Woli. Są też tacy, którzy twierdzą że żyjemy w swoistej symulacji i to wcale nie musi być głupie, a wręcz przeciwnie. Przecież w symulacji komputerowej również są jakieś role do odegrania, jakieś postaci, które mają pewne zadanie do wykonania i jedynie od umiejętności gracza zależy czy im się to uda, czy nie, czy przejdą na wyższy poziom, czy też nie. Oczywiście to jest jedynie przykład, ale ten materialny świat jest bardzo podobny do takiej właśnie symulacji. Dopiero śmierć stanowi zakończenie gry - "Do zobaczenia, komedia skończona" jak mówił Oktawian August).




 Izajasz (podobnie jak wcześniej Amos i Ozeasz) był zdecydowanym krytykiem kasty kapłańskiej i o kapłanach mówił: "Ale i ci chwieją się od wina i zataczają od mocnego napoju; kapłan i prorok chwieją się od mocnego napoju, chwieją się podczas prorokowania i zataczają podczas wyrokowania". Głosząc nieuniknioną karę, jaka spadnie na Jerozolimę i Judę ze strony pogańskich państw (ale wymierzoną ręką samego Jahwe, który tymi krajami będzie kierował) Izajasz głosił również (jak już wspomniałem) dobrą nadzieję na przyszłość dla sprawiedliwych Judejczyków. Twierdził bowiem że Panna porodzi Syna, któremu nadadzą imię Immanuel i który będzie "Księciem Pokoju", a nim dziecię to dorośnie, Damaszek i Asyria będą w ruinie (rzeczywiście, w czasach Chrystusa Damaszek nic już nie znaczył, podobnie zresztą jak Asyria, która sama była częścią monarchii partyjskiej, choć stało się to dopiero w siedem wieków po Izajaszu). Głosił więc: "Dlatego Jahwe sam da wam znak "słuchajcie więc, Domu Dawidowy (...) oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Immanuel". Izajasz żył dosyć długo (jego działalność odnotowana jest również przy końcu VIII wieku p.n.e. czyli za czasów Ezechiasza), prawdopodobnie jednak nie dożył rządów Manassesa (wstąpił on na tron w 685 r. p.n.e.) który był przeciwnikiem jahwizmu i zaczął ponownie wprowadzać w Jerozolimie kulty pogańskie. W każdym razie Izajasz z pewnością był świadkiem najazdu na Judę władcy Asyrii - Sannaheryba w 701 r. p.n.e. W każdym razie, na razie zostawmy go w spokoju i wróćmy do projektowanego przez władcę Izraela - Pekacha sojuszu anty-asyryjskiego.




Był on już gotowy ok. 735 r. p.n.e. Nie wszedł do niego władca Judy - Jotam, czemu skierował na swe królestwo gniew pozostałych państw sojuszu, głównie Izraela, Damaszku i... Filistei, ale jeszcze za panowania Jotama nie doszło do inwazji, która zagroziła rządom jego syna Achaza. W tym czasie zaś panujący w Kalchu Tiglat-Pilesar III, po dokonaniu reformy armii asyryjskiej (o której pisałem w poprzedniej części) tworzącej armię stałą w miejsce armii z poboru - rozpoczął pierwsze podboje, które miały ponownie przywrócić mocarstwowość Królestwu boga Assura. Najpierw wyruszył przeciw nieustannie destabilizującym sytuację w Asyrii aramejskim plemionom na południowym pograniczu. Podbił ziemie plemienia Pukudu (biblijne Pekod), leżące na wschód i północ od dzisiejszego Bagdadu, i włączył je do prowincji Arrapcha. Następnie spacyfikował tereny leżące na południowy wschód, pomiędzy Babilonią a Elamem. Z władcą Babilonu (prowadzącym pro-asyryjską politykę) Nabunasirem (panującym od 747 r. p.n.e.) utrzymywał dobre stosunki, a Babilon prowadził niezależną politykę na zachód od Tygrysu. Mając już ustabilizowaną (i spacyfikowaną) sytuację na południu, postanowił Tiglat-Pilesar wyruszyć przeciwko głównemu wrogowi Asyrii, Królestwu Urartu ze stolicą w Tuszpie - leżącej nad jeziorem Van. Najpierw uderzył jednak na stronników Urartu - plemię Namri (którego siedziby znajdowały się na północ od Elamu). Nie napotkano tam wojsk urartyjskich a miejscowych szybko spacyfikowano, zmuszając do uległości lub podbijając ich ziemie. Ci, którzy się poddali, mogli nadal sprawować władzę (ale odtąd już jako wasale Asyrii), natomiast ci, którzy wybrali walkę i zostali pokonani, ginęli, a ich ziemie władca z Kalchu rozdawał Asyryjczykom, Babilończykom i innym wiernym mu plemionom. Jednak atak na Namri zaalarmował Sardura III, który teraz wysłał posłów do Damaszku i Samarii z propozycją dołączenia do koalicji anty-asyryjskiej (lub też sam zamierzał takową stworzyć pod własnym przewodem). Nim jednak to nastąpiło, Sardurowi udało się stworzyć jedynie koalicję plemion dotychczas sobie podległych, a Tiglat-Pilesar wykorzystał tę szansę i w roku następnym (742 r. p.n.e.) ruszył na północny-zachód. Doszło tam do bitwy pod Kummuch, w której Asyryjczycy wpuścili Urartyjczyków w zastawioną przez siebie pułapkę i zmusili ich do kapitulacji (wziąć miano do niewoli rekordową liczbę prawie 73 000 jeńców). Jednak Sardur III zdołał uciec do Tuszpy (pozostawił jednak na placu boju całą swą biżuterię, namioty, a nawet pieczęć królewską). Teraz te plemiona, które nie przyłączyły się do sojuszu z Urartyjczykami, natychmiast złożyły Tiglat-Pilesarowi daniny, jako wyraz dobrej woli i uległości wobec "Pana z Kalchu".


SARDUR III WIELKI
WŁADCA URARTU





Kolejne lata upłynęły Asyryjczykom na porządkowaniu prowincji północnych i zachodnich, oraz na podporządkowaniu sobie Fenicji i narzuceniu jej określonych danin. Potęga Asyrii ponownie więc zbliżyła się do granic Aramu (Damaszku) i Izraela, co dla tych państw stwarzało ogromne niebezpieczeństwo utraty suwerenności. Asyryjczycy jednak jeszcze wówczas nie atakowali tych terenów, zajęci pacyfikacją (i trawieniem - bo tak to leży nazwać) podbitych wcześniej ziem, na których od czasu do czasu wybuchały jeszcze anty-asyryjskie bunty. Tak było chociażby w czasie buntu fenickich miast Sydonu i Tyru, gdy tamtejsi kupcy - niezadowoleni z podatków narzuconych przez króla Assuru na drewno sprowadzane z gór Libanu - wywołali bunt i zabili asyryjskich urzędników i poborców podatkowych. Jednak asyryjski gubernator szybko przywrócił spokój, wprowadzając do miasta siły policyjne, zwane Itu (od nazwy plemienia z którego się wywodziły), słynne z brutalnej pacyfikacji miast i wsi. Wywołało to popłoch wśród mieszkańców i pozwoliło szybko przywrócić asyryjski porządek w owych miastach. A tymczasem w roku 734 p.n.e król Judy Jotam mianował swego syna Achaza współpanującym. Dwa lata później zmarł, a przed Achazem stanął niezwykły sprawdzian. Musiał bowiem stawić czoła wielkiej inwazji na Judę, która nastąpiła teraz zarówno z zachodu, z północy jak i ze wschodu. Co więc w takiej sytuacji uczynił Achaz? O tym w następnej części, w każdym razie to co uczynił, bardzo nie spodobało się prorokowi Izajaszowi.




CDN.

08 września 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. III

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. III






RODZINA
(608-668)
Cz. III



 Po pierwszym objawieniu jakiego doznał Mahomet w grocie góry Al-Hira (późniejsze pokolenia muzułmanów nazwały ten dzień - 27 dzień ramadanu w oficjalnym kalendarzu arabskim - "Dniem Przeznaczenia"), pojawiły się kolejne wizje. Mahomet doświadczał wciąż tego samego, jakaś dziwna (a nawet i przerażająca) postać, kazała mu recytować coś, co wyglądało na nowe przykazania. Po każdym takim doświadczeniu Mahomet był przerażony i sądził że popadł w obłęd. Z tego stanu zaś wyprowadzała go jego małżonka Khadijah (odtąd będę używał spolszczonej nazwy jej imienia - Chadidża), która konsekwentnie przekonywała go, że wcale nie popadł w obłęd a wręcz przeciwnie, stał się wybrańcem i nowym prorokiem, a w zasadzie pierwszym i jedynym prorokiem arabskim. Arabowie bowiem dotąd żyli jakby na uboczu całego cywilizowanego świata, trudniąc się głównie handlem (w tym również handlem niewolnikami), a poza tym sami rozbici byli na szereg mniejszych i większych plemion, które non stop toczyły ze sobą walki podjazdowe. Najświętsze miejsce Arabów mieściło się wówczas w Mekce (czyli w mieście w którym żył Mahomet ze swą małżonką), w sanktuarium Al-Kaba, gdzie znajdował się czarny kamień Hadżar - który według legendy spadł z nieba. Wokół niego Arabowie układali figurki swoich bożków. Teraz Chadidża zaczęła przekonywać Mahometa, aby ten wyszedł do ludzi i zaczął głosić im "wolę Boga" jaką otrzymał w wyniku swoich wizji. Mahomet jednak obawiał się że może zostać przez nich odebrany jako szaleniec, albo jako ktoś, kto próbuje podważyć dotychczasowe kulty. Dwa lata zmagał się z tymi myślami i ostatecznie dopiero w 612 r. po raz pierwszy zaczął głosić to, co według niego i Chadidży przekazał mu "Archanioł Gabriel".

Pierwszą osobą która usłyszała nauki wypowiadane przez Mahometa (nie licząc Chadidży), był jej kuzyn, chrześcijanin o imieniu Waraka Ibn Naufal. On również uznał, że wizje jakich doświadczał Mahomet, są wizjami zesłanymi bezpośrednio przez Boga. Mahomet zaczął więc głosić na placach Mekki iż: wszechpotężny Bóg który stworzył ludzi "z grudki zakrzepłej krwi", będzie sądził wszystkich wedle ich uczynków. Wszyscy winni są posłuszeństwo i wierność Bogu (a jak wspominałem w poprzedniej części, dla Arabów na określenie Bóg jest tylko jedno słowo - Allah), grzesznicy i ci, którzy nie podporządkują się woli Boga, zostaną wtrąceni w czeluście piekielne, ci zaś sprawiedliwi, którzy pójdą ścieżką wyznaczoną przez Mahometa, dostąpią najwspanialszych niebiańskich rozkoszy po śmierci w Raju. Bogu należy się podporządkować bezwzględnie, Boga należy się bać i wielbić go, wznosząc ku niemu modlitwy - tak głosił swe nauki Mahomet, nowy prorok arabskiego świata. Co ciekawe Allah ma ponoć około 100 imion, a są one najróżniejsze i oddają jego wielkość oraz potęgę. Tylko brakuje wśród nich jednej kluczowej nazwy, którą chociażby głosił Jezus Chrystus gdy w swoim czasie przemierzał Palestynę, a mianowicie w islamie nigdzie nie spotkamy stwierdzenia że Bóg jest Miłością - co według mnie jest kluczowe w tej kwestii i jasno pokazuje, że istota, którą spotkał Mahomet na górze Al-Hira, nie była tą samą, która przybyła tutaj w ramach programu "Syna Człowieczego" (jeśli można nazwać to w tak kolokwialny sposób).




Stało się tak, jak podejrzewał wcześniej Mahomet. W czasie tych jego nauk na ulicach Mekki zdołał realnie przekonać do siebie niewielu mieszkańców tego miasta (wśród nich był jego kuzyn Ali Ibn Abi Talib, przyjaciel Abu Bakr, oraz młody kupiec Osman z majętnego rodu Umajadów). Co ciekawe i co ponownie wystąpiło jak w czasach Jezusa i rodzącego się chrześcijaństwa to fakt, że nauki Mahometa głównie docierały do najuboższych i najbardziej wyzyskiwanych przedstawicieli społeczeństwa arabskiego (może to dziwić ale w tych pierwszych latach jego nauk, wśród nowych wyznawców wiary mahometańskiej dominowały kobiety, mężczyzn było znacznie mniej). Największą zaś niechęć do nowej religii wykazywali bogaci kupcy oraz ci, którzy widzieli w Mahomecie niebezpiecznego podżegacza wewnętrznych waśni religijnych. Nic też w tym dziwnego, Mahomet głosił bowiem iż gromadzenie bogactwa nie jest miłe Bogu i należy żyć skromnie. Poza tym Mahomet wcale nie uważał siebie za twórcę nowej religii, wręcz przeciwnie - twierdził otwarcie iż głosi prawdę objawioną od początku stworzenia świata i głosi ją Arabom, którzy dotąd nie mieli swego proroka. Głosił też że należy zbudować społeczeństwo sprawiedliwe, gdzie nie będzie wyzysku, a słabi i bezbronni będą traktowani z szacunkiem. Przestrzegał również plemię Kurajszytów (z którego zresztą sam się wywodził) a którego głównym ośrodkiem była Mekka, że jeśli się nie zmieni, to upadnie, podobnie jak upadały wcześniej inne większe i mniejsze królestwa oraz imperia. Nawoływanie do ubóstwa (lub co najmniej do dobrego traktowania sług i ludzi biednych), nie mogło podobać się wielkim przedsiębiorcom, za jakich uważali się arabscy kupcy handlujący zarówno z Bizancjum jak i z Persami. Ten człowiek stał się więc dla nich niebezpiecznym wichrzycielem.

Mahomet cały czas doświadczał też kolejnych objawień (sura po surze) i potem recytował je rozdziałami, razem wzięte otrzymały nazwę "kuran" (co po arabsku znaczy "recytować"). Owe objawienia (jak już wspominałem) były dla niego traumatycznym przeżyciem. Gdy się zbliżały czuł bowiem dreszcze na całym ciele, występowała obfita potliwość, a on czuł że jego ciało jest jakby dociskane do ściany, podłogi lub łoża, szczególnie zaś szyja. Wyrobiło to jednak w Mahomecie przekonanie przed całkowitą podległością wobec Boga. Człowiek w oczach Boga jest niczym i dopiero musi zasłużyć swymi uczynkami oraz bezgraniczną wiarą i modlitwą na życie wieczne w Raju. Aby to wprowadzić w życie, należy więc jak najczęściej modlić się do Boga (Mahomet twierdził że oddawać cześć Bogu należy trzy razy dziennie), ale nawet nie to stało się nie do zaakceptowania dla większości majętnych Kurajszytów. Tym co szczególnie ich wzburzyło, to była forma poddaństwa, bowiem w trakcie modlitwy człowiek powinien uklęknąć i oddawać Bogu cześć tak, jak niewolnik oddaje cześć swemu panu - na kolanach i z głową przy ziemi. To była zupełna nowość w społeczeństwie arabskim, bowiem Arabowie żyli wcześniej w większej lub mniejszej wolności. Nie akceptowali monarchii, zaś ich główni bogowie (szczególnie zaś boginie, jak: Manat, Al-Lat i Al-Uzza) nie wymagali dla siebie tak uniżonej podległości. To również rodziło niechęć i wrogość do nauk Mahometa. Bogaci kupcy (do których należał też Abu Talib - stryj Mahometa, który przygarnął go po śmierci jego rodziców) zaczęli odwiedzać dom stryja jego i tam skarżyli się na postępowanie Mahometa, mówiąc: "Abu Talibie, twój bratanek przeklął naszych bogów, znieważył naszą religię, wyśmiał nasz styl życia i oskarżył naszych przodków, że byli w błędzie". Prosili więc Abu Taliba aby wpłynął na Mahometa, bo tak dalej być nie może, a jeśli nic się nie zmieni, to nowemu prorokowi może stać się coś złego.




Nie wiadomo czy stryj starał się wpłynąć na swego bratanka, wiadomo zaś że Abu Talib zmarł w 619 r. W tym samym także roku swe życie zakończyła żona Mahometa - Chadidża. Mahomet zaś nie przestawał głosić swej wiary. Swych wyznawców (których nie było wielu - jak wcześniej wspominałem) nazwał muslimun (co znaczy "poddani", "podporządkowani" woli Boga), a swą religię zwał islam czyli "poddanie się Bogu"). Wprowadził trzy razy dzienną modlitwę rytualną, zwaną salat (potem liczbę owych modlitw zwiększono do pięciu w ciągu dnia). Nakazał też część swych dochodów oddawać biednym w formie jałmużny (zakat), a także pościć w trakcie ramadanu aby bogacze (których stać na wiele) w ten czas pamiętali o ubogich, którzy nie mogą sobie pozwolić na codzienną strawę. Twierdził też, że celem każdego człowieka (prócz codziennego wielbienia Boga podczas modlitw, całkowitego posłuszeństwa Jego woli, oraz jałmużny na biednych) ma być stworzenie społeczeństwa sprawiedliwego - wspólnoty muzułmanów (umma). Mahomet zaś nie skupiał się na kwestiach teologicznych, twierdził wręcz że nie mają znaczenia spory doktrynalne na temat istoty Boga (zanna). Wiadomo że Bóg jest jeden, stworzył świat i wszystko dookoła, jest wszechmocny i należy być Mu całkowicie posłusznym. Przede wszystkim dla Mahometa liczył się czyn w powiększaniu wspólnoty muzułmanów (czyli dżihad), a wszelkie kwestie doktrynalne uważał za bezwartościowe, a tym samym nie warte czasu i uwagi dobrego muzułmanina.

Zupełnie inaczej w tym samym czasie sytuacja wyglądała w świecie chrześcijańskim. Tam rósł bowiem konflikt pomiędzy Kościołem Wschodnim i Zachodnim nie tylko w kwestiach doktrynalnych, ale również w kwestii podejścia do systemu sprawowania władzy. Rzymscy papieże nie akceptowali cezaropapizmu - wyrosłego jeszcze na gruncie kultury hellenistycznej (której resztek Kościół Zachodni już dawno się pozbył). W świecie zachodnim najważniejsza była pozycja papieża, jako przywódcy całego chrześcijaństwa (stąd tak modne tam były słowa, wypowiedziane jeszcze w 347 r. przez Donata - biskupa Kartaginy, które brzmiały: "Co cesarzowi do Kościoła" {"Guid est imperatori cum Ecclesia"}). Natomiast na Wschodzie pozycja cesarza całkowicie górowała nad władzą biskupów wschodnich diecezji, czy to Konstantynopola, czy Aleksandrii, czy Antiochii, czy też Jerozolimy. Na Zachodzie zaś nie akceptowano, a nawet nie rozumiano władzy świeckiej ponad duchową i niezwykle mocno akcentowano tam słowa, które jeszcze w 356 r. w swym liście do cesarza Konstancjusza II streścił biskup Kordoby - Hozjusz: "Nie wtrącaj się w sprawy kościelne i nie wydawaj rozkazów w tym zakresie, lecz raczej od nas ucz się tych rzeczy (...) Napisano bowiem: oddajcie więc cezarowi co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga. Wtedy ani nam nie wolno rządzić sprawami świeckimi, ani Ty, cesarzu, nie masz prawa składania ofiary kadzielnej. Piszę zaś te słowa w trosce o Twoje zbawienie..."




Poza tym w czasach Herakliusza i... Mahometa, a szczególnie po zakończeniu wojny z Persami (628 r.), odżył w świecie wschodniorzymskim dawny spór dotyczący monofizytyzmu. Twórcą idei monofizytyzmu był opat Eutyches, który w 446 r. wypowiedział po raz pierwszy słowa: "Uznaję że nasz pan przed złączeniem posiadał dwie natury, ale po zjednoczeniu uznaję tylko jedną naturę" (stąd z greckiego "mia fisis" - czyli "jedna natura", wzięła się nazwa monofizytów). Chodziło tutaj oczywiście o spór o naturę Chrystusa, czy posiadał On w sobie zarówno boską jak i ludzką istotę. Eutyches twierdził więc że Nauczyciel miał w sobie jedną bosko-ludzką naturę, a nie zarówno boską jak i ludzką (patrząc na to jak ja widziałbym ów spór, to według mnie nie ma tu chyba zbytnich różnic. Chrystus urodził się na Ziemi, na naszej planecie, był więc człowiekiem z krwi i kości. Ale Jego duch nie pochodził z Ziemi - to znaczy nie inkarnował na Ziemi. Był to duch wyższej formy bytu, ale... do jego pobudzenia Jezus musiał dojrzeć i zapewne nie przyszło Mu to ani łatwo, ani też nie stało się szybko. Chrystus musiał więc na nowo poznać po co się urodził, jaka jest Jego misja i co musi uczynić. Natomiast z chwilą uświadamiania sobie tej wiedzy - którą zapomniał w chwili narodzin na tej planecie - rosła również Jego ludzka forma natury, czego przykładem były chociażby cuda które czynił, tak jak np. wskrzeszenie Łazarza. Pisałem już kiedyś w innym temacie że choćby Tjehooba {a Mistrz był przedstawicielem tego gatunku ludzkiego bytu we Wszechświecie}, potrafią wskrzeszać zmarłych. Oczywiście do pewnego stopnia, w zależności od tego, ile czasu upłynęło od zgonu). Natomiast w tamtym czasie spór o naturę Chrystusa był sporem niezwykle istotnym, dlatego też bardzo szybko potoczyły się wydarzenia które ciągnęły się aż do czasów Herakliusza, a mianowicie już w 447 r. Teodoret z Cyru opublikował rozprawę pt.: "Żebrak", w której ostro krytykował wyznanie Eutychesa. Tak też rozpoczął się spór, który trwał przez kolejne lata, dekady i stulecia (powiem tylko że biskup Aleksandrii - Dioskoros uznał rozprawę Teodoreta za atak na aleksandryjską chrystologię i zażądał złożenia go z urzędu, natomiast sam Eutyches został ekskomunikowany na synodzie w 448 r., choć to wcale nie zamknęło sprawy, bo Eutyches pełnił swoje funkcje i w kolejnych latach).




Spór ten (jak już wspomniałem) odżył w czasach Herakliusza. Patriarcha Konstantynopola - Sergios starał się położyć kres tym sporom i rozpropagował coraz bardziej popularną we wschodnich diecezjach idę monoenergetyzmu - czyli jedności działania Chrystusa ("mia energeia"), której jedynym źródłem jest Jego bóstwo. Cesarz Herakliusz bardzo pragnął pojednania z monofizytami, szczególnie że w czasach okupacji Syrii, Palestyny i Egiptu przez Persów, monofizyci masowo wręcz przechodzili na stronę wyznawców spod znaku Ahura-Mazdy, twierdząc że nicejscy chrześcijanie ich prześladują (nicejscy, od soboru w Nicei z 325 r., który w większości wyznaczył kierunki współczesnej wiary katolickiej). Tak więc dzięki działalności Sergiosa i kilku innych (np. biskupa Teodora z Faran czy Kyrosa z Fazis) w Aleksandrii ogłoszono unię z monofizytami (633 r.) na podstawie dziewięciu tez o Chrystusie, działającym w sposób boski i ludzki przez jedną bosko-ludzką energię. Szybko jednak zrodziła się przeciwko temu opozycja wśród chalcedończyków (sobór w Chalcedonię z 451 r. potępiający monofizytyzm), na której czele stanął patriarcha Jerozolimy (od 634 r.) Sofroniusz, który prosił Kyrosa aby nigdzie indziej (poza Aleksandrią) nie ogłaszał unii z monofizytami. Sofroniusz bowiem, opierając się na arystotelesowskiej tezie iż działanie wypływa z natury, twierdził że skoro Jezus działał podwójnie (w formie ludzkiej i boskiej) zatem należy mówić o dwóch Jego naturach. Dyskusje jakie toczył Sofroniusz z patriarchą Sergiuszem w Konstantynopolu sprawiły (również z inspiracji Herakliusza) że zaprzestano mówić o jednym działaniu Chrystusa, a o jednym działającym Chrystusie i dzięki takiemu nauczaniu pozyskano ponownie wielu monofizytów. Wspomniałem zaś o tym po to, ponieważ warto wiedzieć czym żyło społeczeństwo rzymskie (lub też wschodniorzymskie jak kto woli) tuż przed inwazją Arabów na Syrię, Palestynę i Egipt. Aha zapomniałbym, bardzo popularny w tamtym czasie był również kult Maryi - matki Jezusa, co też warto odnotować.




Kurajszyci z Mekki wystąpili przeciwko Mahometowi nie dlatego że nauczał on wiary w jednego Boga, ani nawet nie dlatego że kazał im oddawać jemu cześć w sposób, którego oni wcześniej nie praktykowali (czyli na kolanach i z twarzą ku ziemi). Tak naprawdę nie miało to dla nich większego znaczenia i nauki Mahometa byłyby przez nich zaakceptowane (co najwyżej uznaliby go za jakiegoś ekscentryka), gdyż wiara w jednego Boga (pomimo panującego w ówczesnej Arabii politeizmu) była dość popularna. Od wieków bowiem na tę ziemię przenikała religia Mojżeszowa, a po 324 r. również zaczęło tam docierać chrześcijaństwo, zatem arabscy wyznawcy wielu bogów byli dobrze obeznani z wiarą w jednego Boga Stwórcę. Problemem więc nie był monoteizm, ani nawet kary jakie miały spaść na człowieka po śmierci, jeśli wiódł on życie niezgodne z wolą Allaha (Arabowie bowiem wcześniej nie wierzyli w życie pozagrobowe, a swoich bogów traktowali w sposób protekcjonalny, gdy potrzebowali coś załatwić, to po prostu składali im ofiary wypowiadając ich imiona aby ich przywołać i usidlić - jak sądzili - po czym oczekiwali spełnienia ich prośby. Jeśli zaś bogowie postępowali inaczej, oni ich porzucali lub wyrzekali się ich i przenosili się na innych bogów, w zależności od potrzeb i danych okoliczności). Problemem który przelał czarę goryczy Kurajszytów wobec nowej religii (i jej proroka) było permanentne obrażanie (lub raczej krytykowanie) przez Mahometa przodków ówczesnych mieszkańców Mekki, którzy mieli nie poznać mądrości i woli Allaha i tym samym zapewne zostali skazani na męki piekielne (chociaż Mahomet twierdził również że on nie głosi nowej religii, tylko jest posłańcem jednego Boga który był tutaj od zawsze, a jego celem jest ponowne nawrócenie ludzi na drogę zbawienia i sprawiedliwości). Wydaje mi się że w tej kwestii Mahomet postępował nielogicznie i niekonsekwentnie, zupełnie tak, jak wysyłani do plemienia Sasów chrześcijańscy misjonarze w latach 70-tych i 80-tych VIII wieku (czyli w czasach panowania Karola Wielkiego), którzy konsekwentnie twierdzili że przodkowie Sasów - skoro nie poznali objawienia Chrystusa - zostali skazani na męki piekielne i dopiero oni będą pierwszymi którzy dostąpią zbawienia (pisałem już kiedyś, że podczas publicznego i przymusowego chrztu saskiej elity w Paderborn w 777 r. - zapewne w miejscu gdzie w 772 r. Karol Wielki kazał wyciąć święte drzewo Sasów Irminsul - jeden z przedstawicieli saskiej elity, zapytawszy się kapłana czy po śmierci spotka swoich przodków i uzyskawszy odpowiedź że jego przodkowie są już w piekle, a on pierwszy dostąpi Nieba - odrzekł "To ja wolę do przodków". 🤭 I ja bym powiedział tak samo, bo to pokazuje jak bardzo upośledzeni byli owi kapłani, trzymając się doktrynalnie wszystkich zapisków, które przecież powstały już długo po Śmierci i Zmartwychwstania Nauczyciela. Chrystus przede wszystkim nauczał o Miłości, a tej Miłości w późniejszych zapisach Ojców Kościoła jest bardzo niewiele, raczej skupiamy się na kwestiach które są zupełnie nieważne, jak natura Chrystusa czy Jego esencja, zamiast skupić się na prostym przekazie: "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe". Ale co się dziwić, w dzisiejszych czasach też mnóstwo jest ideologów i wszelkiego typu fanatyków, niekoniecznie religijnych).

Tak więc postępowanie Mahometa było bardzo nierozważne (żeby nie powiedzieć głupie) i jednocześnie niebezpieczne, gdyż zmusiło go do ukrywania się wśród członków jego klanu zarówno w samej Mekce, jak i poza miastem. W tym czasie, po dziesięciu latach głoszenia nowej religii, wyznawców Allaha wciąż nie było wielu (zaledwie ok. 100 osób w Mekce zebranych wokół Mahometa). Nic też dziwnego że przeciwnicy islamu byli w ogromnej większości, a ponieważ Mahomet nie przestawał głosić swoich tez odnośnie przodków Kurajszytów (przy okazji oczerniał również i swych własnych przodków) i nawoływał do pokory, bojaźni bożej, a także do jałmużny (twierdził bowiem że po śmierci pieniądze nie będą nam już potrzebne, dlatego każdy, który cokolwiek posiada powinien część swego majątku przekazać najuboższym, gdyż to jest miłe Allahowi. Kurajszyci zaś, których majątek opierał się głównie na handlu - i którzy swoich bogów traktowali w sposób obcesowy i praktyczny, na zasadzie "Jak Ty mi coś dasz, to i ja Ci coś dam", nawoływania do rozdawania majątku - tym bardziej biedakom - uważali za szaleństwo. Przeto w Mekce zaczęły co rusz pojawiać się głosy oburzonych przedstawicieli majętnego kupiectwa, które brzmiały: "Obywatele! nie słuchajcie kusiciela, nie zważajcie na jego bezbożne nowinki. Trwajcie niewzruszenie w kulcie Hubala, Al Lata i Al Uzzach!", a na Mahometa zaczęto organizować polowania niczym na zwierzynę łowną, zatem musiał on ukrywać się zarówno w Mekce, jak i potem na prowincji. Szczególnie wrogo ustosunkowany był do Mahometa bogaty kupiec Abu al-Hakam, który w sanktuarium Al-Kaaba (znajdującym się w centrum Mekki) nakazał ogłosić, że każdy, ktokolwiek pomoże Mahometowi w ucieczce lub udzieli mu schronienia, zostanie podobnie jak on wyjęty spod prawa i skazany na śmierć. Sanktuarium Al-Kaaba - gdzie znajdował się święty Czarny Kamień (czczony przez Arabów od niepamiętnych czasów), który ponoć spadł z nieba - poświęcony był w tamtym czasie bogu Hubalowi i 360 innym bożkom arabskim. Mahomet jednak i tutaj nauczał nowej religii, tylko aby odróżnić się od wyznawców bożków, kazał muzułmanom modlić się zwracając twarzą ku Jerozolimie, dając tym samym jasny dowód, że bliżej mu do religii "Ludów Księgi", czyli judaizmu i chrześcijaństwa, niż do pogańskich praktyk jego ziomków. Al-Hakam uznał to za niedopuszczalne, tym bardziej że podejrzewał Mahometa iż pragnie on przejąć władzę polityczną w mieście.




Al-Hakama wsparł inny kupiec Suhajla Ibn Amra, a do nich dołączyły największe kupieckie rody Mekki. Wszyscy postanowili zgodnie, że ani wypędzenie ani uwięzienie Mahometa niczego nie rozwiąże i należy go uśmiercić (ponoć mieli przysiąc że wspólnie wbiją sztylety w ciało Mahometa aby przypieczętować ten układ). Przekonali do tego planu również dawnego przyjaciela Mahometa - Abu Sufiana i rozpoczęli poszukiwanie zarówno jego, jak i jego zwolenników. Wśród Arabów prawo było mniej ważne, liczyła się przede wszystkim wierność w obrębie tradycji danego rodu oraz plemienia, dlatego też Arabowie tak często i tak łatwo chwytali za miecze lub sztylety (ponoć przed pojawieniem się Mahometa naliczono jakieś 1700 bitew toczonych pomiędzy arabskimi klanami). Ponieważ natura arabska była tak gorąca (silne było również prawo zemsty rodowej) wprowadzono coroczny rozejm pomiędzy klanami (który trwał dwa a czasem cztery miesiące w roku). Było jednak coś, co różniło Arabów od ludów zamieszkujących sąsiednie Imperia: Rzymskie i Perskie, tym czymś było (prócz zasady gościnności, polegającej na tym że Arab mógł cię nienawidzić i mógł z tobą walczyć, ale jeśli wszedłeś do jego domu, zrobiłby wszystko, abyś czuł się tu dobrze i nie mógłby ci spaść włos z głowy... póki byłbyś w jego domu. Wystarczyło jednak że wyszedłbyś za próg i wbiłby ci sztylet w plecy) ogromne umiłowanie poezji. W różnych arabskich plemionach organizowano coroczne jarmarki, na których deklamowano wiersze i przede wszystkim zwracano uwagę na piękno wypowiadanych słów. Wielkim miłośnikiem poezji (słowa mówionego, bo Arabowie raczej nie spisywali deklamowanych wierszy) był niejaki Umar Ibn al-Chattab. Był on emirem (czyli przywódcą wojskowym w Mekce) i należał do zwolenników Al-Hakama i przeciwników Mahometa, jednak gdy usłyszał wypowiadane przez proroka Allaha słowa które tak bardzo mu się spodobały (nie jako przesłanie religijne, a jako deklamacja poetycka), że sam stał się muzułmaninem (choć - jak twierdził - początkowo nie wierzył w Allaha).




Al-Hakam objął karą cały ród Haszymitów (z którego wywodził się Mahomet), zabronił bowiem wszystkim mieszkańcom Mekki jakichkolwiek z nimi kontaktów, w tym nawet sprzedaży im żywności (ok. 619 r.). Mahomet znalazł się więc w bardzo trudnym położeniu i był praktycznie na granicy życia i śmierci (podobnie jak jego ród), wtedy jednak przyszło dlań wybawienie. Gdy prorok Allaha ukrywał się na prowincji z dala od zabudowań miasta Mekki, odnalazła go delegacja przywódców przybyłych z Jatribu (czyli Medyny), miasta położonego jakieś 250 km na północ od Mekki. Jatrib znacznie różnił się od miasta w którym narodził się Mahomet, a przede wszystkim tym, że o ile Mekka była miastem stricte kupieckim (port Gedda był oddalony od miasta o kilka kilometrów, ale zapewniał stałe połączenie z chrześcijańską wówczas Abisynią jak i z Egiptem i dalej ze światem Greków i Rzymian, pomnażając fortuny największych kupieckich klanów Mekki). Mekka znana też była od czasów Strabona (I wiek naszej ery), a być może nawet Herodota (V wiek p.n.e.) - którzy to opisywali ziemie i miasta Arabii (Nabatei). Grecy zwali to miasto Macorabia i w czasach świetności Imperium Rzymskiego już było dosyć sławne (choć przyćmione chociażby taką Petrą, miastem wykutym w skale i leżącym daleko na północny-wschód od Mekki - którego najsławniejszą władczynią była niejaka Zenobia). Natomiast Jatrib to była osada rolnicza, w dużej mierze zasiedlona przez Żydów, co spowodowało że ludność miasta przyjęła judaizm jako swoją religię. Nie było tam jednak spokoju i często wybuchały niesnaski pomiędzy beduinami - którzy osiedlili się w Jatribie, a Żydami i arabskimi mieszkańcami przyzwyczajonymi do życia miejskiego (żyły tam dwa główne, aczkolwiek skłócone ze sobą arabskie plemiona Charegitów i Awsytów). Delegacja Jatribu więc - która odnalazła ukrywającego się Mahometa (620 r.) - zaproponowała mu udanie się z nimi do ich miasta, a w zamian oni (aby przywrócić u siebie zgodę i porządek) przyjęliby islam i świętą księgę zwaną już wówczas Kuranem (Koranem).

Mahomet wyraził zgodę na taki plan, ale on sam nie od razu przeniósł się do Jatribu (chociaż wysyłał tam swoich współwyznawców w kilku falach). Był bowiem pod opieką jakiegoś lokalnego beduińskiego szejka i nie chciał obrażać go swym nagłym odejściem. W każdym razie muzułmanie będący przy Mahomecie zaczęli przybywać i osiedlać się w Jatribie, tam przekazując również nauki swego proroka. Okazało się jednak że tropiciele Al-Hakama odnaleźli Mahometa i zorganizowali zamach na jego życie, z którego tylko dzięki dużemu szczęściu zdołał ujść cało (w zamachu zaś zginął jego protektor). To ostatecznie przekonało proroka nowej religii do opuszczenia Mekki i osiedlenia się w Jatribie. Wraz z Abu Bakrem uciekli do nowego miejsca, a akt ten w tradycji muzułmańskiej zwany hidżrą, zapoczątkował nową erę dla wielu milionów ludzi na świecie wyznających wiarę w Allacha, bowiem od tego momentu Arabowie (i ich następcy wyznający islam) liczą swoją erę (co prawda kalendarz muzułmański jest kalendarzem księżycowym, a nie słonecznym jak kalendarz juliański - opracowany jeszcze przez Juliusza Cezara i wprowadzony w Rzymie w roku 45 p.n.e.- czy gregoriański, którym się obecnie posługujemy, a wprowadzony przez papieża Grzegorza XIII w 1582 r. - to zaś oznacza że kalendarz muzułmański różni się od naszego o kilka dni w roku). Gdy więc na wielbłądach Mahomet wraz z Abu Bakrem przemierzali pustynię zdążając do Jatribu (622 r.) i zapoczątkowując nową erę w dziejach ludzkości (przynajmniej pewnej jej części), Kurajszyci z Mekki dowiedzieli się o tej ucieczce i uznali Mahometa nie tylko za odstępcę od wiary przodków, ale również za zdrajcę własnej społeczności plemiennej. Hidżra była bowiem czymś niezwykłym, była zerwaniem więzów z własnym plemieniem i z własnym klanem - co dla Arabów było najwyższą świętością, większą niż ich bogowie. Umma - czyli społeczność arabska żyjąca w danej miejscowości czy na danej ziemi, pełniła rolę zarówno ochrony jak i dawcy wszelkich dóbr, a umma zawsze była wsparta bliskością krwi. Natomiast udając się do nowego miejsca, Mahomet zerwał też łączące go z dawnym klanem więzy pokrewieństwa, dlatego też nowa umma - stworzona w Jatribie (czyli Medynie, jak to miasto zaczęto wkrótce potem nazywać), oparta była nie na zasadzie więzów krwi, a ideologii religijnej głoszonej przez Mahometa - jedynego i ostatniego proroka Allaha.




Ponoć w Jatribie nikogo nie zmuszano siłą do przyjęcia islamu, ale jednocześnie stworzono tam społeczność opartą właśnie na tej religii i podlegali jej wszyscy mieszkańcy Medyny bez względu na pochodzenie, czy wyznawaną wcześniej religię (czyli zarówno Arabowie, Żydzi jak i niektórzy - nieliczni - chrześcijanie). Umma islamska gwarantowała bezpieczeństwo i pokój jego mieszkańcom, gdyż - jak głosił Mahomet - dobry muzułmanin nie zabija, nie prześladuje, ani nie oszukuje drugiego muzułmanina. Aby podkreślić ową wyjątkowość Jatribu, miasto zaczęto wkrótce nazywać Al-Madina (czyli po prostu "Miasto"), choć nie wiadomo kto był autorem owej nazwy. Mahomet wkrótce po osiedleniu się tam, wzniósł pierwszy meczet (masdżid) czyli miejsce do bicia pokłonów przed Bogiem. Był to prosty budynek wsparty na pniach, kiblę (wyznaczającą kierunek modlitwy) stanowił kamień, a Mahomet głosił swoje kazania z pnia palmy. Całe życie społeczności Medyny kręciło się od tej pory wokół owego meczetu. Był tam sporej wielkości plac, na którym rozważano wszelkie problemy natury religijnej, politycznej czy społeczno-moralnej, wszystko kręciło się wokół islamu i nie było tak, jak w chrześcijaństwie, strefy przeznaczonej dla Boga (strefy sacrum) i strefy świeckiej (profanum), muzułmanie nie znali takiego podziału i wszystko w ich życiu opierało się na ich religii. W Medynie Mahomet wziął sobie również dwie żony, Aiszę - córkę Abu Bakra i Hafsę - córkę wspomnianego wyżej Umara Ibn al-Chattaba. Zaś dwie spośród czterech swoich córek z Chadidży wydał Mahomet za Osmana z rodu Umajjadów i Alego Ibn Abi Taliba swego krewnego. Mahomet wziął sobie jeszcze dwie kolejne żony z córek przywódców plemion Charegitów i Awsytów, ale nie urodziły mu one dzieci. Miał też kilka nałożnic (w tym chrześcijankę o imieniu Miriam, z którą miał syna Ibrahima - zmarłego w dzieciństwie). Ponoć Mahomet bardzo lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, co dziwiło otaczających go mężczyzn, dla których kobiety raczej nie były kompanem do rozmów. Według tego co można znaleźć w Koranie, pomagać miał w pracach domowych i sam naprawiał własne ubrania, choć bez wątpienia cztery żony przysparzały mu czasem więcej problemów niż radości, szczególnie gdy wzajemnie się ze sobą spierały np. o podział łupów. Ponoć Mahomet miał im wówczas grozić że z wszystkimi się rozwiedzie, jeśli nie będą przestrzegały zasad islamu.




Od początku głoszenia swojej wiary dążył Mahomet do pojednania z "Ludami Księgi", szczególnie zaś z Żydami. Swoim współwyznawcom jeszcze w Mekce polecił zwracać się podczas modlitwy w stronę Jerozolimy, zaś najważniejszą muzułmańską modlitwę wyznaczył na piątek po południu, tuż przed dniem szabasu rozpoczynającym się w sobotę. Zaczął też studiować - dzięki kilku przyjaźnie doń nastawionych Żydów - Torę i tam dowiedział się że Abraham - czyli praojciec Izraelitów - miał dwóch synów Izaaka i izmaela (Ismaila). Ten drugi został zrodzony z niewolnicy Hagar i wygnany przez Abrahama wraz z matką, ale Bóg i jemu obiecał że będzie ojcem wielkiego narodu. Mahomet zaczął Ismaila utożsamiać z praojcem narodu arabskiego i zaczął twierdzić że wraz z matką osiedlili się oni w Mekce, gdzie odwiedził ich Abraham i razem z Ismailem odbudowali oni Al-Kaabę (którą wznieść miał Adam). Twierdził więc, że narody arabski i żydowski wywodzą się od jednego praojca Abrahama i powinny żyć ze sobą w zgodzie, przyjaźni i jedności. Problem tylko polegał na tym, że Żydzi nie akceptowali Mahometa jako swojego proroka, gdyż twierdzili że epoka proroków już dawno minęła i Mahomet nie jest kolejnym prorokiem ich ludu. Czasem też robili sobie z niego żarty, gdy zaczął interpretować wiadomości zawarte w Torze w taki sposób, w jaki pragnął to uczynić, aby medyńska umma przetrwała. Niechęć Żydów do jego osoby była coraz powszechniejsza, szczególnie wśród plemienia Nahirydów zamieszkującego Medynę. To wszystko powodowało że jego początkowy entuzjazm w kierunku wyznawców religii Mojżeszowej szybko opadł, chociaż okazało się że Żydzi to wcale nie jest najważniejszy problem muzułmańskiej ummy w Medynie. 

Oto bowiem Abu Sufian - z którym niegdyś Mahomet przyjaźnił się jeszcze w Mekce - był bogatym kupcem którego karawana zmierzająca do Syrii liczyła 1000 wielbłądów. Tę karawanę zamierzał napaść Mahomet i była to jego pierwsza zbrojna akcja od chwili rozpoczęcia swojej działalności jako prorok. Przed swym domem w Medynie - mieszczącym się nieopodal meczetu, wywiesił biały sztandar Allaha i zebrał 313 muzułmanów (spośród których 77 było uciekinierami z Mekki), do wspólnej akcji przeciwko karawanie Abu Sufiana (miało to miejsce już w roku 623). Wyprawa nie była ani łatwa, ani prosta ponieważ karawanę ochraniało 100 konnych i 850 pieszych wojowników Kurajszytów. Mimo to Mahomet zorganizował zasadzkę, kazał wykopać niewielki okop gdzie schronili się atakujący, po czym modlił się do Allaha o wsparcie, prosząc również o pomoc zastępy anielskie. Gdy zaś na horyzoncie ukazała się karawana, Mahomet wsiadł na konia, cisnął grudką piasku trzymaną w dłoni i rzekł wskazując na przeciwników: "Niech ich twarze pokryją się zamętem", po czym ruszył do walki wraz ze swymi zwolennikami. Wrzask czyniony przez atakujących speszył obrońców i choć przystąpili oni do walki, karawana się rozpadła, a wielbłądy popędziły w swoją stronę. Zwycięstwo odniósł Mahomet, polec miało 70 Kurajszytów a drugie tyle wzięto w niewolę. Ciała poległych muzułmanie zbezcześcili, a dwóch najbardziej krnąbrnych jeńców skazali na śmierć, za resztę zaś wyznaczyli okup 2000 gram srebra. Abu Sufian dotknięty do żywego owa klęską i utratą tak licznej karawany z której czerpał zyski, wydał Mahometowi wojnę na śmierć i życie, gromadząc przeciwko niemu armię 3000 wojowników (w tym 200-konnych) i wraz z nimi ruszył przeciwko Medynie pod znakiem boga Hubala (a wraz z nim jego żona Henda i 15 innych dostojnych matron kupców kurajszyckich z Mekki, zagrzewających swych wojowników do walki). Mahomet musiał podjąć walkę, gdyż dalsza przyszłość muzułmańskiej ummy w Medynie stanęła teraz pod znakiem zapytania.




CDN.

02 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXIV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IX






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. IV



 Po uzyskaniu upragnionej prowincji Cylicji (upragnionej tylko i wyłącznie z powodu chęci objęcia dowództwa w wojnie z Pontem, nie zaś ze względu na bogactwa owej prowincji, której ona nie posiadała), Lucjusz Licyniusz Lukullus przystąpił czym prędzej do formowania legionu z którym wyruszy na Wschód, na wojnę z Mitrydatesem Eupatorem. A w tym czasie (symultanicznie) toczyły się inne wojny. O hiszpańskiej wojnie prowadzonej przez mariańczyka (który stał się prawdziwym, acz samozwańczym "królem Hiszpanii") Kwintusa Sertoriusza z rzymskimi wodzami: Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem (przezwisko "Pobożny" uzyskał on nie ze względu na swoją gorliwość religijną, a z powodu miłości ojcowskiej i starań, jakie przedsięwziął w sprawie powrotu swego ojca z wygnania, na które ten został skazany decyzją Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e. Metellus przez dwa lata pisał petycje i błagał o pozwolenie na powrót swego ojca do Rzymu, co ostatecznie zakończyło się sukcesem w roku 98 p.n.e. a od tej chwili otrzymał on przydomek "Pobożny") i Gnejuszem Pompejuszem (obaj byli przeciwnikami Mariusza, obaj też walczyli w armii Korneliusza Sulli, nic więc dziwnego że pałali niechęcią do mariańczyka jakim był Sertoriusz) i o ich walkach w Hiszpanii pisałem już w poprzednich częściach tej serii, warto jednak dodać jeszcze parę słów na temat samego Kwintusa Sertoriusza, a szczególnie powiedzieć coś na temat jego życia prywatnego i tego, jakim był człowiekiem.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że Sertoriusz był człowiekiem niezwykle pobożnym, lub też raczej zabobonnym. Będąc jednocześnie wykształconym i znając język grecki, znał również pisma Eratostenesa (greckiego geografa i matematyka, działającego głównie w Aleksandrii i żyjącego w III wieku p.n.e.), który kierując się wyznaczoną przez siebie datą upadku Troi (którą obliczył - przykładając tutaj naszą rachubę czasu - na 1183 r. p.n.e.), stwierdził że koniec świata nastąpi w 1000 lat po upadku Troi, (czyli lekko licząc wypadałby to rok 183 p.n.e.). Owszem, wówczas doszło do śmierci dwóch wybitnych wodzów i polityków: Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego - pogromcy Hannibala spod Zamy, oraz właśnie samego Hannibala, ale poza tym nic więcej się nie wydarzyło, świat się nie skończył (co prawda w tymże roku było kilka ciekawych znaków, zwiastujących nadejście czasów ostatecznych, aczkolwiek nic takiego wielkiego się nie wydarzyło. Wiosną tego roku wybuchła ogromna burza wraz z wichurą, która zniszczyła kilka świątyń i budynków prywatnych w Rzymie; zwaliła brązowe posągi w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, zniszczyła drzwi świątyni Luny na Awentynie - roztrzaskując je o ściany świątyni Cerery, zniszczyła również posągi wraz z postumentami w Cyrku Wielkim oraz zniszczyła dachy w kilku innych świątyniach Rzymu - ta nawałnica mocno przeraziła Rzymian i spodziewano się w niej właśnie oznak końca czasów. Zaś z końcem tego roku twierdzono że w świątyni Concordii przez dwa dni padał krwawy deszcz, a w pobliżu Sycylii miała wyłonić się z morskich odmętów nowa wysepka. Zorganizowano więc publiczne moduły o wstawiennictwo do bogów). 




W tym momencie wielu Rzymian (oczywiście tylko tych znających język grecki, bo cała pozostała masa rzymskich obywateli w ogóle się tym nie przejmowała, bo o tym nawet nie wiedziała, chociaż złowróżbne znaki były oczywiście zapowiedzią boskiej kary i dlatego składano masowo krwawe ofiary ze zwierząt na ołtarzach rzymskich świątyń, ale nie interpretowano przyszłej zagłady Rzymu w kategoriach dziejów Troi) zaczęło się zastanawiać czy to właśnie Eratostenes popełnił błąd w obliczeniach, czy też Sybilla (a raczej jej księgi), która również wyznaczyła koniec świata na tenże rok, wprowadziła ich w błąd? Ani jedna, ani druga opcja nie mogła zostać przyjęta, gdyż rzymska rachuba liczenia lat "od założenia miasta" pochodziła właśnie z obliczeń Eratostenesa, tak więc jeśliby uznano że popełnił błąd, należało również odrzucić ową rachubę. Więc może to Sybilla? Ale nie, to też nie wchodziło w grę, ona przecież nigdy nie oszukała dumnych synów grodu wilczycy. Uznano więc że źle zinterpretowano lata, które wyznaczył Eratostenes i wiek eratostenesowych lat to nie było 100 a 110 lat. Kierując się tą datą, uznano że Rzym został założony w 440 lat od chwili rozpoczęcia wojny trojańskiej (1193-440=753), a to oznacza że koniec świata nastąpi nie w tysiąc, a w 1100 lat po upadku Troi (rok ten zaś przypadał na 83 r. p.n.e.) i wówczas to właśnie - opierając się tą rachubą czasu - i przewidując upadek znanego świata (rzymskiego świata), Kwintus Sertoriusz (wraz z kilkunastoma towarzyszami) wypłynął daleko na morze, aż za "Słupy Herkulesa" (czyli Cieśninę Gibraltarską) kierując się ku "Wyspom Szczęśliwym", które według przepowiedni obiecać miał Jowisz wybrańcom wieku żelaza (Sertoriusz dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za owe "Wyspy Szczęśliwe", jako że klimat tam był ciepły, roślinność bujna - niczym w raju - a poza tym udało mu się pochwycić białą łanię lernejską - symbol bogini Diany, greckiej Artemidy). Do podróży owej dojść musiało właśnie w roku 671 od założenia Miasta (czyli w 83 r. p.n.e.), ale ponieważ była to podróż odkrywcza, a podróżnicy nie byli przygotowani na to, żeby od razu osiąść na owych wyspach, postanowiono powrócić tam wraz z zapasami, ekwipunkiem i resztą tych, którzy chcieli ocaleć z pogromu końca świata.




Tylko że do powrotu już nigdy nie doszło, jako że minął rok 671 od założenia Miasta (83 p.n.e.), a zapowiadany przez Eratostenesa i Sybillę koniec świata ponownie nie nastąpił. Zresztą Sertoriusz (z początkiem 82 r. p.n.e.) otrzymał namiestnictwo Hiszpanii (nastąpiło to jeszcze przed usunięciem reżimu popularów przez przybywającego ze Wschodu Korneliusza Sullę po zakończeniu I wojny z Mitrydatesem Eupatorem, który zdobył Rzym i krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, wprowadzając optymatyczny {a dziś byśmy nazwali go raczej konserwatywnym} reżim), potem zajęty był Sertoriusz walkami w północno-zachodniej Afryce (dzisiejsze Maroko), a ostatecznie (od roku 80 p.n.e.) rzucił wyzwanie reżimowi Sulli i wypowiedział posłuszeństwo Rzymowi. Warto oczywiście od razu zaznaczyć (gwoli uporządkowania wiedzy), że wydarzenia (roku 83 p.n.e.) związane właśnie z przepowiednią końca świata (oraz późniejszego zdobycia Rzymu przez Sullę w 82 r. p.n.e.) są traktowane jako pierwszy - wymieniony w tytule - cios, zadany rzymskiej Republice. Drugi cios (miał miejsce w roku 73 p.n.e.) związany był z wybuchem powstania Spartakusa, co było efektem uniewinnienia westalek (o czym już wcześniej wspominałem, ale pozwolę sobie jeszcze dokładniej to streścić), podejrzanych o złamanie ślubów czystości złożonych bogini Wescie. Trzeci zaś (w roku 63 p.n.e.) gdy doszło do zamachu stanu Lucjusza Sergiusza Katyliny, stłumionego następnie przez Cycerona (notabene niektórzy historycy uważają, że niechęć - a nawet nienawiść - Marka Antoniusza do Marka Tullusza Cycerona wzięła się stąd, że jego wuj - Gajusz Antoniusz Hybryda {konsul roku 63 p.n.e.} który pomógł Cyceronowi w stłumieniuwłaśnie Katyliny i z tego powodu otrzymał przy jego poparciu zarząd nad prowincją Macedonią, został z niej usunięty właśnie na wniosek Cycerona już w roku 60 p.n.e. Antoniusz uważał bowiem że Cyceron okazał się oszustem i że celowo pozbawił namiestnictwa jego wuja. W rzeczywistości jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że Antoniusz Hybryda został po prostu usunięty stamtąd ze względu na swoje zdzierstwa i bezwzględne łupienie podatkami mieszkańców owej prowincji). Tak oto nawiedziły Rzym owe trzy ciosy, które umieściłem w podtytule owej serii.

Wracając zaś do Sertoriusza, należy od razu dodać, że prywatnie był to prawdziwy... maminsynek. Jego miłość do matki była tak wielka, że gdy dostał wiadomość o jej śmierci - będąc już w Hiszpanii (a było to zapewne jakiś czas po 82 r. p.n.e.) to przez tydzień nie wychodził ze swego namiotu, cały czas ją opłakując. Pozostał by tam dłużej, ale jego żołnierze zmusili go do działań i zakończenia stanu wewnętrznej i zewnętrznej apatii. Po utracie matki przerzucił się na wiarę w opatrzność bogini Diany, której symbolem stała się biała łania lernejska, sprowadzona z "Wysp Szczęśliwych" i ona dodawała mu nie tylko otuchy, ale przede wszystkim ogromnej wiary w zwycięstwo. I rzeczywiście, kierując się tą wiarą (i zamykając się na długie godziny w jednym pokoju ze swą łanią, długo z nią rozmawiając oraz nasłuchując, co bogini przez owe zwierzę ma mu do przekazania) Sertoriusz był nie do pokonania przez prawie 8 lat zmagań wojennych. Bowiem zapał i ogromna wiara w opatrzność bogini udzielała się też jego hiszpańsko-rzymskiemu wojsku, a niestety walka z fanatykami często jest bardzo trudna, a wręcz niemożliwa do wygrania, jeśli druga strona również nie będzie fanatycznie przekonana o swoich celach i ostatecznym zwycięstwie (przykładem niech będą niesamowite wręcz zwycięstwa Arabów, prowadzonych przez Mahometa i jego następców w walkach z Rzymiano-Bizantyjczykami i Persami, czyli armiami które miały wielowiekowe tradycje, a były znoszone z pola niczym zboże latem. Armie koczowników rozbijały tamte wojska, kierując się właśnie niespożytą wiarą w życie pozagrobowe w Raju, u boku Allaha). I rzeczywiście, Sertoriusz pozostał niepokonany aż do swej śmierci. A zginął w wyniku zdrady, podstępnie zamordowany przez człowieka, który chciał zająć jego miejsce, a który nie miał ani jego charyzmy, ani jego wiary, ani jego autorytetu. Gdy więc tylko objął dowództwo nad pozostałościami armii Sertoriusza, Pompejusz nie miał już większych problemów z zakończeniem tego buntu (72 r. p.n.e.).




Tak więc (według Plutarcha - bo tylko on podaje imię matki Sertoriusza) miała ona zwać się Rhea (Reja) i pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej, zapewne (choć nie ma tutaj żadnej pewności) o korzeniach etruskich (jej imię zostało bowiem podane w różnych formach np. Rhaia lub Rahia). Sertoriusz w młodym wieku stracił ojca i tak naprawdę nigdy go nie znał, całe życie zaś wychowywała go matka (Plutarch przedstawia ją jako nową Kornelię, matkę braci Grakchów, która poświęciła swoje życie aby wychować synów na dobrych Rzymian, poświęcając przy tym swoje szczęście osobiste). Oczywiście nie ma żadnej informacji na temat tego, czy Reja ponownie wyszła za mąż, ale sugestia Plutarcha o tym, że poświęciła się wychowaniu syna, świadczy że prawdopodobnie nie. (Plutarch pisze też że) Sertoriusz po powrocie z "Wysp Szczęśliwych" (i potem, gdy był już w Hiszpanii) zawsze pragną wrócić do Rzymu, a jego jedynym celem powrotu była właśnie miłość do matki (rola matek od czasów Koriolana, poprzez właśnie braci Grakchów, po Sertoriusza, Nerona i Aleksandra Sewera, była niezwykle istotna w dziejach Rzymu). Niemiecki historyk - Theodor Mommsen (jeden z najsłynniejszych dziejopisów historii starożytnego Rzymu) tak oto pisał o Sertoriuszu: "Ten wspaniały człowiek, (...) miał naturę łagodną, a nawet czułą, czego dowodem jest jego niemal marzycielska miłość do matki Rei". Matka jednak nie była jedyną kobietą w życiu Sertoriusza, drugą była jego hiszpańska żona (informacje o niej - choć bez imienia, a także o zrodzonym z niej synu, poda jedynie Waleriusz Maximus). Jeśli istniała (a wydaje się że nie należy w to wątpić), to była możną kobietą z jednego z kluczowych hiszpańskich plemion (w przeciwnym razie Sertoriusz nie miałby powodu aby się z nią żenić). Jeżeli bowiem uznamy że dla Hiszpanów Sertoriusz był strategiem-autokratą - a takim samym tytułem określani byli dawni kartagińscy wodzowie, sprawujący kontrolę nad Hiszpanią, m.in.: Hazdrubal, Hamilkar Barkas, czy Hannibal Barkas, to od razu trzeba sobie uświadomić że oni wszyscy również poślubili dobrze urodzone kobiety, wywodzące się z różnych plemion iberyjskich. Wydaje się więc że poślubiając Hiszpankę, Sertoriusz szedł w ślady kartagińskich wodzów, tym samym wtapiając się w lokalne środowisko i stając się jego częścią. 




Należy bowiem dodać, że to, co uczynił w Hiszpanii Sertoriusz, było przełomowym aktem w kwestii romanizacji Hiszpanii i tworzenia jednego społeczeństwa spośród ludów zamieszkujących ówczesne Imperium. Szczególnie na polu edukacji poczynił on niesamowity postęp, który długo jeszcze nie został powtórzony. W każdym razie celem Sertoriusza było stworzenie wspólnego rzymsko-hiszpańskiego państwa, w którym nie będzie lepszych i gorszych (oczywiście mam tutaj na myśli narodowości, natomiast różnice majątkowe i stanowe oczywiście nadal istniały, byli też niewolnicy. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, a jedynie przestano uznawać Hiszpanów za ludność podległą). Żeby to sobie uświadomić, warto wyjaśnić jak działał rzymski system sprawowania władzy w prowincjach. Otóż na czele prowincji stał prokonsul lub propretor, który wylosował, lub też uzyskał (przykład Lukullusa - o którym pisałem w poprzedniej części) daną prowincję. Taki namiestnik był na prowincji "panem i Bogiem" życia i mienia mieszkańców tamtych ziem. Od niego zależał pobór podatków, on wyznaczał ich skalę i liczbę (często bywało tak, że w ciągu roku pobierano podatki kilka, a nawet kilkanaście razy, gdyż pierwsze podatki musiały zasilić kabzę namiestnika i jego otoczenia, a dopiero następne szły do Rzymu. Oczywiście kto nie mógł zapłacić podatków był brutalnie prześladowany, więziony, a nawet uśmiercany). Dlatego bogate prowincje były szczególnie łakomym kąskiem dla kończących urząd polityków rzymskich, którzy w czasie wyborów często się zadłużali, a zdobycie intratnej prowincji, to było jak skok do basenu pełnego krystalicznie czystej wody na środku pustyni. Innymi słowy ci, którzy w Rzymie utracili rodowe majątki lub też zadłużyli się po uszy, uzyskawszy taką prowincję wracali ponownie jako bogacze (nie wszystkim to się podobało. Ostro zwalczał tego typu praktyki Cyceron- co pokazałem chociażby na przykładzie Antoniusza Hybrydy - wuja Marka Antoniusza. Natomiast z chwilą ugruntowania się pryncypatu i przejęcia władzy przez Oktawiana Augusta oraz jego następców, stopień łupienia prowincji przez namiestników uległ znacznemu zahamowaniu. Przykład cesarza Tyberiusza jest tutaj dosyć wymowny, bo istnieje taka anegdota, która mówi że jeden z namiestników prowincji wysłał pewnego razu do Rzymu znaczne kwoty, sądząc że tym samym uzyska cesarską akceptację ze względu na swoje dokonania. Cesarz jednak zdjął go ze stanowiska, mówiąc przy tym: "Owce należy strzyc, a nie obdzierać ze skóry").




Namiestnik do pomocy w zbieraniu podatków i przeprowadzaniu audytów miał przy sobie kwestora (który również był zastępcą namiestnika na prowincji). Poza tym jego "dwór" składał się również z trybunów wojskowych, legatów, specjalistów cywilnych, oraz służby - która była niezbędna, aby umilić życie przedstawicielowi grupy społecznej nierobów nobilitas (potem również ekwitów, czyli rzymskiej klasy średniej). Rolę sądu najwyższego na prowincji pełniła rada sędziów, wybierana spośród ludzi mianowanych na to stanowisko przez namiestnika, a składających się z kwestora, legatów, trybunów wojskowych i kohorty "przyjaciół" ("amicorum"). Oczywiście rzymskie władze centralne (które rezydowały w największym lub najważniejszym mieście danej prowincji), nie mogły się zajmować wszystkim (zresztą było to niemożliwe), dlatego też większość spraw scedowano na samorządy, złożone albo z przedstawicieli lokalnych miast, albo lokalnych plemion. Sertoriusz umocnił władzę lokalnych plemion, wprowadzając ich przedstawicieli do stworzonego przez siebie Senatu, złożonego zarówno z Rzymian jak i Hiszpanów (co było wówczas nieakceptowalne społecznie, trzeba bowiem podkreślić jak wielkie oburzenie wywołało w Rzymie wprowadzenie do Senatu przedstawicieli galijskiego plemienia Eduów przez Gajusza Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e.). Poza tym otworzył on szkoły dla dzieci z rodzin hiszpańskich (oczywiście były to rodziny możne, bo tylko takie wówczas się liczyły, ale jednak) umożliwiając im darmową naukę łaciny i greki i tym samym starając się skonsolidować swoje "hiszpańskie królestwo". Innymi innowacjami wprowadzonymi przez Sertoriusza było mianowanie dwóch kwestorów w miejsce jednego, dodanie stanowiska pretora sprawującego pieczę nad sądami, stworzenie nowej administracji hiszpańskiej w sytuacji ciągle trwającej wojny oraz ustanowienie nowego Senatu (w miejsce tego "legalnego", istniejącego w Rzymie).




Tak wyglądały sprawy hiszpańskie. Ale nim Lucjusz Lukullus zebrał legion (na czele którego pomaszerował na Wschód, przeciw Mitrydatesowi), warto też zobaczyć jakie postępy w walkach z piratami poczynił ojciec późniejszego triumwira Marka Antoniusza, noszący to samo imię. 




CDN.

30 sierpnia 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. II

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. II






RODZINA
(608-668)
Cz. II



 Zwycięstwo jakie odniósł Herakliusz w wojnie z Persami, nie przyniosło mu mimo wszystko sławy wśród potomnych, bowiem zdobycze te nie były trwałe. To co utrwaliło jego imię w historii, to była wielka zmiana cywilizacyjna i społeczna jaka pojawiła się za jego rządów, a związana ona była ze zmianą charakteru państwa z typowo rzymskiego na całkowicie grecki. Greka która powoli wdzierała się na salony od II wieku naszej ery (szczególnie aktywna w promocji greki na Wschodzie i realnemu zrównaniu tego języka w prawach z łaciną, była małżonka cesarza Trajana - Pompea Plotyna, która szczególnie aktywna w tym dziele była po śmierci męża (117 r.) gdy już nie musiała pełnić roli augusty - notabene wstępując do Pałacu Cesarskiego na Palatynie w 98 r. rzec miała te oto słowa: "Abym taką, jaka tu wstępuje, taką i zejść mogła". To ona właśnie miała wyprosić na protegowanym swego małżonka, nowym cesarzu Hadrianie - z którego żoną Vibią Sabiną i teściową Saloniną Matidią się przyjaźniła - aby ok. 120 r. przyznał językowi greckiemu równe prawa z łaciną na Wschodzie Imperium. Hadrian zawdzięczał swoją władzę głównie trzem kobietom: właśnie Pompei Plotynie, swej teściowej Saloninie Matidii i żonie Vibii Sabinie. Dwie pierwsze kobiety bardzo szanował i cenił i często zasięgał ich rad, swej żony zaś nie znosił i często ją upokarzał publicznie, czego efektem była samobójcza śmierć Sabiny w 137 r. na rok przed śmiercią Hadriana. Plotka głosiła że umierając Sabina przeklęła Hadriana i z tego powodu on umierał w wielkich bólach). W każdym razie dzięki Plotynie greka coraz częściej była używana na Wschodzie (szczególnie we wschodnim kościele) i choć łacina wciąż była językiem administracji, to właśnie za rządów Herakliusza to wszystko uległo zmianie.


POMPEIA PLOTYNA



Widać to było szczególnie w tytulaturze. Dotychczasowy tytuł władcy, który brzmiał: "Imperator Cezar August", został zmieniony na grecki tytuł królewski "Basileus". Co prawda wciąż nie istniała możliwość dziedziczenia władzy z ojca na syna bez zgody Senatu i wojska - jak to miało miejsce dotychczas, ale radzono sobie z tym problemem poprzez wprowadzenie instytucji współcesarza, panującego równolegle z innym władcą (najczęściej była to relacja ojciec-syn, a czasem - choć rzadko - brat z bratem). Najczęściej - aby podkreślić że ten drugi jest dopiero przyszłym władcą - tytułowano go "Mikros Basileus" (wcześniej zaś jeden otrzymywał tytuł "Augusta" a drugi "Cezara"). Za rządów Herakliusza zmieniła się również moda (szczególnie męska) która związana była z utrzymaniem bądź nie utrzymaniem zarostu. W antycznej Grecji i w Rzymie w czasach najdawniejszych noszenie brody przez mężczyzn było oznaką ich mądrości, doświadczenia i męstwa. Ten wzorzec kultury zmienił dopiero Aleksander Wielki, od którego to rządów daje się zauważyć całkowity brak zarostu wśród kolejnych następców jego wielkiego Imperium, a z nich również czerpali wzór przywódcy innych krajów Śródziemnomorza. Rzymianie wydaje się porzucili noszenie bród mniej więcej w połowie IV wieku p.n.e. i ta moda na ogolone męskie lica przetrwała długo, bowiem aż do początku II wieku naszej ery (mniej więcej jakieś 500 lat). Wspomniany przeze mnie wyżej cesarz Hadrian, był pierwszym władcą rzymskim noszącym brodę i od jego rządów (117-138) kolejni cesarze również ją nosili w epoce największej chwały Imperium. Ponowna moda na bezwłose męskie twarze przyszła na początku IV wieku wraz z Konstantynem Wielkim (306-337) a jego następcy również kontynuowali tę modę (wyjątkiem był tutaj tylko cesarz Julian który sprawował władzę w latach 361-363, ale był to władca, który pragnął nawiązać do epoki filozofów - sam zresztą się uważał za filozofa i chciał odrodzenia dawnej rzymskiej religii oraz powstrzymania - będącego wówczas już religią panującą, choć jeszcze nieoficjalnie - chrześcijaństwa). Moda ta utrzymała się właśnie do czasów Herakliusza, który jako pierwszy z władców rzymsko-bizantyjskich nosił brodę.




Herakliusz - oprócz tego że nosił brodę, był dobrze zbudowany i toczył walki z Persami (o czym było w poprzedniej części), miał też inne wady oraz zalety, których do tej pory nie wymieniłem, a nad którymi warto się na moment zatrzymać. Nie znosił podróży morskich i bardzo bał się wody, dlatego też podróż jaką odbył z Kartaginy do Konstantynopola w 610 r. w celu obalenia Fokasa i zdobycia władzy, musiała być dla niego nie lada wyczynem. W ostatnich latach swego życia ten strach przed wodą morską przybrał wręcz objawy paranoi (oczywiście powody mogą być różne, ale nie należy wykluczyć również i tego, że strach Herakliusza przed wodą mógł się wziąć z faktu, że w swoim poprzednim życiu utonął, po prostu utonął, albo też został wyrzucony do wody, i było to dla niego tak traumatyczne przeżycie że przeszło na kolejne wcielenie), cesarz bowiem nie był w stanie znieść widoku morza i okna jego pałacu były zawsze zasłonięte grubymi kocami, tak, aby nie ujrzeć błękitu morskiej fali (ja zaś uwielbiam morze i uważam że jest to jeden z najpiękniejszych widoków, oprócz widoku piękna lasu i gór). Poza tym był bardzo wrażliwym człowiekiem - co przyznają autorzy jemu współcześni. Niekiedy ta wrażliwość obracała się przeciwko niemu samemu, bowiem nie mogąc w swym sumieniu zdecydować się na jakieś rozwiązanie, ulegał podszeptom innych osób (szczególnie swej drugiej żony Martyny i patriarchy Sergiusza), co powodowało że był dość łatwo sterowalny. Po objęciu władzy i swej koronacji w kościele Mądrości Bożej w Konstantynopolu w dniu 5 października 610 roku, poślubił i również koronował swą dotychczasową narzeczoną (która wzięła udział w jego wyprawie z Kartaginy do Konstantynopola) córkę afrykańskiego arystokraty (oczywiście pisząc "afrykańskiego" - mam na myśli rzymską prowincję Afrykę, bo w dzisiejszych czasach takie określenie może być mylące) Eudokię (białą kobietę, chociaż pewnie macherzy z Hollywood zrobiliby z niej murzynkę 🥴). Z tego związku na świat przyszło dwoje dzieci: córka Eudokia Epifania (urodzona w 611 r.) oraz syn Herakliusz Konstantyn (ur. w maju 612 r.). Małżeństwo to było szczęśliwe a Herakliusz naprawdę kochał swoją wybrankę, ale nie było im pisane długo cieszyć się sobą, gdyż już w sierpniu 612 r. Eudokia zmarła. Nie wiadomo kto wówczas z kręgu najbliższych współpracowników Herakliusza wpadł na pomysł, aby poślubił on Martynę, córkę swojej siostry Marii, czyli swoją siostrzenicę. W każdym razie Herakliusz się zgodził i po kilku miesiącach podchodów (gdyż patriarcha Sergiusz ostro zaprotestował przeciwko temu małżeństwu, twierdząc że pokrewieństwo jest zbyt bliskie) ostatecznie doszło do tego małżeństwa na początku 613 r.




Martyna urodziła Herakliuszowi dziewięcioro dzieci (sześciu synów i trzy córki). Większość dzieci była jednak chora (dwoje sparaliżowane, jeden głuchoniemy) i ostatecznie ojca przeżyło tylko trzech synów, którzy i tak byli za młodzi aby sprawować samodzielne rządy - Herakleonas, Dawid i Marinus. Martyna jednak była ambitną kobietą i postawiła sobie za cel wprowadzić na tron swojego syna, a nie pierworodnego - Herakliusza Konstantyna. Wiedziała też że chłopcy są zbyt młodzi aby samodzielnie sprawować władzę, dlatego też siebie planowała ogłosić regentką, a nawet cesarzową i ku temu zapewne szły jej prośby, aby Herakliusz w swym testamencie ją ogłosił cesarzową do czasu uzyskania pełnoletności przez jednego z jej synów (tak też się stało, co oznacza że Herakliusz miał słabą wolę i łatwo ulegał presji - szczególnie ze strony niewieściej). Należy też dodać że Martyna była bardzo niepopularna wśród ludu Konstantynopola. Uważano ją za mącicielkę, która "zatruwa umysł" cesarza i powszechnie sądzono że choroby i śmierć w młodym wieku jej dzieci, są właśnie karą Bożą za to małżeństwo. Herakliusz Konstantyn również odczuwał niechęć Martyny w stosunku do jego osoby. Ona bowiem chciała aby to jej syn został cesarzem, natomiast młody Herakliusz był w tym przypadku konkurentem do władzy - tym groźniejszym że pierworodnym i mającym duże poparcie ludu oraz wojska. Nim jednak Herakliusz wydał swój testament (w którym ogłosił swoją wolę), na wschodzie Imperium Romanum zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy.




W 610 r. (czyli w roku, w którym Herakliusz objął władzę w Konstantynopolu i nad całym Imperium), w jaskini na szczycie góry Al-Hira w pobliżu Mekki w południowo-zachodniej Arabii, pewien kupiec wywodzący się z plemienia Kurajszytów, imieniem Abu Muhammad Abd al-Malik Ibn Hisham doznał niezwykłego objawienia. Ukazać mu się miał bowiem archanioł Gabriel (Dżibril), który miał mu przekazać przesłanie Boga powołującego go na proroka i nawołującego do tworzenia nowej religii. Jest to bardzo ciekawe zagadnienie nad którym chciałbym się tutaj na moment pochylić. Zacznijmy może od tego, co wiadomo o samym Mahomecie, wybranym przez owego archanioła do roli nowego proroka. Otóż Mahomet miał się urodzić w roku 570 w plemieniu Kurajszytów, których głównym miastem była Mekka. Jego ojciec - Abd Allah b. Abd al-Muttalib poślubił Aminah bint Wahb, ale według tradycji islamskiej tuż przed spłodzeniem Mahometa siostra Waraqah b Nawhala (potrafiącego czytać w języku aramejskim chrześcijańską Biblię), chciała go namówić do wspólnego spędzenia nocy, gdyż miała ujrzeć na jego czole świetlisty znak, zwiastujący nadejście proroka. Abd Allah jej jednak odmówił i poszedł do żony z którą spędził noc i spłodził Mahometa. Na drugi dzień jednak poszedł do siostry Nawhala i to on zaproponował jej wspólną noc, ale wówczas ona odmówiła. Ponoć ów świetlisty znak - który widziała dnia poprzedniego - zniknął z jego czoła. Są to muzułmańskie przepowiednie nadejścia proroka Mahometa, spisane w "sirach" czyli "listach") i mające w jak najpiękniejszy sposób ukazać przyszłego twórcę nowej religii. Ale warto się zastanowić po pierwsze jak to rzeczywiście wyglądało, mam tutaj na myśli owe spotkanie Mahometa z archaniołem Gabrielem w jaskini na górze Al-Hira? a po drugie kim mógł być ów archanioł? Aby tę zagwozdkę wyjaśnić, posłużyć się muszę channelingami i tym, co na temat Mahometa one mówią (miałem o tym napisać w temacie o "Historii Wszechświata", ale postanowiłem tutaj zdradzić rąbek tajemnicy, gdyż zanim w tamtej serii dojdę do Mahometa, to upłynie jeszcze wiele wody w rzekach 😉, tym bardziej że jeszcze nie doszedłem nawet do zatopienia owej Atlantydy i wyjaśnienia w jaki to sposób nastąpiło).


LUDY ARABI SPRZED ZJEDNOCZENIA PRZEZ ISLAM 



Ale po kolei, ojciec Mahometa zmarł jeszcze przed jego narodzinami. Po śmierci męża matka Mahometa - Aminah bint Wahb żyła w nędzy i sama zmarła gdy ten miał 6 lat. Młody chłopak po stracie rodziców trafił pod opiekę swego wuja - Abu Taliba, który był kupcem. Odtąd pomagał mu w pracy i uczył się zawodu, który miał pełnić. W wieku 25 lat poślubił on 35-letnią, majętną wdowę - Khadijah bint Khuwajlid, dzięki czemu miał już zapewnioną stabilizację finansową i nie musiał martwić się o pieniądze, zajmując się intratnym handlem (głównie z Syrią). Od tej chwili jego życie jest niezwykle monotonne i skupione głównie na pomnażaniu dochodów. Mahomet zaś - przed spotkaniem z Gabrielem w jaskini Al-Hira - niczym szczególnym się nie wyróżniał, ani też niczego nie dokonał, ot, wiódł po prostu zwykłe życie majętnego kupca z Mekki. I nagle stało się coś niezwykłego - doznał on objawienia i spotkał archanioła, który kazał mu założyć nową religię a jego samego ogłosił prorokiem. Czy aby na pewno? Otóż nie! Po pierwsze: na początku objawienia nie ma nigdzie wzmianki o tym, że postacią która się objawiła Mahometowi był archanioł Gabriel. Po drugie zaś, samo objawienie było czymś przerażającym dla Mahometa i to nie tylko ze względu na fakt spotkania się z istotą anielską, ale wręcz przeciwnie, Mahomet bowiem był przekonany że to, co ujrzał, jest sprawką dżinów - czyli złych duchów mącących ludziom w głowach (pamiętajmy bowiem że obraz dżina jaki wytworzył się w kulturze europejskiej od czasów opowieści o Alladynie, jest bajkową fikcją. Należy bowiem pamiętać że w tradycji arabskiej dżin nie był fajnym gościem wychodzącym z butelki, dżin to był twór demoniczny, zwodzący ludzi i niszczący ich od wewnątrz). Dopiero Khadijah - jego małżonka utwierdziła go w przekonaniu że to, co ujrzał, było spotkaniem z wysłannikiem samego Boga (czyli Allaha, bo w języku arabskim nie ma innego określenia na słowo "Bóg"). I dopiero po tych rozmowach z żoną Mahomet daje się przekonać że rzeczywiście został powołany do roli proroka i że jego celem jest nawrócić ludzkość na islam (jak to mówią - "Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" 🤭. Innymi słowy najbardziej opresyjna dla kobiet religia na naszym ziemskim padole, tak naprawdę została... stworzona przez kobietę).




Żyjący w VIII wieku Muhammad Ibn Ischak (autor biografii Mahometa), tak oto opisuje owe jego spotkanie z tajemniczą istotą: "W roku i w miesiącu Ramadan, w którym Bóg chciał udzielić łaskę bycia posłanym (prorokiem) Mahomet wyszedł i skierował się ku grocie Hira, co miał w swoim zwyczaju i jego rodzina była z nim. W nocy, podczas której Bóg chciał jemu powierzyć łaskę bycia posłanym jako prorok i udzielić swoje miłosierdzie ludziom, którzy stali się jego sługami dzięki misji (Mahometa), Gabriel przyszedł do niego, aby obwieścić rozkaz Boga. Wysłannik Allaha powiedział: Podczas gdy spałem, Gabriel przyszedł do mnie, trzymając płaszcz z brokatu, we wnętrzu którego był pewien napis. Powiedział do mnie: czytaj. Odpowiedziałem: co mam czytać? Naciskał na mnie tak mocno, że myślałem, że umarłem, potem mnie oswobodził i mówi: czytaj! Spytałem: co mam czytać? I po raz trzeci na mnie naciskał, tak, że myślałem, że umarłem i mi mówi: czytaj! Ja to powiedziałem tylko po to, aby mnie uwolnił ze strachu, że ponownie uczyni mi coś podobnego. Powiedział: Czytaj w imię twojego Pana, który stworzył. Który stworzył człowieka z przylegania. Czytaj, twój Pan będąc bardzo hojnym, który uczy przez ciszę i który uczy tego co on ignoruje. Wysłannik Allaha mówi: ja to przeczytałem. Potem skończył i się oddalił ode mnie. Obudziłem się i (te wersety) były zapisane w moim sercu. Wyruszyłem z tego miejsca, gdy byłem pośród gór usłyszałem pewien głos z nieba, mówiący: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. Podniosłem głowę ku niebu by spojrzeć i zobaczyłem Gabriela pod postacią człowieka mającego swoje stopy na horyzoncie nieba, mówiącego: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. I zatrzymałem się tak, nie ruszając się ani w tę, ani w tamtą stronę". A teraz bliższa prawdy wersja żyjącego w IX wieku Muhammada Ibn Ismaila al-Buchariego: "Wysłannik Boga zaczął otrzymywać objawienia pod formą zwiastującego snu. Nigdy wcześniej nie śnił on w ten sposób, że byłoby to jako jasność dnia. Miał on skłonność do przebywania w samotności. Udał się on do groty Ḥira, przebywając tam przez kilka dni, aż do czasu gdy poczuł potrzebę zobaczenia swojej rodziny. U niej się zaopatrywał (w żywność) i wracał ponownie do groty. Udał się zatem do Khadîjah, aby zaopatrzyć się na kolejne dni wypoczynku duchowego, aż do czasu gdy otrzymał on prawdę w grocie Ḥira. Ukazał się mu Anioł (mówiąc): czytaj! (Mahomet) odpowiedział: nie umiem czytać. On chwycił mnie - powiedział Prorok - objął mnie dusząc, po czym mnie uwolnił i powiedział: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Ponownie mnie chwycił, objął dusząc, po czym mnie uwolnił mówiąc: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Po raz trzeci, mnie chwycił, objął mnie dusząc i uwolnił mnie i powiedział: Czytaj w imię twojego Władcy, który stwarza, On stworzył człowieka z czegoś, na czym się zaczepił. Czytaj, dobroć twojego Władcy jest nieskończona!".

Jak widać w obu tekstach są pewne różnice. Po pierwsze Buchari mówi że Mahomet sam udał się do jaskini na górze Al-Hira, natomiast Ischak twierdzi że był tam wraz z rodziną (czyli ze swą żoną). Po drugie: Buchari twierdził że Mahomet był analfabetą, Ischak że potrafił czytać, tylko nie wiedział co ma przeczytać. Nie wiadomo jaka była prawda i czy Mahomet rzeczywiście był analfabetą, czy też nie. Wydaje się jednak że chyba musiał znać jakieś podstawy alfabetu, jako majętny kupiec było mu to przecież potrzebne chociażby do spisywania umów, natomiast teoria Bucheriego w tym przypadku wydaje się mało prawdopodobna, aczkolwiek jest bardziej wzniosła, gdyż człowiek który nie potrafił czytać i pisać po spotkaniu z wysłannikiem Boga nagle miał zapisane "w sercu" całe wersety i mógł je odtworzyć. Wielu - szczególnie chrześcijan - twierdziło i nadal twierdzi, że postacią z którą spotkał się Mahomet nie był wcale archanioł Gabriel, tylko... sam Szatan, który się pod Gabriela podszywał (stąd tak dosyć dramatyczne spotkanie i traumatyczne przeżycie z tym związane). A ja pozwolę sobie pominąć ten wątek i przejść bezpośrednio do tego, co jest zapisane w channelingach na temat spotkania Gabriela z Mahometem. Z tego co udało mi się odczytać i zrozumieć z owych przekazów, niestety nie mam stuprocentowej pewności kim była postać, z którą w jaskini na górze Al-Hira spotkał się Mahomet (czy też doznać miał owego objawienia), ale... 




Channelingi mówią, że w tej kwestii mocno zamącili ci, którzy już wcześniej stworzyli zarówno judaizm jak i przede wszystkim chrześcijaństwo. Czyli Tjehooba przy wsparciu Plejadian. Wiem że temat który rozpocząłem nie jest związany z wątkiem cywilizacji pozaziemskich, ale pisząc to, chciałbym też sam zrozumieć czy dobrze interpretuję pewne fakty, które są tam przedstawione (w channelingach). Otóż po powstaniu chrześcijaństwa i po wysłaniu na ziemię Tjehoobanina, który narodził się w ziemskim ciele i w tej cywilizacji pod imieniem Jezusa z Nazaretu, uznano że misja "Syna Człowieczego" realnie nie spełniła zakładanych na początku celów (pamiętajmy że cel tej misji był jeden, za to bardzo ważne Chrystus który narodził się w Betlejem od początku miał cel którym była śmierć za ludzkość, śmierć w celu podniesienia wibracji naszej planety a przede wszystkim duchowej odmiany nas samych, gdyż jeśli oddajesz swoje własne życie za drugą osobę, to jest to takie wyzerowanie wszelkich dotychczasowych energii nagromadzonych w ciągu całego życia, a w tym przypadku być może całych pokoleń, że następuje duchowe odrodzenie moralne i ono może przybierać bardzo różne formy. Przykładem niech będzie chociażby śmierć w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz ojca Maksymiliana Kolbego w sierpniu 1941 r. Przecież swoim poświęceniem ojciec Kolbe ocalił nie tylko życie tego człowieka który był pierwotnie wytypowany na śmierć, ale również całej jego rodzinie, to było nowe życie nowe dobro które on napełnił ich i ich bliskich i ich następców. A Chrystus był potężnym avatarem {jednym z takich znanych mi współczesnych równie potężnych postaci był chociażby Sai Baba}, kimś tak wielkim, że jego śmierć realnie odmieniła dzieje naszej cywilizacji, dzieje całej Ludzkości).




 Cel tamtej misji był  szczytny, chodziło bowiem o podniesienie wibracji zarówno planety Ziemia, jak i mieszkających na niej istot ludzkich w taki sposób, aby przestano się skupiać na materialistycznej religijności i zaczęto więcej miejsca poświęcać duchowości. Miało to (m.in.) przyśpieszyć uzyskanie samoświadomości Ludzkości i zrozumienia, iż nie jesteśmy sami we Wszechświecie (a przede wszystkim chodziło o to, żeby przekazać nam, że istnieje coś takiego jak Federacja Galaktyczna, i że Jego powrót - o którym mówił Chrystus, może nastąpić w sposób dla nas zupełnie nieoczekiwany i zupełnie nie taki, jak głoszą to kapłani. Będzie to bowiem powrót do świadomości "Dzieci Galaktycznych", do zbiorowej społeczności Istot naszego Wszechświata, ale wydarzy się na to na drodze ponownej duchowej odnowy. Spójrzmy bowiem jak bardzo zmieniła się mentalność nas samych od czasów nawet nie tyle średniowiecza, co chociażby wieku XIX. Obecnie wszystko mocno przyspieszyło i siły które chcą nas zniewolić - a takie są i są potężne, chociaż nie na tyle żeby zwyciężyć - doskonale o tym wiedzą starają się nie dopuścić do tego co ma ostatecznie nastąpić z naszym duchowym odrodzeniem). Ostatecznie uznano że misja ta zakończyła się niepowodzeniem. Owszem, osiągnięto pewne rezultaty, ale były one niewystarczające i niezadowalające dla tych, którzy to rozpoczęli. Wydaje mi się jednak że spotkanie jakie przeżył Mahomet na górze al-Hira, nie miało żadnego związku ani z Plejadami (głównymi sprawcami zatopienia Atlantydy) ani z Tjehooba. Nie jest to wyjaśnione, więc są to jedynie moje domysły, ale wydaje mi się że w tej materii zadziałali dawni Nibiruanie, którym misje Plejadian i innych członków Federacji Galaktycznej niezbyt przypadły do gustu. Prawdopodobnie więc spotkanie w jaskini było sennym przekazem wysłanym właśnie przez Nibiruani, którzy kiedyś władali całym regionem dzisiejszego bliskiego Wschodu (wojny piramidowe etc. etc.), a potem przez pojawienie się Jezusa z Nazaretu wiele z tych rzeczy utracili (a raczej utracili nad tym kontrolę, jaką starali się sprawować pomimo fizycznego opuszczenia Ziemi, pozostawiając tutaj na kluczowych stanowiskach królów i władców swoje potomstwo - ród Adama). Jestem więc przekonany że to była ich sprawka (wszystko praktycznie wskazuje na ich rolę w tym procesie, zresztą opowiem jeszcze jak podzielili świat pomiędzy swoje potomstwo - zarówno to nibiruańskie jak i to ziemskie - i jak pragnęli utrzymać dominację. Zresztą w trakcie owego objawienia było przykazane, że ów archanioł stwierdził iż występuje w imieniu Pana, stworzyciela człowieka - a kto był stworzycielem ADAMU? 🤔), ale zarówno Plejadianie jak i Tjehooba też mocno tutaj zakręcili (lecz jak to dokładnie wyglądało, o tym opowiem już w temacie Historii Wszechświata).


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...