WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOMOSEKSUALIZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOMOSEKSUALIZM. Pokaż wszystkie posty

30 czerwca 2026

MEMORIAM - Cz. XXI

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VI






CO Z TYM WSCHODEM?


 Po podpisaniu pokoju w Dardanos (85 r. p.n.e.) wydawało się że konflikt Rzymu z królem Pontu - Mitrydatesem VI Eupatorem ostatecznie się zakończył, ale ci, którzy tak myśleli byli w wielkim błędzie. Po pierwsze pokój z Dardanos (król Pontu musiał zrezygnować ze wszystkich swoich dotychczasowych zdobyczy w Azji Mniejszej, uznać Grecję i prowincję Azję za część składową Imperium Romanum, zapłacić 3000 talentów odszkodowania i wydać Rzymianom całą swoją flotę) nie satysfakcjonował żadnej ze stron; Mitrydates wciąż pozostawał najpotężniejszym władcą hellenistycznego Wschodu i czekał sposobności ponownego podporządkowania sobie reszty małoazjatyckich królestw; rzymski Senat zaś nie mógł ścierpieć faktu, iż zmuszony był pozostawić u władzy króla, który dopuścił się nieprawdopodobnych zbrodni na Rzymianach i Italikach zamieszkujących prowincję Azję (dawne Królestwo Pergamonu - "Państwo Słońca" jak o nim mawiano jeszcze w czasach hellenistycznych). Dla obu stron było więc pewne, że zawarty w Dardanos pokój był jedynie krótkotrwałym zawieszeniem broni, celem wzmocnienia się obu stron przed kolejnym starciem. O tym, że Rzymianie nie zamierzają odpuścić, przekonał się Mitrydates już w dwa lata później, gdy namiestnik Azji - Lucjusz Licyniusz Murena zaatakował jego królestwo (83 r. p.n.e.) pod pozorem niewypełnienia postanowień traktatu z Dardanos. Atak ten został odparty, ale to wcale nie zniechęciło Mureny do dalszych działań i już w następnym roku (82 p.n.e.) ponownie zaatakował Pont, tym razem pod pretekstem zawarcia przez Mitrydatesa sojuszu z władcą Kapadocji - Ariobarzanesem. I ten atak został odparty, zaś nie mogąc liczyć na wsparcie Rzymu i Italii (w której to toczyła się wojna domowa optymatów z popularami), a także buntem Sertoriusza w Hiszpanii, Murena został zmuszony na początku 81 r. p.n.e. do ponownego zawarcia pokoju ze znienawidzonym królem Pontu, ale nie chcąc się z nim widzieć twarzą w twarz, uczynił to przez pośrednika (wybrał do tego zadania władcę Kapadocji - Ariobarzanesa, z którym wcześniej Mitrydates zawarł sojusz; teraz zaś Ariobarzanes występował w roli pośrednika pomiędzy Rzymem a Pontem i w imieniu Republiki podpisał pokój).




Ta krótkotrwała wojenka (zwana w historiografii szumnie "Drugą wojną z Mitrydatesem") zakończyła się ostatecznie sukcesem króla Pontu, jako że podporządkował on sobie plemiona żyjące w rejonie Bosforu, które już wcześniej pragnął ujarzmić. Murena zaś (człowiek Sulli, pozostawiony w charakterze namiestnika Azji w 84 r. p.n.e. i mający pilnować na Wschodzie interesów dyktatora) większe sukcesy odniósł w walkach z piratami na morzu, niż z królem Pontu. W 83 r. p.n.e. (tuż przed atakiem na Mitrydatesa) kazał on umieścić trzy kamienne inskrypcje w języku greckim (w Kaunos, na Rodos i w Mesenii) w których to nazywał się: "Dobroczyńcą", "Opiekunem" i "Zbawcą" Hellady; a owym zbawcą stać się miał właśnie po pokonaniu karyjskich piratów pod wodzą Moagetesa, tyrana Kibyry. Nie wiadomo na ile jest to prawdziwe osiągnięcie, jako że Kibyrowie raczej nie parali się piractwem, zaś sam Moagetes (choć rzeczywiście był tyranem tertapolis w południowej Anatolii - rejon ten na wyżej zaprezentowanej mapce oznaczony jest słowem "Pirates" i leży na zachód i północ od Licji), najprawdopodobniej nie przewodził piratom (tutaj jednak należy poprzestać na domysłach, jako że z braku źródeł nie mam na ten temat pełnej wiedzy). W każdym razie Murena ogłosił się pogromcą piratów i tak już zostało, zaś po niepowodzeniu ataku na Pont i zakończeniu swego namiestnictwa, powrócił on do Italii (81 r. p.n.e.) nie rozwiązawszy wielu istotnych spraw, wciąż gnębiących tamtejszych Rzymian i Greków (np. nierozwiązana kwestia miasta Mityleny na Lesbos), za to w glorii sławy "pogromcy piratów". Jego miejsce w prowincji Azji zajął Marek Minucjusz Termus, który szybko rozgościł się na Wschodzie (szczególnie zaś w pięknej willi w Kolofonie, z której to był wspaniały widok na miejscowy port; podziwiał go - przybyły tam również w 81 r. p.n.e. - 19-letni wówczas Gajusz Juliusz Cezar. Cezarowi bardzo się tam spodobało, szczególnie że to właśnie w Kolofonie (mieście leżącym na północny-zachód od Efezu) po raz pierwszy zetknął się ze zbytkiem i (często) zniewieściałością Orientu, jakże różnej od życia w Rzymie, gdzie wciąż jeszcze ideałem była chłopska pracowitość, oszczędność, ofiarność dla sprawy publicznej i męstwo. Podstawowe cechy Rzymianina brzmiały: Wierność, Męstwo i Praca (swoją drogą Timagenes - grecki historyk i retor z Aleksandrii, wzięty przez Rzymian jako jeniec w 55 r. p.n.e. i potem wyzwolony przez Oktawiana Augusta - jako przyczynę upadku hellenistycznych królestw upatrywał (m.in.) ich zniewieściałość i pod tym względem skrycie podziwiał Rzymian, którzy wciąż utrzymali dawne, patriarchalne cnoty, dzięki którym ich kraj stał się potęgą. Timagenes jednak - choć pół życia spędził w Rzymie - nigdy nie uległ urokowi tego miasta i zawsze gdy Rzymianie toczyli boje z jakimś ludem na Wschodzie, brał stronę owych "barbarzyńców". Kiedyś stwierdził nawet, że pożary Rzymu smucą go tylko z tego powodu, że na miejsce starych gmachów, powstaną nowe, jeszcze wspanialsze. Wyzwolony przez Oktawiana, należał do ścisłej elity intelektualnej ówczesnego Rzymu, którego do swej śmierci nie przestał nienawidzić).




Nowy rzymski namiestnik Azji wytyczył sobie cel ostatecznego zdobycia Mityleny - miasta na wyspie Lesbos, które (w 88 r. p.n.e.) przyłączyło się do Mitrydatesa VI i które do tej pory było wrogie Rzymowi, niczym bolesna zadra tkwiąca w palcu. Co prawda Minucjusz Termus posiadał sporą flotę (rozbudował ją Murena), ale wydawała się ona niewystarczająca do całkowitego odcięcia miasta i zmuszenia go do kapitulacji, dlatego też wysłał młodego Cezara na dwór króla Bitynii - Nikomedesa IV. Tam też, w Nikomedii Cezara olśnił zbytek Wschodu, którego nie widział nawet w Kolofonie. Na jego powitanie Nikomedes nakazał rozsypać po drodze płatki róż, zaś mijane marmurowe posągi z pozłacanymi obręczami, sprawiały wrażenie niezwykłości a nawet nieziemskości. Jakże inaczej było w surowym Rzymie, gdzie budynki były wznoszone w najprostszy sposób z myślą głównie o użyteczności sakralnej i codziennej. Jakże złe wrażenie robił na tym młodym człowieku jego rodzinny Rzym, gdzie nieczystości były wylewane wprost na ulice, a samo miasto wciąż przypominało dużą wieś otoczoną pewną ilością murowanych świątyń i gmachów publicznych, niż typową hellenistyczną metropolię. Tu, w Nikomedii Cezar nie widział chodzących po ulicach kur, kóz czy świń, których w Rzymie było mnóstwo i które nie rzadko wchodziły do domów co poniektórych mieszkańców grodu Romulusa. Tam, w pałacu Nikomedesa Cezar stracić miał kontrolę i oddać się wyuzdanym orgiom, które przygotował dla niego władca Bitynii i ponoś oddawał się tam "miłości greckiej", która w świecie hellenistycznym nie była już uważana za niewłaściwą (choć wcześniej homoseksualizm był w Grecji często praktykowany, ale głównie dotyczył relacji pan-niewolnik lub dorosły mężczyzna-chłopiec, zaś w epoce hellenistycznej te zasady moralne już dawno ustąpiły i nikt nie zwracał uwagi na detale "męsko-męskiej miłości"), jednak wśród Rzymian nie było to popularne ani akceptowane (pisałem już kiedyś o tym, jak siostrzeniec Sulli zakochał się w pewnym oficerze, a jego "amory" były zbyt nachalne, co doprowadziło do śmierci owego młodzieńca. Sulla nie tylko nie zganił owego żołnierza i nie ukarał go za zabójstwo, ale dowiedziawszy się powodu zabicia swego siostrzeńca, przyznał mu jeszcze nagrodę), dlatego też, gdy Cezar powrócił z Nikomedii, za nim już podążała plotka, jakoby stał się tam kochankiem króla Nikomedesa i żołnierze Minucjusza Termusa żartowali sobie, mówiąc o młodym Cezarze: "Oto kochanka Nikomedesa, oto królowa Bitynii". W każdym razie Cezar sprowadził z Nikomedii potrzebną Termusowi flotę, przy pomocy której ów wódz zmusił Mitylenę do kapitulacji (80 r. p.n.e.). Wkrótce potem Termus został odwołany z namiestnictwa w Azji i wrócił do Rzymu (zaś Cezar - na krótko - powrócił... na dwór Nikomedesa 🥴). Jego miejsce zajął (79 r. p.n.e.) prokonsul Gajusz Klaudiusz Neron - za którego rządów powstała nowa rzymska prowincja - Cylicja, obejmująca ziemie Pamfilii i Cylicji Górzystej, zaś bez terenów Cylicji właściwej - przeto nowa prowincja nie odzwierciedlała prawdziwego zasięgu owej krainy; zaś pierwszym jej namiestnikiem został wybrany Gnejusz Korneliusz Dolabella.




W roku 78 p.n.e. król Mitrydates Eupator postanowił jakoś porozumieć się z Rzymianami i poprosić Senat o przyznanie mu statusu "przyjaciela" ("amicus") Ludu Rzymskiego, ale wysłanych posłów nie miał kto przyjąć i Senat odmówił im posłuchania (stwierdzono wówczas że senatorowie są zbyt zajęci by przyjąć posłów, co było jawną deklaracją nieprzyjaźni i publicznym policzkiem wymierzonym człowiekowi, który dziesięć lat wcześniej nakazał wymordowanie wszystkich Rzymian i Italików w zdobytej przez siebie prowincji Azji). Gest ten był nad wyraz jasny i widoczny dla wszystkich - Rzym nie ma zamiaru czynić z mordercy swego przyjaciela i wciąż traktuje go jako wroga ("hostis"), a nie wszczyna z nim wojny tylko dlatego że zajęty jest na innych frontach, ale gdy tylko się umocni, natychmiast odnowi wojnę z Pontem. Wiedział o tym sam Mitrydates (który w rozmowie z królem Partów otwarcie przyznał: "Rzym nie zaatakował mnie wówczas tylko dlatego, że przeszkodziły mu w tym kłopoty w innych częściach tego państwa"). Wojna była więc pewna i należało dobrze się do niej przygotować i król Pontu tak właśnie uczynił. Zlikwidował nieefektywne wielojęzyczne, niezdyscyplinowane oddziały, zastępując je karnymi jednostkami sformowanymi na kształt rzymskiego legionu. Również w polityce Mitrydates dobrze przygotował się do pewnej konfrontacji z Rzymem, zawiązując sojusze z wieloma państwami i ludami (swoje córki: Nysę i Mitridatis wydał za faraona Ptolemeusza XII Auletesa [ojca królowej Kleopatry VII] i jego brata Ptolemeusza władcę Cypru; ten jednak sojusz, gdy już przyszło do wojny - na niewiele się zdał, jako że Egipt był wówczas politycznie i militarnie uzależniony od Rzymu, a Rzym uzależniony był od dostaw egipskiego zboża). Sprzymierzył się Mitrydates z Sarmatami, Scytami z Azji, z mieszkańcami Taurydy, z Trakami i oczywiście z... piratami, którzy już w poprzednich wojnach wyświadczali mu spore usługi. W 75 r. p.n.e. posłał Mitrydates do Hiszpanii dwóch byłych żołnierzy z armii Gajusza Flawiusza Fimbrii (stronnika Cynny i Mariusza, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód do walki zarówno z królem Mitrydatesem, jak i z Korneliuszem Sullą), byli to: Lucjusz Magiusz i Lucjusz Fanniusz; ich celem było zawarcie sojuszu z rzymskim renegatem Kwintusem Sertoriuszem (byłym oficerem Gajusza Mariusza, od 80 r. p.n.e. sprawującym niepodzielną władzę quasi-królewską w Hiszpanii i toczącym wojnę z Rzymem, oraz zwycięskim stronnictwem optymatów dyktatora Sulli). I tak właśnie się stało, Sertoriusz posłał Mitrydatesowi jednego ze swoich oficerów - Marka Mariusza (który miał koordynować przekształcenie armii pontyjskiej na sposób rzymski), oraz oddał królowi wolną rękę w Bitynii, Kapadocji, Galacji i Paflagonii w zamian za co król Pontu obiecał Sertoriuszowi posłanie pieniędzy i okrętów do Hiszpanii (tak mówi oficjalny przekaz historyczny, realnie jednak należy pamiętać że Sertoriusz mimo wszystko nie był zdrajcą, a to, czego by się dopuścił w tym układzie, było jawną zdradą rzymskich interesów a przede wszystkim zdradą Ludu Rzymskiego. Wydaje się więc że sojusz z Mitrydatesem - jeśli w ogóle do niego doszło - był efemeryczny).


MITRYDATES VI EUPATOR



Rzymianie wciąż jednak nie podejmowali rzuconej im rękawicy i choć w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, nie poczyniono wówczas większych przygotowań do obrony, sądząc zapewne że władca Pontu nie zdecyduje się na atak. W tym czasie walki toczyły się na innych ziemiach rzymskiego Wschodu i tak w 77 r. p.n.e. nowy namiestnik Cylicji - Publiusz Serwiliusz Watia zajął wybrzeża Licji i Pamfilii, umacniając tym samym granice swojej prowincji; zaś namiestnik Macedonii - Appiusz Klaudiusz Pulcher skutecznie walczył z ludami Skodrysków i Rodopanami. W 75 r. p.n.e. nowy namiestnik Macedonii - Gajusz Skryboniusz Kurion rozpoczął kampanię przeciwko Dardanom (ludowi zamieszkującemu ziemie dzisiejszej południowej Albanii i Macedonii), a w ciężkich walkach dotarł wówczas aż do Dunaju (prawdopodobnie po raz pierwszy w rzymskich dziejach), ale zdobyczy swoich nie był w stanie utrzymać, jako że wojsko odmówiło dalszej walki (jak pisał Fronton: "Gdy konsul Gajusz Kurion prowadził kampanię przeciwko Dardanom w okolicach Dyrrachium, jeden z pięciu legionów wszczął bunt, odmówił dalszej służby i stwierdził, że nie będzie brał udziału w trudnej i niebezpiecznej ekspedycji, rozkazał pozostałym czterem legionom uzbroić się i stanąć w szyku pod bronią, tak, jak do bitwy"). Bunt ten został stłumiony siłą (przez zastraszenie mniejszej liczby buntowników, część żołnierzy została ukarana - nie wiadomo jednak w jaki sposób - wiadomo tylko że zbuntowany legion brał udział w walkach już kilka lat i żołnierzom nie uśmiechało się dalej walczyć z "barbarzyńskimi" plemionami i pragnęli zostać wycofani na tyły. Swoją drogą takie bunty w armii rzymskiej wcale nie należały do rzadkości i żołnierze buntowali się dość często przeciwko wojnom, których nie pojmowali i poświęceniu, którego wówczas od nich wymagano). Jednak zdobycze Kuriona w kraju Dardanów przepadły. W owym 75 r. p.n.e. namiestnik Cylicji dalej kontynuował walki i doszedł do gór Taurus, pokonując tam lud Izaurów. A tymczasem w Poncie trwały gorączkowe przygotowania do wojny, wykuwano broń, masowo ścinano lasy pod budowę nowych okrętów i szkolono rekrutów. Mitrydates wiedział że ta konfrontacja zadecyduje o przyszłości Wschodu na kilka dekad i czynił wszystko, by usunąć jakiekolwiek błędy i niedoskonałości w swojej armii, które w poprzednich latach były powodem jego militarnych klęsk w starciu z rzymską machiną wojenną.




A tymczasem w 74 r. p.n.e. w Nikomedii ostatnie tchnienie wydał stary zbereźnik, król Bitynii - Nikomedes IV Filopator (który utrzymywał w swoim pałacu harem złożony z młodych niewolników obojga płci i który swym zbytkiem i nieskrępowaną niczym seksualną ekspresją tak zauroczył Cezara). Ponieważ Nikomedes (pomimo "bzykania" wszystkiego na prawo i lewo) nie pozostawił po sobie następców (ponoć nie miał też i córek), w swym testamencie całe Królestwo zapisał Rzymowi (podobnie jak prawie sześćdziesiąt lat wcześniej uczynił król Pergamonu - Attalos III Euergetes). Teraz, namiestnik prowincji Azja - Marek Junkus Sylanus przygotowywał się do przejęcia Bitynii i zamienienia jej w kolejną rzymską prowincję, ale opanowanie tej ziemi oznaczałoby że Rzymianie całkowicie kontrolowaliby cieśniny wychodzące z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Trackie i Morze Egejskie, a to doprowadziłoby do zamknięcia Pontu w "kotle" z którego trudno byłoby się wydostać. Dlatego też Mitrydates nie uznał testamentu Nikomedesa i sprzeciwił się opanowaniu tej krainy przez Rzymian (sam bowiem miał ochotę zająć tę ziemię i to niekoniecznie w wyniku podboju, uważał bowiem że również ma prawo do tronu bityńskiego i to jemu właśnie - po śmierci ostatniego króla z rodu Basydów - przypaść powinna korona). W Rzymie tymczasem w owym 74 r. p.n.e. konsulat sprawowali - Marek Aureliusz Kotta i Lucjusz Licyniusz Lukullus, który w czasach Sulli wsławił się walkami z królem Pontu i teraz pragnął powtórzyć i powiększyć swą sławę. Wojna jednak wciąż nie była oficjalnie rozpoczęta, a król Mitrydates - niezwykle ostrożny - nie zamierzał zaczynać konfliktu bez pomocy swych sojuszników i czekał na ich przybycie do Pontu. Głównym portem kraju (i miejscem w którym najczęściej przebywał Mitrydates ze swoim dworem) była Synopa (ponoć Mitrydates z tamtejszego pałacu miał widok nie tylko na port i morze, ale również na pobliską lagunę), którą od reszty kraju oddzielała rzeka Halys. Synopa leżała zaś w kraju zwanym Paflagonia, którego to północne regiony opanowali Pontyjczycy, ale reszta tej krainy mogła sprawiać pewne problemy w przypadku dotarcia sojuszniczych kontyngentów do Synopy, dlatego też pierwszym zadaniem Mitrydatesa stało się opanowanie całej Paflagonii. Była to nieduża kraina, leżąca na wschód od Bitynii, ale miała kluczowe znaczenie pod względem strategicznym, dlatego też szybkim marszem władca Pontu opanował Gangrę (stolicę i największe miasto Paflagonii), przyłączając tę krainę do swego Królestwa. Tak oto Junkus Sylanus zaczął urządzać się w Bitynii, zaś Mitrydates w Paflagonii i zarówno jedna jak i druga strona nie zamierzały tego tolerować. Dla Rzymian wreszcie pojawiła się okazja wyeliminowania mordercy kobiet i dzieci (okrucieństwo jakiego dopuścili się wówczas Pontyńczycy i ci Grecy, którzy przyłączyli się do owych mordów na Rzymianach i Italikach - w dużej liczbie starcach, kobietach i dzieciach - można porównać z tym, co działo się na Wołyniu w latach 1943-1945, tym bardziej że skala tych mordów była również ogromna), zaś dla Mitrydatesa owa wojna była okazją do zjednoczenia całej Azji Mniejszej pod swymi rządami i stworzenia tam nowego, hellenistyczno-irańskiego królestwa zdolnego zatrzymać rzymskie postępy uczynienia z Mare Internum (Morza Śródziemnego) Mare Nostrum ("Naszego" czyli rzymskiego Morza).




PS: Jako ciekawostkę warto jeszcze nadmienić, że na początku 74 r. p.n.e. Gajusz Juliusz Cezar wypłynął z Rzymu na Rodos, aby pobierać tam studia retoryczne w szkole sławnego Molona, u którego wcześniej terminował Cyceron. Po drodze jednak miał pecha, w pobliżu wysepki Farmakusa jego okręt został zaatakowany przez piratów a Cezar dostał się do ich niewoli. Pozwolili oni Cezarowi posłać swoje sługi do miast greckich, celem zebrania okupu. W tym czasie Cezar zdołał przekonać swych porywaczy że im nie ucieknie i nie trzymali go cały czas pod strażą, a nawet grywał z nimi w kości i dowcipkował. W czasie tych "przyjaznych" biesiad, niby w żartach mówił, że gdy tylko odzyska wolność, każe ich wszystkich ukrzyżować. Traktowali oni owe słowa nie jako pogróżki, a jako dobry żart, tym bardziej że młody Cezar nie tylko nie dysponował żadną siłą wojskową, ale nie pełnił też żadnego politycznego urzędu, dającego mu jakąkolwiek władzę. Ponoć piraci zażądali za uwolnienie Cezara ogromnej sumy 2 talentów, ale ten uznał to za zniewagę jego rodu (wywodzącego się przecież od Askaniusza/Julusa syna Eneasza, uciekiniera spod Troi) i podwyższył okup za siebie do... 50 talentów. Gdy po 40 dniach niewoli okup ten został zebrany i dostarczony (przez sługi Cezara) do rąk piratów, Cezar został uwolniony i odstawiony do portu w Milecie. Tam natychmiast (bez chwili wytchnienia) nakazał obsadzić okręty stojące w tamtejszym porcie opłaconymi przez siebie ochotnikami i sam wypłynął na ich czele w pościg za niedawnymi porywaczami. Zaskoczył ich przy tej samej wysepce Farmakusie (na której był przetrzymywany) i po krótkiej walce (kilka pirackich okrętów zatopiono, większość poddała się prawie bez walki) ci sami piraci stali się teraz jeńcami Cezara. Odstawił on ich do Pergamonu, gdzie wyrok na nich (zgodnie z prawem) wydać miał namiestnik prowincji Azji - Marek Junkus Sylanus. Tego jednak nie było, przebywał wówczas w Nikomedii, gdzie przygotowywał Bitynię pod przejęcie przez rzymskich prokuratorów. Cezar wysłał do niego list, żądając ukarania piratów i skazania ich na ukrzyżowanie, ale Sylanus (powodowany zapewne ambicją i zawiścią, jakoby jakiś młokos wydawał mu polecenia co też ma uczynić) oficjalnie odmówił i polecił piratów sprzedać jako niewolników. Cezar jednak nie czekał na odpowiedź namiestnika i polecił zarządcy więzienia natychmiastowe wykonanie wyroku śmierci na piratach (oczywiście deklarując że taki był rozkaz Sylanusa). Gdy więc posłaniec z Nikomedii wjeżdżał w bramy Pergamonu z listem namiestnika w sprawie piratów, ci wisieli już na krzyżach. Tak oto Cezar urzeczywistnił groźbę, która wówczas dla jego porywaczy wydawała się być zwykłą groteską.




CDN.

16 maja 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VIII

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





IV
KOBIECY SENAT i
RZYMSKI MATRIARCHAT
(218 - 235)
Cz. I




Krótki, bo zaledwie siedemnastoletni okres istnienia "Senatulusa" (czyli "Małego Senatu" - jak w 1529 r. ów senat złożony z kobiet - nazwał Erazm z Rotterdamu), może co najwyżej posłużyć za pewną ciekawostkę w ciągu ponad tysiącletniej historii Imperium Rzymskiego. Był to bowiem organ niewielki (zatem prawidłowo nazwał go Erazm - "senatulusem"), pozbawiony wszelkiej realnej władzy politycznej i wojskowej, dlaczego zatem wart jest przytoczenia? Otóż dlatego, że był to jedyny organ który realnie miał wpływ na życie połowy społeczeństwa wciąż jeszcze ogromnego Imperium Romanum - oczywiście tej niewieściej połowy. Był to bowiem senat złożony z kobiet, który uchwalał przepisy i prawa obowiązujące jedynie kobiety. Przewodniczyła mu Julia Soemias - matka cesarza Heliogabala (Variusa Avitusa) i siostrzenica Julii Domny, żony cesarza Septymiusza Sewera i matki cesarza Karakalli oraz jego brata Gety. Senat ten zbierał się na Kwirynale (w przeciwieństwie do tego realnego - choć do prawdy trudno orzec który wówczas był bardziej realny, jako że Senat w omawianym okresie sprowadzał się jedynie do funkcji czysto reprezentacyjnych i zajmował się głównie zatwierdzaniem praw już stworzonych przez cesarza - który to zbierał się na Palatynie). Złożony był z matron z kręgów arystokracji dworskiej a jego głównym zadaniem było ustalanie elementów... damskiej etykiety i mody. Tak więc zbierały się owe damy na Kwirynale i radziły która kobieta może, a która nie może nosić butów przyozdobionych złotem i drogimi kamieniami, która może być noszona w lektyce, a która nie (a także z jakich materiałów powinny być wykonane damskie lektyki), której kobiecie wolno jeździć konno, a której nie (a jeśli tak, to która ma prawo do... konia osiodłanego, a która musi konia dosiadać bez siodła 🤭), która może jeździć wozem zaprzężonym przez osła, a która przez woła lub muła itd. Poza tym ustalano kolor oficjalnych szat w świątyniach i ilość biżuterii, z jaką kobiety (różnych stanów) mogą pojawić się poza domem.


SENATULUS 
(KOBIECY SENAT)



Tyle jeśli idzie o sam niewieści senat - zajmował się on tylko takimi "problemami", natomiast zupełnie inną kwestią jest stopień ogromnej już wówczas emancypacji kobiety rzymskiej i pojawienie się feminizacji (a co za tym idzie demoralizacji) społecznej. Dobitnym przykładem owej feminizacji Rzymian niech będzie przykład dwóch kolejnych panujących po sobie władców, których lata panowania nakładają się na istnienie owego "rzymskiego matriarchatu". Otóż zarówno Heliogabal jak i Aleksander Sewer - to byli władcy albo totalnie zdemoralizowani, albo mentalnie wykastrowani i tym samym niezdolni do podjęcia zdecydowanych decyzji. Weźmy Heliogabala - młody chłopak, który wcześniej pełnił funkcję kapłana świątyni boga Elagabala (Elah Gabal) w syryjskiej Emesie, po objęciu władzy (w wyniku knowań i ambicji swej babki - Julii Mezy i matki - Julii Soemias) w wieku lat 14, popadł w całkowitą deprawację i obłęd. Zaczął na przykład uważać się za kobietę, nosił damskie szaty, malował twarz i oddawał się mężczyznom (kazał nawet sprowadzać sobie takich, którzy mieli duże przyrodzenie), głównie gladiatorom, woźnicom itp. I zachowywał się w stosunku do nich jak kobieta w stosunku do mężczyzny. Ponoć pragnął nawet zmienić płeć i w tym celu studiował dawne tego typu odniesienia jeszcze z czasów cesarza Nerona, dotyczące niejakiego Sporusa - kastrata, którego Neron zamierzał przerobić na kobietę i którego poślubił. Sporus był niewolnikiem, młodym chłopakiem który spodobał się Neronowi, gdyż był niezwykle podobny do jego zmarłej żony Poppei Sabiny (którą Neron kopnął po pijanemu w brzuch, gdy ta była w widocznej ciąży, co spowodowało poronienie i w efekcie również przyniosło jej śmierć w 65 r.), zabrał go więc ze sobą na Palatyn, przebrał w szaty Poppei i poślubił (66 r.). Nim jednak to nastąpiło, kazał go wykastrować i zastanawiał się jak by na trwale przerobić go na kobietę (co przy ówczesnej medycynie nie było możliwe). Rozkazał jednak niejakiej Kalwii Kryspinilli (która pełniła w pałacu funkcję "magistra libidinum" - czyli mistrzyni rozkoszy cielesnych), by dbała o jego stroje i by malowała mu twarz niczym kobiecie. 


HELIOGABAL
(VARIUS AVITUS)



Kryspinilla była zwykłą burdelmamą, trudniącą się sprowadzaniem dla majętnych klientów najlepszych prostytutek, potem została zabrana na Palatyn do Pałacu i tam dbała o uciechy cesarza (Petroniusz w swym "Satiriconie" przedstawił ją pod imieniem - Kwartilla, jako kobietę wyuzdaną i bezkompromisową, która oddaje lubieżnikom nawet nieletnie dziewczęta i wkłada jej w usta takie oto słowa: "To ona niby młodsza, niż byłam ja, kiedy po raz pierwszy miałam mężczyznę? Niech mnie Junona znienawidzi, jeśli pamiętam, bym kiedykolwiek była dziewicą! Już jako niemowlę puszczałam się z rówieśnikami. A potem, gdy szły lata, przymierzałam się do większych chłopców"). Tak więc Krispinilla miała zadbać nad "kobiecym wychowaniem" Sporusa, począwszy od ubrań i malowania twarzy, a skończywszy na zachowaniu i manierach. Sporus miał zostać "nową żoną cesarza", więc ubierany był w dostojne szaty zmarłej Poppei Sabiny, a cały dwór musiał się do niego zwracać nie tylko jak do kobiety, ale również jak do żony władcy. Wykastrowany w młodym wieku i uczony kobiecych manier, z czasem Sporus zaczął naprawdę zachowywać się jak kobieta, poza tym bardzo przywiązał się do "swego męża" Nerona (który poślubił go podczas podróży do Grecji w 66 r. a rolę ojca "panny młodej" pełnił wówczas prefekt pretorianów - Offoniusz Tygellinus, człowiek na równi zdemoralizowany co Neron i Kryspinilla). Neron zmienił mu imię i odtąd nazywał "Poppeą". Sporus był z Neronem do końca i nawet opłakiwał go gdy ten popełnił samobójstwo, po czym przypadł kolejnemu prefektowi pretorianów - Nymfidiuszowi Sabinusowi, który również zrobił z niego swoją żonę. Po śmierci Sabinusa, Sporusa odziedziczył Othon - przyjaciel Nerona i kolejny cesarz (styczeń-kwiecień 69 r.), który także traktował go jak swoją kobietę. Po klęsce pod Bedriakum z armią nowego cesarza Witeliusza i samobójczej śmierci Othona, Sporus miał uświetnić urodziny Witeliusza po jego wkroczeniu do Rzymu i wystąpić na arenie podczas igrzysk... w roli dziewicy, którą porywają (i gwałcą) napastnicy. Do tego jednak nie doszło, gdyż wcześniej - nie mogąc znieść takiego upokorzenia - Sporus odebrał sobie życie




Teraz Heliogabal nawiązywał (m.in.) do przypadku Sporusa, gdy sam pragnął zmienić płeć. Ale tak naprawdę sam nie wiedział czego chce. Pokazywał się publicznie ludowi i Senatowi umalowany jak kobieta, w długich szatach syryjskiego kapłana boga Elagabala (w Senacie kazał zawiesić ogromnej wielkości obraz, przedstawiający jego samego ubranego w szaty kapłańskie, oddającego hołd swemu syryjskiemu bóstwu. Obraz ten zawieszono wysoko nad posągiem bogini Victorii, przed którym senatorowie składali ofiarę z wina na początku obrad). Kazał sprowadzać do Pałacu mężczyzn obdarzonych dużym przyrodzeniem, jak choćby niejakiego Hieroklesa - woźnicę rydwanów w Cyrku Wielkim, którego ponoć poślubił. Hierokles był oficjalnie uważany na dworze za "męża cesarza" (podobnie jak Sporus był traktowany jako "żona cesarza") i mógł go nawet... bić za niewierność (co zdarzało się niezwykle często, gdyż cesarz oddawał się wielu mężczyznom), a jego wpływy były znaczne. On, zwykły niewolnik, stał się teraz praktycznie drugą (a w zasadzie trzecią, bo drugą była najpierw babka a potem matka cesarza) osobą w państwie. Jak już wspomniałem, mógł nawet bić "swą żonę" za niewierność i nieposłuszeństwo, co skutkowało tym, że cesarz niekiedy pojawiał się publicznie z podbitymi oczami. W pewnym momencie jednak silna pozycja jaką miał na dworze Hierokles, zaczęła mu się wymykać z rąk, gdy sprowadzono cesarzowi (zapewne maczała w tym place jego babka - Julia Meza, która nie znosiła szarogęszącego się Hieroklesa) z małoazjatyckiej Smyrny tamtejszego atletę o imieniu - Aureliusz Zotikus. Od razu spodobał się też cesarzowi, choć gdy podczas powitania Zotikus powitał Heliogabala jako swego pana, cesarz przyjął pozę wstydliwej kobiety i odparł: "Nie nazywaj mnie panem, jestem panią". Zotikus otrzymał godność cubiculariusa (szambelana), po czym miała odbyć się noc próby i po wspólnej kąpieli, cesarz ubrany jak kobieta, chciał sprawdzić umiejętności Zotikusa. Niestety, ten jednak nie sprostał zadaniu (prawdopodobnie Hierokles musiał coś dodać mu do posiłku, gdyż Zotkius okazał się... impotentem), co spowodowało że zawiedziony cesarz nakazał wygnać go z Rzymu i Italii. Hierokles zaś znów wrócił do łask. 

Ale Heliogabal nie gustował jedynie w mężczyznach. Kazał sobie urządzić dwa haremy, jeden złożony z chłopców (których to on traktował jak kobiety), drugi z dziewcząt. Kilkukrotnie też był żonaty. Najpierw (zaraz po swym przyjeździe do Rzymu w czerwcu 219 r.) poślubił niejaką Kornelię Plautę z którą chciał spłodzić syna. Nie udało się i po roku cesarz rozwiódł się z żoną, zarzucając jej że ma skazę na ciele. Drugą żoną została Emilia Sewera, która akurat była... westalką - czyli kapłanką bogini Westy, a co za tym idzie musiała dochować dziewictwa, a wszelki stosunek z nią był świętokradztwem i obrazą bogini. Heliogabal tym się jednak nie przejmował, on oddawał cześć tylko swemu bogu Elagabalowi, którego uważał za najwyższego z bogów. A ponieważ był jego kapłanem, postanowił ożenić się z kapłanką. Ani Senat, ani lud (ani tym bardziej wojsko) nie zaprotestowali - Rzymianie zamienili się już bowiem w potulne owieczki, które dla świętego spokoju zniosą wszystko, byle tylko ich samych nie spotkała krzywda. Heliogabal dopuszczał się na niej częstych gwałtów, żądając by szybko zaszła w ciążę i by spłodziła z nim "boskie dzieci". Po kilkunastu miesiącach jednak ponownie wziął z nią rozwód (zakazując jej kontaktów z innymi mężczyznami), a sam poślubił dostojną Annię Faustynę - spokrewnioną z rodem Marka Aureliusza. Ponieważ jednak była ona już zamężna... kazał zabić jej męża, a ją samą sprowadził do Pałacu i tam poślubił. Nie spełniła jednak jego erotycznych wymagań i po kilku miesiącach ją oddalił, każąc ponownie wrócić... Emilii Sewerze, którą poślubił po raz drugi. Poza tym poślubił kilka dziewcząt ze swego haremu, co oznaczało że miał po kilka żon jednocześnie - on, który jak twierdził Kasjusz Dion "nie był nawet mężczyzną". Poziom deprawacji doszedł do tego stopnia, że cesarz miał jednocześnie po kilka żon i męża, a poza tym pracował jako... prostytutka (do Pałacu sprowadzano dla niego wybranych klientów, których on obsługiwał jak prostytutka, każąc sobie za to płacić ogromne pieniądze - które następnie wydawał na kolejne swoje ekstrawagancje). Tak właśnie wyglądały ponad trzyletnie rządy cesarza nad Rzymem i Imperium.




Realnie bowiem Imperium wówczas władały trzy kobiety. Pierwszą była babka cesarza - Julia Meza, kobieta niezwykle ambitna, a jednocześnie rozważna i mądra, była też siostrą Julii Domny (tej, o której piszę: TUTAJ ). To właśnie ona zadbała by dynastia Sewerów nie upadła po zamordowaniu jej bratanka - Karakalli w kwietniu 217 r. Przyzwyczajona do luksusu, żyjąca co prawda w cieniu swej siostry, ale równie ambitna, zorganizowała całą kampanię mającą wynieść do władzy jej wnuka - Heliogabala (a właściwie Variusa Avitusa jak się zwał nim został cesarzem). Ona też miała przekonać żołnierzy do dalszej walki, gdy natarcie wojsk dotychczasowego cesarza Makrynusa przełamywało linie wojsk Heliogabala. Wysłać miała ponoć na koniu swego wnuka z mieczem w dłoni, który udawał że naciera na nieprzyjaciół, co miało odnowić morale w jego armii i przypieczętować zwycięstwo. Ona też miała obiecać żołnierzom podwojenie żołdu, wypłacanego z jej majątku (co obiecali żołnierzom za dochowanie wierności Heliogabalowi jej ludzie - Eutychian i Gannys). Meza bardzo negatywnie odnosiła się też do poczynań swego wnuka. Starała się wytłumaczyć mu że Rzymianie nie cierpią "wschodniego zniewieścienia" i że powinien on zacząć ubierać się jak Rzymianin, a nie jak kapłan wschodniego bóstwa, którym już nie jest. Wiedząc jednak że nie zdoła przemówić mu do rozumu (jak to mówił Skipper zwracając się do króla Juliana: "spróbuję przemówić ci do rozumu", na co ten odpowiadał: "powodzenia życzę") i zdając sobie sprawę że jego dni są policzone, kazała mu adoptować swego kuzyna (syna drugiej córki Mezy - Julii Mamei) Basjanusa, co Heliogabal uczynił niechętnie w lipcu 221 r. Tym samym zamierzała Meza zabezpieczyć władzę w rękach swej rodziny, w przypadku zamordowania (co stawało się więcej niż pewne) swego zdeprawowanego wnuka.

Drugą kobietą władającą wówczas państwem, była matka Heliogabala - Julia Soemias. Była to kobieta równie ambitna i żądna władzy co jej matka, tylko mniej rozważna i podobnie jak syn rozpustna. To ona przewodziła senatowi niewieściemu, ona też wraz z matką - jako jedyne kobiety w historii Rzymu - zasiadała w Senacie prawdziwym (nie tak jak Agrypina Młodsza sprzed prawie dwóch stuleci, przysłuchująca się obradom zza kotary, ale bezpośrednio owe damy siedziały na ławach obok senatorów). Otaczała się przepychem i bogactwem (jedwabne suknie ponoć sprowadzała specjalnie z Chin), poza tym oddawała się rozpuście (tak jak syn gustowała w gladiatorach, których kazała sobie przyprowadzać do alkowy). Nie posiadała też instynktu samozachowawczego (którym obdarzona była chociażby jej matka) i nie myślała o przyszłości. Nie myślała co będzie, gdy szaleństwa jej syna przekroczą punkt krytyczny i co się wówczas z nią stanie? Żyła chwilą, bawiła się, do czasu jednak. Pierwszym powodem otrzeźwienia stała się (wymuszona przez Mezę) adopcja Basjanusa - 12-letniego syna jej siostry Julii Mamei. Teraz dopiero Soemias uświadomiła sobie, że będzie musiała podzielić się władzą z siostrą i że ostatecznie to Basjanus ma objąć władzę po jej zdeprawowanym synu. Nie wiadomo czy uczestniczyła w próbach zgładzenia Basjanusa (który z chwilą adopcji otrzymał imię Aleksander) podejmowanych przez Heliogabala, wiadomo jednak że nie były one skuteczne dzięki ochronie, jaką nad młodym Aleksandrem Sewerem objęły Julia Meza i Julia Mamea (kontrola posiłków, dobór odpowiednich sług, sprawdzanie co kto wnosi do komnat Aleksandra, oraz opłacenie żołnierzy gwardii pretoriańskiej by chronili również Basjanusa). Gra teraz szła o wielką stawkę - o przyszłość dynastii i przetrwanie jej przedstawicieli, której to przyszłości z pewnością zapewnić nie mógł ani zdeprawowany Heliogabal ani też jego równie rozwiązła matka. 


JULIA SOEMIAS 



CDN.

24 października 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. III

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. II





"MONARCHIA PRUSKA POZOSTANIE ZAWSZE: NIE KRAJEM, KTÓRY MA ARMIĘ, LECZ ARMIĄ, KTÓRA MA KRAJ, W KTÓRYM JAK GDYBY TYLKO KWATEROWAŁA"

major GEORG HEINRICH von BERENHORST
(XVIII wiek)



Wraz z wstąpieniem na niemiecki (i pruski) tron cesarza (i króla) Wilhelma II (15 czerwca 1888 r. ) i zdymisjonowaniem starego kanclerza - Otto von Bismarcka (20 marca 1890 r.), nadeszły czasy "Nowego kursu dla Niemiec", którego głównym autorem był właśnie nowy, młody niemiecki cesarz. Konflikt, jaki wybuchł na linii Wilhelm-Bismarck wziął się zapewne po części z kompleksów, które całe życie trapiły kajzera i które sprowadzały się do potrzeby stania się "silnym facetem" - a które to kompleksy dawały o sobie znać poprzez tromtadrackie, publiczne przemówienia Wilhelma (często zupełnie nieprzemyślane, które powodowały więcej strat i problemów dla niemieckiej dyplomacji, niż przynosiły zysków). Ale czy można się temu dziwić, skoro w owe kompleksy wtłaczała cesarza już jego własna matka, cesarzowa-małżonka Wiktoria (córka królowej Wielkiej Brytanii - Wiktorii). To przecież ona ciągle nazywała go: "małym, niemieckim chłopcem" i na każdym kroku podkreślała że jest "dumną córą Albionu", a jako kołysankę śpiewała mu pieśń: "Brytania panuje nad falami" i podkreślała że on (Wilhelm), jako "mały, niemiecki chłopiec" zapewne nigdy nie zrozumie dumy z bycia Anglikiem. Spowodowało to u Wilhelma powstanie zarówno fascynacji jak i niechęci do Wielkiej Brytanii. Podziwiał co prawda potęgę Imperium Brytyjskiego, nazywając go: "Największym Imperium w dziejach świata od czasów upadku Rzymu", to jednocześnie powtarzał: "Nigdy nie można mieć dość w sobie nienawiści dla Anglii", oraz powtarzał maksymę, parafrazując słowa Katona Starszego o Kartaginie: "Ceterum censeo Britanniam esse delendam" ("A poza tym uważam, że Brytanię należy zniszczyć"). Denerwowały go niezmiernie słowa matki, która podkreślała że brytyjska flota jest największą i najpotężniejszą flotą świata, a ona jest dumną "Angielką, wolno urodzoną Brytyjką". Powtarzała mu też że Albion jest: "najbardziej swobodny, najbardziej postępowy, zaawansowany, rozwinięty, najbogatszy", a zasiedla Brytanię: "najbardziej liberalna rasa na świecie (...) najlepiej ze wszystkich przystosowana do cywilizowania innych narodów". To wystarczyło, by w młodym chłopcu wyrobić prawdziwą fiksację na punkcje Wielkiej Brytanii, która nie opuściła do go końca życia (nawet na wygnaniu w Holandii będzie powtarzał że jest wnukiem królowej Wiktorii - władczyni Imperium nad którym nigdy nie zachodziło słońce, a jednocześnie całe życie miał pretensje do Albionu że doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej).

Nie był to jedyny kompleks jaki cechował Wilhelma II. Drugim była jego ułomność fizyczna i chęć jej nie tylko zakrycia, ale również pokazania że jest równie sprawny (a nawet bardziej) niż inni (stąd pragnienie bycia "silnym facetem"). Otóż Wilhelm miał niedorozwój lewej ręki (była krótsza od prawej), przez co nie mógł się nią sprawnie posługiwać. Podczas jego narodzin (27 stycznia 1859 r.), wystąpiły poważne komplikacje, a dziecko (po ciężkim porodzie) urodziło się "pozornie martwe". Nie oddychało przez pewien czas, dopiero gdy lekarz i asystujące akuszerki podjęły próby przywrócenia czynności życiowych - dziecko zaczęło płakać i normalnie oddychać. Radość była niezmierna, cieszono się bowiem zarówno z faktu, iż przywrócono dziecko do życia, jak i z tego, że narodził się chłopiec - następca tronu (z tej radości feldmarszałek Friedrich von Wrangel wybił pięścią okno, by szybciej powiadomić - zgromadzony pod murami Kronprinzenpalais - lud, iż oto narodził się: "Książę i do tego całkiem krzepki rekrut". Szybko okazało się jednak że dziecko nie jest do końca pełnosprawne, jako że podczas porodu i wyciągania dziecka z łona matki, uszkodzono jego lewe ramię, do tego potem doszły pewne (niewielkie) uszkodzenia mózgu. W każdym razie dzieciństwo młodego Wilhelma nie należało do przyjemnych ani bezbolesnych chwil życia (chodzenie w "klatce" mającej ustabilizować jego głowę, która przechylała się na prawą stronę, oraz "kąpiele" w króliczej krwi, w celu naprawienia niedorozwoju lewej kończyny). Jego własna matka, gdy ujrzała przez co musi przechodzić jej syn, była bliska płaczu i potem zwierzała się w liście do królowej Wiktorii, swej matki: "Nie jestem w stanie powiedzieć Ci, jak bardzo cierpiałam, gdy zobaczyłam go w tej maszynie, ledwie mogłam powstrzymać się od płaczu". Lekcje wychowania też nie należały do przyjemnych, gdyż nauczyciel i guwerner - Georg Hinzpeter od pierwszego spotkania zakomunikował księciu: "Żadnego użalania się nad sobą" i nie było wytłumaczenia że jedna ręka jest mniej sprawna od drugiej. Młody Wilhelm musiał nauczyć się jeździć konno (i samemu wejść na konia), posługiwać się szablą i bronią palną, pływać, wiosłować, grać w tenisa i na pianinie w taki sposób, jakby ta jego ułomność nie istniała. Edukacja księcia zaczynała się już o szóstej rano (zimą o siódmej) i obejmowała zarówno zajęcia fizyczne, jak i umysłowe (po latach Wilhelm pisał: "Brnęliśmy przez tysiące stronic gramatyki (...) od Fidiasza po Demostenesa, od Peryklesa do Aleksandra").

To spowodowało że po osiągnięciu dojrzałości, Wilhelm był całkiem dobrym jeźdźcem oraz strzelcem (choć niektórzy, jak na przykład jego wuj - król Wielkiej Brytanii - Edward VII, z sarkazmem powtarzali: "Wilhelm strzela całkiem dobrze, zważywszy że ma tylko jedną rękę"). Istniał też jeszcze jeden kompleks, który trapił kajzera. Otóż ktoś kiedyś powiedział mu, że jego wielki przodek - Fryderyk II, nigdy nie stałby się wielkim, gdyby miał u swego boku kogoś takiego jak Bismarck i Wilhelm bardzo dobrze zapamiętał sobie te słowa. Całe zresztą życie walczył o wypracowanie własnego mitu, który mógłby go określić jako jednego z wielkich ludzi tego świata. Taki mit posiadał zarówno jego dziad Wilhelm I (jako zjednoczyciel Niemiec - Wilhelm Wielki), jego ojciec Fryderyk III, który panował zaledwie trzy miesiące w 1888 r. i zmarł na zapalenie płuc (jako "liberalna nadzieja Niemiec"), Otto von Bismarck (jako "Żelazny Kanclerz"), a potem nawet feldmarszałek Paul von Hindenburg (jako "obrońca niemieckich Prus Wschodnich"), natomiast Wilhelm II nie miał niczego, co mogłoby go jednoznacznie zdefiniować. Choć może było coś takiego, ale akurat kajzerowi nie przypadłoby to do gustu, bowiem Wilhelma II należałoby określić: "Cesarzem-Gadułą", gdyż paplał wkoło z buńczuczną miną, potrząsając przy tym szablą, co często prowadziło do poważnych dyplomatycznych gaf, z których potem musieli się tłumaczyć niemieccy dyplomaci. Nawet gdy próbował godzić, czy też uspokajać inne kraje co do polityki Niemiec, to czynił to z delikatnością słonia w składzie porcelany i często po takich "uspokajających przemowach" niechęć do Niemiec była znacznie większa, niż przed wygłoszeniem tych mów. W każdym razie Wilhelm lubił wygłaszać mowy (i wygłaszał je z głowy, nie z kartki), szczególnie do żołnierzy, a niektóre z nich (jak choćby przemowa do rekrutów gwardii cesarskiej z 23 listopada 1891 r., w której Wilhelm miał powiedzieć: "Dzieci mojej gwardii (...) Macie tylko jednego wroga - mojego wroga. (...) może się zdarzyć, że rozkażę wam zastrzelić waszych własnych krewnych, braci, a nawet rodziców (...) w takim wypadku musicie bez szemrania spełnić moje rozkazy", czy też niesławna "mowa huńska" z 27 lipca 1900 r. gdy żegnał niemiecki korpus ekspedycyjny, mający udać się do Chin i tam - wraz z Wielką Brytanią, Francją, Rosją, USA, Włochami, Austro-Węgrami i Japonią - tłumić chińskie Powstanie Bokserów - wówczas zwrócił się do żołnierzy tymi oto słowy: "Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli (...) tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca". Nie mówiąc już o aferze "Daily Telegraph" z jesieni 1907 r. ujawnionej na jesień 1908 r., której przytaczać nie będę, ale to właśnie wówczas Wilhelm tak "uspokajał" Anglików co do niemieckich zbrojeń, że ci... szybko dozbroili swoją flotę i odrzucili jakiekolwiek niemieckie propozycje sojuszu "teutońskich narodów"), były bardzo kontrowersyjne.


CESARZ WILHELM II



Mimo to warto jednocześnie dodać, że Wilhelm II, prócz tego swojego nadęcia i tromtadrackiej postawy, która miała go ukazywać jako "silnego faceta" Europy (choć częściej te jego miny były śmieszne niż groźne, o czym na przykład wspominał w 1908 r. "Kurier Poznański", pisząc o wizycie w Niemczech króla Wielkiej Brytanii - i wuja Wilhelma II - Edwarda VII: "Poczciwy król Edward jadący do Marienbadu nie może nie powstrzymać się od lekkiego uśmiechu (...) dziwna rzecz, że Niemcy więcej się obawiają tego sympatycznego, przyjaźnie uśmiechniętego króla Edwarda, w popielatym cylindrze i jasnych, wytwornie skrojonych inexprimablach z jego otyłą i okrągłą, wcale nie wojowniczo wyglądającą figurą, niż Anglicy groźnego cesarza Wilhelma z wojowniczo nastroszonymi wąsami i z brzęczącymi ostrogami u długich butów") miał także zwyczajne upodobania, jak choćby zamiłowanie do szybkich aut, do podróży (większą część każdego roku spędzał w rozjazdach, zarówno po samych Niemczech jak i innych krajach Europy) i wykwintnych strojów. Jego wyjazdy (i chęć bycia na językach całej Europy) były tak częste, że hymn pruskiej dynastii Hohenzollernów: "Heil Dir im Siegerkranz" ("Bądź pozdrowiony w wieńcu zwycięzcy") przekładano na "Heil Dir im Sonderzug" ("Bądź pozdrowiony w pociągu specjalnym"). I rzeczywiście, sezon swych podróży rozpoczynał Wilhelm każdego roku od wiosennego rejsu po Morzu Śródziemnym (z tradycyjną wizytą na greckiej wyspie Korfu, gdzie miał zakupioną posiadłość). W czerwcu rozpoczynały się regaty w Kilonii, podczas których cesarza nie mogło zabraknąć, a w lipcu wybierał się w rejs ku norweskim fiordom. W sierpniu bywało różnie, albo odpoczywał w swej posiadłości w Wilhelmshöhe, albo też udawał się na coroczne regaty żaglowców do angielskiego Cowes, lub żeglował statkiem po Haweli, był bowiem zapalonym miłośnikiem floty i nawet sam nakreślił kilka projektów potężnych okrętów. Jeden z takich projektów niemiecka admiralicja określiła mianem: "okręt ma wszystkie zalety poza jedną, nie byłby w stanie pływać" 🤭. Bardzo też przeżył Wilhelm zatonięcie Titanica (15 kwietnia 1912 r.) i polecił by niemieckie statki pasażerskie były wyposażone w dodatkowe środki bezpieczeństwa (szczególnie gdy został ojcem chrzestnym jednego z największych wówczas statków pasażerskich na świecie, wyprodukowanego w hamburskiej stoczni okrętu "Imperator", którego chrzest miał miejsce 23 maja 1912 r.). Pozostałe miesiące - począwszy od września - z reguły spędzał cesarz na polowaniach w różnych miejscach w Niemczech.

Warto tutaj jeszcze przytoczyć pewien skandal, jaki miał miejsce już na początku panowania Wilhelma II, a który to przez kilka kolejnych lat nie pozwalał o sobie zapomnieć i spędzał sen z powiek cesarza i wielu jego dworaków. Mam tutaj oczywiście na myśli skandal seksualny, jaki odbył się w Pałacu Myśliwskim nieopodal lasu Grunewald pod Berlinem w styczniu 1891 r. Otóż zjechała się tam wówczas (na zaproszenie księżnej Charlotte - młodszej siostry Wilhelma II) cała śmietanka arystokratyczno-towarzyska ówczesnych Niemiec. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in.: książę Fryderyk Karol Heski (król elekt Finlandii), książę Szlezwiku-Holsztyna Ernst Gunther, książę Aribert von Anhalt, hrabia Fryderyk von Hohenau wraz z małżonką, cesarski szambelan Leberecht von Kotze wraz z małżonką, mistrz dworskiej ceremonii Karl Schrader z żoną Alidą, oraz sekretarz rosyjskiej ambasady w Berlinie Ludwig von Knorring. Zabawa był szampańska, najpierw bowiem możni państwo urządzili sobie kulig. Następnie wrócili do pałacu i rozpoczęła się biesiada suto zakrapiana alkoholem. Potem księżna Charlotte odprawiła służbę i zaczęła się prawdziwa zabawa, podczas której biesiadnikom puściły wszelkie hamulce. Doszło do wielkiej orgii, podczas której kolejno wymieniano się partnerami seksualnymi, nie gardząc też i stosunkami homoseksualnymi. Takie zabawy zapewne były organizowane nie po raz pierwszy, ale dopiero po nagłośnieniu tej afery, ujrzały światło dzienne. Otóż, już następnego dnia, po "bankiecie" w Pałacu Myśliwskim, do kajzera przyszedł pierwszy z wielu późniejszych anonimów, w którym tajemniczy autor opisywał dokładnie ze szczegółami anatomicznymi (i obscenicznym językiem) kto z kim spał i kto komu co wkładał. Mało tego, na owym donosie były rysunki anatomiczne genitaliów osób biorących udział w orgii i dołączone pornograficzne zdjęcia (nie związane już z samą orgią). Wiele szczegółów podawał anonim w stosunku do księżnej Charlotte, w którym autor nazywał ją wprost "nimfomanką" sypiającą z połową cesarskiego dworu. Wilhelm był przerażony, anonim bowiem godził nie tylko w powagę dworu i dynastii, ale również w projektowany przez kajzera "Nowy Kurs", który zapoczątkował po dymisji Żelaznego Kanclerza Bismarcka. 

 
KSIĘŻNA CHARLOTTE



Nic nie dały próby zbagatelizowania problemu, gdyż pojawiały się wciąż nowe anonimy. Zresztą docierały one nie tylko do cesarza, ale i do innych członków dworu, w tym do samej księżnej Charlotte. Ponieważ jednak szlachta była tak zblazowana, że kazała własnej służbie nawet otwierać i czytać sobie listy - przez to bardzo szybko skandal seksualny z Grunewaldu wydostał się do niemieckiej opinii publicznej i stał się tematem plotek w piwiarniach, szynkach i pralniach Berlina. Problem polegał też na tym, że nie było wiadomo kto dokładnie kryje się za owymi anonimami. Język oraz styl (mimo obscenicznych szczegółów anatomicznych) wskazywał na kogoś spośród dworu cesarskiego lub elit arystokratycznych, ale nic poza to - zresztą autor niczego też nie żądał w zamian za zaprzestanie nasyłania tych anonimów, więc nie można było złapać tropu. Po ponad roku czasu (gdy korespondencja wciąż nadchodziła) postanowiono (nieoficjalnie) na wiosnę 1892 r. przekazać sprawę policji. Tylko że taki krok wcale nie musiał doprowadzić do wykrycia sprawcy anonimów i to z bardzo różnych względów. Po pierwsze, od 1871 r. obowiązywał w Niemczech Paragraf 175 kodeksu karnego, który penalizował homoseksualizm i karał jego praktykowanie wiezieniem. A który komisarz byłby na tyle odważny, aby postawić zarzuty i ukarać więzieniem księcia, hrabiego lub innego członka dworu cesarskiego bez wyraźnego pozwolenia "z góry?" Żaden (chyba że nie zależało mu na własnej karierze) i tak samo postępował też prowadzący tę sprawę komisarz Eugen von Tausch, który co prawda zorganizował bardzo szczegółową obserwację skrzynek pocztowych i wysłał "w teren" wielu tajniaków którzy mieli zasięgnąć języka, mimo to niczego się nie dowiedział (albo tak po prostu było dla niego wygodniej). Stworzył jednak portret psychologiczny autora anonimów, w którym opisał, że jest to osoba zniewieściała, histeryczna i skłonna do plotek. To rzuciło podejrzenie na cesarskiego szambelana - Leberechta von Kotze, który (za pozwoleniem cesarza) został aresztowany i uwięziony (co ciekawe, nie postawiono mu żadnych zarzutów aby nie ośmieszać zarówno jego samego jak i honoru dynastii).

Wilhelm wydał zgodę na uwięzienie von Kotze, licząc na to, że wreszcie zakończy się przykra sprawa anonimów, a zadziorny szambelan dostanie pstryczek w nos i przestrogę by wiedział na co się porywa. Niestety, te przypuszczenia spaliły na panewce, gdy okazało się że w domu von Kotze nie znaleziono żadnych kompromitujących dowodów, natomiast... anonimy nadal przychodziły (co ciekawe, w listach tych autor groził ujawnieniem innych pikantnych szczegółów z życia berlińskich elit dworskich, jeśli von Kotze nie zostanie zwolniony z aresztu). Cesarz zdecydował się więc uniewinnić swojego szambelana po trzech tygodniach od jego aresztowania (a sąd zrehabilitował go oficjalnie, przyznając że aresztowanie było bezprawne, za co przewodniczący sądu podał się od razu do dymisji). Sprawcy anonimów nigdy nie odnaleziono, a same listy przychodziły jeszcze przez jakiś czas, aż ostatecznie w styczniu 1895 r. (w czwartą rocznicę skandalu z Grunewaldu) przestały przychodzić. Co prawda wtedy zaczęła się sprawa wzajemnych oskarżeń barona von Schradera (uczestnika orgii) i marszałka dworu Hugo von Reischacha z Leberechtem von Kotze, które kończyły się publicznymi pojedynkami w roku 1895 (ze Schraderem pierwszy pojedynek został nierozstrzygnięty, gdyż obaj panowie strzelali niecelnie, zaś Reischach został raniony w nogę). Potem panowie jeszcze kilka razy wyzywali się na pojedynek (von Kotze trzykrotnie odmówił, przez co został wydalony z grona oficerów swojego pułku - gdyż uznano to za zachowanie niehonorowe), ostatecznie 3 kwietnia 1896 r. von Schrader i von Kotze spotkali się ponownie w Ravensbergu pod Poczdamem. Teraz jednak miano strzelać do skutku, czyli aż przeciwnik padnie powalony, przy minimalnym odstępie dziesięciu kroków. W tym pojedynku zwyciężył von Kotze, który zastrzelił von Schradera, trafiając go w brzuch i gruchocząc kręgosłup. Został za to skazany na dwa lata i trzy miesiące więzienia w twierdzy kłodzkiej (w której żył niczym w pałacu, posiadając oddzielną służbę, odpowiedni apartament "więzienny" i wszelkie inne wygody na każde jego życzenie), mimo to cesarz ułaskawił go już po trzech miesiącach. Tak właśnie żyło się elitom władzy w kajzerowskiej Rzeszy.






Warto tutaj też na marginesie dodać, jak żyli na przykład niemieccy robotnicy. Oto opinia lekarza wielkomiejskiej dzielnicy mieszkaniowej w Saksonii z końca XIX wieku (czyli lat panowania Wilhelma II): "Mieszkania klasy pracującej znajdują się przeważnie w piwnicach i oficynach. Niewielką ilość świeżego powietrza, którą przepuszczają stare, ciasne, obudowane z czterech stron podwórka, zanieczyszczają wyziewy z ustępów (...) Po ścianach i drzwiach spływa zazwyczaj woda. Często trzydzieści do pięćdziesięciu osób używa jednego zlewu i jednego ustępu. (...) Wszystko jest nieopisanie brudne i zniszczone, roi się od robactwa (...) Za każde mieszkanie płaci się 20 do 25 talarów komornego. Z powodu tych wysokich cen komornego ludzie są często zmuszeni przyjmować kogoś na spanie. Z tego powodu, jak się można spodziewać, panuje dzika rozpusta (...) Stan zdrowia, zwłaszcza małych dzieci, jest niepokojąco zły". Większość robotniczych dzieci było niedożywionych, duża ich część chorowała na gruźlicę, krzywicę i awitaminozę. Oczywiście istniały też mieszkania zakładowe, budowane przez pracodawców dla swoich pracowników, które miały lepszy standard i znacznie niższy czynsz. Tylko że wówczas dany robotnik nie mógł już wziąć udziału w strajku lub zażądać podwyżki za swoją pracę, gdyż w każdej chwili groziła mu eksmisja na bruk wraz z żoną i dziećmi. To były zupełnie inne Niemcy. O tych Niemczech nie dowiemy się z książek i wiadomości historycznych opisujących splendor Belle Epoque. Zresztą zarówno niemiecka elita arystokratyczna, elita przemysłowa jak i niemiecka klasa średnia żyły na zupełnie innym poziomie. A szczególnie ta pierwsza klasa - arystokratów - żyła jak gdyby w świecie bajki, otoczona luksusem i splendorem swojej pozycji oraz władzy, zupełnie nie troszcząc się (lub troszcząc w sposób minimalny) nad najbiedniejszymi obywatelami zjednoczonych Niemiec. Prawdziwy stosunek elit władzy II Rzeszy do robotników i chłopów określił sam cesarz Wilhelm, który pewnego razu wizytując gospodarstwo rolne w swojej posiadłości Kadyny w pobliżu Elbląga, rzekł: "Piękna obora jest prawdziwym pałacem w porównaniu z mieszkaniami robotników" i na tym stwierdzeniu poprzestał.

Celowo przywołałem tutaj aferę seksualną roku 1891, gdyż ów rok będzie niezwykle ważny dla dalszych losów Cesarstwa Niemieckiego i rozpoczęte w jego trakcje procesy, doprowadzą następnie (jako jedne z przyczyn) do niemieckiej klęski w I Wojnie Światowej oraz do powstania Republiki Weimarskiej. Mam tutaj oczywiście na myśli zmianę dotychczasowego kierunku niemieckiej polityki zagranicznej - która za Bismarcka zmierzała w stronę łagodzenia napięć z Rosją i Wielką Brytanią - a za Wilhelma II stała się polityką konfrontacji i to zarówno z Rosją (parcie na Wschód, włączenie lub podporządkowanie "polskiego balkonu" - czyli ziem Kongresówki, która na mapach przypominała... balkon), z Wielką Brytanią ("Przyszłość Niemiec leży na morzu" - słowa te wypowiedział w 1898 r. w Szczecinie z okazji otwarcia nowej stoczni, właśnie cesarz Wilhelm II, rzucając wyzwanie Brytyjczykom) jak i polityka "zmiażdżenia" Francji, by ta już nigdy nie odrodziła się jako wielkie mocarstwo. To właśnie nierozsądna polityka cesarza Wilhelma doprowadziła w owym 1891 r. do pierwszego zbliżenia Francji i Rosji i wizyty francuskiej eskadry okrętów w Kronsztadzie oraz Petersburgu (gdzie po raz pierwszy Rosjanie mogli usłyszeć francuski hymn narodowy - "Marsyliankę", która dotąd w Rosji była zakazana). To otworzyło drogę do zbudowania Dwuprzymierza a od 1904 r. i sojuszu francusko-brytyjskiego - realnego Trójprzymierza, wymierzonego właśnie w Niemcy i Austro-Węgry. Rozpoczęła się polityka okrążania Niemiec od zachodu i wschodu, a (po wybuchu wojny) odcięcia ich od dostaw z zewnątrz, co musiało przypieczętować klęskę "państw teutońskich" w Wielkiej Wojnie i doprowadzić do upadku II Rzeszy Niemieckiej. Na jej gruzach powstanie słaba i targana wewnętrznymi kryzysami Republika Weimarska, która to zaś stanie się trampoliną dla Adolfa Hitlera i nazistów do zdobycia władzy i rozpętania kolejnej światowej pożogi wojennej. Tak więc rok 1891 był początkiem wydarzeń, które ostatecznie zakończyły się w maju roku 1945 (choć tutaj też należy być ostrożnym, ponieważ III Rzesza nigdy nie podpisała kapitulacji. Kapitulację podpisał niemiecki Wehrmacht i tylko siły zbrojne się poddały a nie państwo niemieckie, dlatego też można uznać że II Wojna Światowa - nieoficjalnie - trwa po dziś dzień).




CDN.

05 października 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. VIII

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA 





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. VIII




 Po zajęciu Teb przez spartański kontyngent dowodzony przez Fojbidasa i zmierzający w kierunku Chalkidiki na wojnę z Olintem (381 r. p.n.e.), zainstalowaniu lacedemońskiej załogi w tebańskiej twierdzy Kadmea (łącznie stacjonowało tam 1500 hoplitów z czego tych ze Sparty było niewielu, mniej niż 100, a większość to żołnierze miast sprzymierzonych Związku Peloponeskiego, choć oczywiście całym garnizonem dowodzili Lacedemończycy), skazaniu na śmierć tebańskiego przywódcy demokratów - Ismeniasa, oraz ucieczce ok. 300 tebańskich demokratów, wydawało się że kontrola nad Tebami jest już całkowita. Nowy tebański rząd oligarchiczny (na którego czele stał Lontiades), wypełniał wszystkie żądania Spartan, sprawa kontroli Lacedemonu nad Beocją wydawała się więc ostatecznie rozwiązana. Tebańscy demokraci (po zamordowaniu Ismeniasa - o czym pisałem w poprzedniej części) i swej ucieczce do Aten, realnie byli politycznie rozbici, a drugi sławny przywódca demokratów Androklejdas, pozostawał przywódcą jedynie z nazwy. Był on już bowiem sędziwy i nie on miał odegrać główną rolę w tebańskim odrodzeniu. W Atenach zgromadziła się bowiem grupa dosyć młodych (czterdziestokilkulatków) tebańskich demokratów, która zebrała się w otoczeniu Pelopidasa. Był on wcześniej niezwykle bogatym, przystojnym mężczyzną (o czym również pisze Plutarch), który głównie zajmował się życiem playboya i głównie zajmowała go kariera sportowa. Posiadając ogromny majątek, nie musiał martwić się o byt, a ponieważ skupiał się głównie na sporcie (biegi, rzut oszczepem i zapasy) nie przejmował się zbytnio o dzień jutrzejszy. Polityka nie interesowała go zupełnie, natomiast pragnąc zdobyć popularność i uznanie, łatwą ręką rozdawał swoje pieniądze przyjaciołom i wszystkim tym, którzy tylko zdołali go przekonać, że tych pieniędzy potrzebują bardziej niż on. Nie interesowało go nic poza ćwiczeniami i szkoleniem się do ewentualnej wojny, którą on postrzegał jako "wielką męską przygodę" na której zdobędzie laury chwały, uznanie współobywateli, oraz... jeszcze więcej kobiet niż dotąd mógł mieć. Gdy więc władzę w Tebach dzierżył jeszcze w swym ręku Leontiades, Teby postanowiły udzielić wsparcia Lacedemonowi w kampanii mantinejskiej (o której również pisałem w poprzednich częściach) w 385 r. p.n.e. Pelopidas wziął więc udział w tej wojnie, licząc na wspaniałe zwycięstwo i liczne osobiste triumfy. Jednak oblężenie Mantinei ciągnęło się kilka miesięcy, a w trakcie jednego ze starć Pelopidas został poważnie ranny i gdyby nie pomoc innego Tebańczyka o imieniu Epaminondas, zostałby tam wśród poległych.




Człowiek który go ocalił od niechybnej śmierci, był od niego kilka lat młodszy. Urodzony w 418 r. p.n.e. Epaminondas, był zarówno charakterologicznie jak i fizycznie podobny do Pelopidasa. Plutarch pisze bowiem o nim tak: "Był to młodzieniec o niezwykłej urodzie i postawie, w samym rozkwicie najpiękniejszego okresu życia, kiedy chłopiec dopiero dojrzewa do wieku męskiego". Epaminondas co prawda nie był tak majętny jak Pelopidas, ale podobnie jak on, wywodził się z możnego rodu, tylko że zubożałego. Jego edukacją zajmował się niejaki Lizys z Tarentu (zbiegły do Teb pitagorejczyk, uczeń Filolaosa - o którym Nikomach pisze iż był następcą Pitagorasa i odnowicielem jego szkoły w Krotonie w południowej Italii. Wydaje mi się jednak że Nikomach się myli, gdyż Filolaos urodził się w drugiej połowie lat 70-tych V wieku p.n.e. Uciekł zaś z Krotonu po rozpoczęciu drugiego prześladowania pitagoryjczyków w tym mieście w roku 454 p.n.e., czyli jako nowy nauczyciel szkoły pitagorejskiej pełnił tę funkcję bardzo krótko, sam mając zaledwie jakieś 20 lat w chwili ucieczki z miasta. Wydaje się bowiem bardzo mało prawdopodobne, aby pitagorajczycy odrodzili się dopiero w latach 50-tych V wieku p.n.e. skoro ich pierwsze wypędzenie z Krotonu miało miejsce ok. 498 r. p.n.e. a ogromna większość z nich pomarła z głodu w świątyni Muz w Metapontum nad Zatoką Tarencką w Italii - gdyż miasto odmówiło wydania im żywności. Gdy do Krotonu powrócił z Delos sam Pitagoras - który przebywał tam, aby pożegnać w ostatniej ziemskiej wędrówce swego mentora i przyjaciela Ferycydesa - dowiedziawszy się o wypędzeniu z miasta swych uczniów i ich śmierci w Metapontum, z rozpaczy popełnił samobójstwo - ok. 497 r. p.n.e. {o samym Pitagorasie i pitagorejskiej szkole założonej przez niego w Krotonie ok. 520 r. p.n.e., jeszcze napiszę w innym temacie, ponieważ jest on fascynujący, a poza tym wart jest tego chociażby ze względu na twierdzenie Pitagorasa, używane w matematyce}. Tak więc wydaje się bardzo mało prawdopodobne żeby Filolaos zajął miejsce Pitagorasa jakieś 40 kilka lat po jego śmierci i dopiero on był odnowicielem szkoły pitagorejskiej. W każdym razie mentor Epaminondasa - Lizys z Tarentu {któremu przypisuje się nawet ułożenie pitagorejskich Złotych Wierszy. Notabene jego nauczyciel Filolaos ponoć był prekursorem teorii heliocentrycznej, którą ostatecznie utrwalił polski astronom, ekonom i lekarz Mikołaj Kopernik w swym dziele z 1543 r. pt.: "O obrotach sfer niebieskich").




Epaminondas więc również uczestniczył w lacedemońskiej kampanii przeciw Mantinei, ale nie zmieniło to jego podejścia do polityki, którą zupełnie się nie interesował. Natomiast Pelopidas, po tym jak otrzymał okrutną ranę, która o mało co nie przeniosła go w Zaświaty, zmienił swoje podejście do polityki i coraz bardziej zaczął się zajmować tym tematem. Zaangażował się politycznie po stronie tebańskich demokratów i próbował również namówić do tego samego Epaminondasa (od chwili gdy tamten uratował mu życie, stali się wręcz nierozłącznymi przyjaciółmi), ale ten kategorycznie odmawiał, pragnąc żyć własnym życiem. Gdy więc Fojbidas zajął Teby, tamtejsi demokraci (w tym również Pelopidas) musieli uciekać z miasta. Z miasta początkowo nie uciekł Epaminondas, gdyż nie widział ku temu powodu, ale gdy w sposób jawnie bezczelny, w sfałszowanym procesie Spartanie skazali na śmierć Ismeniasa, uznał ostatecznie że "pałka się przegła" - jak to mówi klasyk 😉. Uciekł więc z miasta i dołączył do zebranych w Atenach demokratów. Tam właśnie w gronie najbliższych przyjaciół (Pelopidas, Epaminondas, Melon, Gorgidas) planowano odzyskanie miasta i wypędzenie stamtąd najezdniczej armii lacedemońsko-peloponeskiej. Przywódcą tej grupy stał się Melon, gdyż nawiązał on kontakt z niejakim Fillidasem - pisarzem trzech tebańskich polemarchów (dowódców wojskowych, pełniących również pewne funkcje administracyjne), ustanowionych przez nowy, oligarchiczny reżim Leontiadesa. Fillidias miał bowiem za zadanie zorganizowanie uroczystości kończącej roczne urzędowanie owych polemarchów, na której to oczywiście było mnóstwo wina i nie miało również zabraknąć kobiet (głównie heter, ale zapewne również zwykłych prostytutek). Były ostatnie dni grudnia 379 r. p.n.e. gdy grupa demokratycznych spiskowców Melona, przybywszy do Beocji, dołączyła do wracających do Teb robotników rolnych i wraz z nimi weszła do miasta. Byli oni przybrani w płaszcze i kaptury, pod którymi kryli sztylety oraz miecze. Tymczasem polemarchowie urządzili imprezę pożegnawczą, połączoną z sympozjum (sympozjon - to było greckie określenie rzymskiej orgii), na którym oczywiście nie mogło zabraknąć kobiet. Wcześniej jednak towarzystwo mocno sobie popiło, tak mocno że duża część z nich nie doczekała wprowadzenia na salę heter. Wśród tych kobiet zaś ukryci byli spiskowcy Melona, przebrani w kobiece szaty i z zakrytą twarzą. Gdy tylko weszli na salę, zaraz dobyli mieczy i sztyletów, po czym wymordowali polemarchów i wszystkich zebranych na sali. Następnie ruszyli na miasto, wdzierając się do domów śpiących oligarchów i ich mordując (tak m.in. zginął Leontiades, w swym łożu). Rankiem wszyscy zwolennicy demokratów byli już pod bronią i miasto w zasadzie było w ich rękach, prócz twierdzy Kadmea, obsadzonej przez  lacedemońsko-peloponeską załogę. 




Spiskowcy podzielili się na dwie części (gdyż obawiano się że spisek może się nie udać), dlatego też bezpośrednio uczestniczyli w nim: Melon, Pelopidas i kilku innych towarzyszy, natomiast grupa pod dowództwem Epaminondasa i Gorgidasa pozostała w Atenach, mając za zadanie przekonanie Ateńczyków do udzielenia pomocy tebańskim demokratom. Tymczasem spartański dowódca Kadmei - Herippidas już w nocy (słysząc niepokoje i dochodzące z miasta Krzyki), posłał gońca do Sparty z żądaniem przysłania natychmiastowej pomocy, gdyż spodziewał się że dojdzie do przewrotu i próby ataku na obsadzoną przez niego twierdzę. Nie pomylił się, rankiem, gdy wymordowano już wszystkich oligarchów, Melon i Pelopidas zmobilizowali swych zwolenników, a następnie cały lud tebański, nawołując go do wyzwoleńczej wojny przeciwko lacedemońskiej okupacji. Uzbrojeni Tebańczycy ruszyli na Kadmeę. Była to jednak potężna twierdza, a do tego obsadzona przez dobrych wojowników - szczególnie Lacedemończyków - którzy nie zamierzali się poddać. Kolejne więc szturmy były przez nich skutecznie odpierane, natomiast liczba zabitych i rannych po stronie tebańskiej rosła. Jednak mieszkańcy nie tracili ochoty do ostatecznego pozbycia się z miasta tych okupantów i kontynuowali swe ataki. Sytuacja zamkniętych w Kadmei obrońców stawała się nieciekawa, gdyż kończyła się żywność i woda, a spodziewana odsiecz ze Sparty nie nadchodziła. Zebrano więc zgromadzenie dowódców, i aby zaradzić co czynić dalej. Spartański wódz jak i inni Lacedemończycy opowiadali się za dalszą walką aż do zwycięstwa, lub do śmierci, gotowi polec tu na placu boju, niż w hańbie wracać do Sparty. Ale oni byli w mniejszości, natomiast reszta spartańskich sojuszników opowiedziała się za opuszczeniem twierdzy (tym bardziej że taką właśnie propozycję złożyli im Melon i Pelopidas, godząc się aby opuścili oni twierdzę z bronią w ręku). Spartanie nie mogli walczyć bez sojuszników, dlatego też dołączyli się ostatecznie do grona tych, którzy zamierzali opuścić Kadmę. Tak też się stało Spartanie i ich sojusznicy opuścili twierdzę z bronią w ręku i w hańbie ruszyli do Lacedemonu. Tymczasem z Lacedemonu wysłano pomoc, która po kilku (być może nawet kilkunastu tygodniach) oblężenia Kadmei znalazła się pod miastem, w którym już jednak nie było spartańskiej załogi (minęli się po drodze). Lacedemoński dowódca kontyngentu idącego z odsieczą - Kleombrotos, przybył pod Teby, ale nie podjął się ataku na miasto, a poza tym wiedział już że załogi Kadmei nie ma w środku, gdyż minęli się pod Megarą. Lacedemończycy więc zawrócili. A tymczasem Herippidas i reszta jego armii przybyli do ojczyzny. Natychmiast zostali oskarżeni o tchórzostwo i wytoczono im proces, na którym na karę śmierci skazano Herippidasa i innego wodza Arkesosa, natomiast trzeciego z nich niejakiego Lysanoridasa (który do końca opowiadał się za dalszą walką, ale ostatecznie opuścił twierdzę wraz z resztą załogi) obłożono tak wysoką grzywną, że aby ją spłacić musiał Lysanoridas oddać cały swój majątek, swój dom, pole i zabudowania, a i tak nie starczyło na pokrycie całej kwoty. Postanowiono więc że albo resztę kwoty odpracuje jako państwowy niewolnik, albo też pozostanie w lochu aż do śmierci. Trudno się na coś zdecydować - prawda? (upokorzenie albo więzienie do końca życia) i również Lysanoridas miał z tym problem. Pod osłoną nocy uciekł więc ze Sparty i dalszy słuch po nim zaginął.





Jeszcze w trakcie walk o Kadmeę, do Aten wysłano poselstwo z Teb, jak również działali tam (przebywający w mieście Dziewiczej Pallady) Epaminondas i Gorgidas. Oni wszyscy przekonywali Ateńczyków o potrzebie udzielenia im pomocy, argumentując to tym, że gdy sami Ateńczycy potrzebowali wsparcia w walce z narzuconym im reżimem Trzydziestu Tyranów Kritiasza (o którym też już pisałem w poprzednich częściach) to właśnie w Tebach znaleźli schronienie, a następnie to tam zrodziła się demokratyczna ateńska konspiracja, która pod przywództwem Trazybula pokonała oligarchów, odzyskała Ateny i odrodziła tamtejszą demokrację (403 r. p.n.e., choć ostatecznie utrwalono władzę demokratyczną w roku 401 p.n.e. gdy wymordowano oligarchów z Eleuzis). 25 lat temu Ateńczycy odzyskali więc swoje miasto i swój ustrój, teraz tego samego pragną Tebańczycy i apelują do Ateńczyków jak do braci: "Pomóżcie nam!" W tym czasie archontem w Atenach był niejaki Nausinikos (378/377 r p.n.e.), który zwołał Zgromadzenie Ludowe, chcąc podjąć pod głosowanie prośbę Tebańczyków. Przemowa tebańskich posłów zrobiła na Atańczykach ogromne wrażenie, tak duże, że praktycznie wszyscy obywatele głosowali za udzieleniem natychmiastowej pomocy zagrożonej przez Lacedemończyków tebańskiej demokracji. Wodzem wyprawy mianowano niejakiego Demofona, który zebrał 5000 hoplitów i 500 jeźdźców, a następnego dnia ten oddział kontyngent opuścił Ateny i ruszył na północ, a wraz z nimi szli Epaminondas, Gorgidas i reszta pozostałych w tym mieście Tebańczyków. Jeszcze toczyły się walki o kadmeę, gdy Ateńczycy przybyli do Teb (oprócz nich przybyły kontyngenty również z innych miast Beocji tak, iż łącznie jako wsparcie dla walczących demokratów tebańskich, dołączyło 12 000 żołnierzy). Nie wiadomo jednak jaki udział w tych walkach przypadł Ateńczykom, wiadomo tylko że zaraz po wyjściu Lacedemończyków z Kadmei - natychmiast wrócili do Aten. Natomiast w Tebach, przywrócono demokrację. Postanowiono też ostatecznie zlikwidować wszelkie spartańskie "gniazda" w Beocji, a takowym był chociażby oddział lacedemoński znajdujący się w Tespiach. Było to dość duże beockie miasto, leżące na zachód od Teb, którego szlaki wiodły z północy na południe. Znajdujący się tam spartański oddział pod wodzą Sfodriasa należało koniecznie usunąć, dla bezpieczeństwa odrodzonych, demokratycznych Teb. Wyruszono więc na Tespie (378 r. p.n.e.), ale walki pod tym miastem zakończyły się dla Tebańczyków porażką, gdyż Sfodrias i reszta Lacedemończyków (pomna losu Herippidasa) wolała zginąć, niż się poddać i walczyła tak zaciekle, że Tebańczycy musieli zarządzić odwrót, ponosząc duże straty.


 LACEDEMOŃCZYCY W ATTYCE





Nim jeszcze doszło do tebańskiego ataku na Tespie, gdy Klembrotos ze swą armią maszerował na Teby, przeszedł on nieopodal obsadzonej przez Chabriasa ateńskiej twierdzy Eleutheraj. Oczywiście nie zaatakował jej, ale urządził swoistą demonstrację siły, która poskutkowała. Ateńczycy po powrocie swego kontyngentu z Teb natychmiast skazali na śmierć dwóch wodzów tej wyprawy, w tym Demofona (chociaż wcześniej Ateńczycy gremialnie głosowali za udzieleniem Tebańczykom pomocy), po to tylko, aby nie dawać Lacedemończykom pretekstu do nowej wojny i do najazdu na Attykę. Natomiast jeszcze przed atakiem na Tespie, w Attyce, na równinie thriasyjskiej między Atenami a Eleuzis pojawił się spartański kontyngent pod wodzą właśnie Sfodriasa. Zamierzał on niespodziewanym atakiem zająć Pireus i tym samym wymusić na Atenach neutralność. Nie wiadomo co skłoniło go do takiego kroku, czy Kleombrotos (który wcześniej pozostawił go w Tespiach), czy może własna ambicja, która pchała go w ślady Fojbidasa. Może marzyło mu się zdobycie Pireusu, tak jak tamten zajął Kadmeę i pomimo oburzenia, nie został za to ukarany, a wręcz był uważany w rodzinnej Sparcie za bohatera. Atak się nie udał, a obecni w tym czasie w Atenach spartańscy posłowie deklarowali, że Lacedemon nie ma z tym nic wspólnego i akcja Sfodriasa jest jego samowolą, za którą zapłaci życiem. Rzeczywiście w Sparcie wytoczono mu proces za niesubordynację, ale zakończył się on jego uniewinnieniem, przy ewidentnej pomocy króla Agesilaosa II, który jak zwykle deklarował, że co prawda Sfodrias działał pochopnie i na własną rękę, aczkolwiek jego działanie było korzystne dla Lacedemonu (ponoć ogromną rolę w uniewinnieniu Sfodriasa z zarzutu zdrady, odegrał syn króla Agesilaosa - Archidamos, który zakochał się w młodym i ponoć bardzo pięknym synu Sfodriasa - Kleonymosie, którego prosił aby wstawił się za jego ojcem, co ostatecznie się stało. Choć brytyjski historyk - Cartledge sugeruję wręcz, że związek Archidamosa i Kleonymosa był z góry ukartowany przez samego Agesilaosa, który chciał mieć przez to wpływ na Sfodriasa, należącego do stronnictwa króla Kleombrotosa, przeciwnego Agesilaosowi. Przez uniewinnienie Sfodriasa i związek swego syna z jego synem, zyskiwał w nim automatycznie wdzięcznego do końca życia sojusznika; ale darujmy już sobie te homoerotyczne powiązania 😛). Po tym wyroku Ateńczycy całkowicie stracili złudzenia co do kierunku polityki Sparty i otwarcie już postanowiono zawrzeć sojusz z Tebami, oraz wysłać tam 5000 hoplitów oraz 200 jeźdźców pod wodzą Chabriasa.




Tymczasem Agesilaos postanowił jawnie zadziałać przeciwko tebańskiej rebelii. Zwołał więc Radę Związku Peloponeskiego i ogłosił wyprawę karną przeciwko Tebom -  łącznie zebrał 18 000 hoplitów i 1500 jazdy, na czele których wyruszył do Beocji (jesień 378 r. p.n.e.). Tebańczycy i Ateńczycy dobrze przygotowali się jednak do walki. Pobudowano wokół Teb na okolicznych wzgórzach liczne twierdze, których Spartanie nie byli w stanie zdobyć, a poza tym oddziały pod dowództwem Chabriasa cechowały się niezwykłą karnością, która zaskoczyła Lacedemończyków (sam Agesilaos wyrażał się zarówno o Ateńczykach jak i ich trackim kontyngencie najemnym, oraz o ateńskim wodzu Chabriasie w samych superlatywach, deklarując, że ten swoisty "kondotier", jest niezwykle mężnym żołnierzem i dobrym wodzem. Zresztą Chabrias swoją renomę udowodnił w czasie obrony Egiptu przed Persami w latach 385-383 p.n.e. - o czym już pisałem). Nie tylko jednak Ateńczycy wykazywali się niezwykłym męstwem, również Tebańczycy stworzyli specjalny oddział, zwany Świętym Hufcem, który był rekrutowany spośród najdzielniejszych i najwierniejszych tebańskich obywateli, niezwykle skuteczny w boju, co wielokrotnie udowodni w kolejnych latach (niektórzy historycy twierdzą, że owa skuteczność Świętego Hufca i jego bitność brała się stąd, że ci żołnierze... byli po prostu kochankami, dlatego też walczyli dzielnie z wrogiem nie tylko o własne życie, ale również o życie swojego partnera. Stopień homoseksualizacji jaki występował w antycznej Grecji jest doprawdy rzadko spotykany gdziekolwiek indziej, a Grecy miłość homoseksualną {z tym że przede wszystkim była to miłość pomiędzy dorosłym mężczyzną a nastoletnim chłopcem, gdyż stosunki pomiędzy dwoma mężczyznami również nie były akceptowane, przynajmniej nie tak gremialnie} wynosili wyżej nad miłość pomiędzy mężczyzną a kobietą, które to istoty uważali oni za nie tylko pozbawione cech obywatelskich {w tym zdolności do logicznego myślenia}, ale wręcz ludzkich - o czym też już pisałem wcześniej). Tebański Święty Hufiec złożony z 300 elitarnych hoplitów, stacjonował odtąd w Kadmei i był gwarantem utrzymania demokratycznego ustroju w Tebach.




Ateńczycy gdy już jawnie wsparli teby w wojnie z lacedemonem, wyznaczyli trzech strategów w tej wojnie, wspomnianego wyżej Chabriasa wysłanego z kontyngentem 5200 żołnierzy do Teb, Timoteosa (przyjaciela Izokratesa - wspomnianego przeze mnie we wcześniejszych częściach mówcy który dążył do wielkiej wyprawy Greków przeciwko Persji - i podobnie jak ten wielkiego wroga Persów. Poza tym Isokrates był równie dobrym wodzem i w niczym nie ustępował Chabriasowi), oraz Kallistratosa - najstarszego z nich wszystkich (był "politykiem" - chociaż słowo to w odniesieniu do Greków, a szczególnie Ateńczyków ma zupełnie inne konotacje niż dzisiaj, nie chce mi się teraz tego tłumaczyć, więc poprzestańmy jedynie na tym stwierdzeniu - i strategiem jeszcze w czasach Wojny Peloponeskiej w V wieku p.n.e.). Kallistratos był politycznym sojusznikiem Ifikratesa (tego, który w 373 r. p.n.e. prowadząc grecki kontyngent na służbie perskiej, najechał na Egipt - o czym już pisałem) i opowiadał się za polityką properską, o ile będzie ona oczywiście zgodna z polityką Aten. W ten sposób automatycznie stawał się politycznym przeciwnikiem Izokratesa i Timoteosa. To właśnie Kallistratos był też głównym twórcą odnowionego w 378 r. p.n.e. Związku Morskiego (o czym pisałem zdaje się dwa tematy temu). Stworzona (mu.in.) z jego udziałem nowa umowa powołująca do życia Związek Morski, aby przekonać niechętnych Ateńczykom Hellenów z miast i wysp Morza Egejskiego, głosiła nie tylko równość wszystkich członków Związku (tym samym kajali się Ateńczycy za błędy przeszłości), ale również zaznaczono, że żaden Ateńczyk nie powinien (co ciekawe, nie było tam określenia "nie może", tylko "nie powinien") uprawiać ziemi poza Attyką (tym samym kończono z polityką peryklesowych i późniejszych kleruchii), ale również przyznano odszkodowania tym wszystkim, których Ateńczycy w przeszłości skrzywdzili, wysiedlając ich z ich ziemi i osiedlając tam własnych kolonistów. Tymi aktami dobrodziejstwa Ateńczycy przekonali do siebie licznych Hellenów z ziem Morza Egejskiego, którzy wyłamali się spod coraz bardziej uprzykrzającej im życie dominacji spartańskiej. Tak narodził się II Związek Morski, a Kallistratos w pewien sposób stał się nowym Arystydesem Sprawiedliwym - twórcą I Związku Morskiego w Byzantion w 478/477 r. p.n.e. Natomiast hegemonia Sparty (narzucona Hellenom przez Lizandra w roku 404 p.n.e.), właśnie zaczęła się sypać w gruzy.




Król Agesilaos nie był w stanie sforsować dobrze umocnionych wzgórz wokół Teb, bronionych przez Tebańczyków i Ateńczyków, a ponieważ w szeregach jego własnych sprzymierzeńców zaczęły się niesnaski, postanowił zawrócić. Pojawił się w Beocji ponownie z tą samą armią wiosną 377 r. p.n.e. ale skutek tych walk był podobny, jak kilka miesięcy wcześniej, czyli żaden. Jeszcze przed jego przybyciem, na początku tego roku Tebańczycy zebrali w swym mieście przedstawicieli innych miast beockich i odnowili rozwiązany pokojem Antalkidasa w 386 r. p.n.e. Związek Beocki. Nowy Związek zbudowano na nieco innej zasadzie niż funkcjonował on przedtem, jego sercem bowiem stało się Zgromadzenie Ludowe zwoływane w Tebach, na które oczywiście przybywali przedstawiciele innych polis związkowych. Miasta miały być równe wobec siebie, z tym że beotarchów (dowódców związkowej armii) zawsze wybierano spośród Tebańczyków (czyli owa równość była tylko fikcją, zresztą jak i w II Związku Morskim - co wyjaśniłem we wcześniejszym częściach). Pierwszym beotarchą odrodzonego Związku Beockiego wybrany został Pelopidas (był on zresztą wybierany corocznie również i w kolejnych latach). Tymczasem walki w Beocji trwały dalej, chociaż zarówno Tebańczycy jak i Ateńczycy unikali stoczenia walnej bitwy, obawiając się spartańskiej wytrwałości i sztuki wojennej z której słynęli. Natomiast walki o umocnione pozycje szły Spartanom znacznie gorzej, można nawet powiedzieć że byli oni niezdolni do ich zdobywania. W czasie jednej z takich starć zginął Sfodrias - dowódca spartańskiej załogi w Tespiach (377 r. p.n.e.). Ponieważ przedłużająca się wojna i brak jakichkolwiek sukcesów powodował nie tylko zniechęcenie, ale wręcz rozgoryczenie i gniew wśród sojuszników Lacedemonu (którzy na walnym zgromadzeniu członków Związku Peloponeskiego w końcu roku 377 p.n.e. jawnie zaprotestowali przeciwko nowej wyprawie Agesilaosa, deklarując że to właśnie oni ponoszą największy koszt militarny i finansowy tych kampanii, tracąc swych obywateli w walkach, które nie przynoszą żadnego efektu i nie chcą tego dalej kontynuować. Zarzucano królowi Sparty również osobistą niechęć, a wręcz nienawiść do Tebańczyków za jego upokorzenie w Aulidzie w 396 r. p.n.e. (o czym pisałem wcześniej, wspomnę tylko że Tebańczycy udaremnili mu wówczas złożenie ofiary bogom przed jego wyprawą do Persji, którą chciał powtórzyć za przykładem mitycznego Agamemnona, który wyprawiał się na wojnę trojańską). Od tej pory minęło już 20 lat, a ta nienawiść nie tylko nie ustąpiła, a jeszcze się pogłębiła. Agesilaos - na owym zgromadzeniu członków Związku Peloponeskiego - wysłuchał wszystkich oskarżeń, po czym poprosił wszystkich aby podzielili się na dwie grupy. Po jednej stronie mieli usiąść sprzymierzeńcy Sparty, po drugiej Lacedemończycy. Następnie kazał wstać wszystkim garncarzom, kowalom, murarzom i innym rzemieślnikom. Gdy już wszyscy spośród sprzymierzeńców stali, Lacedończycy wciąż siedzieli {prawo bowiem zabraniało spartiatom wykonywania innych czynności prócz szkolenia się w sztuce wojennej} i wówczas ten stary lis Agesilaos rzekł do zebranych: "Widzicie mężowie, o ile więcej od was żołnierzy wysyłamy!"). Kolejna wyprawa na Beocję ruszyła wiosną następnego (376 p.n.e.) roku.




CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...