WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HUSARIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HUSARIA. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. III

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"





"Szlachta jest wysoka i silna, z zadziwiającą zręcznością umie korzystać z szabli, zna na ogół nie tylko język ojczysty, jest hojna i mocno papieska. Kiedy jednak spojrzysz uważniej, okaże się, że jest zuchwała, dumna, nadęta, uparta i tak zazdrosna o swoją wolność, że często buntuje się przeciw królowi, choćby przy tym wszystko miało lec w gruzach. Do mnicha i klechy mają dużo zaufania. Polskich kupców jest mało, chłopi są mizerni i prawie niewolnicy" - oto opinia, jaką zapisał w połowie XVII wieku podróżujący wówczas po Rzeczpospolitej młody (zaledwie wówczas 14-letni) Georg Friedrich Freiherr zu Eulenburg. Też i inni zagraniczni podróżnicy mieli bardzo ciekawe opinie o polskiej szlachcie, które zamierzam tutaj również zaprezentować, jako swoistą ciekawostkę historyczno-obyczajową.






Polska szlachta - i powiedzmy to sobie otwarcie - była ewenementem całej Europie. Po pierwsze: szlachty w dawnym państwie polsko-litewskim (czyli Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim) było bardzo dużo, więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych (co zresztą w roku 1573 odnotował francuski poeta i pisarz Jean Monluc). W tamtym czasie szlachty w Rzeczpospolitej było aż 8% wszystkich mieszkańców kraju i choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to liczba niewielka, to musimy sobie uświadomić że w tym samym czasie szlachta we Francji liczyła nie więcej niż 1%, w Hiszpanii 2%, a w Anglii... ponad pół procenta. Dla przybysza z Zachodu przyjazd do naszego kraju i ujrzenie tak wielkiej liczby nobilitowanych do szlachectwa, był iście zaskakujący. Tym bardziej że polska szlachta (w tamtym czasie - bo to jest akurat istotne) praktycznie nie używała żadnych tytułów. Zauważył to, podróżujący po naszym kraju w roku 1630 inny Francuz - Guillaume de Beauplan, pisząc, że nie ma tutaj ani książąt, ani hrabiów, ani markizów, ani baronów. Cała szlachta zaś zwraca się do siebie jak do braci (słowami: "brateńki", albo "panowie bracia"), a tytuły byłyby przeszkodą w tej równości wszystkich możnych i dobrze urodzonych. Rzeczywistość jednak nie była tak kolorowa, jak ją przedstawiał Beauplan. Owszem, unikano używania tytułów (a nawet sejmy zakazywały przyjmowania jakichkolwiek zagranicznych nobilitacji i tytułów) właśnie dlatego, aby nie tworzyć sztucznych podziałów wśród - teoretycznie równej sobie - braci szlacheckiej. Chodziło o przekaz, który jasno dawał do zrozumienia że każdy szlachcic, nawet najuboższy, może piastować najwyższe urzędy w kraju. W rzeczywistości zaś było tak, że najbiedniejsza szlachta (zarówno ta zagrodowa, jak i szlachta "gołota" - czyli pozbawiona majątków ziemskich, a niekiedy nawet tak uboga, że nie stać jej było na dobry ubiór czy... buty) aby nie umrzeć z głodu, zaciągała się na służbę do magnatów (na Zachodzie oczywiście też istniała dysproporcja w majętności szlachty, ale tam nawet najbiedniejszy szlachcic mógł wstąpić do armii i robić karierę wojskową, w Rzeczpospolitej zaś nie było takiej możliwości, jako że nie było stałej armii). Zaciągając się na służbę do magnata, taki szlachcic był związany zarówno przysięgą wierności, jak również obowiązkiem, a przede wszystkim był to jego pracodawca, który dawał mu chleb, w zamian zaś wymagał chociażby tego, aby taki pozbawiony majątku ubogi szlachcic na sejmach głosował tak, jak życzył sobie tego jego patron (to właśnie powodowało później plagę wszelkich wet niezbędnych dla zreformowania Ojczyzny ustaw, w tym choćby powołaniu stałej armii).




Również zamiłowanie do cudzoziemskich tytułów często było silniejsze od solidarności szlacheckiej braci i wielu magnatów jak i zwykłych szlachciców takowe tytuły zaczęło przyjmować (Prusak Johann Joseph Kausch tak pisał o zamiłowaniu polskiej szlachty do tytułów w końcu XVIII wieku: "Każdy tytuł mający coś wspólnego z dworem, sądem, posiadaniem lub stopniem wojskowym, lub też odnoszący się do czegokolwiek innego, ma tu swoją wagę. Wszystkie tytuły można kupić, dlatego też zaczynają tracić coraz więcej na wartości"). Pierwotna forma demokracji szlacheckiej istniejąca w Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów w XVI wieku, już w połowie wieku XVII (a prawdopodobnie wcześniej) zaczęła ewoluować ku oligarchii magnackiej. Pisał o tym pod koniec XVIII wieku jeszcze inny Francuz Jacques-Henri Bernardin de Saint Pierre: "Rząd polski skłania się ku arystokratyzmowi. Dwadzieścia rodzin, wśród których najważniejszymi są rody Lubomirskich, Jabłonowskich, Radziwiłłów, Ossolińskich oraz Czartoryskich, ubiega się o ster rządu. Sprzymierzają się z sobą, zagarniają władzę aż do chwili, gdy silniejsze stronnictwo nie odsunie ich od rządów. Wówczas wszystkie królewszczyzny, wszystkie godności przechodzą w inne ręce. Ten zamęt, to stałe zderzanie się różnych interesów rodzi prawdziwą anarchię. (...) magnaci (...) Dzielą między siebie stanowiska wojskowe, beneficja i najwyższe urzędy cywilne. Resztki zabierają ich słudzy, którzy rezerwują sobie podrzędniejsze stanowiska, miejsca w akademiach, wszystkie wreszcie owoce i zyski, jakie przynosi przemysł. Ci możni panowie ujarzmiają wolnego ducha narodu, zaszczepiając mu służalczość, bardziej godną pogardy aniżeli niewolnictwo". Także ustrój panujący w Rzeczpospolitej był dla wielu przybyszy z Zachodu ewenementem i swoistą ciekawostką. Po pierwsze dlatego że oficjalnie w Polsce panował król, a jednocześnie (choć istniała nazwa Korony Królestwa Polskiego), zastępczo nazywano kraj Rzeczpospolitą, czyli republiką. Gdzie tu sens, gdzie logika? Dla wielu podróżników z zagranicy było to całkowicie niezrozumiałe, dziwne i niepojęte, gdyż Nie potrafili oni sobie uświadomić faktu, że nazwa "Rzeczpospolita" odnosi się do panującej w kraju wolności szlacheckiej i demokratycznej (a potem oligarchicznej) formy rządów, zaś król pełni rolę swoistego "pierwszego senatora" - jakby powiedzieli o tym starożytni Rzymianie. "Król jest ojcem, a Rzeczpospolita matką" - jak mawiano w tym czasie.

Innym niezrozumiałym na Zachodzie aspektem polskiej szlachty, była jej... natura. Amerykański historyk egipskiego pochodzenia (koptyjskiego, czyli chrześcijanin) Raymond Ibrahim W swej książce: "Miecz i bułat. Czternaście wieków wojny pomiędzy islamem a zachodem", tak podsumował Polaków (głównie polską szlachtę) z czasów króla Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej z 1683 r.: "Od momentu utworzenia tej ostatniej Ligi Świętej przeciwko islamowi Polacy wydawali się dziką i nieprzewidywalną zbieraniną. W przeciwieństwie do Niemców - którzy pod względem etnicznym, językowym i kulturowym podobni byli do Austriaków - Polacy przypominali raczej Rusinów. Wydawali się pospolici i prymitywni, przynajmniej dla wyrafinowanego, noszącego pudrowane peruki wiedeńskiego dworu Leopolda. Byli jednak tęgimi wojownikami, a Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wówczas do największych mocarstw Europy". Rzeczywiście, Polaków - w czasie tej bitwy pod Wiedniem - trudno było niekiedy odróżnić od Turków. To znaczy trudno by ich było odróżnić, gdyby jednak nie różnili się znacząco pewnymi istotnymi szczegółami, takimi jak choćby ubiór husarski i brak turbanów na głowach, oraz oczywiście bledszy niż turecki odcień skóry. Zarówno Austriacy jak i Niemcy, a także inni przedstawiciele narodów Europy Zachodniej (w tym Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi) nie znali zupełnie ani polskiego ubioru wojskowego, ani polskich symboli, ani też polskiej taktyki wojskowej, co powodowało że często dochodziło do pomyłek w tej kwestii. Pięknie wyjaśnia to pan w filmiku poniżej, który jasno deklaruje iż po zwycięstwie pod Wiedniem Austriacy podejmowali Polaków na wielkiej uczcie w Wiedniu i "zwyczaj był taki że najpierw wchodzili husarze, potem wchodziło dowództwo. Husarze ubrani byli w skóry lampartów, stąd dworacy cesarscy wzięli ich za jakiś niesamowitych notabli i usadzili ich na miejscach hetmańskich (...) I w tym momencie weszli hetmani oraz Jan III Sobieski w takich burkach i dworzanie usadzili ich niżej. Nie znali się na polskim obyczaju wojskowym, nie wiedzieli że co prawda towarzystwo chodzi w skórach, ale to, co wzięli za koce czyli burki kuligowskie były jeszcze droższe (...) Na to natychmiast zareagował książę Lotaryński, który w uroczystych słowach przeprosił za zaistniałą sytuację i powiedział: "Panowie lampartowie - niżej, panowie kilimkowi - wyżej" ☺️)




Notabene formacje husarskie (które pierwotnie były pochodzenia węgierskiego, a prawdopodobnie również serbskiego), stały się ostatecznie symbolem tamtej Rzeczpospolitej. Husaria była bowiem nie do skopiowania, choć próbowali to zrobić zarówno Francuzi jak i Moskale (w obu przypadkach im nie wyszło, zaś krótkotrwała husarska formacja moskiewska była parodią tego, co realnie stanowili sobą ich polscy odpowiednicy). Tam gdzie pojawiała się husaria, tam wróg przestawał nawet marzyć o zwycięstwie. W takich bitwach jak że Szwedami pod Kircholmem (1605 r.), z Moskalami i Szwedami pod Kłuszynem (1610 r.), czy pod Chocimiem (1621 r.), oddziały husarskie niszczyły znacznie liczniejsze od nich siły przeciwnika. Pod Chocimiem 7 września 1621 r. 600 husarzy natarło na 10 000 wojowników sułtana Osmana II (który osobiście obserwował bitwę). Szarża zakończyła się całkowitym zwycięstwem i zmuszeniem wroga do ucieczki. Widząc to sułtan Osman II rozpłakał się z żalu i bezsilności. Husaria to była elita elit staropolskiej wojskowości, a jej dewizą było hasło: "Miłość Ojczyzny najwyższym prawem". Nawet konie husarskie były specjalnie szkolone do walki i do tego stopnia, że również po śmierci husarza nadal atakowały szeregi wroga, kąsając i tratując boleśnie żołnierzy wrogich armii. Piszę to jako swoisty dodatek do tego tematu, jako że należy podkreślić iż na Zachodzie Ani też na Wschodzie niczego podobnego nie wymyślono, a husaria była niezwyciężoną formacją przez pierwsze 122 lata swego istnienia (od 1503 do 1625 roku).




Podróżników z Zachodu dziwiło w Rzeczpospolitej również wiele innych kwestii, jak choćby wyjątkowy ubiór polskiej szlachty (zbliżony do tureckiego), uczesanie (owe słynne "podgolone łby"), a także łatwość w przyswajaniu sobie i nauce języków obcych (łacinę znał w Rzeczpospolitej każdy szlachcic, spora część mieszczan i... wielu chłopów). O tym wszystkim (i wielu innych nieznanych ciekawostkach) jednak opowiem już w kolejnej części tej serii.


CDN.

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. II

 NIEZWYKŁE
(CHOĆ CZĘSTO ZAPOMNIANE)
PRZYGODY I EUROPEJSKIE WOJAŻE
POLAKÓW od XVI do XIX wieku





1633 r.
BAJECZNY WJAZD PODSKARBIEGO
NADWORNEGO KORONNEGO 
JERZEGO OSSOLIŃSKIEGO DO RZYMU





"ZATEM DOBRANOC KORONNI SYNOWIE,
ZACNYCH PRADZIADÓW ZACNI POTOMKOWIE,
A SŁUGI SWEGO NIE ZAPOMINAJCIE 
I DO RZYMU MI TO ŚWIADECTWO DAJCIE"

"O JEDNEJ KORTEZANCE PADEWSKIEJ, CO JĄ ZWANO SIGNORA DIAMANTE"
JAN KOCHANOWSKI



Wjazdy polskich magnatów i szlachciców do europejskich stolic zawsze były dość niezwykłe. Każda bowiem taka wyprawa stanowiła o splendorze króla i Rzeczypospolitej, zatem musiała być wyjątkowa. W latach 1605-1607 sporządzona została instrukcja poselska (rozbita na 27 rozdziałów) "Sposób odprawiania poselstw", która zalecała w jaki sposób należy się zachowywać na obcych dworach, udzielała rad i wskazówek (instrukcja była tak naprawdę zbiorem wcześniejszych polskich poselstw m.in.: Erazma Ciołka, Jana Ocieskiego, Stanisława Mińskiego czy Piotra Dunina Wolskiego). Mówiła również o tym, że w poselstwach do papieża należy przewodnictwo oddawać osobie świeckiej, a nie duchownej, gdyż ta ostatnia "mniej waży w antykamerze papieskiej". W Rzymie bowiem, duchowny z innego kraju: "jeśli nie jest asystent, siedzi gorzej niż u nas pleban". Radzono tam również aby w poselstwie uczestniczyli też obcokrajowcy naprzemiennie (np. majordom Polak, kapelan Włoch, ale medyk Polak), oraz jaką trasę należy obrać, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Instrukcja była jedynie uzupełnieniem tego, co praktykowano u nas od bardzo dawna, jeśli chodzi o misje dyplomatyczne, a mianowicie człowiek wysyłany w taką misję, musiał być odpowiednio zaznajomiony zarówno z krajem do którego przybywał w poselstwie, jak i (mniej więcej) z relacjami panującymi wśród króla i jego otoczenia (często przydatne w tej mierze bywały znajomości, zawierane podczas studiów na uniwersytetach). 

Polscy posłowie byli uważani w całej Europie za dobrze wykształconych, władających kilkoma językami, obytych w świecie i niezwykle uprzejmych oraz pełnych smaku i elegancji (w 1573 r. francuski poeta Jean Dorat był pod wielkim wrażeniem polskiego poselstwa, które w tymże roku odwiedziło Paryż, czego wyrazem były jego słowa, zawarte relacji z owego spotkania, które brzmiały: "My, Gallowie, dziwimy się, Polacy, waszym postaciom, waszej ogładzie, jakby półbogom") i nie zmieniło tego wizerunku nawet niefortunne poselstwo Pawła Działyńskiego do królowej Anglii - Elżbiety I w 1597 r. (o którym już wielokrotnie pisałem). Jednak poselstwo podskarbiego nadwornego koronnego - Jerzego Ossolińskiego, jakie wyruszyło z Krakowa (15 września 1633 r.) w podróż poselską do Rzymu, przyćmiło wszystkie poprzednie tego typu poselstwa. Wjazd do Rzymu (20 listopada) był bowiem doprawdy bajeczny i ukazywał ówczesną potęgę Rzeczypospolitej polsko-litewskiej (poseł wenecki pisał w roku 1646 iż: "Polacy byliby strasznymi światu, gdyby się nauczyli porządku i posłuszeństwa", po czym wyliczał zasługi Polaków w walkach w Europie Zachodniej, w tym m.in.: "Kosztowne zaciągi obróciła Francyja na swój pożytek, dwa tysiące czterysta samej piechoty polskiej, uzbrojonej w kosy, dopomogło w następnym roku do wzięcia Dunkierki"). Wjazd Ossolińskiego do Rzymu porównywano wówczas do... drugiej inwazji Hannibala, a to z tej przyczyny, iż w jego orszaku było aż 10 wielbłądów, które musiały przejść Alpy. Do tego przepiękne karoce, konie podkute złotymi podkowami (które specjalnie gubiły na ulicach Rzymu) i w ogóle niezwykłe bogactwo całego orszaku (nawet 30 służących Ossolińskiego jechało na koniach o turkusowych rzędach, a przyozdobieni byli w piękne szaty w atłasowych, błękitnych frezjach, do tego siodła na których jechali były wysadzane drogimi kamieniami). 

Cały orszak liczył 300 ludzi i koni, 10 wielbłądów, mnóstwo karoc i wozów obładowanych bogactwem, do tego wzięci w niewolę Turcy i Tatarzy w turbanach (którzy prowadzili owe wielbłądy), mający stanowić swoistą atrakcję dla papieża i ludu Rzymu, dlatego też wszystko to razem wzięte przypominało prawdziwą inwazję Hannibala na Rzym. Orszak wyjechawszy z Krakowa w dniu 15 września, kierował się powoli w kierunku cesarskiego Wiednia. Następnie skierowano się do Leoben, potem St. Veit i Villach). W początkach października przekroczono rzekę Gall, po czym wjechano do Tarvisio. Cała droga nie była łatwą, bowiem musiano pokonywać góry i przełęcze, a także drogi zarzucone odłamkami skalnymi (co było niezwykle trudne dla dużych i ociężałych karoc, a szczególnie wozów obładowanych najróżniejszymi kosztownościami), szczególnie pod Camporosso i Pontebba a także pod Venzone. Często dochodziło też do sytuacji, że z braku mostów na rzekach, musiano pokonywać je wpław (nad Piawą o mal nie doszło z tego powodu do tragedii, gdy jedna z karoc została zniesiona przez fale rzeczną i jedynie dzięki szybkiej reakcji hajduka Michała nie doszło do tragedii i uratowano siedzące w niej osoby). Pewien problem nastręczały postoje, choć starano się obozować głównie w klasztorach (przede wszystkim sam Ossoliński i niektórzy z panów szlachty jego orszaku), a reszta po prostu rozbijała obóz pod danym miastem lub szukała sobie kwater. 


JERZY OSSOLIŃSKI



W Trewiso po raz pierwszy powitano orszak Ossolińskiego fanfarami, mowami powitalnymi i oficjalnymi przyjęciami w pałacach wielmożów (podczas jednego z takich przyjęć, Ossoliński zainteresował się kształtem jednej z willi, którą kazał dokładnie zmierzyć). Dalsza podróż przebiegała pod znakiem przyjęć i zwiedzania poszczególnych miast włoskich (Padwa, Rovigo, gdzie odbyło się przyjęcie w pałacu Roncalli, Polesella i gościna u signora Grimani, Ferrara i wreszcie Bolonia). W Ferrarze władze miasta przywitały Polaków jeszcze nim ci ujrzeli bramy tego włoskiego miasta. Osobiście wyprawił się na ich przywitanie signor Domenico Danino, siostrzeniec kardynała Ferrary - Magalottiego. Po mieście oprowadzał ich książę Torquato. W Bolonii zaś powitał ich gubernator miasta signor Sant Mario, który oprowadził przybyszów po mieście (odegrano również komedię w palazzo Sforza. Potem zatrzymano się w Forli i Cesenie (w tym ostatnim mieście zorganizowano dla Polaków taką ucztę, że rano wszyscy biesiadnicy ledwie mogli ustać na nogach, mając tak potwornego kaca). W Rimini, w palazzo d'Arengo urządzono bal, połączony z tańcami (po raz pierwszy w swej podróży członkowie orszaku ujrzeli piękne włoskie damy, z którymi tańczono i konwersowano, choć ze względu na obecność mężów tych panien na sali, jakiekolwiek inne relacje, w tym dłuższe rozmowy były niemożliwe). Kolejne postoje to niekończące się przyjęcia, połączone (głównie z piciem ogromnych ilości wina) i zwiedzanie lokalnych miast. W Senigalli Ossoliński nocował w willi Włocha, który dumny był z tego, że lat temu kilka (1624 r.) widział przejazd polskiego królewicza Władysława (wówczas już króla Rzeczypospolitej), przez Senigallię do Rzymu.

Następnie odwiedzono Ankonę (gdzie podziwiano występ chóru mniszek z klasztoru brygidek), Loreto, Maceratę, Belforte, Muccię, Seravelle, Foligno i gdy opuszczano już Civita Castellana kolejnym etapem podróży był już bezpośrednio sam Rzym. Nim jednak orszak poselski Ossolińskiego wjechał do miasta, powitało go na jego rogatkach ok. stu karet, będących własnością poszczególnych posłów z najróżniejszych krajów, którzy witali go oficjalnie w imieniu swych monarchów i rządów. Ossoliński odpowiadał wszystkim w językach włoskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, angielskim i jeszcze kilku innych. Pamiętny bajeczny wjazd polskiego orszaku do Rzymu, miał miejsce w kilka dni później. Tak oto ów wjazd widział anonimowy naoczny świadek, włoski pisarz który pozostawił własną relację z tego wydarzenia: "Z taką pompą prowadzono Jego Mości do pałacu, pod górę della Trinita dei Monti (...) Wszystkie drogi i ulice, przez które ta jazda poszła, były zagęszczone karetami i bardzo wielką ciżbą ludzi, że trudno się było przecisnąć, a sama sława narodu polskiego i posła takowego była nader wielka, przy takim porządku i dostatku, gdyż w strojach było widzieć okazałość wielką, w siedzeniu na koniach prawie żołnierską postać, w postępkach poważność i skromność, a we wszystkich innych obyczajach animusze prawie pańskie i wspaniałe we wszystkim, a na dostatek prawie nieporównaną ludzkość i grzeczność, przez co prawie zniewolili sobie wszystkich w tym mieście, które przyzywa jednym głosem, że pamiętnika nie masz, który by widział taką pompę. Gdy wjeżdżał Jego Mość pan poseł w swój pałac, ex castro S. Angeli wypuszczono wszystkie strzelbę na przywitanie Jego Mości i na oświadczenie wielkiej radości wszystkiego Rzymu z przyjazdu pana tak wielkiego".

Wjazd był doprawdy bajeczny i wyżej wymieniona relacja Rzymianina, który ją oglądał nie oddaje w pełni jej piękna i bogactwa. W naszej pamięci przetrwała jedynie opowieść, jak to konie z orszaku Ossolińskiego specjalnie gubiły złote podkowy, które potem ochoczo zbierali mieszkańcy Rzymu, ale był to jedynie fragment dziejących się wydarzeń (choć bez wątpienia najbardziej imponujący). Niesamowite wrażenie musieli budzić również przybrani za husarzy i przyozdobieni w piękne stroje z aksamitu i atłasu, ze sterczącymi za ich plecami (na husarski sposób) piórami (z tą jednak różnicą iż były to... pióra pawie) służący Jerzego Ossolińskiego. Końskie uzdy i siodła były przetykane złotem, srebrem i drogimi kamieniami, ale równie wielką ciekawość budzili Turcy i Tatarzy w turbanach, którzy jechali na wielbłądach. Cały orszak wyglądał niczym wyjęty z jakiegoś innego świata, ale oni stanowili dodatkowy element orientalizmu. Ossoliński wiózł również papieżowi Urbanowi VIII bogate dary, załadowane na wozach, wygłosił też na jego cześć sławną mowę pochwalną. Długo jeszcze w Rzymie wspominano tę polską ambasadę (Ossoliński jechał do Rzymu, aby objąć urząd polskiego posła przy Stolicy Apostolskiej), a papież dzięki uzyskanym darom, mógł sprawić mieszkańcom Rzymu nie lada przyjemność, doprowadzając by jednego dnia z miejskich fontann zamiast wody, płynęło wino.




Podobnie widok wziętych w niewolę (choć równie bogato przybranych) muzułmanów musiał przypominać mieszkańcom Rzymu i innych włoskich miast, że to właśnie Rzeczpospolita polsko-litewska stanowi największą i najpewniejszą zaporę przeciwko rozlewaniu się islamu na Europę i że to "Polska jest najsilniejszą fortecą całej Europy przeciwko ludom barbarzyńskim" ("Poloniae totus Europae adversus barbarorum nationum" - taki napis znalazł się na łuku triumfalnym w Paryżu w roku 1573). Pięćdziesiąt lat po owym świetnym poselstwie Jerzego Ossolińskiego do Rzymu, ponownie przekona się o tym cały świat, gdy husaria Rzeczypospolitej dosłownie zmiecie 300 000 tureckich i tatarskich wojsk, które obległy Wiedeń i już czuły się jego panami.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...