Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Niezłomnych (zwanych też Wyklętymi), to święto młode, wprowadzone dopiero 15 lutego 2011 r., bo wcześniej nie było po temu "atmosfery politycznej". Przez ponad dwadzieścia lat tzw.: "Wolnej Polski" po 1989 r. nie było "atmosfery politycznej" aby upamiętnić bohaterów walczących o wolność, suwerenność i niepodległość naszej Ojczyzny (tak, o niepodległość również, gdyż co prawda Polska "pojałtańska" była quasi-niepodległym bytem w rozumieniu prawa międzynarodowego, to jednak istniały pewne próby podważenia tego stanu rzeczy, jak choćby powojenne apele pierwszomajowe o... włączenie Polski jako kolejnej republiki sowieckiej do ZSRS). To pokazuje dobitnie jaką Polskę zbudowali nam owi "opozycjoniści" z PRL-u, bardzo często sami wywodzący się z rodzin komunistycznych. Katastrofa i cierpienie narodu - jakie spadło na Polskę w 1939 r. trwało (w mniejszym lub większym natężeniu) przez pięćdziesiąt lat, a potem nastała epoka kłamstwa i nihilizmu "transformacyjnego", która również nie sprzyjała oddaniu czci bohaterom. Te wszystkie głosy: "Myślmy o przyszłości, nie o przeszłości", "Wybierzmy przyszłość" - skutecznie zaciemniały Polakom pole widzenia, a ponieważ po okresie komunistycznej nędzy (wyłączając jedynie lata 70-te, czasy Edwarda Gierka), każdy w kraju chciał się dorobić i żyć "jak na Zachodzie", dlatego też takie hasła padały na podatny grunt. Jednak nie da się skutecznie budować społecznego dobrobytu i nie można myśleć o świetlanej przyszłości kraju, narodu i społeczeństwa, jeśli zapomina się o własnej przeszłości. Jeśli burzy się (jak np. w USA czy Wielkiej Brytanii) pomniki twórców państwa, to na czym chcemy budować przyszłość? I pytanie podstawowe - jaką tę przyszłość chcemy zbudować, skoro odrzucamy przeszłość?
A Żołnierze Niezłomni byli przecież tacy jak my dzisiaj (oczywiście nie było Netflixów ogłupiających młodzież, feminizmów czyniących z kobiet prawdziwe ludzkie "szmaty" - a jest to stwierdzenie jakim one same się posługują, ekologizmów - sprowadzających człowieka do roli zwierzęcia - czyli bezmyślnej, hodowlanej małpki lub świnki, nie było propagandy gender - wymuszającej wchodzenie przebranych za kobiety mężczyzn do damskich ubikacji lub naszpikowanych testosteronem "kobiet" z dyndającą między nogami "sikawką", mordujących żeński sport). To byli tacy sami młodzi ludzie, jak my dzisiaj. Tak samo chcieli żyć, umawiać na randki, uczyć się, pracować, a ponieważ nie mogli zaakceptować nie tyle samego zniewolenia własnego kraju, ale podłego, wsiąkającego w społeczne tkanki - kłamstwa, przyzwolenia na zbrodnię i wszechobecnej nienawiści (głównie wymierzonej w Kościół Katolicki i wszelkie postawy wolnościowe). Ludziom o duszy nie-niewolniczej życie w takim kraju, w społeczeństwie odgórnie ogłupianym, podporządkowanym i fizycznie eksterminowanym - było nie pod pomyślenia. Dlatego właśnie skazano ich nie tylko na śmierć fizyczną, ale przede wszystkim na śmierć społeczną, moralną, duchową. Naród miał o Nich zapomnieć, miał wyrzec się wszystkiego, co sobą reprezentowali i o co walczyli. Należało sprowadzić ich do ról animalnych, odczłowieczyć, przypiąć nierozerwalną łatkę "faszysty", "bandyty", "burżuja" czy "kułaka" i walczyć z nimi wszelkimi możliwymi sposobami. To dlatego mordowani w okrutny sposób, wcześniej doświadczywszy nieprawdopodobnych wręcz tortur (wyrywanie paznokci, łamanie żeber, wyrywanie palców ze stawów, wydłubywanie oczu, łamanie kości rąk i nóg i bicie, nieustanne bicie), byli potem wrzucani do zbiorowych dołów śmierci i przysypywani ziemią - często w pobliżu wysypisk śmieci. Nie pozwolono im nawet na godny człowieka pochówek, tylko wrzucano ich niczym jakieś kreatury - bo nawet zwierząt tak się nie chowa - do zbiorowych mogił i zakopywano w tajemnicy, aby ludzka pamięć nigdy już ich nie odnalazła. Chcieli ich zabić duchowo i w najlepszym przypadku sprowadzić do roli "faszystów" i "bandytów" o których nie warto nawet wspominać.
PRZYZNAM SIĘ SZCZERZE, ŻE GDYBYM WTEDY ŻYŁ, BYŁBYM JEDNYM Z TYCH TYSIĘCY BEZIMIENNYCH OFIAR, ZAKOPANYCH W ZBIOROWYCH MOGIŁACH GDZIEŚ PRZY WYSYPISKACH ŚMIECI. MOŻE, GDYBYM MIAŁ DZIECI, TO MYŚLAŁBYM INACZEJ, ALE WTEDY STAJE MI PRZED OCZAMI LIST, JAKI NAPISAŁ, SIEDZĄCY W CELI ŚMIERCI PODPUŁKOWNIK WOJSKA POLSKIEGO ŁUKASZ CIEPLIŃSKI, ZAMORDOWANY 1 MARCA 1951 r. LIST TEN NAPISAŁ DO SWEGO SYNA, A BRZMIAŁ ON TAK:
"ANDRZEJKU! WYMODLONY, WYMARZONY I KOCHANY MÓJ SYNKU. PISZĘ DO CIEBIE PO RAZ PIERWSZY I OSTATNI. W TYCH DNIACH BOWIEM MAM BYĆ ZAMORDOWANY. CHCIAŁEM BYĆ TOBIE OJCEM I PRZYJACIELEM. BAWIĆ SIĘ Z TOBĄ I SŁUŻYĆ RADĄ I DOŚWIADCZENIEM W KSZTAŁTOWANIU TWEGO UMYSŁU I CHARAKTERU. NIESTETY OKRUTNY LOS ZABIERA MNIE PRZEDWCZEŚNIE, A CIEBIE ZOSTAWIA SIEROTĄ. DLATEGO PISZĘ I PŁACZĘ. JA ODCHODZĘ - TY ZOSTAJESZ, BY W CZYN WPROWADZAĆ IDEE OJCA. (...) ODBIORĄ MI TYLKO ŻYCIE. A TO NIE NAJWAŻNIEJSZE. CIESZĘ SIĘ, ŻE BĘDĘ ZAMORDOWANY JAKO KATOLIK ZA WIARĘ ŚWIĘTĄ, JAKO POLAK Z POLSKĘ NIEPODLEGŁĄ I SZCZĘŚLIWĄ. JAKO CZŁOWIEK ZA PRAWDĘ I SPRAWIEDLIWOŚĆ.WIERZĘ DZIŚ BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK, ŻE IDEA CHRYSTUSOWA ZWYCIĘŻY I POLSKA NIEPODLEGŁOŚĆ ODZYSKA, A POHAŃBIONA GODNOŚĆ LUDZKA ZOSTANIE PRZYWRÓCONA. TO MOJA WIARA I MOJE WIELKIE SZCZĘŚCIE. (...) ŻEGNAJ MÓJ UKOCHANY. CAŁUJĘ I DO SERCA TULĘ. (...) OJCIEC"
A oni przecież mieli własne rodziny, żony, dzieci - chcieli żyć jak ludzie, jak my! Ale nie było im to dane, stali się bowiem zwierzyną łowną - i to wbrew sobie samym, gdyż ich walka była od początku skazana na klęskę (oni nie mogli tego wygrać i większość z nich dobrze o tym wiedziała, zaś jedynym "pozytywnym" finałem ich walki mogła być tylko śmierć na polu bitwy, bowiem gdy dostawali się do niewoli, przechodzili przez piekło tortur, tak, że w wieku 20, 30 lat wyglądali jak starcy, nie mogący poruszać się o własnych siłach, z powybijanymi zębami, połamanymi żebrami i... posiwiałą z nadmiaru bólu głową). A przecież oni nie byli szaleńcami którzy godzili się na śmierć, zdając sobie sprawę że tym samym odbierają sobie szansę na życie, na miłość, na młodość, i jednocześnie pogrążają własne dzieci, gdyż jako: "potomkowie bandyty" nie miały one możliwości chodzić do szkoły (a jeśli chodziły to były upokarzane przez nauczycieli i często uczniów), nie miały szans na żadną dobrą pracę i były uznane za "społecznych wyrzutków". W szkołach musiały pisać kłamliwe elaboraty na zadane pytania typu: "Co towarzysz Stalin zrobił dla polskich kobiet?". Co zrobił - w najlepszym razie mordował im mężów a ich samych skazał na los tułaczych wdów, w najgorszym same trafiały do tworzonych na ziemiach polskich przez Sowietów obozów koncentracyjnych, gdzie był bite, męczone, gwałcone i mordowane. Któż więc pozostający przy zdrowych zmysłach chciałby takiej przyszłości dla siebie i swojej rodziny? I nie chcieli tego również Żołnierze Wyklęci, ale... nie mieli wyjścia. Dla nich nie było odwrotu, gdyż ujawnienie się i złożenie broni nic nie dawało, a wręcz przeciwnie - było jeszcze gorszym wyborem, gdyż właśnie wówczas byli oni aresztowani i przesłuchiwani. Przesłuchania trwały godzinami, dniami, tygodniami, podczas których używano na nich całą paletę najwymyślniejszych tortur. Bicie nie było najgorsze, najgorszy był fakt, że tego samego doświadczy żona, a dzieci zostaną odebrane i umieszczone w sierocińcu jako "potomkowie bandytów" poddani przymusowej reedukacji.
A do krwawego rozprawiania się z "bandytami" nawoływali wówczas sławni ludzie kultury i sztuki, pisarze, literaci, prezenterzy radiowi (czyli ówcześni celebryci), jak np. pisarka i pedagog - Janina Broniewska vel. Kunig (żona Władysława Broniewskiego), która na łamach "Rzeczpospolitej" w 1944 r. otwarcie propagowała masowe mordy "niepokornych", pisząc: "Aby wypalić zgangrenowane tkanki w zdrowym, żywym organizmie narodu, trzeba środków nie psychologicznych, a czysto fizycznych. Ci bowiem przestępcy nie mają w ogóle psychiki - są gorsi od zwierząt: zdeprawowało ich do cna przebywanie wewnątrz hitlerowskiego zwierzyńca, gdzie wspólnie szarpali ociekające krwią ofiary". A choćby "Orzeł Biały" (nr. 158/1945) pisał tak, ręką swego redaktora: "Reakcja podniosła łeb. Demokracja jej ten łeb ukręci. Nie po to żołnierz przelewał krew, aby teraz bruździły faszystowskie szakale (...) NSZ-owskie watahy zginą pod naszymi ciosami, jak zginął krzyżacki gad. Podpalacze, gwałciciele i grabieżce nie będą plugawić świętej ziemi". I zaczęły się prześladowania, polowania i tortury jakich nie stosowali nawet niemieccy zbrodniarze. Mordowano ludzi za choćby podejrzenie udzielenia pomocy "bandytom", jak w przypadku Aleksandra Iwanickiego ze wsi Zawieprzyce, który co prawda przeżył obławę w maju 1947 r. ale zamordowana została jego żona. Oto co po latach zeznał: "Dowódca obławy przyskoczył do mnie z pistoletem i przystawił mi lufę do głowy. Wiedziałem, że wystrzeli, widziałem to w jego oczach. Krzyknąłem: Panie! Nie strzelaj pan! Ja dużo wiem! To uratowało mi życie. Ale za cenę życia żony. Stała parę kroków za mną, z rocznym dzieckiem na ręce. Doskoczył do niej, w biegu strzelił jej w głowę. Upadła z tym dzieckiem na ręce. Umierała tylko chwilę, dziecko taplało się w jej krwi. Ja zostałem nieludzko skatowany". Inny przypadek, w osadzie rybackiej Wadąg pod Olsztynem miejscowy oddział NKWD uznał że mieszkańcy przekazali im zbyt małą liczbę ryb. W akcie zemsty zamordowano Stanisława i Stefanię Trąbalów oraz ich 10-letniego syna. Przed śmiercią cała rodzina była nieludzko torturowana (dziecku odrąbano ręce, a rodzicom rozpruto brzuchy). Miało to miejsce w sierpniu 1945 r. 2 maja 1946 r. Urząd Bezpieczeństwa przeprowadził pacyfikację wsi Wąwolnica - żywcem spalono dwóch mężczyzn, innych okrutnie poraniono ogniem. Łącznie spalono 101 domów, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów. Takie "akcje oczyszczające" (jak je nazywano w partyjnej i ubeckiej nowomowie) przeprowadzane były na terenie całej "pojałtańskiej" Polski.
Mimo to okazało się że "towarzysze radzieccy" nie są wcale zadowoleni z wyników tych "operacji". Podczas wizyty I sekretarza Polskiej Partii Robotniczej - Władysława Gomułki w Moskwie w czerwcu 1945 r. szef Wydziału Informacji Międzynarodowej KC WKP(b) - Georgij Dymitrow, zapytał Gomułki: "Wy jesteście przeciw przymusowemu wprowadzaniu kołchozów. A jak ktoś zechce?", na co ten odparł: "U nas (...) są takie miejscowości, gdzie nasze organizacje partyjne są bardzo silnie sterroryzowane", a Dymitrow na to: "To znaczy, że nie daliście im mocno po mordzie. Jesteście przecież partią rządzącą (...) Trzeba czyścić (...) Trzeba walczyć z reakcją", Gomułka odparł: "Walczyliśmy z reakcją w czasie okupacji i walczymy z nią bezlitośnie teraz (...) Na obóz koncentracyjny, na szerokie aresztowania wśród ludności nie poszliśmy", a Dymitrow: "To racja, bez obozu koncentracyjnego nie obędzie się!". A oto kilka jeszcze relacji z "przesłuchań" stosowanych w ramach owego "czyszczenia". Raport podziemia antykomunistycznego podawał jeszcze w maju 1945 r.: "W białostockim więzieniu NKWD wraz z przedstawicielami Urzędu Bezpieczeństwa stosuje się niesłychanie bestialskie badania aresztowanych żołnierzy Armii Krajowej. Tortury przewyższają okrucieństwo gestapowców. Na przykład badanemu wyciąga się szczypcami język i od spodu przypala się ogniem benzyny. Badany przeważnie umiera na zakażenie". Albo raport zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" z lutego 1946 r.: "Sale i piwnice Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej w Kraśniku są przepełnione, wszystkim stawia się zarzut posiadania broni (...) Aresztowanego kładą na ławie, na nim siada dwóch z UB lub bolszewików, jeden siada na głowie, drugi na plecach, trzeci bije laską w pięty. Przeciętna ilość razów w pięty wynosi tysiąc. Po takim badaniu (...) nie może chodzić ani stać, bo ma kości w piętach rozbite. (...) Aresztowani w Puławach znajdują się w straszliwych warunkach. (...) Metody badań bardzo okrutne, jak gniecenie rąk w prasie lub między drzwiami, bicie gumami w gołe stopy (...) okręcanie rąk przewodnikiem elektrycznym i puszczanie prądu wysokiego napięcia dotąd, aż badanemu zacznie płynąć krew z ust i nosa".
A oto relacja Janiny Matusiak, aresztowanej przez Urząd Bezpieczeństwa w październiku 1950 r. za pomoc udzieloną podziemiu antykomunistycznemu i przewiezioną na przesłuchanie do Suwałk: "Byłam bita w nieludzki sposób przez trzech funkcjonariuszy - oficerów, bito mnie przez całą noc na zmianę, kiedy zobaczyli, że ciało moje jest na pośladkach pocięte, to wówczas kładli namoczoną szmatę na ciało i bili nadal (...) trwało to całą noc (...) przychodził lekarz i obcinał postrzępione ciało ze skórą, ciało było jak galareta i samo odpadało (...) byłam w trzecim miesiącu ciąży, o czym wiedzieli funkcjonariusze UB, którzy mnie bili, i jeszcze mówili, że lepiej będzie, jak poronisz, niż ma się urodzić bandyta (...) dziecko po urodzeniu było słabe i według lekarzy miało braki kości na plecach, co zresztą było widać gołym okiem, i nie wydawało odgłosu niemowlęcia i mimo opieki lekarskiej dziecko zmarło po dwóch tygodniach". Początkowo można było mieć nadzieję że po zakończeniu wojny prześladowania oraz terror się skończą i jak jak pisał Antoni Heda "Szary" dowódca Armii Krajowej na Kielecczyźnie: "Do momentu aresztowania komendanta Okulickiego, czyli do marca 1945 r., nie prowadziliśmy właściwie żadnych akcji przeciwko "czerwonym". Wyjątkiem były sprawy szpicli. Teraz już nie było wątpliwości, że nie możemy pozostać obojętni wobec rozgrywających się wypadków (...) W miesiącach kwiecień - maj zapełniły się więzienia (...) Polując na mnie - UB aresztowało 8 maja moich trzech braci (...) oraz dwóch szwagrów. Przeszli okropne tortury - niejako za mnie. Braci Stanisława i Jana oraz szwagra Stanisława zamordowano w ciągu kilku tygodni. (...) Na taką serię okrucieństw trzeba było zareagować tak, jak to czyniłem za okupacji niemieckiej: rozbijaniem więzień i uwalnianiem aresztowanych i skazanych". Zresztą nie było innego wyjścia, a sami komuniści mówili otwarcie: "Nikt z wami pieścił się nie będzie, za najlżejsze przewinienie będziemy karać tak, że portki będą z was spadać same, zęby wylecą i przeklniecie godzinę, w której żeście się urodzili. Pamiętajcie, że jesteście zbrodniarzami i tak też będziecie traktowani. Polsce Ludowej nie jesteście potrzebni. Nie będziemy was oszczędzać". Nic dziwnego że rodziła się nienawiść, a z nią chęć pomszczenia zbrodni i ukarania sprawców, jak mówił Józef Kolasa "Powicher" z oddziału porucznika "Ognia" (Józefa Kurasia) z Podhala: "Przez miesiąc ich znienawidziłem. Raz na zawsze. Zobaczyłem, co to za ludzie. Bili mnie, kopali, poniżali, poniewierali (...) Zapalone papierosy do nosa mi pchali. Tak Polacy Polakom robili".
I zrodził się nowy, antykomunistyczny a tak naprawdę wolnościowy ruch konspiracyjny - zwany też niekiedy Drugą Konspiracją (w odróżnieniu od tej z czasów wojny i niemieckiej okupacji). Powstało wiele małych organizacji (doliczono się ok. 1000), często o zasięgu zaledwie lokalnym, skupiających głównie młodzież, choć istniało też kilka większych organizacji, jak choćby Wielkopolska Samodzielna Grupa Ochotnicza "Warta" podpułkownika Andrzeja Rzewuskiego "Przemysława" (jego rejon działania to głównie Wielkopolska, lecz już na jesieni 1945 r. organizacja ta, wbrew dowódcy, została zmuszona przez władze WiN-u do samorozwiązania), Konspiracyjne Wojsko Polskie kapitana Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" (rejon działania centralna i zachodnia Polska, ostatnie oddziały KWP zostały rozbite dopiero w 1954 r.), Armia Krajowa Obywatelska podpułkownika Władysława Liniarskiego "Mścisława" (rejon działania północne Kresy Wschodnie, głównie Wileńszczyzna i Białostocczyzna. To właśnie AKO podporządkowała się sławna 5 Wileńska Brygada Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", w skład której wchodziła chociażby sanitariuszka Danuta Siedzikówna "Inka" zamordowana przez Urząd Bezpieczeństwa w sierpniu 1946 r., nie miała wówczas nawet 18 lat. Przed śmiercią wypowiedziała swe słynne słowa: "Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba". Nigdy nie powstała jedna scentralizowana antykomunistyczna organizacja (podobnie zresztą jak nie istniała taka podczas wojny, Armia Krajowa była co prawda największą i najliczniejszą organizacją konspiracyjną w kraju, ale przecież wcale nie jedyną). Uniemożliwiły to również ogłaszane co jakiś czas przez władze komunistyczne amnestie. Duża część walczących w konspiracji z nowym, tym razem komunistycznym najeźdźcą - zaufała im i ujawniła się. Większość z nich skończyła potem zamordowana w katowniach UB i Informacji Wojskowej (dlatego też major Hieronim Dekutowski "Zapora", na propozycję amnesti i ujawnienia się żołnierzy podziemia niepodległościowego, odparł: "Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie". Podobnie zareagował major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko" który na propozycje spotkania się z ministrem bezpieczeństwa publicznego - Stanisławem Radkiewiczem i omówienia warunków złożenia broni, odrzekł: "Panie ministrze, możemy się spotkać pod jednym warunkiem - kiedy pan będzie wisiał na sośnie, to ja pod nią przyjdę").
Niestety, walka Niezłomnych z zalewającą kraj komunistyczną nawałą była nierówna i z góry skazana na klęskę (to nie zbrodniarza Radkiewicza powieszono, a zamordowano właśnie Łupaszkę). Kraj był zmęczony pięcioletnią wojną i krwawą okupacją, totalnie zniszczony i ograbiony, Warszawa leżała w gruzach, ludzie byli już zmęczeni dalszą walką i każdy chciał wreszcie zaznać radości z zakończenia wojny, takiej samej radości jak na Zachodzie Europy, jak w USA. Jednak dla dla nas wojna się nie skończyła, a jednego, brunatnego bandytę zastąpił drugi czerwony bandyta. Nikt też na Zachodzie nie przyszedł z pomocą tym walczącym samotnie i samotnie umierającym za wolność ludziom. Każdy się cieszył z pokonania Hitlera, zapominając że wojnę wywołały dwa zbrodnicze totalitaryzmy, a totalitaryzm sowiecki był znacznie gorszy od nazistowskiego i właśnie święcił triumf.
Za naszą krew za walkę z Hitlerem od pierwszego dnia wojny, za odwagę i bohaterstwo polskiego żołnierza, za Bitwę o Anglię, za walkę w obronie Francji, za wyzwolenie Belgii i Holandii, za zatopienie "Bismarcka", za złamanie szyfrów Enigmy, za zdobycie planów i miejsc stacjonowania śmiercionośnych niemieckich broni V-1 i V-2 (które wywiad Armii Krajowej przesłał do Londynu), za bitwę o Monte Cassino, której to twierdzy nie potrafili zdobyć ani Kanadyjczycy, ani Brytyjczycy, ani Francuzi ani Amerykanie, zdobyli ją dopiero Polacy z 2 Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa (a konkretnie z 5 Kresowej Dywizji Piechoty w skład której wchodził sławny miś "Wojtek", który wnosił na szczyt wzgórza amunicję dla żołnierzy - notabene nie był to pierwszy żołnierz-niedźwiedź w Wojsku Polskim, gdyż w latach 1918-1919 służyła też niedźwiedzica polarna o imieniu Basia, a ponieważ pochodziła z Murmańska w Rosji, zwano ją "Baśką Murmańską". W czasie defilady w Warszawie w 1919 r. przeszła na dwóch łapach i zasalutowała przed Józefem Piłsudskim wzbudzając powszechne zainteresowanie).
Za to wszystko po wojnie sprzedano nas Sowietom, Stalinowi, na zniewolenie i na śmierć. Dlatego pamięć o Żołnierzach Niezłomnych trwać musi i żyć w narodzie - jeśli ten chce jeszcze narodem być, a nie jakąś papką nie znającą swoich korzeni i nie wiedzącą dokąd zmierza przez wichry czasu ku przyszłości. Jak pisał bowiem Stefan Korboński (członek władz przedwojennego Polskiego Stronnictwa Ludowego):
"Po niezliczonych polskich lasach błąkają się niedobitki zbrojnych oddziałów, z orłami na czapkach, z ryngrafami na piersiach, nie pogodzone z przegraną, walczące z zaciętymi zębami o głodzie i chłodzie już tylko dla honoru, dla protestu, bez nadziei na zwycięstwo, same i opuszczone"
Warto też przypomnieć o co walczyli Niezłomni. Oto słowa Władysława Łukasika, dowódcy 6 Brygady Wileńskiej:
"Nie obchodzą nas partie, te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski - polskiej! (...) Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny czy na gruzach kochanej stolicy - Warszawy - z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał polską ziemię"
Ostatni Żołnierz Miezłomny - Józef Franczak ps: "Lalek", zamordowany został w październiku 1963 r. Osiemnaście lat po zakończeniu II Wojny Światowej.
OSTATNI NABÓJ - ZOSTAŁEM TU SAM
W tym samym czasie na Zachodzie ludzie ekscytowali się geniuszem muzycznym Elvisa Presleya, Bitlesów, The Rolling Stones, Mari Laforêt czy Juliette Gréco, a u nas (i w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej) lała się krew.
"Mówi się że nadzieja umiera ostatnia, ale co zrobić gdy ona już dawno umarła, a my wciąż żyjemy!?"
"Nazywam się Jan Kobuszewski, jestem aktorem (...) Do tej pory mówiłem tylko to co inni napisali, aż pewnego dnia sam zupełnie przypadkowo napisałem książkę. Ja mieszkam na Górczewskiej i visa vi mojego mieszkania jest taki sklep spożywczy WSS-u i w tym właśnie spożywczym WSS-ie napisałem książkę życzeń i zażaleń.
Otóż w tym moim spożywczym WSS-ie jest codziennie świeże pieczywo. To znaczy, ono jest teoretycznie świeże. Któregoś dnia nieco się zdenerwowałem, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i napisałem: "Dlaczego nie ma nigdy świeżego pieczywa", podałem imię, nazwisko, adres i następnego dnia otrzymałem pismo takiej treści: "W odpowiedzi na skargę - protest obywatela - niepotrzebne skreślić, kierownictwo naszej placówki handlowej informuje, że personel został odpowiednio poinstruowany i pouczony na okoliczność zażalenia. Dziękując za cenne uwagi zapraszamy do dalszego korzystania z usług naszej placówki". Data, kierownik, pieczątka podpis.
List ten uznałem za zwycięstwo ducha nad materią i następnego dnia udałem się znowu do tego spożywczego WSS-u, by kupić sera w kawałku jaki będzie. Ser był a obok ekspedientka pod silnym tapirem i rozwiązywała krzyżówkę, przez co była niesłychanie umysłowo aktywna pod tym właśnie tapirem, a ołówek do krzyżówki trzymała w dziurce od sera. Ser od tego ołówka był siny, ja czerwony, ekspedientka ruda. Wyjąłem ołówek z sera, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i wszystko tam dokładnie zapisałem i następnego dnia otrzymałem kartkę takiej treści: "W odpowiedzi na skargę - protest obywatela - niepotrzebne skreślić, kierownictwo naszej placówki ... ... ... personel odpowiednio poinstruowany ... ... ... prosimy o dalsze uwagi"
No jak proszą, to proszę - salceson śmierdzi, a oni "Kierownictwo placówki serdecznie dziękuje", ja również. Z kiełbasy jak ją przez nieuwagę przeciąć, sypią się trociny, a oni "Prosimy jednocześnie o dalsze uwagi". Jak wynikało z listu za każdym razem personel był odpowiednio instruowany, pouczany, na okoliczność zażalenia, co mnie z kolei niesłychanie satysfakcjonowało. Pisałem, pisałem, pisałem i pisałbym tę moją książkę jak każdy normalny literat, o bożym świecie nie wiedząc, aż nagle postanowiłem kupić kawałek mydła, ale nie w tym moim spożywczym, tylko gdzie indziej - w mydlarni. Idę do tej mydlarni a tam jest przyjęcie towaru. Odszedłem i zły taki z nerwów wstąpiłem do tego mojego spożywczego, poprosiłem o książkę życzeń i zażaleń i napisałem: "Dlaczego w godzinach otwarcia sklepu nie można kupić kawałka mydła?"
Budzę się rano, przeanalizowałem jeszcze raz tę całą sytuację i doszedłem do wniosku że zachowałem się jak ostatni kretyn, bo skargę na sklep mydlarski pisałem w tym bogu ducha winnym spożywczym WSS-ie. Więc biorę gumkę i lecę żeby tam to wszystko powycierać, po drodze spotykam listonosza - list do pana - a w liście: "Kierownictwo naszej placówki serdecznie dziękuje za wnikliwe uwagi dotyczące naszego sklepu". Spożywczy WSS odpowiedział mi na to mydło. Zrodziło się wtedy we mnie, już jako pisarzu, podejrzenie, że tego co ja tam im piszę, oni wcale nie czytają, tylko od tak wysyłają mi te odpowiedzi na adres i nazwisko, które oczywiście za każdym razem podaję.
Następnego dnia, na wszelki wypadek udałem się ponownie do tego mojego spożywczego WSS-u, od progu gromkim głosem zakrzyczałem: "Proszę książkę życzeń i zażaleń" - "Aa stary klient, proszę uprzejmie" i napisałem: "Wczorajszy program telewizyjny, był znowu do bani, szczególnie audycja rozrywkowa, jak można dopuszczać podobne beztalencia", a oni: "Kierownictwo naszej placówki handlowej uprzejmie dziękuje ...". Noo, od tej pory książka moja wybitnie zyskała na treściach ... ogólnych. Piszę w zasadzie wszystko - ministrowi budownictwa napisałem co sądzę o nowoczesnych blokach -kierownictwo placówki podziękowało. Prezes radia i telewizji miał ode mnie kilka takich ... "ciepłych" słów a oni "Kierownictwo naszej placówki serdecznie dziękuje ...".
Proszę państwa, to jest w zasadzie koniec tego monologu, z tymże że jeśli by któremuś z państwa ten skecz się nie spodobał, to proszę wpisać uwagi do książki życzeń i zażaleń w jakimś sklepie spożywczym, albo ... u rzeźnika".
LATA 70-te
WSPANIALI PIOTR FRONCZEWSKI I
WOJCIECH PSZONIAK W SKECZU pt.:
"AWAS"
"Z czego się śmiejecie?
"Takie zdarzenie im opowiadam, studiuje u nas taki Gruzin, pamiętasz? Goridze się nazywa, a na imię ma Awas. I jest Pietajew, pamiętasz? Taki karakan ryży z takimi szkłami, pamiętasz? I on go kiedyś wzywa do katedry i go pyta: "Nazwisko?" "Goridze", "a jak was nazywają?" "Awas" "Mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was?" "Awas", "mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was?" "Awas", i tak minęły dwie godziny i on w żaden sposób nie mógł zrozumieć jak tego studenta nazywają."
"Taki studen studjuje u nas, rozumiesz? Goridze się nazywa - kapujesz? a mówią na niego Awas, to jest takie gruzińskie imię Awas, rozumiesz? Awas, ciebie jak nazywają?
"Stiopa"
"No widzisz, ty Stiopa a on Awas, on Awas a ty Stiopa, Gruzin Awas, rozumiesz? (...) A docent tępy, rozumiesz? I on bierze kiedyś tego studenta do katedry i go pyta: "Nazwisko?", "Goridze", "a jak was nazywają?" "Awas" "Mnie Nikołaj Stiopanowicz, a was? "Awas"
LATA 90-te
I FENOMENALNY JANUSZ GAJOS W SKECZU:
"STRAJK"
"Jutro do roboty nie idę, w życiu! Co mnie będzie robota przeszkadzała w piciu?"
CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.
" - Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich - powiedział Chruszczow.
- Kto chce? - zapytał Gomułka.
- Polska! (...) Nie możemy do tego dopuścić, jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować"
W kraju coraz bardziej odczuwano nadciągający wiatr zmian. We wrześniu robotnicy Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu przystąpili - jako pierwsi - do oddolnego tworzenia rad robotniczych (wkrótce w ich ślady poszli robotnicy innych zakładów, a zamierzono takie rady wprowadzić w całej Polsce z dniem 1 stycznia 1957 r.). Było to coś wcześniej niespotykanego, jako że teraz to robotnicy sami, oddolnie, wybierali rady, a nie jak wcześniej dyrekcja była narzucana z góry. Władze początkowo przez palce patrzyły na taką samowolę, zupełnie niezgodną z komunistyczną teorią partii, jako "przewodniej siły narodu" (w tym okresie o którym obecnie piszę, już tak zapewne nie było - chociaż trudno do końca to sprawdzić i zapewne wciąż tacy ludzie się zdarzali, ale w okresie międzywojennym i powojennym wielu ideowych członków partii naprawdę wierzyło w nią jak w Boga i utożsamiało partię z Bogiem. Całe swe życie podporządkowywali partii, całą swą przyszłość, całą walkę z burżuazją, z "sanacją" upatrywali właśnie jako działanie na korzyść partii. Wszystko zaś co mogło doprowadzić do wykluczenia ich z partii, było dla nich katastrofą. Ci ludzie gdy zostawali wykluczeni z partii, targali się na swoje życie, oni nie widzieli sensu dalszego istnienia poza partią, bo jedyne życie było w partii - przynajmniej tak nasrane mieli w głowie. Przytoczę taką anegdotę, pewnego razu Mieczysław Hejman (prawdziwe imię Mordka), jeden z radiotelegrafistów kierownictwa Polskiej Partii Robotniczej, popadł kiedyś w konflikt z wykładowcą szkoły Kominternu. Zamknął się wtedy w pokoju i chciał popełnić samobójstwo z obawy, że zostanie wyrzucony z partii. Jego siostra, Eugenia Brun, wspominała: "Myśmy wywalili drzwi. On leżał na kanapie i jęczał a właściwie łkał. Wyglądał straszliwie. - Jak to - powiedział - ja całe życie, całą młodość oddałem partii. Nie mam nic innego poza partią, to mnie teraz wyrzucą z partii? Ja tego nie przeżyję!" Niezły świr, ale tak to jest, jak tworzymy sobie tutaj na ziemi własne bożki, aby zapełniły pustkę jaką mamy w duszy, pustkę odejścia od Boga. Ten okres można by nazwać w dość zabawny sposób określeniem "Kiedy partia była Bogiem" 😂).
Co zaś się tyczy Boga, to w tych właśnie dniach i tygodniach pojawiło się pytanie: co dalej z prymasem Stefanem Wyszyńskim? Wkrótce po śmierci Stalina, 26 września 1953 r. został on internowany przez komunistyczne władze, gdyż nie chciał potępić skazanego przez komunistów w sfingowanym procesie, ordynariusza kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, któremu zarzucano szpiegostwo, działalność na szkodę Związku Sowieckiego oraz współpracę w czasie wojny z Niemcami. Skazano go na wieloletnie więzienie. Prymas Wyszyński zaś został początkowo osadzony w Rywałdzie, 12 października przewieziono go do Stoczka Warmińskiego, 6 października 1954 r. do Prudnika, a od 27 października 1955 r. znajdował się w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. W kwietniu 1956 r. po śmierci Bieruta Episkopat Polski wystosował list do władz partyjnych z prośbą o uwolnienie prymasa, ale komuniści nie odważyli się wówczas na to. 26 sierpnia wokół klasztoru na Jasnej Górze zgromadziło się kilkaset tysięcy wiernych, aby odnowić akt ślubów jasnogórskich króla Jana II Kazimierza z 1656 r. (w których oddawał siebie samego i całą Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej). Symbolem nieobecnego prymasa Wyszyńskiego był tron, ze spoczywającą na nim wiązanką kwiatów. Doszło do odnowienia ślubów, a z kilkuset tysięcy gardeł dało się słyszeć słowa pieśni: "Boże coś Polskę przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały, coś Ją osłaniał tarczą swej opieki, od nieszczęść które przygnębić Ją miały. Przed twe ołtarze zanosi błaganie, Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie..." Komuniści nie mogli już tego zbagatelizować. Mało tego przestraszyli się tych słów, a przede wszystkim tych tłumów i było oczywiste że zwolnienie Wyszyńskiego to już tylko kwestia tygodni (niekiedy ów strach przybierał formę żartobliwą, jak choćby wówczas gdy na jednym z posiedzeń rządu ktoś zapytał: "A co dalej z towarzyszem Wyszyńskim").
I tak oto nadszedł październik 1956 r. 9 października odsunięta od władzy została dotychczasowa twarz dawnej epoki odpowiedzialna za gospodarkę, czyli Hilary Minc (sam zrezygnował - zapewne nie mając innego wyjścia - z członkostwa w Biurze Politycznym i z funkcji wicepremiera). 12 października rozpoczęło swe posiedzenie Biuro Polityczne KC PZPR na które zaproszony został Władysław Gomułka i na którym już otwarcie zaczął domagać się dla siebie stanowiska I sekretarza partii, jednocześnie żądając usunięcia z jej szeregów dawnych współpracowników Bolesława Bieruta. 15 października (podczas obrad Biura Politycznego) Edward Ochab ogłosił oficjalnie, że gotów jest ustąpić ze stanowiska I sekretarza, jeśli jego następcą zostałby Gomułka. Gomułka określany był jako "prawdziwy komunista" i przeciwstawiany Bierutowi i jego ekipie. Postanowiono też na 19 października zwołać VIII Plenum Komitetu Centralnego, na którym wybrać miano nowe partyjne władze. 16 października Bolesław Piasecki czyli przedwojenny "faszysta" (należący do Obozu Narodowo-Radykalnego i Ruchu Narodowo-Radykalnego, a obecnie przewodniczący Stowarzyszenia "Pax") opublikował na łamach "Słowa Powszechnego" artykuł pt.: "Instynkt państwowy", w którym ostrzegał, że jeżeli obecny proces demokratyzacji nie zostanie ujęty w jakiejś ramy porozumienia ponad-frakcyjnego, to może się to skończyć wprowadzeniem stanu wyjątkowego, a nawet krwawymi represjami. 17 października sporządzono i rozesłano członkom Komitetu Centralnego listę nowych władz Biura Politycznego, a wiadomość o tym bardzo szybko się rozeszła i na drugi dzień mówiło już o tym Radio Wolna Europa. Oczywiście informacje te szybko dotarły też do Moskwy. Problem polegał na tym, że dotarły tam nie dzięki polskim towarzyszom, ale właśnie przez Wolną Europę. Moskwa była zarówno zaskoczona tempem zmian zachodzących w Polsce, jak i wściekła, okazało się bowiem że na I sekretarza Polacy zamierzali powołać Gomułkę, jakiegoś "nacjonalistę", niebezpiecznego człowieka. Moskwa musiała szybko interweniować. Oczywiście to nie tak że Sowieci nie znali wcześniej Gomułki, znali go. Był przecież przed wojną w Związku Sowieckim, a i w trakcie wojny tam przebywał i raczej miał stamtąd niezbyt przyjemne wspomnienia (szczególnie że nie mógł się dobrze ubrać, bo nie dano mu środków na ładny garnitur, tylko przyniesiono jakieś zużyte łachy z wytartym kołnierzem. Ta trauma pozostała w nim do końca życia i potem, gdy został już I sekretarzem kazał sobie szyć garnitury na miarę. Ale to była jedyna ekstrawagancja na którą się zdobywał, ogólnie rzecz biorąc był wrogiem wszelkiego zbytku i żył bardzo skromnie. Za niego to przecież zaczęto budować te sławne mieszkania z ciemną kuchnią bez okna i ze wspólną toaletą na korytarzu dla kilku rodzin. Już w latach 60-tych było to żenujące, nie mówiąc już o epoce Gierka. Gomułka lubił też oglądać filmy i czynił to również będąc w Związku Sowieckim, ale nie lubił golizny na ekranie i jak ją widział, to kazał wyłączać film mówiąc, że nic ciekawego nie ma do obejrzenia. Pewnego razu zwrócił uwagę aktorce Kalinie Jędrusik - będącej seksbombą lat 60-tych, że ubrała suknię ze zbyt dużym dekoltem. Ponoć na następny raz ubrała się w sukienkę zapiętą pod szyję, ale z takim wycięciem na plecach że sięgało aż do pupy). Tak więc Sowieci znali Gomułkę i nawet przez pewien czas stawiali na niego po śmierci Bieruta. Ale w tamtym czasie, w październiku 1956 r. uznali go za niebezpiecznego nacjonalistę, że pod jego rządami Polska wyjdzie z Bloku Wschodniego i postanowili interweniować.
18 października ambasador sowiecki w Polsce Pantelejmon Ponomarienko zażądał od Edwarda Ochaba przesunięcia terminu zjazdu VIII plenum Komitetu Centralnego partii, ten jednak odmówił. Zaś Nikita Chruszczow otrzymał informację, że w warszawskich fabrykach robotnikom rozdawana jest broń (co okazało się nieprawdą) i robotnicy przygotowują się do obrony stolicy przed wojskami sowieckimi, które tego właśnie dnia wyruszyły ze swych koszar w zachodniej i północnej Polsce ku Warszawie. Dowodził nimi - kto jak kto, ale "marszałek" Polski Konstanty Rokossowski. Wśród ludności gruchnęła zaś wiadomość, że są już sporządzone listy proskrypcyjne członków nowych władz Biura Politycznego, którzy mają zostać aresztowani i zapewne wywiezieni do Związku Sowieckiego. Te obawy były coraz silniejsze, tym bardziej że wojska sowieckie rzeczywiście zmierzały ku Warszawie. Gen. Edwin Rozłubirski zaproponował Gomułce i Spychalskiemu ochronę złożoną z "czwartaków" czyli żołnierzy z jego batalionu, ten jednak odmówił. Gomułka stwierdził bowiem: "Odmawiam i zabraniam wam robić cokolwiek wbrew mojej woli. Moje sprawy partyjne będą załatwione po partyjnemu, a nie pistoletami". Jednak część polskich oficerów podjęła się przygotowania obrony przed Sowietami, np. gen. Wacław Komar wraz z gen. Włodzimierzem Musiem postawili jednostki Wojsk Obrony Wewnętrznej i KBW w stan gotowości bojowej. Gen. Jan Frey-Bielecki nakazał podległej eskadrze bombowej z Poznania, zbombardowanie sowieckich jednostek pancernych, jeśli nie udałoby się doprowadzić do porozumienia. A kontradmirał Jan Wiśniewski nie wpuścił do Zatoki Gdańskiej krążownika "Żdanow" i kilku innych sowieckich okrętów, grożąc otwarciem ognia. W tej atmosferze w godzinach nocnych sowiecki ambasador poinformował członków Biura Politycznego - z Ochabem na czele - że do Polski dnia następnego rano przyjedzie sowiecka delegacja z Nikitą Chruszczowem. Było oczywiste że wizyta ta przebiegać będzie w cieniu już postępującej sowieckiej inwazji na Polskę.
Pierwszy samolot Tu-104 pojawił się na płycie warszawskiego lotniska Okęcie, dnia 19 października ok. 7:30 rano. Wysiedli z niego Mołotow i Mikojan. Ci byli spokojni i milczący, przywitali się z obecną na lotnisku polską delegacją złożoną z Ochaba, Cyrankiewicza i Zawadzkiego. Ok. godziny 8:00 drugim samolotem przyleciał Chruszczow i tutaj już zaczyna się ciekawie, a żeby nie umniejszyć nic z tamtych chwil, przyjdę teraz do opisu Edwarda Ochaba, który pozostawił taką oto relację z tamtych wydarzeń: "Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem. Był to, oczywiście, afront skierowany nie tylko do mnie, ale do całej polskiej partii. Obok stała spora grupa ludzi: kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy Bezpieczeństwa, radzieccy wojskowi, członkowie polskiego kierownictwa. Jasne było że ten incydent stanie się publiczną tajemnicą. Wciąż wymachując mi pięścią pod nosem, nazwał mnie zdrajcą, podchodząc zaś do Gomułki drwiąco zapytał: - a to kto? Gdy powiedziałem że to towarzysz Gomułka i że będzie moim następcą, od tej pory to jemu już wygrażał pięścią. (...) Groził nam interwencją, był zły że nie uzgodniliśmy z nim przyjęcia Gomułki do Biura Politycznego. Przerwałem mu wtedy i powiedziałem, że wy towarzyszu Chruszczow też nie uzgadniacie z nami składu swojego Komitetu Centralnego. Zaczął wtedy rzucać przekleństwami" (to był rzeczywiście chamuś, ten jego słynny but na sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku w 1960, gdy chcąc zaprotestować ściągnął z nogi but i zaczął nim uderzać w pulpit - jasno pokazuje że facet był zwykłym chamem). "W pewnym momencie towarzysz Gomułka stwierdził, że lepiej będzie pojechać do Belwederu i nie urządzać publicznie takiego spektaklu". W Belwederze umieszczono "jednostkę informacyjną" pod dowództwem pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która miała na bieżąco informować przywódców partii i państwa o postępach wojsk sowieckich zmierzających do Warszawy. Miało to wywrzeć na delegacji sowieckiej wrażenie o nieustępliwości strony polskiej i gotowości do zapłacenia przez nią każdej ceny. Nie wiadomo jednak jak wyglądało pierwsze kilkanaście minut owego spotkania, ponieważ nie zachował się żaden na ten temat dokument. Natomiast szyfrogram z tego spotkania zaczęto spisywać dopiero po pół godzinie od rozpoczęcia rozmów, a spisywał go Jan Dzierżyński - syn Feliksa... Krwawego Felka.
Oto Jak wyglądała owa "rozmowa":
- "Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy" - stwierdził Władysław Gomułka.
- "Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich" - powiedział Chruszczow.
- "Kto chce? - zapytał Gomułka.
- "Polska! Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego towarzyszy Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić. Jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować".
- "Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć" - stwierdził Ochab.
- "Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie" - przerwał Chruszczow - "Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw". 🤭
- "Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie" - powiedział Gomułka.
- "Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Sowiecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej" (oni naprawdę uwierzyli w tę swoją propagandę i to nie tylko społeczeństwo rosyjskie, ale również władze, czego dowodem jest chociażby Chruszczow. Tak naprawdę to po wojnie w Związku Sowieckim panowała ogromna bieda - ogromna, i żeby to w jakiś sposób usprawiedliwić przed swoimi niewolnikami, - bo tym w rzeczywistości dla Stalina i komunistów byli mieszkańcy Związku Sowieckiego - Stalin kazał rozgłaszać że to dlatego, że Związek Sowiecki musi pomagać innym krajom Bloku Wschodniego: Polsce, Węgrom, Rumunii, Bułgarii nawet Niemcom Wschodnim. Wszystkim pomagali, a sobie odbierali od ust - tak im wmawiano. I w to uwierzyli... a może naprawdę chcieli w to wierzyć?).
- "Mógłbym wręczyć wam, drogi towarzyszu Gomułka, listę osób zjedzonych w latach 1946-1947 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym czasie dawaliśmy wam zboże. Nie nadwyżki, ale odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu (😂). Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski".
Gomułka poprosił wówczas o dwu, trzygodzinną przerwę, w celu naradzenia się. Na odchodne polska delegacja usłyszała jeszcze od Chruszczowa:
- "Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic, a rewanżyści z Niemiec Zachodnich są coraz bardziej zuchwali" (i to jest to, czego Gomułka bał się przez wszystkie lata swoich rządów w Polsce, czyli przez 14 lat do 1970 r. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę że jeżeli nie będzie się trzymał Związku Sowieckiego, to może mieć problem z Niemcami, którzy zażądają zwrotu polskich ziem zachodnich czyli Ziem Odzyskanych. Obawiał się że bez wsparcia Moskwy, a wręcz przeciwnie przy poparciu Moskwy dla Niemców, dojdzie do próby przekazania tych ziem Niemcom Wschodnim. Dlatego zawsze kurczowo trzymał się Moskwy i jedyne czego pragnął, to swobody w sprawach wewnętrznych). Do dalszych rozmów wrócono po godzinie 12:00:
- "Nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą towarzysza Chruszczowa o ingerencji" - zaczął Ochab - "Trzeba wyjaśnić o jakim ingerowaniu jest mowa".
- "Towarzyszu Ochab, wy, wracając z Chin, nie zatrzymaliście się w Moskwie żeby omówić pojawiające się rozbieżności" - stwierdził Mikojan. - "Nie ufacie nam? Poza tym amerykańskie Radio (Wolna Europa) podało komunikat o podziale w polskim Komitecie Centralnym na "stalinowców" i "zwolenników odwilży". (...) Związek Radziecki ekonomicznie nie potrzebuje Polski, ale cały obóz socjalizmu czeka na wasz węgiel. Przekazaliśmy wam nasze tajemnice wojskowe, kupujemy w Polsce statki. W zamian w Polsce uważają towarzysza Chruszczowa niemal za antysemitę. Czego potrzebujemy od Polski? Potrzebna nam jest wieczna polsko-radziecka przyjaźń (😝) którą w obliczu zagrożenia imperialistycznej agresji i wywrotowych działań imperialistów skierowanych przeciwko PRL, należy umacniać. Klęska socjalizmu w Polsce byłaby i naszą klęską" - podsumował swój wywód Mikojan.
- "Wszystkim towarzyszom wiadomo, że minęło zaledwie kilka tygodni od mojego powrotu do aktywnej polityki" - powiedział Gomułka. - "Skoro wróciłem, to właśnie po to, żeby naprawić sytuację. W ostatnim okresie było sporo nieprawidłowych nastrojów wśród niektórych członków partii i pisarzy, skierowanych przeciwko ZSRR. Nie negujemy tego. Rzecz w tym, żeby zjednoczyć partię, żeby odbudować zaufanie członków partii i społeczeństwa do kierownictwa partii. Obecny skład Komitetu Centralnego to sami aparatczycy, a robotników w jego składzie prawie nie ma. Ten skład KC jest odpowiedzialny za obecną sytuację w Polsce. Jeśli byłaby w nim określona liczba robotników, sprawa wyglądałaby inaczej. Ze wszystkich stron słychać żądania, żeby do kierownictwa weszli nowi ludzie. Dłużej czekać nie wolno. Trzeba spróbować zjednoczyć partię, również po to, aby ustanowić taką przyjaźń z ZSRR, o jakiej mówiłem wcześniej. To jest nie tylko mój pogląd, ale wszystkich naszych towarzyszy. O przyczynach sytuacji w Polsce nie będę mówił".
Nie ma sensu przedstawiać kolejnych przekomarzań, bo niewiele to wnosi. Warto tylko dodać że napięcie cały czas rosło, a nie malało. Wreszcie oburzony Chruszczow stwierdził:
- "Tak zaogniliście sytuację, że przyjazd delegacji radzieckiej ocenia się jako zagrożenie dla Polski. Kim jesteśmy, wrogami? Po co podnieśliście szum o radzieckiej ingerencji w sprawy Polski?"
- "Bo to jest ingerencja" - przerwał Gomułka - "Przyjechaliście po to, żeby wpłynąć na decyzję plenum KC i zatwierdzenie nowego składu kierownictwa".
- "Przyjechaliśmy wbrew waszemu życzeniu, jeśli o to chodzi, zgadzam się, że była to pewna ingerencja" - stwierdził Chruszczow - "Ale nie mogliśmy patrzeć spokojnie. Wy w słowach jesteście za przyjaźnią, a w rzeczywistości przeciwko nam".
Znowu ogłoszono przerwę, podczas której Gomułka powiedział coś przykrego o Bierucie, na co Chruszczow rzekł:
- "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów!"
Na co Mołotow dodał:
- "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że jesteście wśród żywych, jest zasługą Bieruta".
- "Można człowieka aresztować i zabić, ale nie można zmusić do mówienia nieprawdy" - powiedział Gomułka.
- "Nie szkalujcie wszystkiego, co było za czasów towarzysza Bieruta" - dodał Mołotow - "Nie myślcie, że wtedy wszystko było złe, a wy teraz macie w kieszeni jakąś cudowną receptę. Za czasów towarzysza Bieruta PRL miał wielkie osiągnięcia, w zdobyciu których decydującą rolę odegrała klasa robotnicza".
W pewnym momencie rozmowy Gomułka stwierdził:
- "Właśnie otrzymałem komunikat o ruchach radzieckich i polskich czołgów. W jednym miejscu czołg zmiażdżył sekretarza terenowej organizacji partyjnej".
- "To tylko zwykłe jesienne manewry" - powiedział Chruszczow. - "Nie macie się czym martwić".
- "Towarzyszu Gomułka, nie bądźcie tacy strachliwi, nie przystoi to komuniście" - dodał Mołotow.
- "Towarzyszu Mołotow, nazywaliście Polskę bękartem, to już lepiej teraz byście się na te tematy nie wypowiadali" - odparł Gomułka (był to prztyczek do przemówienia Mołotowa z 31 października 1939 r. w której stwierdzał m.in.: "Koła rządzące Polski chełpiły się trwałością swego państwa i potęgą swojej armii. Okazało się jednak, że wystarczyło krótkie natarcie najpierw wojsk niemieckich, a następnie Armii Czerwonej, by nic nie pozostało po tym pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego, żyjącym z ucisku niepolskich narodowości").
Atmosfera rozmów pomiędzy delegacją polską a sowiecką wcale nie słabła, a wręcz przeciwnie, momentami iskrzyła.
- "Chcecie tutaj sprowadzić rząd londyński, Mikołajczyka! Chcecie odwilży i wyrwania Polski z Układu Warszawskiego, a to stanowi dla nas poważne niebezpieczeństwo i na to nigdy się nie zgodzimy!" powiedział Chruszczow.
- "Towarzyszu Chruszczow, gdyby to była prawda, to polscy komuniści sami błagali by was o pomoc" - odpowiedział Gomułka.
Rzeczywiście, zarzut sprowadzenia do Polski przedstawicieli antykomunistycznego Rządu Londyńskiego, czy chociażby byłego premiera Stanisława Mikołajczyka, zakrawały o śmieszność. Ale jednocześnie pokazywały, że Sowieci realnie bali się wybuchu w Polsce jakiejś kontrrewolucji, która pociągnęła by za sobą inne kraje Bloku Wschodniego i realnie odcięła by Związek Sowiecki od wojsk sowieckich stacjonujących w Niemczech Wschodnich. Powrót Mikołajczyka był niemożliwy, jako że raz zdobytej władzy komuniści nie zamierzali oddawać już nigdy (o czym zresztą powiedział sam Gomułka, jeszcze w 1945 r.). Co zaś się tyczy samego Stanisława Mikołajczyka, to nie należy on do moich ulubionych postaci z tamtych czasów, głównie z tego powodu że był żałośnie naiwny i i miał jakąś tam nadzieję że uda się porozumieć z komunistami. Gen. Władysław Anders próbował Mikołajczykowi wyperswadować myśl o powrocie do kraju i próbach porozumienia z "rządem lubelskim" - a tak naprawdę z rządem moskiewskim, ale nie udało mu się tego dokonać. Stanisław Mikołajczyk powrócił do Polski w czerwcu 1945 r. Jako były premier (rządu Rzeczypospolitej na Uchodźstwie w Londynie od lipca 1943 do listopada 1944) od razu też wstąpił do reaktywnego w kraju (12 lipca 1945 r.) Polskiego Stronnictwa Ludowego. Po śmierci 31 października 1945 r. Wincentego Witosa, Mikołajczyk został prezesem tej partii, która bardzo szybko się rozwijała (przechodziło do niej wielu członków z dotychczasowej, koncesjonowanej przez komunistów formacji ludowej) i już w styczniu 1946 r. liczyła 500 tys. członków. Tworzono lokalne struktury partyjne, założono też "Gazetę ludową". O członkach PSL-u zaczęto mówić że są "oficerami bez armii", a rozwój tej partii bardzo niepokoił komunistów, którzy do pierwszego ataku ruszyli w czasie zorganizowanego 30 czerwca 1946 r. referendum na temat przyszłości Polski.
Komuniści oczywiście obawiali się klęski wyborczej w wyborach do pierwszego powojennego Sejmu, dlatego też zorganizowali akcję referendalną, która miała przede wszystkim pokazać że PSL nie chce współpracować dla dobra Polski, a po drugie i najważniejsze, referendum było próbą przed totalnym sfałszowaniem wyborów do Sejmu. Tak więc do referendum stanęło z jednej strony Polskie Stronnictwo Ludowe, z drugiej zaś partie podporządkowane komunistom startujące w jednym bloku, czyli Polska Partia Robotnicza (komuniści) i przystawki: Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Demokratyczne i Stronnictwo Pracy. Pytania referendalne zostały specjalnie tak ułożone, że nie można było na nie odpowiedzieć inaczej, niż "trzy razy tak", czyli tak jak chcieli komuniści. Pierwsze pytanie brzmiało: "Czy jesteś za zniesieniem senatu?" (notabene przed wojną PSL był za zniesieniem Senatu i każde wystąpienie w Sejmie przedstawiciele PSL-u kończyli stwierdzeniem: "A poza tym jestem za zniesieniem senatu", przywołującym na myśl słowa Katona Starszego, który tak samo mówił o zniszczeniu Kartaginy przed 149 r. p.n.e. Pytanie to było więc tak ułożone, żeby członkowie tej partii nie mogli na nie odpowiedzieć przecząco). Drugie pytanie brzmiało: "Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego wprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki narodowej z zachowaniem podstawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?" (na to pytanie też nie mogli zwolennicy PSL-u odpowiedzieć inaczej, niż tylko "tak", gdyż uchwalenie reformy rolnej - z korzyścią oczywiście dla chłopów - to była podstawa ich politycznej działalności w II Rzeczpospolitej). Ostatnie pytanie referendalne brzmiało zaś: "Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie łużyckiej?" I na to pytanie nie można było odpowiedzieć inaczej, niż tylko twierdząco, gdyż po utracie naszych Kresów Wschodnich i włączeniu ich do Związku Sowieckiego (a raczej do Republik sowieckich: ukraińskiej i białoruskiej), w sytuacji gdybyśmy nie otrzymali rekompensaty terytorialnej na Zachodzie, to wrócilibyśmy do czasów Księstwa Warszawskiego, czyli małego kadłubowego państewka. Poza tym ogrom zniszczeń i zbrodni niemieckich na ziemiach polskich był tak wielki, że nikt nawet nie zakładał że ziemie zachodnie mogłyby w tej sytuacji nie przypaść Polsce (zresztą nawet gdybyśmy nie utracili Ziem Wschodnich, to w polskich planach powojennych m.in. w planie "O co toczymy wojnę" było zapisane, że po zwycięstwie nad III Rzeszą Polska nie tylko odrodzi się w granicach sprzed 1939 r. ale otrzyma również całe Prusy Wschodnie, Górny Śląsk i znaczne tereny na Pomorzu Zachodnim, być może nawet pod samą Odrę). W tej sytuacji PSL nie mógł zagłosować inaczej niż "trzy razy tak" - czyli tak jak chcieli komuniści, ale to by oznaczało że realnie niczym by się od nich nie różnił. Dlatego też zapowiedziano że jedynie na pierwsze pytanie zwolennicy PSL-u powinni odpowiedzieć "nie", ponieważ w nowej sytuacji politycznej Senat byłby jednak jakąś przeciwwagą dla wszechwładzy komunistów. Referendum z 30 czerwca zostało sfałszowane (specjalnie w tym celu przyjechała z Moskwy grupa pod dowództwem płk. Arona Pałkina, która zajmowała się "kontrolą" wyborów w Związku Sowieckim, oczywiście przyjechali "z bratnią pomocą" - jak zawsze). Według oficjalnych danych na pierwsze pytanie "tak" odpowiedziało 68% biorących udział w referendum, na drugie 77%, a na trzecie 91%. Wiadomo tylko że przedstawicielom PSL-u władze uniemożliwiły udział we wszystkich komisjach wyborczych, a w tych, w których wzięli udział, stanowili mniejszość. Urny wyborcze "zabezpieczała" milicja i Urząd Bezpieczeństwa, w wojsku zaś głosowano jawnie, co oczywiście nie zachęcało do głosowania na "nie". Władzom komunistycznym zależało jednak na poznaniu prawdziwych wyników referendum i dlatego stworzyli oryginalną dokumentację referendum, z której można wywnioskować że na pierwsze pytanie "nie" odpowiedziało 69,5%, na drugie 55,5%, a na trzecie 31,7%
TAK POWINNA WYGLĄDAĆ POLSKA PO ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ
(Realnie jednak nie było to możliwe, gdyż nie można było całego tego terytorium obsadzić ludnościowo, szczególnie po ucieczce oraz wysiedleniu Niemców z terenów zachodnich - gdyż nie można było dopuścić do tego, żebyśmy mieli w nowym państwie potężną piątą kolumnę. Mimo to bezwzględnie całe byłe Prusy Wschodnie, cały Górny Śląsk, spora część Pomorza Zachodniego i pewne skrawki ziem na Dolnym Śląsku)
Jeszcze przed owym referendum władze przypuściły nagonkę na PSL, a Władysław Gomułka nazwał Mikołajczyka "faszystą i zdrajcą". Następowały też aresztowania członków tej partii (przedstawiciel PSL-u w Krajowej Radzie Narodowej - Michał Głowacz również został aresztowany i oskarżony o kolaborację z Niemcami, wypuszczono go po trzech miesiącach). Wiece partyjne PSL-u były atakowane i rozbijane przez milicję i bezpiekę, zamordowano też ok. 140 członków tej partii, aresztowano ok. 10 tys. (w tym 149 kandydatów na posłów), w 10 okręgach wyborczych unieważniono PSL-owskie listy przed wyborami do Sejmu, na 6726 obwodów wyborczych, jedynie w 296 dopuszczono mężów zaufania z PSL (mimo to wyglądało to tak, że po zakończeniu głosowania wkraczała milicja i kazała przedstawicielowi PSL-u opuścić budynek, a jeśli nie chciał - wypychano go na siłę. Następnie do woli można było dosypać już przygotowane głosy wyborcze). W takiej też atmosferze odbyły się 19 stycznia 1947 r. wybory do Sejmu Ustawodawczego. Otwarcie w zakładach pracy, w wojsku i wszędzie gdzie to było tylko możliwe agitowano za tzw. "Blokiem Demokratycznym", złożonym z partii które wymieniłem wyżej. Ponownie sprowadzono z Moskwy grupę Pałkina, aby pomogła w "przygotowaniu" wyborów. Liczenie owych głosów trwało prawie dwa tygodnie i ogłoszono je dopiero 31 stycznia 1947 r. Oficjalnie w wyborach wzięło udział 90% uprawnionych, na Blok Demokratyczny (czyli na komunistów i przystawki) głosować miało 80% wyborców, na PSL 10%, na PSL "Nowe Wyzwolenie" 3,5%, na Stronnictwo Pracy 5% i półtora procent na pozostałe niewiele znaczące partyjki. Przekładało się to na 394 posłów dla PPR, PPS, SD i SL, 28 posłów dla PSL, 12 dla Stronnictwa Pracy, 7 dla PSL "Nowe Wyzwolenie" i 3 dla katolickiej grupy "Dziś i Jutro". Po wyborach PSL w dalszym ciągu był atakowany jako "zdrajcy", i "agenci reakcji", ostatecznie też uniemożliwiono jakąkolwiek działalność tej partii. Znów zaczęły się nowe aresztowania i w tej sytuacji Stanisław Mikołajczyk uznał, że jedyną szansą będzie ucieczka z kraju. W przeciwnym razie czeka go aresztowanie, publiczny proces, więzienie albo nawet kara śmierci. 20 października 1947 r. Stanisław Mikołajczyk - przy pomocy przedstawicieli ambasady USA - uciekł z Warszawy ciężarówką ambasady, dotarł do Sopotu i tam ukrył się na brytyjskim statku, którym odpłynął najpierw do Wielkiej Brytanii, a następnie do USA. W kraju oczywiście komuniści uznali go za zdrajcę i odebrali mu obywatelstwo. Organizowano też wśród chłopów masówki, na których potępiać oni mieli "szkodliwą działalność Mikołajczyka". Dlatego też twierdzenie, że mógłby on z powrotem wrócić do Polski, było nie tylko śmieszne, ale wręcz głupie ze strony Chruszczowa i całej tej jego ferajny.
STANISŁAW MIKOŁAJCZYK
Rozmowy oczywiście toczyły się po rosyjsku, ale w pewnym momencie Władysław Gomułka zaczął mówić po polsku i to przemawiał z taką pewnością siebie, z takim zaangażowaniem i przejęciem w głosie, że Chruszczow - choć nie rozumiał polskiego - to był pod wrażeniem jego przemowy. Gomułka mówił że partia potrzebuje odnowy, że potrzebuje nowego składu, przede wszystkim więcej robotników a mniej intelektualistów i inteligentów. W pewnym momencie jednak znów przyszły informacje o postępach wojsk sowieckich w drodze na Warszawę i o organizowaniu obrony przez robotników (szczególnie Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu). Gomułka wtedy powiedział:
- "Towarzyszu Chruszczow, nasze rozmowy tutaj nie mają żadnego sensu, skoro wasze wojska zmierzają ku Warszawie!".
- "Nie przyjechaliśmy do was po to, żeby z wami walczyć, tylko żeby wyjaśnić wam naszą sytuację" - powiedział Mikojan.
- "Skoro nie przyjechaliście żeby z nami walczyć, to dlaczego wasze wojska wciąż idą ku Warszawie?" - zapytał Gomułka.
- "Mówiłem wam, że to tylko jesienne manewry. Zresztą dowodzi nimi marszałek Rokossowski, którego wy chcielibyście się pozbyć z Biura Politycznego. Nie możemy do tego dopuścić, bo to by oznaczało że Polska zerwie z Układem Warszawskim" - stwierdził wzburzony Chruszczow.
- "Jak usunięcie jednego człowieka, albo nawet grupy ludzi może spowodować zerwanie Polski z Układem Warszawskim?" - dopytywał Gomułka.
- "Może!" - butnie stwierdził Chruszczow - "Wy już o tym dobrze wiecie, nie mydlcie mi tutaj oczu".
- "Towarzyszu Chruszczow, nasza rozmowa nie ma sensu, jeśli nadal wasze wojska będą szły ku Warszawie. Jeśli rzeczywiście są to tylko manewry, to możecie je przecież zatrzymać. Jeśli tego nie zrobicie uważam nasze spotkanie za zakończone!" - powiedział Gomułka.
Wzburzony Chruszczow podszedł do telefonu, wykręcił numer, połączył się z Rokossowskim i nakazał mu wstrzymać marsz sowieckich oddziałów na Warszawę. Wówczas zdziwiony Gomułka zapytał:
- "Jak to, przecież Rokossowski jest polskim ministrem obrony, a tutaj chodzi o żołnierzy radzieckich?"
- "Ale z was pedant" - kpiąco odrzekł Chruszczow.
Dalsze rozmowy nie miały już w sobie nic ciekawego i skupiały się na już wcześniej przedstawionych kwestiach które powtarzano do znudzenia, lecz ostatecznie Sowieci uznali, że nie ma sensu dalej się spierać, widząc determinację po polskiej stronie. Gomułka obiecał tylko że o pozostaniu Rokossowskiego w Biurze Politycznym zdecyduje głosowanie, a Chruszczow odebrał to jako zapewnienie że Rokossowski w Biurze Politycznym pozostanie. Rozmowy zakończyły się 20 października 1956 r. gdy zaczęło już świtać i delegacja sowiecka zbierała się do wyjazdu. Na odchodne jednak Chruszczow odwrócił się do Gomułki i reszty polskiej delegacji i rzekł:
- "Wyjeżdżamy zatrwożeni. Wy nam plunęliście w twarz. Ale nie jesteśmy niezguły i nie powiemy: dziękuję! Poszukamy wyjścia".
Sowieci odlecieli w godzinach rannych 20 października, nie uzyskawszy żadnych formalnych ustaleń. Warto zaznaczyć że co prawda wojska sowieckie zatrzymały się, ale wciąż stacjonowały nieopodal Warszawy i nie wracały do swoich koszar. Od 19 października zaś trwały obrady VIII Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Po zakończeniu rozmów z Sowietami, delegacja polska wraz z Gomułką wróciła na owe obrady, podczas których Władysław Gomułka wygłosił bodajże najostrzejszą krytykę stalinizmu w dziejach Polski Ludowej. Powiedział on bowiem (przemówienie to było transmitowane przez radio): "System ten gwałcił zasady demokratyczne i praworządność. Przy tym systemie łamano charaktery i sumienia ludzkie, deptano ludzi, opluwano ich cześć. (...) Wielu ludzi poddano bestialskim torturom. Siano strach i demoralizację. Na glebie kultu jednostki wyrastały zjawiska, które naruszały, a nawet przekreślały sens władzy ludowej (...) „Klasa robotnicza dała ostatnio kierownictwu partii i rządowi bolesną nauczkę. Robotnicy Poznania, chwytając za oręż strajku i wychodząc manifestacyjnie na ulice w czarny czwartek czerwcowy, zawołali wielkim głosem: Dosyć! Tak dalej nie można! Zawrócić z fałszywej drogi! Klasa robotnicza nigdy nie chwytała się strajku jako oręża walki o swoje prawa w sposób lekkomyślny. Tym bardziej teraz, w Polsce Ludowej, rządzonej w jej imieniu i w imieniu wszystkich ludzi pracy, nie zrobiła tego kroku lekkomyślnie. Najwidoczniej przebrała się miara. A miary nie można nigdy przebrać bezkarnie". Do głosowania doszło w niedzielę 21 października. I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR wybrany został Władysław Gomułka, funkcje sekretarzy objęli: Jerzy Albrecht, Edward Gierek, Witold Jarosiński, Władysław Matwin i Edward Ochab. Do Biura Politycznego weszli zaś: Józef Cyrankiewicz, Władysław Gomułka, Stefan Jędrychowski, Ignacy Loga-Sowiński, Jerzy Morawski, Edward Ochab, Adam Rapacki, Roman Zambrowski. Nie weszli zaś: Konstanty Rokossowski (który otrzymał tylko 23 głosy na 75 możliwych), Jakub Berman, Franciszek Mazur, Zenon Nowak (było potem takie powiedzenie: "Tak czy owak Zenon Nowak" 🤭), Franciszek Jóźwiak i Stanisław Radkiewicz. Owe plenum przebiegało w charakterze olbrzymiego poruszenia społeczno-narodowego, w całym kraju organizowano masowe wiece poparcia dla nowych władz, a co ciekawe nie były one organizowane przez władze tylko spontanicznie i oddolnie przez ludzi, którzy naprawdę poczuli że zawiał wiatr zmian i ten wiatr przyniesie wreszcie coś dobrego dla Polski, tak umęczonej nieustannymi atakami, mordami i zniszczeniami od 17 lat. Przede wszystkim liczono - a wręcz domagano się - dalszej demokratyzacji życia społecznego i politycznego w kraju. To wszystko oznaczało że "natolin" ("chamy") rzeczywiście przegrał, natomiast frakcja "puławian" ("żydzi") rosła w siłę. Ale należy pamiętać że wojska sowieckie wciąż wówczas stacjonowały w okolicach Warszawy.
Dopiero 24 października Chruszczow zadzwonił do Gomułki i poinformował go o wycofaniu wojsk sowieckich z powrotem do koszar w zachodniej i północnej Polsce (dzień wcześniej do Moskwy przybył Liu Shaoqi, jeden z prominentnych członków Komunistycznej Partii Chin, który wypowiedział się zdecydowanie negatywnie przeciwko jakiejkolwiek sowieckiej interwencji przeciwko Polsce i zapowiedział że jeżeli do niej dojdzie, to Chiny oficjalnie zaprotestują, a tego akurat Moskwa chciała uniknąć, aby nie dawać Zachodowi satysfakcji z rozbicia wspólnego bloku komunistycznego - byłby to bowiem jawny przykład otwartych podziałów w tym bloku. Jednak o takim stanowisku Chin dowiedział się Gomułka dopiero 27 października od polskiego ambasadora w Chinach, któremu chińskie stanowisko w tej sprawie przekazał sam Mao Zedong). Tego też dnia (24 października) ok. godz. 15:00 na warszawskim Placu Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki (imienia Stalina, notabene miesiąc później zlikwidowano ten dopisek), zebrały się ogromne tłumy, mówi się nawet o pół milionie Polaków, w każdym razie była głowa przy głowie. Wszyscy oczekiwali przemówienia nowego I sekretarza partii. Gdy pojawił się Gomułka wszyscy byli podekscytowani, ale nie on. On był blady, on był wręcz przerażony, on dygotał ze strachu. Sama myśl o owych tłumach i rozbudzonych nadziejach przyprawiała go o dreszcze. On tego nie chciał, on wolałby nie mieć takiego poparcia, tym bardziej że był zwykłym partyjnym aparatczykiem, a nie trybunem ludowym. Wolałby poprawiać położenie mas pracujących po cichu i powoli. Wystarczyłaby mu też ich wdzięczność, ich miłości zaś nie pragnął, a ten tłum, ten zebrany na Placu Defilad tłum rzeczywiście go pokochał. Dziś go kochają, a jutro rozbudzone nadzieje zażądają daleko idących zmian, których nie zaakceptuje Moskwa. Sądzę wręcz że ten dzień był jednym z najgorszych dni w jego życiu. Nim na trybunę wszedł Gomułka, stała tam już grupka partyjnych towarzyszy, wśród nich był marszałek Rokossowski, który zaczął przepychać się do przodu. Widząc to Stefan Staszewski poprosił go, żeby ten się cofnął bo to nie jest audytorium dla niego. Rokossowski zacisnął zęby i wrócił na swoje miejsce (Staszewski tak naprawdę obawiał się że ludzie, widząc Rokossowskiego na trybunie, czymś w niego rzucą, bo to byłoby skandalem i mogłoby ponownie sprowokować Moskwę do kolejnych burzliwych posunięć). Za plecami Gomułki stanął premier Józef Cyrankiewicz, który nerwowo palił papierosa, Gomułka zaczął swoje przemówienie:
"W ciągu ubiegłych lat nagromadziło się w życiu Polski wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Idee socjalizmu, przeniknięte duchem wolności człowieka i poszanowania praw obywatela, w praktyce uległy wypaczeniom. Słowa nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości. Ciężki trud klasy robotniczej i całego narodu nie dawał oczekiwanych owoców. Wierzę głęboko, że te lata minęły bezpowrotnie w przeszłość. Kierownictwo partii nie chce i nie będzie rzucać narodowi pustych obiecanek. Zwracamy się z całym zaufaniem do swojej klasy, do klasy robotniczej, do inteligencji, do chłopów (...) Towarzysze! Nie pozwólmy reakcyjnym podżegaczom i różnym chuliganom stawać w poprzek naszej drogi. Wara im od czystego nurtu walki socjalistycznych i patriotycznych sił narodu! Pędźcie precz prowokatorów i reakcyjnych krzykaczy! (...) Dzisiaj zwracamy się do ludu pracującego Warszawy i całego kraju z wezwaniem: dość wiecowania i manifestacji! Czas przejść do codziennej pracy, ożywionej wiarą i świadomością, że partia zespolona z klasą robotniczą i narodem poprowadzi Polskę po nowej drodze do socjalizmu".
Ostatnie słowa nie spodobały się zebranym, oni chcieli realnie zmian trwałych i zmian coraz dalej idących, natomiast Gomułka oficjalnie już nawoływał do zakończenia tej kontrrewolucji i powrotu do pracy. On naprawdę bał się, że te setki tysięcy ludzi zebranych na placu Defilad w Warszawie i dziesiątki milionów w całej Polsce mogą zażądać od niego rzeczy, które okażą się niemożliwe do realizacji i pragnął aby uznali oni, że zmiana już nastąpiła i trzeba zakończyć dalsze żądania i dalsze próby reform ustrojowych. Tak więc naród - po zakończeniu przemowy Gomułki - zaczął krzyczeć "Spy-chal-ski, Spy-chal-ski!" pragnąc aby teraz on zabrał głos. Spychalski podszedł do mikrofonu na trybunie, ale wypadł fatalnie. Jąkał się, stękał trzy po trzy, także jak skończył mówić to chyba większość była z tego powodu uradowana. Wreszcie zebrany tłum zaczął krzyczeć: "Wy-szyń-ski do Biura". Sprawy zaczynały wymykać się spod kontroli i to, czego obawiał się na początku Gomułka, jakby zaczynało się sprawdzać. Tłum wysuwał bowiem coraz bardziej absurdalne żądania, bo jakże inaczej uznać owe słowa "Wyszyński do Biura", czyli co, kardynał Stefan Wyszyński do Biura Politycznego KC PZPR, to przecież niedorzeczność, i tak też myślał Gomułka. Polecił więc aby rozwiązano zgromadzenie, bo zabrany tłum coraz bardziej zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Sam zaś podziemnym przejściem wrócił do Pałacu Kultury, a potem od Sali Kongresowej odjechał do Komitetu Centralnego. Zgromadzenie zaś co prawda zostało rozwiązane, ale tłum się nie rozszedł, a wręcz przeciwnie, ruszył na ulicę Belwederską, gdzie mieściła się... ambasada sowiecka. Stefan Staszewski wspominał potem, że Gomułka: "Trząsł się przy telefonie. Dzwonił co chwila i pytał, czy ja ręczę, że ta manifestacja nie dojdzie do ambasady i nie skończy się rozruchami w Warszawie. W pewnym momencie wpadł na pomysł, by wezwać wojsko. - Nie ważcie się - powiedziałem - żadnego wojska nie chcę. Ludzie się uspokoją, rozumieją że nie można urządzać żadnych rozrób i demolować ambasady radzieckiej. Znowu pytanie: - Ręczycie?, Ręczę! - odpowiedziałem!". Tłum manifestantów rzeczywiście się uspokoił, a wkrótce uwagę ludzi przykuły wydarzenia dziejące się na Węgrzech i atak sowieckich jednostek pancernych na demonstrujące tłumy ludzi pragnących wolności, demokracji, sprawiedliwości i przede wszystkim niepodległości.
W Polsce zaczynała się nowa epoka, epoka Władysława Gomułki (która potrwa aż do grudnia 1970 r.). 27 października 1956 r. zlikwidowano tzw. "sklepy za żółtymi firankami", w których sprzedawano specjalne (zachodnie) towary dla elity partyjnej. 28 października kardynał Stefan Wyszyński został zwolniony z internowania (na którym przebywał od 26 września 1953 r.) i powrócił do Warszawy. Od 24 października rozpoczęto w sądach rewizję aktów oskarżeń w procesach poznańskich. Rozpoczęto również akcję rehabilitacji ludzi oskarżonych i skazanych na więzienie, roboty lub karę śmierci w czasach stalinizmu. Ministrowie i wysocy urzędnicy partyjni opuszczali dotychczasowe wille i przenosili się do mniejszych mieszkań (wszystko odtąd miało być skromne i proste, bez zbytku i bez zbytniego przymusu... no chyba że okaże się potrzebny. Gomułka nie lubił zbytku, więc dla niego nie miało to znaczenia. Był też niezwykle punktualnym, trzymał się zawsze określonego rytmu dnia i zawsze przychodził do pracy o tej samej godzinie i zawsze wychodził o tej samej godzinie. Na jego biurku zaś wszystkie dokumenty leżały zawsze w taki sam sposób i jeżeli któraś z sekretarek je ruszyła to bardzo się gniewał). Po październiku 1956 r. zniesiono w Polsce zakaz posiadania zagranicznych walut, złota i platyny. Zaprzestano zagłuszania Radia Wolna Europa (zaczęto je ponownie zagłuszać w 1970 r.). Do pracy na uczelniach wyższych zaczęto ponownie przyjmować zwolnionych wcześniej profesorów (np. Taylora, Górskiego, Elzenberga, Kostrzewskiego). 10 grudnia zniesiono nazwę Stalinogród (przyjętą 7 marca 1953 r.) i powrócono do starej nazwy Katowice. 17 grudnia 1956 r. podpisano w Moskwie układ regulujący stacjonowanie wojsk sowieckich w Polsce (wcześniej Sowieci stacjonowali tutaj po prostu, od tak sobie, bo mogli), w którym zapisano że "W niczym nie może ono naruszać suwerenności państwa polskiego i nie może prowadzić do ich ingerencji w wewnętrzne sprawy PRL". Ponownie przywrócono istnienie Związku Harcerstwa Polskiego i zaczęto używać krzyż harcerski, likwidując (istniejącą w czasach stalinizmu) Organizację Harcerską (będącą tylko przybudówką Związku Młodzieży Polskiej). Tak więc zaczynały się nowe czasy, ale rozbudzone ludzkie marzenia i nadzieje z października 1956 r. nigdy nie zostały spełnione.
CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ
ŁAMBINOWICE
KOMUNISTYCZNE PIEKŁO NA ZIEMI
Nie był to jedyny tego typu obóz na ziemiach polskich, zarządzany albo bezpośrednio przez Sowietów, albo też przez ich ("polskie") ubeckie marionetki. Takich miejsc, zwanych dla niepoznaki "Obozami Pracy", lub "Obozami Reedukacji" było wiele, że wymienię tylko kilka największych jakie założyli Sowieci na polskiej ziemi, gdy ostatecznie "wyzwolili" ją z niemieckiej okupacji, były to obozy pracy w: Warszawie, Sosnowcu, Potulicach, Gdyni, Gdańsku, Tczewie, Łodzi, Tomaszowie Mazowieckim, Krzesimowie, Lublinie, Popkowicach, Bytomiu, Mysłowicach, Wadowicach, Opolu, Niemodlinie, Lubaniu, Żaganiu, Świętoszowie, Kępnie, Wrocławiu, Nysie, Jaworznie, Świetochłowicach i w wielu innych miastach i miasteczkach Polski, którą Sowieci zamienili w wielki obóz pracy i więzienie. Tutaj chciałbym jednak opisać dwa wyjątkowo ciężkie obozy pracy, które bez wątpienia możemy porównać do niemieckiego Auschwitz-Birkenau, gdyż to, co się tam wyprawiało, doskonale przypominało niemieckie zbrodnie z tych obozów.
Dowództwo nad obozem sprawowali komuniści, w Łambinowicach niepodzielną władzę dzierżył polski komunista - Czesław Gęborski, żołnierz Armii Ludowej, a po wojnie członek Milicji Obywatelskiej, który nim został komendantem Łambinowic, odbył najpierw kilkutygodniowe szkolenie w Obozie Pracy w Świętochłowicach, które zakończył w marcu 1945 r. Jego nauczycielem i mentorem w zbrodniach był Salomon Morel - Żyd, komunista, przez kilka miesięcy w 1942 r. wraz z bratem - Ickiem, założyli bandę rabunkową, która ograbiała ludzi w okolicach Katowic, a także napadała nocą na wsie i ograbiała wiejskie chaty. W grudniu 1942 r. obaj bracia Morelowie, dostali się w ręce działającego w okolicznych lasach oddziału Armii Ludowej, pod komendą Grzegorza Korczyńskiego i za rozboje zostali skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano tylko na Icku, gdyż Salomon... zrzucił na niego całą winę, a potem przyłączył się do odziału Korczyńskiego (notabene, w skład tzw.: oddziałów Gwardii Ludowej a potem Armii Ludowej pod dowództwem Grzegorza Korczyńskiego, wchodziło w latach wojny wielu przestępców i bandytów. Zresztą nic dziwnego - Armia Ludowa to byli komuniści i kto tylko chciał i mógł walczyć, wolał każdą inną formację zbrojną, głównie oczywiście Armię Krajową, która zachowała podziemne struktury przedwojennego Wojska Polskiego, niż iść "do komunistów". Korczyński nie miał skąd brać ludzi, więc jedynym możliwym "sortem" był ten najgorszy, najpodlejszy typ człowieka i takich ludzi właśnie do siebie przygarniał). 15 lutego 1945 r. Salomon Morel jako żołnierz "Ludowego Wojska Polskiego" został komendantem Obozu Pracy w Świętochłowicach (o tym potworze w ludzkiej skórze opowiem w kolejnym temacie).
Tymczasem wróćmy do Czesława Gęborskiego. Po odbyciu kilkutygodniowego szkolenia "u Morela" w Świętochłowicach, z końcem lipca 1945 r. zostaje powołany na stanowisko komendanta Obozu Pracy w Łambinowicach. Tę funkcję będzie pełnił krótko, bo zaledwie trzy miesiące (do chwili aresztowania), ale przez ten czas stworzy w Łambinowicach prawdziwe piekło na ziemi. Obóz zapełniali przede wszystkim Niemcy, niewielka część Ukraińców oraz Polacy, żołnierze antykomunistycznego podziemia lub po prostu - młode chłopaki, walczący w latach wojny z Niemcami o Niepodległość Ojczyzny, a po wojnie uznani przez nowych okupantów za "element wrogi" lub "niepewny ideologicznie". W obozie zatrudniony był najgorszy sort bandytów w mundurach, uważających się za Polaków, a będących jedynie sługusami prawdziwych, sowieckich panów powojennej Polski. Zachowały się sprawozdania i relacje z procesu, jaki wytyczono Gęborskiemu i jego pomagierom (np. niejakiemu Ignacemu Sz. który w obozie kazał się nazywać: "Panem Ignacem") w październiku 1945 r. Poniżej zaprezentuję autentyczne (wybrane przeze mnie) relacje z obrony oskarżonych przed sądem, opisujące ich stosunek do uwięzionych tam ludzi i refleksje (jeśli można to tak w ogóle nazwać), oto one:
Uwaga bardzo drastyczne opisy
"W lipcu czterdziestego piątego na dworcu w Opolu koczowało 20 tys. naszych, ze wschodu. Mieliśmy czekać? Aż co, aż Niemcy sami się wyniosą? Życie żeśmy im uprzykrzali jak mogli, chowali się jak myszy, jak zobaczyli naszego w mundurze, ale siedzieli. Ładowaliśmy im repatriantów do domu, mieszkali razem, dusili się jak w piekle, ale siedzieli.
No to zaczęliśmy. Od Bielic. Zajechaliśmy ciężarówkami o świcie. Wojskowi otoczyli wieś, a my, MO (Milicja Obywatelska) i UB (Urząd Bezpieczeństwa), wyciągaliśmy ich z domów. Alles was deutsch ist, in 5 minuten raus! ("Kto Niemiec, za pięć minut wynocha"). Łachy na siebie, i na pastwisko, z bydłem. Nie wiedzieli po co, nie wiedzieli gdzie, jak to gdzie?! Raus aus Polen! Do Niemiec! Do domu. Z małym przystankiem na przejściowy odpoczynek, w Łambinowicach. U "pana Ignaca".
Niektórzy wychodzili boso, prosto z łóżek, niektórzy ze śpiącymi dziećmi na rękach. Niektórzy chcieli nas nabrać, próbowali mówić po polsku, nic z tego, za wszarz i won z chałupy. Teraz to Polacy. Po łbie ręką, albo kolbą i w drogę.
Haj-li hajlo, haj-la. Hitlerowskie piosenki kazaliśmy im śpiewać. W drodze też wpierdol. Gorąco było, wlekli się, to biliśmy. Starych musieli trzymać młodzi. Żeby trzymać tempo. Gnaliśmy ich z Gracz, Jaczowic, Jakubowic, Klucznika, Korfantowa, Kuźnicy Logockiej, Ligoty Tułowickiej, Lipowa, Lipna, Magnuszowic, Oldrzyszowic, Przechoda, Szydłowa, wszystkich nie pamiętam. W sumie gdzieś z 30 wiosek. Trochę spędziliśmy też z Niemodlina i Prudnika. Szli do Łambinowic jak mrówki pod naszym ciężkim, polskim butem. Byli tacy, co śpiewali "Pod Twoją obronę". Teraz to Polacy".
Na chwileczkę przerwę tutaj w tym miejscu. Zauważmy co się działo i jak postępowali ci komunistyczni bandyci, ładowali wszystkich do jednego wora, bez względu na to czy to był Niemiec który prześladował podczas wojny Polaków, czy zwykły niemiecki chłop, który pragnął jedynie przeżyć, nie czynili też żadnych podziałów pomiędzy Polakami zamieszkującymi te wioski (wyraźnie jest to stwierdzone, "próbowali mówić po polsku", "śpiewali "Pod Twoją Obronę" - to niby kto to był?). Ściągali wszystkich jak leciało, bo był taki odgórny prikaz od swych komunistycznych polskich zwierzchników, którzy znowu otrzymali prikaz od swych sowieckich zwierzchników, do których to spływały rozkazy zapewne bezpośrednio z Kremla. Tutaj małe wyjaśnienie, obóz pracy w Łambinowicach (jak zresztą w ogromnej większości miejsc w Polsce) nie zbudowali komuniści. Oni po prostu przejęli już istniejącą infrastrukturę po Niemcach, którzy dotąd w Łambinowicach również mordowali ludzi na ogromną skalę. Kontynuujmy więc dalej:
"Obóz pracy w Łambinowicach, taki był napis nad bramą. Zobaczycie teraz coście wymyślili. Ja wymyśliłem? Albo jakiś Polak? I mnie sądzić? Za co? Ja wymyśliłem zabijanie niewinnych za niewinnych? Ja wymyśliłem koryto gipsowe dla mojego ojca?
W obozie za bramą czekała na nich sprawiedliwość. Czekał na nich nasz szef, Czesiek G., lat dwadzieścia, tyle co my. Swój chłop, od Niemców swoje wycierpiał. Był w naszej partyzantce, w czterdziestym czwartym wpadł w ich łapy i siedział w obozie w Mysłowicach. Oddział "Czarnego" odbił go w czasie transportu do Oświęcimia (Auschwitz). Zaraz po wyzwoleniu wstąpił do MO, żeby tępić Niemców na Śląsku. Młody był, a już miał sierżanta. Czekał na nich jego zastępca Stanisław D., Edek Z., Antek K., nasz polski Niemiec Jan F., Herbert P., jeszcze inni no i ja, prawa ręka szefa, Ignac.
Sprawiedliwość stać im kazała przed barakiem i czekać na rejestrację, było, że cały dzień. Zaczynaliśmy rejestrację od rewizji szczegółowej. Braliśmy wszystko. Jedna pierścionek schowała we włosach, obcięliśmy jej. Braliśmy i biliśmy. Kolbami, rękami, nogami. Starych, młodych, kobiety. Wszystko, co się ruszało, oprócz dzieci. Na dzień dobry, psychologicznie, jak mówił Czesiek, żeby posłuszeństwo w nich zaorać. Pamiętam jak takim sześciu założyliśmy hełmy na głowy i waliliśmy w nie tak długo, aż na oczy pociekła im krew. Ci to i tak mieli szczęście, raz jednego z brodą wypatrzyliśmy, to nawet do środka na rejestrację nie wszedł, Judasz. Johann mu było, Johann L. Zaciągnęliśmy go do warsztatu za tę brodę i wkręciliśmy mu ją w imadło. I podpalili, żeby wyglądał jak dziad. Krzyczał, że ma dzieci. Resztki odcięliśmy mu nożem ze skórą. Obcęgami wyrwaliśmy mu paznokcie, jeden po drugim. Wkręciliśmy mu jedno ramię w imadło i połamali. Drugie tak samo. Zaczęliśmy pukać mu w głowę kluczami, puk, puk, jest tam kto? A potem łupać w tą czaszkę, chlupało, trzeszczały kości, wywracały mu się gały, Edek powiedział że to białe to mózg. Ta krew z tym mózgiem to wygląda jak kisiel ze śmietaną.
UWAGA - OPISY DRASTYCZNYCH MORDÓW!
"Dzieliliśmy tak, mężczyźni do jednych baraków, do drugich kobiety, kobiety z dziećmi do jednych i te co mogły pracować do drugich. I cisza, nikt nikogo nie zna. Niech tylko jakiś mąż odezwał się do żony, albo jakaś żona do męża, albo do dzieci, baty. Sztuk dwadzieścia pięć. Raz jedna swego u nas odnalazła, podleciała, cośmy zrobili? Trzy dni na słońcu bez jedzenia i picia. Trzymali się za ręce i leżeli. Nie było litości. Z ziemi do izby chorych, z izby pod ziemię. Jeden prosił kiedyś, żebym go nie zabijał od razu tylko na drugi dzień, bo chce jeszcze zobaczyć się z żoną, nie zobaczył. Mój numer czternasty w tym dniu pożaru, ale wrócę jeszcze do tego.
Dzień powszedni wyglądał tak, że o szóstej po-budka! po-budka! wstać! I na plac. Bieg - Padnij - Czołganie - Bieg. Starzy nie starzy, chorzy nie chorzy, gimnastyka poranna. Po polsku. Komenda i odliczanie, po polsku, od jednego do ilu ich tam było. Kto nie umiał, kto się pomylił, baty, stary nie stary, chory nie chory. Pałami, nogami, rękami. Biliśmy tak długo, aż wychodziły flaki. Kto zdechł, ten zdechł. Buty z niego i do dziury ze ścierwem. Czasami, dla rozrywki, kazaliśmy jednym wchodzić na drzewo, na sam czubek. A innym piłować. Spadali jak gruszki. Gęborski kazał kiedyś jednemu wejść i krzyczeć, jestem małpą! A my strzelaliśmy. Aż spadł. Buty i do dziury, żył czy nie, jego sprawa. Potem apel, podział na grupy pracy w obozie i poza. O dwunastej przerwa, potem znowu praca, wieczorem apel, o dwudziestej drugiej cisza nocna.
Mówię baty, ale takie baty trzeba widzieć (...) Nie wiedziałem, że zady bab są takie wielkie. Na środku placu stawialiśmy stołek, każda musiała podnieść spódnicę i przechylić się. Zabroniliśmy chodzić w majtkach, przy wyjściu z baraków chłopaki sprawdzali kijami. Moja pierwsza nazywała się Gertruda. Lało jak z cebra. Naprzód kazaliśmy im chodzić wokół placu i śpiewać hitlerowskie piosenki. Potem na taboret. Dwadzieścia pięć do trzydziestu uderzeń grubą pałą. Wielkie i białe zady, szczególnie w nocy. Przypierdoliłem jej, aż się zad zatrząsł. Jęknęła. Trochę głupio mi się zrobiło, bo tak trochę jak moja matka. Przyjebałem drugi raz, jeszcze mocniej, ze złości na siebie, że umiałem uderzyć po raz pierwszy (...) Młóciliśmy je jak zboże na klepisku. Skóra i mięśnie wisiały na nich paskami. Leżały na izbie chorych i zdychały, w ranach kłębiły im się muchy, jedno tylko dodam, że nikt z nas ich nie gwałcił, śmierć była dla nich wybawieniem. Umierały na zakażenie krwi.
Nie mieliśmy koni, to zaprzęgaliśmy do pługa i brony mężczyzn. Do pługa dwunastu, do brony od ośmiu do dwunastu, zależnie od siły, do siewnika - piętnastu. Zdarzało się, że ciągnęły też kobiety. Nie mieliśmy aut, to zaprzęgaliśmy do wozów albo przyczep, żeby prowiant przywieść, na przykład. Albo przejechać się, bryczką albo dorożką razem z komendantem. Jak prawdziwe polskie pany. Piętnastego września zaprzęgnęliśmy do wozu szesnastu, bo mieliśmy zawieźć do wioski ciężkie części. Tłukliśmy ich po drodze kijami, ile wlazło, zaciągnęli. Wracając, w lesie, postrzelaliśmy trochę. Połowę z nich zagoniliśmy strzałami do stawu i potopili. Sześciu zaciągnęło nas na powrót, trzech z nich straciło mowę ze strachu, jeden sam się powiesił.
Strzelaliśmy do ludzi na drzewach jak do małp, strzelaliśmy do ludzi w kiblach jak do much. Raz bab za dużo do latryny wlazło, puściłem całą serię, jedne dostały w brzuch, inne w piersi, kule trafiały jak ślepy los. Stękały, jęczały, rzęziły. Do dziury. Żeby śladu nie było, pod ziemię. Wiły się w niej jak duże glisty, zasypaliśmy piachem. Nie znał litości "pan Ignac". Ale każdy znał "pana Ignaca". Chyba, że nie, to biłem. Albo kazałem bić. Dwóch skurwysynków młodych przeszło koło mnie, gdzieś tak po piętnaście. Ani na baczność, ani "Dzień dobry, panie Ignac". Jeden musiał bić drugiego. Przez taboret i dwadzieścia pięć na dupę. Oszczędzali się, to pokazałem jak. Kablem. Biliśmy i zabijaliśmy. Wysiedlaliśmy ich z tej ziemi. Nauczyciele, urzędnicy, kupcy, duchowni mieli pierwszeństwo. Oblewaliśmy ich szczochami, obrzucali gównem, pod paznokcie wbijaliśmy im gwoździe.
Jednemu szewcowi z Bielic, lat 58, skakałem po plecach tak długo, aż zdechł. Jego kumplowi z tej samej wioski, lat 65, wyszedł mózg, tak mu roztrzaskałem czaszkę kolbą. Jednego zastrzeliłem, bo nosił okulary, inteligent. Frau Patschke nażarła się mojego gówna, Fraulein Marii Schmolke z Łambinowic naszczaliśmy do gęby i kazaliśmy jej lizać krew z jej niemieckich ziomków, co leżeli na ziemi. Baby i dziewczyny dogorywały na izbie chorych. Kazaliśmy jebać się im nawzajem i nawzajem torturować. Dziewuchom "płaciliśmy" tak, że wsadzaliśmy im między nogi banknoty namoczone w nafcie i zapalali. Smród szedł okropny. Wsadzaliśmy im do pochwy rozpalone pogrzebacze, wpuszczaliśmy tam szczury i myszy.
Razem z szefem, Czesławem Gęborskim, obcięliśmy piłą nauczycielowi Wolfowi z Bielic chorą nogę. Zawył się na śmierć. Zastrzeliliśmy kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży, a potem zastrzeliliśmy małą córkę, kiedy składała kwiaty na jej grobie. Po obozie pałętały się dzień i noc głodujące dzieci. Sieroty, albo odłączone od matek. Żebrały od okna do okna i umierały po cichu. Jednego dnia ogłosiliśmy, że mamy mleko dla dzieci w baraku. Przyszły, zastrzeliliśmy. Janek F. był dobry, musiał być dobry, bo nie do końca nasz. Matka z niemowlakiem na rękach o zupę prosiła, uderzył, w samą główkę. A potem okładał ją, a ona uciekała przed nim z czerwoną kulką w rękach. Klepaliśmy go po plecach, że choć nie nasz, to jak nasz. Janek F. zabił kilkadziesiąt niemowląt, po dwa naraz, roztrzaskując główkę o główkę.
Zabroniliśmy zaznaczać groby, kłaść kwiaty i krzyże. Parę kobiet z dziećmi się uparło, padły zastrzelone zaraz nad ich mężami, ojcami lub dziećmi. Kogo nie zabiliśmy ten zdychał z głodu lub chorób. Na tyfus umierali jak muchy. Wszy żarły im skórę tak, że widać im było gołe żebra. I tak zabijaliśmy za mało. Czesiek chciał, żeby co najmniej dziesięciu dziennie. Potem więcej i więcej, wioski trzeba było przecież opróżniać dla naszych, ze wschodu, na dworcu w Opolu nocowali, ale to już pisałem. Więcej i więcej. To wymyśliliśmy pożar. Dnia 4 października podpaliłem razem z D. barak numer dwanaście. Wcześniej wszyscy wypiliśmy. Nie było co gasić, ale kobietom kazaliśmy nabierać wodę i piasek, mężczyznom nosić to na dach, sypać i lać. Strzelaliśmy, kiedy chcieli schodzić. Dach się zawalił, spadli w ogień i spalili się. Wrzucaliśmy do ognia tych, co się bali podchodzić blisko, ich członkowie rodzin błagali nas na kolanach, nie było litości, mąż palił się na oczach żony, albo odwrotnie.
Gęborski dał rozkaz, żeby strzelać, że niby bunt więźniów, bo pożar i chcą uciekać. I zaczęliśmy strzelać. Strzelaliśmy wszyscy do wszystkich. Kto to dzisiaj zliczy, kilkuset zabitych mogło być. Z bliska, z daleka, jak stali albo uciekali. Każdy z nas liczył na głos, ilu ma. D. zastępca Cześka, zabił czterdziestu sześciu, ja straciłem rachubę. Wyciągnąłem z Izby Chorych starą babę i rozwaliłem zaraz przy rowie, zabiłem ojca sześciorga dzieci, bo po pożarze załamał się nerwowo. Ostatni trup tego dnia był mój. Zastrzeliłem strzałem w tył głowy sanitariusza z opaską Czerwonego Krzyża, który niósł zupę dla chorego dziecka. Zawołałem dwóch, żeby zanieśli go na noszach do rowu, zobaczyłem, że widać mu mózg, kazałem im go jeść. Nie chcieli, tłukłem kolbą. Martwych i ciężko rannych kazaliśmy wrzucać do rowów i zasypywać. Ziemia się ruszała, słychać było spod niej jak rzężą, grabarze musieli tak długo deptać, aż ruszać się przestała i było cicho.
Przeprowadzaliśmy ekshumację zwłok żołnierzy radzieckich. Kazaliśmy im wyciągać z ziemi tych, których ich żołnierze tam zakopali. Gołymi rękami wyciągać. Mężczyznom i kobietom. Od tych trupów śmierdziało jak z piekła, rozlazłe były tak, że ich części wchodziły w buty. Kobietom kazaliśmy żreć to błoto, kłaść się na wyciągnięte na górę wpółzgniłe zwłoki, całować je i tak jakby dupczyć. Kładły się wymiotując, a my kolbami wbijaliśmy ich niemieckie głowy w rosyjskie czaszki. Gęby, nawet nosy pełne miały trupów, tak zabiliśmy kilkadziesiąt kobiet i dziewczyn. W niektórych grobach zwłoki rozłożone były tak, że jak kogoś tam wrzuciliśmy, już z tej mazi nie wyszedł. Zakopaliśmy takich, którzy tylko zemdleli. Budzili się, jak sypał na nich piach. Darli się jak opętani. Grabarze zakopywali ich wtedy w przyspieszonym tempie.
Jakby mnie ktoś spytał dzisiaj, czy słyszę te wrzaski to nie, nie słyszę. Za grzechy nie żałuję. Amen".
Oto relacja z procesu sądowego, wytoczonego pod zarzutem ludobójstwa, przeprowadzonego w Obozie Pracy w Łambinowicach. Czesław Gęborski został aresztowany (i jednocześnie odwołany z funkcji komendanta obozu) w dniu 10 października 1945 r. (sześć dni po niesławnym pożarze, w wyniku którego uśmiercono ponad połowę stłoczonych w obozowych barakach ludzi). Obóz istniał jeszcze dokładnie rok, został oficjalnie rozwiązany w październiku 1946 r. ale po aresztowaniu Gęborskiego nie dochodziło tam już do przypadków celowego uśmiercania więźniów (choć nadal ich szykanowano). Ja pisząc i czytając te okropności (choć oczywiście znałem je już wcześniej, ale do nich nie wracałem, z wiadomego powodu) miałem momentami takie uczucie, jakbym tracił świadomość pod wpływem tych "relacji". Jest to totalny przykład zezwierzęcenia i odczłowieczenia, zamiany ofiar w katów, którzy teraz mszczą się za krzywdy wyrządzone wcześniej przez Niemców im samym, lub ich rodzinom. Nie trzeba też zapewne dodawać, że byli to prości ludzie, wyciągnięci ze swych środowisk przez wojnę, którzy współtworzyli system komunistycznego zniewolenia, ponieważ ten system dawał im coś, czego nigdy by nie osiągnęli - możliwość stania się wreszcie kimś, kogo inni muszą nie tylko poważać i słuchać, ale kogo muszą się bać. Stali się więc trybikami systemu zniewolenia, który wykorzystał ich do własnych ludobójczych celów. Ale to oni, konkretne osoby, konkretne imiona i nazwiska byli prawdziwymi sprawcami - a nie ogólnie rzecz biorąc system komunistyczny, który współtworzyli.
Bowiem jeśliby ktoś mi dziś zadał pytanie, kto popełnia większą zbrodnię, czy ten, kto wydaje rozkaz "zlikwidowania" jakiejś grupy ludzi, czy też ten, kto ów rozkaz wykonuje, broniąc się potem - "ja tylko wykonywałem rozkazy". Bzdura, nie ma tłumaczenia, nie ma "tylko wykonywałem", jakie tylko? To ty, ty, który dokonujesz danej zbrodni bezpośrednio, ty właśnie jesteś najbardziej winny, nie decydenci zza biurek - tylko ty, bowiem każdy z nas, ma w sobie kod Wolnej Woli i każdy może zdecydować o kolejach swego losu. Jeśli wybierasz zbrodnię, to nie mów potem że "tylko wykonywałeś rozkazy", ty AŻ doprowadziłeś do ogromnej zbrodni, której notabene, będziesz musiał ponieść konsekwencje. W tym, lub w innym żywocie. Dlatego gdybym żył w latach wojny i krwawej niemieckiej okupacji oraz powojennej stalinowskiej rzeczywistości, nie byłbym w stanie funkcjonować w tym społeczeństwie. Moglibyście nazwać mnie słabym, ale wolność jest dla mnie najważniejsza, a w systemie zniewolenia żyć nie potrafię. Z pewnością zasiliłbym więc szeregi Żołnierzy Niezłomnych, a potem... no cóż, pewnie strzeliłbym sobie w łeb, bo nic innego by mi nie pozostało. Na pewno nie mógłbym pozwolić na to, żeby wpaść w ich ręce, bo nie wiem jak długo bym wytrzymał te ich wymyślne tortury.