WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INDIANIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INDIANIE. Pokaż wszystkie posty

23 lipca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LVIII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI 
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. III





CZICZIMEKOWIE 
i KOLONIE DOLINY MISSISIPI




 Cziczimekowie byli ludem pochodzącym z Atlantydy, potomkami Czerwonoskórych mieszkańców I Imperium Atlantydy. Po roku 50 712 p.n.e. i II rebelii "Synów Beliala" uciekli z Wyspy, wybierając kierunek zachodni (a nie wschodni, jak na przykład król Axtell). Dotarli na kontynent amerykański i osiedlili się na terenach Doliny Missisipi i dzisiejszych Wielkich Równin. Czerwonoskórych uciekinierów z Atlantydy (którzy przyjęli ogólną nazwę - Cziczimeków) było tak wielu, że zaczęli się oni dzielić na poszczególne ludy i plemiona, oraz zasiedlać znaczny rejon Ameryki Północnej. Najbardziej zasiedlony był cały pas rzeki Missisipi, rejon dzisiejszego parku Yellowstone, cały stan Oregon, dopływy rzeki Missouri, a także dzisiejsze Ohio aż do jeziora Michigan. Poza tym dalej zasiedlone były dzisiejsze stany: Minnesota, Dakota, Iowa i Indiana. Channelingi mówią wręcz o gęstym zaludnieniu tych ziem. Główny ośrodek polityczny Cziczimeków (jeszcze sprzed podziału), mieścił się w rejonie rzek Ohio i Missisipi. Ten pierwszy (bardzo długi) okres zasiedlania Ameryki Północnej przez Cziczimeków (ok. 50 700 r. p.n.e. - ok. 700 r. n.e.), charakteryzował się powstaniem megalitycznych ośrodków kultowych (i tworzonych wokół nich ośrodków miejskich, o których jednak zarówno channelingi jak i inne źródła milczą zupełnie), a z których najsłynniejszy jest kopiec Cahokia (wzorowany zapewne na Wielkiej Piramidzie z Atlantydy czy z MU), o wysokości ok. 2900 m. n.p.m. Kopiec Cahokia jest więc znacznie większy niż Wielka Piramida w Gizie. 




Podobnych kopców wybudowano na całym terenie rzeki Missisipi, jej dopływów i rejonu jeziora Michigan (przez te całe 50 000 lat cziczimeckiej tam obecności) - setki tysięcy (w samym stanie Ohio, naliczono ponad 10 000 kopców). Na wielu kopcach (jak choćby w Marietta w stanie Ohio) widoczny jest symbol ... krzyża. Nie powinno to dziwić, gdyż jak już wcześniej pisałem, kapłani I Imperium Atlantydy (oraz późniejsi wyznawcy "Jednego Prawa", czy religii ozyryjskiej) stosowali ten symbol (jako jeden z wielu ważniejszych symboli), jako formę powitania wiernych w świątyniach, oraz jako symbol zgody. Są też i inne symbole (pochodzące również z Atlantydy), jak trójząb (symbol wyspy Poseidii, a potem, już w Helladzie, symbol jednego z Ionów - z I Buntu, potem, po wiekach zapomnianego i zamienionego w boga - Posejdona). Jest tam też jeszcze jeden ciekawy symbol (który notabene występuje również i na tolteckich świątyniach z Teotihuacanu czy Choluli, choć przecież chodzi tutaj o dwa odrębne "plemiona", przybyłe z dwóch różnych kontynentów), mianowicie występują tam symbole zwierząt (przede wszystkim ryb i ptaków), zwróconych tyłem do czegoś, co można uznać za ukwieconą ziemię. Te właśnie symbole często powtarzają się zarówno wśród Tolteków jak i Cziczimeków. Dlaczego? Zapewne jest w nich zawarta opowieść o przeszłości obu Czerwonoskórych plemion, które musiały opuścić swe wyspy (stąd wizerunki zwierząt odwrócone tyłem do ukwieconej ziemi), uciekając przed czymś, lub kimś w pośpiechu (symbole ryb świadczą o ucieczce z wysp drogą morską, zaś symbole ptaków drogą powietrzną). Symbole te opisał James Churchward.




Wszelkie dokładniejsze wiadomości na temat kultury Cziczimeków przez te 50 000 lat... prawie nie istnieją (channelingi bliżej zajmują się tymi kulturami już po rozpadzie, a szczególnie po podboju przez nich tolteckiego Teotihuacanu i narodzinach historycznych cywilizacji, wyrosłych właśnie z kultury Cziczizmeków). Szczególnie ciekawa jest implementacja tradycji religijnej (już wówczas bardzo wykoślawionej) Quetzalcoatla wśród zwycięskich Cziczimeków z północy (a szczególnie wśród jednej grupy plemiennej wchodzącej w ich skład - Mechikanów/Azteków), ale ten temat należy napisać w innej części, gdyż mówił będzie o wydarzeniach dziejących się długo po Wielkim Potopie, Wojnach Piramidowych, Aferze Babel, "Boskiej Dynastii Egiptu", oddaniu władzy nad światem w ręce pierwszych ludzi z rodu Adama z Edenu i powstaniu pierwszych historycznych cywilizacji (jak np.: sumeryjskiej, czy akadyjskiego Imperium Sargona Wielkiego, który panował w latach 2334 - 2279 r. p.n.e.).



KARASOWIE
 PÓŁNOCNA KOLONIZACJA 
AMERYKI POŁUDNIOWEJ


WŁADCZYNI IMPERIUM KARASÓW
KRÓLOWA MOO
(16 000 r. p.n.e.)



 Karasowie, twórcy cywilizacji południowoamerykańskich, przybyli na ten kontynent ok. 25 000 r. p.n.e., czyli już po zagładzie Imperium MU. Przed tą datą nie ma praktycznie żadnych śladów ludzkiej bytności w Ameryce Południowej (może poza wielką migracją ludności z Imperium Ujghur ok. 27 000 r. p.n.e., zmierzających w kierunku Atlantydy, która nie ominęła też i tego kontynentu). Przez pierwsze 5000 lat Karasowie nie wytworzyli żadnych wielkich cywilizacji. Przez ten czas zdołali jednak podzielić się na wiele mniejszych plemion i zasiedlić północną część południowoamerykańskiego kontynentu. Budowano oczywiście miasta, ale nie były one ani imponujące, ani też nazbyt ludne, gdyż nie zachowały się nawet ich nazwy. Pierwsze millenia po katastrofie MU żyła ludność Karasów pamięcią tamtego strasznego wydarzenia i budowaniu wspólnoty. Ludzie opowiadali sobie relacje z tragedii Wyspy/Matki, które z czasem zaczęły stanowić element mitologii plemion południowoamerykańskich. Te relacje (przekazywane z pokolenia na pokolenie) zostały w XVI wieku spisane w księdze "POPOL VUH" (czyli "Księdze Wspólnoty"). Jest tam relacja zagłady kontynentu Lamar i upadku Cesarstwa MU, oto ona:

"Wola Huracana, który jest panem nieba, wzburzyła fale i przyszedł potop na głowy stworzenia. Zostali oni pochłonięci, oblicze ziemi ściemniło się, a ciężki ciemny deszcz zaczął padać. Usłyszeli nad głową wielki szum jak przy pożarze (o "wielkim szumie", który mieli słyszeć mieszkańcy Imperium MU tuż przed katastrofą, pisałem już wcześniej. Temat "wielkiego szumu" pojawia się we wszystkich kulturach indiańskich wyrosłych z kontynentu Lamar. Natomiast ów "szum" spowodowany był zrzuceniem na Wyspę asteroidy, oraz części zniszczonego księżyca z naszego Układu Słonecznego), a potem widziano ludzi biegnących, popychających jedni drugich, ogarniętych przerażeniem. Drapali się na dachy domów, ale gmachy waliły się w gruzy. Umykali do schronów kutych w skale i ziemi, ale jaskinie te zamykały się nad nimi i grzebały ich w sobie. Wspinali się na drzewa, ale drzewa strząsały ich z siebie. Woda i ogień złączył się w ogólnym zniszczeniu". Oto relacja katastrofy Wyspy/Matki spisana w latach 50-tych XVI wieku, już po upadku Imperium Inków.




Prawdziwa historia plemienia Karasów, zaczyna się dopiero ok. 20 000 r. p.n.e. Wówczas to powstaje na terenach Doliny Amazonki potężne imperium, zwane Karyjskim. Należy też dodać, że wówczas ani dolina Amazonki, ani sama rzeka jeszcze nie istniały. Istniało natomiast ogromne morze w centralnej części Ameryki Południowej, dookoła otoczone lądem stałym (góry Andy musiały jednak już wówczas istnieć, chociaż przekaz channelingowy mówi, iż kontynent miał w większości strukturę nizinną). W czasach istnienia Imperium Karyjskiego (ok. 20 000 r. p.n.e. - ok. 12 500 r. p.n.e.) pobudowano dwa wielkie kanały, umożliwiające morską żeglugę przez cały południowoamerykański kontynent (z Azji i Oceanu Spokojnego do Atlantydy). Tam, gdzie dziś istnieje Dolina Amazonki, w ukwieconych terenach południa, tuż nad brzegami owego "amazońskiego morza", powstało potężne miasto-państwo, stolica całego Imperium, dorównujące swym pięknem i wspaniałością zarówno zniszczonej Savanasie jak i Atlantydzie. Miasto nosiło nazwę - MANOA. 


USTRÓJ i HISTORIA 
POLITYCZNA IMPERIUM
20 000 r. p.n.e. - 16 000 r. p.n.e.


MANOA
STOLICA IMPERIUM KARASÓW



 Ustrojem politycznym Imperium Karyjskiego była oczywiście monarchia. Władcy nosili dziedziczny
tytuł: "AYAR" (co znaczyło "Ten, który nas prowadzi"). Założycielem państwa i budowniczym monumentalnej stolicy imperium - Manoi, był niejaki - MANCO-TOPA, który piastował wcześniej jedną z funkcji kapłańskich (niższego rzędu), natomiast wywodził się z rodziny, której tradycje kapłańskie sięgały jeszcze czasów Imperium MU (jego przodkowie ponoć mieli należeć do elitarnego Kolegium Naacalskiego w Savanasie, grupującego najwyższych kapłanów i kapłanki z Wyspy/Matki). On to ok. 20 000 r. p.n.e. zjednoczył szczepy Karasów znad "morza amazonki" i założył pierwsze potężne imperium na tych terenach. On też rozpoczął budowę Manoi. Pierwszy "Ayar" był wielkim budowniczym i prawodawcą (przywrócił np. równość kobiet i mężczyzn w kwestiach politycznych i religijnych), jego syn i następca Chaki (czy też Ayar-Chaki), rozbudował i upiększył stolicę, natomiast jego syn - Aucca, ok. 17 000 r. p.n.e. podbił i podporządkował swej władzy całą północno-wschodnią część Ameryki Południowej, oraz część terenów za wielkim "morzem amazonki". Miał też dwóch synów - starszego Pirhua-Manca (zwanego również PIREM), oraz młodszego - Uyussa. Po śmierci ojca, wybuchła w królestwie wojna o tron pomiędzy braćmi.

Początkowo przewagę zdobył starszy z braci, który zajął stolicę, lecz nie udało mu się jej obronić i w bitwie pod miastem, poniósł całkowitą klęskę. Młodszy brat zwyciężył w tej wojnie i został nowym władcą Imperium, starszy zaś - Pir, musiał (wraz ze swymi zwolennikami i rodziną) uciekać z kraju. Zajęli okręty stojące w porcie w Manoi i załadowawszy na nie swój dobytek, pożeglowali w kierunku wielkich lasów zachodu. Po dotarciu do południowych granic "Morza Amazonki", już pieszo wędrowali kilkanaście lat, aż dotarli w rejon jeziora Titicaca i tam się osiedlili. Nadal określali się mianem Karasów i stali się elitą panującą nad lokalnymi plemionami Ajmarów. Z czasem jednak swych władców Ajmarowie zaczęli nazywać nie Karasami, a Keczuanami. Keczuanie (w sposób pokojowy) zjednoczyli wszystkie plemiona Ajmarów na wzór Imperium Karyjskiego z północy, tworząc tam pierwsze potężne Imperium, zwane - Tiwanaco. Z rodu Pira, z dynastii panującej w Tiwanaco wokół jeziora Titicaca (po wielu tysiącach lat), narodzi się założyciel historycznego Imperium Inków - MANCO CAPAC (ale o tym w innym temacie).

A tymczasem Imperium Karyjskie weszło w swój złoty wiek rozwoju. Po śmierci Ayar-Uyussa na tron wstąpiła jego jedyna córka - królowa Moo (ok. 16 000 r. p.n.e.). Jej panowanie to najwspanialszy okres w dziejach Imperium, które rozpoczęło akcję kolonizacyjną wschodnich wybrzeży Ameryki Południowej i Środkowej (dzisiejszy obszar Morza Karaibskiego), m.in.: podbijając i niszcząc królestwo Mayax (zasiedlone przez Czerwonoskórych kolonistów zbiegłych z Atlantydy po zdobyciu władzy przez "Synów Beliala"). Więcej informacji na temat Imperium Karyjskiego, samych Karasów i rządów królowej Moo - niestety brak, jednak po jej panowaniu Imperium już nie będzie się rozszerzać, a katastrofa, która spotka Atlantydę ok. 12 500 r. p.n.e., pogrąży też i tę indiańską cywilizację.



AJMAROWIE
ZACHODNIA KOLONIZACJA
AMERYKI POŁUDNIOWEJ




 Ajmarowie (przed przybyciem Karasów), nie stworzyli jednego, zjednoczonego państwa. Dzielili się na kilka, czy nawet kilkanaście mniejszych plemion, które jednak ze sobą nie wojowały i utrzymywały dość ożywione kontakty polityczno-handlowe, nie zamierzali jednak jednoczyć się w większą całość. Społeczeństwo Czerwonoskórych Ajmarów pochodziło oczywiście z zatopionej Wyspy/Matki MU i w sposób o wiele większy przejęło dawne tradycje i umiejętności. Karasowie pod wodzą Pira, którzy przybyli tu z północy (ok. 16 000 r. p.n.e.), byli zaskoczeni zarówno poziomem życia, jak i nowinkami technologicznymi Ajmarów, znacznie wyprzedzającymi to, co oni sami posiadali w swym królestwie. Ajmarowie budowali miasta, które oświetlali energią elektryczną (Karasowie najprawdopodobniej zatracili pamięć o tych wynalazkach z Wyspy/Matki, gdyż według przekazów, byli tym mocno zdziwieni). Ajmarowie posiadali też dużą wiedzę duchową i żyli w zgodzie z naturą. Słabością Ajmarów była ich niechęć do zjednoczenia się w jeden wspólny naród, który mógłby na przykład poważnie zagrozić potędze Imperium Karyjskiego.  


USTRÓJ POLITYCZNY 
i POWSTANIE IMPERIUM TIWANACO


TIWANACO/TIAHUANACO



 Pierwsze Imperium powstało na ziemiach zasiedlonych przez Ajmarów, dopiero ok. 16 000 r. p.n.e., czyli dopiero z chwilą przybycia Karasów z północy. Było to tzw.: Imperium Tiwanaco, choć do historii przeszło pod inną nazwą, zaczerpniętą z języka przybyszy (języki z MU czy Atlantydy były jednakie, lecz pod wpływem późniejszych kolonizacji i łączeń, wiele określeń zaczęło brzmieć inaczej wśród ludów Atlantydy i kontynentu Lamar, choć język nadal był ten sam. Podobnie było po zagładzie MU i ucieczce poszczególnych grup mieszkańców Wyspy. Mimo że pochodzili z tego samego członu etniczno-językowego, ich język zaczął różnić od siebie poszczególne plemiona, choć w stopniu niewielkim - prawdopodobnie takim, jaki różnił np. plemiona zachodniosłowiańskie od wschodniosłowiańskich). Tak więc oficjalnym językiem Ajmarów stał się język Karasów, który zwano Keczua (stąd też późniejsza nazwa całej elity rządzącej, panującej nad Ajmarami). W języku Keczua zaś stolica Tiwanaco zwała się Tiahuanaco i pod tą też nazwą figuruje po dziś dzień na kartach historii.

Przed przybyciem Karasów, Ajmarowie rządzili się poprzez wybieralne organa rządców. Rządcy (jest to moje określenie, gdyż nie ma oryginalnej nawy na nazwanie ich przywódców), byli wybierani na okres kilku lat (z możliwością odwołania, jeśli rządzili niegodnie, bądź ich działania godziły w interesy ludu danego miasta-państwa). Z chwilą przybycia Karasów, księcia Pira wybrano kolejnym rządcą, lecz on zdołał ich przekonać do wprowadzenia monarchii dziedzicznej na kształt Imperium Karyjskiego. Tak też uczyniono i najpierw Pir, a potem jego potomkowie władali potężnym miastem-państwem (które to uczyniono stolicą całego Imperium Ajmarów) - Tiahuanaco. Przeniesiono też wiele innych wzorców z północy (głównie tyczących się ustroju społeczno-politycznego, organizacji administracyjnej i obrony militarnej kraju). Implementowano zaś inne wzorce lokalne (które pod pewnymi względami stały na o wiele wyższym poziomie niż w państwie Karasów). Tak oto powstało społeczeństwo Ajmarów (z których później narodzi się lud Inków), rządzone przez elitę polityczną Karasów (która potem stanie się również elitą Imperium inkaskiego, a ich władcy przyjmą tytuł: "Sapa Inka" (co oznacza: "Jedyny Pan Dwóch Ludów").


PS: W kolejnej części zaprezentuję drugą ostatnią wojnę Atlantów z Imperium Ujghur, upadek tego Imperium i wielką wędrówkę Ludów (które później  zamienią się w szczepy słowiańskie, celtyckie, nordyckie, a także romańskie) z ich "KOLEBKI". Postaram się także zabrać nas w podróż do zamieszkałego przez Czarnoskórą ludność Iranu i zniewolenie przez nich Białej ludności Ujghurów, szukających własnego miejsca po upadku Kolebki.


CDN.

15 lipca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LVII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI 
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. II





QUETZALCOATL
("PIERZASTY WĄŻ")
i POWSTANIE WIELKICH CYWILIZACJI
AMERYKI PÓŁNOCNEJ




 Pamięć o "bogu" QUETZALCOATLU, przetrwała nie tylko w tradycji Azteków, lecz także innych ludów indiańskich, począwszy od rejonów Wielkich Prerii i doliny rzeki Missisipi, aż po Amerykę Południową - Andy i rejony dzisiejszego Chile. Najbardziej jednak został zapamiętany na terenach powstawania wielkich (indiańskich) cywilizacji, czyli rejon północnego i środkowego Meksyku i Jukatanu. Toltekowie (a po nich Aztekowie) zwali go "Pierzastym Wężem". Było to zapewne spowodowane faktem, iż Ningiszzida/Quetzalcoatl nosił na głowie hełm w kształcie uskrzydlonego węża (był to symbol rodu Enkiego, jako że on sam był "po kądzieli" pochodzenia reptiliańskiego (na marginesie dodam, że ten sam symbol przyjęto w Egipcie od czasu gdy władzę tam objął Enki - były to dwa uskrzydlone węże, wyobrażone na tle słońca). Hełm ten (w trochę innym kształcie) zrobił niesamowitą karierę, wśród indiańskich ludów Północnej Ameryki. 

Tak więc ok. 16 000 r. p.n.e. przybył z terenów późniejszej Mezopotamii (dzisiejsze tereny Iraku), a konkretnie z baz EDENU do Ameryki syn Enkiego - Ningiszzida (zwany następnie Quetzalcoatlem), w... nie wiadomo niestety jakim celu? Nie jest to wyjaśnione w żadnych źródłach, należy więc po prostu przypuścić że musiał mieć w tym jakiś swój powód. Na terenach dzisiejszego dorzecza Missisipi, wzniósł (oczywiście przy pomocy Tolteków) potężne miasto-państwo MITLĘ. Na terenach zaś północno-zachodniego Meksyku inne wielkie miasto - TULĘ. Potem, wraz z posuwaniem się na południe, założył CHOLULĘ (miasto w środkowym Meksyku, to tam właśnie Hiszpanie w październiku 1519 r. zniszczyli posągi tego bóstwa i dokonali rzezi mieszkańców miasta, obawiając się że ci będą chcieli ich znienacka napaść), gdzie wzniósł Wielką Piramidę (większą od Piramidy Cheopsa w Egipcie). Największe z miast-państw tego okresu powstało jednak niedaleko jeziora Texcoco. Było to potężne TEOTIHUACAN, które po dziś dzień budzi podziw historyków i archeologów badających tamte tereny. Miasto było ogromne, wzniesiono je na odległości prawie 10 km (samo centrum kultowe zajmowało obszar 2 km.). Miasto zostało zbudowane z samych cegieł i kamiennych płyt, na ścianach świątyń znaleźć można po dziś dzień wyobrażenia zwierząt, które nie istniały na kontynencie amerykańskim, jak słoń czy lew. Miasto do dziś budzi zachwyt swym równomiernym ześrodkowaniem, tworzącym linie proste w formie przestronnych ulic. Przy tych ulicach (począwszy od centrum kultowego) ześrodkowane są pałace i domy dawnych tolteckich mieszkańców tych ziem.


REFORMY QUETZALCOATLA




 Z chwilą zagłady Imperium MU, ludność, której udało się uciec z owej katastrofy i przedostać na kontynent amerykański, była pod wpływem ogromnego szoku i żalu, związanego ze zniszczeniem kontynentu Lamar. Dotychczasowa religijność MU (która uosabiała się chociażby w religijności I Imperium Atlantydy), utraciła swe znaczenie. Ci, którzy przetrwali i zaczynali nowe życie w "Ameryce", zapominali i odwracali się od dawnej religijności i duchowości. Ludzie cofnęli się w rozwoju (tak technologicznym jak i duchowym), zaczęto tworzyć niewielkie grupy plemienne i budować prowizoryczne szałasy w których pomieszkiwano. Zagłada i nowe ciężkie warunki w jakich przyszło im żyć, spowodowały że ludzie coraz częściej zwracali się ku siłom natury, nadając im cechy boskie. Pierwotną więc religią Tolteków na amerykańskim kontynencie począł być politeizm sił natury, utożsamianych w formie boskiej. Tak było do ok. 16 000 r. p.n.e. czyli do przybycia do "Ameryki" Ningiszzida z Edenu, zwanego tutaj - Quetzalcoatlem. Wraz z jego przybyciem, znacznie odmieniło się życie tolteckich plemion w każdej praktycznie sferze życia. Quetzalcoatl zaszczepił bowiem w tych ludziach nadzieję, której tak bardzo im brakowało po katastrofie MU. Nie uważał się za boga, ani też nie był tak traktowany przez Tolteków (dopiero późniejsze plemiona indiańskie, w tym Aztekowie - nadali jego osobie atrybuty boskości). 

Toltekowie uważali go raczej za prawodawcę i nauczyciela (ewentualnie potężnego maga), ale nie boga. Zresztą Quetzalcoatl nie uznawał wiary w bogów. Głosił on wiarę w "Wielkiego Nieznanego", którego wola była prawem i natchnieniem (wszech)świata, a która następnie podzielona na miliardy miliardów praw poszczególnych jednostek obdarzonych materialnym życiem, stała się natchnieniem indywidualnych istot. Twierdził że "Wielkiego Nieznanego" można "poczuć" w przyrodzie - w powiewie wiatru, promieniu słońca ogrzewającego polanę, w uśmiechu dziecka itd. Twierdził jednak że te wszystkie chwile są ulotne i nietrwałe. Aby naprawdę odnaleźć w sobie "Natchnienie Wielkiego Nieznanego", należało zagłębić się w Miłości, gdyż to właśnie Miłość jest jedynym i najtrwalszym sposobem na odnalezienie w sobie natchnienia Boga. Quetzalcoatl głosił więc religię miłości życia i miłości bliźniego swego, zakazywał zabijania. Stwierdził też że może Toltekom nadać prawa, ale zaznaczył że są one tylko dla tych, którzy będą ich potrzebować i nie powinny stanowić wykładni dla wszystkich, ani też przymusu. Twierdził że każdy człowiek (i każda istota) jest częścią Miłości, a Miłość nie potrzebuje praw.

Gdy pytano się go, jakie ofiary należałoby składać "Wielkiemu Nieznanemu" by zaskarbić sobie jego przychylność, Quetzalcoatl odpowiadał: "Jedyną ofiarę, jaką możecie złożyć, są wasze czyste serca, niczego więcej Bóg od was nie wymaga". Wybrano go na pierwszego króla-kapłana i miał władać miastem Teotihuacan (oraz Mitlą, Tulą i Cholulą) przez 52 lata. Przez ten czas miał nadać tym miastom i całemu społeczeństwu Tolteków (a za ich przykładem innym indiańskim grupom, wyrosłym z lamarskiego członu ocalonych z katastrofy MU) nowe prawa, nauczyć ich architektury i inżynierii, malarstwa, rzeźby i technik dekoracyjnych. Lecz przede wszystkim rozbudzić ich dawną (wyniesioną z kontynentu Lamar, a zapomnianą już po wiekach pobytu Tolteków w "Ameryce") duchowość. Był dla Tolteków nie tylko władcą, lecz prawdziwym ojcem duchowym i założycielem ich państwowości. Przestrzegał ich przed "Dymiącym Zwierciadłem", czyli tym wszystkim, co doprowadziło do zguby I Imperium Atlantydy i co dominowało wówczas w końcówce II Imperium. Upadek duchowości, zanik wrażliwości na piękno, promocja perwersji (m.in.: hałaśliwej muzyki, spazmatycznych tańców seksualnych, ostrych podniet, irytujących rytmów, uwielbienia ciała, promocja wszelakich używek). W końcu poniósł klęskę.



 
Jak już wspomniałem, jego rządy nad społeczeństwem Tolteków trwały jedynie 52 lata. Pod koniec swych rządów dawna duchowość - o której mówił i nauczał - coraz bardziej ustępowała miejsca topornej religijności, która uosabiała się w kulcie ludzkiego ciała i chęci przewodzenia (w każdym człowieku kiełkuje potrzeba bycia lepszym niż inni, niż cała reszta - takie silne ego z którym należy walczyć - każdy człowiek w czasie całego swojego życia prowadzi właśnie taką walkę z samym sobą) były na tyle silne, że poczęto interpretować przykazania Quetzalcoatla na własną korzyść (to, co jest dobre dla mnie - jest sprawiedliwe i zgodne z wolą "Wielkiego Nieznanego", a to oznacza że moi przeciwnicy są złymi ludźmi, których należy osądzić i ukarać, gdyż nie ma w nich Boga). Dochodziło też do... pierwszych ofiar z ludzi (by jeszcze bardziej przypodobać się Bogu). To wszystko razem wzięte (a szczególnie owe ofiary z ludzi) miały doprowadzić Quetzalcoatla do wielkiej złości. Postanowił on opuścić swój lud, zostawiając mu na odchodnym przykazanie: "Zdradziliście moją naukę, zeszliście z drogi człowieka na bezdroża zwierząt (...) toteż nadejdzie dzień, w którym zamienicie się ostatecznie w małpy, a wasz małpi świat zginie w ogólnym pożarze. Ale ja powrócę jeszcze tutaj, aby ratować tych, co pozostali ludźmi".

Oczywiście słów tych nie należy brać dosłownie. Nie chodziło tutaj o zamianę człowieka w zwierzę w sensie dosłownym, a jedynie o zanik człowieczeństwa i wzięcie góry przez tę drugą, zwierzęcą naturę, która tkwi w każdym człowieku w postaci jego ego. Po tych słowach Quetzalcoatl miał udać się na brzeg oceanu, by z tego miejsca (zapewne za pomocą swego gwiazdolotu, którego zastosowania prymitywni Toltekowie nie znali, gdyż zapomnieli o swej dawnej cywilizacji), odlecieć ku Wschodowi (Eden?). Jednak negatywne zjawiska w religii Tolteków, które wprawiły Quetzalcoatla w stan gniewu i doprowadziły do opuszczenia przez niego "Ameryki", nie były wówczas czymś dominującym. Po prostu były marginesem ówczesnej tolteckiej duchowości, nieakceptowanym przez większość, która wciąż zwrócona była w stronę nauk swego mistrza. Tak więc jeszcze długo (nawet przez kilka pokoleń) Toltekowie żyli w społeczeństwie stworzonym na modłę Quetzalcoatla. Religia nie była też tak wykoślawiona, jak w czasach późniejszych - nie składano (powszechnie) ofiar z ludzi, nikomu nie wyrywano serc, ani też nie pito krwi zmarłych. 

Elementami tolteckiej religijności - wyrosłej z nauk Quetzalcoatla - były chociażby: chrzest dzieci - poprzez zanurzenie ich w wodzie (te same zwyczaje występowały wśród kapłanów MU oraz w religii I Imperium Atlantydy - o czym już wcześniej pisałem). Toltekowie znali spowiedź (jako samooczyszczenie się z własnych grzechów), po którym następowało pokropienie wodą ust i piersi (na znak drogi prawdy, którą odtąd miał postępować tak wewnętrznie oczyszczony człowiek). Kapłani byli ludźmi ubogimi (codzienną strawę zapewniało im państwo), a ich zadaniem była pomoc tym, którzy zbłądzili, bądź też nie potrafili uporać się z własnymi wyborami i uczynkami. Człowiek oczyszczał się sam, w zupełnej samotności (były do tego przygotowane w świątyniach specjalne sale). Kapłanami też byli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Kapłani nie byli niczym obarczeni, nie musieli pracować na chleb, ani też zarabiać na swoje utrzymanie - mieli się tylko poświęcić sprawom duchowym i pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebowali. Kapłani nie cierpieli więc głodu (w tolteckim społeczeństwie Quetzalcoatla i jego następców nie było ani głodnych, ani bezdomnych), nie mogli jednak stać się też ludźmi majętnymi, gdyż nie posiadali żadnej własności. Niekiedy rodziło to zazdrość, ego zaczęło dawać o sobie znać, rodziła się pycha, zazdrość i zachłanność - które to są nieodłącznym elementem ludzkiej natury, tylko od nas samych zależy czy pozwolimy im dojść do głosu.

Efekty tego znamy wszyscy - indiańskie społeczeństwa, podbite w XVI wieku przez europejskich konkwistadorów, w niczym już nie przypominały dawnych Tolteków, a ich religijność daleka była od nauk Quetzalcoatla i pierwszych królów-kapłanów. Sami Hiszpanie wręcz zwali ich w swych pismach "Diabłami", ze względu na ilość przelanej ludzkiej krwi i brutalne praktyki uśmiercania jeńców na ołtarzach ofiarnych. 

 
TEOTIHUACAN
(MITLA - TULA i CHOLULA)
RZĄD i USTRÓJ




 Quetzalcoatl został wybrany pierwszym władcą Teotihuacanu (i pozostałych trzech miast), z tytułem króla-kapłana. Władał tymi miastami przez 52 lata, po czym (zdegustowany szerzącymi się w społeczeństwie Tolteków negatywnymi zjawiskami) udał się nad "Wielką Wodę" (czyli Ocean Atlantycki) i (jak twierdzą przekazy - w tym Kodeks Chimalpopoca), miał wznieść się tam miał w powietrze i odszedł na Wschód. Jednocześnie pozostawił Toltekom (i ich następcom na tych ziemiach) przykazanie, że kiedyś powróci by ocalić wszystkich sprawiedliwych. W czasach historycznych Aztekowie doskonale znali tę (przekazywaną z pokolenia na pokolenie) legendę o dobrym bogu Quetzalcoatlu, który (co prawie nie występuje wśród Indian) nosił brodę, do tego w kolorze białym, miał białą cerę, jasne włosy i niebieskie oczy (Odznaczał się też o wiele większym wzrostem niż przeciętny Toltek). Dlatego też, gdy Hernan Cortez, skłócony z hiszpańskim gubernatorem Kuby - Diego Valezquezem (który chciał odebrać mu dowództwo wyprawy do "Nowego Świata" i w głąb nieznanego lądu), w lutym 1519 r. uciekł z Kuby wraz z okrętami przeznaczonymi na wyprawę i dotarł do państwa Azteków - ci wzięli go właśnie za boga Quetzalcoatla.

To właśnie pamięć o tej legendzie i przepowiedni danej przez boga spowodowała, że garstka hiszpańskich awanturników (było ich ok. 630) podbijała państwa i imperia złożone z milionów mieszkańców i mające liczne i potężne siły zbrojne. Oczywiście nie tylko przepowiednia doprowadziła do katastrofy tych wielkich indiańskich cywilizacji, także i inne czynniki, jak choćby nieznajomość koni. Indianie nie znali koni (te wyginęły na kontynencie amerykańskim ok. 10 000 lat temu), a widząc je, wpadali w panikę i rzucali się do ucieczki, krzycząc: "Potwór, uciekać!". Nie znano oczywiście także ani koła, ani też prochu strzelniczego czy broni palnej (np. arkebuzów, używanych wówczas przez Hiszpanów). Doradcy azteckiego króla Montezumy II składali mu niepokojące informacje o przybyszach, typu: "Ujarzmiają i dosiadają okrakiem dzikie bestie", "Plują ogniem", "Prowadzi ich wódz z białą brodą" (Cortez był już wówczas sędziwym mężczyzną), inni zaś pytali: "A jeśli to Quetzalcoatl - będziemy zgubieni" oraz "Nie możemy przecież walczyć z Bogiem". Montezuma - słysząc to wszystko - zapewne nie na żarty się przeraził i nie zamierzał atakować przybyszy (bał się gniewu boga, w przypadku gdyby Cortez okazał się Quetzalcoatlem).


DROGA CORTEZA DO TENOCHTITLAN
(Cholula jest jednym z miast na trasie tego przemarszu)



Złożył im więc bogate dary (głównie szczere złoto, którego było w nadmiarze w państwie Azteków) i poprosił o ominięcie Tenochtitlanu (ówczesnego mega-miasta, ogromnej stolicy Azteków, położonej na wyspie na jeziorze Texcoco - dziś obszar dawnego Tenochtitlanu, stanowi centrum stolicy Meksyku - miasta Meksyk, natomiast dawne jezioro - dziś nie istniejące - stanowi przedmieścia. Tenochtitlan w tamtych czasach był największym miastem... świata, większym nawet od Pekinu, nie mówiąc już o brudnych, ciasnych i małych miastach europejskich). Cortez oczywiście - gdy tylko zobaczył złoto - wcale nie zamierzał zmieniać trasy, kalkulował bowiem w ten sposób: "Skoro ofiarowują nam takie bogactwa, to ile muszą tego mieć u siebie". Aztekowie chcieli prośbą i podarunkami poprosić "boskich najeźdźców" by ci ominęli ich ziemie, lecz właśnie owe "podarunki" stały się powodem ich zguby. Hiszpanie bowiem byli zachłanni i pragnęli przede wszystkim złota (które dla Azteków nie miało wartości handlowej, lecz kultową), mówiono o mitycznych złotych miastach w głębi kontynentu i chciano za wszelką cenę je posiąść. Montezuma nie miał wyjścia, musiał się zgodzić na wizytę przybyszy w stolicy, lecz nim to nastąpiło postanowił ugościć ich właśnie w Choluli, mieście leżącym na południowy wschód od Tenochtitlanu. 




Tam niewolnica i kochanka Corteza - Malinche (jej ojcem był wysoko postawiony Aztek, matką zaś kobieta z podbitego przez ten lud plemienia. Ojciec opuścił matkę, gdy ta tylko zaszła w ciążę, a nie mając środków do utrzymania czy choćby wykarmienia dziecka, by ratować jej życie - sprzedała ją do niewoli, do jednego z istniejących jeszcze miast-państw Majów. Stamtąd w kwietniu 1519 r. została - wraz z 19 innymi niewolnicami - sprezentowana Cortezowi przez lokalnego władcę. Ten uczynił z niej swą osobistą tłumaczkę i kochankę. Ochrzcił, wyzwolił i nadał nowe imię - Marina. Stała się odtąd Donną Mariną i nie była już niewolnicą, lecz legalną towarzyszką życia Corteza), podsłuchała ona rozmowę kobiet z Choluli, które mówiły o ściąganych do miasta siłach i planowanej zasadzce na białych przybyszy. Cortez dokonał więc wyprzedzającej masakry Choluli (choć informacja o zasadzce i zamordowaniu Hiszpanów prawdopodobnie była plotką). Zginęli wszyscy mieszkańcy miasta, uciekających ściągano z dachów domów lub mordowano w ich własnych domach. Po tej masakrze, Quatimozin (bratanek Montezumy) opowiedział się za walką z najeźdźcami - Montezuma zabronił (nadal nie chciał... rozgniewać boga). Efekt był taki, że Hiszpanie wkroczyli do Tenochtitlanu i uczynili z Montezumy marionetkę, zamykając go w komnatach Corteza. Potem co prawda zostali wypędzeni ze stolicy (gdy pijani konkwistadorzy, pod nieobecność Corteza, zmasakrowali procesję Azteków ku czci krwawego boga Huitzilopochtli - "Kolibra Południa"), dokonując masakry kapłanów. Lud stolicy powstał wówczas przeciw najeźdźcom, a wojsko azteckie pod wodzą Quatimozina, nawet pokonało Hiszpanów w bitwie na grobli Tenochtitlanu (stracono wówczas wszystkie armaty, wrzucane przez Indian do jeziora). Mimo to, Cortez, dzięki pomocy wrogich Aztekom plemion (gównie Tlatelolkom i Tlaxkalanom), powrócił do Tenochtitlanu, zdobył go i spalił (1521 r.), a ludność (która nie zginęła w czasie walk) wziął do niewoli. Taki był koniec legendy o dobrym bogu Quatzelcoatlu, który miał powrócić ze Wschodu (Cortez przybywał ze Wschodu) i ocalić wszystkich sprawiedliwych z ogólnego pożaru jaki strawił Tenochtitlan.




Tymczasem wracając do ustroju czterech miast (i wielu późniejszych, zakładanych na tych terenach) po odejściu Quetzalcoatla, należy stwierdzić iż była to monarchia elekcyjna. Król był jednak wybierany głosami najszlachetniejszych mężów (kobiety nie zostały dopuszczone do tego zaszczytu) spośród członków jednego rodu, czy też jednej dynastii. Społeczeństwo było skonstruowane w sposób klasowy i kastowy. Protektor - który był na szczycie rodu, zapewniał byt wielu swym lennikom. W Teotihuacanie było trzydzieści wielkich rodów szlacheckich a każdy z nich "opiekował" się ok. 100 000 pomniejszych wasali (już samo to świadczy o wielkości i gęstości zaludnienia tego miasta). Dzielnice były podzielone według sfer wpływów rodów. Najważniejsze urzędy (takie jak kapłani, sędziowie, gubernatorzy i administratorzy prowincji) mogli pełnić jedynie ludzie wywodzący się z arystokracji. Mimo to, nie było w tym społeczeństwie nędzy. Każdy bowiem mieszkaniec miasta miał zagwarantowaną opiekę swego protektora (musiał mu za to odpłacać wiernością i stawiać się zbrojnie zawsze, gdy ten tego zażądał). Szlachta wybierała sobie króla i to on był ich protektorem (nie można go było już odwołać). Monarsze podporządkowane były wszystkie urzędy państwowe, z wyjątkiem urzędu sędziego.

Sędziowie byli bowiem zupełnie niezależni i wybierani byli głosami przedstawicieli trzydziestu rodów. Nie istniała możliwość społecznego awansu, jak ktoś się urodził w rodzinie szlacheckiej, to pozostawał w kręgu władzy do końca życia, a jeśli ktoś przyszedł na świat w rodzinie zwykłych obywateli, nie miał najmniejszego wpływu na politykę swego państwa, poza wspieraniem swych protektorów. Co osiemdziesiąt dni zbierała się w Teotihuacanie Rada Królewska (złożona z przedstawicieli wszystkich trzydziestu rodów + król), która radziła nad najważniejszymi sprawami kraju (w tym gremium uczestniczył również Najwyższy Sędzia Królestwa).


ROLA KOBIET i MAŁŻEŃSTWO




Dopóki rządził Quetzalcoatl, kobiety miały równe z mężczyznami prawa, tak w dziedzinie ekonomicznej jak i religijnej (mogły na przykład zostać kapłankami). Wraz z jego odejściem bardzo szybko to się zmieniło. Choć bardzo rzadko w społeczeństwach Czerwonoskórych dochodzi do takich sytuacji, to jednak kobiety zostały pozbawione jakiegokolwiek wpływu na kształt polityki, religii czy sądownictwa swego kraju. Kobiety zostały zamknięte w domach, gdzie mogły się spotykać jedynie we własnym gronie (np. haftując, przędąc, upiększając ciało lub... plotkując). O ile nie miały praw politycznych, o tyle to one władały swymi domami (szczególnie jeśli pochodziły ze szlachty). Decydowały o wystroju domu i przydzielały zadania niewolnikom. Ludzie łączyli się w pary i pobierali na całe życie (choć istniała możliwość rozwodu, praktycznie nie było to jednak możliwe, gdyż proces uzyskania rozwodu był niezwykle trudny, a jeśli nawet przeszło się całą procedurę, na końcu i tak decydował osobisty kaprys sędziego, od którego nie było odwołania).


TEOTIHUACAN
STOLICA TOLTEKÓW




Miasto było pełne ogrodów, fontann i wodotrysków. Domy przystrajano kwiatami. W mieście było kilkanaście wielkich publicznych basenów, do których wstęp był bezpłatny i kilka mniejszych ("dla wybranych" - gównie szlachty, arystokracji, kapłanów i sędziów, do których wstęp był już płatny), dodatkowo każda willa posiadała swój własny basen. Ulice były przestronne i czyste. W centrum miasta był zlokalizowany "okręg świątynny", gdzie oprócz świątyń (w tym Wielkiej Piramidy Słońca) mieścił się także pałac królewski. Główną ulicą miasta była "Aleja Umarłych", podzielona na szereg mniejszych części. Po obu stronach ulicy mieściły się dwie piramidy: Słońca i Księżyca, dalej była świątynia Quetzalcoatla i pałac królewski. Miasto było podzielone na dwie ogromne dzielnice (które dodatkowo dzieliły się na szereg mniejszych, kontrolowanych przez poszczególne rody). Teotihuacan liczył wówczas ponad 3 mln mieszkańców (potem, już w czasach historycznych ta liczba spadnie do 125 000 mieszkańców). W mieście było też mnóstwo parków, placów publicznych, teatrów i oper. Urządzano też publiczne przedstawienia muzyczne na placach i w parkach, wśród zieleni (tak uwielbianej przez Czerwonoskórych zarówno na MU, Atlantydzie, jak i potem w Teotihuacanie, Mitli, Tuli i Choluli).







PS: W kolejnej części przejdę do opisania  indiańskich cywilizacji Doliny Missisipi i Ameryki Południowej w czasach poprzedzających zagładę Atlantydy, czyli tego okresu, w którym  na ziemiach dzisiejszego Meksyku władał Quetzalcoatl.


CDN.

10 lipca 2026

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VII

W POSZUKIWANIU ELDORADO





NAJWIĘKSZY WŁADCA ŚWIATA




 Im dłużej Hiszpanie przemierzali tę dziwną krainę, tym bardziej nie mogli nadziwić się dwóm sprzecznym ze sobą wrażeniom, które wśród nich dominowały. Bowiem z jednej strony, od czasu gdy postawili swą stopę w kraju Tabasków, nieodłącznie towarzyszyło im uczucie pogardy dla tych, tak bardzo zacofanych ludów, które nie tylko nie znały koła, a co za tym idzie nie posiadały nawet wozów ciągniętych siłą ludzkich mięśni, ale nie było tam również koni, nie było bydła - czyli ludy te nie tylko nie znały smaku wołowiny, ale i mleka. Z drugiej zaś strony zadziwiała hiszpańskich przybyszy monumentalna zabudowa miast tych indiańskich plemion, która często była piękniejsza i bardziej użyteczna niż to, co znali z własnego kraju lub w ogóle z Europy. Poza tym biła ich w oczy czystość tamtejszych miast i osiedli, czego nie było ani w Sewilli, ani w Toledo, ani też w Nowej Kartagenie. Nie byli to więc tacy barbarzyńcy, jak się to mogło na pierwszy rzut oka Hiszpanom wydawać, gdyż stworzyli swój własny kodeks karny, pisali kroniki - używając do tego dość dziwnego pisma obrazkowego, potrafili wznosić mosty, akwedukty i groble, a przede wszystkim byli doskonałymi rzeźbiarzami. Cały swój geniusz jednak kierowali ku złej sprawie, jak choćby oddając cześć demonom, składając im krwawe ofiary z ludzi i jedząc ludzkie mięso. Co prawda czasami udawało się ich ucywilizować, jak np. wtedy, gdy w Wielki Czwartek roku 1519, tuż po wylądowaniu u ujścia rzeki Tabasco i przymuszeniu tamtejszych ludów do uległości (choć Tabaskowie mieli zdecydowaną przewagę liczebną nad Hiszpanami, to jednak nigdy wcześniej nie widząc na oczy koni, brali je za okrutne potwory i uciekali przed nimi, podobnie było z arkebuzami, muszkietami i armatami, które tym ludom przypominały pioruny ciskane w ich stronę, przy olbrzymim huku jaki powodowały), Cortez zorganizował dla wodzów i szlachty ludu tej krainy - pokazową mszę, podczas której rozdano im gałęzie palmowe na pamiątkę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Mszę odprawiało trzech hiszpańskich kapłanów, ubranych w szaty liturgiczne, a wszyscy ci Indianie przyglądali się temu z ogromnym zainteresowaniem i zaciekawieniem. Gdy Cortez i reszta Hiszpanów z uszanowaniem ucałowała krzyż, a następnie gdy ukazano im obraz Panny Marii z Dzieciątkiem na rękach, byli pod ogromnym wrażeniem i mieli stwierdzić, że owa dama wydaje im się bardzo piękna. Admirał polecił im, aby utrzymywali wzniesiony ołtarz w czystości i codziennie kładli na nim nowe kwiaty, ale gdy Hiszpanie popłynęli dalej, te ludy natychmiast złożyły kilka krwawych ofiar z ludzi, by tym ułagodzić swoich bogów za to, iż dali się przekonać do uznania owej "wielkiej pani" za boginię im równą. Z tego wychodzi więc morał taki, że jedynie siłą uda się przymusić te ludy do zaprzestania wielbienia istot demonicznych i przyjęcia wiary Chrystusowej w celu ocalenia ich dusz - jak twierdził Bernal Diaz de Castillo, będąc jednocześnie wyrazicielem opinii wielu innych swoich rodaków.




Montezuma obudził się ponownie zlany potem. Jak długo? - pomyślał, jak długo ma to jeszcze trwać? Czy bogowie rzeczywiście są z niego tak niezadowoleni, że skażą na zagładę cały lud Mechikanów? Jeśli przybysze rzeczywiście są bogami, jeśli brodaty wódz jest Pierzastym Wężem - Quatzelcoatlem, to dlaczego są tak okrutni. Dlaczego zniszczyli wielką świątynię w Choluli dedykowaną temu bogu i dokonali rzezi mieszkańców miasta, mordując przede wszystkim tamtejszych kapłanów? Dlaczego obalili posąg boga i zniszczyli kamienne pierzaste węże, strzegące wejścia do świątyni? Myśli te trapiły Montezumę, siedzącego teraz w Ciemnym Domu Sznura (tak zwał się "uniwersytet", znajdujący się przy świątyni Huitzilopochtli w Wielkiej Piramidzie w Tenochtitlan), gdzie skrył się nie tylko przed owymi przybyszami, ale również przed własnymi myślami i obawami. Starał się uzyskać odpowiedź bogów na dręczące go pytania, co chwila wzywał do siebie kapłanów, wieszczów i magów, kazał puszczać sobie krew z małżowin usznych i skrapiał nią posagi bogów, a nawet osobiście składał ofiary z ludzi, pragnąc uzyskać jakiś pozytywny znak od bogów, który przyniósłby jemu samemu i jego ludowi jakąś nadzieję. Wiedział dobrze, że po zniszczeniu Choluli przybysze idą teraz na Tenochtitlan i że już wkrótce tutaj dotrą. Mimo przerażenia i niepewności, Montezuma postanowił raz jeszcze wysłać poselstwo do "białych bogów", aby przekonać ich o zaprzestaniu dalszego marszu do Miasta na Wyspie, jednocześnie ofiarowując im to, czego sobie życzyli. A ponieważ z wcześniejszych kontaktów z przybyszami znad Wielkiego Morza było wiadome, że przede wszystkim pragną oni złota, które wręcz pochłaniają oczyma, postanowił tym właśnie ich obdarować. Nic bowiem tak bardzo nie cieszyło owych "bogów", jak właśnie złoto i srebro, dlatego też Montezuma po raz kolejny wysłał im taki podarek, który niosło na swych plecach w wiklinowych koszach (przewiązanych liną do czoła) kilkuset niewolników. Montezuma miał wielką nadzieję że jeśli przybysze naprawdę są bogami, to taki dar spowoduje iż nasycą swe oczy blaskiem srebrnych i złotych naczyń, pucharów, obręczy oraz liturgicznych czepców i zawrócą tam, skąd przyszli. Zapomniał tylko o jednym - o ludzkiej chciwości i zwykłej dedukcji, którą należałoby zamknąć w słowach: skoro Montezuma obdarza nas taką ilością złota, to jedynie oznacza że w swej stolicy ma on po stokroć więcej tego szlachetnego kruszcu. Czyli dla Corteza i jego podkomendnych dalszy marsz na Tenochtitlan był już przesądzony.




Cortez oczywiście przyjął złoto, ale rzekł do posłów, że będąc już tak blisko Tenochtitlanu nie może zawrócić, nie zwiedziwszy miasta władcy, który deklaruje się jako przyjaciel i jako lennik króla Hiszpanii oraz cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego - Karola V Habsburga. Odprawił więc posłów i ruszył w dalszą drogę do Miasta na Wyspie. Gdy do Montezumy dotarła odpowiedź Corteza i jego zamiar dalszego kontynuowania marszu na Tenochtitlan stał się faktem, ten, nie wiedząc co dalej czynić, zwołał wszystkich swoich kapłanów, którzy mieli połączyć się z wielkim bogiem Huitzilopochtli - Kolibrem Południa i tym samym uzyskać informację jakie dalej należy podjąć kroki. Dwa dni trwały narady w ścisłym gronie Montezumy, a decyzji wciąż nie było. Wówczas kapłan Tetzatlipoki - Dymiącego Zwierciadła, Pana Wszechrzeczy, zaproponował wielkiemu tlatoani, by ten wpuścił przybyszy do miasta, oddał im swoją fortecę, a następnie podniósł mosty zwodzone na groblach by ci nie mogli stamtąd uciec i zagłodził ich. - To są ludzie! - przekonywał - krwawią jak ludzie, to nie bogowie. Drugi zaś, kapłan Tlaloca rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu: - "Według gwiazd to Quatzelcoatl, a gwiazdy się nie mylą. Nie możemy walczyć z bogiem. Dlatego o boski tlacatecuhtli ("panie wszystkich ludzi") złóż mu dary raz jeszcze, a jeśli trzeba, wpuść go do miasta. Gdy bowiem rozgniewamy bogów, gotowi będą nas unicestwić, a kres ludzkości to kres istnienia, nie możemy do tego dopuścić!" Spór trwał całe dwa dni i ostatecznie Montezuma postanowił przystać na radę kapłana Tlaloca i raz jeszcze wyprawić poselstwo do tych przedziwnych istot przybyłych ze Wschodu, zza Wielkiego Morza. Tym razem na czele poselstwa postawił wielki tlatoani swego bratanka - władcę miasta Texcoco - Cacamatzina, a sam, wraz ze swym bratem, panującym w mieście Iztapalapan - Cuitlahuacą, postanowił dalej radzić co jeszcze można uczynić. Cuitlahuaca był zdecydowanie przeciwny wpuszczaniu obcych do Tenochtitlanu, twierdząc że na otwartej przestrzeni znacznie łatwiej będzie można z nimi walczyć, a w mieście pełnym krętych ulic, domostw i świątyń będzie to utrudnione. Skoro jednak wysłano poselstwo Cacamatzina nie było już wyjścia, należało przygotować się na nieuniknione nadejście "białych bogów".




Jakże dziwne i niepokojące było milczenie oraz niepewność Montezumy, który, choć oficjalnie deklarował chęć uczynienia wszystkiego (łącznie z militarnym powstrzymaniem najeźdźców), by przybysze jednak nie weszli do stolicy, to widać było po nim że mentalnie już się poddał. Jego własny brat - Cuitlahuaca żegnając się z nim, rzekł doń te oto słowa: "Pamiętaj, obyś nie wpuścił do swego domu kogoś, kto wygna cię i zabierze ci władzę". A mimo to tlatoani z Miasta na Wyspie nie chciał już walczyć i gotów był na każde ustępstwo, nawet każde upokorzenie, byle tylko nie musieć walczyć z tymi, których sam uznał za bóstwa (swoją drogą hiszpański historyk - Orozco y Berra, dosadnie podsumował Montezumę, mówiąc o nim krótko: "najgłupszy idiota"). A tymczasem Cacamatzin przybył na czele wyśmienitego poselstwa - niesiony w lektyce - do obozu Hiszpanów. Lektykę niosło ośmiu wielkich panów (altapetl) mających włości w jego królestwie, a była ona przyozdobiona klejnotami, drogimi kamieniami i wspaniałymi, zielonymi i błękitnymi piórami quetzala. Gdy władca wstał, owi dostojnicy dokładnie zamietli ziemię, zbierając wszelki większy pyłek spod jego stóp. Gdy zbliżył się do Corteza, rzekł: "Oto przybyłem, a wraz ze mną ci mężowie, aby dostarczyć tobie, wszystkiego czego zapragniesz i zaprosić cię do Tenochtitlanu, do naszych domostw. Tak bowiem rozkazał nasz wielki pan, największy władca świata - Montezuma, który jednocześnie prosi, abyś przebaczył mu, iż nie przybywa osobiście by cię powitać, ale tak się dzieje, ponieważ niedomaga, a nie dlatego, że nie pragnie czym prędzej zobaczyć się z tobą". Cortez był zadowolony. Obawiał się bowiem że przyjdzie mu militarnie torować sobie drogę do Tenochtitlanu, a następnie walczyć tam o każdy kamień, co byłoby prawdziwą katastrofą dla jego żołnierzy, nawet jeśli w jego armii byli również Tlaxcalanie i Totonakowie jako sojusznicy. Teraz wiedział że droga do Eldorado - Krainy Złota - stoi otworem, więc serdecznie uściskał i ucałował Cacamatzina. Teraz droga na Tenochtitlan stała otworem, a już wkrótce sam Montezuma przekona się który władca jest tak naprawdę najpotężniejszy na świecie.




Montezuma tymczasem ponownie zamknął się w Ciemnym Domu Sznura i rozmyślał nad przyszłością swoją oraz swego ludu. Czy dobrze postąpił, zapraszając obcych przybyszy do swego miasta? Ale czy było inne wyjście? Jak postąpiliby w takiej sytuacji jego przodkowie? Co uczyniłby zwycięski Itzcoatl, sławny Montezuma Ilhuicamina czy mądry Tlacaelel? Myśląc o tym, wielki tlatoani znów zagłębił się w medytacji o początkach swego ludu.





Zebrani teraz w Tenochtitlan (1428 r.) trzej zwycięzcy władcy koalicji wymierzonej w Azcapotzalco: Itzcoatl z Miasta na Wyspie, Nezahualcoyotl władca ludu Acolhuakanów z Texcoco i król Tepaneków z Tlacopan (zwanego też Tacubą), zawarli wspólny sojusz, mający stać na straży tych wszystkich zdobyczy "wojny tepaneckiej" z Azcapotzalco. Podzielono pomiędzy siebie ziemskie posiadłości Miasta-Mrowiska (jak nazywano Azcapotzalco) i tak Tenochtitlan przejął rozległe obszary na południu i północy Doliny Anahuac, Texcoco zajęło żyzne ziemie po wschodniej stronie Jeziora Texcoco, zaś Tlacopanowi przypadły tereny po zachodniej stronie. Miasta założyciele Trójprzymierza wzajemnie zadeklarowali sobie pomoc w przypadku ataku kogoś z zewnątrz, a każde z owych miast miało także zapewniony trybut, pobierany z podatków narzucanych podbitym ludom. Najsłabszym członkiem owego Trójprzymierza było Tlacopan, które po pierwsze nie uczestniczyło czynnie w wojnie z Azcapotzalco, a po drugie zasiedlone było przez ten sam, pokonany niedawno lud - Tepaneków. Realnie więc o palmę pierwszeństwa rywalizowały dwa miasta: Texcoco - posiadające bogatą tradycję konfederacji Acolhuakanów, znacznie starszą niż istnienie samego Tenochtitlanu, oraz właśnie Mechikanie, którzy to bardzo szybko objęli przewodnictwo w owym "związku", z biegiem lat zdobywając prawie całkowitą dominację. Teraz głównym celem Trójprzymierza stała się likwidacja dotychczasowego "tepanackiego porządku" w Dolinie Anahuac i ustanowienie tam nowego porządku Trójprzymierza. Aby to jednak można było osiągnąć, należało podporządkować sobie wszystkie dotychczasowe "sieroty po Azcapotzalco", szczególnie na kierunku południowym i południowo-zachodnim. Tylko wówczas można było myśleć o trwałym uzyskaniu dominacji zwycięskiej koalicji.

Lecz miasta-państwa leżące po zachodniej stronie Jeziora Texcoco, postanowiły przeciwdziałać takiej ewentualności i podjęły kroki ku zawiązaniu sojuszu wymierzonego w Trójprzymierze. Głównymi prowodyrami nowego sojuszu stali się teraz Tepanakowie z Coyohuacanu, którzy wysłali nawet poselstwo do Azcapotzalco, namawiając ich do zrzucenia zależności i podjęcia nowej walki z Mechikanami i Acolhuakanami. Deklarowali zawiązanie wielkiego sojuszu miast: Xochimilco, Chalco, Cuitlahuac (czyli miast zasiedlonych przez Tepanaków), a nawet liczyli na przeciągnięcie na swoją stronę Texcoco, poprzez obalenie w nim władzy Nezahualcoyotla i oddanie rządów w ręce jego braci lub kuzynów. W wielu z tych tepanackich miast, rządziło potomstwo wielkiego Tezozomoca z Azcapotzalco, króla budzącego grozę wśród wrogów i szacunek wśród przyjaciół, za którego to rządów Tepanakowie całkowicie zdominowali Dolinę Anahuac, a Azcapotzalco, owe Miasto-Mrowisko, stało się pierwszą potęgą militarną i ekonomiczną w całym rejonie (środkowego Meksyku). Niestety, na wezwania Coyohuacanu nikt nie odpowiedział, nawet Azcapotzalco, którego możni odmówili udziału w nowej wojnie, pytając wysłanników Coyohuacanu: "Dlaczego nie udzieliliście nam pomocy wcześniej? Czy myślicie, że znów pragniemy ujrzeć nasze ulice zasłane głowami i wnętrznościami poległych?" Inne z miast odpowiadały podobnie, lub deklarowały że na razie "przeczekają" i zobaczą komu bardziej sprzyjają bogowie. Bardzo podobnie zachował się również Nezahualcoyotl z Texcoco (będący już członkiem Trójprzymierza), deklarując że nie przystąpi do wojny przeciwko ludziom, którzy nie wyrządzili mu żadnej krzywdy, ale jeśli Mechikanie z Tenochtitlanu zostaną pokonani przez inny lud, on nie będzie nad tym rozpaczał.




Wreszcie, po intensywnych zabiegach prowadzonych ze strony Coyohuacanu, udało się zebrać miasta posiadające i uprawiające żyzne działki rolnicze - zwane chinampas (ogrody powstałe na ziemi ułożonej pomiędzy kanałami tuż przy brzegu jeziora - były to tak zwane "pływające ogrody") w Chalco, aby wspólnie naradzić się nad ewentualnym wystąpieniem przeciw Trójprzymierzu, a przede wszystkim przeciwko Mechikanom (członkowie tego zgromadzenia płynęli łodziami nocą, starając się nie robić zamieszania, tak, aby w Tenochtitlan nie dowiedziano się o ich spotkaniu). Za wojną głośno radzili Coyohuacanie oraz przedstawiciele nieodległego Culhuacanu, ale zdecydowanie przeciwny wojnie był władca Chalco - Coateotl. Mówił on, że wojna z Mechikanami nikomu z tu obecnych nic nie przyniesie, nawet jeśli okazałaby się zwycięska. Kto bowiem będzie ściągał daniny z pokonanego Tenochtitlanu? Komu przypadnie największy udział w zwycięstwie? Zapewne każdy uzna się za tego, któremu najwięcej należy się łupów, a owe niesnaski zrodzą kolejne wojny pomiędzy miastami uprawiającymi chinampas i całe to rolnictwo ulegnie zagładzie. Pytał więc - "Po co nam to? Możemy przecież żyć w zgodzie z Mechikanami, tym bardziej że nasze córki już są żonami wielu z nich". Rzeczywiście, nawet sam Tlacaelel - brat Montezumy Ilhuicaminy, również wziął sobie żonę z Chalco. Tak więc stanęło na tym, że miasta Południa nie zdecydowały się na wojnę z Tenochtitlanem i udało się ostatecznie odwieść od tego również i Culhuacanów. Pozostali jednie Coyohuacanie, którzy byli zdeterminowani i żądni krwi. Tę nową wojnę musieli teraz jednak toczyć w osamotnieniu.




Aby ją sprowokować, postanowili uniemożliwić kobietom plemienia Mechikanów przychodzić do siebie na targowisko. Zamknięto więc drogi wiodące z grobli Tenochtitlanu i obstawiono strażą południowe wejście. Gdy z grobli zeszły pierwsze niewiasty obładowane towarami na wymianę i zdążające na targowisko w Coyohuacanie, strażnicy owi napadli na nie i... zabrali im cały towar (wodne ptactwo, jaja, ryby). Uciekły one więc z płaczem do swego miasta i poskarżyły się swemu królowi. Itzcoatl uznał to za "wypadek przy pracy" oraz kazał im zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu i raz jeszcze udać się na rynek do Coyohuacanu. Ponownie wróciły ograbione. Itzcoatl polecił im więc teraz, by ustawiły kamienne piecyki, na których smażyły ryby i ptactwo wodne, w stronę Coyohuacanu, tak, aby zapachy pieczonych potraw docierały bezpośrednio do mieszkańców miasta. Gdy woń pieczonych kaczek i smażonych ryb dotarła do Coyohuacanu, część ludności zaczęła się buntować wobec polityce całkowitego wstrzymania handlu wymiennego z Mechikanami, ale ponieważ w przeważającej większości były to kobiety i starcy, przeto ich zdanie nie miało większego znaczenia. Lecz gdy kobiety zaczęły unikać dotyku swych mężów, a starcy żalili się że przed śmiercią pragną skosztować pieczonych potraw z Tenochtitlanu, mężczyźni Coyohuacanu wpadli na pomysł przeprowadzenia zasadzki, która zakończyłaby tę "handlową wojnę" i pozwoliła im wziąć górę nad Mechikanami. Planowali bowiem zaprosić przedstawicieli Miasta na Wodzie do siebie, a następnie otoczyć ich i wymordować (ostatecznie z tego ostatniego zrezygnowano, jako niegodnego wojowników).




Wysłano jednak posłów do Tenochtitlanu z zaproszeniem na ucztę ku czci Bardzo Starego Boga (zapewne Xiutecutli - Turkusowego Pana, najstarszego z bogów), aby wyjaśnić wzajemne niesnaski związane z urwaniem się handlu pomiędzy oboma miastami. Mechikanie przyjęli zaproszenie, ale przeczuwając podstęp, udali się na spotkanie jedynie w kilka osób (przybyli m.in.: Montezuma i jego brat Tlacaelel), ale już król Itzcoatl pozostał w swej stolicy. Możni ruszyli z darami (głównie ptactwem, jajkami, owadami itp.:), które zostały przyjęte. Uroczystości trwały do późnej nocy, a ich kulminacją było złożenie w ofierze niewolników (których przed wydarciem im serc, rozciągnięto na rozgrzanych do czerwoności i żarzących się kamieniach). Teraz rozpoczynały się tańce i nadeszła pora na wręczenie przybyłym gościom podarunków przez mieszkańców miasta. Coyohuacanie wyjęli więc przygotowane wcześniej podarki, następnie rozłożyli je na ziemi i rzekli: "Wolą naszą jest, abyście to przywdziali i odtąd nosili", na ziemi zaś, tuż przed przykucniętymi Mechikanami rozłożono ubogie stroje kobiece (bluzki i spódnice z szorstkich włókien agawy), oraz motyki i drewniane narzędzia do rozpalania ognia, będące symbolem poddaństwa. A nie było niczego bardziej upokarzającego dla wojownika, niż sprowadzenie go do roli kobiety i przesłanie mu kobiecych sukni. Wojna stała się więc faktem, a miało to miejsce (ok.) 1435 r. 


CDN.

11 czerwca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r.p.n.e. 
Cz. I





AMERYKA PÓŁNOCNA
(REJON RZEKI MISSISIPI i MEKSYK)
KOLONIZACJA TOLTECKA




Po zagładzie cywilizacji OHUM (ok. 40 000 r. p.n.e.), zniszczonej przez katastrofalną powódź (po ok. 400 latach istnienia tej cywilizacji), długo nie nastąpiła kolejna kolonizacja tego kontynentu. Ameryka Północna (i Południowa), były to ziemie wówczas bardzo niebezpieczne ze względu na ukształtowanie terenu. Wyżyna Meksykańska czy góry Andy jeszcze wówczas nie istniały, ziemie niewiele wystawały ponad poziom morza, przez to dochodziło tutaj do bardzo częstych powodzi, tornad a także trzęsień ziemi. Nie były to więc tereny które chciano by szybko skolonizować. Jednak, jeśli odniesiemy się do channelingów, to istnieje informacja, że pierwsza grupa ludności przemierzała ten kontynent już ok. 27 000 r. p.n.e. Prawdopodobnie (gdyż nie ma na ten temat informacji) była to ludność Biała. Skąd takie moje przypuszczenie, skoro nie ma informacji o ich pochodzeniu ani kolorze skóry? Uznałem że to była ludność Biała, gdyż w tym samym czasie w Imperium Ujghur miały miejsce wstrząsy wewnętrzne, które doprowadziły do opuszczenia Azji przez duże grupy ludności (Białej - aryjskiej ludności). Prawdopodobnie więc ta pierwsza grupa przybyszy, którzy przemierzali kontynent od północy ku brzegom Atlantyku (by osiedlić się na Atlantydzie), była rasą Białą (nie tworzyli oni też żadnych miast czy osad na mijanych przez siebie ziemiach).

Prawdziwa kolonizacja (oczywiście jak większość na tym kontynencie) zaczęła się dopiero po roku 25 000 p.n.e., czyli po zagładzie Lemurii. Uciekinierzy z MU zaczną zakładać tutaj pierwsze osady, które jednak nie będą miały większego znaczenia (po zagładzie MU, ludność pochodząca z tamtego kontynentu, której uda się dostać do Ameryki - cofnie się w swym rozwoju) aż do 16 000 r. p.n.e. Wówczas to powstaną dwa wielkie miasta MITLA (w dorzeczu Missisipi) i TULA (północny Meksyk i południowe tereny Kalifornii i Teksasu). Przed powstaniem tych dwóch wielkich miast, Toltekowie z Ameryki Północnej nie wytworzą żadnej znaczącej kultury, cofną się w swym rozwoju i początkowo będą nawet mieszkać z szałasach, namiotach, a nawet jaskiniach. Potem dopiero zaczną się łączyć w większe grupy i pod przewodnictwem królów/kapłanów zakładać pierwsze prowizoryczne osady. Pamięć o tragedii MU wciąż będzie ich jednak determinować, choć kolejne pokolenia tracić będą już wiedzę na temat tego, co dokładnie się wydarzyło. Tę wiedzę będą sobie przekazywali jedynie królowie/kapłani w ścisłym, hermetycznym gronie, która nie będzie mogła zostać wyjawiona na zewnątrz pod groźbą najstraszliwszych tortur i śmierci. W czasach jeszcze późniejszych wiedza o tragedii MU zostanie zamknięta za murami świątyń i we wnętrzach piramid, do których wstęp będą mieli jedynie kapłani najwyższego rzędu.


TOLTEKOWIE
WYBRAŃCY OCALALI Z ZAGŁADY IMPERIUM MU



Po inwazji Corteza i podboju tych ziem przez Hiszpanów po 1519 r., a szczególnie w wieku XX, gdy te świątynne inskrypcje zostały szczegółowo zbadane i przetłumaczone, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Mianowicie w słynnym kodeksie Chimalpopoca (wyrytym także w jednej ze świątyń) czytamy: "Było to słońce Nahui-Atl. Wtedy zginęła cała ludzkość i została zatopiona. Niebo zbliżyło się do wody. W jednym dniu wszystko zginęło, a dzień Nahui-Xochtil pożarł naszą rasę. Nawet góry zapadły się w morze". Według tych przekazów jest tam również informacja o człowieku NACIE i jego żonie NENIE, których ocalili "bogowie", nakazując im udać się na kontynent amerykański. Channelingi nie mówią nic o tych osobach, ale nie można wykluczyć że istnieli naprawdę, tym bardziej że (jak już w poprzednich częściach pisałem) TJehooba ocaliło przed zagładą kilku (kilkunastu - kilkuset?) obywateli Imperium MU, ewakuując ich początkowo na Marsa, oraz na inne tereny Ziemi. Wielu jednak uciekło na własną rękę, kierując się głównie ku brzegom Ameryki Północnej i Jukatanu. 

Tak więc Toltekowie przed 16 000 r. p.n.e. nie wytworzyli żadnej większej cywilizacji, która byłaby choćby cieniem dawniejszej cywilizacji Imperium MU. Dopiero po tej dacie następuje gwałtowne "przyspieszenie" i "odrodzenie" cywilizacyjne tego ludu. Powstają dwa wielkie miasta-państwa Mitla (z której później przybędzie m.in.: lud Azteków), oraz Tula. Ale owe "odrodzenie" nie wzięło się z niczego, coś się musiało stać, że w końcu do niego doszło. Owszem - stało się! W tym właśnie czasie do Ameryki przybył syn Enkiego - Ningiszzida z Edenu. Wśród ludów amerykańskich znany on jest pod imieniem... QUETZALCOATLA - Pierzastego Węża (o tym jednak w kolejnej części)



JUKATAN 
i INWAZJA ITARA
ok. 25 000 r. p.n.e.


JUKATAN W OKRESIE ROZKWITU CYWILIZACJI MAJÓW 
(ok. 350 r. p.n.e. - ok. 900 r.)



Kim byli Majowie? Skąd pochodzili? Dlaczego na Półwyspie Jukatan stworzyli tak dalece rozwiniętą cywilizację? Jakie były ich korzenie i dlaczego ich pierwotne dzieje nikną nam w mgle przypuszczeń i niepewności, związanych z ich pojawieniem się? Lud MAYA był po prostu jedną wielką grupą... Białej ludności II Imperium Atlantydy (prowadzonej przez dziesięciu mężów, zwanych ATLANAMI), która została skierowana ze stolicy z misją kolonizacji całego Zachodu (czyli ówczesnego kontynentu amerykańskiego). Przywódcą Atlanów był ITAR, który swe okręty skierował ku brzegom Jukatanu. Miało to miejsce niedługo po zniszczeniu przez Atlantów kontynentu Lamar, czyli ok. 25 000 r. p.n.e. Pierwszym miastem które wzniósł Itar (obrany tytularnym władcą nowej krainy - 9 dalszych wodzów weszło zaś w skład jego rady przybocznej) na amerykańskiej ziemi, stało się miasto CHITZEN-ITZA (czyli "Krynica Węża"). To była pierwsza stolica nowej prowincji II Imperium Atlantydy, zaś Itar stał się pierwszym jej władcą (mianowanym z polecenia atlantyckiego monarchy). W mieście - jako jedną z pierwszych - bardzo szybko wzniesiono świątynię zakonu "Synów Beliala", która stała się centralnym punktem miasta. 

Gdy w XVI wieku hiszpańscy konkwistadorzy zajęli rejon dzisiejszego Jukatanu, na tych terenach żyła już ludność Czerwonoskórych Indian (których przodkowie pochodzili z zatopionego Cesarstwa MU, a którzy docierali na kontynent i osiedlali się tam, łącząc się z pierwotnymi Białymi kolonistami z Atlantydy od 25 000 r. p.n.e. do ok. 10 500 r. p.n.e. Przez cały ten czas trwała intensywna kolonizacja Jukatanu przez grupy Czerwonoskórych, najpierw z MU, potem z północnej Ameryki, a częściowo nawet z... Indii Nagów. Gdy Hiszpanie przybyli do opuszczonych już wówczas miast-państw Majów (upadek cywilizacji Majów jest dosyć dziwny i niewytłumaczalny, w każdym razie Hiszpanie przybyli na Jukatan w momencie, w którym cywilizacja Majów już nie istniała, co najwyżej jej jakieś niewielkie pozostałości), lokalne grupki Indian żyły już na o wiele niższej stopie, niż nie tylko ich przodkowie w czasach Itara i późniejszych, lecz także byli bardziej prymitywni niż ich pobratymcy z ówczesnej północy - terenów środkowego Meksyku, czy zachodnich brzegów Ameryki Południowej, gdzie powstały wielkie cywilizacje Azteków i Inków. Ci właśnie potomkowie dawnych Majów, opowiadali hiszpańskim zdobywcom że miasto Chitzen-Itza (i wiele jemu podobnych) powstało: "Nim jeszcze słońce zaświeciło na niebie". Czyli w czasach, których oni sami nie byli w stanie ogarnąć pamięcią przekazywaną z pokolenia na pokolenie (o tym dlaczego współcześni ludzie żyją zaledwie 100-120 lat opowiem w temacie ostatecznego zniszczenia Firmamentu Niebieskiego - o którym jasno mówi Biblia - a który to był głównym powodem wydłużenia wieku niezliczonych pokoleń, żyjących tutaj w czasach przedhistorycznych). Tak więc kolonia Jukatanu (choć rządzona przez Białych władców) szybko zdominowana zostanie przez Czerwonoskórych mieszkańców z głębi kontynentu.

Dr. August le Plongeon, który w XIX wieku badał starożytny język Majów, powiedział otwarcie: "Jedna trzecia tego języka, to jest czysta greka". Dodał także że język Majów nie jest też pozbawiony słów pochodzących z języka sumeryjskiego i staro-asyryjskiego. Mało tego, dr. Plongeon wykazał również że pierwotną ludnością, zamieszkującą tereny Jukatanu, była... ludność Biała - europejska, a nie Czerwonoskóra - indiańska. Zresztą ostatnie znaleziska czaszek (do tej pory znaleziono kilka takich czaszek, najstarszą jest czaszka tzw.: Białego "Człowieka z Kennewick"), mających po kilkadziesiąt tysięcy lat, które brano za należące do ludności Czerwonoskórych Indian, okazały się... czaszkami Białych ludzi. Skąd Biali w Ameryce przed Kolumbem? Owszem, przybywali tam wcześniej Wikingowie, no ale głównie na tereny Ameryki Północnej i ich obecność ograniczała się jedynie do terenów nadbrzeżnych, nie zapuszczali się w głąb kontynentu, a ich rajdy miały miejsce dopiero kilkadziesiąt tysięcy lat po odnalezieniu owych czaszek. Natomiast te czaszki (skrupulatnie złożone w ziemi), znalezione zostały w głębi kontynentu i pochodziły z czasów znacznie odległych, nim jeszcze Wikingowie pojawili się w Skandynawii. Świat nauki do dziś stara się rozwikłać zagadkę "Białych ludzi w Ameryce przed Kolumbem i Wikingami", niewielu zaś jest w stanie przyjąć do wiadomości, że Biała ludność pojawiła się tam znacznie wcześniej niż Czerwonoskórzy wybrańcy, ocaleni z kontynentu Lamar.


"CZŁOWIEK Z KENNEWICK"
REKONSTRUKCJA TWARZY "BIAŁEGO AMERYKANINA"
SPRZED ok. 12 000 lat




CDN.


PS: A na zakończenie chciałbym jeszcze wyrazić swoje zdanie na temat Orderu Orła Białego który prezydent Karol Nawrocki obiecał odebrać temu ukraińskiemu pajacowi. Tak więc uważam że jak najszybciej należy to uczynić, gdyż to jest jedynie gest symboliczny. W tym przypadku zaś, jeżeli Ukraińcy jawnie już odwołują się do tradycji nazistowskiej i czczą morderców kobiet i dzieci - którzy w znanej nam historii ludzkości mordowali małe dzieci tak okrutny i odrażający sposób, że nawet Niemcy nie byli w stanie wytrzymać widoku kilkuletnich dzieci, przecinanych piłami na pół albo mającymi gwoździe wbite w czaszki. Jeśli więc Ukraina nie potrafi odrzucić swojej morderczej, nazistowskiej przeszłości, to ja już nie mam słów i ja takiej Ukrainy nie widzę nigdzie, ani w NATO ani w Unii Europejskiej, ani nawet... w Europie.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...