WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA-OPINIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA-OPINIE. Pokaż wszystkie posty

12 czerwca 2026

KONCEPCJE MITTELEUROPY - Cz. I

JAK ONE WYGLĄDAŁY W TEORII
I JAK PRÓBOWANO
(I NADAL PRÓBUJE SIĘ)
REALIZOWAĆ JE W PRAKTYCE




 "Polska kultura prawna i przemiany po 1989 r. zostały zainspirowane i były wspierane przez niemiecką myśl prawniczą. Na tym opierało się konstruowanie w Polsce nowoczesnego państwa prawa, mechanizmów ochrony praw człowieka i demokracji. Na tym opieraliśmy naszą integrację europejską. Ale to powoduje - po stronie mentora - także szczególną odpowiedzialność. Jak w przypowieści z "Małego Księcia". Jeśli oswoi się zwierzątko, to nie można go później porzucić" - oto mądrości Adama Bodnara (byłego już Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego), który na spotkaniu w Getyndze w roku 2021 (wówczas jeszcze jako Rzecznik Praw Obywatelskich), na którym odebrał nagrodę Dialogpreis - przyznawaną przez Federalny Związek Towarzystw Polsko-Niemieckich, wygłosił takie właśnie zdanie, i dalej: "Aktualny kryzys w Polsce już teraz oznacza wiele złego dla Polaków, sędziów, prokuratorów, działaczy społecznych. Ale on może stać się także zarzewiem kryzysu egzystencjalnego dla Unii Europejskiej. Właśnie ze względu na tragiczne doświadczenia historyczne, właśnie na Niemcach i na Republice Federalnej Niemiec spoczywa szczególna odpowiedzialność za przyszłość Unii Europejskiej - całej Europy, w tym państw na wschód od dawnej Żelaznej Kurtyny". Oto właśnie, w najczystszej konsystencji został przedstawiony wytwór polskiej elity, stworzonej po roku 1989. Ja oczywiście rozumiem aluzje do tego, że Polska po 1989 r. została "ukształtowana" na nowo przez Niemcy, jako: "kraj taniej siły roboczej" - o czym wspominał kilka lat temu niemiecki ekonomista - Reinhard Petzold (oto link do artykułu na ten temat: "Zbudowaliśmy Polskę jako kraj taniej siły roboczej"), ale nie pojmuję ile można mieć w sobie niechęci, czy wręcz nienawiści do Narodu Polskiego, aby płaszczyć się przed tymi, od których (w takiej lub innej formie) jesteś zależny - tego nie rozumiem (inna sprawa że mamy w kraju od 14 do 17% obywateli, którzy realnie... nienawidzą Polski i wydaje mi się że to jest poważny kłopot który należy rozwiązać w ciągu kolejnych lat, jeśli nie chcemy mieć poważnych problemów). Przecież za komuny wielu Polaków wysługiwało się Moskwie dla władzy i pozycji, ale i tak ogromna większość z nich nie wchodziła Sowietom do tyłka, a i często krytykowała "porządki" panujące w Kraju Rad. Wcześniej było podobnie - magnaci i szlachta, którzy brali pieniądze od obcych dworów (by na sejmach forsować plany zgodne z linią polityczną swoich mocodawców), wcale nie byli ślepo zapatrzeni ani w Prusy, ani w Austrię, ani tym bardziej w Rosję (choć do carycy Katarzyny II odwoływano się, jako do obrończyni "wolności szlacheckich" w Rzeczpospolitej). A teraz mamy przypadki takiego skundlenia, bo przecież Adam Bodnar to nie jedyna osoba publiczna, która w sposób wręcz upokarzający wchodzi Niemcom (a obecnie również Ukraińcom) w tyłek.

Kilkanaście lat temu przeczytałem (zdaje się na łamach "Polityki") tekst prawdopodobnie Ireneusza Krzemińskiego (choć dziś już nie mam pewności czy on był jego autorem), który zatytułowany został następująco: "Mijają wieki mijają lata, a Polak ma za Odrą brata" i odnosił się do braterstwa, jakie zapanowało po upadku komunizmu między Polakami a Niemcami. Już wtedy wydało mi się to mocno naciągane (jak przysłowiowa plandeka na Żuka, w końcu Jak to mówił Bogdan Łazuka w filmie "Halo Szpicbródka": "Myśmy już różnych braci znali, Kain i Abel z Biblii, znasz?") i jakoś tak mocno podejrzane.




A potem przyszły jasne deklaracje panów: Radosława Sikorskiego - który jako Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska, wygłosił 28 listopada 2011 r. w Berlinie swoisty hołd poddańczy wobec Niemiec, twierdząc że: "... z racji rozmiarów i historii Waszego kraju, ponosicie specjalną odpowiedzialność, aby chronić pokój i demokrację na naszym kontynencie. Jak mądrze stwierdził Jurgen Habermas, "Jeśli projekt europejski upadnie, pojawi się pytanie jak wiele trzeba będzie czasu, aby odzyskać status quo. Przypomnijmy sobie rewolucję niemiecką z 1848 r.: po jej klęsce potrzeba było stu lat, aby doprowadzić do tego samego poziomu demokracji". Co, jako minister spraw zagranicznych Polski, uważam za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa i dobrobytu Europy dziś, w dniu 28 listopada 2011 roku? Nie jest to terroryzm, nie są to Talibowie, i już na pewno nie są to niemieckie czołgi. Nie są to nawet rosyjskie rakiety, którymi groził Prezydent Miedwiediew, mówiąc, że rozmieści je na granicy Unii Europejskiej. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i dobrobytu Polski byłby upadek strefy euro. I domagam się od Niemiec tego, abyście - dla dobra Waszego i naszego - pomogli tej strefie euro przetrwać i prosperować. Dobrze wiecie, że nikt inny nie jest w stanie tego zrobić. Zapewne jestem pierwszym w historii ministrem spraw zagranicznych Polski, który to powie: Mniej zaczynam się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności. Niemcy stały się niezbędnym narodem Europy. Nie możecie sobie pozwolić na porażkę przywództwa". Zaś potem, gdy były podnoszone (jak zwykle w dość nieudolny sposób) kwestie odszkodowania, jakie Niemcy winni są Polsce za II Wojnę Światową, za zniszczenia, obozy, za deportacje ludności, za  kradzież i germanizację polskich dzieci, a przede wszystkim za masowe zbrodnie i śmierć milionów ludzkich istnień (Ja jestem przekonany że - poczynając od dziś, aby nie doprowadzić do całkowitej katastrofy niemieckiego budżetu - lekko licząc przez kolejne tysiąc lat Niemcy nie byliby w stanie spłacić swoich win wobec Polski), to wówczas pan Sikorski stwierdził również że: ""Niemcy stracili na naszą rzecz 20 proc. swego przedwojennego terytorium"". Argument zupełnie niepasujący do kontekstu i nielogiczny.




Po pierwsze - to Niemcy (i Sowieci) rozpętali II Wojnę Światową, przy całkowitej uległości wielu innych państw Europy i Świata, zaś Polska jako pierwsza stanęła na drodze postępu totalitarnego zamordyzmu nazistów i komunistów. Po drugie - Niemcy tę wojnę przegrały; gdyby jednak ją wygrały, nie tylko nasze granice wyglądałyby dziś inaczej, ale żadnej Polski (i kilku innych krajów - głównie Europy Wschodniej) już by nie było; zresztą nie tylko krajów ale i ich narodów - które zostałyby fizycznie eksterminowane przez "europejską" i "cywilizowaną" niemiecką "Rasę Panów". Po trzecie - Polska sama straciła znacznie większe tereny na Wschodzie, kosztem Związku Sowieckiego i krajów które powstały na gruzach "sowieckiego imperium", a ziemie zachodnie miały być (według Stalina) zrekompensowaniem tych strat. Natomiast, co się tyczy zniszczeń i zbrodni, jakie Niemcy popełnili w Polsce na Polakach i Żydach, sprawiedliwości nigdy nie stało się zadość - NIGDY, aż do dziś. Zresztą ziemie, które Niemcy stracili po II Wojnie Światowej, to tak naprawdę były ziemie polskie, które Niemcy podbili i konsekwentnie przez wieki germanizowali, więc ich odzyskanie, to był zwykły powrót do Macierzy (same Niemcy tak naprawdę należałoby cofnąć jeszcze bardziej na Zachód - za Łabę, gdyż tamte tereny również należały do Słowian, którzy zostali przez to "cywilizowane" germańskie plemię po prostu wymordowani - to samo Hitler i jego banda chcieli uczynić po wojnie z Polakami, Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami i kilkoma innymi narodami, których po części zamieniono by w niewolników pracujących na rozległych latyfundiach nowej, nazistowskiej elity, oraz w gospodarstwach niemieckich chłopów; po części próbowano by zgermanizować; a po części po prostu by wymordowano w obozach zagłady i w ten sposób zbudowano by nową, "niemiecką Europę" - w morzu krwi i cierpienia, ładny akt założycielski - prawda? 😔).

Ale Radosław Sikorski i Adam Bodnar to nie jedyni tacy "podległościowcy", którym marzy się współcześnie powrót do koncepcji niemieckiej Mitteleuropy i w ogóle niemieckiej Europy. Kolejnym jest jeszcze choćby prezydent Warszawy - Rafał Czaskoski Trzaskowski, który przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. stwierdził że: "Mamy gigantomanię Premiera Mateusza Morawieckiego, który proponuje lotnisko w szczerym polu. W Berlinie udało się po latach i będziemy mieli lotnisko, które... no trudno będzie z nim konkurować". Innymi słowy - po co nam polskie lotnisko (Centralny Port Komunikacyjny - mający być największym tego typu portem lotniczym w całej Europie Środkowo-Wschodniej, łącznie z Niemcami), skoro w Niemczech, w Berlinie budowane jest podobne? Dla mnie wypowiedzi tych panów można podsumować następująco: mentalność kolonialnego niewolnika, który wykształcony w szkołach swego pana, uważa się teraz za lepszego od pozostałych swych rodaków - zwanych tubylcami - i za przywilej służenia panu, jest gotów pluć na własny kraj bez zastanowienia się i bez końca. 




Oczywiście największy pro-niemiecki polityk, pół-Niemiec (w końcu jego ciotka od strony babki zginęła na Wilhelm Gustloff w 1945 r., gdzie wpuszczano tylko Niemców, Polak nie miał szans dostać się na ten statek żeby zostać ewakuowanym. Babka zaś do końca życia mówiła tylko po niemiecku, i do końca życia żałowała że Gdańsk jest polski, oraz wspominała listy pisane do jej męża przez cesarza Wilhelma II i syna przez Hitlera, jako coś niezwykle wzniosłego) Donald Tusk. Ten człowiek jest ewidentnym szkodnikiem, ewidentnym i zastanawiam się co trzeba mieć w głowie (mam tutaj oczywiście na myśli wyborców całej tej Platformy czy też Koalicji Obywatelskiej - która z obywatelskością ma tyle wspólnego, co ja czarną Afryką), żeby raz jeszcze sprowadzić nam takie zło (nie bójmy się tego słowa), skoro w 2015 r pozbyliśmy się go raz na zawsze. Oczywiście rozumiem że PiS należało ukarać za to co robił w pandemii i potem jako "słudzy narodu ukraińskiego", ale ta kara jest zbyt duża, zbyt bolesna dla całego naszego Państwa i Narodu. Brak słów, ale może społeczeństwo wreszcie przejrzy na oczy, jakie to "cywilizowane" towarzystwo nami zarządzało przez te wszystkie lata (przecież Adam Bodnar wprost porównał Polaków do zwierząt, nad którymi stoi niemiecki treser z batem w ręku i szkoli całe to "polskie bydło") i nareszcie odeśle te osoby do ich mocodawców, za Odrę, czy może za Bug - gdziekolwiek, byle z dala od naszego kraju.




Jednak idąc tropem mentalności volksdeutscher'ów, postanowiłem zająć się niemiecką koncepcją Mitteleuropy i wszystkimi jej wprowadzanymi w życie realiami (począwszy od Generalnego Gubernatorstwa z czasów I Wojny Światowej, poprzez Polskę stworzoną pod niemiecką kontrolą w akcie dwóch cesarzy - Wilhelma II i Franciszka Józefa I z 5 listopada 1916 r., której żywot był dość krótki i zakończył się wraz z kapitulacją Niemiec - 11 listopada 1918 r. i odradzaniem się niepodległej Polski; następnie Generalne Gubernatorstwo tworzone od 26 października 1939 r. na okupowanych przez Niemcy ziemiach Środkowej Polski - zachodnie ziemie zostały bowiem przyłączone do Rzeszy, a wschodnie do kraju "wszelkiej szczęśliwości" czyli do ZSRS. Jako ciekawostkę opowiem także o planach stworzenia na ziemiach polskich - szczególnie podczas I Wojny Światowej, lecz również i w czasie Drugiej - niemiecko-żydowskiego państwa, zwanego umownie "Judeopolonią" - ale to już tylko na marginesie. Na końcu przejdę wreszcie do tego, co nastąpiło po tzw.: "transformacji ustrojowej", czyli po umownym i całkowicie kontrolowanym (oczywiście wiadomo jest że wszystkiego się do końca nie dopilnuje i w pewnym momencie te procesy zaczynają żyć własnym życiem, więc "całkowicie kontrolowane" tylko do pewnego etapu) "upadku komuny" i początkach naszej III Rzeczpospolitej Polski. Swoją drogą zastanawiające jest, że tyle sił - zarówno w przeszłości jak i obecnie - było i jest nam wrogich, a my wciąż żyjemy, wciąż trwamy na tym skrawku Środkowej Europy. Mało tego - ośmielamy się również myśleć o stworzeniu nowego "Imperium Intermare" - czyli centrum Idei Polskiej, promieniującej nie tylko na całą Europę, ale również na cały świat (jak bowiem brzmiały słowa błogosławionego ojca Bronisława Markiewicza, które wypowiedział on podczas wizji przyszłości, jaka została mu ukazana w 1863 r.: "Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie". Nieznana zaś z imienia mistyczka z Podlasia w podobnej wizji przyszłości rzekła w 1932 r.: "Nie do Germanów, lecz do Słowian należy przyszłość Europy. Polska jest wezwana do wielkiej misji i dlatego powinna stać się wzorem dla innych narodów"). Cesarz Napoleon Wielki stwierdził niegdyś (do swego sekretarza Bourrienne'a) iż: "Bez niezawisłej Polski nigdy nie będzie trwałego pokoju w Europie", ale nie tylko - należy bowiem dodać, że Europa przyszłości (wolna Europa przyszłości, już bez ciągłego zagrożenia islamskiego i bez dyktatury antykulturowych marksistów) to bez wątpienia Europa "Ducha Idei Polskiej" - i skorzystają na tym wszyscy: Niemcy, Francuzi, Włosi, Szwedzi, Brytyjczycy i Rosjanie. Amen!


Zatem do dzieła z nową serią tematyczną




CDN.

19 grudnia 2025

DZIŚ NAM POTRZEBA NOWEJ SANACJI!

POTRZEBA JAK DIABLI




Być może takie hasło mocno zniesmaczy (łagodnie mówiąc) wszelkiej maści libków, komuchów starej i nowej daty, oraz zwolenników dmowszczyzny (czy też jej korwinowsko-braunowskiej odnogi), ale tak, tak właśnie uważam - dziś potrzebujemy silnej partii a raczej silnego stronnictwa kilku partii sanacyjnych, partii reformy i naprawy kraju oraz wykorzystania naszego położenia geopolitycznego i strategicznego w obecnej wojennej sytuacji na naszej wschodniej granicy. Oczywiście są to jak na razie pobożne życzenia, gdyż niczego takiego na politycznym horyzoncie nie widać, a PiS, który jak dotąd pełnił funkcję "naprawiacza" kraju, okazał się co najwyżej (i to w najlepszym tego słowa znaczeniu) grupą rekonstrukcyjną Sanacji (chociaż ja osobiście uważam że to jest bardziej jej parodia). Po Prawie i Sprawiedliwości już niczego szczególnego się nie spodziewam (to znaczy żadnych konkretnych i zdecydowanych reform, aczkolwiek biorąc pod uwagę konkurencję polityczną tej partii, to tutaj w zasadzie nie ma o czym rozmawiać, gdyż obecne "stronnictwo rządzące" - czyli mówiąc prosto, totalna folksdojczeria {mniejsza lub większa} nie nadaje się nawet na to żeby zasiadać w Sejmie w roli opozycji, a co dopiero rządzić krajem. Co zaś się tyczy obu Konfederacji, to też mam co do tego bardzo sceptyczne zdanie). Jest to jednak sytuacja wybitnie toksyczna, nie może być bowiem tak, aby partia rządząca nie miała dla siebie żadnej pozytywnej alternatywy, w postaci silnej partii opozycyjnej. Nie totalnej a kontrolnej, nie zapatrzonej na obce stolice, a słuchającej głosu obywateli (obywateli, a nie fanatyków, w tym ludzi pełnych nienawiści - co częstokroć można spotkać na różnych forach). Niestety jak na razie takiej politycznej alternatywy nie ma (oczywiście ja nie postrzegam ani PiS-u ani obu Konfederacji jako mniejszego zła w porównaniu z tym, co jest obecnie u władzy, natomiast trzeba pamiętać że PiS z tym kierownictwem które ma obecnie, niczego więcej nie osiągnie i jeśli Jarosław Kaczyńskiemu realnie zależy na przyszłości Polski, to musi powiedzieć sobie jasno - jego czas się skończył i tyle, podobnie jest w Konfederacji Mentzena który dla mnie jest pomyłką, wolałbym aby tą partię kierował Krzysztof Bosak, natomiast co się tyczy Grzegorza Brauna to mówcie co chcecie, ale dla mnie on jest influencerem politycznym a nie politykiem i realnie nie dąży do jakiejkolwiek zmiany, tylko do pajacowania i przyciągania młodych ludzi, dla których polityka to właśnie takie performersy) i nie widać aby w najbliższej przyszłości miało się coś takiego objawić. A silna partia sanacyjna jest bardzo potrzebna. Tym bardziej teraz, kiedy naprawdę mamy swoje 5 minut.

I przyznam się szczerze że los dał nam duży atut w postaci obecnego prezydenta Karola Nawrockiego (co do którego niekiedy miałem różne pretensje - jak choćby wtedy, gdy przedłużył dotychczasowe przywileje dla Ukraińców w Polsce - ale z czasem okazało się że kierowałem się zbyt pochopnymi opiniami, często emocjonalnymi, co bardzo nie służy politycznej logice). Uważam że ten człowiek - jako jedyny - obecnie w Polsce jest w stanie zjednoczyć cały obóz patriotyczny i stanąć na jego czele jako nieformalny lider. Celem musi być bowiem totalna naprawa państwa polskiego, a usunięcie z Pałacu Prezydenckiego tego żałosnego mebla, tego stołu "bez kantów", symbolu III RP żałosnego polskojęzycznego państewka, które z Polską miało tyle wspólnego, co wyrób czekoladopodobny z czekoladą - jest pierwszym jawnym czynem ku temu poczynionym (a liczą się tylko i wyłącznie czy, gdyż nawet najpiękniejsze słowa są niczym, jeśli nie pójdę za nimi zdecydowane działania). Bardzo bym chciał również, aby pan prezydent Karol Nawrocki stał pierwszym prezydentem odrodzonej Polski (czy Ją nazwiemy IV RP czy ją nazwiemy jakąś inaczej, to już semantyka, ale to musi być silne państwo Narodu Polskiego, odwołujące się do najlepszych tradycji II Rzeczpospolitej i do sławetnych tradycji Wielkiej Rzeczpospolitej, czerpiące z niej wzorce, ale przede wszystkim budujące swoją własną przyszłość na świecie), do tego jednak potrzebna jest zmiana konstytucji i wprowadzenie systemu prezydenckiego. Uważam nawet że byłaby szansa aby ponownie przyjąć Konstytucję z roku 1935, oczywiście należałoby wprowadzić tam pewne niewielkie zmiany, które są niezbędne z racji minionych 90 lat) i wreszcie odesłać w polityczny niezbyt tę żałosną "konstytucję Kwaśniewskiego" z 1997 r. która jest zbiorem tak niepełnych i często ze sobą sprzecznych zapisów, że mogła powstać tylko w państwie słabym, państwie tworzonym przez układy postkomunistów i postsolidaruchów (ale oczywiście tylko tych nomenklaturowych, którzy w Magdalence pili wódkę z komuchami, a potem się z nimi dogadywali przy okrągłym stole naszym kosztem) którym wzajemnie to odpowiadało.






Musimy zmienić kraj dla naszej przyszłości, spowodować aby zniknęła mentalność niewolnicza, która obecnie jest dominująca wśród tzw "polskiej elity" (polskiej?). Jeżeli bowiem nie uwierzymy że coś możemy uczynić, to choćbyśmy podjęli się takiej pracy, nie będzie żadnego efektu, lub zgoła żałosny (tak jak żałosna teraz wydaje się cała ta III RP). Słyszałem kiedyś o pewnym bokserze, który był niezwykle silny, wysoki i potrafił wygrywać wiele walk przez nokaut, ale miał jedną wadę - był bardzo słaby psychicznie i gdy przed walką jego trener (albo ktokolwiek z jego otoczenia) powiedział mu, że jego przeciwnik jest nie do pokonania, to ów bokser (chociaż był od tamtego silniejszy) taką walkę przegrywał. Przegrywał, ponieważ przegrał ją już wcześniej w swojej głowie, jeszcze przed wyjściem na ring. Dlatego mentalność niewolnicza, mentalność niemocy jest tak paraliżująca, a często zaraźliwa i mamy tego liczne przypadki w historii. Już przecież Mojżesz po wyjściu z Egiptu, 40 lat krążyć miał po pustyni Synaj - po co, w jakim celu? Odpowiedź jest prosta - aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę, aby ci ludzie nie weszli do Kanaanu, gdyż opanowanie tej ziemi przez ludzi wychowanych w niewoli, byłoby praktycznie niemożliwe, gdyż oni ugięliby się przed wieloma problemami i trudami które niewątpliwie czekały tam Izraelitów - i to nim jeszcze realnie mieliby możliwość się z nimi zmierzyć, gdyż oni na samą myśl o tych problemach woleliby się ukorzyć, i podporządkować niż podjąć walkę o przyszłość swoją i swoich dzieci. Lenin miał jedno dobre powiedzenie, które niewątpliwie jest ponadczasowe: "Kadry decydują o wszystkim!", tak, nie ma bowiem możliwości stworzyć wielkiego i wspaniałego gmachu z ludźmi, którzy realnie w to nie wierzą, którzy zgodzą się z każdą prowizorką, byle tylko mieć "święty spokój". Ja tak nie potrafię, ja tak nie umiem; i nie jest to jednocześnie zarzut do wszystkich tych, którzy mają inne zdanie. Każdy bowiem jest inny, ale czy to znaczy że ja mam się godzić na prowizorkę, czy to znaczy że mam się godzić na istnienie III RP, państwa powstałego na zasadzie tzw transformacji ustrojowej, utworzonego przez dotychczasową komunistyczną nomenklaturę partyjną i "wybrańców" z Solidarności (notabene ci ludzie byli potomkami komunistów zainstalowanych tutaj po roku 1944-45 którzy przybyli na sowieckich tankach, często mieli oni również korzenie żydowskie, co powodowało że ich dzieci nie mogły wykształcić się na polskich patriotów. Czasem sobie robię takie porównanie i zestawiam ze sobą rodzinę Witolda Pileckiego i rodzinę Adama Michnika. A potem porównuję sobie II Rzeczpospolitą z obecnym polskojęzycznym państewkiem - kadry decydują o wszystkim!)






 III Rzeczpospolita jest dla mnie swoistą hybrydą, ciałem obcym - które wykluło się z narzuconego nam miotu z okresu komunizmu - rządzona przez (jak to powiedział Stefan Ossendowski) "szubrawców i świnie". To właśnie korzenie rodzinne i świadomość utraty dotychczasowych wpływów oraz odepchnięcie od koryta władzy, stanowi dla tych ludzi - którzy na zewnątrz szukają wsparcia przeciwko własnemu narodowi - determinację i chęć do dalszego wypróżniania się na własny kraj (załóżmy bowiem że to jest również i ich kraj, chociaż pewnie bliżej im jest do jakiejś ponadnarodowej i ponadpaństwowej "wspólnoty ludów" w stylu Związku Sowieckiego czy obecnie Unii Europejskiej, która stać się ma jednorodnym państwem totalitarnym). Już Stefan Żeromski powiedział o Polakach - którzy w 1920 r. wraz z Armią Czerwoną szli na podbój własnego kraju: "Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła". I to nie są słowa odnoszące się do historii, to są słowa jak najbardziej aktualne, dotyczące ludzi i spraw nam współczesnych, gdyż sytuacja jest analogiczna do tej, która była sto lat temu. Teraz i wówczas pojawiły się swoiste czerwie (nie przepadam za tymi owadzimi odniesieniami, aczkolwiek są one w tym znaczeniu niezwykle trafne), które za pomocą innych, obcych sił, pragną/eły stłamsić nasze siły i chęci twórcze całego narodu. Żeromski pisał że: "Trzeba ruszyć z posad Polskę starą, strupieszałą, gnijącą w jadach, którymi ją nasycili najeźdźcy" i można słowa te odnieść w całości do czasów nam współczesnych. Gdyby bowiem wrogowie Polski zostawili nas w spokoju i pozwolili się rozwijać, bardzo szybko pokazalibyśmy całej Europie i Światu naszą siłę, a nasza rozpędzona gospodarka stanowiłaby poważną przeszkodę dla gospodarek innych krajów (w tym Niemiec i Francji). Zauważmy bowiem kiedy nas atakowano, czy wtedy, gdy byliśmy słabi i nic nie mogliśmy uczynić, czy też wtedy jak zaczynaliśmy wybijać się na lokalne a nawet regionalne mocarstwo? Dlaczego atak na Polskę nastąpił w 1939 r. gdy opracowano śmiałe plany rozwoju gospodarczego do 1954 r., gdy powstał Centralny Okręg Przemysłowy a port w Gdyni stał się największym i najnowocześniejszym portem na Bałtyku, gdy Polska wysłała największy na świecie balon stratosferyczny (1938 r.), a jego zniszczenie związane było z działaniami sąsiednich wywiadów. Dlaczego Polskę zaatakowano po 1791 r. gdy opracowaliśmy pierwszą w Europie, nowoczesną Konstytucję (i drugą na świecie po amerykańskiej) i gdy Rzeczpospolita zaczęła wychodzić z marazmu, w jakim trwała od początku XVIII wieku? Dlaczego dziś próbuje się Polskę przywoływać do porządku i ustawiać w roli (jak to lubi podkreślać Targowica:) "prymusa" którym dotąd byliśmy w Unii? Ponieważ tak postanowiono przy "okrągłym stole" który teraz właśnie jest wynoszony z Pałacu Prezydenckiego i jako mebel trafia do Muzeum Historii Polski.


"JAKIE SĄ SZANSE, IŻ WOJENNA INICJATYWA REMOCARSTWOWIENIA RZECZYPOSPOLITEJ MOGŁABY SIĘ POWIEŚĆ? PRIMO: DZIEJOWE FATUM, KTÓRE OD DAWNA SPRAWIA, ŻE POLAKOM UDAJĄ SIĘ RZECZY NAJWIĘKSZE. RAFAŁ ZIEMKIEWICZ PRZYPOMNIAŁ W STYCZNIU 2012 (NA ŁAMACH "RZECZYPOSPOLITEJ"), O PEWNYM MIĘDZYNARODOWYM SPOTKANIU PREZYDENTA KACZYŃSKIEGO. PRZYWÓDCY EUROPEJSCY, CHCĄC TAM WYRAZIĆ ŻYCZLIWOŚĆ WOBEC POLSKI, UZNALI, ŻE NAJLEPIEJ TO ZROBIĄ DEKLARUJĄC WSPÓŁCZUCIE WOBEC POLSKICH DZIEJÓW, PEŁNYCH TRAGEDII I KLĘSK. "KACZOR" WYSŁUCHAŁ TEGO SPOKOJNIE, PO CZYM ZROBIŁ LEKKO ZDZIWIONĄ MINĘ I ODPARŁ: "ALEŻ, PROSZĘ PAŃSTWA, NASZA HISTORIA JEST TAKA, ŻE WPIERW ZATRZYMALIŚMY NA KILKASET LAT EKSPANSJĘ NIEMCÓW KU WSCHODOWI, PÓŹNIEJ PARCIE ISLAMU KU ZACHODOWI, A WRESZCIE MARSZ REWOLUCJI BOLSZEWICKIEJ. W MIĘDZYCZASIE STWORZYLIŚMY PIERWSZĄ EUROPEJSKĄ REPUBLIKĘ Z OBIERALNYM, ODPOWIEDZIALNYM PRZED PRAWEM WŁADCĄ, I Z ZASADĄ RÓWNOUPRAWNIENIA RELIGII, A KIEDY PRZYSZEDŁ XX WIEK, PIERWSI STAWILIŚMY OPÓR HITLEROWI, ZMUSZAJĄC ZACHÓD, BY ROZPRAWI SIĘ Z HITLEROWSKĄ RZESZĄ. ROZPRAWIENIE SIĘ Z SOWIETAMI ZOSTAŁO WSZCZĘTE PRZEZ POLSKĄ "SOLIDARNOŚĆ". JASNO WIDAĆ, ŻE KRAJ, KTÓRY STWORZYŁ SILNE FUNDAMENTY UPADKU DWÓCH NAJWIĘKSZYCH TOTALITARNYCH SYSTEMÓW XX STULECIA - MOŻE WSZYSTKO, ŻADNE WYZWANIA MU NIESTRASZNE". 

WALDEMAR ŁYSIAK

11 września 2025

WODZU PROWADŹ NA... MOSKWĘ?

CZYLI ROSJA, UKRAINA I DRONY




 Tytuł jest oczywiście jawną prowokacją, całkowicie przeze mnie zamierzoną, gdyż patrząc na to, co się obecnie w naszym kraju odwala, nie mogłem sobie darować tego typu nawiązania. Ponieważ wszyscy już wiemy co się wydarzyło w naszym kraju w dniu wczorajszym, jak to 19 (?) rosyjskich dronów wleciało w naszą przestrzeń powietrzną i jak bohatersko rząd Donalda Tuska walczył z tymi dronami, to obserwując to, co się wówczas działo jak i to, co się obecnie dzieje i jaką narrację stara się narzucić rządowa (ale nie tylko rządowa) propaganda, postanowiłem wyskrobać tych kilka słów, bo jasna cholera mnie bierze gdy widzę że część moich rodaków ulega temu propagandowemu ściekowi, wydobywającemu się z przekazu naszego nowego Wołodymyra Żełenskiego (nawet taką fajną kurteczkę sobie sprawił w typie wojskowym, występując na tle samolotów bojowych, brakuje mu chyba tylko zarostu a la Żelenski, ale to da się dopracować, to są detale).

Chciałbym pewne rzeczy wyjaśnić z mojego punktu widzenia i jednocześnie z mojego toku rozumowania, które nie musi być oczywiście prawidłowe, ale jeśli nawet się mylę, to warto o tym porozmawiać; natomiast słuchanie tego propagandowego gówna które wydobywa się z praktycznie wszystkich rządowych (i opozycyjnych co ciekawe) kanałów, przyprawia mnie o wymioty. Ta antyrosyjska narracja działa na mnie kontrskutecznie, lecz nim ktokolwiek określi mnie "ruską onucą", pragnę od razu wyjaśnić, że ja jestem piłsudczykiem! Dla mnie (zresztą nie tylko dla mnie, bądźmy szczerzy dla Polski w ogóle) Rosja jest głównym wrogiem, przeciwnikiem i konkurentem - tak było jest i będzie, póki Rosja się nie rozpadnie. Rosja od 500 lat stanowi dla Rzeczpospolitej z zagrożenie, ale... czy tylko Rosja jest naszym wrogiem? Przecież wokół siebie (jednak bliżej drugie nieco dalej) mamy państwa, które niczym się od Rosji nie różnią (może tylko skalą antypolskich działań). Są państwa które jawnie udają naszych przyjaciół i sojuszników, a tak naprawdę są wrogami, (niektóre wręcz odwiecznymi wrogami jak choćby nasz zachodni sąsiad, z którym konkurujemy już od ponad 1000 lat). Nie trzeba mniej więc przekonywać to tego, że Rosja stanowi dla Polski realne niebezpieczeństwo. Problem tylko polega na tym, że w tej propagandowej narracji która obecnie ma służyć przede wszystkim wykreowaniu nowego Żełenskiego (czyli naszego "rodzimego" folksdojcza, ryżego szmalcownika) na nowego zbawcę narodu, tylko po to, aby ocalić go od niechybnej klęski całej tej jego pożal się Boże formacji politycznej i jego samego jako premiera - w tej narracji nic mi się nie spina.

Po pierwsze: jak to jest że w polską przestrzeń powietrzną wleciało 19 dronów które miały nadlecieć najpierw z Ukrainy, potem z Rosji, potem jeszcze z Białorusi, a teraz to już w zasadzie nie wiadomo czy przyleciały z Ukrainy czy z Białorusi (bo z tego co mówił chociażby Marek Jakubiak, to zarówno stąd jak i stamtąd). Jeśli przyleciały one z Ukrainy (jako część nocnych nalotów rosyjskich na Kijów i inne ukraińskie miasta), to skąd zostały wystrzelone, bo według mnie nie z Rosji, a prawdopodobnie z Białorusi (gdyż z zasięg takich dronów bojowych, to jest zdaje się ponad 700 km. Czyli nie jest możliwe aby przeleciały one przez odcinek granicy rosyjsko-białorusko- ukraińskiej i wleciały następnie na ponad 200 km. w polską przestrzeń powietrzną). Staram to sobie jakoś uporządkować, bo nawet jeśli drony te wysłane zostały z Rosji z zamiarem niszczenia obiektów na terytorium Ukrainy, natomiast Ukraińcy zagłuszyli te drony, przekierowując je na zachód, w stronę Polski (nie zestrzeliwując ich), to pytanie czy rzeczywiście wysłano je z Rosji, czy też z Białorusi, gdyż odcinek jaki przemierzyły jest zbyt duży na możliwości takiego sprzętu bojowego. Ja oczywiście przechylam się do takiej właśnie możliwości, że drony te zostały celowo (albo nie celowo) przechwycone przez Ukraińców i skierowane na zachód, gdyż powiedzmy sobie szczerze Ukraina obecnie wykrwawia się w wojnie pozycyjnej na wschodzie swego kraju w sposób nieprawdopodobnie duży. Tam nie tyle obecnie potrzeba czołgów, artylerii czy nawet samolotów, ile właśnie ludzi, kolokwialnie mówiąc "mięsa armatniego" którego zaczęło brakować, gdyż duża część Ukraińców po prostu uciekła z kraju, nie chcąc stać się takowym właśnie mięsnym atrybutem wojennym (i też nie ma co się im do końca dziwić, patrząc na ich skorumpowane władze, które zarabiają dziesiątki a nawet setki milionów dolarów czy euro na tej wojnie, skazując zwykłych, prostych Ukraińców na możliwość utraty zdrowia i życia w wojnie, toczonej tak naprawdę przez elity dla elit). Wiadomym też jest, że szczególnie na zachodzie, wśród zachodnich czy to europejskich czy amerykańskich analityków wojskowości, politykach i wszelkiej maści ekspertach dominuje przekonanie, że rosyjska gospodarka jest w stanie głębokiego kryzysu, i to tak dużego, że wcześniej czy później Rosja się gospodarczo załamie, ale niestety zajmie to jeszcze prawdopodobnie około dwóch lat. No i właśnie tutaj mamy problem, bo dwa lata to jest za dużo aby Ukraina przy tych niedoborach zwykłego żołnierza mogła wytrzymać. Przydałoby się więc wciągnąć do tej wojny (na jakieś 2 może nawet 3 lata) jakiś inny kraj, tak żeby dać Ukraińcom odetchnąć, a Moskali w dalszym ciągu osłabiać (tak, aby byli podatni na narzucone im przez Waszyngton propozycje odnośnie współdziałania przeciwko Chinom, bo przecież Amerykanie tutaj głównie widzą zagrożenie dla siebie). Tylko skąd wziąć nowego rekruta, skąd wziąć państwo które mogłoby zluzować Ukraińców na wschodnim froncie. Cóż, po co długo szukać, przecież Polacy są pod ręką i mogą zrobić za nowe "mięso armatnie" w tej grze wielkich interesów i wielkich mocarstw. Ukraina się wykrwawia, nic więc dziwnego że wciągnięcie nas do wojny, byłoby dla nich wybawieniem; nic też dziwnego że nie strącili dronów, które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną, gdyż nie było to w ich interesie (zresztą Żełenski zapytany dlaczego nie zestrzelili tych dronów, odpowiedział po prostu że: "Nie zagrażały one bezpieczeństwu Ukrainy!").




Inną dosyć ciekawą sprawą jest fakt, że jeśli nawet Rosjanie zaplanowali (jak chce propagandowy przekaz tuskoidów i niestety również pisowców) celowo wlecieć w naszą przestrzeń powietrzną, aby nas sprawdzić, aby - że tak się wyrażę rozpoznać bojem nasze możliwości obronne, to tutaj też znowu nic się nie spina. W takiej sytuacji najważniejszy jest przecież element zaskoczenia, trzeba sprawdzić jak działa obrona przeciwlotnicza wrogiego państwa, jak szybko nastąpi reakcja, i jak ona będzie wyglądała. Jeśli Moskale chcieli to sprawdzić, to powiedzcie mi proszę jakim cudem Białorusini (którzy przecież są realnie kontrolowani przez Moskwę), już o godzinie 23:00 - 9 września (czyli na pół godziny przed pojawieniem się w naszej przestrzeni powietrznej pierwszych dronów), poinformowali nas i Litwinów (gdzie nie było żadnego zagrożenia, ale pewnie oni o tym nie wiedzieli) że coś niebezpiecznie dziwnego leci w naszym kierunku? Skoro Mińsk poinformował Warszawę (i Wilno) o tym, że lecą w naszym kierunku ruskie drony, to ja się pytam gdzie tu jest element zaskoczenia? Gdzie tu jest możliwość sprawdzenia przygotowań obronnych wroga? przecież to się ze sobą zupełnie nie klei, a rządowa papka propagandowa rozsypuje się niczym domek z piasku. Po co Białorusini nas informowali, skoro Rosjanie chcieli nas przetestować (a być może nawet zaatakować, jak niektórzy sądzą?). A może zdali sobie sprawę że kilkanaście dronów wymknęło się spod kontroli właśnie poprzez zakłócenia systemów dronowych przez Ukrainę (oczywiście taka informacja do Mińska musiała trafić bezpośrednio od Rosjan, bo nie ma innej możliwości) i obawiając się nerwowych ruchów ze strony Polski, woleli zabezpieczyć się przed ewentualnym jakimś naszym głupim działaniem, w stylu wysłania samolotów bojowych, czy chociażby nawet zrzucenie jakiejś rakiety na ich terytorium w ramach retorsji. To wydaje się bardzo logiczne, znacznie bardziej niż cała ta propagandowa papka z sączona nam przez naszego nowego ryżego Żełenskiego i wspierający go obóz "sinych razem".

Swoją drogą jacy oni wszyscy teraz zrobili się bojowi, jacy chętni do "nowej szybkiej wojenki", bo przecież wiadomo że nieprzygotowana do wojny Polska (jak zresztą cała Europa, a sądzę że również USA) wraz z wykrwawioną Ukrainą w ciągu miesiąca pewnie zajmą Moskwę, aby na Kremlu napisać "zabrania się mówić po rosyjsku" (to moja kolejna wrzutka, nawiązująca do planów Józefa Piłsudskiego gdy chodził on jeszcze do gimnazjum w którym zabraniało się tępiło wszelkie przejawy polskości a nauczyciele zabraniali nie tylko mówić po polsku na lekcjach, ale również na przerwach. Wówczas to stwierdził, że jak podrośnie to zdobędzie Moskwę, a na murach Kremla każe napisać słowa: "Zabrania się mówić po rosyjsku". Jednak gdybym miał taką możliwość, gdy zarówno zachodni doradcy francusko-brytyjscy, jak również przedstawiciele rosyjskiej Białej Armii gen. Denikina, namawiali Naczelnika Państwa wiosną 1920 r. do takiego właśnie marszu na Moskwę w celu obalenia bolszewików, on odmówił. Doskonale wiedział bowiem że pójście na Moskwę nic mu nie da, poza początkowym propagandowym wrzaskiem. Wiedział doskonale że Napoleon 1812 roku popełnił błąd idąc na Moskwę, gdyby bowiem tak jak chciał książę Józef Poniatowski skierować się na Ukrainę, "odkroić" ją od Rosji i rozpocząć tam pobór nowej armii odrodzonej Rzeczpospolitej, to nie byłoby takiej siły, która byłaby zdolna wówczas pokonać reaktywowaną do życia Rzeczpospolitą i napoleońską Francję. Zresztą Rosjanie nie mogli sobie pozwolić na utratę Ukrainy, musieli więc uderzyć, a wówczas spotkałaby ich totalna klęska i pokój - tak wymarzony przez Napoleona - wreszcie mógłby się ziścić. Co dało bowiem Napoleonowi zajęcie Moskwy? Nic, totalnie nic, a było wręcz wstępem do jego upadku. Józef Piłsudski nie popełnił tego błędu i wiosną 1920 zamiast iść na Moskwę, poszedł na Kijów, którego 7 maja wkroczyło Wojsko Polskie. Mając więc możliwość odreagowania swoich traum z młodości, "w podłej, rosyjskiej szkole" - jak pisał, nie uczynił tego, bo nie miało to militarnego sensu. Sens zaś miało stworzenie niepodległej Ukrainy, Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii i powiązanie tych państw z odrodzoną Polską, jako bufor odgradzający nas od tego "więzienia ludów" - jak zwano Rosję. Natomiast nasi współcześni dom rośnie znawcy zagadnień militarnych bardzo chętnie wpuściliby nas w wojenny kanał, bo na takiej wojence można wiele ugrać z punktu widzenia polityków (jak choćby - patrząc na Ukrainę - można zarobić na wojnie miliony, a kto wie czy nie miliardy, a poza tym wówczas wprowadzony został by stan wyjątkowy, odbierający nam realnie wolność i prawa, i podporządkowując nas nakazom władz - bo przecież toczymy wojnę).




Dla mnie niestety jest jasne, że ta wojna musi się zakończyć jak najszybciej, gdyż Ukraina sama jej nie wygra (a nawet przy pomocy większości państw NATO nie jest w stanie w wojnie pozycyjnej pokonać Rosję),. My zaś do żadnej wojny wejść nie możemy, tym bardziej - co prawda Rosja stanowi dla nas zagrożenie - nie jesteśmy zupełnie przygotowani na taką wojnę, a nawet jeśli bylibyśmy, to trzeba nie mieć rozumu, żeby ładować się do wojny w interesie obcego państwa i ponadnarodowych ośrodków które mogłyby mieć w tym interes. Jak to się mówi: "Najgorszy dzień pokoju jest lepszy od najlepszego dnia wojny". Nie sądzę też, aby rosyjska gospodarka realnie załamała się w ciągu dwóch lat, uważam to za mrzonki, tym bardziej że wielu analityków którzy wypowiadają takie bezmyślne brednie, nie bierze pod uwagę mentalności "ruskich". Zwykli Rosjanie bowiem (chociażby z tej prowincjonalnej gubinki) gotowi są jeść suchy chleb i popijać go wódką, albo spirytusem, ale cieszyć się że Rosja jest wielka, jest potęgą i wszyscy muszą się z nią liczyć. Spadek poziomu życia dla Rosjanina jest kwestią niezbyt istotną, dla nich liczy się bowiem duma z bycia "ruskim" i to, że wszyscy się ich boją. To jest inna mentalność i tak naprawdę inny świat i żeby ich pokonać trzeba samemu myśleć tak jak oni, a niestety ani polskie społeczeństwo, ani społeczeństwa innych krajów Europy nie są gotowe na znaczne obniżenie poziomu życia, i na kolejne ograniczenia (w tym ograniczenia wolności), w zupełnie dla nich obcej wojnie. To samo też myślą Amerykanie. Na X-ie można poczytać opinie zwykłych Amerykanów, co sądzą nie tylko o "ataku dronowym" na Polskę, ale również o tym, gdzie mają Ukrainę i inne państwa naszego regionu, a jest to miejsce gdzie światło Słońca nie dochodzi - mówiąc kolokwialnie.

Chciałbym się jeszcze odnieść do tego, co różnej maści propagandyści (na przykład pani Eliza Michalik - wyjątkowo agresywna propagandystka o wybitnie... antypolskim ostrzu) wygadują, chwaląc jak zwykle rząd naszego nowego Żełenskiego i to, że ponownie zdaliśmy egzamin (tak jak po Smoleńsku państwo polskie zdało egzamin oddając śledztwo w ręce Moskwy). Otóż drodzy propagandyści spod znaku "sinych razem" i cała reszta tego zgromadzenia naszej polskiej "koalicji chętnych" - Polska została ośmieszona i to na kilka sposobów. Jeśli Moskwa chciała nas przetestować (w co wątpię, ale im się jednak udało), to odnieśli sukces, a okazało się bowiem że jesteśmy całkowicie nieprzygotowani nie tylko do odparcia 19 dronów, które (jak już teraz wiadomo) nie były uzbrojone (były to raczej finki, a nie prawdziwe drony bojowe, czyli innymi słowy sklejki, łączone ze sobą trytytkami i taśmą klejącą). Myśmy przeciwko tym nieuzbrojonym dronom (poinformowani wcześniej przez stronę białoruską), skierowali samoloty bojowe, wykorzystując do zestrzelenia ich rakiety, których koszt odpalenia był większy, niż koszt wszystkich tych dronów razem wziętych które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną. Przecież to jest kompletna kpina, to jest ośmieszenie naszego państwa przez ten żałosny rząd, tym bardziej że zestrzelono tylko... 4 drony, reszta albo zawróciła, albo gdzieś wylądowała. Innymi słowy Moskwa już wie że nasza obrona przeciwlotnicza nie istnieje, bo gdyby to nie były sklejki, które wleciały w naszą przestrzeń powietrzną, tylko ruskie migi (też w liczbie kilkunastu samolotów), to co byśmy zrobili? Jak zachowałyby się państwa NATO takie jak Holandia czy Niemcy? przecież to byłby jawny wstęp do III wojny światowej. Przyznam się szczerze że brakuje mi już słów, aby w sposób kulturalny wypowiadać się na temat tego żałosnego nierządu (jak również tego, co dzieje się po stronie opozycyjnej, choć w przypadku Konfederacji uważam że jako jedyni bodajże zachowali zimną krew, szczególnie Mentzen - za którym osobiście nie przepadam). 

Mam nadzieję że Polacy nie dadzą się oszukać naszemu nowemu wodzusiowi, Żełenskiemu Donaldowi i całej tej jego zgrai ze swoim przekazem, że oto on teraz stoi tutaj pod biało-czerwonym sztandarem i będzie bronił nas przed Moskwą!!! Im szybciej ten rząd zakończy swoje istnienie, tym będzie lepiej dla nas wszystkich, natomiast bezwzględnie należy się zbroić, tak, aby żadnemu państwu nam wrogiemu nie przyszło nawet przez myśl, żeby można było czy to wlecieć w naszą przestrzeń powietrzną, czy też cokolwiek uczynić przeciwko suwerenności Najjaśniejszej  Rzeczpospolitej Polski i jej obywateli! 




TO TYLE NA DZIŚ Z MOJEJ STRONY 
 

15 lipca 2025

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. I

CZYLI JAK TO NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?


Przyznam że dużą motywacją do podjęcia tego tematu były ostatnie wydarzenia związane z Niemcami na polskiej ziemi. Szczególnie bowiem zbulwersowała mnie wystawa, jaką w galerii Ratusza miejskiego w Gdańsku zorganizowały tamtejsze władze miejskie, przy wsparciu Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i filii Polskiej Akademii Nauk w Berlinie, prezentując losy Polaków z Pomorza, Warmii i Mazur, w czasach III Rzeszy siłą wcielonych do Wehrmachtu. I może sama ta wystawa nie byłaby aż tak odpychająca, gdyby nie fakt, jak postanowiono ją zatytułować, a mianowicie: "Nasi chłopcy. Mieszkańcy Pomorza Gdańskiego w armii III Rzeszy". I ja oczywiście rozumiem i zdaję sobie sprawę że wielu Polaków zostało przymusowo wcielonych do Wehrmachtu po rozpoczęciu niemieckiej okupacji Polski w październiku 1939 r. i po przyłączeniu Pomorza, Wielkopolski i Śląska do III Rzeszy (z pozostałych ziem polskich uczynili Niemcy tzw Generalną Gubernię pod zarządem Hansa Franka, natomiast nasza ziemie wschodnie, nasze Kresy zagarnął Związek Sowiecki). Rozumiem że ogromna część z nich była ofiarami niemieckiej polityki narodowościowej (zresztą jej ofiarami była również i moja rodzina, jako że mój pradziadek był etnicznym Niemcem. Ponoć był synem jakiegoś oficera z Królewca, chociaż rodzina nasza wywodziła się z zachodnich rejonów Niemiec. Pradziadek przyjechał wówczas do Kongresówki {czyli tej części, z której później Niemcy utworzą Generalną Gubernię, a która w czasach zaborów należała do Rosji carskiej} tutaj się ożenił z Polką - moją prababcią - i zamieszkał. Pisałem już, że gdy wybuchła I Wojna Światowa uciekł przed poborem do carskiego wojska na Zachód i tam ostatecznie wstąpił do Błękitnej Armii Józefa Hallera }również etnicznego Niemca, wywodzącego się z rodziny von Hallenburgów, ale całkowicie spolonizowanego}. Z tą armią wrócił do Polski w roku 1919, wziął udział jeszcze w wojnie polsko-bolszewickiej i potem już wiódł spokojne życie. W roku 1939 w chwili niemieckiej agresji na Polskę, zabronił rozmawiać w domu po niemiecku, a gdy Niemcy już w roku 1940 odnaleźli jego papiery i chcieli go przekonać do podpisania volkslisty {czyli niemieckiej listy narodowościowej} odmówił, twierdząc że jest Polakiem. Zapłacił za to zsyłką do obozu pracy, wraz z moim 15-letnim wówczas dziadkiem {pamiętam jak dziadek opowiadał jedno wydarzenie którego był osobiście świadkiem, jak Niemiec kazał pewnemu młodemu Żydowi wykopać dół, a następnie zabrał mu tę łopatę i uderzył go w głowę tak, że przepołowił ją na dwie części - koszmar. Pradziadek przeżył wojnę, ale nigdzie się już potem nie angażował}.

Tak więc ja rozumiem że spora część Polaków na Pomorzu, na Śląsku a nawet w Wielkopolsce miała bardzo podobne doświadczenia, do doświadczeń mojej rodziny. Mój pradziadek wybrał Polskę, choć mógł przecież podpisać volkslistę i zapewne wtedy zostałby powołany do Wehrmachtu i wysłany na front. Nie chciał być już jednak Niemcem, nie chciał mówić w języku niemieckim, czuł się już Polakiem i był nim z serca i z umysłu. Mimo to uważam że droga jaką wybrał mój pradziadek, była drogą zarówno bohaterską, jak i niestety brawurową (a nawet głupią można by dodać, gdyż mógł nie tylko sam stracić życie w obozie, ale również poświęciłby swego syna). Na szczęście obaj przetrwali obóz i wrócili do domu po zakończeniu wojny. Uważam też że nie ma nikt prawa wymagać od drugiego człowieka zachowań bohaterskich, bowiem nie każdy z nas ma cechy bohatera (zresztą nawet jeśli je ma, to są sytuacje, kiedy strach jest silniejszy niż odwaga. Tak sobie czasem myślę jakbym żył w tym czasie, albo w okresie powojennym, bez wątpienia z moim charakterem zasiliłbym szeregi Żołnierzy Niezłomnych walczących do końca o niepodległą Polskę. Ale ta walka była walką nie do wygrania, to była walka straceńcza, na której końcu zawsze była śmierć. Nie mógłbym dopuścić do tego, aby żywy wpaść w ręce czy to Urzędu Bezpieczeństwa czy Informacji Wojskowej czy nawet NKWD. Ostatnią kulę zostawiłbym dla siebie, bo nie jestem pewien czy wytrzymałbym te nieludzkie tortury, gdybym dostał się w ich łapy. Tak jak major Hieronim Dekutowski ps. "Zapora", trzydziestoparoletni chłopak, który gdy prowadzono go na miejsce kaźni miał wybite wszystkie zęby, wyrwane paznokcie, połamane żebra, palce wyrwane ze stawów, nie mógł chodzić o własnych siłach więc był ciągnięty, bo miał połamane obie nogi, a mimo to ostatnie słowa jakie wypowiedział do swoich katów brzmiały: "Nigdy nas nie pokonacie!" I to właśnie był bohater - podobnie jak rotmistrz Witold Pilecki - "człowiek ze stali", natomiast ja nie jestem pewien czy wytrzymałbym taki ból, być może ale sądzę że raczej nie). Nie każdy więc nadaje się na bohatera, i rozumiem tych którzy ulegali, podpisując niemiecką listę narodowościową i będąc następnie wcielanymi do Wehrmachtu.


ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI 
BOŻE JEŚLI ZAPOMNIMY O NICH, 
TY ZAPOMNIJ O NAS!


 








Tak więc rozumiem okoliczności związane przymusowym poborem do niemieckiego wojska. Należy jednak pamiętać że duża część (może nie decydująca, ale spora)  Polaków wcielonych do Wehrmachtu, służyła potem wiernie niemieckim panom. Dlatego ja się zapytuję, jacy ku...a "nasi chłopcy!" Co to ma być? Postępująca germanizacja naszych Ziem Zachodnich? Zresztą władze Gdańska (z prezydent Dulkiewicz na czele) nie pierwszy raz odwalają taką manianę. Wcześniej były uroczystości zatopionego niemieckiego okrętu Wilhelm Gustloff, którym Niemcy 30 stycznia 1945 próbowali ewakuować się z Gdyni, a statek zatopiła sowiecka łódź podwodna. I wtedy też pani Dulkiewicz nie wiedziała, że wstęp na Wilhelm Gustloff mieli przede wszystkim członkowie partii nazistowskiej, a w dalszej kolejności zwykli Niemcy, Polaków tam nie wpuszczano - więc co to miało być?! Albo to stwierdzenie że wojnę wywołało złe słowo Niemca do Polaka i Polaka do Niemca (🤨🧐🙄). Z jakiego szpitala uciekły władze miasta Gdańska, bo myślę że to jest szpital bez klamek. I podobnie we Wrocławiu, zaczyna się powolna germanizacja przestrzeni miejskiej (tego przykładem jest odnowienie mostu z niemieckimi napisami sprzed II Wojny Światowej, zamiana Hali Ludowej na Halę Stulecia na cześć zwycięstwa Prus w bitwie z Napoleonem Wielkim pod Lipskiem w 1813 r. notabene w bitwie tej zginął w nurtach Elstery książę Józef Poniatowski, powieszenie portretu Fryderyka II w Auli Leopoldina Uniwersytetu Wrocławskiego, i... wyniesienie stamtąd naszego Białego Orła) Przyznam się szczerze wkurwia mnie to osobiście tak bardzo, że jedyne co w tym momencie należałoby uczynić, to natychmiast - zarówno w Gdańsku jak i we Wrocławiu wprowadzić zarząd komisaryczny a lokalne władze postawić przed sądem. Niestety, do tego trzeba mieć jeszcze polski rząd, a nie rząd mianowańców i... na tym na razie poprzestańmy.

Nas zakończenie tego przydługiego wstępu powiem jeszcze że jakiś czas temu rozmawiałem na X-ie z pewnym niemieckim doktorem historii (?), który przekonywał mnie, że Niemcy w roku 1916 przywrócili niepodległą Polskę do życia po ponad stuletnim okresie zaborów, ogłaszając właśnie ów akt 5 listopada (o którym pragnę napisać), w którym rzeczywiście miał powstać taki twór jak Polska. Wcześniej bowiem stwierdziłem, że warunkiem sine qua non odrodzenia niepodległej Polski była klęska wszystkich trzech jej zaborców, czyli Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ponieważ tamta rozmowa przypomniała mi się teraz, postanowiłem rozpocząć nową serię o tym, jak to Niemcy próbowały stworzyć "swoją" Polskę w roku 1916, na ile im się to udało, oraz jakie były reakcje międzynarodowe (głównie rosyjskie) na ową deklarację. 

Zapraszam zatem do lektury.






RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNA


"O wojnę powszechną za wolność ludów, 
Prosimy cię Panie.
O broń i orły narodowe, 
Prosimy cię Panie.
(...)
O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej, 
Prosimy cię Panie"


Oto fragment "Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza, w której autor (notabene Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu w listopadzie 1855 r. po zatruciu się... kebabem), doskonale zdawał sobie sprawę, że niepodległość Polski realnie musi być związana po pierwsze z wzajemną wrogością mocarstw zaborczych, a po drugie z wynikającą z niej wojną europejską (a być może nawet światowej). I o to właśnie się modlił w swej litanii - "o wojnę powszechną za wolność ludów". Polacy bowiem (głównie mam tutaj oczywiście na myśli polską szlachtę) za późno otrząsnęli się z marazmu XVIII wieku. Reformy jakie podjęto pod koniec tego stulecia, mające wewnętrznie wzmocnić państwo i stworzyć stałą armię, oraz wzmocnić władzę królewską czyniąc ją odtąd dziedziczną, przyszły za późno. Co prawda uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie (po amerykańskiej) Konstytucję - 3 maja 1791 r. Ale już nie zdołano obronić tych reform w konfrontacji zarówno z agresją rosyjską (1792 r.) jak i rosyjsko-pruską (1794 r.). W każdym razie przetrwało to pocieszenie, że Polacy - wbrew innym narodom (jak choćby Hiszpanom, u których pierwsze reformy zainicjowały dopiero interwencyjne wojska francuskie po roku 1808), potrafili własnym działaniem politycznym (w obliczu pewnego rozpadu państwa trapionego wewnętrzną anarchią) zdobyć się na taką jedność, która pozwoliła zreformować kraj. Ocalić go już jednak nie była w stanie, gdyż zaborcy okazali się wyjątkowo zgodni w dziele zniszczenia Rzeczypospolitej. Ale upadek państwa był niczym kubeł zimnej wody na te wszystkie dotychczas zaślepione umysły, na tych wszystkich małych paniczyków, którzy nie widzieli dalej niż koniec własnego nosa i tylko powtarzali "złota wolność, złota wolność", a prysła ona niczym sen złoty po utracie państwa.




Potrzeba odrodzenia tak świetnego państwa, pełnego wielkich tradycji i wspaniałej historii, stała się odtąd motorem działań przede wszystkim szlachty, która żyła odtąd pod zaborami w cieniu pamięci dawnych wieków. Jak pisał już w XX wieku Władysław Kamieniecki herbu Pilawa: "Dziesiątki senatorskich pokoleń, hetmańskie buławy i marszałkowskie laski, wielkie bogactwa, wspomnienia wielkich cnót i jeszcze większych zbrodni kształtowały od dziecka psychikę tych potomków najmożniejszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. Literatura historyczna, a jeszcze bardziej tradycja domowa uczyła ich o zasługach i występach przodków. Zdrada Janusza Radziwiłła czy warcholstwo Jerzego Lubomirskiego było im wskazywane jako odstraszający przykład - wiedzieli, czego się mają wystrzegać. A jednocześnie budziło się w nich przeświadczenie, że w odrodzonej Ojczyźnie przypaść im winna rola pierwszoplanowa". Nie od razu, ale również wśród chłopów zaczęło kształtować się poczucie przynależności narodowej, przejawiające się odmiennością religijną, językową i obyczajową w stosunku do zaborców. Ale poczucie przynależności narodowej (lub też odrębności w stosunku do zaborców), nie oznaczało automatycznie poczucia świadomości narodowej. Można bowiem społeczeństwo polskie w czasach rozbiorów (poniekąd i wcześniej też, ale tamten okres nas nie interesuje) opisać na zasadzie czterech kręgów. Krąg pierwszy (zewnętrzny), to ludzie uważający się za "tutejszych" (głównie chłopi, często Rusini, Żydzi, lub Niemcy wyznania luterańskiego, a także polscy chłopi z bardzo słabym poczuciem przynależności narodowej). Krąg wyższy, to ludzie którzy posiadali już świadomość narodową (częściowo byli to chłopi, częściowo mieszczanie, a częściowo szlachta ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach). Trzeci krąg, to obszar Polaków ożywionych świadomością polityczną, a ostatni czwarty a jednocześnie pierwszy krąg wewnętrzny) to krąg ludzi gotowych działać aktywnie w kwestii odzyskania niepodległości i zrzucenia jarzma niewoli.


POWSTAŃCY STYCZNIOWI 1863 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI II RZECZPOSPOLITEJ





Dla tych wszystkich ludzi odrodzona, niepodległa Polska miała być krajem takim, jakim została wcześniej rozszarpana, czyli w najmniejszych granicach z roku 1771 (a były również plany odtworzenia wielkiej Rzeczpospolitej z XV, XVI i XVII wieku). Polska etnograficzna, Polska mała, nigdy - powtarzam to raz jeszcze: NIGDY! - nie wchodziła w zakres jakichkolwiek politycznych kalkulacji, a jeśli już, to tylko jako etap początkowy odrodzenia Państwa (tak, jak miało to miejsce chociażby w roku 1918). Dla polityków zachodnich, polityków brytyjskich, amerykańskich, częściowo również francuskich, włoskich, nie mówiąc już o Niemcach czy Moskalach - był to jasny dowód na polską zaborczość i imperializm. Oni bowiem tworząc państwa (jak choćby w Afryce) po prostu rysowali linie etnograficzne (linia Curzona z 1919 r.) lub tak jak w roku 1884/1885 na kongresie berlińskim po prostu podzielono Afrykę wzdłuż linii narysowanych na mapie, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy lokalnymi stosunkami tamtejszych plemion (i tak pozostało do dzisiaj, gdzie np. w jednym państwie afrykańskim są plemiona wzajemnie się nienawidzące, natomiast w państwach sąsiednich, plemiona ze sobą spokrewnione i bliskie). Świadomość narodowa bowiem Litwinów, Ukraińców czy Białorusinów tak naprawdę w wieku XIX była świadomością narodową Rzeczpospolitan (oczywiście mam tutaj na myśli głównie tamtejszą szlachtę, gdyż chłopstwo żyło jakby obok tego wszystkiego, w opisanym wyżej kręgu czwartym). A świadomość Rzeczpospolitan była nieodzownie zjednoczona ze świadomością bycia Polakiem (niekoniecznie w rozumieniu narodowościowym, ale politycznym). Losy tej walki o niepodległość układały się bardzo różnie na przestrzeni całego wieku XIX. Można powiedzieć że pomimo utraty państwowości w roku 1795, polska elita polityczna przetrwała na ziemiach polskich i ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Odrodzenie w roku 1807 małego, stworzonego przez cesarza Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego, było jedynie wstępem do odtworzenia dawnej Rzeczypospolitej (do czego dążył Cesarz w roku 1812, rozpoczynając "wojnę polską" z Rosją). Ale potem również w epoce podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego z lat 1815-1830 polska elita polityczna nie miała powodu aby opuszczać polskie ziemie i pozostała tutaj, nadal będąc siłą z którą należało się liczyć.




Dopiero po zakończeniu Powstania Listopadowego (1830-1831) i rozpoczęciu Wielkiej Emigracji (głównie na zachód Europy, ale również do USA) to był pierwszy taki czas w dziejach Narodu, w którym elita polityczna musiała opuścić swój własny kraj (to było zupełnie coś nowego, wcześniej niespotykanego na żadnym etapie polskiej historii). Emigranci jako punkt najważniejszy swego nowego osiedlenia wybierali Francję (z którą większość z nich była mocno związana jeszcze w czasach wojen napoleońskich, ale i później uważano Francję za "wyzwolicielkę ludów"). Sporo emigrantów (szczególnie na pierwszym etapie podróży) schronienie znalazło w państwach niemieckich, gdzie byli witani jak bohaterowie (w Niemczech bowiem odradzał się wówczas narodowy patriotyzm dążący do zjednoczenia ziem niemieckich i wszelkie ruchy rewolucyjne i powstańcze przeciwko dotychczasowym konserwatywnym władcom oraz zastanemu ancient regime uważano za pozytywne i dające nadzieję na zmianę rzeczywistości politycznej również w Niemczech i innych państwach Europy). Jedną z najbardziej znanych w Niemczech reakcji artystycznych na ówczesne wydarzenia w Polsce, stał się obraz "Finis Poloniae 1831" namalowany przez Dietricha Montena, na którym twórca przedstawił grupę przygnębionych, lecz dumnych polskich żołnierzy, którzy zgromadzili się obok słupa granicznego z napisem stanowiącym jednocześnie tytuł dzieła (swoją drogą zasługuje na uznanie wybitne znawstwo tego malarza w kwestiach polskich, gdyż słowa "Finis Poloniae" ponoć miał wypowiedzieć Tadeusz Kościuszko po klęsce pod Maciejowicami w roku 1794, natomiast na obrazie znajdował się również książę Józef Poniatowski na białym koniu, który utonął w nurtach Elstery podczas odwrotu spod Lipska w roku 1813, czyli w Powstaniu udziału brać nie mógł, ale autor i tak umieścił go na obrazie). 




Ostatnio w jednym ze swoich tweetów przywołany wcześniej przeze mnie niemiecki doktor historii stwierdził, że to nieprawda iż niemieckie państwo istnieje dopiero od roku 1871, gdyż przecież już na zamku Hambach w roku 1832 powiewano trójkolorową flagą niemiecką czarno-czerwono-złotą, nawołując do zjednoczenia Niemiec. To prawda, ale jak przystało na zwolennika AfD zapomniał on dodać, że podczas tej imprezy na zamku Hambach w Palatynacie było wielu Polaków, byłych powstańców listopadowych. Zapomniał też że powiewały tam biało-czerwone flagi, a także flagi z białym orłem, a podczas przemówienia niemiecki adwokat Johann Wirth stwierdził: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie". Od tego też czasu zaczęto w Niemczech powtarzać często słowa polskiego hymnu narodowego: "Noch ist Polen nicht verloren" czyli "Jeszcze Polska nie zginęła" (w znaczeniu że nie wszystko stracone i wcześniej czy później dojdzie do zjednoczenia Niemiec). Podobnie było w marcu roku 1848, gdy w Berlinie tłumy mieszkańców przywitały owacyjnie wjeżdżającego tam Ludwika Mierosławskiego (zwolnionego z pruskiego więzienia, gdzie oczekiwał wyroku śmierci za próbę wywołania powstania w Wielkopolsce - czyli w ówczesnym Wielkim Księstwie Poznańskim). Gdy jednak Mierosławski wrócił do Wielkopolski i ponownie sformował oddział, który starł się w walkach z wojskiem pruskim, nastroje w Berlinie szybko się zmieniły. Zaczęto teraz Polaków, polskich powstańców przedstawiać w prasie i literaturze (głównie pruskiej) jako brutalnych oprawców Niemców i Żydów, podstępnych strzelców zza węgła. Już nie byli bohaterami jak w roku 1832, teraz twierdzono że Polacy stanowią zagrożenie dla państwa pruskiego i są niczym spiskowcy, którzy potajemnie przygotowują Niemcom istne nieszpory sycylijskie (było to krwawe powstanie antyfrancuskie na Sycylii, które wybuchło 30 marca 1282 r. i doprowadziło do obalenia rządzących wyspą od 1266 r. Andegawenów. Niektórzy historycy twierdzą też, że od tego właśnie momentu datuje się pojawienie w południowej Italii włoskiej mafii). 

Przychylność dla Polaków w Niemczech (a szczególnie w Prusach) zaczęła słabnąć. Prusacy uznali bowiem (podobnie zresztą jak pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej - Otto von Bismarck), że Polacy stanowią realne zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Przykładem tego było chociażby stanowisko niemieckiego poety Wilhelma Jordana, który zabrał głos podczas obrad parlamentu frankfurckiego w lipcu 1848 r. Stwierdził on bowiem że wszyscy ci Niemcy, którzy popierają odrodzenie Polski, to "sentymentalni głupcy"i mówił: "Polityka która apeluje do nas "oddajcie Polsce wolność, bez względu na koszty", jest polityką krótkowzroczną, polityką słabości, zapominającą o własnych interesach, polityką strachu i tchórzostwa. Przyszedł już chyba czas, aby ocknąć się z tego idealistycznego marzycielstwa, w którym zachwycaliśmy się sprawami wszystkich narodowości, pozostając sami w okowach haniebnego zniewolenia. Czas zbudzić się do życia w zdrowym narodowym egoizmie". Wtórował mu również historyk Rudolf Haym, który stwierdzał, iż rozbiór Rzeczpospolitej "był sprawiedliwym sądem nad zepsutym do imentu narodem, który nie miał na tyle siły, aby samodzielnie obalić feudalizm" (co oczywiście jest bzdurą, gdyż Konstytucja 3 Maja stwarzała zupełnie nową rzeczywistość polityczno-społeczną). Co prawda sympatia dla Polski i Polaków pojawiła się w Niemczech jeszcze na krótko w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, ale coraz częściej w świadomości Niemców (zarówno tej politycznej, literackiej jak i codziennej-prasowej) wdzierał się nacjonalizm i "zdrowy narodowy egoizm". Otto von Bismarck bardzo obawiał się Polaków jako "wewnętrznego wroga Rzeszy" (i to w sytuacji kiedy Niemcy rosły w siłę, a Polski nie było nawet na mapach i nie było żadnych nadziei na jakiekolwiek odrodzenie naszego kraju w przyszłości). Jeszcze nim został kanclerzem Rzeszy, a nawet premierem Prus, w swym liście do siostry w roku 1861 tak pisał o Polakach w Rzeszy: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeżeli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić. Wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można"




Rzeczywistość polityczna Polaków po upadku Cesarza Napoleona w roku 1815 była następująca: na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej trzy mocarstwa rozbiorowe (Rosja Prusy i Austria) były teraz zespolone ze sobą wspólnym celem politycznym, który sprowadzał się do jednego, uniemożliwienia odrodzenia państwa polskiego w przyszłości, a także w powołanym również ku temu celowi (czyli zakonserwowania decyzji traktatu wiedeńskiego) we wrześniu 1815 r. Świętym Przymierzu. Był to notabene pierwotnie pomysł Adama Jerzego Czartoryskiego - przyjaciela i doradcy młodego cara Aleksandra I z pierwszych lat jego panowania - z roku 1804. Czartoryskim jednak kierowała chęć zwiększenia swobód Polakom żyjącym teraz w państwie moskiewskim jak reszta niewolników cara (inną sprawą była również jego niechęć do rewolucji francuskiej i obawa przed wpływami rewolucyjnymi w Polsce i w Rosji). To właśnie ten projekt stał się podstawą zawiązania sojuszu czterech mocarstw (Rosji, Prus, Austrii i Wielkiej Brytanii) na zjeździe w Chaumont w marcu 1814 r. który (w założeniach) miał przetrwać również po pokonaniu Napoleona i stać się podstawą nowego układu sił w Europie. Jednak w roku 1815 na konferencji w Wiedniu Aleksander I postanowił nadać temu sojuszowi nieco inną, bardziej mistyczną podbudowę. Zafascynowany bowiem mistycyzmem (szczególnie po roku 1812 i zmuszeniu Wielkiej Armii napoleońskiej do odwrotu z Rosji) a także po spotkaniu z mistyczką Barbarą Julią Krüdener w roku 1815, carowi marzyła się federacja chrześcijańskich państw, kierujących się etyką (tę kwestię pewnie zaczerpnął od Franciszka Baadera - monachijskiego teozofa) i dlatego 10 września 1815 r. zaproponował cesarzowi austriackiemu Franciszkowi I (jako cesarz byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego "narodu niemieckiego" - nad którym obecnie rozpaczają niemieccy zwolennicy teorii o istnieniu niemieckiego państwa przed rokiem 1871, a co według mnie słusznie zlikwidował Napoleon Wielki w 1806 r., bo był to konglomerat różnych, często skłóconych ze sobą krajów, zupełnie do siebie nie pasujących - występował Franciszek jako II) i królowi Prus - Fryderykowi Wilhelmowi III, właśnie projekt Świętego Przymierza, w którym kanclerz Metternich poczynił pewne zmiany i przyjęto go dopiero 26 września. W układzie tym trzej monarchowie deklarowali że będą złączeni węzłami braterstwa i wzajemnie okazywać będą sobie pomoc, że w rządach wewnętrznych i zewnętrznych kierować się będą nakazami religii chrześcijańskiej, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Do udziału w Świętym Przymierzu zaproszono wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem muzułmańskiej Turcji (ale jej przedstawiciela zapewniono, że układ ten nie jest skierowany przeciwko Imperium Osmańskiemu). Bezpośrednio udziału odmówił tylko papież Pius VII (ale to dlatego, że do tego układu dołączyć miały narody różnych wyznań), a także brytyjski następca tronu i regent Królestwa - książę Jerzy (który jednak zapewnił, że wszystkie zawarte w tym układzie kwestie są mu drogie). Do roku 1817 akt Świętego Przymierza podpisało łącznie 16 dużych państw (nie licząc drobnych niemieckich krajów). Aleksander I w 1820 r. zaproponował uczestnictwo w tym sojuszu również Stanom Zjednoczonym, ale ich przedstawiciel stwierdził, że USA nie mieszają się do spraw europejskich.




Sojusz Świętego Przymierza stał się odtąd niewidzialnym łańcuchem, spajającym ze sobą przede wszystkim Rosję, Prusy i Austrię (czyli państwa rozbiorowe Rzeczpospolitej), chociaż tak na serio traktował ten układ jedynie Aleksander I, a wszyscy inni przywódcy mniej lub bardziej drwili z niego i nie uważali jego zapisów za w jakikolwiek sposób ważne, ale ponieważ Rosja odniosła wówczas wielki sukces militarny i polityczny, nikt nie miał odwagi aby sprzeciwić się carowi. Sojusz ten przetrwał długo, nawet wówczas, gdy samo Święte Przymierze rozpadło się (lub raczej po prostu przestało istnieć, gdyż nie było żadnego oficjalnego aktu odwołującego ten sojusz i jedynie można przyjąć, że nastąpiło to po roku 1822, gdy zaprzestano już zjazdów Świętego Przymierza (do tej pory było ich pięć, w 1818 w Akwizgranie, w 1819 Karlsbadzie, w 1820 w Opawie, w 1821 w Lublanie i w 1822 w Weronie). Pomimo dzielących państwa zaborcze różnic. Austria i Prusy wręcz się nie znosiły (czego przykładem niech będzie nieoficjalna radość, jaka zapanowała w Berlinie, gdy w roku 1805 Napoleon rozbił pod Austerlitz armię austriacko-rosyjską, podobnie choć już z mniejszą sympatią reagowano na klęskę Austrii w roku 1809). W Wiedniu żywiono obawę że Berlin planuje odebrać Austrii pierwszoplanową pozycję w Związku Niemieckim i rzucić jej wyzwanie na tym polu. Natomiast Prusy i Austrię niepokoiła również mocarstwowa polityka rosyjska, gdzie z Austrią rysowały się już punkty konfliktowe (szczególnie na Bałkanach). Mimo to spajał te wszystkie trzy państwa niewidzialny łańcuch uzyskanych po roku 1815 zdobyczy, ale przede wszystkim najważniejszym powodem dla którego te państwa wzajemnie przeciwko sobie nie występowały zbrojnie przez całe dekady, była obawa przed ponownym odrodzeniem dawnej Rzeczpospolitej - i to była rzecz kluczowa.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...