WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYDZI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻYDZI. Pokaż wszystkie posty

18 września 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXVI



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXVI



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIV






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIV



DEWARIM
(753 - 586 r. p.n.e.)
Cz. II



 Król Izraela Menachem, który nastał po śmierci Zachariasza z rodu Jehu i obalił jego mordercę Szalluma, panował ok. jedenastu lat i zmarł w roku 742 p.n.e. Teraz tron objął jego syn Pekachiasz, który jednak nie władał zbyt długo, gdyż już w kilka miesięcy później (741 r. p.n.e.) obalił go i zabił jeden z jego oficerów o imieniu Pekach, który został kolejnym (już przedostatnim) władcą Królestwa Izraela. Bunt do jakiego doszło i obalenie Pekachiasza, było spowodowane niechęcią (szczególnie w armii) przeciw zbyt ugodowej (a wręcz uległej) polityce Izraela wobec wzrastającej w siłę Asyrii. Już Menachem w ostatnich latach swego panowania płacił trybut Asyryjczykom w wysokości 1000 talentów srebra (uzyskując na to środki poprzez opodatkowanie posesjonatów). Tę politykę kontynuował następnie jego syn, a to bardzo nie podobało się wpływowym kręgom nacjonalistycznym, skupionym w armii izraelskiej. Na swego przywódcę wybrali oni właśnie Pekacha, który zamordował i obalił Pekachiasza a następnie sam koronował się na nowego władcę Izraela. Pekach od początku swych rządów starał się stworzyć koalicję anty-asyryjską w której widział zarówno królów Judei jak i Damaszku, Moabu, Ammonu, Edomu oraz kilku największych miast filistyńskich. Udało mu się taką koalicję zbudować, ale bez władcy Judy Ozjasza (a raczej Jotama, który od 750 r. p.n.e. sprawował rządy regencyjne w imieniu swego chorego na trąd ojca). Gdy w 740 r. p.n.e. Ozjasz zmarł po 26 latach swych rządów, na tron wstąpił właśnie jego syn Jotam. Prowadził on politykę zbliżenia z Asyrią, dlatego też nie przyłączył się do koalicji Pekacha, zdając sobie sprawę że siła Asyrii znacznie wzrosła i lepiej żyć z nimi w zgodzie, niż ryzykować najazd i zniszczenia spowodowane przez ich bojowe rydwany. Przez prawie dekadę swoich rządów Jotam wzmocnił mury Jerozolimy (spodziewając się najazdu z północy i tutaj się nie pomylił), zbudował wiele innych warowni w kraju, oraz dokonał wypraw przeciwko Ammonitom (co doprowadziło do ich podporządkowania i narzucenia im daniny, której gros szedł właśnie na wzmocnienie obronności kraju).




W tym mniej więcej czasie (ok. 742 r. p.n.e.) swą misję w Jerozolimie rozpoczął prorok Izajasz (urodzony w tym mieście ok. 765 r. p.n.e.). Był on oczywiście zagorzałym jahwistą i przeciwnikiem wszelkich obcych kultów - kananejskich, syryjskich czy fenickich, które od czasu do czasu wspierali również władcy Południowego Królestwa. Pamięć o żyjących sto lat wcześniej prorokach Eliaszu i Elizeuszu była na tyle silna w społeczności judzkiej, że władcom bardzo ciężko było walczyć z ludźmi, którzy ogłosili się być "głosem samego Boga". Królestwo Północne miało swoich proroków w postaci Amosa i Ozeasza (o których to pisałem w poprzednich częściach), teraz, po wielu dekadach (po śmierci Elizeusza) przyszła więc pora również na Judę. W biblijnej Księdze Izajasza spisane są jego słowa, którymi miał ostrzegać mieszkańców Jerozolimy, że w dniu sądu Jahwe wezwie przed swe oblicze nie tylko pogan, ale również Judę i Jerozolimę, gdyż Żydzi tam mieszkający mocno zgrzeszyli pychą, zepsuciem, niesprawiedliwością społeczną oraz wyrzeczeniem się wiary przodków. Pan Bóg więc ześle na Judę okropne nieszczęścia, które dosięgną wszystkich jej mieszkańców aż do ich wytracenia. Oczywiście była również nadzieja na ocalenie, gdyż Izajasz głosił że młoda kobieta pocznie syna imieniem Immanuel ("z nami jest Bóg"). Będzie to bowiem "Książę Pokoju", idealny władca z linii Dawida i reszta "ludu wybranego" zyska ocalenie dzięki Jego radom i naukom (jeśli przypomnimy sobie że religia żydowska stworzona została przez przedstawicieli planety TJehooba - a samo słowo Jahwe ponoć oznacza właśnie TJahooba lub TJaooba ewentualnie Hoova - w zależności od wymowy {kiedyś czytałem jak pewien rabin założył się bodajże właśnie z Michaelem Desmarquet'em - autorem książki "Misja" opowiadającej o jego podróży na TJehoobę w 1987 r., iż nie potrafi poprawnie rozszyfrować i wymówić imienia Boga, bo słowo to jest nieznane i niedostępne dla gojów. Gdy zaś ten to uczynił, rabin zbladł i więcej już się nie odezwał} natomiast Immanuel o którym głosił Izajasz, to nikt inny jak Jezus Chrystus, który również przybył z TJehooba aby "ocalić lud wybrany" i zrodzony został z "młodej kobiety" - zapewne w znaczeniu dziewicy). 




Dziś bibliści uważają że rozdziały z Księgi Izajasza od 1 do 39 pochodzą bezpośrednio lub pośrednio od samego Izajasza. Bezpośrednio z pewnością rozdziały 1-12, z tym że już w rozdziale 1 jest opisane spustoszenie Jerozolimy dokonane przez króla Assuru - Sannaheryba w 701 r. p.n.e. i związane z nim przestrogi. Kolejne rozdziały uzupełniono w następnych latach, lecz przypisano je proroctwom Izajasza. Izajasz przepowiadał więc że Jahwe posługuje się pogańskimi narodami, aby ukarać Żydów za ich bezbożność i odwrócenie się od przykazań przodków, ale gdy nadejdzie dzień sądu, narody te zostaną zniszczone i przetrwa jedynie lud wybrany, czyli wszyscy sprawiedliwi spośród narodu żydowskiego. Izajasz był z pewnością żarliwym oratorem, człowiekiem przepełnionym energią i mającym przesłanie na wpół religijne a na wpół narodowe. Dzięki odnalezionym zwojom z Qumran wiadomo, że był on autorem pierwszych kilku (być może kilkunastu) rozdziałów z Księgi Izajasza. Według Izajasza Jahwe jest pełen majestatu, sprawiedliwości, a przede wszystkim świętości ("Święty, Święty, Święty jest Bóg zastępów" jak zapisane jest w Księdze Izajasza - pamiętajmy bowiem kim był bóg Izraela). Izajasz twierdzi wręcz otwarcie, że Jahwe mu się objawił ("A oczy moje oglądały Pana Zastępów, króla"). Prorok głosił również że Jahwe jest odkupicielem Judy od wszelkich utrapień i że nadejdą kiedyś czasy w których Juda będzie władała wszystkimi ziemiami w imieniu swego Boga. Innym ważnym aspektem nauk (bo tak je można nazwać) Izajasza, jest również Przebaczenie, które ma niesamowitą siłę ("Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybielają". Tak na marginesie i prywatnie dodam od siebie, że rzeczywiście siła Przebaczenia jest niesamowita. Jeśli potrafimy zdobyć się na wybaczenie komuś, kto wyrządził nam krzywdę, jeśli potrafimy mu wybaczyć - nie tyle zapomnieć - ale wybaczyć, to jest to jak orzeźwiająca balsamiczna kąpiel dla duszy po całym dniu spędzonym na piekącym słońcu, w błocie i w piachu). Izajasz występuje również przeciwko bogaczom (szczególnie obnoszącym się z drogimi sukniami niewiastom) i wspiera biedaków, choć nie utożsamia się z ich losem (jak czynił to Amos), ale głosi wobec nich istotę Sprawiedliwości Bożej (wszystko na tym świecie ma swój sens choćby nam samym wydawało się to zupełnie bezsensowne, również nasz los - niekiedy przykry lub ciężki - też ma sens, dla nas. Inna sprawa że nasze role zostały napisane tuż przed naszymi narodzinami i choć posiadamy Wolną Wolę, to bez względu na to którą drogą podążymy w życiu, to scenariusz tego życia zawsze jest już napisany. Tym więc można nazwać swoisty paradoks Wolnej Woli. Są też tacy, którzy twierdzą że żyjemy w swoistej symulacji i to wcale nie musi być głupie, a wręcz przeciwnie. Przecież w symulacji komputerowej również są jakieś role do odegrania, jakieś postaci, które mają pewne zadanie do wykonania i jedynie od umiejętności gracza zależy czy im się to uda, czy nie, czy przejdą na wyższy poziom, czy też nie. Oczywiście to jest jedynie przykład, ale ten materialny świat jest bardzo podobny do takiej właśnie symulacji. Dopiero śmierć stanowi zakończenie gry - "Do zobaczenia, komedia skończona" jak mówił Oktawian August).




 Izajasz (podobnie jak wcześniej Amos i Ozeasz) był zdecydowanym krytykiem kasty kapłańskiej i o kapłanach mówił: "Ale i ci chwieją się od wina i zataczają od mocnego napoju; kapłan i prorok chwieją się od mocnego napoju, chwieją się podczas prorokowania i zataczają podczas wyrokowania". Głosząc nieuniknioną karę, jaka spadnie na Jerozolimę i Judę ze strony pogańskich państw (ale wymierzoną ręką samego Jahwe, który tymi krajami będzie kierował) Izajasz głosił również (jak już wspomniałem) dobrą nadzieję na przyszłość dla sprawiedliwych Judejczyków. Twierdził bowiem że Panna porodzi Syna, któremu nadadzą imię Immanuel i który będzie "Księciem Pokoju", a nim dziecię to dorośnie, Damaszek i Asyria będą w ruinie (rzeczywiście, w czasach Chrystusa Damaszek nic już nie znaczył, podobnie zresztą jak Asyria, która sama była częścią monarchii partyjskiej, choć stało się to dopiero w siedem wieków po Izajaszu). Głosił więc: "Dlatego Jahwe sam da wam znak "słuchajcie więc, Domu Dawidowy (...) oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Immanuel". Izajasz żył dosyć długo (jego działalność odnotowana jest również przy końcu VIII wieku p.n.e. czyli za czasów Ezechiasza), prawdopodobnie jednak nie dożył rządów Manassesa (wstąpił on na tron w 685 r. p.n.e.) który był przeciwnikiem jahwizmu i zaczął ponownie wprowadzać w Jerozolimie kulty pogańskie. W każdym razie Izajasz z pewnością był świadkiem najazdu na Judę władcy Asyrii - Sannaheryba w 701 r. p.n.e. W każdym razie, na razie zostawmy go w spokoju i wróćmy do projektowanego przez władcę Izraela - Pekacha sojuszu anty-asyryjskiego.




Był on już gotowy ok. 735 r. p.n.e. Nie wszedł do niego władca Judy - Jotam, czemu skierował na swe królestwo gniew pozostałych państw sojuszu, głównie Izraela, Damaszku i... Filistei, ale jeszcze za panowania Jotama nie doszło do inwazji, która zagroziła rządom jego syna Achaza. W tym czasie zaś panujący w Kalchu Tiglat-Pilesar III, po dokonaniu reformy armii asyryjskiej (o której pisałem w poprzedniej części) tworzącej armię stałą w miejsce armii z poboru - rozpoczął pierwsze podboje, które miały ponownie przywrócić mocarstwowość Królestwu boga Assura. Najpierw wyruszył przeciw nieustannie destabilizującym sytuację w Asyrii aramejskim plemionom na południowym pograniczu. Podbił ziemie plemienia Pukudu (biblijne Pekod), leżące na wschód i północ od dzisiejszego Bagdadu, i włączył je do prowincji Arrapcha. Następnie spacyfikował tereny leżące na południowy wschód, pomiędzy Babilonią a Elamem. Z władcą Babilonu (prowadzącym pro-asyryjską politykę) Nabunasirem (panującym od 747 r. p.n.e.) utrzymywał dobre stosunki, a Babilon prowadził niezależną politykę na zachód od Tygrysu. Mając już ustabilizowaną (i spacyfikowaną) sytuację na południu, postanowił Tiglat-Pilesar wyruszyć przeciwko głównemu wrogowi Asyrii, Królestwu Urartu ze stolicą w Tuszpie - leżącej nad jeziorem Van. Najpierw uderzył jednak na stronników Urartu - plemię Namri (którego siedziby znajdowały się na północ od Elamu). Nie napotkano tam wojsk urartyjskich a miejscowych szybko spacyfikowano, zmuszając do uległości lub podbijając ich ziemie. Ci, którzy się poddali, mogli nadal sprawować władzę (ale odtąd już jako wasale Asyrii), natomiast ci, którzy wybrali walkę i zostali pokonani, ginęli, a ich ziemie władca z Kalchu rozdawał Asyryjczykom, Babilończykom i innym wiernym mu plemionom. Jednak atak na Namri zaalarmował Sardura III, który teraz wysłał posłów do Damaszku i Samarii z propozycją dołączenia do koalicji anty-asyryjskiej (lub też sam zamierzał takową stworzyć pod własnym przewodem). Nim jednak to nastąpiło, Sardurowi udało się stworzyć jedynie koalicję plemion dotychczas sobie podległych, a Tiglat-Pilesar wykorzystał tę szansę i w roku następnym (742 r. p.n.e.) ruszył na północny-zachód. Doszło tam do bitwy pod Kummuch, w której Asyryjczycy wpuścili Urartyjczyków w zastawioną przez siebie pułapkę i zmusili ich do kapitulacji (wziąć miano do niewoli rekordową liczbę prawie 73 000 jeńców). Jednak Sardur III zdołał uciec do Tuszpy (pozostawił jednak na placu boju całą swą biżuterię, namioty, a nawet pieczęć królewską). Teraz te plemiona, które nie przyłączyły się do sojuszu z Urartyjczykami, natychmiast złożyły Tiglat-Pilesarowi daniny, jako wyraz dobrej woli i uległości wobec "Pana z Kalchu".


SARDUR III WIELKI
WŁADCA URARTU





Kolejne lata upłynęły Asyryjczykom na porządkowaniu prowincji północnych i zachodnich, oraz na podporządkowaniu sobie Fenicji i narzuceniu jej określonych danin. Potęga Asyrii ponownie więc zbliżyła się do granic Aramu (Damaszku) i Izraela, co dla tych państw stwarzało ogromne niebezpieczeństwo utraty suwerenności. Asyryjczycy jednak jeszcze wówczas nie atakowali tych terenów, zajęci pacyfikacją (i trawieniem - bo tak to leży nazwać) podbitych wcześniej ziem, na których od czasu do czasu wybuchały jeszcze anty-asyryjskie bunty. Tak było chociażby w czasie buntu fenickich miast Sydonu i Tyru, gdy tamtejsi kupcy - niezadowoleni z podatków narzuconych przez króla Assuru na drewno sprowadzane z gór Libanu - wywołali bunt i zabili asyryjskich urzędników i poborców podatkowych. Jednak asyryjski gubernator szybko przywrócił spokój, wprowadzając do miasta siły policyjne, zwane Itu (od nazwy plemienia z którego się wywodziły), słynne z brutalnej pacyfikacji miast i wsi. Wywołało to popłoch wśród mieszkańców i pozwoliło szybko przywrócić asyryjski porządek w owych miastach. A tymczasem w roku 734 p.n.e król Judy Jotam mianował swego syna Achaza współpanującym. Dwa lata później zmarł, a przed Achazem stanął niezwykły sprawdzian. Musiał bowiem stawić czoła wielkiej inwazji na Judę, która nastąpiła teraz zarówno z zachodu, z północy jak i ze wschodu. Co więc w takiej sytuacji uczynił Achaz? O tym w następnej części, w każdym razie to co uczynił, bardzo nie spodobało się prorokowi Izajaszowi.




CDN.

10 września 2026

O ANTYPOLONIZMIE SŁÓW PARĘ - Cz. I

"HEIMKEHR" - "PIERWAJA KONNAJA" -
"LIŚCIE CZERWONE" - "NASZE MATKI,
NASI OJCOWIE" i inne...




W tej serii tematycznej chciałbym podjąć się tematu antypolonizmu rozumianego jako zjawisko ogólne, na przykładzie różnych jego odcieni i emanacji. Wydaje mi się że jest to temat jak najbardziej na czasie, chociaż często jest pomijany i dezawuowany, ale jak najbardziej jest żywy i wciąż silny. W tym temacie zamierzam przedstawić najróżniejsze przykłady antypolonizmu, zarówno wewnętrznego (krajowego) jak i zewnętrznego (międzynarodowego). Ponieważ jednak bezwzględnie uważam że praojcem współczesnego antypolonizmu w Polsce jest ów pan, którego widać na zdjęciu powyżej, przeto właśnie jego postanowiłem uczynić twarzą tej serii. Nie ma sensu zapewne przedłużać tego tematu i od razu przejść do rzeczy, warto jednak powiedzieć że tyle zła ile uczynił Adam Michnik polskiej debacie publicznej po roku 1989 i takiej skali nienawiści i niechęci do bądź co bądź własnego narodu.

Chociaż niekoniecznie, w końcu jego tatuś i mamusia służyli Związkowi Sowieckiemu i byli wiernymi jego niewolnikami, aczkolwiek tajemnicą poliszynela jest dlaczego Ozjasz Szechter - ojciec Michnika, nigdy w "Polsce Ludowej" nie zrobił większej kariery. Otóż w czasie jednego z aresztowań członków Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (dokładnie już nie pamiętam, chyba w 1935 lub 1936 roku), do której to należał Szechter, wydał wówczas wszystkich swoich wspólników policji. Nie wiadomo czy się załamał psychicznie czy obawiał więzienia, w każdym razie bezwzględnie się że tak powiem "rozpruł". Oczywiście po wojnie, gdy już przyszła władza sowiecka/ludowa, deklarował że został do tego zmuszony siłą (czyli żeby bity w czasie przesłuchań, aby wydobyć na nim informacje o jego ukrywających się kompanach z KPZB). Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął śledztwo w tej sprawie i okazało się że Szechter... kłamie. Nie było żadnego bicia, nie było przemocy fizycznej, on po prostu nie wytrzymał presji i się załamał, a następnie wydał wszystkich komunistycznych agentów Moskwy, których od niego żądała prokuratura i policja. To właśnie z tego powodu Szechter nigdy nie zrobił kariery w Polsce Ludowej, chociaż oczywiście włos mu z głowy nie spadł i żył sobie spokojnie ekskluzywnej dzielnicy w Alei Przyjaciół w Warszawie.

Jednak nie przedłużając przejdźmy do tematu:



"HEIMKEHR"




 Przykładem skrajnego wręcz antypolonizmu w ostatnich latach, był niemiecki serial wojenny pt.: "Nasze Matki, Nasi Ojcowie" ("Unsere Mütter, Unsere Väter"). Chciałbym bardzo móc opisać ten film w sposób zupełnie bezstronny, pokazać jak jego autorzy próbują manipulować problemem niemieckiej winy za II Wojnę Światową, jak starają się "podzielić" swą winą z innymi narodami (najchętniej oczywiście tymi środkowo i wschodnioeuropejskimi), oraz jak starają się wybielić Niemcy, czy raczej naród niemiecki, ukazując co prawda niemieckie zbrodnie, ale również pokazując że byli tzw.: "dobrzy Niemcy", którzy nie godzili się na mordy popełniane przez Gestapo i SS (Wehrmacht w tym filmie jest wręcz kryształowo biały, pierwsze sceny pokazują żołnierzy niemieckich jako delikatnych i dobrze wychowanych - choć lekko spanikowanych wojną - chłopaków, którym wcale nie chce się strzelać do Rosjan. Tymczasem w rzeczywistości Wehrmacht, był jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji hitlerowskich Niemiec, to właśnie ci "delikatni wrażliwcy" mordowali z zimną krwią zarówno wziętych do niewoli żołnierzy polskich jak i sowieckich, a także ludność cywilną, w tym Żydów i ukrywających ich chłopów).


"OGARNIJ SIĘ! 
MUSIMY ZA WSZELKĄ CENĘ RATOWAĆ ŻYDÓW!" 🤭😀😂🤣😭


 
Ale naprawdę nie da się być zupełnie bezstronnym (choć próbowałem się ku temu zmusić). Nie da się, ponieważ jest to najzwyklejsza, budowana na nieznajomości historii i najprostszych ludzkich emocjach - propagandówka polityczna, której nie powstydziłby się Joseph Goebbels - minister propagandy III Rzeszy. Film ten jest prawie dokładnym odwzorowaniem innej propagandówki z czasów Goebbelsa, filmu "Heimkehr" ("Powrót do ojczyzny"), który trafił na ekrany niemieckich kin w październiku 1941 r. Nim przejdę do jego propagandowej kopii z 2013 r. i opowiem o "Unsere Mütter, Unsere Väter", kilka słów na temat "Powrotu do ojczyzny". "Heimkehr" widziałem w kinie tylko raz. Było to w Niemczech na zamkniętym pokazie z historykiem, który przed projekcją wyjaśniał że film jest stricte propagandowy i wybitnie antypolski, oraz w całości nieprawdziwy (takich słów nie użył, ale tak można było to odebrać). Teraz powiem kilka słów na temat historii jego powstania i pokrótce opiszę treść tego filmu. 

Zaczęło się właściwie od krótkiej notatki w dzienniku z 18 stycznia 1940 r. Pod tą datą szef ProMi (Ministerstwa Propagandy Rzeszy) Joseph Goebbels zanotował: "Himmler opowiada o przesiedleniu Niemców wołyńskich. Robią oni dobre wrażenie pod względem rasowym i mają nadzwyczaj dużo dzieci". Te kilka niewiele znaczących słów, stało się inspiracją dla nakręcenia wielkiego filmu wołyńskiego, mającego być gloryfikacją niemieckich kolonistów na wschodnich rubieżach Polski, oraz niemczyzny w ogóle. Wiadomo że Goebbels rozmawiał na temat przesiedlenia Niemców wołyńskich z Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem, który na przełomie grudnia 1939 i stycznia 1940 r. nadzorował ową akcję przesiedleńczą (przesiedlanie Niemców z "terenów dawnego państwa polskiego", następowało na podstawie umowy niemiecko-sowieckiej z 28 września 1939 r.). W akcji tej brał także udział Hanns Johst, który wrażenia z Polski opisał w książce: "Wołania Rzeszy, echo narodu. Podróż na Wschód w 1940 r." Publikację tę Goebbels zapewne także przeczytał.

Rozpoczęto więc zakrojone na szeroką skalę przygotowania, zatrudniono całą masę wybitnych fachowców i sławnych aktorów. Film miał w założeniu szefa ProMi "udokumentować" ciężkie położenie niemieckich osadników na Wschodzie Europy, oraz ich przywiązanie do niemieckiej ojczyzny, jak również ich niezachwianą wiarę w pomoc i opiekę Führera. Wzorowano się po części na wcześniejszych tego typu produkcjach, jak "Flüchtlinge" ("Uciekinierzy") z 1933 r. w reżyserii Gustawa Ucickyego, z udziałem popularnych wówczas aktorów - Hansa Albersa i Kathe von Nagy. Film opowiadał o ucieczce Niemców z terenów ZSRS, które stało się możliwe dzięki wzorowej wewnętrznej dyscyplinie tamtejszych członków NSDAP, dzięki którym niewinni Niemcy uciekli przed zbrodniczymi bolszewikami. Bardzo podobny w swym przekazie był film z 1935 r. w reżyserii Petera Hagena (a w zasadzie Williego Krausego, który używał pseudonimu "Peter Hagen"). Film pod wdzięcznym tytułem: "Friesennot" ("Niedola Fryzów") z udziałem Friedricha Kaysslera i Ilse Fürstenberg. Film opowiadał o napaści na niemiecką wieś na terenach Związku Sowieckiego, zaatakowanej przez bolszewickich podpalaczy. W filmie mieszkańcom udaje się uciec i przedostać do Persji. Ten film po ataku Niemiec na ZSRS otrzymał nowy tytuł: "Dorf im roten Sturm" ("Czerwony atak na wieś"). 






To właśnie te filmy miały posłużyć za wzór dla "Heimkehr". Reżyserem został twórca "Uciekinierów" - Gustaw Ucicky, autorem scenariusza pisarz Gerhard Menzel (był również autorem scenariusza "Niedoli Fryzów"). I rozpoczęły się zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nakręcenia tego filmu. Jako ciekawostkę mogę zdradzić że przy kręceniu tego filmu uczestniczył w charakterze oficera łącznikowego Wehrmachtu, podporucznik Wilm Hosenfeld (znany nam z filmu "Pianista"), Niemiec który później uratuje życie polskiemu kompozytorowi Władysławowi Szpilmanowi. Długo poszukiwano miasteczka w którym można by było nakręcić filmowe sceny. Wreszcie 5 września 1940 r. w pobliżu wschodniopruskiej granicy międzywojennej Polski, znaleziono idealne miejsce. Było to miasteczko Chorzele niedaleko Przasnysza (wcześniej ekipa odwiedziła Mińsk Mazowiecki, Węgrów, Wyszków, Białą Mazowiecką, Brzeziny, Łódź, Kalisz, Poznań i Mrągowo). Zaś dawny gabinet ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józefa Becka w warszawskim Pałacu Brühla, posłużył jako przykład dla scenografa - Waltera Röhriga, dla stworzenia podobnego gabinetu do filmu.

Zdjęcia rozpoczęto z początkiem października 1940 r. Na potrzeby zdjęć zbudowano makietę rynku miejskiego. Jedna z mieszkanek Chorzeli tak oto zapamiętała wizytę ekipy "Wien-Film" w owym miasteczku: "Osoba wysłana przez tak zwane prezydium przeszła się z dzwonkiem przez ulice zapowiadając wizytę artystów z Wiednia, zamierzających kręcić film. Ludność została zobowiązana do stawienia się określonego dnia na rynku (...) z koszykami pełnymi jajek i kurcząt, aby w ten sposób pokazać jak wygląda normalne życie w Chorzelach. (...) Niemcy wybudowali tam prowizoryczny budynek szkoły i zajazdu. Założyli też ogród ze sztucznymi drzewkami owocowymi. Chociaż wtedy była jesień, drzewka stały w kwiatach. W pobliżu dzisiejszego cmentarza wyrósł prowizoryczny most, który miał odgrywać rolę mostu granicznego. Po polskiej stronie mostu domy były zapuszczone i biedne, po niemieckiej piękne i okazałe (...) Polaków nakłoniono do wykonywania normalnych czynności, które zostały przerwane przez nagłe przybycie "polskich żołnierzy". Byli to niemieccy aktorzy w polskich mundurach."




Relacje między mieszkańcami miasteczka a przybyłymi filmowcami układały się raczej pozytywnie, a co najważniejsze, na czas trwania zdjęć przerwano w miasteczku łapanki i wywozy do obozów. Do zdjęć zostali zaangażowani prócz Polaków, także niektórzy Żydzi, choć zostali oni pokazani w filmie (zresztą podobnie jak Polacy) jako nieczuli na niemiecką niedolę, a nawet jako sprawcy gwałtów (jak w scenie w której Polacy wyrzucają wyposażenie niemieckiej szkoły na zewnątrz. Ławki, tablica, globus, a nawet klatka z żywym kanarkiem zostały ułożone w stos, który oblewa naftą młody Żyd, a podpalają jego polscy koledzy). Kadr filmu pokazuje następnie przyglądających się całemu wydarzeniu grupę mieszkańców miasteczka (wśród których są oczywiście zadowoleni brodaci Żydzi).

Wielu Żydów zostało zmuszonych do uczestnictwa w tym filmie. Jako zapłatę dostawali jedynie posiłek, ale i to było wówczas bardzo dużo (pracujący przy filmie Polak zeznał po latach, że pewnego dnia spotkał młodą Żydówkę grającą w jednej ze scen, która w swym fartuchu ukryła kilka kawałków węgla. Po skończonym dniu poszedł za nią i dotarł do niewielkiej chatki, prawie lepianki, w której żyła z mężem i czworgiem małych dzieci. Te kilka kawałków węgla miało posłużyć na ogrzanie rodziny. Gdy kobieta ujrzała mężczyznę, upadła przed nim na kolana, błagając by jej nie wydawał (za kradzież groziła bowiem śmierć dla całej rodziny). Polak dał kobiecie trochę chleba i kawałek kiełbasy, które miał schowane na późniejszy posiłek. Miał tylko tyle. Owym Polakiem był Robert Czerny, po wojnie polski reżyser.

Film przede wszystkim przedstawia polskie okrucieństwo wobec niemieckich mieszkańców miasteczka, ale również (choć dość rzadko) pokazane są "negatywne cechy żydostwa". Jak choćby scena, w której główna bohaterka - Maria Thomas (w tej roli austriacka aktorka, która po wojnie stwierdziła że "została zmuszona" do uczestnictwa w tym filmie - Paula Wessely), spotyka na rynku starego Żyda Salomonsona, który próbuje namówić ją do kupna paryskich koronek. Maria odmawia, mówiąc: "Nie Salomonson, przecież Pan wie że my nie kupujemy u Żydów", lecz Żyd nie ustaje, chwali przy tym "wielkość i uczciwość" narodu niemieckiego, Hitlera nazywa "genialnym człowiekiem", dodaje jednak z żalem, iż nie chce on niczego się dowiedzieć o "biednych Żydach". Maria odpowiada: "Napiszemy mu o tym Salomonsonie" i odchodzi, a Żyd zmienia ton i zaczyna przeklinać Niemców.

Jednak przedstawienie ludności żydowskiej w negatywnym świetle, było niczym w porównaniu z tym, jak pokazano Polaków. Wśród wielu postaci polskich mieszkańców, żołnierzy, policjantów, nie sposób znaleźć choćby jednej, obdarzonej pozytywnymi przymiotami. Pierwszą, szczególnie negatywną postacią, jest polski burmistrz miasteczka. Gdy Maria Thomas udaje się do niego, by upomnieć się o zwrot zarekwirowanej przez policję - niemieckiej szkoły, taka oto nawiązuje się między nimi konwersacja: 

(Bawiący się pejczem burmistrz): "Panno Thomas, Pani jest Polką, korzysta Pani z praw przysługujących polskiej obywatelce", (Maria): "Tak, na tej podstawie zostaliśmy okradzeni?", (Burmistrz): "Polska żywi Panią, posiada Pani polski paszport. Skąd więc twierdzenie że jest Pani Niemką?", (Maria): "Przecież mówię po niemiecku", (burmistrz z ironicznym uśmieszkiem): "Ja w tym momencie też. I co z tego?", (Maria): "Niemiecki jest moim językiem ojczystym. Nasi przodkowie, którzy tutaj przywędrowali, byli Niemcami. Wtedy ten kraj był rosyjski. Czy my, mam na myśli moich przodków, staliśmy się przez to Rosjanami? Nie sądzę, no bo jak?A przecież korzystali oni z praw obywateli Rosji, państwo to ich żywiło, mieli rosyjski paszport". (Burmistrz w gniewie uderza pejczem w stół): "Ten kraj był zawsze polski. Był jedynie przez pewien okres uciemiężony, ale te czasy minęły - absolutnie minęły. Na zawsze. Proszę to sobie uzmysłowić. Wszystko, co znajduje się w obrębie naszych granic, jest polskie. Nie ścierpimy żadnej irredenty. Żadnych zagrażających państwu doktryn o tak zwanej narodowości. Wiemy dokładnie o co tutaj chodzi. Po wydarzeniach w Czechosłowacji..." (następuje hałas na korytarzu. Burmistrz sięga po strzelbę, mówiąc): "Sprowadziła Pani pomoc, aby mnie zastraszyć. To bezczelność i głupota. Presja wywołuje represję". (Do gabinetu wdzierają się miejscowi Niemcy, którym Maria każe wyjść. Burmistrz mówi): "Sądzi Pani, Panno Thomas, że takie demonstracje pomogą w załatwieniu Pani problemu?" (Maria): "Ludzie mieli dobre, a nie złe intencje. Chcę tylko powiedzieć że zastrzegamy sobie dalsze kroki w naszej sprawie".


Prócz burmistrza (który ukazany zostaje jako zdradzający objawy choroby nerwowej), jest również pokazany woźny magistratu - Antek, jako przygłupi germanofob , bezduszny sekretarz wojewody łuckiego, cyniczny polski minister spraw zagranicznych (o wyglądzie Józefa Becka, pełniącego tę funkcję w latach 1932 - 1939), są brutalni polscy policjanci i żołnierze, a także w ogóle cały "polski motłoch" (czyli mieszkańcy miasteczka) nastawiony wybitnie antyniemiecko, o morderczych instynktach. Goebbels chciał, by ukazać Polaków w jak najgorszym świetle, jako ludzi u których okrucieństwo miało tkwić w samej ich naturze. Zresztą Polacy prócz swego okrucieństwa pokazani zostali również jako prawdziwe prymitywy, nieczułe na ludzką (oczywiście niemiecką) krzywdę, czego dobitnym przykładem jest scena, podczas której grupa "polskich wyrostków" strzela do przejeżdżającego bryczką dr. Thomasa (oczywiście Niemca, ojca Marii), co doprowadza go do utraty wzroku. Równie odpychającą sceną jest ukamienowanie Marthy Launhard, której grupa "polskich troglodytów" ściąga z szyi wisiorek w kształcie swastyki. Następnie zarzucenie sieci na przewożonych w odkrytej ciężarówce miejscowych Volksdeutschów, oraz próba ich wymordowania przez odhumanizowanych polskich żołnierzy w więziennej piwnicy, przy użyciu karabinu maszynowego.




W miejscowym kinie, również ukazany został przykład "polskiego zezwierzęcenia", gdy podczas projekcji filmowej słychać polski hymn, wszyscy widzowie powstają z miejsc i śpiewają Mazurka Dąbrowskiego. Jedynie Maria, jej narzeczony (dr. Mutius) i przypadkowo spotkany znajomy tej dwójki, miejscowy Niemiec (ubrany w mundur Wojska Polskiego w związku z zarządzoną mobilizacją) stoją w zupełnym milczeniu ze spuszczonymi głowami, co jedynie powoduje agresję wśród Polaków, którzy krzyczą aby: "wymordować te przeklęte niemieckie świnie". Wkrótce dochodzi do bójki która przemienia się w lincz, w wyniku którego ciężko ranny zostaje dr. Mutius. Marie błaga wszystkich (polskich policjantów, sekretarza wojewody i wreszcie sanitariuszy w polskim szpitalu), do udzielenia pomocy pobitemu Niemcowi... bezskutecznie. Marie, wraz z ciężko rannym dr. Mutiusem, zostaje wyrzucona ze szpitala. Na ulicy narzeczony Marie umiera przy widocznym zadowoleniu żydowskiej gawiedzi.  

Wreszcie wszystkich miejscowych Niemców (z Marie na czele) zamyka się w lochach polskiego więzienia, gdzie zrezygnowani oczekują na śmierć. Otuchy dodaje im właśnie Marie Thomas, która wygłasza wizjonerski monolog o niewzruszonej więzi z niemiecką ojczyzną. Marie mówi: "Bo przecież nie tylko żyjemy niemieckim życiem, ale również umieramy niemiecką śmiercią. I jako umarli pozostajemy Niemcami i stajemy się częścią Niemiec, niczym skiba ziemi pod zasiew ziarna dla wnuków, a z naszego serca wyrasta winna latorośl w stronę słońca". Dzięki tym słowom miejscowi Niemcy nabierają ekstatycznego uniesienia, które przerywa... pojawienie się samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach, bombardujących Łuck. Przybywają też niemieckie czołgi, które rozwalają bramę miejscowego więzienia, podczas gdy polscy żołnierze i policjanci rzucają się do panicznej ucieczki. Niemcy zostają uratowani i nareszcie mogą... zjednoczyć się z Hitlerem. Zresztą Goebbels rozpływał się w pochwałach nad tym filmem, mówiąc: "Film jest wstrząsający i wzruszający zarazem. Stanowi wychowawczą lekcję dla całego narodu niemieckiego (...) A scena w piwnicy polskiego więzienia, jest według mnie w ogóle najlepsza ze wszystkich, jaką kiedykolwiek nakręcono".

"Heimkehr" był pokazywany z niezwykłą pompą we wszystkich niemieckich kinach i również promowany za granicą (we Włoszech oraz w okupowanej przez Niemców Holandii i Francji). Otrzymał też wiele nagród, z tytułem: "Filmu Narodu", przyznawanym przez szefa ProMi (czyli oczywiście Goebbelsa). Sam reżyser otrzymał osobiście od Goebbelsa - 115 tys. reichsmarek, oraz "pierścień honorowy niemieckiego filmu", pozostali aktorzy otrzymali dużo mniejsze sumy. Ale na tym nie koniec, Joseph Goebbels był tak zadowolony z tej swojej propagandówki, że zaprosił całą ekipę filmową do swej luksusowej rezydencji, położonej na półwyspie Schwanenwerder na jeziorze Wannsee. 

Na ziemiach polskich okupowanych przez Niemców, pierwszą projekcję tego filmu wyświetlono 26 października 1941 r. w Krakowie, w drugą rocznicę ustanowienia na ziemiach polskich Generalnego Gubernatorstwa. Podczas tej projekcji, była obecna cała ekipa filmowa, którą nazajutrz generalny gubernator Hans Frank zaprosił na Wawel. Jak reagowała na ten film ludność niemiecka? Dziś trudno jest opisać prawdziwe reakcje, gdyż obowiązywał przykaz entuzjastycznej akceptacji i pochwał, jednak w dzienniku Aleksandra Hohensteina (niemieckiego komisarza kilku gmin w okolicach Pabianic w latach 1940 - 1942) znalazły się dość ciekawe informacje nie tylko o samym filmie, lecz przede wszystkim o jego odbiorze, które Hohenstein ukazuje jako... dopiero czekające Niemców w przyszłości, za ich zbrodnie. Oto one (cytuję fragmenty): 


"To osobliwe siedzieć między Polakami i widzieć na ekranie wybuchy nienawiści tych samych Polaków, słyszeć ich pieśni bojowe. Przyjęliśmy ten film z mieszanymi uczuciami. Wydało mi się, że oto pokazano nasz przyszły los. Czy nie jest wielką niezręcznością dawać do obejrzenia nam, którzy muszą żyć w takiej samej strefie zagrożenia, tego rodzaju materiał? Oglądamy przecież ten "film" inaczej niż szukający rozrywki mieszkańcy Rzeszy, którzy egzystują z dala od zasięgu kul. Inaczej, bo większość spośród widzów - Niemców zagranicznych - odczuła to wszystko na własnej skórze. Jeszcze nie całkiem zabliźnione, często głębokie rany zostały znowu rozdarte (...) Być może w sposób niezamierzony, film ten zwrócił uwagę na poważne zagrożenie ich sytuacji życiowej. Nie nazywając rzeczy po imieniu, pokazano groźbę politycznej eksplozji w przyszłości. Powstania narodowe Polaków są całkowicie prawdopodobne, to wynika z polskiej historii (...) A może chciano za pomocą tego filmy, pobudzić w Kraju Warty nowe wybuchy nienawiści przeciwko Polakom? Byłoby to nieodpowiedzialne, gdyż każda presja ma swoje konsekwencje, również o charakterze moralnym. Od czasu kiedy tu urzęduję, zwalczam słowem i przykładem przejawy politycznej nienawiści, zabiegam o wzajemne zrozumienie grup etnicznych, o duszę każdego człowieka bez względu na jego pochodzenie narodowe. Czynię to świadomie wbrew stanowisku partii. To, co zbudowałem w ciągu miesięcy, ten film może zniszczyć w ciągu godzin. Widziałem na sali Polaków, mimo zakazu wstępu dla nich, a także tak zwanych Volksdeutschów, którzy są tak spolonizowani, że mogli w filmie zrozumieć jedynie polskie pieśni i zdania wypowiadane w tym języku. Jest dla mnie jasne, w którą stronę ci ludzie się zwrócą, jeśli staną przed alternatywą polityczno-narodową. Podobnie jak nie mam wątpliwości, że okoliczni Polacy będą już jutro rano znali treść tego filmu i zawarte w nim tendencje. Jeśli nie było zamiaru wzniecania za pomocą tego filmu uczuć nienawiści, to trzeba określić jego projekcję tu, w Kraju Warty, dla niewielkiej mniejszości niemieckiej, egzystującej pośród tak bardzo uciemiężonej ludności polskiej, mianem politycznej nieodpowiedzialności, która może przynieść gorzkie, krwawe owoce (...) Biada nam, jeśli mielibyśmy znowu przegrać światową wojnę".


Jednak wielu innych Niemców reagowało na ten film zupełnie inaczej, biorąc go za absolutną prawdę, żądając zaostrzenia kursu wobec ludności polskiej, a w Płocku po emisji filmu urządzono prawdziwy pogrom Polaków, zabijając kilkanaście osób.

W filmie tym wystąpili również polscy, przedwojenni aktorzy, których do obsady ściągał Igo Sym (syn Polaka i Austriaczki, po 1918 r. osiedlił się w Polsce, gdzie zdobył niesamowitą popularność jako aktor, amant i symbol seksu - był niezwykle przystojny. Po niemieckim ataku na Polskę, Sym zgłosił się do Straży Obywatelskiej i pomagał przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Jednak już po upadku stolicy i klęsce poniesionej w walce z niemieckim i sowieckim najeźdźcą, Sym bardzo szybko ujawnił się jako Volksdeutscher. Stał się z nadania niemieckich władz okupacyjnych - dyrektorem teatrów warszawskich, wyjątkowa szuja i konfident, wydawał w ręce Gestapo polskich aktorów podejrzewanych o kontakty z Podziemiem Niepodległościowym. Wreszcie wydany został na niego wyrok śmierci podziemnego Wojskowego Sądu Specjalnego. Wyrok został wykonany 7 marca 1941 r. w jego mieszkaniu, przez podporucznika Romana Rozmiłowskiego, będącego w towarzystwie jeszcze dwójki innych podoficerów w cywilu. Po jego śmierci Niemcy rozpętali w Warszawie krwawe represje, zabijając 21 osób - w tym dwóch profesorów Uniwersytetu Warszawskiego - w Palmirach. Igo Sym, co wyszło dopiero potem, był niemieckim agentem na długo przed wybuchem II Wojny Światowej).


IGO SYM



Polscy aktorzy byli zastraszani albo przekonywani do udziału w tym filmie pieniędzmi, choć gaże Polaków - w porównaniu z Niemcami - były niezwykle skromne, ale w czasie okupacyjnej rzeczywistości, gdy kostka masła czy kawałek kiełbasy dochodził do niebotycznych cen, przydać mogły się każde pieniądze. W każdym razie podaję listę polskich aktorów, którzy wystąpili w filmie "Heimkehr": Tadeusz Żeński (minister Beck), A. J. Horwath (sekretarz wojewody łuckiego), Józef Kondrat - wuj aktora Marka Kondrata (Antek - woźny magistratu), Michał Pluciński (policjant), Bogusław Samborski (burmistrz wołyńskiego miasteczka), Edward Wejsis (wartownik w polskim więzieniu), Juliusz Łuszczewski (agresywny Polak w kinie), Stefan Golczewski (strażnik polskiego więzienia bijący Niemców), Bolesław Dominiak (strażnik polskiego więzienia), Wanda Szczepańska (bileterka w kinie), Stefania Krokowska (agresywna Polka w kinie) i Hanna Chodakowska oraz Stefania Stoińska (kasjerki w kinie).

Polskie Państwo Podziemne już w końcu marca 1941 r. określiło udział aktorów polskich w tej hitlerowskiej propagandówce jako: "niepojętą wprost obrzydliwość", a w grudniu 1942 r. sąd podziemny nałożył karę infamii (pozbawienia czci) na Bogusława Samborskiego, Józefa Kondrata, Michała Plucińskiego i Hannę Chodakowską za: "czynny udział w nagrywaniu filmu niemieckiego (...) o treści propagandy antypolskiej, połączonej z lżeniem narodu i Państwa Polskiego". Nagana zaś została wymierzona: Pichelskiemu, Dominiakowi, Wesołowskiemu i Grolickiemu za współudział (uczestniczyli jako statyści). Józef Kondrat wyraził skruchę i pragnąc odpokutować swój udział w tym filmie, przyłączył się do oddziału partyzanckiego, Samborski uciekł do Wiednia, a po wojnie przez jakiś czas pozostał we Francji, a potem (najprawdopodobniej) wyjechał do Argentyny. Większość aktorów stanęła dopiero przed sądem już w Ludowej Polsce, po zakończeniu Wojny. Część z nich otrzymała wyroki do 12, 5 i 3 lat więzienia, na dożywocie (zaocznie) sąd skazał Samborskiego, większa część jednak aktorów występujących w tym filmie uniknęła więzienia, a niektórzy (jak choćby Michał Pluciński) wzięli udział w ekranizacji "Krzyżaków" z 1960 r. w reżyserii Aleksandra Forda - Pluciński notabene zagrał tam polskiego rycerza. 





"HEIMKEHR" - TA PROPAGANDÓWKA FILMOWA, OTWIERA LISTĘ ANTYPOLSKICH FILMÓW, KTÓRE ZAMIERZAM ZAPREZENTOWAĆ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH TEJ SERII




CDN.
 

09 września 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVIII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXV



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIII






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIII



DEWARIM
(753 - 586 r. p.n.e.)
Cz. I






 "Wszak on cię uczynił, umocnił, na dawne dni sobie wspomnij. Rozważajcie lata poprzednich pokoleń. Zapytaj ojca, by ci oznajmił, u twoich starców, niech ci powiedzą" - jest to credo z "Księgi Prawa", odnalezionej przez kapłana Hilkiasza w osiemnastym roku panowania króla Judy - Jozjasza (czyli ok. 622/621 r. p.n.e.), spisanej zapewne w latach czterdziestych VIII wieku p.n.e. Kończył się czas proroków którzy swe przekazy ogłaszali ustnie, nadchodził zaś czas "Słowa" (Dewarim), nadchodził czas spisania Powtórzonego Prawa, będącego trzecim z czterech podstawowych źródeł z których składa się pierwsze pięć ksiąg Biblii. Był to też czas kolejnych wielkich proroków - Izajasza i Jeremiasza, będących następcami Amosa i Ozeasza (a wcześniej Eliasza i Elizeusza). W okresie tym mocno podupadło Królestwo Północne. Z chwilą śmierci Jeroboama II (754 p.n.e.) na tron wstąpił jego syn Zachariasz, który jednak został obalony i zamordowany przez człowieka o imieniu Szallum, ten zaś zginął z ręki kolejnego władcy Izraela - Menachema (753 r. p.n.e.). Tym samym nastał czas niepokoju dla Północy. Na Południu było znacznie lepiej (jak to mówił komisarz Ryba w "Kilerze": "niewiele lepiej, ale lepiej" 🤭).




Póki na tronie w Jerozolimie panował Ozjasz (Azariasz) Królestwo to w dalszym ciągu rozkwitało. Umocnił on Jerozolimę, stworzył zawodową armię, zbudował pierwszy judzki port morski w Ecjon-Gewer. Za jego rządów kwitło rzemiosło i handel a kraj zasiedlali nowi rolnicy, którym władca oddawał ziemię w zamian za niewielkie opłaty z tego tytułu. Ale król ten podupadł na zdrowiu. Okazało się bowiem że zachorował na trąd, a to oznaczało że musiał być izolowany w swym pałacu zarówno od dworzan, jak i od poddanych. Kapłani Świątyni Jerozolimskiej twierdzili, że choroba króla to kara Boga za świętokradztwo którego się dopuścił, a mianowicie miał on osobiście złożyć w Świątyni ofiarę kadzielną Jahwe, a mogli to czynić jedynie kapłani. Ponieważ król był całkowicie odizolowany, a choroba jego trwała długo (prawie 10 lat), obowiązki regenta objął jego syn - Jotam (ok. 750 r. p.n.e.). Nad Judą wówczas znów pojawiły się czarne chmury. Pomimo okresu stabilizacji i pomyślności z czasów świetności rządów Ozjasza, Królestwo Południowe nie było w stanie podporządkować sobie miast państw Filistei, teraz zaś było to już niemożliwe, ponieważ Filistea rosła w siłę i znów (po prawie dwustu latach od czasów inwazji egipskiej faraona Szeszonka) dążyła do ponownego podporządkowania sobie dawnego obszaru swoich wpływów. Poza tym rosła w siłę Asyria. To Królestwo, które jeszcze niedawno było w rozsypce, podzielone i rozbite, a także z północy wypierane ze szlaków handlowych przez Urartyjczyków, teraz ponownie się skonsolidowało i dążyło do ekspansji jakiej nie widzieli poprzedni władcy spod znaku boga Assura. Bowiem po śmierci króla Adad-Nirari III (783 r. p.n.e.) Asyria coraz bardziej staczała się w otchłań chaosu. Kraj rozpadał się, targany wewnętrznymi dążeniami poszczególnych tartanów (jak choćby Szamsziilu) do zgromadzenia jak największej władzy w swoich rękach, a kolejni władcy nie byli w stanie sobie z tym problemem poradzić. Po Adad-Nirari III nastał jego syn Salmanasar IV (panował do 772 r. p.n.e.), a następnie jego brat Aszur-dan III. To właśnie za jego panowania, dnia 15 czerwca 763 r. p.n.e. miało miejsce zaćmienie słońca (co uznano za zły omen dla przyszłości Królestwa). Ale ani on, ani kolejny jego brat Aszur-nirari V (panował w latach 754-745 p.n.e.) nie byli w stanie zaradzić osłabieniu ich państwa.




Ten ostatni, gdy tylko wstąpił na tron w Kalchu, od razu musiał się konfrontować z potężnym władcą Urartu - Sardurem III Wielkim (panował w latach 765-733 p.n.e.), który do tej pory skutecznie odciął Asyryjczyków od Morza Śródziemnego, (zwanego wówczas Wielkim Morzem lub też Morzem Górnym, albo Morzem Zachodnim - w zależności od tego, kto wody te opisywał), a także od szlaków handlowych wiodących do Anatolii i do Syrii. Szczególnie utrata anatolijskich kruszców oraz możliwości pozyskiwania stamtąd wyśmienitych koni (których używała asyryjska jazda) bardzo źle odbiło się na kondycji całego państwa. Jednak gdy Urartyjczycy zaczęli wdzierać się do północnej Syrii, czyli naturalnej drogi ekspansji Asyryjczyków, zagroziło to bezpośrednio samemu Królestwu. Jednym z największych władców tamtych ziem był niejaki Mati'el, który teraz wybrał sobie nowego pana i zamiast wysyłać daninę do Kalchu, słał ją do Tuszpy nad jeziorem Wan (stolicy Królestwa Urartu). Zaraz więc po swej intronizacji Aszur-nirari V wysłał list pełen pogróżek do Mati'ela z Malatii, w którym ostrzegał go aby nie próbował podporządkowywać się Urartyjczykom bo jeśli to uczyni, czeka go okrutna kara z ręki synów boga Assura. Asyryjski władca odnosił się również do sił nadprzyrodzonych w przypadku gdyby Mati'el nie podporządkował się jego woli. Były tam bowiem różne zaklęcia, które miały przynieść owemu władcy zgubę, gdyby nie podporządkował się woli "wielkiego Assura". To też pokazuje jak bardzo upadła siła Asyrii w tamtym czasie, bowiem jeszcze dziad Aszur-nirari V - Szamszi-Adad V nie słałby żadnych listów ani pogróżek ani tym bardziej zaklęć mistycznych, tylko po prostu najechałby kraj Mati'ela, jego samego wbił na pal a ludność albo wymordował albo uprowadził w niewolę. Jaki był więc efekt listu wysłanego przez Aszur-nirari V? Ano taki, że Mati'el podporządkował się Sardurowi, całkowicie bagatelizując groźby płynące z Kalchu (inna sprawa że prawdopodobnie nie uczynił tego z własnej woli, a zapewne stało się tak pod wpływem najazdów Urartyjczyków na jego ziemie). Sardur zaatakował również ziemie należące do niejakiego Bargaji z Bit Agusi i na nim wymusił podobny układ, z tym tylko że Bargaji uzależnił związek z Urartu od układu o wzajemnej pomocy, który brzmiał m.in. tak: "A jeżeli jeden z mych braci, jeden z członków mej ojcowskiej dynastii, jeden z moich synów, jeden z moich urzędników, mych oficerów lub jakikolwiek człowiek z tych, którzy mi są poddani, albo któryś z mych wrogów zapragnie mej głowy, aby mnie zabić i zabić mego syna i me potomstwo - Jeżeli oni mnie zabiją, ty winieneś przybyć sam i pomścić krew mą na dłoniach mych wrogów".




Pomimo swoich gróźb, Aszur-nirari V nie wyprawił się zbrojnie przeciw Mati'elowi. Panował prawie dziesięć lat (do 745 r p.n.e.), a przez ten czas nigdy nie opuścił Kalchu, mało tego, prawie nie opuszczał własnego pałacu. W kraju tymczasem nie działo się dobrze. Odcięty od szlaków handlowych wiodących do Anatolii i Syrii, a także do Egiptu, kraj boga Assura popadał w ruinę i to dosłownie. Poddani króla z Kalchu znacznie zbiednieli i to nawet ci, którzy do tej pory pławili się w bogactwach. W całym kraju zaczęły się więc bunty i zamieszki. Wreszcie w samym Kalchu zawiązał się spisek który przerodził się w jawny bunt (746/745 p.n.e.). przewodził mu niejaki Pul, który wyniesiony został przez oficerów niezadowolonych z bezczynności, jaka zapanowała za ostatnich władców i znacznego zubożenia kraju, a przede wszystkim z braku łupów. Bardzo szybko doprowadzono do usunięcia Aszur-nirari V a wraz z nim wymordowano również innych członków jego rodziny. Nowym królem Asyrii został teraz Pul, który przybrał nowe imię tronowe Tiglat-Pilesara III (jako nawiązanie do pierwszego władcy który nosił to imię, a który panował w latach 1114-1076 i był twórcą środkowego państwa asyryjskiego). Kim był Pul? do dziś nie wiadomo. Prawdopodobnie jednak pochodził z rodu królewskiego, gdyż sam twierdził że wywodzi się od Adad-Nirari III (może ojciec Pula był nieślubnym synem Adad-Nirari III?). Ale może było to tylko propagandowe nawiązanie do poprzedniej dynastii, jako że gdyby nie było bezpośredniego połączenia krwi, to każdy inny oficer czy urzędnik mógłby również w przyszłości zrzucić z tronu Pula/Tiglat-Pilesara i sam ogłosić się władcą. Bez wątpienia jednak nowy władca odznaczał się zdolnościami organizacyjnymi i inteligencją, a po latach rządów słabych władców, stery ujął teraz człowiek, który wyprowadził Asyrię z kryzysu i wprowadził ją na drogę potęgi, jakiej nie zaznała ona nigdy wcześniej. A wszystko to działo się w okolicznościach jakże niesprzyjających, bowiem wciąż istniała potężna dominacja Urartyjczyków, na południu zaś sytuacja była bardzo niepewna, zaś nad Babilonią utracono kontrolę. Lud domagał się szybkich i zdecydowanych reform i tak też się stało.




Rozpoczął więc od reformy wojska. Do tej pory bowiem armia asyryjska składała się z pospolitego ruszenia, wyprawy zaś odbywano najczęściej latem, po zakończeniu żniw (gdyż żołnierze to byli przede wszystkim rolnicy, zaś żniwa miały miejsce w maju). Tiglat-Pilesar III wprowadził teraz armię zawodową (kisir szarruti), która była gotowa do akcji w każdej chwili i w różnych regionach kraju. Trzon armii stanowili nadal chłopi, ale chłopi bezrolni i zubożali, którzy teraz swą karierę upatrywali w służbie wojskowej (a nie jak do tej pory była ona tylko uciążliwym dodatkiem do pracy na roli - choć może nie zawsze takim uciążliwym, bowiem zdobyte w kampanii wojennej łupy zawsze się przydawały). Oczywiście w dalszym ciągu zwoływano chłopów na wyprawy wojenne, ale byli oni już tylko dodatkiem do armii regularnej. Armię tę finansował w całości ze swego skarbu sam król, zaś umundurowanie owych jednostek było w pełni asyryjskie. Tylko Asyryjczycy służyli też w rydwanach i w jeździe, do piechoty zaś brano również przedstawicieli innych nacji. Tiglat-Pilesar III stworzył też formację ochronną dla siebie samego, byli to tzw. sza szepe ("Niepokonani"), a wzorując się na nich następnie władca Babilonu Nabuchodonozor II stworzy własną formację "Walecznych", Persowie zaś potem stworzą swoich "Nieśmiertelnych" (z którymi przyjdzie się zmagać choćby Spartanom Leonidasa pod Termopilami w 480 r. p.n.e.).




 Najpotężniejszą bronią Asyryjczyków były oczywiście rydwany bojowe (można je porównać do współczesnych czołgów, albo w mniejszej skali - karabinów maszynowych). Dla oddziałów piechoty rozpędzone rydwany, których konie swymi kopytami wzburzały piach, a piana toczyła im się z pysków, do tego łucznicy którzy z precyzją wypuszczali swoje strzały - wzbudzała przerażenie. W 10 minut dziesięć załóg rydwanów mogło skutecznie wyeliminować 500 i więcej żołnierzy przeciwnika, było to więc porównywalne do masakry, jakiej dokonały karabiny maszynowe w bitwie np. nad Sommą w czasie I Wojny Światowej. Nic zatem dziwnego że rydwany i jazda stały się elitą armii asyryjskiej. Pierwsze formacje bojowe rydwanów w armii asyryjskiej pojawiły się za czasów panowania Aszurnasirpala II (883-859 p.n.e.), choć oczywiście konie zaprzęgano do rydwanów znacznie wcześniej (w starożytnym Egipcie i w królestwach Mitanni oraz Hetytów miało to miejsce już w XVI wieku p.n.e.), ale mimo to w tamtym okresie nie jeżdżono jeszcze konno. Pierwotnie w ogóle konie trzymano ze względu na ich skóry i mięso, czyli wykorzystywano jak tuczniki, dopiero potem zaczęto się orientować że te zwierzęta znacznie lepiej służą do przewożenia wozów, niż woły czy osły, ale (szczególnie w Egipcie) praktycznie nie dosiadano ich okrakiem. Początkowo zaczęto jeździć na końskich zadach po to, aby skrócić sobie dystans podróży, ale było to bardzo niewygodne i uciążliwe (nie znano przecież siodeł), a poza tym trudno było się utrzymać w taki sposób na koniu. Mijały jednak dekady i zaczęto coraz bardziej zwierzęta te wykorzystywać nie tylko do formacji rydwanów, ale również do jazdy wierzchem. I tak się zaczęło.




Kolejną reformą jaką przeprowadził Tiglat-Pilesar III, była reforma administracji. Przede wszystkim zmniejszono granice istniejących prowincji dzieląc je na mniejsze jednostki i powołując niższych urzędników, którzy choć podlegli lokalnym satrapom, mieli jednak prawo słać listy z prośbami czy ze skargami bezpośrednio do króla. Aby poczta królewska mogła dobrze działać, w całym kraju zorganizowano system koni rozstawnych, co umożliwiło szybkie przemieszczanie się posłańców i wymianę koni. Owi urzędnicy byli teraz uszami i oczami króla na prowincji i mogli raportować o każdych niepokojących działaniach lokalnych gubernatorów. Tak samo było również wśród państw uzależnionych od Asyrii, gdzie na dworach tamtejszych władców również byli reprezentanci króla z Kalchu, którzy informowali go o wszystkim co się tam dzieje, a jednocześnie - jeśli dany władca płacił daninę regularnie, miał zapewniony spokój i bezpieczeństwo oraz ochronę ze strony samego wielkiego króla. W każdym razie Tiglat-Pilesar po przeprowadzeniu owych reform, natychmiast wyruszył na wyprawy wojenne, które były konieczne aby ponownie przywrócić Asyrii jej mocarstwową pozycję w regionie i zmusić dotychczasowych wasali do ponownego płacenia daniny. Dla Izraela i Judy nadeszły teraz ciężkie czasy.


BABILOŃSCY "WALECZNI" KRÓLA NABUCHODONOZORA II BYLI WZOROWANI WŁAŚNIE NA ASYRYJSKICH "NIEPOKONANYCH", A NA NICH WZOROWALI SIĘ PERSCY "NIEŚMIERTELNI"



CDN.

27 sierpnia 2026

HOLLYWOOD A POLSKA

W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ 





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać) jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog GAJ AKADEMOSA 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, choć często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II Wojny Światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.






HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")



I I Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów.




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich pilotach w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.









NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...