WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODKRYWCY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODKRYWCY. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2026

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. XI

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. IX






DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. VIII


 Narodziny Katarzyny (Aragońskiej) - 16 grudnia 1485 r., piątego i ostatniego żywego dziecka Izabeli i Ferdynanda (łącznie zaś siódmego), oraz czwartej córki, skutkowały tym, że para królewska postanowiła podziękować Bogu za szczęśliwe narodziny zdrowej dziewczynki i wybrała się w podróż do Estramadury, by tam podziękować Matce Bożej z Guadalupe (wybrano się tam już po Nowym Roku 1486 r.). Tam też przygotowywano się do kolejnej fazy działań wojennych z Emiratem Grenady. W tym czasie już ponad sto muzułmańskich twierdz (głównie w zachodniej części Emiratu, aż po góry chroniące Malagę) zostało zdobytych przez Kastylijczyków. Największym sukcesem było zaś zdobycie (22 maja 1485 r.) po ostrzale miasta z dział i katapult - Rondy, która to twierdza była "bramą do Grenady". Emirat walił się więc w gruzy, a do tego - ku rozpaczy alimów i wielu innych muzułmanów - trwała wewnętrzna wojna pomiędzy emirem al-Zagalem/Muhammadem XII a jego bratankiem Boabdilem/Muhammadem XI. Ten drugi, wypuszczony z hiszpańskiej niewoli (do której trafił po bitwie pod Luceną w kwietniu 1483 r. i przebywał tam przez kilka kolejnych miesięcy), złożył oficjalną przysięgę że w zamian za wsparcie monarchów katolickich w uzyskaniu przez niego tronu Emiratu, podporządkuje się Izabeli i Ferdynandowi i będzie spełniał ich polityczną wolę. Teraz jednak Boabdil złamał daną przez siebie przysięgę (choć grał na dwa fronty, jednocześnie twierdząc listownie że nadal wspiera Izabelę, szukał jakiegoś porozumienia ze swoim wujem, a jednocześnie wciąż z nim walczył). Wtedy też, pewnego mroźnego styczniowego popołudnia 1486 r. zjawił się w Estramadurze pewien dziwny gość. Miał ze sobą papiery polecające od księcia Medinacelego, którego bardzo zainteresowała propozycja, jaką ów mężczyzna proponował. Tym mężczyzną był niejaki Cristóbal Colón (Jak nazywano go w Hiszpanii), czyli Krzysztof Kolumb. Królowa Izabela przyjęła go na audiencji w klasztorze, w którym wraz z mężem mieszkali w Estramadurze. Izabela zapewne kojarzyła Kolumba jako człowieka wspieranego przez księcia Medina-Sidonia podczas jej wizyty w Sewilli kilka lat wcześniej (o czym już pisałem), teraz jednak list polecający Medinacelego (Medina-Sidonia bowiem ostatecznie przestał wspierać Kolumba, który zapewne często namawiał go do zorganizowania wyprawy morskiej do Indii płynąc cały czas na Zachód, uznał zapewne to za niedorzeczność i coś niezwykle kosztownego, a jednocześnie nie gwarantującego żadnego sukcesu) w niej ciekawość. Książę opisywał bowiem że istnieje możliwość odnalezienia drogi morskiej do Indii (a tym samym uniknięcia tureckich blokad na Morzu Śródziemnym i Czerwonym) kierując się cały czas na Zachód. Twierdził że już sławny geograf starożytności - Grek Klaudiusz Ptolemeusz twierdził, że Ziemia jest kulą i jeśli będziemy konsekwentnie podążać w jednym kierunku, to wrócimy do punktu wyjścia z drugiej strony (co prawda również Ptolemeusz - ojciec teorii heliocentrycznej - twierdził że Ziemia stanowi centrum Wszechświata i wszystkie planety wraz ze Słońcem krążą wokół niej, dziś już nie tylko wiemy że tak nie jest, ale zdajemy sobie również sprawę - a przynajmniej zaczynamy - że Ziemia leży tak naprawdę na uboczu Wszechświata i jest wiele znacznie lepszych miejsc do życia od naszej planety {oczywiście jest też wiele znacznie gorszych, ale to już zupełnie inny temat}. Dopiero Mikołaj Kopernik w swym dziele wydanym w roku 1543 i zatytułowanym "O obrotach ciał niebieskich" udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że Ziemia jest kulą oraz że to ona i inne planety obracają się wokół Słońca).




W każdym razie propozycja owego nawigatora (jak wówczas nazywano Kolumba), przedstawiona królowej przez księcia Medinacelego, zapewne mocno ją zafrapowała. Ów mężczyzna - Cristóbal Colón miał wówczas prawie 35 lat (oficjalnie twierdzi się że Krzysztof Kolumb urodził się w roku 1451, wydaje mi się jednak że ta data jest błędna, a nawet że celowo została przesunięta o kilka lat do tyłu. Prawdopodobnie Kolumb urodził się w roku 1454. Zresztą nieścisłość stanowi nie tylko data jego narodzin, ale również imię i nazwisko które nie było jego i które oficjalnie zaczął używać dopiero od roku 1488 {notabene podobnie jak Lenin, który również tak się nie nazywał, ale gdy jeszcze na długo przed Rewolucją roku 1905 wpadł mu w ręce skradziony paszport osoby o nazwisku Włodzimierz Lenin - taki też postanowił przyjąć pseudonim który odtąd stał się jego imieniem i nazwiskiem}. To bowiem właśnie w roku 1488 w swej korespondencji z królem Portugalii Janem II z dynastii Aviz, Kolumb po raz pierwszy użył tego właśnie nazwiska i tak już pozostało, chociaż być może (nieoficjalnie) używał go również i wcześniej. Tak więc ów mężczyzna, który w te mroźne styczniowe popołudnie stanął przed majestatem królewskim Izabeli Kastylijskiej, miał być synem Henryka Alemco i jego żony seniory Annes, szlachcianki z Algarve. Pierwotnie więc nadano mu imię Sigismundo Henriques Alemco (Zygmunt Henryk Alemco). W wieku ok. 15 lat młody Zygmunt Henryk poślubił portugalską arystokratkę Filipę Montez, której rodzina należała do zakonu rycerskiego Ordem Santiago de Espada. Gdyby Kolumb był (jak chcą zwolennicy oficjalnej narracji) zwykłym plebejuszem pochodzącym z rodziny tkaczy, ojciec Filipy Montez nigdy nie zezwolił by na jego ślub ze swoją córką. Musiał więc Kolumb odznaczać się szlacheckim pochodzeniem). Mamy więc mnóstwo różnych znaków zapytania jeśli idzie o życiorys jednego człowieka, gdyż nie zgadza się nie tylko jego data narodzin, ale również miejsce urodzenia (Kolumb nie miał nic wspólnego z Włochami i Genuą - i to mówię otwarcie, wychowywał się bowiem w Portugalii, gdzie też poślubił portugalską szlachciankę sam też będąc szlachcicem, a nie zwykłym synem tkacza - jak próbuje nas informować oficjalna historiografia), oraz imię i nazwisko.

Śmieszą mnie zresztą te wszystkie współczesne filmy, które pokazują że pomiędzy dobrze urodzonymi arystokratami czy szlachcicami a chłopami czy nawet mieszczanami nie było w zasadzie żadnej różnicy i prócz pozycji oraz pieniędzy nic ich nie różniło (jak bowiem twierdził Al Bundy: "Od Kennedych różnią nas tylko ich pieniądze). Przykładem niech będzie tutaj "Robin Hood" Riddley'a Scott'a z 2010 r. z główną rolą Russela Crowe. Tam jest pokazane, że jakiś wieśniak (Crow) podszywa się pod szlachetnie urodzonego Robina Logstride i zaczyna żyć jego życiem - i wszystko jest ok. wygłasza nawet jakieś republikańskie przemowy, nawołujące ludzi do równości itd. itp. Piękna bajka, zupełnie nie mająca i nie mogąca mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby bowiem realnie jakiś wieśniak podszył się pod szlachetnie urodzonego rycerza, to bardzo szybko... zostałby powieszony, gdyż wpadłby przy pierwszym spotkaniu. Taki rycerz bowiem musiał mieć kontakty, znajomych, przyjaciół i rodzinę którzy go znali - a nawet jeśli ich nie posiadał (co byłoby niemożliwe w średniowieczu), to oszusta szybko zdradziłyby maniery i zachowanie. Różnica pomiędzy szlachcicami a pospólstwem w średniowieczu była ogromna i była widoczna gołym okiem. Poza tym taki ktoś nie miałby pojęcia jak posługiwać się bronią (mieczem, tarczą lub oszczepem) i mógłby co najwyżej pchnąć kogoś nożem, a to i tak tylko wówczas, gdy tamten był nieprzygotowany na atak.




W 1485 r. Kolumb opuścił Portugalię i wyjechał do Kastylii (oficjalnie z powodu niechęci króla Portugalii w kwestii jego planów odnalezienia drogi do Indii płynąc cały czas na zachód. Realnie jednak jego cel był inny. Prawdopodobnie Kolumb zmienił imię i nazwisko po to, aby na kastylijskim dworze sprzedać bajeczkę, jakoby to król Portugalii był niewdzięczny, bo nie chciał sfinansować jego nowatorskich planów odkrycia lepszej i bezpieczniejszej drogi do Indii, niż opływając Afrykę). W Estramadurze królowej Izabeli Kastylijskiej i jej małżonkowi Ferdynandowi II Aragońskiemu przedstawił się jako Christophorus Colon, któremu król Portugalii - Jan II odmówił zorganizowania wprawy odkrywczej na Zachód w drodze do Indii. Już wówczas w Hiszpanii większość dworzan królowej Izabeli pukało się w czoło, mówiąc: "idiota, on chce płynąć na zachód, aby dotrzeć na wschód?". Nawet ci, którzy zakładali iż Ziemia może być kulista, nie wierzyli że płynięcie cały czas na Zachód, pomoże szybciej dotrzeć do Indii, niż opływając Afrykę (tym bardziej nie znano zagrożeń które tam mogą czyhać, a poza tym obawiano się że przez dłuższy czas nie będzie można dobić do żadnego brzegu aby uzupełnić prowiant i wodę, co może skończyć się tragicznie dla takiej wyprawy). Nic dziwnego że przez długie siedem lat Kolumb nie mógł dopiąć swego i przekonać władców Hiszpanii do swoich planów. Notabene, planów zapewne celowo wprowadzających w błąd, jako że sam z pewnością nie wierzył iż mógłby dotrzeć do Indii szybciej, niż opływając Afrykę, ale przecież nie oto chodziło. Spójrzmy zatem, Krzysztof Kolumb (a w zasadzie jeszcze Zygmunt Henryk Alemco) siedzi w Kastylii całe siedem lat, ciągle próbując przekonać do swego planu najwyższe władze (często bowiem pisał listy do królowej Izabeli, próbując namówić ją do sfinansowania jego planów podróży do Indii z kierunku zachodniego). Niepowodzenia wcale go nie zniechęcają i wciąż próbuje dopiąć swego (chociaż odmowa króla Portugalii spowodowała że od razu wyjechał do Kastylii) - ciekawe prawda?

Osobiście jednak uważam, że w rzeczywistości cel Kolumba był bardzo prosty - jako poddany króla Portugalii, miał on odwieść Hiszpanów od próby dotarcia do Indii opływając Afrykę, gdyż tego samego pragnie król Portugalii, który przed Hiszpanami chce dotrzeć do Indii, opływając Afrykę. Wysyła więc do Kastylii swojego człowieka - Christophorusa Colona, aby ten namówił królową Izabelę do sfinansowania durnej ekspedycji na Zachód, która nie tylko znacznie wydłuży całą podróż, ale prawdopodobnie będzie musiała zawrócić (gdy się np. okaże że dotarli na... "kres świata" - większość bowiem ludzi w tamtej epoce uważała że Ziemia jest płaska, a poza tym obawiano się potworów morskich, gigantów i innych niebezpieczeństw. Zresztą czy możemy się temu dziwić? Gdybyśmy dzisiaj odnaleźli jakąś inną planetę na której istniałoby życie i my również moglibyśmy tam przetrwać, z pewnością postępowalibyśmy dokładnie tak samo - z ostrożnością co do zasiedlających ją istot, które przecież nie wiadomo czy nie stanowiłyby dla nas niebezpieczeństwa. Był taki serial science fiction zapomniałem jego tytułu, gdzie ekipa astronautów odnalazła wrota prowadzące do innych światów, i każde drzwi prowadziły gdzie indziej. Pierwszy świat jaki ujrzeli był ponury, niebo było krwiście czerwone a świat pogrążony był jakby w bólu i cierpieniu, a wszędzie grasowały olbrzymie czaszki na pajęczych nogach, więc szybko go opuścili, uważając za niebezpieczny i niezdolny do życia. Inne światy były znacznie łagodniejsze i przyjemniejsze, na przykład bajkowa kraina skrzatów; problem tylko polegał na tym, że oprócz całej bajkowości dobre informacje się kończyły, gdyż owe skrzaty były krwiożercze i po prostu mordowały ludzi. Ostatecznie każda planeta którą odwiedzali, a która początkowo wydawała się spokojna, okazywała się niezdatna do życia i ostatecznie wyszło na to, że to ta pierwsza planeta była najlepsza ze wszystkich). Tak więc z pewnością (przynajmniej ja tak uważam) ekspedycja Kolumba do Hiszpanii była zwyczajnym działaniem pod fałszywą flagą i jawną dezinformacją, mającą doprowadzić Hiszpanów właśnie na "kres świata" (a taka podróż była niesłychanie kosztowana i gdyby się okazało że nie odnaleziono drogi do Indii i zawrócono z niczym, to byłaby totalna wtopa o zasięgu międzynarodowym). Tym bardziej że istnieją listy, w których Kolumb koresponduje z Janem II i ten nazywa go: "naszym specjalnym przyjacielem w Sewilli" (czy tak postępuje władca, którego poddany przeszedł na służbę obcego państwa?). 


PRZED ODKRYCIEM AMERYKI PORTUGALIA SKUPIŁA SIĘ NA ZDOBYCIU KOLONIALNYCH PRZYCZÓŁKÓW  W AFRYCE, A TAKŻE PLANOWAŁA SAMA OPŁYNĄĆ TEN KONTYNENT ABY DOTRZEĆ DO INDII



Siedem lat Kolumb starał się u królowej Izabeli i jej dworu o realizację utopijnego planu "zachodniego szlaku do Indii", siedem lat, aż wreszcie dopiął swego po euforii, jaka nastąpiła w Hiszpanii po kapitulacji i ostatecznym upadku Emiratu Grenady. Emirat przestał istnieć, muzułmanie po 781-latach obecności w Hiszpanii przestali być ludnością panującą (wkrótce zostaną na siłę zmuszeni do przyjęcia chrztu przez kardynała Francisco Jimenez de Cisneros w 1500 r.), emir po kapitulacji ucieknie do Maroka aby umrzeć w muzułmańskiej ziemi (dzisiaj ten proces zostaje odwrócony i następuje ponowna islamizacja nie tylko Hiszpanii, ale całego zachodniego kontynentu europejskiego, za co możemy podziękować Europejskiej lewicy i liberałom - których ja osobiście uważam za największych szkodników współczesnego świata) i na fali tej euforii wreszcie królowa Izabela zgodziła się sfinansować wyprawę Kolumba na Zachód. Jednak twórcy tego planu nie przewidzieli jednej małej, aczkolwiek kluczowej kwestii w całym tym iście szatańskim planie. A mianowicie nie przewidziano tego, że na drodze pomiędzy Europą a Indiami będzie leżał jeszcze jeden kontynent. Zresztą trudno się temu dziwić, skąd miano by to wiedzieć, kontakty pomiędzy ziemiami Ameryki a Europy zostały definitywnie zerwane po katastrofie, do której doszło ok. 12 500 r. p.n.e. a które znamy pod nazwą zatonięcia Atlantydy. Taka katastrofa spowodowała całkowite zerwanie pomiędzy wschodem a zachodem, i nawet ekspedycje Wikingów (które nie były liczne) do Ameryki nie spowodowały odrodzenia tej trasy, gdyż po pierwsze Wikingowie byli uważani za pogan po drugie byli nieliczni, po trzecie Europa miała to w dupie w nosie i wolała wówczas zajmować się swoimi własnymi sprawami.

Chciałbym jeszcze na moment zwrócić uwagę na pewien drobny aspekt, który często umyka nam wszystkim, bo też nie wiadomo czy jest prawdziwy, czy też nie. A chodzi mianowicie o to, czy ów sławny Krzysztof Kolumb mógł być synem (oficjalnie) poległego w bitwie z Turkami Osmańskimi pod Warną w 1444 r. króla Polski i Węgier Władysława III (I) Jagiellończyka? Czy to mogłoby być możliwe? Oczywiście współcześni historycy kwestionują tę możliwość, jednak nie uwzględniają oni bardzo wielu przesłanek które w jasny i otwarty sposób sugerują takie właśnie pokrewieństwo. Co prawda młody król - prowadząc swą szarżę na oddziały tureckie - został przez nich otoczony i... następnie wszelki ślad po nim zaginął. Rycerstwo, widząc że zabrakło króla, zaczęło się cofać a ów odwrót szybko zamienił się w paniczną ucieczkę, która przypieczętowała obraz klęski warneńskiej. Jednak na pobojowisku, wśród stosów poległych rycerzy nie odnaleziono ciała młodego - zaledwie przecież dwudziestoletniego - króla. Ciała nie odnaleźli ani Turcy (którzy skrupulatnie przetrząsnęli po bitwie całe pole walk), ani też dwaj rycerze polscy, wysłani pod Warnę przez królową-matkę Zofię Holszańską (Sonkę), którzy mieli albo przywieźć ciało poległego monarchy, albo też odnaleźć go żywego. Wrócili nie spełniwszy żadnego z tych poleceń. I przez to właśnie w Królestwie Polskim przez prawie trzy lata panowało bezkrólewie, gdyż oczekiwano że ów nieszczęsny król wreszcie się pojawi (a często zdarzało się tak, że zaginieni w bitwach powracali potem do swych domostw po kilku miesiącach, a nawet kilku latach, jak na przykład stało się z jednym z synów sławnego rycerza Zawiszy Czarnego z Garbowa - Jana, który również brał udział w bitwie pod Warną i także tam zaginął. Jego brat zginął w tej bitwie i rodzina sądziła że Jana spotkał ten sam los, jednak powrócił on do domu po dwóch latach tułaczki). Królowa Zofia nie dawała wiary w śmierć syna i wierzyła że w końcu powróci on do kraju. Co jakiś czas zresztą pojawiały się wieści że ktoś widział Władysława w Poznaniu, w Konstantynopolu, w Wenecji, w Albanii, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie itd. Gdy informacje te docierały do kraju, w miastach bito w dzwony i urządzano iluminacje z okazji szczęśliwego powrotu króla. Ukazał się nawet łaciński epigramat mówiący o tym że: "Sprawiedliwy Władysław żyje" i że "króla znalezionego cudownie sprowadzić należy". Ostatecznie jednak pogodzono się w myślą o jego śmierci, czego jednym z przejawów był łaciński poemat, zatytułowany: "Opłakujcie mnie Niebiosa", a efektem tego stał się wybór kolejnego monarchy, którym został, koronowany 25 czerwca 1447 r. młodszy brat zaginionego króla - Kazimierz IV Jagiellończyk.




Może nasuwać się pytanie, dlaczego Władysław - jeśli rzeczywiście przeżył bitwę - nie pragnął powrotu do kraju i zdecydował się na życie na emigracji pod zmienionym nazwiskiem? Dlaczego nie chciał spotkać się ze swą matką, z którą po raz ostatni widział się w Czorsztynie 23 kwietnia 1440 r. gdy wyruszał na Węgry, przyjąć tam - ofiarowaną mu przez węgierską szlachtę - koronę św. Stefana? Pytanie to oczywiście pozostaje bez odpowiedzi, jednak według mnie decydującym powodem takiej decyzji był fakt ogromnego wstrząsu psychicznego, który już wcześniej determinował wiele działań młodego króla. Przejął on bowiem tron węgierski w wieku 16 lat i w tym czasie stał się już władcą trzech dużych, europejskich państw - Polski, Węgier i Litwy. Co prawda na Litwę wysłał w 1440 r. - jako swego namiestnika - młodszego brata Kazimierza (miał on wówczas prawie 13 lat), ale to on był zarówno królem Polski jak i wielkim księciem Litwy, a teraz również i dziedzicem korony Węgier. Jednak prawdziwym powodem - według mnie - emigracji Władysława po klęsce warneńskiej, były jego wyrzuty sumienia za popełnione przez siebie grzechy. Można by jednak zapytać, jakie to grzechy mógł popełnić młody człowiek w wieku zaledwie 20 lat? Otóż wiadomym jest że król Władysław nie przejawiał zainteresowania płcią piękną i bardzo nudził się w otoczeniu kobiet. Natomiast preferował towarzystwo mężczyzn - rycerzy, dworzan czy paziów. Stąd istnieje (graniczące z pewnością) przeświadczenie że król był homoseksualistą. Jednak należy też wiedzieć - o czym się już nie mówi - że on sam bardzo cierpiał z tego powodu i często się spowiadał oraz prosił o rozgrzeszenie za "ciężki grzech sodomii". Owe zainteresowanie Władysława krucjatami antytureckimi (turecki kronikarz Saad el-dim pisał iż: "Król w upojeniu na wojska sułtana pędził"), również było pewnego rodzaju terapią, mającą na celu uzyskanie rozgrzeszenia za swoją orientację seksualną. To, z jakim zapałem rzucał się na wroga (a przecież nim doszło do owej klęski pod Warną, król w roku 1443 r. poprowadził całkiem udaną kampanię antyturecką, zakończoną nawet wyzwoleniem Sofii i planem marszu na Adrianopol - ówczesną główną siedzibę sułtana), świadczy o żywej determinacji w walce z pozbyciem się tego, czego zapewne nie pragnął, a katastrofa, jaką była dla niego klęska warneńska, musiała zostawić poważne ślady w jego psychice. Być może król uznał że klęska była karą boską za jego grzech sodomii i aby zmyć z siebie dawne życie, postanowił nie wracać już do kraju i zdecydował się żyć odtąd jako człowiek prywatny pod zmienionym nazwiskiem i z czystą kartą. Wciąż był przecież młody, mógł sobie ułożyć życie, ale musiał ostatecznie zerwać wszelkie więzy łączące go z dawnym światem, również i z kochającą matką. I tak też zapewne (bowiem stuprocentowej pewności nie ma. Byłaby ona, gdyby porównano badanie DNA Jagiellonów z DNA rodziny Krzysztofa Kolumba, ale jak na razie polscy historycy się do tego nie palą) została zapoczątkowana niesamowita podróż Władysława po Europie (ponoć był nawet na Synaju w tamtejszym klasztorze św. Katarzyny, jako że to właśnie ją przyjął sobie za swoją patronkę), zakończoną ostatecznie małżeństwem z senhoriną Annes - wywodzącą się z zamożnej, portugalskiej rodziny z Algerve. Władysław - pod zmienionym nazwiskiem - osiadł w Portugalii, a następnie otrzymał do swej dyspozycji pałac Zarco na Maderze (ofiarowany mu przez króla Portugalii - Alfonsa V), gdzie zamieszkał wraz z żoną. Król Portugalii corocznie zaopatrywał go tam w żywność (przysyłając obładowane towarami okręty) oraz zapraszał na regularne spotkania na swym dworze w Lizbonie. Takich rzeczy nie robi się dla zwykłego przybysza z "obcych krain", nawet jeśli byłby on szlachcicem. 




Istnieje więc dosyć mocne przypuszczenie że to właśnie Władysław Jagiellończyk był ojcem Krzysztofa Kolumba, tym bardziej że w 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto przekazali królowi Hiszpanii i Portugalii - Filipowi II Habsburgowi specjalny dokument, określający historię początku szlachectwa ich rodów. W dokumencie tym było zapisane, że członkowie owych rodów wywodzą się bezpośrednio od człowieka o imieniu Henrique Alemco (Henryk Niemiec). Tam było również wyjaśnione kim właściwie był ów człowiek, który kazał nazywać się Henrykiem Niemcem. Miał to bowiem być król Polski, Węgier, Chorwacji - Władysław III z dynastii Jagiellonów. Dokument ten był bardzo ważnym dowodem szlachectwa wyżej wspomnianych rodów i ich królewskiego pochodzenia, które król Filip II uznał. Jak to jednak możliwe by władca państwa leżącego w Europie Środkowo-Wschodniej, stał się ojcem rodów pochodzących z... Portugalii, czyli kraju nie mającego praktycznie nic wspólnego z państwami którymi władał ich założyciel? Mało tego, w dokumencie z 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto twierdzą iż są także spokrewnieni z odkrywcą kontynentu amerykańskiego - Krzysztofem Kolumbem. Nie byli jednak bezpośrednimi potomkami Kolumba, a potomkami jego siostry - seniory Barbary Henriques Alemco. Tak więc istnieją przesłanki które mogą sugerować że to co oficjalnie wiemy na temat historii życia Krzysztofa Kolumba, jest fikcją, a prawda zapewne jest inna. Pamiętajmy też, jak mawiał John Barth: "Niektóre zmyślenia są o tyle cenniejsze od faktów, że są prawdziwe". Ale nie wyprzedzajmy owych faktów, gdyż plany Kolumba musiały zostać odłożone na później (jeśli w ogóle były wówczas brane pod uwagę), bowiem wciąż trwała wojna z Grenadą, a Ferdynand, w otoczeniu swych wodzów (kanclerza Luisa de Santángela i kardynała de Mendozy), przygotowywał nową, kampanię która ruszyła w maju 1486 r.





PS: WCZORAJ MINĘŁA 82 ROCZNICA WYBUCHU POWSTANIA WARSZAWSKIEGO - POWSTANIA UTOPIONEGO WE KRWI PRZEZ NIEMCÓW I SOWIETÓW, KTÓRZY STOJĄC PO DRUGIEJ STRONIE WISŁY, CZEKALI AŻ MIASTO (POZBAWIONE PRAKTYCZNIE BRONI I AMUNICJI) PADNIE







CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM
WIECZNA HAŃBA ZBRODNIARZOM WOJENNYM I KUNKTATOROM SPOD ZNAKU SWASTYKI ORAZ SIERPA I MŁOTA










CDN.

22 lipca 2026

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. XIII

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





RAGNAR LODBROK 
Cz. I




 Kim był sławny Ragnar Lodbrok? Chciałbym dziś odpowiedzieć na to pytanie, ale z góry zaznaczam że jedynie pobieżnie korzystam z sag, gdyż czerpane z nich wiadomości co do wczesnej historii Duńczyków są bardzo mało wiarygodne, a sagi mówią właśnie że Ragnar Lodbrok był jednym z królów Danii. Postaram się to uporządkować tak, jak ja to widzę (jeśli ktoś ma lepszy pomysł, proszę bardzo, każdy ma prawo do swojej interpretacji), a jednocześnie uporządkować okres jego życia chronologicznie, co do wydarzeń dziejących się w innych częściach Europy (głównie chodzi o Europę chrześcijańską). Oczywiście w dalszym ciągu opieram się na sagach, aczkolwiek moja interpretacja nie będzie dosłowną interpretacją wyniesioną z sag, a raczej pewnym rozumowym podejściem do nich i tak właśnie zamierzam postąpić. Zatem przejdźmy do osoby sławnego Ragnara Lodbroka. Oczywiście nieznana jest data jego narodzin, wiadomo tylko (chociaż to imię zmienia się w zależności od opowieści - czy to szwedzkiej, czy duńskiej czy choćby norweskiej) że ojcem Ragnara Lodbroka był niejaki Hemming - postać która ociera się o mroki niewiedzy, zupełnie nieznany człowiek, któremu jednak udało się przez krótki czas zdobyć władzę króla Duńczyków (panował w latach 810-812), a wcześniej był potężnym jarlem Zelandii. Nieznane jest również imię jego ojca (choć według niektórych legendarnych opowieści ludów Skandynawii, miał on być synem brata króla Duńczyków - Gotfryda, panującego ok. 800-810 r.). Nie wiadomo czy jest to prawda, załóżmy jednak że tak. Ragnar był młodym chłopakiem w chwili śmierci ojca w roku 812. Wówczas wybuchła w Danii wojna domowa pomiędzy dwoma pretendentami do władzy, jednym z nich był wnuk Gotfryda Łowcy (jest to ta sama linia królewska norweskich i szwedzkich Ynglingów o której pisałem we wcześniejszych częściach tej serii) Zygfryd II oraz wnuk poprzedniego króla Duńczyków (przed Gotfrydem) - Haralda (który objął tron duński po śmierci Zygfryda z Nortmanii ojca Gotfryda Łowcy) - Anulo. W wyniku tej wojny doszło do bitwy pod Bravallą (nazwa miejsca bitwy wydaje się być jednak bardziej mityczna niż historyczna, natomiast sama bitwa zapewne miała gdzieś miejsce) w roku 812. W jej wyniku... zginęli obaj pretendenci do tronu - Zygfryd II i Anulo, ale to wojska Anulo zwyciężyły i kolejnymi władcami Duńczyków zostali jego dwaj bracia - Harald II i Reginfryd. Panowali razem bardzo krótko, bowiem zaledwie przez rok, ale w tym czasie doszło do kilku ciekawych wydarzeń. Po pierwsze, zaraz po objęciu władzy obaj bracia wyruszyli przeciwko Brytom i złupili (prawdopodobnie - bo to nie jest wyjaśnione) wybrzeża Królestwa Nortumbrii (północno-wschodnia Anglia), po czym napadli na królestwo Vestfold (tam, gdzie władcą został kilka lat później Halfdan Czarny - ojciec Haralda Pięknowłosego), ale tutaj doznali porażki. To zaś spowodowało że rzucił im wyzwanie syn Gotfryda Łowcy - Horik i na czele zbuntowanych duńskich możnych wygnał ich z kraju (813 r.). Ci uciekli do Szwecji (Skania), gdzie uzyskali pomoc lokalnych jarlów i w roku 814 próbowali odzyskać Królestwo Danii - bezskutecznie jednak (w wyniku tej wyprawy zginął starszy z braci Reginfryd).




Ale co się w tym czasie działo z samym Ragnarem Lodbrokiem? Po śmierci swego ojca Hemminga (niektóre opowieści mówią że uciekł do kraju Franków) zgromadzenie Zelandii (thing) wybrało go (pomimo młodego wieku) na swego jarla, ale z chwilą gdy wybuchła wojna pomiędzy Zygfrydem II i Anulo, wysłano go do Szwecji, aby nie narażać na ewentualne niebezpieczeństwo (a także aby tam zdobył potrzebną mu naukę do sprawowania funkcji jarla). Królestwem Szwecji (oczywiście ograniczonym do terenów leżących co najwyżej na południe od rzeki Indal, a wydaje się prawdopodobne że właściwa władza królów Szwecji sięgała wówczas jedynie do Dalarny nad brzegiem rzeki Dai) władał wówczas niejaki Frodo. Okazało się że Frodo zniewolił wiele duńskich kobiet z rodu króla Zygfryda II (szczególnie po jego klęsce w wojnie domowej z Anulo), które zamknął w burdelu i zamienił w prostytutki. Wiele z nich skarżyło się Ragnarowi na swój los, a ten ostatecznie przygotował plan ich uwolnienia. Najpierw osobiście zabił króla Froda, potem zaś wyprowadził owe kobiety na okręt (były one przebrane w męskie stroje i udawały mężczyzn, co oznacza że musiały ściąć włosy) i wraz z nimi powrócił (po kilku miesiącach spędzonych w Szwecji) do Danii (Zelandii). Wśród tych kobiet znajdowała się krewna Zygfryda II, dziewczyna o imieniu Lagerta. Była to tarczowniczka która lubowała się w walce na miecze. Nosiła długi, spleciony warkocz jasnych włosów, którym ponoć wymachiwała niczym bronią. Ragnar miał zapałać do niej uczuciem miłości (albo żądzy) ale ona wcale nie była mu wdzięczna za uwolnienie i nie pozwoliła zbliżyć się do siebie. Uważała się też za lepszą od Ragnara, gdyż wywodzącą się bezpośrednio z rodu Ynglingów (zapewne boczna linia). Gdy tylko dotarli do Danii, ona podążyła do swej rodzinnej ziemi - Gaulardale (w Jutlandii), a Ragnar tak się w niej zakochał, że słał do niej posłów z propozycją ponownego spotkania. Ona nie mówiła nie, a wręcz twierdziła że również pragnie go zobaczyć i nawet wyznaczono termin spotkania (miało do niego dojść na jej ziemi w Gaulardale), ale rezolutna dziewczyna przed swym domem postawiła psa i udomowionego niedźwiedzia, którzy mieli bronić wejścia. Gdy Ragnar przybył do Gaulardale i chciał zajść do jej domu, szybko zauważył że wejścia pilnują dzikie zwierzęta i nie ma jak się tam przekraść. Na jego zawołania Lagerta nie odpowiadała i wreszcie postanowił zaryzykować i sforsować drzwi jej domu. Niedźwiedzia zabił włócznią, psu zaś skręcił kark, aczkolwiek mocno przy tym ucierpiał. Wyważył jednak drzwi jej domostwa i porwał ją stamtąd na swój okręt (Lagerta wówczas już nie stawiała oporu), a po powrocie na swoją ziemię wziął z nią ślub. Wkrótce na świat przyszła ich pierwsza córka, potem druga.




Rok 814 przyniósł wyprawę po koronę Danii Haralda II i jego brata Reginfryda, Ragnar Lodbrok wziął udział w obronie Danii u boku króla Horika I. Dysponował 30 statkami (drakkarami), które obsadził swymi ludźmi i popłynął przeciwko Skanom (wspierającym wypędzonych braci). Wraz z flotą króla Horika, pokonał Haralda i Reginfryda (ten drugi - jak wyżej wspomniałem - zginął w tej bitwie). Wiosną roku następnego (815) ruszyła przeciwko Zelandii wyprawa Jutlandczyków (z tej właśnie ziemi pochodziła żona Ragnara - Lagerta) z plemienia Hallandów. Był to czas, gdy Lagerta była już w ciąży, z której narodzi się druga córka. Udało się Ragnarowi pokonać ich atak i potem toczył z nimi jeszcze trzykrotnie wojny. Wszystkie wygrał i (w czwartej wojnie) zajął fiord Liim - który należał do plemienia Hallandów. W tym czasie Lagerta urodziła nie tylko drugą córkę, ale również syna o imieniu Fridleif. Tymczasem król Horik - syn Gotfryda Łowcy, który objął władzę nad Danią w roku 813, panował jednocześnie ze swymi trzema braćmi o nieznanych imionach, ale Harald II nie zaprzestał starań o tron Danii. W roku 819 wszedł on w sojusz z królem Horikiem i jednym z jego braci, przeciwko dwóm pozostałym braciom Horika. Tamci zostali wygnani, a Harald II panował teraz jako jeden z trzech królów Danii (wraz z Horikiem I i jego bratem). W tym czasie zaś Ragnar toczył walki z Jutlandczykami. Jednocześnie związek Ragnara z Lagertą kwitł, ale pewnego razu na Zelandię dotarła wiadomość od władcy Szwedów - króla Harodda, który szukał śmiałków którzy uwolniliby jego kraj od plagi węży i żmij, które się tam rozpleniły. Ragnar postanowił że podejmie się tego wyzwania. Plaga żmij w królestwie Harodda miała zaś dosyć ciekawy początek, gdyż kilka owych żmij pierwotnie przywiózł ze sobą z polowania sam król Harodd, a następnie ofiarował je swej córce Torze, aby się nimi zajmowała. Ta podeszła do tego zadania niezwykle poważnie i w krótkim czasie liczba węży się pomnożyła (Tora sprowadzała dla nich nawet woły, aby miały co jeść). Doszło do tego że ów eksperyment wymknął się spod kontroli, węży i żmij było coraz więcej i zaczęły atakować ludzi. Król Harodd nie był w stanie poradzić sobie sam z tym problemem, dlatego też wysłał apel do śmiałków, którzy gotowi byliby uwolnić go od tego niebezpieczeństwa. Jednym z tych, którzy nań odpowiedzieli, był właśnie Ragnar Lodbrok. Wyprawiając się do Szwecji włożył na siebie wełnianą sukmanę, ręce i nogi zabezpieczył wełnianymi naramiennikami i nagolennikami. Następnie pożegnał się z Lagertą i dziećmi, wymógł na swych poddanych przysięgę, iż ci będą wierni jego synowi Fridleifowi (gdyby oczywiście coś mu się stało), po czym z grupą wybranych ochotników wyruszył do Szwecji. Ponieważ była to pora zimowa, nim jeszcze dotarł na dwór króla Harodda, zanurzył całe swe ciało (wraz z wełnianymi dodatkami które nosił) w jeziorze, a następnie skierował się przeciwko dwóm największym wężom, jakie wyrosły w królestwie Harodda. Uniknął ich jadu dzięki wełnianym dodatkom jakie na siebie włożył, a następnie mieczem i włócznią przebił oba węże i odciął im głowy, które następnie cisnął pod nogi króla Harodda. Ten, zadowolony że pozbył się najgroźniejszego niebezpieczeństwa, obiecał oczywiście Ragnarowi nagrodę, którą miała być ręka jego córki Tory. Zaprosił wszystkich towarzyszy Ragnara na ucztę, a następnie oddał mu swoją córkę za żonę. Jeszcze tej samej nocy przed wypłynięciem do domu, Ragnar "skonsumował" małżeństwo z Torą.




Można sobie oczywiście wyobrazić jakie było zdziwienie Lagerty, gdy Ragnar przywiózł ze Szwecji... nową żonę. Początkowo Ragnar stwierdził, że jako jarlowi przysługuje mu prawo do posiadania nie jednej, a dwóch żon, ale Lagerta uczyniła mu tak wielką awanturę, że ten szybko zrezygnował z tego pomysłu. Wyrzucił jej też, że to ona pragnęła jego śmierci, gdyż zmusiła go do walki z niedźwiedziem i psem, co spowodowało że miał z tego powodu jakąś bliznę i o mało nie przypłacił tego własnym życiem. Dodał też, że jeśli nie podoba jej się rola drugiej żony, to powinna opuścić jego ziemie. Lagertha była zdezorientowana takim postępowaniem Ragnara, ale ponieważ wywodziła się z rodu Ynglingów i przepełniała ją duma oraz uważała to za hańbiące, aby dzieliła małżeńskie łoże z drugą kobietą, uczyniła tak, jak jej polecił, opuściła Zelandię i wróciła do swego kraju wraz z córkami i synem Fridleifem (ok. 817 r.). Teraz nową żoną Ragnara została Tora, która wkrótce potem powiła mu syna Radbarda, a następnie drugiego syna Dunwalda. Tak oto mijały lata, a Tora co roku rodziła kolejnych synów: Siwarda, Bjorna, Agwara i Iwara. Tymczasem król Horik ponownie wygnał Haralda II (827 r.), a próba tego ostatniego odzyskania tronu Danii zakończyła się niepowodzeniem (828 r.) i prawdopodobnie w niedługim czasie śmiercią Haralda (gdyż po tym okresie nie ma o nim już żadnych wzmianek). Sytuacja w Danii zaczęła się stabilizować, ale władza samego Ragnara wcale nie była taka stabilna i bezpieczna. W roku 828 (czyli w roku ataku Haralda II na Danię) Jutowie porozumieli się ze Skanami (na których czele stanął Harald) i wyprawili się przeciwko ziemiom jarla Ragnara. Co ciekawe w rodzinnej ziemi Lagerty - Gaulardale zdobyła ona pozycję lokalnego wodza (choć w źródłach nie ma słowa o tym, aby kobieta mogła zostać jarlem, to z pewnością zdobyła sobie rolę autorytetu, o czym za chwilę. Również w serialu "Wikingowie" jest właśnie odniesienie do Lagerty jako do jarla). Minęło prawie dziesięć lat od czasu gdy opuściła ona Zelandię i ziemie swego męża, teraz zaś - gdy został on bezpośrednio zagrożony atakiem Jutów i Skanów - to właśnie Lagerta zorganizowała koalicję 120 okrętów na pomoc człowiekowi, który ją niegdyś oddalił. Ragnar zaś przygotował do walki wszystkich mężczyzn którzy mogli tylko unieść miecz (zarówno starców jak i młodych chłopców) do bitwy ze Skanami (tam również walczyli jego synowie, w tym najmłodszy z nich 6-letni Iwar, który mimo młodego wieku wykazał się wielką odwagą). Bitwa z przeważającymi siłami Skanów o mały włos nie zakończyła się klęską Ragnara (szczególnie gdy ranny został jego syn Siward i padł wśród reszty zabitych - choć sam nie zginął, ale widząc to wojownicy Ragnara zaczęli się cofać). Ragnar - walcząc u boku swych wojów - zachęcał ich jednocześnie do wytrwania i dalszej walki, ale bitwa zaczęła przybierać zły obrót. Do chwili, kiedy na wybrzeże gdzie toczyła się walka, przybiły okręty (głównie były to okręty z ziem Norwegii - choć nie tylko) przyprowadzone przez Lagertę (sama Lagerta z mieczem w ręku uczestniczyła w tej bitwie), pozycja Ragnara i jego wojowników była bardzo zła. Ostatecznie jednak (dzięki wsparciu okrętów przeprowadzonych przez Lagertę) bitwa ta zakończyła się pogromem wojsk Haralda II oraz całkowitym zwycięstwem Ragnara i Lagerty.




Należy też od razu dodać że przez tę ponad dekadę (od chwili gdy Ragnar wypędził Lagertę z Zelandii), w swoim kraju wyszła ona ponownie za mąż za innego mężczyznę (o nieznanym imieniu). Teraz jednak, gdy dawni małżonkowie ponownie się spotkali, ich miłość znów odżyła, tym bardziej że to właśnie Lagerta ocaliła życie zarówno samemu Ragnarowi jak i jego synom spłodzonym z innej kobiety. Problem był jedynie z Siwardem, którego ogromna rana na ciele stwarzała zagrożenie dla jego życia, zaś lekarze nie byli w stanie nic poradzić aby dopomóc chłopcu. Gdy już Ragnar i Tora pogodzili się z jego prawdopodobną śmiercią, nagle zjawił się człowiek o imieniu Rostar, który stwierdził że potrafi wyleczyć ranę Siwarda. Nie było wiadomo skąd pochodził, ani dokąd podążał, zbliżył się tylko do łoża chłopca i powiedział mu że wyleczy go, jeśli ten obieca mu ofiarować dusze wszystkich, których od tej pory zabije w swym życiu. Siward się zgodził i Rostar naniósł na jego ciele jakąś mieszaninę która złagodziła ból, a wkrótce potem rana zaczęła się zabliźniać. Ponieważ Siward był ranny również na twarzy, Rostar naniósł ową mieszaninę i tam, a po zabliźnieniu zaczęła ona przypominać kształt węża. Od tej pory Siward otrzymał przydomek Wężowe Oko i będzie jednym z najbrutalniejszych i najbardziej okrutnych synów Ragnara. Lagerta zaś musiała powrócić do swego kraju i do męża, ale tęskniła za Ragnarem i to tak bardzo, że postanowiła zamordować swego męża. Uczyniła to nocą, gdy ten spał, wzięła do ręki grot włóczni (który ukryła w swej sukni), a następnie poderżnęła małżonkowi gardło. Szybko też przejęła po nim władzę w plemieniu (czyli jednak kobiety mogły zostać jarlami), ale wciąż tęskniła do Ragnara, tylko że na przeszkodzie stała jej Tora, gdyż nie zamierzała się nim dzielić z żadną inną kobietą. Nie jest wyjaśnione jak to się stało (i czy rzeczywiście sama Lagerta brała w tym udział), w każdym razie wkrótce potem Tora zapadła na dziwną chorobę, która zniszczyła jej urodę i zdrowie, a zanim umarła - bardzo cierpiała. Ragnar nie wiedział jak może złagodzić ból żony, aby więc zapomnieć o tych kłopotach, postanowił zająć się ćwiczeniami bojowymi, oraz polecił aby w każdej rodzinie ofiarowano do służby na okrętach najbardziej leniwe jednostki, czy to synów, czy też niewolników - aby walką i poświęceniem zmazali hańbę swych rodzin. Gdy Tora zmarła, Ragnar postanowił wyprawić się do Brytanii (zapewne aby w walce utopić ból po stracie małżonki). Wcześniej jednak zamierzał odwiedzić Gaulardale - kraj którym władała jego pierwsza małżonka Lagerta, i tak też się stało...
 



CDN.

05 maja 2026

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. XII

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA
DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





PS: PONIEWAŻ DRYFUJĄC W KIERUNKU ZIEM KALIFATU BAGDADZKIEGO WYDAJE SIĘ IŻ CAŁKOWICIE ZBACZAM Z TEMATU PODRÓŻE WIKINGÓW DO NOWEGO ŚWIATA, PRZETO POSTANOWIŁEM DAROWAĆ SOBIE DALSZE PREZENTOWANIE WYDARZEŃ DZIEJĄCYCH SIĘ W KALIFACIE BAGDADZKIM W LATACH, GDY WIKINGOWIE ROZPOCZĘLI SWĄ PODRÓŻ KU NOWYM ZIEMIOM NA ZACHODZIE, ODKRYWAJĄC TYM SAMYM DAWNO ZAPOMNIANY (OD CZASÓW ZATONIĘCIA ATLANTYDY) KONTYNENT AMERYKAŃSKI. 

O WYDARZENIACH DZIEJĄCYCH SIĘ W TYM CZASIE W KALIFACIE BAGDADZKIM ZA PANOWANIA HARUNA AR-RASZIDA I JEGO NASTĘPCÓW OPOWIEM W SERII: 



HALFDAN CZARNY
Cz. III




Halfdan Czarny po podziale ojcowizny ze swym starszym bratem Olafem i pokonaniu władcy Vingulmarku - Gandalfa, kontrolował teraz cztery południowo norweskie królestwa: Agder, część Vestfoldu, część Vingulmarku i Ringerike (które zdobył jako małżonek Ragnhildy i następca jej ojca Sigurda Hjorta). Stał się więc bezwzględnie najpotężniejszym "królem Wikingów", ale to mu nie wystarczało i postanowił sięgnąć po kolejne królestwo - Raumarike, należące do króla Sigtryda z Hedemarku. Halfdan najechał Raumarike i je przejął, a gdy Sigtryd się o tym dowiedział, dogonił go, zastąpił mu drogę i wydał bitwę w której poniósł klęskę (data tego wydarzenia nie jest niestety znana i nawet Snorri Sturlasson w swojej "Heimskringli" nie potrafi jej podać). Król Sigtryd zginął (trafiony strzałą) podczas ucieczki, a władze po nim w Hedemarku objął jego młodszy brat Eystein II (obaj byli bowiem synami Eysteina I). Gdy więc tylko Halfdan powrócił do Vestfoldu, Eystein najechał Raumarike i znów je przejął. Halfdan zebrał armię i ponownie ruszył na północ, pokonał w bitwie Eysteina, odzyskał Raumarike i najechał teraz jego królestwo Hedemark, które również zdobył. Eystein poniósłszy tak dotkliwe klęski, uciekł teraz do Dales którym władał Gudbrand. Dales było królestwem które leżało nieco na północ od dzisiejszego Oslo. Tam właśnie król Gudbrand wspomógł Eysteina swoimi wojownikami i na ich czele obalony władca Hedemarku wyruszył odzyskać swoją ojcowiznę. Do nowej bitwy doszło nad jeziorem Mjosen, która była niezwykle zażarta i krwawa, a która ponownie zakończyła się zwycięstwem Halfdana Czarnego (choć stracił w niej wielu swoich wojowników). W bitwie tej poległ również syn króla Gudbranda - Guthorm (który był jednym z najsławniejszych wojowników w swoim czasie). Nie mogąc już więcej liczyć na wsparcie, a jednocześnie pragnąc odzyskać swoje królestwo Eystein wysłał do Halfdana swego krewniaka o imieniu Halvard, z propozycją zakończenia walki na honorowych zasadach. Ostatecznie Halfdan zgodził się oddać Eysteinowi część Hedemarku, zatrzymał jednak najlepsze ziemie tego królestwa z miastem Thoten i okręgiem zwanym Land. Wkrótce potem przejął też królestwo zwane Hadeland i bezwzględnie stał się najpotężniejszym władcą Norwegii z okresu sprzed zjednoczenia kraju (czyli z epoki niezależnych jarlów).




Halfdan miał żonę o imieniu Ragnhilda, ale była to jego druga żona (córka Sigurda Hjorta) dzięki której przejął władzę nad Ringerike. Pierwsza żona również nosiła to samo imię, lecz była córką władcy królestwa Sogn - Haralda Złotobrodego. Z pierwszą żoną miał już syna (który nosił imię po swym dziadku), ale gdy poślubił drugą Ragnhildę, obie kobiety nie mogły się że sobą porozumieć i często dochodziło między nimi do sprzeczek i scysji (niekiedy tak widowiskowych, że poddani króla Halfdana mogli je ujrzeć na własne oczy). Aby załagodzić spór i jednocześnie nie nadwyrężać swego honoru (cóż to bowiem za mężczyzna, któremu żona psuje opinię), odesłał Halfdan syna wraz z jego matką do dziadka, do Sogn, gdzie też młody Harald przygotowywał się do objęcia tronu po ojcu. Wcześniej jednak przypadł mu w udziale tron po zmarłym dziadku - Haraldzie Złotobrodym (ten bowiem nie miał synów). Młody Harald miał zaledwie 9 lat gdy został królem Sogn. W rządach wspierała go matka, która jednak rozchorowała się i zmarła jeszcze tej samej zimy. Wiosną zaś roku następnego zmarł 10-letni wówczas Harald. Halfdan szybko wyruszył do Sogn i bez żadnych oporów przejął i to królestwo pod swoje władztwo (namiestnikiem tutaj wyznaczył swego przyjaciela - Mjove Smukłego, a sam powrócił do Vestfoldu). Wkrótce potem zjednoczył cały Vestfold po śmierci swego brata Olafa. Jesienią tego roku Halfdan udał się do Vingulmarku (nad częścią którego panował, drugą zaś częścią tego kraju władał Gandalf, który jednak też w tym czasie zmarł i schedę po nim objęli jego synowie ). Wyprawił tam wielkie przyjęcie na cześć swego przybranego ojca Olvera Mądrego. Jednak w nocy gdy szedł już na spoczynek, poinformowano go że synowie Gandalfa: Hysing i Helsing zbliżają się ze znacznymi siłami w celu zdobycia całego królestwa ich ojca. Nie było dość czasu żeby zgromadzić wystarczającą liczbę wojska, ale przy blasku pochodni doszło do nocnej bitwy, która zakończyła się porażką Halfdana (musiał on uciec do lasu), a na placu boju poległo wielu jego wojowników, w tym wspomniany wyżej Olver Mądry. Hysing i Helsing przejęli gród Halfdana w Vingulmarku, ale swoją zdobyczą nie cieszyli się zbyt długo. Do "leśnego króla" dołączała bowiem okoliczna ludność i bardzo szybko wystawił nową armię, przy pomocy której odzyskał gród w Vingulmarku, a następnie pomaszerował przeciwko braciom. Dopadł ich w ich własnej krainie nad jeziorem Oieren, gdzie doszło do krwawej bitwy w wyniku której obaj bracia zginęli, a Halfdan odniósł całkowite zwycięstwo (najmłodszy syn Gandalfa - Hake, uciekł wówczas na północ, do Alfheimaru) dzięki czemu zjednoczył cały Vingulmark pod swoim panowaniem. 




Pewnego też razu zdarzyło się że Ragnhilda (druga żona Halfdana) miała dziwny sen, który następnie opowiedziała swemu mężowi, nie mogąc dociec co mógł oznaczać. A mianowicie śniło jej się że spacerując po swym ogrodzie ziołowym, nagle ujrzała cierń na swej sukni. Wyjąwszy go, ów cierń urósł nagle, zamieniając się w wielkie i potężne drzewo, które mocno wbiło się korzeniami w ziemię, a jednocześnie rozrosło się w górę tak bardzo, że ledwie mogła dojrzeć jego gałęzi. Gałęzie były cudowne, białe jak śnieg, do tego otaczała je bujna, zielona roślinność a ich długość była imponująca, pokrywała wszystkie królestwa Północy i wychodziła za morze. Jednak pień drzewa który wyrastał z korzeni, był czerwony od krwi. Po przebudzeniu się Ragnhilda spytała się męża co też może 0odznaczać ów sen, ten jednak nie potrafił odpowiedzieć na jej pytanie, wezwał więc wieszcza - Thorloifema Mądrego, który po kilku dniach rozmyślań doszedł do wniosku że sen Ragnhildy odnosił się do jej potomstwa, które zdominuje wszystkie królestwa Północy i wypłynie za ocean, na podbój innych krain. Halfdan był od tej pory bardzo zazdrosny że to jego żona, a nie on sam miał taki sen. Poskarżył się też Thorloifemowi że nic mu się nie śni, a pragnąc to zmienić (bo również chciał doświadczyć przepowiedni bogów), zapytał go co uczynić, aby śnić (tutaj na moment moja prywata, a mianowicie chciałem powiedzieć że kilka lat temu eksperymentowałem ze świadomym śnieniem, a było to związane z koszmarami jakie mi się od czasu do czasu śniły. Gdy tylko jednak uświadamiałem sobie w trakcie snu że to jest sen, wszystko się zmieniało i koszmar który wydawał się straszny zamieniał się w kabaret, komedię którą ja mogłem sterować i rzeczywiście było to dosyć ciekawe zjawisko, jednak po jakimś czasie takich moich eksperymentów ze świadomym śnieniem... przestałem w ogóle śnić. Dopiero gdy porzuciłem te praktyki, sny wróciły - tak jakby "Ktoś" chciał mi tym samym powiedzieć żebym nie szedł tą drogą 🥴). Thorloifem rzekł że on również tego doświadczył, ale dodał że gdy tylko potrzebuje śnić, kładzie się na noc spać do chlewu wraz ze świniami i wówczas zawsze ma sny. Król Halfdan stwierdził że uczyni tak samo i tej nocy poszedł spać do chlewu, licząc że przyśni mu się proroczy sen. I rzeczywiście, przyśniło mu się że ma najpiękniejsze włosy ze wszystkich ludzi, tak długie, że część z nich sięgała do ziemi, część do stóp, część do kolan, część do pasa, część do szyi, a część była tak krótka, że ledwie wyrastała z jego głowy. Włosy te błyszczały (wręcz świeciły blaskiem) ale były jednocześnie różnokolorowe, z tym że jeden lok wyróżniał się ze wszystkich zarówno rozmiarem jak i połyskiem. Po przebudzeniu król spytał się więc Thorloifema co ów sen mógł oznaczać, a ten odrzekł że będzie po nim wielkie potomstwo, które będzie rządziło wieloma krainami, ale nie wszyscy otoczeni będą tym samym blaskiem i nie wszyscy będą tak samo wielcy. Jeden z nich zaś będzie szczególnie potężnym władcą, który rozsławi imię Ynglingów na całym świecie (potem, gdy Norwegia przyjęła już chrześcijaństwo, uważano że sen ów tyczył się króla Olafa Świętego). Ragnhilda wkrótce potem urodziła syna, któremu nadano imię Harald (według Snorri Sturlassona przyszedł on na świat w roku 850).

Harald był oczkiem w głowie swej matki, aczkolwiek ojciec traktował go dość oschle, wymagał od niego wielu obowiązków, a jednocześnie bardzo rzadko go chwalił i nagradzał. Mijały lata, Harald stał się już dużym chłopcem, ale wciąż nie potrafił zasłużyć na miłość czy nawet dobre słowo swego ojca. Halfdan (którego oblicze pokryły teraz siwe włosy) na starość stał się gnuśny i zrzędliwy, wszystko mu przeszkadzało, wszędzie szukał dziury w całym, najbardziej zaś strofował swego syna i to za najdrobniejsze przewinienia. A to niewłaściwie trzymał łuk, to zaś nie tak osiodłał konia i temu podobne. Ta krytyka nie ustała, a wręcz się wzmocniła w chwili gdy król Halfdan zamierzał zorganizować wielką ucztę w Yulę w królestwie Hadelandu, ale gdy przybyli zaproszeni goście, okazało się że magazyny pełne jedzenia i piwa są puste - ktoś je rozkradł. Co prawda młody książę nie miał z tym nic wspólnego, ale gdy tylko Halfdan schwytał pewnego Fina i oskarżył go o kradzież żywności - jednocześnie poddając torturom na których ów Fin niczego nie wyjawił - wówczas Harald prosił ojca aby zaprzestał tych tortur i nie męczył już owego mężczyzny. Prośby te oczywiście nic nie dały, ale książę nocą uwolnił Fina i ofiarował mu konia, dzięki któremu mógł uciec, jednak zdając sobie sprawę że ojciec właśnie jego będzie podejrzewał o ułatwienie ucieczki skazanemu na śmierć złoczyńcy, postanowił uciec wraz z tym mężczyzną. Przybyli oni do pewnego królestwa, którego władca przyznał się Haraldowi że to właśnie on opróżnił magazyny jego ojca, ale dodał że Halfdan wkrótce zginie, a młody Harald przejmie po nim władzę nie tylko nad jego królestwami, ale nad całą Północą (jako ciekawostkę dodam, że Arabowie nazywali Półwysep Skandynawski: "Dżazirat as Sagãliba" - "Wyspą Słowian"). I rzeczywiście Halfdan zginął wiosną 860 r. (w drodze powrotnej z Hadelandu) na jeziorze Rand, gdy topniejący lód załamał się pod nim (zginęło wraz z nim wielu wojów). Miał 50 lat z czego władał najpierw królestwem Agderu, a potem innymi odziedziczonymi lub zdobytymi królestwami południowej Norwegii przez prawie 33 lata. Teraz książę Harald został jedynym jego następcą.




W tym czasie żył również niejaki Ragnar Lodbrok. Z braku większych informacji na ten temat, powszechnie uważa się iż pochodził on także z rodu Ynglingów, a jego ojcem był Sigurd Ring (syn Ingwara - który zjednoczyć miał królestwa środkowej Szwecji). Sigurd znany jest przede wszystkim z bitwy pod Bravellir (ok. 770 r.), w której to pokonał swego wuja, króla Zelandii - Haralda Hildetanda (o której to bitwie pisałem już we wcześniejszych częściach). Ja jednak odrzucam tę hipotezę i twierdzę że było... dwóch Ragnarów. Jeden właśnie był synem Sigurda i wnukiem Ingwara (lecz o nim pisać nie zamierzam), drugi zaś, to ów sławny wiking Ragnar Lodbrok - o którym niestety wiadomo jeszcze mniej (😙). Prawdopodobnie pochodził z północnej Danii i tam też uzyskał stanowisko miejscowego jarla. Dokonał wielu śmiałych ataków na Europę Zachodnią, z czego bodajże najsławniejszym był jego atak na Paryż z 845 r. (Jest to jedyna data roczna, którą można z pełną odpowiedzialnością przypisać do czasów Ragnara). Atak Ragnara, innego sławnego wikinga Hastinga (o jego wyprawach również warto wspomnieć i uczynię to w kolejnej części) oraz Björna Żelaznobokiego (syna Ragnara Lodbroka) na Paryż w 845 r. wart jest osobnego omówienia. Podobnie jak atak na Rouen Asgeira z 841 r., podbój Irlandii przez Wikingów, wielka wyprawa szwedzkich Rusów na Wschód i objęcie władzy w Nowogrodzie Wielkim przez Ruryka, a także pierwsze wyprawy do Nowego Świata (wraz z opisem tamtejszych plemion indiańskich), oto czym będziemy zajmować się w kolejnych częściach tej serii (oczywiście w dalszym ciągu kontynuuję losy rodu Ynglingów, potomków Haralda - syna Halfdana Czarnego). Oczywiście opierając się również na tych źródłach które posiadam (dość nielicznych, ale jednak) o których też jeszcze powiem, zaprezentuję dzieje życia owego Ragnara Lodbroka oraz jego wybranki serca - tarczowniczki Lagerty (kobiety Wikingów oczywiście również potrafiły posługiwać się mieczem czy łukiem, ale przypadki iż walczyły one obok swych mężów w bitwach są bardzo nieliczne, z reguły jednak zostawały one w swoich własnych wioskach by bronić dzieci przed ewentualnym najazdem obcego plemienia, gdy ich mężowie wyruszyli w zamorską podróż).






CDN.

20 czerwca 2025

ZA CO AMERYKANIE POWINNI BYĆ WDZIĘCZNI POLAKOM - CZYLI WKŁAD POLSKI W POWSTANIE I ROZWÓJ STANÓW ZJEDNOCZONYCH

JAMESTOWN
DLACZEGO PRZETRWAŁO?



JAMESTOWN - to pierwsza stała osada angielska w Ameryce, która przetrwała do naszych czasów i rozrosła się w wielką metropolię Wirginii (była takową jednak jedynie przez prawie 100 lat, od roku 1700 zaczyna się odpływ ludności i powolny upadek miasta). Jak to się stało że osada Jamestown - przetrwała? Jak to jak? A dlaczego miałaby nie przetrwać? - można by od razu zadać takie pytanie. Z bardzo prostej przyczyny - była to już któraś z kolei próba angielskiego osadnictwa w Nowym Świecie, począwszy od pierwszej angielskiej wyprawy do Ameryki z 1497 r., wysłanej przez króla Henryka VII i prowadzonej przez Genueńczyka - Giovanniego (Johna) Cabota, który dotarł do Nowej Fundlandii (sądząc że osiągnął wybrzeże Azji). Potem kilka wypraw w służbie angielskiej poprowadził jego syn - Sebastiano Caboto (pierwszą w latach 1504-1505, drugą w 1508-1509 i trzecią w 1516-1517), potem przeszedł na służbę hiszpańską. W czasie tych wszystkich wypraw, nie zakładano stałych osad na amerykańskim wybrzeżu i ograniczano się jedynie do nawiązywania kontaktów z Indianami, oraz tworzenia map odwiedzanych brzegów nowego kontynentu. Jednak w czasie panowania Henryka VIII, korona straciła zainteresowanie kolejnymi wyprawami, koncentrując się głównie na sprawach Europy. 

Tutaj od razu należy stwierdzić, że nim jeszcze wyruszyła z portu w Bristolu, pierwsza angielska wyprawa do Nowego Świata (1497 r.), pierwszy Polak już opłynął brzegi Labradoru. Był nim niejaki Johannes Scolvus (Jan z Kolna), który w służbie duńskiej korony, na okręcie Dietricha Pininga - dotarł tam w roku 1476 - ponad dwadzieścia lat przed wyprawą Johna Cabota.


JAN z KOLNA
(JOHANNES SCOLVUS)



Za panowania królowej Elżbiety I, Anglicy ponownie zaczęli spoglądać na kontynent amerykański, dostrzegając w nim szansę na rozwój i bogactwo własnego kraju. Kolejnym ku temu impulsem, była konsekwentna, kilkudziesięcioletnia eksploracja Ameryki i rejonu Morza Karaibskiego przez Hiszpanię - z którą Anglia wojowała. Anglicy zauważyli, że sami są daleko w tyle za osiągnięciami Hiszpanów, Portugalczyków czy Holendrów. Postanowili nadrobić stracony czas, choć początki nie był wcale ambitne. Ot, po prostu Anglia dysponowała kilkoma dość aktywnymi korsarzami, którzy zajęci byli raczej napadaniem na obładowane amerykańskim złotem - hiszpańskie galeony, niż na zakładaniu osad czy faktorii. Do tych korsarzy - w służbie korony angielskiej, należeli przede wszystkim - John Hawkins oraz Francis Drake, który m.in. wsławił się opłynięciem kuli ziemskiej w latach 1577-1580 (W 1579 r. spędził sześć tygodni wśród Indian - Miwok, których siedziby znajdowały się na terenach dzisiejszego San Francisco i symbolicznie przyłączył ten obszar do Anglii), oraz zniszczeniem hiszpańskiego fortu w St. Augustine na Florydzie w 1585 r. 

Kolejne wyprawy, noszące już znamiona angielskiej kolonizacji, zostały podjęte w 1576 r. przez Martina Forbishera, który dotarł do Ziemi Baffina oraz Johna Davisa w 1587 r., który opłynął wybrzeża Grenlandii i północnej Kanady. Pierwszą próbę założenia stałej osady w Nowym Świecie, podjął Humprey Gilbert, który w 1548 r. tak pisał o możliwościach, jakie stwarza dla Anglii kolonizacja i eksploatacja nowych terenów zamorskich w Ameryce: "Jest to jedyny sposób pozyskania przez naszych królów całego bogactwa Wschodu (...) które jest niewyczerpalne (...) i które przyniosłoby wielki postęp naszemu krajowi, naszemu królowi cudowne wzbogacenie, a wszystkim mieszkańcom Europy niewypowiedzianą ilość dóbr (...) Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach".

Gilbert w czerwcu 1583 r. dopłynął do Nowej Fundlandii i założył tam pierwszą stałą angielską osadę. Osada ta, założona na miejscu dzisiejszego Saint John's nie przetrwała nawet trzech miesięcy - (powody dlaczego tak się stało, wyjaśnię poniżej). W rok później, angielski podróżnik - Walter Raleigh, otrzymał od królowej Elżbiety I, przywilej, na założenie stałej angielskiej kolonii o nazwie - Wirginia (na cześć królowej). Pierwsza ekspedycja, miała na celu jedynie wybór odpowiedniego miejsca pod przyszłą kolonię i przyjazne nastawienie lokalnych Indian do nowych przybyszów z Europy. Gdy wydawało się że to już osiągnięto, 9 kwietnia 1585 r. z portu w Plymouth, wyruszyło pięć statków, na których pokładzie było 600 osób (prawie sami mężczyźni). 17 sierpnia dotarli do brzegów dzisiejszej Wirginii i rozpoczęli wznoszenie kolonii - Roanoke. Część kolonistów pozostała w forcie, natomiast sir Richard Grenville (który dowodził tą druga wyprawą), postanowił odpłynąć do Anglii, by przywieść zaopatrzenie, potrzebne do umocnienia fortu, oraz dowieźć większą liczbę kobiet. Obiecał że powróci w kwietniu roku następnego - nie powrócił. A tymczasem w forcie kończyły się zapasy żywności. Mało tego, koloniści zaczęli kraść i napadać pobliskich Indian, co spowodowało w czerwcu 1586 r. atak Indian na fort Roanoke. Co prawda atak odparto, ale stało się jasne, że dalsze przebywanie w forcie to pewna śmierć. Dlatego też, gdy w lipcu do fortu dopłynął sir Francis Drake, koloniści postanowili zabrać się z nim w drogę powrotną do Anglii.




Tymczasem do opuszczonego fortu dotarł wraz z obiecanymi posiłkami (i kobietami), Richard Grenville. Postanowił odpłynąć do Anglii, pozostawiwszy w forcie niewielką załogę (15 osób), dla podkreślenia angielskiej obecności w Nowym Świecie. 22 lipca 1587 r. okręty powróciły dowożąc 115 kolonistów, pod wodzą Johna White'a, który został mianowany gubernatorem Wirginii. Fort był jednak opustoszały. Wkrótce odnaleziono szkielety 15 pozostałych wcześniej w obozie osób. White zostawił kolonistów w forcie, a sam powrócił do Anglii po dostawy i kolejnych ochotników. Ponieważ trwała wojna hiszpańsko-angielska, White nie mógł powrócić do fortu przez kolejne trzy lata. Powrócił dopiero 18 sierpnia 1590 r. ale...osada była zupełnie opustoszała. Nie znaleziono nikogo z pozostawionych wcześniej kolonistów. Nie było tez żadnych śladów walki, czy ciał pomordowanych - nie było żywego ducha. Odnaleziono jedynie wyskrobany napis na drzewie - "CROATAN". Była to nazwa sąsiedniej wyspy i White sądził że koloniści przenieśli się właśnie tam, ale nie mógł tego sprawdzić, ponieważ szybko skończył się prowiant i woda. Musiano wracać do Anglii. Tak oto po pięciu latach przestała istnieć druga stała angielska kolonia w Ameryce. Pozostaje jednak pytanie - co stało się z kolonistami Roanoke? Gdzie "wyparowało" 90 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci (w tym, pierwsza Angielka urodzona w Ameryce - Virginia Dare, która przyszła na świat 18 sierpnia 1587 r.? Nie wiadomo, czy zasymilowali się z lokalnymi Indianami, czy też zostali przez nich pochwyceni, uwięzieni czy też zabici? I co się stało z Virginią Dare? No cóż tego niestety nie wiadomo, wiadomo natomiast że osada Roanoke nie przetrwała (niżej wyjaśnię z jakiego powodu).

Przez kolejnych szesnaście lat, Anglia nie podejmowała dalszych prób stworzenia stałej osady i wysyłania kolonistów do Nowego Świata. Dopiero wraz z powstaniem w 1606 r. handlowej spółki - Kompanii Wirginii, w grudniu 1606 r. wysłano trzy okręty w kierunku Ameryki (a konkretnie Wirginii), z misją założenia stałej osady. Co ciekawe, wśród kolonistów, mających założyć osadę, nie było żadnej kobiety, sami mężczyźni (145 - kilku zmarło podczas podróży), co świadczy że nie planowano osiedlać ich tam na stałe i rozwijać osady. Prawdopodobnie Kompania Wirginii traktowała tę misję jako tymczasową, która miała przynieść pewne wymierne (krótkotrwałe), korzyści. Kolonistom zabroniono posiadania własnej ziemi i zobowiązano do pracy na rzecz Kompanii przez siedem lat (prawdopodobnie plan istnienia osady był właśnie siedmioletni). Koloniści dotarli do Ameryki i zeszli na brzeg 26 kwietnia 1607 r. 14 maja przeniesiono się na wyspę Jamestown z zamiarem zbudowania tutaj stałego fortu obronnego. Wzniesiono go w przeciągu miesiąca. No i... się zaczęło.

Większość przybyłych nie zamierzała pracować, byli to bowiem ludzie, wywodzący się albo z angielskiej szlachty (a tym samym nienawykli do pracy fizycznej), albo też z angielskiego marginesu społecznego - przestępcy, złodzieje etc. Oni również nie zamierzali pracować. Przybyli tu bowiem z nadzieją szybkiego wzbogacenia się. Ponieważ jednak zapasy prowiantu i wody, które koloniści przywieźli ze sobą - szybko się kończyły, a nowych nie było, postanowiono poprosić o żywność lokalnych Indian z plemienia Paspegów (których wodzem był sławny Powatan - ojciec Pokahontas). Początkowo Indianie dokarmiali przybyszów, ale gdy zaczęły szerzyć się pierwsze kradzieże, natychmiast tego zaprzestano. Ponieważ Anglicy nie zamierzali uprawiać ziemi i pracować w polu, bardzo szybko pojawił się głód. Jedynym wyjściem pozostawały dostawy prowiantu z Anglii i tak pierwsza dostawa przybyła do Jamestown 2 stycznia 1608 r. Kolejna 1 października tego roku. Wraz z prowiantem, przywieziono następnych kolonistów. Szczególnie ta druga wyprawa była ozdrowieńcza dla osady, choć nie nastąpiło to od razu. W tą drugą ekspedycją pomocową dla kolonistów z Jamestown przybyli (zwerbowani osobiście przez przywódcę Jamestown i gubernatora Wirginii - Johna Smitha), koloniści z Polski.




Byli to ludzie wielu zawodów i umiejętności - architekci, murarze, stolarze, a także pewna liczba chłopów, którzy znali się na uprawie roli. W maju 1609 r. przybyli następni koloniści (m.in.: również Polski). Odtąd dały się zauważyć dwa oddzielne światy. Pierwszym światem - był świat angielskich kolonistów, którzy nie potrafili zmobilizować się do działania i jak pisał potem John Smith trzydziestu ludzi nie potrafiło wyhodować tyle kukurydzy, co troje Polaków miało dla siebie. Polacy (choć początkowo obiecano im równe prawa z Anglikami - w tym prawo głosu), byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii (niestety było to związane z bardzo niekorzystną dla nich umową, jaką podpisali z Kompanią Wirginii przed swym wyjazdem, która realnie sprowadzała się do tego, że pracowali za jedzenie jako robotnicy i rolnicy, bez żadnego prawa głosu. Większość Polaków podpisała tę umowę w Gdańsku, mamiona obietnicą nowego życia w Nowym Świecie), choć pobudowali sobie domy i zaczęli uprawiać rolę, hodując kukurydzę i ziemniaki. Polacy nie głodowali, a tymczasem na przełomie 1609 i 1610 r. pojawił się w "angielskiej osadzie" głód, który przeszedł do historii pod nazwą "Wielkiego Głodu" i o mały włos nie doprowadził do upadku osady, podobnie zresztą jak stało się to w przypadku Roanoke i osady Humpreya Gilberta z 1583 r. Bo to właśnie niechęć do podjęcia pracy fizycznej i przekonanie o łatwym zdobyciu ogromnego bogactwa (liczono na odkrycie pokładów złota), spowodowało że tamte osady nie przetrwały.


KOLONIA JAMESTOWN



Jamestown - przetrwało właśnie dzięki Polakom. To też John Smith, widząc jak doskonale sobie radzą z problemem głodu - Polacy, zmienił diametralnie organizację osady na początku 1610 r. Odtąd wprowadzono zasadę: "Kto nie pracuje, ten nie je" i jeśli ktoś brzydził się pracy fizycznej (a nie miał za co kupić jedzenia - bo pieniądze i kosztowności szybko się rozeszły w trakcie "Wielkiego Głodu", gdy Anglicy kupowali jedzenie najpierw od Indian, a potem także od Polaków), ten był z góry skazany na śmierć głodową. A śmierć zebrała ogromne żniwo - w samym tylko roku 1608 zmarło z głodu 91 osób, a w czasie "Wielkiego Głodu", mimo kolejnych dostaw z Anglii - zmarło aż 840 Anglików. Sytuacja była zatrważająca i bez radykalnych zmian, wprowadzonych za przykładem Polaków przez Johna Smitha - osada Jamestown podzieliłaby los swych dwóch wcześniejszych angielskich poprzedniczek. W 1630 r. w wydanej przez Smitha książce, opisującej losy osady i kolonistów, Smith tak pisze o ratunku, jakim było dla osady sprowadzenie do Jamestown Polaków: "Przybycie w 1608 r. do Wirginii rzemieślników z katolickiej Polski, uratowało od upadku pierwsze angielskie osiedle w Ameryce".

Co by się jednak stało, gdyby Jamestown upadło w 1610 r.? Według prof. Luisa B. Wrighta: "Jeśliby upadło Jamestown Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną między siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone". Zaś w 1973 r. przywódca republikanów Gerard Ford, (późniejszy prezydent USA), przemawiając w Kongresie, stwierdził przywołując pamięć kolonistów z Jamestown: "Historia jak pierwsi polscy imigranci pomagali w założeniu kolonii w Jamestown jest niezwykle barwna. Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ oznacza początek polskiej emigracji do tego kraju i ponieważ praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown".


ARTUR SZYK: 
PIONIERZY POLSCY W WIRGINII



Oczywiście uratowanie Jamestown przez Polaków, nie polegało tylko na pokazaniu możliwości jakie daje konsekwentna praca na roli i hodowla warzyw dla własnego przetrwania, lecz także na fakcie - iż to Polacy zbudowali i uruchomili w Jamestown pierwszą hutę szkła w angielskiej kolonii, tworząc tym samym pierwszy zakład przemysłowy w historii Stanów Zjednoczonych. 

No cóż - nie pomylę się zapewne, jeśli stwierdzę że bez Polaków nie powstałby Stany Zjednoczone - to myśmy (w sporej mierze) zbudowali ten kraj - to myśmy uratowali pierwszą stałą angielską osadę od ruiny ekonomicznej, to myśmy zbudowali pierwszy w angielskiej kolonii zaczątek przemysłu. To właśnie w polskiej hucie wytwarzane meble, smoła i dziegieć, stały się pierwszym towarem eksportowym Stanów Zjednoczonych do Anglii. Ale czy tylko to? Czy rola Polaków ograniczała się jedynie do tego drobnego (ale jakże ważnego dla historii USA) epizodu osady w Jamestown? Oczywiście że nie! Czy Amerykanie mają świadomość że pierwszą wyższą uczelnię w Nowym Jorku założył Polak - Aleksander Kurczewski? Że autorem mostu nad wodospadem Niagara był Polak - Kazimierz Gzowski? Że Aleksander Hołyński był pierwszym twórcą planów Kanału Panamskiego? Że Tadeusz Kościuszko opracował plany takich fortyfikacji pod Saratogą, że Brytyjczycy nie zdołali ich zdobyć. 

Ale czy Amerykanie to wiedzą? Nie! Oni wiedzą że Polska to kraj gdzie mordowano Żydów (i dokonywali tego jacyś niezidentyfikowani narodowo naziści - no bo przecież nie Niemcy - prawda?). No cóż historia Stanów Zjednoczonych też jest zakłamana - choćby święto Dziękczynienia - to co uczą w amerykańskich szkołach na temat tego świata, można sobie włożyć między bajki. Pierwsi pielgrzymi z Mayflower padali jak muchy z głodu, podobnie jak koloniści z Jamestown. I cała historia ponownie skończyłaby się tragicznie - gdyby nie pewien przypadek. Ale to już zupełnie inny (choć może nie tak bardzo odległy od dzisiejszego) temat.


OLBRACHT ZABOROWSKI W AMERYCE 




FELIKS MIKLASZEWICZ 




KAROL BŁASZKOWICZ 




KAZIMIERZ PUŁASKI 







WŁODZIMIERZ KRZYŻANOWSKI w ARMII UNII 




JAKUB SADOWSKI 




GEORGE WASZYNGTON I KAZIMIERZ PUŁASKI



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...