WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚWIĘTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚWIĘTA. Pokaż wszystkie posty

03 maja 2026

JUTRZENKA WOLNOŚCI

NIEŚMIERTELNA KONSTYTUCJA 3 MAJA




 Dziś przypada 235 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowożytnej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja 1791 r. Dzięki jej uchwaleniu na Sejmie Wielkim (trwającym od 1788 r.) udało się wreszcie zakończyć okres niewydolności politycznej i anarchizacji państwa, spowodowanej zarówno wewnętrznymi interesami magnaterii, krótkowzroczności "szlacheckiej braci" jak i zewnętrznymi wpływami europejskich mocarstw. Zniesione zostało zabójcze dla państwa liberum veto, uchwalone zostało stałe stutysięczne wojsko, wprowadzono dziedziczną monarchię - znosząc elekcję (która wcześniej świadczyła o fenomenie polskiej demokracji, jednak w XVIII wieku przy rosnącym absolutyzmie państw ościennych, stała się jednym z oznak słabości państwa), wprowadzono reformy administracyjne i skarbowe, przyjęto uchwałę o miastach wprowadzającą wolność mieszczan w miastach królewskich (odtąd szlachcic, który chciał zająć się intratnym handlem miejskim, mógł to uczynić a mieszczanin miał prawo nabyć posiadłość ziemską, co wcześniej było niemożliwe, mieszczanie też łatwo mogli zostać uszlachceni). Nie zniesiono co prawda pańszczyzny, ale chłopów brano odtąd w opiekę państwa (czyli Króla, Sejmu i Rządu). Wprowadzono w Konstytucji Majowej trójpodział władzy (władza ustawodawcza: czyli Sejm i Senat, władza wykonawcza: czyli Król i mianowana przez niego "Straż Praw" - innymi słowy rząd i władza sądownicza: złożona z niezawisłych Sądów) i zaczęto otwarcie głosić nienaruszalność praw obywatelskich i praw człowieka. Przede wszystkim zaś podkreślono zasadę niepodległości i suwerenności narodu i państwa.

Różne były międzynarodowe reakcje na uchwalenie Konstytucji polskiej. Radośnie powitali ją brytyjski publicysta i mówca - Edmund Burke, oraz Amerykanin - Thomas Payne, chwalili ją Francuzi Volney i Sieyes, gratulacje złożyli: papież - Pius VI, elektor Saksonii (który według Konstytucji miał być następcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) - Fryderyk August III (późniejszy władca Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1815), posłowie króla Szwecji Gustawa III (któremu wcześniej czyniono nadzieję i który do końca liczył że będzie następcą Poniatowskiego na polskim tronie). Konstytucję 3 Maja pozytywnie przyjął również cesarz rzymski, król Czech i Węgier - Leopold II Habsburg. Wrogo się do niej odnosili jednak zarówno król Prus Fryderyk Wilhelm III (który przerażony wizją 100-tysięcznej armii polskiej, pisał do swego posła w Warszawie - Lucchesiniego, aby ten uczynił wszystko co w jego mocy "by tego olbrzyma zadusić w kołysce", poza tym Prusakom nie podobało się wzmocnienie ruchu mieszczańskiego w Polsce, aby miasta polskie - szczególnie Warszawa, Kraków Poznań, Wilno a nawet Gdańsk nie stanowiły konkurencji dla miast i fabryk w Niemczech). Oczywiście naturalnie wroga nowej Konstytucji była również caryca Rosji - Katarzyna II, której Konstytucja odbierała dotychczasowy wpływ na kontrolowanie Rzeczpospolitej. Katarzyna pisała: "Polacy zakasowali wszystkie szaleństwa paryskiego Zgromadzenia Narodowego" i nazywając to co się stało 3 Maja "szałem warszawskim".

Konstytucja 3 Maja dała jednak Polsce taką jedność i rozbudziła taką świadomość narodową, że choć potem mocarstwa zaborcze (głównie Rosja i Prusy do których to ostatecznie dołączyła Austria) zniszczyły Polskę jako państwo, to jednak Narodu zniszczyć już nie zdołały i Naród ten po 123 latach niewoli (a w zasadzie 150 licząc od pierwszego rozbioru, czyli od 1772 r. do 1922 r. kiedy to ostatecznie ukształtowano granice odrodzonego państwa polskiego) siłą swych najlepszych synów i córek, ponownie potwierdził swe nigdy nie wygasłe prawo do Życia i Niepodległego istnienia wśród Narodów Świata. Zatem:






OSTATNIE OBCHODY 
ŚWIĘTA 3 MAJA 
W NIEPODLEGŁEJ 
II RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ...





...I W TYM ROKU


 

02 maja 2026

DOMINATORKI - Cz. XI

CZYLI RZECZ O ZNANYCH
I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII,
KTÓRE POTRAFIŁY 
RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE
MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA





DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. XI






TEJE
KRÓLOWA-LWICA 
Cz. IV



 Oto dalsza relacja Nony, przytoczona przez brytyjską medium o pseudonimie Rosemary w roku 1931 (była nią nauczycielka o imieniu Ivy z miasta Blackpool w północno-zachodniej Anglii, która nagle wpadła w trans i zaczęła mówić dziwnym, niezrozumiałym językiem, który ostatecznie postanowiono nagrać na taśmę magnetofonową. Okazało się że jest to dawno wymarły dialekt staroegipski - jego prawdziwość potwierdził brytyjski historyk i archeolog - Howard Hulme). Nona (poprzez Rosemary) opowiadała m.in. o swoim życiu jako Telik-ha Ventiu w Świątyni Ipet Sut w Karnaku, gdzie pełniła obowiązki "panny świątynnej", a dokąd trafiła na życzenie swej protektorki i przyjaciółki królowej Teje. Jak twierdziła Nona/Rosemary - poranek w Świątyni zaczynał się pobudką od kapłana, który śpiewał pieśń ku czci boga, zwaną "Hymnem Porannym". Następnie dziewczęta musiały się ubrać i przystąpić do ceremonii oczyszczenia. Ceremonia ta dotyczyła nie tylko ich samych, ale wszystkich kapłanów Świątyni z samym arcykapłanem na czele. Co prawda dziewczętom (pannom świątynnym) nie wolno było wchodzić do "Świętego Świętych", czyli umieszczonego w głębi Świątyni sanktuarium, w którym było swoiste tabernakulum, skrywające samego boga (innymi słowy - posąg boga był zamykany na noc do specjalnego pomieszczenia, podobnego do szafy z otwieranymi przednimi drzwiami, stojącym na czymś, co mogłoby przypominać... sanie). Wejść do "Świętego Świętych" mógł jedynie arcykapłan (niekiedy w towarzystwie dwóch wyższego rzędu kapłanów) oraz sam faraon. Nikt inny, ani kapłani niższego rzędu, ani też panny świątynne nigdy nie mogły przekroczyć progu tego zakazanego pomieszczenia. 

Mimo to codziennie rano należało się oczyścić. Najpierw czynił to arcykapłan, wchodząc do "Świętego Jeziora", leżącego tuż przy samej Świątyni (poziom wody w tym jeziorze zmieniał się wraz z odpływami i przypływami Nilu, z których to wód był zaopatrywany), potem kolejni kapłani (oczywiście według hierarchii), a na samym końcu panny świątynne. Po kąpieli odbywała się ceremonia "Przyjęcia Boga", czyli wejścia do "Świętego Świętych". Tam kapłan/kapłani łamali pieczęć (co dzień nową), wyjmowali śruby zabezpieczające drzwi do tabernakulum i wyjmowali "boga" na zewnątrz. Po oczyszczeniu kapłanów, należało teraz dokładnie obmyć sam posąg, namaścić olejkami a całe pomieszczenie dodatkowo oczyścić kadzidłem. Następnie posąg był ubierany w piękne szaty (zawiązywane nad jego głową). Gdy posąg był już odpowiednio obmyty, wyperfumowany i ubrany, można było przystąpić do składania "bogu" ofiar. Był to jednocześnie posiłek "boga" oraz kapłana/kapłanów (a w rzeczywistości samego kapłana, który modląc się, spożywał przygotowane wcześniej dla bóstwa produkty. To, co nie zostało zjedzone przez kapłana, oddawano całej reszcie pomniejszych duchownych i panien świątynnych. Najważniejszymi dniami były święta poświęcone Amonowi-Re (oczywiście na dobrą sprawę każde poszczególne miasto w Egipcie mogło czcić swego lokalnego boga i z reguły święto bóstwa lokalnego było najważniejszym dniem w roku dla danej lokalnej społeczności, jednak szczególnie uroczyście świętowano w dwóch najważniejszych miastach Egiptu - w Memfis (Delta) i w Tebach (Górny Egipt). W Memfis najważniejszym świętem było to na cześć boga Apisa (symbolizowanego przez byka, którego wyprowadzano w uroczystej procesji na ulice). Byk miał swoją dokładną datę urodzin, które również obchodzono uroczyście. Był to specjalnie wybrany byk, który po odnalezieniu (musiał spełniać pewne określone cechy fizyczne) żył - on jego matka - od tej pory na koszt państwa do swej naturalnej śmierci (zabicie bowiem uosobienia samego boga byłoby świętokradztwem), opiekowano się nim i modlono się do niego. Po śmierci zaś, balsamowano go i grzebano w specjalnie dla niego wzniesionym grobowcu, a następnie rozpoczynano poszukiwania nowego byka, spełniającego określone "boskie" warunki. Natomiast najważniejszym bóstwem Teb był właśnie Amon, połączony z bogiem-stwórcą Re w swoisty duet Amona-Re.

Co ciekawe świąt w Starożytnym Egipcie było dość sporo, ale zdarzały się i takie, które nie były obchodzone nawet i przez kilka dziesięcioleci (a nawet kilka pokoleń). Do takich świąt należało choćby "Święto Dżed". Było ono poświęcone Ozyrysowi - czyli bogu życia, śmierci i... zmartwychwstania, a jego symbolem był leżący na ziemi wielki słup zwany Dżed. Każdy faraon, jeśli tylko zdołał osiągnąć trzydziesty rok swego panowania, urządzał Święto Dżed, które polegało na podniesieniu owego słupa (za linę) do góry. Jeśli tego dokonał (a starano się aby dokonał, czyli po prostu pomagano mu w tym, gdyż w przeciwnym razie jego rządy utraciłyby boskie poparcie, a to oznaczałoby konieczność jego usunięcia, co w historii Egiptu się nie zdarzyło), zyskiwał sobie (i krajowi) przychylność boga Ozyrysa i odbudowywał własną (oraz kraju) witalność (zresztą ów słup miał w pewnym sensie kształt falliczny i takowy symbolizował). Kolejne Święto Dżed organizowano już w dziesięć a czasem w pięć lat po pierwszym, następne zaś (jeśli tylko władca tego dożył) to nawet co dwa lata. Innymi słowy, jeśli po trzydziestu latach swego panowania faraon był zdolny "podnieść słup" (a musiał być zdolny, bo nie było innej opcji, jeśli sam władca nie chciał marnie skończyć), to oznaczało dalsze pomyślne czasy dla kraju.




Podczas jednej z takich uroczystości na cześć Amona-Re, Telik-ha Ventiu jako panna świątynna (nie było to jednak święto Dżed) miała okazję ponownie zobaczyć Amenhotepa III. Nie wiadomo dokładnie w jaki sposób rozpoczął się ich romans (bo o tym Nona/Rosemary nie mówi), natomiast ciekawe są te fragmenty, w których opowiada ona o tym, że w świątyniach używano także oświetlenia... elektrycznego: "Nasi mędrcy w Egipcie mieli wiedzę, która byłaby cenna i dzisiaj (...) Pojmowali elementy lepiej niż dzisiejsi naukowcy. Starożytni adepci używali elektryczności prosto z powietrza" - jak miała rzec Nona/Rosemary (prawdopodobnie chodzi o coś, co można by nazwać generatorem elektrycznym, ładowanym np. podczas wyładowań atmosferycznych, słyszałem już wcześniej o takich urządzeniach w Starożytnym Egipcie i powiem więcej, większość świątyń w Starożytnym Egipcie - a z pewnością te najważniejsze - oświetlane były energią elektryczną, a nie światłem pochodni. Wiedzę tę posiadali kapłani - a pochodziła ona zapewne jeszcze z pradawnych czasów, z okresu kiedy w kraju nad Nilem o nazwie aranka przebywali Czerwonoskórzy Atlanci, wygnani ze swej wyspy przez sektę "Synów Beliala". To właśnie wśród egipskich kapłanów przetrwała dawna wiedza "Jednego Prawa". To kapłani byli nie tylko astronomami i elektrykami, ale również lekarzami i tak naprawdę to oni rządzili Egiptem, o czym niejednokrotnie mógł się przekonać każdy kolejny faraon. To oni posiadali umiejętność pisma i to oni uczyli jego podstaw w egipskich szkołach, to wreszcie kapłani posiadali wiedzę na temat gwiazd a nawet kosmosu i oczywiście wiedzieli czym jest zaćmienie słońca i w ten sposób kontrolowali całą resztę poddanych. Dziś mamy to samo, tylko że dziś kapłani nazywają się naukowcami i mówią nam że "planeta się spali" jeśli nie będziemy wdrażać tych wszystkich klimatycznych bzdur, które służą tylko nabiciu kabzy określonym grupom cwaniaków. Gdzie jest Greta Thunberg - ikona klimatystów? Aaa przepraszam, Greta już jest na cenzurowanym, bo skrytykowała zbrodnie popełniane przez Izrael w Strefie Gazy i w Libanie. To właśnie pokazuje jak pewne kukiełki stawia nam się przed oczami, a potem je usuwa jakby nigdy nic, gdy tylko przestaną być potrzebne. Ale interesy, pieniądze i władza są niezmienne).




Według tego co dalej opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu (jako pierwsza?) zaczęła przekonywać monarchę do wprowadzenia pewnych religijnych modyfikacji. Zaproponowała bowiem odejście od skomplikowanej i monotonnej procedury ofiarnej i zastąpienie jej znacznie prostszą formą bezpośredniego wielbienia Boga przez wszystkich kapłanów (mężczyzn i kobiety), nawet miała przygotować ułożoną przez siebie modlitwę ku czci boga. Władca prawdopodobnie zezwolił jej na te modyfikacje (dziś wiadomo że w czasach Amenhotepa III znacznie rozrósł się - szczególnie na królewskim dworze i w warstwach egipskiej elity - kult solarny Atona, który zaczął zdobywać zwolenników także wśród warstw niższych i stał się potem, za panowania syna i następcy Amenhotepa III - Nefercheprure Amenhotepa IV, zwanego następnie Echnatonem, głównym zagrożeniem dla starych kultów, gwiazda solarna Aton - się głównym religijnym konkurentem Amona-Re). Według tego co opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu, zapomniana małżonka (król miał bowiem wkrótce ją poślubić) Amenhotepa III, była prekursorką tej nowej religii (dzisiaj oczywiście nie jesteśmy w stanie tego udowodnić, ani to potwierdzić, ani temu zaprzeczyć). Ale wiedziała ona że nowa wiara jest zupełnie obca ludowi i  kapłanom, którzy praktykowali skomplikowane praktyki religijne, jakie ona poznała, służąc w Świątyni Amona-Re (po ślubie z królem przestała pełnić tę funkcję i ponownie weszła do królewskiego haremu. Zapewne to właśnie wtedy jej protektorka i przyjaciółka wszechwładna królowa Teje stała się jej śmiertelnym wrogiem), mówi o tym słowami Nony/Rosemary: "Nowa religia nie urodziła się w Egipcie. To przyszło z ziemi dalej na wschód, a powstała w jednym z odludnych miejsc, gdzie gromadzą się razem gorliwe dusze. Niektórzy mówili nam, że Zbawiciel lub Mesjasz rozpoczął głoszenie tej wiary, ale świat nie był gotowy na tę wiedzę. Duchowa prawda nie może się zakorzenić, dopóki ludzie nie są gotowi by ją otrzymać".

Projekt nowej modlitwy i pewnego usprawnienia skostniałej formy egipskiej kultowości, narobił młodej dziewczynie sporo wrogów, głównie wśród kapłanów, z samym arcykapłanem Amona-Re na czele. Ale to nie wszystko. Z chwilą bowiem gdy Telik-ha Ventiu zyskała swą osobą zainteresowanie króla i trafiła do jego haremu jako jedna z małżonek, zrobiła sobie wroga w przychylnej jej dotąd - królowej Teje. Opowiedziała się ona bowiem po stronie kapłanów i za utrzymaniem dotychczasowej kultowości, jednocześnie wypowiadając bezwzględną walkę swej rywalce. Odtąd obie kobiety rozpoczęły szaleńczą konkurencję o łoże, serce, politykę i władzę nad Amenhotepem III i całym Egiptem. Według relacji Nony/Telik-ha Ventiu, faraon Amenhotep III był człowiekiem o spokojnej, ugodowej naturze (mówiła o nim: "Był znacznie piękniejszą duszą niż pokazują historyczne zapisy"), to jednak spowodowało, że został całkowicie zdominowany przez królową Teję (Nona/ Rosemary opisywała ją następująco: "Była bardziej mężczyzną niż kobietą (...) Kapłani bali się jej władzy nad faraonem, ponieważ miała na niego znaczący wpływ. On był zmęczonym człowiekiem i znajdował pocieszenie w tym, co mu mówiła"). Jednocześnie Nona wyraża się o Teje dość pozytywnie, twierdząc że królowa zaopiekowała się nią w pierwszym okresie, tuż po jej przybyciu do Egiptu ("Byłam młoda, ale ją kochałam. Była dla mnie taka dobra. Adoptowała mnie i oficjalnie uczyniła ze mnie swoje dziecko. W ten sposób stałam się naturalizowaną Egipcjanką. Jako królowa miała pewne prawa, których nawet faraon nie mógł znieść"), podkreśla jednak że jej stosunek zaczął się zmieniać i że była bardzo niebezpieczną kobietą, której lepiej było nie wchodzić w drogę ("Królowa była niebezpiecznym wrogiem. Była surową duszą i nie lubiła Egipcjan (...) miała silną, surową, daleką osobowość. Miała umysł bardziej podobny do mężczyzny niż do kobiety"). Dalej Nona twierdzi że królowa Teje była żądna władzy ("Królowa miała obsesję na punkcie pragnienia dominacji (...) dominująca kobieta o silnej fizycznej aurze, która sprawiała, że byłam przy niej zmęczona i pozbawiona wszelkiej siły"), lecz w kwestii religii należała do zwolenników tradycji i nie chciała oraz nie tolerowała żadnych syryjskich, mezopotamskich czy mitannijskich nowinek ("Bała się Nowej Religii. Nienawidziła niczego nowego i trzymała się starych rytuałów. Nawet na dworze nie miała nowych pomysłów"). 


AMENHOTEP III

(Rządy tego władcy {ok. 1388-1351 r. p.n.e.} to okres wewnętrznego spokoju, wielkiego dobrobytu - dzięki łupom i daninom nagromadzonym przez poprzednich faraonów - i wytchnienia od kolejnych buntów zarówno w Syro-Palestynie jak i w Nubii. Jednak wewnętrzny konflikt kapłanów Amona-Re i nowego kultu solarnego Atona doprowadzi państwo do wewnętrznego rozbicia i upadku jego międzynarodowej pozycji)



Nona oskarża również królową o doprowadzenie do załamania się państwa, jakie nastąpiło za czasów rządów jej syna - Nefercheperure Amenhotepa IV (Echnatona) i twierdzi że gdyby tylko udało się usunąć królową, historia Egiptu z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej ("Nadal twierdzę, że gdyby moc królowej została usunięta i gdyby młody Ak-he-na-ton został otoczony zwolennikami, dalsza historia Egiptu byłaby inna, nie sądzę też by imperium upadło"). Nona twierdzi, że ona (jako Telik-ha Ventiu) doradzała królowi Amenhotepowi III aby przyjął i zaakceptował przynajmniej część obcych kultów, szczególnie tych babilońskich lub syryjskich i twierdzi że gdyby tak się stało i gdyby młody Amenhotep IV uzyskał ojcowskie wsparcie oraz pomoc, z pewnością udałoby się nie tylko doprowadzić do reformy religijnej w kraju faraonów, ale również i utrzymać Imperium w całości. Tak mówiła o młodym następcy tronu Amenhotepie IV, który do historii przeszedł jako Echnaton - twórca nowej egipskiej religii kultu solarnego bóstwa Atona ("Był mądry, sprytny, łagodny i delikatny i tylko brakowało mu odwagi, ale był sam, został opuszczony"). Nona przypisuje sobie decydującą rolę w zmianie postrzegania przez Egipcjan obcych kultów, choć wydaje się że była to raczej swoista dynamika tamtej epoki i spowodowały ją nie tylko wielkie podboje, ale również małżeństwa władców Egiptu (jak również członków egipskiej elity wojskowej i administracyjnej) z kobietami pochodzącymi z innych ludów (w czasach XVIII Dynastii - choć nie tylko - Egipcjanie coraz chętniej brali sobie za żony Syryjki, Libijki lub Babilonki, rzadziej zaś czarnoskóre Nubijki, a było to podyktowane twierdzeniem iż kobiety obcych ziem są dużo bardziej uległe i kobiece, niż wyemancypowane Egipcjanki. Niektórzy mężczyźni brali sobie nawet dwie żony: Egipcjankę i na przykład Syryjkę - jak to choćby zostało przedstawione na steli nagrobnej, znajdującej się w Muzeum Joseph Dechelette w Roannie, której autor kazał umieścić swoje dwie żony: Azjatkę o imieniu Senebheka oraz Egipcjankę, przy czym ta pierwsza stoi i nazywana jest "ukochaną", zaś ta druga klęczy i nie ma nawet imienia). Amenhotep III obawiał się jeszcze umieszczania posągów obcych bóstw w swym pałacu w Malkacie (po drugiej stronie Nilu, naprzeciwko królewskich Teb - dokąd się przeniósł zapewne z obawy przed ciągłym wzrokiem kapłanów), choć on już bardziej wolał solarny kult starego boga z Heliopolis - Re-Harachtesa, niż oficjalne tebańskie bóstwo - Amona-Re.




Natomiast potęga królowej Teje opierała się na starym kulcie (ojciec królowej - Juja, nosił tytuł: "Boskiego Ojca" i był kapłanem boga Mina [tego ze sterczącym fallusem], zaś jej matka - Czuja, była: "Przełożoną w haremie Mina" - gdzie też poznała swego męża - i należała do elity egipskich dam. A poza tym brat królowej - Aanen piastował stanowisko Drugiego Proroka Amona-Re w Karnaku i był jednocześnie "Wielkim Widzącym" w Heliopolis, czyli był na szczycie hierarchii kapłańskiej). Z tego co twierdzi Nona, królowej Teje obawiali się nawet wszechpotężni kapłani Amona-Re (królowa zaś, dzięki swemu bratu, kontrolowała oba skłócone ze sobą ośrodki - tebański ośrodek kultu Amona i heliopolitański ośrodek solarny Atuma), a ponieważ Aanen był kapłanem z Heliopolis, więc i na dworze można było spotkać symbole solarne, które królowa zapewne popierała (stąd dzisiejsi historycy przypisują jej duże zasługi w zaprowadzeniu w Egipcie aryjskich kultów solarnych, choć z tego co twierdzi Nona/Rosemary, królowa była raczej wroga wszelkim nowinkom religijnym, a w szczególności zaś tym, które nie pochodziły z Egiptu). Teje lubiła pokazywać się dostojnikom i ludowi (np. podczas publicznych świąt) jako wcielenie bożej sprawiedliwości, ładu i porządku - bogini Ma'at, a także jako bogini nieba, Wielka Matka Hathor (co ciekawe bogini ta nosi na głowie "Oko Słoneczne" - czyli boską siłę kosmiczną, którą utożsamiano z siłą kobiecości i symbolu tego z pewnością używała także królowa Teye. Ale co ciekawe, został on potem przeniesiony do solarnego kultu Atona, który wprowadził jej syn - Amenhotep IV / Echnaton. Stąd zapewne owe przesłanki popierania przez królową nie-egipskich kultów - jak dziś uważają współcześni historycy). 




Nona/Rosemary w relacji z 4 maja 1936 r. opisuje jak wyglądała jej posługa w przybytku Amona-Re: "W każdej dłoni trzymam rodzaj lampy z postumentem o długości około metra. Ma szeroki kształt spodka, z białym płomieniem wychodzącym z góry. Są one przeznaczone do wpasowania w gniazda z metalowym pierścieniem, jedna po każdej stronie kurtyny, która ukrywa środkowe drzwi na końcu dużej sali. Jest to wejście do ukrytego sanktuarium, z zaokrąglonymi schodami prowadzącymi do centrum. Światła miały powstrzymać złe duchy, a kadzidło służyło zachowaniu czystości samego sanktuarium. Wewnątrz znajduje się ołtarz, pośrodku którego pali się wieczny, niebieski płomień, bardzo mały, ale wydaje się że wychodzi on z kamienia. Nigdy nie gaśnie, a jednak nigdy nie jest pielęgnowany. Nie zastanawiam się, czy to było jakieś mineralne światło, ponieważ był to blady, zielononiebieski, zimny płomień, który nie migotał - nie większy niż światło świecy i zdawało się, że wychodzi z małego otworu w kamieniu. Istniało pewne znaczenie między tym płomieniem a wolą boga, do którego kierowano modły. Kiedy bóg odrzucił prośbę, lub milczał, płomień nie dawał białego światła, ale kiedy prośba została spełniona, płomień odpowiednio to pokazał". Jej służba polegała na uczestniczeniu w odbywających się trzy razy dziennie, specjalnych rytuałach, polegających na obudzeniu boga (co czyniła jedynie Boska Małżonka Amona-Re w towarzystwie arcykapłana lub samego króla, reszta zaś kapłanów - i oczywiście panny świątynne - nie mieli wstępu do "Świętego Świętych", czyli miejsca gdzie przechowywano posąg boga. Do jej zadań należało zaś przygotowanie porannych perfum dla boga, przygotowanie posiłku, oraz okadzanie całej trasy, jaką Boska Małżonka (w tym przypadku sama królowa Teje) i arcykapłan przemierzali w kierunku świętego pomieszczenia. Wieczorem sytuacja się powtarzała gdy bóg udawał się na spoczynek. Należało więc powtórzyć całą ceremonię raz jeszcze, przygotować kolację i oczyścić trasę pochodu. Arcykapłan zaś zamykał posąg boga do pozłacanej skrzyni, zakładał plomby (które rano łamał) i dopiero wówczas kapłani także mogli położyć się spać.

Nona opisuje również święto ku czci Amona-Re, jakie odbywało się raz do roku, a jego kulminacją była wielka procesja posuwająca się zarówno po Nilu jak i wokół brzegu: "Najważniejszy festiwal roku (...) Wielki faraon jest w tej procesji. Widzę byki z długimi, gładkimi rogami i girlandami z kwiatów. Niosę puchar w służbie bogu. (...) Na jednym z naszych świąt, które odbywały się raz do roku, procesja przebiegała wzdłuż Alei Sfinksów z jednej strony, a potem z powrotem do świątyni. Procesja zatrzymywała się u każdego z kamiennych zwierząt i my musiałyśmy dotknąć ich gałązkami palmowymi. Zwierzęta nie były czczone. Chodziło o to, że każdego roku konsekrowano je na nowo jako strażników świątyni. A moja służba miała przypominać o ich opiece i modlitwie, tak, by żadne złe duchy nie przyszły i nie zyskały wstępu do świątyni". Wpływ jaki Telik-ha Ventiu zyskała na Amenhotepa III i to co planowała uczynić, ostatecznie doprowadziło ją do zguby, gdyż królowa Teje nie zamierzała tolerować konkurentki zarówno w łożu swego męża, jak i w polityce religijnej - którą uważała za swoją własną domenę. Nona/Rosemary nie wyjaśnia jak doszło do śmierci Telik-ha Ventiu. W każdym razie owa (już wówczas) kobieta została utopiona w Nilu wraz ze swą świątynną przyjaciółką Volą (notabene według przekazu Nony, kolejnym wcieleniem Voli była właśnie Rosemary). Tak zakończyło się jej życie w tamtym czasie i tak też urywa się ten przekaz. Nie wiadomo kiedy Telik-ha Ventiu została zamordowana. Wiadomo natomiast że syn i następca Amenhotepa oraz królowej Teje - książę Echnaton porzucił dotychczasowe kulty swego kraju i całkowicie przyjął huryckie kulty solarne. Ale nim do tego doszło, wydarzyło się jeszcze kilka innych spraw w Egipcie i jego politycznym otoczeniu.


CDN.


DZIŚ DZIEŃ FLAGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI, TAK WIĘC CZEŚĆ ODDAJĘ ŚWIĘTYM BARWOM MOJEJ OJCZYZNY





01 maja 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VI

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VI




 Rok 1923 był rokiem bardzo niespokojnym nie tylko w Polsce, ale również w kilku innych państwach europejskich (z pewnością w Niemczech, gdzie hiperinflacja doszła do przerażającego poziomu). W Polsce był to rok często zmieniających się rządów (trzy gabinety w ciągu roku), hiperinflacji, walki z paskarzami (wielu bowiem handlarzy starało się wykorzystać kryzys gospodarczy do swoich celów, maksymalnie podnosząc ceny sprzedawanych przez siebie towarów), oraz zamachów terrorystycznych, a także nadziei, jakie wiązali komuniści z rychłym upadkiem demokracji i zainstalowaniem w Polsce systemu sowieckiego. Już 4 stycznia policja przeprowadziła aresztowania, robiąc naloty na meliny komunistów i współpracowników Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Wielu sowieckich agentów z KPRP zostało wówczas aresztowanych. Samego Komitetu Centralnego z Adolfem Warszawskim-Warskim i Marią Koszutską nie udało się jednak policji aresztować.

Co ciekawe, tego samego, 4 stycznia 1923 r. swoje obowiązki rozpoczął pierwszy poseł Związku Sowieckiego w Polsce - Piotr Wojkow (polskim posłem w Moskwie został Stanisław Kętrzyński).

Stan zdrowia Lenina pogarszał się z każdym kolejnym dniem, aczkolwiek jeszcze był na tyle sprawny umysłowo, aby 4 stycznia dopisać post scriptum do swego nieoficjalnego "testamentu", który napisał pod koniec grudnia 1922 r. i w którym ostrzegał Partię przed Stalinem, pisząc: "Towarzysz Stalin, po objęciu funkcji sekretarza generalnego, skupił w swych rękach nadmierną władzę i nie ma pewności, czy zawsze potrafi z tej władzy korzystać z należytą ostrożnością". Dnia 4 stycznia 1923 r. Lenin dopisał jeszcze: "Stalin jest zbyt brutalny i wada ta, która jest całkiem do zniesienia w naszym środowisku i w stosunkach między nami, komunistami, staje się nie do zniesienia na stanowisku sekretarza generalnego". Dokument ten został potem na całe dekady utajniony i był jednym z najbardziej strzeżonych dokumentów w Związku Sowieckim, nawet po śmierci Stalina (notabene Lew Trocki - czyli jedyny realny konkurent Stalina do władzy nad partią i państwem - twierdził też, że Lenin miał powiedzieć o Stalinie w gniewie: "Ten kucharz zgotuje tylko pieprzne dania").

Wzmagał się problem niemieckich reparacji dla zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej. Jeszcze w marcu 1921 r. Ententa ustaliła wysokość reparacji niemieckich na 132 mld marek w złocie (płatnych rocznymi ratami 2-6 mld marek przez 42 lata). Niemcy (szczególnie za ministra Walthera Rathenaua) starały się obniżyć tę kwotę do 50 mld marek, pomniejszonych o 20 mld, które rzekomo Niemcy miały już spłacić Aliantom. Rathenau twierdził, że jeśli Alianci nie zgodzą się na obniżenie wysokości reparacji, to Niemcy czeka katastrofa gospodarcza i bankructwo, a co za tym idzie anarchia polityczna i niestabilność, która może pochłonąć Europę (tym bardziej biorąc pod uwagę zagrożenie sowieckie). Francuzi jednak kategorycznie nie godzili się na jakiekolwiek w tym względzie ustępstwa. Tym bardziej że po upadku rządu skłonnego do kompromisu Aristide Brianda, nowym premierem został (styczeń 1922 r.) były prezydent Republiki - Raimund Poincaré, który nie chciał słyszeć o żadnym kompromisie w stosunku do Niemców. Taka polityka doprowadziła w Niemczech do wielu politycznych zbrodni, a jej ofiarą padł sam Rathenau (zastrzelony w Berlinie 24 czerwca 1922 r. notabene jeden z zamachowców wrzucił do jego samochodu również granat ręczny). Ratenau był niemieckim nacjonalistą i chociaż godził się na reparacje, wiedząc że tylko w ten sposób Niemcy mogą powrócić na europejskie salony i wywalczyć odzyskanie przynajmniej części strat terytorialnych, poniesionych po zakończeniu I Wojny Światowej (szczególnie miał na myśli Pomorze i Górny Śląsk). Jednak owa zgoda została automatycznie uznana przez środowiska nacjonalistyczne w Niemczech (szczególnie te, które głosiły mit "ciosu w plecy") że Rathenau jest zdrajcą Niemiec, a ponieważ był również Żydem, tym bardziej go to oczerniało w oczach żądnych odwetu nacjonalistów. Zresztą reparacje które Niemcy zaczęły już spłacać w dostawach surowców dla francuskiego przemysłu, były ostatecznie torpedowane przez wielkich niemieckich przemysłowców (Kruppowie, Thyssenowie, Stinnesowie). Również kapitał i politycy brytyjscy nie widzieli potrzeby w wypłacaniu reparacji Francji (ogromna bowiem część z owych reparacji przypadała Francuzom).


NAJWIĘKSZE ARMIE W EUROPIE 
(WRAZ Z USA I JAPONIĄ) 
W LATACH 20-tych XX WIEKU



W dniach 2-4 stycznia 1923 r. odbyła się konferencja paryska w sprawie niemieckich reparacji, która jednak zakończyła się fiaskiem. Powstały 22 listopada 1922 r. centro-prawicowy rząd Wilhelma Cuno, nie mógł się bowiem zgodzić na ustaloną kwotę 132 mld marek w złocie, gdyż realnie doprowadziłoby to niemiecką gospodarkę do bankructwa, ale Francuzi (mam tu na myśli polityków z otoczenia premiera Poincaré, gdyż francuscy przemysłowcy często znajdowali wspólny język z przemysłowcami z Niemiec) nie zamierzali pójść na jakiekolwiek, choćby najmniejsze ustępstwa. Francuzów wsparli w tym Belgowie oraz Włosi Mussoliniego. Konserwatywny rząd brytyjski zaś (z już wówczas śmiertelnie chorym premierem Andrew Bonarem Lawem) był znacznie bardziej elastyczny w kwestii reparacji i choć popierał Francuzów, ostatecznie zdawał się stanąć po stronie Niemiec. Poincaré, nie mając innego wyjścia i widząc że w żaden inny sposób nie wyegzekwuje od Niemców reparacji, zdecydował się na krok militarny. 11 stycznia 1923 r. Armia Francuska i Belgijska wkroczyły do Zagłębia Ruhry, traktując je jako zastaw pod wypłatę reperacji wojennych. Odtąd transporty węgla miał iść nie w głąb Niemiec, a do Francji - na konto reparacji. Rząd Wilhelma Cuno wezwał rodaków z Zagłębia Ruhry (głównie urzędników i robotników) do biernego oporu wobec okupantów francuskich. Doszło jednak do kilku starć w wyniku których zastrzelonych zostało 132 Niemców. Interwencja francusko-belgijska w Zagłębiu Ruhry spotkała się ze sprzeciwem zarówno Londynu jak i Waszyngtonu - tym bardziej gdy doszły tam informacje o walkach i zabitych oraz rannych cywilach. Poincaré musiał nieco ograniczyć swoje apetyty i swój przekaz, ale nie wycofał się z Zagłębia Ruhry, a wręcz przeciwnie - zaczął wspierać lokalny separatyzm. Ruch separatystów nadreńskich, kierowany przez Adama Dortena (uczestniczył w nim również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec, a wówczas burmistrz Kolonii - Konrad Adenauer) był mocno wspierany i finansowany przez Paryż. Ostatecznie jednak okupacja Zagłębia Ruhry niewiele Francuzom dała, natomiast generowała ogromne koszty, a także straty wizerunkowe. Mimo to Poincaré nie zamierzał się stamtąd wycofywać.




FRANCUSKA OKUPACJA W ZAGŁĘBIU RUHRY BYŁA DOTKLIWA DLA NIEMCÓW PRZEDE WSZYSTKIM W TAKICH CODZIENNYCH NIEPRZYJEMNYCH SYTUACJACH



31 stycznia 1923 r. o godz. 6:30 rano, zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza - Eligiusz Niewiadomski został przewieziony z aresztu do Cytadeli, gdzie miał dokonać swego żywota. Czekała tam na niego już kompania szkolna 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Poprzedniego dnia wieczorem przeprowadził Niewiadomski dwugodzinną rozmowę w swej celi z księdzem Pietrzykiem. Teraz nie zdradzał ani zdenerwowania ani też obaw przed śmiercią (proponowano mu aby poprosił o ułaskawienie nowego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, ale on odmówił i stwierdził że za taki czyn jaki popełnił, należy się śmierć, gdyż co prawda idea jakiej służył - według niego - była słuszna i Narutowicz jako symbol politycznego zaprzaństwa na śmierć zasłużył, ale równocześnie było to zabójstwo człowieka i z tego też powodu on również musi zginąć). Podszedł do słupka egzekucyjnego (chociaż wcześniej starano się przynajmniej doprowadzić do tego, aby nie został rozstrzelany przy tym słupku jak pospolity przestępca, ale ostatecznie nie udało się do tego doprowadzić prawicowym ugrupowaniom). Zdjął palto, szalik i kapelusz, ściągnął też okulary i podał je stojącemu nieopodal mecenasowi Kijeńskiemu. Poprosił aby nie zawiązywano mu oczu i aby nie przywiązywano go do słupka, a życzenie to zostało spełnione. Następnie wyrzekł słowa: "Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski! Zachowam spokój, proszę, aby mierzono mi w głowę" - były to jego ostatnie słowa. Następnie padły strzały i Niewiadomski zakończył swój ziemski żywot. Po śmierci Niewiadomski stał się ikoną środowisk prawicowych. W kościołach zaczęto odprawiać mszę w intencji jego duszy. Podczas kazań, a także w prasie prawicowej i katolickiej zaczęto nazywać go "bohaterem-męczennikiem". Przybrało to tak ogromne rozmiary, że 11 lutego episkopat polski musiał wydać odezwę, w której stwierdzono iż: "Nabożeństwa żałobne nie powinny być nadużywane dla manifestacji, nie odpowiadających świętości i celowi obrządku religijnego". Dalej twierdzono iż nabożeństwa za Niewiadomskiego mogą wprowadzić "zamęt do pojęć o moralności chrześcijańskiej", gdyż Kościół sprzeciwia się wszelkim akcjom łamiącym przykazania - szczególnie to "nie zabijaj!".

Eligiusz Niewiadomski stał się bohaterem również dla powstałego na początku 1923 r. i będącego w konspiracji "Pogotowia Patriotów Polskich" - PPP. Ich ulotki (rozdawane również w kościołach) głosiły: "Patrioto! Wstąpiłeś w szeregi Pogotowia Patriotów Polskich, które powstało w przekonaniu, że Ojczyznę można uratować tylko drogą dyktatury. Widzisz sam, jak dzisiejszy ustrój parlamentarny prowadzi Ojczyznę do zguby. Wiedz o tym, że należysz do organizacji bezpartyjnej, stojącej na gruncie narodowym i patriotycznym, bo Polska jest dla Polaków i Polacy Nią rządzić powinni". Rytuał przystąpienia do tej organizacji był dosyć mistyczny. Nowo-wstępującego prowadzono do podziemi jednego z kościołów (najczęściej do Kościoła Wszystkich Świętych na Grzybowie lub do kościoła Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie) i tam składali oni przysięgę. Jeden z wtajemniczonych mówił potem, iż: "Mówiono nam, że ten czarny krzyż, który całowaliśmy po przysiędze, całował przed śmiercią na polu stracenia Eligiusz Niewiadomski". Była to organizacja, która przygotowywała zamach stanu w Polsce i z tego powodu szybko znalazła się w polu zainteresowania policji. W styczniu 1924 r. Pogotowie Patriotów Polskich zostało rozbite aresztowaniami, w tym czasie w jego skład wchodziło ok. 800 osób. Sprawa ta jednak była bardzo poważna, gdyż organizacja miała swoich ludzi nie tylko w środowiskach akademickich (wśród studentów), ale również wśród żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, wśród policjantów (w tym również wśród komisarzy policji), urzędników, a także wśród polityków (m.in. z prezesem Związku Ludowo-Narodowego Stanisławem Głąbińskim). Przywódcą organizacji był architekt Jan Pękosławski, który zamierzał przejąć władzę w wyniku zamachu stanu, obalić konstytucję i wprowadzić dyktaturę. Wojskowym szefem organizacji był Witold Gorczyński (który prowadził tajne rozmowy z gen. Szeptyckim - ówczesnym ministrem), zaangażowany w tę organizację był również gen. Wroczyński.

Istniejący od 16 grudnia 1922 r. rząd gen. Władysława Sikorskiego, musiał przede wszystkim zmagać się z szalejącą inflacją i coraz szybszym spadkiem wartości marki polskiej. Już 13 stycznia 1923 r. Sikorski przeprowadził rekonstrukcję swego gabinetu, powierzając ministerstwo skarbu Władysławowi Grabskiemu, który od początku zaczął twierdzić iż należy wprowadzić nową polską walutę i w miejsce polskiej marki powołać do życia polski złoty. Nowy pieniądz miał funkcjonować początkowo jednocześnie ze starym, z tym że złoty nie podlegałby inflacji (czego w przypadku marki Grabski już nie gwarantował). Aby ograniczyć coraz większą inflację, Grabski zaproponował zmniejszenie biurokracji, oraz sprzedaż niektórych deficytowych przedsiębiorstw państwowych. Oczywiście nie mogło się obyć bez nowych podatków, ale na razie trwały sejmowe spory o to, kto tak naprawdę ma ponieść największe koszty wprowadzenia nowej waluty. Endecja była za wprowadzeniem nowego podatku, który bezpośrednio dotykał by warstw ludowych (najbiedniejszych), socjaliści zaś dążyli do opodatkowania najbogatszych - i tak to się na razie kręciło (w satyrycznym czasopiśmie "Mucha" ukazał się rysunek, w którym młoda kobieta w szacie do ziemi i z białym orłem na piersi prowadziła za ręce dwóch niesfornych urwisów, jednym z nich była prawica, drugim lewica. Podpis pod rysunkiem brzmiał: "Zaraz mi tu zgodnie iść smarkacze, bo w skórę dam", na co chłopak z napisem "prawica" odpowiada: "Dobrze mamo, ja z nim pójdę, ale po drodze go kopnę", na co chłopak z napisem "lewica" odpowiada: "Ja też go kopnę" 🥴).

Wkroczenie wojsk francuskich i belgijskich do Zagłębia Ruhry spowodowało, że Paryż znów musiał orientować się na Warszawę, jako głównego sojusznika w przypadku konfliktu z Niemcami. Co prawda od 19 lutego 1921 r. istniał polsko-francuski sojusz obronny (skierowany przeciwko Niemcom), ale Francuzi podchodzili do niego w sposób całkowicie dowolny, raz dążąc do jego wzmocnienia (w sytuacji większego konfliktu z Berlinem), a raz do jego osłabienia. Jednak sytuacja, jaka się wytworzyła w Europie Zachodniej w styczniu 1923 r. spowodowała właśnie że Polska stała się niezwykle pożądana i to nie tylko przez Paryż, ale również przez Londyn (który chciał przez Polskę dostać się do Rumunii, niezbędnej w konflikcie Brytyjczyków z Turkami, wspieranymi przez Sowietów. Polska zaś od 3 marca 1921 r. miała również układ obronny z Rumunią, wymierzony w sowiecką Rosję).




12 stycznia 1923 r. Litwini (za namową Niemców) zajęli Kłajpedę. To portowe miasto administrowane było (na mocy Traktatu Wersalskiego) przez francuskiego gubernatora, natomiast Rada Ambasadorów Ententy zdecydowała się przekazać to miasto (jako "Wolne Miasto") pod wspólny polsko-litewski zarząd. Jednak od 9 października 1920 r. czyli od zajęcia Wilna przez oddziały gen. Żeligowskiego, Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych stosunków, nie tylko dyplomatycznych ale również jakichkolwiek innych. Litwa, będąc młodym narodem i nie mając żadnych tradycji państwowych opartych na "litewskości" (wszelkie te tradycje - jeśli w ogóle można je takowymi nazwać - sięgały średniowiecza, więc nie mogły odnosić się do współczesności), po zajęciu Wilna, a szczególnie po przyłączeniu Wilna i Litwy Środkowej do Polski (24 marca 1922 r.) wytworzyła u siebie bardzo silny antypolonizm i na tej nienawiści budowała swoją tożsamość narodową (tak naprawdę ten antypolonizm jest w Litwinach do dziś. Jakiś czas temu rozmawiałem z Litwinem, który mi tłumaczył że oni do dzisiaj boją się polskich wpływów kulturowych nie tylko w Wilnie i całym regionie, ale również na pozostałych ziemiach litewskich. Ale jednego nie był w stanie zanegować, Litwa może istnieć tylko w sytuacji gdy istnieje silna Polska, jeśli Polska nie jest silna lub traci swą niepodległość - Litwa przepada. Polska może istnieć bez Litwy, Litwa jednak nie przetrwa bez Polski). Natomiast Niemcy woleli aby Kłajpeda (która przed zakończeniem I Wojny Światowej należała do nich) włączona teraz została raczej do słabej i małej Litwy, niż do dużej Polski, z którą Niemcy mieli swoje zatargi graniczne. Dlatego też namówili Litwinów - a ci oczywiście skwapliwie na to przestali - aby zajęli Kłajpedę i włączyli to miasto do swojego państwa. Litwa, budując zaś swoją tożsamość na antypolonizmie, jednocześnie pozbawiała się ogromnej, kilku-wiekowej części swej historii. Historii, która była wspólna - polsko-litewska i która mogła zasadniczo zmienić powojenny układ sił w Europie Północnej, gdyby Kowno nie było tak małostkowe i uparte. Co z tego że Wilno było historyczną stolicą Litwy, skoro Litwinów w tym mieście było parę procent. Dominowali przede wszystkim Polacy, a na drugim miejscu byli Żydzi. Piłsudski zresztą zamierzał oddać Litwie Wilno, ale nie Litwie nacjonalistycznej. Nie Litwie, która będzie wylęgarnią antypolonizmu i z ziem której niemieckie i sowieckie bandy będą przenikać na terytorium Rzeczpospolitej. Litwa sprzymierzona z Polską we wspólnym sojuszu mogła zatrzymać Wilno, ale małostkowi politycy z Kowna uznali, że wolą konflikt z Warszawą, nie zdając sobie sprawy że upadek Polski automatycznie doprowadzi do upadku Litwy. Poza tym, nie mając wcześniejszych tradycji administracyjnych, Litwa zalana była rusko-carskim biurokratycznym badziewiem prawnym i w ten sposób przypominała rzeczywiście jakąś taką post-carską mini republikę. Warto tu jeszcze przytoczyć słowa, jakie w 1905 r. wystosował w kierunku Litwinów Henryk Sienkiewicz, a brzmiały one: "A wspomnij ty dawne czasy: kto cię ochrzcił? Kto cię oświecił? Kto cię Niemcu (...) jako psa z gardła wyrwał? (...) Budzi się, mówisz naród litewski? To chwała Bogu! Chcesz po litewsku gadać? Gadaj! Ten, co krwi dla ciebie nie szczędził jeszcze ci dopomoże. A ty - hajże na niego, choć on Twoja krew i Twój brat".




Ale właśnie to, co uczyniła Litwa z Kłajpedą, dał Polsce pretekst, aby na arenie międzynarodowej przedstawić sprawę nierozwiązanych i wciąż wlokących się kwestii granicznych. Minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej - Aleksander Skrzyński stwierdził, że takie kroki jakie poczyniła Litwa, mogą w przyszłości posłużyć czy to Moskwie czy Berlinowi do podobnych gwałtów politycznych, a co za tym idzie, mocarstwa zachodnie powinny jak najszybciej uznać granicę polsko-litewską. Jednocześnie polski poseł w Rzymie August Zaleski (przyszły minister spraw zagranicznych, oraz - już dużo później, po zakończeniu II Wojny Światowej prezydent Rzeczypospolitej Polski na uchodźstwie w Londynie) starał się również urobić w tej kwestii Mussoliniego (Zaleski pisał potem w swych pamiętnikach, że Mussolini skarżył mu się co do słabej międzynarodowej pozycji Włoch. Zaleski pisał: "Podsunąłem mu myśl, że jednym ze sposobów polepszenia tej pozycji byłoby okazywanie żywszego zainteresowania dla wszystkich zagadnień politycznych, bez względu na to, gdzie się kształtują. (...) Włochy mają właśnie sposobność okazania światu, że są krajem o szerokich zainteresowaniach. (...) Takie wystąpienie Włoch wywołałoby bardzo korzystne wrażenie w Europie wschodniej, która po raz pierwszy ujrzała Włochy w roli wielkiego mocarstwa, Mussolini skwapliwie podchwycił tę szansę..." 30 stycznia 1923 r. Benito Mussolini wygłosił mowę, w której gorąco popierał międzynarodowe uznanie granicy polsko-litewskiej, co ostatecznie doprowadziło do przekonania zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków. Już 3 lutego Rada Ligii Narodów (pod przewodnictwem Francuzów i Brytyjczyków) przyznała Polsce pełne suwerenne prawa nad Wileńszczyzną. 16 lutego ta sama Rada Ambasadorów Ligii Narodów uznała suwerenną władzę Litwy nad Kłajpedą, pod warunkiem respektowania autonomii tego miasta i przyznania Polsce prawa do korzystania z portu kłajpedzkiego (nie respektowanego przez Litwinów). 15 marca zaś Rada Ambasadorów uznała wschodnią granicę Rzeczypospolitej zarówno z Litwą, jak i z Rosją sowiecką. Stało się to wielkim sukcesem rządu Sikorskiego i zostało mocno przezeń rozreklamowane.


WŁADYSŁAW SIKORSKI 
(w latach 20-tych)



A tymczasem w lutym 1923 r. do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski przyłączył się Żydowski Komunistyczny Związek Robotniczy w Polsce - czyli Kom-Bund.

Z takich ciekawostek warto też nadmienić, że 1 marca 1923 r. w Niemczech podniesiono dopuszczalną prędkość aut z 15 aż do 30 km/godz.


CDN.



A TAK NA MARGINESIE ZACZĄŁ SIĘ JUŻ DŁUGI WEEKEND, CZYLI WRACAMY DO NASZEJ POLSKIEJ ULUBIONEJ TRADYCJI GRILLOWANIA. 

ŻYCZĘ ZATEM MIŁEGO,
SPOKOJNEGO I OWOCNEGO WEEKENDU



05 kwietnia 2026

ZMARTWYCHWSTANIE JEZUSA CHRYSTUSA

WEDŁUG CHANNELINGÓW





ALLELUJA - JEZUS ŻYJE!





Mam nadzieję że tym tematem nie obrażę żadnego katolika czy w ogólności chrześcijanina, gdyż nie to jest moim celem. Nie pragnę bowiem ani obrażać nikogo spośród wierzących, ani też podważać zasad wiary chrześcijańskiej, a jedynie przedstawić inny (dla niektórych być może kontrowersyjny) przekaz, jak rzeczywiście mogło dojść do owego zmartwychwstania Chrystusa. Posiłkować oczywiście będę się informacjami zawartymi w channellingach, choć od razu wyraźnie pragnę zaznaczyć, że nie wszystko w channelingach zgadza się z oficjalnie przyjętym twierdzeniem, iż Jezus zmarł na krzyżu za nasze grzechy i za to, aby ludzkości otworzyć "Bramy Raju". To twierdzenie jest całkowicie (i wyraźnie) w channelingach podważone, dlatego też na samym początku napisałem, że nie chcę i nie jest moim celem, aby kogokolwiek tutaj obrazić, czy też podważyć zasady wiary. Ja tylko prezentuję to, co jest w owych przekazach i tyle (inna sprawa jest taka, że sama wiara dla mnie już nie jest do niczego potrzebna, gdyż jestem już ponad to, a pewne oczywistości są dla mnie tak jasne, jak fakt że po nocy przychodzi dzień, jak choćby fakt że istnieje cykl inkarnacyjny, że pojawiamy się tutaj aby odgrywać role - choćby były one niezwykle ciężkie i trudne, to zawsze są tylko role i nie należy zbytnio się do nich przywiązywać - że nie ma czegoś takiego jak piekło, że po śmierci idziemy do miejsca, które jest niezwykle piękne - tak wspaniałe, że trudno jej opisać ludzką mową - miejsce które jest czasem naszego wytchnienia i wypoczynku, a jednocześnie okresem analizy tego, co zrobiliśmy nie tak na naszej "scenie życia". Oczywiście cykl inkarnacyjny nie jest nieskończony. Z czasem, gdy uzyskamy odpowiednią doskonałość - pozbywając się wszelkich negatywnych energii, a jednocześnie doskonale pamiętając wszystkie nasze trudy i cierpienia - na pewnym etapie boskiego rozwoju naszej duszy, a pisząc "Boskiego" mam na myśli stanie się boską duszą, czymś co można nazwać Założycielami, będziemy pamiętać wszystkie nasze wcześniejsze inkarnacje {teraz, po śmierci najczęściej pamiętamy tylko poprzednie życie}. Nie można bowiem poznać nieskończonej Miłości, nie pamiętając jednocześnie bólu i cierpienia, gdyż tylko to stanowi drogę dalszego rozwoju, Boską Doskonałość. Gdy już pozbędziemy się tych wszystkich negatywnych jak i pozytywnych naleciałości, gdy nasze energie się zrównoważą, gdy staniemy się tylko czystą Miłością, pamiętając jednocześnie wszystkie nasze wcześniejsze nieprzyjemne doświadczenia, wrócimy do Domu, do Boga by ponownie się z Nim zjednoczyć. Bardzo ciekawie opisuje to choćby Robert Bernatowicz, aczkolwiek Jego relacje - jakkolwiek niezwykle bogate - są dla mnie osobiście jedynie uzupełnieniem tego, co ja już wiem na ten temat). Dlatego też od razu ostrzegam - według channelingów Jezus Chrystus wcale nie umarł za nasze grzechy i wcale nie otworzył nam tym drogi do Raju. Ale, jednocześnie Jego śmierć na krzyżu, w Palestynie dwa tysiące lat temu, była niezwykle istotną częścią planu, który musiał być wykonany i to bez względu na to, czy ziemskie ciało Jezusa było na to gotowe (Chrystus bowiem, już wisząc na krzyżu i nie mogąc ścierpieć okrutnego bólu przeszywającego wówczas Jego ciało, zapytał: "Boże, czemuś mnie opuścił?"). Było to bez wątpienia poświęcenie, ale poświęcenie na które Jezus wyraził zgodę i był na to przygotowywany już od swych narodzin. Człowiek bowiem nie dziedziczy grzechu własnych rodziców czy dawnych pokoleń, gdyż grzech jest popełniany przez świadomą jego ciężaru istotę ludzką i nie jest ani niezmywalny, ani "śmiertelny". 
 



Dlatego też tak lubię dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez Bogów", pokazujące dobitnie (choć z ludzkiej perspektywy) o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. My, ludzie, pragniemy sprawiedliwości i chcemy aby "dobrych" wynagradzać za ich dobro, a "złych" karać (jak najszybciej) za wyrządzone przez nich zło. I w zasadzie trudno mieć tutaj o to do nas pretensje, gdyż jako istoty podatne na śmierć (czymże jest te nasze kilkadziesiąt lat życia, w stosunku chociażby do życia jednej planety, lub nawet epoki historycznej?), pragniemy jeszcze na własne oczy ujrzeć, jak sprawiedliwości staje się zadość i jak złoczyńcy płacą za popełnione przez nich zbrodnie. Bogowie zaś - jak pisał Plutarch - tak jednak nie myślą i stąd bierze się tyle niesprawiedliwości na tym świecie, tak, że często ludzie dobrzy i sprawiedliwi cierpią niedostatek, zaś oszuści i złoczyńcy opływają w zbytki. Ale Bogowie podchodzą do tego zupełnie inaczej, gdyż... nic ich nie ogranicza. Nie muszą skazywać złoczyńców na szybką śmierć (tak jak Jahwe, który kazał swemu ludowi by wymordowali pokonane plemię wraz z kobietami i dziećmi oraz całym żywym dobytkiem jakie posiadali), gdyż nie podlegają oni ograniczeniom czasowym. Czas nie ma dla nich żadnego znaczenia, stąd właśnie owi złoczyńcy i tak za swoje grzechy odpowiedzą po śmierci - jak pisał Plutarch - i tak staną przed Bogami, gdy nadejdzie ich kolej. Nie unikną tego, nie uciekną przed tym, nie ukryją się nigdzie, będą musieli stawić się na Sądzie Ostatecznym, który zadecyduje o ich losie. Po co więc - zapytuje Plutarch - Bogowie mieliby uśmiercać takich ludzi? Ukarać ich jeszcze zdążą, a czas, jaki im pozostał na Ziemi mogą wykorzystać na duchową przemianę i naprawę wcześniej popełnionych grzechów (to jest tylko rola - uświadomimy to sobie, dlatego nie powinniśmy wyrządzać nikomu krzywdy, bo to wszystko do nas wróci. Zarówno ten świat szykujemy dla siebie samych - nie tylko dla naszych dzieci - ale właśnie dla nas, gdy wrócimy tu w kolejnych rolach do odegrania, dlatego powinniśmy dbać o naszą planetę Gaję, bo jeszcze długo będzie ona jedynym światem na którym żyjemy). Niestety, my, ludzie tak nie myślimy. My pragniemy natychmiastowej "sprawiedliwości" (która często jest formą naszej prywatnej zemsty), pragniemy zadośćuczynienia naszemu bólowi, smutkowi i żądzy zemsty - pragniemy krwi. I na tym polega - według Plutarcha - "odmienność" Bogów od ludzi. Nie zazdrośćmy więc zbytków komuś, kto na to nie zasługuje, lub zdobył to w sposób niegodny czy zbrodniczy. "Wszystko zostało zapisane" i nasze dobre i złe uczynki, a tam, po śmierci będziemy zdawać relację z tej naszej krótkiej podróży przez życie (chociaż jest ona przedstawiana w bardzo swobodnej atmosferze przed Założycielami - pamiętajmy że Założyciele są tymi samymi duszami co my, tylko Oni już są ponad te wszystkie nasze energetyczne ograniczenia, które my musimy jeszcze przezwyciężyć - i w towarzystwie naszego Przewodnika oraz innych Opiekunów. Nie przypomina to wcale "sądu nad śmiertelnikami", znanymi nam z legend i mitów a także z przekazów religijnych. Nie ma tam strachu przed karą, ani przed wtrąceniem nas w czeluści piekielne. Jedyne co jest, to żal. Żal ze zmarnowanego życia, żal że nie udało nam się odegrać tych planów, które wcześniej zamierzaliśmy odegrać, że zboczyliśmy z tej ścieżki i weszliśmy na koleiny wiodące nas do ponownego przeżycia tej samej roli - innymi słowy, mówiąc kolokwialnie, straciliśmy czas).

Według channelingów, znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu było nawet większe (niż to, które się powszechnie uznaje), gdyż tym samym otworzył on nas, ludzi (Ziemian) w kierunku uniwersalnej, kosmicznej duchowości i wprowadził barbarzyńską (tak cywilizacyjnie jak i duchowo) ludzkość, do grona "Synów Gwiazd", czyli na drogę, która od początku miała być naszym udziałem. Śmierć Jezusa na krzyżu wytworzyła bowiem nową więź, nową duchową odsłonę i jednocześnie "zaraziła" ludzi twórczą, wieczną miłością, a to jest niesamowita i niebagatelna siła. Poświęcenie Jezusa Chrystusa na krzyżu, miało więc wymiar nie tylko uniwersalny, ogólnoludzki, ale również wszechświatowy, kosmiczny i o ile śmierć ojca Maksymiliana Kolbe (który w 1941 r. w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz-Birkenau poświęcił się za jednego z więźniów, mającego iść na śmierć. Sam, z własnej woli oddał swoje życie za tego człowieka, czym doprowadził do ogromnej implozji wyrządzonego przez ludzi - w tym przypadku Niemców - zła, rodząc swym poświęceniem ogromne dobro - co prawda niewidoczne naszymi oczyma, ale czasem odczuwalne także przez żyjących. Poświęcenie ojca Kolbe było czymś na tyle niezwykłym i nieprawdopodobnym, że stworzyło nowe dobro, nowy świat dla kolejnych pokoleń ludzi, a teraz wyobraźmy sobie czego swym poświęceniem dokonał "Syn Boży" Jezus Chrystus), czy poświęcenie np. rodziny Ulmów (zamordowanych przez Niemców za ukrywanie Żydów wraz z gromadką ich małych dzieci) czy rodziny Lubkiewiczów, czy innych niezliczonych rodzin polskich, które zostały zamordowane (rodzice wraz ze swymi dziećmi) za udzielanie schronienia Żydom - to wszystko, poprzez ogromne pokłady negatywnej energii, wytworzyło niesamowite pokłady energii pozytywnej, które stworzyły nowe dobro, nowy świat. My, żyjący, oczywiście nie mamy takiej skali porównawczej aby móc to chociażby ujrzeć na własne oczy, ale powstała z tego zła energia pozytywna, doprowadziła najpierw do zrównania, a następnie do implozji owej negatywnej energii, wytworzonej poprzez tamte mordy. Oczywiście nie znaczy to, że naszym celem jest dążenie do łatwej i szybkiej śmierci - wręcz przeciwnie (według mnie pierwsi chrześcijanie popełniali błąd, tak bardzo dążąc do bycia skazanym i uśmierconym, aby tylko połączyć się z Chrystusem) - celem jest długie i szczęśliwe życie, ale takie właśnie sytuacje dziejowe powodują, iż dobro często rodzi się samoczynnie i to w najmniej spodziewanych okolicznościach. Zaś dobro powstałe ze Zmartwychwstania "Mistrza" jest uniwersalne i ponadczasowe.




Natomiast jak to się stało, że Jezus zmartwychwstał? Jak wiadomo był On "Synem Boga" (co można również tłumaczyć jako "Syn Gwiazd"), a "Królestwo Moje nie jest z tego świata" - jak rzekł On przesłuchującemu go Poncjuszowi Piłatowi. Jezus wielokrotnie podczas swego ziemskiego żywota (szczególnie w okresie gdy nauczał) kontaktował się z innymi "Synami Gwiazd", uczynił tak również w ową nieszczęsną noc w ogrodzie Getsemani, gdy żarliwie modlił się "do Boga" i zapytywał czy istnieje szansa, by nie musiał poświęcać swego życia (należy bowiem pamiętać że Jezus był nie tylko "Synem Gwiazd", ale również człowiekiem. Miał ludzkie ciało i podatny był na wiele ludzkich niedogodności, w tym na ból i cierpienie). Gdy jednak uświadomił sobie (Jego ludzka część natury) że po to właśnie się urodził i po to przyszedł na świat, aby "Dać świadectwo Prawdzie", przyjął to bez oporów (trzeba też pamiętać, że była to Jego całkiem dobrowolna decyzja). Gdy zaś został już ukrzyżowany i umarł, a ciało Jego pochowano w jaskini, wydarzyły się rzeczy, które nie są omawiane w Biblii, a które channelingi podają jedynie bardzo skrótowo. Nie będę się wikłał w pewne nieścisłości (bo sam ich dokładnie nie rozumiem), które mówią że Jezus Chrystus zmartwychwstał wcześniej, niż uczyniło to Jego ciało (zapewne chodzi tu o pewną kwestię życia po śmierci, ale na poziomie znacznie wyższym niż dzieje się to z większością nas, gdyż dusza Chrystusa, była duszą znacznie bardziej rozwiniętą), dlatego też etap ten pominę. Warto jednak dodać że po swym (duchowym) Zmartwychwstaniu, Jezus nie był duchem, ani też duszą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Był po prostu istotą wyższego rzędu i tyle. Następnie Jego ludzkie ciało zostało "zniszczone". Było to oczywiście wcześniej zaplanowane przez istoty, które patronowały misji "Syna Człowieczego" (według channelingów należeli do tej grupy: Tjehooba oraz Plejadianie). Nie wiadomo dlaczego (ja nie potrafię tego wyjaśnić) tak się stało, tym bardziej że Tjehooba potrafili wskrzeszać zmarłych, jeśli śmierć nastąpiła w jakiś krótki czas po zgonie (być może trzy dni to czas zbyt długi na wskrzeszenie zmarłego przez te istoty, a tyle właśnie - jak podaje Biblia - leżało ciało Jezusa, począwszy od Jego śmierci aż do zmartwychwstania). Ale jeśli to wszystko było już wcześniej zaplanowane, to Jezus musiał przyjąć zupełnie nowe, choć już nieludzkie, a jedynie takowe przypominające, ciało - gdyż Jego materialne ciało przestało wówczas istnieć (w "Misji" Michel Desmarqet opisuje że ludzkie ciało Chrystusa znajduje się na planecie Tjehooba obok innych ciał "Synów Gwiazd" którzy wysłani zostali zarówno na Ziemię jak i na inne światy (tak samo prymitywne duchowo, jak my).
 



Po przyjęciu nowego ciała (być może ciała astralnego), Jezus odsunął kamień, którym zamknięto wejście do Jego grobowca (tu nie chodziło o Jego nadludzką siłę, ale o to, że to wszystko było monitorowane i kamień ten został odciągnięty "w sposób cudowny" przez istoty z Plejad i Tjehooba - które najpierw uśpiły rzymskich żołnierzy strzegących tego grobu). Gdy Jezus ukazał się u wejścia do grobu, żołnierze się pobudzili i wpadli w panikę (to musiało być niesamowite wydarzenie, gdyż wszyscy pouciekali ze swego posterunku, a przecież dobrze wiedzieli czym to grozi - opuszczenie stanowiska w armii rzymskiej oznaczało natychmiastową karę śmierci. Przerażeni zaczęli więc opowiadać o tym niezwykłym zjawisku, a gdy wieści te dotarły do kapłanów Świątyni Jerozolimskiej, ci, zaproponowali legionistom pieniądze, w zamian za zaprzestanie ich powtarzania). Gdy do grobu udały się Maria - matka Jezusa, Maria Magdalena i Salome, grób już był pusty, a żołnierze uciekli ze swego posterunku. To właśnie te niewiasty zawiadomiły pozostałych Apostołów i na miejsce przybyli Piotr i Jan. Jezus potem zaczął im się kolejno objawiać taki, jakim go zapamiętali w chwili śmierci, wraz ze wszystkimi ranami, jakie mu zadano podczas męki. Nie było to już jednak ludzkie ciało Chrystusa, tylko Jego ciało astralne (a według mnie było to Jego ciało realne, czyli takie, jakim był naprawdę w swoim świecie, choć Apostołom ukazał się pod starą postacią, jaką oni zachowali w swej pamięci). O ile śmierć na krzyżu była kluczowym elementem otwarcia duchowego mostu pomiędzy ludzkością a istotami z gwiazd, to zmartwychwstanie miało istotne znaczenie dla samych ludzi. Stworzyło bowiem fundamenty Nowej Nadziei, która pogrzebała dawne religie, stojące na przeszkodzie uniwersalnemu otwarciu ludzkości i wejściu w nową erę duchowej świadomości. Dlatego też pełni radości w rodzinnym gronie w te świąteczne dni wołajmy razem - Alleluja, Jezus - nasz Mistrz - Zmartwychwstał.





ZDROWYCH, POGODNYCH 
I WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY



08 marca 2026

DZIEŃ KOBIET W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE

CZYLI TESMOFORIE I MATRONALIA





"PIĘKNYCH KOBIET JEST BEZ LIKU, 
ALE KOBIECE KOBIETY SĄ NIEZWYKLE RZADKIE"
 
HELEN ANDELIN
AUTORKA "FASCYNUJĄCEJ KOBIECOŚCI" z 1963 r.
(Jednej z kluczowych anty-feministycznych pozycji dla kobiet)


Z okazji przypadającego dzisiaj Międzynarodowego Dnia Kobiet, zapraszam do zapoznania się z tym, jak to starożytni Grecy i Rzymianie obchodzili ten właśnie dzień:






DZIEŃ KOBIET, MATEK I MĘŻATEK, CZYLI:


TESMOFORIE


Jedenastego, dwunastego i trzynastego dnia miesiąca pyanepsjon (koniec października, początek listopada) świętowano w Antycznej Grecji (szczególnie zaś w Atenach) prawdziwy Dzień Kobiet. A było to tzw. święto Tesmoforiów, czyli uroczystości ku czci bogini Demeter Tesmofore (patronki płodności) i jej córki Persefony-Kory. Były to uroczystości przeznaczone jedynie dla kobiet i żaden mężczyzna nie mógł w nich uczestniczyć, jeśli nie chciał znieważyć samej bogini - co było wówczas uważane za poważne przestępstwo. Ponieważ mężczyźni nie uczestniczyli w tych uroczystościach, zaś kobiety albo były niepiśmienne, albo nie zajmowały się spisywaniem dziejów i obyczajów epok w których żyły (bardzo niewiele kobiet było poetkami w Antycznej Grecji, ja doliczyłem się jedynie... trzech - Myrtis, Korynna i Safona - z czego ta pierwsza jest dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, gdyż nie zachowało się nic z jej twórczości, poza naganą jej uczennicy - Korynny, która miała jej za złe, że: "Będąc kobietą z Pindarem śmiała w poezji się zmierzyć", notabene Pindar również miał być uczniem Myrtis), dlatego też nie ma pewnych informacji co też kobiety w owe święto czyniły i w jaki sposób wielbiły swą boginię (choć oczywiście można przytoczyć - i uczynię to niżej - trzy "fazy" tego święta). Stworzyło to szereg domysłów i mniej lub bardziej "spiskowych" teorii o obliczu Tesmoforiów (czego dowodem była chociażby komedia Arystofanesa "Kobiety świętujące Tesmoforie", wystawiona po raz pierwszy na święcie Lenajów w Atenach w 411 r. p.n.e. Sztuka ta od początku miała wybitnie mizoginiczne oblicze, choć - paradoksalnie - nie była wymierzona w kobiety. Arystofanes bowiem napisał "Tesmoforie" aby wbić szpilę w twórczość Eurypidesa - któremu zarzucał zbytnie sfeminizowanie i zohydzenie greckiej tragedii. Arystofanesa raziło - czego dawał wyraz w swych komediach, m.in. w "Acharnejczykach", "Chmurach" czy w "Lizystracie" - nowatorstwo Eurypidesa, wprowadzanie postaci kobiecych i ukazywanie miłości bohaterów - w tym również miłości seksualnej - unikanie patosu religijnego i wprowadzanie elementów życia codziennego do utworów literackich, a przede wszystkim Arystofanes miał za złe Eurypidesowi, iż ten "upokarzał" herosów i królów i ukazywał ich postawy w obliczu ludzkiej nędzy i kalectwa. Arystofanes uważał że takie przypadki "ludzkich ułomności" nie powinny pojawiać się w sztuce wysokiej, jaką bez wątpienia był grecki dramat. Dlatego też wyśmiewał te oto tematy, twierdząc na przykład, że jedyne co kobiety robią podczas święta Tesmoforiów, to - upijanie się winem do nieprzytomności i leżenie we własnych rzygowinach).

Grecy uważali też, że kobieta jest kłębowiskiem emocji i seksualnych odruchów, dlatego też jest aż dziesięciokrotnie bardziej podatna na bodźce seksualne i czerpiąca dziesięciokrotnie większą radość z seksu, niż mężczyzna. Innymi słowy kobiety, jako "wrażliwe i wciąż niedopieszczone istoty" (trudno się dziwić, skoro były zamykane na klucz w specjalnych pokojach im przeznaczonych - gyneceach - a z mężami kontaktowały się sporadycznie i jak pisał Ksenofont w swym "Ekonomikonie", przytaczając rozmowę Sokratesa z Kritobulosem, ten pierwszy pytał: "Czy znasz jakichś ludzi, z którymi mniej byś rozmawiał niż z własną żoną?", na co tamten odpowiada: "Wcale takich nie ma!") powinno się trzymać je pod kluczem i kontrolować zarówno ich seksualność jak i pracę. Inaczej - jak uważano - kobiety wejdą mężom na głowy i doprowadzą do anarchizacji oraz demoralizacji życia społecznego i politycznego. Ponieważ mężczyźni mieli szereg możliwości i okazji do "zrzucenia" z siebie napięcia seksualnego (organizowanie sympozjów - czyli przyjęć z udziałem heter, wizyty w domach publicznych, czy też stosunki z niewolnicami, a także - paradoksalnie - wyprawy wojenne), a kobiety miały bardzo niewiele tego typu okazji i możliwości (nie wolno im było nawet uczestniczyć z mężami podczas rodzinnych przyjęć i musiały siedzieć we własnym gronie w gyneceach, a jeśli już od czasu do czasu pojawiały się na sympozjonach, to jedynie aby nadzorować służbę nalewającą gościom wina i podającą potrawy. Nie mogły nawet udać się ze swoim mężem w odwiedziny do jego znajomych, gdyż takie coś było uważane za wybitnie niemoralne i... wpychające kobiety w odmęty erotycznego szaleństwa, dlatego też mężowie - zamykając swe żony na klucz w gyneceach - powtarzali im, niczym Menander w "Dziewczynie z obciętymi włosami", iż: "Uczciwa kobieta powinna przebywać w domu, ulica jest dla kobiet nic nie wartych". Pod tym więc względem, Rzymianki miały nieporównanie więcej praw i swobód, niż kobiety Hellady). Dlatego też greckie żony nie miały zbyt wielu okazji do rozładowania seksualnego napięcia i być może często zachowywały się mało racjonalnie i w oczach Greków mogły wyglądać na zdemoralizowane i całkiem uzależnione od seksu nimfomanki.




Dlatego przygotowując się do święta Tesmoforiów, musiały wykazać swoją czystość, a to oznaczało że już na kilka dni przed ową uroczystością nie mogły współżyć seksualnie ze swoim mężem lub innym mężczyzną (co akurat dla Greków nie stanowiło żadnego problemu, gdyż sypianie z własną żoną dla przyjemności w łożu, uważali oni za... co najmniej nieetyczne, żeby nie powiedzieć niemoralne. Żona miała tylko urodzić synów - aby przedłużyć ród swego męża, do zabaw seksualnych były zaś hetery i inne kochanki). Pierwszego dnia - zwanego Anodos ("Droga pod górę"), kobiety piekły ciastka z wyobrażeniem węży (jako symbolu męskich genitaliów) oraz żeńskich organów płciowych i składały je na ołtarzu bogini. Drugiego dnia, zwanego Nesteja, przypadał post i kobiety piły jedynie wodę lub wino (stąd potem zarzuty o pijaństwo), oraz powstrzymywały się od spożywania wszelkich potraw. Trzeciego dnia (noszącego nazwę Kalligeneja - czyli "Piękne pokolenie") również pito wino, oraz ofiarowywano bogini wszelkie rodzaje płodów ziemi, a także ser. Opowiadano sobie również sprośne żarty i bawiono się figurkami żeńskich organów płciowych i węży. Ostatnim przejawem tego święta, był... zbiorowy akt masochizmu, gdy kobiety obnażały swe piersi (a być może nawet rozbierały się całkiem do naga) i wzajemnie biczowały zielonymi gałązkami granatu - co miało pobudzać ich płodność. To tyle co wiadomo na temat święta Tesmoforiów. Warto jednak zaznaczyć również, że pomimo całego swego ubezwłasnowolnienia jako żony i matki, miały kobiety greckie o wiele większe możliwości realizowania się w sferze religijno-duchowej, niż np. Żydówki, które tylko mogły im zazdrościć tej swobody (tak na marginesie chciałbym na szybko dodać jedną rzecz, która bardzo mocno rzuca mi się w oczy w temacie "biblijnym". A mianowicie w kontekście chrześcijaństwa czasem pojawia się określenie religii "judeochrześcijańskiej", mającej mieć wspólny ze sobą, nierozerwalny związek. W tym kierunku podążają też niektórzy protestanci w USA, upatrując w judaizmie swoistego drogowskazu dla chrześcijaństwa - stąd też politycy amerykańscy, wywodzący się w tych właśnie kręgów {m.in. Donald Trump}, często ulegają wpływom diaspory żydowskiej, sądząc iż w ten sposób przybliżają się do samego Boga i "Ziemi Obiecanej". Cóż, nie chcę być złośliwy, ale powiem tylko że są w wielkim błędzie. Nie istnieje bowiem coś takiego jak religia judeochrześcijańska, gdyż chrześcijaństwo - mimo wspólnych korzeni {odnosząc się również do sfery poza religijnej, a skupiając chociażby na channelingach, judaizm, jak również misja Syna Człowieczego Jezusa Chrystusa, wysłane zostały przez ten sam gwiezdny lud TJehooba, z tym że w tym drugim przypadku również uczestniczyli Plejadianie - ale to już tak na marginesie jako ciekawostka} - powstało w zdecydowanej KONTRZE do judaizmu. Jezus Chrystus występował przeciwko kapłanom Świątyni Jerozolimskiej i za to właśnie został przez nich zamordowany, a chrześcijaństwo jest religią stworzoną na zupełnie innych fundamentach niż judaizm. Dlatego też nie kaleczmy uszu takimi nieprawdziwymi i nieistniejącymi sformułowaniami, jak "judeo-chrześcijaństwo". Notabene niedługo Wielkanoc, moje ulubione chrześcijańskie święto, czyli święto Zmartwychwstania. Postaram się również - opierając się chociażby na przekazach z channelingów - w innym temacie opowiedzieć jak doszło do Zmartwychwstania).


MÓJ MISTRZU - PRZEDE MNĄ DROGA, KTÓRĄ PRZEBYĆ MUSZĘ TAK, JAK TY. 
MÓJ MISTRZU - WOKOŁO LUDZIE, KTÓRYCH KOCHAĆ MUSZĘ TAK, JAK TY 



Jedna z bohaterek Eurypidesa z "Melanipe Desmotis", kapłanka bogini Ziemi - Demeter, wygłasza piękną deklarację, zachowaną do naszych czasów, która jest właśnie dowodem emancypacji greckich kobiet w religii. Oto ona, przytoczona w całości: "Tak w służbie bożej - to uważam przecież za najważniejsze - udział my bierzemy zazdrości godny. Wszak w przybytku Feba kobieta ludziom myśl objawia, u czystych progów Dodonejskich, w cieniu świętego dębu też niewiasta słowo oznajmia Zeusa tym Hellady synom, co go żądają. Też ofiary Mojrom - wraz z obrzędami bogiń bezimiennych - nie wolno mężom do nich się przybliżać, kobiety same świętość im nadają. Tak prawo swoje przed obliczem bogów myśmy zyskały w całej jego pełni, czy słusznie zatem wy poniewieracie niewieścim rodem?" W porównaniu do Greczynek, "córy Izraela" nie miały żadnych możliwości religijnej ekspresji i mogły - podobnie jak owa protestantka (która to religia w dużej części czerpie z pierwotnego judaizmu) rzec otwarcie: "Nie dziw, że nam kobietom dzieje się tak źle na świecie - przecież Bóg sam jest mężczyzną". Katoliczki nie mogą tak powiedzieć, gdyż mają one swoją "boginię", swoją orędowniczkę w Niebie - Marię, matkę Jezusa. Zresztą chrześcijaństwo w ogóle jest religią bardzo feministyczną, tak jakby stworzoną właśnie dla kobiet (już sam ten fakt, iże Jezus inaczej traktował niewiasty niż czynili to kapłani Świątyni i uczeni w Piśmie - pokazuje dobitnie że działał On na przekór judaizmowi). A ponieważ chrześcijaństwo jest religią kobiecą (powiedziałbym wręcz że wybitnie kobiecą) przeto przez całe wieki mężczyźni musieli mieć wykutą w nim dla siebie jakąś niszę, która oddawałaby istotę ich charakteru i temperamentu (szczególnie młodych mężczyzn, których rozsadza testosteron). Temu właśnie służyła gorliwość religijna i poświęcenie za wiarę, oraz krucjaty w celu odbicia, a następnie obrony Grobu Świętego w Jerozolimie. Mężczyźni musieli się w chrześcijaństwie nieco "wyszaleć", gdyż religia ta w swym podstawowym trzonie nie była realnie skierowana do nich (oczywiście nie chcę być źle zrozumiany, Dobra Nowina jaką głosił Chrystus była skierowana do wszystkich ludzi na Ziemi, ale przede wszystkim właśnie do kobiet. Zresztą w otoczeniu Chrystusa było wiele kobiet i nie można wykluczyć faktu że oprócz 12 uczniów, Chrystus miał również wiele uczennic), w przeciwieństwie np. do judaizmu czy islamu. Teraz zaś, gdy Kościół staje się taką papką politpoprawnościową dla każdego, to właśnie mężczyźni są grupą, która najczęściej wypisuje się z Kościoła, gdyż nie ma On dla nich nic do zaoferowania i nie stanowi żadnego wyzwania. Niegdyś bowiem mężczyźni wyruszali do boju z imieniem Jezusa i Matki Bożej na ustach i z wizerunkiem Maryi na ryngrafach - "i ruszała wiara w pole, od Chicago do Tobolska" - jak śpiewał Jan Pietrzak. A dziś? Jakie wyzwania współczesny Kościół stawia przed mężczyznami? Na to pytanie (i nie tylko to) Kościół jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Cóż, czekamy.
 
  

 

W TROSCE O ŻONY I MATKI, CZYLI:




MATRONALIA


 "Hilarion śle serdeczne pozdrowienia siostrze Alis, pani matce Berus, i małemu Apollonkowi. Dowiedz się, że jeszcze i teraz jestem w Aleksandrii. (...) Proszę cię i upominam: dbaj o dziecko, a gdy tylko dostaniemy wynagrodzenie, poślę ci na miejsce. (...) Powiedziałaś do Afrodisias: "Nie zapomnij o mnie!" Jakże ja mogę ciebie zapomnieć! A więc proszę cię, abyś się nie martwiła" ("Epistulae privatae Graecae". Jest to list greckiego robotnika z Egiptu - który wyjechał w poszukiwaniu pracy do Aleksandrii - do jego żony Alis, którą, zgodnie z egipskim zwyczajem nazywa on swoją "siostrą". List ten został spisany z końcem I wieku p.n.e., czyli w czasach rządów Oktawiana Augusta, gdy Egipt należał już do Imperium Rzymskiego). Wyżej przytoczony fragment listu jest przykładem tego, jak mężowie troszczyli się o swe żony (większą część listu jednak pominąłem, gdy Hilarion pyta się o zdrowie żony i prosi ją by dbała o dziecko, choć jednocześnie - zapewne ze względów finansowych - pisze jej, że jeśli urodzi się chłopiec to dobrze, a jeśli dziewczynka, to... lepiej jej się "pozbyć"). Przejdźmy zatem teraz do rzymskiego święta kobiet, czyli owych Matronaliów. Rzymianie bardzo radośnie świętowali swoje urodziny i każdy dzień urodzin mężczyzny był świętem jego osobistego Geniusza, a poza tym dzień mężczyzn obchodzono uroczyście 17 marca, w tzw.: Liberalia (czyli święto boga Libera, do którego również wznoszono modły gdy chłopcy osiągali pełnoletność i stawali się młodymi mężczyznami, zrzucając dziecięcą purpurową togę i otrzymując czysto-białą "togę wolności" ["togam liberam"], będącą dowodem uzyskania przez nich pełni praw obywatelskich i wstąpienia w szeregi mężczyzn - Kwirytów). Jednak, podobnie jak świętowano każdy dzień urodzin męża, tak i obchodzono uroczyście również dzień urodzin żony, matki, siostry czy córki, a dzień ten był świętem jej osobistej opiekunki, boskiej Junony. I podobnie jak istniało "święto mężczyzn", tak i istniało w Starożytnym Rzymie "święto kobiet", zwane właśnie Matronalia - które obchodzono 1 marca. Jednak ponieważ (podobnie jak to było w Grecji) rolę kobiety nierozerwalnie łączono z rolą matki, przeto było to również święto matek.



KORNELIA - MATKA BRACI GRAKCHÓW:
TYBERIUSZA I GAJUSZA 
(IDEAŁ KOBIETY I MATKI, KTÓRĄ RZYMIANIE STAWIALI ZA WZÓR SWOIM ŻONOM I CÓRKOM)



Tego dnia każda żona i matka otrzymywała od swego małżonka drobne upominki, a następnie pary udawały się by wspólnie złożyć ofiary i modlić się o pomyślność w małżeństwie - do świątyni Junony Luciny, której to przybytek znajdował się na Eskwilinie (wzniesiony w roku 275 p.n.e., gdy Rzym toczył mordercze walki z królem Epiru - Pyrrusem. Był to zresztą jeszcze czas, gdy wprowadzano drakońskie kary za zbytni przepych i ostentacyjne się nim popisywanie. Na przykład w tym właśnie roku jeden z senatorów został usunięty z kurii tylko za to, że posiadał złote naczynia o zbyt dużej wartości. Potem nieco ograniczano ustawy przeciw zbytkowi, a ostatecznie obarczono nimi same... kobiety, którym w 215 r. p.n.e. - w czasie śmiertelnej wojny z Hannibalem - zakazano noszenia kolorowych sukien, powożenia w obrębie miasta rydwanem zaprzężonym w dwa konie [chyba że kobieta udawała się do świątyni, albo jeśli była pasażerką u boku swego męża, brata lub syna], nie mogła również posiadać przy sobie kwoty większej niż semuncję złota [13,65 kg.]. Z tego powodu w 195 r. p.n.e. doszło w Rzymie do prawdziwego "buntu kobiet" - o którym zresztą już pisałem - i gdy panie obległy ulice i place prosząc senatorów o cofnięcie tych przepisów - pomimo niezadowolenia Marka Porcjusza Katona - prawo to zostało ostatecznie uchylone, gdyż senatorowie doszli do wniosku że nie godzi się zabraniać zbytku jedynie kobietom, gdy oni sami i ich dzieci temu prawu nie podlegają). Małżonek przynosił swej połowicy głównie kwiaty (a Rzym w I i II wieku naszej ery tonął w różach, o czym pisał chociażby Marcjalis w "Epigramach": "Tak go miła woń kwiatów i wdzięk wiosny wszędy, tak piękno zachwyciło róż spod Pestum grzędy. Gdziekolwiek rzuci okiem, poniesie go noga, wszędzie od róż mu ciętych rumieni się droga. Więc Nilu, zawstydzony rzymską zimą nuże - swoje zboże nam przyślij, my ci damy róże"), ale rzymskie matrony otrzymywały od swych mężów zapewne również i inne podarki. W każdym razie - jak pisał Owidiusz: "Strójcie kwiatami boginię: są miłe bogini tej kwiaty. Matko, i własną skroń wiankiem kwiecistym też strój. Módlcie się słowami takimi: "Ty światło, Lucyno, nam dałaś" (...) O wejrzyj na położnice swe".




Rzymianie niezwykle cenili kobiecą wierność i oddanie mężowi oraz rodzinie. Od czasów Oktawiana Augusta (18 r. p.n.e.), kobieta, która urodziła co najmniej trójkę dzieci - była według prawa równa swemu mężowi. Istniało również szereg przywilejów w zależności od liczby posiadanego potomstwa, a poza tym kobieta - w przypadku rozwodu - mogła zatrzymać przy sobie swoje dzieci (oczywiście po wcześniejszej rozprawie sądowej, gdy jej pełnomocnik przekonał do tego sędziów), wcześniej bowiem dzieci pozostawały pod całkowitą władzą ojca (w Grecji oddanie dzieci kobiecie było wręcz nie do pomyślenia). Matronalia poświęcone były również oddaniu kobiet dla swych mężów, gdyż bardzo ceniono oddanie żon w obronie, lub też w obliczu jakiegoś nieszczęścia, jakie spadło na jej męża. Pliniusz Młodszy (którego stryj - Gajusz Pliniusz Starszy - zginął w 79 r. w Pompejach, próbując - jako dowódca floty w Misenum, ratować ludzi z zalewanego przez lawę miasta) pisał pod koniec I wieku: "Jeździłem właśnie łodzią po mym Komańskim Jeziorze, kiedy pewien starszy ode mnie wiekiem przyjaciel zwrócił mą uwagę na willę (...) która wznosi się nad jeziorem. To stąd właśnie - powiedział - pewnego dnia jedna z naszych rodaczek rzuciła się wraz ze swym mężem. Zapytałem o powód. Mąż miał wrzód narządów intymnych. Jego żona zażądała, aby pozwolił go jej zobaczyć, bowiem nikt nie powie bardziej szczerze, czy możliwe jest wyleczenie. Zobaczyła, straciła wszelką nadzieję, związała się z mężem i wraz z nim rzuciła się do jeziora". Wielu rzymskich poetów ceniło też i inne przykłady niewieściej miłości, wierności i poświęcenia (choć może niekoniecznie kosztem własnego życia - wyżej wymieniony przypadek był wyjątkiem, nawet dla Rzymian i dlatego budził sensację). Marcjalis np. bardzo wychwalał Klaudię Rufinę, która choć urodziła się w Galii - a konkretnie na ziemiach dzisiejszej Bretanii (wciąż dla autora krainie dzikiej, mimo że Galia zdobyta została przez Cezara i od tego czasu konsekwentnie romanizowana, na prawie sto lat przed jego narodzinami), to jednak - jak pisał: "ma duszę prawdziwie latyńską". Bardzo cenił też przywiązanie do męża niejakiej Nigriny: "szczęśliwszej niż Euadne czy Alcesis", której miłość porównywał do czystej duszy Sulpicji, z którą nie mogła się równać żadna kobieta. Również Pliniusz Młodszy cenił spore grono kobiet, co to miłość do męża i wierność rodzinie stawiały ponad wszystko.






Matronalia kończyły się wspólną kolacją spędzoną w gronie rodzinnym, w otoczeniu kwiatów i podarków ofiarowanych przez małżonka (i dzieci zapewne też). Tak też kończył się ów "dzień kobiet-matek", zaś 17 marca obchodzono "dzień męskiego Geniusza" ("dzień mężczyzn") i wówczas żona miała możliwość zrewanżować się swemu małżonkowi za okazane jej dobro. Jak jednak wyglądały owe Liberalia? To już temat na zupełnie inną opowieść





WSZYSTKIM CZYTELNICZKOM MOJEGO BLOGA (I W OGÓLE WSZYSTKIM PANIOM) ŻYCZĘ RADOSNEGO I SZCZĘŚLIWEGO DNIA KOBIET - OBY KAŻDY DZIEŃ PRZYNOSIŁ WAM POGODĘ DUCHA I RADOŚĆ ORAZ WIARĘ W PRAWDZIWĄ MOC KOBIECOŚCI, DRZEMIĄCĄ W KAŻDEJ Z WAS.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...