WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIRACI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PIRACI. Pokaż wszystkie posty

16 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. X



PROKONSUL
PUBLIUSZ SERWILIUSZ VATIA




CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. V



 Piraci byli "od zawsze" prawdziwym utrapieniem wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Ich ataki były niczym średniowieczne ataki Wikingów (choć na nieco mniejszą skalę). Napadali wybrzeża, mniejsze miasta i wsie, plądrowali, mordowali i oczywiście porywali lokalną ludność, zamieniając ją w niewolników i sprzedając z zyskiem na rynkach niewolniczych Morza Egejskiego (głównie na Delos). Działalność piratów wzrastała w chwilach politycznych anarchii i wojen, natomiast malała, gdy musieli się oni mierzyć z potężnymi flotami lokalnych (czy to greckich czy anatolijskich) miast i państw. Głównym ośrodkiem w którym piraci znajdowali schronienie, a nawet tworzyli tam swoje własne mini państwa, była na wschodzie Morza Śródziemnego górzysta kraina zwana Cylicją - leżąca na południowych rubieżach Anatolii. Natomiast głównym ośrodkiem piratów na zachodzie były wyspy Baleary. Istnienie takiego zjawiska jak piractwo, oczywiście do pewnego stopnia odpowiadało interesom Rzymian. Napędzali oni bowiem podaż na niewolniczą siłę roboczą, która wówczas coraz częściej nie nadążała już za popytem (dzisiaj taką podaż napędzają wielkie koncerny międzynarodowe, sprowadzające do krajów europejskich tanich pracowników z Azji i Afryki, generując tym samym czysty zysk, natomiast koszty i problemy z nimi związane pozostawiając na karbach lokalnej ludności). Ale z drugiej strony ataki na miasta sprzymierzeńców Rzymu, a także porwania rzymskich obywateli powodowały, że jednak coś z tym problemem należało uczynić. Piractwo na Zachodzie było znacznie mniej rozprzestrzenione, niż to na Wschodzie, gdyż punicka ludność Balearów była w ogromnej większości pokojowo nastawiona (składała się bowiem przeważnie z rolników i kupców którzy chcieli żyć w pokoju, ale nie dla wszystkich starczało tam ziemi i ci, którzy nie byli w stanie zająć się handlem ani też nie przejęli ziemi po swych rodzicach, podejmowali się rabunków jako piraci). Wyprawę wojenną przeciwko owym gimnesjanom (czyli nudystom jak zwali ich Grecy, jako że ludność Balearów ponoć lubiła chodzić bez odzienia. Zresztą sama nazwa wysp również ma greckie konotacje, odnosi się bowiem do Baleosa - przyjaciela Heraklesa, choć oczywiście punicka ludność zapewne zwała owe wyspy inaczej) przedsięwziął w roku 123 p.n.e. konsul Kwintus Cecyliusz Metellus (było to związane z chęcią przejęcia wysp i osadzenia tam rzymskich kolonistów i to ze względu na fakt, że Baleary cieszyły się niezwykle żyznymi terenami rolniczymi). 




Kronikarze tej wyprawy (Orozjusz i Florus) podkreślali niezwykłe barbarzyństwo mieszkańców wysp (mieli oni ponoć na łódkach podpływać do rzymskich okrętów i celować do nich z proc. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, a opis Orozjusza i Florusa przypomina zwykły propagandowy zabieg, pokazujący że ludność podbijanych wysp była po prostu barbarzyńska i należało ją czym prędzej ucywilizować. Przekaz ten przypomina mi od razu propagandowe enuncjacje Niemiec hitlerowskich o "18 dniowej kampanii" w Polsce w 1939 r. oraz o tym, że polscy ułani mieli z lancami i szablami nacierać na niemieckie czołgi. Te brednie powielali również Sowieci, a następnie uczono ich w komunistycznych szkołach w Polsce Ludowej. Jest to tak żałosne, że trudno nawet się nad tym dłużej pochylić, ale warto tutaj tylko dodać że polska kawaleria miała swoją taktykę w walce z czołgami i nie była to wcale szarża z lancami na czołgi. Po prostu w takiej konfrontacji żołnierze schodzili z koni, zajmowali pozycje strzeleckie i z dział przeciwpancernych lub broni {np. z niezwykle skutecznych i śmiercionośnych dla niemieckich czołgów karabinów Ur, które przebijały pancerze każdego niemieckiego czołgu, robiąc małą dziurkę z przodu i eksplodowały w środku zabijając całą załogę. Ponieważ jednak ta broń była tak śmiertelnie skuteczna, była jednocześnie tajna i to tak tajna, że tylko nieliczne jednostki miały ją na swoim wyposażeniu. Karabin przeciwpancerny Ur(ugwaj) był bez wątpienia najdoskonalszą tego typu bronią w ówczesnym świecie, choć niewiele różnił się od zwykłego karabinu żołnierza piechoty, był lekki, poręczny i łatwy w obsłudze, różnica polegała głównie na amunicji i spuście} ostrzeliwali te maszyny, niszcząc dziesiątki z nich - jak choćby w bitwie pod Mokrą. Nasi naukowcy i inżynierowie tamtej Polski stworzyli wspaniałą broń zarówno strzelecką jak i przeciwpancerną, mieliśmy znacznie lepsze czołgi od niemieckich {niemieckie były tylko szybsze nasze były lepiej opancerzone, miały obrotowe wieżyczki i były bardziej śmiercionośne} i lepsze samoloty bombowe, niestety problem polegał w ilościach, Niemcy mieli tego sprzętu - choć znacznie gorszego - dziesiątki, a nawet setki tysięcy, natomiast myśmy mieli co najwyżej setki lub tysiące. Oczywiście w dzisiejszych czasach niemieckie kłamstwo związane właśnie z szarżą z lancami na czołgi już przestało działać - przynajmniej w Polsce, ale od czasu do czasu jeszcze pojawia się tego typu brednia. Mieszkańcy Balearów również zostali w ten sposób zniesławieni, a ponieważ przegrali, to kłamstwo nie zostało podważone). Punici z Balearów stosowali taktykę wojny podjazdowej - "uderz i uciekaj", ale na dłuższą metę nie byli w stanie powstrzymać Rzymian, którzy już w roku 122 p.n.e. zdobyli wszystkie trzy wyspy Balearów, a Metellus osadził tam 20 000 swoich weteranów (wcześniej odbierając ziemię jej prawowitym mieszkańcom) w dwóch założonych przez siebie miastach: Palmy i Pollentii. Tak oto Baleary stały się częścią rzymskiej prowincji Hispania Citerior (Hiszpania Bliższa) a prefekta tych wysp mianował rzymski namiestnik tejże prowincji. W roku 121 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus odbył wspaniały triumf w Rzymie z powodu zajęcia wysp i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus" ("Balearyjski").


PUNICCY MIESZKAŃCY BALEARÓW



Natomiast na Wschodzie sytuacja wyglądała nieco inaczej. Cylicyjskie wybrzeże i pobliskie góry (gdzie można było szybko schować się w przypadku jakiegokolwiek ataku, czy to z lądu czy z morza) powodowały że walka z tamtejszymi grupami piratów była zawsze bardzo trudna. Stała się jeszcze trudniejsza, gdy w roku 143 p.n.e. lokalny watażka (były oficer w armii Seleucydów) Diodotos Tryfon założył tam nadmorskie miasto Koraksejon, które następnie zamienił w twierdzę. Stała się ona mekką piratów i wszelkich zbiegłych przestępców, niewolników którzy uciekli od swoich panów i wszystkich, którzy cierpieli z powodu wszelakich zniewag. Teraz jako morscy rabusie stali się "kimś", nie byli już pogardzanymi wyrzutkami i zniewolonymi sługami, teraz mogli sami decydować o życiu i śmierci innych. Tryfon w latach 142-139 p.n.e. podjął się kilkunastu wielkich i kilkudziesięciu mniejszych wypraw przeciwko miastom i wybrzeżom Hellady, Azji Mniejszej i Syrii (szczególnie wielkim echem w ówczesnym greckim świecie odbił się atak na miasto Berytos {dzisiejszy Bejrut} w 142 r. p.n.e. i uprowadzenie jego mieszkańców, których następnie sprzedano z zyskiem na Delos). Te ataki oraz bierność Seleucydów i Attalidów (co prawda Cylicja oficjalnie podlegała syryjskiemu władzwu Seleucydów, ale król Demetriusz II Nikator po niedawnym swym zwycięstwie w bitwie nad rzeką Oenoparos w 145 r. p.n.e. nad konkurentem do władzy Aleksandrem Balasem, nie był zainteresowany wplątaniem się w kolejny konflikt, tym bardziej że na wschodzie swego rozpadającego się Imperium, napierali na niego Partowie, odbierając mu ziemie i miasta. Natomiast władca Pergamonu - Attalos II zajęty był konfliktami na północy swego anatolijskiego Królestwa, głównie z Bitynią) spowodowały, że greckie miasta Morza Egejskiego zwróciły się o pomoc i ochronę do Rzymu. Senat w roku 140 p.n.e. wysłał poselstwo pod przewodnictwem Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego Młodszego (zdobywcy Kartaginy z roku 146 p.n.e.), aby ten wybadał sytuację. Scypion zrobił sobie tournee po Egipcie, Syrii, Rodos i Pergamonie, a następnie powrócił do Rzymu twierdząc że rzeczywiście problem piractwa na tych wodach występuje - i tyle (🧐). Rzymianie wówczas również nie podjęli żadnej zdecydowanej akcji przeciwko cylicyjskim piratom Diodotosa Tryfona.




Wreszcie w roku 138 p.n.e. następca Demetriusza Nikatora - Antioch VII Sidates wyprawił się do Cylicji i zdobył twierdzę Koraksejon (w jej obronie zapewne - bo co do tego nie ma pewności - zginął Diodotos Tryfon), jednak wcale nie poprawiło to położenia helleńskich polis na wybrzeżach Morza Egejskiego i Śródziemnego. Wręcz przeciwnie, wydawało się jakoby ataki piratów nawet się zwielokrotniły, gdyż teraz potworzyli oni szereg mini państewek, zarządzanych przez lokalnych watażków. Rzymianie zaś (po stłumieniu buntu Aristonika w Pergamonie w roku 130 p.n.e. który wybuchł gdy ostatni król Pergamonu - Attalos III w roku 133 p.n.e. zapisał swój kraj w testamencie Ludowi Rzymskiemu, wówczas to Aristonik - który podawał się za jego syna - zorganizował powstanie i stworzył na terenie zachodniej Anatolii swoje państwo, w którym wyzwalani masowo niewolnicy stanowili istotną część jego żołnierzy i poddanych) tak naprawdę przestali interesować się wschodnimi rubieżami Morza Śródziemnego, czego dowodem był fakt, że kompletnie zaniedbali rozbudowę i modernizację okrętów. Można wręcz powiedzieć że przez długi czas po roku 130 p.n.e. Rzymianie uznali, że flota wojenna przestała im już być potrzebna, nie było bowiem wielkich potęg które mogłyby rzucić wezwanie Rzymowi na morzu, a piraci byli niczym komary, kąsali, ale nie wyrządzali wielkich szkód, a poza tym dostarczali stałą liczbę nowych niewolników - która zasilała latyfundia nobilitas w Italii. Dopiero w ostatniej dekadzie II wieku p.n.e. zaczęto ponownie umacniać flotę, a było to właśnie związane z potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa we wschodnich rubieżach Morza Śródziemnego. Gdy w 105 r. p.n.e. piraci zaatakowali miasteczko Figalię w południowej Joni, niszcząc nawet (co zdarzało im się dosyć często, jako że największe skarby chowano w świątyniach) tamtejszą świątynię Artemidy Munichii i uprowadzili ze sobą zarówno ludzi wolnych jak i niewolników. Następnie ci sami piraci skierowali się przeciwko bogatemu miastu Efez, a wówczas z pomocą Efezejczykom przyszli mieszkańcy wyspy Astypalaia, którzy połączyli swoją flotę z flotą Efezu i rozbili piratów w bitwie morskiej. Schwytanych piratów uprowadzono na Astypalaję, gdzie okrutnie ich uśmiercano, natomiast ludność którą oni wcześniej wzięli w niewolę, uwolniono i opiekowano się nimi, przyjmując do swych domów i "zapewniając wszystko, co jest potrzebne do codziennego życia". W tym samym 105 r. p.n.e. Astypalaya (malutka wysepka na Morzu Egejskim) zawarła sojusz obronny z Rzymem, co również spowodowało że Rzymianie musieli wyłożyć pieniądze na odbudowę swej floty wojennej.




Na Wschodzie ataki piratów były tak częste, że w roku 103 p.n.e. rzymski namiestnik Macedonii - Gajusz Memmiusz zarządził specjalny podatek właśnie w celu ostatecznego rozprawienia się z piractwem. Ludzie chętnie się zrzucali i to nie tylko dlatego że był to obowiązkowy podatek, ale również dlatego, że cel był szczytny - bezpieczeństwo na wodach i uwolnienie się od ciągłego strachu atakiem morskich rozbójników. Tyle że... szybko okazało się że owe pieniądze gdzieś przepadły. Nie był to pierwszy taki przypadek jeśli chodzi o rzymskich namiestników, którzy pod różnymi pozorami starali się zapełnić swoją prywatną kabzę. Również w roku 106 p.n.e. konsul Kwintus Serwiliusz Cepion zdobył skarby pokonanego celtyckiego plemienia Tektosagów, które jednak dziwnym trafem zaginęły podczas transportu drugą lądową do Massalii (Marsylii). Senat zajął się tą sprawą (jak również sprawą Memmiusza) dopiero w roku 103 p.n.e. (Memmiusz oskarżał o nieprawidłowości przede wszystkim swego sekretarza Aristoklesa z Mesenii, choć Senat do końca nie dał temu wiary i w roku 102 p.n.e. został on odwołany z funkcji namiestnika Macedonii. Natomiast śledztwo w sprawie Cepiona nie jest do końca znane jeśli chodzi o werdykt, wiadomo tylko że żołnierze eskortujący złoto z Tolosy (Tuluzy) do Massalii zostali potajemnie zabici i wówczas Cepion miał przywłaszczyć sobie ten majątek - taki był akt oskarżenia). Tak więc wyprawa przeciwko piratom w roku 103 p.n.e. nie doszła do skutku. Część zrabowanych pieniędzy z podatku Memmiusza jednak odnaleziono i posłużyły one jako środki do sfinansowania kolejnej kampanii przeciwko piratom w roku 102 p.n.e. na której czele stanął Marek Antoniusz Retor (dziadek późniejszego triumwira). Ów propretor wylosował w zarząd prowincję Cylicję (a raczej tę jej część, która była wówczas pod zarządem Rzymu - Cylicję Pedias) i pośpieszył z Rzymu z nową flotą płynąc przez Grecję (Istm Koryncki). Nie śpieszyło mu się jednak zbytnio, gdyż w Atenach znalazł czas na dysputy filozoficzne z tamtejszymi wykładowcami Akademii i dopiero po ich zakończeniu ruszył dalej w drogę (w Atenach stał bowiem wcześniej inny rzymski wódz - Hirrus z częścią floty, a Antoniusz Retor tam się z nim połączył). Jeszcze w Atenach przybyły posiłki z Rodos, a w Side (głównym porcie rzymskiej Cylicji) dotarły okręty z Bizantion. Następnie rozpoczęto rajd po wybrzeżach Cylicji i Pamfili niszcząc lokalne bazy piratów, doszło nawet do jakiejś bitwy morskiej zakończonej zwycięstwem Rzymian i wspierających ich Greków (Cyceron twierdził, że w tej bitwie zginął brat jego babki, przyjaciel Antoniusza Retora - prefekt Marek Gratidius). Kampania ta zakończyła się sukcesem, pozbawiono piratów ich dotychczasowych siedzib i doprowadzono do chwilowego wytchnienia mieszkańców wysp i wybrzeży Anatolii, Hellady oraz Syrii. Problem tylko polegał na tym, że były to działania lokalne, które nie służyły systemowej likwidacji piractwa. Tak więc (co było naturalne) wkrótce po odpłynięciu Rzymian piractwo na tych wodach ponownie się odrodziło.




Marek Antoniusz Retor (który po powrocie do Rzymu w roku 101 p.n.e. odbył wspaniały triumf za zwycięstwo nad piratami), pełnił w Cylicji władzę propretorską (w niektórych źródłach można przeczytać prokonsularną, chociaż był pretorem w roku 103 p.n.e. a nie konsulem), choć kraina oficjalnie nie była rzymską prowincją (mam tutaj oczywiście na myśli wschodnią Cylicję). Jednak z powodu braku jakiegokolwiek sprzeciwu lokalnej ludności (a być może nawet za jej przyzwoleniem) automatycznie po tym roku stała się rzymską prowincją (chociaż oficjalny dokument w tej kwestii wydano dopiero za konsulatu Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e.). Za konsulatu Gajusza Mariusza i Lucjusza Waleriusza Flakusa Senat sporządził dokument "Lex de provinciis pretoriis" ("Prawo o prowincjach pretorskich") w którym jasno zadeklarowano że Cylicja jest prowincją pretorską, podległą rzymskiemu namiestnikowi Macedonii. W ustawie tej zadeklarowano również że konsulowie mają obowiązek wywierać presję na okolicznych władcach: "królu władającym wyspą Cypr, królu (...) Aleksandrii i Egipcie (...) panującego w Kyrene i do królów władających w Syrii (...) przyjaźń i przymierze (...), aby stwierdzić, że i oni powinni baczyć, by (...) pirat (...) ich królestwa (...) i że zadbają o to (...) że lud rzymski..." (większość tekstu mocno uszkodzona). Innymi słowy rzymscy konsulowie mieli mobilizować okolicznych królów do działań przeciwko piratom cylicyjskim i ochrony wybrzeży morskich wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Rzymianie jednak wkrótce potem zajęli się innymi sprawami, a okoliczni królowie dbali o bezpieczeństwo lokalnej ludności tylko wówczas, gdy było to zgodne z ich własnym interesem, tak więc piractwo na wodach cylicyjskich, na Morzu Egejskim i sporych obszarach Morza Śródziemnego szybko ponownie rozkwitło (tym bardziej że wkrótce potem sami Rzymianie zaczęli wspierać, a nawet dołączać do piratów, szczególnie gdy wybuchła wojna domowa i trwały walki pomiędzy optymatami i popularami, pokonana strona często musiała uciekać i również znajdowała schronienie w krainach rządzonych przez piratów). Co prawda Lucjusz Licyniusz Murena w roku 84 p.n.e. (pretor roku 88, wyznaczony rzymskim dowódcą w Azji właśnie w 84 r. p.n.e.) planował kolejną ekspedycję przeciwko piratom, złożoną z flot prowincjonalnych greckich miast Azji i wyznaczył nawet legata Aulusa Terencjusza Warrona na dowódcę tej eskadry, ale ostatecznie do jej utworzenia nie doszło (chociaż oczywiście pieniądze w podatkach na ten cel zostały przez Rzymian wymuszone, a co się potem z nimi stało? bogowie raczą wiedzieć 🥴).


ZANICETUS
("Zeus z Olimpu")



Wedle przekazu Plutarcha w tym czasie wodzowie piratów na swoich wyspach i zatokach (głównie w Cylicji) żyli niczym orientalni królowie. Ich skarbce były pełne złota i kosztowności, tworzyli swoje własne pirackie dwory, a także zakładali własne haremy z porwanych przez siebie kobiet. Jeśli uznamy że złoty wiek piractwa przypada na drugą połowę XVII i początek wieku XVIII, to jest to według mnie błąd, gdyż nie bierzemy pod uwagę właśnie tego okresu historii piratów - II i I wieku p.n.e. gdzie żyli oni niczym wschodni królowie. Doszło do tego, że bezkarnie nałożyli oni kontrybucję na 400 helleńskich miast Anatolii, Hellady i Syrii, bezkarnie łupili oni świątynie (co było jawnym świętokradztwem), a także porywali rzymskich obywateli (pojmano nawet dla okupu dwóch pretorów z liktorami na morskich szlakach Italii na Morzu Tyrreńskim). Wydaje się że właśnie ten ostatni atak skłonił wreszcie Rzymian do ponownego działania w kwestii likwidacji piractwa. Porwanie dwóch pretorów było tym języczkiem u wagi, która przeciążyła szalę i w roku 78 p.n.e. prokonsul Publiusz Serwiliusz Vatia został wyznaczony przez Senat na dowódcę floty, która miała zakończyć wszechwładzę piratów we wschodnich obszarach Morza Śródziemnego. Na tę wyprawę przeznaczono ogromne środki, wystawiono nową flotę, gdyż porwanie pretorów było jawnym policzkiem wymierzonym Rzymskiej Republice. Rzym nie mógł tego zbagatelizować, gdyż straciłby poważanie, dlatego też podjęto owe działania. Najpotężniejszym piratem w owym czasie był niejaki Zanicetus, który posiadał własną górską twierdzę piracką w pobliżu pasma gór Taurus, skąd widać było ponoć całą Licję, Pamfilię i Pizydię. Urządził się tam jak król, otoczony złotem, kobietami i licznymi piratami, którzy w nim właśnie widzieli swego wodza i okazję do szybkiego wzbogacenia się. Twierdzę swą nazwał Olimp (jako że była wykuta w skale, wysoko w nadmorskich górach), a sam siebie nazywał Zeusem. To właśnie tam najpierw skierował się Serwiliusz Vatia (tym bardziej że to właśnie ludzie Zanicetusa porwali owych pretorów). Doszło do bitwy morskiej, która zakończyła się zniszczeniem pirackiej floty, a następnie atakiem na twierdzę Olimp, która została zdobyta a Zanicetus spłonął wraz ze swymi ludźmi w zamkniętej komnacie (77 r. p.n.e.). Wojna z piratami jednak trwała dalej i tak w roku 76 p.n.e. Serwiliusz Vatia zdobył miasta Attalis i Korykos będące również siedzibami piractwa (nieopodal miasta Korykos leżącego na przylądku korykijskim w Cylicji Trachejskiej {zachodniej} znajduje się jaskinia w której ponoć rósł najlepszy krokus. Strabon pisał: "Jest to wielka okrągła jama, ze skalistym grzbietem położonym dookoła (...) Schodząc w dół, dociera się do podłogi, która jest nierówna i w większości skalista, ale pełna drzew krzewiastych, zarówno wiecznie zielonych, jak i tych, które są uprawiane. A wśród tych drzew rozsiane są również działki ziemi, które rodzą krokusy". W owej jaskini płynęła również rzeka o niezwykle czystej i jasnej toni, którą zwano Picrum Hydor {"Gorzka Woda"}. Nieopodal Korykos znajduje się wyspa Elaeussa, którą Rzymianie ofiarowali jednemu z wodzów Mitrydatesa VI Eupatora - Archelaosowi, który przeszedł na ich stronę po I wojnie z Pontem (89-85 p.n.e.). On również udzielił Serwiliuszowi Vatii wsparcia w walce z piratami z Korykos.




Cała Cylicja Trachea była naturalnie przystosowana do działalności pirackiej, a do ze względu na liczne zatoki (i tajne zakątki, gdzie można było się schować) oraz wysokie góry, za którymi swoje siedziby miały liczne plemiona posiadające spore pola uprawne. Były tam również liczne lasy, z których pochodziło drewno na budowę pirackich okrętów. Graniczną rzeką pomiędzy Cylicją Trachea a Cylicją Pedias była Larus. Głównym portem Cylicji Pedias (czyli tej oficjalnie rzymskiej, choć realnie Rzymianie przejmą tę prowincję dopiero w roku 64 p.n.e. wcześniej polegając na lokalnych watażkach, mających swoje własne oddziały wojskowe, które mogły zapewnić bezpieczeństwo w regionie, natomiast rzymscy prokuratorzy często byli wysłani bez wystarczającej liczby wojska, dlatego też utrzymanie tej prowincji we władzy lokalnych "książąt" było na rękę Rzymowi). Głównym portem tej krainy było miasto Soli (które notabene było jednak słabo zaludnione). Na północny-wschód od Soli znajdowało się piękne miasteczko Achialos (Anchialé) gdzie ponoć znajdował się grób Sardanapala (jest to literacka, grecka nazwa asyryjskiego władcy Aszurbanipala, który ponoć miał spłonąć w swym pałacu w chwili zdobycia go przez Chaldeczyków i Medów. Przynajmniej tak to zostało przedstawione w literaturze i sztuce, ale tak naprawdę Aszurbanipal nie zginął w ten sposób, a dopiero jego następca Szin-szariszkun - ostatni władca Asyrii władający z Niniwy, który spłonął w swym pałacu wraz z dworem i haremem po zdobyciu miasta przed Chaldejczyków pod wodzą księcia Nabuchodonozora - tartana armii babilońskiej i syna króla Nabopolasara w 612 r. p.n.e.). W owym miasteczku znajdować się miała również inskrypcja króla Sardanapala, która brzmiała: "Dobrze wiedząc, że jesteś z natury śmiertelny, wyolbrzymiaj pragnienia swego serca, rozkoszując się uciechami; nie ma dla ciebie żadnej przyjemności po śmierci. Bo ja również jestem prochem, chociaż panowałem nad wielkim Ninusem. Moje jest całe jedzenie, które zjadłem, i moje swobodne odpusty, i rozkosze miłości, którymi się cieszyłem; ale te liczne błogosławieństwa zostały w tyle. Dla śmiertelnych ludzi jest to mądra rada, jak żyć". Po rozprawieniu się z piratami miast Cylicji Trachea, w roku 75 p.n.e. Serwiliusz Vatia ruszył na wschód, przekroczył góry Taurus i rozpoczął kampanię przeciwko plemieniu Izaurów wspierającemu piratów, a po ich pokonaniu uznał kampanię za zakończoną i wrócił do Rzymu, gdzie jeszcze w tym samym roku odbył triumf. Nie był to jednak koniec piratów w tym regionie Morza Śródziemnego, a nawet doszło do tego, że na ich czele stanęła kobieta, córka byłego pirackiego wodza pokonanego przez Vatię, Ksenofanesa - Aba, która dodatkowo weszła do rodziny kapłanów Zeusa z Olbii zwanych Teukrami (kapłaństwo to było dziedziczne i wywodziło się ponoć od Ajasa, syna Teukra który założył tę świątynię), dzięki temu zdobyła prawne zabezpieczenie swojej pozycji, a dzięki działalności pirackiej zyskała wielki majątek. Nieoficjalnie była królową mórz, oficjalnie małżonką kapłana z Olbii, a gdy w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz został jednym z triumwirów i otrzymał w zarząd wschodnie prowincje Imperium Rzymskiego, Aba podporządkowała się jemu i Kleopatrze egipskiej.




 ANTONIUSZ I KLEOPATRA NAD NILEM 



Ponieważ jednak nie zaprzestała swego procederu, została usunięta (ok. 35 r. p.n.e.) ale władza nad Olbią i ziemiami które kontrolowała jako "królowa piratów" - pozostała w ręku jej potomków. Przejdźmy teraz jednak do działań kierowanych przeciwko piratom przez ojca owego triumwira Marka Antoniusza, Marka Antoniusza starszego (zwanego też potem "Kreteńskim").


ABA z OLBII
(Niekoronowana królowa piratów)


 
CDN.

30 czerwca 2026

MEMORIAM - Cz. XXI

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VI






CO Z TYM WSCHODEM?


 Po podpisaniu pokoju w Dardanos (85 r. p.n.e.) wydawało się że konflikt Rzymu z królem Pontu - Mitrydatesem VI Eupatorem ostatecznie się zakończył, ale ci, którzy tak myśleli byli w wielkim błędzie. Po pierwsze pokój z Dardanos (król Pontu musiał zrezygnować ze wszystkich swoich dotychczasowych zdobyczy w Azji Mniejszej, uznać Grecję i prowincję Azję za część składową Imperium Romanum, zapłacić 3000 talentów odszkodowania i wydać Rzymianom całą swoją flotę) nie satysfakcjonował żadnej ze stron; Mitrydates wciąż pozostawał najpotężniejszym władcą hellenistycznego Wschodu i czekał sposobności ponownego podporządkowania sobie reszty małoazjatyckich królestw; rzymski Senat zaś nie mógł ścierpieć faktu, iż zmuszony był pozostawić u władzy króla, który dopuścił się nieprawdopodobnych zbrodni na Rzymianach i Italikach zamieszkujących prowincję Azję (dawne Królestwo Pergamonu - "Państwo Słońca" jak o nim mawiano jeszcze w czasach hellenistycznych). Dla obu stron było więc pewne, że zawarty w Dardanos pokój był jedynie krótkotrwałym zawieszeniem broni, celem wzmocnienia się obu stron przed kolejnym starciem. O tym, że Rzymianie nie zamierzają odpuścić, przekonał się Mitrydates już w dwa lata później, gdy namiestnik Azji - Lucjusz Licyniusz Murena zaatakował jego królestwo (83 r. p.n.e.) pod pozorem niewypełnienia postanowień traktatu z Dardanos. Atak ten został odparty, ale to wcale nie zniechęciło Mureny do dalszych działań i już w następnym roku (82 p.n.e.) ponownie zaatakował Pont, tym razem pod pretekstem zawarcia przez Mitrydatesa sojuszu z władcą Kapadocji - Ariobarzanesem. I ten atak został odparty, zaś nie mogąc liczyć na wsparcie Rzymu i Italii (w której to toczyła się wojna domowa optymatów z popularami), a także buntem Sertoriusza w Hiszpanii, Murena został zmuszony na początku 81 r. p.n.e. do ponownego zawarcia pokoju ze znienawidzonym królem Pontu, ale nie chcąc się z nim widzieć twarzą w twarz, uczynił to przez pośrednika (wybrał do tego zadania władcę Kapadocji - Ariobarzanesa, z którym wcześniej Mitrydates zawarł sojusz; teraz zaś Ariobarzanes występował w roli pośrednika pomiędzy Rzymem a Pontem i w imieniu Republiki podpisał pokój).




Ta krótkotrwała wojenka (zwana w historiografii szumnie "Drugą wojną z Mitrydatesem") zakończyła się ostatecznie sukcesem króla Pontu, jako że podporządkował on sobie plemiona żyjące w rejonie Bosforu, które już wcześniej pragnął ujarzmić. Murena zaś (człowiek Sulli, pozostawiony w charakterze namiestnika Azji w 84 r. p.n.e. i mający pilnować na Wschodzie interesów dyktatora) większe sukcesy odniósł w walkach z piratami na morzu, niż z królem Pontu. W 83 r. p.n.e. (tuż przed atakiem na Mitrydatesa) kazał on umieścić trzy kamienne inskrypcje w języku greckim (w Kaunos, na Rodos i w Mesenii) w których to nazywał się: "Dobroczyńcą", "Opiekunem" i "Zbawcą" Hellady; a owym zbawcą stać się miał właśnie po pokonaniu karyjskich piratów pod wodzą Moagetesa, tyrana Kibyry. Nie wiadomo na ile jest to prawdziwe osiągnięcie, jako że Kibyrowie raczej nie parali się piractwem, zaś sam Moagetes (choć rzeczywiście był tyranem tertapolis w południowej Anatolii - rejon ten na wyżej zaprezentowanej mapce oznaczony jest słowem "Pirates" i leży na zachód i północ od Licji), najprawdopodobniej nie przewodził piratom (tutaj jednak należy poprzestać na domysłach, jako że z braku źródeł nie mam na ten temat pełnej wiedzy). W każdym razie Murena ogłosił się pogromcą piratów i tak już zostało, zaś po niepowodzeniu ataku na Pont i zakończeniu swego namiestnictwa, powrócił on do Italii (81 r. p.n.e.) nie rozwiązawszy wielu istotnych spraw, wciąż gnębiących tamtejszych Rzymian i Greków (np. nierozwiązana kwestia miasta Mityleny na Lesbos), za to w glorii sławy "pogromcy piratów". Jego miejsce w prowincji Azji zajął Marek Minucjusz Termus, który szybko rozgościł się na Wschodzie (szczególnie zaś w pięknej willi w Kolofonie, z której to był wspaniały widok na miejscowy port; podziwiał go - przybyły tam również w 81 r. p.n.e. - 19-letni wówczas Gajusz Juliusz Cezar. Cezarowi bardzo się tam spodobało, szczególnie że to właśnie w Kolofonie (mieście leżącym na północny-zachód od Efezu) po raz pierwszy zetknął się ze zbytkiem i (często) zniewieściałością Orientu, jakże różnej od życia w Rzymie, gdzie wciąż jeszcze ideałem była chłopska pracowitość, oszczędność, ofiarność dla sprawy publicznej i męstwo. Podstawowe cechy Rzymianina brzmiały: Wierność, Męstwo i Praca (swoją drogą Timagenes - grecki historyk i retor z Aleksandrii, wzięty przez Rzymian jako jeniec w 55 r. p.n.e. i potem wyzwolony przez Oktawiana Augusta - jako przyczynę upadku hellenistycznych królestw upatrywał (m.in.) ich zniewieściałość i pod tym względem skrycie podziwiał Rzymian, którzy wciąż utrzymali dawne, patriarchalne cnoty, dzięki którym ich kraj stał się potęgą. Timagenes jednak - choć pół życia spędził w Rzymie - nigdy nie uległ urokowi tego miasta i zawsze gdy Rzymianie toczyli boje z jakimś ludem na Wschodzie, brał stronę owych "barbarzyńców". Kiedyś stwierdził nawet, że pożary Rzymu smucą go tylko z tego powodu, że na miejsce starych gmachów, powstaną nowe, jeszcze wspanialsze. Wyzwolony przez Oktawiana, należał do ścisłej elity intelektualnej ówczesnego Rzymu, którego do swej śmierci nie przestał nienawidzić).




Nowy rzymski namiestnik Azji wytyczył sobie cel ostatecznego zdobycia Mityleny - miasta na wyspie Lesbos, które (w 88 r. p.n.e.) przyłączyło się do Mitrydatesa VI i które do tej pory było wrogie Rzymowi, niczym bolesna zadra tkwiąca w palcu. Co prawda Minucjusz Termus posiadał sporą flotę (rozbudował ją Murena), ale wydawała się ona niewystarczająca do całkowitego odcięcia miasta i zmuszenia go do kapitulacji, dlatego też wysłał młodego Cezara na dwór króla Bitynii - Nikomedesa IV. Tam też, w Nikomedii Cezara olśnił zbytek Wschodu, którego nie widział nawet w Kolofonie. Na jego powitanie Nikomedes nakazał rozsypać po drodze płatki róż, zaś mijane marmurowe posągi z pozłacanymi obręczami, sprawiały wrażenie niezwykłości a nawet nieziemskości. Jakże inaczej było w surowym Rzymie, gdzie budynki były wznoszone w najprostszy sposób z myślą głównie o użyteczności sakralnej i codziennej. Jakże złe wrażenie robił na tym młodym człowieku jego rodzinny Rzym, gdzie nieczystości były wylewane wprost na ulice, a samo miasto wciąż przypominało dużą wieś otoczoną pewną ilością murowanych świątyń i gmachów publicznych, niż typową hellenistyczną metropolię. Tu, w Nikomedii Cezar nie widział chodzących po ulicach kur, kóz czy świń, których w Rzymie było mnóstwo i które nie rzadko wchodziły do domów co poniektórych mieszkańców grodu Romulusa. Tam, w pałacu Nikomedesa Cezar stracić miał kontrolę i oddać się wyuzdanym orgiom, które przygotował dla niego władca Bitynii i ponoś oddawał się tam "miłości greckiej", która w świecie hellenistycznym nie była już uważana za niewłaściwą (choć wcześniej homoseksualizm był w Grecji często praktykowany, ale głównie dotyczył relacji pan-niewolnik lub dorosły mężczyzna-chłopiec, zaś w epoce hellenistycznej te zasady moralne już dawno ustąpiły i nikt nie zwracał uwagi na detale "męsko-męskiej miłości"), jednak wśród Rzymian nie było to popularne ani akceptowane (pisałem już kiedyś o tym, jak siostrzeniec Sulli zakochał się w pewnym oficerze, a jego "amory" były zbyt nachalne, co doprowadziło do śmierci owego młodzieńca. Sulla nie tylko nie zganił owego żołnierza i nie ukarał go za zabójstwo, ale dowiedziawszy się powodu zabicia swego siostrzeńca, przyznał mu jeszcze nagrodę), dlatego też, gdy Cezar powrócił z Nikomedii, za nim już podążała plotka, jakoby stał się tam kochankiem króla Nikomedesa i żołnierze Minucjusza Termusa żartowali sobie, mówiąc o młodym Cezarze: "Oto kochanka Nikomedesa, oto królowa Bitynii". W każdym razie Cezar sprowadził z Nikomedii potrzebną Termusowi flotę, przy pomocy której ów wódz zmusił Mitylenę do kapitulacji (80 r. p.n.e.). Wkrótce potem Termus został odwołany z namiestnictwa w Azji i wrócił do Rzymu (zaś Cezar - na krótko - powrócił... na dwór Nikomedesa 🥴). Jego miejsce zajął (79 r. p.n.e.) prokonsul Gajusz Klaudiusz Neron - za którego rządów powstała nowa rzymska prowincja - Cylicja, obejmująca ziemie Pamfilii i Cylicji Górzystej, zaś bez terenów Cylicji właściwej - przeto nowa prowincja nie odzwierciedlała prawdziwego zasięgu owej krainy; zaś pierwszym jej namiestnikiem został wybrany Gnejusz Korneliusz Dolabella.




W roku 78 p.n.e. król Mitrydates Eupator postanowił jakoś porozumieć się z Rzymianami i poprosić Senat o przyznanie mu statusu "przyjaciela" ("amicus") Ludu Rzymskiego, ale wysłanych posłów nie miał kto przyjąć i Senat odmówił im posłuchania (stwierdzono wówczas że senatorowie są zbyt zajęci by przyjąć posłów, co było jawną deklaracją nieprzyjaźni i publicznym policzkiem wymierzonym człowiekowi, który dziesięć lat wcześniej nakazał wymordowanie wszystkich Rzymian i Italików w zdobytej przez siebie prowincji Azji). Gest ten był nad wyraz jasny i widoczny dla wszystkich - Rzym nie ma zamiaru czynić z mordercy swego przyjaciela i wciąż traktuje go jako wroga ("hostis"), a nie wszczyna z nim wojny tylko dlatego że zajęty jest na innych frontach, ale gdy tylko się umocni, natychmiast odnowi wojnę z Pontem. Wiedział o tym sam Mitrydates (który w rozmowie z królem Partów otwarcie przyznał: "Rzym nie zaatakował mnie wówczas tylko dlatego, że przeszkodziły mu w tym kłopoty w innych częściach tego państwa"). Wojna była więc pewna i należało dobrze się do niej przygotować i król Pontu tak właśnie uczynił. Zlikwidował nieefektywne wielojęzyczne, niezdyscyplinowane oddziały, zastępując je karnymi jednostkami sformowanymi na kształt rzymskiego legionu. Również w polityce Mitrydates dobrze przygotował się do pewnej konfrontacji z Rzymem, zawiązując sojusze z wieloma państwami i ludami (swoje córki: Nysę i Mitridatis wydał za faraona Ptolemeusza XII Auletesa [ojca królowej Kleopatry VII] i jego brata Ptolemeusza władcę Cypru; ten jednak sojusz, gdy już przyszło do wojny - na niewiele się zdał, jako że Egipt był wówczas politycznie i militarnie uzależniony od Rzymu, a Rzym uzależniony był od dostaw egipskiego zboża). Sprzymierzył się Mitrydates z Sarmatami, Scytami z Azji, z mieszkańcami Taurydy, z Trakami i oczywiście z... piratami, którzy już w poprzednich wojnach wyświadczali mu spore usługi. W 75 r. p.n.e. posłał Mitrydates do Hiszpanii dwóch byłych żołnierzy z armii Gajusza Flawiusza Fimbrii (stronnika Cynny i Mariusza, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód do walki zarówno z królem Mitrydatesem, jak i z Korneliuszem Sullą), byli to: Lucjusz Magiusz i Lucjusz Fanniusz; ich celem było zawarcie sojuszu z rzymskim renegatem Kwintusem Sertoriuszem (byłym oficerem Gajusza Mariusza, od 80 r. p.n.e. sprawującym niepodzielną władzę quasi-królewską w Hiszpanii i toczącym wojnę z Rzymem, oraz zwycięskim stronnictwem optymatów dyktatora Sulli). I tak właśnie się stało, Sertoriusz posłał Mitrydatesowi jednego ze swoich oficerów - Marka Mariusza (który miał koordynować przekształcenie armii pontyjskiej na sposób rzymski), oraz oddał królowi wolną rękę w Bitynii, Kapadocji, Galacji i Paflagonii w zamian za co król Pontu obiecał Sertoriuszowi posłanie pieniędzy i okrętów do Hiszpanii (tak mówi oficjalny przekaz historyczny, realnie jednak należy pamiętać że Sertoriusz mimo wszystko nie był zdrajcą, a to, czego by się dopuścił w tym układzie, było jawną zdradą rzymskich interesów a przede wszystkim zdradą Ludu Rzymskiego. Wydaje się więc że sojusz z Mitrydatesem - jeśli w ogóle do niego doszło - był efemeryczny).


MITRYDATES VI EUPATOR



Rzymianie wciąż jednak nie podejmowali rzuconej im rękawicy i choć w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, nie poczyniono wówczas większych przygotowań do obrony, sądząc zapewne że władca Pontu nie zdecyduje się na atak. W tym czasie walki toczyły się na innych ziemiach rzymskiego Wschodu i tak w 77 r. p.n.e. nowy namiestnik Cylicji - Publiusz Serwiliusz Watia zajął wybrzeża Licji i Pamfilii, umacniając tym samym granice swojej prowincji; zaś namiestnik Macedonii - Appiusz Klaudiusz Pulcher skutecznie walczył z ludami Skodrysków i Rodopanami. W 75 r. p.n.e. nowy namiestnik Macedonii - Gajusz Skryboniusz Kurion rozpoczął kampanię przeciwko Dardanom (ludowi zamieszkującemu ziemie dzisiejszej południowej Albanii i Macedonii), a w ciężkich walkach dotarł wówczas aż do Dunaju (prawdopodobnie po raz pierwszy w rzymskich dziejach), ale zdobyczy swoich nie był w stanie utrzymać, jako że wojsko odmówiło dalszej walki (jak pisał Fronton: "Gdy konsul Gajusz Kurion prowadził kampanię przeciwko Dardanom w okolicach Dyrrachium, jeden z pięciu legionów wszczął bunt, odmówił dalszej służby i stwierdził, że nie będzie brał udziału w trudnej i niebezpiecznej ekspedycji, rozkazał pozostałym czterem legionom uzbroić się i stanąć w szyku pod bronią, tak, jak do bitwy"). Bunt ten został stłumiony siłą (przez zastraszenie mniejszej liczby buntowników, część żołnierzy została ukarana - nie wiadomo jednak w jaki sposób - wiadomo tylko że zbuntowany legion brał udział w walkach już kilka lat i żołnierzom nie uśmiechało się dalej walczyć z "barbarzyńskimi" plemionami i pragnęli zostać wycofani na tyły. Swoją drogą takie bunty w armii rzymskiej wcale nie należały do rzadkości i żołnierze buntowali się dość często przeciwko wojnom, których nie pojmowali i poświęceniu, którego wówczas od nich wymagano). Jednak zdobycze Kuriona w kraju Dardanów przepadły. W owym 75 r. p.n.e. namiestnik Cylicji dalej kontynuował walki i doszedł do gór Taurus, pokonując tam lud Izaurów. A tymczasem w Poncie trwały gorączkowe przygotowania do wojny, wykuwano broń, masowo ścinano lasy pod budowę nowych okrętów i szkolono rekrutów. Mitrydates wiedział że ta konfrontacja zadecyduje o przyszłości Wschodu na kilka dekad i czynił wszystko, by usunąć jakiekolwiek błędy i niedoskonałości w swojej armii, które w poprzednich latach były powodem jego militarnych klęsk w starciu z rzymską machiną wojenną.




A tymczasem w 74 r. p.n.e. w Nikomedii ostatnie tchnienie wydał stary zbereźnik, król Bitynii - Nikomedes IV Filopator (który utrzymywał w swoim pałacu harem złożony z młodych niewolników obojga płci i który swym zbytkiem i nieskrępowaną niczym seksualną ekspresją tak zauroczył Cezara). Ponieważ Nikomedes (pomimo "bzykania" wszystkiego na prawo i lewo) nie pozostawił po sobie następców (ponoć nie miał też i córek), w swym testamencie całe Królestwo zapisał Rzymowi (podobnie jak prawie sześćdziesiąt lat wcześniej uczynił król Pergamonu - Attalos III Euergetes). Teraz, namiestnik prowincji Azja - Marek Junkus Sylanus przygotowywał się do przejęcia Bitynii i zamienienia jej w kolejną rzymską prowincję, ale opanowanie tej ziemi oznaczałoby że Rzymianie całkowicie kontrolowaliby cieśniny wychodzące z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Trackie i Morze Egejskie, a to doprowadziłoby do zamknięcia Pontu w "kotle" z którego trudno byłoby się wydostać. Dlatego też Mitrydates nie uznał testamentu Nikomedesa i sprzeciwił się opanowaniu tej krainy przez Rzymian (sam bowiem miał ochotę zająć tę ziemię i to niekoniecznie w wyniku podboju, uważał bowiem że również ma prawo do tronu bityńskiego i to jemu właśnie - po śmierci ostatniego króla z rodu Basydów - przypaść powinna korona). W Rzymie tymczasem w owym 74 r. p.n.e. konsulat sprawowali - Marek Aureliusz Kotta i Lucjusz Licyniusz Lukullus, który w czasach Sulli wsławił się walkami z królem Pontu i teraz pragnął powtórzyć i powiększyć swą sławę. Wojna jednak wciąż nie była oficjalnie rozpoczęta, a król Mitrydates - niezwykle ostrożny - nie zamierzał zaczynać konfliktu bez pomocy swych sojuszników i czekał na ich przybycie do Pontu. Głównym portem kraju (i miejscem w którym najczęściej przebywał Mitrydates ze swoim dworem) była Synopa (ponoć Mitrydates z tamtejszego pałacu miał widok nie tylko na port i morze, ale również na pobliską lagunę), którą od reszty kraju oddzielała rzeka Halys. Synopa leżała zaś w kraju zwanym Paflagonia, którego to północne regiony opanowali Pontyjczycy, ale reszta tej krainy mogła sprawiać pewne problemy w przypadku dotarcia sojuszniczych kontyngentów do Synopy, dlatego też pierwszym zadaniem Mitrydatesa stało się opanowanie całej Paflagonii. Była to nieduża kraina, leżąca na wschód od Bitynii, ale miała kluczowe znaczenie pod względem strategicznym, dlatego też szybkim marszem władca Pontu opanował Gangrę (stolicę i największe miasto Paflagonii), przyłączając tę krainę do swego Królestwa. Tak oto Junkus Sylanus zaczął urządzać się w Bitynii, zaś Mitrydates w Paflagonii i zarówno jedna jak i druga strona nie zamierzały tego tolerować. Dla Rzymian wreszcie pojawiła się okazja wyeliminowania mordercy kobiet i dzieci (okrucieństwo jakiego dopuścili się wówczas Pontyńczycy i ci Grecy, którzy przyłączyli się do owych mordów na Rzymianach i Italikach - w dużej liczbie starcach, kobietach i dzieciach - można porównać z tym, co działo się na Wołyniu w latach 1943-1945, tym bardziej że skala tych mordów była również ogromna), zaś dla Mitrydatesa owa wojna była okazją do zjednoczenia całej Azji Mniejszej pod swymi rządami i stworzenia tam nowego, hellenistyczno-irańskiego królestwa zdolnego zatrzymać rzymskie postępy uczynienia z Mare Internum (Morza Śródziemnego) Mare Nostrum ("Naszego" czyli rzymskiego Morza).




PS: Jako ciekawostkę warto jeszcze nadmienić, że na początku 74 r. p.n.e. Gajusz Juliusz Cezar wypłynął z Rzymu na Rodos, aby pobierać tam studia retoryczne w szkole sławnego Molona, u którego wcześniej terminował Cyceron. Po drodze jednak miał pecha, w pobliżu wysepki Farmakusa jego okręt został zaatakowany przez piratów a Cezar dostał się do ich niewoli. Pozwolili oni Cezarowi posłać swoje sługi do miast greckich, celem zebrania okupu. W tym czasie Cezar zdołał przekonać swych porywaczy że im nie ucieknie i nie trzymali go cały czas pod strażą, a nawet grywał z nimi w kości i dowcipkował. W czasie tych "przyjaznych" biesiad, niby w żartach mówił, że gdy tylko odzyska wolność, każe ich wszystkich ukrzyżować. Traktowali oni owe słowa nie jako pogróżki, a jako dobry żart, tym bardziej że młody Cezar nie tylko nie dysponował żadną siłą wojskową, ale nie pełnił też żadnego politycznego urzędu, dającego mu jakąkolwiek władzę. Ponoć piraci zażądali za uwolnienie Cezara ogromnej sumy 2 talentów, ale ten uznał to za zniewagę jego rodu (wywodzącego się przecież od Askaniusza/Julusa syna Eneasza, uciekiniera spod Troi) i podwyższył okup za siebie do... 50 talentów. Gdy po 40 dniach niewoli okup ten został zebrany i dostarczony (przez sługi Cezara) do rąk piratów, Cezar został uwolniony i odstawiony do portu w Milecie. Tam natychmiast (bez chwili wytchnienia) nakazał obsadzić okręty stojące w tamtejszym porcie opłaconymi przez siebie ochotnikami i sam wypłynął na ich czele w pościg za niedawnymi porywaczami. Zaskoczył ich przy tej samej wysepce Farmakusie (na której był przetrzymywany) i po krótkiej walce (kilka pirackich okrętów zatopiono, większość poddała się prawie bez walki) ci sami piraci stali się teraz jeńcami Cezara. Odstawił on ich do Pergamonu, gdzie wyrok na nich (zgodnie z prawem) wydać miał namiestnik prowincji Azji - Marek Junkus Sylanus. Tego jednak nie było, przebywał wówczas w Nikomedii, gdzie przygotowywał Bitynię pod przejęcie przez rzymskich prokuratorów. Cezar wysłał do niego list, żądając ukarania piratów i skazania ich na ukrzyżowanie, ale Sylanus (powodowany zapewne ambicją i zawiścią, jakoby jakiś młokos wydawał mu polecenia co też ma uczynić) oficjalnie odmówił i polecił piratów sprzedać jako niewolników. Cezar jednak nie czekał na odpowiedź namiestnika i polecił zarządcy więzienia natychmiastowe wykonanie wyroku śmierci na piratach (oczywiście deklarując że taki był rozkaz Sylanusa). Gdy więc posłaniec z Nikomedii wjeżdżał w bramy Pergamonu z listem namiestnika w sprawie piratów, ci wisieli już na krzyżach. Tak oto Cezar urzeczywistnił groźbę, która wówczas dla jego porywaczy wydawała się być zwykłą groteską.




CDN.

21 czerwca 2026

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. XI

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. XI



DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. V






PIRACI, NIEWOLNICTWO i RZYM
(II - I wiek p.n.e.)



"TEN EKSPORT NIEWOLNIKÓW W WIELKIEJ MIERZE ZACHĘCAŁ DO NIEGODZIWOŚCI, GDYŻ ZACZĄŁ WSZYSTKIM PRZYNOSIĆ ZYSKI. ŁATWO MOŻNA BYŁO NABYĆ NIEWOLNIKÓW, A NIEDALEKO BYŁ WIELKI I PROSPERUJĄCY RYNEK - NA DELOS MOŻNA BYŁO PRZYJĄĆ I WYPRAWIĆ DZIESIĄTKI TYSIĘCY NIEWOLNIKÓW KAŻDEGO DNIA"

STRABON





PAMFILIA i CYLICJA


 Pierwsze silne i zjednoczone państwo pirackie powstało w II wieku p.n.e. w krainie leżącej w południowej Anatolii, zwanej Cylicją. Była to niewielka, górzysta kraina, zamykająca (poprzez góry Taurus) wejście do Syrii, a z Syrii przedostanie się do Kapadocji, Pontu, Bitynii i Lidii. Niewiele w tej krainie było ziemi nadającej się pod uprawy i jedynie w nadbrzeżnej Cylicji (zwanej też Cylicją równinną) było nieco więcej żyznej ziemi. Podobnie sytuacja wyglądała w sąsiadującej od zachodu z Cylicją Pamfilii, choć tam akurat było znacznie mniej gór (jedynie na granicy z Pisydią i Licją), zatem warunki bardziej sprzyjające do rozwoju rolnictwa. Ziemie te jednak, będące krainami frontowymi, stały się areną przyciągającą do siebie wszelkich najemników, rozbójników, zbiegłych niewolników a nawet żołnierzy w czynnej służbie hellenistycznych monarchów. Właśnie jednym z takich watażków był założyciel miasta Korakesjon (powstałego na wybrzeżu cylicyjskim, tuż nad granicą z Pamfilią), niejaki - Diodotos Tryfon. Zbuntował się on przeciwko władzy króla z dynastii Seleucydów - Aleksandra I Balasa i w 143 r. p.n.e. założył owo "miasto najemników", które pierwotnie miało być jedynie centrum mobilizacyjnym sił pretendenta do korony syryjskiej - Antiocha Sidetesa, lecz szybko stało się niezależnym pirackim państewkiem, którego "obywatele" odpowiadali za wiele ataków i porwań okolicznej ludności z wód Morza Egejskiego i Śródziemnego. Diodotos Tryfon pierwotnie był komendantem garnizonu Apamei nad Orontesem i jednym z wodzów armii króla Demetriusza I Sotera oraz Aleksandra Balasa. Jednak gdy wybuchła wojna domowa pomiędzy pretendentami do tronu Seleucydów, Diodotos poparł Sidatesa i wycofał się do Cylicji, gdzie nad brzegiem morza założył obóz warowny dla armii wspierającej tego pretendenta. Jednak wsparcie jakiego mu udzielił, było krótkotrwałe i gdy tylko Diodotos uznał że sam może ogłosić się lokalnym władcą tej rozbójniczej armii - jaką tam właśnie sobie tworzył - wycofał swoje poparcie dla Sidetasa i zaczął działać na własny rachunek, przyjmując jednocześnie przydomek: "Tryfon" (co znaczyło "Otoczony zbytkiem")




Diodotos ogłosił więc że w Koraksejon schronienie uzyska każdy przestępca (a jego winy pójdą w zapomnienie), który tylko zdoła tutaj dotrzeć i podejmie służbę pod jego rozkazami. Wkrótce zaczęły więc ściągać tam rzesze wszelakich rzezimieszków i bandytów, byle tylko uniknąć kary za swoje zbrodnie i móc dalej bezkarnie rabować. Dużym problemem w pierwszych kilku miesiącach istnienia osady, był tam dotkliwy brak kobiet, lecz szybko rozwiązano i ten problem, dokonując ataków na okoliczne wybrzeża w Syrii i w Lewancie oraz porywając stamtąd głównie młode dziewczęta oraz kobiety. W 142 r. p.n.e. Tryfon poprowadził szaleńczy rajd morski na duże lewantyńskie miasto Berytos, po czym zdobył je a ludność uprowadził w niewolę. W tym też czasie ogłosił się władcą Syrii i rzucił wyzwanie pozostałym pretendentom do tronu z dynastii Seleucydów. To spowodowało że po raz pierwszy piracki Koraksejon został poważnie zagrożony atakiem już w 141 r. p.n.e. gdy wyprawę przeciwko niemu planował Demetriusz II Nikator. Jednak ze względu na atak Partów i zajęcie przez nich Persydy oraz Mezopotamii, skierował swoją armię na wschód, miast na zachód i tym samym osada Tryfona została ocalona. Jednak drugi atak nastąpił w 138 r. p.n.e., a poprowadził go - wcześniej zdradzony przez Tryfona - Antioch Sidates, który wyszedł ze swego miasta w Pamfilii (Side) i skierował się przeciw Tryfonowi, który (jak pisze Strabon): "Zablokowany gdzieś przez Antiocha, syna Demetriosa, musiał sobie odebrać życie. Dla Cylicyjczyków jednak był to początek piractwa. Sprawcą był Tryfon, ale winić należy także nieudolnych diadochów władających w tamtym okresie Syrią i Cylicją". Piractwo się rozprzestrzeniło, a kolejni przywódcy tych morskich rabusiów (znani z imienia są: Zenitekos, Kleochares i Nikon, jednak nie wiadomo w jakich latach uprawiali swą piracką działalność) założyli kilka nowych morskich baz w Cylicji i Pamfilii, które to krainy pod względem geograficznym umożliwiały szybkie schronienie się zarówno statków w porcie, jak i ludzi na lądzie (gdyby np. nieprzyjaciel wysadził desant, lub dokonał ataku od strony lądu), którzy mogli ujść w góry.




Wkrótce powstały tam prawdziwe pirackie księstewka, które to zaczęły poważnie zagrażać żegludze we wschodnim basenie Morza Śródziemnego. Ataki piratów zaś były coraz bezczelniejsze i nie ograniczali się już do porywania ludności czy palenia miast, ale atakowali również świątynie (gdzie często chroniła się ludność w nadziei że piraci nie odważą się popełnić świętokradztwa i nie oderwą ich znad ołtarzy bogów - mylili się jednak). A ataki na świątynie nie były tolerowane w tamtym czasie, zaś ci, którzy się tego podejmowali, byli uważani za największych zbrodniarzy i można ich było zabić bez wyroku sądowego (tutaj przypomniała mi się sprawa świętokradztwa, jakiego w 173 p.n.e. miał się dopuścić cenzor Kwintus Fulwiusz Flakkus, który jeszcze podczas walk z Celtyberami w Hiszpanii poprzysiągł sobie, że po szczęśliwym powrocie do Rzymu wystawi świątynię bogini Fortunie Equestris - Szczęsnego Losu Jeźdźców, zwanej też po prostu "Fortuną Jeździecką". Tak też się stało a Fulwiusz zamyślał wznieść świątynię największą i najpiękniejszą z tych, jakie dotąd były w Rzymie. Aby ją dedykować jeszcze w roku swej cenzury i aby wyglądała imponująco, postanowił wykończyć ją dachówkami z marmuru, lecz zamiast czekać na transport budulca z kamieniołomów, polecił sprowadzić marmur ze świątyni Junony Lacyńskiej [była to świątynia na Przylądku Lacyńskim, koło Krotonu w Bruttium na południu Italii, dziś ten przylądek zwie się Colonne]. Zabrał stamtąd co prawda zaledwie część marmuru, ale wystarczająco dużo by wybić w dachu świątyni wielką dziurę. Dachówki zaokrętowano na statki i po wyładowaniu w Ostii, przewieziono do Rzymu, umieszczając je na dachu świątyni Fortuny. Szybko jednak okazało się skąd są te marmury i Fulwiusz został wezwany do Senatu by zdać relację. Nim jednak zdołał cokolwiek powiedzieć, poczęto ciskać w niego najróżniejsze oskarżenia i zarzucać mu najnikczemniejsze chęci, łącznie z próbą wywołania "wojny z bogami". Liwiusz pisze: "Mało mu tego, że naruszył najczcigodniejszą w tamtych stronach świątynię, której nie tknął ani Pyrrus, ani Hannibal, to jeszcze pozbawił ją dachu i oszpecił i skazał niemal na ruinę! Zdjęto ze świątyni pokrycie i odsłonięto goły sufit na deszcze i zniszczenie. I zrobił to cenzor, wybrany dla kierowania obyczajnością ludzi! Człowiek, którego powołano do pilnowania, by kryte budowle były w dobrym stanie do odprawiania przy nich ofiar publicznych (...) wałęsa się po miastach sprzymierzeńców, niszczy święte miejsca i budowle religijne ogołaca z pokrycia! (...) tego on się dopuszcza wobec świątyń, rujnuje je i przez to wikła lud rzymski w winę świętokradztwa: buduje świątynie przez niszczenie innych, jakby nie wszędzie byli ci sami bogowie nieśmiertelni". Senat polecił zwrócić dachówki do świątyni Junony, oraz złożyć jej ofiarę zadośćuczynienia. Co ciekawe, dachówki przewieziono z powrotem na Przylądek, ale, pozostawiono je na placu przed świątynią, gdyż - jak powiadano - żaden z rzemieślników nie potrafił ponownie umieścić ich na konstrukcji dachu).






Zdarzało się jednak, że ataki piratów cylicyjskich kończyły się dla nich porażką. Tak było właśnie ok. 105 r. p.n.e. gdy zaatakowali oni Efez. Wówczas mieszkańcy wyspy Astypalaja podążyli na pomoc Efezyjczykom i rozbili piratów (jak głosi inskrypcja z Astypalai, ufundowana potem przez wdzięcznych obywateli Efezu): "Mężczyźni z Astypalai postępowali jak dobrzy i wierni przyjaciele naszych obywateli, dzielnie walcząc przeciw (brak tekstu), po tym, gdy piraci przypłynęli tu i uderzyli na nasze ziemie w Fygeli i uprowadzili ludzi z sanktuarium Artemidy Munichia, zarówno wolnych, jak i niewolników, i złupili ich mienie oraz wiele miejsc w okolicy. Astypalejczycy, stanąwszy do walki w reakcji na wcześniejsze doniesienia Efezyjczyków, wypłynęli, by się zetrzeć z piratami, i ryzykując życie, nie szczędząc umysłów i ciał, lecz wystawiając się na wielkie niebezpieczeństwo w bitwie, do której doszło, zmusili wszystkich przeciwników do ucieczki (brak tekstu) ukarawszy ich na miejscu, stosownie do nienawiści, jaką żywili do złoczyńców, i oswobodziwszy tych, których uprowadzono z naszych ziem (...) opiekowali się nimi wszystkimi i przyjęli ich w swoich domach, zapewniając wszystko, co potrzebne do codziennego życia". Inna stela, tym razem z miasta Aigiale z wyspy Amorgos (z III wieku p.n.e.), mówi o uwolnieniu jeńców, wziętych w niewolę po napadzie piratów z Etolii, którzy mieli porwać: "Młode dziewczęta i kobiety oraz 30 ludzi wolnych i niewolników". Mimo to piractwo było tolerowane na wodach Morza Śródziemnego i to zarówno przez monarchów hellenistycznych (którzy wykorzystywali piratów w walce ze swymi konkurentami politycznymi), jak i przez Rzym (który długo nie uważał za właściwe zająć się tym problemem, gdyż nie traktował jeszcze śródziemnomorskiego wschodu jako swego własnego terenu ekspansji - stanie się tak dopiero w I wieku p.n.e. - a poza tym działalność piratów była na rękę szczególnie nobilom, którzy wciąż potrzebowali napływu nowych niewolników do swoich italskich latyfundiów. A poza tym "żeby zjeść rosół, nie trzeba wiedzieć co się stanie z kurą" i z takiego właśnie przekonania wychodzili Rzymianie. Jedni dostarczali towar, a drudzy nie zadawali pytań jak i skąd on pochodzi. Obu stronom bardzo się to opłaciło).





KRETA




 Drugą wielką potęgą piracką na wschodzie Morza Śródziemnego w II i I wieku p.n.e. byli mieszkańcy wyspy Krety. Oczywiście nie wszyscy Kreteńczycy pałali się piractwem, ale było ich tak wielu, że samą wyspę określano często jako "raj dla piratów". Rzeczywiście było tutaj kilka dużych miast (głównie w zachodniej części wyspy) które żyły z piractwa i praktykowały go z pokolenia na pokolenie. Potężny port Falasarna jest tego dowodem, gdyż stamtąd właśnie wywodziło się bodajże najwięcej piratów z całej Krety. Miasto było potężne i bogate, miało dogodne położenie, dobry port i silne mury - czegóż piraci mogli pragnąć więcej. Innym "miastem piratów" była pobliska Polyrrenia (oba miasta leżały w swoim sąsiedztwie), gdzie istniał duży piracki targ, na którym sprzedawano pochwyconych jeńców i który nawet konkurował z Delos o przyciągnięcie nowych klientów (jednak Delos było bezkonkurencyjne jeśli idzie o pozyskiwanie i sprzedaż niewolników. W ciągu kilku dni sprzedawano tam tyle samo ludzi, ile po zwycięstwie nad Macedonią i Epirem wziął w niewolę w latach 168-167 p.n.e. konsul Lucjusz Emiliusz Paulus. Można więc sobie wyobrazić jakie to były moce przerobowe). Kolejnym portem, z którego piraci czynili swoją bazę wypadową do ataków na wybrzeża Hellady, była Kydonia (na wschód od Falasarny). Niewiele informacji posiadam na temat tego miasta, prócz faktu iż wywodziło się z niego kilku kreteńskich pirackich wodzów. Kreteńczycy stworzyli specyficzną strukturę społeczną, całkowicie opartą na hierarchii rządów oligarchicznych, polegającą na tym, że człowiek rodził się i umierał przypisany do własnego statusu społecznego, co oznacza że do elity nie mógł wejść nikt z ludu i wszystko było już ściśle określone przed narodzinami danego człowieka (w komiksie o przygodach Gala Asteriksa, jego przyjaciel Obeliks czasem powtarza słowa: "Ale głupi ci Kreteńczycy" 😊 i trudno nie przyznać mu racji). W każdym razie kreteńscy piraci stanowili poważne zagrożenie na wodach Morza Egejskiego, czyniąc Cylicyjczykom sporą konkurencję.




Bodajże najsławniejszym Kreteńczykiem był niejaki Eumaridas z Kydonii, który znany był z tego, że umożliwił Ateńczykom wykupienie uwięzionych wcześniej przez Bukrisa (wodza piratów z Falasarny) mieszkańców Attyki. Wdzięczni Ateńczycy - za to że mogli wykupić swoich ziomków (a nie zostali oni od razu sprzedani do niewoli na Delos lub w Polyrrenii) - nadali Eumaridasowi w 216 r. p.n.e. (notabene był to rok w którym Rzym doznał straszliwej klęski z rąk Hannibala pod Kannami, który o mało co nie doprowadził do zagłady całej Republiki) honorowy tytuł proksena. Był to zaszczytny tytuł a ten, który go nosił, mógł uważać się już nie za bandytę i rzezimieszka, ale za "człowieka honoru" godnego najwyższych zaszczytów - dlatego też dość często piraccy wodzowie umożliwiali obywatelom danego miasta (lub też zamożnym ludziom) wykupienie swoich ziomków z niewoli, nim sprzedano ich handlarzom niewolników i wystawiono na targach (zdarzało się także, że dla zdobycia jakiegoś honorowego tytułu uwalniali ludzi z niewoli nawet sami handlarze niewolników, jak uczynił to niejaki Semenos z Delos - syn Kosimadosa, który zwrócił wolność kilkunastu kobietom z Theangeli, za co został uczczony przez miejskie władze oficjalnym tytułem "Wyzwoliciela". Miało to miejsce ok. 210 r. p.n.e.). Niektóre miasta (za sowitą opłatą) zawierały też układy z piratami z Krety, na mocy których obywateli tych miast miano zwalniać po wzieciu w niewolę. Niestety, niektóre z tych traktatów były jednak perfidnie łamane przez piratów, gdy na przykład przewożono jeńców na odległe ziemie (np. do kraju Partów), by tam potem sprzedać ich w niewolę, ponieważ taktat obowiązywał z reguły na określonym obszarze i nie sięgał wszędzie (jednak była to rzadkość, gdyż koszty transportu niekiedy przewyższały cenę, za którą potem sprzedawano niewolników i raczej trzymano się postanowień traktatowych).





IBIZA i BALEARY


Mieszkańcy wyspy Ibizy, byli bodajże ostatnimi przedstawicielami "zamordowanego narodu", czyli Kartagińczyków. Pierwsi Fenicjanie (głównie z Tyru) zasiedlili tę wyspę już w VII p.n.e., zaś w VI wieku p.n.e. zaczęła się tam kolonizacja kartagińska, która znacznie zmieniła pierwotny społeczny przekrój ludności. Głównym miastem Ibizy (i największą piracką bazą po upadku Kartaginy w 146 r. p.n.e.) było Eresos - jedno z najważniejszych ośrodków kultu bogini Tanit. Piraci z Balearów nie byli tak uciążliwi i tak nieposkromieni jak ich kompani ze Wschodu, ale wystarczająco długo działali Rzymianom na nerwy, aby ci pozwolili im istnieć po zakończeniu wojen w Hiszpanii (133 r. p.n.e.). Niewiele przetrwało wiadomości o ich pirackiej działalności, wiadomo tylko że nie stanowili większego kłopotu dla Rzymian walczących w Hiszpanii i zapewne ich piracka działalność była bardzo ograniczona (nie atakowano np. rzymskich miast w Hiszpanii Bliższej [Citerior] i Dalszej [Ulterior] zapewne z obawy przed rzymskim atakiem na wyspę, którego to lokalna społeczność nie byłaby w stanie powstrzymać). Mimo to ostatecznie na wyspę został wydany wyrok, a wypełnił go w latach 123-122 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus (który odbył triumf w 121 r. p.n.e. i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus") zdobywając wyspy Baleary i kładąc kres istnieniu ostatniego jeszcze, kartagińskiego państewka (Kartagińczyk Hazdrubal - zwany też Kleitomachem - scholarcha [rektor] Akademii platońskiej w Atenach w latach 127-110 p.n.e., napisał poemat "ku pokrzepieniu serc zamordowanego narodu", sławiący dzieje Kartaginy. Był to ostatni doniosły głos przedstawiciela tego ludu, którego dzieje zostały ostatecznie pogrzebane w piaskach Afryki).


 PATTON: "BYŁEM TU 2000 LAT TEMU! NIE WIERZYSZ MI?
"POPRZEZ ZMAGANIA WIEKÓW, POŚRÓD PRZEPYCHU I TRUDÓW WOJNY.
WALCZYŁEM, DĄŻYŁEM I GINĄŁEM, WIELE RAZY NA TEJ GWIEŹDZIE. 
JAKBY PRZEZ SZKŁO I MROK ZMAGANIA WIEKÓW WIDZĘ. WALCZYŁEM W RÓŻNYCH
PRZEBRANIACH I POD WIELOMA IMIONAMI, ALE TO ZAWSZE BYŁEM JA"




PS1: W kolejnej części przejdę do wyjaśnienia w jaki sposób i dlaczego Rzymianie ostatecznie zlikwidowali te wyżej wymienione pirackie państwa, a następnie opiszę poszczególne niewolnicze powstania przeciwko Rzymowi (jednak bez powstania Spartakusa - które opisałem w innym temacie, oraz bez powstania Aristonika w Pergamonie, o którym to pisałem w poprzedniej części). A potem zajmiemy się kolejnymi ośrodkami niewolniczego handlu w antycznym świecie - rzymską Kartaginą, Rzymem (gdzie duży rynek niewolniczy znajdował się obok świątyni Kastora i Polluksa przy Forum Romanum) oraz Antiochią.


PS2: Oczywistym jest że wielkimi przywódcami piratów jak również z samymi piratami byli przede wszystkim mężczyźni (np. sławny z Zanicetus z gór Taurus w Cylicji, zwany też "Zeusem z Olimpu"), ale należy pamiętać że na czele pirackich państewek czasami stawały kobiety, jak choćby królowa Ilirów - Teuta, czy niekoronowana królowa piratów Aba z Olbi (małżonka kapłana Zeusa z Olbi, dzięki czemu przez długi czas była ona nie do ruszenia ze względu na przynależność do kapłańskiej rodziny Teukrów). Mimo to w roku 43 p.n.e. podporządkowała się ona Markowi Antoniuszowi i Kleopatrze egipskiej, zyskując ich dodatkową opiekę, ale ponieważ piraci (na których czele stała) dokonywali coraz bardziej śmiałych ataków, zarówno Antoniusz jak i Kleopatra nie mogli sobie pozwolić na tolerowanie przestępczej działalności Aby i w roku 35 p.n.e. została ona usunięta, ale zezwolono by Olbią nadal władało jej potomstwo.


ABA z OLBI



CDN.

02 czerwca 2026

MEMORIAM - Cz. XX

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. V






SPARTAKUS POKONANY


 Po zwycięstwie pod Mutiną nad armią prokonsula Galii Przedalpejskiej - Lucjusza Kasjusza (lipiec 72 r. p.n.e.), niewolnicza armia Spartakusa zajęła owe miasto, gdzie uzupełniła zaopatrzenie w żywność i broń. Stając już nad Padem (sierpień 72 r. p.n.e.) Spartakus był o krok od wolności, wystarczyło tylko przekroczyć rzekę i rozpuścić niewolników ku ziemiom, skąd ich wcześniej Rzymianie pochwycili. W Rzymie zapanowało przerażenie, była to bowiem już kolejna zwycięska bitwa odniesiona przez niewolników, których zastępy wciąż zasilane były przez nowych zbiegów. Stojąc nad Padem, zapewne zastanawiał się Spartakus co czynić dalej, był już o krok od wyjścia z Italii, tej znienawidzonej dla mnóstwa zniewolonych ludów ziemi. Dlaczego więc nie przekroczył rzeki i nie uszedł, tylko zawrócił z powrotem na południe? Nie ma co do tego zgodności, ale prawdopodobnie zadecydowała tu po prostu ludzka chęć dalszego grabienia bezbronnej Italii i zyskiwania tym samym krótkotrwałych zdobyczy (gdyż zapewne wodzowie powstania - Spartakus, Gannikus, Kastus czy Oenomaos - musieli zdawać sobie sprawę z faktu, że utrzymać się w Italii długo nie zdołają). Spartakus był pewien że jedynym ratunkiem jest opuszczenie Italii i powrót niewolniczej armii do ich domów rodzinnych, tylko że nie wszystko było takie proste. Część niewolników nie chciała wracać, gdyż posmakowawszy łatwego i przyjemnego życia grabieżców, musiałaby teraz z niego zrezygnować, część zaś nie miała dokąd wracać, gdyż urodziła się już w Italii i nie pamiętała swych ziem rodzinnych. Dlatego też ci właśnie niewolnicy najgłośniej i najbardziej zdecydowanie zaprotestowali przeciwko dalszemu posuwaniu się ku północy i przekraczaniu Padu. Chcieli oni dalej plądrować Italię, a Spartakusa uczynić przywódcą bandy rabusiów, on natomiast miał ambicje stać się wodzem armii (w rzeczywistości Spartakus karał i powstrzymywał zbójeckie nawyki swoich ludzi, nie wolno im było również posiadać złota i innych cennych przedmiotów na własność, gdyż wszystko to szło na zakup broni i innych, niezbędnych dla tak wielkiej masy ludzkiej środków. Żywność zaś zdobywano głównie w wielkich latyfundiach, ogołacając je ze wszystkiego, co mogło się nadać do zjedzenia).
 



Spartakus początkowo pragnął urzeczywistnić swój plan wyjścia z Italii i był gotowy nawet na kolejne podzielenie sił (tak jak wówczas, gdy wcześniej odłączył się oddział który poszedł za Kriksosem rabować Italię, a potem został rozbity w bitwie pod górą Garganus w Apulii przez wojska konsularne Lucjusza Gelliusza Publikoli), ale ostatecznie uległ przewadze innych i zgodził się z powrotem zawrócić na południe. Od razu jednak zaznaczył, że taki marsz będzie morderczy i dodatkowo niewolnicy zostaną narażeni na ciągłe ataki Rzymian, dlatego w jego głowie pojawiła się myśl marszu na Rzym, zdobycia go i dzięki temu uniknięcia kolejnych ewentualnych konsekwencji dalszych morderczych walk. Myśl ta jednak, jak szybko się pojawiła, tak i szybko musiała zgasnąć, gdyż armia niewolnicza nie dysponowała odpowiednim sprzętem oblężniczym do szturmowania takiego miasta jak Rzym (w ogóle nie posiadała żadnego sprzętu oblężniczego), a Miasto Wilczycy miało co prawda stare, lecz wciąż solidne mury obronne (Spartakus jednak nie wiedział że Rzymianom brakowało ludzi do ich pełnego obsadzenia). Ostatecznie więc szybko pojawił się plan trzeci, marszu na południe, najlepiej na Sycylię i stamtąd (po odpowiednim dogadaniu się z cylicyjskimi piratami) transport morzem do cieplejszych niż na północy krajów Wschodu. Nie był to plan doskonały, podobnie zresztą jak i wcześniejsze (choć pierwotny plan wyjścia z Italii był bodajże najlepszym z możliwych), ale niewolnicy nie mieli już innego wyjścia, jak tylko szybkie wydostanie się w Italii, z północy lub z południa (być może ostatecznie Spartakusa przekonała wizja zimowania pod zaśnieżonymi Alpami, w sytuacji gdy nagle należałoby zdobyć ciepłą odzież, zapewnić schronienie i wyżywienie prawie 100 tys. armii niewolniczej, wśród której były również kobiety i dzieci. A zima na północy nie przypominała tej z południowej czy środkowej Italii i właśnie taka wizja mogła rzeczywiście zadecydować o ostatecznym obraniu drogi na południe). Droga powrotu była znana (niewolnicy kroczyli tą samą trasą, którą wcześniej podążali ku Mutinie) i mimo sukcesów w dotychczasowych starciach z rzymską armią konsularną, Spartakus był bardzo ostrożny, obawiając się kolejnego niespodziewanego ataku. Marsz trwał jednak bez większych przeszkód (choć przetransportowanie takiej masy ludzkiej z północy na południe musiało zająć wiele czasu, wliczając w to postoje, gdzie rozbijano co najmniej kilka obozów aby pomieścić w nich wszystkich idących za Spartakusem) i czym prędzej posuwano się na południe, byle dalej na Sycylię.




A tymczasem w Rzymie senatorowie nie byli zadowoleni z osiągnięć dotychczasowych konsulów (Gnejusza Korneliusza Lentulusa i Lucjusza Gelliusza Publikoli) i odebrali im dowództwo nad armią, powierzając je teraz w ręce ambitnego męża - Marka Licyniusza Krassusa. Ponieważ jeszcze (z obawy przez Spartakusem i jego armią) niewielu było chętnych do starania się o urząd pretora (na rok 71 p.n.e., wybory zaś odbywały się na jesieni roku poprzedniego), a jednym z nielicznych był właśnie Krassus - otrzymał on i tę funkcję. Natychmiast przystąpił do przeprowadzenia zaciągu (skupiając się głównie na weteranach z poprzednich wojen) i tym sposobem zebrał wojsko w sile sześciu legionów (ok. 30 000 żołnierzy). Dodatkowo dołączył pod swoją komendę cztery legiony pobitych konsulów (które jednak nie miały pełnych składów osobowych ze względu na klęski jakie odniosły. Dlatego też można powiedzieć, że realnie były to nie cztery, a dwa legiony dodatkowe). Łącznie więc dysponował siłą ok. 45-50 000 żołnierzy. Była to największa siła, jaką Rzym kiedykolwiek wystawił w walkach prowadzonych ze zbuntowanymi niewolnikami. Opierając się na weteranach, Krassus miał pewność że nie zawiodą go oni w walce i nie uciekną jak niedoświadczone młokosy po pierwszym starciu, przerażeni samą legendą niezwyciężoności spartakusowej armii. Niestety, nie wszystko poszło tak, jakby sobie tego życzył. Ruszył bowiem do Picenum (północno-wschodnia Italia, jednym z miast głównych tej krainy była Ankona) z zamiarem wyjścia na tyły armii Spartakusa. Przodem zaś wysłał swego legata - Mummiusza z dwoma legionami, zabraniając mu przyjmowania bitwy. Ten jednak, pewny swej siły i chcący się popisać sławą pogromcy Spartakusa, zastąpił drogę jego armii i bitwę podjął. Klęska Rzymu znów była ogromna, a sam Mummiusz pierwszy uchodził z pola walki. Gdy dotarł do obozu Krassusa, ten przyjął go chłodno, każąc za niesubordynację, jednocześnie - aby wieści o pierwszej przegranej bitwie pod jego dowództwem nie rozeszły się zbyt szybko po armii i nie podważyły jej morale - powrócił do dawno nie praktykowanej zasady decymacji. Wybrał 500 żołnierzy z legionu, który pierwszy rzucił się do ucieczki, podzielił żołnierzy na pięćdziesiąt dziesiątek i poddał losowaniu. Każdy z nich podchodził do urny, w której było 10 gałek (dziewięć białych i jedna czarna). Który z żołnierzy wyciągnął czarną gałkę - podlegał karze śmierci, wykonywanej w okrutny i hańbiący sposób na oczach całego wojska. W ten sposób okrutnie zamęczono na śmierć 50 legionistów (chociaż Appian podaje liczbę nawet 4000, co wydaje się wierutną bzdurą, gdyż byłby to prawie legion i nie byłoby sensu zabijać tylu żołnierzy, którzy mogliby okazać się przydatni w dalszej walce). Ten przykład podziałał jednak wystarczająco silnie na legionistów, którzy odtąd bardziej bali się takiej właśnie kary, niż legendy o niezwyciężonym Spartakusie.




Szybko też żołnierze Krassusa udowodnili że milej im stawić czoła niebezpieczeństwu wroga (gdzie przecież wcale nie musieli ginąć), niż pewnym być śmierci za tchórzostwo z rąk swego dowódcy (które już pewnym było) i pokazali to w kolejnej bitwie, gdzie natarli na zaledwie 10 000 oddział niewolniczy, wysłany przez Spartakusa na poszukiwanie żywności. Co prawda nie rozbili ich doszczętnie (co też jeszcze nie świadczy dobrze o ich sprawności i morale, tym bardziej że Rzymianie dysponowali tam zdecydowaną przewagą liczebną), ale w boju legło prawie 4000 zbuntowanych niewolników (straty Rzymian są nieznane) i była to tak naprawdę pierwsza zwycięska bitwa Rzymian, stoczona z armią Spartakusa. W tej sytuacji Spartakus jeszcze bardziej przyspieszył (o ile tylko było to możliwe z kobietami, starcami i dziećmi) marsz ku Sycylii. Udało mu się opanować miasto Consentia, leżące na głównej drodze z Kapui do Regium. Z braku jakichkolwiek machin oblężniczych, opanował to miasto dzięki podstępowi (pozyskał jakąś grupę niewolników w mieście, a sam wprowadził do Consentii swoich ludzi, przebranych za kupców). Uzupełniono tam przede wszystkim brakujące zapasy żywności i wody. Spartakus rozesłał również swych szpiegów na Sycylię, aby przygotowali tam grunt pod opanowanie wyspy przez niewolników (na Sycylii został pochwycony niejaki Gawiusz - szpieg Spartakusa, który jednak był wolnym człowiekiem, a to oznaczało że zamieszani w ten bunt byli też ludzie nie będący niewolnikami, co mogło budzić jeszcze większą grozę wśród Rzymian). Namiestnik Sycylii - Gajusz Werres (który wkrótce potem został skazany przed Senatem za okrutne zdzierstwa, których dopuszczał się podczas sprawowania swego namiestnictwa na Sycylii, a głównym jego oskarżycielem był Marek Tulliusz Cyceron, który co prawda nie wygłosił mowy oskarżycielskiej - nie było na to czasu, gdyż pretorzy - przyjaciele Werresa, wyznaczyli termin rozprawy na ostatni dzień swego urzędowania, aby nie można było wygłosić oskarżeń i jednocześnie ogłosić wyroku - lecz Cyceron, gdy przyszła jego kolej na zabranie głosu, patrząc się w stronę Werresa stwierdził tylko, iż "słów tu nie trzeba" po czym przyprowadził świadków i zmusił sędziów do przeprowadzenia głosowania jeszcze tego samego dnia), zarządził prace nad zabezpieczeniem Wyspy od ewentualnej próby desantu morskiego ze strony armii Spartakusa. Rozmieszczono więc posterunki obserwacyjne i zaczęto sypać wały od strony Messany (gdzie spodziewano się desantu, jako że było to najwęższe miejsce oddzielające Sycylię od Italii). W kilku miejscach Sycylii wybuchły jednak lokalne niewolnicze bunty (które zapewne miały ułatwić przeprawę armii Spartakusa na Sycylię), ale pozbawione wsparcia, szybko zostały stłumione.
 



W lochach Sycylii siedzieli również (oczekując na egzekucje po zdobyciu pirackiej wieży i twierdzy w Olympos przez Publiusza Serwiliusza Izauryjskiego, skąd - jak pisał Strabon - "widać całą Licję, Pamfilię, Pizydię i Milyas". Notabene Werres został oskarżony m.in. o przywłaszczenie sobie bogatych skarbów Zenitekosa - ówczesnego wodza piratów cylicyjskich, które nagle "zniknęły" po ich przewiezieniu na Sycylię) pochwyceni piraci, a ich ziomkowie starali się ich stamtąd wydostać. W tej sytuacji stali się oni naturalnym sojusznikiem Spartakusa i jego niewolniczej armii. Podjęto rozmowy i w zamian za pewną część nagromadzonych podczas rabunku Italii bogactw, zgodzili się Cylicyjczycy przetransportować armię niewolniczą z Regium na Sycylię w dwóch, a nawet w trzech rzutach (tych ludzi było bowiem tak dużo, że przerastało to możliwości organizacyjne piratów). Pierwotnie zamierzano przerzucić na Sycylię 2000 mężczyzn, którzy mieli doprowadzić do wybuchu powstania niewolniczego na Wyspie, następnie kolejnych kilkanaście tysięcy wojowników i ostatecznie całą resztę ludności. Znów nie był to plan doskonały, jako że w przypadku przewiezienia oddziałów Spartakusa na Wyspę, ograniczano ich liczebność w Italii, a to stwarzało zagrożenie ataku sił Krassusa, dlatego też Spartakus starał się ograniczyć przeprawę do przynajmniej dwóch rzutów, lecz było to niewykonalne przy możliwościach floty pirackiej. Piraci domagali się pełnej zapłaty od razu, jako że twierdzili iż muszą przygotować okręty i ludzi na tak wielki desant morski. Spartakus i jego ludzie byli temu przeciwni, ale ostatecznie - nie mając innego wyjścia - przystali na propozycję piratów. Ci zaś wzięli pieniądze i... odpłynęli, pozostawiając Spartakusa i tę całą jego niewolniczą armię w Regium (w tym czasie prowadzili piraci potajemne rozmowy z Werresem, który zgodził się uwolnić ich towarzyszy, w zamian za porzucenie przez nich Spartakusa. Nie wiadomo czy rozmowy te prowadził ów sławny pirat Niko, kompan Zenitekosa, który wsławił się ucieczką z rzymskiej niewoli, pochwycony wcześniej przez Serwiliusza Izauryjskiego. Nie ma na to żadnych dowodów i być może byli to też i inni ówcześni piraccy przywódcy, jak choćby - wymienieni przez Cycerona - Magius czy Fannius). W każdym razie Spartakus i jego ludzie zostali w tym momencie wystawieni na łaskę bogów. Któż bowiem inny im pozostał? Król Pontu - Mitrydates VI, który co prawda toczył wojnę z Rzymem i wiązał się sojuszem z piratami, ale czy zniżyłby się do tego stopnia, by uznać się za równego... gladiatorom i niewolnikom? Było to bardzo mało prawdopodobne, nawet gdyby Spartakusowi udało się z nim skontaktować, a właśnie to mu się nie powiodło (swoją drogą - wracając jeszcze do piratów - nawet sam Cyceron twierdził, że w kontaktach z nimi nie obowiązują Rzymian wszelkie prawa, tyczące się ludzkiego traktowania pokonanych, gdyż są oni "niewdzięcznymi wrogami całej ludzkości").




Nie było wyjścia, należało przezimować na południu, w Regium, oczekując że wiosną uda się ponownie podjąć próbę przeprawy na Sycylię. Tymczasem Krassus postanowił zamknąć niewolników w jednym miejscu, odcinając ich od jakiegokolwiek surowcowego zaplecza. Zimą (72/71 r. p.n.e.) wpadł na pomysł budowy wielkiego muru, przecinającego wzdłuż najwęższy odcinek Bruttium, wiodący na południe od miasta Scylletium i na północ od Hipponium. Spartakus ze swoimi ludźmi był teraz w klatce na niewielkiej przestrzeni, zamknięty zarówno od strony lądu, jak i morza. Krassus uznał że w tej sytuacji nie będzie potrzebował toczyć bitew i narażać się na straty, a wystarczy tylko poczekać kilka, może kilkanaście miesięcy, nim w obozie Spartakusa zapanuje głód, co skłoni go do pochopnego i samobójczego ataku na mur, który był bardzo dobrze broniony i otoczony wieloma pułapkami. Krassus nie przewidział tylko jednego - że ma do czynienia w osobie Spartakusa z nieprzeciętną jednostką, która zupełnie nie pasowała do niewolniczej roli, jaka stała się jego udziałem. Raz jeszcze podjęto rozmowy z piratami (styczeń 71 r. p.n.e.), którzy jednak twierdzili że zimowe sztormy, panujące o tej porze roku w Zatoce Messyńskiej (uchodzącej przecież za mityczną cieśninę dwóch potworów Scylli i Charybdy) uniemożliwiły im terminowe wykonanie zadania. Domagali się jednak więcej złota. Ostatecznie nie dogadano się w tej sprawie (Spartakus i jego ludzie twierdzili bowiem, że piraci już wcześniej otrzymali zapłatę za usługę, której nie wykonali, a piraci rzekli że jeśli nie dostaną więcej złota, to zerwą rozmowy i odpłyną) i piraci odpłyneli, pozostawiając niewolników samych sobie. Wówczas Spartakus postanowił przerzucić swą armię na Sycylię własnymi siłami i nakazał karczowanie okolicznych lasów pod budowę prowizorycznej floty transportowej (w jego oddziałach nie brakowało przecież rzemieślników, znających się na tego typu pracach). Rozpoczęły się więc wielkie prace szkutnicze, przy czym nie budowano dużych okrętów, tylko małe, prymitywne łodzie, tratwy, a nawet wykorzystywano... beczki po piwie jako środek transportu na drugi brzeg cieśniny. Brakowało jednak wielu sprzętów (np. lin do wiązania tratw, co powodowało że w zastępstwie stosowano pnącze winorośli). Pomysł przepłynięcia cieśniny nie był wcale głupi, nawet przy tak wielkiej ilości ludzi, ale był jeden zasadniczy kłopot, który od razu niweczył całą akcję. Na drodze do Sycylii nie stała bowiem rzeka (nawet największa), lecz wzburzone morze, a to oznaczało że przeprawa - jeśli nawet się powiedzie - będzie w większości katastrofą, utonie bowiem zbyt wielu ludzi, co może być porównywalne z klęską w wielkiej bitwie. Mimo to postanowiono spróbować i wysłano pewną grupę ochotników aby przekroczyli cieśninę. Większość z nich utonęła i tylko nieliczni z powrotem wydostali się na plaże Regium.




Było więc oczywiste że tą drogą nie uda się pokonać cieśniny i że oznaczałoby to skazanie całej armii i wszystkich ludzi idących za Spartakusem na zagładę w morskich odmętach. Byłaby to eksterminacja całej armii i to bez żadnego udziału Rzymian. Paradoksalnie jednak odium winy za nieudaną przeprawę spadł na Spartakusa, co było pierwszym przejawem w odczuciu wiernych mu dotąd ludzi, że coś się zaczyna zmieniać, że bogowie nie stoją już na ich wodzem tak, jak stali dotąd. Sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, gdyż zarówno przeprawa przez cieśninę, jak i atak na wzmocniony nowymi posiłkami (wysłanymi z Rzymu) i najeżony licznymi pułapkami mur, były tak samo przedsięwzięciem samobójczym. A niewolnicza armia Spartakusa musiała się stamtąd wydostać, jeśli chciała przetrwać i nie doświadczyć kanibalizmu. I tutaj znów ujawnił się geniusz Spartakusa, stawiający go na równi z wielkimi mężami naszych dziejów (staram się utrzymać konwencję opowiadania, jaką przyjąłem na samym początku tej serii). Początkowo próbował on małymi grupami uderzać na różne punkty muru, ale w żadnym z nich nie osiągnął pozytywnego skutku (Appian znów daje upust swej wyobraźni, twierdząc że w tych walkach zginęło 12 000 żołnierzy Spartakusa i tylko... trzech Rzymian). Ważne też było utrzymanie morale w niewolniczej armii i aby zmobilizować swoich ludzi do walki, Spartakus u stóp muru kazał ukrzyżować pojmanego rzymskiego jeńca, jako przestrogę dla swoich, co ich czeka, jeśli przegrają. Oczywiście wciąż podejmowane ataki nic nie dawały i w końcu spadł obfity śnieg. Spartakus tylko na to czekał i gdy zaczęła się śnieżyca, nakazał zarzucić rowy stojące przy murze, wszystkim co było pod ręką (ziemią, drewnem, padłymi zwierzętami i poległymi w boju wojownikami). Przygotowano kilka pokazowych ataków w różnych miejscach muru, które miały odwrócić uwagę Rzymian od tego głównego, planowanego przekroczenia tej uciążliwej dla niewolników zapory. Wreszcie ruszono do szturmu na głównej (planowanej) pozycji przekroczenia muru i użyto przy tym wszystkiego, co było pod ręką (prowizorycznych taranów, haków, lin, drabin, a także w kilku miejscach skutecznie udało się go podpalić). Wreszcie powstał upragniony wyłom, który był coraz mocniej poszerzany. Gdy większość niewolniczej armii została przerzucona przez ten wyłom, Rzymianie opuścili swoje pozycje, a zwycięscy niewolnicy znosili ostatnie posterunki.
 



Bogowie znów im dopomogli i wkrótce potem Spartakus przerzucił całą swoją armię przez mur i wszedł do Lukanii. Krassus, dotąd tak pewny swego zwycięstwa i zagłodzenia niewolników na śmierć, teraz popadł w zwątpienie (niektórzy historycy twierdzą, że dopadła go krótkotrwała depresja). Napisał nawet list do Senatu, w którym apelował że należy czym prędzej posłać do Hiszpanii po Pompejusza i do Macedonii po Lukullusa, inaczej Rzym będzie zagrożony upadkiem. Takie słowa w ustach człowieka, który miał się za równego Pompejuszowi i pragnął sławy oraz uwielbienia jakie dałaby mu zwycięska wojna (bowiem wielki majątek już wcześniej zyskał na proskrypcjach dyktatora Sulli, stworzył nawet pierwszą publiczną straż pożarną w Rzymie, złożoną z własnych niewolników i tym samym pobierał ogromne sumy za gaszenie pożarów, które często jego ludzie sami zapruszali), była jednak czymś wyjątkowym. Ale pragnienie sławy jest częste wśród ludzi ambitnych. Taki Cyceron przecież, wracając z Sycylii (gdzie pełnił urząd kwestora w latach 75-74 r. p.n.e. i gdzie wsławił się swymi działaniami na rzecz obrony mieszkańców Wyspy przed oskarżeniami o tchórzostwo podczas wojny domowej), myślał że sława jego czynów dotarła już do Rzymu i że jest tam wprost wynoszony na ołtarze. Gdy więc w drodze powrotnej w Neapolis spotkał pewnego szlachetnego rodem Rzymianina i zapytał go, co o nim mówią i myślą w Rzymie, ten, bardzo zdziwiony spytał: "A gdzieś to, Cyceronie, byłeś w ostatnich czasach?" To uświadomiło mu, że pycha nie jest dobrym doradcą, a sława kroczy różnymi ścieżkami i w późniejszych latach był już bardziej krytyczny co do swojej osoby. Tak też zwątpienie Krassusa szybko przeszło, gdy dowiedział się on iż część sił odłączyła się od armii Spartakusa, który po zajęciu Petelii, Thurioj i Metapontum, skierował sie teraz ku porcie w Brundyzjum (co oznaczało że wciąż dążył do jak najszybszego opuszczenia Italii przez niewolniczą armię, którą miał pod swoim dowództwem). I znów wielu było takich, którzy pragnęli pozostać w Italii i dalej bezkarnie grabić tą ziemię. Odłączyli się oni od głównych sił Spartakusa i rozłożyli obozem u jeziora lukańskiego (dowodzili nimi Gannikus i Kastus). Krassus zaatakował ich i rozbił (w bitwie polec miało ok. 12 300 byłych niewolników), ale nie udało mu się ich całkowicie wytępić, gdyż zjawił się Spartakus (któremu doniesiono o ruchach legionów Krassusa) i uniemożliwił pełną zagładę odłączonych sił, rozbijając część atakujących rzymskich formacji (pod dowódzwem Licynniusza Kwinkcjusza i Tremeliusza Skofry). A tymczasem okazało się, że z Hiszpanii powrócił właśnie (po pokonaniu Gajusza Sertoriusza i jego nieudolnego następcy - Perpenny) z wojskiem sam Gnejusz Pompejusz, natomiast z Macedonii wracał też Lucjusz Lukullus (wiosna 71 r. p.n.e.). W tej sytuacji Spartakus nie miał innego wyjścia, jak tylko uderzyć na wojska Krassusa i je rozbić. Podobnie zresztą bitwę pragnął stoczyć Krassus (który to uświadomił sobie, że w chwili słabości postąpił nierozsądnie, domagając się od Senatu by ten przywołał Pompejusza i Lukullusa, gdyż w przypadku zwycięstwa, gloria sławy spłynęłaby na "pomagających", nie zaś na niego).




Zbuntowani niewolnicy nie wyciągnęli żadnych wniosków z faktu, jak długo sprzyjali im bogowie i postanowili wystawić ich cierpliwość na szwank. Wymusili więc na Spartakusie rezygnację z próby przepłynięcia kolejnej cieśniny (tym razem Otranto) i marsz w kierunku Krassusa, by go ostatecznie rozbić. Postawiony przed faktem dokonanym (nie miał Spartakus tak naprawdę gdzie uciec, gdyż nawet jeśliby przedostał się do Grecji, to i tam ścigałaby go armia Lukullusa, a być może również i Krassusa), postanowił wódz niewolników stoczyć kolejną bitwę, a po rozbiciu sił Krassusa, wystąpić przeciwko Pompejuszowi, a następnie Lukullusowi (lub na odwrót). Ambitne cele przed sobą stawiał, należy jednak zaznaczyć że nie miał on innego wyjścia. Nikt z owych rzymskich wodzów nie pozwoliłby mu opuścić Italii, więc jego jedynym wyjściem była dalsza walka na śmierć i życie. Do starcia doszło nad rzeką Bradanus w Lukanii i Apulii (jest to rzeka graniczna pomiędzy tymi dwiema krainami, jednak dokładne miejsce bitwy nie jest znane), a Krassus zastąpił tam Spartakusowi drogę, uniemożliwiając mu dalszy marsz. Doszło do krwawej i bardzo ciężkiej bitwy, gdyż obie strony dobrze wiedziały o co walczą i nikt nie liczył na łaskę w przypadku klęski. Zbuntowani niewolnicy byli mocno zdeterminowani, ale poniesione wcześniej straty i brak możliwości (w przeciwieństwie do Rzymian) ciągłego ich uzupełniania, działały ewidentnie na korzyść Rzymian. W trakcie walki Spartakus próbował przebić się w kierunku Krassusa i po drodze położył trupem jego dwóch centurionów (a centurionowie nie stali obok siebie i musiał też przy okazji pokonać wielu innych legionistów). W pewnym momencie został on ugodzony włócznią w udo, co sprawiło że musiał przyklęknąć i osłaniając się tarczą, wciąż walczył z nacierającym przeciwnikiem. Ostatecznie otoczony, został zasieczony mieczami i legł pośród tysięcy swoich towarzyszy (jego ciała nigdy nie odnaleziono). Poległo prawie 50 000 żołnierzy Spartakusa i ok. 8000 Rzymian (do tego należy doliczyć dodatkowe 15 000 rannych, co daje dość wysoką liczbę legionistów wycofanych z walki). Straty te spowodowały, że Krassus nie był w stanie wykonać natychmiastowego pościgu za 5000 wojowników, którzy przedarli się przez rzymskie okrążenie i uszli w dal. Dopadł ich i ostatecznie rozbił dopiero Pompejusz, który zaraz potem napisał do Senatu znamienne słowa: "Krassus wygrał bitwę, lecz to ja zakończyłem wojnę". Wzburzony tym niepełnym zwycięstwem Krassus, kazał 6000 pochwyconych w bitwie byłych niewolników ukrzyżować wzdłuż Via Appia, a sam musiał zadowolić się skromną owacją (podczas której wielu Rzymian zaczęło z niego drwić, iż stał się "pogromcą niewolników", zaś Pompejusz począł ubiegać się o triumf za swoje zwycięstwo w Hiszpanii i takowe otrzymał. A to jeszcze bardziej wzbudziło nienawiść w tych dwóch mężach, do których wkrótce dołączył i mąż trzeci, szybko przerósłszy ich dwóch razem wziętych - był to oczywiście Gajusz Juliusz Cezar.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...