WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UKRAINA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą UKRAINA. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XIII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XIII



 Wraz ze śmiercią Lenina (21 stycznia 1924 r.) i rozpoczęciem walki o władzę w Związku Sowieckim pomiędzy Lwem Trockim a Józefem Stalinem, niepokoje dały się zauważyć również w Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. W styczniu 1924 r. zmiany zaszły również w Komunistycznej Partii Niemiec. Po niepowodzeniu "niemieckiego października" w Hamburgu i Saksonii (czyli powstania komunistycznego wspieranego przez Moskwę), dotychczasowe kierownictwo Heinricha Brandlera i Augusta Thaiheimera musiało ustąpić na rzecz lewicowej opozycji w niemieckiej partii komunistycznej, czyli Ruth Fischer i Ernsta Thälmanna. Fischer została przewodniczącą, Thälmann wice - czyli ostrze niemieckich komunistów jeszcze bardziej się zradykalizowało. W Berlinie znalazła się też grupa opozycjonistów z KPRP - Julian Leszczyński-Leński, Henryk Stein-Domski, Zofia Unszlicht "Osińska" i Leon Prentski "Damowski". W lutym 1924 r. w niemieckiej prasie komunistycznej w Berlinie pojawił się artykuł (napisany zapewne przez Leńskiego), a zatytułowany: "O kryzysie w KPRP i najbliższych zadaniach partii", ostro atakujący dotychczasowe "prawicowe" kierownictwo partii - 3W (czyli Warski-Wera-Walecki). Była to więc rozgrzewka przed zbliżającym się w marcu plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

W powołanym 19 grudnia 1923 r. rządzie Władysława Grabskiego doszło również do pierwszych poważnych zgrzytów. Premier nie potrafił bowiem porozumieć się z ministrem spraw wojskowych Kazimierzem Sosnkowskim (który nieustannie domagał się przywrócenia Marszałka Piłsudskiego do najwyższych władz wojskowych) i 17 lutego 1924 r. musiał go zdymisjonować, a na jego miejsce powołał Władysława Sikorskiego.

W dniach 16-17 lutego w Warszawie odbyła się konferencja ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Estonii i Finlandii (czyli państw - oprócz Polski - należących do tzw. Związku Bałtyckiego). Na owej konferencji starano się wypracować wspólne stanowisko wobec kwestii rozbrojenia, omawianego wówczas na forum Ligii Narodów, ale nie przyjęto żadnych konkretnych ustaleń. Po tej konferencji nieco ochłodziły się stosunki Polski z owymi państwami, a Sztab Generalny Wojska Polskiego oficjalnie obwiniał Finlandię, Łotwę i Estonię o zamrożenie prac nad sojuszem z Polską.

Na przełomie stycznia i lutego we francuskim Chamonix po raz pierwszy rozegrane zostały zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polska reprezentacja po raz pierwszy wzięła w nich udział, jednak nie zdobyła żadnych medali. Najwięcej medali zdobyła Norwegia, Finlandia i Austria, natomiast reprezentacja Niemiec nie została dopuszczona do udziału w tej olimpiadzie (za karę za wywołanie I Wojny Światowej).

Kraj który w tych igrzyskach zajął trzecie miejsce - czyli Austria - rządzona była wówczas przez Partię Chrześcijańsko-Społeczną na której czele stał kanclerz Austrii (od 31 maja 1922 r.) prałat profesor doktor Ignaz Seipel. Ten zwolennik wprowadzenia dla Żydów numerus clausus, z równym zaangażowaniem zwalczał zarówno austromarksizm jak i socjalizm. Dzięki kredytom międzynarodowym (z gwarancjami Ligii Narodów) udało mu się ustabilizować w kraju kryzys finansowy. 1 stycznia 1923 r. utworzono austriacki Bank Narodowy który w miejsce dawnych zdewaluowanych koron zaczął wydawać nowe szylingi. To znacznie poprawiło i ustabilizowało gospodarkę Austrii, chociaż bezrobocie wciąż było na wysokim poziomie. Za jego też rządów 4 października 1922 r. Austria podpisała w Genewie protokół, iż na 20 lat rezygnuje z przystąpienia do Rzeszy. Po wyborach z 1924 r. kierowana przez niego Partia Chrześcijańsko-Społeczna nie uzyskała wymaganej większości i musiała stworzyć rząd koalicyjny z Obozem Wszechniemieckim i Związkiem Chłopskim. Stworzyło to jeszcze bardziej prawicową koalicję niż była ona po roku 1922, a jednocześnie na ulicach Wiednia i innych austriackich miast toczyła się utajona wojna domowa pomiędzy paramilitarnymi oddziałami socjalistów a takowymi oddziałami Schutzbundu czy związków kombatanckich, a także Heimwehry. Ale Wiedeń to była przecież stolica walca, tak więc 28 lutego 1924 r. odbyła się tam prapremiera "Hrabiny Maricy" Imrego Kálmána, która odniosła ogromny sukces (ostatnio w Hollywood pewna piosenkarka z Afryki odcisnęła swoją dłoń w Alej Gwiazd - jako pierwsza przedstawicielka Afryki - i stwierdziła że: "Bez nas Afrykanów, nie powstałaby nigdy żadna muzyka". Może ona zamiast muzyką, powinna zajmować się rozśmieszaniem ludzi, chyba lepiej jej to wychodzi).


IGNAZ SEIPEL



Kwestia wprowadzenia nowej waluty w Polsce i powołania Banku Polskiego, była co prawda najważniejszą sprawą dla rządu Władysława Grabskiego, ale nie jedyną istotną. Równie ważną było ustabilizowanie sytuacji na Wschodzie, gdzie najróżniejsze bandy przenikały przez granicę polsko-sowiecką i dokonywały tutaj różnych ataków, podpaleń i dywersji. Poza tym w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy zajęli wobec państwa polskiego stanowisko nie tylko niechętne, ale wręcz otwarcie wrogie. Cztery główne ukraińskie stronnictwa polityczne utworzyły (po marcu 1923 r. i przeniesieniu powstałego 1 sierpnia 1920 r. rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej na emigracji z Wiednia do Berlina) Radę Międzypartyjną, kierowaną w Galicji Wschodniej przez Cyryla Studinskiego. Głoszono hasła niepodległościowe, a przyszła Zachodnioukraińska Republika Ludowa miała się składać z Galicji, Bukowiny i Rusi Przykarpackiej. Polskie rządy we Lwowie i Galicji Wschodniej nazywano "wrogą okupacją". Pomstowano na likwidację lokalnych odrębności, powstałych jeszcze w czasach Monarchii Austro-Węgier i na postępującą polonizację całego regionu. Sprzeciwiano się nazwie Galicja Wschodnia i podziale na województwa. Sprzeciwiano się też poborowi do Wojska Polskiego. Rząd Władysława Grabskiego postanowił w tym przypadku przykręcić śrubę Ukraińcom, jednocześnie zapominając też o przestrogach Piłsudskiego, który jeszcze w 1918 r. mówił że Ukraińcy w Galicji Wschodniej nie mogą mieć praw gorszych od tych, jakie posiadali w Monarchii Cesarsko-Królewskiej. Ale z drugiej też strony Ukraińcy mieli zapewnione zarówno w Galicji Wschodniej jak i w całej Polsce takie same prawa polityczne jak cała reszta (w tym Polacy), ich prasa mogła się swobodnie ukazywać i podlegała konfiskacie tylko w przypadku nazbyt jaskrawych wystąpień przeciwko państwu polskiemu. Istniała sieć ukraińskich szkół, które (choć nieznacznie to jednak) wzrastały (w 1923 r. było ich 2470 o 50 więcej niż w 1912). Działały ukraińskie ogniska kulturalno-oświatowe, takie jak: "Ridna szkoła", "Uczytelska Hromada", czy Towarzystwo Naukowe im. Szewczenki i Mogiły. Istniało 81 filii czytelni "Proswita" (z 2000 czytelni). Istniał spółdzielczy ukraiński związek mleczarski "Masłosojuz" (197 tys. członków). 

Jedynie ślimaczyło się powstanie we Lwowie Uniwersytetu ukraińskiego (miał powstać jeszcze w 1923 roku, ale nie powstał, jako że od studentów tego uniwersytetu wymagano dwóch rzeczy, po pierwsze obywatelstwa polskiego, a po drugie odbycia służby w Wojsku Polskim. To spowodowało że w tymże 1923 r. Ukraińcy założyli tajny uniwersytet, z 65 katedrami. Rocznie kształciło się w nim ok. 1500 studentów, którzy na studia uzupełniające wyjeżdżali za granicę (głównie do Czech i do Niemiec). A po powrocie do Polski (jako że w ogromnej większości nie mogli podjąć pracy w administracji) stawali się wylęgarnią ukraińskiego antypolonizmu. Najpierw z Wiednia a potem z Berlina nad Radą Międzypartyjną swoistą "opiekę" sprawowała centrala Jewhena Petruszewycza - ukraińskiego adwokata i byłego prezydenta Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Nawiązał on kontakty z Sowietami, którzy na mocy tej umowy mieli finansować rząd ZURL. Poza tym w 1921 r. powstała Ukraińska Organizacja Wojskowa kierowana przez przebywającego na emigracji pułkownika Strzelców Siczowych - Jewhena (Eugeniusza) Konowalca, korzystająca ze wsparcia zarówno Czechów jak i Niemców (swoją drogą ostatnio żołyński sprowadził na Ukrainę ścierwo tego bandyty żeby je uroczyście pochować. No cóż, każdy naród ma swoich bohaterów - my mamy ludzi którzy pierwsi stanęli przeciwko nazizmowi i komunizmowi, płacąc za to ogromną cenę krwi i życia, mamy obrońców Polski i Europy roku 1920, mamy Powstańców Warszawskich, mamy zdobywców Monte Cassino, mamy zdobywców Narwiku, obrońców brytyjskiego nieba, żołnierzy Września, całą konspirację antyhitlerowską i antysowiecką powstałą na terenie okupowanej Rzeczpospolitej w czasie II wojny światowej, notabene jedynego takiego tworu na świecie, oni zaś mają morderców kobiet dzieci, których mordowali w sposób tak okrutny że sami niemieccy naziści byli przerażeni tym widokiem. To jest bardzo przykre, ponieważ ja uważam że Ukraina nie ma innego wyboru jak tylko sojusz z Polską, po prostu nie ma, natomiast Ukraina banderowska jest nam potrzebna tak samo, jak Ukraina sowiecka czy Ukraina rosyjska - czyli w ogóle. Ukraina banderowska - czyli de facto pro-niemiecka, to jest nasz wróg tak samo, jak Ukraina rosyjska. Notabene już tak na marginesie wyobrażacie sobie żeby za bohatera mieć człowieka o nazwisku Walikoń 🥴). Pierwszą jej akcją była próba zamachu na Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego - 25 września 1921 r. czego efektem był postrzał w dłoń i ramiona towarzyszącego Naczelnikowi wojewody Grabowskiego (sprawcą tej próby zamachu był ukraiński bojowiec Teofil Olszański, który następnie zbiegł do Niemiec, gdzie w październiku 1924 r. uzyskał prawo azylu). W roku 1922 przypadków ataków i podpaleń na dwory i zagrody chłopskie było znacznie więcej (według sprawozdania posła Federowicza z 26 września 1922 r. od początku tej akcji w ciągu siedmiu tygodni odnotowano 470 takich podpaleń). Niszczono nie tylko zagrody i dwory, ale również zboże na polach, a celem tego wszystkiego było zmuszenie Polaków do opuszczenia całej Galicji Wschodniej, lub przynajmniej uzyskania autonomii politycznej dla Ukraińców.




Po raz pierwszy bowiem w ustawie o wykonaniu reformy rolnej z 15 lipca 1920 r. wprowadzono możliwość nabycia przez weteranów (po zwycięskiej Wojnie z bolszewikami) ziem na Wschodzie po niższych cenach i z prawem pierwszeństwa. Był to bowiem okres gdy Armia Czerwona stała pod Warszawą i również takimi sposobami starano się zmobilizować Polaków do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego (potem zostało to potwierdzone w odezwie premiera Witosa z 6 sierpnia 1920 r.). Jednak dopiero po szczęśliwym zakończeniu Wojny ruszyły prace nad kolonizacją wyrwanych bolszewizmowi dawnych ziem Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy w swym rozkazie z 18 października 1920 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski zapisał: "Zaproponowałem już rządowi, by część zdobytej ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym, byście w tej pracy przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście jej mieli w pracy bojowej". Podstawą prawną dla tej kolonizacji były dwie ustawy przyjęte 17 grudnia 1920 r. Pierwsza o przejęciu na własność przez państwo polskie byłych carsko-rosyjskich ziem wraz z budynkami i infrastrukturą, a druga o nadaniu części tych ziem weteranom, inwalidom wojennym i ochotnikom. W ramach wsparcia weterani mieli otrzymywać konie i tabor z demobilu, 80 m.³ materiału budowlanego na gospodarstwo i 2 miliardy marek polskich w postaci kredytów na całe osadnictwo. Powołano też do życia Sekcję Osad Żołnierskich która miała typować żołnierzy wytyczonych na przyszłych osadników. Pierwsi weterani wojskowi przybyli na Kresy (w tym na Wołyń) w kwietniu 1921 r. a byli to w większości młodzi ludzie (w wieku 20-25 lat), żołnierze Wojny z bolszewikami. Według statystyk 43% z nich było odznaczonych Krzyżem Walecznych lub Virtuti Militari. Ich przekrój wojskowy był jednak bardzo różny, byli to zarówno Legioniści Piłsudskiego, jak i żołnierze 1 Korpusu Polskiego, członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, ochotnicy, Powstańcy Śląscy i Wielkopolscy. Oczywiście musieli zaczynać od zera, czyli najpierw pobudować sobie jakieś prowizoryczne ziemianki aby tam zamieszkać przez jakiś czas. Do września 1921 r. otrzymywali żołd, czyli mieli z czego żyć, ale musieli też szybko podjąć jakąś pracę. Problem był jednak taki, że w większości były to tereny albo wiejskie, albo odległe od miast. Jedynym więc wyjściem było podjęcie prac żniwnych na polu i sprzedaż plonów. Oczywiście pojawienie się tam weteranów spotkało się z niechęcią lokalnej ludności (i to zarówno polskiej, jak i ukraińskiej czy ruskiej). Szczególnie protestowali ziemianie. Jeszcze w lutym 1921 r. prezes Związku Ziemian Wołynia - Karol Waligórski wystosował ostry sprzeciw wobec osadnictwa wojskowego na tym terenie. Twierdził bowiem że żołnierze zdołali się już skompromitować i to zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym i że lepiej by było gdyby osadnictwo tworzyli nie żołnierze weterani, a polscy koloniści-włościanie (ach ten nasism, ten stary podział na "panów i chłopów" - żałosne. Więcej bowiem zaufania miałbym do żołnierza-weterana który wywalczył ziemię własną odwagą i ofiarnością i "polską ją uczynił", niż do zasiedziałego włościanina, który miał wszystko gdzieś czy będzie żył w Polsce, czy w Rosji czy... może gdzieś indziej).




Otwarcie wrogi stosunek wobec weteranów-kolonistów okazywali Ukraińcy, którzy sądzili że byłe ziemie rosyjskie w ramach reformy rolnej przypadną im (oczywiście przy rozdziale ziemi zdarzały się też niestety nadużycia, a przydział w niektórych regionach był robiony w sposób wręcz chaotyczny, zdarzały się też przypadki samowolnego zajmowania ziem przez żołnierzy-osadników i wypędzania stamtąd ludności folwarcznej - głównie ukraińskiej). Przez pierwszy rok osadnicy gospodarowali wspólnie, dopiero potem nastąpił podział na działki (choć opóźnienia były również spowodowane długim oczekiwaniem na urzędnika, który miał odmierzyć podział gruntu). Najgorzej mieli ci z osadników, którzy przybyli na te ziemie po okresie żniwnym, czyli po wrześniu 1921 r. bo ci naprawdę byli skazani na głodowanie w zimie (chyba że otrzymali jakąś pomoc od wspólnoty osadniczej, lub ewentualnie z administracji, ale na to drugie raczej były marne szanse, a na to pierwsze też znikome). Stałe przydziały drewna dla osadników zaczęto organizować dopiero wiosną 1922 r. i od tego roku położenie osadników znacznie się poprawiło. Zaczęto organizować dla osadników kursy dokształcające (szczególnie z zakresu rolnictwa i gospodarstwa domowego), zaczęto zakładać spółdzielnie osadnicze (pod koniec 1922 r. na Wołyniu było już 13 spółdzielni osadniczych z 3052 członkami). Zaczęto organizować samopomoc osadniczą, sąsiedzi (byli weterani wojenni) zaczęli wzajemnie sobie pomagać, wspierać się i organizować również milicję osadniczą na wypadek ataków band sowieckich czy ukraińskich. W marcu 1922 r. w Warszawie zorganizowano pierwszy zjazd osadników wojskowych, na którym powołano Centralny Związek Osadników Wojskowych (potem przekształcony na Związek Osadników). W marcu 1923 r. dalsza akcja osadnicza na Kresach Wschodnich została wstrzymana, a ostatecznie zlikwidowana po przyjęciu reformy rolnej 28 grudnia 1925 r. (oczywiście nie oznaczało to że dotychczasowi osadnicy przestawali być osadnikami, oni nadal tworzyli własne działki i własne wsie osadnicze, z tym tylko że już więcej weteranów-osadników nie powoływano i nie przyznawano im ziemi).




Terror Ukraińskiej Organizacji Wojskowej dotykał nie tylko siedzib polskich kolonistów i weteranów wojskowych, ale również lojalnych wobec Rzeczpospolitej Ukraińców (a raczej przede wszystkim, gdyż ich celem było niedopuszczenie do zgody pomiędzy Polakami i Ukraińcami, dlatego w tym okresie głównie mordowali tych, którzy byli zwolennikami wzajemnej zgody i wspólnego ułożenia stosunków na Kresach Wschodnich), takich jak Sydor Twerdochlib - kandydat do Sejmu. Został on zamordowany w Kamionce Strumiłowej. Policja szybko wpadła na trop owej organizacji i UOW z końcem roku 1922 został realnie unieszkodliwiony (aczkolwiek już w roku następnym odrodził się na nowo i chociaż jego akcje były podejmowane na niewielką skalę i nie przynosiły zbyt wielkich strat, to jednak były niezwykle uciążliwe, tak jak uciążliwy potrafi być latający komar lub mucha). Proces polonizacji Kresów też był dosyć powolny. Szczególnie dobitnie widać to było na Wołyniu, gdzie ok. 1930 r. Polacy zwarte skupienia tworzyli tylko w sześciu (i to oddalonych od siebie), punktach, a cała reszta rozsypana była po całym Wołyniu, tonąc w ukraińskim morzu nawet nie wysepkami polskości, a pojedynczymi rodzinami. Gorzej też że niewielu było chętnych do przenoszenia się na stałe na Wołyń, gdyż nie widzieli oni swej przyszłości w miastach pozbawionych całkowicie przemysłu, z handlem praktycznie w 100% będącym w rękach Żydów, w zniszczonym przez wojnę regionie. Jak już wspomniałem wyżej koloniści przez pierwszy rok (a być może nawet dłużej) mieszkali w prowizorycznych ziemiankach i aż do otrzymania pomocy materiałowej od państwa, nie byli w stanie zmienić tego położenia. Mimo to miasta na Wołyniu (ok. roku 1930) zaczęły przybierać prawie w 100% charakter polski. Powstawały polskie biblioteki, kina, szkoły, teatry, opery, kluby i restauracje, słuchano lokalnych rozgłośni Polskiego Radia, grano polską muzykę i przeboje, słuchano polskich artystów (co prawda we Lwowie, ale jednak popularni byli na Kresach a nawet w całej Polsce), w lipcu 1933 r. powstała "Wesoła Lwowska Fala" ze Szczepciem i Tońciem jako głównymi jej bohaterami.




Największe pola do niezadowolenia lokalnej ludności ruskiej to były (oprócz akcji kolonizacyjnej): polityka oświatowa i ponowna rewindykacja cerkwi, które kiedyś były kościołami katolickimi przejętymi przez rosyjskiego zaborcę i zamienionymi na cerkwie. Co się tyczy szkolnictwa to biorąc pod uwagę chociażby przykład z powiatu lubomelskiego (charakterystyczny również nie tylko dla Wołynia ale i innych części polskich Kresów) było tam 17 polskich szkół, 19 mieszanych polsko-ukraińskich i 16 polsko-rosyjskich, jednak według spisu ludności na 59 000 mieszkańców powiatu było tylko... 37 Rosjan. Tak samo w całym województwie wołyńskim większość szkół wyższych była polska i tylko dwa gimnazja ukraińskie (na 2 miliony ukraińskiej ludności Wołynia) i 10 gimnazjów rosyjskich (chociaż na Wołyniu żyło tylko 15 000 Rosjan). To były takie niewielkie drobiazgi, ale niezwykle uporczywe, które powodowały niechęć lokalnej ludności (głównie ukraińskiej) do odrodzonej Polski. Co się zaś tyczy rewindykacji cerkwi, to w wielu przypadkach ludzie się już do tych miejsc przyzwyczaili i ponowna zamiana ich na kościoły katolickie była bardzo źle odbierana przez ludność zarówno ukraińską jak i rosyjską. Trzy pierwsze lata bytności polskiej na Kresach nie były dobre. Nie służyły sprawie polskiej, a wręcz przeciwnie - oddalały lokalną ludność od Polski. Ludność tęskniła do dawnych, rosyjskich rządów, co było bardzo niebezpieczne. Należało więc wiele poprawić, a przede wszystkim trzeba było przywiązać tych ludzi, którzy tam przebywali (również jako przedstawiciele administracji) do tamtej ziemi, uczynić ich "apostołami polskości", ale nie na zasadzie tępego wymuszania działań polonizacyjnych, a ukazywania możliwości jakie lokalnej ludności daje polonizacja (dlaczego bowiem w czasach Wielkiej Rzeczpospolitej spolonizowała się większa część litewskiej i ruskiej elity? Ponieważ stanie się Polakiem było wtedy czymś niezwykle nobilitującym {zresztą polonizowali się Niemcy, Szkoci, Francuzi, Hiszpanie czy nawet mieszkający w Rzeczypospolitej Anglicy}, oznaczało wejście w ramy kultury wolności, która była nieobecna ani na Wschodzie ani tak naprawdę na Zachodzie i przez to była tak bardzo pożądana). Jednak żeby tak się stało, trzeba było wyrobić w Polakach (którzy przybywali na Kresy) świadomość tego, że te ziemie są już polskie i polskie pozostaną, bowiem ogromna większość z nich przy pierwszej sposobności porzucała służbę państwową na Wschodzie i przenosiła się na Zachód (lub też wyjeżdżała na Pomorze, do budowanej właśnie Gdyni). Do 1924 r. na Wołyniu było aż 11 wojewodów - niesamowite. A im szczebel niżej tym sytuacja była jeszcze gorsza. Poza tym wojenne zniszczenia i powojenna bieda powodowały, że również nie można było budować przywiązania do polskości przez chociażby wygląd urzędów (które w większości były zwykłymi kanciapami pozbawionymi telefonów - czyli odciętymi od świata, z niekompetentnymi urzędnikami i policjantami). Co prawda minęły dopiero cztery lata od kiedy Polska na trwale objąć miała te ziemie w posiadanie, ale jednak to były aż cztery lata, podczas których stosunek do Polski lokalnej ludności zaczął być gorszy, niż przed rokiem 1920 i coś należało z tym fantem zrobić.


CDN.

29 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. V

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. V


JAN II KAZIMIERZ WAZA



 Tymczasem gdy 24 września 1649 r. do Bakczysaraju przybył chan Islam III Girej, zaczął on od razu rozmyślać nad nową wojną - tym razem z Moskwą, gdyż pragnął odzyskać dawno utracone chanaty: kazański (1552) i astrachański (1556). Po tych dwóch kampaniach z lat 1648-1649 gdy Krym zaludnił się niezliczoną rzeszą wziętych w jasyr niewolników ukraińskich i polskich, gdy tamtejsi agowie (jak i zwykli Tatarzy) wzbogacili się na łupach zrabowanych z ziem koronnych, pozycja Chanatu znacznie wzrosła w ówczesnej Europie. Ugoda zborowiecka dawała chanowi rolę pośrednika w relacjach pomiędzy Rzeczpospolitą a Kozakami i planował on tę swoją nowo uzyskaną władzę wykorzystać. Kozacy zostali oczywiście zmuszeni do przyjścia z pomocą Tatarom w sytuacji planowanej przez nich wojny z Moskwą, ale chan zamierzał do tej wojny wciągnąć również Rzeczpospolitą, słał więc poselstwa na sejmy z propozycją wspólnej wojny "w lecie, w zimie, zawsze, kiedy będzie wola wasza, tylko na rezolucję waszą czekamy". Oczywiście szlachta nie planowała wojny z Moskwą i nawet nie myślała o niej (wcześniej toczyła bowiem długoletnią batalię z królem Władysławem IV, aby uniemożliwić mu wielką wojnę z Imperium Osmańskim i Chanatem Krymskim - o czym piszę w serii: "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim"). Zresztą większość i tak zdawała sobie sprawę że ugoda zborowiecka nie przetrwa długo i wkrótce trzeba będzie wznowić działania wojenne na Ukrainie przeciwko Chmielnickiemu i jego tatarskim sojusznikom, nie planowano więc żadnej wojny z Moskwą. Natomiast taką wojnę pragnęli rozpocząć członkowie sześciu najważniejszych rodów tatarskich, wchodzących w skład Dywanu. Szirini dominowali bowiem nie tylko na Krymie, ale również w Kazaniu i w księstwie kasimowskim (zależnym od Moskwy), Mangryci w Astrachaniu, Kazaniu i Bucharze, Argyni w Kasimowie, zaś Barynowie, Sedżeutowie i Kipczakowie mieli mniejsze związki poza Chanatem, aczkolwiek te powiązania były bardzo silne z dawną Złotą Ordą (wywodzącą się przecież jeszcze z czasów potomków Czyngis-chana). Tak więc rody Dywanu stawiały na wojnę z Moskwą, natomiast Chmielnicki przygotowywał się do kolejnej wojny z Rzecząpospolitą i starał się odwieźć Tatarów od wyprawy przeciw carowi (czym listownie chwalił się w listach do Aleksego).


AGA CHANATU KRYMSKIEGO



W październiku 1649 r. z Moskwy wyruszyło carskie poselstwo Gieorgija Nieronowa, które miało zapoznać się z wydarzeniami na Ukrainie po ostatniej wojnie, szczególnie zaś na temat sojuszu kozacko-tatarskiego skierowanego przeciwko Moskwie. Chmielnicki spotkał się z Nieronowem 2 grudnia w Czehryniu i podczas tej pięciodniowej wizyty ostatecznie obiecał mu że będzie odwodził chana od wyprawy na Moskwę, twierdził nawet że chan deklarował, iż pragnie przyjąć zwierzchnictwo cara, tylko na razie "Bóg mu na to nie pozwolił" i że Chmielnicki ma nadzieję iż w niedalekiej przyszłości wszystkie państwa, zarówno chrześcijańskie jak i bisurmańskie (jak to określił) znajdą się pod władzą moskiewskiego cara. Kłamał też że przygotowania chana do wyprawy wojennej nie są skierowane przeciwko Moskwie a... Turcji i że wkrótce dojdzie do takiej wyprawy wraz z Wołochami (Mołdawianami), Multanami (Wołochami - w Rzeczypospolitej bowiem na Mołdawian mówiono Wołochy, a na Wołochów Multany) i Tatarami białogrodzkimi. Opowiadał też że na Dnieprze pod Kudakiem gotowych do tej wyprawy ma już 300 łodzi, a zamierza zbudować kolejnych 200 aby Morzem Czarnym w wielkiej wyprawie chrześcijan popłynąć na Konstantynopol. Miało to wszystko uspokoić cara i uzyskać od niego jakieś wsparcie w zbliżającej się nieuchronnie konfrontacji z Rzeczpospolitą. Nieronow w drodze powrotnej do Moskwy (do której dotarł 9 stycznia 1650 r.) zasięgnął nieco języka i wyszło na to, że w wielu sprawach Chmielnicki po prostu go okłamał. Dowiedział się również że sojusz kozacko-tatarski znacznie osłabł po ostatniej kampanii i tylko w sytuacji gdyby to strona polska zerwała ugodę zborowiecką, sojusz ten ponownie by się odrodził. W każdym razie Chmielnicki zrobił na carskim pośle niedobre wrażenie, i to nie tylko tym, co mówił (a co potem zweryfikowano), ale przede wszystkim tym, że nie był w stanie długo wytrzymać bez alkoholu (co dziwiło nawet Moskala). Lecz apogeum tego dopiero nadejdzie (np. przed bitwą pod Beresteczkiem Chmielnicki będzie totalnie nieprzytomny i to do tego stopnia, że gdy przybędzie chan tatarski, nie będzie miał kto go powitać, a gdy chan ujrzał chorągwie polskie - które mu wcześniej Chmielnicki nakreślił jako nieliczne i wystraszone, ten miał stwierdzić: "Pijanymi oczami patrzał wasz Chmiel na Polaków; jeśli wytrzeźwiał teraz, to niech idzie przodem wybierać miód tym pszczołom. Zobaczymy czy mają żądła" - mieli, Beresteczko zakończy się ogromną klęską wojsk kozacko-tatarskich i jednym z najsławniejszych zwycięstw Rzeczypospolitej, które odbije się echem w ówczesnej Europie - ale o tym wkrótce).




A tymczasem 22 października 1649 r. w poniedziałek w Warszawie zebrał się Sejm, którego marszałkiem wybrano starostę wielkopolskiego Bogusława Leszczyńskiego. W czasie tego Sejmu szlachta pomstowała na to, co działo się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, a ucieczka tych, którzy mieli rozgromić Chmielnickiego pod Piławcami była uważana za totalną hańbę (nie chciano nawet tym wszystkim którzy uciekli spod Piławiec podawać ręki ani się kłaniać, ale z czasem uznano że nie ma co rozpamiętywać tego wszystkiego i polskim zwyczajem wszystko wróciło do normalności - panowie bracia - "brateńki"). Posłowie i senatorowie atakowali nawet kanclerza Ossolińskiego za zbyt dużą uległość wobec Kozaków i Tatarów, natomiast sam król Jan Kazimierz i jego postawa (szczególnie w czasie bitwy zborowieckiej) wyrastał na prawdziwego bohatera i obrońcę Rzeczypospolitej. Wydawało się jakoby smok, jakim była Rzeczpospolita powoli (bardzo powoli) budził się z długiego snu, w czasie którego był kopany i obijany przez śmiałków, którzy pragnęli pozbawić go głowy (wybaczcie że wtrącę tutaj żarcik z "rycerzy Doliny Rozdupy" 🥴, ale jest tam taka scena u Walaszka gdy jeden z tych trzech rycerzy mówi do reszty: "Panowie, nie chcę wszczynać paniki, ale księżniczka (którą mieli uwolnić) jest tylko jedna a nas trzech", na co drugi zapytuje: "A ile ma dziur" 🤭😉 - może trochę prostackie, ale mi się podoba). Ale do wielu możnych wciąż jeszcze nie docierała podstawowa zasada: że żeby cokolwiek osiągnąć, to trzeba najpierw włożyć w to sporo pracy i jeśli chcecie zwycięstwa, musicie najpierw uchwalić podatki na wojsko. Jednocześnie chwalono również bohaterską obronę Zbaraża, a także samego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Przyjęto też wszystkie postanowienia ugody zborowskiej (27 listopada), deklarując z radością, że wypłacane "upominki" dla chana miały zostać w formie zapłaty za służbę pełnioną w imieniu Rzeczypospolitej, a nie za daninę (na takie sformułowanie zapewne by się nie zgodzono). 11 grudnia Chmielnicki wysłał również swoich posłów do Warszawy, ale gdy tylko tam dotarli, szlachta nie zgodziła się (zgodnie z warunkami ugody zborowieckiej) uznać metropolity kijowskiego za członka Senatu. Natomiast 14 grudnia na Sejm przybył ze swoim orszakiem książę Jeremi Wiśniowiecki, witany tutaj bardzo radośnie i ciepło. 16 grudnia zaś przybył zwycięzca spod Łojowa, hetman polny litewski - Janusz Radziwiłł. Kanclerz Ossoliński - zdając sobie sprawę że przybycie tych dwóch wodzów nieco obniża jego pozycję na Sejmie - starał się wykazać że bitwa zborowiecka w której brał udział, była drugim Chocimiem (1621) i znacznie ważniejsza była niż obrona Zbaraża, czy bitwa pod Łojowem, bo prowadzona "bez wodzów" i przy większej sile nieprzyjaciela. Ogólnie jednak jego przechwałki zrobiły bardzo złe wrażenie. Doszło do tego, że im dłużej starał się wykazać swoją odwagę w tamtej bitwie, tym więcej osób przestawało go słuchać. 21 grudnia hetman Radziwiłł teatralnym gestem rzucił pod stopy siedzącego na tronie Jana Kazimierza zdobyte pod Łojowem kozackie sztandary. Wkrótce potem doszło też do ostrego sporu (przy obecności monarchy - co było niedopuszczalne i karane) pomiędzy Wiśniowieckim a Ossolińskim na temat jakiegoś paszkwilu wymierzonego w ruskiego kniazia. Ostatecznie Ossoliński opuścił salę, a król przebaczył Wiśniowieckiemu spór i nawet obdarzył go buławą hetmańską (23 grudnia), którą miał dzierżyć do czasu, aż hetmani spod Korsunia nie zostaną uwolnieni.


JEREMI (JAREMA) WIŚNIOWIECKI 
(W TEJ ROLI ANDRZEJ SEWERYN W FILMIE: "OGNIEM I MIECZEM"
1999)



Na Sejmie tym uchwalono również powołanie nowej armii w sile 12 300 żołnierzy. Nie były to siły znaczne, tym bardziej w sytuacji wciąż trwającego powstania na Ukrainie i niepewnej sytuacji związanej z Chanatem, Moskwą, a być może również i Szwecją. Po przybyciu delegacji kozackiej (na początku stycznia 1650 r.) przyjęto również wręczony przez nich rejestr kozacki, w liczbie 40 471 spisanych nazwisk. Został on przyjęty. Ostatnie dni obrad sejmowych upłynęły na sprawie wynagrodzeń, odnośnie pozostawionych w trzech województwach ukraińskich majątków, należących głównie do Wiśniowieckich i Potockich (choć nie tylko). Ostatecznie 12 stycznia 1650 r. obrady dobiegły końca i posłowie rozjechali się do domów. Wydawało się że pokój przetrwa, że skoro wszystko udało się zgodnie rozwiązać, dalsza wojna nie jest konieczna, tym bardziej że Kozacy przysięgli na Sejmie "własnymi piersiami Rzeczypospolitą chronić". Wkrótce jednak miało się okazać że ów pokój jest nietrwały i ponownie musiał zabrzmieć szczęk oręża.




Gdy więc 12 stycznia 1650 r. zakończyły się obrady Sejmu warszawskiego, a szlachta rozjechała się do domów - po przyjęciu (większości) wynegocjowanych pod Zborowem warunków pokojowych - tumult na Ukrainie nie zmniejszył się, a wręcz przeciwnie, wszystko tam ponownie kipiało do nowego powstania przeciwko "polskim panom". Ogromne niezadowolenie chłopstwa ukraińskiego i czerni kozackiej (szczególnie zaś tych, którzy nie zostali ujęci w rejestrze) powodował - zapowiadany wcześniej - powrót szlachty i magnaterii do ich zniszczonych i rozgrabionych majątków. Na bracławszczyźnie doszło z tego powodu do buntu chłopskiego (których wsparł ze swymi Kozakami pułkownik bracławski Daniło Neczaj). Król Jan Kazimierz nakazał listownie Chmielnickiemu aby bunt ów uśmierzył, co ten ponoć uczynił, ale niezbyt chętnie, ani też niezbyt szybko. Na Zaporożu zaś pojawił się samozwańczy ataman kozacki o imieniu Hudali, który podważał władzę Chmielnickiego i nawoływał do dalszej "wojny z Lachami". W tych warunkach w marcu 1650 r. do Kijowa przybył tamtejszy wojewoda Adam Kisiel, który pragnął też poinformować Chmielnickiego o decyzjach Sejmu warszawskiego. Decyzje te oczywiście były już dawno znane Chmielnickiemu i jego otoczeniu i może dlatego Kisiel spotkał się tam z niezwykle chłodnym powitaniem (ponoć zastał Chmielnickiego w cerkwi, a ten ani nie powitał go, ani nawet nie wstał aby oddać mu pokłon). Kozakom warunki pokoju zborowskiego już dawno przestały się podobać, a ponieważ król dodatkowo nie spełnił warunków usunięcia unitów z województwa kijowskiego i szlachta miała wrócić na swoje dawne posiadłości, powodowało to ogromne niezadowolenie kozactwa. Chmielnicki nakazał też Kisielowi odesłać niemiecką dragonię, która przybyła do Kijowa aby go chronić, a gdy ten odmówił powstał tumult, który o mały włos zakończyłby się tragicznie i dopiero osobista interwencja Chmielnickiego zapobiegła rozlewowi krwi (i wielce prawdopodobnej śmierci Kisiela). Oficjalną wizytę na Zamku kijowskim Chmielnicki złożył Kisielowi dopiero czwartego dnia od jego przybycia do Kijowa i wówczas też powstrzymał czerń przed uwięzieniem, a być może również zabiciem wojewody (gdy wcześniej rozeszła się wieść, że Kisiel został pozbawiony swego stanowiska). Następnego dnia Chmielnicki dowiedział się o ujęciu i przewiezieniu do Czehrynia Hudaliego, który otwarcie rzucił mu wyzwanie co do władzy nad Kozakami. Poczuwszy się teraz mocniejszym, zażądał od Kisiela aby wojsko koronne i magnaci nie wkraczali na ziemię ukrainną, aby szlachta zaprzestała pobierania podatku podymnego i aby z chłopami postępowała odtąd "jak najskromniej".




W listach słanych do króla, Adam Kisiel pisał iż starszyzna kozacka jest jak najbardziej za utrzymaniem pokoju i dochowaniem wierności Rzeczypospolitej, a jedynie chłopstwo i czerń się buntuje; że niewielka część nie objętych rejestrem pragnie wrócić na dawne majątki w charakterze chłopów, ogromna zaś większość jest temu przeciwna; Kisiel pisał również że Chmielnicki kontaktuje się często z Siedmiogrodem, Mołdawią, Wołoszczyzną a nawet z Moskwą. Rzeczywiście Chmielnicki panicznie bał się osamotnienia, zdając sobie sprawę że bez tatarskiego sojusznika Kozacy - nawet wsparci przez liczne chłopstwo ukraińskie - nie będą w stanie sprostać wojskom koronnym i litewskim. Klęska w bitwie pod Łojowem i niemożność zdobycia Zbaraża nawet przy wsparciu Tatarów, bardzo silnie oddziaływała na jego mentalność. Dlatego też słał poselstwa do chana, do Siedmiogrodu, do Mołdawii, do Moskwy i do Konstantynopola, wszędzie deklarując sojusz i wiernopoddańczy stosunek w zamian za wsparcie w dalszej walce z Polakami. Poza tym w obozie Chmielnickiego znajdowało się wiele zacnych szlacheckich rodów ruskich, jak: Hulaniccy, Iskrzyccy, Wyhowscy czy Kochanowscy (ich dołączenie do Chmielnickiego często nie było kwestią wyboru, a raczej ocalenia życia, gdyż w czasie powstania szlachta miała tylko dwa wyjścia - ucieczka na zachód, albo dołączenie do Zaporożców Chmielnickiego i wiele rodów wybrało tę drugą opcję). Często byli oni potem zwolennikami dalszej wojny z Rzeczpospolitą, jako że utracili nadzieję iż mogą powrócić do grona braci szlacheckiej. Niepotrzebnie, gdyż we wszystkich uniwersałach i petycjach szlachta otwarcie domagała się aby ci: "którzy byli przy wojsku Jego Królewskiej Mości zaporoskim (...) ma okrywać amnestyja". Sam Adam Kisiel (Rusin z pochodzenia) był przez długi czas na Ukrainie uważany za "swego", szczególnie gdy na Sejmie 1641 r. wygłosił sławną mowę, zwracając się w niej do posłów polskich: "przodkowie nasi, Ruscy Sarmaci (...) nie do kraju, ale z krajem, nie do religii, ale z religią, nie do tytułów i honorów, ale z tytułami i honorami - tak przybyliśmy do tej wspólnej ojczyzny naszej". Teraz jednak Kisiel był kimś obcym, był jednym z Lachów, a przez to był na równi znienawidzony (pewnego razu, jeszcze w Kijowie, gdy Chmielnicki mocno sobie popił, nakazał wszystkich którzy przybyli z Kisielem i jego samego - powiesić. Życie ocalił im Wyhowski, wstrzymując do następnego dnia egzekucję, a gdy Chmielnicki nazajutrz wytrzeźwiał spytał się czy Kisiel żyje, a gdy odpowiedziano mu że jest "pod wartą", kazał warcie odstąpić, mówiąc: "Ja wczoraj z gniewu upiłem się i oszalałem").




W połowie stycznia 1650 r. z Moskwy wyruszyło też poselstwo (złożone ze 120 osób) do Warszawy, na którego czele stał namiestnik Niżnego Nowogrodu - Grigorij Puszkin, oraz jego brat Stiepan - namiestnik ałatarski. Zjawili się oni pod Warszawą w połowie marca, a pod murami stolicy powitał ich podczaszy litewski Kazimierz Tyszkiewicz i chorąży nadworny koronny Wojciech Wessel. 18 marca na audiencji przyjął ich król Jan Kazimierz, a dwa dni później rozpoczęły się pertraktacje, mające na celu przedłużenie pokoju polanowskiego z 1634 r. Strona moskiewska wyciągnęła jednak całą listę zarzutów, począwszy od złego tytułowania cara Aleksego (w Rzeczypospolitej bowiem nie uznawano carskiego tytułu władców Moskwy, chociaż w czasie pokoju polanowskiego oficjalnie zgodzono się stosować tę tytulaturę), poprzez pretensje do przeróżnych magnatów i wielmożów polskich, których ukarania (i to śmiercią) domagano się natychmiast, co wywołało oburzenie na Zamku Królewskim. Atmosferę tę rozluźniła nieco uczta, jaką wyprawił król dla przybyłych posłów (na której to notabene spili się oni tak bardzo, że na drugi dzień nie byli zdolni do kontynuowania rozmów). Domagano się również ukarania śmiercią księcia Jeremiego Wiśniowieckiego poprzez wbicie go na pal. Wyciągnięto też jakieś książki z roku 1643, 1648 i 1649 w których autorzy mieli obrażać cara Aleksego i jego ojca Michała i domagano się również ich ukarania (oczywiście śmiercią). Wreszcie stwierdzono że hetman kozacki, gdy "podbił ziemię królewską", upadł na twarz przed carem Aleksym prosząc go o opiekę, gdyż Kozacy "są jednej wiary z nami, a przez was są prześladowani". Twierdzili również że car na to nie przystał, pragnąc zachować pokój z Rzeczpospolitą, ale jeśli Polacy pragną rzeczywiście utrzymać pokój, powinni wynagrodzić im to poświęcenie, poprzez oddanie tych wszystkich miast, które w 1634 r. w Polanowie car Michał musiał oddać Polsce i Litwie. Wiadomość o poselstwie moskiewskim bardzo szybko rozeszła się po Warszawie, szczególnie zaś ludzie opowiadali sobie o niezmiernej bucie moskiewskich posłów, a gdy marszałek koronny Jerzy Lubomirski nakazał (zapewne za zgodą króla) zamknąć posłów w areszcie domowym ("aby otrzeźwieli"), spotkało się to powszechną aprobatą Warszawiaków. Taki krok mógł jednak doprowadzić do zerwania pokoju polanowskiego i nowej wojny z Moskwą, czego - nie mając ustabilizowanej sytuacji na Ukrainie - nikt w Rzeczpospolitej nie pragnął. Areszt domowy trwał zaledwie pół dnia (25 marca), a Ossoliński osobiście przybył do posłów, przepraszając ich za to i zapraszając na nową ucztę. Niewiele to jednak dało, gdyż moskiewscy posłowie wciąż domagali się wcześniej wymienionych warunków, dzięki którym zachowano by pokój. Nie pomagały kolejne uczty i wreszcie sami Polacy zaczęli rozmyślać nad zwołaniem Sejmu i wystawieniem armii na nową wojnę z Moskwą, jednak najpierw wysłano do Moskwy własne poselstwo, które miało uzyskać zgodę cara na "amnestionowanie" owych "zbrodniarzy", którzy w swych książkach stosowali niewłaściwą tytulaturę. Na czas ich powrotu posłowie moskiewscy mieli pozostać w Warszawie i więcej nie wracać do tego tematu. Jednocześnie król Jan Kazimierz wysłał posłów na Krym, do Bakczysaraju, z propozycją dla chana wspólnej wojny z Moskwą, a propozycja ta została tam bardzo radośnie przyjęta.




CDN.

19 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. IV

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. IV




 Gdy pod Zbarażem toczyła się mordercza walka o przetrwanie Rzeczypospolitej, król Jan II Kazimierz - po uzyskaniu papieskiej dyspensy, 30 maja 1649 r. - zawarł związek małżeński ze swoją bratową (żoną zmarłego rok wcześniej Władysława IV) Ludwiką Marią Gonzagą, a następnie 24 czerwca (po przybyciu pospolitego ruszenia) opuścił Warszawę i wyruszył na pomoc zbaraskiej twierdzy. 3 lipca był w Lublinie, gdzie jeszcze powiększył swe siły. Tam też 13 lipca wydał trzecie już wici, wzywające nie tylko szlacheckie pospolite ruszenie, ale również mieszkańców województw: lubelskiego, ruskiego i bełskiego, by natychmiast się z nim połączyli. 17 lipca z 5000 żołnierzy król wyruszył w dalszą podróż. Potem były jeszcze postoje w Krasnymstawie i Sokalu (gdzie również do króla przyłączały się poszczególne grupy zbrojnych). 30 lipca właśnie w Sokalu odbyła się narada, na której większość senatorów zalecała królowi czekać na dalszy rozwój wypadków, gdyż obawiano się że jeśli pod Zbarażem stoi chan z całą swoją potęgą, to może być bardzo niebezpiecznie. Król jednak (za radą kanclerza koronnego Jerzego Ossolińskiego) postanowił iść dalej na ratunek oblężonemu Zbarażowi. 6 sierpnia król był już pod Toporowem, gdzie dnia następnego przybył (wysłany z obozu nocą 3 na 4 sierpnia) mocno wyczerpany długą drogą Mikołaj Skrzetuski, informując króla i zebranych senatorów o sytuacji w twierdzy. 7 sierpnia król wydał uniwersał w którym ogłaszał zdjęcie z urzędu atamana wojsk zaporoskich Bohdana Chmielnickiego i mianowanie w jego miejsce atamanem Semena Zabuskiego. Deklarował również że ci spośród Kozaków, którzy przyłączą się do Zabuskiego, zostaną objęci amnestią, całą zaś resztę czeka sroga kara za bunt przeciwko Rzeczpospolitej i popełniane zbrodnie. 8 sierpnia król był już pod Białym Kamieniem, gdzie dołączyły doń kolejne chorągwie. 12 sierpnia armia koronna stanęła pod Złoczowem (kilka kilometrów na zachód od Zbaraża), gdzie również dołączyły kolejne chorągwie powiatowe. Pod Złoczowem doszło też do pierwszego poważnego starcia z podjazdem tatarskim wysłanym przez Islam Gireja (wcześniej bowiem już pod Białym Kamieniem znoszono mniejsze grupki tatarskich zwiadowców). Bitwa zakończyła się... remisem, co prawda dysproporcja sił po stronie tatarskiej była znaczna (i przez to zginęło ponad 100 żołnierzy wraz z rotmistrzem Pełką - sławnym zagończykiem, który ze swoimi ludźmi przebił się przez pierwszą i drugą linię tatarską, ale tam już został otoczony i ze swymi ludźmi zginął w bohaterskiej walce) dopiero uderzenie sił księcia Koreckiego spowodowało załamanie się linii tatarskich i ich odwrót. Tatarzy zdołali jednak wziąć w niewolę rotmistrza Żółkiewskiego-Głucha, Polacy zaś również wzięli do niewoli jednego z wysoko postawionych tatarskich wodzów, który następnie zeznał że chan przybył tutaj z wielką potęgą i radził królowi podjęcie rozmów w celu zakończenia walki. Deklarował również że nienawidzi Kozaków i wolałby walczyć po stronie Jana Kazimierza ("U waszego boku bić bym się pragnął, a nie u boku sług waszych"). Nie dano wiary jego relacjom, choć były one prawdziwe.




13 sierpnia król był już pod Młynowcem nad Stypą, gdzie generał artylerii Krzysztof Arciszewski (o którym pisałem w poprzednich częściach) wzniósł nad rzeką dwa mosty i groblę w celu przeprawienia wojsk na drugą stronę. 14 sierpnia rozpoczęła się bardzo ciężka przeprawa, gdyż w wyniku padających od kilku dni ulewnych deszczów, lokalne pola zamieniły się w rozlewiska na których grzęzły wozy taborowe i zakopywały się w mule na wysokość kół. Król pierwszy przeprawił się na drugi brzeg do Zaborowa, gdzie udał się do pobliskiego kościoła na modlitwę. 15 sierpnia, gdy co prawda większość sił królewskich była już po drugiej stronie rzeki, na horyzoncie ukazały się znaczne siły kozacko-tatarskie. Ludność Zborowa (życzliwa Chmielnickiemu i Kozakom) zaczęła bić w dzwony, aby pokazać im położenie wojsk koronnych. Najpierw Kozacy uderzyli na próbujące jeszcze przeprawić się przez rzekę pospolite ruszenie z powiatów przemyskiego i lwowskiego, doszło tam do zaciętej walki. Siły wroga były nieporównywalnie liczniejsze (co najmniej pięciokrotnie). Następnie armia kozacko-tatarska uderzyła na główne siły królewskie stojące już pod Zborowem. Ci, którzy przeprawiali się jeszcze przez Stypę, ponieśli znaczne straty i tylko nielicznym spośród nich udało się dołączyć do głównych sił królewskich. Na głównym odcinku bitwy (z powodu dosyć powolnego ataku Tatarów) chorągwie polskie miały czas żeby sformować szyk bojowy i przystąpić do ataku. Głównie stały tam chorągwie lekkie i dwie chorągwie husarskie, a poza tym jeźdźcy niemieccy pod dowództwem Krzysztofa Houwaldta i niemiecka gwardia piesza Fromholda Wolfa. Na lewym skrzydle stała jazda złożona z kilkunastu chorągwi (w tym czterech husarskich) pod dowództwem Jerzego Lubomirskiego i młodego, bo zaledwie 20-letniego rotmistrza Jana Sobieskiego (późniejszego króla Jana III Sobieskiego który w 1683 r. ocalił Wiedeń od tureckiej inwazji. Pod Zborowem w tym właśnie czasie miał miejsce jego chrzest bojowy). Prawym skrzydłem dowodzili zaś kanclerz Ossoliński i wojewoda podolski Stanisław Potocki. Bitwa była niezwykle zażarta i trwała cały dzień, król zaś wykazał wielką odwagę, sam chwytając w dłonie rapier i nawołując cofających się do ponownego ataku (chciał nawet uczestniczyć w szarży, ale mu na to nie pozwolono). Gdy zapadł zmrok bitwa nie została rozstrzygnięta, choć na polu pozostało wielu zabitych i rannych obu stron (szczególnie dużo poległo Tatarów). Nocą gruchnęła plotka że król uciekł z obozu, co spowodowało że dwóch rotmistrzów również zdezerterowało, a jakiś Litwin namówił nawet kilkuset żołnierzy do ucieczki. Nocą - jeszcze przy blasku pochodni, a szczególnie rano 16 sierpnia król obchodził obóz, pokazując wszystkim że jest wśród żołnierzy. Jeszcze 15 sierpnia rano kanclerz Jerzy Ossoliński wysłał list do Islam Gireja z propozycją zawarcia pokoju i odstąpienia Tatarów od Chmielnickiego, ale nim przyszła odpowiedź Kozacy zaatakowali miasteczko Zborów (gdzie stacjonowała polska dragonia) i obóz królewski. Atak został odparty, a wieczorem przyszła odpowiedź chana, wraz z listem od Chmielnickiego. Chmielnicki pisał w nim że to pycha "panów" pchnęła go do buntu, ale nie pragnie wojować z Rzecząpospolitą, a tym bardziej z królem i gotów jest złożyć buławę i oddać ją Semenowi Zabuskiemu, jeśli tylko ten przybędzie do obozu wojska zaporoskiego. Chan zaś deklarował chęci do podjęcia rozmów pokojowych, stawiając jednak warunek że rozmówcą ze strony polskiej powinien być kanclerz Ossoliński. Islam Girej poczuł się też dotknięty tym, że Jan Kazimierz nie wysłał do Bakczysaraju swego posła z wiadomością o zmianie władzy w Polsce, uznał to za brak szacunku do niego samego i lekceważenie Chanatu. Król odpisał na oba listy. Chanowi zgodził się wysłać jako swego pełnomocnika kanclerza Ossolińskiego na rozmowy pokojowe, natomiast Chmielnickiemu polecił spisać wszelkie jego żale i pretensje i przekazać je przez posłów.

Rozmowy pokojowe trwały do nocy 15 sierpnia i również dnia następnego, a także 17 i 18 sierpnia. Tatarzy zażądali zabrania całego zdobytego jasyru i łupów z Polski, wypłacenia 200 000 zł dla chana, powiększenia rejestru kozackiego do 40 000 i zapewnienia im żołdu, corocznego płacenia daniny chanowi, uznania władzy kozackiej w trzech województwach ukraińskich (kijowskim, bracławskim i czernichowskim) i zrzeczenia się jurysdykcji Rzeczypospolitej nad Kozakami oraz ich powinowatymi. Chmielnicki dołączył również kolejny list dla króla w którym żądał dodatkowo zniesienia unii kościelnej w całej Rzeczypospolitej, podporządkowania prawosławnego metropolity kijowskiego patriarsze Konstantynopola, wybudowania cerkwi w Krakowie i Lublinie, pozbawienia zakonów katolickich prawa do nabywania kolejnych nadań ziemskich na Ukrainie, zniesienia biskupstwa katolickiego w Kijowie, oraz miejsc w Senacie dla metropolity kijowskiego i dwóch księży prawosławnych. Ogólnie były to warunki nieakceptowalne, aczkolwiek nie można ich było tak od razu odrzucić, jako że siły kozacko-tatarskie były ogromne i istniała obawa porażki w bitwie, a nawet dostania się do niewoli samego króla, co byłoby katastrofą dla Rzeczpospolitej. Ostatecznie zgodzono się przystać na żądania tatarskie, lecz odpowiedź dla Chmielnickiego wstrzymywano, ale ostatecznie musiano również zgodzić się i na te żądania (pod presją tatarską), chociaż udało się uzyskać niewiele znaczące kwestie, jak określić z góry miasta w których mogli stacjonować Kozacy i gdzie miano dokonać ich spisu. Rejestr miano sporządzić do końca 1649 r., Czehryń stawał się miastem "buławy wojska zaporoskiego" czyli siedzibą atamana (w tym przypadku Chmielnickiego), metropolita kijowski uzyskiwał miejsce w Senacie Rzeczypospolitej, a najwyższe urzędy w trzech województwach ukraińskich miały przypadać tylko szlachcie wyznania prawosławnego. Oczywiście tę umowę musiał jeszcze zatwierdzić Sejm, ale była to już tylko formalność. Tatarom przyznano 200 000 zł daniny (z czego 30 000 wypłacono od razu), a za resztę dano zakładnika w postaci starosty sokalskiego Zygmunta Denhoffa. Tatarzy twierdzili też że obrońcy Zbaraża obiecali im dodatkowe 200 000 zł, na co negocjatorzy królewscy nie mieli wiedzy. Król miał jednak stwierdzić że skoro obiecali, to niech wypłacą, a jeśli nie mają, to niech również dadzą zakładnika (wiadomo jednak że te pieniądze nie zostały Tatarom wydane, o czym pisałem w poprzedniej części). 19 sierpnia dokumenty te zostały oficjalnie podpisane i przekazane obu stronom, tego też dnia Chmielnicki złożył przysięgę na wierność Rzeczpospolitej. 20 sierpnia do obozu polskiego przybył wraz z synem (po wcześniejszym wydaniu zakładnika w osobie starosty krakowskiego Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) sam Bohdan Chmielnicki. Padł przed królem na kolana i prosił o wybaczenie. Następnie król wysłał dwóch swoich komisarzy do obozu Chmielnickiego pod Zbarażem, którzy mieli poinformować załogę o warunkach zawartego pokoju, sam zaś wyruszył do Lwowa, gdzie przybył nocą (28 na 29 sierpnia). Nowy burmistrz Lwowa doktor medycyny Janczewski, witał króla jak zwycięzcę. We Lwowie mnóstwo było też szlachty (do 10 000 ludzi) którzy nie zdążyli do obozu królewskiego pod Zborów. Wkrótce też przybyli obrońcy Zbaraża z księciem Jeremim Wiśniowieckim na czele (którego król miał osobiście pojednać z kanclerzem Ossolińskim, gdyż ci dwaj panowie niezbyt się lubili).




Zawarty pokój tak naprawdę nie satysfakcjonował żadnej ze stron (nawet Tatarów, którzy uzyskali najwięcej). Kozacy byli niezadowoleni że rejestr ciągle był wyznaczany przez króla i jego przedstawiciela, czyli hetmana wielkiego koronnego. Poza tym wolność spod jurysdykcji hetmańskiej przypadała tylko Kozakom rejestrowym, natomiast pozostała ludność trzech ukraińskich województw (głównie ludność chłopska) obawiała się powrotu panów do ich dawnych majątków, a ich samych do roli chłopów pańszczyźnianych, tak jak było do tej pory. Poza tym kwestie unii religijnej nie zostały tak naprawdę wdrożone w życie. Strona polska również nie mogła być zadowolona, gdyż pokój zborowski tak naprawdę przypieczętował oczywistą klęskę całej tej kampanii lat 1648-1649, w tym spustoszenie Wołynia, Podola i Bracławszczyzny oraz zezwolenia na uprowadzenie z tych ziem przez Tatarów tamtejszej ludności wziętej w jasyr. Poza tym traktat ten uzależniał Kozaków od chana (mieli oni bowiem przyjść Tatarom z pomocą w czasie toczonych przez nich wojen, np. z Moskwą), co też umniejszało suwerenne prawa Rzeczypospolitej nad kozaczyzną. Pocieszano się bowiem bohaterską obroną Zbaraża i "cudownym ocaleniem króla", ale to były tylko pewnego rodzaju drobiazgi na otarcie łez. Poza tym gdy Tatarzy rabowali Ukrainę, biorąc w niewolę tamtejszą ludność, Chmielnicki dał im do towarzystwa (a raczej aby śledzić ich kroki) dwóch swoich pułkowników. Ruska ludność która szła teraz w jasyr, widziała że Kozacy również brali udział w tatarskiej brance, co bardzo źle odbiło się na pozycji Chmielnickiego (twierdzono potem że zapłakane dziewczęta i młodzi mężczyźni którzy szli w niewolę na Krym, przeklinali Chmiela, przyśpiewując piosenkę że raz uniknął postrzału, ale drugi raz kula trafi go w samo serce). Poza tym ludność chłopska Ukrainy bardzo obawiała się powrotu "panów Polaków" na ich dawne majętności. Kozacy też jeszcze do końca września siedzieli w Barze i w zachodniej części Wołynia, gdyż nadal jeszcze na Ukrainie nie zostały opublikowane warunki ugody zborowieckiej. Wszyscy jednak obawiali się tego, co nastąpi. Tatarzy również nie byli zadowoleni z warunków pokojowych, jako że przede wszystkim chcieli zmusić Rzeczpospolitą, aby ta wspierała ich w wojnach toczonych z Moskwą, na co Polacy się nie zgodzili. Poza tym uważali że i tak za mało wycisnęli w czasie tej kampanii. Ogólnie można stwierdzić że okręt Rzeczpospolitej, choć mocno podziurawiony, zdołał wypłynąć na bezpieczne wody i uniknąć zatopienia, ale załoga była w fatalnym stanie, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Co dalej miało czekać Rzeczpospolitą, co dalej z Ukrainą, z Kozakami i z Chmielnickim?


"O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI, A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH" 
"TO SIĘ NAZYWAŁO WOLNA EREKCJA ELEKCJA" 🥴,



Dalej król na 22 listopada 1649 r. zwołał Sejm, który miał zatwierdzić warunki pokojowe zawarte w Zborowie. Wcześniej jeszcze, bo z końcem września we Lwowie Andrzej Firlej i Stanisław Lanckoroński obliczyli dług Rzeczypospolitej powstały po tej wojnie i wyszła z tego ogromna suma 2 264 171,22 złotych, a nie doliczono do tego kwot żołnierzy czekających na zaległe wynagrodzenie (głównie ludzi Wiśniowieckiego) w kwocie 33 413 zł i zaległości w kwocie nie składanych Chanatowi "podarków" (60 000 zł). Natomiast przychody roczne z wszystkich ziem koronnych (bez Wielkiego Księstwa) wynosiły ok. 750 000 zł., czyli sytuacja finansowa kraju nie była dobra. Król w uniwersałach pisanych na sejmiki które się wówczas odbywały, zarzucał szlachcie skąpstwo i niechęć do ratowania Ojczyzny. Twierdził wręcz, że to właśnie przez brak wystarczających środków nie można było wystawić armii, która mogłaby rozgromić Chmielnickiego i Tatarów. Tymczasem na Ukrainie, u Chmielnickiego ciężko było mu zapanować nad wałęsającym się chłopstwem, które obawiając się powrotu panów, błąkało się po całym obszarze Ukrainy, częstokroć przekraczając też granicę z Moskwą i paląc tam najróżniejsze wioski oraz dokonując rabunków. Lepiej było z wojskiem zaporoskim - które zdając sobie sprawę że zbliża się termin spisania rejestru, starało się trzymać dyscyplinę i wykazać się wśród starszyzny odwagą i determinacją (każdy z nich bowiem chciał się znaleźć w rejestrze, bo to gwarantowało wolność od kar hetmańskich i tak naprawdę uszlachcenie). Ale ogólnie Chmielnicki też miał swoje słabsze momenty, tak jak wtedy gdy przybyło doń poselstwo z Moskwy (które między innymi skarżyło się na rozboje popełniane przez ukraińskich chłopów). Witając posłów Chmielnicki kazał im przekazać że wielką estymą i przyjaźnią darzy cara Aleksego, ale już podczas ich pobytu - gdy popił sobie znacznie - zaczął im wypominać brak wsparcia w wojnie z Rzeczpospolitą, a gdy ci wrócili do tematu chłopów, stwierdził iż: "Ja złamię wszystkie miasta moskiewskie i Moskwę samą! (...) Już lepszych od was posłów, bo królewskich, karałem śmiercią!" Ogólnie Chmielnicki pijał coraz więcej (praktycznie każdej nocy był mocno podchmielony), a rankiem długo trzeźwiał. Jednocześnie w listach do księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego twierdził, że zawarty w Zborowie pokój Polacy wkrótce zerwą, gdyż: "Wiemy, że to było oszukaństwo, a nie pokój". Tymczasem szlachta chciała już wrócić do swoich majątków na Ukrainie, pisząc (ręką Kisiela) list do Chmielnickiego, w którym padło takie zdanie: "Kto chce być kozakiem, żeby był; a my żebyśmy w domu mieszkali z tymi, którzy w poddaństwie zostać chcą". Problem polegał na tym, że praktycznie nikt nie chciał wracać do sytuacji sprzed wybuchu powstania, mało tego, gdy próbowano zorganizować sejmik województwa kijowskiego, nie było miejsca nigdzie aby to uczynić, musiano zatem zrobić to pod gołym niebem, a wokół szwędało się mnóstwo chłopstwa które złorzeczyło szlachcie. W takiej sytuacji było oczywiste że ugoda zborowska jest tylko tymczasowym zawieszeniem broni i wkrótce ponownie dojdzie do nowej wojny. Dlatego też obie strony zaczęły się do niej coraz intensywniej przygotowywać, chociaż na razie wszystko wyglądało jakoby zawarty pokój miał przetrwać.


CZERWONE PLAMY NA MAPIE POKAZUJĄ OGROMNE PRYWATNE LATYFUNDIA W RĘKACH WYBRANYCH RODÓW MAGNACKICH W RZECZYPOSPOLITEJ 
(POZA TYM PRAKTYCZNIE CAŁY KRAJ BYŁ ZASIANY PRYWATNYMI MAJĄTKAMI SZLACHECKIMI, KAŻDE WOJEWÓDZTWO I KAŻDA ZIEMIA MIAŁA SWOJE MNIEJSZE LUB WIĘKSZE HERBY, CZYLI RODY, KTÓRE W DANYM POWIECIE LUB NA DANEJ ZIEMI ŻYŁY OD POKOLEŃ) 



Wielkie majątki (czyli takie współczesne latyfundia rolnicze powiązane z ukraińskimi oligarchami ale kontrolowane przez zachodnie konsorcja, jak to dzisiaj ma miejsce na Ukrainie) na ukraińskich ziemiach rozdawane były pierwotnie przez króla za zasługi polskim panom, wywodzącym się z rycerstwa. Oczywiście ziemie te otrzymywali oni wraz z mieszkającymi nań i uprawiającymi ją chłopami. Z biegiem dekad majątki te rosły, zamieniały się w ogromne latyfundia i to do tego stopnia wielkie, że dany właściciel nie był w stanie wiedzieć o wszystkim, co się działo na jego włościach. Od tego miał starostów i swoje sługi, a ci, jak wiadomo - aby przypodobać się panu i wykazać odpowiednimi zbiorami (czyli jak byśmy to dzisiaj powiedzieli - wynikami w pracy) zmuszali chłopów do jeszcze cięższej pracy i działo się to wielokrotnie za zgodą, a wręcz aprobatą szlachty i magnaterii. To tak ogólnie dziś pogardzane średniowiecze (oczywiście średniowiecze było okresem bardzo długim, bowiem liczyło ponad 1000 lat i miało swoje podokresy, nie stanowiło więc jednej epoki historycznej. Były tam więc okresy realnego upadku - szczególnie po rozpadzie Imperium Rzymskiego - ale począwszy już od wieku XI a szczególnie XII sytuacja zaczęła się zmieniać i średniowiecze stało się realnie - aż do wieku XIX - bodajże najbardziej rozwiniętym i chlubnym okresem w dziejach ludzkości, łącznie z czasami starożytnymi {no, może wyłączając okres rzymski od późnej Republiki i pierwszych dwóch wiekach Cesarstwa} było okresem największej swobody wśród chłopów. Wtedy to oni mieli najwięcej praw i najwięcej swobód, ale z biegiem lat wszystko zaczęło się zmieniać. W Królestwie Polskim pod tym względem symboliczny był rok 1496, kiedy na Sejmie piotrkowskim, w zamian za zgodę szlachty na wyprawę przeciwko Mołdawii, król Jan Olbracht (Albrecht) zgodził się ograniczyć wychodźstwo chłopów ze wsi, zaś mieszczanom zabroniono nadawać dobra ziemskie, a wyższe godności kościelne miały być odtąd obsadzane wyłącznie przez szlachtę. Był to rok symboliczny, od tego bowiem czasu było już tylko gorzej - szczególnie dla chłopów (oczywiście nie ma też co przesadzać w drugą stronę, gdyż w porównaniu z tym, jak traktowano chłopów chociażby we Francji czy Anglii, a także w państwach niemieckich, to w Polsce ich pozycja naprawdę nie była zła. Jeśli pan był dobry, to chłop mógł żyć bardzo dostatnio, a zdarzały się - i to wcale nierzadko - sytuacje, kiedy chłopi dochodzili do wielkich fortun i byli bogatsi od niejednego szlachcica który przyjeżdżał na sejmy).




Jeszcze za Jagiellonów chłop musiał pracować na polu pana (aby odrobić pańszczyznę) jeden dzień w tygodniu i było to zgodne z ogólnie przyjętym od średniowiecza zwyczajem, na mocy którego ludność dzielono na rycerzy-obrońców kraju i kmieci-żywicieli. Chłop, aby móc spokojnie i bezpiecznie uprawiać swoją ziemię, musiał być chroniony przed wrogiem przez rycerstwo, a w zamian oddawał jeden dzień swojej pracy dla tych, którzy chronili jego i jego rodzinę. Z czasem jednak wszystko zaczęło ulegać zmianie (oczywiście na gorsze - jak bowiem mówi prawo Murphy'ego: "Jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie"), gdy dawni rycerze przestali wyprawiać się na wojny i praktykować sztukę żołnierską, a zaczęli prowadzić osiadły tryb życia na swoich posiadłościach wcześniej ofiarowanych im przez króla, w tym momencie dawny podział realnie utracił znaczenie, a byli rycerze stawali się feudalnymi kapitalistami, pragnącymi maksymalizować swoje dobra i zyski kosztem pracy tych, których kiedyś mieli chronić. Zwiększano więc ilość dni w tygodniu, które chłop musiał przeznaczyć na pracę na polu pana (jednocześnie zaniedbując swoje własne pole), ale i tego było za mało. Były bowiem i takie sytuacje, że dawni rycerze, a obecnie szlachcice i magnaci wymagali od chłopów pracy nawet w niedziele i święta. Mało tego, wymagano pracy nie tylko od samego chłopa, ale również od jego żony a nawet dzieci. Ten zaś nie miał gdzie się poskarżyć, ponieważ szlachta wywalczyła sobie możliwość sądzenia chłopów na swych włościach i jedynie w dobrach królewskich chłopi byli realnie wolni od widzimisię szlachty. Taki właśnie stosunek do chłopów, a także częstokroć niewiedza panów o tym co dzieje się na ogromnych terenach należących do nich latyfundiów, głupota i okrucieństwo podległych im starostów (często ludzi prostych) zrobiła swoje, szczególnie na Ukrainie, gdzie dochodziła jeszcze kwestia religijna. Tak się bowiem tam stało że włościanin wyznawał religię grecką (prawosławie), natomiast pan najczęściej (choć też nie zawsze) był katolikiem. Różnice religijne nakładały się często na różnice narodowościowe i tak prawosławnym był Rusin-chłop, katolikiem zaś Polak-pan (zwany "Lachem", od słowa Lechita). Tak więc Lach w oczach prawosławnego chłopstwa ruskiego (a szczególnie jego pomagierzy na starostwach) stawał się ciemiężycielem nie tylko wymuszającym ciężką pracę fizyczną, ale również gnębicielem wiary greckiej (z której niejednokrotnie szydzono). W takich warunkach (nie mogąc znaleźć w inny sposób sprawiedliwości), chłopi uciekali z majątków na południe, na Zaporoże i na Sicz, gdzie dołączali do braci kozackiej i żyli tam jak wolni ludzie. Gdy zaś w grudniu 1637 r. stłumiono powstanie Pawluka na Ukrainie, Sejm znacznie obniżył rejestr kozacki (czyli wpis na którym znajdowali się wolni Kozacy, wolna brać kozacka), to spowodowało ogromne niezadowolenie ludzi, którzy wcześniej uciekli przed samowolą feudalnych kapitalistów, a teraz ponownie mieli wrócić do roli pańszczyźnianych chłopów. I determinacja Chmielnickiego (który rozpalił żagiew buntu w roku 1648) spowodowała, że jego armia zasilona została przez ogromną rzeszę ukraińskiego chłopstwa i zwykłych, nie majętnych, prostych Kozaków - zwanych czernią. Teraz ci chłopi bardzo obawiali się powrotu polskich panów na ich dawne (zrabowane i zniszczone) posiadłości.




CDN.

14 lipca 2026

ANTYPOLONIZM...

... "NASZYCH" ELIT




 Tego tematu nie planowałem, dlatego też nie będzie on długi, ale uznałem że muszę go napisać i wyrzucić z siebie to, co czuję, bo inaczej dosłownie się zaduszę. Oczywiście chciałbym tutaj napomknąć o wydarzeniu, które miało miejsce w miniony weekend w Bielsku-Białej w jednym z tamtejszych autobusów, gdzie dwie (lub też trzy - gdyż zdania są podzielone) młode ukraińskie dziewczynki nagrały filmik, na którym obraża je jakiś niezidentyfikowany wówczas mężczyzna - Polak. 




Na tym filmie tak naprawdę nic nie widać, oprócz tego że jakiś mężczyzna jest mocno zirytowany postępowaniem ukraińskich dziewczyn. Co doprowadziło go do tej frustracji? nie wiadomo. Nie mamy bowiem początku całego nagrania (jest ono albo ucięte, albo też nagrano tę część którą chciano nagrać) i nie wiemy co takiego się tam dokładnie wydarzyło, że ten mężczyzna tak bardzo się zdenerwował na owe ukraińskie dziewczyny. Ale jedno, co od razu mi się rzuciło w oczy, i to od razu gdy po raz pierwszy obejrzałem ten filmik z tytułem: "Polak zaatakował ukraińskie dziewczynki", I co zapaliło pierwszą czerwoną lampkę w mojej głowie, to zupełny brak strachu wśród tych dziewczyn. W normalnej sytuacji będąc młodą dziewczyną i będąc zaczepiana przez jakiegoś dorosłego mężczyznę, raczej bym się bał tego mężczyzny i starałbym się szukać pomocy wśród innych pasażerów (bo nie wiadomo też co takiemu może strzelić do głowy). A tutaj nic, nie tylko nie zauważyłem najmniejszego strachu wśród tych dziewczyn, ale wręcz przeciwnie - widziałem uśmieszki, prowokowanie tego mężczyzny i tak jakby dążenie do eskalacji. To nie wygląda na normalne zachowanie zaczepianych w autobusie młodych kobiet przez starszego mężczyznę. 

Ale okazało się że ten weekendowy filmik, wrzucony do sieci dopiero w poniedziałek rano (bo wiadomo że w weekend niewielu ludzi by go obejrzało, tym bardziej że była rocznica Ludobójstwa Polaków na Wołyniu), nagle stał się najważniejszym tematem w kraju. Okazało że polscy politycy, którzy na co dzień mają w dupie to, jak zachowują się Ukraińcy w Polsce, jakie mają tutaj przywileje, a nawet na co sobie pozwalają (o czym niżej), nagle jak jeden mąż ze świętym oburzeniem że jakiś Polak ośmielił się zwrócić uwagę ukraińskim dziewczynom - zaczęli powielać od góry do dołu ten sam wcześniej przygotowany przekaz (to nawet nie był przekaz taki, sam on był TEN SAM co do słowa). Nikt mi nie powie że ludzie, którzy na co dzień ledwie przekraczają 80 punktów ilorazu inteligencji, nagle zaczęli pisać wymyślne posty na X. I wszyscy oczywiście byli oburzeni jak jeden mąż. 

Nikt z nich jednak nie zadał sobie pytania, dlaczego filmik (który był nagrany w sobotę) czekał dwa dni na upublicznienie, nikt się nie zainteresował dlaczego owe dziewczynki nie boją się tego mężczyzny (bo nie widać po nich najmniejszych nawet oznak strachu, za to widać bezczelność, cwaniactwo i wyrachowanie), nikt też się nie oburzył na samo stwierdzenie że one zostały "zaatakowane", a jeśli tak, to za co, bo przecież nic nie dzieje się w próżni i zawsze jedno wyrasta z drugiego. Nikogo to jakoś dziwnym trafem nie interesowało wśród tzw: polskich politykierów, dziennikarzyn i całej maści tego tałatajstwa? Nikogo nie zainteresował fakt, że owe dziewczyny wcześniej trzymały nogi na siedzeniu i ów mężczyzna zwrócił im kulturalnie i grzecznie uwagę aby je zdjęły, bo nie są u siebie na Ukrainie, a w Polsce są inne wymogi kulturowe i takich rzeczy się nie robi. Oczywiście nie wiemy co dokładnie się wówczas stało ale istnieją przecieki (nie wiadomo czy prawdziwe, czy nie) że owe dziewczyny zaczęły mu wówczas ubliżać, a nawet został przez jedną z nich opluty. Mówcie co chcecie, ale według mnie tak nie zachowuje się młoda, przestraszona dziewczyna którą nagabuje obcy mężczyzna. Te gówniary ewidentnie go prowokowały i nagrały filmik od momentu od którego było im to wygodne Aby następnie umieścić go w sieci. 

Oczywiście za całą akcją (w tej czy innej formie, a na pewno w formie nagłośnienia tego na całą Polskę) stała Natalia Panczenko - osoba wybitnie odrażająca, która powinna mieć zakaz przebywania na terytorium Rzeczypospolitej i przyjść natychmiastową procedurę ekstradycji na Ukrainę, po uprzednim oczywiście odebraniu jej obywatelstwa polskiego (które niechybnie przyznał tej osobie niejaki Andrzej Duda pełniący funkcję prezydenta Rzeczypospolitej), i to chociażby za fakt iż stwierdziła że jeżeli Ukraińcy nie utrzymają dotychczasowych przywilejów - które posiadali po lutym 2022 r w Polsce - to zaczną się podpalenia i... oczywiście się zaczęły, co jakiś czas płonie jakaś fabryka, jakiś zakład pracy. I oczywiście za każdym razem sprawcami podpaleń są Ukraińcy, ale oczywiście wiem, wiem, wiem że oni to robią, bo im każe Putin (😂). Jakżeby inaczej prawda, Putin karze Ukraińcy wykonują.




 Od rana przeglądałem sobie internet, X-a i inne media społecznościowe i przyznam się szczerze, że o ile od czasu do czasu lubię wchodzić na te wszystkie około silno-razemowe strony (aby zobaczyć jaki tam jest na daną chwilę poziom stężenia debilizmu, bo inaczej tego nazwać nie można, tym bardziej że zauważyłem że ci ludzie w ogóle nie weryfikują źródeł. Jeżeli dostaną jakikolwiek przekaz ze swoich mediów, to jest to dla nich prawda objawiona, a przecież oni mają się za tych inteligentnych, wykształconych z wielkich ośrodków, a tak naprawdę są bandą przygłupów prowadzonych za postronek tam, gdzie chcą ich panowie - żałosne, doprawdy żałosne), to tym razem nie dałem rady, stężenie bowiem antypolonizmu było tam tak duże, że nawet moje możliwości przerobowe nie dały temu rady. Tym bardziej że przy takich właśnie akcjach widać dokładnie kto jest kim, widać ilu mamy w Polsce potencjalnych członków 5 kolumny, antypolskiej 5 kolumny. Ci ludzie bowiem wręcz zapluwają się ze swej nienawiści do polskości, a przecież są to ludzie, którzy mają polski paszport, którzy posługują się polską mową (a język polski jest tą siłą, która według mnie pozwala nam co kilka pokoleń odradzać nasze elity. Wielokrotnie bowiem w naszej historii było tak, że te elity były mordowane i to nie tylko podczas ostatniej wojny światowej, bywało tak w różnych okresach historycznych i w ciągu jednego, góra dwóch pokoleń mieliśmy z powrotem odrodzoną elitę. Wystarczy to sobie porównać do ostatnich dekad wieku XVIII, gdzie kompradorska, całkowicie zaprzedana i podporządkowana obcym dworom elita szlachecka doprowadziła kraj do upadku, ale już ich potomkowie a z całą pewnością ich wnukowie -  przelewali krew w powstaniach aby odzyskać Najjaśniejszą Niepodległą. Siła ta - według mnie - tkwi w języku, którym wielokrotnie zarówno zaborca jak i okupant zabraniał nam mówić we własnym domu, aby nie dopuścić do ponownego odrodzenia polskości. To się nigdy nie udawało). Tak więc ci ludzie wychowali się na polskim chlebie, wyrośli tutaj, posługują się naszą mową (choć nie znają jej siły i ją lekceważą), mają nasze obywatelstwo a nawet deklarują się jako Polacy, a jednocześnie najbardziej na świecie nienawidzą wszystkiego co jest związane z Polską, Polskością a przede wszystkim z Polakami. Ludzie którzy (z przyczyn ideologicznych lub genetycznych) szczerze nienawidzą Polski a przede wszystkim nienawidzą Polskości, tacy ludzie według badań przeprowadzonych przez prof. Andrzeja Nowaka to jakieś 15% społeczeństwa. Jeśli dodamy do tego kolejne 20% tych, którym coś się nie udało, którym coś nie wyszło i którzy nieustannie psioczą na Polskę, to już mamy dość duży procent ludzi gotowych wziąć udział we wszelkich antypolskich akcjach, a dodajmy do tego jeszcze jakieś 15% tych, którym wszystko wisi, to wychodzi nam że połowa obywateli naszego kraju jest podatna na antypolski przekaz.

Dlatego jedyne o co chciałbym tutaj zaapelować, to przede wszystkim nie dajmy się sprowokować, nie dajmy sobie wmówić że Polskość jest czymś podejrzanym, że należy się tego pozbyć odrzucić w imię jakichś ogólnych wartości europejskich czy światowych, że Polacy - którzy zapisali nieprawdopodobną wręcz kartę w czasie II Wojny Światowej (i to zarówno wśród bohaterów jak i wśród ofiar), że to my mamy za coś się kajać, w ogóle jesteśmy komukolwiek cokolwiek winni. Kraj który pierwszy rzucił wyzwanie Hitlerowi i Stalinowi, Naród który walczył w obronie Francji (notabene dziś jest 237 rocznica zdobycia Bastylii) i Wielkiej Brytanii (przecież to dopiero polscy lotnicy pokazali brytyjczykom jak należy bić się o własny kraj i jak należy strącać niemieckie maszyny), Naród który rozszyfrował Enigmę (dzięki czemu skrócono wojnę o co najmniej dwa do trzech lat), Naród który bił się na wszystkich kontynentach II wojny światowej poza Pacyfikiem, byliśmy w Północnej Afryce, w Syrii, w Iranie, w Palestynie (państwo Izrael powstało przecież głównie dzięki temu, że gen. Anders zwolnił ze swoich szeregów wyprowadzonych wcześniej z niewoli sowieckiej z domu niewoli polskich Żydów, a język polski był pierwszym językiem powstałego w 1948 r. państwa Izrael - to jednak był inny Izrael niż dziś), walczyliśmy na morzach - dostarczając i ochraniając konwoje do Związku Sowieckiego, aby ten mógł dalej prowadzić wojnę z hitlerowskimi Niemcami, walczyliśmy na plażach Normandii, we Włoszech (Monte Cassino Ankona), w Norwegii - praktycznie wszędzie, gdzie tylko swą stopę postawił niemiecki żołnierz. 




A przy tym wszystkim byliśmy jedną z największych ofiar II Wojny Światowej (Polska w liczbach bezwzględnych, pod względem ludnościowym jak również gospodarczym została najbardziej dotknięta zniszczeniami II Wojny Światowej ze wszystkich państw biorących udział w tym konflikcie). Mordowali nas nie tylko Niemcy i Sowieci (Rosjanie) i Ukraińcy, ale również Litwini, Żydzi ile (ile było denuncjacji żydowskich do sowieckich władz pod okupacją Związku Sowieckiego w latach 1939-41, ale również i pod okupacją niemiecką o czym wie niewielu. Żydzi wręcz masowo wydawali swoich polskich sąsiadów w ręce sowieckich katów). I ten właśnie Naród bohaterów i ofiar ma teraz za coś przepraszać? Bo naszym przeciwnikom (a często jawnym wrogom) nie podoba się, że jako jedyny naród w czasie II Wojny Światowej realnie się nie skurwiliśmy (co było częste wśród różnych narodów, mniej lub bardziej upapranych łajnem tamtego czasu, np. Francuzi sami z siebie - powtarzam bez niemieckiej inspiracji - skatalogowali swoich żydowskich obywateli i wysłali ich do Niemiec do obozów zagłady, żeby tam zginęli. Ja wiem że to może wielu boleć, ale to już nie jest mój problem ani problem moich rodaków. Myśmy zapisali czystą kartę w tamtej wojnie i to jest nasz wielki kapitał, ogromny kapitał na przyszłość, gdyż Polacy - niestety wychodząc z dosyć głupkowatego, ale jakże szlachetnego przekonania - często walczyli w obronie innych a dopiero potem myśleli o własnej Ojczyźnie (chociażby o we hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Jedyny człowiek z Zachodu który realnie, powtarzam realnie dał nam coś pozytywnego, to był cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte, cała reszta miała nas i ma nas głęboko w dupie. 

Dlatego też trzeba usunąć kompradorską elitkę, całkowicie zaprzedaną "obcym dworom" i dokonać jej podmiany na tą elitę która już się wykrystalizowała. Ona już jest wśród ludzi chodzących na Marsze Niepodległości, Marsze Powstania Warszawskiego, wśród patriotów, młodych odważnych ludzi w których sercach Polska jest zawsze na pierwszym miejscu (ale bez szowinizmu narodowego którego u nas nigdy nie było, o czym świadczy chociażby to wyżej przywołane hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Ci ludzie już czekają w blokach startowych, to już jest nowa elita nowej Polski, pytanie tylko jak dojdzie do tej wymiany, w sposób dobrowolny i pokojowy czy może... w jakiś inny.





PS: Jak już kilkukrotnie wspominałem, ja sam posiadam niemieckie korzenie od strony ojca, ale moim mottem - które przyjąłem sobie kilka lat temu - jest owe jasne i czytelne stwierdzenie, które kształtuje mój charakter, moje poglądy i moją umysłowość, a brzmi ono: 


"POLSKI ORZEŁ SREBRNOPIÓRY 
W MOJĄ DUSZĘ WBIŁ PAZURY"




A na zakończenie jeszcze kilka słów mojego ulubionego pisarza Mariana Hemara (notabene żydowskiego pochodzenia): "Nikt z nas z Ojczyzną umów nie zawierał. Z nikim ją pacta nie wiążą conventa (...) Jednakże wiano, łaska Jej jednaka, złożyła w każdej kołysce dziecięcej muśnięciem świętych warg: miano Polaka (...) Kto raz ochrzczony niewidzialnym znakiem, błogosławiony potem, czy przeklęty, będzie Polakiem (...) Już nim zostanie, choćby sam się burzył, choćby nie chciał sam. Choćby stchórzył", oraz: "Nie pamiętam od kiedy (...) Od mojego pojedynku z Bohunem? Czy byłem zaczęty, od mojej śmierci w ciele Longina Podbipięty? Mogłem urodzić się w Pińsku, w Radomiu czy w Leżajsku, mógłbym dziś Horacjusza przekładać po hebrajsku. Mógłbym być w Izraelu satyrycznym gwiazdorem - w tym sęk, że bym nie mógł, bo jestem Polakiem amatorem. Z miłości od pierwszego wejrzenia a nie z przymusu tym bardziej muszę strzec mego amatorskiego statusu"




A także innego Wielkiego polaka o żydowskich korzeniach - Juliana Tuwima: "Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba (...) bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, chowałem, nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej rajskie rozkosze zapewniano (...) pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła i wessała polska ziemia, nie żadna inna. Polak - bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono, bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek (...) Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Beethoven. Drożsi z powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić".





ORZEŁ BIAŁY
SYMBOL POTĘGI I CHWAŁY


NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...