Dziś świętujemy dzień zwycięstwa, gdy 106 lat temu Polska - która niedawno, niczym Feniks z popiołów odrodziła się na gruzach trzech imperiów zaborczych które upadły po I Wojnie Światowej - musiała stawić czoła potwornemu niebezpieczeństwu, jakiego do tej pory nikt w Europie nie doświadczył. W Rosji władzę zdobyli bolszewicy którzy zapragnęli przenieść "płomień rewolucji" do Niemiec, Francji i całej Europy. W czerwcu i lipcu 1920 r. gdy ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód, Zachód realnie był bezbronny. Armia Niemiecka została w większości już zdemobilizowana, a jej ponowne zmobilizowanie i szybkie uzbrojenie nie było możliwe w krótkim czasie; Armia Francuska choć zwycięska, realnie nie była zdolna do podjęcia nowej wojny (ogromna liczba zabitych i rannych w okopach I Wojny Światowej, a przede wszystkim kalek - które wracały do swych rodzin nie tylko z ranami fizycznymi, lecz co gorsze z psychicznymi i ci ludzie musieli latami dochodzić do siebie. Do dziś jeszcze można zobaczyć stare filmy, pokazujące francuskich weteranów I Wojny, którzy nie są w stanie opanować drgawek swego ciała i nawet jak siedzą na krześle to całe ich ciało nadal funkcjonuje w taki sposób, jakby nieustannie przeżywali padaczkę). Francuskie straty były tak ogromne, że w wielu przypadkach do francuskich wiosek nie wrócił żaden mężczyzna który wcześniej został tam zmobilizowany, pozostały tam tylko kobiety, starcy i ewentualnie małe dzieci (z tego punktu widzenia nie dziwi strach Francuzów przed kolejną wojną i ich niechęć do angażowania się w wojnę z Niemcami w 1939 jak i w 1940), każdy więc chłopiec urodzony we Francji w latach 1920-1940 był na wagę złota.
UGRUPOWANIE PIERWSZEJ ARMII
NA PRZEDMOŚCIU WARSZAWSKIM
(13 SIERPNIA 1920)
Armii USA wówczas już w Europie nie było (i jakakolwiek pomoc z tej strony też raczej nie nadeszłaby szybko - jeśli w ogóle), a Armia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii była za słaba, aby mogła cokolwiek w tej kwestii przedsięwziąć, tym bardziej że w kolejnych latach nastąpił proces demilitaryzacji w Wielkiej Brytanii i to w takim tempie, że w połowie lat 30-tych realnie Wielka Brytania nie tylko była pozbawiona armii, lotnictwa ale i marynarki wojennej (okręty były starego typu, często przez lata nie naprawiane i nie modernizowane). Któż miałby więc ocalić Europę przed sowiecką inwazją w przypadku klęski odrodzonej Polski? Tym bardziej że w samych Niemczech były dosyć silne (choć początkowo spacyfikowane przez rząd, ale szybko mogły ponownie się odrodzić) nastroje komunistyczne i jestem przekonany (bo do tego też dążył Lenin) że Niemcy zgodziliby się stworzyć swoją własną niemiecką "Armię Czerwoną" u boku armii bolszewików z którą wspólnie podbito by Zachód (może bez Wielkiej Brytanii, przynajmniej w początkowych latach inwazji). Nie było więc w Europie siły zdolnej realnie powstrzymać bolszewików, a przynajmniej nie byłoby takiej siły, gdyby nie odradzające się od listopada 1918 r. Wojsko Polskie - którego głównym ojcem i patronem był Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Nie zamierzam teraz opisywać procesu tworzenia ani walk toczonych z bolszewikami w latach 1919-1920, ponieważ czyniłem to już wielokrotnie i nie ma sensu akurat teraz powtarzać się w tym temacie po raz enty. Powiem tylko i podsumuję że bez Polski los Europy byłby godny pożałowania, i to czego Europa doznała (w sposób bardzo wybiórczy, bo to też trzeba przyznać że okupacja niemiecka w czasie II Wojny Światowej na Zachodzie a okupacja niemiecka na Wschodzie to były dwa zupełnie inne światy i tego nawet nie można ze sobą porównywać, bo się po prostu nie da) w czasie niemieckiej okupacji, to było nic, w porównaniu z tym, czego doświadczyłaby pod sowiecko-rosyjsko-niemieckim komunistycznym butem.
BITWY POD RADZYMINEM I OSSOWEM
(14 - 15 SIERPNIA 1920)
Dziś jednak pamięć o wielkim zwycięstwie Wojska Polskiego i powstrzymaniu bolszewickiego najazdu na Zachód (bo celem Lenina było dotarcie do Niemiec właśnie po to, aby tam połączyć się z lokalnymi komunistami i wspólnie ruszyć na Zachód, by stworzyć "Europejską Republikę Rad". Lenin nigdy nie chciał budować komunizmu w Rosji, uważał to za zbrodnię wobec całej ideologii, a Rosja miała być tylko odskocznią do celu głównego, czyli przejęcia władzy najpierw nad Europą, a potem nad innymi kontynentami i wreszcie na całym światem), dziś ta pamięć praktycznie w Europie nie istnieje, ponieważ to wszystko o czym piszę nie wydarzyło się, a tamte społeczeństwa żyły tak, jak wcześniej, także wydawało im się że nic właściwie się nie stało. Że wojna polsko-bolszewicka, to jakaś lokalna wojna gdzieś na krańcach Europy (były i też takie głosy gdy twierdzono: "oni tam się zawsze o coś biją i nigdy nie wiadomo o co") bez znaczenia dla losów milionów Francuzów, Niemców, Brytyjczyków, Włochów, Hiszpanów etc. Brytyjczycy nawet byli skłonni poświęcić Polskę, pod warunkiem że bolszewicy zatrzymają się na granicy z Niemcami, bo dopiero wejście bolszewików do Niemiec byłoby dla Londynu cienką czerwoną linią, która w zasadzie niewiele by już znaczyła, bo możliwości oddziaływania były w tym momencie żadne (trzeba by było zmęczone wojną społeczeństwo znowu przekonywać, że ponownie muszą udać się na Kontynent, by walczyć z jeszcze większym poświęceniem niż dotychczas w obronie Niemiec i Francji - co raczej w Wielkiej Brytanii nie spotkałoby się z pozytywnym przyjęciem). Ale takie było myślenie, w Londynie już zakładano że można będzie z bolszewikami się dogadać, zawrzeć jakiś sojusz, jakiś pakt, że nie będzie tak źle, że się zatrzymają. 🤭 Problem polegał na tym, że bolszewicy to nie byli ludzie z którymi można było się dogadać, to byli z zideologizowani bandyci, którzy mieli swoją wizję świata i los dał im możliwość jej realizacji w tym właśnie czasie - dlaczego mieliby więc się zatrzymać? bo zawarli jakiś głupi pakt? 🤔🤣 Takimi papierkami to oni co najwyżej podcierali sobie tyłki i służyły one im tylko tak długo, o ile byli słabsi. Jeżeli zaś mieli możliwość zademonstrować swą siłę i przewagę, to nic by ich w tym nie powstrzymało - nic, poza siłą militarną.
UDERZENIE OKRĄŻAJĄCE ZNAD WIEPRZA I CAŁKOWITA KLĘSKA SOWIETÓW W BITWIE WARSZAWSKIEJ
(16 - 25 SIERPNIA 1920)
(Dokładnie taką samą taktykę zastosował "Ostatni Bóg Wojny" - Douglas MacArthur w czasie wojny w Korei, przeprowadzając desant pod Inczon - 15 września 1950 r. Czym ocalił Koreę Południową od komunistycznego zniewolenia przez Północ
Notabene MacArthur niezwykle cenił Marszałka Piłsudskiego, ale o tym już zapewne pisałem)
I taką właśnie siłę militarną stworzyli Polacy u świtu swej niepodległości. Armia, która w 1920 r. liczyła prawie milion żołnierzy ostatecznie była w stanie nie tylko zatrzymać postępy ośmiu sowieckich armii skierowanych na podbój Europy, ale i rozbić je na tyle, że nie były już zdolne podjąć kolejnej próby inwazji (nie byłyby zdolne tego uczynić nigdy, gdyby w Niemczech władzy nie zdobył Hitler, bo Hitler był wybawieniem dla Sowietów i Stalin mocno wspierał dojście Hitlera do władzy w Niemczech. Ci dwaj ludobójcy byli od siebie totalnie uzależnieni, Hitler bez wsparcia Stalina nie napadłby na Polskę, zaś Stalin bez Hitlera nie zdobyłby połowy Europy w 1944/1945 r. chociaż i tak uważał to za porażkę, bo Jego celem było zdobycie całej Europy. Swoją drogą gdy w czerwcu 1945 r. na Kremlu składano hołdy generalissimusowi Stalinowi, twierdząc że dzięki niemu potęga Związku Sowieckiego dotarła do Niemiec, Stalin przerwał im mówiąc: "Nie towarzysze. Naszą największą zdobyczą w tej wojnie nie są Niemcy, lecz Polska"). W dwóch wielkich bitwach stoczonych w ciągu miesiąca (w Bitwie nad Wisłą - która zatrzymała pochód Sowietów w marszu do Niemiec w sierpniu 1920 r., oraz w Bitwie nad Niemnem we wrześniu - która definitywnie rozbiła ostatnie sowieckie armie, ostatecznie niwecząc marzenia Lenina o podboju całego Kontynentu), inwazja została zatrzymana, Polska i Europa ocalona a wojna z bolszewikami wygrana. Któż jednak dziś w Europie o tym jeszcze pamięta? A przecież jeśli zapomnimy o historii, będziemy zmuszeni nieustannie ją powtarzać, bo będziemy popełniać te same błędy nie ucząc się na tym, co pozostawili i czego doświadczyli nasi przodkowie.
BITWA NAD NIEMNEM
LIKWIDACJA WSZYSTKICH OŚMIU SOWIECKICH ARMII I CAŁKOWITA KLĘSKA BOLSZEWIKÓW
(20 - 29 WRZEŚNIA 1920)
To tyle na dzisiaj jeśli chodzi o święto Wojska Polskiego, czyli Święto Zwycięstwa. Zapraszam jeszcze do obejrzenia parady, jaka odbyła się dziś w Warszawie z okazji 106 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Zwycięstwa w wojnie z bolszewikami.
A NA KONIEC GRAJĄ I ŚPIEWAJĄ POLSCY OFICEROWIE WOJNY 1920
WRAZ Z PÓŹNIEJSZYM MARSZAŁKIEM
(BUŁAWĘ OTRZYMAŁ ZA ZWYCIĘSTWO W WOJNIE Z BOLSZEWIKAMI)
JÓZEFEM PIŁSUDSKIM
(Notabene któż wie że w roku 1920 naczelnym wodzem Wojska Polskiego był Litwin - Józef Piłsudski, zaś dowódcą Armii Litewskiej Polak - Silvestras Žukauskas - czyli Sylwester Żukowski. To pokazuje jak kultury dawnej Rzeczypospolitej wzajemnie się przenikały)
"JA CAŁE ŻYCIE BĘDĘ PAMIĘTAĆ TĘ CHWILĘ, GDY PO RAZ PIERWSZY UJRZAŁAM POLSKICH ŻOŁNIERZY. BĘDĘ SIĘ ZA WAS MODLIĆ CO DZIEŃ"
"PROSZĘ SIĘ ZA NAS MODLIĆ, ALE PROSZĘ NIE PŁAKAĆ. MY NA TĘ WOJNĘ IDZIEMY JAK NA WESELE"
FRAGMENT FILMU: "ŚLUBY UŁAŃSKIE" z 1934 r.
Dziś mija 112 rocznica wymarszu Pierwszej Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów (czyli łąk na Oleandrach) w stronę Królestwa Kongresowego zwanego niegdyś "Polskim", ale w tamtym czasie zwanym z rosyjska Privislenije, i oczywiście nie mogłem tego faktu pominąć i go nie zauważyć. Kiedyś obiecałem sobie że wreszcie wezmę udział w corocznie organizowanym marszu wyjścia Pierwszej Kompanii Kadrowej z Oleandrów, ale zawsze coś mi wypada i coś jest ważniejszego, albo terminy się nie zgadzają i niestety jak do tej pory jeszcze w tym marszu nie uczestniczyłem, ale mam nadzieję że wszystko przede mną 🥴. Bo rzeczywiście, historia tych chłopaków, którzy wyszli pod wodzą Komendanta a raczej Brygadiera Józefa Piłsudskiego do Kongresówki, żeby bić się o wolną Polskę, jest niezwykła, piękna i wzniosła. I rzeczywiście, ci chłopcy szli na wojnę jak na bal, jak na wesele w pełni nadziei, radości że na ich oczach tworzy się niepodległa Ojczyzna i że oni będą tą siłą sprawczą, która pobudzi ten polski zryw narodowy ponownie do działania, zbudzi tego uśpionego w kongresówce Privislaka i wspólnie odbuduje się niepodległą Rzeczpospolitą, Najjaśniejszą Ojczyznę Naszą. Niestety ten entuzjazm Legunów bardzo szybko został sprowadzony do parteru, jako że ludność Kongresówki nie postrzegała wkraczających na polskie ziemie zaboru rosyjskiego żołnierzy legionowych jak swoich, a wręcz przeciwnie, powszechnie nazywano ich "obcymi" i często po wsiach (do których wkraczali Legioniści) rozchodziły się wołania: "Ludzie, uciekajta, legionisty idą!" Można sobie tylko wyobrazić jak bardzo rozdzierało to serca tych młodych chłopaków, którzy naprawdę wierzyli że wspólnie z ludnością Kongresówki odbudują Ojczyznę.
Początkowo humor dopisywał wśród Legunów, bowiem jak pisał w swych pamiętnikach Roman Starzyński (brat Stefana - ostatniego prezydenta Warszawy II Rzeczypospolitej w latach 1934-1939): "Słup z dwugłowym orłem. To granica! Każdy czuje się w obowiązku słup ów kopnąć, walnąć kolbą i... runął, by już nigdy więcej nie powstać. Polska jest teraz wszędzie tam, gdzie stąpnął nogą żołnierz polski. Braliśmy 12 sierpnia przed świtem w posiadanie tę ziemię umęczonego narodu w przekonaniu, że Polska niepodległa już jest i nigdy swej niepodległości stracić nie może". Szybko jednak pojawiło się rozczarowanie, oto bowiem, jak wspominał chociażby Michał Sokolnicki: "Z terenów, przez które przechodziliśmy, uciekali ludzie do swoich, do rosyjskiego wojska. Wielkie dwory są bezwzględnie wrogie; po wsiach panuje strach zabobonny i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata. (...) Pustka na ulicy, okna i drzwi domów zabite deskami; ani jednego człowieka, ani bydlęcia czy kury". Starzyński dodawał jeszcze: "W Warszawie panuje orientacja rosyjska - aż boleśnie. (...) Ludzie przybyli z Warszawy opowiadają, że panie obsypują kwiatami wojsko rosyjskie, ochotnicy idą do szeregów rosyjskich. (...) Są ludzie, którzy wierzą, że Rosja da nam po wojnie autonomię. Rosja zwycięska! Rosja, która miesiąc temu nie pozwalała radzić po polsku o zamiataniu ulic (...) nikt nie wita, nikt nie pozdrawia. Nikt nie wyniesie szklanki wody, nikt nie poda kromki chleba. To już nie Krakowskie, nie polska Galicja, to Rosja, zaludniona szczepem mówiącym po polsku, ale czującym po rosyjsku. (...) Traktowano nas jak okupantów. Portrety carskie starannie pochowano, abyśmy ich nie zniszczyli, starano się zachować język rosyjski w aktach, zachować 100% lojalności wobec rządu rosyjskiego".
Ten parszywy nastrój tamtych dni pięknie został ukazany w filmie "Piłsudski" z Borysem Szyciem w roli głównej z 2019 r., gdy Legioniści wchodzą do wioski, skąd albo przed nimi uciekają chłopi, albo zamykają się szczelnie w swych chałupach. Gdy jedne z takich drzwi zostają wyważone i oficer legionowy wchodzi do chaty, pyta się przerażonych domowników: "Czego się boicie? Po latach niewoli Polska idzie!", wtedy pada niesamowite pytanie, będące jednocześnie przykładem ówczesnej mentalności ludzi, którzy już pomału zamieniali się w takich "polskich Rosjan". Mianowicie ów chłop zapytuje: "Na długo?" 😕 Oficer nie wytrzymuje i wychodzi, rzucając na do widzenia: "A jebał was pies!". Tak wówczas było, a owe rozczarowanie Legunów przetrwało w ostatniej zwrotce "Pierwszej Brygady": "Nie chcemy już od was niczego, ni waszych kies, ni waszych łez. Skończył się czas kołatania, do waszych serc - jebał was pies!" (potem ten fragment został usunięty z tekstu).
EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY
(z lewej)
1914
Ale warto też powiedzieć jak to się stało, że w sierpniu 1914 r. z wielu polskich domów młodzi mężczyźni uciekali, zostawiając rodzinie takie i temu podobne zapiski: "Wojna! Zwiałem z domu, bo tak nakazywał mi honor mężczyzny". Dlaczego ci młodzi chłopcy - bo właśnie tak należy ich nazwać, gdyż spora część z nich nie miała skończonych nawet 18 lat - dlaczego podjęli się tej, jakże niebezpiecznej próby wstąpienia do formującej się na ziemiach tzw.: "Galicji" Pierwszej Kompanii Kadrowej, która potem przerodziła się w Legiony Polskie? Podjęli się tego kroku z chwilą wybuchu wojny (1 sierpnia 1914 r. kajzerowskie Niemcy wypowiedziały wojnę carskiej Rosji), zdając sobie jednocześnie sprawę że z wojny tej mogą nie powrócić żywi, a jednak "honor mężczyzny" nie pozwalał wielu z nich pozostać biernym na wielkie, dziejowe wydarzenia których byli świadkami. Polska nie istniała wówczas na mapach świata już od 119 lat i tak naprawdę wielu zdążyło się z tym faktem nie tylko pogodzić, ale i uznać za naturalny stan rzeczy. "Cały świat wie że naród polski utracił niepodległość z własnej winy, bo się nie umiał sam rządzić" - jak rzekł młody, rosyjski oficer w filmie "Szwadron" z 1992 r. (grany przez Radosława Pazurę), opowiadający o przygodach nieszczęśliwie zakochanego rosyjskiego arystokraty, który odtrącony przez ukochaną, zaciąga się do wojska i zostaje skierowany do ogarniętej Powstaniem Styczniowym (w latach 1863-1864) Polski. Na te słowa, wzięty do niewoli polski pułkownik, o nazwisku Markowski (grany przez Jana Machulskiego) odpowiada: "Rozmawiamy jak dżentelmeni, a to wyklucza kpiny. Gdyby rzeczywiście Bóg karał za takie rzeczy, nie poprzestałby na jednej Polsce. Niedawno Opatrzność obdarzyła wolnością Włochy. Czyżby Włosi nie grzeszyli przeciw patriotyzmowi? A Prusy? Na naszych oczach stają się mocarstwem. A Rosja? Tam nie ma bezprawia?", Rosjanin stwierdza: "Panie pułkowniku, za młody jestem aby mieć własne zdanie, ale wątpię jednak że kiedykolwiek zwyciężycie". "Tego możesz być pewien" - odpowiada pułkownik "nadejdą czasy kiedy was tu nie będzie a Polska będzie wolna". Trwało to pięćdziesiąt lat. Pięćdziesiąt lat kolejnej niewoli, rusyfikacji, germanizacji, nocy apuchtinowskiej, prześladowania dzieci Wrześni, wywózek na Sybir i całkowitym zakazie mówienia po polsku, nie tylko w urzędach lecz również na ulicy. I wtedy to, dla tego zniewolonego, zgnębionego narodu zapaliło się światełko nadziei - wybuchła I Wojna Światowa - wojna, która umożliwiła wywalczenie i odbudowę państwa polskiego.
Leguny Komendanta Józefa Piłsudskiego, wychodząc z Oleandrów owego dnia 6 sierpnia i kierując się w stronę Kongresówki - czyli zaboru rosyjskiego, były przecież zarówno naturalnymi jak i ideowymi (literackimi) dziedzicami Powstańców Styczniowych, Powstańców Listopadowych (1830-1831), Wielkopolskich (1846, 1848), Krakowskich (1846 r.), wiarusów co to pod Cesarzem Napoleonem Wielkim szli na Smoleńsk i Moskwę i wreszcie Powstańców Kościuszkowskich (1794 r.), żołnierzy wojny polsko-rosyjskiej 1792 r. i Konfederatów Barskich z lat 1768-1772. Każde pokolenie miało wówczas swoją wojnę (jedynym wyjątkiem było pokolenie urodzone w latach 50-tych i 60-tych XIX wieku, które jako jedyne nie walczyło za młodu, ale już ich synowie zrodzeni w latach 80-tych i 90-tych XIX wieku, przekroczyli granicę znienawidzonego kordonu i poszli "budzić Polskę do życia", "rwać kajdany z Jej rąk" by ponownie "blask Najjaśniejszej Ojczyzny zabłysnął nowym światłem". Ci młodzi chłopcy (i dziewczęta - bo przecież w Legionach również służyły kobiety chociaż głównie jako sanitariuszki, kurierki i wywiadowczynie, kilkanaście kobiet walczyło z bronią w ręku w męskim przebraniu. Zresztą udział kobiet zarówno w latach 1914-18 i wcześniej w czasach konspiracji zaborowej był tak duży, że gdy Polska odrodziła się w listopadzie roku 1918, to nawet nie było mowy na temat tego czy kobiety mogą mieć prawa wyborcze, czy nie, od razu przyznano im je na równi z mężczyznami), którzy w tych dniach sierpniowych 1914 r. uciekali z domu, bo tak im nakazywał "honor mężczyzny", w rzeczywistości czynili tak, bo w ich duszy pobrzmiewał odgłos Dzwonu Zygmunta, przepowiednie starego ukraińskiego wieszcza Wernyhory - Rzeczpospolitanina, męstwo Kmicica, odwaga Wołodyjowskiego, cięty humor Zagłoby i rozbrajająca łagodność litewskiego olbrzyma - Powsinogi Podbipięty, herbu Zerwipludry Zerwikaptur, z psich kiszek z mysich kiszek. Wszystko to składało się na wielką tradycję Rzeczypospolitej, kultywowaną przez pokolenia Rzeczpospolitan żyjące w niewoli, która przesiąknęła umysły tych młodych chłopaków z sierpnia 1914 r., a polski orzeł srebrnopióry w ich dusze wbił pazury (tak jak i w moją). Szli na tę wojnę jak na wesele, radując się że wreszcie wybuchła wojna, dzięki której szóste pokolenie Polaków-Rzeczpospolitan - zrodzone w niewoli - doczekało Jutrzenki Wolności. Wywalczyli sobie Polskę silną, Polskę która gotowa była objąć należną Jej pozycję wśród narodów Europy i Świata. To ci Legioniści z sierpnia 1914 r. (i wielu im podobnych, walczących w innych polskich formacjach na frontach Wielkiej Wojny) potem stanowili kadrę dowódczą Wojska Polskiego, które to wojsko najpierw w 1920 r. rozbiło osiem sowieckich armii idących na podbój Europy, a we wrześniu 1939 r. stanęło naprzeciw dwóch śmiertelnych totalitaryzmów, które gotowe były utopić świat w rzece krwi, byle tylko wprowadzić w życie swoje chore ideologie. Ci żołnierze potem ginęli w Katyniu, w niemieckich i sowieckich miejscach kaźni, tropieni i mordowani jak zwierzęta, jak bydło. I to za co? Bo chcieli żyć po swojemu, żyć jako wolni ludzie w swoim, odrodzonym kraju.
Dziś, po latach niemieckiej zbrodniczej okupacji, po sowieckich zbrodniach i komunistycznym zniewoleniu, trwającym ponad cztery dekady (notabene - komunizm wyrządził Polsce więcej szkód niż ponad stuletnie zabory, gdyż uderzał bezpośrednio w tkankę społeczną i w życie gospodarcze kraju), po okresie postkomunistycznego rabunku majątku narodowego i masowego wyprzedawania koncernów przemysłowych, stoczni, kopalni a nawet prasy w obce ręce - Polska od 1989 r. rzeczywiście stała się (jak mówił Władysław Bartoszewski, notabene dość nieprzyjemna postać) "Brzydką panną bez posagu". Natomiast po wejściu w struktury Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (która to w 2009 r. zmieniła się w Unię Europejską - bo należy pamiętać że my do żadnej Unii nie wchodziliśmy, Unia dopiero powstała w roku 2009, pięć lat po naszym wejściu do Wspólnoty), staliśmy się realną gospodarczą (jak również polityczną) kolonią Berlina, w myśl naumannowskiej koncepcji Mitteleuropy z 1915 r. (Polska stała się podwykonawcą dla niemieckiej gospodarki) a rządom postsolidarnościowym, zjednoczonym z obozem postkomunistycznym (w tym przede wszystkim związanym ze Służbą Bezpieczeństwa) taki układ był bardzo na rękę, ponieważ pozwalał trzymać kontrolę nad społeczeństwem i jednocześnie występować w roli "elity" postkolonialnego kraju. Proces odradzania się wymordowanej wcześniej, prawdziwej elity tego narodu - wciąż postępuje, po dziś dzień ten proces trwa. Przecież to w tym kraju premierem był i obecnie jest człowiek, który twierdził że "polskość to nienormalność", a nagrodę Nobla dostała pisarka, która mówiła że Polacy to "właściciele niewolników i mordercy Żydów", kilka lat temu zaś pewien showman, mający program w telewizji - Jakub Wojewódzki namawiał swego gościa, by ten włożył polską flagę w... psią kupę - i tak też się stało. Takie dziś mamy "elyty" - nic dodać nic ująć. I teraz porównując te dzisiejsze indywidua, do tamtych chłopaków i dziewcząt, którzy w sierpniu 1914 r. szli "budzić Polskę do życia" - można uświadomić sobie na jakich wartościach budowana była tamta Polska, o której niepodległy byt walczyło tyle pokoleń, a na jakich "wartościach" budowano obecną, tzw.: III Rzeczpospolitą? Bóg-Honor i Ojczyzna kontra... psia kupa.
Oczywiście, tak jak wspomniałem, to się powoli znów zaczyna zmieniać, ale mentalność niewolników wciąż tkwi w głowach wielu naszych przywódców, a jest to bardzo niebezpieczna rzecz, gdyż wszystko, dosłownie WSZYSTKO począwszy od sukcesów a skończywszy na porażkach - zaczyna się w głowie, w naszych myślach. Ludzie, którzy przeżyli komunę i którzy wówczas dorastali (nawet jeśli byli zdeklarowanymi antykomunistami) mentalnie nasiąknęli pewną wizją świata, która sprowadzała się do słów: "Ruskie to jest potęga, z Ruskimi nie wygrasz", etc. etc. Kto z nich w ogóle brał pod uwagę rok 1920 i zwycięstwo jakie odnieśliśmy wówczas nad sowiecką zarazą (i nie jest to inwektywa - to jest stwierdzenie faktu), gdy totalnie skopaliśmy im wówczas zadki, tak, iż Lenin musiał prosić o pokój. Kraj który dopiero co kilkanaście miesięcy wcześniej zaczął odradzać się do życia, zwyciężył niepokonaną (i wciąż zasilaną nowymi rekrutami) Armię Czerwoną, która na każdym odcinku frontu biła zaprawione w bojach I Wojny Światowej armie rosyjskich (białych) generałów. Takiej klęski, jaka spotkała wówczas Związek Sowiecki w 1920 r. nie doznał on już nigdy później (Hitler miał ogromną szansę pokonać Sowiety w przeciągu kilku miesięcy, ale był idiotą zapatrzonym w swoją ideologię dla ćwierćinteligentów i... przegrał już wygraną wojnę - swoją drogą, to jest dopiero osiągnięcie, prawda?). Zarówno Leguny z 1914 r. jak i żołnierze z roku 1920 zwyciężyli dlatego że - mocno wierzyli nie tyle w to, że zwyciężą, ale w to, że "idą na tę wojnę jak na wesele" i mogą "przenosić góry" (dosłownie, nie w przenośni). Nasze myśli kształtują bowiem rzeczywistość, jeśli poddamy się jakimś takim głupkowatym obawom, pytaniom czy kalkulacjom co lepsze a co gorsze, to nie wygramy niczego. Mój ojciec opowiadał mi kiedyś o pewnym bokserze, który był tak dobry że kładł swych przeciwników nokautem. Miał tylko jedną poważną ujmę - był strasznie słaby psychicznie i gdy tylko przed walką ktoś powiedział mu że przeciwnik jest tak dobry, że on na pewno z nim nie wygra - to nie wygrał, bo cały czas myślał o tym, że jest gorszy i to sobie po prostu samemu sprawił.
Dlatego też trzeba wreszcie otrząsnąć się z tego matrixu w którym żyjemy i zacząć (tak jak Neo) kształtować naszą rzeczywistość - rzeczywistość, w której odrodzona Wielka Rzeczpospolita będzie siłą stabilizującą nie tylko w Europie, ale i na Świecie. Mamy ku temu nie tylko moralne prawo, ale zarówno zasoby materialne i doświadczenie - gdyż przeżyliśmy takie cierpienia, które są nie do wyobrażenia dla wielu innych narodów, a poza tym istnieje pamięć dawnej potęgi, która nie była potęgą zaborczą, stworzoną na przemocy i krwi, lecz potęgą zgody, konsensusu i unii wzajemnych. Któż może mieć większe niż my moralne prawo do objęcia swoistej opieki nad tym Światem? Ktoś powie - niemożliwe! Naprawdę? czy w XIII wieku, gdy ziemie polskie poddawane były dość intensywnej germanizacji, ktoś mógłby pomyśleć że za dwieście lat język polski będzie językiem dyplomacji pomiędzy Chinami a Rosją oraz między Anglią a Rosją a w Katalonii język polski będzie w powszechnym użyciu? Nie istnieją rzeczy niemożliwe, każda bariera która uniemożliwia nam osiągnięcie jakiegokolwiek zadania, rodzi się na początku w naszej głowie i czerpie siłę z naszej Duszy. To my sami nadajemy jej granice możliwości czy niemożliwości. Czy ta garstka chłopaków, którzy wyruszali z krakowskich Oleandrów 6 sierpnia 1914 r. by wyzwalać Polskę z wiekowej niewoli, mogła być brana na serio? Przecież nie stanowili oni nawet jednej dziesięciotysięcznej ułamka sił i możliwości, jakimi dysponowały mocarstwa zaborcze (Rosja, Niemcy i Austro-Węgry) - a mimo to wygrali! Tamte państwa się porozpadały a Polska odrodziła się do nowego, niepodległego życia. I kto powie mi jeszcze że coś jest niemożliwe do zrobienia? Te legionowe chłopaki oddały Ojczyźnie swe Dusze, wierząc głęboko że Polska Niepodległa JUŻ JEST! Nawet w ironicznych wierszach z tamtej epoki, znaleźć można prawdę o Pierwszej Kompanii Kadrowej i Komendancie Piłsudskim, jak choćby ten, zamieszczony w "Wiadomościach Ideowych": "A gdy się człeku zapytasz w pokorze, co znaczy ten Hetman i co on też może? Głupio zapytasz, wszak wiedzieć należy: Wielkim być musi, skoro sam w to wierzy" - wiersz próbujący nieco ośmieszyć Komendanta, pokazał jednak całą prawdę, nie tylko o Nim samym, ale o całej ludzkiej zawiłej naturze rzeczy.
Podsumowując, nie tylko wiara, lecz również zgoda i jedność jest ważna, aby z niemożliwego uczynić możliwe - Duszę chcesz? Duszę daj! - zjednocz się niewidzialną więzią z innymi, niech wasze Dusze staną się jednością a wasze Umysły wspólnie wyrażać będą te dawno już zapomniane i przez wielu niechciane wołanie: MY CHCEMY POLSKI! Dziś te słowa brzmieć muszą: My chcemy Rzeczypospolitej Potężnej, która odrodzi zapomnianą już tradycję wolności Rzeczpospolitan - przekazując ją w darze współczesnej Europie. Europa już teraz potrzebuje Polski, nawet jeśli obywatele wielu europejskich państw nie zdają sobie z tego sprawy (bo nikt ich po prostu nie informuje jak ważna obecnie jest Polska dla Europy a nawet dla Świata). Ta potrzeba będzie się tylko zwiększała w przeciągu kolejnych dekad, gdy kontynent europejski zacznie się staczać w region Trzeciego Świata, targany przemocą, neomarksistowską ideologią i zamordystyczną dyktaturą. Ale to dopiero wizja przyszłości.
KU CZCI WŁADYSŁAWA BELINY-PRAŻMOWSKIEGO I JEGO SZEŚCIU UŁANÓW: JANUSZA GŁUCHOWSKIEGO, ANTONIEGO JABŁOŃSKIEGO, ZYGMUNTA KARWACKIEGO, STEFANA KULESZY, STANISŁAWA GRZMOTA-SKOTNICKIEGO I LUDWIKA SKRZYŃSKIEGO
WŁADYSŁAW BELINA-PRAŻMOWSKI BYŁ TWÓRCĄ KAWALERII II RZECZYPOSPOLITEJ, A JEGO LUDZIE PRZESZLI DO HISTORII POD NAZWĄ:
"SIÓDEMKI BELINY"
Siódemka Beliny - czyli pierwsi ułani II Rzeczypospolitej - przekroczyli granicę zaboru rosyjskiego dnia 3 sierpnia 1914 r. jako pierwsi żołnierze odradzającego się u boku Komendanta Józefa Piłsudskiego Wojska Polskiego (wówczas jeszcze w postaci Pierwszej Kompanii Kadrowej). Granicę zaboru przekroczyli jadąc na furmankach, a potem pieszo (konie mieli bowiem zdobyć dopiero na wrogu). Pierwsi kawalerzyści odradzającej się Polski, których zwycięstwa w walkach z bolszewikami (jak choćby pod Komarowem - 31 sierpnia 1920 r. gdzie jedna polska dywizja jazdy rozgromiła wszechpotężną i walczącą dotąd z powodzeniem przeciwko armiom "białych" rosyjskich generałów - Armię Konną Siemiona Budionnego. Przewaga w tej bitwie była po stronie Rosjan i wynosiła aż... 12:1. Bitwa ta była największą i ostatnią o takim zasięgu w XX wieku bitwą kawaleryjską w Europie), a także z Niemcami w 1939 r. (zwycięstwo Wołyńskiej Brygady Kawalerii w bitwie z 4 Dywizją Pancerną - pod Mokrą - 1 września 1939 r. Tak, polscy kawalerzyści rozgromili niemieckich pancerniaków). Nie mówiąc już o sukcesach odnoszonych w walkach z Sowietami w tymże roku. Tak oto z siedmiu kawalerzystów (bez koni), zrodziła się siła licząca aż 11 brygad.
Można jednak zapytać, po co właściwie było tworzyć tak duże składy kawaleryjskie w sytuacji, gdy coraz więcej armii państw europejskich albo rezygnowało z posiadania kawalerii, albo też przesuwało ją do działań pomocniczych. Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw opisać, jaka właściwie była przedwojenna armia II Rzeczypospolitej. Po pierwsze, Wojsko Polskie - największa i najsilniejsza siła zbrojna począwszy od Skandynawii, poprzez rejon państw bałtyckich, Europę Środkową, Bałkany, aż po Grecję i Morze Egejskie - jako jedyne ze wszystkich państw leżących na owym "Pasie Międzymorza" - operowało taktyką ofensywną. Począwszy od wojny w obronie Lwowa w listopadzie 1918 r. i wojny w Galicji Wschodniej (1918-1919), poprzez wojnę z bolszewikami (1919-1920) Armia Polska zawsze szkoliła się w taktyce ofensywnej. Przez cały okres dwudziestolecia jedyną taktyką Wojska Polskiego był atak, ofensywa - zaś nigdy obrona. Tak więc (paradoksalnie) "Wojna Obronna" 1939 r. także miała być wojną ofensywną (o czym notabene pisałem już w jednym z wcześniejszych tematów).
Dowodem na to że wojna 1939 r. miała być wojną szybką, manewrową - świadczą plany rozesłane ze sztabu Naczelnego Wodza do dowództw poszczególnych armii i dywizji. Pięknie to opisał podpity oficer jednej z dywizji Armii Łódź, który na kilka dni przed 1 września, stwierdził do swego kompana od kieliszka, że przyszły nowe plany wojenne i za kilka dni ruszamy na Wrocław, a potem prosto na Berlin. Dziś te słowa mogą śmieszyć, ale wówczas brane były całkiem serio i nie dlatego że ówczesne kierownictwo buńczucznie "wymachiwało szabelką", tylko dlatego że po prostu żołnierz polski w całym okresie dwudziestolecia międzywojennego nigdy nie był przygotowywany do działań obronnych (jedyną ewentualnością, zbliżoną do zadań defensywnych, było szybkie powstrzymanie pierwszego uderzenia wroga, a następnie błyskawiczny kontratak i marsz wgłąb jego terytorium. Cóż ponoć najlepszą obroną jest atak).
Drugim (i bez wątpienia głównym) powodem utrzymywania tak dużych sił kawaleryjskich, był kierunek, na którym te siły miały zostać użyte. Wojsko Polskie (w tym oczywiście kawaleria), lotnictwo i Polska Marynarka Wojenna, z całą tą taktyką ofensywną od samego początku istnienia II Rzeczypospolitej - szkolone było na przyszłą wojnę z Sowietami. Tam, w rejonie Kronsztadu i Leningradu, nasza Flota Wojenna siałaby postrach i zniszczenie nad sowiecką Flotą Bałtycką (gdyż właśnie do tego była przygotowywana). Tam też, na ogromnych przestrzeniach Wschodu, nasza mobilna kawaleria byłaby niezastąpiona (Niemcy też zdali sobie z tego sprawę, gdyż atakując w 1941 r. Związek Sowiecki, dysponowali jedynie 1 brygadą kawalerii, a to było stosunkowo za mało na tak ogromne przestrzenie Wschodu, gdzie nie zawsze i nie o każdej porze roku można było dojechać czołgami. Dlatego pośpiesznie zaczęto formować kawaleryjskie formacje Kozackie już w roku 1942). Tam ofensywny plan Wojska Polskiego wypadłby znakomicie. A gdyby do wojny z ZSRS weszła jeszcze Japonia?
Zresztą nasze kontakty wywiadowcze i wojskowe (o czym też już wcześniej pisałem) z Krajem Kwitnącej Wiśni, były w całym dwudziestoleciu wyśmienite, a japońscy kryptolodzy przyjeżdżali na szkolenie do Warszawy... najlepszego według nich ośrodka wywiadowczego w całej Europie. Kontakty te nie ustały nawet po rozpoczęciu wojny. Polska była bodajże jedynym aliantem, który utrzymywał w czasie II Wojny Światowej kontakty wywiadowcze (i bardzo długo dyplomatyczne) z Tokio. Wywiady Armii Krajowej i Kempetai współpracowały ze sobą na wielu płaszczyznach, wymieniając się informacjami. My przekazywaliśmy im wiadomości na temat Sowietów, oni nam na temat ich ówczesnych sojuszników - hitlerowskich Niemiec. Poza tym japońscy lekarze i pielęgniarki uratowali życie setkom wycieńczonych i na wpół martwych polskich dzieci, które przeszył przez piekło sowieckich domów dziecka i sierocińców po agresji sowieckiej na Polskę 17 września 1939 r. i późniejszych wielkich wywózkach (w bydlęcych wagonach bez jedzenia i picia) ludności polskiej na Syberię, by ich tam wysadzić w szczerym polu i niejednokrotnie w... śniegu po kolana (dzieci z reguły w chwili śmierci rodziców zabierano do domów dziecka - tylko że nie wiadomo co było gorsze, codzienna walka o przeżycie na syberyjskim pustkowiu, bez narzędzi, bez ciepłych ubrań, w zasadzie bez niczego - pozwalano zabrać tylko jedną walizkę - czy też trafienie do sowieckiego sierocińca - o tym co się tam wyprawiało napiszę jeszcze kiedyś w jednym z kolejnych tematów).
Dlatego też uważam że Japończykom należy się dozgonna wdzięczność za to, że odratowali te wykończone, na wpół martwe już dzieci, które trafiły do nich po niemieckim ataku na Związek Sowiecki i podpisaniu układu polsko-sowieckiego 30 lipca 1941 r. gwarantującego uwolnienie wszystkich obywateli polskich będących w Związku Sowieckim.
"SIÓDEMKA BELINY"
3 SIERPNIA 1924 r.
10-ta ROCZNICA PIERWSZEGO PRZEKROCZENIA GRANICY PRZEZ "SIÓDEMKĘ BELINY"
DWOREK W GOSZYCACH, W KTÓRYM PRZEBYWALI "BELINIACY" PO WKROCZENIU DO KONGRESÓWKI. W 1924 r. NA UROCZYSTOŚCI 10-tej ROCZNICY "AKCJI BELINY" DWOREK ODWIEDZIŁ RÓWNIEŻ MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI, OTOCZONY "BELINIAKAMI" I ICH RODZINAMI
(Płk. BELINA, PIERWSZY OD PRAWEJ STRONY W GÓRNYM RZĘDZIE)
KRAKÓW - 6 PAŹDZIERNIKA 1933 r.
250 ROCZNICA ODSIECZY WIEDEŃSKIEJ
KRÓLA JANA III SOBIESKIEGO
WŁADYSŁAW BELINA-PRAŻMOWSKI PO CYWILNEMU - JAKO WOJEWODA LWOWSKI, PO LEWEJ STRONIE OBOK MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO. BELINA-PRAŻMOWSKI W LUTYM 1933 r. PRZESTAŁ PEŁNIĆ URZĄD PREZYDENTA KRAKOWA)
(PS: TO WŁAŚNIE PODCZAS TYCH UROCZYSTOŚCI PRZESUNIĘTO CZĘŚĆ SIŁ NAD GRANICĘ Z NIEMCAMI, PRZYGOTOWUJĄC SIĘ DO WOJNY PREWENCYJNEJ Z HITLEREM)
Mam nadzieję że tym tematem nie obrażę żadnego katolika czy w ogólności chrześcijanina, gdyż nie to jest moim celem. Nie pragnę bowiem ani obrażać nikogo spośród wierzących, ani też podważać zasad wiary chrześcijańskiej, a jedynie przedstawić inny (dla niektórych być może kontrowersyjny) przekaz, jak rzeczywiście mogło dojść do owego zmartwychwstania Chrystusa. Posiłkować oczywiście będę się informacjami zawartymi w channellingach, choć od razu wyraźnie pragnę zaznaczyć, że nie wszystko w channelingach zgadza się z oficjalnie przyjętym twierdzeniem, iż Jezus zmarł na krzyżu za nasze grzechy i za to, aby ludzkości otworzyć "Bramy Raju". To twierdzenie jest całkowicie (i wyraźnie) w channelingach podważone, dlatego też na samym początku napisałem, że nie chcę i nie jest moim celem, aby kogokolwiek tutaj obrazić, czy też podważyć zasady wiary. Ja tylko prezentuję to, co jest w owych przekazach i tyle (inna sprawa jest taka, że sama wiara dla mnie już nie jest do niczego potrzebna, gdyż jestem już ponad to, a pewne oczywistości są dla mnie tak jasne, jak fakt że po nocy przychodzi dzień, jak choćby fakt że istnieje cykl inkarnacyjny, że pojawiamy się tutaj aby odgrywać role - choćby były one niezwykle ciężkie i trudne, to zawsze są tylko role i nie należy zbytnio się do nich przywiązywać - że nie ma czegoś takiego jak piekło, że po śmierci idziemy do miejsca, które jest niezwykle piękne - tak wspaniałe, że trudno jej opisać ludzką mową - miejsce które jest czasem naszego wytchnienia i wypoczynku, a jednocześnie okresem analizy tego, co zrobiliśmy nie tak na naszej "scenie życia". Oczywiście cykl inkarnacyjny nie jest nieskończony. Z czasem, gdy uzyskamy odpowiednią doskonałość - pozbywając się wszelkich negatywnych energii, a jednocześnie doskonale pamiętając wszystkie nasze trudy i cierpienia - na pewnym etapie boskiego rozwoju naszej duszy, a pisząc "Boskiego" mam na myśli stanie się boską duszą, czymś co można nazwać Założycielami, będziemy pamiętać wszystkie nasze wcześniejsze inkarnacje {teraz, po śmierci najczęściej pamiętamy tylko poprzednie życie}. Nie można bowiem poznać nieskończonej Miłości, nie pamiętając jednocześnie bólu i cierpienia, gdyż tylko to stanowi drogę dalszego rozwoju, Boską Doskonałość. Gdy już pozbędziemy się tych wszystkich negatywnych jak i pozytywnych naleciałości, gdy nasze energie się zrównoważą, gdy staniemy się tylko czystą Miłością, pamiętając jednocześnie wszystkie nasze wcześniejsze nieprzyjemne doświadczenia, wrócimy do Domu, do Boga by ponownie się z Nim zjednoczyć. Bardzo ciekawie opisuje to choćby Robert Bernatowicz, aczkolwiek Jego relacje - jakkolwiek niezwykle bogate - są dla mnie osobiście jedynie uzupełnieniem tego, co ja już wiem na ten temat). Dlatego też od razu ostrzegam - według channelingów Jezus Chrystus wcale nie umarł za nasze grzechy i wcale nie otworzył nam tym drogi do Raju. Ale, jednocześnie Jego śmierć na krzyżu, w Palestynie dwa tysiące lat temu, była niezwykle istotną częścią planu, który musiał być wykonany i to bez względu na to, czy ziemskie ciało Jezusa było na to gotowe (Chrystus bowiem, już wisząc na krzyżu i nie mogąc ścierpieć okrutnego bólu przeszywającego wówczas Jego ciało, zapytał: "Boże, czemuś mnie opuścił?"). Było to bez wątpienia poświęcenie, ale poświęcenie na które Jezus wyraził zgodę i był na to przygotowywany już od swych narodzin. Człowiek bowiem nie dziedziczy grzechu własnych rodziców czy dawnych pokoleń, gdyż grzech jest popełniany przez świadomą jego ciężaru istotę ludzką i nie jest ani niezmywalny, ani "śmiertelny".
Dlatego też tak lubię dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez Bogów", pokazujące dobitnie (choć z ludzkiej perspektywy) o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. My, ludzie, pragniemy sprawiedliwości i chcemy aby "dobrych" wynagradzać za ich dobro, a "złych" karać (jak najszybciej) za wyrządzone przez nich zło. I w zasadzie trudno mieć tutaj o to do nas pretensje, gdyż jako istoty podatne na śmierć (czymże jest te nasze kilkadziesiąt lat życia, w stosunku chociażby do życia jednej planety, lub nawet epoki historycznej?), pragniemy jeszcze na własne oczy ujrzeć, jak sprawiedliwości staje się zadość i jak złoczyńcy płacą za popełnione przez nich zbrodnie. Bogowie zaś - jak pisał Plutarch - tak jednak nie myślą i stąd bierze się tyle niesprawiedliwości na tym świecie, tak, że często ludzie dobrzy i sprawiedliwi cierpią niedostatek, zaś oszuści i złoczyńcy opływają w zbytki. Ale Bogowie podchodzą do tego zupełnie inaczej, gdyż... nic ich nie ogranicza. Nie muszą skazywać złoczyńców na szybką śmierć (tak jak Jahwe, który kazał swemu ludowi by wymordowali pokonane plemię wraz z kobietami i dziećmi oraz całym żywym dobytkiem jakie posiadali), gdyż nie podlegają oni ograniczeniom czasowym. Czas nie ma dla nich żadnego znaczenia, stąd właśnie owi złoczyńcy i tak za swoje grzechy odpowiedzą po śmierci - jak pisał Plutarch - i tak staną przed Bogami, gdy nadejdzie ich kolej. Nie unikną tego, nie uciekną przed tym, nie ukryją się nigdzie, będą musieli stawić się na Sądzie Ostatecznym, który zadecyduje o ich losie. Po co więc - zapytuje Plutarch - Bogowie mieliby uśmiercać takich ludzi? Ukarać ich jeszcze zdążą, a czas, jaki im pozostał na Ziemi mogą wykorzystać na duchową przemianę i naprawę wcześniej popełnionych grzechów (to jest tylko rola - uświadomimy to sobie, dlatego nie powinniśmy wyrządzać nikomu krzywdy, bo to wszystko do nas wróci. Zarówno ten świat szykujemy dla siebie samych - nie tylko dla naszych dzieci - ale właśnie dla nas, gdy wrócimy tu w kolejnych rolach do odegrania, dlatego powinniśmy dbać o naszą planetę Gaję, bo jeszcze długo będzie ona jedynym światem na którym żyjemy). Niestety, my, ludzie tak nie myślimy. My pragniemy natychmiastowej "sprawiedliwości" (która często jest formą naszej prywatnej zemsty), pragniemy zadośćuczynienia naszemu bólowi, smutkowi i żądzy zemsty - pragniemy krwi. I na tym polega - według Plutarcha - "odmienność" Bogów od ludzi. Nie zazdrośćmy więc zbytków komuś, kto na to nie zasługuje, lub zdobył to w sposób niegodny czy zbrodniczy. "Wszystko zostało zapisane" i nasze dobre i złe uczynki, a tam, po śmierci będziemy zdawać relację z tej naszej krótkiej podróży przez życie (chociaż jest ona przedstawiana w bardzo swobodnej atmosferze przed Założycielami - pamiętajmy że Założyciele są tymi samymi duszami co my, tylko Oni już są ponad te wszystkie nasze energetyczne ograniczenia, które my musimy jeszcze przezwyciężyć - i w towarzystwie naszego Przewodnika oraz innych Opiekunów. Nie przypomina to wcale "sądu nad śmiertelnikami", znanymi nam z legend i mitów a także z przekazów religijnych. Nie ma tam strachu przed karą, ani przed wtrąceniem nas w czeluści piekielne. Jedyne co jest, to żal. Żal ze zmarnowanego życia, żal że nie udało nam się odegrać tych planów, które wcześniej zamierzaliśmy odegrać, że zboczyliśmy z tej ścieżki i weszliśmy na koleiny wiodące nas do ponownego przeżycia tej samej roli - innymi słowy, mówiąc kolokwialnie, straciliśmy czas).
Według channelingów, znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu było nawet większe (niż to, które się powszechnie uznaje), gdyż tym samym otworzył on nas, ludzi (Ziemian) w kierunku uniwersalnej, kosmicznej duchowości i wprowadził barbarzyńską (tak cywilizacyjnie jak i duchowo) ludzkość, do grona "Synów Gwiazd", czyli na drogę, która od początku miała być naszym udziałem. Śmierć Jezusa na krzyżu wytworzyła bowiem nową więź, nową duchową odsłonę i jednocześnie "zaraziła" ludzi twórczą, wieczną miłością, a to jest niesamowita i niebagatelna siła. Poświęcenie Jezusa Chrystusa na krzyżu, miało więc wymiar nie tylko uniwersalny, ogólnoludzki, ale również wszechświatowy, kosmiczny i o ile śmierć ojca Maksymiliana Kolbe (który w 1941 r. w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz-Birkenau poświęcił się za jednego z więźniów, mającego iść na śmierć. Sam, z własnej woli oddał swoje życie za tego człowieka, czym doprowadził do ogromnej implozji wyrządzonego przez ludzi - w tym przypadku Niemców - zła, rodząc swym poświęceniem ogromne dobro - co prawda niewidoczne naszymi oczyma, ale czasem odczuwalne także przez żyjących. Poświęcenie ojca Kolbe było czymś na tyle niezwykłym i nieprawdopodobnym, że stworzyło nowe dobro, nowy świat dla kolejnych pokoleń ludzi, a teraz wyobraźmy sobie czego swym poświęceniem dokonał "Syn Boży" Jezus Chrystus), czy poświęcenie np. rodziny Ulmów (zamordowanych przez Niemców za ukrywanie Żydów wraz z gromadką ich małych dzieci) czy rodziny Lubkiewiczów, czy innych niezliczonych rodzin polskich, które zostały zamordowane (rodzice wraz ze swymi dziećmi) za udzielanie schronienia Żydom - to wszystko, poprzez ogromne pokłady negatywnej energii, wytworzyło niesamowite pokłady energii pozytywnej, które stworzyły nowe dobro, nowy świat. My, żyjący, oczywiście nie mamy takiej skali porównawczej aby móc to chociażby ujrzeć na własne oczy, ale powstała z tego zła energia pozytywna, doprowadziła najpierw do zrównania, a następnie do implozji owej negatywnej energii, wytworzonej poprzez tamte mordy. Oczywiście nie znaczy to, że naszym celem jest dążenie do łatwej i szybkiej śmierci - wręcz przeciwnie (według mnie pierwsi chrześcijanie popełniali błąd, tak bardzo dążąc do bycia skazanym i uśmierconym, aby tylko połączyć się z Chrystusem) - celem jest długie i szczęśliwe życie, ale takie właśnie sytuacje dziejowe powodują, iż dobro często rodzi się samoczynnie i to w najmniej spodziewanych okolicznościach. Zaś dobro powstałe ze Zmartwychwstania "Mistrza" jest uniwersalne i ponadczasowe.
Natomiast jak to się stało, że Jezus zmartwychwstał? Jak wiadomo był On "Synem Boga" (co można również tłumaczyć jako "Syn Gwiazd"), a "Królestwo Moje nie jest z tego świata" - jak rzekł On przesłuchującemu go Poncjuszowi Piłatowi. Jezus wielokrotnie podczas swego ziemskiego żywota (szczególnie w okresie gdy nauczał) kontaktował się z innymi "Synami Gwiazd", uczynił tak również w ową nieszczęsną noc w ogrodzie Getsemani, gdy żarliwie modlił się "do Boga" i zapytywał czy istnieje szansa, by nie musiał poświęcać swego życia (należy bowiem pamiętać że Jezus był nie tylko "Synem Gwiazd", ale również człowiekiem. Miał ludzkie ciało i podatny był na wiele ludzkich niedogodności, w tym na ból i cierpienie). Gdy jednak uświadomił sobie (Jego ludzka część natury) że po to właśnie się urodził i po to przyszedł na świat, aby "Dać świadectwo Prawdzie", przyjął to bez oporów (trzeba też pamiętać, że była to Jego całkiem dobrowolna decyzja). Gdy zaś został już ukrzyżowany i umarł, a ciało Jego pochowano w jaskini, wydarzyły się rzeczy, które nie są omawiane w Biblii, a które channelingi podają jedynie bardzo skrótowo. Nie będę się wikłał w pewne nieścisłości (bo sam ich dokładnie nie rozumiem), które mówią że Jezus Chrystus zmartwychwstał wcześniej, niż uczyniło to Jego ciało (zapewne chodzi tu o pewną kwestię życia po śmierci, ale na poziomie znacznie wyższym niż dzieje się to z większością nas, gdyż dusza Chrystusa, była duszą znacznie bardziej rozwiniętą), dlatego też etap ten pominę. Warto jednak dodać że po swym (duchowym) Zmartwychwstaniu, Jezus nie był duchem, ani też duszą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Był po prostu istotą wyższego rzędu i tyle. Następnie Jego ludzkie ciało zostało "zniszczone". Było to oczywiście wcześniej zaplanowane przez istoty, które patronowały misji "Syna Człowieczego" (według channelingów należeli do tej grupy: Tjehooba oraz Plejadianie). Nie wiadomo dlaczego (ja nie potrafię tego wyjaśnić) tak się stało, tym bardziej że Tjehooba potrafili wskrzeszać zmarłych, jeśli śmierć nastąpiła w jakiś krótki czas po zgonie (być może trzy dni to czas zbyt długi na wskrzeszenie zmarłego przez te istoty, a tyle właśnie - jak podaje Biblia - leżało ciało Jezusa, począwszy od Jego śmierci aż do zmartwychwstania). Ale jeśli to wszystko było już wcześniej zaplanowane, to Jezus musiał przyjąć zupełnie nowe, choć już nieludzkie, a jedynie takowe przypominające, ciało - gdyż Jego materialne ciało przestało wówczas istnieć (w "Misji" Michel Desmarqet opisuje że ludzkie ciało Chrystusa znajduje się na planecie Tjehooba obok innych ciał "Synów Gwiazd" którzy wysłani zostali zarówno na Ziemię jak i na inne światy (tak samo prymitywne duchowo, jak my).
Po przyjęciu nowego ciała (być może ciała astralnego), Jezus odsunął kamień, którym zamknięto wejście do Jego grobowca (tu nie chodziło o Jego nadludzką siłę, ale o to, że to wszystko było monitorowane i kamień ten został odciągnięty "w sposób cudowny" przez istoty z Plejad i Tjehooba - które najpierw uśpiły rzymskich żołnierzy strzegących tego grobu). Gdy Jezus ukazał się u wejścia do grobu, żołnierze się pobudzili i wpadli w panikę (to musiało być niesamowite wydarzenie, gdyż wszyscy pouciekali ze swego posterunku, a przecież dobrze wiedzieli czym to grozi - opuszczenie stanowiska w armii rzymskiej oznaczało natychmiastową karę śmierci. Przerażeni zaczęli więc opowiadać o tym niezwykłym zjawisku, a gdy wieści te dotarły do kapłanów Świątyni Jerozolimskiej, ci, zaproponowali legionistom pieniądze, w zamian za zaprzestanie ich powtarzania). Gdy do grobu udały się Maria - matka Jezusa, Maria Magdalena i Salome, grób już był pusty, a żołnierze uciekli ze swego posterunku. To właśnie te niewiasty zawiadomiły pozostałych Apostołów i na miejsce przybyli Piotr i Jan. Jezus potem zaczął im się kolejno objawiać taki, jakim go zapamiętali w chwili śmierci, wraz ze wszystkimi ranami, jakie mu zadano podczas męki. Nie było to już jednak ludzkie ciało Chrystusa, tylko Jego ciało astralne (a według mnie było to Jego ciało realne, czyli takie, jakim był naprawdę w swoim świecie, choć Apostołom ukazał się pod starą postacią, jaką oni zachowali w swej pamięci). O ile śmierć na krzyżu była kluczowym elementem otwarcia duchowego mostu pomiędzy ludzkością a istotami z gwiazd, to zmartwychwstanie miało istotne znaczenie dla samych ludzi. Stworzyło bowiem fundamenty Nowej Nadziei, która pogrzebała dawne religie, stojące na przeszkodzie uniwersalnemu otwarciu ludzkości i wejściu w nową erę duchowej świadomości. Dlatego też pełni radości w rodzinnym gronie w te świąteczne dni wołajmy razem - Alleluja, Jezus - nasz Mistrz - Zmartwychwstał.
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. II
Klęska bolszewików w wojnie z Polską w roku 1920 spowodowana była głównie faktem, że nie docenili oni determinacji i patriotyzmu polskiego ludu. Ich hasła propagandowe kierowane do Polaków były tak tępe, a jednocześnie tak źle przygotowane i napisane, że w wielu przypadkach nie dało się nawet tego sensownie rozczytać, nie mówiąc już o zrozumieniu. Poza tym bolszewicy popełnili błąd w stosunku do chłopstwa (tutaj również uwidoczniła się ich ideologiczna niechęć do chłopów), gdyż nie wyszli z zapowiedzią oddania ziemi chłopom (tak jak to zrobili chociażby w Rosji na początku rewolucji październikowej, by potem oczywiście tym chłopom, którzy sądzili że otrzymali teraz ziemię na własność - tę ziemię odebrać w imię typowo komunistycznej idei "Nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy" - chyba skądś to dziś znamy, nieprawdaż?!). Mówił o tym w 1923 r. podczas II Zjazdu Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w Moskwie przewodniczący Kominternu - Grigorij Zinowiew, którego referat został odczytany podczas tego zjazdu i w którym stwierdzał on m.in.: "Nie kryję przed Wami, towarzysze, że w czasie wojny rosyjsko-polskiej - według oceny naszego Komitetu Centralnego, według oceny tow. Lenina i Egzekutywy Kominternu - popełniliśmy błąd polityczny w stosunku do chłopów. Nie umieliśmy skorzystać z krótkiego okresu po to, aby kwestię konfiskaty dóbr obszarniczych postawić w sposób rewolucyjny. Złożyliśmy wówczas hojną daninę doktrynerstwu marksistowskiemu. Kłopotaliśmy się o to, aby wielkie majątki nie zostały rozgrabione, nie rozumiejąc, że zadanie chwili polegało na tym, aby rozpalić nienawiść klasową, wojnę chłopską przeciwko obszarnikom". Wojna była już jednak skończona, 18 października 1920 r. weszło w życie zawieszenie broni (podpisane 12 października), a w stolicy Łotwy - Rydze trwały polsko-sowieckie rozmowy, mające doprowadzić do podpisania traktatu pokojowego pomiędzy oboma krajami. Wojsko Polskie wygrało tę wojnę dzięki dwóm wielkim, zwycięskim bitwom. Niestety, zabrakło trzeciej wielkiej bitwy o Ukrainę, aby stworzyć na wschodzie państwo ukraińskie będące dla nas swoistym buforem, oddzielającym nas od czerwonej teraz Moskowii. Naczelnik Państwa - Józef Piłsudski dążył do tego właśnie celu, w którym powstanie niepodległych państw Ukrainy i Białorusi (sprzymierzonych militarnie i politycznie z Polską) miało być właśnie takim gwarantem bezpieczeństwa ze Wschodu, tak jak w czasach Wielkiej Rzeczypospolitej polscy hetmani traktowali ukraińskie stepy jako pole oddzielające zastępy tatarskie, tureckie czy moskiewskie od ziem koronnych i litewskich. Tego dokonać się już nie udało, co potem zaowocowało we wrześniu 1939 r. katastrofą militarną, gdy Polska wzięta została w dwa ognie.
7 listopada 1920 r. połączyły się na Górnym Śląsku odłamy byłej Polskiej Partii Socjalistycznej zaboru pruskiego i Socialdemokratycznej Partii Niemiec tworząc Komunistyczną Partię Górnego Śląska, która od początków swych miała w programie zwalczanie dążeń do przyłączenia Śląska do Polski. 12 grudnia odbył się I Zjazd tej nowej partii, który postanowił o bojkocie mającego się odbyć plebiscytu w sprawie przynależności tych ziem do Polski, w zamian za to ów zjazd opowiadał się za stworzeniem Górnośląskiej Republiki Rad (podobnie dzisiaj na Śląsku wszelkiego typu ruchy ślązakowskie dążą do autonomii Śląska, zapominając o tym że lud śląski jest ludem polskim {lechicki}, a Ślązacy nie po to chwycili za broń w trzech powstaniach śląskich, aby teraz jakieś pro-niemieckie czopki próbowały wzniecać tam ferment. Sam mam niemieckie korzenie i dobrze znam niemiecką mentalność). Na Górnym Śląsku 16 sierpnia 1919 r. wybuchło I Powstanie Śląskie ludności polskiej, która nie godziła się na pozostawanie w granicach państwa niemieckiego. Powstanie to trwało do 24 sierpnia i zakończyło się porażką, gdyż słabo uzbrojone (niewystarczająca liczba broni i amunicji) śląskie oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej pod dowództwem porucznika Alfonsa Zgrzebnioka, nie były w stanie uporać się z XXXII Brygadą Reichswehry, wspieraną przez inne niemieckie oddziały. Po zakończeniu tego Powstania na Śląsku wybuchła fala antypolskich represji, w wyniku której 22 tys. Ślązaków musiało schronić się do Polski. II Powstanie Śląskie wybuchło w nocy z 19 na 20 sierpnia 1920 r. (wówczas gdy nad Wisłą toczyły się najkrwawsze boje z Armią Czerwoną). Powstanie sprowokowali Niemcy, do których dotarły informacje o zdobyciu przez bolszewików Warszawy i chcieli terrorem zmusić ludność polską na Śląsku do ucieczki z ziem objętych plebiscytem. Walki trwały do 25 sierpnia i zakończyły się (można powiedzieć) remisem, w wyniku którego na Śląsku miała powstać wspólna polsko-niemiecka policja plebiscytowa. Teraz obie strony przygotowywały się do wyznaczonego na 20 marca 1921 r. plebiscytu, który miał zadecydować o przyszłości ziem Górnego Śląska. Oczywiście zarówno Komunistyczna Partia Górnego Śląska jak i Komunistyczna Partia Robotnicza Polski opowiadały się od początku swego istnienia za pozostawieniem tej ziemi w granicach Niemiec i walką z "polskim imperializmem" (swoją drogą jak obie te niby internacjonalistyczne partie były zgodne z niemiecką rację stanu 🤔).
Mimo porażki Armii Czerwonej i klęski bolszewickiej Rosji w wojnie z Polską, rozwój KPRP postępował, znacznie bowiem zwiększyła ona swą liczebność a to głównie dlatego, że przyłączali się do niej członkowie innych formacji socjalistycznych, szczególnie zaś wstępowało tam mnóstwo Żydów. W lutym 1921 r. w Warszawie odbyła się druga Konferencja Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, na której przyjęto 21 warunków członkostwa w Kominternie, oraz zobowiązano się do całkowitego wypełnienia uchwał Kominternu (mówcie co chcecie, ale mnie się to od razu kojarzy z dyrektywami które płyną obecnie z Brukseli). Do Komitetu Centralnego Partii wybrano Adolfa Warskiego-Warszawskiego, Franciszka Grzelszczaka, Franciszka Fiedlera, Henryka Lauera, Stefana Królikowskiego, Szczepana Rybackiego i Adama Landy. Mimo jednak zwiększenia składu liczebnego tej partii, począwszy od sierpnia 1920 r., komuniści (szczególnie w Europie) ponosili nieustannie porażki. W marcu 1921 r. Niemiecka Partia Komunistyczna wezwała robotników do puczu przeciwko Republice Weimarskiej. Pucz ten okazał się totalną klapą, gdy na wezwanie komunistów do buntu stanęło niespełna 5% robotników i to tylko w niektórych regionach Niemiec (Turyngia, Mansfeld). W latach 1919-1920 w wielu krajach Europy (w Niemczech, we Włoszech, we Francji, w Czechosłowacji, w Szwecji, w Norwegii) widać było masowy odpływ socjalistów do partii komunistycznych, ale ruch ten został zahamowany ok. roku 1921 i i od 1924 przyjął odwrotny kierunek. Wielu dotychczasowych polityków socjalistycznych, potem komunistycznych, ponownie wracała do partii socjalistycznych, a niektórzy (jak Adolf Hoffman w Niemczech) stali się nazistami (zresztą sam Goebbels twierdził, że on woli zasilać szeregi partii nazistowskiej byłymi komunistami i socjalistami, niż konserwatystami czy demokratami, gdyż z tymi pierwszymi znacznie łatwiej idzie mu się dogadać, bo rozumowują na tych samych falach i posługują się podobnymi pojęciami, tylko wektory mają zwrócone w przeciwnym kierunku - ale wektory zawsze można odwrócić).
Również w Rosji sowieckiej komunizm przeżywał trudne chwile. W dniach 8-16 marca 1921 r. w Moskwie odbył się X Zjazd Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików), na którym Lenin w sytuacji totalnej katastrofy ekonomicznej państwa, związanej zarówno z I Wojną Światową jak i rewolucją bolszewicką (w niektórych regionach Rosji bieda była tak wielka, że dochodziło tam do przypadków kanibalizmu), sformułował projekt tzw. Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP), która dopuszczała w systemie komunistycznym - jaki zapanował w Rosji, istnienie prywatnej własności i prywatnych środków produkcji, oraz umożliwienia handlu kapitałowego (kontrolowanego co prawda przez państwo) ale na prywatnych (kapitalistycznych) zasadach (trochę tak jak po śmierci Mao Zedonga w Chinach kraj ten zaczął wprowadzać do gospodarki elementy kapitalistyczne, a potem głupi zachodni biznesmeni przenosili swoje fabryki do Chin - bo tam była tania siła robocza, co ostatecznie zaowocowało kradzieżą technologii i stworzeniem chińskiej ekonomicznej potęgi, która obecnie zagraża dolarowej dominacji Stanów Zjednoczonych. Problem tylko polegał na tym, że w komunistycznej Rosji w kilka lat po śmierci Lenina szybko tę politykę zniesiono, wprowadzając kolektywizację, centralne planowanie i system nakazowo-rozdzielczy, które to bardzo szybko doprowadzały do ekonomicznej niewydolności państwa). Ten "neokapitalizm państwowy" (jak nazywał go Lenin) doprowadził do polepszenia się sytuacji ekonomicznej kraju i jego mieszkańców i był swoistą życiodajną kroplówką, ratującą ówczesną Rosję. Wielu jednak szeregowych członków partii bolszewickiej było przeciwnych NEP-owi, twierdząc że jest to powrót do zasad gospodarki kapitalistycznej, czyli wywrócenie wszystkiego, o co walczyli bolszewicy przez te wszystkie lata. W prasie sowieckiej ukazywały się karykatury nowych kapitalistów, czyli "nepmanów" (jak ich pogardliwie nazywano), pokazując ich w sposób karykaturalny lub śmieszny, a jednocześnie ukazując jakiego majątku dorobili się na krzywdzie robotników (ale już nie chłopów - co bardzo ważne, bo chłopi to w większości też byli wyzyskiwacze nepmani - szczególnie gdy podbijali ceny sprzedawanych przez siebie towarów). Pokazywano jak operują złotem i dolarami lub frankami, jak stroją swoje żony w futra i jak ubierają się w garnitury, niczym zachodni kapitaliści. Nowa Ekonomiczna Polityka w Rosji funkcjonowała do końca 1929 r. i skutkowała znacznym wzrostem życia w tym zniszczonym przez rewolucję kraju (oczywiście nie wszyscy na tym zyskiwali po równo, stąd tak silna była niechęć do nepmanów), gdy Stalin wprowadził swoją kolektywną gospodarkę (skutkującą m.in. Wielkim Głodem na Ukrainie w latach 1932-1933). Ale NEP spowodował również, że w latach 20-tych komunizm był w miarę znośny (O ile w ogóle taki system mógł być dobry do życia). Nie walczono tak silnie z religią (szczególnie w latach 1924-1928 dało się zauważyć pewne złagodzenie w stosunku do Cerkwi). Nie prześladowano też ludzi, którzy mogli odbudować gospodarkę kraju (czyli naukowców, inżynierów, nauczycieli), tak jak to było w czasie rewolucji i w czasach "komunizmu wojennego" z lat 1918-1921 (gdzie CZEKA pod wodzą Feliksa Dzierżyńskiego, mordowała przede wszystkim ludzi uczonych, a nie tylko tych, którzy coś posiadali. Straty wśród Rosjan mających jakąkolwiek wiedzę o gospodarce, technice, nauce etc. etc., były kolosalne, a w Rydze Dzierżyński chwalił się swemu przyjacielowi z lat szkolnych - który był w składzie polskiej delegacji pokojowej - Leonowi Wasilewskiemu - bliskiemu współpracownikowi Józefa Piłsudskiego: "Ja nie zabijam ludzi, ja zabijam ruskich!". Należy też pamiętać, że w czasach szkolnych młody Feliks Dzierżyński wymierzył policzek swemu rosyjskiemu nauczycielowi, który kazał mu mówić po rosyjsku zamiast po polsku).
"KRWAWY FELEK" w 1901 r.
Trzeba też powiedzieć o jednej ważnej rzeczy która nastąpiła wówczas (w latach 20-tych XX wieku) w Rosji sowieckiej, a mianowicie o swoistym... rozpasaniu seksualnym. Seks był bowiem wszędzie, również (a może przede wszystkim) seks homoseksualny. Organizowano nagie marsze, w czasie których golasy (mężczyźni i kobiety) wchodzili np. do tramwajów, czy chodzili ulicami i traktowano to jako formę "wyzwalania się z burżuazyjnych więzów kulturowych" (czyli to, co dzisiaj mamy - szczególnie na Zachodzie, to jest nic innego jak powrót do tamtego bolszewickiego komunizmu, bo przecież już Marks pisał o wyzwalaniu się człowieka z jego wiązów tradycji, kultury, religii itd. czyli tworzenie całkowicie podatnego na wszelkie podsyłane mu bodźce - czy to seksualne czy ideologiczno-propagandowe - człowieka, całkowicie wyalienowanego z kultury, tradycji, rodziny, więzów krwi, narodowości - czyli takiego człowieka bez przyszłości, bowiem drewno bez korzeni nadaje się tylko na opał). Oczywiście dochodziło do tego, że ludzie zamiast pracować i budować dobrobyt kraju i swój własny, woleli zajmować się seksem, woleli paradować nago po ulicach, albo uprawiać seks homoseksualny, twierdząc, że wyzwalają się tym samym z więzów (patriarchalnego) kapitalistycznego, burżuazyjnego społeczeństwa. Dopiero gdy rosyjski przemysł siadł na łeb na szyję, a Stalin - budując Imperium - potrzebował przede wszystkim niewolników do pracy, a nie "wyzwolonych" homo czy heteroseksualistów, myślących głównie o dupie maryniej - i gdy całe to towarzystwo wziął w karby, część mordując, część wysyłając do obozów na wschodzie, gdzie jedyne o czym mogli myśleć, to jak przeżyć kolejny dzień o kromce chleba, cały czas pracując ponad własne siły i umierając albo w błocie albo w śniegu albo też głęboko pod ziemią, to skończył się "komunizm seksualny" i zaczął ten tradycyjny komunizm jaki znamy z historii. Teraz już nie było ważne z iloma partnerami spałeś i w jakich konfiguracjach, ale jakie normy wyrobiłeś. Robotnicy i chłopi zaczęli teraz ze sobą rywalizować o wyrobienie odpowiednich norm, jakie musieli dostarczyć państwu (oczywiście wszystko to było kosztem zdrowia i życia tych ludzi, zresztą większość była do tego przymuszana, bo powiedzmy sobie szczerze - w Związku Sowieckim za Stalina robotnik czy chłop nie był nikim innym, jak tylko zwykłym niewolnikiem państwowym, nawet nie słabo zarabiającym pracownikiem jak w czasach carskich, a zwykłym rabem, bez prawa głosu i prawa do życia - jeśli się zbuntował, czy choćby zaprotestował). To tylko gwoli takiej ciekawostki.
18 marca 1921 r. w Rydze podpisany został traktat pokojowy pomiędzy Polską a sowiecką Rosją. Dziś mówimy że wojna z bolszewikami została wygrana, ale we mnie osobiście pozostaje takie przekonanie, że jednak nie do końca. Zabrakło bowiem jeszcze tej jednej, kluczowej bitwy o Ukrainę. Oczywiście było pewne że jeżeli do niej by doszło, to doszłoby właśnie w roku 1921 - zapewne na wiosnę - i nawet jeśli założymy że Wojsko Polskie do tego czasu by się jeszcze bardziej rozbudowało, a siła ukraińskiej armii Semena Petlury też by wzrosła, to przecież trzeba by jednocześnie założyć, że bolszewicy zorganizowaliby w Rosji akcję walki przeciwko "polskim zachwatczykom" i zapewne zmobilizowaliby też pokaźne siły, bo Ukrainy by nie odpuścili i nie mogliby z niej zrezygnować (tak jak nie mógł z niej zrezygnować car Aleksander I w 1812 r. i tylko upór Napoleona Wielkiego dalszego marszu na Moskwę spowodował, że w tymże roku Rosja nie poniosła ostatecznej klęski, a to Napoleon musiał się stamtąd wycofać. Bo gdyby - idąc za radą księcia Józefa Poniatowskiego - "odciąć" Ukrainę od Rosji i czekać na przyjście tutaj Moskali - którzy przecież nie mogli tej ziemi odpuścić i z pewnością by uderzyli, bo Rosja bez Ukrainy nie jest już mocarstwem, nie jest Imperium - to wówczas potężne odbudowane Wojsko Polskie (zasilone poborem z ziem ukrainnych, czyli dawnych ziem Rzeczypospolitej) oraz wielka Armia Francuska z pewnością rozbiłaby w proch wojsko carskie i wojna byłaby wygrana bez potrzeby zajmowania Moskwy, która do niczego nie była wówczas Francuzom potrzebna. No cóż ale jak to mówił sam Napoleon: "To coś gorszego niż klęska, to błąd!"). Społeczeństwo polskie było już jednak zbyt zmęczone przedłużającą się Wojną (i wcześniejszą jeszcze I Wojną Światową) w wyniku którego zostało mocno zubożone, a ziemie polskie zostały rozgrabione do maksimum przez okupujące je armie, przemierzające te tereny od 1914 r. Nic więc dziwnego że wypatrowano pokoju niczym tlenu potrzebnego do życia, ale to, co udało się osiągnąć w wyniku wojny z bolszewikami w roku 1920 to było za mało żeby przetrwać i starczyło tylko na 20 lat wolności. Ten jeszcze jeden ogromny, ale jakże potrzebny wysiłek, dałby nam trwanie na dekady, gdyż należy pamiętać że Hitler bez wsparcia Stalina nigdy nie uderzyłby na Polskę i to też trzeba sobie uświadomić)
Rozmowy w Rydze rozpoczęły się 21 września 1920 r. (czyli jeszcze przed Bitwą Niemeńską). Polska strona miała przy sobie bardzo silne karty negocjacyjne, podbudowane zwycięstwami na froncie, jednak wśród jej reprezentantów (głównie z opcji narodowej, socjalistycznej i ludowej) nie było wielu zwolenników koncepcji federacyjnej Marszałka Józefa Piłsudskiego, czyli istnienie państw Ukrainy i Białorusi jako buforów oddzielających nas od Moskowii było dla nich nieistotne, a granice powinny być jedynie tak daleko postawione na Wschodzie, żeby obejmowały żywioł polski i ukraiński lub białoruski zdolny do polonizacji. Totalna głupota a wręcz sabotaż. Jakim bowiem prawem mielibyśmy odmawiać czy to Ukraińcom czy Białorusinom czy Litwinom mówić w ich własnym języku jeśli tego zapragną? jakim prawem mielibyśmy ich polonizować na siłę? Tego nigdy nie było w historii Rzeczpospolitej, bo jeżeli dochodziło do polonizacji (a dochodziło), to była to zawsze polonizacja dobrowolna, wolny wybór mieszkających na tych ziemiach ludów, (często napływowych, jak np. Niemcy w Krakowie, czy Poznaniu, który bardzo szybko się polonizowali przyjmując polskie nazwiska i jedyne co trzymało ich jeszcze z tradycją niemiecką, to była religia - najczęściej kalwinizm lub luteranizm. Zresztą my mieliśmy swoje negatywne doświadczenia z germanizacją i rusyfikacją w czasie zaborów, kiedy zabraniano nam mówić po polsku nie tylko w urzędzie czy w szkole, ale również na ulicy. I co, teraz grupka zidiociałych politykierów, którzy mieli swoje chore wizje polonizacji, chciałaby tamte ludy zmusić do przyjęcia polskiej tradycji i polskiego języka na siłę? Ale tak właśnie było i wyznaczając granicę opierali się oni głównie na możliwościach spolonizowania tamtych ludów, dlatego też zbyt rozległe polskie granice na Wschodzie były dla nich nie do przyjęcia, ponieważ obawiali się że wówczas tamtego żywiołu nie uda się okiełznać, a stworzenie niepodległych państw Ukrainy i Białorusi w ogóle nie wchodziło w ich przypadku w rachubę (podobnie jak dzisiaj różnym politykerom z partii rządzącej wydaje się, że takie inwestycje jak Centralny Port Komunikacyjny, czy rozbudowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu jest nam niepotrzebna. Zróbmy tam sobie może park krajobrazowy i śpiewajmy kumbaya, w nieświadomości i głupocie oczekując kolejnego września 1939).
RUSYFIKACJA POD ZABORAMI
Tak więc, gdy stojąca pod ścianą delegacja sowiecka była gotowa w zamian za Ukrainę oddać nam praktycznie całą Białoruś aż do bramy smoleńskiej, to delegacja pod przewodnictwem pana Stanisława Grabskiego odmówiła, godząc się na znacznie mniejsze granice Polski na Wschodzie (istnieje też teoria, że sowieci tak naprawdę nie chcieli oddać nam tych terenów a to był zwykły blef lub nawet że takie zdanie w ogóle nie padło. No cóż historia to d***** którą każdy ciągnie w swoją stronę). Marszałek powiedział potem, że za cały ten traktat komuś w Polsce należałoby rozbić głupi łeb i że w tych granicach Polska nie przetrwa nawet jednego pokolenia. Bez komentarza.
17 marca 1921 roku sejm Rzeczypospolitej uchwalił Konstytucję nowo odrodzonego państwa. Polska w jej zapisach miała być Rzeczpospolitą, a władza zwierzchnia należała do narodu. Prezydent - reprezentujący władzę wykonawczą - wybierany był przez Zgromadzenie Narodowe (czyli połączone izby Sejmu i Senatu) na 7-letnią kadencję. Mianował rząd - który politycznie odpowiedzialny był przed Sejmem i był zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, oraz posiadał inicjatywę ustawodawczą. Parlament - w wyniku którego tworzył się rząd - wybierany był w pięcioprzymiotnikowych wyborach na pięcioletnią kadencję i posiadał kontrolę nad władzą wykonawczą. Prezydent mianował również sędziów, którzy w pełnieniu swej funkcji byli w pełni niezależni i podlegali jedynie ustawom tworzonym w Parlamencie. Konstytucja ta pozostawiała wiele do życzenia. W tamtym jednak czasie była spełnieniem marzeń milionów Polaków, wyczekujących Niepodległości, Wolności i Sprawiedliwości w nowej Polsce od pokoleń cierpiących w niewoli zaborów. Teraz wszystko miało być inne, lepsze, sprawiedliwsze, czystsze... Tak, marzenia swoje, a życie swoje i zawsze takie będą Rzeczypospolite, jakie my sami będziemy umieli je stworzyć. Ale Polska była wolna, wreszcie Wolna i Niepodległa, zdolna samodzielnie decydować o swoim losie. To było niesamowite że wreszcie po tylu dekadach, po 123 latach niewoli i 150 latach od czasu pierwszego rozbioru udało się odrodzić tę umęczoną i rozdartą kajdanami Ojczyznę, pokiereszowaną, poprzecinaną ale wreszcie niczym Feniks Zmartwychwstałą. I to było bogactwo na którym można było budować (może trochę nie w temacie ale przypomniał mi się komentarz Skippera z "Pingwinów z Madagaskaru", który stwierdził: "Spójrzcie na Rico, od razu widać że chłopak ma nierówno pod sufitem i to już jest coś, na czym można budować" 🤭😂), to była czysta karta którą można było zapisać i tak się właśnie działo. Ale wielu - w tym oczywiście przede wszystkim komunistom polskim - to państwo się nie podobało. Oni pragnęli państwa sowieckiego, państwa podległego Moskwie i całkowicie od niej zależnego (nawet jeśli osobiście komuniści polscy wierzyli że uda im się zachować jakąś tam niezależność, to wcześniejsze zależności były przez nich całkowicie akceptowane). Czyli powrót do tego co było pod zaborami, z tym tylko że teraz pozwolonoby polskim rabom na łudę niezależności. Dlatego też w moim przekonaniu były to szczury, które bezwzględnie należało zwalczyć, gdyż godziły one w bezpieczeństwo odrodzonego kraju i w marzenia milionów Polaków którzy żyli zarówno w tamtym czasie jak i tych, którzy nie doczekali Niepodległości. Tak więc o działaniach zarówno Policji jak i Wojska przeciwko tej ekspozyturze Moskwy w Polsce opowiem w kolejnych częściach.
CDN.
Po zakończeniu II Wojny Światowej i nastaniu sowieckiej okupacji Polski (oraz dużej części Europy), te szczury wróciły i teraz zajmowały różnego rodzaju funkcje w wojsku, administracji, polityce a przede wszystkim w partii, jednocześnie krwawo mordując i na każdym polu zwalczając wszystkich tych, którzy ośmieliby się mieć inne zdanie: