WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBIETY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOBIETY. Pokaż wszystkie posty

16 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. X



PROKONSUL
PUBLIUSZ SERWILIUSZ VATIA




CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. V



 Piraci byli "od zawsze" prawdziwym utrapieniem wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Ich ataki były niczym średniowieczne ataki Wikingów (choć na nieco mniejszą skalę). Napadali wybrzeża, mniejsze miasta i wsie, plądrowali, mordowali i oczywiście porywali lokalną ludność, zamieniając ją w niewolników i sprzedając z zyskiem na rynkach niewolniczych Morza Egejskiego (głównie na Delos). Działalność piratów wzrastała w chwilach politycznych anarchii i wojen, natomiast malała, gdy musieli się oni mierzyć z potężnymi flotami lokalnych (czy to greckich czy anatolijskich) miast i państw. Głównym ośrodkiem w którym piraci znajdowali schronienie, a nawet tworzyli tam swoje własne mini państwa, była na wschodzie Morza Śródziemnego górzysta kraina zwana Cylicją - leżąca na południowych rubieżach Anatolii. Natomiast głównym ośrodkiem piratów na zachodzie były wyspy Baleary. Istnienie takiego zjawiska jak piractwo, oczywiście do pewnego stopnia odpowiadało interesom Rzymian. Napędzali oni bowiem podaż na niewolniczą siłę roboczą, która wówczas coraz częściej nie nadążała już za popytem (dzisiaj taką podaż napędzają wielkie koncerny międzynarodowe, sprowadzające do krajów europejskich tanich pracowników z Azji i Afryki, generując tym samym czysty zysk, natomiast koszty i problemy z nimi związane pozostawiając na karbach lokalnej ludności). Ale z drugiej strony ataki na miasta sprzymierzeńców Rzymu, a także porwania rzymskich obywateli powodowały, że jednak coś z tym problemem należało uczynić. Piractwo na Zachodzie było znacznie mniej rozprzestrzenione, niż to na Wschodzie, gdyż punicka ludność Balearów była w ogromnej większości pokojowo nastawiona (składała się bowiem przeważnie z rolników i kupców którzy chcieli żyć w pokoju, ale nie dla wszystkich starczało tam ziemi i ci, którzy nie byli w stanie zająć się handlem ani też nie przejęli ziemi po swych rodzicach, podejmowali się rabunków jako piraci). Wyprawę wojenną przeciwko owym gimnesjanom (czyli nudystom jak zwali ich Grecy, jako że ludność Balearów ponoć lubiła chodzić bez odzienia. Zresztą sama nazwa wysp również ma greckie konotacje, odnosi się bowiem do Baleosa - przyjaciela Heraklesa, choć oczywiście punicka ludność zapewne zwała owe wyspy inaczej) przedsięwziął w roku 123 p.n.e. konsul Kwintus Cecyliusz Metellus (było to związane z chęcią przejęcia wysp i osadzenia tam rzymskich kolonistów i to ze względu na fakt, że Baleary cieszyły się niezwykle żyznymi terenami rolniczymi). 




Kronikarze tej wyprawy (Orozjusz i Florus) podkreślali niezwykłe barbarzyństwo mieszkańców wysp (mieli oni ponoć na łódkach podpływać do rzymskich okrętów i celować do nich z proc. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, a opis Orozjusza i Florusa przypomina zwykły propagandowy zabieg, pokazujący że ludność podbijanych wysp była po prostu barbarzyńska i należało ją czym prędzej ucywilizować. Przekaz ten przypomina mi od razu propagandowe enuncjacje Niemiec hitlerowskich o "18 dniowej kampanii" w Polsce w 1939 r. oraz o tym, że polscy ułani mieli z lancami i szablami nacierać na niemieckie czołgi. Te brednie powielali również Sowieci, a następnie uczono ich w komunistycznych szkołach w Polsce Ludowej. Jest to tak żałosne, że trudno nawet się nad tym dłużej pochylić, ale warto tutaj tylko dodać że polska kawaleria miała swoją taktykę w walce z czołgami i nie była to wcale szarża z lancami na czołgi. Po prostu w takiej konfrontacji żołnierze schodzili z koni, zajmowali pozycje strzeleckie i z dział przeciwpancernych lub broni {np. z niezwykle skutecznych i śmiercionośnych dla niemieckich czołgów karabinów Ur, które przebijały pancerze każdego niemieckiego czołgu, robiąc małą dziurkę z przodu i eksplodowały w środku zabijając całą załogę. Ponieważ jednak ta broń była tak śmiertelnie skuteczna, była jednocześnie tajna i to tak tajna, że tylko nieliczne jednostki miały ją na swoim wyposażeniu. Karabin przeciwpancerny Ur(ugwaj) był bez wątpienia najdoskonalszą tego typu bronią w ówczesnym świecie, choć niewiele różnił się od zwykłego karabinu żołnierza piechoty, był lekki, poręczny i łatwy w obsłudze, różnica polegała głównie na amunicji i spuście} ostrzeliwali te maszyny, niszcząc dziesiątki z nich - jak choćby w bitwie pod Mokrą. Nasi naukowcy i inżynierowie tamtej Polski stworzyli wspaniałą broń zarówno strzelecką jak i przeciwpancerną, mieliśmy znacznie lepsze czołgi od niemieckich {niemieckie były tylko szybsze nasze były lepiej opancerzone, miały obrotowe wieżyczki i były bardziej śmiercionośne} i lepsze samoloty bombowe, niestety problem polegał w ilościach, Niemcy mieli tego sprzętu - choć znacznie gorszego - dziesiątki, a nawet setki tysięcy, natomiast myśmy mieli co najwyżej setki lub tysiące. Oczywiście w dzisiejszych czasach niemieckie kłamstwo związane właśnie z szarżą z lancami na czołgi już przestało działać - przynajmniej w Polsce, ale od czasu do czasu jeszcze pojawia się tego typu brednia. Mieszkańcy Balearów również zostali w ten sposób zniesławieni, a ponieważ przegrali, to kłamstwo nie zostało podważone). Punici z Balearów stosowali taktykę wojny podjazdowej - "uderz i uciekaj", ale na dłuższą metę nie byli w stanie powstrzymać Rzymian, którzy już w roku 122 p.n.e. zdobyli wszystkie trzy wyspy Balearów, a Metellus osadził tam 20 000 swoich weteranów (wcześniej odbierając ziemię jej prawowitym mieszkańcom) w dwóch założonych przez siebie miastach: Palmy i Pollentii. Tak oto Baleary stały się częścią rzymskiej prowincji Hispania Citerior (Hiszpania Bliższa) a prefekta tych wysp mianował rzymski namiestnik tejże prowincji. W roku 121 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus odbył wspaniały triumf w Rzymie z powodu zajęcia wysp i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus" ("Balearyjski").


PUNICCY MIESZKAŃCY BALEARÓW



Natomiast na Wschodzie sytuacja wyglądała nieco inaczej. Cylicyjskie wybrzeże i pobliskie góry (gdzie można było szybko schować się w przypadku jakiegokolwiek ataku, czy to z lądu czy z morza) powodowały że walka z tamtejszymi grupami piratów była zawsze bardzo trudna. Stała się jeszcze trudniejsza, gdy w roku 143 p.n.e. lokalny watażka (były oficer w armii Seleucydów) Diodotos Tryfon założył tam nadmorskie miasto Koraksejon, które następnie zamienił w twierdzę. Stała się ona mekką piratów i wszelkich zbiegłych przestępców, niewolników którzy uciekli od swoich panów i wszystkich, którzy cierpieli z powodu wszelakich zniewag. Teraz jako morscy rabusie stali się "kimś", nie byli już pogardzanymi wyrzutkami i zniewolonymi sługami, teraz mogli sami decydować o życiu i śmierci innych. Tryfon w latach 142-139 p.n.e. podjął się kilkunastu wielkich i kilkudziesięciu mniejszych wypraw przeciwko miastom i wybrzeżom Hellady, Azji Mniejszej i Syrii (szczególnie wielkim echem w ówczesnym greckim świecie odbił się atak na miasto Berytos {dzisiejszy Bejrut} w 142 r. p.n.e. i uprowadzenie jego mieszkańców, których następnie sprzedano z zyskiem na Delos). Te ataki oraz bierność Seleucydów i Attalidów (co prawda Cylicja oficjalnie podlegała syryjskiemu władzwu Seleucydów, ale król Demetriusz II Nikator po niedawnym swym zwycięstwie w bitwie nad rzeką Oenoparos w 145 r. p.n.e. nad konkurentem do władzy Aleksandrem Balasem, nie był zainteresowany wplątaniem się w kolejny konflikt, tym bardziej że na wschodzie swego rozpadającego się Imperium, napierali na niego Partowie, odbierając mu ziemie i miasta. Natomiast władca Pergamonu - Attalos II zajęty był konfliktami na północy swego anatolijskiego Królestwa, głównie z Bitynią) spowodowały, że greckie miasta Morza Egejskiego zwróciły się o pomoc i ochronę do Rzymu. Senat w roku 140 p.n.e. wysłał poselstwo pod przewodnictwem Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego Młodszego (zdobywcy Kartaginy z roku 146 p.n.e.), aby ten wybadał sytuację. Scypion zrobił sobie tournee po Egipcie, Syrii, Rodos i Pergamonie, a następnie powrócił do Rzymu twierdząc że rzeczywiście problem piractwa na tych wodach występuje - i tyle (🧐). Rzymianie wówczas również nie podjęli żadnej zdecydowanej akcji przeciwko cylicyjskim piratom Diodotosa Tryfona.




Wreszcie w roku 138 p.n.e. następca Demetriusza Nikatora - Antioch VII Sidates wyprawił się do Cylicji i zdobył twierdzę Koraksejon (w jej obronie zapewne - bo co do tego nie ma pewności - zginął Diodotos Tryfon), jednak wcale nie poprawiło to położenia helleńskich polis na wybrzeżach Morza Egejskiego i Śródziemnego. Wręcz przeciwnie, wydawało się jakoby ataki piratów nawet się zwielokrotniły, gdyż teraz potworzyli oni szereg mini państewek, zarządzanych przez lokalnych watażków. Rzymianie zaś (po stłumieniu buntu Aristonika w Pergamonie w roku 130 p.n.e. który wybuchł gdy ostatni król Pergamonu - Attalos III w roku 133 p.n.e. zapisał swój kraj w testamencie Ludowi Rzymskiemu, wówczas to Aristonik - który podawał się za jego syna - zorganizował powstanie i stworzył na terenie zachodniej Anatolii swoje państwo, w którym wyzwalani masowo niewolnicy stanowili istotną część jego żołnierzy i poddanych) tak naprawdę przestali interesować się wschodnimi rubieżami Morza Śródziemnego, czego dowodem był fakt, że kompletnie zaniedbali rozbudowę i modernizację okrętów. Można wręcz powiedzieć że przez długi czas po roku 130 p.n.e. Rzymianie uznali, że flota wojenna przestała im już być potrzebna, nie było bowiem wielkich potęg które mogłyby rzucić wezwanie Rzymowi na morzu, a piraci byli niczym komary, kąsali, ale nie wyrządzali wielkich szkód, a poza tym dostarczali stałą liczbę nowych niewolników - która zasilała latyfundia nobilitas w Italii. Dopiero w ostatniej dekadzie II wieku p.n.e. zaczęto ponownie umacniać flotę, a było to właśnie związane z potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa we wschodnich rubieżach Morza Śródziemnego. Gdy w 105 r. p.n.e. piraci zaatakowali miasteczko Figalię w południowej Joni, niszcząc nawet (co zdarzało im się dosyć często, jako że największe skarby chowano w świątyniach) tamtejszą świątynię Artemidy Munichii i uprowadzili ze sobą zarówno ludzi wolnych jak i niewolników. Następnie ci sami piraci skierowali się przeciwko bogatemu miastu Efez, a wówczas z pomocą Efezejczykom przyszli mieszkańcy wyspy Astypalaia, którzy połączyli swoją flotę z flotą Efezu i rozbili piratów w bitwie morskiej. Schwytanych piratów uprowadzono na Astypalaję, gdzie okrutnie ich uśmiercano, natomiast ludność którą oni wcześniej wzięli w niewolę, uwolniono i opiekowano się nimi, przyjmując do swych domów i "zapewniając wszystko, co jest potrzebne do codziennego życia". W tym samym 105 r. p.n.e. Astypalaya (malutka wysepka na Morzu Egejskim) zawarła sojusz obronny z Rzymem, co również spowodowało że Rzymianie musieli wyłożyć pieniądze na odbudowę swej floty wojennej.




Na Wschodzie ataki piratów były tak częste, że w roku 103 p.n.e. rzymski namiestnik Macedonii - Gajusz Memmiusz zarządził specjalny podatek właśnie w celu ostatecznego rozprawienia się z piractwem. Ludzie chętnie się zrzucali i to nie tylko dlatego że był to obowiązkowy podatek, ale również dlatego, że cel był szczytny - bezpieczeństwo na wodach i uwolnienie się od ciągłego strachu atakiem morskich rozbójników. Tyle że... szybko okazało się że owe pieniądze gdzieś przepadły. Nie był to pierwszy taki przypadek jeśli chodzi o rzymskich namiestników, którzy pod różnymi pozorami starali się zapełnić swoją prywatną kabzę. Również w roku 106 p.n.e. konsul Kwintus Serwiliusz Cepion zdobył skarby pokonanego celtyckiego plemienia Tektosagów, które jednak dziwnym trafem zaginęły podczas transportu drugą lądową do Massalii (Marsylii). Senat zajął się tą sprawą (jak również sprawą Memmiusza) dopiero w roku 103 p.n.e. (Memmiusz oskarżał o nieprawidłowości przede wszystkim swego sekretarza Aristoklesa z Mesenii, choć Senat do końca nie dał temu wiary i w roku 102 p.n.e. został on odwołany z funkcji namiestnika Macedonii. Natomiast śledztwo w sprawie Cepiona nie jest do końca znane jeśli chodzi o werdykt, wiadomo tylko że żołnierze eskortujący złoto z Tolosy (Tuluzy) do Massalii zostali potajemnie zabici i wówczas Cepion miał przywłaszczyć sobie ten majątek - taki był akt oskarżenia). Tak więc wyprawa przeciwko piratom w roku 103 p.n.e. nie doszła do skutku. Część zrabowanych pieniędzy z podatku Memmiusza jednak odnaleziono i posłużyły one jako środki do sfinansowania kolejnej kampanii przeciwko piratom w roku 102 p.n.e. na której czele stanął Marek Antoniusz Retor (dziadek późniejszego triumwira). Ów propretor wylosował w zarząd prowincję Cylicję (a raczej tę jej część, która była wówczas pod zarządem Rzymu - Cylicję Pedias) i pośpieszył z Rzymu z nową flotą płynąc przez Grecję (Istm Koryncki). Nie śpieszyło mu się jednak zbytnio, gdyż w Atenach znalazł czas na dysputy filozoficzne z tamtejszymi wykładowcami Akademii i dopiero po ich zakończeniu ruszył dalej w drogę (w Atenach stał bowiem wcześniej inny rzymski wódz - Hirrus z częścią floty, a Antoniusz Retor tam się z nim połączył). Jeszcze w Atenach przybyły posiłki z Rodos, a w Side (głównym porcie rzymskiej Cylicji) dotarły okręty z Bizantion. Następnie rozpoczęto rajd po wybrzeżach Cylicji i Pamfili niszcząc lokalne bazy piratów, doszło nawet do jakiejś bitwy morskiej zakończonej zwycięstwem Rzymian i wspierających ich Greków (Cyceron twierdził, że w tej bitwie zginął brat jego babki, przyjaciel Antoniusza Retora - prefekt Marek Gratidius). Kampania ta zakończyła się sukcesem, pozbawiono piratów ich dotychczasowych siedzib i doprowadzono do chwilowego wytchnienia mieszkańców wysp i wybrzeży Anatolii, Hellady oraz Syrii. Problem tylko polegał na tym, że były to działania lokalne, które nie służyły systemowej likwidacji piractwa. Tak więc (co było naturalne) wkrótce po odpłynięciu Rzymian piractwo na tych wodach ponownie się odrodziło.




Marek Antoniusz Retor (który po powrocie do Rzymu w roku 101 p.n.e. odbył wspaniały triumf za zwycięstwo nad piratami), pełnił w Cylicji władzę propretorską (w niektórych źródłach można przeczytać prokonsularną, chociaż był pretorem w roku 103 p.n.e. a nie konsulem), choć kraina oficjalnie nie była rzymską prowincją (mam tutaj oczywiście na myśli wschodnią Cylicję). Jednak z powodu braku jakiegokolwiek sprzeciwu lokalnej ludności (a być może nawet za jej przyzwoleniem) automatycznie po tym roku stała się rzymską prowincją (chociaż oficjalny dokument w tej kwestii wydano dopiero za konsulatu Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e.). Za konsulatu Gajusza Mariusza i Lucjusza Waleriusza Flakusa Senat sporządził dokument "Lex de provinciis pretoriis" ("Prawo o prowincjach pretorskich") w którym jasno zadeklarowano że Cylicja jest prowincją pretorską, podległą rzymskiemu namiestnikowi Macedonii. W ustawie tej zadeklarowano również że konsulowie mają obowiązek wywierać presję na okolicznych władcach: "królu władającym wyspą Cypr, królu (...) Aleksandrii i Egipcie (...) panującego w Kyrene i do królów władających w Syrii (...) przyjaźń i przymierze (...), aby stwierdzić, że i oni powinni baczyć, by (...) pirat (...) ich królestwa (...) i że zadbają o to (...) że lud rzymski..." (większość tekstu mocno uszkodzona). Innymi słowy rzymscy konsulowie mieli mobilizować okolicznych królów do działań przeciwko piratom cylicyjskim i ochrony wybrzeży morskich wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Rzymianie jednak wkrótce potem zajęli się innymi sprawami, a okoliczni królowie dbali o bezpieczeństwo lokalnej ludności tylko wówczas, gdy było to zgodne z ich własnym interesem, tak więc piractwo na wodach cylicyjskich, na Morzu Egejskim i sporych obszarach Morza Śródziemnego szybko ponownie rozkwitło (tym bardziej że wkrótce potem sami Rzymianie zaczęli wspierać, a nawet dołączać do piratów, szczególnie gdy wybuchła wojna domowa i trwały walki pomiędzy optymatami i popularami, pokonana strona często musiała uciekać i również znajdowała schronienie w krainach rządzonych przez piratów). Co prawda Lucjusz Licyniusz Murena w roku 84 p.n.e. (pretor roku 88, wyznaczony rzymskim dowódcą w Azji właśnie w 84 r. p.n.e.) planował kolejną ekspedycję przeciwko piratom, złożoną z flot prowincjonalnych greckich miast Azji i wyznaczył nawet legata Aulusa Terencjusza Warrona na dowódcę tej eskadry, ale ostatecznie do jej utworzenia nie doszło (chociaż oczywiście pieniądze w podatkach na ten cel zostały przez Rzymian wymuszone, a co się potem z nimi stało? bogowie raczą wiedzieć 🥴).


ZANICETUS
("Zeus z Olimpu")



Wedle przekazu Plutarcha w tym czasie wodzowie piratów na swoich wyspach i zatokach (głównie w Cylicji) żyli niczym orientalni królowie. Ich skarbce były pełne złota i kosztowności, tworzyli swoje własne pirackie dwory, a także zakładali własne haremy z porwanych przez siebie kobiet. Jeśli uznamy że złoty wiek piractwa przypada na drugą połowę XVII i początek wieku XVIII, to jest to według mnie błąd, gdyż nie bierzemy pod uwagę właśnie tego okresu historii piratów - II i I wieku p.n.e. gdzie żyli oni niczym wschodni królowie. Doszło do tego, że bezkarnie nałożyli oni kontrybucję na 400 helleńskich miast Anatolii, Hellady i Syrii, bezkarnie łupili oni świątynie (co było jawnym świętokradztwem), a także porywali rzymskich obywateli (pojmano nawet dla okupu dwóch pretorów z liktorami na morskich szlakach Italii na Morzu Tyrreńskim). Wydaje się że właśnie ten ostatni atak skłonił wreszcie Rzymian do ponownego działania w kwestii likwidacji piractwa. Porwanie dwóch pretorów było tym języczkiem u wagi, która przeciążyła szalę i w roku 78 p.n.e. prokonsul Publiusz Serwiliusz Vatia został wyznaczony przez Senat na dowódcę floty, która miała zakończyć wszechwładzę piratów we wschodnich obszarach Morza Śródziemnego. Na tę wyprawę przeznaczono ogromne środki, wystawiono nową flotę, gdyż porwanie pretorów było jawnym policzkiem wymierzonym Rzymskiej Republice. Rzym nie mógł tego zbagatelizować, gdyż straciłby poważanie, dlatego też podjęto owe działania. Najpotężniejszym piratem w owym czasie był niejaki Zanicetus, który posiadał własną górską twierdzę piracką w pobliżu pasma gór Taurus, skąd widać było ponoć całą Licję, Pamfilię i Pizydię. Urządził się tam jak król, otoczony złotem, kobietami i licznymi piratami, którzy w nim właśnie widzieli swego wodza i okazję do szybkiego wzbogacenia się. Twierdzę swą nazwał Olimp (jako że była wykuta w skale, wysoko w nadmorskich górach), a sam siebie nazywał Zeusem. To właśnie tam najpierw skierował się Serwiliusz Vatia (tym bardziej że to właśnie ludzie Zanicetusa porwali owych pretorów). Doszło do bitwy morskiej, która zakończyła się zniszczeniem pirackiej floty, a następnie atakiem na twierdzę Olimp, która została zdobyta a Zanicetus spłonął wraz ze swymi ludźmi w zamkniętej komnacie (77 r. p.n.e.). Wojna z piratami jednak trwała dalej i tak w roku 76 p.n.e. Serwiliusz Vatia zdobył miasta Attalis i Korykos będące również siedzibami piractwa (nieopodal miasta Korykos leżącego na przylądku korykijskim w Cylicji Trachejskiej {zachodniej} znajduje się jaskinia w której ponoć rósł najlepszy krokus. Strabon pisał: "Jest to wielka okrągła jama, ze skalistym grzbietem położonym dookoła (...) Schodząc w dół, dociera się do podłogi, która jest nierówna i w większości skalista, ale pełna drzew krzewiastych, zarówno wiecznie zielonych, jak i tych, które są uprawiane. A wśród tych drzew rozsiane są również działki ziemi, które rodzą krokusy". W owej jaskini płynęła również rzeka o niezwykle czystej i jasnej toni, którą zwano Picrum Hydor {"Gorzka Woda"}. Nieopodal Korykos znajduje się wyspa Elaeussa, którą Rzymianie ofiarowali jednemu z wodzów Mitrydatesa VI Eupatora - Archelaosowi, który przeszedł na ich stronę po I wojnie z Pontem (89-85 p.n.e.). On również udzielił Serwiliuszowi Vatii wsparcia w walce z piratami z Korykos.




Cała Cylicja Trachea była naturalnie przystosowana do działalności pirackiej, a do ze względu na liczne zatoki (i tajne zakątki, gdzie można było się schować) oraz wysokie góry, za którymi swoje siedziby miały liczne plemiona posiadające spore pola uprawne. Były tam również liczne lasy, z których pochodziło drewno na budowę pirackich okrętów. Graniczną rzeką pomiędzy Cylicją Trachea a Cylicją Pedias była Larus. Głównym portem Cylicji Pedias (czyli tej oficjalnie rzymskiej, choć realnie Rzymianie przejmą tę prowincję dopiero w roku 64 p.n.e. wcześniej polegając na lokalnych watażkach, mających swoje własne oddziały wojskowe, które mogły zapewnić bezpieczeństwo w regionie, natomiast rzymscy prokuratorzy często byli wysłani bez wystarczającej liczby wojska, dlatego też utrzymanie tej prowincji we władzy lokalnych "książąt" było na rękę Rzymowi). Głównym portem tej krainy było miasto Soli (które notabene było jednak słabo zaludnione). Na północny-wschód od Soli znajdowało się piękne miasteczko Achialos (Anchialé) gdzie ponoć znajdował się grób Sardanapala (jest to literacka, grecka nazwa asyryjskiego władcy Aszurbanipala, który ponoć miał spłonąć w swym pałacu w chwili zdobycia go przez Chaldeczyków i Medów. Przynajmniej tak to zostało przedstawione w literaturze i sztuce, ale tak naprawdę Aszurbanipal nie zginął w ten sposób, a dopiero jego następca Szin-szariszkun - ostatni władca Asyrii władający z Niniwy, który spłonął w swym pałacu wraz z dworem i haremem po zdobyciu miasta przed Chaldejczyków pod wodzą księcia Nabuchodonozora - tartana armii babilońskiej i syna króla Nabopolasara w 612 r. p.n.e.). W owym miasteczku znajdować się miała również inskrypcja króla Sardanapala, która brzmiała: "Dobrze wiedząc, że jesteś z natury śmiertelny, wyolbrzymiaj pragnienia swego serca, rozkoszując się uciechami; nie ma dla ciebie żadnej przyjemności po śmierci. Bo ja również jestem prochem, chociaż panowałem nad wielkim Ninusem. Moje jest całe jedzenie, które zjadłem, i moje swobodne odpusty, i rozkosze miłości, którymi się cieszyłem; ale te liczne błogosławieństwa zostały w tyle. Dla śmiertelnych ludzi jest to mądra rada, jak żyć". Po rozprawieniu się z piratami miast Cylicji Trachea, w roku 75 p.n.e. Serwiliusz Vatia ruszył na wschód, przekroczył góry Taurus i rozpoczął kampanię przeciwko plemieniu Izaurów wspierającemu piratów, a po ich pokonaniu uznał kampanię za zakończoną i wrócił do Rzymu, gdzie jeszcze w tym samym roku odbył triumf. Nie był to jednak koniec piratów w tym regionie Morza Śródziemnego, a nawet doszło do tego, że na ich czele stanęła kobieta, córka byłego pirackiego wodza pokonanego przez Vatię, Ksenofanesa - Aba, która dodatkowo weszła do rodziny kapłanów Zeusa z Olbii zwanych Teukrami (kapłaństwo to było dziedziczne i wywodziło się ponoć od Ajasa, syna Teukra który założył tę świątynię), dzięki temu zdobyła prawne zabezpieczenie swojej pozycji, a dzięki działalności pirackiej zyskała wielki majątek. Nieoficjalnie była królową mórz, oficjalnie małżonką kapłana z Olbii, a gdy w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz został jednym z triumwirów i otrzymał w zarząd wschodnie prowincje Imperium Rzymskiego, Aba podporządkowała się jemu i Kleopatrze egipskiej.




 ANTONIUSZ I KLEOPATRA NAD NILEM 



Ponieważ jednak nie zaprzestała swego procederu, została usunięta (ok. 35 r. p.n.e.) ale władza nad Olbią i ziemiami które kontrolowała jako "królowa piratów" - pozostała w ręku jej potomków. Przejdźmy teraz jednak do działań kierowanych przeciwko piratom przez ojca owego triumwira Marka Antoniusza, Marka Antoniusza starszego (zwanego też potem "Kreteńskim").


ABA z OLBII
(Niekoronowana królowa piratów)


 
CDN.

13 września 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XVIII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. XIV






POWRÓT DO MANISY
Cz. II



 A teraz znów na moment przenieśmy się na północ, do Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdyż właśnie wówczas, z początkiem roku 1447 wielki książę Kazimierz Jagiellończyk rozpoczął przygotowania do wyjazdu do Krakowa i odbycia własnej koronacji. Pomimo faktu że urodził się w Krakowie, w Polsce, język polski był jego pierwszym językiem, a także czuł się Polakiem, to będąc już władcą Litwy od siedmiu lat, związał się z tym krajem znacznie silniej i zanim wyjechał, musiał zabezpieczyć Litwę na wypadek nieprzewidzianych ataków z zewnątrz. W lipcu roku 1445 w bitwie pod Suzdalem poniósł klęskę i dostał się do niewoli Tatarów z Chanatu Kazańskiego wielki książę moskiewski Wasyl II. Moskiewski stolec objął wówczas jego konkurent polityczny, władca Uglicza - Dymitr Szemjaka. Wasyl jednak zebrał olbrzymią sumę na okup za siebie i już w październiku 1445 r. został przez Tatarów uwolniony, a następnie odzyskał Moskwę. W tym czasie 7000 oddział litewski urządził wypad w rejon Kaługi, zmuszając to miasto do zapłacenia okupu, jednocześnie był to ostatni epizod trwającej od 1442 r. wojny litewsko-moskiewskiej (chociaż pokój zawarty został dopiero w roku 1449). Jednak w lutym 1446 r. Wasyl został schwytany przez ludzi Dymitra Szemjaki w soborze sergiuszowskim (Ławra Trójcy Świętej) pod Moskwą, a następnie oskarżony o sprzyjanie Tatarom (zapytano się go: "Dlaczego tak kochasz Tatarów, że oddajesz im ruskie miasta na pożogę i zniszczenie, dlaczego tak cenisz pogan, że oddajesz im chrześcijańskiej ziemie?"). Następnie Wasyl został oślepiony z rozkazu Dymitra Szemjaki z zemsty za utratę jednego oka przez brata Dymitra - Wasyla Kosoja (notabene Kosoj sam sobie wyłupał oko, ale działo się to w trakcie walk z Wasylem II więc on został o to oskarżony), a następnie wysłany wraz z żoną do jednego z klasztorów, gdzie miał dokończyć żywota, zaś Dymitr Szemjaka w lutym 1446 r. został już oficjalnie wielkim księciem moskiewskim. Kazimierz Jagiellończyk uznał jednak ten właśnie moment za dogodny, aby wtrącić się w wewnętrzne sprawy Wielkiego Księstwa Moskiewskiego i zaoferował pomoc obalonemu Wasylowi II (na Litwie organizowano zaciągi dla owego kniazia). Zwolennicy Wasyla złożyli przysięgę obalonemu kniaziowi i w lutym 1447 r. przywrócili go na moskiewski stolec. To całkowicie zmieniło dotychczasową politykę Kazimierza względem Wasyla i tak już 20 lutego 1447 r w Wilnie przyjął on hołd lenny od władcy księst nowosilskiego i odojewskiego nad Oką - Fedora Lwowicza, który miał zabezpieczać granice Litwy przed ewentualnym atakiem Wasyla moskiewskiego. 




Kazimierz - jeszcze przed wyjazdem z Wilna - nadał też bojarom litewskim (2 maja 1447 r.) wszystkie przywileje szlachty polskiej, a przede wszystkim przywilej bezpieczeństwa osobistego, który gwarantował litewskim bojarom iż nie mogą zostać uwięzieni, ani też ich majątek nie może zostać skonfiskowany, dopóki wcześniej sądownie nie udowodni im się winy (prawo "Neminem Captivabimus..." wprowadzone zostało w Koronie Królestwa Polskiego już w roku 1425, ale weszło w życie dopiero w 1430, aczkolwiek po raz pierwszy skutecznie zostało zastosowane w roku 1427 w czasie oskarżenia królowej Sonki o cudzołóstwo. To właśnie wówczas Władysław II Jagiełło zwolnił przebywającego w lochu rycerza Hińczę z Rogowa - oskarżonego o intymne kontakty z królową - właśnie na mocy tego prawa, które tak naprawdę jeszcze wówczas nie weszło w życie, czyli była to królewska dobra wola aby ostatecznie oczyścić królową Sonkę i wszystkich którzy byli w to zaangażowani z zarzutów zdrady). Teraz tym samym prawem mogli cieszyć się bojarzy litewscy. Dodatkowo Kazimierz zniósł również odpowiedzialność zbiorową w sprawach karnych (z wyjątkiem zarzutu zdrady stanu), zwolnił poddanych bojarów z wszelkich opłat na rzecz wielkiego księcia (czyli siebie samego), a także zezwolił bojarom opuszczać Wielkie Księstwo czy to dla szukania sławy rycerskiej, czy też dla zdobywania wiedzy. Kazimierz bowiem pragnął pozostawić po sobie dobrą pamięć wśród Litwinów i uniemożliwić im podjęcie jakichkolwiek prób wyboru innego niż on władcy na wielkoksiążęcy stolec w Wilnie. Następnie Kazimierz Jagiellończyk opuścił Wilno i udał się na swą koronację do Krakowa.




Oczywiście przyjazd nowego króla musiał być odpowiednio przywitany, zatem królowa-matka Zofia (Sonka) Holszańska powitała syna w Sandomierzu, a w Nowym Mieście Korczynie (nieopodal Krakowa) spotkał się Kazimierz z biskupem krakowskim Zbigniewem Oleśnickim i wojewodą Janem Tęczyńskim. 23 czerwca 1447 r. Kazimierz uroczyście wjechał do Krakowa, witany wszędzie radosnymi okrzykami i wiwatami swych przyszłych poddanych (wcześniej jeszcze, przed bramami krakowskiego grodu spotkał się z prymasem Wincentem Kotem i innymi biskupami Korony, a także władzami Akademii Krakowskiej). Król najpierw udał się do Katedry Wawelskiej (którą następnie hojnie obdarował), gdzie modlił się wraz z poddanymi w intencji pomyślności swego panowania. Towarzyszyła mu tam matka, która ledwie co mogła ukryć radość z powodu powrotu syna do kraju i jego koronacji. Nad drugi dzień (24 czerwca) zjechali się do Krakowa książęta mazowieccy - Bolesław i Władysław, oraz czterech książąt śląskich. W orszaku króla z Litwy przybyli zaś stryj Kazimierza - Świdrygiełło, wujowie ze strony matki - Wasyl Krasny Drucki i Jurij Diemianowicz Holszański, a także krewny ojca - Wasyl Olelkowicz - książę kijowski. Sama koronacja królewska odbyła się 25 czerwca, a dokonał jej biskup gnieźnieński i prymas Polski - Wincenty Kot. Obecni byli także biskupi krakowski, włocławski, płocki i kamieniecki, a także arcybiskup Lwowa. W czasie tej koronacji po raz pierwszy pewne funkcje w otoczeniu monarchy pełnili także ludzie świeccy, jak choćby kasztelan krakowski który trzymał koronę na złotej tacy, wojewoda krakowski trzymał berło, wojewoda poznański królewskie jabłko, a wojewoda sandomierski Szczerbiec - miecz koronacyjny królów polskich (legenda głosi że jego wyszczerbienie wzięło się od uderzenia nim w Złotą Bramę kijowską przez króla - choć jeszcze nie koronowanego - Bolesława I Chrobrego w roku 1018, ale jest to tylko piękna legenda, tak naprawdę ów miecz powstał znacznie później). Ceremonia przebiegła wyśmienicie, aczkolwiek astrolodzy stwierdzili że koniunkcja planet jest niesprzyjająca i że koronacja odbyła się w "złym dniu", ale tego już nie można było cofnąć (😉). Kazimierz - nowy król Polski (w chwili koronacji miał 20 lat, jego matka zaś około 40) - spędzał teraz kolejne dni praktycznie jedynie w towarzystwie matki. Wspólnie wyjeżdżali na przejażdżki i na polowania i w ogóle spędzali w swoim towarzystwie mnóstwo czasu. Ale Kazimierz musiał wracać do Wilna, i tak też się stało w kilka tygodni po jego koronacji, ponownie opuścił matkę, Kraków i swoich polskich poddanych (Sonka powiedziała że wkrótce odwiedzi go w Wilnie, aczkolwiek nie lubiła tam jeździć - chociaż z pochodzenia była Litwinką. Być może głównym powodem tej niechęci był fakt, że w Wilnie trudno jej było utrzymać ogromny dwór jaki posiadała i jaki ze sobą wszędzie zabierała).


KRÓLOWA-MATKA 
ZOFIA (SONKA) HOLSZAŃSKA





A tymczasem (jak już wspominałem w poprzedniej części) w Dimotyce (czyli już po europejskiej stronie cieśnin dardanelskich) niewolnica imieniem Gulbahar (najprawdopodobniej była chrześcijanką z Albanii, a potem już jako niewolnica i konkubina następcy tronu Mehmeda Celebiego musiała przyjąć islam) w grudniu 1447 r. powiła syna, któremu następnie nadano imię Bajazyd (na cześć pradziada Mehmeda - Bajazyda I Błyskawicy). Skoro już zimą 1447 r. (czyli w roku po oddaniu władzy w ręce swego ojca Murada II) Mehmed Celebi przebywał po europejskiej stronie cieśnin, to znaczy że ojciec wydał mu taki rozkaz (sam z pewnością nie opuściłby Manisy, narażając się na gniew sułtana). Rzeczywiście, Murad przygotowywał się do kolejnej wyprawy (po rozbiciu Związku Peloponeskiego w latach 1446-47 i ponownemu podporządkowaniu sobie Attyki, Tebajdy, Lokrydy i oczywiście z samego Peloponezu - rządzonego przez Konstantyna Paleologa, o czym pisałem już w poprzedniej części), tym razem przeciwko Albanii, w której coraz większe postępy czynił Jerzy Kastriota z Amathii - dawny poddany a nawet osmański żołnierz, teraz zwany Skanderbegiem - przywódcą i ojcem wszystkich Albańczyków, który za punkt honoru postawił sobie wypędzenie Osmanów ze swych rodzinnych ziem). Prawdopodobnie obecność Mehmeda w Dimotyce była związana z transportem miedzi i cyny oraz ludwisarzy z Anatolii, których nakazał mu ściągnąć ojciec do spodziewanej kampanii albańskiej, ale zapewne już latem 1448 r. Mehmed Celebi ( wraz ze swoją ukochaną, matką jego syna) powrócił do Manisy. Ale w tym właśnie czasie pojawiło się inne niebezpieczeństwo - północne. Odżyły bowiem Węgry, które teraz pragnęły pomścić klęskę, zadaną im cztery lata wcześniej przez Osmanów pod Warną, i na tym właśnie musiał skupić się sułtan Murad.




Fryderyk III Habsburg, król Niemiec i książę Styrii, Karyntii i Karnioli w dalszym ciągu nie zezwalał na wyjazd 8-letniego wówczas Władysława Pogrobowca na Węgry, aby tam mógł wreszcie zasiąść na tronie (gdzie oczekiwano jego przybycia w coraz większą determinacją i niepokojem). Od Sejmu z roku 1446 pełna regencja w czasie nieobecności króla w kraju, została skupiona w rękach wielkiego magnata Jana Hunyady'ego, który już w roku 1447 zapewnił sobie prawo wyłącznego administrowania dochodami królewskimi i ściągania dochodów królewskich. Wszystko bowiem teraz było postawione w kierunku odtworzenia armii i pomszczenia klęski warneńskiej i rzeczywiście, uniezależniając się (a przede wszystkim finansowanie nowej armii) od kaprysów wielkich baronów, Hunyady stworzył potężną armię zaciężną, złożoną w ogromnej większości z Polaków, Czechów i Niemców, natomiast Węgrów było tam niewielu. Od kierowania tą armią odsunął również magnatów węgierskich, a ułatwiała mu to deklaracja złożona jeszcze na Sejmie roku 1446, iż sam ma dbać o finansowanie armii i obronę państwa. Oczywiście oprócz silnego wojska warto również mieć sojuszników, i o to też starał się Jan Hunyady, ale na tym polu nie odniósł większych sukcesów (Europa była zmęczona kolejnymi nawoływaniami do odepchnięcia zagrożenia osmańskiego, a także przerażona konsekwencjami, jakie chociażby przyniosła Warna). Jako swego sojusznika widział Hunyady despotasa Serbii Jerzego Brankovicia (ojca sułtanki Mary), tym bardziej że w tym właśnie czasie zaręczył on swego syna Władysława Hunyady'ego z wnuczką Brankovicia - Elżbietą, ale wsparcia nie uzyskał. Na jego apel o wspólną wyprawę krzyżową przeciw Osmanów, Branković odpowiedział już nie dysponuje odpowiednimi siłami, a jak sądzi również Hunyady nie dysponuje wojskiem zdolnym oprzeć się potędze Murada II, dlatego lepiej nie drażnić lwa, bo konsekwencje mogą być tragiczne (Branković obawiał się, że jeśli zerwie dobry układ jaki obecnie ma z Muradem, to ponownie utraci Serbię, a tego nie chciał; tym bardziej że był już stary i wolał stabilizację niż ciągłe ucieczki i szukanie nowych sojuszników oraz walki o odzyskanie dawnego władztwa. Po co walczyć, skoro można na stare lata grzać zreumatyzowane stopy przy kominku 🥴).




Signora również odrzuciła apel Hunyady'ego o przyłączenie się do krucjaty anty-osmańskiej. Wenecja niedawno przecież zawarła dobry układ polityczno-handlowy z Muradem (o czym pisałem w poprzednich częściach), po co więc miałaby teraz psuć sobie dogodną umowę handlową jakąś zawarła, tylko żeby znowu przelewać krew w niepewnej wojnie. Zdeterminowany Jan Hunyady pisał listy nawet do Alfonsa V - króla Aragonii, Sycylii i Neapolu (w tym ostatnim kraju panował jako Alfons I). Ten, chociaż wspierał finansowo i politycznie Skanderbega w Albanii, to jednak sam nie zamierzał angażować się w krucjatę anty-osmańską. Pozostał jeszcze autorytet papieża, a w marcu 1447 r. nowym papieżem (po śmierci z końcem lutego Eugeniusza IV) został wybrany na konklawe Toskańczyk - 50-letni Tomasso Parentucelli/Mikołaj V, który kapelusz kardynalski otrzymał zaledwie trzy miesiące przed swym wyborem na papieża. O ile Eugeniusz IV zamierzał przywrócić majestat papiestwa oraz jego potęgę (między innymi dlatego angażował się w wyprawę Władysława Jagiellończyka przeciwko Osmanom) o tyle Mikołaj V nie był człowiekiem miecza, a raczej humanistą rozmiłowanym w pięknie antyku i jego twórcach. Od walk w obronie wiary Chrystusowej, wolał zacisze własnych komnat, gdzie wertował dzieła Cycerona, Seneki czy Wergiliusza; A poza tym na własnym podwórku w samym Rzymie miał wiele innych problemów (jak choćby konflikt z królem Aragonii Alfonsem V, gdzie wojska neapolitańskie praktycznie stały pod Rzymem, a także problem wewnętrzny z niejakim Stefano Porcaro - republikaninem który nawoływał lud do wygnania papieży z Rzymu i odnowienia Republiki Rzymskiej). Papież więc również nie zamierzał przyjść z pomocą Hunyady'emu. Nowy papież oczywiście twierdził że jak najbardziej popiera szczytną misję wyprawy krzyżowej przeciwko niewiernym Osmanom i ogłasza dyspensę dla wszystkich, którzy wezmą w niej udział, a także Marcin V nadał Hunyady'emu tytułu księcia, ale poza tym nie było żadnego wsparcia, nawet finansowego. W swym gorzkim liście, jaki wówczas Hunyady napisał do papieża, twierdził że jeśli ma zasłużyć na miano księcia Stolicy Piotrowej, to musi uzyskać realne wsparcie w walce z niewiernymi, bo inaczej ów tytuł nic nie znaczy, odpowiedzi nie było.




Mimo to w połowie września 1448 r. Hunyady postanowił rozpocząć nową wojnę z Osmanami (z 8 września datowany jest jeszcze jego list do papieża Marcina V, gdy stał w Kovinie nad Dunajem naprzeciw Belgradu. Despotes Serbii Jerzy Branković już wcześniej ostrzegł sułtana Murada że do takiej inwazji dojdzie (wolał bowiem się ubezpieczyć i na wypadek gdyby - jak sądził - Turcy znów okazali się zwycięzcy, to jego czyn zostałby uznany przez sułtana za przyjacielski, a co za tym idzie, zdobyłby sobie względy Murada i utrzymał władzę). Wojsko Hunyady'ego (złożone głównie z Polaków, Czechów i Niemców w liczbie ponad 24 000 żołnierzy piechoty i jakiś 7000 jazdy) wkroczyło do Serbii, którą traktowano jak kraj nieprzyjacielski, przez co łupiono i palono wsie oraz miasteczka. Po drodze dołączyło jakieś 8000 zbrojnych, wysłanych przez hospodara Wołoszczyzny  -Władysława II. 17 października 1448 r. (po trzech tygodniach od wymarszu) rozłożył się Hunyady obozem na Kosowym Polu w Serbii, gdyż tam właśnie drogę zastąpił mu ze swą armią Murad II (Kosowe Pole zostało zapewne celowo wybrane przez Turków jako miejsce bitwy, gdyż w 1389 Turcy rozbili tam wojska serbskie, czyniąc z Serbii poddaną sobie ziemię). Teraz obie strony szykowały się do ostatecznej bitwy.


CDN.
 

08 września 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. III

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. III






RODZINA
(608-668)
Cz. III



 Po pierwszym objawieniu jakiego doznał Mahomet w grocie góry Al-Hira (późniejsze pokolenia muzułmanów nazwały ten dzień - 27 dzień ramadanu w oficjalnym kalendarzu arabskim - "Dniem Przeznaczenia"), pojawiły się kolejne wizje. Mahomet doświadczał wciąż tego samego, jakaś dziwna (a nawet i przerażająca) postać, kazała mu recytować coś, co wyglądało na nowe przykazania. Po każdym takim doświadczeniu Mahomet był przerażony i sądził że popadł w obłęd. Z tego stanu zaś wyprowadzała go jego małżonka Khadijah (odtąd będę używał spolszczonej nazwy jej imienia - Chadidża), która konsekwentnie przekonywała go, że wcale nie popadł w obłęd a wręcz przeciwnie, stał się wybrańcem i nowym prorokiem, a w zasadzie pierwszym i jedynym prorokiem arabskim. Arabowie bowiem dotąd żyli jakby na uboczu całego cywilizowanego świata, trudniąc się głównie handlem (w tym również handlem niewolnikami), a poza tym sami rozbici byli na szereg mniejszych i większych plemion, które non stop toczyły ze sobą walki podjazdowe. Najświętsze miejsce Arabów mieściło się wówczas w Mekce (czyli w mieście w którym żył Mahomet ze swą małżonką), w sanktuarium Al-Kaba, gdzie znajdował się czarny kamień Hadżar - który według legendy spadł z nieba. Wokół niego Arabowie układali figurki swoich bożków. Teraz Chadidża zaczęła przekonywać Mahometa, aby ten wyszedł do ludzi i zaczął głosić im "wolę Boga" jaką otrzymał w wyniku swoich wizji. Mahomet jednak obawiał się że może zostać przez nich odebrany jako szaleniec, albo jako ktoś, kto próbuje podważyć dotychczasowe kulty. Dwa lata zmagał się z tymi myślami i ostatecznie dopiero w 612 r. po raz pierwszy zaczął głosić to, co według niego i Chadidży przekazał mu "Archanioł Gabriel".

Pierwszą osobą która usłyszała nauki wypowiadane przez Mahometa (nie licząc Chadidży), był jej kuzyn, chrześcijanin o imieniu Waraka Ibn Naufal. On również uznał, że wizje jakich doświadczał Mahomet, są wizjami zesłanymi bezpośrednio przez Boga. Mahomet zaczął więc głosić na placach Mekki iż: wszechpotężny Bóg który stworzył ludzi "z grudki zakrzepłej krwi", będzie sądził wszystkich wedle ich uczynków. Wszyscy winni są posłuszeństwo i wierność Bogu (a jak wspominałem w poprzedniej części, dla Arabów na określenie Bóg jest tylko jedno słowo - Allah), grzesznicy i ci, którzy nie podporządkują się woli Boga, zostaną wtrąceni w czeluście piekielne, ci zaś sprawiedliwi, którzy pójdą ścieżką wyznaczoną przez Mahometa, dostąpią najwspanialszych niebiańskich rozkoszy po śmierci w Raju. Bogu należy się podporządkować bezwzględnie, Boga należy się bać i wielbić go, wznosząc ku niemu modlitwy - tak głosił swe nauki Mahomet, nowy prorok arabskiego świata. Co ciekawe Allah ma ponoć około 100 imion, a są one najróżniejsze i oddają jego wielkość oraz potęgę. Tylko brakuje wśród nich jednej kluczowej nazwy, którą chociażby głosił Jezus Chrystus gdy w swoim czasie przemierzał Palestynę, a mianowicie w islamie nigdzie nie spotkamy stwierdzenia że Bóg jest Miłością - co według mnie jest kluczowe w tej kwestii i jasno pokazuje, że istota, którą spotkał Mahomet na górze Al-Hira, nie była tą samą, która przybyła tutaj w ramach programu "Syna Człowieczego" (jeśli można nazwać to w tak kolokwialny sposób).




Stało się tak, jak podejrzewał wcześniej Mahomet. W czasie tych jego nauk na ulicach Mekki zdołał realnie przekonać do siebie niewielu mieszkańców tego miasta (wśród nich był jego kuzyn Ali Ibn Abi Talib, przyjaciel Abu Bakr, oraz młody kupiec Osman z majętnego rodu Umajadów). Co ciekawe i co ponownie wystąpiło jak w czasach Jezusa i rodzącego się chrześcijaństwa to fakt, że nauki Mahometa głównie docierały do najuboższych i najbardziej wyzyskiwanych przedstawicieli społeczeństwa arabskiego (może to dziwić ale w tych pierwszych latach jego nauk, wśród nowych wyznawców wiary mahometańskiej dominowały kobiety, mężczyzn było znacznie mniej). Największą zaś niechęć do nowej religii wykazywali bogaci kupcy oraz ci, którzy widzieli w Mahomecie niebezpiecznego podżegacza wewnętrznych waśni religijnych. Nic też w tym dziwnego, Mahomet głosił bowiem iż gromadzenie bogactwa nie jest miłe Bogu i należy żyć skromnie. Poza tym Mahomet wcale nie uważał siebie za twórcę nowej religii, wręcz przeciwnie - twierdził otwarcie iż głosi prawdę objawioną od początku stworzenia świata i głosi ją Arabom, którzy dotąd nie mieli swego proroka. Głosił też że należy zbudować społeczeństwo sprawiedliwe, gdzie nie będzie wyzysku, a słabi i bezbronni będą traktowani z szacunkiem. Przestrzegał również plemię Kurajszytów (z którego zresztą sam się wywodził) a którego głównym ośrodkiem była Mekka, że jeśli się nie zmieni, to upadnie, podobnie jak upadały wcześniej inne większe i mniejsze królestwa oraz imperia. Nawoływanie do ubóstwa (lub co najmniej do dobrego traktowania sług i ludzi biednych), nie mogło podobać się wielkim przedsiębiorcom, za jakich uważali się arabscy kupcy handlujący zarówno z Bizancjum jak i z Persami. Ten człowiek stał się więc dla nich niebezpiecznym wichrzycielem.

Mahomet cały czas doświadczał też kolejnych objawień (sura po surze) i potem recytował je rozdziałami, razem wzięte otrzymały nazwę "kuran" (co po arabsku znaczy "recytować"). Owe objawienia (jak już wspominałem) były dla niego traumatycznym przeżyciem. Gdy się zbliżały czuł bowiem dreszcze na całym ciele, występowała obfita potliwość, a on czuł że jego ciało jest jakby dociskane do ściany, podłogi lub łoża, szczególnie zaś szyja. Wyrobiło to jednak w Mahomecie przekonanie przed całkowitą podległością wobec Boga. Człowiek w oczach Boga jest niczym i dopiero musi zasłużyć swymi uczynkami oraz bezgraniczną wiarą i modlitwą na życie wieczne w Raju. Aby to wprowadzić w życie, należy więc jak najczęściej modlić się do Boga (Mahomet twierdził że oddawać cześć Bogu należy trzy razy dziennie), ale nawet nie to stało się nie do zaakceptowania dla większości majętnych Kurajszytów. Tym co szczególnie ich wzburzyło, to była forma poddaństwa, bowiem w trakcie modlitwy człowiek powinien uklęknąć i oddawać Bogu cześć tak, jak niewolnik oddaje cześć swemu panu - na kolanach i z głową przy ziemi. To była zupełna nowość w społeczeństwie arabskim, bowiem Arabowie żyli wcześniej w większej lub mniejszej wolności. Nie akceptowali monarchii, zaś ich główni bogowie (szczególnie zaś boginie, jak: Manat, Al-Lat i Al-Uzza) nie wymagali dla siebie tak uniżonej podległości. To również rodziło niechęć i wrogość do nauk Mahometa. Bogaci kupcy (do których należał też Abu Talib - stryj Mahometa, który przygarnął go po śmierci jego rodziców) zaczęli odwiedzać dom stryja jego i tam skarżyli się na postępowanie Mahometa, mówiąc: "Abu Talibie, twój bratanek przeklął naszych bogów, znieważył naszą religię, wyśmiał nasz styl życia i oskarżył naszych przodków, że byli w błędzie". Prosili więc Abu Taliba aby wpłynął na Mahometa, bo tak dalej być nie może, a jeśli nic się nie zmieni, to nowemu prorokowi może stać się coś złego.




Nie wiadomo czy stryj starał się wpłynąć na swego bratanka, wiadomo zaś że Abu Talib zmarł w 619 r. W tym samym także roku swe życie zakończyła żona Mahometa - Chadidża. Mahomet zaś nie przestawał głosić swej wiary. Swych wyznawców (których nie było wielu - jak wcześniej wspominałem) nazwał muslimun (co znaczy "poddani", "podporządkowani" woli Boga), a swą religię zwał islam czyli "poddanie się Bogu"). Wprowadził trzy razy dzienną modlitwę rytualną, zwaną salat (potem liczbę owych modlitw zwiększono do pięciu w ciągu dnia). Nakazał też część swych dochodów oddawać biednym w formie jałmużny (zakat), a także pościć w trakcie ramadanu aby bogacze (których stać na wiele) w ten czas pamiętali o ubogich, którzy nie mogą sobie pozwolić na codzienną strawę. Twierdził też, że celem każdego człowieka (prócz codziennego wielbienia Boga podczas modlitw, całkowitego posłuszeństwa Jego woli, oraz jałmużny na biednych) ma być stworzenie społeczeństwa sprawiedliwego - wspólnoty muzułmanów (umma). Mahomet zaś nie skupiał się na kwestiach teologicznych, twierdził wręcz że nie mają znaczenia spory doktrynalne na temat istoty Boga (zanna). Wiadomo że Bóg jest jeden, stworzył świat i wszystko dookoła, jest wszechmocny i należy być Mu całkowicie posłusznym. Przede wszystkim dla Mahometa liczył się czyn w powiększaniu wspólnoty muzułmanów (czyli dżihad), a wszelkie kwestie doktrynalne uważał za bezwartościowe, a tym samym nie warte czasu i uwagi dobrego muzułmanina.

Zupełnie inaczej w tym samym czasie sytuacja wyglądała w świecie chrześcijańskim. Tam rósł bowiem konflikt pomiędzy Kościołem Wschodnim i Zachodnim nie tylko w kwestiach doktrynalnych, ale również w kwestii podejścia do systemu sprawowania władzy. Rzymscy papieże nie akceptowali cezaropapizmu - wyrosłego jeszcze na gruncie kultury hellenistycznej (której resztek Kościół Zachodni już dawno się pozbył). W świecie zachodnim najważniejsza była pozycja papieża, jako przywódcy całego chrześcijaństwa (stąd tak modne tam były słowa, wypowiedziane jeszcze w 347 r. przez Donata - biskupa Kartaginy, które brzmiały: "Co cesarzowi do Kościoła" {"Guid est imperatori cum Ecclesia"}). Natomiast na Wschodzie pozycja cesarza całkowicie górowała nad władzą biskupów wschodnich diecezji, czy to Konstantynopola, czy Aleksandrii, czy Antiochii, czy też Jerozolimy. Na Zachodzie zaś nie akceptowano, a nawet nie rozumiano władzy świeckiej ponad duchową i niezwykle mocno akcentowano tam słowa, które jeszcze w 356 r. w swym liście do cesarza Konstancjusza II streścił biskup Kordoby - Hozjusz: "Nie wtrącaj się w sprawy kościelne i nie wydawaj rozkazów w tym zakresie, lecz raczej od nas ucz się tych rzeczy (...) Napisano bowiem: oddajcie więc cezarowi co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga. Wtedy ani nam nie wolno rządzić sprawami świeckimi, ani Ty, cesarzu, nie masz prawa składania ofiary kadzielnej. Piszę zaś te słowa w trosce o Twoje zbawienie..."




Poza tym w czasach Herakliusza i... Mahometa, a szczególnie po zakończeniu wojny z Persami (628 r.), odżył w świecie wschodniorzymskim dawny spór dotyczący monofizytyzmu. Twórcą idei monofizytyzmu był opat Eutyches, który w 446 r. wypowiedział po raz pierwszy słowa: "Uznaję że nasz pan przed złączeniem posiadał dwie natury, ale po zjednoczeniu uznaję tylko jedną naturę" (stąd z greckiego "mia fisis" - czyli "jedna natura", wzięła się nazwa monofizytów). Chodziło tutaj oczywiście o spór o naturę Chrystusa, czy posiadał On w sobie zarówno boską jak i ludzką istotę. Eutyches twierdził więc że Nauczyciel miał w sobie jedną bosko-ludzką naturę, a nie zarówno boską jak i ludzką (patrząc na to jak ja widziałbym ów spór, to według mnie nie ma tu chyba zbytnich różnic. Chrystus urodził się na Ziemi, na naszej planecie, był więc człowiekiem z krwi i kości. Ale Jego duch nie pochodził z Ziemi - to znaczy nie inkarnował na Ziemi. Był to duch wyższej formy bytu, ale... do jego pobudzenia Jezus musiał dojrzeć i zapewne nie przyszło Mu to ani łatwo, ani też nie stało się szybko. Chrystus musiał więc na nowo poznać po co się urodził, jaka jest Jego misja i co musi uczynić. Natomiast z chwilą uświadamiania sobie tej wiedzy - którą zapomniał w chwili narodzin na tej planecie - rosła również Jego ludzka forma natury, czego przykładem były chociażby cuda które czynił, tak jak np. wskrzeszenie Łazarza. Pisałem już kiedyś w innym temacie że choćby Tjehooba {a Mistrz był przedstawicielem tego gatunku ludzkiego bytu we Wszechświecie}, potrafią wskrzeszać zmarłych. Oczywiście do pewnego stopnia, w zależności od tego, ile czasu upłynęło od zgonu). Natomiast w tamtym czasie spór o naturę Chrystusa był sporem niezwykle istotnym, dlatego też bardzo szybko potoczyły się wydarzenia które ciągnęły się aż do czasów Herakliusza, a mianowicie już w 447 r. Teodoret z Cyru opublikował rozprawę pt.: "Żebrak", w której ostro krytykował wyznanie Eutychesa. Tak też rozpoczął się spór, który trwał przez kolejne lata, dekady i stulecia (powiem tylko że biskup Aleksandrii - Dioskoros uznał rozprawę Teodoreta za atak na aleksandryjską chrystologię i zażądał złożenia go z urzędu, natomiast sam Eutyches został ekskomunikowany na synodzie w 448 r., choć to wcale nie zamknęło sprawy, bo Eutyches pełnił swoje funkcje i w kolejnych latach).




Spór ten (jak już wspomniałem) odżył w czasach Herakliusza. Patriarcha Konstantynopola - Sergios starał się położyć kres tym sporom i rozpropagował coraz bardziej popularną we wschodnich diecezjach idę monoenergetyzmu - czyli jedności działania Chrystusa ("mia energeia"), której jedynym źródłem jest Jego bóstwo. Cesarz Herakliusz bardzo pragnął pojednania z monofizytami, szczególnie że w czasach okupacji Syrii, Palestyny i Egiptu przez Persów, monofizyci masowo wręcz przechodzili na stronę wyznawców spod znaku Ahura-Mazdy, twierdząc że nicejscy chrześcijanie ich prześladują (nicejscy, od soboru w Nicei z 325 r., który w większości wyznaczył kierunki współczesnej wiary katolickiej). Tak więc dzięki działalności Sergiosa i kilku innych (np. biskupa Teodora z Faran czy Kyrosa z Fazis) w Aleksandrii ogłoszono unię z monofizytami (633 r.) na podstawie dziewięciu tez o Chrystusie, działającym w sposób boski i ludzki przez jedną bosko-ludzką energię. Szybko jednak zrodziła się przeciwko temu opozycja wśród chalcedończyków (sobór w Chalcedonię z 451 r. potępiający monofizytyzm), na której czele stanął patriarcha Jerozolimy (od 634 r.) Sofroniusz, który prosił Kyrosa aby nigdzie indziej (poza Aleksandrią) nie ogłaszał unii z monofizytami. Sofroniusz bowiem, opierając się na arystotelesowskiej tezie iż działanie wypływa z natury, twierdził że skoro Jezus działał podwójnie (w formie ludzkiej i boskiej) zatem należy mówić o dwóch Jego naturach. Dyskusje jakie toczył Sofroniusz z patriarchą Sergiuszem w Konstantynopolu sprawiły (również z inspiracji Herakliusza) że zaprzestano mówić o jednym działaniu Chrystusa, a o jednym działającym Chrystusie i dzięki takiemu nauczaniu pozyskano ponownie wielu monofizytów. Wspomniałem zaś o tym po to, ponieważ warto wiedzieć czym żyło społeczeństwo rzymskie (lub też wschodniorzymskie jak kto woli) tuż przed inwazją Arabów na Syrię, Palestynę i Egipt. Aha zapomniałbym, bardzo popularny w tamtym czasie był również kult Maryi - matki Jezusa, co też warto odnotować.




Kurajszyci z Mekki wystąpili przeciwko Mahometowi nie dlatego że nauczał on wiary w jednego Boga, ani nawet nie dlatego że kazał im oddawać jemu cześć w sposób, którego oni wcześniej nie praktykowali (czyli na kolanach i z twarzą ku ziemi). Tak naprawdę nie miało to dla nich większego znaczenia i nauki Mahometa byłyby przez nich zaakceptowane (co najwyżej uznaliby go za jakiegoś ekscentryka), gdyż wiara w jednego Boga (pomimo panującego w ówczesnej Arabii politeizmu) była dość popularna. Od wieków bowiem na tę ziemię przenikała religia Mojżeszowa, a po 324 r. również zaczęło tam docierać chrześcijaństwo, zatem arabscy wyznawcy wielu bogów byli dobrze obeznani z wiarą w jednego Boga Stwórcę. Problemem więc nie był monoteizm, ani nawet kary jakie miały spaść na człowieka po śmierci, jeśli wiódł on życie niezgodne z wolą Allaha (Arabowie bowiem wcześniej nie wierzyli w życie pozagrobowe, a swoich bogów traktowali w sposób protekcjonalny, gdy potrzebowali coś załatwić, to po prostu składali im ofiary wypowiadając ich imiona aby ich przywołać i usidlić - jak sądzili - po czym oczekiwali spełnienia ich prośby. Jeśli zaś bogowie postępowali inaczej, oni ich porzucali lub wyrzekali się ich i przenosili się na innych bogów, w zależności od potrzeb i danych okoliczności). Problemem który przelał czarę goryczy Kurajszytów wobec nowej religii (i jej proroka) było permanentne obrażanie (lub raczej krytykowanie) przez Mahometa przodków ówczesnych mieszkańców Mekki, którzy mieli nie poznać mądrości i woli Allaha i tym samym zapewne zostali skazani na męki piekielne (chociaż Mahomet twierdził również że on nie głosi nowej religii, tylko jest posłańcem jednego Boga który był tutaj od zawsze, a jego celem jest ponowne nawrócenie ludzi na drogę zbawienia i sprawiedliwości). Wydaje mi się że w tej kwestii Mahomet postępował nielogicznie i niekonsekwentnie, zupełnie tak, jak wysyłani do plemienia Sasów chrześcijańscy misjonarze w latach 70-tych i 80-tych VIII wieku (czyli w czasach panowania Karola Wielkiego), którzy konsekwentnie twierdzili że przodkowie Sasów - skoro nie poznali objawienia Chrystusa - zostali skazani na męki piekielne i dopiero oni będą pierwszymi którzy dostąpią zbawienia (pisałem już kiedyś, że podczas publicznego i przymusowego chrztu saskiej elity w Paderborn w 777 r. - zapewne w miejscu gdzie w 772 r. Karol Wielki kazał wyciąć święte drzewo Sasów Irminsul - jeden z przedstawicieli saskiej elity, zapytawszy się kapłana czy po śmierci spotka swoich przodków i uzyskawszy odpowiedź że jego przodkowie są już w piekle, a on pierwszy dostąpi Nieba - odrzekł "To ja wolę do przodków". 🤭 I ja bym powiedział tak samo, bo to pokazuje jak bardzo upośledzeni byli owi kapłani, trzymając się doktrynalnie wszystkich zapisków, które przecież powstały już długo po Śmierci i Zmartwychwstania Nauczyciela. Chrystus przede wszystkim nauczał o Miłości, a tej Miłości w późniejszych zapisach Ojców Kościoła jest bardzo niewiele, raczej skupiamy się na kwestiach które są zupełnie nieważne, jak natura Chrystusa czy Jego esencja, zamiast skupić się na prostym przekazie: "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe". Ale co się dziwić, w dzisiejszych czasach też mnóstwo jest ideologów i wszelkiego typu fanatyków, niekoniecznie religijnych).

Tak więc postępowanie Mahometa było bardzo nierozważne (żeby nie powiedzieć głupie) i jednocześnie niebezpieczne, gdyż zmusiło go do ukrywania się wśród członków jego klanu zarówno w samej Mekce, jak i poza miastem. W tym czasie, po dziesięciu latach głoszenia nowej religii, wyznawców Allaha wciąż nie było wielu (zaledwie ok. 100 osób w Mekce zebranych wokół Mahometa). Nic też dziwnego że przeciwnicy islamu byli w ogromnej większości, a ponieważ Mahomet nie przestawał głosić swoich tez odnośnie przodków Kurajszytów (przy okazji oczerniał również i swych własnych przodków) i nawoływał do pokory, bojaźni bożej, a także do jałmużny (twierdził bowiem że po śmierci pieniądze nie będą nam już potrzebne, dlatego każdy, który cokolwiek posiada powinien część swego majątku przekazać najuboższym, gdyż to jest miłe Allahowi. Kurajszyci zaś, których majątek opierał się głównie na handlu - i którzy swoich bogów traktowali w sposób obcesowy i praktyczny, na zasadzie "Jak Ty mi coś dasz, to i ja Ci coś dam", nawoływania do rozdawania majątku - tym bardziej biedakom - uważali za szaleństwo. Przeto w Mekce zaczęły co rusz pojawiać się głosy oburzonych przedstawicieli majętnego kupiectwa, które brzmiały: "Obywatele! nie słuchajcie kusiciela, nie zważajcie na jego bezbożne nowinki. Trwajcie niewzruszenie w kulcie Hubala, Al Lata i Al Uzzach!", a na Mahometa zaczęto organizować polowania niczym na zwierzynę łowną, zatem musiał on ukrywać się zarówno w Mekce, jak i potem na prowincji. Szczególnie wrogo ustosunkowany był do Mahometa bogaty kupiec Abu al-Hakam, który w sanktuarium Al-Kaaba (znajdującym się w centrum Mekki) nakazał ogłosić, że każdy, ktokolwiek pomoże Mahometowi w ucieczce lub udzieli mu schronienia, zostanie podobnie jak on wyjęty spod prawa i skazany na śmierć. Sanktuarium Al-Kaaba - gdzie znajdował się święty Czarny Kamień (czczony przez Arabów od niepamiętnych czasów), który ponoć spadł z nieba - poświęcony był w tamtym czasie bogu Hubalowi i 360 innym bożkom arabskim. Mahomet jednak i tutaj nauczał nowej religii, tylko aby odróżnić się od wyznawców bożków, kazał muzułmanom modlić się zwracając twarzą ku Jerozolimie, dając tym samym jasny dowód, że bliżej mu do religii "Ludów Księgi", czyli judaizmu i chrześcijaństwa, niż do pogańskich praktyk jego ziomków. Al-Hakam uznał to za niedopuszczalne, tym bardziej że podejrzewał Mahometa iż pragnie on przejąć władzę polityczną w mieście.




Al-Hakama wsparł inny kupiec Suhajla Ibn Amra, a do nich dołączyły największe kupieckie rody Mekki. Wszyscy postanowili zgodnie, że ani wypędzenie ani uwięzienie Mahometa niczego nie rozwiąże i należy go uśmiercić (ponoć mieli przysiąc że wspólnie wbiją sztylety w ciało Mahometa aby przypieczętować ten układ). Przekonali do tego planu również dawnego przyjaciela Mahometa - Abu Sufiana i rozpoczęli poszukiwanie zarówno jego, jak i jego zwolenników. Wśród Arabów prawo było mniej ważne, liczyła się przede wszystkim wierność w obrębie tradycji danego rodu oraz plemienia, dlatego też Arabowie tak często i tak łatwo chwytali za miecze lub sztylety (ponoć przed pojawieniem się Mahometa naliczono jakieś 1700 bitew toczonych pomiędzy arabskimi klanami). Ponieważ natura arabska była tak gorąca (silne było również prawo zemsty rodowej) wprowadzono coroczny rozejm pomiędzy klanami (który trwał dwa a czasem cztery miesiące w roku). Było jednak coś, co różniło Arabów od ludów zamieszkujących sąsiednie Imperia: Rzymskie i Perskie, tym czymś było (prócz zasady gościnności, polegającej na tym że Arab mógł cię nienawidzić i mógł z tobą walczyć, ale jeśli wszedłeś do jego domu, zrobiłby wszystko, abyś czuł się tu dobrze i nie mógłby ci spaść włos z głowy... póki byłbyś w jego domu. Wystarczyło jednak że wyszedłbyś za próg i wbiłby ci sztylet w plecy) ogromne umiłowanie poezji. W różnych arabskich plemionach organizowano coroczne jarmarki, na których deklamowano wiersze i przede wszystkim zwracano uwagę na piękno wypowiadanych słów. Wielkim miłośnikiem poezji (słowa mówionego, bo Arabowie raczej nie spisywali deklamowanych wierszy) był niejaki Umar Ibn al-Chattab. Był on emirem (czyli przywódcą wojskowym w Mekce) i należał do zwolenników Al-Hakama i przeciwników Mahometa, jednak gdy usłyszał wypowiadane przez proroka Allaha słowa które tak bardzo mu się spodobały (nie jako przesłanie religijne, a jako deklamacja poetycka), że sam stał się muzułmaninem (choć - jak twierdził - początkowo nie wierzył w Allaha).




Al-Hakam objął karą cały ród Haszymitów (z którego wywodził się Mahomet), zabronił bowiem wszystkim mieszkańcom Mekki jakichkolwiek z nimi kontaktów, w tym nawet sprzedaży im żywności (ok. 619 r.). Mahomet znalazł się więc w bardzo trudnym położeniu i był praktycznie na granicy życia i śmierci (podobnie jak jego ród), wtedy jednak przyszło dlań wybawienie. Gdy prorok Allaha ukrywał się na prowincji z dala od zabudowań miasta Mekki, odnalazła go delegacja przywódców przybyłych z Jatribu (czyli Medyny), miasta położonego jakieś 250 km na północ od Mekki. Jatrib znacznie różnił się od miasta w którym narodził się Mahomet, a przede wszystkim tym, że o ile Mekka była miastem stricte kupieckim (port Gedda był oddalony od miasta o kilka kilometrów, ale zapewniał stałe połączenie z chrześcijańską wówczas Abisynią jak i z Egiptem i dalej ze światem Greków i Rzymian, pomnażając fortuny największych kupieckich klanów Mekki). Mekka znana też była od czasów Strabona (I wiek naszej ery), a być może nawet Herodota (V wiek p.n.e.) - którzy to opisywali ziemie i miasta Arabii (Nabatei). Grecy zwali to miasto Macorabia i w czasach świetności Imperium Rzymskiego już było dosyć sławne (choć przyćmione chociażby taką Petrą, miastem wykutym w skale i leżącym daleko na północny-wschód od Mekki - którego najsławniejszą władczynią była niejaka Zenobia). Natomiast Jatrib to była osada rolnicza, w dużej mierze zasiedlona przez Żydów, co spowodowało że ludność miasta przyjęła judaizm jako swoją religię. Nie było tam jednak spokoju i często wybuchały niesnaski pomiędzy beduinami - którzy osiedlili się w Jatribie, a Żydami i arabskimi mieszkańcami przyzwyczajonymi do życia miejskiego (żyły tam dwa główne, aczkolwiek skłócone ze sobą arabskie plemiona Charegitów i Awsytów). Delegacja Jatribu więc - która odnalazła ukrywającego się Mahometa (620 r.) - zaproponowała mu udanie się z nimi do ich miasta, a w zamian oni (aby przywrócić u siebie zgodę i porządek) przyjęliby islam i świętą księgę zwaną już wówczas Kuranem (Koranem).

Mahomet wyraził zgodę na taki plan, ale on sam nie od razu przeniósł się do Jatribu (chociaż wysyłał tam swoich współwyznawców w kilku falach). Był bowiem pod opieką jakiegoś lokalnego beduińskiego szejka i nie chciał obrażać go swym nagłym odejściem. W każdym razie muzułmanie będący przy Mahomecie zaczęli przybywać i osiedlać się w Jatribie, tam przekazując również nauki swego proroka. Okazało się jednak że tropiciele Al-Hakama odnaleźli Mahometa i zorganizowali zamach na jego życie, z którego tylko dzięki dużemu szczęściu zdołał ujść cało (w zamachu zaś zginął jego protektor). To ostatecznie przekonało proroka nowej religii do opuszczenia Mekki i osiedlenia się w Jatribie. Wraz z Abu Bakrem uciekli do nowego miejsca, a akt ten w tradycji muzułmańskiej zwany hidżrą, zapoczątkował nową erę dla wielu milionów ludzi na świecie wyznających wiarę w Allacha, bowiem od tego momentu Arabowie (i ich następcy wyznający islam) liczą swoją erę (co prawda kalendarz muzułmański jest kalendarzem księżycowym, a nie słonecznym jak kalendarz juliański - opracowany jeszcze przez Juliusza Cezara i wprowadzony w Rzymie w roku 45 p.n.e.- czy gregoriański, którym się obecnie posługujemy, a wprowadzony przez papieża Grzegorza XIII w 1582 r. - to zaś oznacza że kalendarz muzułmański różni się od naszego o kilka dni w roku). Gdy więc na wielbłądach Mahomet wraz z Abu Bakrem przemierzali pustynię zdążając do Jatribu (622 r.) i zapoczątkowując nową erę w dziejach ludzkości (przynajmniej pewnej jej części), Kurajszyci z Mekki dowiedzieli się o tej ucieczce i uznali Mahometa nie tylko za odstępcę od wiary przodków, ale również za zdrajcę własnej społeczności plemiennej. Hidżra była bowiem czymś niezwykłym, była zerwaniem więzów z własnym plemieniem i z własnym klanem - co dla Arabów było najwyższą świętością, większą niż ich bogowie. Umma - czyli społeczność arabska żyjąca w danej miejscowości czy na danej ziemi, pełniła rolę zarówno ochrony jak i dawcy wszelkich dóbr, a umma zawsze była wsparta bliskością krwi. Natomiast udając się do nowego miejsca, Mahomet zerwał też łączące go z dawnym klanem więzy pokrewieństwa, dlatego też nowa umma - stworzona w Jatribie (czyli Medynie, jak to miasto zaczęto wkrótce potem nazywać), oparta była nie na zasadzie więzów krwi, a ideologii religijnej głoszonej przez Mahometa - jedynego i ostatniego proroka Allaha.




Ponoć w Jatribie nikogo nie zmuszano siłą do przyjęcia islamu, ale jednocześnie stworzono tam społeczność opartą właśnie na tej religii i podlegali jej wszyscy mieszkańcy Medyny bez względu na pochodzenie, czy wyznawaną wcześniej religię (czyli zarówno Arabowie, Żydzi jak i niektórzy - nieliczni - chrześcijanie). Umma islamska gwarantowała bezpieczeństwo i pokój jego mieszkańcom, gdyż - jak głosił Mahomet - dobry muzułmanin nie zabija, nie prześladuje, ani nie oszukuje drugiego muzułmanina. Aby podkreślić ową wyjątkowość Jatribu, miasto zaczęto wkrótce nazywać Al-Madina (czyli po prostu "Miasto"), choć nie wiadomo kto był autorem owej nazwy. Mahomet wkrótce po osiedleniu się tam, wzniósł pierwszy meczet (masdżid) czyli miejsce do bicia pokłonów przed Bogiem. Był to prosty budynek wsparty na pniach, kiblę (wyznaczającą kierunek modlitwy) stanowił kamień, a Mahomet głosił swoje kazania z pnia palmy. Całe życie społeczności Medyny kręciło się od tej pory wokół owego meczetu. Był tam sporej wielkości plac, na którym rozważano wszelkie problemy natury religijnej, politycznej czy społeczno-moralnej, wszystko kręciło się wokół islamu i nie było tak, jak w chrześcijaństwie, strefy przeznaczonej dla Boga (strefy sacrum) i strefy świeckiej (profanum), muzułmanie nie znali takiego podziału i wszystko w ich życiu opierało się na ich religii. W Medynie Mahomet wziął sobie również dwie żony, Aiszę - córkę Abu Bakra i Hafsę - córkę wspomnianego wyżej Umara Ibn al-Chattaba. Zaś dwie spośród czterech swoich córek z Chadidży wydał Mahomet za Osmana z rodu Umajjadów i Alego Ibn Abi Taliba swego krewnego. Mahomet wziął sobie jeszcze dwie kolejne żony z córek przywódców plemion Charegitów i Awsytów, ale nie urodziły mu one dzieci. Miał też kilka nałożnic (w tym chrześcijankę o imieniu Miriam, z którą miał syna Ibrahima - zmarłego w dzieciństwie). Ponoć Mahomet bardzo lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, co dziwiło otaczających go mężczyzn, dla których kobiety raczej nie były kompanem do rozmów. Według tego co można znaleźć w Koranie, pomagać miał w pracach domowych i sam naprawiał własne ubrania, choć bez wątpienia cztery żony przysparzały mu czasem więcej problemów niż radości, szczególnie gdy wzajemnie się ze sobą spierały np. o podział łupów. Ponoć Mahomet miał im wówczas grozić że z wszystkimi się rozwiedzie, jeśli nie będą przestrzegały zasad islamu.




Od początku głoszenia swojej wiary dążył Mahomet do pojednania z "Ludami Księgi", szczególnie zaś z Żydami. Swoim współwyznawcom jeszcze w Mekce polecił zwracać się podczas modlitwy w stronę Jerozolimy, zaś najważniejszą muzułmańską modlitwę wyznaczył na piątek po południu, tuż przed dniem szabasu rozpoczynającym się w sobotę. Zaczął też studiować - dzięki kilku przyjaźnie doń nastawionych Żydów - Torę i tam dowiedział się że Abraham - czyli praojciec Izraelitów - miał dwóch synów Izaaka i izmaela (Ismaila). Ten drugi został zrodzony z niewolnicy Hagar i wygnany przez Abrahama wraz z matką, ale Bóg i jemu obiecał że będzie ojcem wielkiego narodu. Mahomet zaczął Ismaila utożsamiać z praojcem narodu arabskiego i zaczął twierdzić że wraz z matką osiedlili się oni w Mekce, gdzie odwiedził ich Abraham i razem z Ismailem odbudowali oni Al-Kaabę (którą wznieść miał Adam). Twierdził więc, że narody arabski i żydowski wywodzą się od jednego praojca Abrahama i powinny żyć ze sobą w zgodzie, przyjaźni i jedności. Problem tylko polegał na tym, że Żydzi nie akceptowali Mahometa jako swojego proroka, gdyż twierdzili że epoka proroków już dawno minęła i Mahomet nie jest kolejnym prorokiem ich ludu. Czasem też robili sobie z niego żarty, gdy zaczął interpretować wiadomości zawarte w Torze w taki sposób, w jaki pragnął to uczynić, aby medyńska umma przetrwała. Niechęć Żydów do jego osoby była coraz powszechniejsza, szczególnie wśród plemienia Nahirydów zamieszkującego Medynę. To wszystko powodowało że jego początkowy entuzjazm w kierunku wyznawców religii Mojżeszowej szybko opadł, chociaż okazało się że Żydzi to wcale nie jest najważniejszy problem muzułmańskiej ummy w Medynie. 

Oto bowiem Abu Sufian - z którym niegdyś Mahomet przyjaźnił się jeszcze w Mekce - był bogatym kupcem którego karawana zmierzająca do Syrii liczyła 1000 wielbłądów. Tę karawanę zamierzał napaść Mahomet i była to jego pierwsza zbrojna akcja od chwili rozpoczęcia swojej działalności jako prorok. Przed swym domem w Medynie - mieszczącym się nieopodal meczetu, wywiesił biały sztandar Allaha i zebrał 313 muzułmanów (spośród których 77 było uciekinierami z Mekki), do wspólnej akcji przeciwko karawanie Abu Sufiana (miało to miejsce już w roku 623). Wyprawa nie była ani łatwa, ani prosta ponieważ karawanę ochraniało 100 konnych i 850 pieszych wojowników Kurajszytów. Mimo to Mahomet zorganizował zasadzkę, kazał wykopać niewielki okop gdzie schronili się atakujący, po czym modlił się do Allaha o wsparcie, prosząc również o pomoc zastępy anielskie. Gdy zaś na horyzoncie ukazała się karawana, Mahomet wsiadł na konia, cisnął grudką piasku trzymaną w dłoni i rzekł wskazując na przeciwników: "Niech ich twarze pokryją się zamętem", po czym ruszył do walki wraz ze swymi zwolennikami. Wrzask czyniony przez atakujących speszył obrońców i choć przystąpili oni do walki, karawana się rozpadła, a wielbłądy popędziły w swoją stronę. Zwycięstwo odniósł Mahomet, polec miało 70 Kurajszytów a drugie tyle wzięto w niewolę. Ciała poległych muzułmanie zbezcześcili, a dwóch najbardziej krnąbrnych jeńców skazali na śmierć, za resztę zaś wyznaczyli okup 2000 gram srebra. Abu Sufian dotknięty do żywego owa klęską i utratą tak licznej karawany z której czerpał zyski, wydał Mahometowi wojnę na śmierć i życie, gromadząc przeciwko niemu armię 3000 wojowników (w tym 200-konnych) i wraz z nimi ruszył przeciwko Medynie pod znakiem boga Hubala (a wraz z nim jego żona Henda i 15 innych dostojnych matron kupców kurajszyckich z Mekki, zagrzewających swych wojowników do walki). Mahomet musiał podjąć walkę, gdyż dalsza przyszłość muzułmańskiej ummy w Medynie stanęła teraz pod znakiem zapytania.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...