WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZWIERZĘTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZWIERZĘTA. Pokaż wszystkie posty

02 marca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XI

DUSZE "ZWIERZĘCE"




Czy zwierzęta mogą posiadać duszę? To pytanie od wieków "trapiło" najróżniejsze światowe religie - od wierzeń ludów starożytnych po czasy nam współczesne. W mitologiach wszystkich religii ludzkich aż roi się od najróżniejszych zwierząt (zarówno groźnych bestii, jak i tych łagodnych jak baranki). Egipscy bogowie, choć mieli ludzkie ciała, to jednak twarze były (w większości) zwierzęce. Bogowie Olimpijscy zawsze posiadali jakieś zwierzę, które symbolizowało boskość danego Olimpijczyka (np. Zeus miał orła, symbolem jego małżonki Hery - był paw, Posejdona - delfin oraz koń, Afrodyty - jaskółka, gołąb i baran, Aresa - pies oraz sęp, Ateny - sowa a Artemidy - łania lub jeleń, itd.). Rzymski pisarz i filozof - Salustios, żyjący w IV wieku naszej ery, w swym dziele: "O Bogach i świecie" w rozdziale XX pisze tak: "Jeśli wędrówka dusz ma miejsce w przypadku istoty rozumnej, po prostu staje się ona duszą ciała. Ale jeśli dusza wstępuje w nierozumne zwierzę, podąża za ciałem na zewnątrz, tak jak duchy opiekuńcze podążają za człowiekiem. Gdyż nie może być nigdy rozumnej duszy w nieracjonalnej istocie. Wędrówka dusz może być dowiedziona z wrodzonych cierpień osób. Gdyż dlaczego niektórzy rodzą się ślepi, inni sparaliżowani, inni z pewnymi schorzeniami samej duszy? Znowu, naturalną powinnością dusz jest wykonywać swą pracę w ciele, czy przypuszczamy, że kiedy raz opuszczą ciało, spędzać będą całą wieczność w bezczynności?".

Natomiast Platon w swym dialogu "Państwo", w X księdze, zatytułowanej: "Opowieść ERA", pisze tak: "...Powiada więc, że widział duszę niegdyś Orfeusza, jak wybierała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobiet, więc nie chciał przychodzić na świat przez ciało kobiety. I widział duszę Tamyrasa, jak wybiera żywot słowika. A widział też łabędzia, który dla odmiany postanowił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzęta tak samo. Dwudziesta z rzędu dusza obrała życie lwa. A ta była Ajaksa, syna Telamona. Nie chciała się stawać człowiekiem, pamiętała ten sąd, który rozstrzygał o zbroi. A po niej dusza Agememnona. Ona też z odrazy do rodzaju ludzkiego i przez przebyte cierpienia wolała się w orła przemienić. Gdzieś pośrodku losowała dusza Atalanty. Zobaczyła zaszczytne odznaki atlety i nie umiała przejść mimo - wzięła swój los. A potem widział duszę Epeijosa, syna Panopeusa, jak weszła w naturę kobiety o zdolnościach do techniki. A dalej, pośród ostatnich, zobaczył duszę tego błazna Tersytesa, jak wstępuje w ciało małpy (...) Dusze wielu zwierząt przechodziły w ludzi i przechodziły jedne zwierzęta w drugie. Niesprawiedliwe dusze wstępowały w zwierzęta dzikie, a sprawiedliwe przemieniały się w zwierzęta łagodne - odbywały się wszelkie możliwe przemiany". Czyli Platon (oraz Salustios) sugerował że ludzkie dusze nie tylko mogą wstępować w ciała zwierząt i odradzać się pod ich postaciami, ale (co szczególnie ważne) oficjalnie pisał on tu o inkarnacji duszy, która dla niego (wierzącego przecież w tradycyjny panteon greckich bogów) i jemu współczesnych - najprawdopodobniej nie była wcale niedorzeczna.

Chrześcijaństwo miało co do tej kwestii stosunek (powiedzmy sobie)... bardzo różny. W Księdze Rodzaju jest napisane: "A wreszcie rzekł Bóg: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (...) Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi" (1,26.28). Innymi więc słowy Bóg powierzył człowiekowi panowanie nad całym światem i wszystkim co się na nim urodzi i żyje (także oczywiście zwierzętami), ale czy zwierzęta według chrześcijan mogą mieć duszę i pójść do Nieba? Św. Tomasz z Akwinu twierdził że jest to niemożliwe i pisał tak: "Przede wszystkim została stworzona mądrość. To Pan ją stworzył i wylał na wszystkie swe dzieła, na wszystkie stworzenia (...) Lecz zwierzęta nie mają rozumu". Skoro nie mają rozumu, nie są inteligentne, a to znaczy że owa "Mądrość" zesłana przez Pana, dotyczy jedynie istot ludzkich. Co ciekawe (i co należy tutaj dodać gwoli sprawiedliwości), na łożu śmierci (św. Tomasz z Akwinu zmarł w 1274 r.) prosił by nie publikowano jego przemyśleń, gdyż... wycofuje się z niektórych z nich (nie powiedział jednak z jakich). Św. Paweł pisał o jedności świata ludzi i przyrody, zaś św. Franciszek z Asyżu mówił że cały świat został stworzony dla adoracji Boga i nikt bardziej od Niego w chrześcijaństwie nie przywiązywał większej wagi do znaczenia zwierząt w boskim planie stwórczym (św. Franciszek na obrazach często jest otoczony najróżniejszymi zwierzątkami).

Dziś chrześcijaństwo stoi na stanowisku że zwierzęta duszę jednak posiadają, ale jest to dusza sensytywna (zmysłowa). Różni się ona od ludzkiej duszy tym, że... nie jest nieśmiertelna i umiera wraz ze śmiercią zwierzęcia. To samo twierdzą muzułmanie oraz wyznawcy judaizmu. A co na ten temat mówią hipnoterapeuci? Jeden z nich, na konferencji zorganizowanej w Nowym Jorku, na pytanie kobiety o to czy "koty mają duszę?" odpowiedział żartem: "Nie wiem, nigdy nie poddałem hipnozie żadnego kota?". Jednak ta odpowiedź nie zadowoliła owej pani (która notabene była właścicielką czterech kotów) i domagała się szerszych informacji. Ów hipnoterapeuta stwierdził więc, że niektórzy jego pacjenci widują w "Świecie Dusz" dusze zwierzęce. Według przekazów hipnotycznych, okazuje się że dusze ludzkie i dusze zwierzęce nie są jednym i tym samym, a to oznacza że... transmigracja nie istnieje. Dusze bowiem nie rozwijają się w sposób pionowy z dołu do góry, lecz w sposób poziomy - do przodu. Dusze zwierzęce po śmierci ich ciał... idą w "Zaświatach", do miejsca specjalnie dla nich przeznaczonego, do którego też nie przybywają dusze ludzkie. Nie oznacza to jednak że po śmierci nie możemy spotkać naszych ukochanych pupili, okazuje się że jeśli tego zapragniemy, możemy je przywołać. Odbywa się to następująco - jeśli chcemy spotkać ulubionego zwierzaka, ludzka dusza wysyła komunikat (Myśl) do... Opiekuna zwierzęcych dusz, z prośbą o przyprowadzenie do nas naszego pupila.




Zgodnie z przekazami - okazuje się że zwierzęta posiadają nieśmiertelną duszę, lecz znacznie rożni się ona od tej naszej "ludzkiej". Jedną z głównych różnic między ludzkimi a zwierzęcymi duszami, jest ilość posiadanej przez nie energii. Dusze zwierzęce posiadają niewielką ich ilość i do tego (wedle przekazów) mniejszych rozmiarów. Ale główną różnicą jest brak jaźni, którą posiadają ludzkie dusze. Powoduje to że zwierzęce dusze nie są owładnięte indywidualnymi problemami, co też oznacza że akceptują każde swoje środowisko i nie walczą z tym (jak często czynią ludzkie dusze), a po prostu wtapiają się w swoje otoczenie. Hipnoterapeuta zadał pytanie poddanej hipnozie kobiecie: "Czy myślisz że dusze zwierzęce także przebywają w grupach, takich jak Twoja własna w "Świecie Dusz?", odpowiedź brzmiała: "Nie wiem tego, nie chodzę tam, zresztą on (piesek pacjentki) mnie do siebie nie wzywa. Jedyne co wiem, to to, iż każda forma życia ma swój określony układ energii, a ta energia jest tworzona dla tych określonych form fizycznych i mentalnych" - "Chcesz przez to powiedzieć, że dusze zwierzęce nie mogą transmigrować do wyższych, np. ludzkich form - czy tak?" - "Tak, podobnie zresztą jak ludzkie dusze nie mogą cofnąć się w swym rozwoju i wcielić w jakieś zwierzęce ciało, gdyż ta energia nie może przekroczyć granicy oddzielającej ją od innej formy fizycznej". "Dlaczego tak jest?" - dopytuje hipnoterapeuta, "Nie wiem, nie ja to wymyśliłam, po prostu nie należy mieszać ze sobą różnych rodzajów energii dusz".




Według przekazu owej kobiety, dusze zwierzęce w "Świecie Dusz" zostają przydzielane do określonych (gatunkowo) grup. Tak więc psy trzymają się w "Zaświatach" razem, podobnie jak konie, ptaki (np. orły, wrony, słowiki itd.). Mentalnie przywołać do siebie możemy tylko te zwierzęta, które kiedyś (w naszych fizycznych wcieleniach) były nam drogie, lub w których towarzystwie miło spędzaliśmy czas, oraz takie, które łatwo zaakceptują środowisko, które sami stworzyliśmy (o tym co dusze tworzą w swym wolnym czasie i jak go spędzają w swoich prywatnych miejscach - pisałem w jednym z poprzednich tematów). Oznacza to że nie możemy np. przywołać do siebie duszy wilka z lasu, którego niegdyś (za życia) spotkaliśmy na swej drodze i zaprosić go do stworzonego przez nas ogrodu i naszego domku. Dlaczego nie? Dlatego że takie środowisko jest mu zupełnie obce (także jako duszy). Ale już moglibyśmy przywołać do siebie ukochanego pieska, z którym żyliśmy w podobnym domku, gdyż jest to dla jego duszy czymś naturalnym. Obopólna fizyczna miłość człowieka i zwierzęcia lub wzajemny szacunek - są wielką wartością w "Świecie Dusz" i takie kontakty są bardzo częste. Przywołani przez nas nasi ulubieńcy, z którymi pragniemy spędzić miłe chwile w stworzonym przez nas w "Zaświatach" otoczeniu (czy jest to domek w górach, szałas pod palmami, czy też miasteczko w którym kiedyś spędziliśmy szczęśliwe chwile), natychmiast po przyprowadzeniu ich przez owego Opiekuna - rozpoznają nas i będą się z nami bawić tak długo, aż tego zapragniemy, a potem powrócą do swego miejsca w "Świecie Dusz".




Zwierzęce dusze wnoszą do naszego rozwoju bardzo duży wkład pozytywnego spojrzenia na czekające na nas kolejne zadania, nie jest jednak tak, że jedynie my na tym zyskujemy. To działa w dwie strony, dusze zwierzęce także korzystają na częstych spotkaniach z nami w "Świecie Dusz". Oczywiście istnieją również ludzkie dusze, które nie przepadają za spędzaniem czasu w otoczeniu swych dawnych zwierzęcych przyjaciół, lecz jak wyraził się o nich pewien mężczyzna poddany hipnozie: "To ich strata". Na koniec jednak pragnę wyrazić moje osobiste zdanie na ten temat. Jeśli chodzi o kwestię transmigracji, to uważam że podobnie jak w przypadku dzielenia duszy po śmierci (dusza może przebywać jednocześnie w kilku a niekiedy nawet kilkunastu miejscach naraz, oczywiście to wszystko zależy od stopnia doświadczenia duszy i umiejętności operowania energią. Jest też tak, że niekiedy dusza inkarnuje w dwóch lub kilku wcieleniach jednocześnie, ale tę sztukę potrafią jedynie dusze stare, doświadczone), tak również w kwestii transmigracji możliwe jest zejście w dół, do poziomu duszy zwierzęcej, choć wydaje mi się że takie przypadki są bardzo, ale to bardzo rzadkie. Nie wiem co może być z tym związane, wydaje mi się jednak że może to być część naszej nauki (jeśli np. za życia krzywdziłeś zwierzęta i byłeś dla nich okrutny, może się okazać że w jednym z kolejnych żyć, wybierzesz sobie właśnie życie w ciele zwierzęcia - aby doświadczyć tego co wcześniej dałeś innym). Oczywiście łączy się to zapewne z ubytkiem energetycznym, ale nic więcej na ten temat powiedzieć nie mogę. Do zwierząt jeszcze powrócę, gdy opowiem co się z nimi dzieje w chwili śmierci.



POZWOLĘ SOBIE TUTAJ WRZUCIĆ ROLKI Z PODCASTU 
"ALBERT Z LASU"










CDN.
 

16 lutego 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. IV

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?


NIM PRZYJDĘ DO TEMATU, CHCIAŁBYM TEN UTWÓR DEDYKOWAĆ PREMIEROWI DONALDOWI TUSKOWI ZA JEGO WYBITNIE PRO-POLSKĄ POLITYKĘ





I
STAROŻYTNY EGIPT
BOSKIE MAŁŻONKI AMONA-RE
(ok. 1140 r. p.n.e. - 525 r. p.n.e.)
Cz. IV





"ROZDZIELIŁ NAS GOŚCINIEC PŁYNNEGO SZAFIRU,
TY W TEBACH, JA DOPIERO WYPŁYWAM Z KAIRU.
SPODZIEWAŁEM SIĘ NIEGDYŚ, ŻE MIŁO NAM BĘDZIE
ZŁĄCZYĆ NA NILU SKRZYDŁA OKRĘTÓW ŁABĘDZIE,
RAZEM ODWIEDZAĆ MUMIÓW BALSAMICZNE SKŁADY,
RAZEM OCZY W NILOWE RZUCAĆ WODOSPADY (...)
BO GDYM O TYM ROZMAWIAŁ Z NADNILOWYM ŻEŃCEM,
RZEKŁ MI: "NIMFA, LOTOSÓW USTROJONA WIEŃCEM,
SIEDZĄC SMUTNA NAD SKAŁĄ CZARNYCH ETYJOPÓW,
OSTROŻNIE SĄCZY DZBANEM OJCA NASZYCH SNOPÓW (...)
AŻ SIĘ NA POLACH NASZYCH STRUMIENIEM ROZTOCZY.
POWIEDZ MI, CZY WIDZIAŁEŚ TĘ NIMFĘ NA OCZY?"

JULIUSZ SŁOWACKI
("NA ŁÓDCE NILOWEJ")
1836 r.



W 586 r. p.n.e. umiera dotychczasowa Boska Małżonka Amona-Re - Nitokris I. Powoduje to, że oddana jej na wychowanie (wybrana przez nią na następczynię) córka faraona Psametyka II i siostra faraona Apriesa, prawie dziesięcioletnia Anchnesneferibre obejmuje wówczas pełnię władzy kapłańskiej. Na młodą dziewczynę spadają wówczas obowiązki, które często przerastają jej możliwości, gdyż musi ona odtąd zadbać o organizację i oprawę wszelkich świąt które odbywają się w Tebach, jak również spadają na nią obowiązki kontroli administracyjnej południa kraju (choć realnie wówczas już Górny Egipt był ponownie podporządkowany faraonom z Sais, to jednak pozycja Boskiej Małżonki jako osoby praktycznie równej władcy na południu, wciąż się utrzymywała w społecznej świadomości Egipcjan tego regionu). Musiała bowiem uczestniczyć w największych świętach związanych z kultem boga Amona-Re (jak również odnoszących się do tradycji południa kraju), należały do nich święto Opet i święto "Wyjścia Sotisa", będące jednocześnie świętem Nowego Roku w Egipcie (zwane również świętem "Początku Czasu"). Rok egipski zaczynał się bowiem pierwszego dnia pierwszego miesiąca Dżehutimesa (pierwszy miesiąc wylewów Nilu), czyli boga Totha (występującego pod nazwą Dżehutimesa - jako sprawcy i opiekuna życiodajnych wylewów Nilu). Zresztą każdy aspekt życia człowieka był całkowicie związany z bóstwem i wszystko było poświęcone oraz czynione na chwałę bóstw. Pojęcia życia świeckiego (w takim znaczeniu, w jakim to funkcjonuje obecnie) zupełnie nie istniało. Od swych narodzin do śmierci każdy człowiek był związany z bogami - związany nierozerwalnie i żaden przejaw ludzkiego życia nie mógłby zostać z niego wyłączony.

Gdy więc się czyta niezwykle piękne modlitwy, jakimi ludzie (byli to głównie albo sami kapłani, albo też ludzie wywodzący się z dworu królewskiego lub arystokracji) zwracają się do bogów, pokazują jedynie jak silny był związek człowieka ze sferą nadprzyrodzoną. Oto przykład, znaleziony na ścianie świątyni grobowej z lat 30-tych XIV wieku p.n.e. napisany odręcznie: "O radości mego serca, o Amonie, który walczysz o ubogiego, który jesteś ojcem sieroty i mężem wdowy! Jak dobrze jest wymieniać twe imię! Ono jest jak smak życia, jak smak chleba dla dziecka, jak szata dla nagiego, jak woń kwiatów latem. O łaskawy! Zwróć się ku nam ponownie, Panie Wieczności. Byłeś tu wszak, gdy jeszcze niczego nie było, i będziesz tu, gdy wszystko się skończy (...) O jak dobrze jest iść za tobą, Amonie (...) Rozpędź strach, daj radość ludzkim sercom!". Oczywiście nie wszyscy ludzie modlili się w tak wyszukany sposób, większość bowiem tych, którzy uczęszczali do świątyń, na pielgrzymki do świętych miejsc oraz brali udział w ludycznych procesjach religijnych, nie potrafiła się wyrażać w ten sposób. Ba, większość nie potrafiła ani czytać ani pisać, więc wchodząc do świątyni (użyłem tutaj pewnego uproszczenia, bowiem "wejść do świątyni" prosty lud mógł jedynie w dni świąteczne, ale tylko na świątynny dziedziniec. W dni powszednie modlono się przed pylonem świątyni - za bramą) otrzymywali tabliczki z napisanym na niej słowem, które (głównie) brzmiało: "ir nefer, ir nefer" powtarzane cyklicznie, co znaczyło "zrób dobrze". I na tym w większości kończyła się główna modlitwa ludu. Potem odbywało się składanie ofiar i prywatne prośby złożone do kapłanów o wstawiennictwo bóstwa. Oczywiście nie oznacza to też, że nie istniały bardziej złożone modlitwy, które ludzie otrzymywali przed świątyniami - owszem, tylko że większość z nich nie potrafiła ich odczytać, więc i tak im się nie przydawały.




Ale wracając do święta Dżehutimesa ("Początku Czasu"), jaki musiała każdego roku odbywać młoda Boska Małżonka Amona - Anchnesneferibre. Otóż Egipcjanie dzielili rok na 365 dni (10 dni tygodnia - z czego dwa ostatnie dni były wolne od pracy, 30 dni w miesiącu, oraz 3 pory roku liczące po 4 miesiące - pora wylewów, pora wzrostu i pora żniw, co łącznie dawało 360 dni w roku, do których dodawano 5 "dni świętych". Tak więc kalendarz egipski liczył sobie 365 dni w roku, więc co jakiś czas musiano korygować ten kalendarz, aby data Nowego Roku była zbieżna z kalendarzem gwiezdnym, liczącym 365 dni i jedną czwartą dnia (co cztery lata 365-dniowy kalendarz liczy więc o jeden dzień więcej, ostatecznie usystematyzował to dopiero grecki faraon Ptolemeusz III Euergetes w wydanym w 238 r. p.n.e. tzw.: "Dekrecie z Kanopus", wprowadzającym co cztery lata stały szósty dzień epagomenalny. To właśnie na tym kalendarzu wzorował się potem Gajusz Juliusz Cezar, który przybył do Egiptu w latach 48-47 p.n.e. i wprowadził go następnie w Imperium Rzymskim w 45 r. p.n.e. Ten kalendarz obowiązywał aż do 1582 r. i reformy przeprowadzonej przez papieża Grzegorza XIII, tworzącej obecnie istniejący kalendarz gregoriański. Ostatnimi krajami które go przyjęły była w 1917 r. Rosja Sowiecka i komunistyczne Chiny w 1949 r.).




Co ciekawe, w Egipcie na 365 dni w roku, było łącznie aż 126 dni świątecznych, wolnych od pracy. Nowy Rok bowiem nie zaczynał się 1 stycznia, tak jak obecnie, ale w połowie lipca (19 dzień tego miesiąca), gdy Nil występował ze swego koryta i zalewał pola (było to połączone z nadejściem gwiazdy Sotisa - czyli Syriusza). Był to okres w dużej mierze wolny od pracy w polu (w tym czasie część rolników przenoszono jednak do innych zajęć, np. przy budowie świątyń, pałaców lub do kamieniołomów) i większość czasu, który trwał do listopada, rolnicy spędzali albo na wypoczynku, albo też zajmowali się innymi zajęciami. W listopadzie następowała "pora wzrostu", czyli wody Nilu zaczęły się cofać, więc przystępowano do obsiewania pól. Żniwa rozpoczynały się w połowie marca i trwały do kwietnia. Następnie znów zaczynał się okres wyczekiwania (od kwietnia do lipca) i znów przenoszono rolników do innych zajęć. "Wyjście Sotisa" - czyli święto Nowego Roku, obchodzono uroczyście, a poprzedzało je zapalenie lamp w świątyniach w ostatnim dniu starego roku, następnie odpalano od nich pochodnie i udawano się na cmentarze (które tego dnia również były oświetlone), aby zmarli uczestniczyli wraz z żywymi w wielkim święcie nadejścia Nowego Roku. Całą noc świątynie i cmentarze były w ten sposób oświetlone, zaś nad ranem, nim jeszcze wzeszło słońce, kapłani wnosili na dach świątyni posąg bogini Hathor, tak, aby wstające słońce oświetliło ją pierwszą i w ten sposób miała się połączyć z Amonem-Re. Potem była procesja, modlitwy dziękczynne (składane przez ludzi za doczekanie Nowego Roku), tańce, muzyka (połączone z popisami akrobatycznymi tancerek świątynnych), a następnie dzień kończył się zabawą wśród ludu połączoną z piciem wina i ogólną "rekreacją" ciała. 

To było tylko jedno z wielu bardzo podobnych świąt, z których organizacją musiała sobie poradzić młoda dziewczyna, nowa Boska Małżonka Amona-Re. Przez większość lat panowania jej brata - faraona Apriesa, kraj się rozwijał i panował w nim pokój (pomimo wojennego zaangażowania się Egipcjan w politykę anty-babilońską w Palestynie i wspieraniu Jerozolimy, a po jej upadku w 587/586 r. p.n.e. we wspieraniu 13-letniego oporu Tyru - 586 r. p.n.e. - 573 r. p.n.e.). Jednak w 571 r. p.n.e. doszło do wydarzenia, które mogło zostać szybko rozwiązane, a zakończyło się detronizacją króla. Otóż w Cyrenajce - greckiej kolonii położonej na zachodzie Egiptu - w Libii, od dawna źle się działo. Grecy (podobnie jak Żydzi) osiedlali się na egipskiej ziemi we własnych ośrodkach miejskich, które sami zakładali. Nie mogło się to jednak podobać miejscowym, zarówno Egipcjanom jak i Libijczykom, dlatego też dość często dochodziło do wzajemnych kłótni, niesnasek a nawet walk. Jedno z nich wybuchło właśnie w Cyrenajce, gdzie wzburzony libijski tłum zaatakował greckich kolonistów, którzy schronili się w greckim mieście Cyrene (Kyrene), skąd wyszła odsiecz dla Greków, która zmasakrowała Libijczyków. Odgłosy tych wydarzeń dotarły na dwór królewski w Sais. Libijczycy poprosili faraona Apriesa o pomoc w wyparciu Greków z ich ziemi, ten jednak miał duży dylemat jak postąpić. Najlepszymi żołnierzami jego armii byli właśnie najemni Grecy. Nie mógł on jednak wysłać ich na wyprawę przeciwko ich współziomkom, gdyż obawiał się że zamiast walczyć, jedni i drudzy po prostu się połączą. Dlatego też skierował do Cyrenajki wojsko, złożone z rodowitych Egipcjan, na których czele postawił sławnego wodza - rdzennego Egipcjanina - Amazisa, który, jako młody dowódca wsławił się podczas kampanii nubijskiej z 593 r. p.n.e. (tej, o której pisałem w poprzedniej części).




Wyprawa ta jednak nie miała większych szans w starciu ze zdyscyplinowanymi i posługującymi się zupełnie inną taktyką wojskową, greckimi hoplitami, dlatego też, gdy już doszło do starcia, armia Amazisa została rozbita. Był to poważny cios dla narodowej dumy Egipcjan, którzy przecież deklarowali że są lepsi od greckich barbarzyńców (i dla których dyshonorem było użycie jakiejkolwiek rzeczy, którą wcześniej posiadał Grek czy Żyd, o podaniu im ręki nie wspominając). Dlatego też należało z tego wyjść z twarzą i oto pokonany Amazis o niepowodzenie kampanii i klęskę, oskarżył samego faraona, zarzucając mu iż potajemnie wspierał Greków - których też nie brakowało na jego dworze i którzy donosili swym współbraciom z Cyrenajki usłyszane w pałacu wieści. Winnym więc jest nie on, Amazis, wódz który wyruszył na wojnę z Grekami, próbującymi narzucać innym swą kulturę, ale władca, który ich tu sprowadził i osiedlił (notabene, Grecy osiedlali się w Egipcie jeszcze za czasów pradziada Apriesa - faraona Psametyka I). Zbuntował się więc przeciwko monarsze i szybko zyskał spore grono zwolenników, zaś Apries z każdym dniem był coraz słabszy. Gdy opuściło go wojsko i gdy z pałacu zaczęli uciekać jego słudzy, on sam postanowił zbiec, i aby ratować życie, uciekł wówczas do Babilonu (571 r. p.n.e.). Nowym władcą został Amazis II (Ahmose). Był to człowiek który miał wiele słabości, np. uwielbiał wino i często się upijał, oraz utrzymywał (jeszcze nim został władcą) prawdziwy harem nałożnic, ale jednocześnie był sprawnym dowódcą i dobrym administratorem, a kraj pod jego ponad czterdziestoletnimi rządami rozwijał się wyśmienicie.




Jednak przez pierwsze lata swego panowania, musiał się liczyć z próbą odzyskania tronu przez Apriesa, który znalazł wsparcie samego Nabuchodonozora II - władcy Babilonu. Sprawą palącą było podporządkowanie południa, czyli zmuszenie do uległości zarządzającej tym regionem Anchnesneferibre. Boska Małżonka nie miała wyjścia, musiała uznać władzę Amazisa i zadeklarować mu swoją wierność, a jednocześnie mogła liczyć że jej bratu uda się odzyskać tron. W 568 r. p.n.e. ruszyła babilońska ofensywa na Egipt, w skład której wchodził również Apries. Amazis, który deklarował chęć przywrócenia godności Egipcjanom i ich pozycji, wystawił armię złożoną z samych Egipcjan, aby udowodnić wszystkim że rodowici mieszkańcy też potrafią obronić swój kraj. Niestety, bitwa do której doszło w Delcie Nilu, zakończyła się porażką Egipcjan. Od zupełnej klęski i utraty tronu przez Amazisa, uratowała go jedynie śmierć Apriesa, który zginął podczas walk. Nie mający więc powodu aby dalej kontynuować walkę, Babilończycy, po uzyskaniu daniny i zawarciu pokoju, wycofali się do siebie. Tak oto Amazis II pozostał na tronie, ale musiał teraz ponownie posklejać rozdarty kraj. Na początek zabrał ciało Apriesa do Sais i pochował je zgodnie z zasadami przodków, jako wielkiego faraona. Rodzinie jego okazywał względy, a nawet poślubił jedną z jego córek - Tanetchetę, co miało sugerować iż jego panowanie jest przedłużeniem poprzedniej dynastii. Teraz przyszła pora na rozwiązanie innych, znacznie poważniejszych kwestii. 


PODBOJE CYRUSA WIELKIEGO



Trzeba było jakoś pogodzić ze sobą Egipcjan i Greków, gdyż nie można było skutecznie i bezpiecznie władać rozdartym wewnętrznie krajem. Zawarł więc Amazis sojusz z władcą greckiej Cyreny - Battusem II i na znak przyjaźni poślubił jego córkę - Ladike (wielożeństwo było czymś wówczas zupełnie naturalnym). Tak oto zaczęło się nowe panowanie, które jednocześnie będzie już (przed)ostatnim przed perską inwazją roku 525 p.n.e. Po 550 r. p.n.e. Amazis II wchodził w najróżniejsze układy polityczne, mające uchronić Egipt od najazdu coraz potężniejszego perskiego mocarstwa, dlatego też zawarł wiele korzystnych sojuszy, dzięki którym mógł czuć się bezpiecznie. Najpierw sprzymierzył się z królem Krezusem z Lidii. Jednak w 547 r. p.n.e. kraj ten został podbity przez Persów, na których czele stał śmiały wojownik - Cyrus II, już za życia zwany Wielkim. Następnie zawarł sojusz z Nabonidem I z Babilonu, który to został podbity przez Persów w 539 r. p.n.e. Próbował jeszcze szczęścia w sojuszu z Samos i Spartą, ale te greckie polis nie były w stanie udzielić mu skutecznej pomocy w walce z nadciągającą perską nawałnicą. Gdy w 529 r. p.n.e. gruchnęła wieść że Cyrus Wielki został zamordowany w Azji, nad Nilem odetchnięto z ulgą, ale wkrótce okazało się że radość była przedwczesna. Syn Cyrusa - Kambyzes II, który wstąpił na tron, okazał się równie wojowniczo usposobiony i żądny nowych podbojów, co jego ojciec.




A tymczasem Anchnesneferibre żyła sobie w swoich Tebach, otoczona luksusami, jakie przynależały do Boskich Małżonek Amona-Re. Wybrała sobie na swoją następczynię, córkę Apriesa - Nitokris II, którą przygotowywała do roli kolejnej już, siódmej Boskiej Małżonki Amona (od czasu Szapuseneb I - 754 r. p.n.e.). W 526 r. p.n.e. po 45 latach panowania, zmarł Amazis II. Jego następcą został syn (zrodzony z królowej Tenechtety) - Psametyk III. Wkrótce potem zmarła również sędziwa Anchnesneferibre, a jej miejsce zajęła Nitokris II. W kilka tygodni po tej ostatniej zmianie, ruszyła z całą siłą perska inwazja na Egipt. Siły inwazyjne zgrupował Kambyzes II pod Akką w Palestynie. A tymczasem zagrożony Psametyk III chwytał się wszystkich możliwych wyjść, aby uniknąć lub przynajmniej powstrzymać inwazję. Poprosił o pomoc Greków, obiecując im ulgi podatkowe w handlu (których nie posiadali Egipcjanie) i przyznając nowe miejsca do lokacji greckich kolonii w Egipcie. Dowódcą jego armii (która w ogromnej większości składała się z greckich najemników) był Grek - Fanes z Halikarnasu, który radził królowi aby wycofał się wgłąb kraju i tam przygotował obronę, wciągając Persów w pułapkę. Psametyk III nie chciał jednak o tym słyszeć, bowiem nie zamierzał oddawać wrogom połowy kraju praktycznie bez walki i zmuszał Fanesa aby ten zorganizował obronę samych granic.


BITWA POD PELUSIUM 
525 r. p.n.e.

(Ponoć aby sparaliżować Egipcjan, Kambyzes II nakazał na pierwszej linii swych oddziałów ustawić mnóstwo kotów - jako symbol bogini Bastet. I choć głównym trzonem zarówno egipskiej jak i perskiej armii były najemne oddziały greckie - które nie czciły bóstw o głowach zwierząt - to jednak Egipcjan udało się tym sposobem skutecznie sparaliżować)




Niesnaski pomiędzy królem a dowódcą trwały w najlepsze, gdy armia perska zbliżała się już do Egiptu. Wówczas, nie przygotowany do walki i obrażony na władcę Fanes, zbiegł do obozu perskiego, przekazując Kambyzesowi plany egipskiej obrony. Po ucieczce dowódcy, z armii zdezerterowało wielu innych greckich najemników, tak więc gdy doszło do samej bitwy pod Peluzjon, zakończyła się ona klęską sił egipskich (swoją drogą po obu stronach walczyli wówczas greccy najemnicy). Król Psametyk III zamknął się w twierdzy w Memfis. Nie był jednak w stanie kontynuować obrony i poddał twierdzę Persom, jednocześnie popełniając samobójstwo. Zwycięski Kambyzes zajął cały Egipt i choć sam przyjął większość tytulatury egipskich władców, oraz pozostawił kastę kapłańską jako tę, która miała utrzymywać lud w posłuszeństwie - jednocześnie zamienił Egipt w perską satrapię, a także rozwiązał funkcję Boskiej Małżonki Amona-Re (nie wiadomo co się wówczas stało z Nitokris II i jakie były jej dalsze losy, w każdym razie była ona ostatnią Boską Małżonką w egipskich dziejach). W taki oto sposób przestał istnieć matriarchalny urząd religijny, przekazywany tak z pokolenia na pokolenie w linii żeńskiej.




CDN.

18 grudnia 2025

ŚMIECH TO ZDROWIE - Cz. II

ZABAWY NASZYCH BRACI MNIEJSZYCH


DZIŚ ZAPRASZAM NA KILKA ZABAWNYCH HISTORYJEK OBRAZKOWYCH KTÓRYCH GŁÓWNYMI BOHATERAMI SĄ ZWIERZĘTA. ZATEM DO DZIEŁA:



MAGIK




AKROBATA




"WILKI? JA ICH CAŁĄ ZGRAJĘ POZABIJAM I POKRAJĘ!"




ZDERZENIE Z MEWĄ... LODOWĄ?




"ILE RAZY K...A MAM POWTARZAĆ? RYBY MAJĄ BYĆ LEKKO SCHŁODZONE, A NIE W TEMPERATURZE POKOJOWEJ!"




NOWA PRACA?!




TO NIE ZDROWO JAK MASZ W SOBIE ZA DUŻO ŻELAZA 😉




"MÓWIŁEM CI GIENIA, ŻE TEN POMYSŁ Z WYPADEM NA ŻAGLE TO STRZAŁ W DZIESIĄTKĘ"




NIE MA TO JAK LODZIK O PORANKU




"A JAK IM MÓWIŁEM ŻE UMIEM CHODZIĆ PO ŚCIANIE JAK SPIDERMAN, TO MI BARANY NIE WIERZYŁY"










 

28 listopada 2025

BESTIA Z GÉVAUDAN

CZYLI PRÓBA ODPOWIEDZI NA PYTANIE
CO TEŻ WYDARZYŁO SIĘ 
W LANGWEDOCJI 
W LATACH 60-tych XVIII WIEKU?




Wszystko zaczęło się latem roku 1764 w Langwedocji, w rejonie Gévaudan (południowa Francja). Wtedy to też po raz pierwszy pojawić się miała owa sławna później na całą Europę - "Bestia z Gévaudan", w której wytropienie i zastrzelenie włączyła się spora część okolicznej ludności, nie wyłączając wojska (potem obróciło się to przeciwko owym wysiłkom, gdyż gazety w Europie pisały, że Francuzi zbłaźnili się, wystawiając do walki z bestią całą armię łowców, chłopów i okolicznych żołnierzy - a mimo to nie byli w stanie jej zabić). Rok 1764 nie był zbyt dobry dla Francji. Dopiero co "Królestwo Złotych Lilii" pozbawione zostało kolonii w Ameryce na korzyść Brytyjczyków i Hiszpanów (pokój paryski z 10 lutego 1763 r., kończący długą i krwawą Wojnę Siedmioletnią). A poza tym osobistą tragedią króla Ludwika XV była wówczas śmierć (15 kwietnia 1764 r.) jego wieloletniej metresy i przyjaciółki - madame de Pompadour, która zmarła w Wersalu, w wieku zaledwie 42 lat (choroby i ciągła walka z królewskim otoczeniem oraz rodziną - szczególnie zaś córkami króla, które nie przepuściły żadnej okazji aby ubliżyć lub pognębić de Pompadour - niechybnie odcisnęły swoje piętno i w ogromnym stopniu przyczyniły się do jej przedwczesnej śmierci). Król pożegnał kondukt żałobny swej ukochanej, stojąc w strugach deszczu na tarasie swego pałacu i jedynie wzrokiem odprowadzając ją na miejsce wiecznego spoczynku. Lata po zakończeniu Wojny Siedmioletniej to okres stopniowego, ale nieuchronnego kryzysu, który dwadzieścia pięć lat później doprowadził do wybuchu Rewolucji Francuskiej. Na domiar złego w Langwedocji zjawiła się wówczas dziwna bestia, zbierająca śmiertelne żniwo wśród okolicznych chłopów (a szczególnie chłopek, gdyż przeważnie atakowała kobiety i dzieci).


MADAME de POMPADOUR



Ponoć po raz pierwszy owa bestia miała uderzyć 30 czerwca 1764 r. zabijając Jeanne Boulet, mieszkającą we wsi Ubas, z parafii św. Stefana de Lugdarès. Jednak byli tacy, którzy twierdzili że nie był to pierwszy atak tego potwora, gdyż jako pierwsza zaatakowana miała być nieznana z imienia kobieta w rejonie Langogne, którą jednak ocalić od śmierci miały wypasane przez nią krowy, atakując napastnika swymi rogami. Na ile to była prawda, a na ile wymysł - tego nie wiadomo, lecz można powiedzieć iż owa ocalona kobieta nie starała się robić z tego faktu większego zamieszania i nawet nie określała zwierza, który ją napadł mianem "bestii", a mówiła jedynie iż był to: "jakby wilk, lecz to nie był wilk". W kolejnych tygodniach i miesiącach pojawiały się nowe informacje o atakach, których ofiarami padały głównie kobiety i dzieci. W grudniu 1764 r. ataki znacznie się zwiększyły i spowodowały one w tym miesiącu aż sześć ofiar śmiertelnych. W styczniu 1765 r. było ich już jedenaście, a w kolejnych miesiącach skala ta albo nieco opadała, albo też się zwiększała. Najwięcej ataków zanotowano zimą i wiosną 1764/1765 r., potem ta skala nieco opadała, aczkolwiek ataki trwały aż do jesieni 1767 r. gdy nagle "Bestia z Gévaudan" zniknęła i wszelki słuch po niej zaginął. Jednak przez te trzy lata prawdziwa psychoza ogarnęła nie tylko całą Langwedocję, ale i sporą część Francji, powodując napływ do Gévaudan (i okolic w których dochodziło do ataków) wielu śmiałków oraz żądnych przygód łowców, mających nadzieję upolować ową bestię. Różnie też ją przedstawiano, wielu twierdziło że przypomina ona wilka, pokryta jest czerwonawą sierścią, potrafi bardzo szybko biegać, szczęka jej opatrzona jest w ostre kły, na łbie posiada rogi niczym byk, lecz jej wielkość, zbliżona miała być do wielkości cielęcia.




Wciąż pojawiające się nowe ataki i niemożność ustrzelenia bestii, doprowadziły najpierw do aktywizacji władz tamtejszych prowincji: Langwedocji i Owernii, a dopiero potem sprawa doszła aż do Wersalu. Najpierw jednak postanowiono zorganizować wielkie łowy na potwora, które odbyły się w dniach 7 i 11 lutego 1765 r., a wyznaczony do tego zadania przez intendenta Langwedocji - de Guignard'a de Saint Priest'a - kapitan Duhamel, zwołał 20 tys. szlachty i chłopów z 73 parafii, ściągnął oddział dragonów z Clermont i najął "łowców wilków" z Normandii - braci d'Enneval. Ustrzelono wówczas jednak tylko kilka wilków, ale owej "bestii" nie udało się znaleźć. W kolejnych miesiącach znów było głośno o atakach i nowych ofiarach "Bestii z Gévaudan", a szczególnie okrutny i zuchwały był atak z 24 maja 1765 r. Tego bowiem dnia bestia zaatakowała w kilku miejscach i odgryzła ofiarom głowy. Zaczęto więc podejrzewać że bestii tych jest więcej, niż jedna. W czerwcu zadanie "ubicia potwora" otrzymał sam królewski łowczy - Francois Antoine de Bauterne, który nie był już młodzieniaszkiem (miał 71 lat), a mimo to zabrał się do tego zadania z wielką werwą i odpowiedzialnością. Trzy miesiące tropił zwierza i wreszcie 21 września 1765 r. udało mu się ustrzelić (oczywiście była to zorganizowana nagonka, w której również uczestniczyło kilka tysięcy myśliwych w tym prawie cała okoliczna szlachta, chłopi i oficerowie pułku królewskiej gwardii) w lesie Pommier, nieopodal Saint-Marie-des-Chazes. Ubite wówczas zwierzę - był to wilk sporych rozmiarów - otrzymał co najmniej dwa strzały (w tym jedno w oko) a i tak nie od razu padł martwy i jeszcze próbował uciec w las. Upolowany wilk był duży, miał 1.81 m. długości i ogromne kły. Rozciągnięto go na szubienicy ustawionej na wozie, ciągniętym przez konia i zawieziono do miasteczka, gdzie też ściągnięto mieszkańców pobliskich wiosek, aby potwierdzili że to ta właśnie bestia napadała na stada i ludzi w całej okolicy. Tak też się stało - ludzie potwierdzili.




Niestety, nie oznaczało to końca ataków. 2 grudnia 1765 r. bestia znowu zaatakowała, tym razem dwóch młodych pasterzy krów. Nieskuteczność w jej ustrzeleniu i ciągłe wieści o nowych atakach, powodowały powszechne przerażenie ludności w całej okolicy, a nawet w większej części Langwedocji i Owernii. Ludzie twierdzili że bestia jest postacią demoniczną i że kule się jej nie imają. Twierdzono też, że jej pojawienie się, to kara Boska za wypędzenie z Francji zakonu jezuitów (ludzie lubią dawać wiarę wydarzeniom niezwykłym, które tylko w bardzo ograniczony sposób są ze sobą powiązane i tak właśnie było w tym przypadku, gdyż zakon jezuitów został wygnany z Francji dopiero w listopadzie 1764, a ataki miały miejsce już z końcem czerwca tego roku). Pojawiały się też teorie (głównie wśród okolicznych chłopów) że bestia, to tak naprawdę czarownik, który potrafi przemieniać się w zwierzę, a także że dusze ludzi potępionych wcielają się w wilki i atakują ludzi (niektórzy przypominali sobie też dawne ostrzeżenia francuskich hugenotów - głównie proroka Jurieu - sprzed prawie stu lat - którzy przepowiadali pojawienie się w tych okolicach dzikiej "Bestii" i ostrzegali przed rozlew krwi niewinnej oraz prześladowaniami sprawiedliwych). Ludzie bali się więc wychodzić do lasu, a także po wsi po zmroku, gdyż bestia ta atakowała także błąkające się samotnie osoby na wsiach i w małych miasteczkach. Dlatego zbierano się w grupy i nasłuchiwano, a gdy tylko dało się słyszeć jakiś krzyk w oddali, wówczas całą grupą pędzono w to miejsce i niejednokrotnie dzięki temu ocalano życie, czy to napadniętej kobiecie, czy też dziecku. Ludzie co prawda się bali, ale jednak pomagali sobie nawzajem, wiedząc że w grupie znacznie łatwiej będzie im osaczyć i ubić owego potwora. Zdarzały się też zwycięskie pojedynki z bestią pojedynczych osób - mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci. Przede wszystkim należało chronić szyję i okolice głowy, gdyż bestia najczęściej atakowała właśnie te miejsca, zdając sobie sprawę że dzięki temu szybko może zadusić ofiarę. Ludzie opowiadali sobie przypadki, jak to zaatakowana matka bohatersko i zwycięsko walczyła z bestią o swoje dzieci (tak, jak w miejscowości Rouget - 14 marca 1765 r.). Dwoje małych dzieci kobieta ta ocaliła, ale starsze, sześcioletnie, bestia porwała i uszła z nim w las. Wówczas nadbiegł pasterz z dużym psem pasterskim i ów pies poszedł w gęstwinę za bestią, dopadł ją i zmusił by puściła dziecko, choć sam odniósł poważne rany (szczególnie wokół pyska). Dziecko było wolne, ale odniesione rany (przede wszystkim głowy, którą bestia trzymała w pysku i za którą ciągnęła owe dziecko za sobą) sprawiły, że przeżyło tylko trzy kolejne dni. Takich przypadków było dość dużo (np. służąca walcząca z bestią w obronie swej pani), co też pokazywało determinację mieszkańców okolicznych ziem do wzajemnej obrony i ostatecznego rozprawienia się z niebezpieczeństwem.




 Po czerwcu 1765 r. ataki były już mniejsze i obejmowały jedną lub dwie osoby w miesiącu. Tak było aż do początków listopada 1767 r. gdy bestia nagle zniknęła i już nigdy się nie pojawiła, a co za tym idzie zakończyły się też ataki na okoliczną ludność. Ludzie zastanawiali się, co też mogło być powodem pojawienia się bestii i czym ona właściwie była. Starano się powiązać tę sprawę z historią rodziny Marvejols, którzy (ojciec, matka i dwóch synów) zostali w 1762 r. oskarżeni o tresowanie wilków w celu ograbiania podróżnych i skazano ich za to na śmierć przez powieszenie. Wyrok został wykonany. Być może było w tym jakieś ziarno prawdy, a owe "Bestie z Gévaudan" (bo zapewne były co najmniej dwa, lub trzy tego typu osobniki, tym bardziej że ataki odnotowywano czasem tego samego dnia w różnych, znacznie oddalonych od siebie miejscach) może były jakąś pozostałością po "stadzie" rodziny Marvejols, które to po ich śmierci musiało samo szukać pożywienia. Ale to oczywiście tylko jedna z hipotez, gdyż do dziś dokładnie nie wiadomo czym (lub... kim) była "Bestia z Gévaudan". Pozostaje nam więc jedynie gdybanina i bujna wyobraźnia, widząca w owej bestii wilkołaka, pumę, lub jakieś inne dzikie zwierzę, skrzyżowane z wilkiem. 



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...