WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPIDEMIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPIDEMIE. Pokaż wszystkie posty

22 sierpnia 2026

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VII

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. VI





REWOLUCJA 1905 r.
CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI 
Cz. I






"ZJEDNOCZONY W MODLITWIE Z MOIM NARODEM NABRAŁEM NOWYCH SIŁ DO SŁUŻENIA ROSJI, JEJ POMYŚLNOŚCI I CHWALE"
 
MIKOŁAJ II
W LIŚCIE DO GUBERNATORA MOSKWY 
PODCZAS WIELKANOCNYCH ODWIEDZIN DAWNEJ ROSYJSKIEJ STOLICY
(1900 r.)



 Car Mikołaj II - który wstąpił na rosyjski tron dnia 1 listopada 1894 r., od samego początku swych rządów nie miał szczęścia ani w polityce, ani też w życiu prywatnym. Jego ojciec - Aleksander III pozostawił mu w miarę stabilny tron, wcześniej zdusiwszy prawie całą antycarską i pro-liberalną opozycję. Niestety, nowy car nie posiadał temperamentu i siły ojca, a bardziej przypominał swego dziada - Aleksandra II (zamordowanego w wyniku zamachu z 1881 r.), też będąc łagodny, bierny, dobroduszny i szaleńczo zakochany w swej niemieckiej żonie - Aleksandrze. Wstępując na tron stwierdził że nie chce być tylko "Mikołajem II, ale i drugim Mikołajem", czyniąc tym samym aluzję do osoby swego pradziada - Mikołaja I zwanego Pałkinem (notabene ów car uwielbiał zadawać kary cielesne i skazywać na nie również i żołnierzy swej gwardii. Zresztą trudno się dziwić, od młodości chowany był w poczuciu strachu i szacunku do rózgi, gdy jego ojciec car Paweł I - syn Katarzyny II - zatrudnił do nauki carewiczów - Mikołaja i Michała, generała Lamzdorfa, któremu polecił aby nie szczędził młodzieńcom chłosty za najmniejsze przewinienia. Pewnego razu Lamzdorf chwycił małego Mikołaja za kołnierz i podniósłszy go do góry, uderzył jego głową o ścianę tak mocno, że chłopiec stracił przytomność. Paweł I pochwalił metody nauczyciela i przykazał aby odtąd codziennie notował w dzienniku ile razów wymierza jego synom. Taka edukacja bez wątpienia musiała wywrzeć wielki wpływ na psychikę Mikołaja I, zwanego potem "Żandarmem Europy"). W rzeczywistości Mikołaj II nie miał nic, zarówno z okrucieństwa swego pradziada (którego elektryzującego wzroku obawiali się wszyscy dworacy), jak również nic z charyzmy swego ojca i ponoć na wieść o objęciu tronu... rozpłakał się, mówiąc: "Co ja teraz pocznę. Nie jestem przygotowany na to, by być carem. Nigdy nie chciałem nim być. Zupełnie nie znam się na rządzeniu". Tego samego zdania był Aleksander III, który na rok przed swoją śmiercią tak mówił o swym 25-letnim wówczas synu: "To zupełne dziecko. Jego poglądy są zupełnie dziecinne". Jedynie matka - caryca Maria Fiodorowna starała się wspierać Nikiego (jak zdrobniale zwano Mikołaja w rodzinie), choć tak naprawdę chyba bardziej zależało jej na tym, aby wciąż móc wywierać na synu swój przemożny wpływ. 
 

CARYCA-MATKA
MARIA FIODOROWNA



Wiarę w siebie budowała w Mikołaju głównie jego młoda żona, księżniczka heska - Wiktoria Alicja Hesse-Darmstadt (która po przejściu na prawosławie zwana była Aleksandrą Fiodorowną), a w której ten był zakochany bez pamięci (w 1890 r. pisał: "Marzę o dniu, w którym poślubię Alix. Kocham ją od dłuższego czasu, ale jeszcze mocniej i głębiej od roku 1889, kiedy spędziła sześć zimowych tygodni w Petersburgu"). Niestety, rodzice byli przeciwni temu małżeństwu, gdyż ojciec Aleksandry był mało znaczącym niemieckim księciem, który nic nie ofiarował Rosji w kwestii sojuszy strategicznych. Szczególnie mocno przeciw temu związkowi oponowała caryca Maria, która miała ogromny wpływ na swego syna (innymi słowy młody Niki był po prostu maminsynkiem, całkiem uzależnionym od matczynej opinii), co powodowało że następca tronu zaczął walczyć ze swym uczuciem do Alix (pisał np.: "Jestem na rozstaju dwóch dróg, ja chcę iść w jednym kierunku, mama chce, bym poszedł w drugim! Co z tego wyniknie?"). Więc aby odciągnąć syna od planów matrymonialnych z ową Niemką, car Aleksander podesłał mu młodą balerinę z Teatru Maryjskiego w Petersburgu, Polkę - Matyldę Krzesińską. Ta młoda, ładna dziewczyna co prawda zawróciła w głowie następcy tronu (w 1892 r. pisał np. tak: "Kocham Alix już od trzech lat i wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia Bóg pozwoli mi się z nią ożenić (...) Ale od 1890 roku kocham K. z namiętnością. Dziwna rzecz ludzkie serce, bo jednocześnie nie przestaję myśleć o Alix. (...) można by dojść do wniosku, że jestem bardzo kochliwy. W pewnym sensie tak!"), jednak ich romans trwał zaledwie cztery lata i zakończył się wiosną 1894 r. 26 listopada tego roku nowy car Mikołaj II poślubił Wiktorię Alicję, która teraz otrzymała koronacyjne imię Aleksandry (pewnym problemem stojącym na przeszkodzie tego małżeństwa, była również niechęć Alix przed przejściem na prawosławie - co było konieczne dla małżonki cara. Mówiła ona iż żyje jako luteranka i jako luteranka chce umrzeć, a: "Wiara to nie para rękawiczek, którą się nakłada i ściąga". Ostatecznie jednak uległa presji swego otoczenia, rodziców, swej siostry - Elżbiety, a także cesarza Niemiec - Wilhelma II). Mikołaj postawił na swoim, ale nie oznaczało to wcale końca problemów w rodzinie, tym bardziej że caryca Maria traktowała synową wyniośle i nie zamierzała ustępować jej pola podczas uroczystości publicznych, ani też oddawać klejnotów przysługujących carycy (Gdy Alix skarżyła się Mikołajowi na takie traktowanie ze strony Marii, Mikołaj odpowiadał: "Porozmawiam o tym z mamą", niewiele jednak wskórał, a często zamiast porozmawiać, po prostu pytał się jej o radę, mówiąc żonie oficjalnie: "Zapytam o to mamę").


ALEKSANDRA FIODOROWNA
"ALIX"



Aleksandra starała się dodać mężowi odwagi w sprawowaniu władzy bez udziału carycy-matki (pisała np.: "Najukochańszy (...) Nie popadaj w przygnębienie. Twoje "słoneczko" modli się za Ciebie (...) Bądź stanowczy (...). Nie dopuszczaj do tego, że inni zajmują Twoje miejsce i nie liczą się z Tobą. (...) Śmiało mów, co myślisz, i pilnuj, by nikt nie zapomniał, kim jesteś"), nadaremnie - o wielu sprawach i tak decydowała "mama". Caryca-matka potrafiła być również okrutna w stosunku do swej synowej, co zostało udokumentowane podczas jednego z balów, organizowanych w połowie 1895 r. gdy caryca celowo zwracała się tylko do syna, całkowicie pomijając jego żonę, tak jakby jej tam wcale nie było (Alix wyszła wówczas z balu cała zapłakana, a to, jak Maria potraktowała Aleksandrę, zauważyła również księżniczka Ksenia Aleksandrowna - młodsza siostra Mikołaja, która potem zapisała w swych pamiętnikach: "Matka upokorzyła Alix. Zrobiła to celowo i z premedytacją (...) było to jej pierwsze spotkanie z dworem, matka zaś postarała się, aby wszyscy się z niej śmiali"). Gdy zaś przez prawie pół roku Aleksandra nie mogła zajść w ciążę, Maria oficjalnie pytała ją czy aby jest zdrowa (i czy może mieć dzieci) oraz sugerowała by obejrzał ją jej prywatny medyk. Zaś gdy (po czternastogodzinnym porodzie) na świat przyszła księżniczka Olga (listopad 1895 r.), caryca Maria stwierdziła bezceremonialnie: "Teraz dziewczynka, następny będzie chłopiec!" Maria nadzorowała również remont pomieszczeń Aleksandry, jak i pokoju swej wnuczki, księżniczki Olgi. Mimo tego nieśmiała i skryta w sobie Aleksandra, z biegiem czasu zaczęła odzyskiwać nieco wigoru i stojąc u boku męża oraz wspierając go w jego zamierzeniach (a car był bardzo chwiejny i łatwo ulegał presji, szczególnie swej matki) i podkreślając że to on jest władcą i to on decyduje, a inni - w tym członkowie jego rodziny - powinni okazywać mu szacunek i posłuszeństwo (choć i tak szeptano na dworze, iż: "Car rządzi Rosją, a jego matka rządzi carem"). Zresztą Alix musiała się mierzyć nie tylko z carycą-matką, ale i z innymi członkami carskiej rodziny, jak choćby z wielką księżną Marią Pawłową (żoną Włodzimierza Aleksandrowicza Romanowa - stryja Mikołaja II), która nie przepuściła żadnej okazji aby upokorzyć młodą carycę (namawiała nawet jej dwórki, by te wyrażały się o niej niepochlebnie i chwaliła je za to).




26 maja 1896 r. (w Rosji wówczas obowiązywał kalendarz juliański, co oznaczało że data ta była opóźniona o dwanaście dni w porównaniu z kalendarzem gregoriańskim, obowiązującym w reszcie Europy i większości świata. Ja tutaj podaję zaś jedynie daty liczone w kalendarzu gregoriańskim) miała miejsce uroczysta koronacja cesarskiej pary, po której to doszło do wielkiej tragedii na Placu Chodyńskim w Moskwie. Tutaj od razu należy wyjaśnić, że zarówno Aleksander III i caryca Maria, jak i Mikołaj II nie przepadali za atmosferą panującą w Petersburgu i kiedy tylko mogli, wyjeżdżali albo do pałacu w Gatczynie, albo do Moskwy na Kreml, albo też do Liwadii na Krym (szczególnie latem, gdzie rodzina carska spędzała beztroskie chwile w pałacu, w którym w lutym 1945 r. Stalin - nowy, czerwony car - przyjmował Churchilla i Roosevelta, omawiając powojenny podział świata na strefy wpływów. Notabene należy pamiętać że wówczas w większości krajów Europy panowała wojenna limitacja żywności, natomiast na Krymie Stalin pokazał się zachodnim sojusznikom jako wielki pan również pod względem kulinarnym, serwując im najwykwitniejsze dania - pieczone bażanty, dziki a nawet... łosie - a w tym samym czasie obywatele Związku Sowieckiego umierali z głodu. Nic dziwnego że zarówno Churchill jak i Roosevelt byli oczarowani potęgą Związku Sowieckiego, widząc chociażby same te wykwintne dania), poza tym lubili też spędzać czas w Białowieży i w Spale. Gdy więc 24 maja 1896 r. para cesarska we wspaniałym orszaku wjechała do Moskwy, po raz kolejny Aleksandrę czekała niemiła przygoda, gdy lud niezbyt serdecznie wiwatował na cześć cara i carycy, zaś "niemal ogłuszająco" przywitał carycę Marię. Mimo to, uroczystość koronacyjna (25 maja) odbyła się z wielkim przepychem, godnym władcy potężnego Imperium, zaś tłumy Rosjan już od rana gromadziły się na Placu Czerwonym, chcąc ujrzeć na własne oczy koronację nowego cara (taka okazja mogła przecież już się nie powtórzyć w ciągu życia wielu spośród tam obecnych). Mikołaj jechał na koronację na koniu pomiędzy szpalerami swych dostojników, zaś Aleksandra siedziała w karecie ze swymi dwórkami. Koronacja przebiegała sprawnie, ale niektórzy dostrzegli że z piersi cara zsunął się ciążki łańcuch św. Andrzeja - co dla wielu nie było pomyślną zapowiedzią przyszłości. Tragedia wydarzyła się już dnia następnego (26 maja), gdy tłum Rosjan stłoczony na Placu Chodyńskim i przepychający się do stołów z darmowym jedzeniem i piciem oraz drobnymi podarunkami od władcy (które to car był zobowiązany wystawić dla swego ludu podczas koronacji), zaczął się po prostu wzajemnie tratować. Tego dnia panował wielki upał, a zebrany tłum przez wiele godzin oczekiwał rozpoczęcia rozdawania upominków, gdy nagle skądś pało hasło: "Dają!" i tłum zaczął się przepychać w kierunku namiotów z darami. Każdy chciał być pierwszy, aby przy takiej ilości ludzi nie wrócić do domu z pustymi rękoma. Ludzie zaczęli więc się wzajemnie przepychać, część upadła na ziemię, inni mdleli w tłoku - efekt był taki że zadeptanych i zaduszonych zostało ponad tysiąc osób, a drugie tyle odniosło rany.




Była to tragedia, która wstrząsnęła całą Moskwą, a także przeraziła rodzinę carską. Caryca Maria pisała do swej matki Luizy w Danii (Maria Fiodorowna, nim została żoną Aleksandra III, była córką króla Danii - Chrystiana IX): "Ten straszny wypadek (...) przechodzi wszelkie wyobrażenie i całą wspaniałość i okazałość uroczystości okrył kirem! Pomyśl, jak wielu biednych, nieszczęśliwych ludzi zostało zmiażdżonych i śmiertelnie rannych"). Mimo to car, gdy dowiedział się o wypadku, nie zrezygnował z uczestnictwa w balu, organizowanym na cześć pary carskiej w posiadłości ambasadora Francji, zaś jeszcze tego samego dnia (po szybkim uprzątnięciu Chodynki z ciał i odwiezieniu rannych do szpitali) na Placu Chodyńskim car Mikołaj wraz z małżonką i dworem uczestniczył w uroczystości, na której orkiestra przygrywała pieśni na cześć szlachty rosyjskiej, niemieckiej, francuskiej, brytyjskiej i kilku innych europejskich narodów. To była jedna z najpoważniejszych skaz, jakie pojawiły się na wizerunku młodego władcy tuż u świtu jego panowania. To właśnie wówczas, na balu we francuskiej ambasadzie, wśród rosyjskiego ludu zrodziło się przekonanie o nieczułości cara, który po tragedii na Chodynce, tańczył sobie w najlepsze kadryla w objęciach tej "zarozumiałej Niemki" - jak lud zwał Aleksandrę (Alix nie była ani dumna, ani zarozumiała, jednak jej zachowanie podczas oficjalnych uroczystości było bardzo onieśmielające, a czasem się czerwieniła na twarzy i choć była bardzo ładna, nie potrafiła błyszczeć tak, jak caryca-matka, przez co uważano ją za odszczepieńca. Baronowa Sophie Buxhoeveden pisała w swych pamiętnikach, iż Aleksandra: "Czuła się zupełnie zagubiona (...) Jej nieśmiałość uznawano za wyniosłość, zaś powściągliwość za zarozumiałość", w przeciwieństwie do carycy Marii, która - jak pisała Maria von Bock, córka Piotra Stołypina - jest: "Uprzejma, życzliwa, bezpretensjonalna w obejściu, była cesarzową w każdym calu, łącząc w sobie wrodzoną godność z taką dobrocią, że uwielbiał ją każdy, kto ją znał"). Aleksandra nie mogła już dłużej wytrzymać uwag i zniewag teściowej i poprosiła męża aby wyprowadzili się z Pałacu Aniczkowskiego w Petersburgu (w którym byli pod ciągłym okiem carycy-matki) i przenieśli się do Pałacu Aleksandrowskiego w Carskim Siole. Im dalej od Petersburga i Marii, tym lepiej dla samopoczucia Alix, a widząc jak bardzo zależy na tym żonie, Mikołaj postanowił wreszcie wyprowadzić się "od mamy" i osiąść w "uroczym, drogim, kochanym miejscu" - jak potem nazywał Pałac Aleksandrowski (Gleb Botkin - syn nadwornego lekarza Mikołaja II pisał: "Carskie Sioło to był inny świat, zaczarowany kraj z baśni, gdzie niewiele ludzi miało prawo wstępu. (...) Dla monarchistów było ono swego rodzaju ziemskim rajem, siedzibą ziemskich bogów. Dla rewolucjonistów był to straszliwy pałac, gdzie żądni krwi tyrani wykuwali swe straszliwe, wrogie niewinnej ludności plany").




W 1897 r., jeszcze przed narodzinami księżniczki Tatiany (w czerwcu tego roku) car wraz z żoną wyjechał na wypoczynek do Białowieży (potem wielokrotnie wracał w to miejsce, zaś puszczańska rezydencja była związana z najmilszymi wspomnieniami cesarskiej pary). Niestety, nieszczęście nie chciało opuścić Mikołaja i Aleksandry. Gdy bowiem w 1899 r. zorganizowano pierwszą rosyjską wystawę przemysłową, miasto Niżny Nowogród nawiedziło tak potworne gradobicie, że potem lud również zaczął postrzegać to, jako niepomyślny znak dla panowania Mikołaja i jego "zarozumiałej Niemki". A Mikołaj był tylko narzędziem tego systemu, starając się jednocześnie jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i poświęcać czas temu, czego wcześniej tak bardzo nie lubił - sprawowaniu władzy. Alix utwierdzała męża w przekonaniu że cały lud go kocha (pewnego razu rzekła do jednej ze swych dam dworu: "Teraz możesz ujrzeć na własne oczy, jakimi tchórzami są ministrowie. Nieustannie straszą cara groźbą rewolucji, a tu proszę - sama widzisz - wystarczy, że się pokażemy, a już sercem są z nami"). Niestety, nie była to prawda. Rosyjski lud tak naprawdę nie znosił Aleksandry, nie lubili jej też carscy dworacy, a ona sama, zamknięta w swoim fiołkowym buduarze w Carskim Siole i starająca się mieć zawsze męża u swego boku, nie polepszała plotek i negatywnych opinii na swój temat. W kolejnych latach rodziły się następne córki pary cesarskiej (czerwiec 1899 r. księżniczka Maria i czerwiec 1901 r. księżniczka Anastazja), wciąż jednak brakowało syna - następcy tronu. Alix starała się z całych sił, gdyż wiedziała że w przypadku gdyby nie urodziła syna, wówczas tron po śmierci Mikołaja II objąłby jeden z jego młodszych braci - a rodzina Romanowów w XIX wieku niezwykle się rozmnożyła (co ciekawe, pierwsi Romanowowie z XVII wieku, stali przed groźbą wymarcia swego rodu) i bardzo pragnęła mieć syna. W tym czasie życie pary cesarskiej upływało na dworskich obowiązkach, małych i dużych przyjemnościach (car np. lubił samotne spacery z psami - co już jego ojciec uważał za dość dziwne i niepokojące zachowanie, a także fotografowanie - Mikołaj uwielbiał utrwalać rodzinę na kliszy aparatu fotograficznego, ukazując ich często w sytuacjach niezbyt dostojnych), na wakacyjnych podróżach na Krym, na miłych chwilach spędzonych na jachcie "Standard", oraz na obdarowywaniu się prezentami podczas świąt Wielkanocy czy Bożego Narodzenia (na Wielkanoc do tradycji należało iż dwie osoby z carskiej rodziny co roku zostawały obdarowane jajkami, sporządzonymi przez paryskiego jubilera Faberge'a, które bardzo szybko zyskały wielką, międzynarodową sławę). Mikołaj lubił te chwile beztroski, odciągały go one bowiem od obowiązków rządzenia krajem, czego nie znosił, ale co starał się wykonywać najlepiej jak potrafił. Nie było to jednak łatwe, gdyż i tam ciągle piętrzył się problemy.




Car Mikołaj II w zasadzie stale był zdominowany, jak nie przez swoją matkę, to przez wpływy żony (która także chciała do pewnego stopnia sterować małżonkiem), a także przez inne silne osobowości ze swojej rodziny. Na przykład stryjeczny brat cara, wielki książę Aleksander (zwany "Sandro"), potężny mężczyzna wbity w mundur wielkiego admirała, wyglądał niczym kolos w porównaniu do bardzo wyciszonego i spokojnego cara. Nie raz też dawał wyraz swej niechęci wobec planów Mikołaja, a wówczas potężną ręką uderzał w stół i bezceremonialnie zgłaszał sprzeciw. Inni krewni Nikiego - książęta Sergiusz i Włodzimierz (utrzymujący wiele oficjalnych kochanek i kryjący się z nimi za rządów surowego Aleksandra III, który nakazał rodzinie przykładne prowadzenie się i zapowiedział oficjalnie, iż ma być "bez skandali!", zaś ci, którzy by nie posłuchali tego ostrzeżenia, mogli się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Niestety, młody Mikołaj nie miał charyzmy swego ojca i nikt właściwie się go nie bał, przez co spokojnie już zaczęto uprawiać romanse, oddawać się hazardowi i innym gorszącym opinię publiczną Europy rozrywkom, a Niki niewiele mógł na to poradzić) również potrafili wywierać na Mikołaja swój wpływ. Carski system społeczny opierał się bowiem na ścisłej hierarchii (potem bolszewicy przejęli go i stworzyli taki sam system "czerwonej władzy" szczególnie widoczny podczas rządów Stalina). Na samym szczycie znajdował się car i jego rodzina oraz dwór, poniżej była szlachta w wojsku, administracji państwowej i Cerkwi, potem kupiectwo (mieszczaństwo) i na samym dole chłopstwo. Według pierwszego w dziejach Rosji spisu powszechnego ludności z 1897 r. w administracji publicznej było zatrudnionych aż 71 % arystokratów i szlachciców (teoretycznie drzwi do administracji państwowej były otwarte dla każdego poddanego cara, bez względu na jego pochodzenie, ale teoria jedno, a praktyka drugie i jeśli nawet znajdowali się tam synowie ludzi z gminu, to ich podstawowym obowiązkiem było ukończenie uniwersytetu lub innej szkoły wyższej i to z wyróżnieniem). Co prawda arystokracja narzekała, że od czasu poluzowania obciążeń nałożonych chłopstwu (traktowanemu nie lepiej od niewolników) i po zniesieniu pańszczyzny w 1861 r. wielu z nich musiało zmienić swój dotychczasowy tryb życia (bardzo dobrze atmosferę panującą w sferach wyższych, przedstawił w swej sztuce "Wiśniowy sad" z 1903 r. Antoni Czechow), to jednak i tak utrzymywali przemożny wpływ na praktycznie wszystkie aspekty życia politycznego i społecznego Rosji.
 



W armii zaś było jeszcze gorzej, gdyż należała ona do cara jak nic innego w Rosji (choć cała Rosja tak naprawdę była własnością cara). Cała rodzina była przesiąknięta duchem militaryzmu i nawet córki Mikołaja II należały do odpowiednich regimentów cesarskiej gwardii (każda z nich miała swoje mundury wojskowe). Armia jednak była bardzo źle wyposażona i wyszkolona (od roku 1855 stopniowo, lecz nieubłaganie spadały nakłady na wojsko, kosztem policji i administracji). Częstokroć żołnierze, aby się wyżywić, musieli sami uprawiać pola, łatać buty lub też najmować się do prac w fabrykach i na kopalniach w pobliżu swoich garnizonów. Poza tym wojsko często było używane do tłumienia buntów chłopskich i zamieszek w miastach, co też nie sprzyjało budowaniu żołnierskiego morale, gdyż większość żołnierzy to byli po prostu synowie chłopów, którzy musieli tłumić jakieś dalekie bunty chłopskie, sami zaś otrzymując wieści, że w ich stronach inni wojacy są zmuszeni do strzelania do ich bliskich. Poza tym rosyjski żołnierz musiał być poddańczo wierny poleceniom swych przełożonych i przede wszystkim musiał opanować skomplikowaną tytulaturę i formy, jakimi należało zwracać się do określonych oficerów. "Waszą Ekscelencją" tytuowano wszystkich generałów, majorów i feldmarszałków (w tym ostatnim przypadku dodawano jeszcze zwrot "Wysoka Ekscelencjo"), zaś do pułkowników i oficerów poniżej tego stopnia, mówiono "Wasza Dostojność". Natomiast prości żołnierze nie mogli liczyć nawet na obowiązujący w rosyjskiej kulturze, uprzejmy zwrot "wy", gdyż oficerowie wołali do nich po prostu "ty" jak do psów, czy chłopów pańszczyźnianych - do których właśnie tak się kiedyś zwracano (natomiast w polskiej kulturze słowo "wy" jest traktowane za protekcjonalne i nazbyt oficjalne, natomiast zwracanie się bezpośrednio po szarży lub imieniu - czyli na "ty" jest traktowane za znacznie pozytywniejsze). Poza tym rosyjski żołnierz musiał znosić nieustanne bicie (np. pięścią w twarz, uderzenia kolbą jak również ciągłą chłostę za najdrobniejsze przewinienia), a w tym przypadku niewiele się zmieniło od czasu reformy wojskowej Dymitra Milutina z 1874 r. wprowadzającej powszechną służbę wojskową dla wszystkich mężczyzn i skracającą okres jej trwania z 15 do 6 lat, oraz ograniczającą kary cielesne i wprowadzającą elementarne wykształcenie dla poborowych (gdyż ok. 80% z nich to byli analfabeci). Bycie prostym żołnierzem w carskiej Rosji było prawdziwym utrapieniem, gdyż wojacy - nawet po służbie - nie mogli jeździć komunikacją miejską (jedynie pociągami i to w trzeciej klasie), nie mogli wchodzić do restauracji ani do teatrów, a w parkach miejskich ustawiano tablice: "Psom i żółnierzom wstęp wzbroniony" (nic dziwnego że do poddającego się rosyjskiego sołdata, który prosił o darowanie mu życia, pewien polski żołnierz z oddziału Karola Różyckiego w 1831 r. zapytał go: "A na co ci żyć, skoro ty Moskal?" Swoją drogą jakże inaczej było traktowane wojsko w II Rzeczpospolitej, gdzie żołnierz był tak naprawdę elitą narodu bez względu na szarżę. Żołnierze mieli darmową komunikację miejską - określenie "Wojsko nie płaci" było oficjalnym hasłem akceptowanym praktycznie przez wszystkich obywateli - natomiast gdy szli ulicą to większość przechodniów mężczyzn zdejmowała kapelusze lub czapki żeby się im pokłonić). W Rosji nie istniał więc etos żołnierski, taki jak choćby w Niemczech, we Francji czy w międzywojennej Polsce.




Co było momentem przełomowym dla wybuchu Rewolucji 1905 r. (a potem dwóch kolejnych z 1917 r. - lutowej i październikowej) w Rosji? Wiele było takich momentów można by rzec, tym bardziej że terror polityczny, jaki panował w Rosji od połowy lat 70-tych do początku 80-tych XIX stulecia stwarzał ku temu wiele okazji (terror został przyduszony w latach 80-tych, jednak nieliczne jego kontynuacje wciąż były jeszcze podejmowane - jak choćby nieudany zamach na cara Aleksandra III z 13 marca 1887 r., który potem stał się jednym z elementów budowania kariery i legendy dwóch ludzi - Włodzimierza Iljicza Uljanowa, zwanego Leninem, którego brat - Aleksander Uljanow - student zoologii na Uniwersytecie w Petersburgu został wciągnięty do zgromadzenia rewolucjonistów i pod wpływem swoich kolegów ze studiów stał się radykalnym marksistą, który mawiał: "Nie wierzę w terror, wierzę w systematyczny terror!". Został on aresztowany jeszcze przed samym zamachem i skazany wraz z czterema kompanami na karę śmierci - wyrok wykonano w maju 1887 r. Aleksander miał wówczas 21 lat. Lenin zaś nie mógł przeboleć tej śmierci, a mając już wytyczoną przez brata drogę rewolucyjno-terrorystyczną, podążył w tym właśnie kierunku. Drugim człowiekiem, którego legenda również zaczęła się od owego nieudanego zamachu z 1887 r., był Józef Piłsudski. Jego starszy brat - Bronisław był również wtajemniczony w ten spisek, jednak został skazany na 15 lat zesłania na wyspę Sachalin. O współuczestnictwo oskarżono wówczas i młodego 19-letniego Józefa - choć ten akurat o planach zamachu na życie cara nic nie wiedział - i skazano go na pięć lat zesłania na Syberii. Legenda przyszłego Marszałka budowana była właśnie od tego wydarzenia, a we "Wspomnieniach" Jego małżonki - Aleksandry Piłsudskiej można znaleźć taki fragment: "Oto widzę człowieka, którego Syberia złamać nie zdołała. Fizycznie i psychicznie był to człowiek zdrowy, w odróżnieniu od jakże wielu tych, którzy wrócili z zesłania z piętnem klęski. Nie było w nim ani zgorzknienia, ani rezygnacji").

Wydaje się jednak że takim prawdziwym początkiem Rewolucji 1905 r. były wydarzenia mające miejsce w Rosji w latach 1891-1892. Były to bowiem ciężkie lata: nieurodzaju, głodu, ubóstwa i epidemii i to one w dużej mierze wyrobiły w kręgach pokornego dotąd prawosławnego chłopstwa i mieszczaństwa, opinię o nieudolności carskiego rządu i niewielkiej skuteczności podejmowanych prób zapobieżenia epidemii głodu na szczeblu centralnym. Na jesieni 1891 r. aż 17 guberni carskiej Rosji było objętych klęską głodu (a to dwukrotnie więcej niż powierzchnia Francji). Ludzie głodowali lub uciekali do miast (gdzie sytuacja była nieznacznie tylko lepsza), ale największym zmartwieniem były dla nich zwierzęta hodowlane, a szczególnie konie, gdyż należało je nakarmić - inaczej padały z głodu. A jeśli padły konie, chłopi głodowali również w roku następnym (nie mogąc kontynuować żniw), dlatego też aby wykarmić konie, ściągano nawet słomę z dachów własnych chat, pozostawiając je na pastwę sił natury. Natomiast w roku 1892 nawiedziła Rosję potężna epidemia tyfusu i cholery (przenoszona przez pchły i muchy, które rozmnożyły się przy trupach padłych z głodu zwierząt). Pomoc publiczna była co prawda podejmowana, ale ze względu na wszechobecną biurokrację, często przybierała charakter przeciwny do zamierzonego. Na przykład: kładziono nacisk na wywiązanie się z podpisanych wcześniej umów eksportu zboża do krajów Europy, tym samym potęgując głód i rozpacz, gdyż zboże to nie mogło wówczas trafić do głodujących chłopów. Największe zaś przerażenie budziło na wsi rosyjskiej pojawienie się służb medycznych, gdyż przy stwierdzeniu choć jednego przypadku epidemii, natychmiast nakładano kwarantannę, a ludność zmuszano do przeniesienia się do wyznaczonych ośrodków (często odległych o wiele setek kilometrów). W prasie panowała totalna cenzura i nie wolno było gazetom pisać o rozprzestrzeniającej się klęsce głodu, a co najwyżej o "lokalnym nieurodzaju". Powodowało to frustrację, rozpacz i gniew sporej części rosyjskiego społeczeństwa. Zaczęto też opowiadać sobie przerażające historie o całych wyludnionych wioskach, o pomarłych z głodu dzieciach (np. w dzienniku Aleksandry Bogdanowicz - pokojówki pracującej u możnego państwa z Petersburga, pod datą 3 grudnia 1891 r. można przeczytać: "Podobno w guberni symbirskiej wszystkie dzieci pomarły z głodu, wysłano tam ubrania dziecięce, ale zostały zwrócone - nie ma kto ich nosić. Oburzenie narasta we wszystkich kręgach"




W tym trudnym czasie uwidoczniła się też druga strona ludzkiej natury - ta jasna, chwalebna. "Ludzie najróżniejszych przekonań energicznie wzięli się do pomocy. Wielu zaniechało swoich zwykłych zajęć i przystąpiło do zakładania jadłodajni oraz, podczas epidemii, ruszyło pomagać lekarzom" - jak pisał Wasilij Makłakow. Wśród pomagających nie brakowało ani mieszczan ani szlachty, a nawet książęta rzucili się w wir pomocy i rozdawali zupę w jadłodajniach dla głodujących chłopów (np. książę Gieorgij Jewgieniejewicz Lwow właśnie w garkuchni poznał swą przyszłą żonę). Ludzie pomagali jak tylko mogli, w miastach organizowano zbiórki ubrań, butów, płaszczy a nawet zabawek dla chłopskich dzieci, zakładano setki komitetów pomocowych, organizowano ochronki, studenci masowo zgłaszali się do akcji pomocowych w ramach wolontariatu. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym właśnie czasie, po raz pierwszy w dziejach, realnie zaczęło kształtować się prawdziwie obywatelskie społeczeństwo w Rosji. Niestety, porównanie tych akcji pomocowych i działań rządu carskiego wypadało zdecydowanie na niekorzyść tego drugiego, poza tym duża część rosyjskiego możnowładztwa nadal żyła dawnym życiem, pełnym polowań i bankietów, oderwana od reszty narodu w swych pałacach i dworach - co tak dobitnie wytknął im Lew Tołstoj. Arystokracja zresztą była niechętna ani wyzwoleniu chłopów z poddaństwa (co nastąpiło ukazem cara Aleksandra II z 1861 r. - notabene ukaz ten przyznawał chłopom jedynie wolność osobistą, ale nie otrzymali już tych samych działek, które do tej pory uprawiali dla siebie, musieli je bowiem wykupić u swego dotychczasowego pana. To spowodowało że wielu opuszczało wieś i przenosiło się do miast, gdzie zapełniało miejskie slumsy, nie mając żadnych perspektyw na podjęcie dobrze płatnej pracy - gdyż nie posiadali żadnych umiejętności przydatnych do życia w mieście), ani też jakimkolwiek innym zmianom społeczno-politycznym, mającym na celu poprawę położenia ludności najuboższej. Arystokracja rosyjska czuła się zdradzona, była pełna nieskrywanego żalu przed utratą dawnego życia (które dla nich zmieniło się tylko w niewielkim stopniu). Antoni Czechow w "Wiśniowym Sadzie" z 1903 r. doskonale uwypuklił wszystkie te skrywane dotąd żale rosyjskiej arystokracji, choćby w osobie dziedziczki Lubow Andriejewny Raniewskiej, która tak kocha swój wiśniowy sad, iż nie jest go w stanie sprzedać, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę że gdyby to uczyniła, to jej rodzina nadal mogłaby żyć "po staremu". Ostatecznie sad zostaje sprzedany, a sztuka kończy się odgłosem ścinania ukochanych drzew Raniewskiej, jakby odgłosem odchodzącego świata rosyjskiej arystokracji.


ROSYJSCY CHŁOPI BYLI PRZED 1861 ROKIEM TRAKTOWANI PRZEZ SWYCH PANÓW JESZCZE GORZEJ, NIŻ ŻYJĄCY W TYM SAMYM CZASIE AMERYKAŃSCY MURZYNI NA PLANTACJACH. WYKORZYSTYWANI DO WSZELKICH PRAC BEZ ŻADNYCH PRAW - POZA TYMI, KTÓRE EWENTUALNIE NADAŁ IM ICH PAN - STANOWILI JEGO PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ WRAZ ZE SWYMI RODZINAMI I OBEJŚCIEM. ROSYJSCY ARYSTOKRACI TWORZYLI TEŻ SOBIE PRAWDZIWE HAREMY ZŁOŻONE Z CHŁOPSKICH ŻON I CÓREK



CDN.

27 września 2025

SZALONY MONARCHA I JEGO EPOKA - Cz. I

CZYLI CZY KAROL VI 
I JEGO ROZPUSTNA MAŁŻONKA
PRZYWIEDLI FRANCJĘ 
NA SKRAJ UPADKU?





"KOGO BOGOWIE CHCĄ ZNISZCZYĆ, 
NAJPIERW DOPROWADZAJĄ GO DO OBŁĘDU"

EURYPIDES






POD OSŁONĄ NIEWIEŚCICH SUKIEN
Cz. I


Był słoneczny sierpniowy poranek 1392 r., gdy spory orszak króla Francji - Karola VI zmierzał ku Bretanii, z której to władcą - Janem V - miał francuski monarcha konflikt natury prawnej (Jan udzielił schronienia człowiekowi, który planował morderstwo jednego z jego osobistych doradców i przyjaciół - nobliwego Oliviera de Clisson, rycerza z Bretanii). Król był niespokojny tego dnia i zewsząd wypatrywał zdradzieckiego ataku na swoją osobę, a ów niepokój został w nim jeszcze wzmocniony przez odzianego w łachmany mężczyznę, który wyszedłszy z lasu i dopadłszy jego konia, rzekł: "Szlachetny królu! Nie jedź dalej, zostałeś zdradzony!". Ów mężczyzna został co prawda przegoniony przez królewską straż, ale i tak szedł za orszakiem, wołając z oddali aby król miał się na baczności i nikomu nie ufał. Karol wziął sobie do serca ostrzeżenia owego człowieka i począł zastanawiać się czy dobrze uczynił ruszając na tę wyprawę. W pewnym momencie dał się słyszeć głuchy odgłos opadającego żelaza, gdyż jeden z królewskich paziów przysnął i upuścił trzymaną w ręku lancę, która odbiła się od hełmu jadącego za nim rycerza, wydając dźwięk dobywającego się oręża. Król nie czekał długo, wyjął swój miecz i z okrzykiem: "Zdrajcy! Chcecie mnie wydać wrogom!", ruszył w stronę grupy rycerzy i piechurów, po czym kilku z nich zadał śmiertelne rany. Król był jak w amoku, zapewne położyłby trupem znacznie więcej swych żołnierzy, gdyby nie został zrzucony z konia i przyciśnięty do ziemi. Gdy tak się stało, monarcha stracił przytomność, po czym został przewieziony z powrotem do Luwru. Był to pierwszy przypadek szaleństwa, jakie doskwierało królowi Karolowi VI (który przez to właśnie otrzymał przydomek "Szalony") już do końca jego życia, a zmarł w trzydzieści lat później. Choroba potęgowała się na różne sposoby, raz np. monarcha nie poznawał ludzi ze swego otoczenia, nawet własnej małżonki, innym razem uznał że jest cały ze szkła i zabraniał komukolwiek zbliżać się do siebie, gdyż obawiał się że może się potłuc (nosił nawet specjalne stroje, które miały uniemożliwić "rozbicie go"). To jednak niewiele zajmowało jego małżonkę - królową Izabelę Bawarską, która w tym samym czasie gościła w swym łożu mnóstwo kochanków, z których to najsławniejszymi (oraz tymi, którym udało się przeżyć, bowiem zazdrosny Karol kazał wszystkich podejrzanych o przyprawianie mu rogów zaszywać w worki i wrzucać do Sekwany) byli: książę Ludwik Orleański (jeden z najprzystojniejszych możnych ówczesnej Francji) i książę Jan bez Strachu (całkowite przeciwieństwo tego pierwszego - niski, brzydki, ale za to zapewne dobry w łożu, gdyż równie często gościł w sypialni Izabeli). Szaleństwo króla, rozwiązłość jego małżonki (która stawiała wręcz pod znakiem zapytania przyszłość dynastii Walezjuszy i nawet syn królewskiej pary, przyszły król Karol VII - zaczął poważnie obawiać się o swoje pochodzenie, tym bardziej że pewnego razu jego własna matka wprost rzekła, iż Karol "jest bękartem". Pewność siebie i wiarę we własne pochodzenie oraz dziejową misję ocalenia Francji spod angielskiej okupacji przywróciła Karolowi VII dopiero pewna wiejska dziewczyna, która przeszła do historii pod imieniem - Joanny d'Arc), na to nałożyła się jeszcze wciąż trwająca wojna z Anglią (zwana stuletnią), Wielka Schizma Zachodnia (związana z wyborem dwóch konkurencyjnych wobec siebie papieży), oraz kryzys gospodarczy, który dotknął w tym czasie Europę Zachodnią, a w szczególności zaś zniszczoną toczącą się wojną - Francję. A zaczęło się tak:




Karol VI przyszedł na świat w grudniu roku 1368, gdy królem Francji był jego ojciec - Karol V, zwany "Mądrym". Ów monarcha przyniósł Francji nieco wytchnienia od toczących się nieprzerwanie (od 1337 r.) zmagań wojennych z Anglią, choć wątła budowa ciała i słabe zdrowie raczej nie dawały mu możliwości zdobycia wielkiej rycerskiej sławy (lub choćby wykazania się męstwem w boju, tak jak jego ojciec - Jan II, czy dziad - Filip VI). Karol V lubił spokój, samotność, zacisze Luwru lub uroki Vincennes, ale przede wszystkim kochał książki i całe godziny spędzał w swej bibliotece na zamku w paryskim Luwrze. Na tron wstąpił po śmierci swego ojca (który zmarł w Londynie, jako angielski więzień) w kwietniu 1364 r. w wieku 26 lat. Młody król postanowił że będzie panował w myśl filozofii Arystotelesa, jako władca sprawiedliwy. Doskonale zdawał sobie sprawę z ambicji swoich braci, książąt Burgundii, Nawarry czy Andegawenii, których starał się przeciągnąć na swoją stronę, wyposażając hojnie w ziemie, zamki i pensje. Wiedział bowiem dobrze że książęta, czy też panowie feudalni muszą wciąż pławić się w zbytku, który zastępowałby im myśli o samodzielności i działaniu na szkodę Korony (życie bowiem takiego wielkiego pana upływało głównie na beztrosce a jego celem była nieustanna radość, zabawa i oczywiście od czasu do czasu jakaś wyprawa wojenna, dla podkreślenia własnego męstwa i sławy swego rodu. Celem książąt, diuków i baronów były słowa, które w momencie śmierci wypowiedział władca Akwitanii - Wilhelm IX, zmarły w 1127 r., a brzmiały one: "W mym życiu zaznałem tylko radości i uciech", zaś mottem francuskich arystokratów były słowa z powieści "Flamenca": "Niechaj największą udręką będzie udręka w miłości"). Karol V dobrał sobie również odpowiednich doradców, do których należał (m.in.): Bertrand du Guscelin - znany rycerz i zawadiaka, któremu powierzył urząd konetabla (naczelnego wodza) Francji. Sama Francja wówczas to w dużej mierze było pojęcie względne, gdyż tak naprawdę poczucie narodu francuskiego ukształtowało się dopiero w połowie XVIII wieku, a szczególnie podczas Rewolucji Francuskiej, natomiast wcześniej istniało "bardzo wiele Francji", gdyż rozdrobnienie polityczne i językowe ziem francuskich - efekt ustroju feudalnego - był silny również w czasach Ludwika XIV czy Ludwika XV, a przejazd z jednej francuskiej prowincji do drugiej często wyglądał jak podróż do innego kraju (również pod względem językowym). Oczywiście nie znaczy to, że tożsamość narodowa powstała dopiero w końcu XVIII, lub też w wieku XIX, wręcz przeciwnie. Na przykład w Polsce pojęcie narodu było znane od wczesnego średniowiecza i jedynie potem częściowo modyfikowane, podobnie było w Anglii, a poza tym tożsamość narodowa znana była już starożytnym. Przecież Ateńczycy walczyli z Lacedemończykami nie jako Hellenowie, ale właśnie jako obywatele Attyki, Rzymianie zaś toczyli boje z Hannibalem jako potomkowie Romulusa i Remusa znad Tybru itd.




Pierwszym politycznym sukcesem Karola V było zneutralizowanie wpływów Karola Złego z Nawarry w księstwie Normandii (1364-1365) i zakończenie wojny domowej w Bretanii (1364). Kolejnym krokiem było uporanie się z bandami gaskońskich i angielskich rycerzy, którzy z najemników stali się teraz rabusiami, pustoszącymi drogi i napadającymi na poddanych króla Francji. Ideał rycerski był co prawda znany w ówczesnej Europie i promowany jako najwyższy model idealnego wojownika, obrońcy wiary Chrystusowej i pogromcy niewieścich serc. Niestety, ten ideał dotyczył jedynie arystokratów (a i wśród nich było wiele "czarnych owiec" niegodnych nigdy miana rycerza, jak choćby jeden z najsławniejszych rycerzy u boku Joanny d'Arc - Giles de Rais, który prywatnie był pedofilem i mordercą, porywającym do swego zamku, a następnie gwałcącym i torturującym aż do ich zgonu młodych chłopców. Przez to nadano mu potem przydomek "Diabeł", gdyż ponoć wyznawał kult szatana). Turnieje rycerskie był co prawda pięknym podkreśleniem rycerskiego ideału, jednak i one były zdominowane przez ludzi możnych. Zasady rycerskie były co prawda proste (bronić wiary, walczyć z kłamstwem i niesprawiedliwością, pomagać ubogim, bronić pokoju), to jednak bardzo niewielu przestrzegało ich dosłownie, choć bez wątpienia dla rycerzy bardzo ważny był honor i raz dane słowo (np. przysięga), co czasem prowadziło ich do zguby (jak choćby Antoniego z Burgundii, który przybył z wojskiem już po przegranej przez Francuzów bitwie pod Azincourt w 1415 r., lecz aby wypełnić dane królowi Francji słowo i zachować swój honor, uderzył na Anglików, poświęcając swe życie. Potem jego bratanek - Filip Dobry wyrażał żal, że nie mógł mu - ze względu na swój młody wiek - towarzyszyć w tej pięknej chwili rycerskiego obowiązku). Ci rycerze (głównie książęta i arystokraci) najczęściej marzyli o wielkiej sławie wojennej i miłości wybranki serca (często ta miłość była platoniczna, gdyż rycerz miłował swą wybrankę niczym "święty obraz", jednocześnie uważając, by niczym jej nie skalać, w tym również miłością cielesną - przynajmniej do chwili ożenku. Natomiast sam oddawał się przyjemnościom ciała z dziewkami w miastach lub na wsiach). Dlatego też turnieje rycerskie były najlepszą okazją do zademonstrowania swej siły i sprawności bojowej, a jednocześnie obrony honoru wybranki serca (wiele było takich pojedynków, teraz wspomnę jedynie o dwóch. Pierwszy odbył się podczas spotkania cesarza rzymskiego i króla Węgier - Zygmunta Luksemburskiego, oraz króla Polski i wielkiego księcia Litwy: Władysława II Jagiełły - w Budzie w 1412 r. Tam właśnie szczególnie wsławił się rycerz Zawisza Czarny, pokonując wielu wystawionych przeciw niemu przeciwników. Jeszcze raz i to na znacznie większą, europejską skalę, zwyciężył Zawisza turniej z 1415 r. w hiszpańskim mieście Perpignan, gdzie na oczach sproszonego tam rycerstwa z całej praktycznie Europy, pokonał dotychczasowego mistrza - Jana z Aragonii. Starcie tych dwóch sław było krótkie, gdyż Aragończyk padł po pierwszym uderzeniu kopi Zawiszy Czarnego, który od tej pory był uważany za jednego z najsławniejszych rycerzy Europy).






Jednak większa część rycerstwa to byli najemnicy, którzy solidnie opłacani - wynajmowali się do udziału w wojnach u feudalnych panów, a jeśli zabrakło wojaczki, często zamieniali się w zwykłych rabusiów. I co ciekawe - nie zawsze chodziło im o pieniądze, bowiem równie ważna (czasem nawet ważniejsza) była potrzeba "wyszalenia się" i ponownego powrotu do walki, sprawdzenia się w boju, oraz udowodnienia swej przewagi. Karol V jednak ostro tępił owe "kompanie" rabusiów, które grasowały po drogach, choć zamiast siły często stosował podstęp, starając się ich nie tle zwalczyć, co raczej ponownie wykorzystać do walk w swoim interesie. Tak więc du Guscelin zwerbował ich i... wysłał za Pireneje, do Kastylii, gdzie toczyła się wojna domowa i gdzie owi najemnicy dopomogli w uzyskaniu tamtejszej korony przez Henryka II Trastamara w 1369 r. co zaowocowało współpracą Kastylii i Francji przeciw Anglii (Kastylijczycy pomogli Francuzom budować flotę wojenną, która pozwoliła admirałowi Janowi z Vienne opanować Kanał La Manche), więc Karol V za jednym zamachem "upiekł dwie pieczenie na jednym ogniu". Odzyskał również (w latach 1369-1375) większość ziem dotąd zajętych przez Anglików, jak: Akwitania, Gaskonia czy hrabstwo Armagnac i to w ogromnej większości bez użycia oręża (do nielicznych walk i napadów jednak dochodziło). Potem mawiano, iż ten król odzyskał więcej ziem siedząc w swych komnatach i czytając książki, niż jego ojciec i dziad z mieczem w dłoni na polu walki. Kraj był jednak zrujnowany wojną i rabunkami, poza tym w latach 1373 i 1380 wybuchały we Francji epidemie dżumy, w czasie których było tyle ofiar, że nie wiedziano jak grzebać zmarłych. Zaludnienie zmniejszyło się dramatycznie a wiele wiosek całkowicie wymarło (np. w 1417 r. trzej ostatni mieszkańcy pewnej parafii w Saintonage (San;tonei) przenieśli się do Bordeaux, zaś wieś Magny-les-Hameaux nieopodal Paryża pozostała bezludna od 1341 r. do... 1455 r. gdy osiedlili się tam "trzej ubodzy ludzie z Normandii". A takich przypadków było mnóstwo). Bieda również stała się powszechna i nie opuściła już Francji aż do... XIX wieku (porównanie francuskiego chłopa z XIII a z XV czy nawet XVII wieku, to było zupełne przeciwieństwo. W pierwszym przypadku panował duży dobrobyt, który zaczął się we Francji z końcem XI wieku i trwał nieprzerwanie aż do drugiej dekady XIV wieku i czasy te są nazywane "dobrobytem francuskiej wsi". Natomiast po epoce "Czarnej Śmierci" z lat 40-stych XIV wieku, wojen z Anglikami i Burgundami oraz walk wewnętrznych pomiędzy panami feudalnymi - francuski chłop cofnął się praktycznie do prymitywizmu. W 1465 r. gdy przez Francję przejeżdżał angielski prawnik - John Forescue, to nie mógł się nadziwić, że chłopi tutaj przypominają prawdziwych barbarzyńców, gdyż odziani są w łachmany, piją jedynie czystą wodę i jedzą chleb jęczmienny oraz owoce, a z mięsa jedynie flaki i łby zabijanych dla szlachty i mieszczan zwierząt). Zmieniały się też miasta, gdyż podgrodzia praktycznie zniknęły, a ludność przeniosła się za mury miast, odseparowując się od wsi (co w wiekach wcześniejszych było nie do pomyślenia, gdyż wieś żyła przy mieście, a bogate podgrodzia dawały okazję do wzajemnego wzbogacania się. Miasta teraz zamykały bramy przed chłopami, bowiem obawiały się rabusiów, lub też nie chciały kolejnych włóczęgów, oraz bały się zarazy, gdyż kto wie co ze sobą przyniósł taki przybysz. Powstały dwa światy - Francja miejska i wiejska, arystokratyczna i ta dla ludu, a dysproporcja ta rosła z biegiem kolejnych dziesięcioleci, aż swoją kulminację osiągnęła podczas Rewolucji Francuskiej). 

Warto też dodać że to, co było katastrofą dla Europy Zachodniej (czyli takich państw jak Francja, Italia, Hiszpania, kraje niemieckie, Szwajcaria), a także dla Europy Eschodniej (w tym obszarów Wielkiego Księstwa Moskiewskiego czy częściowo również Wielkiego Księstwa Litewskiego) czyli epidemii czarnej śmierci, stała się poniekąd błogosławieństwem dla... Polski. Nasz kraj bowiem jako jeden z nielicznych obszarów w Europie lat 40-tych XIV wieku, nie został dotknięty tą tragedią (były oczywiście jakieś nieliczne przypadki, ale nie przełożyło się to na tak dużą liczbę zgonów jak w innych krajach). Należy bowiem pamiętać że Czarna Śmierć to była tragedia dla całej Europy, ona spowodowała więcej strat ludnościowych niż niejedna wojna (nawet Wojna Stuletnia między Francją i Anglią nie poczyniła takich strat ludnościowych, jak te kilka lat owej zarazy 1346-1353). Dotychczas niezwykle dobrze prosperujące miasta czy to francuskie czy niemieckie czy włoskie czy hiszpańskie, nagle wyludniały się (niektóre całkowicie inne mniej). To właśnie wówczas zniknęły podgrodzia, będące tak naprawdę żywicielem dla miast w epoce wielkiej prosperity gospodarczej Zachodu, czyli w XII i XIII wieku. Ubytek ludności w poszczególnych państwach był tak duży, że wahał się pomiędzy 50 a 70%, co pokazuje skalę tej katastrofy. Wiele miast zamieniło się w wioski, które następnie całkowicie zniknęły. Ludzie zaś stracili zaufanie jeden do drugiego i woleli zamykać się we własnych miastach, za murami obronnymi, niż wpuszczać innych przybyszów, którzy na przykład przybyli w celach handlowych (a to znowu doprowadziło do upadku gospodarczego ogromnych obszarów Zachodniej Europy). Zupełnie inaczej było u nas. To bowiem właśnie wtedy w naszym kraju panował Kazimierz III Wielki, który z małego, rozbitego na dzielnice kraju, uczynił potęgę gospodarczą, a następnie militarną - czego efektem był Grunwald 1410. Nie byłoby tego zwycięstwa, gdyby nie Czarna Śmierć na Zachodzie, i ten niesamowity wówczas wzrost gospodarczy Królestwa Polskiego. To bowiem wyrównało szansę między Europą Środkową a Zachodem i stworzyło przed nami możliwość budowy prawdziwego Imperium Rzeczpospolitej Obojga Narodów (do tematu Czarnej Śmierci jeszcze powrócę).






Karol V był też człowiekiem, który bardzo sprawnie posługiwał się orężem propagandy, szczególnie w odniesieniu do papieży z Awinionu. Od 1305 r. wszyscy kolejni papieże rezydowali nie w Rzymie, ale w południowo-francuskim Awinionie, w którym żyło im się wygodnie i dostatnio i który od 1348 r. stał się własnością Państwa Kościelnego. Mimo bezpieczeństwa i dostatku jaki tam otaczał papieży, kardynałów i prałatów, poczęto zamyślać nad powrotem do Rzymu (według Petrarki już za Benedykta XII, pełniącego swój pontyfikat w latach 1334-1342: "Awinion stał się twierdzą udręki, ostoją ofiar gniewu Bożego, gniazdem rozpusty, bagnem moralnym świata, szkołą występku, świątynią herezji (...) kuźnią kłamstwa, potwornym więzieniem, kloaką pełną ekskrementów". Petrarka miał co prawda z Benedyktem swoje własne porachunki - jak choćby fakt, iż papież uczynił swą kochanką jego siostrę, którą, jak pisze Petrarka: "kupił za sporą sumę pieniędzy od jej drugiego brata, Bernarda, by spędzać z nią wolne chwile" - i pewnie nieco przesadzał, jednak z pewnością miał też sporo racji, jako że już za kolejnego papieża, Klemensa VI {1342-1352} - który chełpił się wręcz, iż nikt przed nim jeszcze nie wiedział: "jak być papieżem" - Awinion stał się prawdziwym: "Rynsztokiem, w którym gromadziły się wszelkie męty świata. Tam Boga traktuje się z pogardą, czci się jedynie pieniądze, a prawa Boga i człowieka są powszechnie gwałcone. Wszystko, co się tam znajduje, jest kłamstwem: powietrze, ziemia, domy, a nade wszystko alkowy". Ponoć Klemens już się w ogóle nie przejmował zachowaniem jakichkolwiek pozorów i spędzaniem czasu z jedną wybranką, ale utworzył w Awinionie prawdziwy harem, a jego dwór stał się: "Domem pełnym wina, kobiet, pieśni i kapłanów, którzy zachowywali się tak, jakby głosili chwałę nie Chrystusowi, ale świętowaniu i nieczystości". Papież kupił sobie też: "piękny, nowy szacowny burdel", a w dokumencie sprzedaży było zapisane, iż kupna dokonano: "W imieniu Naszego Pana Jezusa Chrystusa", powierzając jego prowadzenie swej ulubionej kochance - hrabinie Cecylii Turenne. W ślad za papieżem podążało także wielu kardynałów i prałatów, utrzymując swe liczne nałożnice). Plany powrotu do Rzymu ponoć miewał Benedykt XII, choć zostały one szybko zarzucone za czasów jego następcy - najbardziej francuskiego z papieży Awinionu - Klemensa VI. 

Do tych planów powrócił dopiero Urban V (1362-1370), który po objęciu pontyfikatu zmienił styl papieskiego życia, usuwając luksus z papieskich komnat, a sam - jako były profesor z Montpellier - wolał typowo zakonny tryb życia. Chciał wrócić do Rzymu, aby stamtąd nadzorować projektowaną właśnie wyprawą krzyżową przeciwko Turkom Osmańskim (w tej sprawie również zebrali się monarchowie Europy na krakowskiej uczcie u Wierzynka w 1364 r.). Ulegał też nawoływaniom św. Katarzyny ze Sieny, która błagała go, by powrócił do Italii i ponownie zajął miejsce na tronie św. Piotra. W grudniu 1366 r. ta młoda (zaledwie 19-letnia) niepiśmienna dziewczyna, przybyła na osiołku do Awinionu i od razu została dopuszczona przed oblicze papieża, któremu miała opowiedzieć swój sen, podczas którego nawiedził ją sam Jezus Chrystus i włożył obrączkę ślubną na jej palec. Rzekła również, że Chrystus pragnął, by Ojciec Święty wrócił do Rzymu i zajął tam należne mu miejsce jako przywódca chrześcijańskiej wspólnoty. I tak też się stało, z początkiem 1367 r. wyruszyła do Rzymu papieska świta, by w otoczeniu książąt Kościoła ponownie objąć we władanie tron św. Piotra na Lateranie. I tutaj już bezpośrednio zadziałał król Karol V, któremu nie w smak było opuszczenie Francji przez papieża i który postanowił temu przeciwdziałać (co prawda Awinion od 1348 r. należał do Państwa Kościelnego, ale był zaledwie enklawą zamkniętą w morzu francuskich posiadłości i zdaną - podobnie jak i sam papież - na łaskę i niełaskę francuskiego monarchy, który mógł liczyć na kontrolowanie poprzez papieża - całego świata chrześcijańskiego. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to papież był zależny od króla, a nie król od papieża, a jednocześnie papież kontrolował pozostałych monarchów europejskich (Klemens VI szczycił się tym, że jeśli zechce, to uczyni biskupem "tyłek króla Anglii", pod warunkiem, jeśli ten wcześniej upadnie do jego stóp i go o to poprosi. Niezadowoleni z takiej chełpliwości papieża kapłani, pewnego razu przyprowadzili do papieskiego pałacu osła, na którego szyi wisiał napis: "Ja również pragnę zostać biskupem Ojcze Święty", co ponoć bardzo rozbawiło Klemensa). Karol V zorganizował więc "pożegnanie" papieża, ustawiając ludzi (opłaconych zapewne przez de la Riviere), którzy zaczęli skandować: "Diabelski papieżu, bezbożny Ojcze, dokąd wiedziesz swe owce", "Szatan cię prowadzi na zatracenie Urbanie", "Potępienie wieczne czeka wszystkich, którzy pójdą za tym szatańskim kapłanem", "Zawróć Urbanie, póki nie jest za późno" itd. Wkrótce okrzyki te podchwycili pozostali mieszkańcy Awinionu i w ten sposób lud miasta żegnał swego papieża. Tak też Karol V starał się przeszkodzić w wyprowadzce papiestwa z Awinionu.




Szybko jednak okazało się, że plan powrotu do Rzymu był mocno nieprzemyślany. Miasto było małe, brudne (liczyło wówczas zaledwie 30 000 mieszkańców). Pałac na Lateranie przypominał bardziej zwierzyniec, niż siedzibę następcy św. Piotra (było tam mnóstwo zwierząt, szczególnie nietoperzy i sów, ale także psów i kotów które uwiły tam sobie ciepłe schronienie, a poza tym pałac był w opłakanym stanie). Podobnie prałaci i kardynałowie mieli trudności ze znalezieniem jakiegoś "odpowiedniego" ich pozycji miejsca i tęsknili do uciech Awinionu. W tych warunkach wytrzymano w Rzymie zaledwie trzy lata i z początkiem 1370 r. papież Urban V zarządził powrót do Awinionu. Mimo apeli św. Katarzyny ze Sieny czy św. Brygidy Szwedzkiej (matki ośmiorga dzieci, która pod koniec życia wstąpiła do zakonu i prowadziła ascetyczny tryb życia), papież nie zdecydował się pozostać w Rzymie. Spotkało się to z wybuchem radości ze strony kardynałów, którzy ochoczo poczęli pakować się i szykować do powrotu na francuską ziemię. Wkrótce jednak, po przybyciu do Awinionu, papież Urban V zmarł w wieku 60 lat. Jego następcą został wybrany kardynał Piotr Roger z Limousin, który przyjął imię Grzegorza XI. 18 czerwca 1376 r. ponownie przybyła do Awinionu św. Katarzyna ze Sieny, która znów przekonywała papieża o powrocie do Rzymu, twierdząc że pobyt w Awinionie "z którego w nozdrza bije odór jak z piekieł" i zależność Ojca Świętego od króla Francji, godzi bezpośrednio w jego autorytet jako następcy św. Piotra. Ta niepiśmienna (w tym czasie ponoć nauczyła się już pisać, ale do końca życia miała ogromne trudności z właściwym składaniem liter i wolała dyktować innym swoje słowa) dziewka, poczynała sobie coraz śmielej. Podczas swego pobytu w Awinionie zasypywała papieża listami, a nawet odważyła się bezpośrednio pouczać Grzegorza XI, mówiąc doń: "Dalej, żywo, rusz się, Ojcze! Nie stój ciągle w miejscu! Rozpal w sobie ogień wielkiego pragnienia, oczekując wspomożenia Bożego i wyroków Opatrzności Bożej", innym znów razem twierdziła: "Mówię ci, że trzeba słuchać rad ludzi dobrych, a nie tych, którzy kochają tylko własne zaszczyty, urzędy i przyjemności (...) W imieniu Chrystusa Ukrzyżowanego proszę Waszą Świątobliwość o pośpiech. (...) wyjedź natychmiast". Ta ciągła jej presja (ponoć zasypywała papieża listami zarówno rano po przebudzeniu, jak i wieczorem, gdy szedł na spoczynek), spowodowała wreszcie podjęcie ponownej decyzji o powrocie do Rzymu. Teraz jednak papież postanowił wtajemniczyć w swój plan tylko kilkunastu kardynałów i najbliższe sobie osoby, po czym 13 września 1376 r. wyjechał z Awinionu statkiem na Rodanie, kierując się ku brzegom Italii.




Papież nie dotarł jednak do Rzymu, a zatrzymał się w Genui. Pomny bowiem doświadczeń Urbana V, wysłał swych ludzi, którzy mieli odpowiednio przygotować jego siedzibę na Lateranie. Kardynałom nie spodobała się ta ponowna przeprowadzka i zamierzali czym prędzej wracać do Awinionu. W październiku 1376 r. do Genui przybyła (jadąc na osiołku) św. Katarzyna ze Sieny, która utwierdziła papieża w jego postanowieniu i przekonała o kontynuowaniu dalszej podróży. 17 stycznia 1377 r. przy dźwięku dzwonów kościelnych, zapalonych pochodni i okrzyków radości mieszkańców Rzymu, Grzegorz XI wjechał w mury Wiecznego Miasta. Dla wielu książąt Kościoła powrót do Rzymu był sporą niedogodnością. Miasto to przypominało bardziej dużą wieś i było po prostu brudne (rzymskie praczki wywieszały swe pranie na ruinach rzymskich świątyń dawnego Forum Romanum aż do XIX wieku) i wielu słusznie uważało, że winną tej nieszczęsnej przeprowadzki jest właśnie św. Katarzyna ze Sieny. Postanowiono odpłacić jej pięknym za nadobne i gdy w roku następnym pojechała do Florencji, aby w imieniu papieża negocjować podporządkowanie miasta Ojcu Świętemu i tym samym zdjęcie papieskiego interdyktu (nałożonego na Florencję 31 marca 1376 r.), omal nie została zabita przez rozwścieczony tłum. Prawdopodobnie był on również podburzany przez niektórych kardynałów, którzy musieli opuścić swoje wygodne pałace w Awinionie i pożegnać swe nałożnice. W każdym razie tłum zaczął szarpać Katarzynę tak, iż prawie zdarł z niej całe odzienie, krzycząc że jest ona wyznawczynią szatana (jedna kobieta wbiła nawet swą szpilkę wyjętą z włosów w stopę Katarzyny, przez co ta długo nie mogła swobodnie chodzić). Wkrótce potem Grzegorz XI zmarł w marcu 1378 r. (w wieku 49 lat), po czym powstał prawdziwy pat z wyborem jego następcy. Otóż w Awinionie (u boku francuskiego monarchy) pozostało większość kardynałów, zaś ci, którzy dotarli do Rzymu (w liczbie 16), w większości też byli Francuzami, którzy chcieli wybrać kolejnego Francuza. Rzymianie jednak nie zamierzali na to się zgadzać i lud miasta otoczył pałac w Watykanie i groził wyłamaniem bram, gdyby kardynałowie nie wybrali Rzymianina. Ostatecznie elektorzy zgodzili się wybrać arcybiskupa Bari - Bartolomeo Prignano, który przyjął imię Urbana VI. Ten wybór nie spodobał się jednak Rzymianom, którzy wywołali zamieszki (8 kwietnia 1378 r.) trwające kilkanaście dni, a wielu kardynałów uciekło wówczas z miasta (również nowy papież), kierując się do Tivoli. Francuzi zaś skierowali się do Anagni, gdzie 20 września wybrano nowego papieża - kardynała Roberta z Genewy, który przyjął imię Klemensa VII.

Tak oto zrodziła się Wielka Schizma Zachodnia, która trwała do 1417 r., ale król Karol V uzyskał to, czego pragnął - czyli ponowny powrót papieży do Francji (w Rzymie zaś wyglądało to następująco: zwolennicy Klemensa opanowali Zamek św. Anioła - dawniejsze Mauzoleum cesarza Hadriana - zaś Urban VI zajął pałac przy kościele Matki Boskiej na Zatybrzu. Gdy w kwietniu 1379 r. Rzymianie zdobyli Zamek św. Anioła - niszcząc go prawie doszczętnie - i wymordowali wszystkich obrońców, Klemens VII opuścił Anagni i powrócił do Awinionu. W taki oto sposób, po zaledwie trzech latach nieobecności, ponownie następcy św. Piotra zjawili się na francuskiej ziemi, co niezwykle uradowało Karola V. Ten zmarł w sierpniu 1380 r. w wieku 42 lat, pozostawiając na tronie Francji swego małoletniego syna - Karola VI - bohatera naszej opowieści - który nie miał wówczas nawet lat 12.


RZYM w ŚREDNIOWIECZU
 


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...