WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOZACZYZNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOZACZYZNA. Pokaż wszystkie posty

29 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. V

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. V


JAN II KAZIMIERZ WAZA



 Tymczasem gdy 24 września 1649 r. do Bakczysaraju przybył chan Islam III Girej, zaczął on od razu rozmyślać nad nową wojną - tym razem z Moskwą, gdyż pragnął odzyskać dawno utracone chanaty: kazański (1552) i astrachański (1556). Po tych dwóch kampaniach z lat 1648-1649 gdy Krym zaludnił się niezliczoną rzeszą wziętych w jasyr niewolników ukraińskich i polskich, gdy tamtejsi agowie (jak i zwykli Tatarzy) wzbogacili się na łupach zrabowanych z ziem koronnych, pozycja Chanatu znacznie wzrosła w ówczesnej Europie. Ugoda zborowiecka dawała chanowi rolę pośrednika w relacjach pomiędzy Rzeczpospolitą a Kozakami i planował on tę swoją nowo uzyskaną władzę wykorzystać. Kozacy zostali oczywiście zmuszeni do przyjścia z pomocą Tatarom w sytuacji planowanej przez nich wojny z Moskwą, ale chan zamierzał do tej wojny wciągnąć również Rzeczpospolitą, słał więc poselstwa na sejmy z propozycją wspólnej wojny "w lecie, w zimie, zawsze, kiedy będzie wola wasza, tylko na rezolucję waszą czekamy". Oczywiście szlachta nie planowała wojny z Moskwą i nawet nie myślała o niej (wcześniej toczyła bowiem długoletnią batalię z królem Władysławem IV, aby uniemożliwić mu wielką wojnę z Imperium Osmańskim i Chanatem Krymskim - o czym piszę w serii: "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim"). Zresztą większość i tak zdawała sobie sprawę że ugoda zborowiecka nie przetrwa długo i wkrótce trzeba będzie wznowić działania wojenne na Ukrainie przeciwko Chmielnickiemu i jego tatarskim sojusznikom, nie planowano więc żadnej wojny z Moskwą. Natomiast taką wojnę pragnęli rozpocząć członkowie sześciu najważniejszych rodów tatarskich, wchodzących w skład Dywanu. Szirini dominowali bowiem nie tylko na Krymie, ale również w Kazaniu i w księstwie kasimowskim (zależnym od Moskwy), Mangryci w Astrachaniu, Kazaniu i Bucharze, Argyni w Kasimowie, zaś Barynowie, Sedżeutowie i Kipczakowie mieli mniejsze związki poza Chanatem, aczkolwiek te powiązania były bardzo silne z dawną Złotą Ordą (wywodzącą się przecież jeszcze z czasów potomków Czyngis-chana). Tak więc rody Dywanu stawiały na wojnę z Moskwą, natomiast Chmielnicki przygotowywał się do kolejnej wojny z Rzecząpospolitą i starał się odwieźć Tatarów od wyprawy przeciw carowi (czym listownie chwalił się w listach do Aleksego).


AGA CHANATU KRYMSKIEGO



W październiku 1649 r. z Moskwy wyruszyło carskie poselstwo Gieorgija Nieronowa, które miało zapoznać się z wydarzeniami na Ukrainie po ostatniej wojnie, szczególnie zaś na temat sojuszu kozacko-tatarskiego skierowanego przeciwko Moskwie. Chmielnicki spotkał się z Nieronowem 2 grudnia w Czehryniu i podczas tej pięciodniowej wizyty ostatecznie obiecał mu że będzie odwodził chana od wyprawy na Moskwę, twierdził nawet że chan deklarował, iż pragnie przyjąć zwierzchnictwo cara, tylko na razie "Bóg mu na to nie pozwolił" i że Chmielnicki ma nadzieję iż w niedalekiej przyszłości wszystkie państwa, zarówno chrześcijańskie jak i bisurmańskie (jak to określił) znajdą się pod władzą moskiewskiego cara. Kłamał też że przygotowania chana do wyprawy wojennej nie są skierowane przeciwko Moskwie a... Turcji i że wkrótce dojdzie do takiej wyprawy wraz z Wołochami (Mołdawianami), Multanami (Wołochami - w Rzeczypospolitej bowiem na Mołdawian mówiono Wołochy, a na Wołochów Multany) i Tatarami białogrodzkimi. Opowiadał też że na Dnieprze pod Kudakiem gotowych do tej wyprawy ma już 300 łodzi, a zamierza zbudować kolejnych 200 aby Morzem Czarnym w wielkiej wyprawie chrześcijan popłynąć na Konstantynopol. Miało to wszystko uspokoić cara i uzyskać od niego jakieś wsparcie w zbliżającej się nieuchronnie konfrontacji z Rzeczpospolitą. Nieronow w drodze powrotnej do Moskwy (do której dotarł 9 stycznia 1650 r.) zasięgnął nieco języka i wyszło na to, że w wielu sprawach Chmielnicki po prostu go okłamał. Dowiedział się również że sojusz kozacko-tatarski znacznie osłabł po ostatniej kampanii i tylko w sytuacji gdyby to strona polska zerwała ugodę zborowiecką, sojusz ten ponownie by się odrodził. W każdym razie Chmielnicki zrobił na carskim pośle niedobre wrażenie, i to nie tylko tym, co mówił (a co potem zweryfikowano), ale przede wszystkim tym, że nie był w stanie długo wytrzymać bez alkoholu (co dziwiło nawet Moskala). Lecz apogeum tego dopiero nadejdzie (np. przed bitwą pod Beresteczkiem Chmielnicki będzie totalnie nieprzytomny i to do tego stopnia, że gdy przybędzie chan tatarski, nie będzie miał kto go powitać, a gdy chan ujrzał chorągwie polskie - które mu wcześniej Chmielnicki nakreślił jako nieliczne i wystraszone, ten miał stwierdzić: "Pijanymi oczami patrzał wasz Chmiel na Polaków; jeśli wytrzeźwiał teraz, to niech idzie przodem wybierać miód tym pszczołom. Zobaczymy czy mają żądła" - mieli, Beresteczko zakończy się ogromną klęską wojsk kozacko-tatarskich i jednym z najsławniejszych zwycięstw Rzeczypospolitej, które odbije się echem w ówczesnej Europie - ale o tym wkrótce).




A tymczasem 22 października 1649 r. w poniedziałek w Warszawie zebrał się Sejm, którego marszałkiem wybrano starostę wielkopolskiego Bogusława Leszczyńskiego. W czasie tego Sejmu szlachta pomstowała na to, co działo się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, a ucieczka tych, którzy mieli rozgromić Chmielnickiego pod Piławcami była uważana za totalną hańbę (nie chciano nawet tym wszystkim którzy uciekli spod Piławiec podawać ręki ani się kłaniać, ale z czasem uznano że nie ma co rozpamiętywać tego wszystkiego i polskim zwyczajem wszystko wróciło do normalności - panowie bracia - "brateńki"). Posłowie i senatorowie atakowali nawet kanclerza Ossolińskiego za zbyt dużą uległość wobec Kozaków i Tatarów, natomiast sam król Jan Kazimierz i jego postawa (szczególnie w czasie bitwy zborowieckiej) wyrastał na prawdziwego bohatera i obrońcę Rzeczypospolitej. Wydawało się jakoby smok, jakim była Rzeczpospolita powoli (bardzo powoli) budził się z długiego snu, w czasie którego był kopany i obijany przez śmiałków, którzy pragnęli pozbawić go głowy (wybaczcie że wtrącę tutaj żarcik z "rycerzy Doliny Rozdupy" 🥴, ale jest tam taka scena u Walaszka gdy jeden z tych trzech rycerzy mówi do reszty: "Panowie, nie chcę wszczynać paniki, ale księżniczka (którą mieli uwolnić) jest tylko jedna a nas trzech", na co drugi zapytuje: "A ile ma dziur" 🤭😉 - może trochę prostackie, ale mi się podoba). Ale do wielu możnych wciąż jeszcze nie docierała podstawowa zasada: że żeby cokolwiek osiągnąć, to trzeba najpierw włożyć w to sporo pracy i jeśli chcecie zwycięstwa, musicie najpierw uchwalić podatki na wojsko. Jednocześnie chwalono również bohaterską obronę Zbaraża, a także samego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego. Przyjęto też wszystkie postanowienia ugody zborowskiej (27 listopada), deklarując z radością, że wypłacane "upominki" dla chana miały zostać w formie zapłaty za służbę pełnioną w imieniu Rzeczypospolitej, a nie za daninę (na takie sformułowanie zapewne by się nie zgodzono). 11 grudnia Chmielnicki wysłał również swoich posłów do Warszawy, ale gdy tylko tam dotarli, szlachta nie zgodziła się (zgodnie z warunkami ugody zborowieckiej) uznać metropolity kijowskiego za członka Senatu. Natomiast 14 grudnia na Sejm przybył ze swoim orszakiem książę Jeremi Wiśniowiecki, witany tutaj bardzo radośnie i ciepło. 16 grudnia zaś przybył zwycięzca spod Łojowa, hetman polny litewski - Janusz Radziwiłł. Kanclerz Ossoliński - zdając sobie sprawę że przybycie tych dwóch wodzów nieco obniża jego pozycję na Sejmie - starał się wykazać że bitwa zborowiecka w której brał udział, była drugim Chocimiem (1621) i znacznie ważniejsza była niż obrona Zbaraża, czy bitwa pod Łojowem, bo prowadzona "bez wodzów" i przy większej sile nieprzyjaciela. Ogólnie jednak jego przechwałki zrobiły bardzo złe wrażenie. Doszło do tego, że im dłużej starał się wykazać swoją odwagę w tamtej bitwie, tym więcej osób przestawało go słuchać. 21 grudnia hetman Radziwiłł teatralnym gestem rzucił pod stopy siedzącego na tronie Jana Kazimierza zdobyte pod Łojowem kozackie sztandary. Wkrótce potem doszło też do ostrego sporu (przy obecności monarchy - co było niedopuszczalne i karane) pomiędzy Wiśniowieckim a Ossolińskim na temat jakiegoś paszkwilu wymierzonego w ruskiego kniazia. Ostatecznie Ossoliński opuścił salę, a król przebaczył Wiśniowieckiemu spór i nawet obdarzył go buławą hetmańską (23 grudnia), którą miał dzierżyć do czasu, aż hetmani spod Korsunia nie zostaną uwolnieni.


JEREMI (JAREMA) WIŚNIOWIECKI 
(W TEJ ROLI ANDRZEJ SEWERYN W FILMIE: "OGNIEM I MIECZEM"
1999)



Na Sejmie tym uchwalono również powołanie nowej armii w sile 12 300 żołnierzy. Nie były to siły znaczne, tym bardziej w sytuacji wciąż trwającego powstania na Ukrainie i niepewnej sytuacji związanej z Chanatem, Moskwą, a być może również i Szwecją. Po przybyciu delegacji kozackiej (na początku stycznia 1650 r.) przyjęto również wręczony przez nich rejestr kozacki, w liczbie 40 471 spisanych nazwisk. Został on przyjęty. Ostatnie dni obrad sejmowych upłynęły na sprawie wynagrodzeń, odnośnie pozostawionych w trzech województwach ukraińskich majątków, należących głównie do Wiśniowieckich i Potockich (choć nie tylko). Ostatecznie 12 stycznia 1650 r. obrady dobiegły końca i posłowie rozjechali się do domów. Wydawało się że pokój przetrwa, że skoro wszystko udało się zgodnie rozwiązać, dalsza wojna nie jest konieczna, tym bardziej że Kozacy przysięgli na Sejmie "własnymi piersiami Rzeczypospolitą chronić". Wkrótce jednak miało się okazać że ów pokój jest nietrwały i ponownie musiał zabrzmieć szczęk oręża.




Gdy więc 12 stycznia 1650 r. zakończyły się obrady Sejmu warszawskiego, a szlachta rozjechała się do domów - po przyjęciu (większości) wynegocjowanych pod Zborowem warunków pokojowych - tumult na Ukrainie nie zmniejszył się, a wręcz przeciwnie, wszystko tam ponownie kipiało do nowego powstania przeciwko "polskim panom". Ogromne niezadowolenie chłopstwa ukraińskiego i czerni kozackiej (szczególnie zaś tych, którzy nie zostali ujęci w rejestrze) powodował - zapowiadany wcześniej - powrót szlachty i magnaterii do ich zniszczonych i rozgrabionych majątków. Na bracławszczyźnie doszło z tego powodu do buntu chłopskiego (których wsparł ze swymi Kozakami pułkownik bracławski Daniło Neczaj). Król Jan Kazimierz nakazał listownie Chmielnickiemu aby bunt ów uśmierzył, co ten ponoć uczynił, ale niezbyt chętnie, ani też niezbyt szybko. Na Zaporożu zaś pojawił się samozwańczy ataman kozacki o imieniu Hudali, który podważał władzę Chmielnickiego i nawoływał do dalszej "wojny z Lachami". W tych warunkach w marcu 1650 r. do Kijowa przybył tamtejszy wojewoda Adam Kisiel, który pragnął też poinformować Chmielnickiego o decyzjach Sejmu warszawskiego. Decyzje te oczywiście były już dawno znane Chmielnickiemu i jego otoczeniu i może dlatego Kisiel spotkał się tam z niezwykle chłodnym powitaniem (ponoć zastał Chmielnickiego w cerkwi, a ten ani nie powitał go, ani nawet nie wstał aby oddać mu pokłon). Kozakom warunki pokoju zborowskiego już dawno przestały się podobać, a ponieważ król dodatkowo nie spełnił warunków usunięcia unitów z województwa kijowskiego i szlachta miała wrócić na swoje dawne posiadłości, powodowało to ogromne niezadowolenie kozactwa. Chmielnicki nakazał też Kisielowi odesłać niemiecką dragonię, która przybyła do Kijowa aby go chronić, a gdy ten odmówił powstał tumult, który o mały włos zakończyłby się tragicznie i dopiero osobista interwencja Chmielnickiego zapobiegła rozlewowi krwi (i wielce prawdopodobnej śmierci Kisiela). Oficjalną wizytę na Zamku kijowskim Chmielnicki złożył Kisielowi dopiero czwartego dnia od jego przybycia do Kijowa i wówczas też powstrzymał czerń przed uwięzieniem, a być może również zabiciem wojewody (gdy wcześniej rozeszła się wieść, że Kisiel został pozbawiony swego stanowiska). Następnego dnia Chmielnicki dowiedział się o ujęciu i przewiezieniu do Czehrynia Hudaliego, który otwarcie rzucił mu wyzwanie co do władzy nad Kozakami. Poczuwszy się teraz mocniejszym, zażądał od Kisiela aby wojsko koronne i magnaci nie wkraczali na ziemię ukrainną, aby szlachta zaprzestała pobierania podatku podymnego i aby z chłopami postępowała odtąd "jak najskromniej".




W listach słanych do króla, Adam Kisiel pisał iż starszyzna kozacka jest jak najbardziej za utrzymaniem pokoju i dochowaniem wierności Rzeczypospolitej, a jedynie chłopstwo i czerń się buntuje; że niewielka część nie objętych rejestrem pragnie wrócić na dawne majątki w charakterze chłopów, ogromna zaś większość jest temu przeciwna; Kisiel pisał również że Chmielnicki kontaktuje się często z Siedmiogrodem, Mołdawią, Wołoszczyzną a nawet z Moskwą. Rzeczywiście Chmielnicki panicznie bał się osamotnienia, zdając sobie sprawę że bez tatarskiego sojusznika Kozacy - nawet wsparci przez liczne chłopstwo ukraińskie - nie będą w stanie sprostać wojskom koronnym i litewskim. Klęska w bitwie pod Łojowem i niemożność zdobycia Zbaraża nawet przy wsparciu Tatarów, bardzo silnie oddziaływała na jego mentalność. Dlatego też słał poselstwa do chana, do Siedmiogrodu, do Mołdawii, do Moskwy i do Konstantynopola, wszędzie deklarując sojusz i wiernopoddańczy stosunek w zamian za wsparcie w dalszej walce z Polakami. Poza tym w obozie Chmielnickiego znajdowało się wiele zacnych szlacheckich rodów ruskich, jak: Hulaniccy, Iskrzyccy, Wyhowscy czy Kochanowscy (ich dołączenie do Chmielnickiego często nie było kwestią wyboru, a raczej ocalenia życia, gdyż w czasie powstania szlachta miała tylko dwa wyjścia - ucieczka na zachód, albo dołączenie do Zaporożców Chmielnickiego i wiele rodów wybrało tę drugą opcję). Często byli oni potem zwolennikami dalszej wojny z Rzeczpospolitą, jako że utracili nadzieję iż mogą powrócić do grona braci szlacheckiej. Niepotrzebnie, gdyż we wszystkich uniwersałach i petycjach szlachta otwarcie domagała się aby ci: "którzy byli przy wojsku Jego Królewskiej Mości zaporoskim (...) ma okrywać amnestyja". Sam Adam Kisiel (Rusin z pochodzenia) był przez długi czas na Ukrainie uważany za "swego", szczególnie gdy na Sejmie 1641 r. wygłosił sławną mowę, zwracając się w niej do posłów polskich: "przodkowie nasi, Ruscy Sarmaci (...) nie do kraju, ale z krajem, nie do religii, ale z religią, nie do tytułów i honorów, ale z tytułami i honorami - tak przybyliśmy do tej wspólnej ojczyzny naszej". Teraz jednak Kisiel był kimś obcym, był jednym z Lachów, a przez to był na równi znienawidzony (pewnego razu, jeszcze w Kijowie, gdy Chmielnicki mocno sobie popił, nakazał wszystkich którzy przybyli z Kisielem i jego samego - powiesić. Życie ocalił im Wyhowski, wstrzymując do następnego dnia egzekucję, a gdy Chmielnicki nazajutrz wytrzeźwiał spytał się czy Kisiel żyje, a gdy odpowiedziano mu że jest "pod wartą", kazał warcie odstąpić, mówiąc: "Ja wczoraj z gniewu upiłem się i oszalałem").




W połowie stycznia 1650 r. z Moskwy wyruszyło też poselstwo (złożone ze 120 osób) do Warszawy, na którego czele stał namiestnik Niżnego Nowogrodu - Grigorij Puszkin, oraz jego brat Stiepan - namiestnik ałatarski. Zjawili się oni pod Warszawą w połowie marca, a pod murami stolicy powitał ich podczaszy litewski Kazimierz Tyszkiewicz i chorąży nadworny koronny Wojciech Wessel. 18 marca na audiencji przyjął ich król Jan Kazimierz, a dwa dni później rozpoczęły się pertraktacje, mające na celu przedłużenie pokoju polanowskiego z 1634 r. Strona moskiewska wyciągnęła jednak całą listę zarzutów, począwszy od złego tytułowania cara Aleksego (w Rzeczypospolitej bowiem nie uznawano carskiego tytułu władców Moskwy, chociaż w czasie pokoju polanowskiego oficjalnie zgodzono się stosować tę tytulaturę), poprzez pretensje do przeróżnych magnatów i wielmożów polskich, których ukarania (i to śmiercią) domagano się natychmiast, co wywołało oburzenie na Zamku Królewskim. Atmosferę tę rozluźniła nieco uczta, jaką wyprawił król dla przybyłych posłów (na której to notabene spili się oni tak bardzo, że na drugi dzień nie byli zdolni do kontynuowania rozmów). Domagano się również ukarania śmiercią księcia Jeremiego Wiśniowieckiego poprzez wbicie go na pal. Wyciągnięto też jakieś książki z roku 1643, 1648 i 1649 w których autorzy mieli obrażać cara Aleksego i jego ojca Michała i domagano się również ich ukarania (oczywiście śmiercią). Wreszcie stwierdzono że hetman kozacki, gdy "podbił ziemię królewską", upadł na twarz przed carem Aleksym prosząc go o opiekę, gdyż Kozacy "są jednej wiary z nami, a przez was są prześladowani". Twierdzili również że car na to nie przystał, pragnąc zachować pokój z Rzeczpospolitą, ale jeśli Polacy pragną rzeczywiście utrzymać pokój, powinni wynagrodzić im to poświęcenie, poprzez oddanie tych wszystkich miast, które w 1634 r. w Polanowie car Michał musiał oddać Polsce i Litwie. Wiadomość o poselstwie moskiewskim bardzo szybko rozeszła się po Warszawie, szczególnie zaś ludzie opowiadali sobie o niezmiernej bucie moskiewskich posłów, a gdy marszałek koronny Jerzy Lubomirski nakazał (zapewne za zgodą króla) zamknąć posłów w areszcie domowym ("aby otrzeźwieli"), spotkało się to powszechną aprobatą Warszawiaków. Taki krok mógł jednak doprowadzić do zerwania pokoju polanowskiego i nowej wojny z Moskwą, czego - nie mając ustabilizowanej sytuacji na Ukrainie - nikt w Rzeczpospolitej nie pragnął. Areszt domowy trwał zaledwie pół dnia (25 marca), a Ossoliński osobiście przybył do posłów, przepraszając ich za to i zapraszając na nową ucztę. Niewiele to jednak dało, gdyż moskiewscy posłowie wciąż domagali się wcześniej wymienionych warunków, dzięki którym zachowano by pokój. Nie pomagały kolejne uczty i wreszcie sami Polacy zaczęli rozmyślać nad zwołaniem Sejmu i wystawieniem armii na nową wojnę z Moskwą, jednak najpierw wysłano do Moskwy własne poselstwo, które miało uzyskać zgodę cara na "amnestionowanie" owych "zbrodniarzy", którzy w swych książkach stosowali niewłaściwą tytulaturę. Na czas ich powrotu posłowie moskiewscy mieli pozostać w Warszawie i więcej nie wracać do tego tematu. Jednocześnie król Jan Kazimierz wysłał posłów na Krym, do Bakczysaraju, z propozycją dla chana wspólnej wojny z Moskwą, a propozycja ta została tam bardzo radośnie przyjęta.




CDN.

19 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. IV

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. IV




 Gdy pod Zbarażem toczyła się mordercza walka o przetrwanie Rzeczypospolitej, król Jan II Kazimierz - po uzyskaniu papieskiej dyspensy, 30 maja 1649 r. - zawarł związek małżeński ze swoją bratową (żoną zmarłego rok wcześniej Władysława IV) Ludwiką Marią Gonzagą, a następnie 24 czerwca (po przybyciu pospolitego ruszenia) opuścił Warszawę i wyruszył na pomoc zbaraskiej twierdzy. 3 lipca był w Lublinie, gdzie jeszcze powiększył swe siły. Tam też 13 lipca wydał trzecie już wici, wzywające nie tylko szlacheckie pospolite ruszenie, ale również mieszkańców województw: lubelskiego, ruskiego i bełskiego, by natychmiast się z nim połączyli. 17 lipca z 5000 żołnierzy król wyruszył w dalszą podróż. Potem były jeszcze postoje w Krasnymstawie i Sokalu (gdzie również do króla przyłączały się poszczególne grupy zbrojnych). 30 lipca właśnie w Sokalu odbyła się narada, na której większość senatorów zalecała królowi czekać na dalszy rozwój wypadków, gdyż obawiano się że jeśli pod Zbarażem stoi chan z całą swoją potęgą, to może być bardzo niebezpiecznie. Król jednak (za radą kanclerza koronnego Jerzego Ossolińskiego) postanowił iść dalej na ratunek oblężonemu Zbarażowi. 6 sierpnia król był już pod Toporowem, gdzie dnia następnego przybył (wysłany z obozu nocą 3 na 4 sierpnia) mocno wyczerpany długą drogą Mikołaj Skrzetuski, informując króla i zebranych senatorów o sytuacji w twierdzy. 7 sierpnia król wydał uniwersał w którym ogłaszał zdjęcie z urzędu atamana wojsk zaporoskich Bohdana Chmielnickiego i mianowanie w jego miejsce atamanem Semena Zabuskiego. Deklarował również że ci spośród Kozaków, którzy przyłączą się do Zabuskiego, zostaną objęci amnestią, całą zaś resztę czeka sroga kara za bunt przeciwko Rzeczpospolitej i popełniane zbrodnie. 8 sierpnia król był już pod Białym Kamieniem, gdzie dołączyły doń kolejne chorągwie. 12 sierpnia armia koronna stanęła pod Złoczowem (kilka kilometrów na zachód od Zbaraża), gdzie również dołączyły kolejne chorągwie powiatowe. Pod Złoczowem doszło też do pierwszego poważnego starcia z podjazdem tatarskim wysłanym przez Islam Gireja (wcześniej bowiem już pod Białym Kamieniem znoszono mniejsze grupki tatarskich zwiadowców). Bitwa zakończyła się... remisem, co prawda dysproporcja sił po stronie tatarskiej była znaczna (i przez to zginęło ponad 100 żołnierzy wraz z rotmistrzem Pełką - sławnym zagończykiem, który ze swoimi ludźmi przebił się przez pierwszą i drugą linię tatarską, ale tam już został otoczony i ze swymi ludźmi zginął w bohaterskiej walce) dopiero uderzenie sił księcia Koreckiego spowodowało załamanie się linii tatarskich i ich odwrót. Tatarzy zdołali jednak wziąć w niewolę rotmistrza Żółkiewskiego-Głucha, Polacy zaś również wzięli do niewoli jednego z wysoko postawionych tatarskich wodzów, który następnie zeznał że chan przybył tutaj z wielką potęgą i radził królowi podjęcie rozmów w celu zakończenia walki. Deklarował również że nienawidzi Kozaków i wolałby walczyć po stronie Jana Kazimierza ("U waszego boku bić bym się pragnął, a nie u boku sług waszych"). Nie dano wiary jego relacjom, choć były one prawdziwe.




13 sierpnia król był już pod Młynowcem nad Stypą, gdzie generał artylerii Krzysztof Arciszewski (o którym pisałem w poprzednich częściach) wzniósł nad rzeką dwa mosty i groblę w celu przeprawienia wojsk na drugą stronę. 14 sierpnia rozpoczęła się bardzo ciężka przeprawa, gdyż w wyniku padających od kilku dni ulewnych deszczów, lokalne pola zamieniły się w rozlewiska na których grzęzły wozy taborowe i zakopywały się w mule na wysokość kół. Król pierwszy przeprawił się na drugi brzeg do Zaborowa, gdzie udał się do pobliskiego kościoła na modlitwę. 15 sierpnia, gdy co prawda większość sił królewskich była już po drugiej stronie rzeki, na horyzoncie ukazały się znaczne siły kozacko-tatarskie. Ludność Zborowa (życzliwa Chmielnickiemu i Kozakom) zaczęła bić w dzwony, aby pokazać im położenie wojsk koronnych. Najpierw Kozacy uderzyli na próbujące jeszcze przeprawić się przez rzekę pospolite ruszenie z powiatów przemyskiego i lwowskiego, doszło tam do zaciętej walki. Siły wroga były nieporównywalnie liczniejsze (co najmniej pięciokrotnie). Następnie armia kozacko-tatarska uderzyła na główne siły królewskie stojące już pod Zborowem. Ci, którzy przeprawiali się jeszcze przez Stypę, ponieśli znaczne straty i tylko nielicznym spośród nich udało się dołączyć do głównych sił królewskich. Na głównym odcinku bitwy (z powodu dosyć powolnego ataku Tatarów) chorągwie polskie miały czas żeby sformować szyk bojowy i przystąpić do ataku. Głównie stały tam chorągwie lekkie i dwie chorągwie husarskie, a poza tym jeźdźcy niemieccy pod dowództwem Krzysztofa Houwaldta i niemiecka gwardia piesza Fromholda Wolfa. Na lewym skrzydle stała jazda złożona z kilkunastu chorągwi (w tym czterech husarskich) pod dowództwem Jerzego Lubomirskiego i młodego, bo zaledwie 20-letniego rotmistrza Jana Sobieskiego (późniejszego króla Jana III Sobieskiego który w 1683 r. ocalił Wiedeń od tureckiej inwazji. Pod Zborowem w tym właśnie czasie miał miejsce jego chrzest bojowy). Prawym skrzydłem dowodzili zaś kanclerz Ossoliński i wojewoda podolski Stanisław Potocki. Bitwa była niezwykle zażarta i trwała cały dzień, król zaś wykazał wielką odwagę, sam chwytając w dłonie rapier i nawołując cofających się do ponownego ataku (chciał nawet uczestniczyć w szarży, ale mu na to nie pozwolono). Gdy zapadł zmrok bitwa nie została rozstrzygnięta, choć na polu pozostało wielu zabitych i rannych obu stron (szczególnie dużo poległo Tatarów). Nocą gruchnęła plotka że król uciekł z obozu, co spowodowało że dwóch rotmistrzów również zdezerterowało, a jakiś Litwin namówił nawet kilkuset żołnierzy do ucieczki. Nocą - jeszcze przy blasku pochodni, a szczególnie rano 16 sierpnia król obchodził obóz, pokazując wszystkim że jest wśród żołnierzy. Jeszcze 15 sierpnia rano kanclerz Jerzy Ossoliński wysłał list do Islam Gireja z propozycją zawarcia pokoju i odstąpienia Tatarów od Chmielnickiego, ale nim przyszła odpowiedź Kozacy zaatakowali miasteczko Zborów (gdzie stacjonowała polska dragonia) i obóz królewski. Atak został odparty, a wieczorem przyszła odpowiedź chana, wraz z listem od Chmielnickiego. Chmielnicki pisał w nim że to pycha "panów" pchnęła go do buntu, ale nie pragnie wojować z Rzecząpospolitą, a tym bardziej z królem i gotów jest złożyć buławę i oddać ją Semenowi Zabuskiemu, jeśli tylko ten przybędzie do obozu wojska zaporoskiego. Chan zaś deklarował chęci do podjęcia rozmów pokojowych, stawiając jednak warunek że rozmówcą ze strony polskiej powinien być kanclerz Ossoliński. Islam Girej poczuł się też dotknięty tym, że Jan Kazimierz nie wysłał do Bakczysaraju swego posła z wiadomością o zmianie władzy w Polsce, uznał to za brak szacunku do niego samego i lekceważenie Chanatu. Król odpisał na oba listy. Chanowi zgodził się wysłać jako swego pełnomocnika kanclerza Ossolińskiego na rozmowy pokojowe, natomiast Chmielnickiemu polecił spisać wszelkie jego żale i pretensje i przekazać je przez posłów.

Rozmowy pokojowe trwały do nocy 15 sierpnia i również dnia następnego, a także 17 i 18 sierpnia. Tatarzy zażądali zabrania całego zdobytego jasyru i łupów z Polski, wypłacenia 200 000 zł dla chana, powiększenia rejestru kozackiego do 40 000 i zapewnienia im żołdu, corocznego płacenia daniny chanowi, uznania władzy kozackiej w trzech województwach ukraińskich (kijowskim, bracławskim i czernichowskim) i zrzeczenia się jurysdykcji Rzeczypospolitej nad Kozakami oraz ich powinowatymi. Chmielnicki dołączył również kolejny list dla króla w którym żądał dodatkowo zniesienia unii kościelnej w całej Rzeczypospolitej, podporządkowania prawosławnego metropolity kijowskiego patriarsze Konstantynopola, wybudowania cerkwi w Krakowie i Lublinie, pozbawienia zakonów katolickich prawa do nabywania kolejnych nadań ziemskich na Ukrainie, zniesienia biskupstwa katolickiego w Kijowie, oraz miejsc w Senacie dla metropolity kijowskiego i dwóch księży prawosławnych. Ogólnie były to warunki nieakceptowalne, aczkolwiek nie można ich było tak od razu odrzucić, jako że siły kozacko-tatarskie były ogromne i istniała obawa porażki w bitwie, a nawet dostania się do niewoli samego króla, co byłoby katastrofą dla Rzeczpospolitej. Ostatecznie zgodzono się przystać na żądania tatarskie, lecz odpowiedź dla Chmielnickiego wstrzymywano, ale ostatecznie musiano również zgodzić się i na te żądania (pod presją tatarską), chociaż udało się uzyskać niewiele znaczące kwestie, jak określić z góry miasta w których mogli stacjonować Kozacy i gdzie miano dokonać ich spisu. Rejestr miano sporządzić do końca 1649 r., Czehryń stawał się miastem "buławy wojska zaporoskiego" czyli siedzibą atamana (w tym przypadku Chmielnickiego), metropolita kijowski uzyskiwał miejsce w Senacie Rzeczypospolitej, a najwyższe urzędy w trzech województwach ukraińskich miały przypadać tylko szlachcie wyznania prawosławnego. Oczywiście tę umowę musiał jeszcze zatwierdzić Sejm, ale była to już tylko formalność. Tatarom przyznano 200 000 zł daniny (z czego 30 000 wypłacono od razu), a za resztę dano zakładnika w postaci starosty sokalskiego Zygmunta Denhoffa. Tatarzy twierdzili też że obrońcy Zbaraża obiecali im dodatkowe 200 000 zł, na co negocjatorzy królewscy nie mieli wiedzy. Król miał jednak stwierdzić że skoro obiecali, to niech wypłacą, a jeśli nie mają, to niech również dadzą zakładnika (wiadomo jednak że te pieniądze nie zostały Tatarom wydane, o czym pisałem w poprzedniej części). 19 sierpnia dokumenty te zostały oficjalnie podpisane i przekazane obu stronom, tego też dnia Chmielnicki złożył przysięgę na wierność Rzeczpospolitej. 20 sierpnia do obozu polskiego przybył wraz z synem (po wcześniejszym wydaniu zakładnika w osobie starosty krakowskiego Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) sam Bohdan Chmielnicki. Padł przed królem na kolana i prosił o wybaczenie. Następnie król wysłał dwóch swoich komisarzy do obozu Chmielnickiego pod Zbarażem, którzy mieli poinformować załogę o warunkach zawartego pokoju, sam zaś wyruszył do Lwowa, gdzie przybył nocą (28 na 29 sierpnia). Nowy burmistrz Lwowa doktor medycyny Janczewski, witał króla jak zwycięzcę. We Lwowie mnóstwo było też szlachty (do 10 000 ludzi) którzy nie zdążyli do obozu królewskiego pod Zborów. Wkrótce też przybyli obrońcy Zbaraża z księciem Jeremim Wiśniowieckim na czele (którego król miał osobiście pojednać z kanclerzem Ossolińskim, gdyż ci dwaj panowie niezbyt się lubili).




Zawarty pokój tak naprawdę nie satysfakcjonował żadnej ze stron (nawet Tatarów, którzy uzyskali najwięcej). Kozacy byli niezadowoleni że rejestr ciągle był wyznaczany przez króla i jego przedstawiciela, czyli hetmana wielkiego koronnego. Poza tym wolność spod jurysdykcji hetmańskiej przypadała tylko Kozakom rejestrowym, natomiast pozostała ludność trzech ukraińskich województw (głównie ludność chłopska) obawiała się powrotu panów do ich dawnych majątków, a ich samych do roli chłopów pańszczyźnianych, tak jak było do tej pory. Poza tym kwestie unii religijnej nie zostały tak naprawdę wdrożone w życie. Strona polska również nie mogła być zadowolona, gdyż pokój zborowski tak naprawdę przypieczętował oczywistą klęskę całej tej kampanii lat 1648-1649, w tym spustoszenie Wołynia, Podola i Bracławszczyzny oraz zezwolenia na uprowadzenie z tych ziem przez Tatarów tamtejszej ludności wziętej w jasyr. Poza tym traktat ten uzależniał Kozaków od chana (mieli oni bowiem przyjść Tatarom z pomocą w czasie toczonych przez nich wojen, np. z Moskwą), co też umniejszało suwerenne prawa Rzeczypospolitej nad kozaczyzną. Pocieszano się bowiem bohaterską obroną Zbaraża i "cudownym ocaleniem króla", ale to były tylko pewnego rodzaju drobiazgi na otarcie łez. Poza tym gdy Tatarzy rabowali Ukrainę, biorąc w niewolę tamtejszą ludność, Chmielnicki dał im do towarzystwa (a raczej aby śledzić ich kroki) dwóch swoich pułkowników. Ruska ludność która szła teraz w jasyr, widziała że Kozacy również brali udział w tatarskiej brance, co bardzo źle odbiło się na pozycji Chmielnickiego (twierdzono potem że zapłakane dziewczęta i młodzi mężczyźni którzy szli w niewolę na Krym, przeklinali Chmiela, przyśpiewując piosenkę że raz uniknął postrzału, ale drugi raz kula trafi go w samo serce). Poza tym ludność chłopska Ukrainy bardzo obawiała się powrotu "panów Polaków" na ich dawne majętności. Kozacy też jeszcze do końca września siedzieli w Barze i w zachodniej części Wołynia, gdyż nadal jeszcze na Ukrainie nie zostały opublikowane warunki ugody zborowieckiej. Wszyscy jednak obawiali się tego, co nastąpi. Tatarzy również nie byli zadowoleni z warunków pokojowych, jako że przede wszystkim chcieli zmusić Rzeczpospolitą, aby ta wspierała ich w wojnach toczonych z Moskwą, na co Polacy się nie zgodzili. Poza tym uważali że i tak za mało wycisnęli w czasie tej kampanii. Ogólnie można stwierdzić że okręt Rzeczpospolitej, choć mocno podziurawiony, zdołał wypłynąć na bezpieczne wody i uniknąć zatopienia, ale załoga była w fatalnym stanie, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Co dalej miało czekać Rzeczpospolitą, co dalej z Ukrainą, z Kozakami i z Chmielnickim?


"O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI, A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH" 
"TO SIĘ NAZYWAŁO WOLNA EREKCJA ELEKCJA" 🥴,



Dalej król na 22 listopada 1649 r. zwołał Sejm, który miał zatwierdzić warunki pokojowe zawarte w Zborowie. Wcześniej jeszcze, bo z końcem września we Lwowie Andrzej Firlej i Stanisław Lanckoroński obliczyli dług Rzeczypospolitej powstały po tej wojnie i wyszła z tego ogromna suma 2 264 171,22 złotych, a nie doliczono do tego kwot żołnierzy czekających na zaległe wynagrodzenie (głównie ludzi Wiśniowieckiego) w kwocie 33 413 zł i zaległości w kwocie nie składanych Chanatowi "podarków" (60 000 zł). Natomiast przychody roczne z wszystkich ziem koronnych (bez Wielkiego Księstwa) wynosiły ok. 750 000 zł., czyli sytuacja finansowa kraju nie była dobra. Król w uniwersałach pisanych na sejmiki które się wówczas odbywały, zarzucał szlachcie skąpstwo i niechęć do ratowania Ojczyzny. Twierdził wręcz, że to właśnie przez brak wystarczających środków nie można było wystawić armii, która mogłaby rozgromić Chmielnickiego i Tatarów. Tymczasem na Ukrainie, u Chmielnickiego ciężko było mu zapanować nad wałęsającym się chłopstwem, które obawiając się powrotu panów, błąkało się po całym obszarze Ukrainy, częstokroć przekraczając też granicę z Moskwą i paląc tam najróżniejsze wioski oraz dokonując rabunków. Lepiej było z wojskiem zaporoskim - które zdając sobie sprawę że zbliża się termin spisania rejestru, starało się trzymać dyscyplinę i wykazać się wśród starszyzny odwagą i determinacją (każdy z nich bowiem chciał się znaleźć w rejestrze, bo to gwarantowało wolność od kar hetmańskich i tak naprawdę uszlachcenie). Ale ogólnie Chmielnicki też miał swoje słabsze momenty, tak jak wtedy gdy przybyło doń poselstwo z Moskwy (które między innymi skarżyło się na rozboje popełniane przez ukraińskich chłopów). Witając posłów Chmielnicki kazał im przekazać że wielką estymą i przyjaźnią darzy cara Aleksego, ale już podczas ich pobytu - gdy popił sobie znacznie - zaczął im wypominać brak wsparcia w wojnie z Rzeczpospolitą, a gdy ci wrócili do tematu chłopów, stwierdził iż: "Ja złamię wszystkie miasta moskiewskie i Moskwę samą! (...) Już lepszych od was posłów, bo królewskich, karałem śmiercią!" Ogólnie Chmielnicki pijał coraz więcej (praktycznie każdej nocy był mocno podchmielony), a rankiem długo trzeźwiał. Jednocześnie w listach do księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego twierdził, że zawarty w Zborowie pokój Polacy wkrótce zerwą, gdyż: "Wiemy, że to było oszukaństwo, a nie pokój". Tymczasem szlachta chciała już wrócić do swoich majątków na Ukrainie, pisząc (ręką Kisiela) list do Chmielnickiego, w którym padło takie zdanie: "Kto chce być kozakiem, żeby był; a my żebyśmy w domu mieszkali z tymi, którzy w poddaństwie zostać chcą". Problem polegał na tym, że praktycznie nikt nie chciał wracać do sytuacji sprzed wybuchu powstania, mało tego, gdy próbowano zorganizować sejmik województwa kijowskiego, nie było miejsca nigdzie aby to uczynić, musiano zatem zrobić to pod gołym niebem, a wokół szwędało się mnóstwo chłopstwa które złorzeczyło szlachcie. W takiej sytuacji było oczywiste że ugoda zborowska jest tylko tymczasowym zawieszeniem broni i wkrótce ponownie dojdzie do nowej wojny. Dlatego też obie strony zaczęły się do niej coraz intensywniej przygotowywać, chociaż na razie wszystko wyglądało jakoby zawarty pokój miał przetrwać.


CZERWONE PLAMY NA MAPIE POKAZUJĄ OGROMNE PRYWATNE LATYFUNDIA W RĘKACH WYBRANYCH RODÓW MAGNACKICH W RZECZYPOSPOLITEJ 
(POZA TYM PRAKTYCZNIE CAŁY KRAJ BYŁ ZASIANY PRYWATNYMI MAJĄTKAMI SZLACHECKIMI, KAŻDE WOJEWÓDZTWO I KAŻDA ZIEMIA MIAŁA SWOJE MNIEJSZE LUB WIĘKSZE HERBY, CZYLI RODY, KTÓRE W DANYM POWIECIE LUB NA DANEJ ZIEMI ŻYŁY OD POKOLEŃ) 



Wielkie majątki (czyli takie współczesne latyfundia rolnicze powiązane z ukraińskimi oligarchami ale kontrolowane przez zachodnie konsorcja, jak to dzisiaj ma miejsce na Ukrainie) na ukraińskich ziemiach rozdawane były pierwotnie przez króla za zasługi polskim panom, wywodzącym się z rycerstwa. Oczywiście ziemie te otrzymywali oni wraz z mieszkającymi nań i uprawiającymi ją chłopami. Z biegiem dekad majątki te rosły, zamieniały się w ogromne latyfundia i to do tego stopnia wielkie, że dany właściciel nie był w stanie wiedzieć o wszystkim, co się działo na jego włościach. Od tego miał starostów i swoje sługi, a ci, jak wiadomo - aby przypodobać się panu i wykazać odpowiednimi zbiorami (czyli jak byśmy to dzisiaj powiedzieli - wynikami w pracy) zmuszali chłopów do jeszcze cięższej pracy i działo się to wielokrotnie za zgodą, a wręcz aprobatą szlachty i magnaterii. To tak ogólnie dziś pogardzane średniowiecze (oczywiście średniowiecze było okresem bardzo długim, bowiem liczyło ponad 1000 lat i miało swoje podokresy, nie stanowiło więc jednej epoki historycznej. Były tam więc okresy realnego upadku - szczególnie po rozpadzie Imperium Rzymskiego - ale począwszy już od wieku XI a szczególnie XII sytuacja zaczęła się zmieniać i średniowiecze stało się realnie - aż do wieku XIX - bodajże najbardziej rozwiniętym i chlubnym okresem w dziejach ludzkości, łącznie z czasami starożytnymi {no, może wyłączając okres rzymski od późnej Republiki i pierwszych dwóch wiekach Cesarstwa} było okresem największej swobody wśród chłopów. Wtedy to oni mieli najwięcej praw i najwięcej swobód, ale z biegiem lat wszystko zaczęło się zmieniać. W Królestwie Polskim pod tym względem symboliczny był rok 1496, kiedy na Sejmie piotrkowskim, w zamian za zgodę szlachty na wyprawę przeciwko Mołdawii, król Jan Olbracht (Albrecht) zgodził się ograniczyć wychodźstwo chłopów ze wsi, zaś mieszczanom zabroniono nadawać dobra ziemskie, a wyższe godności kościelne miały być odtąd obsadzane wyłącznie przez szlachtę. Był to rok symboliczny, od tego bowiem czasu było już tylko gorzej - szczególnie dla chłopów (oczywiście nie ma też co przesadzać w drugą stronę, gdyż w porównaniu z tym, jak traktowano chłopów chociażby we Francji czy Anglii, a także w państwach niemieckich, to w Polsce ich pozycja naprawdę nie była zła. Jeśli pan był dobry, to chłop mógł żyć bardzo dostatnio, a zdarzały się - i to wcale nierzadko - sytuacje, kiedy chłopi dochodzili do wielkich fortun i byli bogatsi od niejednego szlachcica który przyjeżdżał na sejmy).




Jeszcze za Jagiellonów chłop musiał pracować na polu pana (aby odrobić pańszczyznę) jeden dzień w tygodniu i było to zgodne z ogólnie przyjętym od średniowiecza zwyczajem, na mocy którego ludność dzielono na rycerzy-obrońców kraju i kmieci-żywicieli. Chłop, aby móc spokojnie i bezpiecznie uprawiać swoją ziemię, musiał być chroniony przed wrogiem przez rycerstwo, a w zamian oddawał jeden dzień swojej pracy dla tych, którzy chronili jego i jego rodzinę. Z czasem jednak wszystko zaczęło ulegać zmianie (oczywiście na gorsze - jak bowiem mówi prawo Murphy'ego: "Jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie"), gdy dawni rycerze przestali wyprawiać się na wojny i praktykować sztukę żołnierską, a zaczęli prowadzić osiadły tryb życia na swoich posiadłościach wcześniej ofiarowanych im przez króla, w tym momencie dawny podział realnie utracił znaczenie, a byli rycerze stawali się feudalnymi kapitalistami, pragnącymi maksymalizować swoje dobra i zyski kosztem pracy tych, których kiedyś mieli chronić. Zwiększano więc ilość dni w tygodniu, które chłop musiał przeznaczyć na pracę na polu pana (jednocześnie zaniedbując swoje własne pole), ale i tego było za mało. Były bowiem i takie sytuacje, że dawni rycerze, a obecnie szlachcice i magnaci wymagali od chłopów pracy nawet w niedziele i święta. Mało tego, wymagano pracy nie tylko od samego chłopa, ale również od jego żony a nawet dzieci. Ten zaś nie miał gdzie się poskarżyć, ponieważ szlachta wywalczyła sobie możliwość sądzenia chłopów na swych włościach i jedynie w dobrach królewskich chłopi byli realnie wolni od widzimisię szlachty. Taki właśnie stosunek do chłopów, a także częstokroć niewiedza panów o tym co dzieje się na ogromnych terenach należących do nich latyfundiów, głupota i okrucieństwo podległych im starostów (często ludzi prostych) zrobiła swoje, szczególnie na Ukrainie, gdzie dochodziła jeszcze kwestia religijna. Tak się bowiem tam stało że włościanin wyznawał religię grecką (prawosławie), natomiast pan najczęściej (choć też nie zawsze) był katolikiem. Różnice religijne nakładały się często na różnice narodowościowe i tak prawosławnym był Rusin-chłop, katolikiem zaś Polak-pan (zwany "Lachem", od słowa Lechita). Tak więc Lach w oczach prawosławnego chłopstwa ruskiego (a szczególnie jego pomagierzy na starostwach) stawał się ciemiężycielem nie tylko wymuszającym ciężką pracę fizyczną, ale również gnębicielem wiary greckiej (z której niejednokrotnie szydzono). W takich warunkach (nie mogąc znaleźć w inny sposób sprawiedliwości), chłopi uciekali z majątków na południe, na Zaporoże i na Sicz, gdzie dołączali do braci kozackiej i żyli tam jak wolni ludzie. Gdy zaś w grudniu 1637 r. stłumiono powstanie Pawluka na Ukrainie, Sejm znacznie obniżył rejestr kozacki (czyli wpis na którym znajdowali się wolni Kozacy, wolna brać kozacka), to spowodowało ogromne niezadowolenie ludzi, którzy wcześniej uciekli przed samowolą feudalnych kapitalistów, a teraz ponownie mieli wrócić do roli pańszczyźnianych chłopów. I determinacja Chmielnickiego (który rozpalił żagiew buntu w roku 1648) spowodowała, że jego armia zasilona została przez ogromną rzeszę ukraińskiego chłopstwa i zwykłych, nie majętnych, prostych Kozaków - zwanych czernią. Teraz ci chłopi bardzo obawiali się powrotu polskich panów na ich dawne (zrabowane i zniszczone) posiadłości.




CDN.

04 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. III

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. III




 Nim rozpoczęły się ponowne walki z Chmielnickim, 1 czerwca 1649 r. król Jan II Kazimierz wezwał do Warszawy senatorów na naradę. Zastanawiano się tam czy wszystkie siły należy skierować przeciwko kozaczyźnie, tym samym pozbawiając się obrony na wypadek ewentualnego ataku Szwedów lub jakiegoś innego większego buntu chłopskiego; oraz radzono nad tym czy król osobiście powinien wziąć udział w tej kampanii. Ostatecznie przeważyło zdanie że to nie jest wojna chłopska jak początkowo twierdzono, gdyż przeciwnikiem jest żołnierz który uzyskał wsparcie chana tatarskiego i tym samym stał się bardzo niebezpieczny. A poza tym krew pomordowanych w bestialskich atakach zasługuje na to, aby to właśnie król pomścił zabitych. Rozmowy te zakończono 8 czerwca, a 24 czerwca król wyjechał z Warszawy, kierując się na południowy-wschód. Tymczasem Chmielnicki również nie próżnował. Przez zimę stworzył własną administrację na opanowanych przez siebie ziemiach Ukrainy, Podola i Wołynia, a także rozbudował jeszcze bardziej swoją armię, poprzez masowe wstępowanie doń okolicznych chłopów. Łącznie zgromadził 21 pułków, z czego teoretycznie każdy pułk liczył 1000 żołnierzy, ale w tym przypadku liczba ochotników wstępujących do pułków była znacznie większa. Mówi się więc o 20 000 Kozaków w jednym pułku, co oczywiście jest jawną przesadą, aczkolwiek co najmniej musiało ich tam być z 5 do 7000. Każdy kto mógł, porzucał ojcowiznę na Ukrainie i dołączał do powstania (motywacją oczywiście była chęć szybkiego wzbogacenia się na majątkach szlacheckich i żydowskich), tak, że w wielu wioskach nie pozostał żaden mężczyzna. Armia koronna zaś podzieliła się na dwie części. Pod Zasławiem na Wołyniu obóz założył kasztelan bełski Andrzej Firlej (6000 żołnierzy). Natomiast drugi z regimentarzy, kasztelan kamieniecki Stanisław Lanckoroński rozłożył się obozem pod Starym Konstantynowem (ok. 5000 żołnierzy). Tymczasem 29 maja granicę z Rzeczpospolitą przekroczył (wzywany usilnie przez Chmielnickiego) chan tatarski Islam III Girej wraz ze swoją ordą (jednak posuwał się bardzo wolno, tak, że połączył się z Chmielnickim dopiero z końcem czerwca).




Do pierwszych starć doszło już na początku czerwca 1649 r. Gdy regimentarz Andrzej Firlej został poinformowany że w niedalekiej Sułżenicy pojawił się oddział Kozaków, wysłał tam starostę lityńskiego - Aleksandra Suchodolskiego z 500 konnymi. Ten dopadł Kozaków, rozbił ich i w pościgu za nimi wyszedł praktycznie przed główne siły kozackie idące na Zasław, liczące kilkanaście tysięcy ludzi. Dysproporcja sił była ogromna i należało się wycofać, jednak Suchodolski postanowił zaatakować. Jego atak zmusił Kozaków do przyjęcia obrony, a jego szarża wbiła się klinem w nieco zdezorientowanych owym atakiem kozackich bojców, jednak podjęli się obrony. W tym czasie na pomoc przyszło jeszcze 1300 żołnierzy (wysłanych naprędce przez Firleja) wraz z nieznaną liczbą czeladzi, co spowodowało że wzmocnione tym wojska Suchodolskiego całkowicie rozbiły Kozaków nieopodal Zasławia (choć dysproporcja sił kozackich była wciąż ogromna). Ci spośród Kozaków którym udało się przetrwać ową szarżę, zamknęli się w taborze i wysłali przeciwko Polakom siły nadprzyrodzone w postaci... dwóch czarownic (jedną z nich była niejaka Sałochna, osobista czarownica Chmielnickiego). Zaczęły one rzucać jakieś zaklęcia i złorzeczyć wojskom koronnym, ale gdy jedną z owych kobiet zabito, a drugą (właśnie Sałochnę) wzięto w niewolę, tabor kozacki poszedł w rozsypkę. Tymczasem Stanisław Lanckoroński wyruszył w kierunku twierdzy Ostropol (zajętej przez powstańców) i wysłał posłów z żądaniem kapitulacji. Posłowie zostali zabici, więc Lanckoroński przystąpił do szturmu na twierdzę z trzech stron, lecz opanował ją dopiero nocą. Następnie wszystkim obrońcom dał do wyboru, albo przejście na służbę Rzeczpospolitej i złożenie przysięgi, albo śmierć. Wybrali to pierwsze, ale gdy wojska koronne odeszły spod Ostropola, ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Podobna sytuacja była pod twierdzą Zwiahel. Tam książę Samuel Korecki i regimentarz Krzysztof Przyjemski zdobyli zamek i również pozostawili Kozakom do wyboru zmianę strony albo śmierć. Ci także wybrali to pierwsze, ale po odejściu Polaków ponownie przyłączyli się do Chmielnickiego. Nie udało się opanowanie Międzyborza, a na wieść o zbliżaniu się głównych sił Chmielnickiego, postanowiono połączyć się w twierdzy Zbaraż (dokąd przybył również z 3000 swoich żołnierzy książę Jeremi Wiśniowiecki. Notabene po utracie swych wielkich majątków na Łubnach i Wiśniowcu musiał się zapożyczać aby zapłacić wojsku żołd). Łącznie więc w Zbarażu znajdowało się ponad 10 000 żołnierzy polskich, a przeciw nim zmierzała 150-tysięczna kozacka armia Chmielnickiego.




Do Zbaraża regimentarze koronni przybyli 30 czerwca 1649 r. 9 lipca przybył tam Wiśniowiecki wraz ze swoimi oddziałami (ale odmówił objęcia dowództwa nad całością wojsk w twierdzy zbaraskiej, które było mu proponowane). Notabene w trakcie powitania Wiśniowieckiego doszło do drobnego incydentu, w wyniku którego pojawiły się plotki o złych wróżbach co do losu przyszłej bitwy. A mianowicie na spotkanie pana na Łubnach i Wiśniowcu wyjechał kasztelan Andrzej Firlej, ale jego koń czegoś się wystraszył i zrzucił Firleja ze swego grzbietu prosto w błoto. Początkowo wyglądało to dość komicznie i żołnierze nawet robili sobie z tego żarty że Firlej nie nadaje się na wodza, potem zaś zaczęto doszukiwać się w tym wydarzeniu złego omenu, odnosząc go do zbliżającego się starcia z Kozakami Chmielnickiego. W tym zaś czasie - 27 czerwca pod Zahalem koło Mozyrza stolnik litewski Wincenty Gosiewski rozbił osłonowe oddziały kozackie, wysłane na Polesie przez Chmielnickiego w celu obserwowania czy nie nadchodzi stamtąd odsiecz litewska pod Januszem Radziwiłłem (oddziałami tymi dowodził pułkownik rejestrowy Ilia Hołota). Jednocześnie list królewski polecił hetmanowi polnemu litewskiemu - Januszowi Radziwiłłowi (późniejszemu zdrajcy z czasów Potopu) ruszać na Ukrainę i wziąć Kijów. Tak też się stało i Radziwiłł wyruszył prawym brzegiem Dniepru na Kijów. Jednocześnie wieści o tym szybko rozeszły się wśród wojsk kozackich zdążających pod Zbaraż (a szczególnie taka przyśpiewka: "Wojsko litewskie pod Kijowem nieźle żonki kozackie po miasteczkach jako i szlacheckich dobrach macza"). Wywołało to niepokój w obozie Chmielnickiego i część jego wojsk chciała wracać na Ukrainę aby chronić swoje żony i dzieci, ale celem Chmielnickiego było zdobycie Zbaraża, gdzie znajdował się jego największy wróg - czyli książę Jeremi Wiśniowiecki. Chmielnicki posłał jednak na Ukrainę 10 000 konnych Kozaków pod dowództwem pułkownika rejestrowego Michała Krzyczewskiego (do którego dołączyło po drodze jeszcze 2000 Kozaków czehryńskich i niewielka ilość oddziałów z okolicznych fortec).

Krzyczewski planował nie tylko szybkie rozbicie wojsk Radziwiłła, ale również atak na Mozyr, Mińsk i Wilno, tak aby wrócić na Ukrainę na Świętego Marcina (11 listopada). Gdy jednak doszło do starcia pod Łojowem (31 lipca) atak wojsk Krzyczewskiego rozbił się o doskonałą obronę najemnych wojsk Radziwiłła (złożonych po części z Polaków, Niemców i Węgrów). Gdy zaś na polu bitwy pojawiły się oddziały stolnika litewskiego - Wincentego Korwina Gosiewskiego i porucznika Pawła Niewiarowskiego, doszło do pogromu wojsk kozackich. Wielu utopiło się też w pobliskiej rzece Łojówce. Od totalnej klęski ocaliła Kozaków tylko formacja taboru (za którą można było się schować) a którą było bardzo ciężko rozbić i Radziwiłł postanowił dokończyć dzieła w dniu następnym, ale nocą Kozacy szybko zwinęli tabor i uciekli, pozostawiając na placu boju i w rzece tysiące zabitych oraz wielu ciężko rannych (w tym samego Krzyczewskiego). Krzyczewski miał dwie śmiertelne rany, dostał w bok i w głowę i leżał w gorączce. Medycy Radziwiłła starali się go utrzymać przy życiu przynajmniej na tyle, aby mógł zeznawać, ale to im się nie udało i 3 sierpnia Krzyczewski zmarł (ponoć przed śmiercią, gdy pytano go czy wzywać popa aby udzielił ostatnich namaszczeń, ten odrzekł że potrzeba by było tutaj 30 popów, a gdy zapytano go w takim razie czy chce księdza katolickiego, stwierdził że woli wiadro zimnej wody). Natomiast dowództwo nad rozbitymi Kozakami przejął Eustachy Pieszko. Radziwiłł nie podjął pościgu, zresztą siły które uszły spod Łojowa były nieliczne i nie stanowiły większego zagrożenia, gorzej było z brakiem prochu i aprowizacji dla wojska, a poza tym żołnierze domagali się żołdu, który płacony był nieregularnie. Biorąc to pod uwagę, Janusz Radziwiłł postanowił wycofać się w rejon Turowa, aby tam szarpać ewentualne zagony przeciwnika i uniemożliwić im atak na Wielkie Księstwo.


NIEZWYCIĘŻONA HUSARIA
(NAJLEPSZA KONNA FORMACJA BOJOWA W DZIEJACH) 



Tymczasem pod Zbarażem Chmielnicki dysponował armią liczącą ok. 150 000 żołnierzy (z czego samych Kozaków było jakieś 70 000 plus liczna czeladź, a resztę stanowili Tatarzy). Wojsko koronne zamknięte w twierdzy liczyło zaś ok. 10 000 żołnierzy (w tym tylko 2000 piechoty, resztę zaś stanowiła jazda, niewiele przydatna podczas obrony twierdzy). Oczywiście dochodziła do tego również czeladź i mieszkańcy miasta, co podwyższyłoby tę liczbę najwyżej do jakichś 18 000. Do pierwszego starcia (jeszcze w sporej odległości od twierdzy) doszło 9 lipca, gdy pisarz polny Andrzej Sierakowski na czele piętnastu chorągwi starł się z nieprzyjacielem. Podjazd ten jednak zakończył się porażką Polaków (straty wynosiły 29 żołnierzy i 60 ludzi z czeladzi). Do kolejnego starcia doszło dnia następnego, gdy pod murami Zbaraża zjawił się 2000 oddział kozacko-tatarski. Firlej wysłał przeciwko nim 150 polskich Tatarów, którzy wykazali się nieprawdopodobną odwagą i determinacją w walce, robili cuda aby tylko walczyć jak równy z równym z przeważającymi siłami wroga (łączyli się, a następnie rozdzielali i tak kilka razy w trakcie walki), ostatecznie... prawie wszyscy zginęli. Tych nielicznych ocaliło uderzenie polskiej jazdy, która ruszyła bezpośrednio na 30 000 oddziały kozacko-tatarskie spychając je w kierunku obozu chana Islam Gireja. Walka trwała aż do nocy 10 lipca i zakończyła się zwycięstwem strony polskiej, co znacznie podniosło ducha oblężonych w twierdzy (a pole pod umocnieniami zapełniły setki zabitych żołnierzy wroga). W nocy z 10 na 11 lipca Wiśniowiecki w twierdzy urządził przyjęcie na cześć zwycięskich wojsk, regimentarzy oraz spodziewanej królewskiej odsieczy. Wznoszono toasty za zdrowie króla i wystrzeliwano fajerwerki (a jednocześnie z murów twierdzy trwała kanonada artyleryjska).




W tym zaś czasie w obozie kozacko-tatarskim trwała narada wojenna. Stwierdzono zgodnie że zdobycie twierdzy Zbaraż szturmem jest mało możliwe, dlatego - jak radził chan Islam Girej - należy okopać się minami, basztami i szańcami i nieustannie ostrzeliwać aż obrońcy utracą ducha. Mimo to 11 lipca podjęto szturm, licząc że być może uda się masą ludzką przełamać umocnienia twierdzy. Tak się nie stało, szturm został odparty, ale widok niezliczonych zastępów nieprzyjaciela powodował pierwsze oznaki strachu (żeby nie powiedzieć paniki) w obozie oblężonych. Wtedy też pojawili się księża, idący z Najświętszym Sakramentem i to zupełnie odmieniło Polaków. Znów w ich serca wlała się odwaga i chęć sprostania temu niezwykle ciężkiemu zadaniu, jakim było utrzymanie twierdzy Zbaraż aż do chwili nadejścia królewskiej odsieczy. 12 lipca Kozacy i Tatarzy ponowili szturm, ale znów zakończył się on ich porażką. 13 lipca Chmielnicki znów ponowił szturm (swoją drogą jego działania były sprzeczne z podjętym na naradzie z Tatarami planem przetrzymania obrońców. Ciekawe dlaczego tak śpieszno było mu opanować twierdzę?). Szturm znów został odparty, ale tym razem na odcinku bronionym przez Andrzeja Firleja Kozacy aż siedmiokrotnie wdzierali się na mury i co prawda siedmiokrotnie byli odpierani, ale ostatecznie Firlej zamierzał nawet wycofać się do zamku i dopiero wsparcie, jakiego udzielił mu Wiśniowiecki, zmieniło jego plany. 14 lipca miał miejsce kolejny szturm, a tym razem główny atak skierowany został na pozycje zajmowane przez Wiśniowieckiego. Tym razem porażka Kozaków była jeszcze większa i setki ich trupów zasiały pole bitwy. Po południu 14 lipca, widząc piętrzące się problemy i coraz większe straty wśród mahometan, Islam Girej stwierdził iż nie przywiódł tutaj prawowiernych aby ginęli, tylko aby zdobyli łupy, dlatego też - wbrew opinii Chmielnickiego - posłał do obozu Polaków swego sługę Sefer Gaziego agę, który miał zażądać poddania się twierdzy. Na spotkanie z Sefer Gazim agą wyjechał Wiśniowiecki wraz z Markiem Sobieskim i nie tylko odrzucił żądania Tatarów, ale jeszcze namawiał ich do odstąpienia Chmielnickiego. Rozmowy więc nie przyniosły żadnych efektów, a cały kolejny dzień (15 lipca) Kozacy przeznaczyli na kopanie umocnień i palisad, przygotowując się pod długie oblężenie.


OBRONA ZBARAŻA



Tego też dnia do obozu Islam Gireja dołączyli Tatarzy akermańscy, budziaccy i rumelscy wraz z Artimir bejem. Spodziewano się teraz szybkiego upadku twierdzy, jako że pewien uciekinier stamtąd stwierdził, że wojsko koronne jest osłabione i myśli tylko o ucieczce, a poza tym zaczyna brakować mu żywności. Nocą z 15 na 16 lipca w kilku miejscach Kozacy spróbowali szczęścia. Szturm ponownie został odparty, a straty kozackie wyniosły 3000 ludzi. Przez cały 16 lipca trwały kolejne prace ziemne nad umocnieniami i budową hulajgrodów. 17 lipca pułkownikowi kozackiemu Iwanowi Fedorenko Bohunowi w czasie gęstej mgły udało się dostać na wały i przedostać do obozu, a wraz z nim poszli inni Kozacy. Natychmiast ruszyli przeciwko nim wszyscy żołnierze będący w okolicy, a także czeladź i mieszkańcy miasta, a w ciężkiej walce udało się odeprzeć kolejny kozacki atak na twierdzę. Jednocześnie polski wypad za mury odniósł ogromny sukces, udało się bowiem spalić wszystkie wcześniej przygotowane przez Kozaków hulajgrody. Niedziela 18 lipca upłynęła spokojnie (poza kilkoma drobnymi incydentami). Kolejne dni znamionował jedynie ostrzał artyleryjski twierdzy, ale nie dochodziło już do szturmów. 23 lipca Polacy wysłali do obozu Chmielnickiego posła z żądaniem aby Kozacy zaprzestali buntu i podporządkowali się Rzeczpospolitej. Wbrew obawom poseł ten został przyjęty dobrze, nawet obdarowany jakimiś prezentami, ale ostrzał Zbaraża zaczął się natychmiast po jego powrocie do twierdzy. Następnego dnia zaś Kozacy wyszli z propozycją, aby dziś do nich nie strzelać, a oni zrewanżują się tym samym. Zgodzono się i doszło do niesamowitej sytuacji, a mianowicie na wałach zaczęły się rozmowy pomiędzy stronami tego konfliktu. Ci, którzy do tej pory pałali do siebie tak wielką nienawiścią i tak okrutnie się mordowali, teraz rozmawiali ze sobą jakby nigdy nic, wręcz można powiedzieć jak przyjaciele. Pytano się bowiem o swoich bliskich, o pozostawione domy, a nawet Polacy częstowali Kozaków tabaką. Do obozu Chmielnickiego zaś wysłany został rotmistrz Mikołaj Zaćwilichowski wraz z chorążym nowogrodzkim Mikołajem Kisielem. Został tam przyjęty bardzo dobrze, a Chmielnicki stwierdził nawet że póki Zaćwilichowski będzie rotmistrzem, będzie miał wsparcie w wojsku zaporoskim i proponował mu nawet przejście na swoją stronę, co Zaćwilichowski odrzucił.

W kolejnych jednak dniach powrócono do walki, z tym że otwartych szturmów nie było, a raczej takie podchody powiązane z ostrzałem artyleryjskim (Kozacy np. udawali że zwijają obóz i że się wycofują, pragnąc wciągnąć Polaków z zasadzkę, albo że czynią przygotowania do zatopienia twierdzy wodą ze stawu zbaraskiego). 26 lipca Polacy wysłali posła do obozu chana, proponując mu porzucenie Kozaków, na co on oczywiście nie przystał, a nawet stwierdził że twierdza do jutra ma skapitulować, bo jak nie to wszystkich stamtąd "wyciągnie za łeb". Kozacy używali też... czarów, przeciwko czemu modły wznosili księża. 28 lipca ponownie wysłano poszła do chana, twierdząc że Kozacy są niestali i wkrótce znów podejmą wyprawy przeciwko Chanatowi. Poza tym polski poseł stwierdził, że wyprawa chana nie uzyskała aprobaty sułtana, na co tamten odpowiedział gniewem, żądając natychmiastowej kapitulacji twierdzy, inaczej - jak twierdził - wszystkich karze ściąć. Poseł Janicki odrzekł że najpierw to oni muszą tam wejść, a to nie jest takie łatwe, bo jeśli zechcą "ściąć nam głowy, to sami mogą stracić swoje". Ostatecznie Janicki przystał na możliwość zapłacenia Tatarom sporego okupu za wycofanie się spod Zbaraża, oraz obdarowaniem na pięć lat z góry zwyczajowymi podarkami. W nocy z 29 na 30 lipca Polacy podjęli spory wypad na pozycje kozackie, ale ci byli czujni i atak nie powiódł się (zginęło prawie 30 żołnierzy oraz bliżej nieznana liczba czeladzi obozowej), jednak gdy Kozacy próbowali pójść za ciosem i ruszyć na wały twierdzy, ponieśli jeszcze większe straty. 31 lipca Kozacy podjęli atak na umocnienia miejskie, ale i tutaj nie udało im się ich przełamać i zostali odparci. Minął właśnie trzeci tydzień oblężenia. Pozycja obrońców była coraz gorsza, zaczęło brakować żywności i amunicji i jedyne na co liczono, to na szybką odsiecz królewską. 1 sierpnia Chmielnicki wytoczył beczki z piwem i gorzałką i obdarował nimi swoich żołnierzy, a wieczorem pijanym wydał rozkaz do szturmu. Ponownie zostali odparci.




2 sierpnia Chmielnicki wysłał do Zbaraża swego legata z listem do Wiśniowieckiego. List jednak był jedynie pretekstem, bowiem głównym celem posła kozackiego było namówienie będących w obozie żołnierzy najemnych (głównie Niemców) do przejścia na stronę Kozaków. Fortel ten jednak się nie udał, gdyż niemieccy oficerowie opowiedzieli o wszystkim Wiśniowieckiemu. Tymczasem położenie oblężonych było już tak złe, że należało czym prędzej powiadomić króla i przekonać go do jak najszybszego przyjścia z odsieczą. Pierwszy śmiałek który się tego podjął, został jednak schwytany przez Kozaków i zamordowany, o czym Chmielnicki poinformował załogę twierdzy. Kolejnej nocy podjął się tego trudnego zadania inny śmiałek, był nim towarzysz pancerny Mikołaj Skrzetuski, który przebrany za chłopa, przepłynął nocą przez rzekę, cały kolejny dzień czaił się w lesie i dopiero następnej nocy przedarł się między gromadami Kozaków i Tatarów i popędził do króla. Król przebywał wówczas (7 sierpnia) pod Toporowem, nieopodal Zbaraża. Tymczasem po niepowodzeniu ataku z 1 sierpnia, Kozacy i Tatarzy nie podejmowali już szturmów, a jedynie ostrzeliwano mury twierdzy z armat. Obrońcy wpadli też na pomysł oświetlania terenu wokół twierdzy za pomocą zapalonych barwion i maźnic (ponoć było to prekursorskie zastosowanie tego typu oświetlenia w tamtym czasie), tak więc Kozacy nie zbliżali się do twierdzy, ponieważ nie mogli już wykorzystać elementu zaskoczenia. 5 sierpnia tatarski dowódca Seijid Ali przyprowadził ze sobą dwa wielkie działa oblężnicze, które miały "kruszyć nawet góry", ale szybko, bo jeszcze tego dnia zostały one unieszkodliwione śmiałym wypadem obrońców, w czasie którego położyli oni trupem ok. 300 Zaporożców i Tatarów i zdobyli aż 16 chorągwi (co wlało nieco ducha w serca obrońców). Zabrano ze sobą też siedmiu jeńców kozackich, których potem przesłuchano (jak to zwykle bywało - na torturach) aby wyjawili zamiary Chmielnickiego. 6 sierpnia rozpoczął się wielki szturm kozacko-tatarski na Zbaraż (główne jego natarcie skupione było na odcinek broniony przez Mikołaja Ostroroga). Pchając wielkie wozy i prowadząc drabiny, udało się 400 Kozakom wedrzeć na wał i zatknąć tam sztandary, jednak po dwóch godzinach walki zostali stamtąd wyparci. 7 sierpnia na pozycje kozackie próbował szczęścia Andrzej Firlej, ale jego wypad był chaotyczny i szybko został odparty. Nocą Kozacy usypali siedem szańców wyższych od polskich umocnień, dzięki czemu mogli swobodnie ostrzeliwać znajdujących się wewnątrz obrońców.




Obrońcy byli bardzo zmęczeni, brakowało już żywności, a ta, która była, była na wagę złota. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę co się stanie, jeśli król szybko nie pośpieszy z odsieczą. Od 9 sierpnia zaczęły się ulewy, co spowodowało że ani Tatarzy ani Kozacy ani Polacy nie przejawiali chęci do walki w takim deszczu. W nocy z 11 na 12 sierpnia Wiśniowiecki raz jeszcze wysłał posła do króla, był nim rotmistrz Stempowski. Udało mu się (wraz z przydanymi do pomocy dwoma polskimi Tatarami i Kozakiem będącym na usługach księcia Wiśniowieckiego) przepłynąć staw zbaraski, przedrzeć się przez linie nieprzyjaciela i dotrzeć do króla. Obrońcy byli tak zdeterminowani jedyną nadzieją odsieczy, że widzieli w niej wszystkie przegrupowania wojsk nieprzyjaciela i za każdym razem podnosili z tego powodu radość, twierdząc że skoro Chmielnicki wycofał część obozu, to pewnie król już jest blisko (notabene Kozacy i Tatarzy dziwili się że będący w tak ciężkim położeniu obrońcy, co jakiś czas wznoszą okrzyki radości, jakoby spodziewając się odsieczy i tak jakby już zwyciężyli). 12 sierpnia na naradzie wojennej u Tatarów postanowiono że należy wyprzedzić ewentualną odsiecz i pomaszerować z Chmielnickim na spotkanie z królem, pod obozem zostawiając tylko część wojska. Wysłano jednak tylko podjazdy, które co prawda przynosiły jeńców, ale wszyscy oni mówili różne i często wykluczające się informacje o liczebności wojsk królewskich. Wśród Tatarów pojawiło się silne zwątpienie iż ta wyprawa wcale nie musi zakończyć się sukcesem. W niedzielę 15 sierpnia pewien zdrajca uciekłszy z obozu, poinformował Kozaków że atak tego dnia będzie najbardziej optymalny, gdyż obrońcy pójdą na mszę i nie będzie komu walczyć. Ci jednak byli przygotowani, a poza tym spadł rzęsisty deszcz i atakującym odechciało się walki ("bo się chłopi suszyć woleli niż strzelać"). Kozacy próbowali innych sposobów wdarcia się do twierdzy. Próbowali podkopów (tak aby hakami rozrywać umocnienia i wozy taborowe, które obrońcy spięli że sobą łańcuchami). Tego też dnia - 15 sierpnia - przypadkowo wystrzelona kula nieprzyjacielska o mały włos nie zabiła księcia Wiśniowieckiego, a ledwie drasnęła go w policzek. 16 sierpnia w prawosławne święto dnia Spada, obrońcy podjęli wycieczkę za mury, licząc na to, że strzały, które dochodzą z obozu kozacko-tatarskiego, znamionują odsiecz królewską. Zostali jednak zasypani strzałami, ale paradoksalnie wszyscy wrócili bez szwanku i nikt nie zginął, ani nikt nie został ranny. Teraz Kozacy podjęli kolejny szturm i ponownie został on odparty (determinacja obrońców wynikała z tego, że doskonale wiedzieli co ich czeka jeśli wpadną w ręce Kozaków, czyli śmierć w męczarniach. Tatarzy przynajmniej wzięli by ich w jasyr i potem zażądali zapłaty od rodziny czy króla, ale tamci by ich okrutnie zamordowali, a taka myśl nawet w sytuacji braku żywności i amunicji powoduje, że w człowieka wstępują nowe siły).


TAK JAK MÓWIŁ ONUFRY ZAGŁOBA: "CIESZCIE SIĘ CHAMY ŻE NIE JESTEM W SZARŻY, ZDOBYŁEM CHORĄGIEW W TEJ BITWIE... NIE ZNAŁEM WŁASNEGO MĘSTWA" 😊



17 sierpnia rotmistrz Mikołajewski przed swoim posterunkiem znalazł strzałę z przyczepioną doń karteczką, na której było napisane: "Będąc szlachcicem, w niewoli pomiędzy hultajstwem, oznajmuję Waszmościom, że Król Jegomość jest w Zborowie, z wielką bardzo potęgą: kilkakroć Ordę i Kozaków gromił. Chmiel jest w obozie. Wczorajszy triumf był na postrach Waszmościom. Bądźcie ostrożni przez kilka dni. Będzie - da Bóg - dobrze. Już to trzeci raz ostrzegam Waszmościów". Pewnie poprzednie wiadomości nie zostały wysłane, albo też nie były odnalezione przez obrońców. W tym liście również spodziewano się podstępu kozackiego, ale posłużył on też jako zwiastun dobrej nadziei dla oblężonych żołnierzy. Zresztą szpiegów i dezerterów łapano codziennie po kilku (również szlachciców - jednemu z nich, właśnie 17 sierpnia za próbę ucieczki z obozu odrąbano rękę i nogę). 18 sierpnia wieczorem (po wcześniejszej próbie kolejnego zaatakowania obozu przez Kozaków), Wiśniowiecki wysłał swoich ludzi na rekonesans, w czasie którego zdobyto dziewięciu jeńców, zabito też wielu nieprzyjaciół przy bardzo małych stratach własnych. 19 sierpnia z polskiego obozu znowu wyszła "wycieczka", której udało się zadać nieprzyjacielowi znaczne straty i wyprzeć go z dwóch umocnień. Straty wśród Kozaków i Tatarów były coraz większe. Chan był wściekły na Chmielnickiego, że ten przywiódł go tutaj aby wytracić wyznawców Allaha - obiecał przecież że już na drugi dzień (czyli 11 lipca) będą w polskim obozie, a tutaj minął ponad miesiąc i nic. Ale i w obozie oblężonych było bardzo ciężko, brakowało już totalnie wszystkiego, a codziennie kilku (a nawet kilkunastu - głównie spośród czeladzi) zbiegało do Chmielnickiego, aby informować go o nastrojach obrońców. 20 sierpnia wypuszczono z obozu ok. 4000 chłopów, którzy wcześniej znaleźli schronienie w Zbarażu, ale teraz brakowało dla nich żywności. Liczyli na pomoc Chmielnickiego ale srogo się zawiedli, gdy tylko znaleźli się za murami twierdzy, zostali schwytani przez Tatarów i wzięci w jasyr (co może ocaliło im życie, ale odtąd musieli być niewolnikami). 21 sierpnia Kozacy podjęli kolejny szturm na twierdzę i po raz kolejny zostali odparci, a obie strony przerwały walkę gdy tylko spadł rzęsisty deszcz. Strony teraz siedziały w swoich obozach i nawet armaty nie strzelały. Czekano aż deszcz przestanie padać i walka zostanie wznowiona. Nagle pod umocnieniami obozu zjawił się tatarski poseł który krzyczał aby do niego nie strzelać, gdyż w Zborowie zawarto pokój z Królem Jegomością i nastał koniec wojny. 

Początkowo nie chciano mu wierzyć, więc Wiśniowiecki wysłał swojego posła aby wybadał sprawę. Romaszkiewicz potwierdził słowa tatarskiego posła, ale nie chciał dokładnie wyjawić warunków ugody zborowskiej, twierdząc że o wszystkim opowiedzą komisarze, którzy znajdują się w obozie Chmielnickiego. Wreszcie, gdy Tatarzy stwierdzili że dopiero po zapłacie kilkuset tysięcy złotych (zgodnie z warunkami ugody zborowskiej) odstąpią od twierdzy, odpowiedział im Wiśniowiecki że nikt tutaj nie zamierza się poddawać i nie zamierza też płacić Tatarom ani grosza. Ponownie więc wywiązała się bitwa, ale Kozacy i Tatarzy po raz kolejny zostali odparci. 22 sierpnia było już spokojnie. Obrońcy zaczęli nawet wychodzić poza mury twierdzy i rozmawiać z Kozakami, a nawet robić z nimi handel, kupując żywność i konie (które przed bitwą o Zbaraż wypchnięto z obozu, co potem poskutkowało tym, że zabrakło koniny aby napełnić brzuchy obrońców). Wszyscy, a szczególnie Tatarzy byli pod ogromnym wrażeniem odwagi obrońców i twierdzili że pod Zbarażem jeden Lach mógł "zjeść" 10 Tatarów. Handel trwał również w ciągu kolejnych dni, ale gdy okazało się że nikt z obrońców nie zamierza płacić chanowi za odstąpienie od twierdzy, nastroje znowu opadły i szykowano się do walki. 25 sierpnia w środę Kozacy i Tatarzy (bez otrzymania zapłaty) wymęczeni długim oblężeniem zwinęli swoje obozy i odeszli spod Zbaraża. Nocą zaś z 26 na 27 sierpnia obrońcy także wyszli z twierdzy i wyruszyli przez Tarnopol do Lwowa. Bitwa była wygrana, aczkolwiek Chmielnicki i Tatarzy jeszcze nie rozgromieni (stanie się to dopiero pod Beresteczkiem, w jednej z największych bitew nowożytnej Europy)




CDN.

17 czerwca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. II

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. II


BOHDAN JEREMI CHMIELNICKI



 Po wkroczeniu do Kijowa (31 grudnia 1648 r.) Chmielnicki był wręcz uważany zarówno przez mieszkańców jak i przez metropolitę kijowskiego - Sylwestra Kossowa oraz patriarchę jerozolimskiego Pajsjusza, za półboga. Pajsjusz nadał mu tytuł "najjaśniejszego księcia" ("illustrissimus princeps") i zorganizowano uroczystości na jego cześć. 3 stycznia 1649 r. rozpoczynało się prawosławne Boże Narodzenie, a 5 stycznia patriarcha jerozolimski w uroczystym nabożeństwie w kijowskiej cerkwi św. Andrzeja udzielił Chmielnickiemu ślubu z kobietą, którą wcześniej uprowadził mu Czapliński (zajmując chutor Subotów). Kobiety tej nie było co prawda wówczas w Kijowie, a przebywała w Czehryniu, ale patriarcha Pajsjusz udzielił zarówno Chmielnickiemu jak i jej dyspensy od wszelkich grzechów popełnionych wcześniej, jak i tych, które zostaną popełnione w przyszłości (🤭). Chmielnicki odzyskał nie tylko ukochaną kobietę, ale również stał się prawdziwie niekoronowanym królem całej Ukrainy, zyskał więc znacznie więcej niż wydawało mu się to jeszcze rok temu. Teraz władał z Kijowa ("matki ziem ruskich") i snuł ambitne plany wypędzenia wszystkich "Lachów" nie tylko z Ukrainy, ale również z Podola, Rusi Czerwonej, Wołynia, Polesia a być może również z Litwy. Jednocześnie zamierzał Chmielnicki lawirować pomiędzy Rzeczpospolitą, Moskwą, Imperium Osmańskim a nawet Siedmiogrodem, dążąc ostatecznie do stworzenia księstwa ruskiego (złożonego z co najmniej czterech województw: kijowskiego, bracławskiego, czernichowskiego i podolskiego) i zapewnieniu mu niezależności politycznej. Patrząc jednak na zdrowy rozum, plan ten mógł się udać tylko pod jednym warunkiem, jeśli te trzy wspomniane wyżej państwa prowadziłyby różną od siebie politykę, wówczas Chmielnicki mógł wykorzystywać jednego przeciwko drugiemu. Lecz gdyby choć dwa z owych państw wzajemnie się ze sobą porozumiały przeciwko Chmielnickiemu, to los tego, w dużej mierze marionetkowego tworu, jakim było "księstwo ruskie" byłby przesądzony. Chmielnicki o tym dobrze wiedział, dlatego też starał się kontrolować trasy, którymi podążali posłowie z Warszawy do Moskwy (takich posłów zatrzymywano, a ich korespondencja trafiała do Chmielnickiego). Wiedział też ów samozwańczy "książę ruski" że bez jakiegoś zdecydowanego protektora na dłuższą metę nie uda mu się przetrwać.




A tymczasem 17 stycznia 1649 r. odbyła się w Katedrze Krakowskiej uroczysta koronacja króla Jana II Kazimierza (wybranego 20 listopada 1648 r.). Dwa dni później rozpoczęły się obrady Sejmu koronacyjnego, na którym przede wszystkim debatowano nad przyszłymi sojuszami (czy lepiej trzymać z Moskwą przeciwko Turkom i Tatarom, czy też z sułtanem i Tatarami przeciw Moskwie). Do Chmielnickiego zamierzano wysłać poselstwo, na którego czele stał wojewoda kijowski Adam Kisiel (notabene okrzyknięty zdrajcą przez obie strony tego konfliktu, jako że dążył do pojednania obu zwaśnionych stron). Jednocześnie zdecydowano o utworzeniu nowej 50 000 armii oraz mianowano nowych regimentarzy: Andrzeja Firleja, Stanisława Lanckorońskiego i Mikołaja Ostroroga. Obrady Sejmu trwały do 14 lutego, ale Adam Kisiel wyruszył wcześniej do Perejasławia, gdzie wówczas przebywał Chmielnicki. Ten przyjął go jak dostojny władca Rusi, w otoczeniu kozackiej podnieconej ciżby i przybyłych doń posłów tureckich, mołdawskich i siedmiogrodzkich. Stwierdził butnie że jego celem jest wyzwolenie Rusi z "niewoli lackiej" aż po Lwów, Halicz i Chełm. Podczas zaś prywatnych rozmów z Kisielem domagał się wydania Czaplińskiego, dopuszczenia metropolity kijowskiego do Senatu, zniesienia Unii kościelnej z 1596 r. (tworzącej Kościół greckokatolicki), wydania województwa kijowskiego we władanie prawosławiu (a województwa bracławskiego i czernichowskiego po połowie z katolikami). Ponieważ Kisiel nie miał pełnomocnictw aby przystać na owe żądania, wytargowano jedynie zawieszenie broni na trzy miesiące - do 22 maja 1649 r. Podczas narady (i uroczystego posiłku na cześć przybyłych posłów) 20 lutego 1649 r. jeden z pułkowników kozackich - Filon Dzedzały naskoczył na Kisiela, mówiąc doń: "Korol jako korol, ale wy królewięta, kniaziowie broicze mnoho, i nabroilistie. I ty, Kisielu, kość z kości naszych, odszczepiłeś się a przestajesz z Lachy". Potrząsał też swoją buławą przed nosem Kisiela, aż musiał go hamować sam Chmielnicki, a nie wsparty przez nikogo więcej, Dzedzały zamilkł i odszedł od stołu. Kisiel ofiarował również Chmielnickiemu buławę atamana wojsk zaporoskich.




Jednak będąc w Perejesławiu Kisiel miał okazję ujrzeć ogrom zniszczeń, jakie wyrządziło kozactwo i chłopstwo. Będący z nim pisarz, chorąży Jakub Michałowski zanotował: "Groby nawet otwarte (...) trumna nieboszczyka Pana Łukasza Żółkiewskiego wojewody bracławskiego, starosty perejesławskiego, wiecznej pamięci godnego kawalera (bratanka hetmana Stanisława Żółkiewskiego poległego w 1620 r. w bitwie z Turkami pod Cecorą) rozbita, insygnia wojenne wzięte i pierścień diamentowy z palca" (szczególnie haniebnie kozactwo mściło się na przodkach Wiśniowieckiego, i tam gdzie tylko zdobywano jego dobra, natychmiast rozbijano trumny z jego przodkami, wieszano ich na drzewach, albo palono na popiół). Kisiel zaprosił Chmielnickiego na drugi dzień na obiad do siebie, ale ataman kozacki przez większość dnia nie przybył. Dopiero pod wieczór 21 lutego przyjechał nietrzeźwy w otoczeniu kilku swoich pułkowników. Zaczął też wyrzucać w gniewie, że to przez Lachów leje się chrześcijańska krew. Napominał też Kisiela aby wyrzekł się Polaków i przystał do kozackiej braci, bo - jak argumentował - "lacka ziemia" wkrótce zginie, a Ruś panować będzie jeszcze w tymże roku, bardzo prędko - jak dodawał - "bo już w cztery niedziele". W pijackim amoku zaczął mówić (przeplatając język ruski z polskim) iż "nauczy ich jak siekać Lachów", a jeśli odmówią, to sprzeda ich sułtanowi tureckiemu w niewolę. Wyłożył też swoją wizję władzy królewskiej, mówiąc: "Król jest po to, aby miał władzę całkowitą, ścinał diuki i kniazie i aby był wolnym sobie", czyli że powinien rządzić według własnej woli, a nie będąc skrępowany demokratycznymi instytucjami szlacheckimi. Na koniec dodał że propozycje pokojowe z jakimi przyjechał Kisiel tą spóźnione: "Kiedy mnie Potoccy szukali za Dnieprem, był czas traktować ze mną". Twierdził że on teraz sam stworzy własne ruskie księstwo i wydrze Lachom tyle ziemi, ile zechce. Na drugi dzień jednak, gdy wytrzeźwiał przyjął buławę ofiarowaną mu przez Kisiela (a tak naprawdę przez króla i Sejm).




Także w lutym w poselstwie do Moskwy udał się patriarcha jerozolimski Pajsjusz (aby uzyskać materialne wsparcie od cara dla administrowanej przez siebie cerkwi). Chmielnicki poprosił Pajsjusza aby przekazał Aleksemu iż Zaporożcy gotowi są przejść pod jego zwierzchnictwo. Jednocześnie wysłał z patriarchą do Moskwy swojego człowieka Sylwana Andrejewicza Mużyłowskiego, który ustnie (ponieważ nie posiadał żadnych pism) miał zapewnić cara o gotowości współdziałania z nim Kozaków. Aleksy był sceptyczny wobec owych propozycji. Po pierwsze dlatego że obowiązywał go w dalszym ciągu zawarty pod Smoleńskiem w 1634 r. pokój, którego na razie nie chciał łamać, gdyż sam miał własne problemy w kraju i wojna na Zachodzie nie była mu potrzebna. Po drugie zaś obawiał się że przykład Chmielnickiego i Kozaków może rozbudzić również jego własnych poddanych i doprowadzić do wybuchu jakiegoś buntu chłopskiego, dlatego też oficjalnie odrzucał możliwość współpracy z Chmielnickim. Jednak nieoficjalnie jego otoczenie - słysząc nieustanne nawoływania czerni kozackiej (tak to bowiem wyglądało, że najbardziej skorzy do współdziałania z Moskwą byli zwykli, prości Kozacy, natomiast za sojuszem z Rzeczpospolitą była starszyzna kozacka, ludzie wykształceni, pisarze i ci, którzy prowadzili całą tę resztę do walki) do sojuszu z Moskwą i zjednoczenia z carem, podpowiadała mu, że czas najwyższy aby znów uderzyć na Rzeczpospolitą i odebrać utracone niegdyś miasta i zamki - dokończyć "zbieranie ziem ruskich". Młody, bo zaledwie 20-letni car musiał jednak przede wszystkim uporać się z problemami wewnętrznymi nim mógłby w ogóle pomyśleć o nowej wojnie z Rzeczpospolitą - a tych nie brakowało. Aleksy był bowiem drugim carem moskiewskim z rodu Romanowów, pierwszym wybrany został w marcu 1613 r. jego ojciec Michał. Panował od lipca 1645 r. (czyli od chwili śmierci swego ojca). Przez pierwsze lata młody car niewiele zajmował się sprawami państwa, ster rządów powierzając ambitnemu bojarzynowi Borysowi Iwanowiczowi Morozowowi, a samemu spędzając czas częściej na łonie natury w Izmajłowie niż w murach Kremla. Ponieważ jednak Aleksy był jedynym pozostałym przy życiu synem Michała, to na nim (jako na carze Wszechrusi) spoczął obowiązek przedłużenia dynastii. Z końcem 1647 r. Morozow zorganizował na Kremlu tradycyjny pokaz panien (czyli córek bojarskich, spośród których przyszły władca miał sobie wybrać małżonkę).




Ostatecznie przed carem stanęło 19 młodych dziewcząt, z czego do drugiego etapu przeszło sześć. Kandydatka na żonę dla władcy musiała być przede wszystkim ładna (car nie chciał bowiem mieć brzydkiej żony) i odznaczać się silnymi udami (co miało gwarantować urodzenie wielu dzieci). Już podczas pierwszego spotkania carowi wpadła w oko piękna dziewczyna o imieniu Eufemia Wsiewołożoska i to właśnie ją wybrał jako żonę dla siebie (ponoć był nią wprost oczarowany). Eufemię następnie zaprowadzono do teremu (takiego miejsca gdzie przebywały same kobiety i małe dzieci - nieco podobnego do tureckiego haremu). Tam służące ubrały ją w uroczysty strój, w którym miała ponownie pokazać się władcy. Ale gdy tylko ponownie stanęła przed carem i ten zbliżył się do niej, ona... zemdlała (prawdopodobnie powodem była ciasno zawiązana suknia, przez co dziewczyna nie mogła oddychać. Zapewne służące tak mocno ją związały na polecenie Morozowa, który zamierzał pozbyć się Eufemii). Szybko stwierdzono że dziewczyna zapewne jest chora na epilepsję, a to całkowicie wykluczało jej ożenek z carem. Aleksy zaprotestował (jeśli istnieje miłość od pierwszego wejrzenia, to w tym przypadku tak zapewne się stało), ale w tej sprawie był bezsilny, władca nie mógł bowiem poślubić kobiety która była chora, bo stwarzało to niebezpieczeństwo dla jego potomstwa. Zgodził się więc ją oddalić i na polecenie Morozowa ona i jej rodzina zostały zesłane na Syberię. Teraz Borys Morozow zaproponował carowi małżeństwo z jedną z córek bojara Ilij Miłosławskiego. Ponieważ były to dwie siostry (starsza i młodsza), car miał wybrać która mu bardziej odpowiada. Morozow zorganizował spotkanie w cerkwi, podczas której obie dziewczyny siedziały obok siebie, a car w pewnej odległości mógł je dobrze obejrzeć. Ostatecznie postanowił poślubić starszą z sióstr o imieniu Maria. Ślub odbył się 26 stycznia 1648 r. (czyli 16 stycznia według kalendarza juliańskiego, obowiązującego wówczas w Rosji). Dziesięć dni później Morozow pojął za żonę młodszą z córek Miłosławskiego - Annę, stając się tym samym powinowatym cara (i jak to często bywa, otwierając jednocześnie bramę do swego upadku. Gdy bowiem zgubi nas pycha, gdy myślimy że już pana Boga za nogi złapaliśmy i nic złego nas spotkać nie może, wówczas dopiero los potrafi z nas zakpić i jak w tym starym dowcipie: "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to opowiedz Mu o swoich planach"). Wkrótce potem jednak zaczęły się dziać poważne problemy. Zaczęło się od podniesienia ceny soli, co szczególnie odbiło się na najuboższych. Za tym podatkiem stał oczywiście Morozow, który chciał zapełnić carski skarbiec na wypadek ewentualnej wojny. W Moskwie wybuchło niezadowolenie ludności, które przestraszyło również cara. Morozow, aby uniknąć gniewu władcy i nie zostać poświęconym na ołtarzu bezpieczeństwa dynastii, wycofał ten podatek, a jednocześnie - aby uspokoić ludzi - zmniejszył wydatki na utrzymanie carskiego dworu. To jednak nie uspokoiło wzburzonych emocji. W maju 1648 r. Moskwa była o krok od wybuchu otwartego buntu (nic więc dziwnego że Aleksy z taką nieufnością podchodził do propozycji składanych przez Chmielnickiego i zbuntowanych przeciw Rzeczpospolitej Kozaków).




1 czerwca wzburzony tłum Moskwiczan zatrzymał wracającego z pielgrzymki cara i zażądał od niego zwolnienia i ukarania pewnego przekupnego sędziego. Gdy młody car im to obiecał, przepuszczono go dalej, ale w tym momencie pojawili się przyjaciele owego sędziego i z pejczami w rękach zaczęli okładać ludzi, zmuszając ich do rozejścia się. Zaczęła się regularna bitwa i dopiero oficjalne przyrzeczenie cara że ukaże sędziego uśmierzyło (na krótko) gniew ludności. Gdy więc przyprowadzono owego sędziego przed oblicze władcy, a ten skazał go na śmierć za korupcję i zdzierstwo, tłum wyrwał go z rąk kata i dokonał samosądu. Ale nie dość było krwi, teraz padło hasło że zapłacić głową musi również Morozow. Przytomnie zdołał on zbiec na Kreml, ale przecież nie mógł się tam ukrywać w nieskończoność. Tymczasem tłumy mieszkańców Moskwy zaczęły rozprawiać się z bojarami. Wdzierano się do domów i bito najbardziej znienawidzonych bojarów a ich majątek grabiono (ich żonom zdzierano klejnoty z szyi i wyrywano biżuterię z palców). Niektórych najbardziej opornych prowadzono do kata i kazano mu ich zabijać. To było prawdziwe powstanie ludowe i można sobie tylko wyobrazić jak bardzo odbiło się to na psychice młodego cara, który z taką powściągliwością podchodził do zamierzeń Chmielnickiego (a Mużyłowskiego nawet nie dopuścił przed swe oblicze). Sytuacja zaczęła być na tyle niebezpieczna, że hasła wzywające do ukarania Morozowa zaczęły teraz przeplatać się z hasłami wymierzonymi w samego cara. Gruchnęła bowiem plotka że caryca Maria jest wiedźmą (byli nawet tacy, którzy zarzekali się że widzieli ją, jak nocami wylatywała na miotle ze swej komnaty na Kremlu 🥴). Zaczęto wreszcie domagać się spalenia jej na stosie, jako że zawrzeć miała pakt z diabłem. Przerażona Maria (wraz z Morozowem) pożegnawszy się z mężem, opuściła Kreml podziemnym kanałem (pod bramą Tajnicką) i ukryła się poza murami Moskwy. Car wreszcie wezwał swą straż i nakazał jej uspokojenie tłumu, ale okazało się że strzelcy nie chcieli strzelać do ludu (z którego sami się wywodzili). Widząc że za chwilę może stracić nie tylko władzę, ale i życie i nie mając innego wyjścia, Aleksy postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Wyszedł do ludu - sam bez broni i bez straży. Wyszedł ze łzami w oczach, pytając się czegóż od niego chcą. Z tłumu zeszła dotychczasowa wojowniczość. Ci, którzy do tej pory domagali się głowy Morozowa nagle zamilkli. Car obiecał że usunie Morozowa, ale nie chciał wydawać go na śmierć. Obiecał też że nie podwyższy podatków i... to wystarczyło, ludzie rozeszli się do domów i bunt się zakończył tego samego 1 czerwca 1648 r. Ale świadomość upokorzenia jakie go spotkało, pozostała w głowie Aleksego bardzo długo (praktycznie do śmierci) i tylko zbieg politycznych wypadków zmusił go później do wsparcia powstania Chmielnickiego, lecz już na własnych zasadach.




W kwietniu 1649 r. król Jan II Kazimierz wysłał do Chmielnickiego swego posła - Jakuba Śmiarowskiego. Oficjalnie przybył na dalsze pertraktacje, a realnie miał wybadać nastroje i nakłaniać poszczególnych Kozaków do różnych tajnych propozycji. Król popełnił błąd. Zapewne bowiem nieświadomie wysłał do Kozaków człowieka, którego oni nienawidzili (może mniej niż Wiśniowieckiego, ale jednak), a mieli ku temu powody, bowiem Śmiarowski jako podstarosta czerkaski wszystkim buntownikom (z poprzednich i tego powstania) kazał wyłupywać oczy. Teraz składał propozycje Kozakom, aby za królewskie łaski i majątki (jakie miały im zostać ofiarowane) odstąpili od Chmielnickiego. Zdołał przekonać tylko czterech Kozaków, piąty doniósł o wszystkim Chmielnickiemu. Śmiarowski został przyprowadzony przed oblicze atamana i tam na miejscu zasieczony szablami (choć żył jeszcze jak go żywcem wkładano do grobu). Dalsza wojna była nieunikniona i obie strony przygotowywały się do niej skrupulatnie. Jeszcze w kwietniu Chmielnicki posłał listy na Krym, namawiając Tatarów aby ponownie przybywali na odsiecz (by "rezać Lachów"). Prosił ich też listownie aby w czasie bitew nie rabowali od razu taboru, tylko uporali się najpierw z przeciwnikiem, bowiem - jak twierdził - łupy i tak po bitwie zostaną rozdane i nikogo krzywda nie spotka. 9 maja król rozesłał podwójne wici, nakazując szlachcie aby czym prędzej wsiadała na koń i dołączała do wyprawy na buntowników. Na Ukrainie nastroje też były nabrzmiałe niczym w kotle, czerń kozacka już od dawna gotowała się do kolejnych mordów i gwałtów na Lachach. 22 maja 1649 r. wygasł rozejm - zawarty w lutym przez Adama Kisiela - wojna znów stała się faktem.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...