CZYLI O TYM, JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI
"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...)
ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"
JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.
VARIA
"ZA PIĘTNAŚCIE LAT DORÓWNACIE LONDYNOWI"
To powyżej, to piętnastoletni plan ekonomicznej rozbudowy Polski, opracowany przez ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego (i ludzi z jego otoczenia), który miał się rozpocząć w 1939 r. i trwać do 1954 r. Były to bardzo ambitne i niezwykle ciekawe plany modernizacji kraju, zakładające w ciągu najbliższych piętnastu lat gruntowne unowocześnienie poszczególnych gałęzi gospodarki, tak, aby nie tyle "doścignąć" Zachód Europy, ale wręcz... go prześcignąć (temu właśnie miały służyć kolejne "trzylatki" tego planu, wymienione na plakacie). Dziwne, niesamowite, niemożliwe zapytamy, lecz ja odpowiem paradoksalnie, że możliwość dogonienia a nawet przegonienia Zachodu - BYŁA MOŻLIWA. Może nie w ciągu lat 15 lecz 30 do 50 i oczywiście przy założeniu że w tym czasie w naszej części Europy nie wybuchłby żaden większy konflikt międzynarodowy. Zresztą takie opinie dotyczące naszego kraju nie były w międzywojennej Europie wcale odosobnione. Pod takim jak wyżej przytoczonym tytułem, ukazała się w Ilustrowanym Kurierze Codziennym (popularnym IKC-u) dnia 21 stycznia 1938 r. relacja Anglika zamieszkałego w Polsce, który przewidywał że w ciągu kolejnych piętnastu lat Polska pod względem gospodarczym i przemysłowym dorówna Wielkiej Brytanii.
Oczywiście taka opinia obcokrajowca o naszym kraju nie należała wcale do rzadkości. W 1940 r. (gdy Polska znajdowała się już pod okupacją niemiecką) w Wielkiej Brytanii ukazał się film o Polsce (który pierwotnie był kręcony jeszcze w 1938 r., potem jednak musiano pokazać również samą okupację, chociaż i tak nie została ona przedstawiona w takiej formie, jaką naprawdę przybrała na ziemiach polskich i w całej Europie Wschodniej). Film pt.: "This is Poland" został także w 1942 r. wyświetlony w Stanach Zjednoczonych. Polska jest tam przedstawiona jako sympatyczny kraj sympatycznych ludzi o wysokiej kulturze, zaś Warszawa jako przeurocze, eleganckie miasto (notabene należy dodać co o Polakach mówił amerykański reżyser i fotograf - Julien Bryan, który w tych krwawych dniach września 1939 r. przebywał w Warszawie: "Polacy! Gdyby Spartanie odżyli i zobaczyli wasz heroizm, schyliliby przed wami czoło. Będąc 7 miesięcy jako żołnierz pod Verdun nie spotkałem się z taką postawą. Naród taki nie może być zwyciężony").
Zresztą opinia o Polsce w międzywojniu była wyjątkowo wysoka. Warszawę nazywano "Paryżem północy", ceniono polską gościnność, uprzejmość, elegancję a także polską bitność, odwagę i polskie wynalazki, które przecież używamy do dziś, nie mając niejednokrotnie pojęcia kim byli ich autorzy - takie jak wycieraczka samochodowa (Józef Hoffman), ręczna kamera filmowa (Kazimierz Prószyński), harmonogram, czyli uporządkowanie czasu pracy (Karol Adamiecki), lampa naftowa - używana na świecie aż do czasu odkrycia żarówki (Ignacy Łukasiewicz), a także peryskop odwracalny - montowany w polskich czołgach 7 TP i okrętach wojennych przed wybuchem II Wojny Światowej (Rudolf Gundlach), a także obrotowa wieżyczka czołgu (polskie czołgi jako jedyne przed wrześniem 1939 r. wyposażone były w obrotowe wieżyczki czołgów), kamizelka kuloodporna (Jan Szczepanik), wyrzutnia pocisków (Władysław Świątecki), wykrywacz min (Józef Kosacki), oraz niezwykłe pistolety i karabiny produkowane w latach 30-tych.
Oczywiście to jedynie niewielka część polskich wynalazków sprzed wybuchu II wojny światowej, tych najsławniejszych i najbardziej znanych, było ich jednak znacznie więcej. W ramach programu "Laboratorium" z 1934 r. a potem działań o kryptonimie "Akcji N", w latach 1934-1944 stworzono w Niemczech (i przez pewien okres także w Związku Sowieckim), potężną organizację wywiadowczą, która bazowała na ludziach mieszkających w Niemczech od dawna, lub nawet tam urodzonych. Ci ludzie prowadzili normalne życie, żyli w swoich społecznościach, niekiedy byli także aktywni w partiach NSDAP i WKPb - po prostu pracowali w charakterze "śpiochów". To właśnie oni stworzyli w czasie wojny potężną, zakonspirowaną antyhitlerowską organizację w Niemczech. Drukując ulotki i gazety w języku niemieckim, nawoływali naród niemiecki do opamiętania się nim będzie za późno, do wystąpienia przeciw Hitlerowi i jego "bandzie", która "zagrabia i marnotrawi niemiecką pracę i poświecenie żołnierza na frontach tej wojny". Gazetki te docierały także na front, do żołnierzy i wyrabiały w nich przekonanie że oto stworzył się silny antyhitlerowski ruch w Niemczech. Oczywiście wywiad niemiecki zdawał sobie doskonale sprawę kto stoi za tymi hasłami, wiedzieli dobrze że tworzy je "polska grupa", nie rozgłaszali tego jednak, nie chcąc by wytykano im nieudolność (gdyż oto podbity naród był w stanie stworzyć potężną siatkę agenturalno-informacyjną w Niemczech).
II Rzeczpospolita była państwem które budowali Polacy od 1918 r. praktycznie od podstaw, a już w 1938 r. państwo to było jednym z kluczowych graczy na europejskiej scenie politycznej, z rosnącą w górę gospodarką, coraz silniejszym przemysłem (w 1918 r. na ziemiach polskich nie było praktycznie niczego, wszystko zostało podczas I Wojny Światowej zrabowane przez przetaczające się przez ziemie polskie kolejne armie - rosyjską, niemiecką i austriacką, a to, co nie nadawało się do wywiezienia, zaborcze armie skrupulatnie niszczyły, by nie wpadły w ręce wroga), prężną i wciąż unowocześnianą armią (Wojsko Polskie zajmowało 4 pozycję w Europie i 7 na świecie pod względem liczebności, wielkości dywizji i nowoczesności sił zbrojnych). Co się tyczy armii II Rzeczypospolitej Polski, to należy nadmienić, że żaden środkowoeuropejski kraj (począwszy od Szwecji i Finlandii, a skończywszy na Grecji i Bułgarii nie dysponował armią liczniejszą, ani silniejszą od polskiej. Takiej armii nie posiadała także i Czechosłowacja.
Lecz właśnie te polskie sukcesy, a w ogóle samo powstanie państwa polskiego, które miało swoje ambicje i odzyskiwało ziemie, które wcześniej zostały Polsce zrabowane przez zaborców, budziło frustrację i niechęć do odrodzonej Polski nie tylko w Moskwie i Berlinie, ale również w innych stolicach krajów nam niechętnych, takich jak: Litwa, Czechosłowacja, czy... Wielka Brytania. I właśnie tutaj chciałbym pokazać ilu było wrogów owego odrodzenia Polski, wrogów którzy przez dekady przyzwyczaili się do faktu że Polski nie ma, nie będzie i nie potrzeba. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś) nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy", aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji (powiedzmy sobie bowiem szczerze i otwarcie, Polska - wraz z Rumunią i Jugosławią - była największym beneficjentem I Wojny Światowej, a spośród krajów i narodów z nami sąsiadujących, bezwzględnie odnieśliśmy największy sukces w dziele odbudowy Ojczyzny, i to właśnie tak bardzo bolało wielu naszych przeciwników, czy też jawnych wrogów).
I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Ligii Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego, że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym.
Co się tyczy Francji, to Robert de Saint-Jean pisał pod datą 10 czerwca 1940 r. - czyli w czasie, gdy Niemcy zbliżali się już do Paryża - tak: "Kiedy powiedziałem pokojówce, że jeśli chce, może od razu wrócić do domu rodziców na wsi, uśmiechnęła się: "Nie spieszę się. Poza tym nie wyjadę, dopóki nie posprzątam domu na lato". Nie wierzyła, że Niemcy przyjdą, mimo plotek krążących po okolicy, i uważa, że jestem trochę defetystyczny… Jedna z rzeczy, która wyrządziła Francji największe szkody w ostatnich latach. Przez lata to, co nazywano naszym "wspaniałym optymizmem", było przekonaniem, które żywiliśmy, że "to" nie może się zdarzyć w naszym kraju. Francja również mówiła: „Nie spieszę się… Pozwól mi najpierw posprzątać dom", zaś pod datą 13 czerwca de Saint-Jean zanotował: "Co dziwne, zauważyłem, że ludzie wokół mnie już nie proszą o aktualizacje. Są zmęczeni słuchaniem radia i refrenem "Marsylianki", który poprzedza zapowiedź katastrof… Ludzie interesują się teraz tylko swoimi sąsiadami; starają się rozwiązywać problemy szczegółowe, które zastąpiły te ogólne: kwestię mieszkania, kwestię wyżywienia, kwestię, gdzie posłać dzieci… itd. To "równość losów" w nieszczęściu, która istniała na froncie, a która teraz dotyka również cywilów wypędzonych z domów. Być może zbyt przywiązujemy się do tego, co widoczne, i ponieważ straciliśmy domy, błędnie sądzimy, że straciliśmy wszystko (…) Ale nieszczęście ma też swoją drugą stronę : to całkowite zubożenie może nas wzbogacić; możemy na przykład zyskać to braterstwo wśród Francuzów, które właśnie zaczyna się objawiać w tej chwili. Pielęgniarka, która wróciła z konwojem karetek, podzieliła się kilkoma spostrzeżeniami, które poruszyły wielu z nas. Te uwagi nas zaskoczyły, ponieważ pochodziły od kobiety, która w czasie pokoju prowadziła najbardziej sztuczne życie. Bogata i snobistyczna, żyła tylko dla tego, co nazywa się "imprezami towarzyskimi", słowem, które tak pięknie rymuje się z "próżnością", a jej delikatna dłoń z pomalowanymi paznokciami zdawała się być zdolna dotykać jedynie najcenniejszych klejnotów. Dziś patrzyłem na jej dłonie, teraz zrogowaciałe od jazdy ciężkim samochodem przez dni i noce po dziurawych drogach. Jej nie ozdobiona twarz nie była już ładna; lecz mimo to była piękna, bo po raz pierwszy pojawiła się w niej ludzkość (...) gdy już przyzwyczaisz się do myśli, że dom spłonął, że wojna jest przegrana, że Paryż zostanie zajęty, wkraczasz w inną sferę, która z pewnością nie jest sferą obojętności, ale która nie jest już sferą rozpaczy: sferą, która jest, że tak powiem, poza nieszczęściem. Potem pozostaje jeszcze jeden krok do zrobienia: znaleźć w całkowitym zapomnieniu o sobie niezbędne uniesienie, które pozwala prawdziwie poświęcić się innym".
CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI
POWSTANIE i WOJNA
Cz. VI
Tymczasem sam monarcha - Jan II Kazimierz - od 30 maja 1649 r. był żonaty z Ludwiką Marią Gonzagą, francuską księżniczką o włoskich korzeniach, jednocześnie żoną jego zmarłego (w maju 1648 r.) brata Władysława IV. Warto słów parę powiedzieć i o tej postaci, która wydaje mi się jest nieco zapomniana w naszej historii, a szczególnie przykrywa ją blask Marysieńki, żony Jana III Sobieskiego (również kobiety francuskiego pochodzenia), która notabene w tym czasie jako dziecko była obecna na dworze królowej Ludwiki Marii. Gonzagówna urodziła się 18 sierpnia 1611 r. jako córka Karola Gonzagi i Katarzyny de Guise. Miała pięcioro rodzeństwa (trzech braci i dwie siostry). Jej ojciec (po swej babce Małgorzacie Paleolog) był potomkiem ostatnich cesarzy bizantyjskich i żył fantazją odrodzenia Cesarstwa Bizantyjskiego. Jego ojciec - Ludwik Gonzaga był młodszym synem księcia Mantui Fryderyka i czuł się Włochem ale przeniósł się do Francji, gdzie odziedziczył rodzinne dobra po swojej babce Annie d'Alençon. Dopiero więc Karol Gonzaga był pierwszym z tego rodu, który mówił o sobie iż jest Francuzem. Katarzyna de Guise była zaś bardzo odważną kobietą, nie bała się ani fechtunku ani jazdy konnej i gotowa była nawet uczestniczyć w bitwach, a jej uroda zwracała uwagę każdego, kto tylko miał z nią doczynienia (niestety nie wiedziano że ta kobieta, pod sukniami które nosiła, zakładała również kłujące ciało łańcuchy i często też się biczowała, a jej plecy pokrywały ślady owych praktyk). Rodzicami chrzestnymi przyszłej królowej Polski Ludwiki Marii, byli król Francji Ludwik XIII i Maria Medycejska (których w zastępstwie reprezentowali Henryk Lotaryński i Katarzyna de Longueville). Już od dziecka młoda Maria (bo wówczas takie imię nosiła) marzyła o koronie królewskiej. W 1618 r. zmarła jej matka - Katarzyna de Guise (przeziębiła się na balu wydanym w Luwrze) i od tej pory dziećmi (w tym Marią) zaczęła opiekować się siostra ich ojca - Katarzyna de Longueville (jej ojciec zaś wkrótce potem zainteresował się spadkiem mantuańskim, pragnąc objąć tron książęcy w tym właśnie kraju. Udało mu się to po interwencji w północnych Włoszech Ludwika XIII, który w marcu 1629 r. zmusił Hiszpanów do wycofania się stamtąd i dzięki temu Gonzaga - zwany również księciem de Nevers - odziedziczył tron mantuański, a jako taki został uznany w lipcu 1631 r.). W tym czasie (1626 - 1628 r.) do młodej Marii w konkury zaczął pretendować młodszy brat króla Francji - Gaston, książę Orleanu. Ten przedstawiciel rodziny Burbonów mógł się podobać, był od Marii starszy o 3 lata, przystojny, inteligentny, dowcipny i dobrze wykształcony (niestety miał też i złe cechy charakteru, bywał lekkomyślny, tchórzliwy i bardzo często zdradzał tych, z którymi wcześniej knuł spiski przeciw swemu bratu, oddając ich w ręce kata, a sam, jako przedstawiciel rodziny królewskiej, nie ponosił praktycznie żadnych z tego tytułu konsekwencji). Gaston (aby przypodobać się Marii) śpiewał pod jej balkonem w Hôtel d'Alençon (należącym do jej ciotki, księżnej de Longueville) miłosne sonety i zapewne spodobał się młodej dziewczynie. Jednak matka Gastona - Maria Medycejska (a za nią dwór francuski) kategorycznie zabronili mu poślubienia Marii (nie wgłębiajmy się teraz w powody tej decyzji, gdyż nie mają one w tym momencie większego znaczenia). Ostatecznie (4 marca 1628 r.) po ostrej rozmowie z bratem Ludwikiem XIII, Gaston obiecał mu więcej nie myśleć o małżeństwie z Marią. Jednak złamał dane bratu i matce słowo i postanowił potajemnie poślubić ukochaną gdzieś na prowincji. Przygotowania do tego były już w zasadzie ukończone, ale na ich trop wpadła Medyceuszka, która w marcu 1629 r. wysłała księżnej de Longueville i młodej Marii zaproszenie do Luwru (w asyście oddziału wojskowego) po czym obie damy zamknęła w twierdzy Vincennes (chociaż miały tam swój apartament i traktowano je z należytymi honorami, to jednak pozostawały więźniarkami królowej matki).
LUDWIKA MARIA W MŁODOŚCI
Nie trwało to jednak długo, gdyż kilka tygodni później zostały uwolnione (gdy Gaston ponownie obiecał matce zrezygnować z małżeństwa z Marią). W grudniu 1629 r. zmarła księżna de Longueville i Maria została sama (jej ojciec był zajęty walką o tron Mantui, tak więc pisywał do niej jedynie listy, w których domagał się podporządkowania królowej matce, jako że swym postępowaniem Maria psuje mu stosunki z dworem francuskim w jego walce o tron Mantui - a w tej rozgrywce Francuzi byli Karolowi niezwykle potrzebni). Gaston tym razem dotrzymał słowa, nie pisał, nie odwiedzał jej, a ona straciła już nadzieję na zostanie księżną Orleańską i być może przyszłą królową Francji. Dowiedziała się też, iż w Nancy Gaston poznał księżniczkę Małgorzatę Lotaryńską i teraz do niej poszedł w konkury. Młoda dziewczyna cierpiała z tego powodu, przepłakała wiele nocy, aż wreszcie pewnego dnia u drzwi Hôtel d'Alençon stanął książę Gaston. Przywiózł jej książkę, bogato zdobioną diamentami i został tam przez kilka dni. Gdy dowiedziała się o tym królowa Maria Medycejska, ponownie wysłała "zaproszenie" dla Marii, aby towarzyszyła jej w pewnej podróży. Następnie wywiozła Marię do klasztoru w Avenay (gdzie już wcześniej przebywały jej dwie młodsze siostry) i w tymże klasztorze zamknęła młodą dziewczynę (1630 r.). Maria przebywała tam przez pełne trzy lata i nawet upadek królowej matki (w lipcu 1631 r. gdy Ludwik XIII uwięził Marię Medycejską i kazał jej na stałe opuścić Francję) nie zmieniły jej położenia. W roku 1632 dowiedziała się że jej ukochany Gaston w Lotaryngii poślubił (ponoć z wielkiej miłości) siostrę tamtejszego księcia, ale dwór królewski także nie uznał tego mariażu (Gaston więc po kilku latach porzucił swoją małżonkę, mając z nią już kilka córek). W roku 1633 Maria opuściła mury klasztoru w Avenay i przeniosła się do posiadłości ojca w Nevers, gdzie żyła życiem prowincjonalnej, niezbyt zamożnej szlachty francuskiej. W tym zaś czasie Karol Gonzaga zupełnie przestał interesować się córkami. Tracąc synów (w 1632 r. zmarł jego trzeci i ostatni syn) popadł w totalną ascezę i przygnębienie, nie mogąc pozostawić tronu Mantui swemu męskiemu potomkowi. Maria kilkukrotnie pisała listy do ojca z pytaniem czy mogłaby go odwiedzić w Mantui, ale z reguły odpowiadał że ma zostać tam, gdzie jest. Wreszcie zgodził się aby przyjechała, lecz jej wizyta ostatecznie znów została odłożona. W Nevers jednak Maria (pomimo niezbyt dużych dochodów) kazała tytułować się księżniczką i nawet utrzymywała skromny dwór, jaki przysługiwał córce władcy Mantui i na każdym kroku podkreślała iż jest córką panującego w Italii władcy, domagając się jednocześnie nie tylko szacunku, ale również czołobitności od okolicznej szlachty.
Mijały lata i w roku 1636 (gdy król Rzeczpospolitej Władysław IV zaczął realnie poszukiwać kandydatki na żonę) kardynał Richelieu polecił posłowi francuskiemu w Warszawie monsieur d'Avaux zaproponować dwa małżeństwa: królewny Anny Konstancji Wazy (siostry Władysława IV), która miała poślubić Gastona Orleańskiego i samego króla Władysława z jedną z trzech francuskich księżniczek: Marią Gonzagą, jej siostrą Anną lub księżniczką Condé (z tym że Maria była najbardziej wysuwana). Król Władysław polecił swemu posłowi - Zawadzkiemu (zmierzającemu do Anglii) obejrzeć po drodze wszystkie trzy panie i zdać mu relację. Ostatecznie jednak rada Senatu odrzuciła projekt małżeństwa z Francuzką, a Władysław IV poślubił arcyksiężniczkę Cecylię Renatę Habsburżankę, tak więc znów korona królewska przeszła Marii koło nosa. Jednak już we wrześniu 1637 r. sytuacja Marii znacznie się zmieniła wraz ze śmiercią jej ojca. Tron mantuański przejął teraz (noszący to samo imię co jej ojciec) Karol II Gonzaga - liczący wówczas... 6 lat i pochodzący z bocznej linii tego rodu. Regentką została jego matka Maria Gonzaga, która jednak była bardzo pro-habsburska, czym niwelowała dotychczasowe francuskie sukcesy w Mantui. W tej sytuacji kardynał Richelieu nie mógł pozwolić na to, aby francuskie posiadłości tego rodu również przeszły w ręce Karola II i jego matki. Tak więc Ludwik XIII przekazał Księstwa Nevers i Rethel najstarszej córce zmarłego Karola I Gonzagi - Marii, ale musiała ona wziąć na utrzymanie swoją młodszą siostrę Annę (najmłodsza Benedykta zmarła jeszcze w tym samym 1637 r.). Maria stała się więc teraz zamożną księżną (wraz z księstwem otrzymała również pałac Nevers w Paryżu) i wraz z siostrą wiodła dosyć beztroskie życie, latem wyjeżdżając często do uzdrowisk (głównie Forges w Normandii). Miała 27 lat, uważana była za piękną (choć niektórzy twierdzili że jest tylko "ładna") a teraz również majętną. Jej dwór liczył 100 osób. Miała ładne czarne włosy, bardzo ładne zęby, przyjemne oblicze i według słynącej z plotek na francuskim dworze madame de Monteville: "miała prawdziwą postać królowej". Była też przystępna do ludzi i miła dla innych (nawet niechętny jej Rochefoucauld musiał przyznać iż była: "Jedną z najmilszych osób na świecie"). W tym czasie była też bardzo nieśmiała (co jawnie kontrastowało z jej wizerunkiem jaki wytworzyła będąc już w Polsce, a mianowicie z niespożytą energią i odwagą) i czasem zamknięta w sobie. Teraz też miała wielu adoratorów (szczególnie jeden, markiz de Gevres był w niej tak bardzo zakochany, iż deklarował że jest dla niej gotów uczynić wszystko i jeśli ona go porzuci, popełni samobójstwo. Tak też się stało, odrzuciła jego zaloty i młody człowiek wkrótce potem zastrzelił się).
LUDWIKA MARIA DE NEVERS
W tym też czasie (w maju 1638 r.) podczas swej podróży do Hiszpanii został we Francji zatrzymany i aresztowany królewicz Jan Kazimierz Waza, młodszy brat króla Władysława IV (i przyszły król Rzeczpospolitej). Na polecenie kardynała Richelieu został uwięziony w twierdzy Vincennes (tej samej, w której niegdyś Maria Medycejska zamknęła Marię Gonzagę). Oczywiście był tam traktowany z należytymi honorami i oficjalnie był "gościem dworu francuskiego", aczkolwiek nie mógł stamtąd wyjechać (Richelieu obawiał się bowiem jakiegoś sojuszu hiszpańsko-polskiego, tym bardziej że polityka Zygmunta III - ojca Jana Kazimierza i Władysława IV - była bardzo pro-habsburska, a obecny mariaż króla Władysława również nastrajał ku temu podejrzliwość). Ostatecznie w lutym 1640 r. Jan Kazimierz został zwolniony z twierdzy, a Richelieu nawet zaproponował mu mariaż z jedną z francuskich księżniczek. 8 marca Jan Kazimierz spotkał się na audiencji z Ludwikiem XIII, dnia następnego z leżącą w łóżku, chorą jego małżonką Anną Austriaczką, kolejnego dnia spotkał dwuletniego delfina, przyszłego Króla Słońce - Ludwika XIV (notabene ciekawostka, któż wie że Ludwik XIV kąpał się tylko dwa razy w życiu, w swoim długim 77-letnim życiu? Po raz pierwszy gdy był jeszcze dzieckiem, co było dla niego tak traumatycznym przeżyciem, że potem - zmuszony sytuacją - wykąpał się po raz drugi i ostatni gdy był już królem i mężczyzną, co oznaczało że Ludwik XIV po prostu CUCHNĄŁ, nic więc dziwnego że Francja stała się ojczyzną perfum). Z Gastonem się nie spotkał, gdyż ten odmówił traktowania Jana Kazimierza jako równego sobie (w ogóle Jan Kazimierz czuł się tam bardzo upokorzony, jako że był bratem króla pochodzącego z wyboru, a nie z przysługującego władcom prawa dziedziczenia, był więc traktowany jako "suweren drugiego rzędu"). Spotkał się jednak z jedyną (pozostałą przy życiu) córką Gastona - 13-letnią Anną Marią Ludwiką Orleańską (która początkowo zamierzała powitać go siedząc w fotelu, jego zaś posadzić na krześle, ale ostatecznie powitała go na stojąco). Nawet wizyta u kardynała Richelieu była dla Jana Kazimierza zniewagą, gdyż nawet on uważał siebie za wyżej postawionego od brata elekcyjnego króla Polski. I wówczas też przyszło do Jana Kazimierza zaproszenie do pałacu Nevers, gdzie miał spotkać się po raz pierwszy ze swoją przyszłą żoną - Marią Gonzagą (czyli Ludwiką Marią).
JAN KAZIMIERZ WAZA W MŁODOŚCI
Po otrzymaniu zaproszenia do pałacu Nevers wysłanym przez księżniczkę Gonzagę, królewicz Jan Kazimierz przybył tam dnia następnego - incognito. Spotkanie trwało godzinę, po nim doszło jeszcze do czterech kolejnych, już jawnych spotkań. Pojawiły się plotki o romansie tych dwojga (chociaż przybyli do Paryża wysłannicy króla Władysława pilnowali aby kochliwy królewicz nie uczynił niczego niestosownego i politycznie kompromitującego). 30 marca 1640 r. (w miesiąc po swym uwolnieniu z twierdzy Vincennes) Jan Kazimierz opuścił Paryż i powrócił do Polski, a Maria Gonzaga przeżyła kolejne rozczarowanie. W tym też czasie zaprzyjaźniła się z madame de Rambouillet, prowadzącą słynny błękitny salon w Paryżu (nazwa owego salonu wzięła się od obić ścian w głównej komnacie, w której owa dama przyjmowała odwiedzających leżąc na łożu pod baldachimem w otoczeniu swoich służących - taki był wówczas zwyczaj, gości przyjmowano w sypialni, a pani domu kładła się wówczas do łóżka). Salon pani de Rambouillet słynął z wyrafinowanego języka i manier, przybywała tam nie tylko arystokracja, ale również elita umysłowa Francji, dyskutując na tematy literackie i preferując umiłowanie poezji (w prowadzeniu tego salonu pomagała jej córka Julia). Maria Gonzaga była częstą bywalczynią salonu madame de Rambouillet gdyż przyjaźniła się nie tylko z nią, ale również z jej córką i sama od 1640 r. (w Pałacu Nevers) prowadziła swój własny, znacznie skromniejszy salon poetycki. To właśnie w Pałacu pani de Rambouillet, podczas artystycznych wieczorów z panią de Sevigné, Maria Gonzaga poznała młodszego od siebie o 10 lat księcia Ludwika d'Enghien (zwanego później Wielkim Kondeuszem, sławnego wodza z czasów Ludwika XIV). Nie była to wcale przypadkowa znajomość, bowiem tych dwoje znało się praktycznie od dziecka, tym bardziej że matka Ludwika, księżna Condé opiekowała się Marią po śmierci jej matki i często przebywała ona na zamku Condé (zapewne aby odciążyć jej opieką Katarzynę de Longueville - ciotkę Marii Gonzagi). Para ta więc zapewne lubiła się i młody Ludwik często gościł zarówno w Pałacu Nevers, jak również sama Maria w rezydencji książąt Condé, a także spędzali razem wakacje w Trie - majątku siostry Ludwika - Anny Genowefy (żony syna pani de Longueville). Z tego też powodu szybko pojawiły się plotki o ich romansie.
Były to bowiem czasy, gdy arystokracja używała sobie na całego w swych majątkach, a pozycja króla (choć niezwykle silna już wówczas - dzięki zabiegom kardynała Richelieu a później kardynała Mazarin) nie była jeszcze tak potężna, że arystokracja godziła się porzucać swoje ogromne majątki na prowincji po to tylko, aby uzyskać skromny pokoik w Wersalu i służyć królowi podczas jego porannych i wieczornych ablucji (co uważano za ogromny honor, móc uczestniczyć w porannym wypróżnianiu się króla do nocnika i w jego ubieraniu się 😉). Maria, młoda i ładna dziedziczka Nevers była niezwykle popularna na paryskich solonach, ale równie popularna była jej młodsza siostra Anna, która zaprzyjaźniła się z księżną de Chévreuse i wraz ze swą kuzynką, księżną de Longueville (córką swej ciotki), stworzyły swoiste trio, które odznaczało się nie tylko dosyć nieskrępowaną swobodą obyczajów, ale również pięknem, zalotnością, umiłowaniem poezji oraz wszelkich nauk. Anna była bodajże ładniejsza niż Maria, a na pewno przykładała nieco więcej uwagi do kwestii nauki, choć raczej nie dbała o swoją opinię w kręgach paryskiej arystokracji (zakochała się bowiem w księciu de Guise, biskupie Reims i była to tak wielka miłość z jej strony, że dziewczyna gotowa była uczynić dla niego dosłownie wszystko). Ze swym kochankiem, księciem de Guise zawarli nawet potajemny ślub w 1639 r. (co ciekawe, pan młody jako biskup Reims, sam sobie udzielił dyspensy 🤭). W roku 1640 książę de Guise wziął udział w spisku przeciwko kardynałowi Richelieu, i po jego wykryciu musiał uciekać z Francji do Flandrii. Anna była tym zrozpaczona, chciała natychmiast podążyć za ukochanym i pomimo rad siostry aby tego nie czyniła, wdziała męski strój, obcięła włosy i podążyła konno do Flandrii za swym mężem. Tam jednak dowiedziała się że de Guise... ponownie się ożenił, co złamało jej serce. Maria natomiast również wdała się w romans. Pierwszym jej kochankiem był nieznany kawaler, którego zwano monsieur X, drugim zaś był Henryk d'Effiat markiz Cinq-Mars. Henryk był znacznie młodszy od Marii, bardzo przystojny, niezwykle elegancki i gustowny (być może dlatego tak bardzo jej się spodobał). Można nawet powiedzieć że był modnisiem i bardzo też dbał o higienę (ubrania zmieniał cztery razy dziennie, co jest bardzo ważne dla tamtych czasów, gdyż ludzie z reguły wówczas nie brali kąpieli zbyt często, największe czyściochy może nawet raz w tygodniu - ówcześni lekarze zalecali bowiem aby kąpać się jak najrzadziej, gdyż kąpiele miały osłabiać organizm i tym samym wykańczać ciało, przyspieszając śmierć, natomiast na potęgę stosowano puszczanie krwi i to praktycznie na wszystkie dolegliwości, co tym bardziej osłabiało organizm - ale za to codziennie zmieniano - przynajmniej raz - ubrania na czyste, co powodowało że nawet jeśli pod pachami nieprzyjemnie pachniało, to jednak nowa koszula tłumiła ten odór. Swoją drogą teraz, jak wejdzie projektowany właśnie "Niebieski ład", do czego otwarcie dąży już Unia Europejska, to my się cofniemy właśnie do tego okresu, gdyż wzięcie prysznica będzie nas kosztowało tak wiele, że kąpiel raz w tygodniu będzie marzeniem. Swoją drogą zobaczcie jak pięknie cofają nas w rozwoju: nie wolno nam się myć, nie wolno nam podróżować, latać samolotami to już w ogóle, własność jest zła, 15-minutowe miasta, do tego niekontrolowana imigracja muzułmańska, zacieranie wszelkich korzeni (zarówno rodzinnych jak i narodowych), promowanie wynaturzeń seksualnych, wszystko po to, żeby trzymać nas w całkowitym poddaństwie i posłuszeństwie, bo jeśli będziesz posłuszny to może coś ci dadzą i będziesz szczęśliwy... nie mając niczego 😬).
Romans Marii z Cinq-Marsem trwał jednocześnie z jej romansem z panem X, a ona nie potrafiła wybrać jednego z nich. Z czasem jednak, gdy Cinq-Mars zaproponował Marii małżeństwo (1641 r.) ta się zgodziła, ale powstał problem, gdyż on (królewski koniuszy i osobisty druh Ludwika XIII) nie mógł poślubić prowincjonalnej księżniczki (gdy poprosił o wsparcie kardynała Richelieu, ten go wyśmiał i wyrzucił ze swych komnat). Maria zauważyła jednak że małżeństwo z Henrykiem może bardzo jej się opłacać i sama zaczęła naciskać na kochanka aby postarał się uzyskać królewską zgodę. Król Ludwik XIII jednak również nie chciał o tym słyszeć, co spowodowało że Henryk Cinq-Mars popełnił zdradę stanu, zawierając tajną umowę z przedstawicielami króla Hiszpanii Filipa IV (który miał mu wypłacać wysoką pensję). Problem polegał jednak na tym, że Francja toczyła wówczas wojnę z Hiszpanią i gdy tylko Richelieu otrzymał dowód zdrady Cinq-Mars'a (dzięki sieci swych agentów) los markiza był już przesądzony. Król - pomimo iż darzył Henryka sympatią i nawet wcześniej nieustannie dopytywał się o jego zdrowie oraz zasięgał jego rad - teraz bez oporów skazał go na śmierć (wyrok wykonano 12 września 1642 r. przy czym odważna i szlachetna postawa Cinq-Mars'a w chwili śmierci stała się potem wręcz legendarna i była wielokrotnie przytaczana w twórczości literackiej. Swoją drogą to kolejny przykład upadku mężczyzny przez ambicje kobiety. Innym podobnym przykładem takiego właśnie nieco toksycznego związku, był związek Marka Antoniusza i Kleopatry, gdy ona w czasie bitwy pod Akcjum - prawdopodobnie przestraszyła się klęski i zawróciła za swą flotą - wówczas Antoniusz, już w trakcie bitwy, widząc odpływającą ukochaną, rzucił się za nią wpław do morza, poświęcając swoją armię, flotę, całą swoją przeszłość i przyszłość na tym jednym ołtarzu miłości 🥴). Gdy tylko Cinq-Mars został aresztowany, a następnie skazany i ścięty, Maria przeraziła się, obawiając iż może doń dołączyć. Roztrzęsiona i przerażona zjawiła się w Pałacu madame de Rambouillet, błagając ją o wsparcie u króla (La Rochefoucauld zanotował potem, iż pani de Rambouillet wyznała mu, że nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie - tak bardzo przerażonej). Madame de Rambouillet zadziałała szybko, znając doskonale siostrzenicę kardynała Richelieu (która również należała do bywalczyń jej błękitnego salonu), poprosiła ją, aby kompromitujące Marię dokumenty przestały istnieć i tak też się stało - dziewczyna wykradła swemu stryjowi wszelkie obciążające Marię papiery i je spaliła, co ocaliło Gonzagównie życie. Wyjechała ona teraz do swego majątku w Nevers, gdzie przeżywała śmierć ukochanego, nosząc czarne, żałobne suknie.
Wkrótce potem - 4 grudnia 1642 r. zmarł wszechwładny kardynał de Richelieu, a jego miejsce (pierwszego ministra państwa) zajął kardynał Juliusz Mazarin. 14 maja 1643 r. zmarł zaś Ludwik XIII, pozostawiając tron swemu synowi, zaledwie 5-letniemu dziecku - Ludwikowi XIV, nad którym regencję sprawowała matka, królowa Anna Austriaczka. Wówczas to Maria Gonzaga mogła powrócić do Paryża. Wcześniej jeszcze, przeżywając żałobę po Cinq-Mars'ie, Maria stała się niezwykle religijna, co akurat w tamtym czasie nie odbiegało od normy (Francja w XVI a szczególnie w XVII wieku to kraj hiper-katolicki, księża, mnisi - a szczególnie mniszki - były naturalnym krajobrazem francuskich miast i prowincji. Kobiety wręcz dominowały w zakonach, stanowiły 60 % wszystkich francuskich mnichów. Jednocześnie - co ciekawe, właśnie wówczas, a nie w tym, jakże pogardzanym dziś średniowieczu - mnożyły się też wszelkiego typu oskarżenia o praktykowanie czarów i konszachty z diabłem. W czasach o których piszę, najsławniejszym tego typu procesem, był proces opętanych mniszek z Loudon i proboszcza Grandier, który według sędziów miał wydać je diabłu. Został za to spalony na stosie (1634 r.). Ogromną władzę religijną we Francji zaczęli (po swym powrocie do kraju w 1603 r. po krótkim wypędzeniu przez Henryka IV) pełnić jezuici, zakładając sieć szkół, szpitali i zyskując ogromne wpływy na dworze. Poza tym franciszkanie, kapucyni, a szczególnie zakony żeńskie: urszulanki, karmelitanki, szarytki, lazaryści zakładali sieć akcji charytatywnych, pomagając sierotom, bezdomnym i ubogim, chorym psychicznie a także świadcząc posługę duchową galernikom (to już męscy misjonarze). Francja XVII wieku w niczym nie przypominała tej obecnej, która otwarcie już pluje na swoje korzenie i tradycje i powiem Wam kochani, że chociaż ja sam nie jestem człowiekiem zbytnio religijnym - jak już kiedyś pisałem, ja już nie potrzebuję religii i choć może to zabrzmieć butnie, to ja już znam drogę do Boga, doświadczyłem pamięci poprzedniego życia, doświadczam bliskości Boga praktycznie codziennie, więc zwykła wiara jest mi zupełnie niepotrzebna - ale jakiś czas temu przeczytałem artykuł {już nie pamiętam gdzie dokładnie to było}, że w całej Francji organizowane są pielgrzymki do nowo odbudowanej Katedry Notre-Dame i wiecie co, dawno już nic tak nie ucieszyło mnie z wiadomości o Francji, jak właśnie to. Poza tym czuję ogromny szacunek dla nauk MISTRZA, który umarł na krzyżu i którego uważam za swojego duchowego Przewodnika). Ale wróćmy do tematu. Pomimo tych wszystkich akcji dobroczynnych prowadzonych przez zakony, zaczęła pojawiać się również ich krytyka, jak i krytyka wszechwładzy papieży. Bowiem ksiądz który posiada taką moc, iż podczas mszy przemienia chleb w ciało Boga i biskup który dał mu tę władzę, stają się jakoby nadludźmi, znacznie wyższymi od reszty śmiertelników (niekiedy nawet wyższymi od samych królów).
W tym właśnie czasie stał się popularny we Francji ksiądz Du Vergier de Hauranne, opat Saint-Cyran, który ostro wystąpił z krytyką hierarchii duchownej. Gdyby oczywiście na tym poprzestał (w końcu królowi również zależało na tym, aby promować kościół gallikański czyli narodowy, jednocześnie osłabiając władzę papieża we Francji) zyskałby przychylność, a być może nawet wsparcie dworu, ale Saint-Cyran na tym nie poprzestał. Uderzył przede wszystkim w samego kardynała Richelieu, ostro krytykując jego dwulicowość, czym zgotował sobie przykry los. W 1638 r. Richelieu nakazał go aresztować i wtrącić do lochu (gdzie przebywał przez kilka miesięcy, tracąc tam zdrowie, siedząc w wilgotnej i zimnej celi). Wypuścił go zaś stamtąd w chwili, gdy ten był już umierający i wkrótce potem zmarł. Ale wkrótce potem pojawił się i inny duchowy buntownik, przyjaciel Saint-Cyrana, niejaki Jansenius - biskup Ypres. W 1640 r. opublikowany został (pośmiertnie, gdyż Jansenius zmarł dwa lata wcześniej) jego traktat pt.: "Augustianus", który był otwartą krytyką dotychczasowych poglądów wyznawanych przez Kościół rzymskokatolicki, szczególnie zaś Jansenius (a zanim jego zwolennicy - janseniści) kładli nacisk na akt Łaski Bożej, jednocześnie uważali że najważniejszym sakramentem jest sakrament komunii, gdyż wszelkiego rodzaju niewdzięcznicy nie będą go godni. Uważali też że człowiek od urodzenia skazany jest raczej na zbawienie lub potępienie (co poniekąd oczywiście można tłumaczyć tym, iż przybywamy na ten świat z pewnymi rolami do odegrania, ale wszystkie religie jakie powstały na Ziemi nie biorą pod uwagę jednej rzeczy, która według mnie wydaje się najważniejsza, a mianowicie że to, co my tutaj robimy, choćby były to największe zbrodnie, nie jest na tamtym świecie traktowane jako coś, za co musimy zostać ukarani. To wydaje się być herezją, gdyż wiadomo że za zło się każe, a za dobro nagradza i jeżeli te wartości zostaną pomieszane, nastąpi powszechna anarchia. To prawda, tak bowiem powinniśmy działać i postrzegać rzeczywistość jako ludzie żyjąc tutaj. Ale - że tak kolokwialnie powiem, używając słów Plutarcha - bogowie na to tak nie patrzą. Tu też ciekawa jest kwestia Świadków Jehowy, których to ruch (ja nazywam go "Zakonem") jest typową sektą. Swoją drogą jest to sekta, która wmawia swoim wyznawcom że ich zbawienie nastąpi wówczas, kiedy Bóg w Armagedonie wymorduje całą resztę ludzkości, czyli innymi słowy celem świadków Jehowy jest oczekiwanie powszechnego mordu, jaki ma zgotować tutaj Jehowa, Jahwe (TJehooba? 🧐). Ale na zdrowy rozum, powiedzcie mi Kochani po co Bóg miałby to robić (gdyby w ogóle Jehowa był Bogiem, ale załóżmy że tak jest), po co miałby wymordować miliardy ludzi (dla garstki wyznawców o wcześniej odpowiednio wypranych mózgach), przecież to jest totalnie oderwane od wszelkiej logiki i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. I odpowiadając na to pytanie, należałoby wcześniej wręczyć Świadkom Jehowy dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez bogów" (w ogóle uważam że Świadkowie Jehowy powinni przeczytać dzieło Plutarcha, bo ono jest kwintesencją tego, co ja pragnę przekazać w nieco innych słowach, ale tamte słowa, archaiczne i w sposób niezwykle prosty wypowiedziane - zresztą tak jak wówczas ludzie rozumieli świat - jest dokładnym streszczeniem tego, kim my jesteśmy na tym świecie).
ARMAGEDON WEDŁUG ŚWIADKÓW JEHOWY
(TO NAPRAWDĘ JEST JAKIEŚ CHORE)
W najprostszych słowach można sprowadzić to wszystko do stwierdzenia: po jasną cholerę Bóg miałby zabijać choćby największych grzeszników na tej Ziemi, skoro ci grzesznicy wcześniej czy później i tak do Niego wrócą (😙). Ktoś więc, kto wymyślił Armagedon musiał być niezłym zjebem (mam tutaj oczywiście na myśli powszechne zniszczenie sprowokowane przez Boga i tylko do tego teraz się odnoszę). A potem dzieci w rodzinach Świadków Jehowy żyją z tą traumą, że jeżeli Jehowa się na ciebie obrazi, to ty już jesteś skazany na śmierć w Armagedonie, a może się obrazić za wszystko, chociażby za to że namalowałeś choinkę podczas lekcji plastyki w szkole. Najgorzej też mają ci, którzy odchodzą od tej sekty, gdyż dla całej reszty są oni już umarli i takie dziecko musi nagle zerwać kontakty czy to z matką, czy z ojcem, czy nawet z babcią bo ta odeszła z "Zakonu". Nie ma znaczenia czy kochasz rodzica czy nie kochasz, ono już jest skazane na śmierć w Armagedonie, bo się Jehowa obraził (😅) Hardkor totalny. Ale nie przedłużając - na zdrowy ludzki rozum, gdybym ja był Bogiem, to nie robiłbym nic żeby przeszkodzić tym ludziom, którzy popełniają zbrodnie, gdyż po pierwsze oni mają Wolną Wolę (czyli swobodę wyboru własnej drogi życiowej - nawet jeśli ta droga jest wcześniej wyreżyserowana, bo tak jest!), a oni w żaden sposób by przede mną nie umknęli, bo nie mieliby gdzie i wcześniej czy później by do mnie przyszli. Ale pomijając już ten nieco komiczny aspekt, uważam że (szczególnie) grzesznicy mają czas na to, żeby naprawić swoje winy i pisał o tym właśnie Plutarch, że bogowie pozostawiają im długie życie właśnie po to, aby odmienili się i aby zadośćuczynili za to, co wcześniej uczynili innym. Bowiem przestańmy też postrzegać naszą obecność tutaj, jako coś w rodzaju kary - choć bezwzględnie wszystko wskazuje na to że żyjemy w piekle. To nie jest żadna kara, to jest swoista zabawa, my tutaj przybywamy żeby poznać coś, czego nie jesteśmy w stanie doświadczyć "Tam", czyli zła, cierpienia, bólu i odrzucenia. A myk w tym wszystkim polega na tym, że aby wyrwać się z tego materialnego piekiełka, to trzeba tym wszystkim którzy nam wyrządzili jakąś krzywdę lub uczynili wielkie zło, po prostu... przebaczyć. Przebaczyć i postarać się ujrzeć w nich to, czym wszyscy jesteśmy - Boga. Bożą Jedność i Miłość i to jest wszystko, nie trzeba do tego religii, nie trzeba kanonów, przykazań i tym podobnych. Droga wyjścia i powrotu do "DOMU" jest jasno wytyczona, pytanie tylko czy możliwa dla nas do spełnienia już w tym życiu?
TU JEST PIĘKNIE POKAZANE WYBACZENIE WIN DWÓCH ŚMIERTELNYCH WROGÓW
(NOTABENE SZCZERE WYBACZENIE JEST JAK BALSAM DLA NASZEJ DUSZY, JAK ORZEŹWIAJĄCA KĄPIEL PO CIĘŻKIM DNIU. W KOŃCU TAK NAPRAWDĘ WSZYSCY JESTEŚMY JEDNOŚCIĄ, SZKODZĄC DRUGIEJ OSOBIE, SZKODZIMY SOBIE. ŚMIERĆ BOWIEM NIE ISTNIEJE, I PAMIĘTAM JAK PO ŚMIERCI MEGO OJCA BYŁEM TOTALNIE ROZBITY JEGO ŚMIERCIĄ, NIE MOGŁEM SIĘ Z TYM POGODZIĆ, A WTEDY W MOJEJ GŁOWIE POJAWIŁA SIĘ JEDNA MYŚL, KTÓRA NIE BYŁA MOJĄ MYŚLĄ: "SPOKOJNIE, NIC SIĘ NIE STAŁO!" I TO... ZADZIAŁAŁO)
Ale się rozpisałem nie na temat, w każdym razie wracając do Janseniusa, trzy lata po wydaniu "Augustinusa", francuski teolog Antoni Arnauld (ojciec Arnauld), wydał swój własny traktat, zatytułowany: "De la fréquente communion" ("O częstej komunii"). Po co w ogóle o tym piszę? Otóż dlatego, że po śmierci Cinq-Mars'a Maria Gonzaga zbliżyła się właśnie do kręgu jansenistów, rekolekcje odbywała w opactwie Port-Royal (słynnym aż do początku XVIII wieku, głównym ośrodku jansenizmu. Został on oficjalnie zamknięty i zburzony na rozkaz Ludwika XIV w 1709 r.). Nawiązała też przyjaźń z przeoryszą klasztoru Port-Royal, matką Angeliką (jednak nie została jansenistką, potem bowiem, już w Polsce okazywała znaczną życzliwość przeciwnikom jansenizmu - jezuitom). W każdym razie żyła takim życiem przez pewien czas, aż w marcu 1644 r. w dalekim Wilnie zmarła królowa Cecylia Renata Habsburżanka, małżonka króla Rzeczypospolitej - Władysława IV. Ten teraz ponownie rozglądał się za nową małżonką i kardynał Mazarin, obawiając się aby Polska ponownie nie wpadła w krąg habsburski, wysłał do Warszawy (latem 1644 r.) wicehrabiego de Brégy (oficjalnie z kondolencjami, a realnie w celu zawarcia sojuszu polsko-francuskiego, przypieczętowanego małżeństwem z jedną z francuskich księżniczek). Dowiedziawszy się o tym, Maria Gonzaga postanowiła że tym razem uczyni wszystko, aby to właśnie ona była najważniejszą kandydatką na przyszłą żonę Władysława IV (tym samym spełniłaby swoje marzenie z dzieciństwa zostania królową). Wspierała ją w tym życzliwa, aczkolwiek już sędziwa księżna Condé, która uruchomiła bardzo wiele wpływów i to zarówno na dworze francuskim jak i w Wiedniu, a nawet w Warszawie. Nawiązała przyjacielskie stosunki z wysłannikiem Władysława IV w Paryżu, Włochem Roncallim. Zapraszała go do siebie na przyjęcia, spełniała jego zachcianki i oferowała znaczne sumy pieniędzy, on zaś w listach do króla pisał, że Maria jest wyjątkowo piękna, a do tego majętna. Gdy zaś latem 1645 r. de Brégy ponownie przybył do Warszawy, wiózł ze sobą propozycję małżeństwa odnośnie trzech francuskich księżniczek: Gonzagi, de Guise i de Longueville, przy czym zalecał aby król wybrał tę pierwszą, która jest bez wątpienia najpiękniejsza. Przywiózł też portret Marii (mocno wyretuszowany jak to byśmy dzisiaj nazwali, ukrywający wszelkie jej defekty, szczególnie to, że w ciągu kilku lat Maria nieco nabrała ciała - oczywiście nie była gruba, ale również nie tak szczupła jak na obrazie). W Warszawie bardzo przypadła ona do gustu zarówno królowi jak i jego dworakom. Jednym z powodów wyboru księżniczki mantuańskiej było również jej pochodzenie od linii ostatnich cesarzy bizantyjskich, a to niezwykle ważna kwestia w projektowanej przez Władysława IV wielkiej wojnie z Imperium Osmańskim (w celu odzyskania Konstantynopola). Tak więc decyzja zapadła, Maria miała stać się nową polską królową.
Teraz przystąpiono do uzgodnień detali (a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach 😀), czyli ustalania wysokości posagu. Maria nie była tak bogata jak twierdził de Brégy i jak życzono by sobie tego w Warszawie. Poza tym wkrótce na dwór Władysława IV dotarły plotki o romansie Marii z Cinq-Mars'em, de Brégy miał więc wiele pracy, musząc odpowiednio przekupić wielu senatorów (w tym kanclerza Ossolińskiego, Kazanowskiego nawet wojewodę Denhoffa) a także osobistego królewskiego astrologa, który ułożył odpowiednio dobrany horoskop. Nie dość na tym, de Brégy musiał też zadeklarować dodatkowy posag zapłacony przez Ludwika XIV. 13 lipca 1645 r. po zgodzie Senatu, polski poseł zakomunikował Marii: "Dzięki Najwyższemu ziściła się nadzieja, Wasza Książęca Mość jest mianowana Polską Królową". Teraz Gonzagówna oczekiwała już tylko przybycia oficjalnego poselstwa z Warszawy, które miało ją zabrać do Polski.
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XII
Przenieśmy się teraz do "Ojczyzny Światowego Proletariatu" (czyli prawdziwej ojczyzny tych wszystkich Warskich, Koszutskich i innych Marchlewskich spod znaku KPRP). 21 stycznia 1924 r. w podmoskiewskich Gorkach (w tamtejszym pałacyku) umiera wódz światowej rewolucji - Włodzimierz Iljicz Lenin. 25 maja 1922 r. Lenin zapadł na paraliż prawej połowy ciała i utratę mowy. W wyniku prowadzonej rehabilitacji na początku października poczuł się na tyle dobrze, że wrócił do pracy, ale na krótko. W grudniu miał drugi atak, który unieruchomił go już definitywnie, zaś 9 marca 1923 r. trzeci, który zrobił z niego żywego trupa. Teraz rozpoczęła się zażarta walka partyjnych buldogów o "kaftan Lenina" (jak zaczęto w Rosji nazywać walkę o władzę w trakcie choroby i po śmierci Lenina). Najpewniejszymi pretendentami do schedy po Leninie byli: Trocki, Stalin, Kamieniew, Zinowiew, w drugiej zaś kolejności: Rykow i Tomski, w trzeciej zaś (która realnie nie liczyła się wcale): Bucharin, Mołotow i Kalinin. 80 ostatnich dni swego w miarę świadomego życia, poświęcił Lenin na naprawę tego, co wcześniej stworzył i czego się bardzo obawiał, a mianowicie przekazania sterów rządów nad partią i państwem w ręce najmniej opowiedniego kandydata. Mówi się dzisiaj że Lenin krytykował w liście do Partii Stalina - to prawda, ale nie wspomina się że również krytykował Trockiego, a także Zinowiewa i Kamieniewa i w zasadzie nie miał żadnego dobrego kandydata na swego następcę. Postulował też zwiększenie liczby członków Komitetu Centralnego Partii z 27 do kilkudziesięciu, a nawet do stu, poprzez dopuszczenie do tego grona głównie robotników (notabene jakby zjadł własny język, gdyż nieco wcześniej - gdy był jeszcze w pełnym zdrowiu, twierdził, że robotnicy nie mają pojęcia jak rządzić państwem, a wiedzą to jedynie "ludzie partyjnej praktyki"). Teraz wszystko się zmieniło, ponieważ Lenin wiedział że jego dni są policzone, a schedę po nim może przejąć ktoś, kto doprowadzi Partię do katastrofy, sam zaś stanie się bolszewickim dyktatorem (i podejrzewał o to praktycznie wszystkich swoich wcześniejszych współpracowników). Wcześniej Lenin uważał że nie tylko mała grupka "partyjnej oligarchii" (jak zarzucali mu to na IX Zjeździe Partii {marzec-kwiecień 1920 r.} tzw. "decyści" - czyli demokratyczni centraliści), ale twierdził wręcz że Partią może kierować jedna osoba (mając oczywiście na myśli siebie samego). Teraz zaś - będąc już na łożu śmierci - domagał się demokratyzacji w Partii. Szukał kandydatów na członków Komitetu Centralnego również wśród mieszkańców najróżniejszych miast gubernialnych, a gdy słuchał raportu Sobakiewicza do Cziczkowa w tej kwestii, usłyszał tylko o przedstawicielach jednego z miast: "Jeden tylko tam jest porządny człowiek, prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia!" Lenin umierał więc ze świadomością że Partię czeka rozłam, albo dyktatura jednego człowieka.
Napisał też (a raczej podyktował, bo pisać już nie mógł i mówił też z wielkim trudem) "List do Zjazdu" na projektowany na maj 1924 r. XIII Zjazd Partii. W liście tym sprzeciwiał się zarówno Stalinowi jak i Trockiemu, twierdząc (oczywiście w zawoalowanym partyjnym słownictwie) że nie są oni godni objąć przewodnictwa nad Partią. Dumwiratu Stalin-Trocki też nie popierał, uważając że obaj mają i tak już zbyt dużą władzę. Stalin był dla niego zbyt "brutalny" i dążący do całkowitego podporządkowania sobie Partii, Trockiemu wypominał jego niekomunistyczną przeszłość, Kamieniewowi i Zinowiewowi zaś "epizod październikowy" czyli ich sprzeciw wobec rewolucji listopadowej 1917 r. Oczywiście twierdził też że nie należy im tego wytykać, ale sam fakt że znalazło się to w liście na zjazd Partii pokazuje, że wódz rewolucji nikomu niczego nie zapomniał, nawet w obliczu śmiertelnej choroby. List ten oczywiście nie został odczytany na XIII Zjeździe Partii. Potem zaś powstała legenda, że niby to Stalin ukrył ów list i tym samym nie dopuścił do realizacji testamentu Lenina. Nie wiadomo czy tak nie było, ale należy pamiętać że upublicznienie tego listu nie leżało w interesie żadnego z potencjalnych następców Lenina i żaden z nich nie chciał, aby to, co napisał w nim Lenin, ujrzało światło dzienne (Trocki zresztą - aż do 1927 r. czyli do upublicznienia owego listu najpierw w USA przez Maxa Estmana, a następnie we Francji przez Borysa Souvarine - negował w ogóle samo jego istnienie). A w liście tym Lenin, krytykując wszystkich powyższych, twierdził, że po jego śmierci należy wybrać ciało kolegialne, które wspólnie będzie zarządzać zarówno Partią, państwem jak i Kominternem. Nikt zaś z nowych "bojarów" partyjnych tego nie pragnął. Ale głosy o demokratyzację Partii zaczęły się pojawiać. Najgłośniejszym jej wyrazicielem był lider petersburskich i uralskich robotników - Gawrił Miasnikow, który zaczął wręcz głosić herezję, twierdząc: "Po tym jak zdławiliśmy opór wyzyskiwaczy i ukonstytuowaliśmy się jako jedyna władza w kraju, powinniśmy ogłosić wolność słowa i druku, jakiej nie miał jeszcze nikt na świecie - od monarchistów do anarchistów włącznie". Nie trwało to długo jak Miasnikow musiał... uciekać ze Związku Sowieckiego i udało mu się to tylko dzięki temu (co zresztą sam podkreślał) że w swej "bohaterskiej przeszłości" zabił wielkiego księcia Michaiła Romanowa.
Teraz, po śmierci Lenina, Stalin (sprawujący od 3 kwietnia 1922 r. funkcję sekretarza generalnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) - notabene uzyskał to stanowisko właśnie dzięki Leninowi) urządza uroczystości pogrzebowe na swoją własną modłę, nie licząc się ani ze zdaniem starych partyjnych towarzyszy, ani też ze zdaniem wdowy po Leninie - Nadieżdy Krupskiej. Postanawia że ciało Lenina zostanie zabalsamowane (jako ciekawostkę dodam, że aby zapoznać się z technikami balsamowania, wysłał on do Egiptu specjalnie dobraną grupę, która miała nauczyć się tej trudnej sztuki) i wystawione na widok publiczny w szklanej trumnie w drewnianym mauzoleum. Tworzy też kult Lenina (który potem ma stać się również kultem jego własnej osoby). Pojawia się hasło: "Lenin żył, Lenin żyje, Lenin będzie żył!" ("Lenin wiecznie żywy!" 😜). Pojawiają się też (głównie w prasie) takie oto nagłówki: "Pamiętaj! Lenin mówił: Najpierw jestem komunistą, a dopiero potem człowiekiem". 26 stycznia (czyli 5 dni po śmierci Lenina) Petersburg zmienia nazwę na Leningrad. Nadieżda Krupska jest tym zniesmaczona i daje temu wyraz w wywiadzie dla "Prawdy" z 30 stycznia 1924 r. prosząc aby nie wyrażano żałoby po śmierci Lenina jako "pozornego hołdu dla jego osoby" i aby nie urządzano wieców żałobnych i nie nazywano jego imieniem miast, "Jeśli chcecie uczcić imię Włodzimierza Ilijcza, budujcie żłobki, przedszkola, domy, szkoły i tak dalej..." Postępuje się jednak dokładnie odwrotnie, pojawia się coraz więcej miast noszących imię Lenina: Leninsk, Lenino, Uljanowsk - wszystko to potrzebne jest jednak nie tyle zmarłemu Leninowi czy jego rodzinie, a tym nowym bogom, którzy zamierzają zająć jego miejsce i potrzebują do tego nowego kultu żeby się wypromować. Zresztą im również woda sodowa uderza do głowy i na śmierci Lenina próbują ugrać swoje, tak więc oprócz mnóstwa miast noszących imię Lenina, pojawiają się i takie jak: Trock, Zinowjewsk, Stalingrad itp. każdy z nich chce stać się nowym bogiem, ale nie po śmierci (jak Lenin) lecz jeszcze za życia, aby móc doświadczyć całego tego kultu. Powstaje triumwirat, który ma na celu odsunąć Trockiego od objęcia władzy nad partią (a w skład którego wchodzi oczywiście Stalin, Kamieniew i Zinowiew), z tym że Stalin roztropnie nie pcha się na świecznik, a wręcz przeciwnie, gdy 26 stycznia w Sali Kolumnowej Domu Związków Zawodowych odbywa się konferencja pożegnalna wodza rewolucji, Stalin na pierwsze miejsce wynosi żądnego władzy Zinowiewa, sam występując skromnie na czwartej pozycji. Tam właśnie wygłasza on sławną "Przysięgę" (którą potem uczniowie w całym Związku Sowieckim będą musieli uczyć się na pamięć), oraz wypowiada słowa o wyjątkowości komunistów: "My, komuniści, jesteśmy ludźmi szczególnego pokroju. Skrojeni jesteśmy ze szczególnego materiału (...) Nie ma nic chlubniejszego ponad zaszczyt należenia do tej armii". Twierdził tam że bolszewicy posiadają wyjątkowe cnoty: odpowiedzialność i męstwo (a także największe umysły, serca i fallusy - należałoby dodać 😂), że są swoistymi nadludźmi, innymi od całej rzeszy ludzkości (Aron Szolc porównał bolszewików do arystokracji sprzed rewolucji, pisząc: "Dzisiaj to my stanowimy klasę panującą. (...) Obyczaje w naszym kraju będą kształtowały się zgodnie z tym, jak żyjemy, jak się ubieramy i jak postępujemy").
Pogrzeb Lenina miał miejsce 27 stycznia 1924 r. Oczywiście nie był to klasyczny pogrzeb, ciało Lenina umieszczono w szklanej trumnie (niczym relikwię) w drewnianym mauzoleum. Oczywiście obowiązkowo-pielgrzymowano do tej relikwii i urządzano wyprawy nawet z najdalszych obszarów Związku Sowieckiego (to była podstawa dla każdego komunisty wyznającego "komunistyczną moralność" - bo to było najważniejsze w tym całym popieprzonym państwie). Mózg Lenina został usunięty i oddany do analizy niemieckiemu profesorowi Vogtowi (który wkrótce dopatrzył się tam "szczególnych właściwości w strukturze tak zwanych piramidalnych klatek III warstwy", co miało tłumaczyć geniusz Lenina i jego ponadprzeciętność. Potem "Prawda" (jak i inne gazety sowieckie) drukowały te brednie z odpowiednim komentarzem, jakby to wszystko udowadniało "genialność myśli i genialność taktyki" Lenina. W każdym razie jeden czerwony knur już odszedł, teraz zaczęła się walka czerwonych świń pod dywanem. A i jeszcze, zapomniałbym - gdzieś tak od stycznia 1924 r. zaczęło się załamanie gospodarcze w Związku Sowieckim, które skutkowało krytyką leninowskiej Nowej Ekonomicznej Polityki, zezwalającej na utrzymanie kapitalistycznych środków produkcji w socjalistycznym (a raczej w komunistycznym) kołchozie. Zaczęło w sklepach brakować towarów, a te, które były, znacznie poszły cenowo w górę, co jeszcze bardziej rodziło nienawiść w kierunku nepmanów (czyli tych, którzy dorobili się na otwarciu gospodarki i prowadzeniu prywatnych przedsiębiorstw na niewielką skalę). Rząd sowiecki (aby uspokoić ludzi) nakazał zamknięcie ok. 300 000 prywatnych firm.
RAMSAY McDONALD
22 stycznia - po raz pierwszy w historii - premierem Wielkiej Brytanii zostaje lider Partii Pracy - Ramsay McDonald. Co prawda wybory z 6 grudnia 1923 r. wygrali konserwatyści Stanleya Baldwina (uzyskując 258 mandatów), to jednak laburżyści McDonalda zdobyli 191 mandatów i w połączeniu z liberałami (158 mandatów) utworzyli rząd (zresztą w rządzie McDonalda było wielu polityków o przekonaniach zarówno konserwatywnych jak i liberalnych, jak choćby Philip Snowden czy James Henry Thomas i kilku innych). Liberałowie i laburżyści proponowali wprowadzenie polityki wolnego handlu (konserwatyści zaś prowadzili politykę protekcjonistyczną, wspierającą głównie brytyjski handel). Poza tym zamierzali wdrożyć projekty finansowania z budżetu budownictwa mieszkaniowego, plany ubezpieczeń dla robotników, oraz podwyżki rent i innych świadczeń dla osób starszych i inwalidów. Niewiele się jednak udało uzyskać z tych śmiałych planów McDonaldowi, natomiast z jednego z pewnością został zapamiętany, z nawiązania oficjalnych stosunków ze Związkiem Sowieckim (1 lutego 1924 r.). Potem Brytyjczycy mieli z tym nieco problemów (o czym już też wcześniej pisałem). W każdym razie lewicowy rząd McDonalda oficjalnie uznał Związek Sowiecki, co znacznie umocniło reżim bolszewicki (zresztą Angole robili dile z Sowietami jeszcze w 1920 roku, gdy Armia Czerwona stała pod Warszawą gotowa na podbój całej Europy).
Niepowodzenia nadreńskie i nieumiejętność w wyegzekwowaniu żądanych przez Paryż reparacji, zachwiała również rządem Raymonda Poincaré'go. W każdym razie 25 stycznia Francja podpisuje układ o przyjaźni z Czechosłowacją, która wcześniej zawarła bilateralne pakty z Rumunią (23 kwietnia 1921 r.) i z Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców (31 sierpnia 1922 r.) w ramach tzw. Małej Ententy, której ostrze wymierzone było w Węgry (a raczej w węgierskie próby odbudowania dawnych Wielkich Węgier.
12 lutego 1924 r. (co warto odnotować) - jest to data narodzin symfonicznego jazzu. Tego bowiem dnia w Nowym Jorku George Gershwin prezentuje swoją "Błękitną rapsodię".
A poza tym, na ulicach Warszawy szybkość aut ograniczono do 25 km/h.
PS: Postanowiłem zrezygnować z dalszego przedstawiania losów młodego księcia Zygmunta (syna króla Szwecji Jana III Wazy), gdyż do tego tematu powrócę w serii: "Jestem królem Waszym prawdziwym, nie malowanym", a nie ma większego sensu aby te tematy się dublowały. Teraz zaś przejdziemy do bezpośrednich przyczyn rozpoczęcia "Dymitriad" i planów powiązania (na zasadzie Unii) Rzeczypospolitej polsko-litewskiej z państwem carów moskiewskich
Do pierwszej realnej próby powiązania ze sobą dwuczłonowego państwa zwanego Rzeczpospolitą z Carstwem Moskiewskim, doszło wkrótce po śmierci ostatniego przedstawiciela dynastii Jagiellonów - króla Zygmunta II Augusta. To właśnie wtedy na Sejmie elekcyjnym z roku 1573 posłowie jak i szlachta litewska zaproponowała kandydaturę cara Moskwy Iwana IV Groźnego, lub ewentualnie jego syna Fiodora. Było to oczywiście spowodowane chęcią zakończenia co jakiś czas odnawianego konfliktu ze wschodnim sąsiadem, tym bardziej że w tamtym czasie Litwa (czy też Wielkie Księstwo Litewskie) zmagała się z zarazą (objęła również ona część ziem polskich), która osłabiała kraj, a poza tym liczono że w takiej trójczłonowej monarchii uda się Litwie - przy wsparciu Moskwy - ponownie odzyskać na Koronie utracone w 1569 r. ziemie Ukrainy i Wołynia. Car Iwan początkowo bardzo entuzjastycznie podszedł do tej propozycji litewskich posłów, ale potem stwierdził że na polski tron wyśle (jako kandydata) swego syna Fiodora (zapewne uznał że prawno-ustrojowa pozycja polskiego monarchy w Rzeczpospolitej polsko-litewskiej znacznie krępowałaby jego władzę), ale uzależniał od tego zgodę strony polsko-litewskiej na oddanie Moskwie Kijowa, Inflant i Kurlandii. Oczywiście żądania te były niedorzeczne i nikt nawet się nad nimi nie pochylał, królem zaś obrano francuskiego księcia Henryka d'Valois, który realnie był królem tylko przez 13 miesięcy i w czerwcu 1574 r. (po otrzymaniu wiadomości o śmierci swego brata, króla Francji - Karola IX) uciekł z Polski (choć obiecał że wróci) i po dotarciu do Francji koronował się na tamtejszego króla. Teoretycznie tron w Rzeczypospolitej nadal był obsadzony, gdyż Walezy nie zrzekł się polskiego tronu, ale ponieważ nie chciał wrócić do kraju a kolejne poselstwa były odprawiane z kwitkiem, postanowiono w Polsce wybrać nowego króla (notabene zauważmy jak bardzo historia potrafi zatoczyć koło. Gdy bowiem w 1573 r. polscy posłowie przyjechali do Paryża żeby zaproponować Henrykowi Walezemu tron Polski i Litwy, zdawało im się jakby dotarli do jakiegoś na wpół dzikiego kraju, gdzie katolicy i protestanci (hugenoci) nieustannie się mordują, gdzie nie ma ani bezpieczeństwa ani spokoju a kraj wewnętrznie jest rozdarty. Jakże to kontrastowało ze spokojem panującym w Rzeczpospolitej, jakże to kontrastowało z faktem, że tolerancja religijna była w Polsce czymś naturalnym (jak powietrze którym się oddycha), dlatego też patrzono na Francuzów jak na jakichś dzikusów, którzy sami nie potrafią doprowadzić do pokoju wewnętrznego, natomiast niszczą się wzajemnie z pobudek egoistycznych lub też ideologicznych - bowiem doktryny religijne można traktować jako formę ideologii. Natomiast w relacjach Francuzów polscy posłowie byli uważani za jakiś dziwnych i tajemniczych książąt z niezwykłego, na wpół bajkowego kraju, o czym świadczył ich ubiór - niezwykle barwny i bogaty - znajomość języków obcych, oraz kultura osobista. Nie na darmo kilka lat temu otwarcie mówiło się że to Polacy - a raczej Henryk Walezy który wrócił do Francji - nauczyli Francuzów jeść nożem i widelcem, a przede wszystkim dbać o czystość osobistą, gdyż na francuskich dworach i w zamkach możnowładców nie było wówczas czegoś takiego jak łazienka. Henryk Walezy ujrzał łazienkę dopiero w Krakowie i tak się nią zafascynował że postanowił coś takiego zainstalować w Pałacu królewskim w Paryżu. Dzisiaj zaś, gdy widzimy te wszystkie podziwy zagranicznych turystów z Zachodniej Europy a także i ze Stanów Zjednoczonych nad bezpieczeństwem i czystością polskich miast i polskich ulic, wydaje się jakby historia zatoczyła koło).
WIZYTA POLAKÓW W PARYŻU
(1573)
W czasie elekcji roku 1575 car Iwan IV również zaproponował swoją kandydaturę, która nie miała ponownie żadnych szans na sukces. Jedynym pozytywnym aspektem tego kroku było czasowe wstrzymanie walk w Inflantach i utrzymanie pokoju polsko-litewsko-moskiewskiego. Wybór księcia siedmiogrodzkiego - Stefana Batorego doprowadził oficjalnie do wznowienia wojen z Moskwą i odzyskania wszystkich inflanckich twierdz oraz ugruntowania północnej granicy litewsko-moskiewskiej (aż do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej w 1772 r.) w rozejmie zawartym w Jamie Zapolskim w 1582 r. Po śmierci Batorego w czasie trzeciej elekcji w 1587 r. litewscy posłowie zaproponowali by na Sejmie elekcyjnym o tym kto zostanie nowym królem zadecydował ślepy los, czyli losowanie. Miano wybierać pomiędzy kandydatem szwedzkim, czyli królewiczem Zygmuntem (synem Jana III Wazy), kandydatem siedmiogrodzkim oraz moskiewskim (tym moskiewskim był car Fiodor I Iwanowicz). Jednak propozycję losowania króla jak w loterii odrzucono i ostatecznie wybrano na nowego polsko-litewskiego monarchę królewicza Zygmunta Wazę (po matce Katarzynie - wywodzącego się z dynastii Jagiellonów). Królewicz miał wówczas 21 lat i tak naprawdę nic nie wiedział o kraju rodzinnym swojej matki. Słyszał co prawda opowieści że Rzeczpospolita jest dwa razy większym krajem od Szwecji, że liczy sobie ok. 10 milionów mieszkańców (dwa razy więcej od ówczesnej Anglii), że szlachty jest tam mnogo (znacznie więcej niż w każdym innym kraju), że zamki tam są wspaniałe, że mówi się tam wieloma językami: po polsku, łacińsku, rusku, niemiecku, ormiańsku czy hebrajsku (notabene my dzisiaj zapominamy o tym, jak ogromną rolę w tamtym czasie stanowiła polszczyzna, język polski - bez którego znajomości nie można było realnie przemierzyć w celach handlowych ogromnych terenów pomiędzy Łabą na zachodzie, a Moskwą na wschodzie, pomiędzy Estonią na północy a Dunajem na południu. W języku polskim sporządzano dokumenty krążące pomiędzy dworem londyńskim a moskiewskim, pomiędzy paryskim a konstantynopolitańskim i pomiędzy Moskwą a Chinami. Dzisiaj wydaje nam się to nieprawdopodobne, ale język polski był językiem międzynarodowym, natomiast język niemiecki był uważany za język lokalny, język ograniczający się do krajów Rzeszy). Zapewne też młody szwedzki królewicz dowiadywał się od swojej matki o niezwykle kolorowym dworze krakowskim (podczas gdy na dworze szwedzkim panowała moda hiszpańska, gdzie głównie królowała czerń), o niezwykłej tolerancji polskiej szlachty i to zarówno w dziedzinie religijnej jak i intelektualnej (w końcu Mikołaj Kopernik to właśnie w Polsce w latach 30-tych i 40-tych XVI wieku zaczął twierdzić że Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie jak dotąd sądzono - opierając się na heliocentrycznej teorii Ptolemeusza, iż to Słońce i inne planety krążą wokół Ziemi. W Szwecji nie można było tego powiedzieć publicznie aż do roku 1690, jeśli nie chciało się spłonąć na stosie za szerzenie herezji). To wszystko co młody królewicz szwedzki wiedział o Polsce, choć tak naprawdę nie znał nawet języka i gdy przyjechał do swego nowego Królestwa, nie został dobrze odebrany przez zarówno ogół szlachty jak i krakowskich mieszczan (a sam rzecznik jego wyniesienia na tron polski hetman i kanclerz wielki koronny Jan Zamoyski, wyraził się o nim dość lapidarnie, mówiąc: "Nieme diablę".
ZYGMUNT III WAZA
Przenieśmy się jednak teraz na Wschód, do Moskwy i sprawdźmy co też tam się dzieje po śmierci cara Iwana IV Groźnego. Jest to tyle ważne, że do dzisiaj budzi kontrowersje pochodzenie tzw: "łże-Dymitra" czy też Dymitra Samozwańca I. Nie ma oczywiście na to żadnych dowodów (te które były zapewne zostały zniszczone już na początku panowania Michała Romanowa i jego następców) ale istnieją poważne przesłanki że ów Dymitr Samozwaniec był w rzeczywistości ocalonym najmłodszym synem cara Iwana IV Groźnego (który miał oficjalnie zginąć w Ugliczu w maju 1591 r. gdy niefortunnie bawił się nożem, podrzucając go do góry i który miał mu się wbić w gardło). W tym temacie oczywiście przedstawię te wszystkie przesłanki przemawiające za carskim pochodzeniem Samozwańca, a także konsekwentne niszczenie wizerunku Dymitra przez Romanowów (w końcu gdyby okazało się że Dymitr nie był wcale żadnym mnichem ma o imieniu Grigorij Otriepiew, tylko prawdziwym synem Iwana Groźnego, prawo do tronu Romanowów byłoby uzurpacją, dlatego też należało usunąć wszelkie tego typu spisane knigi, które przemawiałyby za carskim pochodzeniem owego młodzieńca). Żeby jednak prześledzić Jak wyglądała ta sytuacja, i dlaczego Dymitr samozwaniec zdobył takie poparcie wśród wielu możnych zarówno polskich jak i moskiewskich, należy cofnąć się w czasie do młodzieńczych lat życia jego ojca (przyjmijmy że tak mogłoby być) Iwana Groźnego. Otóż z końcem 1546 roku w Moskwie odbył się pokaz panien, który miał wytypować kandydatkę na żonę dla młodego wielkiego księcia moskiewskiego (jeszcze nie cara, koronuje się on na pierwszego cara Moskwy dopiero kilka miesięcy później w roku 1547) Iwana IV, mającego wówczas lat 16. Oficjalny dokument nawołujący do wysłania bojarskich córek na konkurs piękności dla cara brzmiał następująco: "Ten, kto otrzyma niniejszy dokument, a ma w domu niezamężną córkę, winien natychmiast udać się z nią na przegląd do namiestnika w mieście. Pod żadnym pozorem nie wolno dziewcząt ukrywać. Kto zatai fakt posiadania córki i nie przywiezie jej do namiestnika, może spodziewać się mojego gniewu i srogiej kary. Dokument należy przed upływem godziny przesłać dalej". Ostatecznie wysłano ok. 1000 dziewcząt z których to nadobne małżonki bojarów wybrały kilkadziesiąt najładniejszych i niezbyt otyłych dziewcząt, które umieszczono w pałacyku przylegającym do Kremla, gdzie każdą z osobna odwiedzał młody wielki książę aby z nimi konwersować. W dniu wyboru każda z dziewcząt - pięknie uczesana i wystrojona - stawała przed obliczem monarchy siedzącego na tronie, musiała zbliżyć się do tronu, złożyć pokłon i czekać na dalszą decyzję wielkiego księcia. Ten miał zadecydować o wyborze swej małżonki, ofiarowując jej wyszywaną perłami chusteczkę. Wręczył ją dziewczynie o imieniu Anastazja Romanowa-Zacharina-Koszkina, którą już dawno sobie upodobał, a nawet można powiedzieć że zakochał się w niej po uszy i była to bodajże jedyna prawdziwa miłość w życiu tego niezwykle okrutnego moskiewskiego władcy.
MŁODY IWAN IV GROŹNY
Wzięli ślub dnia 3 lutego 1547 r. i było to niezwykle udane i zgodne małżeństwo. Młody car (Iwan koronował się nad cara 16 stycznia 1547 r. chociaż należy pamiętać że ten tytuł nie był uznawany w Rzeczypospolitej aż do roku 1667. Notabene poselstwo rosyjskie, które wysłane zostało do Rzeczpospolitej w roku 1650 - a o którym to pisałem w innym temacie - z żądaniem ukarania autorów książek, w których nie używano oficjalnej carskiej tytulatury władców Moskwy, nazywając ich tam "wielkimi kniaziami", miało również i swój drugi mniej oficjalny aspekt. W książkach tych bowiem udowadniano że Dymitr Samozwaniec miał prawo do tronu Moskwy, dlatego też posłowie ci domagali się zniszczenia owych książek oraz skazania na śmierć ich autorów - jak zakończyła się ta historia opowiem w temacie w którym ten wątek rozpocząłem), dla swej urodziwej młodej małżonki zrezygnował wszelkich innych uciech cielesnych (których się do tej pory oddawał pomiędzy jedną wizytą w monasterze a drugą wizytą w monasterze, innymi słowy z burdelu szedł się pomodlić, a potem znowu wracał do burdelu. Był bowiem niezwykle religijny, wręcz dewotyczny i często jak wracał z prowincji - gdzie spędzał letnie wakacje - do Moskwy, ubierał czapkę Monomacha, wdziewał strój pokutnika i boso szedł z biczem w dłoni - którym się okładał - do cerkwi żeby się pomodlić, a potrafił modlić się godzinami). Anastazja na młodego cara działała niezwykle uspokajająco, łagodziła jego wzburzony charakter i wielokrotnie pod wpływem swej małżonki car okazywał łaskę swym poddanym, których wcześniej zamierzał skazać na śmierć. Anastazja była bowiem nie tylko fizycznie atrakcyjna, ale również mądra i oczytana co w tamtym czasie było zjawiskiem tak rzadkim, jak znalezienie igły w stogu siana (bojarzy bowiem nie kształcili swoich córek, uważając że to nie ma najmniejszego sensu. Mało tego, często synów również nie kształcili i bywało tak, że zarówno bojarscy synowie, a często wysoko postawieni mnisi - nie potrafili czytać i pisać), Iwan był bowiem dobrze wykształcony. Wydaje się że Anastazja również potrafiła czytać i pisać i można było z nią porozmawiać nie tylko na tematy damsko-męskie. Doczekali się wspólnie sześciorga dzieci - trzech synów i trzech córek, przy czym Anastazja rodziła praktycznie co rok, dwa), ale ze wszystkich przeżyli tylko dwaj synowie Iwan i Fiodor (wszystkie inne dzieci umarły bardzo wcześnie, w wieku jednego lub półtora roku). W roku 1559 Anastazja poważnie zachorowała a medycy nie byli w stanie skutecznie jej wyleczyć. Choroba postępowała i gdy w lipcu 1560 r. w Moskwie zaczęły wybuchać pożary, car Iwan - w obawie o życie swej małżonki - wywiózł ją z miasta na prowincję, do Kołomienskoje, aby tam wróciła do zdrowia. Anastazja jednak zmarła tam 7 sierpnia 1560 r. w wieku zaledwie lat 28/29.
Iwan wręcz szalał z rozpaczy, to właśnie wtedy uznał bojarów za swoich wrogów i zaczął postępować z nimi w niezwykle okrutny sposób (na przykład porywał z domu bojarskie żony, po czym oddawał je w publicznych gwałtach swoim oprócznikom - wcześniej samemu je gwałcąc, a potem odsyłał mężowi z zakazem zbliżania się do żony, jako że ta miała już "przyjemność" z samym carem, więc żaden inny mężczyzna nie może się do niej zbliżyć. Inne przypadki były takie że kazał zabijać i wieszać żonę danego bojara np. nad stołem przy którym wspólnie jedli posiłki, z zakazem zdejmowania ciała dopóki nie zacznie on ognić). Nie wiadomo czy bojarzy mieli jakiś udział w śmierci Anastazji, w każdym razie sam car tak uważał i wydał na nich wyrok (współczesne badania ciała Anastazji wykazały znaczne ilości arszeniku, czyli można powiedzieć że była podtruwana- przez kogo? nie wiadomo, ale być może podejrzenia Iwana nie były całkiem bezpodstawne, w końcu bojarskie rody rywalizowały o to, która z ich córek urodzi następcę tronu). Po śmierci swojej umiłowanej małżonki car Iwan szybko szukał kolejnej żony, jako że miał tylko dwóch synów, a nie było pewności czy dożyją oni lat męskich, potrzebował więc kolejnych synów aby móc przedłużyć dynastię. Tylko kto ma być nową żoną cara, kogo wybrać? Może zorganizować kolejny pokaz panien? Taki myśli trafiły wówczas Iwana, ale ostatecznie uznał że lepsza dla niego będzie kandydatka z zagranicy, musiał się tylko przekonać która jest najładniejsza i najbardziej płodna. Ostatecznie jego wybór padł na dwie kandydatki, obie siostry Zygmunta II Augusta - Annę i Katarzynę Jagiellonki. Jeśli car kierował się urodą i płodnością, to trafił kulą w płot, jako że obie damy były już dość "stare" jak na tamte czasy, Anna liczyła sobie 37 lat, natomiast Katarzyna 34, poza tym Anna nie grzeszyła urodą. W każdym razie wysyłając w roku 1560 swego posła do Wilna, Iwan radził mu w liście: "Jadąc drogą do Wilna, zasięgaj języka o siostrach królewskich: ile mają lat, jakiego są wzrostu, jakiej budowy, jaki mają charakter i która z nich ładniejsza?". Był to czas, który mimo wszystko nie służył takim mariażom, jako że od 1558 r. Iwan IV prowadził wojnę w Inflantach z Zakonem Kawalerów Mieczowych, natomiast na ziemie inflanckie chrapkę mieli zarówno Szwecja, Dania jak i Rzeczpospolita. Wcześniej, bo jeszcze w roku 1554 car zmusił Zakon do podpisania niekorzystnego traktatu, na mocy którego przez kolejne 15 lat miał on nie wchodzić w żadne związki z Polską i Litwą, a wielki mistrz Zakonu przez dłuższy czas musiał wypełniać jego warunki (w 1556 r. uwięził nawet sprzyjającego Polsce arcybiskupa ryskiego Wilhelma Hohenzollerna). Pomiędzy Rzecząpospolitą a Moskwą w tamtym czasie panował pokój od roku 1537 (cyklicznie co 6 co 7 lat przedłużany, ostatni raz w roku 1556 na kolejne sześć lat). Plany przyłączenia Inflant do Rzeczpospolitej zostały dogadane z księciem pruskim Albrechtem Hohenzollernem już w roku 1552 gdy król Zygmunt II August udał się do Gdańska (gdzie na Krupiszkach i Braksztynach spotkał się z Albrechtem, tam miano uzgodnić że nowym księciem zsekularyzowanych Inflant zostanie jego kuzyn - dotychczasowy arcybiskup ryski Wilhelm Hohenzollern). Latem 1557 r. król Zygmunt August w obozie pod Oniksztami zgromadził 16 000 żołnierzy (w tym 5000 Polaków i 3000 Prusaków Albrechta Hohenzollerna, resztę stanowili Litwini). 19 sierpnia w obozie pod Pozwolem wypowiedziano wielkiemu mistrzowi Wilhelmowi Fürstenbergowi wojnę, ale nie trwała ona długo i nie wiązała się z żadnymi ofiarami. Już bowiem 14 września do Pozwola przybył Fürstenberg, który podpisał tam przymierze przeciwko Moskwie, zrywając tym samym układ z carem Iwanem. To nie mogło spodobać się krewkiemu Moskwicinowi.
W roku 1558 doszło do ataku na miasto i port w Narwie (leżącej w państwie Zakonu Kawalerów Mieczowych) przez mieszkańców sąsiedniego Iwanogrodu. A tak okazał się skuteczne i Narwa została zdobyta (car twierdził że mieszkańcy Iwanogrodu zrobili to, ponieważ ci z Narwy oszukiwali ich na handlu i dodatkowo upokarzali, wydaje się jednak bardziej prawdopodobne że ów atak był skoordynowanym uderzeniem moskiewskim, a nie przypadkowym napadem mieszkańców jednego grodu na drugi). Dzięki temu Moskwa zyskiwała wreszcie swój pierwszy port na Bałtyku (do tej pory bowiem posiadała jedynie skrawek ziem przy Newie - na którym w roku 1703 car Piotr I rozpocznie budowę Petersburga - bez żadnego portu, a jedyny port jaki miała - Archangielsk na Morzu Białym, realnie pełnił swoją funkcję tylko przez cztery miesiące w roku, potem zamarzał. W takich warunkach rozwój skutecznego handlu był więc niemożliwy). Po upadku miasta bardzo szybko Rosjanie rozlali się po całych północno-wschodnich Inflantach, siejąc spustoszenie i panikę tamtejszej ludności (postępowali też niezwykle okrutnie, mordując zbiorowo wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób stawili im opór a potem musieli się poddać). Było oczywiste że sam Zakon nie jest w stanie sprostać potędze moskiewskiej i bez wsparcia z zewnątrz upadnie. Arcybiskup ryski radził doprowadzić do pełniejszego sojuszu z Polską, czyli podporządkowania się królowi, do tego jednak trzeba było wybrać nowego wielkiego mistrza i tak też uczyniono, w 1559 r Wilhelma Fürstenberga zastąpił Gotthard Kettler. Ponieważ jednak pomiędzy Rzecząpospolitą a Moskwą panował pokój (przedłużony w 1556 roku o kolejne 6 lat), przeto nie można było oficjalnie wypowiedzieć wojny i ruszyć na Moskala nie łamiąc pokoju, ale postanowiono zastosować pewien myk, a mianowicie poradzono wielkiemu mistrzowi aby wpuścił do zamków polskie załogi i jeśli Moskale by je zaatakowali, to oznaczałoby że złamali pokój i Polska mogłaby wówczas wejść do wojny. 31 sierpnia 1559 r. Zakon Kawalerów Mieczowych oddał się oficjalnie pod opiekę polskiego króla, a ten zobowiązał się do przestrzegania dotychczasowych wolności i praw. Państwo zakonne jednak już się rozpadało, jeszcze bowiem w tym samym roku (1559) wyspy Dago i Ozylia a także zachodnia część Estonii została sprzedana Duńczykom, w tym czasie Moskale kontrolowali już nie tylko Narwę, ale również Dorpat i Felin a w roku 1560 zdobyli również Marienburg. Ostatecznie w 1561 r. północna część ziem Zakonu Kawalerów Mieczowych czyli Estonia, oddała się we władanie Szwedów, Dania zajęła Piltyń, Lipawa włączona została do Prus Książęcych (1560), a władza wielkiego mistrza odnosiła się jeszcze do pozostałych ziem rozdartego państwa. W każdym razie polskie załogi obsadziły kluczowe twierdze takie jak Dyneburg, Selburg, Lenward w rejonie Dźwiny idąc do Rygi, następnie twierdze na północy i na wschodzie państwa. Ostatecznie jesienią 1561 r. wielki mistrz Zakonu Gotthard Kettler w Wilnie zawarł układ z królem Zygmuntem Augustem, na mocy którego zakon sekularyzowano, Kettler otrzymał Kurlandię i Semigalię jako lenno dziedziczne (i z tych ziem złożył królowi hołd lenny), natomiast reszta kraju przeszła pod panowanie litewskie (a następnie stała się kondominium polsko-litewskim). W 1562 r wygasł pokój polsko-moskiewski i obie strony faktycznie znalazły się w stanie wojny.
W każdym razie w roku 1560, gdy poseł Iwana IV przybył do Wilna aby wybrać nową żonę dla cara, król Zygmunt August zamierzał ożenić go ze swą starszą siostrą Anną, ale ponieważ zdawał sobie sprawę że ona akurat nie jest zbyt urodziwa. Poseł moskiewski chciał aby w imieniu swego pana obejrzał obie królewny osobiście, ale Zygmunt August nie zamierzał prezentować swoich sióstr jak klacze na targu, dlatego też zorganizowano przedstawienie. Obie kobiety znajdowały się w jednej z komnat na zamku w Wilnie, gdzie obie przędły kądziel (miało to pokazać ich pokorę, uległość i kobiecość). Poseł mógł je ujrzeć przez dziurkę od klucza. Mimo tak niesprzyjających warunków udało mu się stwierdzić że bardziej urodziwa jest jednak Katarzyna i to właśnie o jej rękę poprosił w imieniu cara Iwana. Król jednak się na to nie zgodził, gdyż przede wszystkim chciał wydać za mąż starszą siostrę. Tak więc z mariaży nic nie wyszło, ale na osłodzenie łez król podarował carowi... dwa piękne konie. Ostatecznie Katarzyna w 1562 r. została żoną księcia Finlandii - Jana Wazy (późniejszego króla Szwecji), natomiast Anna do aż do 1573 r. pozostała panną, a następnie żoną najpierw Henryka Walezego, a potem Stefana Batorego. A tym czasem Iwan Groźny dalej szukał kandydatki na żonę.