WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STAROŻYTNY RZYM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą STAROŻYTNY RZYM. Pokaż wszystkie posty

16 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. X



PROKONSUL
PUBLIUSZ SERWILIUSZ VATIA




CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. V



 Piraci byli "od zawsze" prawdziwym utrapieniem wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Ich ataki były niczym średniowieczne ataki Wikingów (choć na nieco mniejszą skalę). Napadali wybrzeża, mniejsze miasta i wsie, plądrowali, mordowali i oczywiście porywali lokalną ludność, zamieniając ją w niewolników i sprzedając z zyskiem na rynkach niewolniczych Morza Egejskiego (głównie na Delos). Działalność piratów wzrastała w chwilach politycznych anarchii i wojen, natomiast malała, gdy musieli się oni mierzyć z potężnymi flotami lokalnych (czy to greckich czy anatolijskich) miast i państw. Głównym ośrodkiem w którym piraci znajdowali schronienie, a nawet tworzyli tam swoje własne mini państwa, była na wschodzie Morza Śródziemnego górzysta kraina zwana Cylicją - leżąca na południowych rubieżach Anatolii. Natomiast głównym ośrodkiem piratów na zachodzie były wyspy Baleary. Istnienie takiego zjawiska jak piractwo, oczywiście do pewnego stopnia odpowiadało interesom Rzymian. Napędzali oni bowiem podaż na niewolniczą siłę roboczą, która wówczas coraz częściej nie nadążała już za popytem (dzisiaj taką podaż napędzają wielkie koncerny międzynarodowe, sprowadzające do krajów europejskich tanich pracowników z Azji i Afryki, generując tym samym czysty zysk, natomiast koszty i problemy z nimi związane pozostawiając na karbach lokalnej ludności). Ale z drugiej strony ataki na miasta sprzymierzeńców Rzymu, a także porwania rzymskich obywateli powodowały, że jednak coś z tym problemem należało uczynić. Piractwo na Zachodzie było znacznie mniej rozprzestrzenione, niż to na Wschodzie, gdyż punicka ludność Balearów była w ogromnej większości pokojowo nastawiona (składała się bowiem przeważnie z rolników i kupców którzy chcieli żyć w pokoju, ale nie dla wszystkich starczało tam ziemi i ci, którzy nie byli w stanie zająć się handlem ani też nie przejęli ziemi po swych rodzicach, podejmowali się rabunków jako piraci). Wyprawę wojenną przeciwko owym gimnesjanom (czyli nudystom jak zwali ich Grecy, jako że ludność Balearów ponoć lubiła chodzić bez odzienia. Zresztą sama nazwa wysp również ma greckie konotacje, odnosi się bowiem do Baleosa - przyjaciela Heraklesa, choć oczywiście punicka ludność zapewne zwała owe wyspy inaczej) przedsięwziął w roku 123 p.n.e. konsul Kwintus Cecyliusz Metellus (było to związane z chęcią przejęcia wysp i osadzenia tam rzymskich kolonistów i to ze względu na fakt, że Baleary cieszyły się niezwykle żyznymi terenami rolniczymi). 




Kronikarze tej wyprawy (Orozjusz i Florus) podkreślali niezwykłe barbarzyństwo mieszkańców wysp (mieli oni ponoć na łódkach podpływać do rzymskich okrętów i celować do nich z proc. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, a opis Orozjusza i Florusa przypomina zwykły propagandowy zabieg, pokazujący że ludność podbijanych wysp była po prostu barbarzyńska i należało ją czym prędzej ucywilizować. Przekaz ten przypomina mi od razu propagandowe enuncjacje Niemiec hitlerowskich o "18 dniowej kampanii" w Polsce w 1939 r. oraz o tym, że polscy ułani mieli z lancami i szablami nacierać na niemieckie czołgi. Te brednie powielali również Sowieci, a następnie uczono ich w komunistycznych szkołach w Polsce Ludowej. Jest to tak żałosne, że trudno nawet się nad tym dłużej pochylić, ale warto tutaj tylko dodać że polska kawaleria miała swoją taktykę w walce z czołgami i nie była to wcale szarża z lancami na czołgi. Po prostu w takiej konfrontacji żołnierze schodzili z koni, zajmowali pozycje strzeleckie i z dział przeciwpancernych lub broni {np. z niezwykle skutecznych i śmiercionośnych dla niemieckich czołgów karabinów Ur, które przebijały pancerze każdego niemieckiego czołgu, robiąc małą dziurkę z przodu i eksplodowały w środku zabijając całą załogę. Ponieważ jednak ta broń była tak śmiertelnie skuteczna, była jednocześnie tajna i to tak tajna, że tylko nieliczne jednostki miały ją na swoim wyposażeniu. Karabin przeciwpancerny Ur(ugwaj) był bez wątpienia najdoskonalszą tego typu bronią w ówczesnym świecie, choć niewiele różnił się od zwykłego karabinu żołnierza piechoty, był lekki, poręczny i łatwy w obsłudze, różnica polegała głównie na amunicji i spuście} ostrzeliwali te maszyny, niszcząc dziesiątki z nich - jak choćby w bitwie pod Mokrą. Nasi naukowcy i inżynierowie tamtej Polski stworzyli wspaniałą broń zarówno strzelecką jak i przeciwpancerną, mieliśmy znacznie lepsze czołgi od niemieckich {niemieckie były tylko szybsze nasze były lepiej opancerzone, miały obrotowe wieżyczki i były bardziej śmiercionośne} i lepsze samoloty bombowe, niestety problem polegał w ilościach, Niemcy mieli tego sprzętu - choć znacznie gorszego - dziesiątki, a nawet setki tysięcy, natomiast myśmy mieli co najwyżej setki lub tysiące. Oczywiście w dzisiejszych czasach niemieckie kłamstwo związane właśnie z szarżą z lancami na czołgi już przestało działać - przynajmniej w Polsce, ale od czasu do czasu jeszcze pojawia się tego typu brednia. Mieszkańcy Balearów również zostali w ten sposób zniesławieni, a ponieważ przegrali, to kłamstwo nie zostało podważone). Punici z Balearów stosowali taktykę wojny podjazdowej - "uderz i uciekaj", ale na dłuższą metę nie byli w stanie powstrzymać Rzymian, którzy już w roku 122 p.n.e. zdobyli wszystkie trzy wyspy Balearów, a Metellus osadził tam 20 000 swoich weteranów (wcześniej odbierając ziemię jej prawowitym mieszkańcom) w dwóch założonych przez siebie miastach: Palmy i Pollentii. Tak oto Baleary stały się częścią rzymskiej prowincji Hispania Citerior (Hiszpania Bliższa) a prefekta tych wysp mianował rzymski namiestnik tejże prowincji. W roku 121 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus odbył wspaniały triumf w Rzymie z powodu zajęcia wysp i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus" ("Balearyjski").


PUNICCY MIESZKAŃCY BALEARÓW



Natomiast na Wschodzie sytuacja wyglądała nieco inaczej. Cylicyjskie wybrzeże i pobliskie góry (gdzie można było szybko schować się w przypadku jakiegokolwiek ataku, czy to z lądu czy z morza) powodowały że walka z tamtejszymi grupami piratów była zawsze bardzo trudna. Stała się jeszcze trudniejsza, gdy w roku 143 p.n.e. lokalny watażka (były oficer w armii Seleucydów) Diodotos Tryfon założył tam nadmorskie miasto Koraksejon, które następnie zamienił w twierdzę. Stała się ona mekką piratów i wszelkich zbiegłych przestępców, niewolników którzy uciekli od swoich panów i wszystkich, którzy cierpieli z powodu wszelakich zniewag. Teraz jako morscy rabusie stali się "kimś", nie byli już pogardzanymi wyrzutkami i zniewolonymi sługami, teraz mogli sami decydować o życiu i śmierci innych. Tryfon w latach 142-139 p.n.e. podjął się kilkunastu wielkich i kilkudziesięciu mniejszych wypraw przeciwko miastom i wybrzeżom Hellady, Azji Mniejszej i Syrii (szczególnie wielkim echem w ówczesnym greckim świecie odbił się atak na miasto Berytos {dzisiejszy Bejrut} w 142 r. p.n.e. i uprowadzenie jego mieszkańców, których następnie sprzedano z zyskiem na Delos). Te ataki oraz bierność Seleucydów i Attalidów (co prawda Cylicja oficjalnie podlegała syryjskiemu władzwu Seleucydów, ale król Demetriusz II Nikator po niedawnym swym zwycięstwie w bitwie nad rzeką Oenoparos w 145 r. p.n.e. nad konkurentem do władzy Aleksandrem Balasem, nie był zainteresowany wplątaniem się w kolejny konflikt, tym bardziej że na wschodzie swego rozpadającego się Imperium, napierali na niego Partowie, odbierając mu ziemie i miasta. Natomiast władca Pergamonu - Attalos II zajęty był konfliktami na północy swego anatolijskiego Królestwa, głównie z Bitynią) spowodowały, że greckie miasta Morza Egejskiego zwróciły się o pomoc i ochronę do Rzymu. Senat w roku 140 p.n.e. wysłał poselstwo pod przewodnictwem Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego Młodszego (zdobywcy Kartaginy z roku 146 p.n.e.), aby ten wybadał sytuację. Scypion zrobił sobie tournee po Egipcie, Syrii, Rodos i Pergamonie, a następnie powrócił do Rzymu twierdząc że rzeczywiście problem piractwa na tych wodach występuje - i tyle (🧐). Rzymianie wówczas również nie podjęli żadnej zdecydowanej akcji przeciwko cylicyjskim piratom Diodotosa Tryfona.




Wreszcie w roku 138 p.n.e. następca Demetriusza Nikatora - Antioch VII Sidates wyprawił się do Cylicji i zdobył twierdzę Koraksejon (w jej obronie zapewne - bo co do tego nie ma pewności - zginął Diodotos Tryfon), jednak wcale nie poprawiło to położenia helleńskich polis na wybrzeżach Morza Egejskiego i Śródziemnego. Wręcz przeciwnie, wydawało się jakoby ataki piratów nawet się zwielokrotniły, gdyż teraz potworzyli oni szereg mini państewek, zarządzanych przez lokalnych watażków. Rzymianie zaś (po stłumieniu buntu Aristonika w Pergamonie w roku 130 p.n.e. który wybuchł gdy ostatni król Pergamonu - Attalos III w roku 133 p.n.e. zapisał swój kraj w testamencie Ludowi Rzymskiemu, wówczas to Aristonik - który podawał się za jego syna - zorganizował powstanie i stworzył na terenie zachodniej Anatolii swoje państwo, w którym wyzwalani masowo niewolnicy stanowili istotną część jego żołnierzy i poddanych) tak naprawdę przestali interesować się wschodnimi rubieżami Morza Śródziemnego, czego dowodem był fakt, że kompletnie zaniedbali rozbudowę i modernizację okrętów. Można wręcz powiedzieć że przez długi czas po roku 130 p.n.e. Rzymianie uznali, że flota wojenna przestała im już być potrzebna, nie było bowiem wielkich potęg które mogłyby rzucić wezwanie Rzymowi na morzu, a piraci byli niczym komary, kąsali, ale nie wyrządzali wielkich szkód, a poza tym dostarczali stałą liczbę nowych niewolników - która zasilała latyfundia nobilitas w Italii. Dopiero w ostatniej dekadzie II wieku p.n.e. zaczęto ponownie umacniać flotę, a było to właśnie związane z potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa we wschodnich rubieżach Morza Śródziemnego. Gdy w 105 r. p.n.e. piraci zaatakowali miasteczko Figalię w południowej Joni, niszcząc nawet (co zdarzało im się dosyć często, jako że największe skarby chowano w świątyniach) tamtejszą świątynię Artemidy Munichii i uprowadzili ze sobą zarówno ludzi wolnych jak i niewolników. Następnie ci sami piraci skierowali się przeciwko bogatemu miastu Efez, a wówczas z pomocą Efezejczykom przyszli mieszkańcy wyspy Astypalaia, którzy połączyli swoją flotę z flotą Efezu i rozbili piratów w bitwie morskiej. Schwytanych piratów uprowadzono na Astypalaję, gdzie okrutnie ich uśmiercano, natomiast ludność którą oni wcześniej wzięli w niewolę, uwolniono i opiekowano się nimi, przyjmując do swych domów i "zapewniając wszystko, co jest potrzebne do codziennego życia". W tym samym 105 r. p.n.e. Astypalaya (malutka wysepka na Morzu Egejskim) zawarła sojusz obronny z Rzymem, co również spowodowało że Rzymianie musieli wyłożyć pieniądze na odbudowę swej floty wojennej.




Na Wschodzie ataki piratów były tak częste, że w roku 103 p.n.e. rzymski namiestnik Macedonii - Gajusz Memmiusz zarządził specjalny podatek właśnie w celu ostatecznego rozprawienia się z piractwem. Ludzie chętnie się zrzucali i to nie tylko dlatego że był to obowiązkowy podatek, ale również dlatego, że cel był szczytny - bezpieczeństwo na wodach i uwolnienie się od ciągłego strachu atakiem morskich rozbójników. Tyle że... szybko okazało się że owe pieniądze gdzieś przepadły. Nie był to pierwszy taki przypadek jeśli chodzi o rzymskich namiestników, którzy pod różnymi pozorami starali się zapełnić swoją prywatną kabzę. Również w roku 106 p.n.e. konsul Kwintus Serwiliusz Cepion zdobył skarby pokonanego celtyckiego plemienia Tektosagów, które jednak dziwnym trafem zaginęły podczas transportu drugą lądową do Massalii (Marsylii). Senat zajął się tą sprawą (jak również sprawą Memmiusza) dopiero w roku 103 p.n.e. (Memmiusz oskarżał o nieprawidłowości przede wszystkim swego sekretarza Aristoklesa z Mesenii, choć Senat do końca nie dał temu wiary i w roku 102 p.n.e. został on odwołany z funkcji namiestnika Macedonii. Natomiast śledztwo w sprawie Cepiona nie jest do końca znane jeśli chodzi o werdykt, wiadomo tylko że żołnierze eskortujący złoto z Tolosy (Tuluzy) do Massalii zostali potajemnie zabici i wówczas Cepion miał przywłaszczyć sobie ten majątek - taki był akt oskarżenia). Tak więc wyprawa przeciwko piratom w roku 103 p.n.e. nie doszła do skutku. Część zrabowanych pieniędzy z podatku Memmiusza jednak odnaleziono i posłużyły one jako środki do sfinansowania kolejnej kampanii przeciwko piratom w roku 102 p.n.e. na której czele stanął Marek Antoniusz Retor (dziadek późniejszego triumwira). Ów propretor wylosował w zarząd prowincję Cylicję (a raczej tę jej część, która była wówczas pod zarządem Rzymu - Cylicję Pedias) i pośpieszył z Rzymu z nową flotą płynąc przez Grecję (Istm Koryncki). Nie śpieszyło mu się jednak zbytnio, gdyż w Atenach znalazł czas na dysputy filozoficzne z tamtejszymi wykładowcami Akademii i dopiero po ich zakończeniu ruszył dalej w drogę (w Atenach stał bowiem wcześniej inny rzymski wódz - Hirrus z częścią floty, a Antoniusz Retor tam się z nim połączył). Jeszcze w Atenach przybyły posiłki z Rodos, a w Side (głównym porcie rzymskiej Cylicji) dotarły okręty z Bizantion. Następnie rozpoczęto rajd po wybrzeżach Cylicji i Pamfili niszcząc lokalne bazy piratów, doszło nawet do jakiejś bitwy morskiej zakończonej zwycięstwem Rzymian i wspierających ich Greków (Cyceron twierdził, że w tej bitwie zginął brat jego babki, przyjaciel Antoniusza Retora - prefekt Marek Gratidius). Kampania ta zakończyła się sukcesem, pozbawiono piratów ich dotychczasowych siedzib i doprowadzono do chwilowego wytchnienia mieszkańców wysp i wybrzeży Anatolii, Hellady oraz Syrii. Problem tylko polegał na tym, że były to działania lokalne, które nie służyły systemowej likwidacji piractwa. Tak więc (co było naturalne) wkrótce po odpłynięciu Rzymian piractwo na tych wodach ponownie się odrodziło.




Marek Antoniusz Retor (który po powrocie do Rzymu w roku 101 p.n.e. odbył wspaniały triumf za zwycięstwo nad piratami), pełnił w Cylicji władzę propretorską (w niektórych źródłach można przeczytać prokonsularną, chociaż był pretorem w roku 103 p.n.e. a nie konsulem), choć kraina oficjalnie nie była rzymską prowincją (mam tutaj oczywiście na myśli wschodnią Cylicję). Jednak z powodu braku jakiegokolwiek sprzeciwu lokalnej ludności (a być może nawet za jej przyzwoleniem) automatycznie po tym roku stała się rzymską prowincją (chociaż oficjalny dokument w tej kwestii wydano dopiero za konsulatu Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e.). Za konsulatu Gajusza Mariusza i Lucjusza Waleriusza Flakusa Senat sporządził dokument "Lex de provinciis pretoriis" ("Prawo o prowincjach pretorskich") w którym jasno zadeklarowano że Cylicja jest prowincją pretorską, podległą rzymskiemu namiestnikowi Macedonii. W ustawie tej zadeklarowano również że konsulowie mają obowiązek wywierać presję na okolicznych władcach: "królu władającym wyspą Cypr, królu (...) Aleksandrii i Egipcie (...) panującego w Kyrene i do królów władających w Syrii (...) przyjaźń i przymierze (...), aby stwierdzić, że i oni powinni baczyć, by (...) pirat (...) ich królestwa (...) i że zadbają o to (...) że lud rzymski..." (większość tekstu mocno uszkodzona). Innymi słowy rzymscy konsulowie mieli mobilizować okolicznych królów do działań przeciwko piratom cylicyjskim i ochrony wybrzeży morskich wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Rzymianie jednak wkrótce potem zajęli się innymi sprawami, a okoliczni królowie dbali o bezpieczeństwo lokalnej ludności tylko wówczas, gdy było to zgodne z ich własnym interesem, tak więc piractwo na wodach cylicyjskich, na Morzu Egejskim i sporych obszarach Morza Śródziemnego szybko ponownie rozkwitło (tym bardziej że wkrótce potem sami Rzymianie zaczęli wspierać, a nawet dołączać do piratów, szczególnie gdy wybuchła wojna domowa i trwały walki pomiędzy optymatami i popularami, pokonana strona często musiała uciekać i również znajdowała schronienie w krainach rządzonych przez piratów). Co prawda Lucjusz Licyniusz Murena w roku 84 p.n.e. (pretor roku 88, wyznaczony rzymskim dowódcą w Azji właśnie w 84 r. p.n.e.) planował kolejną ekspedycję przeciwko piratom, złożoną z flot prowincjonalnych greckich miast Azji i wyznaczył nawet legata Aulusa Terencjusza Warrona na dowódcę tej eskadry, ale ostatecznie do jej utworzenia nie doszło (chociaż oczywiście pieniądze w podatkach na ten cel zostały przez Rzymian wymuszone, a co się potem z nimi stało? bogowie raczą wiedzieć 🥴).


ZANICETUS
("Zeus z Olimpu")



Wedle przekazu Plutarcha w tym czasie wodzowie piratów na swoich wyspach i zatokach (głównie w Cylicji) żyli niczym orientalni królowie. Ich skarbce były pełne złota i kosztowności, tworzyli swoje własne pirackie dwory, a także zakładali własne haremy z porwanych przez siebie kobiet. Jeśli uznamy że złoty wiek piractwa przypada na drugą połowę XVII i początek wieku XVIII, to jest to według mnie błąd, gdyż nie bierzemy pod uwagę właśnie tego okresu historii piratów - II i I wieku p.n.e. gdzie żyli oni niczym wschodni królowie. Doszło do tego, że bezkarnie nałożyli oni kontrybucję na 400 helleńskich miast Anatolii, Hellady i Syrii, bezkarnie łupili oni świątynie (co było jawnym świętokradztwem), a także porywali rzymskich obywateli (pojmano nawet dla okupu dwóch pretorów z liktorami na morskich szlakach Italii na Morzu Tyrreńskim). Wydaje się że właśnie ten ostatni atak skłonił wreszcie Rzymian do ponownego działania w kwestii likwidacji piractwa. Porwanie dwóch pretorów było tym języczkiem u wagi, która przeciążyła szalę i w roku 78 p.n.e. prokonsul Publiusz Serwiliusz Vatia został wyznaczony przez Senat na dowódcę floty, która miała zakończyć wszechwładzę piratów we wschodnich obszarach Morza Śródziemnego. Na tę wyprawę przeznaczono ogromne środki, wystawiono nową flotę, gdyż porwanie pretorów było jawnym policzkiem wymierzonym Rzymskiej Republice. Rzym nie mógł tego zbagatelizować, gdyż straciłby poważanie, dlatego też podjęto owe działania. Najpotężniejszym piratem w owym czasie był niejaki Zanicetus, który posiadał własną górską twierdzę piracką w pobliżu pasma gór Taurus, skąd widać było ponoć całą Licję, Pamfilię i Pizydię. Urządził się tam jak król, otoczony złotem, kobietami i licznymi piratami, którzy w nim właśnie widzieli swego wodza i okazję do szybkiego wzbogacenia się. Twierdzę swą nazwał Olimp (jako że była wykuta w skale, wysoko w nadmorskich górach), a sam siebie nazywał Zeusem. To właśnie tam najpierw skierował się Serwiliusz Vatia (tym bardziej że to właśnie ludzie Zanicetusa porwali owych pretorów). Doszło do bitwy morskiej, która zakończyła się zniszczeniem pirackiej floty, a następnie atakiem na twierdzę Olimp, która została zdobyta a Zanicetus spłonął wraz ze swymi ludźmi w zamkniętej komnacie (77 r. p.n.e.). Wojna z piratami jednak trwała dalej i tak w roku 76 p.n.e. Serwiliusz Vatia zdobył miasta Attalis i Korykos będące również siedzibami piractwa (nieopodal miasta Korykos leżącego na przylądku korykijskim w Cylicji Trachejskiej {zachodniej} znajduje się jaskinia w której ponoć rósł najlepszy krokus. Strabon pisał: "Jest to wielka okrągła jama, ze skalistym grzbietem położonym dookoła (...) Schodząc w dół, dociera się do podłogi, która jest nierówna i w większości skalista, ale pełna drzew krzewiastych, zarówno wiecznie zielonych, jak i tych, które są uprawiane. A wśród tych drzew rozsiane są również działki ziemi, które rodzą krokusy". W owej jaskini płynęła również rzeka o niezwykle czystej i jasnej toni, którą zwano Picrum Hydor {"Gorzka Woda"}. Nieopodal Korykos znajduje się wyspa Elaeussa, którą Rzymianie ofiarowali jednemu z wodzów Mitrydatesa VI Eupatora - Archelaosowi, który przeszedł na ich stronę po I wojnie z Pontem (89-85 p.n.e.). On również udzielił Serwiliuszowi Vatii wsparcia w walce z piratami z Korykos.




Cała Cylicja Trachea była naturalnie przystosowana do działalności pirackiej, a do ze względu na liczne zatoki (i tajne zakątki, gdzie można było się schować) oraz wysokie góry, za którymi swoje siedziby miały liczne plemiona posiadające spore pola uprawne. Były tam również liczne lasy, z których pochodziło drewno na budowę pirackich okrętów. Graniczną rzeką pomiędzy Cylicją Trachea a Cylicją Pedias była Larus. Głównym portem Cylicji Pedias (czyli tej oficjalnie rzymskiej, choć realnie Rzymianie przejmą tę prowincję dopiero w roku 64 p.n.e. wcześniej polegając na lokalnych watażkach, mających swoje własne oddziały wojskowe, które mogły zapewnić bezpieczeństwo w regionie, natomiast rzymscy prokuratorzy często byli wysłani bez wystarczającej liczby wojska, dlatego też utrzymanie tej prowincji we władzy lokalnych "książąt" było na rękę Rzymowi). Głównym portem tej krainy było miasto Soli (które notabene było jednak słabo zaludnione). Na północny-wschód od Soli znajdowało się piękne miasteczko Achialos (Anchialé) gdzie ponoć znajdował się grób Sardanapala (jest to literacka, grecka nazwa asyryjskiego władcy Aszurbanipala, który ponoć miał spłonąć w swym pałacu w chwili zdobycia go przez Chaldeczyków i Medów. Przynajmniej tak to zostało przedstawione w literaturze i sztuce, ale tak naprawdę Aszurbanipal nie zginął w ten sposób, a dopiero jego następca Szin-szariszkun - ostatni władca Asyrii władający z Niniwy, który spłonął w swym pałacu wraz z dworem i haremem po zdobyciu miasta przed Chaldejczyków pod wodzą księcia Nabuchodonozora - tartana armii babilońskiej i syna króla Nabopolasara w 612 r. p.n.e.). W owym miasteczku znajdować się miała również inskrypcja króla Sardanapala, która brzmiała: "Dobrze wiedząc, że jesteś z natury śmiertelny, wyolbrzymiaj pragnienia swego serca, rozkoszując się uciechami; nie ma dla ciebie żadnej przyjemności po śmierci. Bo ja również jestem prochem, chociaż panowałem nad wielkim Ninusem. Moje jest całe jedzenie, które zjadłem, i moje swobodne odpusty, i rozkosze miłości, którymi się cieszyłem; ale te liczne błogosławieństwa zostały w tyle. Dla śmiertelnych ludzi jest to mądra rada, jak żyć". Po rozprawieniu się z piratami miast Cylicji Trachea, w roku 75 p.n.e. Serwiliusz Vatia ruszył na wschód, przekroczył góry Taurus i rozpoczął kampanię przeciwko plemieniu Izaurów wspierającemu piratów, a po ich pokonaniu uznał kampanię za zakończoną i wrócił do Rzymu, gdzie jeszcze w tym samym roku odbył triumf. Nie był to jednak koniec piratów w tym regionie Morza Śródziemnego, a nawet doszło do tego, że na ich czele stanęła kobieta, córka byłego pirackiego wodza pokonanego przez Vatię, Ksenofanesa - Aba, która dodatkowo weszła do rodziny kapłanów Zeusa z Olbii zwanych Teukrami (kapłaństwo to było dziedziczne i wywodziło się ponoć od Ajasa, syna Teukra który założył tę świątynię), dzięki temu zdobyła prawne zabezpieczenie swojej pozycji, a dzięki działalności pirackiej zyskała wielki majątek. Nieoficjalnie była królową mórz, oficjalnie małżonką kapłana z Olbii, a gdy w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz został jednym z triumwirów i otrzymał w zarząd wschodnie prowincje Imperium Rzymskiego, Aba podporządkowała się jemu i Kleopatrze egipskiej.




 ANTONIUSZ I KLEOPATRA NAD NILEM 



Ponieważ jednak nie zaprzestała swego procederu, została usunięta (ok. 35 r. p.n.e.) ale władza nad Olbią i ziemiami które kontrolowała jako "królowa piratów" - pozostała w ręku jej potomków. Przejdźmy teraz jednak do działań kierowanych przeciwko piratom przez ojca owego triumwira Marka Antoniusza, Marka Antoniusza starszego (zwanego też potem "Kreteńskim").


ABA z OLBII
(Niekoronowana królowa piratów)


 
CDN.

02 września 2026

MEMORIAM - Cz. XXIV

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IX






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. IV



 Po uzyskaniu upragnionej prowincji Cylicji (upragnionej tylko i wyłącznie z powodu chęci objęcia dowództwa w wojnie z Pontem, nie zaś ze względu na bogactwa owej prowincji, której ona nie posiadała), Lucjusz Licyniusz Lukullus przystąpił czym prędzej do formowania legionu z którym wyruszy na Wschód, na wojnę z Mitrydatesem Eupatorem. A w tym czasie (symultanicznie) toczyły się inne wojny. O hiszpańskiej wojnie prowadzonej przez mariańczyka (który stał się prawdziwym, acz samozwańczym "królem Hiszpanii") Kwintusa Sertoriusza z rzymskimi wodzami: Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem (przezwisko "Pobożny" uzyskał on nie ze względu na swoją gorliwość religijną, a z powodu miłości ojcowskiej i starań, jakie przedsięwziął w sprawie powrotu swego ojca z wygnania, na które ten został skazany decyzją Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e. Metellus przez dwa lata pisał petycje i błagał o pozwolenie na powrót swego ojca do Rzymu, co ostatecznie zakończyło się sukcesem w roku 98 p.n.e. a od tej chwili otrzymał on przydomek "Pobożny") i Gnejuszem Pompejuszem (obaj byli przeciwnikami Mariusza, obaj też walczyli w armii Korneliusza Sulli, nic więc dziwnego że pałali niechęcią do mariańczyka jakim był Sertoriusz) i o ich walkach w Hiszpanii pisałem już w poprzednich częściach tej serii, warto jednak dodać jeszcze parę słów na temat samego Kwintusa Sertoriusza, a szczególnie powiedzieć coś na temat jego życia prywatnego i tego, jakim był człowiekiem.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że Sertoriusz był człowiekiem niezwykle pobożnym, lub też raczej zabobonnym. Będąc jednocześnie wykształconym i znając język grecki, znał również pisma Eratostenesa (greckiego geografa i matematyka, działającego głównie w Aleksandrii i żyjącego w III wieku p.n.e.), który kierując się wyznaczoną przez siebie datą upadku Troi (którą obliczył - przykładając tutaj naszą rachubę czasu - na 1183 r. p.n.e.), stwierdził że koniec świata nastąpi w 1000 lat po upadku Troi, (czyli lekko licząc wypadałby to rok 183 p.n.e.). Owszem, wówczas doszło do śmierci dwóch wybitnych wodzów i polityków: Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego - pogromcy Hannibala spod Zamy, oraz właśnie samego Hannibala, ale poza tym nic więcej się nie wydarzyło, świat się nie skończył (co prawda w tymże roku było kilka ciekawych znaków, zwiastujących nadejście czasów ostatecznych, aczkolwiek nic takiego wielkiego się nie wydarzyło. Wiosną tego roku wybuchła ogromna burza wraz z wichurą, która zniszczyła kilka świątyń i budynków prywatnych w Rzymie; zwaliła brązowe posągi w Świątyni Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, zniszczyła drzwi świątyni Luny na Awentynie - roztrzaskując je o ściany świątyni Cerery, zniszczyła również posągi wraz z postumentami w Cyrku Wielkim oraz zniszczyła dachy w kilku innych świątyniach Rzymu - ta nawałnica mocno przeraziła Rzymian i spodziewano się w niej właśnie oznak końca czasów. Zaś z końcem tego roku twierdzono że w świątyni Concordii przez dwa dni padał krwawy deszcz, a w pobliżu Sycylii miała wyłonić się z morskich odmętów nowa wysepka. Zorganizowano więc publiczne moduły o wstawiennictwo do bogów). 




W tym momencie wielu Rzymian (oczywiście tylko tych znających język grecki, bo cała pozostała masa rzymskich obywateli w ogóle się tym nie przejmowała, bo o tym nawet nie wiedziała, chociaż złowróżbne znaki były oczywiście zapowiedzią boskiej kary i dlatego składano masowo krwawe ofiary ze zwierząt na ołtarzach rzymskich świątyń, ale nie interpretowano przyszłej zagłady Rzymu w kategoriach dziejów Troi) zaczęło się zastanawiać czy to właśnie Eratostenes popełnił błąd w obliczeniach, czy też Sybilla (a raczej jej księgi), która również wyznaczyła koniec świata na tenże rok, wprowadziła ich w błąd? Ani jedna, ani druga opcja nie mogła zostać przyjęta, gdyż rzymska rachuba liczenia lat "od założenia miasta" pochodziła właśnie z obliczeń Eratostenesa, tak więc jeśliby uznano że popełnił błąd, należało również odrzucić ową rachubę. Więc może to Sybilla? Ale nie, to też nie wchodziło w grę, ona przecież nigdy nie oszukała dumnych synów grodu wilczycy. Uznano więc że źle zinterpretowano lata, które wyznaczył Eratostenes i wiek eratostenesowych lat to nie było 100 a 110 lat. Kierując się tą datą, uznano że Rzym został założony w 440 lat od chwili rozpoczęcia wojny trojańskiej (1193-440=753), a to oznacza że koniec świata nastąpi nie w tysiąc, a w 1100 lat po upadku Troi (rok ten zaś przypadał na 83 r. p.n.e.) i wówczas to właśnie - opierając się tą rachubą czasu - i przewidując upadek znanego świata (rzymskiego świata), Kwintus Sertoriusz (wraz z kilkunastoma towarzyszami) wypłynął daleko na morze, aż za "Słupy Herkulesa" (czyli Cieśninę Gibraltarską) kierując się ku "Wyspom Szczęśliwym", które według przepowiedni obiecać miał Jowisz wybrańcom wieku żelaza (Sertoriusz dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za owe "Wyspy Szczęśliwe", jako że klimat tam był ciepły, roślinność bujna - niczym w raju - a poza tym udało mu się pochwycić białą łanię lernejską - symbol bogini Diany, greckiej Artemidy). Do podróży owej dojść musiało właśnie w roku 671 od założenia Miasta (czyli w 83 r. p.n.e.), ale ponieważ była to podróż odkrywcza, a podróżnicy nie byli przygotowani na to, żeby od razu osiąść na owych wyspach, postanowiono powrócić tam wraz z zapasami, ekwipunkiem i resztą tych, którzy chcieli ocaleć z pogromu końca świata.




Tylko że do powrotu już nigdy nie doszło, jako że minął rok 671 od założenia Miasta (83 p.n.e.), a zapowiadany przez Eratostenesa i Sybillę koniec świata ponownie nie nastąpił. Zresztą Sertoriusz (z początkiem 82 r. p.n.e.) otrzymał namiestnictwo Hiszpanii (nastąpiło to jeszcze przed usunięciem reżimu popularów przez przybywającego ze Wschodu Korneliusza Sullę po zakończeniu I wojny z Mitrydatesem Eupatorem, który zdobył Rzym i krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, wprowadzając optymatyczny {a dziś byśmy nazwali go raczej konserwatywnym} reżim), potem zajęty był Sertoriusz walkami w północno-zachodniej Afryce (dzisiejsze Maroko), a ostatecznie (od roku 80 p.n.e.) rzucił wyzwanie reżimowi Sulli i wypowiedział posłuszeństwo Rzymowi. Warto oczywiście od razu zaznaczyć (gwoli uporządkowania wiedzy), że wydarzenia (roku 83 p.n.e.) związane właśnie z przepowiednią końca świata (oraz późniejszego zdobycia Rzymu przez Sullę w 82 r. p.n.e.) są traktowane jako pierwszy - wymieniony w tytule - cios, zadany rzymskiej Republice. Drugi cios (miał miejsce w roku 73 p.n.e.) związany był z wybuchem powstania Spartakusa, co było efektem uniewinnienia westalek (o czym już wcześniej wspominałem, ale pozwolę sobie jeszcze dokładniej to streścić), podejrzanych o złamanie ślubów czystości złożonych bogini Wescie. Trzeci zaś (w roku 63 p.n.e.) gdy doszło do zamachu stanu Lucjusza Sergiusza Katyliny, stłumionego następnie przez Cycerona (notabene niektórzy historycy uważają, że niechęć - a nawet nienawiść - Marka Antoniusza do Marka Tullusza Cycerona wzięła się stąd, że jego wuj - Gajusz Antoniusz Hybryda {konsul roku 63 p.n.e.} który pomógł Cyceronowi w stłumieniuwłaśnie Katyliny i z tego powodu otrzymał przy jego poparciu zarząd nad prowincją Macedonią, został z niej usunięty właśnie na wniosek Cycerona już w roku 60 p.n.e. Antoniusz uważał bowiem że Cyceron okazał się oszustem i że celowo pozbawił namiestnictwa jego wuja. W rzeczywistości jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że Antoniusz Hybryda został po prostu usunięty stamtąd ze względu na swoje zdzierstwa i bezwzględne łupienie podatkami mieszkańców owej prowincji). Tak oto nawiedziły Rzym owe trzy ciosy, które umieściłem w podtytule owej serii.

Wracając zaś do Sertoriusza, należy od razu dodać, że prywatnie był to prawdziwy... maminsynek. Jego miłość do matki była tak wielka, że gdy dostał wiadomość o jej śmierci - będąc już w Hiszpanii (a było to zapewne jakiś czas po 82 r. p.n.e.) to przez tydzień nie wychodził ze swego namiotu, cały czas ją opłakując. Pozostał by tam dłużej, ale jego żołnierze zmusili go do działań i zakończenia stanu wewnętrznej i zewnętrznej apatii. Po utracie matki przerzucił się na wiarę w opatrzność bogini Diany, której symbolem stała się biała łania lernejska, sprowadzona z "Wysp Szczęśliwych" i ona dodawała mu nie tylko otuchy, ale przede wszystkim ogromnej wiary w zwycięstwo. I rzeczywiście, kierując się tą wiarą (i zamykając się na długie godziny w jednym pokoju ze swą łanią, długo z nią rozmawiając oraz nasłuchując, co bogini przez owe zwierzę ma mu do przekazania) Sertoriusz był nie do pokonania przez prawie 8 lat zmagań wojennych. Bowiem zapał i ogromna wiara w opatrzność bogini udzielała się też jego hiszpańsko-rzymskiemu wojsku, a niestety walka z fanatykami często jest bardzo trudna, a wręcz niemożliwa do wygrania, jeśli druga strona również nie będzie fanatycznie przekonana o swoich celach i ostatecznym zwycięstwie (przykładem niech będą niesamowite wręcz zwycięstwa Arabów, prowadzonych przez Mahometa i jego następców w walkach z Rzymiano-Bizantyjczykami i Persami, czyli armiami które miały wielowiekowe tradycje, a były znoszone z pola niczym zboże latem. Armie koczowników rozbijały tamte wojska, kierując się właśnie niespożytą wiarą w życie pozagrobowe w Raju, u boku Allaha). I rzeczywiście, Sertoriusz pozostał niepokonany aż do swej śmierci. A zginął w wyniku zdrady, podstępnie zamordowany przez człowieka, który chciał zająć jego miejsce, a który nie miał ani jego charyzmy, ani jego wiary, ani jego autorytetu. Gdy więc tylko objął dowództwo nad pozostałościami armii Sertoriusza, Pompejusz nie miał już większych problemów z zakończeniem tego buntu (72 r. p.n.e.).




Tak więc (według Plutarcha - bo tylko on podaje imię matki Sertoriusza) miała ona zwać się Rhea (Reja) i pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej, zapewne (choć nie ma tutaj żadnej pewności) o korzeniach etruskich (jej imię zostało bowiem podane w różnych formach np. Rhaia lub Rahia). Sertoriusz w młodym wieku stracił ojca i tak naprawdę nigdy go nie znał, całe życie zaś wychowywała go matka (Plutarch przedstawia ją jako nową Kornelię, matkę braci Grakchów, która poświęciła swoje życie aby wychować synów na dobrych Rzymian, poświęcając przy tym swoje szczęście osobiste). Oczywiście nie ma żadnej informacji na temat tego, czy Reja ponownie wyszła za mąż, ale sugestia Plutarcha o tym, że poświęciła się wychowaniu syna, świadczy że prawdopodobnie nie. (Plutarch pisze też że) Sertoriusz po powrocie z "Wysp Szczęśliwych" (i potem, gdy był już w Hiszpanii) zawsze pragną wrócić do Rzymu, a jego jedynym celem powrotu była właśnie miłość do matki (rola matek od czasów Koriolana, poprzez właśnie braci Grakchów, po Sertoriusza, Nerona i Aleksandra Sewera, była niezwykle istotna w dziejach Rzymu). Niemiecki historyk - Theodor Mommsen (jeden z najsłynniejszych dziejopisów historii starożytnego Rzymu) tak oto pisał o Sertoriuszu: "Ten wspaniały człowiek, (...) miał naturę łagodną, a nawet czułą, czego dowodem jest jego niemal marzycielska miłość do matki Rei". Matka jednak nie była jedyną kobietą w życiu Sertoriusza, drugą była jego hiszpańska żona (informacje o niej - choć bez imienia, a także o zrodzonym z niej synu, poda jedynie Waleriusz Maximus). Jeśli istniała (a wydaje się że nie należy w to wątpić), to była możną kobietą z jednego z kluczowych hiszpańskich plemion (w przeciwnym razie Sertoriusz nie miałby powodu aby się z nią żenić). Jeżeli bowiem uznamy że dla Hiszpanów Sertoriusz był strategiem-autokratą - a takim samym tytułem określani byli dawni kartagińscy wodzowie, sprawujący kontrolę nad Hiszpanią, m.in.: Hazdrubal, Hamilkar Barkas, czy Hannibal Barkas, to od razu trzeba sobie uświadomić że oni wszyscy również poślubili dobrze urodzone kobiety, wywodzące się z różnych plemion iberyjskich. Wydaje się więc że poślubiając Hiszpankę, Sertoriusz szedł w ślady kartagińskich wodzów, tym samym wtapiając się w lokalne środowisko i stając się jego częścią. 




Należy bowiem dodać, że to, co uczynił w Hiszpanii Sertoriusz, było przełomowym aktem w kwestii romanizacji Hiszpanii i tworzenia jednego społeczeństwa spośród ludów zamieszkujących ówczesne Imperium. Szczególnie na polu edukacji poczynił on niesamowity postęp, który długo jeszcze nie został powtórzony. W każdym razie celem Sertoriusza było stworzenie wspólnego rzymsko-hiszpańskiego państwa, w którym nie będzie lepszych i gorszych (oczywiście mam tutaj na myśli narodowości, natomiast różnice majątkowe i stanowe oczywiście nadal istniały, byli też niewolnicy. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, a jedynie przestano uznawać Hiszpanów za ludność podległą). Żeby to sobie uświadomić, warto wyjaśnić jak działał rzymski system sprawowania władzy w prowincjach. Otóż na czele prowincji stał prokonsul lub propretor, który wylosował, lub też uzyskał (przykład Lukullusa - o którym pisałem w poprzedniej części) daną prowincję. Taki namiestnik był na prowincji "panem i Bogiem" życia i mienia mieszkańców tamtych ziem. Od niego zależał pobór podatków, on wyznaczał ich skalę i liczbę (często bywało tak, że w ciągu roku pobierano podatki kilka, a nawet kilkanaście razy, gdyż pierwsze podatki musiały zasilić kabzę namiestnika i jego otoczenia, a dopiero następne szły do Rzymu. Oczywiście kto nie mógł zapłacić podatków był brutalnie prześladowany, więziony, a nawet uśmiercany). Dlatego bogate prowincje były szczególnie łakomym kąskiem dla kończących urząd polityków rzymskich, którzy w czasie wyborów często się zadłużali, a zdobycie intratnej prowincji, to było jak skok do basenu pełnego krystalicznie czystej wody na środku pustyni. Innymi słowy ci, którzy w Rzymie utracili rodowe majątki lub też zadłużyli się po uszy, uzyskawszy taką prowincję wracali ponownie jako bogacze (nie wszystkim to się podobało. Ostro zwalczał tego typu praktyki Cyceron- co pokazałem chociażby na przykładzie Antoniusza Hybrydy - wuja Marka Antoniusza. Natomiast z chwilą ugruntowania się pryncypatu i przejęcia władzy przez Oktawiana Augusta oraz jego następców, stopień łupienia prowincji przez namiestników uległ znacznemu zahamowaniu. Przykład cesarza Tyberiusza jest tutaj dosyć wymowny, bo istnieje taka anegdota, która mówi że jeden z namiestników prowincji wysłał pewnego razu do Rzymu znaczne kwoty, sądząc że tym samym uzyska cesarską akceptację ze względu na swoje dokonania. Cesarz jednak zdjął go ze stanowiska, mówiąc przy tym: "Owce należy strzyc, a nie obdzierać ze skóry").




Namiestnik do pomocy w zbieraniu podatków i przeprowadzaniu audytów miał przy sobie kwestora (który również był zastępcą namiestnika na prowincji). Poza tym jego "dwór" składał się również z trybunów wojskowych, legatów, specjalistów cywilnych, oraz służby - która była niezbędna, aby umilić życie przedstawicielowi grupy społecznej nierobów nobilitas (potem również ekwitów, czyli rzymskiej klasy średniej). Rolę sądu najwyższego na prowincji pełniła rada sędziów, wybierana spośród ludzi mianowanych na to stanowisko przez namiestnika, a składających się z kwestora, legatów, trybunów wojskowych i kohorty "przyjaciół" ("amicorum"). Oczywiście rzymskie władze centralne (które rezydowały w największym lub najważniejszym mieście danej prowincji), nie mogły się zajmować wszystkim (zresztą było to niemożliwe), dlatego też większość spraw scedowano na samorządy, złożone albo z przedstawicieli lokalnych miast, albo lokalnych plemion. Sertoriusz umocnił władzę lokalnych plemion, wprowadzając ich przedstawicieli do stworzonego przez siebie Senatu, złożonego zarówno z Rzymian jak i Hiszpanów (co było wówczas nieakceptowalne społecznie, trzeba bowiem podkreślić jak wielkie oburzenie wywołało w Rzymie wprowadzenie do Senatu przedstawicieli galijskiego plemienia Eduów przez Gajusza Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e.). Poza tym otworzył on szkoły dla dzieci z rodzin hiszpańskich (oczywiście były to rodziny możne, bo tylko takie wówczas się liczyły, ale jednak) umożliwiając im darmową naukę łaciny i greki i tym samym starając się skonsolidować swoje "hiszpańskie królestwo". Innymi innowacjami wprowadzonymi przez Sertoriusza było mianowanie dwóch kwestorów w miejsce jednego, dodanie stanowiska pretora sprawującego pieczę nad sądami, stworzenie nowej administracji hiszpańskiej w sytuacji ciągle trwającej wojny oraz ustanowienie nowego Senatu (w miejsce tego "legalnego", istniejącego w Rzymie).




Tak wyglądały sprawy hiszpańskie. Ale nim Lucjusz Lukullus zebrał legion (na czele którego pomaszerował na Wschód, przeciw Mitrydatesowi), warto też zobaczyć jakie postępy w walkach z piratami poczynił ojciec późniejszego triumwira Marka Antoniusza, noszący to samo imię. 




CDN.

24 sierpnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXIV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXIV



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII



RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. V



 Król Judy - Ozjasz postanowił ponownie wyprawić się (wcześniej taką wyprawę przeprowadził jego ojciec Amazjasz) przeciw Edomitom, których siedziby znajdowały się w południowo-wschodnich rejonach Palestyny, tuż nad granicą z Arabią. Namówił do takiej wspólnej wyprawy Jeroboama z Izraela i ten zgodził się wziąć w niej udział. Miał to być przykład braterstwa dawnej Monarchii Dawida i Salomona, coś na wzór ponownego zjednoczenia obu rozdartych części, i tak też się stało. Do wyprawy tej doszło ok. 763 r. p.n.e. i zakończyła się ona całkowitym sukcesem. Edomici zostali rozbici, ich stolica Soar spalona, wzięto tam też wielu jeńców. Była to pierwsza jaskółka odnowy Królestwa Judy, która od czasu klęski pod Bet-Szemesz w 784 r p.n.e. politycznie i militarnie istniała w cieniu Izraela. Zachęcony tym sukcesem Ozjasz (ok. 760 r. p.n.e.) przeprowadził wielką wyprawę na Ammonitów, których siedziby znajdowały się daleko na wschód za Morzem Araby (czyli za Morzem Słonym). Zdobył Rabbę (główne miasto Ammonitów) i zmusił ich do uznania swojej zwierzchności. Teraz, mając zabezpieczone granice na południu i na wschodzie swego Królestwa, mógł oficjalnie już przystąpić do konfrontacji z rosnącymi w siłę Filistynami. Według Biblii Ozjasz miał zdobyć filistyńskie miasto Gat, ale nie może to być prawdą, jako że pozostałości VIII-wiecznego miasta Gat, niosą na sobie zniszczenia z czasów znacznie późniejszych niż lata panowania Ozjasza (archeologiczna faza A-2) i są zbliżone do czasów panowania króla Asyrii - Sargona II, czyli końca VIII i początku VII wieku p.n.e. Jednak nawet jeśli Gat nie zostało wówczas zdobyte, to bez wątpienia Ozjasz odnosił sukcesy w walkach z Filistynami z tego miasta jak i z Aszkalonu i Jamnia. Bez wątpienia wpływ Filistynów na Judę został wówczas zahamowany i od tego to okresu możemy przyjąć realną dominację tego Królestwa na ziemiach Kraju Nadmorskiego (a z całą pewnością w Szefeli), a nie, jak próbuje nam to tłumaczyć Biblia, już w czasach Dawida i Salomona. Z pewnością to również Ozjasz zajął dla Judy port Ecjon-Gewer, dzięki temu Juda po raz pierwszy w swych dziejach miała dostęp do morza i nie musiała już polegać na dostawach płynących z Filistei. Król Ozjasz na nowo też ufortyfikował Jerozolimę, stworzył zawodową armię, która znacznie bardziej sprawdziła się w walkach niż wojsko z poboru. Dzięki uzyskaniu morskiego okna na świat jak również stworzeniu placówki handlowej w Kuntilet-Adżrud (na drodze wiodącej do Gazy i Egiptu), mieszkańcy Judei znacznie się wzbogacili, wzrosła też ich populacja. Odtąd jałowe ziemie obsadzano rolnikami, a w Gibea (miasto na północ od Jerozolimy) stworzono wspaniałe winnice, dzięki którym cały kraj zaopatrywano w wina i można było zaprzestać importowania win z Filistei. W Beer-Szeba (miasto na południu Judei, położone nad Słoną Doliną) stworzono ośrodek wyrobu płócien, którego towary wysyłano również do Egiptu. Wydaje się też że nastąpiło znaczne wyrównanie poziomu życia mieszkańców, gdyż na przykładzie wykopalisk z miasta Debir (dziś Tell Bejt-Mirsim), nie odnaleziono wielkich dysproporcji w majętności mieszkańców (dlatego sugeruje się że ludzi biednych praktycznie nie było, jako że kapłani już wówczas pomstowali na panujący wszędzie zbytek). Królestwo Judy rosło więc w siłę, a utrzymując pokój i dobre stosunki z Izraelem, mogło bogacić się i skierować swoją ekspansję w kierunku zachodnim (przeciw Filistynom) i wschodnim (przeciw Edomitom, Ammonitom i Moabitom).




W Samarii natomiast zmarł król Jeroboam (754 r. p.n.e.), a jego następcą został syn - Zachariasz. Od kilku lat na dworze Jeroboama w Samarii działał prorok Amos. Był to pierwszy z tzw. "proroków piszących" (jakkolwiek sam nie spisywał swych tekstów, a czynili to za niego inni). Było to mniej więcej w sto lat od czasu, gdy ostatni wielki prorok - Elizeusz napominał króla Achaba. Prorok Amos urodził się w wiosce Tekoa, położonej na wyżynie judzkiej, gdzie wypasał owce i hodował figi. Z czasem jednak przeniósł się do Północnego Królestwa (gdzie zapewne otrzymywał lepsze ceny za swoje towary, szczególnie za wełnę). Tam, w sanktuarium Jahwe w Betel objawił się jako Boży mędrzec i wkrótce potem król Jeroboam ściągnął go do Samarii. Tam oczywiście Amos (podobnie jak inni kapłani) krytykował odwracanie się Izraelitów od Boga i oddawanie czci pogańskim bożkom, ale przede wszystkim skupiał się na podstawie moralnej. W Księdze Amosa bowiem zapisane jest, iż Izraelczycy "Stali się twardzi i bezwzględni wobec ubogich i uciśnionych, zadawali się z prostytutkami w świątyni i nie dopuszczali do głosu tych, którzy wyrażali wolę Jahwe. Złamali tym samym przymierze, które Bóg zawarł z ich przodkami, nie unikną przeto kary, którą im przeznaczył. Jahwe zniszczy więc upodlone sanktuarium w Betel, a po Samarii nie zostanie nawet ślad, aby świadczyć o jej dawnym bogactwie". Amos głosił nadejście "Dnia Pańskiego", początek czasu lamentu i nieszczęść dla Izraela, a to dlatego że odrzucili oni Boga i hołdują pustym objawom religijności. Nic nie dadzą ofiary składane na ołtarzu Jahwe, nic nie dadzą modlitwy w upodlonych sanktuariach w Betel, czy w kraju Dan. Dzień Pański nadejdzie, a będzie on związany z lamentem, płaczem i nieszczęściem. Nastaną czasy ciemności i niewoli dla Izraela. Aby jednak tego uniknąć, musi nastąpić głęboka odnowa moralna i powrót do tradycji przodków. Związane to musi być z wyrzeczeniem się pogaństwa, zniszczeniem pogańskich świątyń i spaleniem pogańskich bożków. Jeśli to nie nastąpi i nie nastąpi szybko (bo Dnia Sądu nie można przecież odwlekać w nieskończoność) zamiast czasów doskonałej szczęśliwości, nadejdzie czas łez, upadku i śmierci - bowiem Jahwe zetrze na proch wszystkich swoich wrogów. Głoszenie tak apokaliptycznych wizji szybko spowodowało konflikt Amosa z kapłanem Świątyni w Betel - Amazjaszem, który kazał mu wynosić się ze Świątyni ("Przestań pleść bzdury i wynieś się ze świątyni w Betel"), na co jednak Amos miał mu odpowiedzieć: "Nie byłem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż byłem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Jahwe i rzekł do mnie Pan: "idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego". Amazjasz jednak nie chciał uwierzyć w to, że oto sam Jahwe zwrócił się do Amosa i ponownie kazał mu opuścić Świątynię. Wówczas Amos stwierdził że Bóg przemówił do niego i przepowiedział co spotka Amazjasza, a mianowicie że obcy żołnierze zgwałcą jego żonę, zabiją jego dzieci, jego ziemie zajmą a jego samego uprowadzą w niewolę, gdzie umrze w zgryzocie. Wówczas kapłan Amazjasz kazał wezwać straż, która strzegła Świątyni i polecił im wyrzucić Amosa siłą. Zabronił mu również wstępu do tego przybytku pod karą śmierci. Od tej pory Amos zaczął głosić swe apokaliptyczne wizje po całej okolicy, aż dowiedział się o tym król Jeroboam i ściągnął go do stolicy.




Jeroboam chciał się bowiem dowiedzieć, czy Amos jest prawdziwym prorokiem, czy też takim, który za ciepłą strawę i kąt do spania przepowie wszystko tak, jak życzy sobie tego ten, który pragnie uzyskać dobrą wróżbę. Według Izajasza fałszywi prorocy dodatkowo jeszcze upijali się i wymiotowali na stoły, a Mojżesz twierdził że prawdziwe proroctwo należy uznać za rzeczywiste dopiero wtedy, kiedy się wydarzy. Problem tylko polegał na tym, że proroctwa te często były tak daleko rozrzucone w czasie, że trudno było doczekać jego urzeczywistnienia się i dlatego właśnie Jeroboam pragnął sprawdzić czy wieśniak Amos rzeczywiście jest głosem samego Jahwe. Gdy zaś Amos zjawił się przed obliczem króla i ten go wysłuchał, doszedł do wniosku że ów prorok tak naprawdę nie tyle walczy z religią pogańską, ile dąży do odnowy moralnej Izraelitów, czyli jego poddanych. Wielokrotnie też Amos dawał do zrozumienia, że Jahwe nie jest bogiem li tylko Izraela czy Judy, a wszystkich ludów, natomiast bożki które czczą obce narody, "są niewarte marnego słowa". Prorok ten mówił również, że religia jest tylko mydleniem oczu jeśli nie związana jest z odnową moralną, a przede wszystkim z szacunkiem dla ubogich - co również podkreślał. Nic nie znaczą piękne formułki religijne, ani też ofiary, jakie składane są na ołtarzu Jahwe, jeśli człowiek w sercu ma kamień. Twierdził też że Królestwo Izraela czeka zagłada, a jego mieszkańców niewola i sromota jeśli nie odmienią się wewnętrznie. Mówił że nadejdzie potężny król z Północy z kraju Assura i weźmie wszystkich w niewolę, zniszczy miasta a ludność upokorzy, czyniąc z nich swoich niewolników. Te wszystkie zapowiedzi i zaklęcia wydawały się wówczas śmieszne, jako że Asyria w tamtym czasie to był kraj stojący na krawędzi wewnętrznego rozpadu, zaś Królestwo Izraela było bodajże najpotężniejszym państwem regionu. Słowa Amosa budziły jednak przerażenie, szczególnie gdy opowiadał o Dniu Sądu, który w wyobrażeniach Izraelitów miał być radosnym dniem dla wyznawców Jahwe - jedynych sprawiedliwych którzy wzięci zostaną do Nieba. Amos mówił że to wszystko bzdury, że gdy nadejdzie Dzień Sądu: "Pieśni dworskie zamienią się w lamenty, wszędzie mnóstwo trupów, na każdym miejscu rozrzucone ciała, smród i zgnilizna płonących miast i cisza, śmiertelna cisza". Amos jednak dodawał że Dom Dawidowy podniesiony zostanie z upadku dzięki "Reszcie Sprawiedliwych" i to dawało pewną nadzieję w ogromie tych apokaliptycznych wizji. Aby przybliżyć ten czas i ocalić ową Resztę Sprawiedliwych, ludzie zebrani wokół Amosa zaczęli tworzyć coś na kształt bractwa proroków (o którym on również mówił, a które wówczas nie istniało, chyba że miał na myśli ową sektę Rechabitów, ale jest to mało prawdopodobne). I to właśnie ludzie z tego kręgu i ich następcy spisali tzw. księgę Amosa.




Amos nie był jednak jedynym prorokiem w tamtym czasie. Innym wielkim prorokiem działającym w ostatnich latach panowania Jeroboama II był Ozeasz. On również krytykował uwielbienie Izraelitów dla obcych kultów i zwalczał je zdecydowanie bardziej niż Amos, twierdząc że los Izraela - jeśli nie powróci na drogę Bożej Prawości - jest już przesądzony i czeka go zagłada. Notabene ani Amos ani Ozeasz nie doczekali efektów swych przepowiedni (Ozeasz nauczał jako prorok mniej więcej dwadzieścia lat, Amos jeszcze krócej). Nie doczekali roku 722 p.n.e. gdy władca Asyrii Salmanasar V zdobył Samarię a mieszkańców wziął w niewolę, realnie niszcząc to Królestwo. Dwadzieścia lat później (701 r. p.n.e.) podobnie postąpił z Południowym Królestwem król Sannacheryb po zdobyciu Lachisz i wzięciu w niewolę tysięcy Judejczyków. Jedynie fakt że obroniła się wówczas Jerozolima nie doprowadził do takiej samej zagłady, jak stało się to z Królestwem Północnym, ale Judea była już od tej pory państwem całkowicie zależnym od Asyrii (notabene doprowadziło to do odrodzenia potęgi Filistynów, ale do tego jeszcze powrócę). W czasach jednak kiedy Amos i Ozeasz przepowiadali swe proroctwa, nic nie zapowiadało nadejścia takiej katastrofy. Ozeasz twierdził, że Pan kazał mu poślubić niewolnicę która pracowała jako prostytutka, o imieniu Gomer i spłodzić z nią trójkę dzieci, których imiona miały być przesłaniem dla Izraela. Tak bowiem jak Gomer, która otrzymała drugą szansę poślubiając Ozeasza, tak samo Izraelici - żyjący długo bez Boga: "Będą szukać Pana Boga swego (...) i z drżeniem pośpieszą do Pana, do Jego dóbr u kresu dni". Gomer zaś miała być przykładem upodlenia seksualnego, będącego częścią pogańskich religii kananejskich, fenickich czy syryjskich i jedynie małżeństwo z Ozeaszem uczyniło z niej na powrót kobietę, tak samo jak odrodzenie w Jahwe uczyni lud Izraela na powrót "Ludem Wybranym". W księdze Ozeasza jest dosyć dokładnie opisane (nawet miejscami zbyt dokładnie) postępowanie Gomer, zanim ta została żoną Ozeasza. Jest tam bowiem powiedziane że była ona wulgarna i krańcowo niemoralna, podobnie jak niemoralni są Izraelici oddający się kultom Baala, Asztarte czy innych obcych bóstw. Jeśli Izrael ma przetrwać, jeśli nie ma zostać zniszczony obcym najazdem a jego ludność uprowadzona do niewoli, to musi się odrodzić, odrzucając obce bożki, tak, jak odrodziła się Gomer pod wpływem Ozeasza. 

A czas płynie i Dzień Sądu się zbliża, gdy zaś nadejdzie, nie będzie już ani czasu na litość, ani też możliwości ucieczki, wszystkich spotka śmierć, głód, bieda i hańba niewoli (notabene upadek Samarii w 722 r. p.n.e. i upadek Lachisz w 701 r. p.n.e. mają wiele wspólnego z owymi przepowiedniami, bo rzeczywiście ludność została uprowadzona w niewolę, wcześniej część została wymordowana, a ci, którzy pozostali, żyli w hańbie i biedzie). Ale zwalczając wiarę w to, że to Baal jest panem ziemi i płodów rolnych (co było bardzo popularne wśród rolników w Izraelu, oddawać cześć Baalowi, jako typowo chtonicznemu bóstwu), Ozeasz niesie Izraelowi więcej nadziei niż Amos, twierdząc że Jahwe swój odnowiony lud wybrany uczyni panem całej Ziemi i od niego zależne będą inne narody świata. Nie znamy pochodzenia Ozeasza, ale zapewne należał on do kasty kapłańskiej (lewitów), chodź mocno ją krytykował i jak to jest zapisane w Księdze jego imienia: "Kapłanie (...) ty się potykasz we dnie i w nocy, a wraz z tobą potyka się prorok (...). Kapłani są podobni do zgrai zbójeckiej (...). Głupcem jest prorok, a mąż natchniony szaleje. Tak jest z powodu wielkiej winy twojej!" Ozeasz głosił więc, że to nie pod wpływem proroka czy też kapłana powinniśmy zmieniać swoje życie, tylko pod wpływem gorącej miłości do Jahwe. Wedle słów samego Jahwe (jakie miały objawić się Ozeaszowi) Izrael ma stać się "Wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie zaś jak woń Libanu". Ale aby to nastąpiło, już teraz Izrael i Juda muszą się ponownie zjednoczyć, zatrzeć wzajemne rozłamy i stać się jednym ludem, bo podzieleni są znacznie słabsi i podatni na obce wpływy. Wszystko to jednak musi się odbyć w atmosferze całkowitej pokory i miłości do Jahwe, gdyż tylko Jahwe - jako jedyny Stwórca wszechrzeczy - może ocalić Izrael, tak jak wcześniej on, Ozeasz ocalił od upadku Gomer. W Księdze Ozeasza jest napisane: "Gomer nazwie mnie Mężu mój i już nigdy nie powie Baalu mój (...) tak Izrael powie Boże mój i nigdy już więcej nie powie Baalu mój".




Upadek który wieścili Amos i Ozeasz (choć oczywiście nie tak spektakularny, jak to będzie miało miejsce później), zaczął się w Królestwie Północnym już po śmierci Jeroboama II, czyli po roku 754 p.n.e. Na tron wstąpił jego syn Zachariasz, który po kilku miesiącach panowania (753 r. p.n.e.) został obalony i zabity przez uzurpatora o imieniu Szallum. Usunął go niejaki Menachem, który został nowym królem Izraela (753-742 p.n.e.). Tak oto dynastia Jehu (założona prawie dziewięćdziesiąt lat wcześniej w wyniku rebelii i wymordowania rodu Omriego) przestała istnieć. Jednocześnie - co ciekawe - zarówno w Królestwie Północnym jak i częściowo również w Judzie znacznie zmniejszyły się wpływy sekty Rechabitów (prawdopodobnie doszło tam do jakiegoś rozłamu lub rozpadu tej dotąd tak ścisłej formacji), po którym przestała ona mieć jakikolwiek wpływ na politykę. Natomiast na Południu, w Jerozolimie nadal rządzili potomkowie Dawida i Salomona i tam rzeczywiście ta dynastia była trwała. Wydawało się też że pomimo pewnych wstrząsów politycznych zarówno na Północy jak i na Południu ten niczym niezmącony okres dobrobytu i sukcesów (zarówno politycznych jak i militarnych) będzie trwał wiecznie, tym bardziej że takie ludy jak Asyryjczycy i Urartyjczycy byli ze sobą w ciągłych zatargach, a Aramejczycy z Damaszku dawno już utracili dominującą pozycję w regionie i nic nie wskazywało na to, że mogą ją odbudować. Ale jak zapisane jest w Księdze Koheleta: "To co jest, już było, a to co ma być kiedyś, już jest. Bóg przywraca to, co przeminęło". Już wkrótce ta rozbita i idąca ku samozagładzie Asyria ponownie odrodzi się i to do takiej pozycji, jakiej nigdy wcześniej w swej historii nie miała, a jej wojska w kilka dekad później staną nad Nilem (dochodząc aż do Teb). To jednak daleka przyszłość i w tamtym czasie nikt - nawet w najśmielszych planach - nie przewidywał takiego obrotu spraw. Życie toczyło się dalej, Menachem odbudował swoją pozycję na Północy, a na Południu król Ozjasz tworzył potęgę Judy. Wydawało się że wszystko idzie dobrze...




Jeszcze mała ciekawostka o której co prawda wcześniej pisałem, ale warto przypomnieć. W odległej Italii, nad Tybrem w 753 r. p.n.e. dwaj bracia Romulus i Remus założyli nowe miasto, które w przyszłości zdominuje cały znany świat (poza Chinami i Indiami oczywiście, które leżały dosyć daleko) i odrodzi się jako potęga, mająca nawet po swoim upadku ogromny duchowy i kulturowy wpływ na całe średniowiecze a także na nowożytność.






CDN.

18 sierpnia 2026

MEMORIAM - Cz. XXIII

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VIII






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. III





 Na wiosnę 74 r. p.n.e. król Pontu Mitrydates VI Eupator był już gotów do wojny o dominację w Azji (Mniejszej). Zebrał ponad 150 000 armię, ściągnął licznych sojuszników, a przede wszystkim zawarł układ z samozwańczym "królem Hiszpanii" - Kwintusem Sertoriuszem, który to (w 76 r. p.n.e.) wysłał do Mitrydatesa swoich przedstawicieli: Lucjusza Magiusa i Lucjusza Fanniusza (Diodor twierdzi że do takiego sojuszu doszło już w roku 79 p.n.e., ale nie jest to możliwe głównie ze względu na fakt, iż w tym czasie Mitrydates starał się jeszcze o dobre stosunki z Rzymem, dlatego też nie podjąłby się sojuszu z wyklętym przez sullańskie władze byłym mariańczykiem, który dopiero co rozpoczynał swój hiszpański epizod wojenny). Ponoć mieli oni zachęcać władcę Pontu do inwazji na Italię (tak ponownie twierdzi Diodor i trudno stwierdzić czy taka propozycja rzeczywiście padła, czy też nie, a jeśli tak, to była ona całkowicie oderwana od rzeczywistości, gdyż Mitrydates miał mnóstwo wrogów w samej Anatolii, a poza tym, nawet jeśli pokonałby władców tej krainy i podporządkował sobie ich ziemie, to jak miałaby wyglądać inwazja na Italię? Musiałby przecież przejść przez rzymską Grecję, gdzie zapewne zostałby zatrzymany, ale jeśli nawet nie, to w Italii nie mógł liczyć na żadne wsparcie {być może kilka greckich miast na południu by go poparło, ale to nie miałoby większego znaczenia po trudach wojennych, przez jakie przeszedłby w Azji Mniejszej i Grecji, a i poparcie Greków jest bardzo mało prawdopodobne}). Mitrydates stwierdzić miał iż nie planuje inwazji na Italię, ale sojusz z poszukiwaczem "Wysp Szczęśliwych" (w ich poszukiwaniach Sertoriusz wyprawił się aż za Słupy Herkulesa i dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za ową mityczną krainę szczęśliwości. Sprowadził stamtąd także białą łanię cerynejską, którą utożsamiał z boginią Dianą {grecką Artemidą} i pozwalał jej chodzić gdziekolwiek chciała wokół swego pałacu w Dianii, a gdy do niego wracała, cieszył się jak dziecko że bogowie ponownie mu sprzyjają) bardzo mu odpowiadał, dlatego też wysłał do Hiszpanii swoich przedstawicieli (w roku 75 p.n.e.) w celu ostatecznego dogadania wzajemnych stref wpływów i zawiązania sojuszu (ponoć Mitrydates domagał się Bitynii, Kapadocji i rzymskiej prowincji Azji, ale Sertoriusz nie chciał się zgodzić na oddanie Azji). Ostatecznie sojusz został podpisany, a Sertoriusz zgadzał się na oddanie Mitrydatesowi Bitynii, Kapadocji, Paflagonii, Galacji oraz... rzymskiej Azji (swoją drogą nie wiadomo dlaczego się na to zgodził, po pierwsze odnosił sukcesy w walkach z Gnejuszem Pompejuszem i Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem w Hiszpanii, a po drugie przecież wciąż czuł się Rzymianinem, był wiernym żołnierzem Gajusza Mariusza, nie uważał się też za zdrajcę), w zamian Mitrydates miał wysłać Sertoriuszowi 3000 talentów i 40 okrętów, a Sertoriusz swoich doradców wojskowych, którzy mieli szkolić armię pontyjską.




Są jednak historycy, którzy twierdzą że Sertoriusz odmówił Mitrydatesowi zgody na przejęcie Azji (ponoć miał w owym dokumencie zastrzec, że on będzie namiestnikiem Azji pod ewentualną okupacją Mitrydatesa, który realnie nie będzie posiadał żadnych praw do tej prowincji). Ma to sens jeśli weźmiemy pod uwagę że zapewne zostałoby to propagandowo wykorzystane przeciwko Sertoriuszowi przez sullańczyków (notabene w Rzymie w tamtym czasie, zaledwie cztery lata po śmierci Korneliusza Sulli, nadal obowiązywał zakaz publicznego pokazywania wizerunków Gajusza Mariusza i jego zwolenników. Złamie go dopiero Cezar na pogrzebie swojej ciotki wśród oklasków tłumu, to będzie oznaczało stopniowe odejście od surowych norm ustrojowych Sulli). Istnieje też przekaz Diodora, w którym ten pisze, że Mitrydates miał się skarżyć swoim doradcom, że Sertoriusz - walczący z dwoma rzymskimi armiami w Hiszpanii - grozi mu wojną, jeśli ten zajmie prowincję Azję i pyta się, że skoro dzieje się to w sytuacji gdy Sertoriusz jest przyparty do muru, to co będzie, gdy zwycięski zasiądzie na Palatynie. Tak naprawdę jednak Sertoriuszowi na gwałt potrzeba było pieniędzy i choć wiemy że (już w 75 r. p.n.e.) w jego wojsku doszło do pewnych zaburzeń, to jednak żołnierze go nie zostawili, nie odeszli. A tak zapewne by było, gdyby im od dłuższego czasu nie płacił żołdu. Zatem pieniądze od Mitrydatesa z pewnością mu się przydały (o walkach toczonych w Hiszpanii przez Sertoriusza z Pompejuszem i jego poprzednikami pisałem już w XVII części tej serii). Tak więc wiosną (74 r. p.n.e.) gotów do wojny Mitrydates w Synopie doglądał swej imponującej floty wojennej. Wcześniej złożył krwawą ofiarę na ołtarzu Zeusa Stratiusa (opiekuna żeglarzy), oraz Posejdona - wprowadzając w fale morskie zaprzężony białymi końmi rydwan. Mitrydates czuł się niczym półbóg, obserwując ze swego królewskiego namiotu całe to przedstawienie. Na koniec założył swój królewski hełm, przywidział miecz i wsiadł na konia, dając znak swym dwóm generałom: Taksilesowi i Hermokratesowi, że oto z pomocą bogów najwyższych wojna się rozpoczyna. Z potężną swą armią ruszył na południe do Paflagonii (kraina ta została zajęta przez Mitrydatesa jeszcze w 89 r. p.n.e.), a gdy tam dotarł, urządził przemowę do żołnierzy, w której to podkreślał wielkość swej armii, która "nigdy nie została pobita przez Rzymian" (co jest oczywiście nieprawdą, gdyż Sulla w czasie I wojny co najmniej dwukrotnie pobił jego wojska w Grecji). Mówił też o wielkości swego rodu i swych przodków, ale przede wszystkim chwalił samego siebie za to, że Pont za jego rządów urósł do potęgi zdolnej rzucić wyzwanie największej ówczesnej superpotędze - Rzymskiej Republice. Twierdził też że Rzymianie są opętani chciwością i rządzą władzy, że "zniewolili Italię i sam Rzym", że złamali zawarty w Dardanos pokój (85 r. p.n.e.). Ostatecznie oskarżył Rzymian o plagę piractwa "nieszczęścia naszych czasów" (notabene piraci byli sojusznikami Mitrydatesa w tej wojnie - taki szczegół pokazujący dwulicowość wszelkich władców i polityków, a także to, z jaką łatwością decydują oni o życiu i śmierci swych współobywateli, i można by tutaj przytoczyć słowa lorda Farquaada ze Shreka: "Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie na które jestem gotów"), a także o to, że charakter Rzymian jest tak podły, że gotowi są walczyć nawet sami ze sobą, byle tylko zdobyć władzę (tutaj posłużył się przykładem Sertoriusza).




Następnie z Paflagonii skierował się Mitrydates do Bitynii, gdzie już urządzał się (po śmierci króla Nikomedesa IV, który w swym testamencie zapisał Bitynię Republice) konsul - Marek Aureliusz Kotta. Rzymskie siły zajmujące Bitynię były nieliczne (w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, często złożone jeszcze z weteranów armii Gajusza Flawiusza Fimbrii Młodszego - mariańczyka, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód aby walczył zarówno z Mitrydatesem jak i odebrał dowództwo i uwięził Lucjusza Korneliusza Sullę, zabitego w 85 r. p.n.e.), składały się głównie z wojsk floty, oraz nielicznych oddziałów wysłanych dla zabezpieczenia miast (szczególnie Nikomedii). Poza tym Kotta nie miał doświadczenia wojskowego i gdy tylko gruchnęła wiadomość o zbliżaniu się potężnej armii Mitrydatesa, wpadł w panikę i uciekł z Nikomedii do Chalcedonu nad Propantydą (gdzie stała rzymska flota) naprzeciwko greckiego miasta Byzantion. Mitridates dowiedziawszy się że Rzymian nie ma już w Nikomedii, ruszył za nimi w pościg do Chalcedonu, a gdy dotarł pod mury miasta, wyszedł mu naprzeciw z żołnierzami floty jej dowódca - Lucjusz Nudus, ale po pierwszym ataku sił Mitrydatesa rzymscy żołnierze musieli chronić się z za murami Chalcedonu, gdyż przewaga wroga była przygniatająca, a oni nie mieli doświadczenia w walkach na lądzie. Jednak podczas wycofywania się ruszyli za nimi w pogoń żołnierze pontyjscy i doszło do szczególnie krwawej bitwy pod bramą miejską, którą Rzymianie przegrywali, otoczeni zewsząd przez przeważające siły wroga. Widząc co się dzieje, żołnierze którzy byli już wewnątrz, zaczęli zamykać bramy i ryglować je tak, aby nikt już się tutaj nie wydarł. Problem polegał tylko na tym, że za bramą nadal walczyli rzymscy żołnierze, mało tego, został tam sam dowódca floty Lucjusz Nudus. Postanowiono więc spuścić im liny z murów miasta, aby się chwycili i tym samym mieli zostać wciągnięci do środka. Tak też się stało (np. tak do Chelcedonu powrócił Nudus), ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Ci, którzy nie złapali lin, zginęli pod bramami (Appian pisze że prosili najpierw swoich aby też ich wciągnęli, a następnie odrzucili broń i na kolanach błagali wrogów aby ich nie zabijali, nadaremno).




Mitridates zapowiedział że Rzymianie mają się poddać, jeśli zaś tego nie zrobią - wszyscy zginą. Nie rzucał słów na wiatr, już bowiem jego flota przepłynęła Bosfor (Bosphorus), zerwała żelazny łańcuch, uniemożliwiający wpłynięcie do portu w Chalcedonie, a następnie spaliła cztery rzymskie okręty oraz przejęła i odholowała pozostałe 60. Sytuacja Rzymian zamkniętych w Chalcedonie niczym w puszce, była więc katastrofalna. W czasie walki stracili 3000 żołnierzy (poległ też senator Lucjusz Manliusz), podczas gdy straty Mitrydatesa wyniosły zaledwie 20 wojowników z plemienia Bastarnów. Jednak informacja o uwięzionych bardzo szybko dotarła do Italii i w Rzymie przygotowywano już armię, która miała (wraz z legionami z prowincji Azji) uwolnić Chalcedon, a o dowództwo w tej wojnie starał się intensywnie Lucjusz Licyniusz Lukullus, były oficer armii Sulli z czasów I wojny z Mitrydatesem. Aby objąć upragnione dowództwo, starał się o namiestnictwo prowincji Cylicji (tylko część tej krainy należała do Rzymu, część zaś była we władaniu piratów, którzy tworzyli tam swoje własne niezależne państewka), szczególnie że na początku roku (74 p.n.e.) zmarł Lucjusz Oktawiusz, który wylosował właśnie tę prowincję i miał objąć nad nią namiestnictwo, ale mu się po prostu zmarło. Aby uzyskać namiestnictwo, a przede wszystkim aby objąć dowództwo w tej wojnie nie wystarczyły pieniądze (których Lukullus akurat miał pod dostatkiem), ale przede wszystkim trzeba było mieć znajomości, odpowiednie poparcie które gwarantowałoby objęcie nawet nie tyle intratnej prowincji (a Cylicja do takiej nie należała), ale przede wszystkim zdobycie sławy i łupów, jakie można było osiągnąć po zwycięskiej wojnie na Wschodzie. Jednak z tym poparciem i tymi znajomościami u Lukullusa było słabo. Jako wierny oficer Sulli dał się poznać w charakterze obrońcy stworzonego przez niego ustroju (znacznie ograniczającego pozycję trybuna ludowego - wręcz można powiedzieć że rola trybuna była w tym systemie praktycznie całkowicie pozbawiona wszelkiego politycznego znaczenia - oczywiście na korzyść Senatu i warstw najbardziej uprzywilejowanych). Lukullus wdał się w pewien konflikt z dwoma politykami (demagogami), którzy pragnęli osiągnąć polityczne korzyści, nawołując lud do zmiany zaistniałego (po 82 r. p.n.e.) systemu politycznego. Pierwszym z nich był Lucjusz Kwinkcjusz, którego Lukullus publicznie napominał aby nie czynił czegoś, czego potem będzie żałował i mocno się z nim ścierał - głównie pod publiczkę (prywatnie jednak znali się bardzo dobrze, a Kwinkcjusz był częstym bywalcem urządzanych w domu Lukullusa przyjęć, również tych z udziałem nagich niewolnic i specjalnie sprowadzanych z Grecji heter. Dziś, w dobie internetu i mediów społecznościowych taka znajomość bardzo szybko wyszłaby na jaw). Drugim zaś był Publiusz Korneliusz Cetegus i nad nim warto na moment dłużej się zatrzymać.




Cetegus (po wejściu Sulli do Rzymu w 82 r. p.n.e. i rozpisaniu list proskrypcyjnych, jego nazwisko znalazło się na liście przeznaczonych do natychmiastowego "usunięcia". Uniknął tego losu, chowając się w różnych dziwnych miejscach - między innymi w publicznym wychodku 😙, a potem dzięki pomocy przyjaciół opuścił Rzym. Ci właśnie ludzie przekonali Korneliusza Sullę aby usunął nazwisko Cetegusa z list proskrypcyjnych i pozwolił mu wrócić do Rzymu, a gdy tak się stało, Cetegus pojednał się z Sullą) był bardzo popularny w Rzymie (lat 70-tych I wieku p.n.e.). Uważano go za wybrańca bogów, jednego z tych, którym udało się uniknąć tragicznego losu w czasach proskrypcyjnych mordów (a nie było to wcale proste - czasem bywało i tak, że ludzie dopiero co wyczytali swoje nazwisko na liście umieszczonej na Forum Romanum i nie zdążyli nawet dojść do domu, gdy po drodze ktoś ich "zaciukał" w ciemnej uliczce - a jednym z takich, któremu również to się udało był Gajusz Juliusz Cezar). Cetegus pełnił funkcję menniczego, ale jego opinia była powszechnie szanowana, dlatego też politycy starali się o jego poparcie przed wyborami. I właśnie ów Cetegus mocno krytykował Lukullusa za jego rozwiązły tryb życia, wydawanie pieniędzy na hetery i jedzenie, oraz deprawację młodzieży. Ale, jak to się mówi wreszcie przyszła "kryska na matyska" i samego Cetegusa dopadła również strzała Amora. Mniej więcej w omawianym przeze mnie okresie, zadużył on się w pewnej pięknej Rzymiance o imieniu Precja, która nie mogła narzekać na brak adoratorów, aczkolwiek ze względu na swoją urodę i seksapil jaki roztaczała, to ona wybierała sobie mężczyzn, a nie mężczyźni ją. Była ponoć bardzo piękna, miała również powabne kształty, które przyciągały do niej wielu wpływowych polityków, jednym z nich był właśnie Publiusz Korneliusz Cetegus. Ponieważ cieszył się on znaczną popularnością wśród ludu i możnych, okazał się wystarczająco dobrą partią dla Precji. Zabrał ją do siebie do domu, obsypywał podarkami, sukniami i innymi kosztownościami, a jednocześnie dawał sobą sterować jak małe dziecko. Cokolwiek powiedziała Precja, natychmiast wykonywał, stając się całkowicie od niej uzależniony. Wreszcie cały Rzym mówił o tym związku i stał się on bardzo popularny. Oczywiście wiedział o nim również i Lukullus, dlatego też postanowił przekłuć tę wiedzę w polityczne złoto. Udał się więc pewnego razu z kosztownymi darami dla Precji, chwaląc jej urodę, mądrość i rozwagę, co bardzo jej się spodobało (mile łechtają nas wszelkiego typu komplementy, ostatnio opowiadała mi moja znajoma, która zajmuje się fitnessem i w ogóle zdrowym odżywianiem, że jak tylko pochwali pewnego klienta że dobrze wykonuje dane ćwiczenia - nie wiem jak one wyglądają przyznam się szczerze, bo nigdy jeszcze nie korzystałem, wolę basen i siłownię 😚 - to ten czuje się tak mocno podbudowany, że zostawia u nich znacznie więcej pieniędzy niż normalnie, a do tego zapisuje się na dodatkowe ćwiczenia, tym bardziej że znajoma jest, mówiąc po prostu... urodziwa - tak to już człowiek jest zbudowany 🥴).




Od tej chwili Lukullus zyskał ogromne wsparcie w Cetegusie, dzięki któremu uzyskał namiestnictwo Cylicji. Zresztą Lukullus był poza podejrzeniem. Nie ciążyła nad nim żadna skaza z czasów sullańskich proskrypcji, nie brał udziału w żadnych mordach, ani w żadnych ekscesach z tamtych dni. Dlatego jego kandydatura wydała się (również dzięki poparciu Cetegusa, a przede wszystkim samej Precji) jak najbardziej naturalna do tego typu zadania. Szybko więc przystąpił do formowania legionu (jeszcze będąc w Italii), a następnie wyruszył do Azji, na wojnę w Mitrydatesem.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...