WYŚWIETLENIA

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 3 - OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ (1939 - 1945). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 3 - OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ (1939 - 1945). Pokaż wszystkie posty

10 września 2026

O ANTYPOLONIZMIE SŁÓW PARĘ - Cz. I

"HEIMKEHR" - "PIERWAJA KONNAJA" -
"LIŚCIE CZERWONE" - "NASZE MATKI,
NASI OJCOWIE" i inne...




W tej serii tematycznej chciałbym podjąć się tematu antypolonizmu rozumianego jako zjawisko ogólne, na przykładzie różnych jego odcieni i emanacji. Wydaje mi się że jest to temat jak najbardziej na czasie, chociaż często jest pomijany i dezawuowany, ale jak najbardziej jest żywy i wciąż silny. W tym temacie zamierzam przedstawić najróżniejsze przykłady antypolonizmu, zarówno wewnętrznego (krajowego) jak i zewnętrznego (międzynarodowego). Ponieważ jednak bezwzględnie uważam że praojcem współczesnego antypolonizmu w Polsce jest ów pan, którego widać na zdjęciu powyżej, przeto właśnie jego postanowiłem uczynić twarzą tej serii. Nie ma sensu zapewne przedłużać tego tematu i od razu przejść do rzeczy, warto jednak powiedzieć że tyle zła ile uczynił Adam Michnik polskiej debacie publicznej po roku 1989 i takiej skali nienawiści i niechęci do bądź co bądź własnego narodu.

Chociaż niekoniecznie, w końcu jego tatuś i mamusia służyli Związkowi Sowieckiemu i byli wiernymi jego niewolnikami, aczkolwiek tajemnicą poliszynela jest dlaczego Ozjasz Szechter - ojciec Michnika, nigdy w "Polsce Ludowej" nie zrobił większej kariery. Otóż w czasie jednego z aresztowań członków Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (dokładnie już nie pamiętam, chyba w 1935 lub 1936 roku), do której to należał Szechter, wydał wówczas wszystkich swoich wspólników policji. Nie wiadomo czy się załamał psychicznie czy obawiał więzienia, w każdym razie bezwzględnie się że tak powiem "rozpruł". Oczywiście po wojnie, gdy już przyszła władza sowiecka/ludowa, deklarował że został do tego zmuszony siłą (czyli żeby bity w czasie przesłuchań, aby wydobyć na nim informacje o jego ukrywających się kompanach z KPZB). Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął śledztwo w tej sprawie i okazało się że Szechter... kłamie. Nie było żadnego bicia, nie było przemocy fizycznej, on po prostu nie wytrzymał presji i się załamał, a następnie wydał wszystkich komunistycznych agentów Moskwy, których od niego żądała prokuratura i policja. To właśnie z tego powodu Szechter nigdy nie zrobił kariery w Polsce Ludowej, chociaż oczywiście włos mu z głowy nie spadł i żył sobie spokojnie ekskluzywnej dzielnicy w Alei Przyjaciół w Warszawie.

Jednak nie przedłużając przejdźmy do tematu:



"HEIMKEHR"




 Przykładem skrajnego wręcz antypolonizmu w ostatnich latach, był niemiecki serial wojenny pt.: "Nasze Matki, Nasi Ojcowie" ("Unsere Mütter, Unsere Väter"). Chciałbym bardzo móc opisać ten film w sposób zupełnie bezstronny, pokazać jak jego autorzy próbują manipulować problemem niemieckiej winy za II Wojnę Światową, jak starają się "podzielić" swą winą z innymi narodami (najchętniej oczywiście tymi środkowo i wschodnioeuropejskimi), oraz jak starają się wybielić Niemcy, czy raczej naród niemiecki, ukazując co prawda niemieckie zbrodnie, ale również pokazując że byli tzw.: "dobrzy Niemcy", którzy nie godzili się na mordy popełniane przez Gestapo i SS (Wehrmacht w tym filmie jest wręcz kryształowo biały, pierwsze sceny pokazują żołnierzy niemieckich jako delikatnych i dobrze wychowanych - choć lekko spanikowanych wojną - chłopaków, którym wcale nie chce się strzelać do Rosjan. Tymczasem w rzeczywistości Wehrmacht, był jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji hitlerowskich Niemiec, to właśnie ci "delikatni wrażliwcy" mordowali z zimną krwią zarówno wziętych do niewoli żołnierzy polskich jak i sowieckich, a także ludność cywilną, w tym Żydów i ukrywających ich chłopów).


"OGARNIJ SIĘ! 
MUSIMY ZA WSZELKĄ CENĘ RATOWAĆ ŻYDÓW!" 🤭😀😂🤣😭


 
Ale naprawdę nie da się być zupełnie bezstronnym (choć próbowałem się ku temu zmusić). Nie da się, ponieważ jest to najzwyklejsza, budowana na nieznajomości historii i najprostszych ludzkich emocjach - propagandówka polityczna, której nie powstydziłby się Joseph Goebbels - minister propagandy III Rzeszy. Film ten jest prawie dokładnym odwzorowaniem innej propagandówki z czasów Goebbelsa, filmu "Heimkehr" ("Powrót do ojczyzny"), który trafił na ekrany niemieckich kin w październiku 1941 r. Nim przejdę do jego propagandowej kopii z 2013 r. i opowiem o "Unsere Mütter, Unsere Väter", kilka słów na temat "Powrotu do ojczyzny". "Heimkehr" widziałem w kinie tylko raz. Było to w Niemczech na zamkniętym pokazie z historykiem, który przed projekcją wyjaśniał że film jest stricte propagandowy i wybitnie antypolski, oraz w całości nieprawdziwy (takich słów nie użył, ale tak można było to odebrać). Teraz powiem kilka słów na temat historii jego powstania i pokrótce opiszę treść tego filmu. 

Zaczęło się właściwie od krótkiej notatki w dzienniku z 18 stycznia 1940 r. Pod tą datą szef ProMi (Ministerstwa Propagandy Rzeszy) Joseph Goebbels zanotował: "Himmler opowiada o przesiedleniu Niemców wołyńskich. Robią oni dobre wrażenie pod względem rasowym i mają nadzwyczaj dużo dzieci". Te kilka niewiele znaczących słów, stało się inspiracją dla nakręcenia wielkiego filmu wołyńskiego, mającego być gloryfikacją niemieckich kolonistów na wschodnich rubieżach Polski, oraz niemczyzny w ogóle. Wiadomo że Goebbels rozmawiał na temat przesiedlenia Niemców wołyńskich z Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem, który na przełomie grudnia 1939 i stycznia 1940 r. nadzorował ową akcję przesiedleńczą (przesiedlanie Niemców z "terenów dawnego państwa polskiego", następowało na podstawie umowy niemiecko-sowieckiej z 28 września 1939 r.). W akcji tej brał także udział Hanns Johst, który wrażenia z Polski opisał w książce: "Wołania Rzeszy, echo narodu. Podróż na Wschód w 1940 r." Publikację tę Goebbels zapewne także przeczytał.

Rozpoczęto więc zakrojone na szeroką skalę przygotowania, zatrudniono całą masę wybitnych fachowców i sławnych aktorów. Film miał w założeniu szefa ProMi "udokumentować" ciężkie położenie niemieckich osadników na Wschodzie Europy, oraz ich przywiązanie do niemieckiej ojczyzny, jak również ich niezachwianą wiarę w pomoc i opiekę Führera. Wzorowano się po części na wcześniejszych tego typu produkcjach, jak "Flüchtlinge" ("Uciekinierzy") z 1933 r. w reżyserii Gustawa Ucickyego, z udziałem popularnych wówczas aktorów - Hansa Albersa i Kathe von Nagy. Film opowiadał o ucieczce Niemców z terenów ZSRS, które stało się możliwe dzięki wzorowej wewnętrznej dyscyplinie tamtejszych członków NSDAP, dzięki którym niewinni Niemcy uciekli przed zbrodniczymi bolszewikami. Bardzo podobny w swym przekazie był film z 1935 r. w reżyserii Petera Hagena (a w zasadzie Williego Krausego, który używał pseudonimu "Peter Hagen"). Film pod wdzięcznym tytułem: "Friesennot" ("Niedola Fryzów") z udziałem Friedricha Kaysslera i Ilse Fürstenberg. Film opowiadał o napaści na niemiecką wieś na terenach Związku Sowieckiego, zaatakowanej przez bolszewickich podpalaczy. W filmie mieszkańcom udaje się uciec i przedostać do Persji. Ten film po ataku Niemiec na ZSRS otrzymał nowy tytuł: "Dorf im roten Sturm" ("Czerwony atak na wieś"). 






To właśnie te filmy miały posłużyć za wzór dla "Heimkehr". Reżyserem został twórca "Uciekinierów" - Gustaw Ucicky, autorem scenariusza pisarz Gerhard Menzel (był również autorem scenariusza "Niedoli Fryzów"). I rozpoczęły się zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nakręcenia tego filmu. Jako ciekawostkę mogę zdradzić że przy kręceniu tego filmu uczestniczył w charakterze oficera łącznikowego Wehrmachtu, podporucznik Wilm Hosenfeld (znany nam z filmu "Pianista"), Niemiec który później uratuje życie polskiemu kompozytorowi Władysławowi Szpilmanowi. Długo poszukiwano miasteczka w którym można by było nakręcić filmowe sceny. Wreszcie 5 września 1940 r. w pobliżu wschodniopruskiej granicy międzywojennej Polski, znaleziono idealne miejsce. Było to miasteczko Chorzele niedaleko Przasnysza (wcześniej ekipa odwiedziła Mińsk Mazowiecki, Węgrów, Wyszków, Białą Mazowiecką, Brzeziny, Łódź, Kalisz, Poznań i Mrągowo). Zaś dawny gabinet ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józefa Becka w warszawskim Pałacu Brühla, posłużył jako przykład dla scenografa - Waltera Röhriga, dla stworzenia podobnego gabinetu do filmu.

Zdjęcia rozpoczęto z początkiem października 1940 r. Na potrzeby zdjęć zbudowano makietę rynku miejskiego. Jedna z mieszkanek Chorzeli tak oto zapamiętała wizytę ekipy "Wien-Film" w owym miasteczku: "Osoba wysłana przez tak zwane prezydium przeszła się z dzwonkiem przez ulice zapowiadając wizytę artystów z Wiednia, zamierzających kręcić film. Ludność została zobowiązana do stawienia się określonego dnia na rynku (...) z koszykami pełnymi jajek i kurcząt, aby w ten sposób pokazać jak wygląda normalne życie w Chorzelach. (...) Niemcy wybudowali tam prowizoryczny budynek szkoły i zajazdu. Założyli też ogród ze sztucznymi drzewkami owocowymi. Chociaż wtedy była jesień, drzewka stały w kwiatach. W pobliżu dzisiejszego cmentarza wyrósł prowizoryczny most, który miał odgrywać rolę mostu granicznego. Po polskiej stronie mostu domy były zapuszczone i biedne, po niemieckiej piękne i okazałe (...) Polaków nakłoniono do wykonywania normalnych czynności, które zostały przerwane przez nagłe przybycie "polskich żołnierzy". Byli to niemieccy aktorzy w polskich mundurach."




Relacje między mieszkańcami miasteczka a przybyłymi filmowcami układały się raczej pozytywnie, a co najważniejsze, na czas trwania zdjęć przerwano w miasteczku łapanki i wywozy do obozów. Do zdjęć zostali zaangażowani prócz Polaków, także niektórzy Żydzi, choć zostali oni pokazani w filmie (zresztą podobnie jak Polacy) jako nieczuli na niemiecką niedolę, a nawet jako sprawcy gwałtów (jak w scenie w której Polacy wyrzucają wyposażenie niemieckiej szkoły na zewnątrz. Ławki, tablica, globus, a nawet klatka z żywym kanarkiem zostały ułożone w stos, który oblewa naftą młody Żyd, a podpalają jego polscy koledzy). Kadr filmu pokazuje następnie przyglądających się całemu wydarzeniu grupę mieszkańców miasteczka (wśród których są oczywiście zadowoleni brodaci Żydzi).

Wielu Żydów zostało zmuszonych do uczestnictwa w tym filmie. Jako zapłatę dostawali jedynie posiłek, ale i to było wówczas bardzo dużo (pracujący przy filmie Polak zeznał po latach, że pewnego dnia spotkał młodą Żydówkę grającą w jednej ze scen, która w swym fartuchu ukryła kilka kawałków węgla. Po skończonym dniu poszedł za nią i dotarł do niewielkiej chatki, prawie lepianki, w której żyła z mężem i czworgiem małych dzieci. Te kilka kawałków węgla miało posłużyć na ogrzanie rodziny. Gdy kobieta ujrzała mężczyznę, upadła przed nim na kolana, błagając by jej nie wydawał (za kradzież groziła bowiem śmierć dla całej rodziny). Polak dał kobiecie trochę chleba i kawałek kiełbasy, które miał schowane na późniejszy posiłek. Miał tylko tyle. Owym Polakiem był Robert Czerny, po wojnie polski reżyser.

Film przede wszystkim przedstawia polskie okrucieństwo wobec niemieckich mieszkańców miasteczka, ale również (choć dość rzadko) pokazane są "negatywne cechy żydostwa". Jak choćby scena, w której główna bohaterka - Maria Thomas (w tej roli austriacka aktorka, która po wojnie stwierdziła że "została zmuszona" do uczestnictwa w tym filmie - Paula Wessely), spotyka na rynku starego Żyda Salomonsona, który próbuje namówić ją do kupna paryskich koronek. Maria odmawia, mówiąc: "Nie Salomonson, przecież Pan wie że my nie kupujemy u Żydów", lecz Żyd nie ustaje, chwali przy tym "wielkość i uczciwość" narodu niemieckiego, Hitlera nazywa "genialnym człowiekiem", dodaje jednak z żalem, iż nie chce on niczego się dowiedzieć o "biednych Żydach". Maria odpowiada: "Napiszemy mu o tym Salomonsonie" i odchodzi, a Żyd zmienia ton i zaczyna przeklinać Niemców.

Jednak przedstawienie ludności żydowskiej w negatywnym świetle, było niczym w porównaniu z tym, jak pokazano Polaków. Wśród wielu postaci polskich mieszkańców, żołnierzy, policjantów, nie sposób znaleźć choćby jednej, obdarzonej pozytywnymi przymiotami. Pierwszą, szczególnie negatywną postacią, jest polski burmistrz miasteczka. Gdy Maria Thomas udaje się do niego, by upomnieć się o zwrot zarekwirowanej przez policję - niemieckiej szkoły, taka oto nawiązuje się między nimi konwersacja: 

(Bawiący się pejczem burmistrz): "Panno Thomas, Pani jest Polką, korzysta Pani z praw przysługujących polskiej obywatelce", (Maria): "Tak, na tej podstawie zostaliśmy okradzeni?", (Burmistrz): "Polska żywi Panią, posiada Pani polski paszport. Skąd więc twierdzenie że jest Pani Niemką?", (Maria): "Przecież mówię po niemiecku", (burmistrz z ironicznym uśmieszkiem): "Ja w tym momencie też. I co z tego?", (Maria): "Niemiecki jest moim językiem ojczystym. Nasi przodkowie, którzy tutaj przywędrowali, byli Niemcami. Wtedy ten kraj był rosyjski. Czy my, mam na myśli moich przodków, staliśmy się przez to Rosjanami? Nie sądzę, no bo jak?A przecież korzystali oni z praw obywateli Rosji, państwo to ich żywiło, mieli rosyjski paszport". (Burmistrz w gniewie uderza pejczem w stół): "Ten kraj był zawsze polski. Był jedynie przez pewien okres uciemiężony, ale te czasy minęły - absolutnie minęły. Na zawsze. Proszę to sobie uzmysłowić. Wszystko, co znajduje się w obrębie naszych granic, jest polskie. Nie ścierpimy żadnej irredenty. Żadnych zagrażających państwu doktryn o tak zwanej narodowości. Wiemy dokładnie o co tutaj chodzi. Po wydarzeniach w Czechosłowacji..." (następuje hałas na korytarzu. Burmistrz sięga po strzelbę, mówiąc): "Sprowadziła Pani pomoc, aby mnie zastraszyć. To bezczelność i głupota. Presja wywołuje represję". (Do gabinetu wdzierają się miejscowi Niemcy, którym Maria każe wyjść. Burmistrz mówi): "Sądzi Pani, Panno Thomas, że takie demonstracje pomogą w załatwieniu Pani problemu?" (Maria): "Ludzie mieli dobre, a nie złe intencje. Chcę tylko powiedzieć że zastrzegamy sobie dalsze kroki w naszej sprawie".


Prócz burmistrza (który ukazany zostaje jako zdradzający objawy choroby nerwowej), jest również pokazany woźny magistratu - Antek, jako przygłupi germanofob , bezduszny sekretarz wojewody łuckiego, cyniczny polski minister spraw zagranicznych (o wyglądzie Józefa Becka, pełniącego tę funkcję w latach 1932 - 1939), są brutalni polscy policjanci i żołnierze, a także w ogóle cały "polski motłoch" (czyli mieszkańcy miasteczka) nastawiony wybitnie antyniemiecko, o morderczych instynktach. Goebbels chciał, by ukazać Polaków w jak najgorszym świetle, jako ludzi u których okrucieństwo miało tkwić w samej ich naturze. Zresztą Polacy prócz swego okrucieństwa pokazani zostali również jako prawdziwe prymitywy, nieczułe na ludzką (oczywiście niemiecką) krzywdę, czego dobitnym przykładem jest scena, podczas której grupa "polskich wyrostków" strzela do przejeżdżającego bryczką dr. Thomasa (oczywiście Niemca, ojca Marii), co doprowadza go do utraty wzroku. Równie odpychającą sceną jest ukamienowanie Marthy Launhard, której grupa "polskich troglodytów" ściąga z szyi wisiorek w kształcie swastyki. Następnie zarzucenie sieci na przewożonych w odkrytej ciężarówce miejscowych Volksdeutschów, oraz próba ich wymordowania przez odhumanizowanych polskich żołnierzy w więziennej piwnicy, przy użyciu karabinu maszynowego.




W miejscowym kinie, również ukazany został przykład "polskiego zezwierzęcenia", gdy podczas projekcji filmowej słychać polski hymn, wszyscy widzowie powstają z miejsc i śpiewają Mazurka Dąbrowskiego. Jedynie Maria, jej narzeczony (dr. Mutius) i przypadkowo spotkany znajomy tej dwójki, miejscowy Niemiec (ubrany w mundur Wojska Polskiego w związku z zarządzoną mobilizacją) stoją w zupełnym milczeniu ze spuszczonymi głowami, co jedynie powoduje agresję wśród Polaków, którzy krzyczą aby: "wymordować te przeklęte niemieckie świnie". Wkrótce dochodzi do bójki która przemienia się w lincz, w wyniku którego ciężko ranny zostaje dr. Mutius. Marie błaga wszystkich (polskich policjantów, sekretarza wojewody i wreszcie sanitariuszy w polskim szpitalu), do udzielenia pomocy pobitemu Niemcowi... bezskutecznie. Marie, wraz z ciężko rannym dr. Mutiusem, zostaje wyrzucona ze szpitala. Na ulicy narzeczony Marie umiera przy widocznym zadowoleniu żydowskiej gawiedzi.  

Wreszcie wszystkich miejscowych Niemców (z Marie na czele) zamyka się w lochach polskiego więzienia, gdzie zrezygnowani oczekują na śmierć. Otuchy dodaje im właśnie Marie Thomas, która wygłasza wizjonerski monolog o niewzruszonej więzi z niemiecką ojczyzną. Marie mówi: "Bo przecież nie tylko żyjemy niemieckim życiem, ale również umieramy niemiecką śmiercią. I jako umarli pozostajemy Niemcami i stajemy się częścią Niemiec, niczym skiba ziemi pod zasiew ziarna dla wnuków, a z naszego serca wyrasta winna latorośl w stronę słońca". Dzięki tym słowom miejscowi Niemcy nabierają ekstatycznego uniesienia, które przerywa... pojawienie się samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach, bombardujących Łuck. Przybywają też niemieckie czołgi, które rozwalają bramę miejscowego więzienia, podczas gdy polscy żołnierze i policjanci rzucają się do panicznej ucieczki. Niemcy zostają uratowani i nareszcie mogą... zjednoczyć się z Hitlerem. Zresztą Goebbels rozpływał się w pochwałach nad tym filmem, mówiąc: "Film jest wstrząsający i wzruszający zarazem. Stanowi wychowawczą lekcję dla całego narodu niemieckiego (...) A scena w piwnicy polskiego więzienia, jest według mnie w ogóle najlepsza ze wszystkich, jaką kiedykolwiek nakręcono".

"Heimkehr" był pokazywany z niezwykłą pompą we wszystkich niemieckich kinach i również promowany za granicą (we Włoszech oraz w okupowanej przez Niemców Holandii i Francji). Otrzymał też wiele nagród, z tytułem: "Filmu Narodu", przyznawanym przez szefa ProMi (czyli oczywiście Goebbelsa). Sam reżyser otrzymał osobiście od Goebbelsa - 115 tys. reichsmarek, oraz "pierścień honorowy niemieckiego filmu", pozostali aktorzy otrzymali dużo mniejsze sumy. Ale na tym nie koniec, Joseph Goebbels był tak zadowolony z tej swojej propagandówki, że zaprosił całą ekipę filmową do swej luksusowej rezydencji, położonej na półwyspie Schwanenwerder na jeziorze Wannsee. 

Na ziemiach polskich okupowanych przez Niemców, pierwszą projekcję tego filmu wyświetlono 26 października 1941 r. w Krakowie, w drugą rocznicę ustanowienia na ziemiach polskich Generalnego Gubernatorstwa. Podczas tej projekcji, była obecna cała ekipa filmowa, którą nazajutrz generalny gubernator Hans Frank zaprosił na Wawel. Jak reagowała na ten film ludność niemiecka? Dziś trudno jest opisać prawdziwe reakcje, gdyż obowiązywał przykaz entuzjastycznej akceptacji i pochwał, jednak w dzienniku Aleksandra Hohensteina (niemieckiego komisarza kilku gmin w okolicach Pabianic w latach 1940 - 1942) znalazły się dość ciekawe informacje nie tylko o samym filmie, lecz przede wszystkim o jego odbiorze, które Hohenstein ukazuje jako... dopiero czekające Niemców w przyszłości, za ich zbrodnie. Oto one (cytuję fragmenty): 


"To osobliwe siedzieć między Polakami i widzieć na ekranie wybuchy nienawiści tych samych Polaków, słyszeć ich pieśni bojowe. Przyjęliśmy ten film z mieszanymi uczuciami. Wydało mi się, że oto pokazano nasz przyszły los. Czy nie jest wielką niezręcznością dawać do obejrzenia nam, którzy muszą żyć w takiej samej strefie zagrożenia, tego rodzaju materiał? Oglądamy przecież ten "film" inaczej niż szukający rozrywki mieszkańcy Rzeszy, którzy egzystują z dala od zasięgu kul. Inaczej, bo większość spośród widzów - Niemców zagranicznych - odczuła to wszystko na własnej skórze. Jeszcze nie całkiem zabliźnione, często głębokie rany zostały znowu rozdarte (...) Być może w sposób niezamierzony, film ten zwrócił uwagę na poważne zagrożenie ich sytuacji życiowej. Nie nazywając rzeczy po imieniu, pokazano groźbę politycznej eksplozji w przyszłości. Powstania narodowe Polaków są całkowicie prawdopodobne, to wynika z polskiej historii (...) A może chciano za pomocą tego filmy, pobudzić w Kraju Warty nowe wybuchy nienawiści przeciwko Polakom? Byłoby to nieodpowiedzialne, gdyż każda presja ma swoje konsekwencje, również o charakterze moralnym. Od czasu kiedy tu urzęduję, zwalczam słowem i przykładem przejawy politycznej nienawiści, zabiegam o wzajemne zrozumienie grup etnicznych, o duszę każdego człowieka bez względu na jego pochodzenie narodowe. Czynię to świadomie wbrew stanowisku partii. To, co zbudowałem w ciągu miesięcy, ten film może zniszczyć w ciągu godzin. Widziałem na sali Polaków, mimo zakazu wstępu dla nich, a także tak zwanych Volksdeutschów, którzy są tak spolonizowani, że mogli w filmie zrozumieć jedynie polskie pieśni i zdania wypowiadane w tym języku. Jest dla mnie jasne, w którą stronę ci ludzie się zwrócą, jeśli staną przed alternatywą polityczno-narodową. Podobnie jak nie mam wątpliwości, że okoliczni Polacy będą już jutro rano znali treść tego filmu i zawarte w nim tendencje. Jeśli nie było zamiaru wzniecania za pomocą tego filmu uczuć nienawiści, to trzeba określić jego projekcję tu, w Kraju Warty, dla niewielkiej mniejszości niemieckiej, egzystującej pośród tak bardzo uciemiężonej ludności polskiej, mianem politycznej nieodpowiedzialności, która może przynieść gorzkie, krwawe owoce (...) Biada nam, jeśli mielibyśmy znowu przegrać światową wojnę".


Jednak wielu innych Niemców reagowało na ten film zupełnie inaczej, biorąc go za absolutną prawdę, żądając zaostrzenia kursu wobec ludności polskiej, a w Płocku po emisji filmu urządzono prawdziwy pogrom Polaków, zabijając kilkanaście osób.

W filmie tym wystąpili również polscy, przedwojenni aktorzy, których do obsady ściągał Igo Sym (syn Polaka i Austriaczki, po 1918 r. osiedlił się w Polsce, gdzie zdobył niesamowitą popularność jako aktor, amant i symbol seksu - był niezwykle przystojny. Po niemieckim ataku na Polskę, Sym zgłosił się do Straży Obywatelskiej i pomagał przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Jednak już po upadku stolicy i klęsce poniesionej w walce z niemieckim i sowieckim najeźdźcą, Sym bardzo szybko ujawnił się jako Volksdeutscher. Stał się z nadania niemieckich władz okupacyjnych - dyrektorem teatrów warszawskich, wyjątkowa szuja i konfident, wydawał w ręce Gestapo polskich aktorów podejrzewanych o kontakty z Podziemiem Niepodległościowym. Wreszcie wydany został na niego wyrok śmierci podziemnego Wojskowego Sądu Specjalnego. Wyrok został wykonany 7 marca 1941 r. w jego mieszkaniu, przez podporucznika Romana Rozmiłowskiego, będącego w towarzystwie jeszcze dwójki innych podoficerów w cywilu. Po jego śmierci Niemcy rozpętali w Warszawie krwawe represje, zabijając 21 osób - w tym dwóch profesorów Uniwersytetu Warszawskiego - w Palmirach. Igo Sym, co wyszło dopiero potem, był niemieckim agentem na długo przed wybuchem II Wojny Światowej).


IGO SYM



Polscy aktorzy byli zastraszani albo przekonywani do udziału w tym filmie pieniędzmi, choć gaże Polaków - w porównaniu z Niemcami - były niezwykle skromne, ale w czasie okupacyjnej rzeczywistości, gdy kostka masła czy kawałek kiełbasy dochodził do niebotycznych cen, przydać mogły się każde pieniądze. W każdym razie podaję listę polskich aktorów, którzy wystąpili w filmie "Heimkehr": Tadeusz Żeński (minister Beck), A. J. Horwath (sekretarz wojewody łuckiego), Józef Kondrat - wuj aktora Marka Kondrata (Antek - woźny magistratu), Michał Pluciński (policjant), Bogusław Samborski (burmistrz wołyńskiego miasteczka), Edward Wejsis (wartownik w polskim więzieniu), Juliusz Łuszczewski (agresywny Polak w kinie), Stefan Golczewski (strażnik polskiego więzienia bijący Niemców), Bolesław Dominiak (strażnik polskiego więzienia), Wanda Szczepańska (bileterka w kinie), Stefania Krokowska (agresywna Polka w kinie) i Hanna Chodakowska oraz Stefania Stoińska (kasjerki w kinie).

Polskie Państwo Podziemne już w końcu marca 1941 r. określiło udział aktorów polskich w tej hitlerowskiej propagandówce jako: "niepojętą wprost obrzydliwość", a w grudniu 1942 r. sąd podziemny nałożył karę infamii (pozbawienia czci) na Bogusława Samborskiego, Józefa Kondrata, Michała Plucińskiego i Hannę Chodakowską za: "czynny udział w nagrywaniu filmu niemieckiego (...) o treści propagandy antypolskiej, połączonej z lżeniem narodu i Państwa Polskiego". Nagana zaś została wymierzona: Pichelskiemu, Dominiakowi, Wesołowskiemu i Grolickiemu za współudział (uczestniczyli jako statyści). Józef Kondrat wyraził skruchę i pragnąc odpokutować swój udział w tym filmie, przyłączył się do oddziału partyzanckiego, Samborski uciekł do Wiednia, a po wojnie przez jakiś czas pozostał we Francji, a potem (najprawdopodobniej) wyjechał do Argentyny. Większość aktorów stanęła dopiero przed sądem już w Ludowej Polsce, po zakończeniu Wojny. Część z nich otrzymała wyroki do 12, 5 i 3 lat więzienia, na dożywocie (zaocznie) sąd skazał Samborskiego, większa część jednak aktorów występujących w tym filmie uniknęła więzienia, a niektórzy (jak choćby Michał Pluciński) wzięli udział w ekranizacji "Krzyżaków" z 1960 r. w reżyserii Aleksandra Forda - Pluciński notabene zagrał tam polskiego rycerza. 





"HEIMKEHR" - TA PROPAGANDÓWKA FILMOWA, OTWIERA LISTĘ ANTYPOLSKICH FILMÓW, KTÓRE ZAMIERZAM ZAPREZENTOWAĆ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH TEJ SERII




CDN.
 

01 września 2026

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! - Cz. VI

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA
KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO






WOJNA OBRONNA
(7-9 września 1939)





GDAŃSK - WESTERPLATTE
KAPITULACJA ZAŁOGI STRAŻNICY WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
MAJOR HENRYK SUCHARSKI 
W OTOCZENIU NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
gen. FRIEDRICH-GEORG EBERHARD ODDAJE HONORY
MAJOROWI SUCHARSKIEMU
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
ROZMOWY KAPITULACYJNE
(7 WRZEŚNIA 1939)




GDAŃSK - WESTERPLATTE
NIEMIECKI ŻOŁNIERZ PRZED BRAMĄ 
WOJSKOWEJ SKŁADNICY NA WESTERPLATTE
(7 WRZEŚNIA 1939)




DĘBLIN
NIEMIECKIE BOMBOWCE HEINKEL-HE-111 
NAD MIASTEM
(WRZESIEŃ 1939)




KOMPANIA POLSKICH CZOŁGÓW 7 TP 
W OCZEKIWANIU NA ROZKAZY
(WRZESIEŃ 1939)




STANOWISKO POLSKIEJ ARTYLERII W POLU
(WRZESIEŃ 1939)




Z PAMIĘTNIKA WITOLDA GIEŁŻYŃSKIEGO
(PISARZA I PUBLICYSTY)


 "7 września. Uwaliłem się jak kłoda, ale telefony przeszkadzały spać. Ktoś donosił, że Niemcy już pod miastem. Wpada Aniela z dyżuru: każą wszystkim mężczyznom udać się do kopania rowów! Odmawiam. Jestem przekonany, że nie będzie czym kopać. (Potem dowiedziałem się, że sprowadzono 100 tys. kopaczy na 5 tysięcy łopat.) Około 4-tej zawiadomił nas komendant domu, że wszyscy mają się ubrać, cała ludność ma opuścić Warszawę. Poczęliśmy gorączkowo ubierać się, trzeba iść do dzieci, do Robakiewiczów. Jeśli wyjdziemy z Warszawy osobno, możemy ich już nigdy nie odszukać...
 Biegniemy ciemnymi ulicami miasta. ruch jak w dzień. Ciągną ludzie z tobołkami, wielu prowadzi rowery. Trwoga wieje ze wszystkich twarzy. Przejście z Foksal na Hipoteczną trwa nieskończenie długo. W bramie służąca; dziwi się, że był jakiś rozkaz, bo u nich spokojnie.
 Eksplozje tak liczne i głośne, jakich jeszcze nie było. Robi to wrażenie szturmowania do bram Warszawy. Czy miasto nie jest już wzięte? Może detonacje były wysadzaniem mostów?
 Dzienniki nie wyszły, a przynajmniej nie docierają do naszej kamienicy. Rano uspokaja się, można wyjść na miasto. Tramwai nie ma. Za kurs dorożką po mieście żądają kilkadziesiąt złotych, ale i tak - zajęte. Porozumiewamy się telefonicznie. Najpierwszy telefon do Anieli. Nikt nie odpowiada. Wreszcie ok. 6 wieczorem odzywa się głos w telefonie:
 - Aniela nie żyje. Mówi Karska.Popełniła samobójstwo. Witoldzie, przyjeżdżaj zaraz!
 Jak nieprzytomny lecę...
 Okazało się, że ok. 5 nad ranem, gdy zaczął się ten straszny nalot z bombardowaniem, nie wytrzymały jej nerwy (...) Wanna wypełniona zakrwawioną wodą. Przecięła żyły... Jednak śmierć nie nastąpiła dość prędko. Zarzuciła na siebie koszulę i skoczyła z 4 piętra (...) Skok widzieli ludzie, myśleli że to spada ktoś z aeroplanu...
 Płakałem, płakałem... Ale trzeba przecież pochować, zająć się pogrzebem."
 
 "8 września, piątek. Nie ma ludzi w zakładzie pogrzebowym, nie ma koni. Wreszcie, u Adamskiego na Placu Trzech Krzyży, znajdują się. Zajeżdża karawan pod dom. Ale zaczyna się alarm. Wyprzęgają konie, wprowadzają do bramy. Chowamy się w klatce schodowej. Pospiesznie wynosimy trumnę. Jedziemy kłusem, aby zdążyć przed następnym nalotem...
 Cóż za biedny, mizerny, ubożuchny pogrzeb! Patosu nadawała nam chwila dziejowa, to czekanie nalotu. Nie długo! Ledwie przybyliśmy pod bramę cmentarza ewangelicko-reformowanego - alarm! Karabiny rechotały, grzmiały działa. Kryjemy się w schronie - był to obszerny murowany grób... Ostatnie spojrzenie na trumnę.
 Wyszliśmy na ulicę. Ruch wielki, masa żołnierzy: rannych, zmęczonych, osmolonych, brudnych. Publiczność kupowała jabłka i im rozdawała. W bramach niemal wszystkich domów punkty odżywcze dla żołnierzy, dawano im herbatę, bułki, papierosy, cukierki. Na ulicach ożywienie. Wyodrębniły się dwa żywioły, oba natchnione poczuciem obowiązku, patriotyzmu: jedni wychodzili z miasta w nadziei, że gdzieś wstąpią na ochotnika do wojska... Drudzy pozostawali na miejscu, żeby swą obecnością dokumentować, że tu ich dom. Ci właśnie niosą pomoc żołnierzom. Bardzo potrzebną, bo służby sanitarne szwankują. Jeszcze gorzej z aprowizacją. Tysiące żołnierzy snują się bez przydziału. Pogubili swe formacje, pogubili broń. Biedni, głodni, zastraszeni. Opowiadają o przeżyciach bojowych jak o piekle. Ziało na nich ogniem i żelazem ze wszystkich stron (...)
 Jednak Warszawa ma się bronić. Na czele staje emerytowany generał Czuma, znany z determinacji. Prezydent miasta Starzyński mianowany komisarzem cywilnym i podniesiony do rangi majora. Organizują się bataliony ochotnicze obrony Warszawy, P(olska) P(artia) S(ocjalistyczna) dostarcza wielu ludzi. "Robotnik" jest redagowany w duchu rewolucyjno-patriotycznym, to język Kościuszki i Kilińskiego. (...) Wychodzą też inne pisma - jednostronicowe, dorywcze, lokalne, gdyż PAT (Polska Agencja Telegraficzna) wyjechał i brak wiadomości ze świata. Dziennikarze, którzy pozostali, pragną temu zaradzić; trzeba powołać agencję informacyjną!"

"9 września. Padło kilka bomb w sąsiedztwie naszego domu lub w sam dom: jedna rozbiła mieszkanie i windę, dwie padły tuż pod naszą ścianą na przybudówki, mieszczące aptekę. Huk był ogłuszający, rzuciliśmy się do ucieczki po schodach. Wojtek i Hipek (buldożek francuski) lecieli pierwsi, za nimi Nela, Andrzej, rodzina Robakiewiczów. Ja na ostatku. Już miała Nela wypaść na podwórze, gdy przed samym jej nosem poleciał deszcz szkła z rozbitych szyb. Szczęściem Wojtek przebiegł już podwórze, byłby co najmniej raniony. (...)
 Decydujemy spędzić noc w schronie. Okienka piwniczne zabezpieczone workami z piaskiem. Schron nabity ludźmi. Przeważnie zamożni Żydzi: kupcy, agenci handlowi, bankowcy... Poznosili walizy z cenniejszymi rzeczami, wózki z dziećmi, pościel, rozkładane fotele. Chcą spać najwygodniej. Wszyscy tak zastraszeni, że nie wychodzą nawet z potrzebą naturalną. Dzieci wysadzają na nocniczki. Zgiełk i zaduch nie do wytrzymania.
 Przez całą noc detonacje. To już ostrzeliwanie Warszawy z ciężkich dział. W nalotach zdarzały się przerwy. Kanonada artyleryjska może być ciągła.
 Obrona przeciwlotnicza osłabła. Alarmów nie ma lub następują po niewczasie. Przez radio coraz rzadziej uprzedzają: Nadchodzi... Przeszedł... Nie widać naszych samolotów. Bronią nas tylko karabiny maszynowe, ustawione na wyższych budynkach. Wiele pożarów. Radio wzywa obywateli, aby sami gasili ogień. Ale czym? W szale ewakuacji zabrano nawet Straż Pożarną. Przybyłe z prowincjonalnych miasteczek straże ochotnicze za słabymi pompami nie mogą dać sobie rady.
 
 
 W nocy, o godz. 2:00 7 września rząd Rzeczpospolitej opuścił Warszawę, kierując się na Łuck, zaś Marszałek Śmigły-Rydz przenosi swój sztab do Brześcia nad Bugiem. 
 O godz. 3:00 komunikatem radiowym został odwołany nieprzemyślany apel płk. Umiastowskiego z 6 września, dotyczący opuszczenia Warszawy przez całą ludność (głównie mężczyzn) i podążania na wschód.
 O godz. 4:15 Niemcy przypuszczają kolejny już atak na Polską Składnicę Tranzytową na Westerplatte. Deszcz żelaza i stali, wystrzeliwany z pancernika Schleswig-Holstein, artylerii polowej, moździerzy i bombowców regularnie ostrzeliwujących Składnicę - niewiele daje, atak znów zostaje odparty. Jednak sytuacja garstki obrońców jest dramatyczna. Brakuje nie tylko leków i bandaży, ale już nawet amunicji, a poza tym spora część obrońców jest ranna lub wymęczona nieustanną siedmiodniową walką. Pomimo sprzeciwu kapitana Franciszka Dąbrowskiego, który z bronią w ręku zmusza żołnierza do zerwania białej flagi, wywieszonej na rozkaz majora Sucharskiego - dalsza obrona nie ma już żadnego sensu, przy realnym braku wsparcia Korpusu Interwencyjnego gen. Skwarczyńskiego (który wycofał się na południe), nikt by im nie przyszedł z pomocą, dlatego też walczyli by tak, jak Spartanie pod Termopilami, do śmierci (a mieli wytrzymać tylko dwanaście godzin, wytrwali siedem dni nieustannego ataku, bombardowań i ostrzeliwań z morza, lądu i powietrza). Niemcy sądzili że Westerplatte to twierdza, zbudowana na kształt umocnień Linii Maginota, jakież było ich zdziwienie gdy okazało się że to zwykła składnica wojskowa. Oficerowie niemieccy byli pod wrażeniem bohaterstwa Polaków, czego dowodem był fakt, iż major Sucharski w niemieckim obozie jenieckim otrzymał prawo noszenia przy boku szabli. Kapitulacja Westerplatte nastąpiła o godz. 10:15.




Rozpoczyna się "Wyścig do Wisły". Niemcy są przekonani że Polacy zrezygnują z obrony terenów na zachód od Wisły i skoncentrują się na linii Narew-Wisła-San, dlatego też nakazują by 3, 4 i 8 Armia czym prędzej nacierały w kierunku Warszawy.
Gen. Juliusz Rómmel (dotychczasowy dowódca Armii Łódź) zostaje mianowany dowódcą nowo formowanej Armii Warszawa i obu stojących pod stolicą Armii: Łódź i Modlin. Ok. godz. 14:00 pierwsze czołówki 4 Dywizji Pancernej gen. Reinhardta pojawiają się na rogatkach miasta (Włochy-Okęcie), pewni że z marszu zajmą polską stolicę.
A tymczasem dzieje się coś nieoczekiwanego. Otóż niemiecki wywiad kompletnie przeoczył bardzo silny związek taktyczny (złożony z Armii Poznań i części dywizji Armii Pomorze), stojący na tyłach niemieckiej 8 Armii idącej na Warszawę. Luftwaffe także nie wykryła tegoż zgrupowania, gdyż formacje te przemieszczały się nocą, za dnia odpoczywając. Wkrótce Niemcy przekonają się jak duży popełnili błąd.
 W bitwie pod Iłżą w centralnej Polsce formacje 10 Armii niemieckiej napotykają na duży opór Armii Prusy (3, 12 i 36 Dywizja Piechoty). Przez większość dnia Polacy bronią się przed niemieckimi atakami (2 i 3 Dywizji Lekkiej, zaś po południu przechodzą do natarcia i pod Kotalarką masakrują oddziały 3 Dywizji Lekkiej, zmuszając je do wycofania się.
 O godz. 21:00 sztab Grupy Armii Południe gen. Gerda von Rundstedt'a melduje OKW (Naczelne Dowództwo Wehrmachtu) o zajęciu Warszawy. Wiadomość ta jest fałszywa - miasto nie zostało zajęte.
 
Naczelny Wódz wydał wreszcie zgodę (8 września) na otwarcie magazynów największej polskiej Składnicy Uzbrojenia Nr. 2 ulokowanej na północny-wschód od Dęblina. Przekonały go apele oficerów że żołnierzom kończy się już amunicja oraz zbliżanie się niemieckich oddziałów pancernych do tejże Składnicy. Na jej ewakuację potrzeba by było 3500 wagonów towarowych co w obecnej sytuacji wojennej nie było możliwe. Oddziały polskie przejmują więc jedynie część uzbrojenia (tyle, ile jest im potrzebne w danej chwili) brakuje też czasu na ewakuację całości, więc przychodzi rozkaz zniszczenia Składnicy aby nie wpadła w ręce wroga. Niestety, rozkaz przychodzi zbyt późno i Niemcy zajmują Składnicę.
Sytuacja jest trudna, ale tylko pozornie wydaje się beznadziejna (widok zmęczonych i brudnych żołnierzy oraz ich frontowe opowieści mogą sprawiać takowe wrażenie), ale wojna wciąż nie jest przegrana, a wręcz przeciwnie, w polskim Sztabie Głównym już opracowane są plany wielkiej kontrofensywy, której jednym z elementów jest uderzenie Armii Poznań i Pomorze na tyły 8 i 10 Armii niemieckiej. Nocą z 8 na 9 września Marszałek Śmigły-Rydz rzuca drogą radiową rozkaz: "Słońce wschodzi!" Jest to kryptonim wielkiej kontrofensywy, która ma wypędzić Niemców z już zajętych terenów polskich i wkroczyć do Rzeszy, gdy tylko wojska francuskie przejdą do generalnej ofensywy na Froncie Zachodnim.
 



I się zaczyna. 9 września o świcie do boju rusza 8 polskich dywizji piechoty i 3 brygady kawalerii, które wiążą ze sobą całą 8 Armię niemiecką, część wysuniętych i idących na Warszawę dywizji 10 Armii i jeden korpus z 4 Armii. Zaskoczenie Niemców jest całkowite - myśleli bowiem że na zachód od Wisły nie ma już większych formacji polskich, a tymczasem na ich tyły wychodzą całe dywizje. O godz. 15:00 dowódca 6 Pułku Piechoty, Oberst Reichert melduje: "W okolicy Michałowic, dwa kilometry na wschód od Marynki, kolumna marszowa mego pułku została zaatakowana od tyłu przez przeciwnika w sile około batalionu ze wsparciem wozów pancernych. (...) Boczne ubezpieczenia przeciwpancerne meldują pod Zagajami o pojawieniu się opancerzonych wozów gąsienicowych. Polacy są wszędzie na szerokim froncie na południe od Bzury". Natomiast dowództwo niemieckiego 46 Pułku Piechoty melduje 9 września o godz. 23:00 "Położenie beznadziejne, sztab pułku formuje jeża i wycofuje się. Łęczyca stracona!". Lecz to dopiero początek.
 9 września Bitwa pod Wizną (trwająca od 7 września) weszła w decydującą fazę (Wizny broniło ok. 700 żołnierzy kapitana Władysława Raginisa. Przeciwko sobie mieli potęgę pancerną, złożoną z... 42 200 żołnierzy pod dowództwem gen. Heinza Guderiana, 350 czołgom i wsparciu lotniczemu). Przewaga Niemców wynosiła 40:1 a mimo to nie byli w stanie przez cztery dni przełamać polskiej obrony.




Tego dnia (9 września) późnym wieczorem Niemcy podejmują próbę wtargnięcia do Warszawy od strony Mokotowa. Atak kończy się klęską i Niemcy zostają zmuszeni do odwrotu.
 9 września rozpoczyna się mobilizacja rezerwistów do Armii Czerwonej. Sowieci przygotowują się do tak wyczekiwanego, wspólnego uderzenia z nazistowskimi Niemcami na Polskę.
W Paryżu ambasador Polski - Juliusz Łukasiewicz spotyka się z politykami i generalicją francuską, zapytując kiedy ruszy francuska ofensywa w Nadrenii? Otrzymuje wymijające i niekonkretne odpowiedzi. Tego samego dnia podpisana zostaje również umowa o utworzeniu Armii Polskiej we Francji (początkowo z Polaków mieszkających nad Sekwaną, a potem z tych, którzy przedrą się do Francji z okupowanego kraju).
W Londynie gen. dywizji Mieczysław Norwid-Neugebauer spotyka się z gen. Edmundem Ironside - szefem brytyjskiego Sztabu Imperialnego. Celem spotkania jest zdobycie informacji kiedy alianci przyjdą Polsce z odsieczą na Froncie Zachodnim. Ironside kończy rozmowę przed czasem. Nikt nic nie wie, a tymczasem na polskie miasta lecą niemieckie bomby, giną ludzie, w tym kobiety i dzieci. A do tego Niemcy odznaczają się wyjątkową brutalnością i popełniają pierwsze zbrodnie wojenne zarówno na żołnierzach jak i ludności cywilnej.
 


NIEMCY NA PRZEDPOLACH WARSZAWY
(8 WRZEŚNIA 1939)




WARSZAWA
KOBIETA Z DZIECKIEM PO BOMBARDOWANIU
(WRZESIEŃ 1939)




BYDGOSZCZ - STARY RYNEK
ZAKŁADNICY W OCZEKIWANIU NA EGZEKUCJĘ
(WRZESIEŃ 1939)




BITWA NAD BZURĄ
OFENSYWA POLSKA
(9 WRZEŚNIA 1939)




gen. TADEUSZ KUTRZEBA
DOWÓDCA ARMII POZNAŃ
NAJSILNIEJSZEJ FORMACJI ATAKUJĄCEJ NAD BZURĄ




BITWA NAD BZURĄ
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG I ZABITY ŻOŁNIERZ
(WRZESIEŃ 1939)




PLUTONOWY STEFAN KARASZEWSKI
SAM JEDEN ZNISZCZYŁ SIEDEM NIEMIECKICH CZOŁGÓW, DWA POWAŻNIE USZKODZIŁ I ZABIŁ 11 NIEMIECKICH ŻOŁNIERZY W CZASIE DWUGODZINNEJ, SAMOTNEJ WALKI, OPÓŹNIAJĄC MARSZ CAŁEJ NIEMIECKIEJ DYWIZJI. GDY ZABRAKŁO MU AMUNICJI, WYSADZIŁ SIĘ GRANATAMI W POWIETRZE
(5 WRZEŚNIA 1939)




MSZCZYNÓW
ZNISZCZONY NIEMIECKI CZOŁG
(WRZESIEŃ 1939)





ZE WZGLĘDU NA PRZYPADAJĄCĄ DZIŚ 87 ROCZNICĘ NIEMIECKIEGO ATAKU NA POLSKĘ, PREZENTUJĘ ALTERNATYWNĄ WERSJĘ HISTORII TEJ WOJNY, W KTÓREJ STRONA POLSKA POSIADA SPRZĘT I TECHNOLOGIĘ WSPÓŁCZESNĄ, ŁĄCZNIE Z SAMOLOTAMI F16 I F35 ORAZ DRONAMI. W TAKIEJ SYTUACJI NAJPOTĘŻNIEJSZA ARMIA ŚWIATA, JAKĄ W LATACH 1939 1942/43 BYŁ BEZ WĄTPIENIA WEHRMACHT, SKOŃCZYŁABY TAK






CDN.

12 lipca 2026

POLSKI ODWET - "A OD ŚMIERCI SILNIEJSZY BYŁ GNIEW" - Cz. II

O AKCJACH POLSKIEJ SAMOOBRONY
NA WOŁYNIU I KRESACH WSCHODNICH




 Dlaczego doszło do rzezi polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (nie tylko zresztą polskiej, gdyż ukraińscy bandyci spod znaku "upa" mordowali również mieszkających na tych ziemiach Czechów, Węgrów a przede wszystkim również Żydów)? To jest kluczowe wydaje mi się pytanie, dlaczego doszło do owych mordów - a w zasadzie nie tyle dlaczego do nich doszło, ile dlaczego one w większości zakończyły się sukcesem owych bandyckich kreatur (gdyż ludźmi ich nazwać nie sposób)? Zanim odpowiem na to pytanie, powiem tylko jedno - dzisiaj patrząc na nasz kraj, widzimy że w dużej mierze jest to państwo z dykty, można nawet powiedzieć państwo ze styropianu, budowane na tradycji Okrągłego Stołu i "Magdalenki", tradycji dogadania się komunistów z solidaruchami (o rodzinnych korzeniach komunistycznych, a często wręcz ubeckich, a jeszcze częściej o korzeniach żydowskich). Tam, w mocno zakrapianej alkoholem atmosferze dogadania się, stworzono nam twór pod nazwą III RP (bo Rzeczpospolitą Polską tego nie nazwę dla mnie to państwo jest tworem polsko-podobnym, zupełnie jak za komuny były wyroby czekoladopodobne które - choć ja tych czasów nie pamiętam - były swoistymi ersatzami prawdziwych wyrobów czekoladowych), lubię ten twór polskopodobny nazywać po prostu: "Cecią RP". To jest fakt, państwo mamy słabe, rządzone w większości przez agenturę (czy to berlińsko-brukselską, czy amerykańsko-żydowską czy też wschodnią-moskiewską, a wszystkie one najwidoczniej wyznają zasadę "służby narodowi ukraińskiemu", choć bardziej adekwatne byłoby określenie służby ukraińskiemu reżimowi), trudno się zresztą temu dziwić, skoro państwo to budowały takie indywidua jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Lech "Bolesław" Wałęsa i wielu im podobnych, ale aby być sprawiedliwym należy też dodać, że ich obecni następcy to są w większości totalni kretyni, przygłupy, lub jawni (albo mniej jawni) zdrajcy i w porównaniu z nimi tamci "ojcowie założyciele" Ceciej RP przynajmniej mieli klasę - czego nie można im odmówić.

Tak więc mamy słabe państwo, i to nie ulega wątpliwości, ale je MAMY! Natomiast w latach w których dochodziło do mordów na ludności polskiej i żydowskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, Polski nie było, nikt więc nie mógł realnie obronić tych ludzi i byli oni w większości pozostawieni samym sobie. Dlatego do tych wszystkich którzy twierdzą że powinniśmy się roztopić w tyglu europejskim, zapomnieć o własnej tradycji i kulturze, oddać kierownictwo obcym - bo przecież zapewne są mądrzejsi od nas (chociaż nie ma na to żadnych dowodów a widząc co zrobili z własnymi krajami, raczej bym twierdził że za mądrzy nie są), powtarzam że nikt nie zadba ani o nasze interesy ani nawet o nasze życie gdy zabraknie naszej Ojczyzny - NIKT! a już na pewno nie ci, którym większość kompradorskich polityków chciałaby oddać władzę nad naszymi ziemiami i naszą przyszłością. Także szanujmy przynajmniej to co mamy, bo zawsze może być gorzej i przestańmy myśleć w kategoriach że skoro nam jest w miarę wygodnie i dobrze, to nie interesuje nas już co jest za miedzą, w innych rejonach naszego kraju, naszej Ojczyzny, takie myślenie jest bowiem zabójcze. Powinniśmy się jako naród, jako społeczeństwo organizować na poziomie lokalnym, na poziomie sąsiedzkim, wojewódzkim a przede wszystkim krajowym, zdając sobie sprawę że to, co dobre dla nas tu i teraz, musi być dobre dla całego Narodu, bo jeżeli nie jest dobre dla Narodu a my udajemy że teraz jest nam wygodnie, to wcześniej czy później doświadczymy tego, co stało się doświadczeniem naszych rodaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej (tylko może w innej konfiguracji, w innym rozdaniu, gdyż nic nigdy nie powtarza się dokładnie tak samo). Szanujmy siebie, a przede wszystkim szanujmy naszą ojczyznę, bo nikt za nas tego nie zrobi i nikomu na Polsce nie będzie zależało, jeśli nie będzie na Niej zależało nam wszystkim.



VARIA




 Upowcy zjawili się nocą, sądząc że będzie to jedna z wielu przeprowadzonych akcji, w których owi "hieroje" nabijali małe dzieci na widły, obcinali ręce i nogi, rozcinali kobietom brzuchy i wyjmowali nienarodzone dzieci, a następnie zaszywali tam koty i szczury, lub też przybijali małe dzieci za języki do stołu żeby one wykrwawiły i udusiły się w ten właśnie sposób, czyli takie typowo banderowskie bohaterstwo. Na tyłach i na bocznych drogach ustawiły się wozy z rezunami, gotowe do rabunku po wymordowaniu i spaleniu danej polskiej wsi, ale, nie przewidzieli tego że nie zawsze napotkają bezbronne ofiary. Polacy bowiem na Wołyniu w ogromnej większości byli nieprzygotowani do obrony przed upowskimi bandytami, gdyż nie mieściło im się w głowach że sąsiedzi - których oni znali od lat, a często ich rodziny znały się od dekad i żyły ze sobą w zgodzie, że ci sąsiedzi przyjdą teraz nocą pod ich dom, zamordują ich dzieci i będą się pastwić nad nimi póki co nie wyzioną ducha, to nikomu kto ma choćby odrobinę szacunku do drugiego człowieka nie przyszłoby do głowy. Dlatego też Polacy na tych ziemiach byli doskonałymi ofiarami. Ale nie wszędzie tak było. Już latem a nawet późną wiosną 1943 r. zaczęły organizować się sąsiedzkie ośrodki samoobrony, dziś historycy twierdzą że na samym Wołyniu było ich ok. 300 z czego 129 odniosło sukces i dotrwało do końca działań wojennych. Były to takie Polskie Termopile, chociaż przynajmniej w części nazwa ta jest nieadekwatna, jako że w Termopilach Spartanie ulegli perskiej na wale, natomiast w sporej części owych miejscowości które przygotowały się na atak hierojów z upa i sąsiadów spod znaku "samosijnej Ukrainy", owi napastnicy ponieśli totalną klęskę. Tak też było we wsi Pańska Dolina na Wołyniu, która zaatakowana została przez upowskie bandy 22 czerwca 1943 r. Rezuni, myśląc że jak w innych miejscowościach, tak i tutaj uda im się spacerkiem "bohatersko" obcinać ludziom głowy, wyciągać wnętrzności i męczyć w nieprawdopodobny sposób, póki ci nie skonają - swoją drogą jakim trzeba być zwyrolem, żeby człowieka męczyć przed śmiercią. Rozumiem że chcieli ich pozabijać - co już samo w sobie jest niezrozumiałe i nie do pojęcia, ale żeby męczyć ludzi przed śmiercią, to brakuje mi słów, aby takie coś nazwać, bo to jest tak zwyrodniałe i tak nieludzkie a jednocześnie nieporównywalne z niczym - bo nawet zwierzęta nie mordują dla przyjemności - a tutaj był to mord typowo dla przyjemności, przyjemności "oczyszczenia" tych ziem i stworzenia krystalicznie "czystej" nazistowskiej Ukrainy).

Tak więc "hieroje" zbliżali się do wsi krokiem swobodnym, gotowi już za chwilę mordować ludzi (a przede wszystkim kobiety i dzieci) z zimną krwią, mieli jednak pecha, gdyż gdy tylko wyłonili się z lasu, od razu przywitały ich  serie wyprowadzone z rkm-ów "diegturowa". Obrońcy Panieńskiej Doliny rąbali ile się dało w banderowskie ścierwa, czasem karabiny odmawiały już posłuszeństwa z przegrzania, wówczas używano granatów. Upowcy zaczęli kryć się w zbożu i ze wzgórza ostrzeliwać zabudowania (gdzie były zgromadzone rodziny obrońców) zapalającymi pociskami, ale silny ogień obrońców wsi skierowany w tym kierunku, odebrał rezunom dalszą wolę kontynuowania ataku. Strzelano do uciekających banderowców jak do kaczek, a ich atak zamienił się w chaotyczną ucieczkę. Dzięki zdecydowanej postawie obrońców, - którzy wcześniej przygotowali się na atak, zaopatrując się w broń automatyczną, granaty i broń ręczną - udało się ocalić nie tylko mieszkańców wsi Pańska Dolina, ale także polską ludność zbiegłą z innych, zniszczonych już lub też zagrożonych atakiem ukraińskich bandytów - polskich wsi na Wołyniu. Oczywiście atak z 22 czerwca nie był jedynym atakiem banderowców na na tę wieś, kontynuowali ją w kolejnych dniach, ale obrońcy byli na to przygotowani i aż do końca wojny ta wieś nie została zniszczona - obroniła się sama, dzięki zdecydowanej postawie tamtejszej ludności polskiej i jej woli przetrwania.



WOŁYŃ




 Wołyń był piękną i urodzajną ziemią, jeszcze w XIX wieku opisywaną jako sielska kraina spokojnego życia. Swoje piękno przede wszystkim zawdzięczał licznym rzekom, które skrapiały go tak żyźnie, iż wielu twierdziło, że jest to najpiękniejsza kraina na świecie (jak chociażby pisał fortunat Nowicki w wydanej przez siebie w roku 1870 w Dreźnie książce pt.: "Wołyń i jego mieszkańce w r. 1863. Krótkie opisanie guberni Wołyńskiej pod względem geograficznym i statystycznym", tam właśnie pisał on iż: "prowincja ta należy do najszczęśliwszych najpiękniejszych krajów w Europie"). Na Wołyniu północnym rzek było więcej, a co za tym idzie liczne lasy i trochę łąk, na Wołyniu środkowym liczne łąki i pola uprawne, na Wołyniu południowym zaś stepy niezmierzone. Na ziemiach tych żyło plemię Wołynian od których cała kraina miała wziąć swą nazwę (chociaż kronikarz Jan Długosz uważa że nazwa tej prowincji wzięła się od zamku Wołyń - stojącego u ujścia rzeki Huczwy do Bugu). Następnie ziemię te należały do Rusi Kijowskiej, a z końcem XI wieku weszły w skład księstwa Wołyńsko-Włodzimierskiego, które to pod koniec XII wieku zmieniło się w Ruś Halicko-Włodzimierską. W roku 1324 wymarła w tym księstwie lokalna dynastia Romanowiczów i wówczas tron objął syn księcia mazowieckiego Trojdena - Bolesław, który przyjął imię Jerzy i panował w latach 1325-1340. Pomimo że jego małżonką była ponętna księżniczka Eufemia (córka władcy Litwy Giedymina i siostra Aldony/Anny, małżonki króla Polski Kazimierza III Wielkiego), książę Jerzy Trojdenowicz nie doczekał się potomstwa. W czerwcu roku 1338 Jerzy Trojdenowicz przybył do Wyszehradu na Węgrzech, do króla Karola Roberta z dynastii Andegawenów (który był mężem Elżbiety Łokietkówny - siostry Kazimierza Wielkiego), aby porozumieć się z nim w sprawie ewentualnej pomocy udzielonej księstwu Halicko-Włodzimierskiemu przeciw Tatarom. W Wyszehradzie wówczas przebywał również król Kazimierz i zawarto tam porozumienie, na mocy którego Halicz otrzyma wsparcie militarne, a w zamian Jerzy II Trojdenowicz - po swej bezpotomnej śmierci - przekazuje swoje państwo królowi Polski. Wielki książę Olgierd (brat Aldony/Anny) władający wówczas Litwą, nie był z tego zadowolony.




Oczywiście w momencie zawarcia tego porozumienia z Jerzym Trojdenowiczem, było ono obliczone na dość długi okres, tym bardziej że książę halicko-włodzimierski miał zaledwie 28 lat i całe życie przed sobą, a co za tym idzie możliwość spłodzenia męskiego potomka. Niestety, los bywa przekorny i już 7 kwietnia 1340 r. książę Jerzy został otruty przez ruskich bojarów i kwestia następstwa tronu stała się jak najbardziej aktualna. Oczywiście dla rządzących wówczas księstwem bojarów (szczególnie kniazia Dymitra Ostrogskiego i Dymitra Detko) lepiej by było gdyby państwem władał władca zewnętrzny, rezydujący gdzieś daleko, niż lokalny silny książę, dlatego gotowi byli oddać księstwo w ręce chana Złotej Ordy tatarskiej - Özbega. Jednak poselstwo bojarów wysłane do Nowego Saraju (stolicy Złotej Ordy tatarskiej) przyniosło chanowi złe wieści. Otóż nie byli oni w stanie zapłacić haraczu i oddać swego księstwa pod tatarskie lenno, gdyż - jak twierdzili - król Polski, zebrawszy wojsko po śmierci Jerzego Trojdenowicza, zbrojnie napadł na Lwów i zajął to miasto. Potem poszedł na Włodzimierz Wołyński i spalił tam dwa drewniane zamki, a następnie całe księstwo Halicko-Włodzimierskie włączył do Korony Królestwa Polskiego. Włączenie tak dużego księstwa oznaczało znaczne rozszerzenie granic Polski, a jednocześnie zadarcie z jednym z najpotężniejszych wówczas władców Europy, chanem Złotej Ordy Özbegiem. Ten zaś był wściekły, gdyż ktoś (inny władca) pozwolił sobie wydrzeć jego własność, którą on już widział jako część własnej Ordy. Inwazja na Królestwo Polskie była więc już tylko kwestią czasu, a mówiono o tym nie tylko w Brandenburgii i ziemiach Zakonu Krzyżackiego, ale również w Paryżu, w Wiedniu a nawet w Londynie (wrócił strach przed tatarskim najazdem, który Europa pamiętała dokładnie 100 lat wcześniej w roku 1241, gdzie nawet król Anglii pisał w listach do swej matki że oto nastał kres chrześcijańskiego świata, gdyż zalały go "mongolskie demony"). Sam papież Benedykt XII napisał list do chana Özbega, prosząc go aby zaniechał tej wyprawy, deklarując że Kazimierz (oraz inni okoliczni władcy) wynagrodzą mu poniesione straty, jednocześnie zaś pod papieskim patronatem przygotowywano wyprawę krzyżową przeciwko Tatarom i organizowano ją zarówno na ziemiach Królestwa Polskiego jak i Czech oraz Węgier.

Armia tatarska która ruszyła na zachód, była liczna (prawdopodobnie liczyła ok. 200 000 wojowników, chociaż w niektórych źródłach przesadnie twierdzi się że nawet i 660 000). Zimą 1340/1341 r. ta potężna armia doszła do ujścia Sanu wpadającego do Wisły, a po drugiej stronie rzeki czekał król Kazimierz Wielki ze swoimi rycerzami. Polski plan obrony zakładał uniemożliwienie Tatarom przekroczenia Wisły i rzeczywiście, przez kilka kolejnych dni w siarczystym mrozie i śniegu po kolana, trwała walka dwóch armii ostrzeliwujących się przez rzekę. Licznie padali zabici i ranni, ale w polskich kronikach zanotowano imię tylko jednej polskiej ofiary tej batalii, a był nią Mścigniew Czelaj herbu Abdank, jeden z krakowskich możnowładców. Sam król osobiście zagrzewał swych rycerzy do walki, twierdząc że bronią nie tylko własnej ziemi, ale całego chrześcijaństwa. To poskutkowało, po kilku dniach tych uporczywych ostrzeliwań zza rzeki, Tatarzy uznali że jednak nie uda im się przekroczyć Wisły i zawrócili. Ponieważ wracali z pustymi rękoma, postanowili przynajmniej zdobyć Lublin, aby tam wziąć licznych niewolników i łupy. Lokalne rycerstwo i mieszkańcy miasta przez 12 dni bronili swego grodu przed potęgą Tatarów Złotej Ordy, ostatecznie udało im się zwyciężyć, gdy polska strzała zabiła głównego dowódcę całej tej wyprawy (jego imię pozostaje nieznane), Tatarzy wówczas stracili dalszą chęć do walki i zawrócili do siebie. Wiadomość o tym polskim zwycięstwie bardzo szybko obiegła dwory Europy (np. na Wielkanoc roku 1341 w Bolonii opowiadano sobie właśnie o tym zwycięstwie, co odnotował tamtejszy kronikarz Matte Griffoni, ale - jak to często bywa - wieści o tym zostały mocno zdeformowane i opowiadano sobie niestworzone historie, nie mające wiele wspólnego z prawdą). Tak oto tatarski najazd został powstrzymany, ale nie oznaczało to zakończenia batalii o ziemię wołyńską. 




Po odparciu tatarskiej nawały Kazimierz podporządkował sobie takie miasta jak Przemyśl, Sanok, Łuck, Włodzimierz, Lubaczów, Trębowla i Tustań. Jeszcze w 1341 r. zawarł król porozumienie z bojatem Dymitrem Detko mianując go swym namiestnikiem w Haliczu i Włodzimierzu (ziemie ten nie zostały wówczas bezpośrednio włączone do Korony Królestwa Polskiego). W tym czasie w Wielkim Księstwie Litewskim zmarł wieloletni władca tej krainy - Giedymin. Kraj został teraz podzielony pomiędzy jego synów: władzę nad stołecznym Wilnem objął Jawnuta, dzielnicę Rusi Białej (Białorusi) objął Olgierd z siedzibą w Mińsku, zaś Kiejstut otrzymał Żmudź z Trokami, Grodnem i Brześciem aż po Wołyń, a w Łucku zasiadł Lubart. Lubart i Kiejstut byli zdecydowani prowadzić dalsze walki z Polakami nie tylko o Ruś Halicko-Włodzimierską, ale również o inne ziemie (w tym część ziemi Mazowieckiej). Olgierd i Jawnuta byli zaś nastawieni bardziej koncyliacyjnie. Już w 1343 r. wygasł układ zawarty przez Kazimierza z Dymitrem Detko a w rok później zaczęły się kolejne walki o Ruś Halicko-Włodzimierską bez większych sukcesów po polskiej stronie (Kazimierz był zresztą wtedy skupiony na innych obszarach, np. na zawarciu układu z wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego w 1343 r., który to okazał się dla Polski zbawienny gospodarczo i który pozwolił w roku 1410 ostatecznie rozgromić na polach Grunwaldu potęgę Zakonu; czy wojnie polsko-czeskiej z 1345 r.). Do kolejnej interwencji Kazimierza na Rusi doszło dopiero w roku 1349. Wcześniej, bowiem w roku 1345 Kazimierz zawarł układ z Lubartem Giedyminowiczem, dzieląc Ruś po połowie (stronie polskiej przypadł tylko Przemyśl i Sanok). W tym czasie synowie Giedymina obalili Jawnutę (dając mu mniejszą dzielnicę) a na wileńskim stolcu zasiadł Olgierd (1345 r.). W czasie kampanii roku 1349 Kazimierz Wielki opanował ponownie Lwów, Halicz, Włodzimierz, Brześć, Bełz i prawdopodobnie Trębowlę, zmuszając Lubarta do wycofania się do Łucka. Ten rok jest kluczowy, gdyż oznacza definitywne opanowanie nie tylko Lwowa ale i Rusi Czerwonej (czyli Rusi Halickiej) przez Polaków na kolejne wieki (dokładnie do roku 1939, czyli przez 590 lat ziemię te pozostawały w obrębie cywilizacji i kultury polskiej, nawet w czasie zaborów). Gdy Kazimierz w grudniu 1349 r wracał do Krakowa witano go tam jako Wielkiego triumfatora, a ponieważ już od trzech lat używał tytułu księcia Rusi, realnie ziemie te stały się nieodłączną częścią Korony Królestwa Polskiego.


PS: O dalszych losach Wołynia i o tym jak wyglądały stosunki polsko-ukraińskie na tych ziemiach do roku 1939 (a w zasadzie 1943) opowiem w kolejnych częściach tej serii, jak również będę ją rozpoczynał opisem obrony poszczególnych polskich wsi przed banderowskimi bydlakami w latach 1943-45. Powiem też że Ukraińcy mają swoich bohaterów i niekoniecznie muszą to być mordercy kobiet i dzieci, to są ludzie o których często się zapomina jak choćby Taras "Bulba" Boroweć (śmiertelny wróg Bandery i zdecydowany przeciwnik tego, co działo się na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej z rąk banderowskiej czerni), Symon Petlura czy wielu bezimiennych ukraińskich aniołów, którzy ostrzegli Polaków przed zbliżającą się śmiercią, a wielu z nich - z narażeniem własnego życia - ukrywało swoich polskich sąsiadów we własnych domach.


NA ZAKOŃCZENIE ZAŚ WYSTĄPIENIE PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI KAROLA NAWROCKIEGO Z OKAZJI 83 ROCZNICY ROZPOCZĘCIA ZORGANIZOWANYCH WIELKICH MORDÓW LUDNOŚCI POLSKIEJ NA WOŁYNIU (O KTÓRYCH TEŻ DOKŁADNIE NAPISZĘ), CZYLI BANDEROWSKO-NAZISTOWSKIEGO LUDOBÓJSTWA



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...