WYŚWIETLENIA

16 maja 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VIII

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





IV
KOBIECY SENAT i
RZYMSKI MATRIARCHAT
(218 - 235)
Cz. I




Krótki, bo zaledwie siedemnastoletni okres istnienia "Senatulusa" (czyli "Małego Senatu" - jak w 1529 r. ów senat złożony z kobiet - nazwał Erazm z Rotterdamu), może co najwyżej posłużyć za pewną ciekawostkę w ciągu ponad tysiącletniej historii Imperium Rzymskiego. Był to bowiem organ niewielki (zatem prawidłowo nazwał go Erazm - "senatulusem"), pozbawiony wszelkiej realnej władzy politycznej i wojskowej, dlaczego zatem wart jest przytoczenia? Otóż dlatego, że był to jedyny organ który realnie miał wpływ na życie połowy społeczeństwa wciąż jeszcze ogromnego Imperium Romanum - oczywiście tej niewieściej połowy. Był to bowiem senat złożony z kobiet, który uchwalał przepisy i prawa obowiązujące jedynie kobiety. Przewodniczyła mu Julia Soemias - matka cesarza Heliogabala (Variusa Avitusa) i siostrzenica Julii Domny, żony cesarza Septymiusza Sewera i matki cesarza Karakalli oraz jego brata Gety. Senat ten zbierał się na Kwirynale (w przeciwieństwie do tego realnego - choć do prawdy trudno orzec który wówczas był bardziej realny, jako że Senat w omawianym okresie sprowadzał się jedynie do funkcji czysto reprezentacyjnych i zajmował się głównie zatwierdzaniem praw już stworzonych przez cesarza - który to zbierał się na Palatynie). Złożony był z matron z kręgów arystokracji dworskiej a jego głównym zadaniem było ustalanie elementów... damskiej etykiety i mody. Tak więc zbierały się owe damy na Kwirynale i radziły która kobieta może, a która nie może nosić butów przyozdobionych złotem i drogimi kamieniami, która może być noszona w lektyce, a która nie (a także z jakich materiałów powinny być wykonane damskie lektyki), której kobiecie wolno jeździć konno, a której nie (a jeśli tak, to która ma prawo do... konia osiodłanego, a która musi konia dosiadać bez siodła 🤭), która może jeździć wozem zaprzężonym przez osła, a która przez woła lub muła itd. Poza tym ustalano kolor oficjalnych szat w świątyniach i ilość biżuterii, z jaką kobiety (różnych stanów) mogą pojawić się poza domem.


SENATULUS 
(KOBIECY SENAT)



Tyle jeśli idzie o sam niewieści senat - zajmował się on tylko takimi "problemami", natomiast zupełnie inną kwestią jest stopień ogromnej już wówczas emancypacji kobiety rzymskiej i pojawienie się feminizacji (a co za tym idzie demoralizacji) społecznej. Dobitnym przykładem owej feminizacji Rzymian niech będzie przykład dwóch kolejnych panujących po sobie władców, których lata panowania nakładają się na istnienie owego "rzymskiego matriarchatu". Otóż zarówno Heliogabal jak i Aleksander Sewer - to byli władcy albo totalnie zdemoralizowani, albo mentalnie wykastrowani i tym samym niezdolni do podjęcia zdecydowanych decyzji. Weźmy Heliogabala - młody chłopak, który wcześniej pełnił funkcję kapłana świątyni boga Elagabala (Elah Gabal) w syryjskiej Emesie, po objęciu władzy (w wyniku knowań i ambicji swej babki - Julii Mezy i matki - Julii Soemias) w wieku lat 14, popadł w całkowitą deprawację i obłęd. Zaczął na przykład uważać się za kobietę, nosił damskie szaty, malował twarz i oddawał się mężczyznom (kazał nawet sprowadzać sobie takich, którzy mieli duże przyrodzenie), głównie gladiatorom, woźnicom itp. I zachowywał się w stosunku do nich jak kobieta w stosunku do mężczyzny. Ponoć pragnął nawet zmienić płeć i w tym celu studiował dawne tego typu odniesienia jeszcze z czasów cesarza Nerona, dotyczące niejakiego Sporusa - kastrata, którego Neron zamierzał przerobić na kobietę i którego poślubił. Sporus był niewolnikiem, młodym chłopakiem który spodobał się Neronowi, gdyż był niezwykle podobny do jego zmarłej żony Poppei Sabiny (którą Neron kopnął po pijanemu w brzuch, gdy ta była w widocznej ciąży, co spowodowało poronienie i w efekcie również przyniosło jej śmierć w 65 r.), zabrał go więc ze sobą na Palatyn, przebrał w szaty Poppei i poślubił (66 r.). Nim jednak to nastąpiło, kazał go wykastrować i zastanawiał się jak by na trwale przerobić go na kobietę (co przy ówczesnej medycynie nie było możliwe). Rozkazał jednak niejakiej Kalwii Kryspinilli (która pełniła w pałacu funkcję "magistra libidinum" - czyli mistrzyni rozkoszy cielesnych), by dbała o jego stroje i by malowała mu twarz niczym kobiecie. 


HELIOGABAL
(VARIUS AVITUS)



Kryspinilla była zwykłą burdelmamą, trudniącą się sprowadzaniem dla majętnych klientów najlepszych prostytutek, potem została zabrana na Palatyn do Pałacu i tam dbała o uciechy cesarza (Petroniusz w swym "Satiriconie" przedstawił ją pod imieniem - Kwartilla, jako kobietę wyuzdaną i bezkompromisową, która oddaje lubieżnikom nawet nieletnie dziewczęta i wkłada jej w usta takie oto słowa: "To ona niby młodsza, niż byłam ja, kiedy po raz pierwszy miałam mężczyznę? Niech mnie Junona znienawidzi, jeśli pamiętam, bym kiedykolwiek była dziewicą! Już jako niemowlę puszczałam się z rówieśnikami. A potem, gdy szły lata, przymierzałam się do większych chłopców"). Tak więc Krispinilla miała zadbać nad "kobiecym wychowaniem" Sporusa, począwszy od ubrań i malowania twarzy, a skończywszy na zachowaniu i manierach. Sporus miał zostać "nową żoną cesarza", więc ubierany był w dostojne szaty zmarłej Poppei Sabiny, a cały dwór musiał się do niego zwracać nie tylko jak do kobiety, ale również jak do żony władcy. Wykastrowany w młodym wieku i uczony kobiecych manier, z czasem Sporus zaczął naprawdę zachowywać się jak kobieta, poza tym bardzo przywiązał się do "swego męża" Nerona (który poślubił go podczas podróży do Grecji w 66 r. a rolę ojca "panny młodej" pełnił wówczas prefekt pretorianów - Offoniusz Tygellinus, człowiek na równi zdemoralizowany co Neron i Kryspinilla). Neron zmienił mu imię i odtąd nazywał "Poppeą". Sporus był z Neronem do końca i nawet opłakiwał go gdy ten popełnił samobójstwo, po czym przypadł kolejnemu prefektowi pretorianów - Nymfidiuszowi Sabinusowi, który również zrobił z niego swoją żonę. Po śmierci Sabinusa, Sporusa odziedziczył Othon - przyjaciel Nerona i kolejny cesarz (styczeń-kwiecień 69 r.), który także traktował go jak swoją kobietę. Po klęsce pod Bedriakum z armią nowego cesarza Witeliusza i samobójczej śmierci Othona, Sporus miał uświetnić urodziny Witeliusza po jego wkroczeniu do Rzymu i wystąpić na arenie podczas igrzysk... w roli dziewicy, którą porywają (i gwałcą) napastnicy. Do tego jednak nie doszło, gdyż wcześniej - nie mogąc znieść takiego upokorzenia - Sporus odebrał sobie życie




Teraz Heliogabal nawiązywał (m.in.) do przypadku Sporusa, gdy sam pragnął zmienić płeć. Ale tak naprawdę sam nie wiedział czego chce. Pokazywał się publicznie ludowi i Senatowi umalowany jak kobieta, w długich szatach syryjskiego kapłana boga Elagabala (w Senacie kazał zawiesić ogromnej wielkości obraz, przedstawiający jego samego ubranego w szaty kapłańskie, oddającego hołd swemu syryjskiemu bóstwu. Obraz ten zawieszono wysoko nad posągiem bogini Victorii, przed którym senatorowie składali ofiarę z wina na początku obrad). Kazał sprowadzać do Pałacu mężczyzn obdarzonych dużym przyrodzeniem, jak choćby niejakiego Hieroklesa - woźnicę rydwanów w Cyrku Wielkim, którego ponoć poślubił. Hierokles był oficjalnie uważany na dworze za "męża cesarza" (podobnie jak Sporus był traktowany jako "żona cesarza") i mógł go nawet... bić za niewierność (co zdarzało się niezwykle często, gdyż cesarz oddawał się wielu mężczyznom), a jego wpływy były znaczne. On, zwykły niewolnik, stał się teraz praktycznie drugą (a w zasadzie trzecią, bo drugą była najpierw babka a potem matka cesarza) osobą w państwie. Jak już wspomniałem, mógł nawet bić "swą żonę" za niewierność i nieposłuszeństwo, co skutkowało tym, że cesarz niekiedy pojawiał się publicznie z podbitymi oczami. W pewnym momencie jednak silna pozycja jaką miał na dworze Hierokles, zaczęła mu się wymykać z rąk, gdy sprowadzono cesarzowi (zapewne maczała w tym place jego babka - Julia Meza, która nie znosiła szarogęszącego się Hieroklesa) z małoazjatyckiej Smyrny tamtejszego atletę o imieniu - Aureliusz Zotikus. Od razu spodobał się też cesarzowi, choć gdy podczas powitania Zotikus powitał Heliogabala jako swego pana, cesarz przyjął pozę wstydliwej kobiety i odparł: "Nie nazywaj mnie panem, jestem panią". Zotikus otrzymał godność cubiculariusa (szambelana), po czym miała odbyć się noc próby i po wspólnej kąpieli, cesarz ubrany jak kobieta, chciał sprawdzić umiejętności Zotikusa. Niestety, ten jednak nie sprostał zadaniu (prawdopodobnie Hierokles musiał coś dodać mu do posiłku, gdyż Zotkius okazał się... impotentem), co spowodowało że zawiedziony cesarz nakazał wygnać go z Rzymu i Italii. Hierokles zaś znów wrócił do łask. 

Ale Heliogabal nie gustował jedynie w mężczyznach. Kazał sobie urządzić dwa haremy, jeden złożony z chłopców (których to on traktował jak kobiety), drugi z dziewcząt. Kilkukrotnie też był żonaty. Najpierw (zaraz po swym przyjeździe do Rzymu w czerwcu 219 r.) poślubił niejaką Kornelię Plautę z którą chciał spłodzić syna. Nie udało się i po roku cesarz rozwiódł się z żoną, zarzucając jej że ma skazę na ciele. Drugą żoną została Emilia Sewera, która akurat była... westalką - czyli kapłanką bogini Westy, a co za tym idzie musiała dochować dziewictwa, a wszelki stosunek z nią był świętokradztwem i obrazą bogini. Heliogabal tym się jednak nie przejmował, on oddawał cześć tylko swemu bogu Elagabalowi, którego uważał za najwyższego z bogów. A ponieważ był jego kapłanem, postanowił ożenić się z kapłanką. Ani Senat, ani lud (ani tym bardziej wojsko) nie zaprotestowali - Rzymianie zamienili się już bowiem w potulne owieczki, które dla świętego spokoju zniosą wszystko, byle tylko ich samych nie spotkała krzywda. Heliogabal dopuszczał się na niej częstych gwałtów, żądając by szybko zaszła w ciążę i by spłodziła z nim "boskie dzieci". Po kilkunastu miesiącach jednak ponownie wziął z nią rozwód (zakazując jej kontaktów z innymi mężczyznami), a sam poślubił dostojną Annię Faustynę - spokrewnioną z rodem Marka Aureliusza. Ponieważ jednak była ona już zamężna... kazał zabić jej męża, a ją samą sprowadził do Pałacu i tam poślubił. Nie spełniła jednak jego erotycznych wymagań i po kilku miesiącach ją oddalił, każąc ponownie wrócić... Emilii Sewerze, którą poślubił po raz drugi. Poza tym poślubił kilka dziewcząt ze swego haremu, co oznaczało że miał po kilka żon jednocześnie - on, który jak twierdził Kasjusz Dion "nie był nawet mężczyzną". Poziom deprawacji doszedł do tego stopnia, że cesarz miał jednocześnie po kilka żon i męża, a poza tym pracował jako... prostytutka (do Pałacu sprowadzano dla niego wybranych klientów, których on obsługiwał jak prostytutka, każąc sobie za to płacić ogromne pieniądze - które następnie wydawał na kolejne swoje ekstrawagancje). Tak właśnie wyglądały ponad trzyletnie rządy cesarza nad Rzymem i Imperium.




Realnie bowiem Imperium wówczas władały trzy kobiety. Pierwszą była babka cesarza - Julia Meza, kobieta niezwykle ambitna, a jednocześnie rozważna i mądra, była też siostrą Julii Domny (tej, o której piszę: TUTAJ ). To właśnie ona zadbała by dynastia Sewerów nie upadła po zamordowaniu jej bratanka - Karakalli w kwietniu 217 r. Przyzwyczajona do luksusu, żyjąca co prawda w cieniu swej siostry, ale równie ambitna, zorganizowała całą kampanię mającą wynieść do władzy jej wnuka - Heliogabala (a właściwie Variusa Avitusa jak się zwał nim został cesarzem). Ona też miała przekonać żołnierzy do dalszej walki, gdy natarcie wojsk dotychczasowego cesarza Makrynusa przełamywało linie wojsk Heliogabala. Wysłać miała ponoć na koniu swego wnuka z mieczem w dłoni, który udawał że naciera na nieprzyjaciół, co miało odnowić morale w jego armii i przypieczętować zwycięstwo. Ona też miała obiecać żołnierzom podwojenie żołdu, wypłacanego z jej majątku (co obiecali żołnierzom za dochowanie wierności Heliogabalowi jej ludzie - Eutychian i Gannys). Meza bardzo negatywnie odnosiła się też do poczynań swego wnuka. Starała się wytłumaczyć mu że Rzymianie nie cierpią "wschodniego zniewieścienia" i że powinien on zacząć ubierać się jak Rzymianin, a nie jak kapłan wschodniego bóstwa, którym już nie jest. Wiedząc jednak że nie zdoła przemówić mu do rozumu (jak to mówił Skipper zwracając się do króla Juliana: "spróbuję przemówić ci do rozumu", na co ten odpowiadał: "powodzenia życzę") i zdając sobie sprawę że jego dni są policzone, kazała mu adoptować swego kuzyna (syna drugiej córki Mezy - Julii Mamei) Basjanusa, co Heliogabal uczynił niechętnie w lipcu 221 r. Tym samym zamierzała Meza zabezpieczyć władzę w rękach swej rodziny, w przypadku zamordowania (co stawało się więcej niż pewne) swego zdeprawowanego wnuka.

Drugą kobietą władającą wówczas państwem, była matka Heliogabala - Julia Soemias. Była to kobieta równie ambitna i żądna władzy co jej matka, tylko mniej rozważna i podobnie jak syn rozpustna. To ona przewodziła senatowi niewieściemu, ona też wraz z matką - jako jedyne kobiety w historii Rzymu - zasiadała w Senacie prawdziwym (nie tak jak Agrypina Młodsza sprzed prawie dwóch stuleci, przysłuchująca się obradom zza kotary, ale bezpośrednio owe damy siedziały na ławach obok senatorów). Otaczała się przepychem i bogactwem (jedwabne suknie ponoć sprowadzała specjalnie z Chin), poza tym oddawała się rozpuście (tak jak syn gustowała w gladiatorach, których kazała sobie przyprowadzać do alkowy). Nie posiadała też instynktu samozachowawczego (którym obdarzona była chociażby jej matka) i nie myślała o przyszłości. Nie myślała co będzie, gdy szaleństwa jej syna przekroczą punkt krytyczny i co się wówczas z nią stanie? Żyła chwilą, bawiła się, do czasu jednak. Pierwszym powodem otrzeźwienia stała się (wymuszona przez Mezę) adopcja Basjanusa - 12-letniego syna jej siostry Julii Mamei. Teraz dopiero Soemias uświadomiła sobie, że będzie musiała podzielić się władzą z siostrą i że ostatecznie to Basjanus ma objąć władzę po jej zdeprawowanym synu. Nie wiadomo czy uczestniczyła w próbach zgładzenia Basjanusa (który z chwilą adopcji otrzymał imię Aleksander) podejmowanych przez Heliogabala, wiadomo jednak że nie były one skuteczne dzięki ochronie, jaką nad młodym Aleksandrem Sewerem objęły Julia Meza i Julia Mamea (kontrola posiłków, dobór odpowiednich sług, sprawdzanie co kto wnosi do komnat Aleksandra, oraz opłacenie żołnierzy gwardii pretoriańskiej by chronili również Basjanusa). Gra teraz szła o wielką stawkę - o przyszłość dynastii i przetrwanie jej przedstawicieli, której to przyszłości z pewnością zapewnić nie mógł ani zdeprawowany Heliogabal ani też jego równie rozwiązła matka. 


JULIA SOEMIAS 



CDN.

14 maja 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. L

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. IV





DRUGI 
"ZŁOTY WIEK" ATLANTYDY
(OKRES PRZED-IMPERIALNY)
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.
Cz. II



II ZŁOTY WIEK ATLANTYDY
HISTORIA SPOŁECZNA
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.


JĘZYK ATLANTÓW




 Wszystkie ziemskie języki, które dziś są w użyciu wśród narodów Ziemi - pochodzą z... Liry. Tam był początek naszej mowy. Ludy i cywilizacje, które zasiedlały naszą planetę od początków jej istnienia, mówiły siedmioma pierwotnymi staro-liriańskimi językami - WESTAN, TRJDJN, ARJN, HEBRJN, KJDAN, BAMAR i SUMAN. Przedstawiciele cywilizacji Czerwonoskórych Aremonian, która zasiedliła kontynent Lamar i stworzyła tam wielkie Imperium MU, mówili w jeszcze jednym języku który zwał się - BRO. I to właśnie ten język (po późniejszych modyfikacjach) stał się prajęzykiem wszystkich dzisiejszych narzeczy świata. BRO ("Grzmot pochodzący z ust" - jak mawiali o nim sami Toltekowie), był jedynym ziemskim językiem od ok. 200 000 r. p.n.e. do 3450 r. p.n.e., czyli do wybuchu "Afery Babel", po której to język ten zaczął się dzielić na różne starożytne języki (które notabene były jedynie modyfikacjami dawnych języków z Liry). Stanie się tak za sprawą Marduka z EDENU, który nie będzie się godził z dominacją na Ziemi języka BRO, pochodzącego z planety Aremo i zapragnie także równouprawnić język stosowany na jego dawnej planecie - Malonie - ARJN. Próba ta powiodła się jedynie połowicznie, rozbiciem BRO na inne narzecza i ich późniejszymi koligacjami z innymi językami pochodzącymi z Liry.

Oczywiście cywilizacja I Imperium Atlantydy posługiwała się językiem BRO. Jednak po przejęciu władzy nad wyspą przez Białych przybyszy z Malony i Alpha Centauri, gdy obalano dawne kulty i tradycje, w tej jednej, jedynej sprawie poczyniono wyjątek. Tak więc język BRO, był także "językiem panującym" w czasie istnienia II Imperium Atlantydy. Oczywiście było to związane z faktem, że Biali koloniści z Malony - urodzeni i wychowani już w społeczeństwie I Imperium - po prostu nie pamiętali swego dawnego języka (ARJN), a język BRO traktowali jako swój własny. Bezpośrednio z języka BRO pochodził język staroegipski. Po połączeniu BRO z SUMANEM - powstał język sumeryjski, który potem w połączeniu z HEBRJNEM (pochodzącym od kolonistów z planety HEBRA), dał początek językowi babilońskiemu, asyryjskiemu, aramejskiemu, staro-hebrajskiemu, arabskiemu i innym semickim. 

WESTAN - język pierwszych kolonistów z planety Bakaratini, dał początek (po późniejszych modyfikacjach i w połączeniu z BRO) dzisiejszym językom afrykańskim. Jego "azjatycka" modyfikacja, która powstała już po katastrofie z 1 320 000 lat temu - KJDAN (język Żółtoskórych Bakaratinian) po połączeniu z BRO (język Imperium Ujghur), spowodował powstanie języka starochińskiego, japońskiego i koreańskiego. TRJDN był językiem Rmoahalów, Turańczyków i Prasemitów zasiedlających Atlantydę przed przybyciem Czerwonoskórych Tolteków, który w połączeniu z BRO - dał życie dzisiejszym językom indiańskim. BAMAR (modyfikacja WESTANU), w połączeniu z SUMAREM, HEBRINEM i BRO, stworzył dzisiejsze języki ludów tureckich, zaś jego pierwotna wersja (sprzed połączenia) była językiem australijskich Aborygenów. SUMAN (połączony z BRO) stał się również językiem "buntowników" z Hellady - IONÓW i był praojcem starogreckiego. Natomiast "NASZA" mowa (mam tutaj na myśli większość państw europejskich, takich jak Włochy, Francja, Anglia, Niemcy, Polska, Rosja i inne) pochodzi z połączenia i modyfikacji BRO z językiem Malonian z EDENU - ARJN (wyjątkiem m.in.: może być Hiszpania, gdzie dominuje język wywodzący się z SUMANU).


RZĄD I USTRÓJ




 Ustrojem Atlantydy, począwszy od ok. 40 000 r. p.n.e. - była dziedziczna monarchia, stworzona przez Torvalla. Władza była dziedziczna i przekazywana z ojca na syna (córki zostały wyłączone z prawa dziedziczenia i wszelkiej władzy na Wyspie). Pozycja monarchy znacznie wzrosła w porównaniu do czasów I Imperium Atlantydy, gdy królowie pełnili głównie funkcje reprezentacyjno-kultowe (posiadali oczywiście pewne kompetencje kontrolne i sądownicze, ale tylko wówczas, gdy wpłynęła oficjalna skarga na danych urzędników, bądź dochodziło do konfliktów polityczno-społecznych). Odtąd król był Najwyższym Sędzią i wszelki bunt przeciwko jego władzy, był buntem przeciwko prawom Atlantydy i mógł zostać przez króla stłumiony z całą bezwzględnością (on też sądził ewentualnych buntowników). Przy królu istniała Rada Dwunastu, złożona z mianowanych przez niego doradców (która pełniła funkcje stabilizacyjne i kontrolne, ale nie mogła ani obalić monarchy, ani nawoływać do buntu przeciw jego władzy - mogła tylko wpływać na niego w sposób pośredni). Król też (z reguły) brał sobie za żony córki swych doradców z Rady (poza tym król mógł mieć wiele oficjalnych konkubin), ale starano się nie sprowadzać żon dla władcy z innych państw i krain (były od tej reguły oczywiście wyjątki, które przedstawiłem w poprzednich częściach). 

Cały kraj był własnością króla (w I Imperium było podobnie, z tym że tyczyło się to głównie kwestii symbolicznych, natomiast w II Imperium znacznie bardziej praktycznych). Kraj został podzielony na cztery prowincje (czwarta doszła dopiero w czasach panowania Szedada) - PEOS - SUS - ALTA i EDEN. Prowincje te, zarządzane były przez mianowanych przez monarchę - wicekrólów. Ponosili oni osobistą odpowiedzialność za wszystko, co działo się na zarządzanych przez nich terenach. Wicekrólowie również tworzyli rady prowincjonalne, które pełniły funkcje doradcze. Jeśli jednak monarcha nie był zadowolony z pracy mianowanego przez siebie urzędnika - mógł skazać go na śmierć i skonfiskować jego dobra.


SPOŁECZEŃSTWO - EDUKACJA - KOBIETY 
i "OBOWIĄZEK POSŁUSZEŃSTWA"




 Pojawiło się też ogromne zróżnicowanie społeczne (znacznie większe niż za czasów I Imperium). Pojawili się ludzie bardzo biedni (nędzarze), którzy wegetowali niekiedy w warunkach gorszych od tych, które posiadali niewolnicy domowi. Istniała tzw.: "klasa średnia" oraz oczywiście arystokracja dworska i prowincjonalna. Panowała poligamia - jeden mężczyzna mógł mieć po kilka, a nawet kilkanaście żon jednocześnie (choć rzadko który miał więcej niż dwie), kobieta mogła zaś mieć tylko jednego męża. Edukacja była dostępna dla wszystkich obywateli Atlantydy, bez względu na pochodzenie społeczne, majątek czy płeć - lecz tylko na poziomie podstawowym. Po ukończeniu 12 roku życia podejmowano naukę w szkole wyższej, która już niestety nie była dostępna dla wszystkich jednakowo (jedynie elita Atlantów, arystokracja i bogaci obywatele mogli sobie pozwolić na kształcenie swych synów w "szkołach wyższych"). Bardzo rzadko też się zdarzało by szkołę wyższą kończyła dziewczynka - z reguły kształcili się już tam tylko chłopcy, pochodzący z tzw.: "dobrych domów" Atlantydy. W szkołach wyższych prócz wszelakich nauk, kładziono też duży nacisk na sprawność fizyczną, bowiem w ten sposób kształcono przyszłą zwycięską kadrę oficerską Imperium Atlantydy.

Kobiety były zaś przygotowywane do roli żon i matek i były trochę traktowane przez państwo jak "zabawki" dla mężczyzn. Kobiety co prawda nie mogły (już) też pełnić funkcji kapłańskich, jednak wiele z nich było zatrudnionych w świątyniach jako "Boskie Służebnice" i pełniły funkcję pomocnic (a w zasadzie służących) kapłanów. Dzięki temu mogły odkrywać i zdobywać wiedzę, np. z zakresu astronomii, geologii czy bioinżynierii - które to dziedziny nauki były również badane i rozwijane w świątyniach. Kobiety musiały również przestrzegać "Obowiązku Posłuszeństwa", które było częścią prawa Atlantów od czasów zdobycia władzy nad Wyspą przez zakon "Synów Beliala" (nie zmieniło się to też wcale w czasach Monarchii). "Obowiązek Posłuszeństwa" polegał na całkowitym podporządkowaniu się żony swemu mężowi. Kobiety nie miały też prawa skarżyć się na złe traktowanie przez mężów i dochodzić swych praw przed sądem. Mąż miał prawo decydować o losie swej żony (nie mógł jej jedynie pozbawić życia, bo za to prawo przewidywało dla mordercy dość srogie kary). Żona (bądź żony) stanowiła więc dodatek dla swego Męża i Pana. 

Zresztą nie było to zjawisko nowe, szczególnie wśród Białej Ludzkości. Cywilizacja planety Malona oparta była na bardzo podobnych prawach dotyczących kobiet. Nibiruanie z EDENU też wprowadzili prawie identyczne prawodawstwo na kontrolowanych przez siebie terenach (bunt Lilith wobec Adama był więc wyjątkiem, który nie mógł się spodobać ani Enkiemu, ani też paradoksalnie Enlilowi). Także Plejadianie, którzy co prawda stoją na bardzo wysokim stopniu rozwoju - tak duchowego jak i społeczno-cywilizacyjnego - zachowali poligamię, natomiast poliandria (czyli wielomęstwo) jest tam całkowicie zakazana. Wyjątkiem w tym temacie wśród Białej rasy Galaktycznej Ludzkości, są być może jedynie TJehooba. Zupełnie inaczej kwestie tzw.: "równouprawnienia" płci żeńskiej i męskiej we Wszechświecie wyglądają u innych Ludzkich ras - (najlepiej wśród rasy) Czerwonej, (trochę gorzej wśród) Żółtej, (jeszcze gorzej wśród) Czarnej i Błękitnej, (a najgorzej wśród) Białej.



KRÓL POLCYTIN - POWSTANIE KRONOSA
i I WOJNA DOMOWA "IONÓW"
(ok. 34 000 r. p.n.e.)




 Okres imperialny, to bodajże najciekawszy czas w całej długiej historii Atlantydy. Od tego bowiem czasu zaczyna się historia innych starożytnych ludów i państw, które początkowo funkcjonowały jako kolonie II Imperium, a potem (po zagładzie Wyspy ok. 12 500 r. p.n.e.) wybiły się na niepodległość. Były to kolonie Ameryki Północnej (Dolina Missisipi) i Środkowej, Egipt, Iberia (Hiszpania i Portugalia), kolonie Ameryki Południowej (głównie region Peru i dorzecza Amazonki), Afryki, Arabii, Indii i Europy. Na ten temat jest też dość dużo informacji pochodzących nie tylko z channelingów, lecz także od mistyków podobnych do Edgara Cayce'a. Dużo też danych jest na temat reformy religijnej kapłana Ozyrysa ("Wielkiej Odnowy") i samej (późniejszej) zagłady Wyspy. 

Ok. 34 000 r. p.n.e. władca Atlantydy z I Dynastii, król Polcytin, obawiając się spisku swych własnych synów Ilusa, Hyperiona, Atlasa i Kronosa - postanowił ich zgładzić. Matką wszystkich czterech była GEA (w mitologii greckiej występuje jako - GAJA - bogini Matka Ziemi). Ponieważ pragnęła ona zapewnić tron najstarszemu ze swych synów - Ilusowi (eliminując z konkurencji synów zrodzonych z innych królewskich żon i nałożnic), a jednocześnie będąc chorobliwie zazdrosną o inne kobiety z haremu jej męża - szybko straciła uznanie w oczach Polcytina. Obawiał się on, że wraz z synami (głównie z Ilusem) uknuła ona spisek, który miał na celu zrzucenie go z tronu Atlantydy. Aby uniemożliwić urzeczywistnienie się tego planu, Polcytin najpierw uwięził a potem uśmiercił swego pierworodnego syna - Ilusa. Planował też uwięzienie trzech kolejnych swych potomków zrodzonych z Geai, lecz na przeszkodzie temu stanał Kronos, który oficjalnie wypowiedział ojcu posłuszeństwo i (wspierany przez matkę) rozpoczął bunt przeciw jego rządom. Jednak zarówno Hyperion jak i Atlas stanęli po stronie ojca, co uratowało ich od niechybnej śmierci. 




Po stronie zbuntowanego Kronosa opowiedzieli się młodzi reformatorzy z kręgów arystokracji dworskiej i kleru, którzy z tego powodu otrzymali nazwę - IONÓW. Poparcie dla Kronosa szybko rosło nie tylko w społeczeństwie, ale i w kręgach atlantyckiej elity. Bunt, który początkowo był jedynie sprzeciwem reformatorskiego skrzydła atlantydzkiej arystokracji, przerodził się w "gorącą" wojnę domową. Miała ona dość burzliwy przebieg, a zakończyła się... też w sposób dość nietypowy, żeby nie powiedzieć - dziwny. Wojnę domową rozpoczęła cesja prowincji PEOS. Bez wątpienia nie była to szczęśliwa prowincja dla Białych Atlantów spod znaku "Synów Beliala". 13 000 lat wcześniej doszło w tej samej prowincji do buntu czerwonoskórych niewolników pod wodzą Lyssara, który co prawda zakończył się ich ostateczną klęską, ale przez prawie 30 lat utrzymali tę prowincję w swoich rękach. Teraz buntownicy umocnili się na Świętej Górze. Król Polcytin zebrał wojsko i ruszył przeciw buntownikom, lecz przez długi czas nie był w stanie zdobyć Świętej Góry. Bitwa ostatecznie zakończyła się rozejmem, gdyż żadna ze stron nie była w stanie odnieść zwycięstwa. Zresztą rozejm zawarto dopiero po śmierci króla Polcytina, który zginął w jednej z potyczek pod Świętą Górą. Nowy król Atlantydy - Hyperion, zawarł więc z bratem pokój i w zamian za zaprzestanie dalszego buntu - obiecał Kronosowi i wszystkim jego stronnikom nietykalność i życie. Słowa dotrzymał - wbrew stanowisku kleru zakonnego, który dążył do brutalnego rozprawienia się z buntownikami (w końcu zbuntowali się oni głównie przeciwko władzy i odhumanizowanej religijności zakonu "Synów Beliala").

Hyperion wkrótce też został zamordowany (najprawdopodobniej stali za tym kapłani). Teraz władzę objął Atlas. Sojusz pomiędzy Monarchią a "Ionami" przetrwał prawie 12 000 lat i to pomimo zmiany dynastii panującej, jaka miała miejsce ok. 31 000 r. p.n.e. Po Atlasie, panowało jeszcze dwóch jego synów (zrodzonych z Karyatide) - BETYLUS i DAGON. Syn Dagona zmarł nim zdążył objąć władzę, a ponieważ król ten nie posiadał więcej potomków płci męskiej, władza przeszła na ręce jego córki - TAAUT. Ponieważ jednak kobieta nie mogła w tamtejszym społeczeństwie pełnić żadnych funkcji związanych z władzą - koronę i tron objął jej małżonek, założyciel II Dynastii Atlantydy - AGRUS.

I Dynastia Atlantydy liczyła 11 władców (niektóre przekazy mówią o 10, być może nie uwzględniają panowania Szadida - najstarszego syna Torvalla). Natomiast co się tyczy II Dynastii, to nie ma już takiej pewności który monarcha następował po kim. Przeglądałem zarówno channelingi, sesje Edgara Cayce'a, oraz inne dokumenty na temat Atlantydy z tego okresu i niestety, nie ma nigdzie pewnej listy władców kolejno po sobie następujących. Wiadomo jedynie że jej założycielem był małżonek córki króla Dagona - Agrus. Co do reszty monarchów nie ma już pewności w jakich latach panowali. Wiadomo jeszcze że ok. 25 000 r. p.n.e., gdy rozpoczęła się Wielka Wojna pomiędzy dwoma potężnymi Imperiami - Atlantydy i MU, na tronie II Imperium zasiadał król ARLAN, potomek Agrusa i Taaut'y. On też zwany jest Arlanem Wielkim, jako że od jego panowania rozpoczęła się atlantydzka "Era Imperialna". Od tej daty można już mówić o podboju Ameryki Środkowej i Jukatanu, następnie Doliny Missisipi, potem Egiptu, Europy (czego zaczątkiem była inwazja na Półwysep Iberyjski), a potem Ameryki Południowej i Afryki. Jak jednak doszło do konfliktu, który zapoczątkował tę "śnieżną kulę" atlantydzkich podbojów?






PS: Nim o tym opowiem, wróćmy na moment jeszcze do obszaru zwanego EDEN i przyjrzyjmy się co też wydarzyło się tam po buncie Adama (o którym pisałem wcześniej), jak układały się dalsze dzieje Enkiego i Enlila oraz ich potomstwa i jaki był wpływ Anu na późniejsze dzieje naszego świata. Odwiedzimy też Indie Nagów (sprzed inwazji ariów) i dopiero potem przyjdziemy do wybuchu Wielkiej Wojny pomiędzy Imperium Mu a II Imperium Atlantydy


CDN.

12 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. II

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)
Cz. II



 Józef Piłsudski jako ten, który stał się symbolem owej odrodzonej polskiej Niepodległości, był też uznawany za najbardziej godnego najwyższych stanowisk w państwie, w tym stanowiska prezydenta. Jednak ponieważ konstytucja uchwalona w marcu 1921 r. przyznawała przyszłemu prezydentowi bardzo słabe prerogatywy (przeciwnicy Piłsudskiego zadbali bowiem o to, żeby nie miał On zbyt dużej władzy, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że to On zapewne zostanie wybrany pierwszym prezydentem odrodzonego Państwa), Marszałek odmówił kandydowania i jako swojego kandydata wyznaczył (czy też raczej poparł) dotychczasowego ministra spraw zagranicznych - Gabriela Narutowicza. Ten wygrał wybory - 9 grudnia 1922 r. (wówczas prezydenta wybierały połączone izby Sejmu i Senatu czyli Zgromadzenie Narodowe) i od 11 grudnia pełnił funkcję pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety, ponieważ wsparły go głównie stronnictwa lewicowe i mniejszości narodowe, Chrześcijańska Demokracja, a szczególnie Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego i gen Józefa Hallera (von Hallenburga, pod którego dowództwem notabene służył mój pradziadek, również Niemiec z pochodzenia) stworzyły wokół jego osoby taką atmosferę niechęci i nienawiści, że człowiek, który miał lekko zaburzone pojęcie psychicznej sprawczości, a do tego był zdeklarowanym nacjonalistą - Eligiusz Niewiadomski zamordował Gabriela Narutowicza już 16 grudnia 1922 r. w gmachu warszawskiej Zachęty, podczas oglądania obrazów.




Narutowicz był pierwszym prezydentem odrodzonej Polski, a jednocześnie jego zabójstwo było pierwszym i jedynym takim przypadkiem w całej historii Polski, w której głowa państwa - czy to prezydent, naczelnik państwa, czy też król - zostałaby usunięta za pomocą morderstwa. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, żaden król Polski nigdy nie został zabity. Wszędzie w Europie, czy to we Francji, w Anglii, również w Hiszpanii, we Włoszech, w Portugalii czy w innych krajach notorycznie wręcz mordowano panujących, w Polsce nigdy to się nie zdarzyło. Co prawda doszło do dwóch nieudanych prób zamachu na monarchów (jeden w 1523 a drugi w 1620), ale to były doprawdy wyjątki potwierdzające regułę. Dlatego też śmierć Narutowicza była tak tragicznym, a jednocześnie tak wyjątkowym wydarzeniem w dziejach naszego Narodu. Niewiadomski twierdził oczywiście potem że dokonał zamachu na Narutowicza nie dlatego, że nie lubił Narutowicza jako człowieka, tylko dlatego, że stał się on symbolem tego, co Niewiadomski uznał za niezwykle szkodliwe dla Polski (wcześniej planował również zamach na Piłsudskiego, gdyby ten przyjął stanowisko prezydenta). Nowym prezydentem wybrany został 20 grudnia 1922 r. Stanisław Wojciechowski, były socjalista i towarzysz Piłsudskiego z PPS-u, a potem związany częściowo z obozem narodowym i z ludowcami. Marszałek Piłsudski zaś 3 lipca 1923 r. (podczas przyjęcia w Sali Malinowej Hotelu Bristol w Warszawie) zapowiedział swoje odejście z polityki i powrót do zacisza domowego, do Sulejówka, gdzie miał mały dworek o nazwie "Milusin", ofiarowany mu wcześniej ze składek społeczeństwa. Jednak żegnając się ze swymi współpracownikami ze Sztabu Generalnego zakończył Marszałek swoje słowa, mówiąc: "Do widzenia, panowie". A już parę tygodni później jego zwolennicy zaczęli porównywać wyjazd Marszałka do podwarszawskiej miejscowości z zesłaniem Napoleona na wyspę Elbę. Już w październiku 1923 r. niejaki Władysław Baranowski (który odwiedził Marszałka w Sulejówku) napomknął mu o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych, mającej na celu przywrócenie Piłsudskiego do władzy w państwie. Piłsudski był tym pomysłem bardzo wzburzony i stwierdził: "Tego ja absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam - jeśli zapytujecie o moje zdanie i z nim się liczycie. Jako politycy, jako zwykli obywatele robić możecie tak, jak wam nakazuje przekonanie, to sprawa waszego sumienia. Do wojska jednak z tego rodzaju propozycjami zwracać się nie wolno" - jest to również ukazane w poniższym fragmencie.


OKRES OD LIPCA 1923 DO MAJA 1926 BYŁ NAJSZCZĘŚLIWSZYM CZASEM DLA RODZINY PIŁSUDSKICH, O CZYM POTEM WSPOMINAŁY CÓRKI MARSZAŁKA



Realnie Marszałek zaczął rozważać opcję siłową - choć nie zamach - dopiero w roku 1925, szczególnie gdy październiku tego roku w Locarno trwały rozmowy pomiędzy przedstawicielami Francji, Niemiec, Belgii, Wielkiej Brytanii i Włoch na temat powojennego ostatecznego uregulowania wzajemnych granic. Problem tylko polegał na tym, że w podpisanym 1 grudnia 1925 r. w Londynie dokumencie, wschodnie granice Niemiec z Czechosłowacją i Polską pozostawały nadal nie potwierdzone i nieuregulowane, co pozostawiało Niemcom w przyszłości możliwość rewizji owych granic. Licząc się z tym faktem 15 listopada 1925 r., czyli w pierwszą niedzielę po siódmej rocznicy powrotu Marszałka z twierdzy magdeburskiej, do Sulejówka manifestacyjnie zjechało specjalnym pociągiem kilkuset oficerów i 12 generałów służby czynnej, którzy demonstracyjnie wzywali Piłsudskiego do przejęcia władzy. Marszałek jednak nie zareagował i oficerowie musieli wrócić do swoich jednostek (co dla niektórych zakończyło się zesłaniem do odległych garnizonów, gdyż władze nie mogły już udawać że nic się nie stało). 




Jednak myśl o demonstracji wojskowej w celu wywarcia wpływu na rząd, potęgowała się w Józefie Piłsudskim z każdym kolejnym miesiącem i gdy 8 maja 1926 r. minister spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski (ten, który w październiku 1920 r. zajął Wilno, które postanowieniami zwycięskich mocarstw miało zostać włączone do Litwy - oficjalnie twierdząc że dowodzone wówczas przez niego oddziały zbuntowały się) mianował Piłsudskiego zwierzchnikiem manewrów kilku pułków garnizonu warszawskiego na poligonie w Rembertowie, Marszałek uznał że jest to dobra okazja do zademonstrowania swoich wpływów w wojsku (które politycy opcji narodowo-ludowej próbowali podważyć). Co prawda już 10 maja nowy minister obrony odwołał ćwiczenia, ale oddziały nie powróciły już do koszar.


gen. JÓZEF HALLER 
von HALLENBURG
(W Błękitnej Armii Hallera we Francji podczas I Wojny Światowej służył mój pradziadek)



12 maja o godzinie 7:00 rano Marszałek wyjechał z Sulejówka (prosząc żonę aby przygotowała mu obiad na 14:30 - jak zwykł jadać obiady). Chciał bowiem spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i z tego powodu udał się do Belwederu. Tam jednak okazało się że prezydenta nie ma i że wyjechał do Spały. Jednocześnie na warszawskich ulicach gazeciarze zaczęli reklamować wydanie "Przeglądu Wieczornego" z symbolicznym tytułem: "Zamach na Marszałka Piłsudskiego". Napisano tam bowiem, że w nocy posiadłość Marszałka w Sulejówku została zaatakowana przez grupy "jakichś podejrzanych indywiduów", które miały ostrzelać zabudowania z karabinów i rewolwerów. Potem okazało się to nieprawdą, ale taka właśnie informacja poszła do społeczeństwa. Kierując się tymi właśnie informacjami, oficerowie skupieni wokół Marszałka stwierdzili, że muszą stanąć w obronie zaatakowanego i zwrócili się do swych dowódców o wydanie zarządzeń dla ochrony bezpieczeństwa Piłsudskiego i jego rodziny oraz domu. Gen. Prich dowódca Centrum Wyszkolenia stwierdził że rozkazy jakie otrzymał do tej pory, sugerują raczej że powinien skierować się przeciwko Marszałkowi, co spowodowało niezadowolenie i samorzutne pogotowie żołnierzy i oficerów w całym garnizonie warszawskim i w kilku innych. Wreszcie w stronę Warszawy wyruszyły oddziały z garnizonów w Siedlcach i w Mińsku Mazowieckim. Marszałek o godzinie 16:00 dotarłszy na Pragę, nakazał zatrzymanie marszu tych jednostek. Premier Wincenty Witos był gotów ustąpić, bo takie było żądanie Piłsudskiego - dymisja rządu, ale jednocześnie był zapewniany przez niektórych generałów (w tym Tadeusza Tarnawę-Malczewskiego) że łatwo sobie poradzą z buntem Piłsudskiego i że nie należy ustępować. Należy tutaj dodać że sam prezydent Wojciechowski nie był zwolennikiem rządu Witosa i też chciał jego ustąpienia, także z pewnością dogadałby się z Piłsudskim (tym bardziej że dobrze się znali jeszcze z czasów PPS-u), ale prezydenta mocno oburzyło to, że Piłsudski był w stanie przeprowadzić ową demonstrację wojskową (jak sam mówił, a jak uważał Wojciechowski zamach stanu), tym bardziej że wcześniej, podczas rozmowy z Marszałkiem uzyskał od niego zapewnienie że do niczego takiego nie dojdzie. Gdy więc obaj panowie spotkali się 12 maja na moście Poniatowskiego, Wojciechowski występował tutaj jako oburzony całą tą sytuacją i od razu zakomunikował Piłsudskiemu: "Stoję na straży honoru Wojska Polskiego, reprezentuję tutaj Polskę". Ostatecznie z tej rozmowy nic nie wyszło (a Piłsudski nawet w pewnym momencie złapał Wojciechowskiego za poły fraka) i obaj panowie się nie dogadali.

Obawiając się najgorszego (bowiem Piłsudski nie chciał robić żadnego zamachu i to trzeba sobie jeszcze raz uzmysłowić, a jedyne czego chciał to zademonstrować swoją siłę i swój wpływ na wojsko, który to był notorycznie podważany przez niechętnych mu polityków i oficerów), postanowił Marszałek porozmawiać z dowodzącym oddziałami zabezpieczającymi drugą stronę mostu. Podszedł do młodego porucznika stojącego po tamtej stronie. Ten, na widok Marszałka stanął na baczność i zasalutował, po czym Piłsudski zapytał: "Drogie dziecko, będziesz do mnie strzelał?", na co ten odpowiedział: "Taki otrzymałem rozkaz, panie Marszałku?". Po owej rozmowie z młodym oficerem na moście Poniatowskiego, Piłsudski już kompletnie się załamał. Jego najbliżsi współpracownicy nigdy nie widzieli go w takim stanie, a przecież były znacznie poważniejsze momenty w czasie I Wojny Światowej i podczas Wojny z bolszewikami. Piłsudski zamiast myśleć o podjęciu walki (lub przynajmniej załagodzeniu w jakiś sposób tej sytuacji - chociaż wówczas nie było już możliwości rozejścia się oddziałów do koszar bez żadnych konsekwencji dla sprawców tego "buntu") to zaczął opowiadać swoim współpracownikom o czasach, gdy był komendantem Pierwszej Brygady Legionów i wcześniej jeszcze przytaczał różne opowieści z czasów walki z caratem. W pewnym momencie nawet od strony Pragi przybył korpus kawaleryjski ze wsparciem dla sił rządowych, Marszałek na wiadomość o tym... kazał ich przepuścić przez most. Było oczywiste że nie nadaje się do wydania jakichkolwiek rozkazów i dokończenia tego, co już się działo (dla Niego bowiem ów zamach stanu mógł się szybko przerodzić w wojnę domową, która doprowadziłaby do katastrofy państwo polskie, gdyby włączyły się w nią takie kraje jak Związek Sowiecki czy Niemcy). A przecież nawet jeśli Piłsudski był pogodzony ze śmiercią (zresztą ten pajac - Malczewski groził, że skończy jak buntownik, nawet nie rozstrzelany a powieszony), to na taki los na pewno nie byli gotowi Jego współpracownicy i to właśnie oni kontynuowali, a raczej rozpoczęli właściwy bunt. Dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął teraz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer (co ciekawe - ten również miał niemieckie korzenie) i podpułkownik Józef Beck i to oni doprowadzili tę operację do końca.


gen. GUSTAW ORLICZ-DRESZER



O godzinie 19:00 12 maja padły pierwsze strzały najpierw na moście Kierbedzia, a następnie - po wyparciu stamtąd oddziałów rządowych - siły Piłsudskiego dotarły do Placu Zamkowego i do Śródmieścia (konkretnie do Dworca Głównego). Rząd ogłosił stan wojenny, jednak już następnego dnia na rozkaz Marszałka walki wstrzymano, gdyż podjęto się prób mediacji (z takimi zamiarami wystąpił marszałek Sejmu Maciej Rataj i arcybiskup kardynał Aleksander Kakowski). Witos ponownie zapowiedział iż gotów jest ustąpić, ale znów nie zgodziło się na to jego otoczenie. Po południu 13 maja siły rządowe przeszły do kontrataku, lecz po kilku początkowych sukcesach ich natarcie się załamało i teraz oddziały Piłsudskiego przeszły do ataku, zajmując Cytadelę na Żoliborzu, Stare Miasto, Muranów i Wolę. Siły rządowe stacjonowały na południu Warszawy, na Mokotowie, Ochocie i w Wilanowie. 14 maja na stronę wojsk wiernych Piłsudskiemu przyszły kolejne oddziały garnizonu warszawskiego, co spowodowało że siły te dotarły pod Belweder - siedzibę prezydenta Rzeczpospolitej (a wówczas również i rządu). Natychmiast prezydent i członkowie rządu zostali ewakuowani do Wilanowa, z tym że drogę tę musieli przyjść pieszo. Wielu oficerów wiernych rządowi było zdeterminowanych walczyć dalej, ale członkowie gabinetu z samym Witosem nie chcieli już tego, podobnie zresztą prezydent. Piłsudski zaś bardzo obawiał się interwencji sowieckiej i niemieckiej, dlatego też kategorycznie zakazał ściągnięcia oddziałów ze wschodnich i zachodnich regionów kraju. Twierdził też, że gdyby doszło do takiej wspólnej interwencji przeciwko Polsce, nie bylibyśmy w stanie powstrzymać wojsk sowieckich i niemieckich i doszłoby do kolejnej utraty państwowości, Piłsudski dodał że tego już by nie przeżył. Podobnie myślał prezydent Wojciechowski, który stwierdził: "Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety". Rząd złożył dymisję 14 maja i również prezydent tego dnia zrezygnował z urzędu. Łącznie podczas owych trzech dni majowych w Warszawie walczyło ok. 18 000 żołnierzy, z czego 6 000 po stronie rządu. A zginęło 379 osób w tym 164 cywilów (były też takie przypadki, że ludzie ginęli w głupi sposób, jak choćby pewna rodzina, która wyszła na balkon żeby popatrzeć na toczące się walki. Wszyscy zginęli, gdy w balkon trafił pocisk-rykoszet). 920 osób zostało rannych. Zamachowi temu przysłużyły się również stronnictwa polityczne, jak choćby Polska Partia Socjalistyczna, która zorganizowała strajk powszechny dzięki czemu zablokowano węzły kolejowe w Kutnie, co wstrzymało jadące na odsiecz rządowi pułki z Wielkopolski i Pomorza (notabene w tamtym czasie - licząc na własne korzyści - Piłsudskiego poparła również Komunistyczna Partia Polski, o czym jeszcze będę pisał w innym temacie). Teraz nastąpiła "Nowa Polska". Nowa, czyli jaka?

Warto tutaj wspomnieć również i o tym że Józef Piłsudski bardzo postarzał się w ciągu tych trzech dni majowych roku 1926. Jak już wspomniałem wyżej, wychodząc z domu rano 12 maja poprosił żonę aby przygotowała mu obiad na godzinę 14:30. Lecz gdy ujrzała go ponownie 14 maja w godzinach wieczornych, nie mogła go poznać. Bardzo się zmienił, postarzał na twarzy i posiwiał. To też pokazuje jak wielkie piętno wywarły na Nim te trzy majowe dni, które mogły przecież doprowadzić do upadku państwa polskiego gdyby walki przedłużyły się choćby o kilka tygodni. Sowieci, a również i Niemcy tylko czekali żeby móc interweniować w wewnętrzne sprawy Polski i tym samym wyzyskać dla siebie z tego korzyść.




Celem Piłsudskiego od początku była walka ze złodziejami, politykierstwem sejmowym (sejmowładztwem) i z rozkładem moralnym jak i zapanował w pierwszych latach po odzyskaniu Niepodległości. Twierdził Marszałek że potrzebna jest "sanacja moralna kraju" (stąd potem wzięła się nazwa rządów po-majowych, zwanych zbiorczo "Sanacją"). Celem Piłsudskiego było również wzmocnienie państwa zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, ale ta rewolucja której dokonał owym zamachem, była - jak to określił sam Piłsudski: "Rewolucją bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji". I rzeczywiście, nie zostały rozwiązane żadne niechętne Piłsudskiemu (i zwalczające go często w sposób ubliżający ludzkiej godności) partie czy stronnictwa polityczne. Nie zostały rozwiązane żadne opozycyjne wobec Piłsudskiego gazety - wszystko było praktycznie tak samo jak wcześniej. Opozycja normalnie funkcjonowała, wybory nadal przeprowadzano (po uchwaleniu nowej konstytucji w kwietniu 1935 r. partie polityczne już nie startowały w wyborach do Sejmu i Senatu, a głosowano na poszczególne osoby, najczęściej reprezentujące jakieś środowiska lub stronnictwa społeczne czy grupy zawodowe i uważam że my również powinniśmy dziś wrócić do tej idei, projektując nową konstytucję pod patronatem pana prezydenta Karola Nawrockiego - gdyż nowa konstytucja musi być projektem społecznym, nie politycznym), z tym tylko (i to była jedyna różnica jaką wprowadzono po maju 1926 r.) że co prawda opozycja mogła sobie istnieć, mogła krytykować rząd w dalszym ciągu tak jak dotąd, ale... nie miała już praktycznej możliwości przejęcia władzy. Piłsudski - choć spodziewano się że teraz wybrany zostanie prezydentem - ponownie odrzucił to stanowisko i poparł Ignacego Mościckiego, który został wybrany przez połączone izby Sejmu i Senatu - 4 czerwca 1926 r. Był więc już trzecim prezydentem odrodzonej Polski od grudnia 1922 r. ale zarazem ostatnim (bowiem kadencja prezydenta Rzeczpospolitej trwała 7 lat i Mościcki - wybrany ponownie w 1933 r. - przy braku kontrkandydatów, gdyż poszczególne partie nie wystawiły swoich reprezentantów - swoją funkcję sprawował aż do inwazji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Marszałek Piłsudski zaś zadowolił się stanowiskiem Głównego Inspektora Sił Zbrojnych i pozostał nim do swej śmierci w maju 1935 r. (Marszałek zmarł dokładnie 12 maja 1935 r. w 9 rocznicę zamachu majowego). Natomiast ustrój panujący w Polsce po maju 1926 r. sprawiał ogromną trudność zagranicznym politykom dziennikarzom i korespondentom politycznym, którzy pisali o naszym kraju i o nich właśnie chciałbym teraz powiedzieć, gdyż polski ustrój wymykał się wszelkim klasycznym definicjom i był całkowitym novum w ówczesnej polityce.

Nim przyjdę dalej, chciałbym wyjaśnić również dlaczego uważam ten majowy zamach roku 1926 za konieczny i dlaczego użyłem określenia: "zbawienny gwałt". Otóż o ile po zakończeniu Wojny z bolszewikami i przyjęciu konstytucji marcowej roku 1921 jeszcze można było mówić o w miarę stabilnej sytuacji politycznej w kraju, to jednak w ciągu kolejnych lat mocno się to zmieniło. Już rok 1924 a z pewnością rok 1925 to czyste sejmowładztwo, nie mające wiele wspólnego z parlamentaryzmem. Wystarczy wspomnieć perypetie rządu Władysława Grabskiego (tego który wprowadził reformę walutową w roku 1924 usuwając polską markę a wprowadzając w jej miejsce złoty polski), któremu Sejm udzielał poparcia jedynie czasowo i z każdą tak zwaną duperelą musiał się Grabski zwracać do Sejmu, prosząc o jej zatwierdzenie. Jeszcze gorzej wyglądało to przy następnym rządzie Aleksandra Skrzyńskiego, który już w ogóle musiał się wręcz prosić o akceptację najdrobniejszych swoich decyzji. Nieco lepiej zaczęło to wyglądać w czasie rządu Witosa, który tworząc koalicję partii prawicowych, miał w miarę stabilną możliwość działania. Ale i jemu nie odpowiadała sytuacja, w której o wszystko musiał prosić się Sejmu. To bardzo bowiem paraliżowało działania rządu i co za tym idzie stawiało skuteczność państwa polskiego pod znakiem zapytania. Zresztą sam Roman Dmowski w tym czasie (lata 1925-1926) myślał o zorganizowaniu zamachu stanu na kształt włoskich faszystów. W grudniu od 1925 r. w wywiadzie dla "Gazety Warszawskiej" stwierdził Dmowski: "Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba". Zresztą obawy o prawdopodobny prawicowy pucz w Polsce były deklarowane również przez dyplomatów takich państw jak Francja, Wielka Brytania czy nawet USA.




Natomiast sytuacja po-majowa nie była taka zła, a wręcz przeciwnie sytuacja gwałtownie się polepszyła i to zarówno w polityce jak i w gospodarce (odnotowano szybki wzrost gospodarczy do października roku 1929, czyli do krachu na Wall Street). Marszałek w swoim rozkazie z 22 maja 1926 r. zatytułowanym: "Do wojska", nikogo nie krytykował, nikogo nie obwiniał, nikogo też nie gloryfikował i nie zamierzał stawiać żadnych pomników wydarzeń majowych (choć byli tacy którzy go do tego namawiali). Jak sam bowiem stwierdzał: "Nie stawia się pomników wojen wewnętrznych". W owym zaś rozkazie z 22 maja pisał: "W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. (...) Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci, a my staniemy do naszej pracy, która ziemię naszą wzmacnia i odradza". Piłsudski stwierdzał że nie chce zmieniać systemu politycznego, ani też przeprowadzać jakiś daleko idących zmian politycznych. Odcinał się od poszczególnych partii - szczególnie od PPS-u, które przecież wsparło go w zamachu majowym (zresztą Piłsudski nigdy nie był socjalistą. Stał się nim tylko po to, aby wywalczyć Niepodległość, bo tam było najwięcej wówczas polskości. Tylko jednego pragnął - Niepodległej Polski, wszystko inne było wtórne). Piłsudski twierdził też że nie zamierza rządzić batem i ma ogromną nadzieję że tak rządzić nie będzie musiał, dał zaś posłom wybranym przez Naród szansę na odnowę moralną. Oczywiście mógłby ktoś powiedzieć że to są zwykłe frazesy i tzw. "mowa trawa", ale niekoniecznie. Jak stwierdził bowiem jeden z polityków Platformy Obywatelskiej (chyba Radosław Sikorski) że obietnice wyborcze dotyczą tylko tych, którzy w nie wierzą, to tak też było z Piłsudskim. Bo to co mówił, wychodziło z głębi Jego serca i On w to naprawdę wierzył, bez względu na to jak to dziwnie brzmiało (jeden z posłów podsumował te wypowiedzi stwierdzeniem: "Gotowanie jajka na kotle okrętowym" - no, być może dla niektórych tak to właśnie wyglądało, dla innych, takich jak chociażby Walery Sławek, czy Aleksander Prystor, czy nawet Kazimierz Bartel to były zapewnienia jak najbardziej autentyczne i szczere). Oczywiście system stworzony przez Piłsudskiego był systemem tymczasowym i na dłuższą metę musiałby i tak zostać zreformowany - to nie ulegało żadnej wątpliwości. Nie da się bowiem rządzić w taki sposób, żeby jedynie dzielić władzę pomiędzy ludźmi jednego obozu, tak się nie da nigdy i nigdzie, ale nie o to też chodziło. Chodziło o stworzenie nowej jakości politycznej która w przyszłości mogłaby przerodzić się w coś, co można by było podsumować słowami "Pokolenie JP1". A trwałość tej struktury (że tak ją nazwę), byłaby ponadpokoleniowa, i choć oczywiście każde kolejne pokolenie ma swoje problemy i cele które pragnie osiągnąć nie oglądając się na poprzedników, to jednak warto zawsze pamiętać o korzeniach. A sam fakt, że po tylu klęskach II Wojny Światowej i potem komunistycznego zniewolenia ten mit Piłsudskiego przetrwał - jest ważny, bo co by było, gdyby nie doszło do tamtych wydarzeń? Ilu by wówczas znalazło się dziś takich jak ja, zdeklarowanych piłsudczyków?





PS: W kolejnej części najpierw kilka słów na temat ustroju politycznego zwanego sanacyjnym (czy też Sanacją), wyjątkowego pod tym względem w skali ogólnoświatowej i nie mającego żadnych precedensów w historii, a potem przejdę już bezpośrednio do międzynarodowych reakcji na sam zamach i narządy po-majowe w Polsce.


CDN.

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. I

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO




 Temat rocznicowy, gdyż dziś właśnie mija dokładnie 100 lat od rozpoczęcia owego najsławniejszego polskiego zamachu stanu, czyli tzw: "zamachu majowego" z 12 maja 1926 r. Jak również dokładnie 91 lat od śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, głównego autora owego zamachu (autora w cudzysłowie, realnie bowiem wojskami wspierającymi Marszałka kierowali jego najbliżsi współpracownicy, a nie On sam, Piłsudski bowiem w tym czasie kompletnie się załamał i to kompletnie, o czym postaram się opowiedzieć niżej). Ten oto rocznicowy temat postaram się poświęcić również na opisanie nie tylko samego "zamachu majowego", ale przede wszystkim międzynarodowych reakcji, jakie nastąpiły zarówno w jego trakcie jak i po zamachu i przejęciu władzy przez obóz piłsudczykowski, zwany również "obozem sanacyjnym". Wyjaśnię także czym była owa "sanacja", która w ciągu kolejnych dekad nabrała tak pejoratywnego skojarzenia (głównie dzięki wytężonej pracy komunistów i endeków) że do dziś wielu jeszcze (według mnie pseudo historyków) twierdzi, iż była to jakiś quazi-dyktatura. Mówcie co chcecie, Kochani, ale ja w tej serii zamierzam bronić nie tyle samego majowego zamachu stanu, co konieczności, jaka ten zamach wymusiła. Piłsudski bowiem nie pragnął przeprowadzać żadnego zamachu, wiedział bowiem że coś takiego może doprowadzić do wybuchu wojny domowej w Polsce, a to natychmiast uruchomi państwa nam jawnie wrogie czyli Związek Sowiecki i Niemcy do interwencji militarnej, a to zaś oznaczałoby upadek dopiero co z takim trudem i przy takiej hekatombie krwi odrodzonej (zaledwie 8 lat wcześniej) polskiej Niepodległości i Marszałek stwierdził, że: 
"tego już by nie przeżył". 
Przejdźmy zatem do tematu.



ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)




 Józef Piłsudski bez wątpienia był człowiekiem który najmocniej przysłużył się sprawie odzyskania przez Polskę Niepodległości zarówno w latach I Wojny Światowej, jak i przed jej rozpoczęciem (notabene i tutaj jako ciekawostkę tylko dodam że w ostatniej serii z zieloną poświatą u Krzysztofa "Atora" Woźniaka, w kolejnym liście od tzw: "Jednego z nich", czyli tajemniczej postaci która od co najmniej sześciu lat pisze listy do Atora - a przynajmniej on tak twierdzi - w których dokładnie mówi co wydarzy się w przyszłości i jak też powinniśmy postępować, aby wszelkie negatywne kwestie - które bez wątpienia są planowane przez tak zwanych "kreatorów świata", nie dotknęły bezpośrednio naszego kraju; tak więc ów "Jeden z nich" stwierdził, że, na zasadzie "efektu skrzydeł motyla" gdyby Józef Piłsudski w lipcu 1904 r. podczas pobytu w Tokio {gdzie starał się uzyskać japońskie wsparcie dla wybuchu w Polsce kolejnego powstania antyrosyjskiego w czasie trwania wojny japońsko-rosyjskiej} nie miał dobrego seksu, na drugi dzień nie chciałby spotkać się i porozmawiać z Romanem Dmowskim - czyli twórcą Narodowej Demokracji "Endecji" - a stało się to dokładnie 11 lipca 1904 r. gdy Piłsudski ujrzał Dmowskiego na jednej z tokijskich ulic {notabene Dmowski pojechał tam aby torpedować plany Piłsudskiego}, obaj panowie wówczas spotkali się i wzajemnie porozmawiali a nawet - co pozostaje tajemnicą poliszynela - udali się na masaż erotyczny, przeprowadzony przez piękne japońskie gejsze {zresztą Piłsudski i Tytus Filipowicz - z którym razem wybrali się przez Stany Zjednoczone w podróż do Japonii - spędzali tam całkiem przyjemnie czas.

Zachowała się korespondencja, jaką Tytus Filipowicz pisał jeszcze z pokładu "Campanii" przed przybyciem do Nowego Jorku, w liście do Aleksandra Malinowskiego. Tak więc 10 czerwca 1904 r. czytamy: "Swoją drogą żywot luksusowy: rozpoczynamy dzień kąpielą i prysznicem, następnie aż do nocy, je się i śpi na przemianę, w chwilach bezsenności - szachy (...) Wyżerka wspaniała - na podwieczorek befsztyk i pieczone śledzie, tea (...) Co do mnie jednak, mam już zupełnie dosyć tej drogi i z gustem powitałbym jutro Y(okohamę) zamiast New Yorku". 11 czerwca "Campania" dobiła do portu w Nowym Jorku, gdzie Piłsudski i Filipowicz zatrzymali się w Hotelu Lafayette (róg 5th Avenue i 8th Street, dziś mieści się tam duży budynek mieszkalny) na Manhattanie, niedaleko zjazdu z Mostu Brooklińskiego. Obaj panowie byli w Stanach nielegalnie, chociażby z tego powodu że podróżowali pod fałszywymi imionami (zgodnie z praktyką konspiracyjną) i tak Piłsudski to był Mieczysław Mieczysławski a Filipowicz Stefan Karski. "Wspaniałe miasto i dziwnie swojskie" - pisał Filipowicz do Malinowskiego. W hotelu spędzili trzy dni, w tym czasie Piłsudski wygłosił odczyt w Związku Socjalistów Polskich (13 czerwca), a także złapała go jakaś choroba, bo 13 czerwca pisał do Malinowskiego: "W drodze zaziębiłem się i od kilku dni mam szalony ból głowy i zębów (...) całej połowy głowy. Nic mi się robić nie chce i myśli zebrać okropnie trudno (...) W ogóle od tej gęby jestem w paskudnym pesymistycznym usposobieniu, które mnie doprowadza do pasji".})






({14 czerwca rano, obaj panowie opuścili Hotel Lafayette i wyjechali z Nowego Jorku, kierując się ku Zachodniemu Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Niesamowita podróż, zwiedzili w tym czasie Wodospad Niagara, następnie Chicago (z którego to miasta wyjechali 16 czerwca, spotykając się w międzyczasie z działaczami polonijnymi, m.in.: ze Stanisławem Adamkiewiczem, który oprowadzał ich po Chicago). Następnym punktem podróży było Colorado Springs, skąd ruszyli koleją mijając po drodze Denver, rozległe prerie oraz pokryte śniegiem szczyty Gór Skalistych w Kolorado. Byli w Salt Lake City i zwiedzili Wielkie Jezioro Słone, potem dalej koleją przez Wielką Kotlinę Nevady i Kalifornii. Byli w Reno, przemierzyli góry Sierra Nevada i dotarli do Sacramento. Filipowicz zanotował w tych dniach: "Frisco robi dość marne wrażenie - brudy i góry w samym mieście takie, że nigdzie na świecie nic podobnego nie tolerowano by (...) W dodatku jest dość mglisto i chłodno". Do San Francisco przybyli 21 czerwca 1904 r. Stamtąd Piłsudski zapisał, że już chciałby być w domu: "soli mnie chęć najprędszego powrotu (...) być tak daleko i nie wiedzieć nic, co się u was dzieje". W San Francisco (22 czerwca) wsiedli na mały statek "Coptic" należący do White Star Line - linii które potem wystawią Titanica. "Coptic" był stary, został zbudowany w 1861 r., a na trasie San Francisco-Japonia-Chiny pływał od 1882 r.})




({28 czerwca dotarli na Hawaje i zatrzymali się w Honolulu, skąd Filipowicz pisał: "Pogoda dobra (...) Spanie, wyżerka, szachy i trochę pisaniny (...) potem nudy (...) Zupełnie egzotyczny kraj - banany, daktyle, kokosy, brązowe małpy w europejskich kostiumach etc. W mieście większość Japończyków i Chińczyków". Obaj panowie wybrali się też na plażę w Honolulu, gdzie spędzili większość dnia, potem odbyli jeszcze wycieczkę do kraterów wygasłych wulkanów, a 29 czerwca wyruszyli w dalszą drogę na pokładzie "Coptica".})


CHILLOUT 
POLSKIE WAKACJE W AMERYKAŃSKIM STYLU 🤠






({Piłsudski, choć zwiedzał okolice, myślami był w Polsce, bardzo tęsknił już bowiem za powrotem. Zastanawiał się również nad planami spotkania z władzami Japonii, a gdy w jednej z gazet w Honolulu dowiedział się że japoński gen. Kodama, z którym mieli się spotkać, został przeniesiony na szefa sztabu armii czynnej do Mandżurii (bezpośrednio na linię frontu), zastanawiał się też czy przypadkiem nie będą musieli pojechać również i do Mandżurii (a tymczasem pieniądze na podróż były ściśle wyliczone). Na pokładzie "Coptica" sprecyzowano punkty ewentualnej umowy, jaka miała zostać podpisana z władzami Japonii, które głównie sprowadzały się do zakupu broni do dalszej walki z Rosją - broń ta miała zaś zostać kupiona za obiecane japońskie pieniądze, oraz co do planów utworzenia przy japońskiej armii Legionu Polskiego w Mandżurii. Do Jokohamy przypłynęli w nocy z 9 na 10 lipca 1904 r. ale z powodu ulewnego deszczu, statek stanął na redzie i dopiero rankiem 11 lipca na pokład "Coptica" weszli najpierw przedstawiciele japońskich służb medycznych, a następnie na małym stateczku podpłynął jakiś cywil. Był to major Saburo Inagaki ubrany w modny garnitur, który wszedł na pokład i poprosił o listy upoważniające (od Taro Utsunomiy). Następnie zaprosił obu panów - jako gości rządu japońskiego - na ląd. Razem, incognito udali się na stację kolejową, skąd odjechali pociągiem do Tokio. W pociągu rozmawiano na temat skierowania generałów: Kodamy i Fukushimy na front do Mandżurii, a także właśnie tam, z ofiarowanej przez majora Iganakiego gazety: "Japan Times", Piłsudski i Filipowicz dowiedzieli się o przebywającym już w Tokio od 15 maja Romanie Dmowskim z Narodowej Demokracji - był też na liście gości Hotelu Metropol - który przybył do Japonii aby pokrzyżować plany Piłsudskiego zawarcia sojuszu antyrosyjskiego z Japonią.})




({Gdy wysiedli w Tokio, przed dworcem kolejowym czekał już na nich powóz, w którym "z wielkim szykiem" - jak odnotował Filipowicz, przejechali przez miasto do Hotelu Seiyoken. Hotel położony był w ładnej okolicy - dokoła park, z okien widok na ogród i staw pokryty różowymi kwiatami lotosu i przebywali w nim głównie Europejczycy. Po południu 11 lipca obaj panowie udali się do miasta, wsiedli na riksze i pojechali w odwiedziny do... Romana Dmowskiego. Spotkali się dość przypadkowo, na ulicy dnia poprzedniego - Dmowski spacerował w towarzystwie Jamesa Douglasa, korespondenta lwowskiego "Słowa Polskiego". Potem Douglas stwierdził że na widok Piłsudskiego Dmowski wręcz "skamieniał". Przywitali się bardzo miło - "niemal czule" - jak zanotował Douglas, po czym Piłsudski zaprosił Dmowskiego i Douglasa do siebie do hotelu na obiad.})


PIERWSZE SPOTKANIE PIŁSUDSKIEGO I DMOWSKIEGO
(1893 r.)



({Rozmawiano o sytuacji politycznej i celach pobytu w Japonii, Dmowski twierdził że ofiarował Japończykom dwa memoriały o sytuacji w Królestwie Polskim - Kongresówka - i w Rosji, oraz że został przyjęty przez generałów Fukushimę i Kodamę (tych, których potem skierowano na front do Mandżurii), oraz że w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Japonii nikt nie był zainteresowany jego wizytą. Potem, aż do wyjazdu Dmowskiego, panowie widywali się niemal codziennie, spędzając razem całe popołudnia. Nazajutrz 12 lipca major Inagaki - tym razem ubrany już w swój mundur - zabrał Piłsudskiego i Filipowicza do Sztabu Generalnego, gdzie zostali bardzo miło powitani m.in.: przez gen. Atsusi Muratę. Po kilku kurtuazyjnych zwrotach i pytaniach o komfort hotelowy, panowie przeszli do rozmów o polityce i ogólnym położeniu Rosji i Polski.}) 


PIŁSUDSKI I DMOWSKI W JAPONII 
W TOWARZYSTWIE gen. MURATY
(Lipiec 1904 r.)


({Po rozmowie - która miała charakter badawczy i orientacyjny - do pokoju wszedł gen. Toshitsune Kawakami, który poprosił obu gości do restauracji. Tam Piłsudski poprosił Japończyka, aby treść ich rozmowy pozostała tajemnicą i aby nie wyjawiał jej obecnemu w Tokio Romanowi Dmowskiemu, na co oczywiście Kawakami przystał. Memoriał do rządu japońskiego z informacjami o Rosji i planem umowy wzajemnej, wręczono Kawakamiemu dopiero dnia następnego - 13 lipca, gdy ten osobiście przybył do Hotelu Seiyoken. Rozmawiano znów o Rosji i od razu dało się zauważyć, jak błędne jest przekonanie Japończyków o tym kraju, co odnotował w swym liście Filipowicz: "W ogóle wszyscy mają we łby wbite ogólnoeuropejski pogląd na Rosję". Następnie, we trójkę udano się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tam zostawili list polecający od Hayashiego z Londynu - nie zastano bowiem gen. Yamazy, z którym miano się spotkać - i obaj panowie wrócili do hotelu, gdzie szybko otrzymali wiadomość o wyznaczeniu spotkania u Muraty na 15 lipca. Cały 14 lipca Piłsudski spędził w towarzystwie Dmowskiego, a Filipowicz w towarzystwie Douglasa, tego też dnia obaj panowie po raz pierwszy w życiu skosztowali sushi, czyli żywej ryby. Doszło wówczas do sytuacji, w wyniku której w towarzystwie Japończyków okazanaby została zniewaga, bowiem Piłsudski po skosztowaniu sushi, omal nie... zwymiotował {ja osobiście też nie znoszę sushi} i jedynie przepijając wodą zdołał przełknąć przygotowaną porcję.})

({15 lipca spotkano się z Muratą, z którym omawiano szczegółowo - punkt po punkcie - projekt memorandum i umowę z Japonią. Murata wyraził zdziwienie czy w ogóle istnieje możliwość bezpiecznego przewozu broni, tak, aby nie dowiedział się o niej rząd carski, ale Piłsudski stwierdził że odbiór broni leży w granicach możliwości partii socjalistycznej i jest na to kilka sposobów. Co zaś do kwestii finansowych, tutaj Murata nie miał żadnych zastrzeżeń gdy zażądano 10 000 funtów szterlingów teraz, drugie tyle po nowym roku i następnie tyle ile wymagać będzie rozwój wypadków, przy czym sumy te mogą wzrosnąć do 100 000 funtów szterlingów. Murata odrzucił tylko punkt trzeci o możliwości utworzenia Legionu Polskiego, stwierdzając krótko: "Konstytucja nie pozwala". Zgodził się również w kwestii udzielenia pomocy polskim dezerterom z armii rosyjskiej, którzy przejdą na stronę Japonii. Natomiast bardzo dobrze przyjął plany pracy informacyjnej PPS-u i przekazywanie wiadomości wywiadowczych o armii rosyjskiej Japończykom. Po spotkaniu Filipowicz pisał: "Przypuszczam że te trudności są specjalnie po to wymyślone, by później mogli robić wielkie ustępstwa (...) kręcą w drobiazgach, nadrabiając komplementami i ciągłym śmiechem - wesoły narodek". Po spotkaniu panowie ponownie udali się do swojego hotelu. W nocy z 15 na 16 lipca było małe trzęsienie ziemi które zarówno Piłsudskiego jak i Filipowicza postawiło na nogi, ale szybko przekonali się że nie robi ono na nikim z obsługi większego wrażenia. Jak potem zanotował Tytus Filipowicz: "Podobno taka "przyjemność" należy tu do tak zwykłych, że nikt nie zwraca na nią uwagi".




Cały 16 i 17 lipca panowie spędzili na zwiedzaniu Tokio (tajemnicą poliszynela była wizyta w salonie masażu, w którym piękne gejsze wykonały dla nich masaż erotyczny). 18 lipca udali się do Jokohamy, aby sprawdzić czy statek "Empress of Japan", który właśnie przybił do brzegu, nie przywiózł im spodziewanej przesyłki listowej. Okazało się jednak że niczego nie było. Nie dobrze, bowiem kończyły się pieniądze ["Hotel jeszcze nie płacony, drobne płyną jak woda" - notował Filipowicz]. Piłsudski zakładał że rozmowy potrwają do 2 sierpnia i tego dnia będą mogli wypłynąć w drogę powrotną na pokładzie "Mongolii". 20 lipca Dmowski wystosował swój ostatni memoriał do rządu Japonii - bowiem od miesiąca nikt z władz się z nim nie spotkał - w którym przekonywał że jakiekolwiek powstanie zbrojne w Polaków przeciwko Rosji w obecnym czasie wcale nie byłoby na korzyść Japonii, która nic by na tym nie zyskała, a jedynie na korzyść Rosji, która szybko by takie powstanie złamała, wprowadzając jeszcze większe represje. Memoriał ten też przeszedł bez echa ze strony Japończyków, dla których wizyta Dmowskiego nic w zasadzie nie wnosiła. Po późniejszym fiasku wizyty Piłsudskiego i Filipowicza w Japonii, Dmowski będzie twierdził - a za nim również późniejsza historiografia - że to on przyczynił się do niepowodzenia tych rozmów. W rzeczywistości jego rola w zasadzie była żadna, był powszechnie lekceważony i pomijany [czego dowodem jest fakt, że nikt z władz czy armii japońskiej nie chciał się z nim spotkać]}).

21 lipca doszło do kolejnego spotkania Piłsudskiego i Filipowicza u gen. Muraty, na którym rozmawiano na temat finansowania PPS-u i dalszej pracy konspiracyjnej partii i pozyskiwaniu informacji na temat Rosji i jej armii. Nawiązano wówczas ścisłe kontakty i pomimo niepowodzenia rozmów w owym czasie, tamte kontakty zaowocowały w przyszłości i już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. kontakty te odżyły z nową mocą (Japończycy bardzo często przyjeżdżali do Polski na szkolenia wywiadowcze, szczególnie ze sztuki dekryptażu, a jeden z japońskich oficerów walczył nawet podczas Bitwy Warszawskiej z bolszewikami w 1920, atakując moskiewskich żołdaków samurajskim mieczem). Co zaś się tyczy dalszej wizyty, to Dmowski wyjechał z Japonii 22 lipca przez Pacyfik, USA [zatrzymał się na krótko jedynie w Chicago 8 sierpnia] i do Krakowa wrócił 14 września 1904 r. Piłsudski i Filipowicz opuścili zaś Japonię 30 lipca [znaleźli jeszcze czas na zwiedzenie góry Fudżi 25-26 lipca] a na przyjęciu pożegnalnym znów pojawiła się żywa ryba - sushi, co ponownie przyprawiło Piłsudskiego o skręt żołądka. Obaj panowie wypłynęli z Jokohamy dnia 30 lipca na pokładzie małego statku "Tartar", który płynął do Kanady. Pożegnawszy się z gen. Kawakami, który ich odprowadził, odpłynęli w drogę powrotną.} Tak więc wracając do początku, ów "Jeden z nich" o którym wspomniałem {dziwna i tajemnicza postać, która dosyć skrupulatnie przewiduje to, co ma się wydarzyć - prawdopodobnie też nie jest to człowiek, choć potrafi przybierać ludzkie kształty, a przynajmniej tak twierdzi; choć jednocześnie nie mówi że nie jest człowiekiem, co zakrawa wręcz o paradoks} stwierdził że gdyby Piłsudski rankiem 11 lipca 1904 r nie miał dobrego seksu przed spotkaniem z Dmowskim, nie chciałoby się mu z nim rozmawiać, byłby smutny i przygnębiony, a co za tym idzie - z późniejszej współpracy obu panów nic by nie wyszło, w konsekwencji... Polska nie odzyskałaby Niepodległości w 1918 r. {Oto link do kanału atora: "JEDEN Z NICH: NIE UCIEKAJ Z POLSKI, TU BĘDZIE DOBRZE!"}. Niesamowite jak orgazm jednego faceta wpłynął na przyszły los polskich dziejów 😘👍. A co do Japonii to zawsze będę wdzięczny owym samurajom za to, że przyjęli polskie dzieci, które dotarły do Mandżurii, a potem do Korei, uwolnione z sowieckich sierocińców - które tak naprawdę były obozami zagłady dla dzieci. 





PONIEWAŻ NIECO ZBOCZYŁEM Z GŁÓWNEGO TEMATU (CO NIESTETY NIEKIEDY MI SIĘ ZDARZA 😉), POZWOLĘ SOBIE DZIŚ JESZCZE ZAMIEŚCIĆ KOLEJNĄ CZĘŚĆ TEJ SERII, W KTÓREJ JUŻ BEZPOŚREDNIO SKUPIĘ SIĘ NA SAMYM ZAMACHU MAJOWYM I MIĘDZYNARODOWYCH REAKCJACH NA TO WYDARZENIE


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...