WYŚWIETLENIA

12 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. II

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)
Cz. II



 Józef Piłsudski jako ten, który stał się symbolem owej odrodzonej polskiej Niepodległości, był też uznawany za najbardziej godnego najwyższych stanowisk w państwie, w tym stanowiska prezydenta. Jednak ponieważ konstytucja uchwalona w marcu 1921 r. przyznawała przyszłemu prezydentowi bardzo słabe prerogatywy (przeciwnicy Piłsudskiego zadbali bowiem o to, żeby nie miał On zbyt dużej władzy, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że to On zapewne zostanie wybrany pierwszym prezydentem odrodzonego Państwa), Marszałek odmówił kandydowania i jako swojego kandydata wyznaczył (czy też raczej poparł) dotychczasowego ministra spraw zagranicznych - Gabriela Narutowicza. Ten wygrał wybory - 9 grudnia 1922 r. (wówczas prezydenta wybierały połączone izby Sejmu i Senatu czyli Zgromadzenie Narodowe) i od 11 grudnia pełnił funkcję pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety, ponieważ wsparły go głównie stronnictwa lewicowe i mniejszości narodowe, Chrześcijańska Demokracja, a szczególnie Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego i gen Józefa Hallera (von Hallenburga, pod którego dowództwem notabene służył mój pradziadek, również Niemiec z pochodzenia) stworzyły wokół jego osoby taką atmosferę niechęci i nienawiści, że człowiek, który miał lekko zaburzone pojęcie psychicznej sprawczości, a do tego był zdeklarowanym nacjonalistą - Eligiusz Niewiadomski zamordował Gabriela Narutowicza już 16 grudnia 1922 r. w gmachu warszawskiej Zachęty, podczas oglądania obrazów.




Narutowicz był pierwszym prezydentem odrodzonej Polski, a jednocześnie jego zabójstwo było pierwszym i jedynym takim przypadkiem w całej historii Polski, w której głowa państwa - czy to prezydent, naczelnik państwa, czy też król - zostałaby usunięta za pomocą morderstwa. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, żaden król Polski nigdy nie został zabity. Wszędzie w Europie, czy to we Francji, w Anglii, również w Hiszpanii, we Włoszech, w Portugalii czy w innych krajach notorycznie wręcz mordowano panujących, w Polsce nigdy to się nie zdarzyło. Co prawda doszło do dwóch nieudanych prób zamachu na monarchów (jeden w 1523 a drugi w 1620), ale to były doprawdy wyjątki potwierdzające regułę. Dlatego też śmierć Narutowicza była tak tragicznym, a jednocześnie tak wyjątkowym wydarzeniem w dziejach naszego Narodu. Niewiadomski twierdził oczywiście potem że dokonał zamachu na Narutowicza nie dlatego, że nie lubił Narutowicza jako człowieka, tylko dlatego, że stał się on symbolem tego, co Niewiadomski uznał za niezwykle szkodliwe dla Polski (wcześniej planował również zamach na Piłsudskiego, gdyby ten przyjął stanowisko prezydenta). Nowym prezydentem wybrany został 20 grudnia 1922 r. Stanisław Wojciechowski, były socjalista i towarzysz Piłsudskiego z PPS-u, a potem związany częściowo z obozem narodowym i z ludowcami. Marszałek Piłsudski zaś 3 lipca 1923 r. (podczas przyjęcia w Sali Malinowej Hotelu Bristol w Warszawie) zapowiedział swoje odejście z polityki i powrót do zacisza domowego, do Sulejówka, gdzie miał mały dworek o nazwie "Milusin", ofiarowany mu wcześniej ze składek społeczeństwa. Jednak żegnając się ze swymi współpracownikami ze Sztabu Generalnego zakończył Marszałek swoje słowa, mówiąc: "Do widzenia, panowie". A już parę tygodni później jego zwolennicy zaczęli porównywać wyjazd Marszałka do podwarszawskiej miejscowości z zesłaniem Napoleona na wyspę Elbę. Już w październiku 1923 r. niejaki Władysław Baranowski (który odwiedził Marszałka w Sulejówku) napomknął mu o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych, mającej na celu przywrócenie Piłsudskiego do władzy w państwie. Piłsudski był tym pomysłem bardzo wzburzony i stwierdził: "Tego ja absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam - jeśli zapytujecie o moje zdanie i z nim się liczycie. Jako politycy, jako zwykli obywatele robić możecie tak, jak wam nakazuje przekonanie, to sprawa waszego sumienia. Do wojska jednak z tego rodzaju propozycjami zwracać się nie wolno" - jest to również ukazane w poniższym fragmencie.


OKRES OD LIPCA 1923 DO MAJA 1926 BYŁ NAJSZCZĘŚLIWSZYM CZASEM DLA RODZINY PIŁSUDSKICH, O CZYM POTEM WSPOMINAŁY CÓRKI MARSZAŁKA



Realnie Marszałek zaczął rozważać opcję siłową - choć nie zamach - dopiero w roku 1925, szczególnie gdy październiku tego roku w Locarno trwały rozmowy pomiędzy przedstawicielami Francji, Niemiec, Belgii, Wielkiej Brytanii i Włoch na temat powojennego ostatecznego uregulowania wzajemnych granic. Problem tylko polegał na tym, że w podpisanym 1 grudnia 1925 r. w Londynie dokumencie, wschodnie granice Niemiec z Czechosłowacją i Polską pozostawały nadal nie potwierdzone i nieuregulowane, co pozostawiało Niemcom w przyszłości możliwość rewizji owych granic. Licząc się z tym faktem 15 listopada 1925 r., czyli w pierwszą niedzielę po siódmej rocznicy powrotu Marszałka z twierdzy magdeburskiej, do Sulejówka manifestacyjnie zjechało specjalnym pociągiem kilkuset oficerów i 12 generałów służby czynnej, którzy demonstracyjnie wzywali Piłsudskiego do przejęcia władzy. Marszałek jednak nie zareagował i oficerowie musieli wrócić do swoich jednostek (co dla niektórych zakończyło się zesłaniem do odległych garnizonów, gdyż władze nie mogły już udawać że nic się nie stało). 




Jednak myśl o demonstracji wojskowej w celu wywarcia wpływu na rząd, potęgowała się w Józefie Piłsudskim z każdym kolejnym miesiącem i gdy 8 maja 1926 r. minister spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski (ten, który w październiku 1920 r. zajął Wilno, które postanowieniami zwycięskich mocarstw miało zostać włączone do Litwy - oficjalnie twierdząc że dowodzone wówczas przez niego oddziały zbuntowały się) mianował Piłsudskiego zwierzchnikiem manewrów kilku pułków garnizonu warszawskiego na poligonie w Rembertowie, Marszałek uznał że jest to dobra okazja do zademonstrowania swoich wpływów w wojsku (które politycy opcji narodowo-ludowej próbowali podważyć). Co prawda już 10 maja nowy minister obrony odwołał ćwiczenia, ale oddziały nie powróciły już do koszar.


gen. JÓZEF HALLER 
von HALLENBURG
(W Błękitnej Armii Hallera we Francji podczas I Wojny Światowej służył mój pradziadek)



12 maja o godzinie 7:00 rano Marszałek wyjechał z Sulejówka (prosząc żonę aby przygotowała mu obiad na 14:30 - jak zwykł jadać obiady). Chciał bowiem spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i z tego powodu udał się do Belwederu. Tam jednak okazało się że prezydenta nie ma i że wyjechał do Spały. Jednocześnie na warszawskich ulicach gazeciarze zaczęli reklamować wydanie "Przeglądu Wieczornego" z symbolicznym tytułem: "Zamach na Marszałka Piłsudskiego". Napisano tam bowiem, że w nocy posiadłość Marszałka w Sulejówku została zaatakowana przez grupy "jakichś podejrzanych indywiduów", które miały ostrzelać zabudowania z karabinów i rewolwerów. Potem okazało się to nieprawdą, ale taka właśnie informacja poszła do społeczeństwa. Kierując się tymi właśnie informacjami, oficerowie skupieni wokół Marszałka stwierdzili, że muszą stanąć w obronie zaatakowanego i zwrócili się do swych dowódców o wydanie zarządzeń dla ochrony bezpieczeństwa Piłsudskiego i jego rodziny oraz domu. Gen. Prich dowódca Centrum Wyszkolenia stwierdził że rozkazy jakie otrzymał do tej pory, sugerują raczej że powinien skierować się przeciwko Marszałkowi, co spowodowało niezadowolenie i samorzutne pogotowie żołnierzy i oficerów w całym garnizonie warszawskim i w kilku innych. Wreszcie w stronę Warszawy wyruszyły oddziały z garnizonów w Siedlcach i w Mińsku Mazowieckim. Marszałek o godzinie 16:00 dotarłszy na Pragę, nakazał zatrzymanie marszu tych jednostek. Premier Wincenty Witos był gotów ustąpić, bo takie było żądanie Piłsudskiego - dymisja rządu, ale jednocześnie był zapewniany przez niektórych generałów (w tym Tadeusza Tarnawę-Malczewskiego) że łatwo sobie poradzą z buntem Piłsudskiego i że nie należy ustępować. Należy tutaj dodać że sam prezydent Wojciechowski nie był zwolennikiem rządu Witosa i też chciał jego ustąpienia, także z pewnością dogadałby się z Piłsudskim (tym bardziej że dobrze się znali jeszcze z czasów PPS-u), ale prezydenta mocno oburzyło to, że Piłsudski był w stanie przeprowadzić ową demonstrację wojskową (jak sam mówił, a jak uważał Wojciechowski zamach stanu), tym bardziej że wcześniej, podczas rozmowy z Marszałkiem uzyskał od niego zapewnienie że do niczego takiego nie dojdzie. Gdy więc obaj panowie spotkali się 12 maja na moście Poniatowskiego, Wojciechowski występował tutaj jako oburzony całą tą sytuacją i od razu zakomunikował Piłsudskiemu: "Stoję na straży honoru Wojska Polskiego, reprezentuję tutaj Polskę". Ostatecznie z tej rozmowy nic nie wyszło (a Piłsudski nawet w pewnym momencie złapał Wojciechowskiego za poły fraka) i obaj panowie się nie dogadali.

Obawiając się najgorszego (bowiem Piłsudski nie chciał robić żadnego zamachu i to trzeba sobie jeszcze raz uzmysłowić, a jedyne czego chciał to zademonstrować swoją siłę i swój wpływ na wojsko, który to był notorycznie podważany przez niechętnych mu polityków i oficerów), postanowił Marszałek porozmawiać z dowodzącym oddziałami zabezpieczającymi drugą stronę mostu. Podszedł do młodego porucznika stojącego po tamtej stronie. Ten, na widok Marszałka stanął na baczność i zasalutował, po czym Piłsudski zapytał: "Drogie dziecko, będziesz do mnie strzelał?", na co ten odpowiedział: "Taki otrzymałem rozkaz, panie Marszałku?". Po owej rozmowie z młodym oficerem na moście Poniatowskiego, Piłsudski już kompletnie się załamał. Jego najbliżsi współpracownicy nigdy nie widzieli go w takim stanie, a przecież były znacznie poważniejsze momenty w czasie I Wojny Światowej i podczas Wojny z bolszewikami. Piłsudski zamiast myśleć o podjęciu walki (lub przynajmniej załagodzeniu w jakiś sposób tej sytuacji - chociaż wówczas nie było już możliwości rozejścia się oddziałów do koszar bez żadnych konsekwencji dla sprawców tego "buntu") to zaczął opowiadać swoim współpracownikom o czasach, gdy był komendantem Pierwszej Brygady Legionów i wcześniej jeszcze przytaczał różne opowieści z czasów walki z caratem. W pewnym momencie nawet od strony Pragi przybył korpus kawaleryjski ze wsparciem dla sił rządowych, Marszałek na wiadomość o tym... kazał ich przepuścić przez most. Było oczywiste że nie nadaje się do wydania jakichkolwiek rozkazów i dokończenia tego, co już się działo (dla Niego bowiem ów zamach stanu mógł się szybko przerodzić w wojnę domową, która doprowadziłaby do katastrofy państwo polskie, gdyby włączyły się w nią takie kraje jak Związek Sowiecki czy Niemcy). A przecież nawet jeśli Piłsudski był pogodzony ze śmiercią (zresztą ten pajac - Malczewski groził, że skończy jak buntownik, nawet nie rozstrzelany a powieszony), to na taki los na pewno nie byli gotowi Jego współpracownicy i to właśnie oni kontynuowali, a raczej rozpoczęli właściwy bunt. Dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął teraz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer (co ciekawe - ten również miał niemieckie korzenie) i podpułkownik Józef Beck i to oni doprowadzili tę operację do końca.


gen. GUSTAW ORLICZ-DRESZER



O godzinie 19:00 12 maja padły pierwsze strzały najpierw na moście Kierbedzia, a następnie - po wyparciu stamtąd oddziałów rządowych - siły Piłsudskiego dotarły do Placu Zamkowego i do Śródmieścia (konkretnie do Dworca Głównego). Rząd ogłosił stan wojenny, jednak już następnego dnia na rozkaz Marszałka walki wstrzymano, gdyż podjęto się prób mediacji (z takimi zamiarami wystąpił marszałek Sejmu Maciej Rataj i arcybiskup kardynał Aleksander Kakowski). Witos ponownie zapowiedział iż gotów jest ustąpić, ale znów nie zgodziło się na to jego otoczenie. Po południu 13 maja siły rządowe przeszły do kontrataku, lecz po kilku początkowych sukcesach ich natarcie się załamało i teraz oddziały Piłsudskiego przeszły do ataku, zajmując Cytadelę na Żoliborzu, Stare Miasto, Muranów i Wolę. Siły rządowe stacjonowały na południu Warszawy, na Mokotowie, Ochocie i w Wilanowie. 14 maja na stronę wojsk wiernych Piłsudskiemu przyszły kolejne oddziały garnizonu warszawskiego, co spowodowało że siły te dotarły pod Belweder - siedzibę prezydenta Rzeczpospolitej (a wówczas również i rządu). Natychmiast prezydent i członkowie rządu zostali ewakuowani do Wilanowa, z tym że drogę tę musieli przyjść pieszo. Wielu oficerów wiernych rządowi było zdeterminowanych walczyć dalej, ale członkowie gabinetu z samym Witosem nie chcieli już tego, podobnie zresztą prezydent. Piłsudski zaś bardzo obawiał się interwencji sowieckiej i niemieckiej, dlatego też kategorycznie zakazał ściągnięcia oddziałów ze wschodnich i zachodnich regionów kraju. Twierdził też, że gdyby doszło do takiej wspólnej interwencji przeciwko Polsce, nie bylibyśmy w stanie powstrzymać wojsk sowieckich i niemieckich i doszłoby do kolejnej utraty państwowości, Piłsudski dodał że tego już by nie przeżył. Podobnie myślał prezydent Wojciechowski, który stwierdził: "Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety". Rząd złożył dymisję 14 maja i również prezydent tego dnia zrezygnował z urzędu. Łącznie podczas owych trzech dni majowych w Warszawie walczyło ok. 18 000 żołnierzy, z czego 6 000 po stronie rządu. A zginęło 379 osób w tym 164 cywilów (były też takie przypadki, że ludzie ginęli w głupi sposób, jak choćby pewna rodzina, która wyszła na balkon żeby popatrzeć na toczące się walki. Wszyscy zginęli, gdy w balkon trafił pocisk-rykoszet). 920 osób zostało rannych. Zamachowi temu przysłużyły się również stronnictwa polityczne, jak choćby Polska Partia Socjalistyczna, która zorganizowała strajk powszechny dzięki czemu zablokowano węzły kolejowe w Kutnie, co wstrzymało jadące na odsiecz rządowi pułki z Wielkopolski i Pomorza (notabene w tamtym czasie - licząc na własne korzyści - Piłsudskiego poparła również Komunistyczna Partia Polski, o czym jeszcze będę pisał w innym temacie). Teraz nastąpiła "Nowa Polska". Nowa, czyli jaka?

Warto tutaj wspomnieć również i o tym że Józef Piłsudski bardzo postarzał się w ciągu tych trzech dni majowych roku 1926. Jak już wspomniałem wyżej, wychodząc z domu rano 12 maja poprosił żonę aby przygotowała mu obiad na godzinę 14:30. Lecz gdy ujrzała go ponownie 14 maja w godzinach wieczornych, nie mogła go poznać. Bardzo się zmienił, postarzał na twarzy i posiwiał. To też pokazuje jak wielkie piętno wywarły na Nim te trzy majowe dni, które mogły przecież doprowadzić do upadku państwa polskiego gdyby walki przedłużyły się choćby o kilka tygodni. Sowieci, a również i Niemcy tylko czekali żeby móc interweniować w wewnętrzne sprawy Polski i tym samym wyzyskać dla siebie z tego korzyść.




Celem Piłsudskiego od początku była walka ze złodziejami, politykierstwem sejmowym (sejmowładztwem) i z rozkładem moralnym jak i zapanował w pierwszych latach po odzyskaniu Niepodległości. Twierdził Marszałek że potrzebna jest "sanacja moralna kraju" (stąd potem wzięła się nazwa rządów po-majowych, zwanych zbiorczo "Sanacją"). Celem Piłsudskiego było również wzmocnienie państwa zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, ale ta rewolucja której dokonał owym zamachem, była - jak to określił sam Piłsudski: "Rewolucją bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji". I rzeczywiście, nie zostały rozwiązane żadne niechętne Piłsudskiemu (i zwalczające go często w sposób ubliżający ludzkiej godności) partie czy stronnictwa polityczne. Nie zostały rozwiązane żadne opozycyjne wobec Piłsudskiego gazety - wszystko było praktycznie tak samo jak wcześniej. Opozycja normalnie funkcjonowała, wybory nadal przeprowadzano (po uchwaleniu nowej konstytucji w kwietniu 1935 r. partie polityczne już nie startowały w wyborach do Sejmu i Senatu, a głosowano na poszczególne osoby, najczęściej reprezentujące jakieś środowiska lub stronnictwa społeczne czy grupy zawodowe i uważam że my również powinniśmy dziś wrócić do tej idei, projektując nową konstytucję pod patronatem pana prezydenta Karola Nawrockiego - gdyż nowa konstytucja musi być projektem społecznym, nie politycznym), z tym tylko (i to była jedyna różnica jaką wprowadzono po maju 1926 r.) że co prawda opozycja mogła sobie istnieć, mogła krytykować rząd w dalszym ciągu tak jak dotąd, ale... nie miała już praktycznej możliwości przejęcia władzy. Piłsudski - choć spodziewano się że teraz wybrany zostanie prezydentem - ponownie odrzucił to stanowisko i poparł Ignacego Mościckiego, który został wybrany przez połączone izby Sejmu i Senatu - 4 czerwca 1926 r. Był więc już trzecim prezydentem odrodzonej Polski od grudnia 1922 r. ale zarazem ostatnim (bowiem kadencja prezydenta Rzeczpospolitej trwała 7 lat i Mościcki - wybrany ponownie w 1933 r. - przy braku kontrkandydatów, gdyż poszczególne partie nie wystawiły swoich reprezentantów - swoją funkcję sprawował aż do inwazji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Marszałek Piłsudski zaś zadowolił się stanowiskiem Głównego Inspektora Sił Zbrojnych i pozostał nim do swej śmierci w maju 1935 r. (Marszałek zmarł dokładnie 12 maja 1935 r. w 9 rocznicę zamachu majowego). Natomiast ustrój panujący w Polsce po maju 1926 r. sprawiał ogromną trudność zagranicznym politykom dziennikarzom i korespondentom politycznym, którzy pisali o naszym kraju i o nich właśnie chciałbym teraz powiedzieć, gdyż polski ustrój wymykał się wszelkim klasycznym definicjom i był całkowitym novum w ówczesnej polityce.

Nim przyjdę dalej, chciałbym wyjaśnić również dlaczego uważam ten majowy zamach roku 1926 za konieczny i dlaczego użyłem określenia: "zbawienny gwałt". Otóż o ile po zakończeniu Wojny z bolszewikami i przyjęciu konstytucji marcowej roku 1921 jeszcze można było mówić o w miarę stabilnej sytuacji politycznej w kraju, to jednak w ciągu kolejnych lat mocno się to zmieniło. Już rok 1924 a z pewnością rok 1925 to czyste sejmowładztwo, nie mające wiele wspólnego z parlamentaryzmem. Wystarczy wspomnieć perypetie rządu Władysława Grabskiego (tego który wprowadził reformę walutową w roku 1924 usuwając polską markę a wprowadzając w jej miejsce złoty polski), któremu Sejm udzielał poparcia jedynie czasowo i z każdą tak zwaną duperelą musiał się Grabski zwracać do Sejmu, prosząc o jej zatwierdzenie. Jeszcze gorzej wyglądało to przy następnym rządzie Aleksandra Skrzyńskiego, który już w ogóle musiał się wręcz prosić o akceptację najdrobniejszych swoich decyzji. Nieco lepiej zaczęło to wyglądać w czasie rządu Witosa, który tworząc koalicję partii prawicowych, miał w miarę stabilną możliwość działania. Ale i jemu nie odpowiadała sytuacja, w której o wszystko musiał prosić się Sejmu. To bardzo bowiem paraliżowało działania rządu i co za tym idzie stawiało skuteczność państwa polskiego pod znakiem zapytania. Zresztą sam Roman Dmowski w tym czasie (lata 1925-1926) myślał o zorganizowaniu zamachu stanu na kształt włoskich faszystów. W grudniu od 1925 r. w wywiadzie dla "Gazety Warszawskiej" stwierdził Dmowski: "Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba". Zresztą obawy o prawdopodobny prawicowy pucz w Polsce były deklarowane również przez dyplomatów takich państw jak Francja, Wielka Brytania czy nawet USA.




Natomiast sytuacja po-majowa nie była taka zła, a wręcz przeciwnie sytuacja gwałtownie się polepszyła i to zarówno w polityce jak i w gospodarce (odnotowano szybki wzrost gospodarczy do października roku 1929, czyli do krachu na Wall Street). Marszałek w swoim rozkazie z 22 maja 1926 r. zatytułowanym: "Do wojska", nikogo nie krytykował, nikogo nie obwiniał, nikogo też nie gloryfikował i nie zamierzał stawiać żadnych pomników wydarzeń majowych (choć byli tacy którzy go do tego namawiali). Jak sam bowiem stwierdzał: "Nie stawia się pomników wojen wewnętrznych". W owym zaś rozkazie z 22 maja pisał: "W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. (...) Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci, a my staniemy do naszej pracy, która ziemię naszą wzmacnia i odradza". Piłsudski stwierdzał że nie chce zmieniać systemu politycznego, ani też przeprowadzać jakiś daleko idących zmian politycznych. Odcinał się od poszczególnych partii - szczególnie od PPS-u, które przecież wsparło go w zamachu majowym (zresztą Piłsudski nigdy nie był socjalistą. Stał się nim tylko po to, aby wywalczyć Niepodległość, bo tam było najwięcej wówczas polskości. Tylko jednego pragnął - Niepodległej Polski, wszystko inne było wtórne). Piłsudski twierdził też że nie zamierza rządzić batem i ma ogromną nadzieję że tak rządzić nie będzie musiał, dał zaś posłom wybranym przez Naród szansę na odnowę moralną. Oczywiście mógłby ktoś powiedzieć że to są zwykłe frazesy i tzw. "mowa trawa", ale niekoniecznie. Jak stwierdził bowiem jeden z polityków Platformy Obywatelskiej (chyba Radosław Sikorski) że obietnice wyborcze dotyczą tylko tych, którzy w nie wierzą, to tak też było z Piłsudskim. Bo to co mówił, wychodziło z głębi Jego serca i On w to naprawdę wierzył, bez względu na to jak to dziwnie brzmiało (jeden z posłów podsumował te wypowiedzi stwierdzeniem: "Gotowanie jajka na kotle okrętowym" - no, być może dla niektórych tak to właśnie wyglądało, dla innych, takich jak chociażby Walery Sławek, czy Aleksander Prystor, czy nawet Kazimierz Bartel to były zapewnienia jak najbardziej autentyczne i szczere). Oczywiście system stworzony przez Piłsudskiego był systemem tymczasowym i na dłuższą metę musiałby i tak zostać zreformowany - to nie ulegało żadnej wątpliwości. Nie da się bowiem rządzić w taki sposób, żeby jedynie dzielić władzę pomiędzy ludźmi jednego obozu, tak się nie da nigdy i nigdzie, ale nie o to też chodziło. Chodziło o stworzenie nowej jakości politycznej która w przyszłości mogłaby przerodzić się w coś, co można by było podsumować słowami "Pokolenie JP1". A trwałość tej struktury (że tak ją nazwę), byłaby ponadpokoleniowa, i choć oczywiście każde kolejne pokolenie ma swoje problemy i cele które pragnie osiągnąć nie oglądając się na poprzedników, to jednak warto zawsze pamiętać o korzeniach. A sam fakt, że po tylu klęskach II Wojny Światowej i potem komunistycznego zniewolenia ten mit Piłsudskiego przetrwał - jest ważny, bo co by było, gdyby nie doszło do tamtych wydarzeń? Ilu by wówczas znalazło się dziś takich jak ja, zdeklarowanych piłsudczyków?





PS: W kolejnej części najpierw kilka słów na temat ustroju politycznego zwanego sanacyjnym (czy też Sanacją), wyjątkowego pod tym względem w skali ogólnoświatowej i nie mającego żadnych precedensów w historii, a potem przejdę już bezpośrednio do międzynarodowych reakcji na sam zamach i narządy po-majowe w Polsce.


CDN.

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. I

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO




 Temat rocznicowy, gdyż dziś właśnie mija dokładnie 100 lat od rozpoczęcia owego najsławniejszego polskiego zamachu stanu, czyli tzw: "zamachu majowego" z 12 maja 1926 r. Jak również dokładnie 91 lat od śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego, głównego autora owego zamachu (autora w cudzysłowie, realnie bowiem wojskami wspierającymi Marszałka kierowali jego najbliżsi współpracownicy, a nie On sam, Piłsudski bowiem w tym czasie kompletnie się załamał i to kompletnie, o czym postaram się opowiedzieć niżej). Ten oto rocznicowy temat postaram się poświęcić również na opisanie nie tylko samego "zamachu majowego", ale przede wszystkim międzynarodowych reakcji, jakie nastąpiły zarówno w jego trakcie jak i po zamachu i przejęciu władzy przez obóz piłsudczykowski, zwany również "obozem sanacyjnym". Wyjaśnię także czym była owa "sanacja", która w ciągu kolejnych dekad nabrała tak pejoratywnego skojarzenia (głównie dzięki wytężonej pracy komunistów i endeków) że do dziś wielu jeszcze (według mnie pseudo historyków) twierdzi, iż była to jakiś quazi-dyktatura. Mówcie co chcecie, Kochani, ale ja w tej serii zamierzam bronić nie tyle samego majowego zamachu stanu, co konieczności, jaka ten zamach wymusiła. Piłsudski bowiem nie pragnął przeprowadzać żadnego zamachu, wiedział bowiem że coś takiego może doprowadzić do wybuchu wojny domowej w Polsce, a to natychmiast uruchomi państwa nam jawnie wrogie czyli Związek Sowiecki i Niemcy do interwencji militarnej, a to zaś oznaczałoby upadek dopiero co z takim trudem i przy takiej hekatombie krwi odrodzonej (zaledwie 8 lat wcześniej) polskiej Niepodległości i Marszałek stwierdził, że: 
"tego już by nie przeżył". 
Przejdźmy zatem do tematu.



ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)




 Józef Piłsudski bez wątpienia był człowiekiem który najmocniej przysłużył się sprawie odzyskania przez Polskę Niepodległości zarówno w latach I Wojny Światowej, jak i przed jej rozpoczęciem (notabene i tutaj jako ciekawostkę tylko dodam że w ostatniej serii z zieloną poświatą u Krzysztofa "Atora" Woźniaka, w kolejnym liście od tzw: "Jednego z nich", czyli tajemniczej postaci która od co najmniej sześciu lat pisze listy do Atora - a przynajmniej on tak twierdzi - w których dokładnie mówi co wydarzy się w przyszłości i jak też powinniśmy postępować, aby wszelkie negatywne kwestie - które bez wątpienia są planowane przez tak zwanych "kreatorów świata", nie dotknęły bezpośrednio naszego kraju; tak więc ów "Jeden z nich" stwierdził, że, na zasadzie "efektu skrzydeł motyla" gdyby Józef Piłsudski w lipcu 1904 r. podczas pobytu w Tokio {gdzie starał się uzyskać japońskie wsparcie dla wybuchu w Polsce kolejnego powstania antyrosyjskiego w czasie trwania wojny japońsko-rosyjskiej} nie miał dobrego seksu, na drugi dzień nie chciałby spotkać się i porozmawiać z Romanem Dmowskim - czyli twórcą Narodowej Demokracji "Endecji" - a stało się to dokładnie 11 lipca 1904 r. gdy Piłsudski ujrzał Dmowskiego na jednej z tokijskich ulic {notabene Dmowski pojechał tam aby torpedować plany Piłsudskiego}, obaj panowie wówczas spotkali się i wzajemnie porozmawiali a nawet - co pozostaje tajemnicą poliszynela - udali się na masaż erotyczny, przeprowadzony przez piękne japońskie gejsze {zresztą Piłsudski i Tytus Filipowicz - z którym razem wybrali się przez Stany Zjednoczone w podróż do Japonii - spędzali tam całkiem przyjemnie czas.

Zachowała się korespondencja, jaką Tytus Filipowicz pisał jeszcze z pokładu "Campanii" przed przybyciem do Nowego Jorku, w liście do Aleksandra Malinowskiego. Tak więc 10 czerwca 1904 r. czytamy: "Swoją drogą żywot luksusowy: rozpoczynamy dzień kąpielą i prysznicem, następnie aż do nocy, je się i śpi na przemianę, w chwilach bezsenności - szachy (...) Wyżerka wspaniała - na podwieczorek befsztyk i pieczone śledzie, tea (...) Co do mnie jednak, mam już zupełnie dosyć tej drogi i z gustem powitałbym jutro Y(okohamę) zamiast New Yorku". 11 czerwca "Campania" dobiła do portu w Nowym Jorku, gdzie Piłsudski i Filipowicz zatrzymali się w Hotelu Lafayette (róg 5th Avenue i 8th Street, dziś mieści się tam duży budynek mieszkalny) na Manhattanie, niedaleko zjazdu z Mostu Brooklińskiego. Obaj panowie byli w Stanach nielegalnie, chociażby z tego powodu że podróżowali pod fałszywymi imionami (zgodnie z praktyką konspiracyjną) i tak Piłsudski to był Mieczysław Mieczysławski a Filipowicz Stefan Karski. "Wspaniałe miasto i dziwnie swojskie" - pisał Filipowicz do Malinowskiego. W hotelu spędzili trzy dni, w tym czasie Piłsudski wygłosił odczyt w Związku Socjalistów Polskich (13 czerwca), a także złapała go jakaś choroba, bo 13 czerwca pisał do Malinowskiego: "W drodze zaziębiłem się i od kilku dni mam szalony ból głowy i zębów (...) całej połowy głowy. Nic mi się robić nie chce i myśli zebrać okropnie trudno (...) W ogóle od tej gęby jestem w paskudnym pesymistycznym usposobieniu, które mnie doprowadza do pasji".})






({14 czerwca rano, obaj panowie opuścili Hotel Lafayette i wyjechali z Nowego Jorku, kierując się ku Zachodniemu Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Niesamowita podróż, zwiedzili w tym czasie Wodospad Niagara, następnie Chicago (z którego to miasta wyjechali 16 czerwca, spotykając się w międzyczasie z działaczami polonijnymi, m.in.: ze Stanisławem Adamkiewiczem, który oprowadzał ich po Chicago). Następnym punktem podróży było Colorado Springs, skąd ruszyli koleją mijając po drodze Denver, rozległe prerie oraz pokryte śniegiem szczyty Gór Skalistych w Kolorado. Byli w Salt Lake City i zwiedzili Wielkie Jezioro Słone, potem dalej koleją przez Wielką Kotlinę Nevady i Kalifornii. Byli w Reno, przemierzyli góry Sierra Nevada i dotarli do Sacramento. Filipowicz zanotował w tych dniach: "Frisco robi dość marne wrażenie - brudy i góry w samym mieście takie, że nigdzie na świecie nic podobnego nie tolerowano by (...) W dodatku jest dość mglisto i chłodno". Do San Francisco przybyli 21 czerwca 1904 r. Stamtąd Piłsudski zapisał, że już chciałby być w domu: "soli mnie chęć najprędszego powrotu (...) być tak daleko i nie wiedzieć nic, co się u was dzieje". W San Francisco (22 czerwca) wsiedli na mały statek "Coptic" należący do White Star Line - linii które potem wystawią Titanica. "Coptic" był stary, został zbudowany w 1861 r., a na trasie San Francisco-Japonia-Chiny pływał od 1882 r.})




({28 czerwca dotarli na Hawaje i zatrzymali się w Honolulu, skąd Filipowicz pisał: "Pogoda dobra (...) Spanie, wyżerka, szachy i trochę pisaniny (...) potem nudy (...) Zupełnie egzotyczny kraj - banany, daktyle, kokosy, brązowe małpy w europejskich kostiumach etc. W mieście większość Japończyków i Chińczyków". Obaj panowie wybrali się też na plażę w Honolulu, gdzie spędzili większość dnia, potem odbyli jeszcze wycieczkę do kraterów wygasłych wulkanów, a 29 czerwca wyruszyli w dalszą drogę na pokładzie "Coptica".})


CHILLOUT 
POLSKIE WAKACJE W AMERYKAŃSKIM STYLU 🤠






({Piłsudski, choć zwiedzał okolice, myślami był w Polsce, bardzo tęsknił już bowiem za powrotem. Zastanawiał się również nad planami spotkania z władzami Japonii, a gdy w jednej z gazet w Honolulu dowiedział się że japoński gen. Kodama, z którym mieli się spotkać, został przeniesiony na szefa sztabu armii czynnej do Mandżurii (bezpośrednio na linię frontu), zastanawiał się też czy przypadkiem nie będą musieli pojechać również i do Mandżurii (a tymczasem pieniądze na podróż były ściśle wyliczone). Na pokładzie "Coptica" sprecyzowano punkty ewentualnej umowy, jaka miała zostać podpisana z władzami Japonii, które głównie sprowadzały się do zakupu broni do dalszej walki z Rosją - broń ta miała zaś zostać kupiona za obiecane japońskie pieniądze, oraz co do planów utworzenia przy japońskiej armii Legionu Polskiego w Mandżurii. Do Jokohamy przypłynęli w nocy z 9 na 10 lipca 1904 r. ale z powodu ulewnego deszczu, statek stanął na redzie i dopiero rankiem 11 lipca na pokład "Coptica" weszli najpierw przedstawiciele japońskich służb medycznych, a następnie na małym stateczku podpłynął jakiś cywil. Był to major Saburo Inagaki ubrany w modny garnitur, który wszedł na pokład i poprosił o listy upoważniające (od Taro Utsunomiy). Następnie zaprosił obu panów - jako gości rządu japońskiego - na ląd. Razem, incognito udali się na stację kolejową, skąd odjechali pociągiem do Tokio. W pociągu rozmawiano na temat skierowania generałów: Kodamy i Fukushimy na front do Mandżurii, a także właśnie tam, z ofiarowanej przez majora Iganakiego gazety: "Japan Times", Piłsudski i Filipowicz dowiedzieli się o przebywającym już w Tokio od 15 maja Romanie Dmowskim z Narodowej Demokracji - był też na liście gości Hotelu Metropol - który przybył do Japonii aby pokrzyżować plany Piłsudskiego zawarcia sojuszu antyrosyjskiego z Japonią.})




({Gdy wysiedli w Tokio, przed dworcem kolejowym czekał już na nich powóz, w którym "z wielkim szykiem" - jak odnotował Filipowicz, przejechali przez miasto do Hotelu Seiyoken. Hotel położony był w ładnej okolicy - dokoła park, z okien widok na ogród i staw pokryty różowymi kwiatami lotosu i przebywali w nim głównie Europejczycy. Po południu 11 lipca obaj panowie udali się do miasta, wsiedli na riksze i pojechali w odwiedziny do... Romana Dmowskiego. Spotkali się dość przypadkowo, na ulicy dnia poprzedniego - Dmowski spacerował w towarzystwie Jamesa Douglasa, korespondenta lwowskiego "Słowa Polskiego". Potem Douglas stwierdził że na widok Piłsudskiego Dmowski wręcz "skamieniał". Przywitali się bardzo miło - "niemal czule" - jak zanotował Douglas, po czym Piłsudski zaprosił Dmowskiego i Douglasa do siebie do hotelu na obiad.})


PIERWSZE SPOTKANIE PIŁSUDSKIEGO I DMOWSKIEGO
(1893 r.)



({Rozmawiano o sytuacji politycznej i celach pobytu w Japonii, Dmowski twierdził że ofiarował Japończykom dwa memoriały o sytuacji w Królestwie Polskim - Kongresówka - i w Rosji, oraz że został przyjęty przez generałów Fukushimę i Kodamę (tych, których potem skierowano na front do Mandżurii), oraz że w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Japonii nikt nie był zainteresowany jego wizytą. Potem, aż do wyjazdu Dmowskiego, panowie widywali się niemal codziennie, spędzając razem całe popołudnia. Nazajutrz 12 lipca major Inagaki - tym razem ubrany już w swój mundur - zabrał Piłsudskiego i Filipowicza do Sztabu Generalnego, gdzie zostali bardzo miło powitani m.in.: przez gen. Atsusi Muratę. Po kilku kurtuazyjnych zwrotach i pytaniach o komfort hotelowy, panowie przeszli do rozmów o polityce i ogólnym położeniu Rosji i Polski.}) 


PIŁSUDSKI I DMOWSKI W JAPONII 
W TOWARZYSTWIE gen. MURATY
(Lipiec 1904 r.)


({Po rozmowie - która miała charakter badawczy i orientacyjny - do pokoju wszedł gen. Toshitsune Kawakami, który poprosił obu gości do restauracji. Tam Piłsudski poprosił Japończyka, aby treść ich rozmowy pozostała tajemnicą i aby nie wyjawiał jej obecnemu w Tokio Romanowi Dmowskiemu, na co oczywiście Kawakami przystał. Memoriał do rządu japońskiego z informacjami o Rosji i planem umowy wzajemnej, wręczono Kawakamiemu dopiero dnia następnego - 13 lipca, gdy ten osobiście przybył do Hotelu Seiyoken. Rozmawiano znów o Rosji i od razu dało się zauważyć, jak błędne jest przekonanie Japończyków o tym kraju, co odnotował w swym liście Filipowicz: "W ogóle wszyscy mają we łby wbite ogólnoeuropejski pogląd na Rosję". Następnie, we trójkę udano się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tam zostawili list polecający od Hayashiego z Londynu - nie zastano bowiem gen. Yamazy, z którym miano się spotkać - i obaj panowie wrócili do hotelu, gdzie szybko otrzymali wiadomość o wyznaczeniu spotkania u Muraty na 15 lipca. Cały 14 lipca Piłsudski spędził w towarzystwie Dmowskiego, a Filipowicz w towarzystwie Douglasa, tego też dnia obaj panowie po raz pierwszy w życiu skosztowali sushi, czyli żywej ryby. Doszło wówczas do sytuacji, w wyniku której w towarzystwie Japończyków okazanaby została zniewaga, bowiem Piłsudski po skosztowaniu sushi, omal nie... zwymiotował {ja osobiście też nie znoszę sushi} i jedynie przepijając wodą zdołał przełknąć przygotowaną porcję.})

({15 lipca spotkano się z Muratą, z którym omawiano szczegółowo - punkt po punkcie - projekt memorandum i umowę z Japonią. Murata wyraził zdziwienie czy w ogóle istnieje możliwość bezpiecznego przewozu broni, tak, aby nie dowiedział się o niej rząd carski, ale Piłsudski stwierdził że odbiór broni leży w granicach możliwości partii socjalistycznej i jest na to kilka sposobów. Co zaś do kwestii finansowych, tutaj Murata nie miał żadnych zastrzeżeń gdy zażądano 10 000 funtów szterlingów teraz, drugie tyle po nowym roku i następnie tyle ile wymagać będzie rozwój wypadków, przy czym sumy te mogą wzrosnąć do 100 000 funtów szterlingów. Murata odrzucił tylko punkt trzeci o możliwości utworzenia Legionu Polskiego, stwierdzając krótko: "Konstytucja nie pozwala". Zgodził się również w kwestii udzielenia pomocy polskim dezerterom z armii rosyjskiej, którzy przejdą na stronę Japonii. Natomiast bardzo dobrze przyjął plany pracy informacyjnej PPS-u i przekazywanie wiadomości wywiadowczych o armii rosyjskiej Japończykom. Po spotkaniu Filipowicz pisał: "Przypuszczam że te trudności są specjalnie po to wymyślone, by później mogli robić wielkie ustępstwa (...) kręcą w drobiazgach, nadrabiając komplementami i ciągłym śmiechem - wesoły narodek". Po spotkaniu panowie ponownie udali się do swojego hotelu. W nocy z 15 na 16 lipca było małe trzęsienie ziemi które zarówno Piłsudskiego jak i Filipowicza postawiło na nogi, ale szybko przekonali się że nie robi ono na nikim z obsługi większego wrażenia. Jak potem zanotował Tytus Filipowicz: "Podobno taka "przyjemność" należy tu do tak zwykłych, że nikt nie zwraca na nią uwagi".




Cały 16 i 17 lipca panowie spędzili na zwiedzaniu Tokio (tajemnicą poliszynela była wizyta w salonie masażu, w którym piękne gejsze wykonały dla nich masaż erotyczny). 18 lipca udali się do Jokohamy, aby sprawdzić czy statek "Empress of Japan", który właśnie przybił do brzegu, nie przywiózł im spodziewanej przesyłki listowej. Okazało się jednak że niczego nie było. Nie dobrze, bowiem kończyły się pieniądze ["Hotel jeszcze nie płacony, drobne płyną jak woda" - notował Filipowicz]. Piłsudski zakładał że rozmowy potrwają do 2 sierpnia i tego dnia będą mogli wypłynąć w drogę powrotną na pokładzie "Mongolii". 20 lipca Dmowski wystosował swój ostatni memoriał do rządu Japonii - bowiem od miesiąca nikt z władz się z nim nie spotkał - w którym przekonywał że jakiekolwiek powstanie zbrojne w Polaków przeciwko Rosji w obecnym czasie wcale nie byłoby na korzyść Japonii, która nic by na tym nie zyskała, a jedynie na korzyść Rosji, która szybko by takie powstanie złamała, wprowadzając jeszcze większe represje. Memoriał ten też przeszedł bez echa ze strony Japończyków, dla których wizyta Dmowskiego nic w zasadzie nie wnosiła. Po późniejszym fiasku wizyty Piłsudskiego i Filipowicza w Japonii, Dmowski będzie twierdził - a za nim również późniejsza historiografia - że to on przyczynił się do niepowodzenia tych rozmów. W rzeczywistości jego rola w zasadzie była żadna, był powszechnie lekceważony i pomijany [czego dowodem jest fakt, że nikt z władz czy armii japońskiej nie chciał się z nim spotkać]}).

21 lipca doszło do kolejnego spotkania Piłsudskiego i Filipowicza u gen. Muraty, na którym rozmawiano na temat finansowania PPS-u i dalszej pracy konspiracyjnej partii i pozyskiwaniu informacji na temat Rosji i jej armii. Nawiązano wówczas ścisłe kontakty i pomimo niepowodzenia rozmów w owym czasie, tamte kontakty zaowocowały w przyszłości i już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r. kontakty te odżyły z nową mocą (Japończycy bardzo często przyjeżdżali do Polski na szkolenia wywiadowcze, szczególnie ze sztuki dekryptażu, a jeden z japońskich oficerów walczył nawet podczas Bitwy Warszawskiej z bolszewikami w 1920, atakując moskiewskich żołdaków samurajskim mieczem). Co zaś się tyczy dalszej wizyty, to Dmowski wyjechał z Japonii 22 lipca przez Pacyfik, USA [zatrzymał się na krótko jedynie w Chicago 8 sierpnia] i do Krakowa wrócił 14 września 1904 r. Piłsudski i Filipowicz opuścili zaś Japonię 30 lipca [znaleźli jeszcze czas na zwiedzenie góry Fudżi 25-26 lipca] a na przyjęciu pożegnalnym znów pojawiła się żywa ryba - sushi, co ponownie przyprawiło Piłsudskiego o skręt żołądka. Obaj panowie wypłynęli z Jokohamy dnia 30 lipca na pokładzie małego statku "Tartar", który płynął do Kanady. Pożegnawszy się z gen. Kawakami, który ich odprowadził, odpłynęli w drogę powrotną.} Tak więc wracając do początku, ów "Jeden z nich" o którym wspomniałem {dziwna i tajemnicza postać, która dosyć skrupulatnie przewiduje to, co ma się wydarzyć - prawdopodobnie też nie jest to człowiek, choć potrafi przybierać ludzkie kształty, a przynajmniej tak twierdzi; choć jednocześnie nie mówi że nie jest człowiekiem, co zakrawa wręcz o paradoks} stwierdził że gdyby Piłsudski rankiem 11 lipca 1904 r nie miał dobrego seksu przed spotkaniem z Dmowskim, nie chciałoby się mu z nim rozmawiać, byłby smutny i przygnębiony, a co za tym idzie - z późniejszej współpracy obu panów nic by nie wyszło, w konsekwencji... Polska nie odzyskałaby Niepodległości w 1918 r. {Oto link do kanału atora: "JEDEN Z NICH: NIE UCIEKAJ Z POLSKI, TU BĘDZIE DOBRZE!"}. Niesamowite jak orgazm jednego faceta wpłynął na przyszły los polskich dziejów 😘👍. A co do Japonii to zawsze będę wdzięczny owym samurajom za to, że przyjęli polskie dzieci, które dotarły do Mandżurii, a potem do Korei, uwolnione z sowieckich sierocińców - które tak naprawdę były obozami zagłady dla dzieci. 





PONIEWAŻ NIECO ZBOCZYŁEM Z GŁÓWNEGO TEMATU (CO NIESTETY NIEKIEDY MI SIĘ ZDARZA 😉), POZWOLĘ SOBIE DZIŚ JESZCZE ZAMIEŚCIĆ KOLEJNĄ CZĘŚĆ TEJ SERII, W KTÓREJ JUŻ BEZPOŚREDNIO SKUPIĘ SIĘ NA SAMYM ZAMACHU MAJOWYM I MIĘDZYNARODOWYCH REAKCJACH NA TO WYDARZENIE


CDN.

11 maja 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXVII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXIV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXIV



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. II



FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. II






EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. II



 Kraj Dwóch Królestw - Egipt na początku XXI Dynastii ponownie rozpadł się na dwie części (ok. 1077 r. p.n.e.): północną (czyli Deltę - Dolny Egipt) i południową (Egipt Górny). Na północy władał teraz były wielki wezyr Delty - faraon Smendes (założyciel XXI Dynastii), który wywodząc się z rejonu Tanis, tam właśnie postanowił przenieść nową stolicę swego państwa. Ponieważ jednak tamtejsze miasto było mało reprezentacyjne, dlatego też postanowił Smendes rozebrać Pi-Ramzes (czyli dawną stolicę Delty, wzniesioną jeszcze przez Ramzesa II Wielkiego - to ponoć właśnie przy budowie Pi-Ramzes miały pracować tzw. plemiona Habiru, czyli Hebrajczyków, których potem m.in. Mojżesz - bo z pewnością były co najmniej dwie, a prawdopodobnie trzy fale wyjścia Izraelitów z Egiptu, o czym już zresztą też pisałem - wyprowadził z ziemi egipskiej do kraju Kanaan) a budulec stąd zamierzał Smendes przeznaczyć na rozbudowę i upiększenie Tanis. Na południu zaś, w Górnym Egipcie władał arcykapłan Amona-Re Herhor, były żołnierz libijski z plemienia Meszwesz, który szybko zyskał uznanie na dworze ostatniego faraona XX Dynastii - Ramzesa XI i ok. 1090 r. p.n.e. mianowany został przezeń arcykapłanem w tamtejszej świątyni Ipet-Sut w Karnaku. Zaledwie dwa lata później po objęciu najwyższej władzy kapłańskiej, ogłosił Herhor początek "ery Odrodzenia", a po śmierci Ramzesa XI (ok. 1077 r. p.n.e.) przejął pełnię władzy nad całym Południem. Teraz zapanowała tam teokracja, której nie znali Egipcjanie nawet w najdawniejszych czasach - przed powstaniem scentralizowanej monarchii Obu Krajów. 

Oczywiście pomimo podziału władzy, obaj faraonowie utrzymywali ze sobą przyjazne stosunki. Arcykapłan Amona rezydował w świątyni w Karnaku (majestatycznej budowli, upiększanej przez kolejnych faraonów począwszy od XVIII Dynastii), natomiast Smendes królował w Memfis (Tanis cały czas było rozbudowywane i dopiero pod koniec życia ten władca przyniósł się tam na stałe). Smendes swoje prawo do tronu wywodził od swej małżonki Tentamon - córki Ramzesa XI, natomiast Herhor oficjalnie nie był faraonem, ale i on poślubił jedną z córek zmarłego władcy - Nodżmet, dzięki której mógł swobodnie władać całym Górnym Egiptem. Jednak ok. 1074 r. p.n.e. (po ponad piętnastu latach rządów) światło życia arcykapłana Herhora zgasło i podążył on do krainy Ozyrysa (boga zmarłych i świata podziemnego). Jego następcą z tytułem arcykapłana i władzą nad całym Południem został najprawdopodobniej (piszę "najprawdopodobniej" ponieważ jego pochodzenie nie jest do końca znane) zięć Herhora - Pianchi. Pianchi również był żołnierzem, w czasach Ramzesa XI toczył walki w Nubii z tamtejszym namiestnikiem Panahesy (ok. 1080 r. p.n.e.), zaś poślubiając córkę Herhora, wszedł do jego rodziny. Wiadomo też że podczas swoich krótkich rządów (nie trwały bowiem nawet pięciu lat) na Południu, Pianchi zorganizował jeszcze jedną kampanię do Nubii, która - podobnie jak wcześniejsza - również zakończyła się niepowodzeniem. Ok. 1070 r. p.n.e. władzę po swym ojcu objął teraz arcykapłan Pinedżem. Ten młody człowiek wrócił do polityki swego dziadka Herhora - czyli przyjaźni z władcą Północy (bowiem Pianchi sam uważał się za faraona i liczył lata od objęcia przez siebie władzy. Jego syn zaś liczył lata od wstąpienia na tron Smendesa z Delty, jak również lata ustanowionej przez Herhora ery Odrodzenia).




Rządy Pinedżema to znów zmaganie się z plagą rabusiów grobów, szczególnie zaś lata 1072/1071 - 1063/1062 były okresem wyjątkowego natężenia takowych praktyk. Dochodziło do tego, że osobiście arcykapłan Amona-Re musiał pilnować przenoszenia kolejnych mumii dawnych faraonów do nowych miejsc ich pochówku, powiększając tylko liczbę już istniejących wspólnych grobowców. Jak już wspomniałem - obejmując władzę arcykapłańską w Karnaku, w Luksorze, w Medinet Habu, w El-Hiba i w Asuanie - Pinedżem był młodym człowiekiem (prawdopodobnie nastoletnim chłopcem), dlatego też uznawał Smendesa za swego przybranego ojca i akceptował jego władzę nad sobą. Ale z czasem dała się zauważyć pewna zmiana w jego postępowaniu, aż wreszcie ok. 1060 r. p.n.e. oficjalnie koronował się w Tebach Królewskich na faraona. Od tej chwili był więc królem i nie mógł piastować jednocześnie stanowiska arcykapłana, które to powierzył swemu kilkuletniemu synkowi - Masaharcie. Pinedżem nie zamierzał jednak zrywać kontaktów z Północą, dlatego też swoją koronację tłumaczył Smendesowi jedynie koniecznością polityczną oraz zagrożeniem ze strony Nubii, a także nieustannym problemem jaki miał z rabusiami grobów królewskich. Twierdził też, że nadal uważa Smendesa za swego ojca i w dalszym ciągu liczył będzie lata od chwili jego wstąpienia na tron. Tak też się stało i to uspokoiło władcę Delty, który pozwolił nawet wykuć imię Pinedżema na kartuszach w Tanis, jako władcy Południa. Tak naprawdę jednak koronacja miała ważniejszy cel i choć Pinedżem temu zaprzeczał, to jednak realnie dzięki tej koronacji zyskiwał przewagę nad Smendesem z Delty, gdyż podział funkcji arcykapłana i króla i skupienie ich na Południu odpowiadało legalizacji władzy Pinadżema - gdyż arcykapłan był rzecznikiem woli Amona na ziemi, a z woli Amona władał król.

Pozycja Pinedżema wzrosła jeszcze wcześniej, gdy poślubił on jedną z córek Ramzesa XI - Hennutawy (która urodziła mu czworo dzieci, trzech synów - w tym owego Masahartę - i jedną córkę). Co prawda Egipt w tym okresie był już tylko cieniem dawnej swej wielkości i zarówno Pinedżem na Południu nie był w stanie ponownie podporządkować sobie Nubii, jak i Smendes na Północy nie mógł rozciągnąć swych wpływów na ziemie Kanaanu, Filistei, Fenicji czy krainy Amurytów na północy (nie mówiąc już o ziemiach Kizuwattny - czyli Cylicji, czy o dojściu do Eufratu, z którego dawno zniknęły stele potomków Totmesa III Wielkiego z XVIII Dynastii). Egipcjanie do tego stopnia utracili poważanie (a co za tym idzie, przestano się ich obawiać), że w Fenicji za drewno (które było niezbędne w kraju nad Nilem do budowy okrętów, jak również uzupełniania świątyń) kazano im płacić często trzykrotność danej sumy, a niekiedy też (jak choćby w przypadku Unamona - królewskiego posła Ramzesa XI) po prostu na nich napadano i rabowano cały towar z jakim wracali. Smendes panował długo bo aż dwadzieścia pięć lat i zmarł ok. 1052 r. p.n.e. Uchodził on za władcę silnego (biorąc za przykład jego poprzedników z XX Dynastii), ale syn, któremu pozostawił tron, imieniem - Amenemnesut, nie dorównywał swemu ojcu i to do tego stopnia, że musiał się zgodzić na "opiekę" Pinedżema (chociaż Amenemnesut nie był młodzieńcem tylko dorosłym mężczyzną). Wkrótce potem Pinedżem powierzył regencję nad Amenemnesutem swemu synowi - Psusennesowi (co było niezwykle komiczne, ponieważ Psusennes był jeszcze dzieckiem i wyglądało na to, że to dziecko sprawuje regencję nad dorosłym mężczyzną). Ale i te pozory niezależności Delty zostały zlikwidowane z chwilą śmierci Amenemnesuta (ok. 1047 r. p.n.e.) i objęciem władzy nad Dolnym Egiptem przez Psusennesa I (a realnie nad Dwoma Krajami przez Pinedżema). Pinedżem realizował teraz dynastyczne plany swego ojca i dziada, zadbał też o każde ze swych dzieci, powierzając im odpowiednie stanowiska. I tak Psusennes miał najpierw władać Deltą - a po śmierci Pinedżema również i Południem - jednocząc ponownie kraj. Masaharta był już arcykapłanem Amona-Re w Tebach. Najmłodszy zaś z braci - Mencheperre początkowo miał władać Południem (szybko jednak sytuacja się zmieniła, o czym będzie niżej). Natomiast córka Pinedżema - Maatkare (która ponoć była jego oczkiem w głowie, o czym świadczy stanowisko jakie jej powierzył) otrzymała tytuł Boskiej Małżonki Amona-Re (który odtąd miał być dziedziczny, tzn. dotychczasowa Boska Małżonka miała prawo wybrać swoją następczynię, co wcześniej nie było praktykowane), ojciec powierzył jej też kierownictwo nad zakonem kapłanek ascetek, znajdującym w jednej z oaz na pustyni.




Tak oto Pinedżem rozdzielił stanowiska władzy pomiędzy swoje dzieci i wszystko wskazywało na to, że jego ród bez żadnych zakłóceń przejmie władzę nad całym Egiptem. Niestety, już wkrótce los okazał się Pinedżemowi nieprzychylny. Ok. 1045 r. p.n.e. zmarł arcykapłan Masaharta. Odszedł z tego świata nie mając nawet dwudziestu lat (prawdopodobnie przyczyną śmierci było zatrucie wodą - o ile bowiem stwierdzenie takie brzmi nieco komicznie, to jednak w warunkach egipskich było to dość powszechne niebezpieczeństwo. Nil bowiem niósł życiodajną wodę, ale ta sama woda mogła być również śmiertelna, gdyż bardzo często znajdowały się w niej najróżniejsze drobnoustroje chorobotwórcze, które powodowały bóle gardła lub żołądka i często przynosiły śmierć. Dlatego też powszechną praktyką wśród elit egipskich było picie wina a nie wody, ponieważ sfermentowane wino zabijało drobnoustroje więc podawano je nawet małym dzieciom. Oczywiście tamtejsze wino było znacznie słabsze niż jego współczesne odpowiedniki, ale jednak można powiedzieć że Egipcjanie - aby ocalić życie - musieli być non stop na rauszu 🤪). Śmiertelność niemowląt i dzieci w Egipcie była ogromna. Nawet jeśli dziecko przeżyło etap rozwoju noworodka, to i tak czyhało na niego mnóstwo innych niebezpieczeństw, w tym dzikie zwierzęta (jak choćby krokodyle - które często zakradały się do przydomowych sadzawek i stanowiły poważne niebezpieczeństwo, dlatego też bardzo często zdarzało się że przed wejściem do takiej sadzawki najpierw kijami sprawdzano czy czegoś nie ma w wodzie). I choć egipscy lekarze słynęli w całym ówczesnym świecie za najlepszych w swym fachu, to jednak śmierć w wieku nastoletnim z powodu np. złamań kości czy skręceń nie należała wcale do rzadkości. W każdym razie Masaharta zmarł i na jego miejsce Pinedżem powołał kolejnego syna (który wcześniej miał rządzić po swym ojcu Górnym Egiptem) - Mencheperre. Pinedżem zaś opuścił Teby i przyniósł się do Tanis w Dolnym Egipcie. Ta decyzja jednak sprowokowała kapłanów Amona niższej rangi (jak również kapłanów innych bogów) do buntu przeciwko rodowi Herhora, który wyznaczył sobie najlepsze stanowiska i przejął największą władzę.




Kapłani bowiem od dawna byli uważani za realnych władców Egiptu (trzeba tutaj od razu dodać jako ciekawostkę, że pierwszym faraonem który znacznie wzmocnił pozycję kapłanów, była... Hatszepsut, która potrzebowała mężczyzn w osobach kapłana, dowódcy armii i naczelnego architekta kraju, aby uprawomocnić swoje rządy jako kobiety). Wielu z nich bardzo krzywo patrzyło na porządki wprowadzane przez libijski ród Herhora i nie chcąc się mu całkowicie podporządkować, oczekiwali właściwej chwili do buntu i odebrania władzy tej dynastii. Tak właśnie się stało z chwilą śmierci Masaharty, powierzenia stanowiska arcykapłana Amona-Re jego bratu Mencheperre i wyjazdowi Pinedżema do Tanis. Nie wiadomo dokładnie jak przebiegało owo powstanie kapłanów, wiadomo tylko że młody Mencheperre (bo nie mógł mieć więcej niż 15-17 lat) bardzo szybko je zdławił. Ukarał śmiercią głównych prowodyrów buntu, a całą resztę kapłanów zesłał do oaz zachodnich (które znajdowały się wówczas pod kontrolą libijskich wodzów z plemienia Meszwesz, czyli ziomków rodu Herhora). Zdając sobie jednak sprawę z potęgi rodów kapłańskich i z realnego sterowania przez nich nawą Egiptu, wkrótce potem młody Mencheperre ułaskawił wszystkich wcześniej zesłanych do oaz i pozwolił im wrócić do ich świątyń. Ten akt łaski arcykapłana (podparty oczywiście decyzją wyroczni Amona), spotkał się z aprobatą owych kapłanów, którzy obawiali się że wysłani zostali tam na śmierć. W podzięce za możliwość powrotu, przesłali do Tanis różne podarki - co świadczyło że zaakceptowali rządy dynastii Herhora nad Egiptem. Wydawać by się mogło że po tym buncie znacznie wzrosła władza i pozycja arcykapłana Amona-Re. Nic bardziej mylnego, przedstawiciele rodu Herhora obawiali się kolejnych podobnych temu buntów i dlatego nie próbowali już zwiększać swojej władzy poprzez kolejne tytuły, za to postępowali w nieco inny sposób. Zaczęli bowiem gromadzić ziemię, ale nie bezpośrednio, bo to by również wzbudziło podejrzenia. Jak więc należało rozwiązać tę sytuację, tak aby i wilk był syty i owca cała? Bardzo prosto - ziemię zaczęły w swych rękach gromadzić kobiety z rodu Herhora (przede wszystkim zaś Boskie Małżonki Amona-Re, których to stanowisko od tej chwili było realnie dziedziczne). Doszło do tego, że na początku X wieku p.n.e. w rękach kobiet z dynastii Herhora było ok. 1/3 ziemi w Górnym Egipcie (był to dopiero wstęp pod późniejszy o trzysta lat kapłański matriarchat, o którym już pisałem w innym temacie). W ten więc sposób ród Herhora uspokoił obawy egipskiej kasty kapłańskiej, gdyż kobiety realnie nie budziły obaw i nawet gromadzenie przez nich ziemi nie było uważane za niebezpieczne (dopiero gdy ostatecznie zlikwidowany zostanie urząd arcykapłana Amona-Re i w to miejsce wejdzie Boska Małżonka Amona-Re - sytuacja zmieni się diametralnie. Ale nastąpi to dopiero w połowie VIII wieku p.n.e., obecnie zaś jesteśmy w wieku XI).




Faraon Pinedżem rozstał się z tym światem ok. 1032 r. p.n.e. w Tanis (po prawię czterdziestu latach rządów), gdzie spędził ostatnie lata swego życia u boku syna - Psusennesa I. W tym czasie Izraelem władał król Saul, a Filistyni zarówno politycznie, militarnie jak i przede wszystkim gospodarczo kontrolowali praktycznie cały Kanaan. Psusennes od razu też wydał swą młodszą córkę Asetemcheb za swego brata, arcykapłana Mencheperre (aby zacisnąć związek kapłańsko-królewski), starszą zaś Anchefenmut oddał swojej siostrze Maatkare, aby ta przyuczyła ją do roli kolejnej Wielkiej Małżonki Amona-Re. Poza tym Psusennes ściągał do Egiptu coraz więcej libijskich najemników (oczywiście przede wszystkim, albo nawet tylko z plemienia Meszwesz), co potem pozwoli opanować kraj przez Libijczyków.




CDN.
 

09 maja 2026

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. II

ZNANI I MNIEJ ZNANI JASNOWIDZE O TYM, CO W PRZYSZŁOŚCI WYDARZY SIĘ W POLSCE, EUROPIE I ŚWIECIE





PRZEPOWIEDNIA JOHANNSONA




"OD POLSKI ZALEŻEĆ BĘDZIE
PRZYSZŁOŚĆ EUROPY (...) 
ONA BĘDZIE JEDYNYM PAŃSTWEM,
KTÓRE ZE ŚWIATOWEGO KATAKLIZMU
WYJDZIE SILNIEJSZE, POTĘŻNIEJSZE 
I WSPANIALSZE (...) 
ONA BĘDZIE PRZYGARNIAĆ, 
CHRONIĆ, NIEŚĆ POMOC"


Anton Johannson, szwedzki rybak urodzony w 1858 r. długo wiódł żywot "normalnego człowieka". Dopiero na dwa lata przed swoją śmiercią zaczął mieć wizję dotyczącą przyszłości Europy i Świata. W roku 1907 Johannson wyjawił publicznie to, co wówczas ujrzał w swym umyśle.


III WOJNA ŚWIATOWA
"STRASZNA INWAZJA"




W 1907 r. Anton Johannson zapowiedział wybuch "Wielkiej Wojny w Europie". Ma ona wybuchnąć w 120 lat od ogłoszenia owej przepowiedni (2027 r.). W jej wyniku dojdzie do wielkich zniszczeń i śmierci 25 % populacji świata. Nim jednak owa wojna wybuchnie, według Johannsona, Europę czeka inna katastrofa, którą on nazywa "Straszną rewolucją" lub "Straszną inwazją". Ta wojna zacznie się na południu Europy, a będzie ona konfliktem chrześcijaństwa i islamu. Dojdzie do strasznych scen, walki będą się toczyły w centrach wielkich miast. Najeźdźcy użyją trujących oparów (chodzi tu zapewne o broń chemiczną), co zwiększy śmiertelność i spowoduje że większość ludzi albo ucieknie z miast w rejony górskie (lub morskie), albo też pochowa się w swych domach (niczym bunkrach). Walka będzie niezwykle krwawa a najeźdźcy przez długi czas będą odnosili zwycięstwa. W konsekwencji jednak przegrają i zostaną zmuszeni do ucieczki przez "Wielką Wodę" (zapewne Morze Śródziemne). Nim to się jednak stanie wymordują wielką liczbę Europejczyków. 

Gdy wojna ta będzie już zbliżać się do końca (lub jeszcze w jej trakcie, gdyż nie jest to wyjaśnione i oba konflikty częściowo się ze sobą pokrywają - jak choćby fakt, że według Johannsona - wybuch wojny rosyjsko-chińskiej będzie pretekstem do muzułmańskiej inwazji na Europę), wybuchnie wielka wojna w Azji. Stronami tego konfliktu będą Chiny i Rosja. Wojna ta właśnie ma wybuchnąć w roku 2027. Ale konflikt na Dalekim Wschodzie będzie wypadkową wojny w Europie, gdyż wcześniej (choć jeszcze prawdopodobnie w tym samym roku) Rosja ma zbrojnie najechać Finlandię, Szwecję, Norwegię, Litwę, Łotwę i Estonię. To właśnie w ich obronie (?) wystąpią Chiny, atakując ze wschodu Rosję. Będzie to również wojna atomowa, która pochłonie 1/4 ludności tych obu największych państw świata. Na "froncie zachodnim" (w Skandynawii i krajach bałtyckich) Rosja ma odnieść spory sukces, szybko opanowując te kraje. Jednak na Wschodzie, w walce z Chinami potęga rosyjskiej armii (mimo że wsparta bronią nuklearną) zacznie ustępować Chińczykom, którzy opanują spore tereny Syberii i rosyjskiego Dalekiego Wschodu.




Aby nie dopuścić do klęski i rozpadu Rosji, Moskwa zdobędzie nieoczekiwanego sojusznika. Będą nim Stany Zjednoczone, które początkowo dyplomatycznie, a potem również i militarnie zaczną wspierać Rosjan (choć bez osobistego zaangażowania militarnego). To spowoduje wypowiedzenie wojny USA - przez Chiny i inwazję armii chińskiej na Alaskę i Kanadę. Chińczycy w swej sile dotrą na amerykańską ziemię (prawdopodobnie Kalifornia -Waszyngton - Oregon - Idaho i Montana?), tutaj rozpocznie się wojna pozycyjna. Prawdopodobnie jednak Chińczycy nie dojdą dalej, niż do tych stanów. Wojna zakończy się klęską i rozpadem Rosji na Wschodzie, oraz klęską i ucieczką Chińczyków z USA, choć same Stany Zjednoczone tak bardzo osłabną, że nie będą w stanie przeprowadzić jakiejkolwiek większej akcji poza swoim terytorium (o ataku na same Chiny nie wspominając). Zniszczonych też zostanie wiele amerykańskich miast, oraz zginą miliony amerykańskich obywateli. Chiny też wyjdą z tego konfliktu bardzo mocno osłabione, ale będą w stanie wymusić na pokonanej Rosji oddanie większości jej dzisiejszych ziem na Wschodzie, które (prawdopodobnie) nie zostaną od razu wcielone do Chin, a otrzymają taką swoistą quasi-niezależność (jak np. Ludowa Republika Syberii?).


POLSKA
WOJNA z NIEMCAMI




Według Antona Johannsona, Niemcy nie wezmą udziału w owym konflikcie pomiędzy Rosją i Ameryką a Chinami, choć nie ominie ich tzw.: "Straszna Inwazja" z Południa. Prawdopodobnie jednak Niemcy (tak jak i inne narody zachodnioeuropejskie) wyjdą z niej ostatecznie zwycięsko i pragnąc wykorzystać nadażającą się okazję (w wyniku konfliktu dalekowschodniego), będą chcieli wymusić na Polsce jakieś koncesje (terytorialne lub materialne - nie jest to wyjaśnione). Polska odmówi i Niemcy ponownie ("ponownie" - bowiem wciąż pamiętamy 1939 r.) na nas uderzą i rozpocznie się nowa wojna w Europie Środkowej. Wojna jednak nie potrwa długo (może z miesiąc, może dwa?), gdyż na pomoc Polsce przyjdą Węgry, Rumunia, Czechy, Francja i Wielka Brytania. Niemcy zostaną pokonane i okupowane, lecz dopiero wówczas nastąpi niesamowity (według Johannsona) wzrost pozycji naszego kraju w Europie. 


POLSKA po WOJNIE




Polska zapoczątkuje nowy okres ładu europejskiego, stając się największym i najpotężniejszym mocarstwem w Europie. Pod polskim przewodem zjednoczy Ukrainę, Węgry, Czechy, Rumunię, Białoruś, Litwę, Łotwę, Estonię i... część zachodniej Rosji (która wówczas odłączy się już od Moskwy i ogłosi niepodległość). Na całym świecie nastąpi swoiste "przebiegunowanie", które oznaczać będzie koniec światowej dominacji narodów germańskich (która to trwa od co najmniej V wieku naszej ery) - czyli Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec (Francja ma się stać według Johannsona najpotężniejszym państwem Zachodu, ale jej potęga będzie znacznie przyćmiona potęgą "Imperium Polskiego"). Nastąpi dominacja narodów słowiańskich w Świecie, na których czele będzie stała Polska. Mimo to (jak twierdzi Johannson) ludność Aryjska (która miała nastąpić po tzw.: ludności Atlantydzkiej, która z kolei nastąpiła po ludności Lemuryjskiej), nadal będzie dominowała w świecie, z tą tylko różnicą, że nastąpi kolejne "przebiegunowanie" jej poszczególnych odłamów (szczepów). Johannson twierdzi że pierwszym szczepem aryjskim, który zdobył przewodzenie po zagładzie Atlantydy, był szczep praindyjski. Po nim nastąpił kolejny szczep aryjski - prairański, następnie chaldejsko-babiloński, potem grecko-rzymski i obecnie żyjemy pod panowaniem piątego szczepu aryjskiego - szczepu germańskiego (USA, Wlk. Brytania, Niemcy). Szóstym i ostatnim szczepem aryjskim ma być szczep słowiański, który przejmie władzę w Europie ok. 2045-2050 r.


PS: W kolejnej części tej serii przejdę do całkowicie już zapomnianej przepowiedni ojca eustachiusza dotyczącej przyszłości polski z ok. 1450 r., wizji Abrahama Lincolna na temat przyszłości Stanów Zjednoczonych, przepowiedni Wernyhory, ojca Czesława Klimuszko, i wielu innych (często już zapomnianych) jasnowidzów.




CDN.
 

08 maja 2026

MEMORIAM - Cz. XIX

VIRGINES VESTALES i 

TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. IV






SPARTAKUS ZWYCIĘSKI


Po zwycięstwie pod Wezuwiuszem nad siłami propretora - Klaudiusza Glabera, do gladiatorów Spartakusa zaczęli przyłączać się zbiegli od swych panów lokalni niewolnicy, miejscowi zawadiacy, a nawet okoliczni pasterze owiec. Wszyscy oni liczyli na poprawę własnego losu i zdobycie bogatych łupów na możnych panach. Spowodowało to że (już jesienią 73 r. p.n.e.) armia niewolnicza liczyła ok. 70 000 ludzi. Co prawda znaczna ich liczba to byli ludzie nie obyci z bronią i nie znający się na walce oraz kobiety, ale i tak spora część z nich nadawała się do walki orężnej. A tymczasem Kwiryci znów zlekceważyli buntownika i cały ten - niezwykle niebezpieczny dla państwa - niewolniczy zryw. Co prawda powierzono kolejne dowództwo pretorowi Publiuszowi Waryniuszowi, ale przydzielono mu zaledwie jeden legion, wsparty niewielkimi kontyngentami posiłkowymi (łącznie siły Waryniusza liczyły ok. 12 000 żołnierzy), zaś sam pretor również nie odznaczał się rozsądkiem. Wiedząc o zupełnej klęsce sił Glabera (w liczbie 3000 żołnierzy), dodatkowo podzielił on swoje siły na trzy części, licząc na to, że wycofujący się spod Wezuwiusza Spartakus ze względu na znaczną liczbę zbiegłych doń ludzi, będzie zmuszony poruszać się wolno, co ułatwiłoby atak Rzymian w dowolnym kierunku i w wybranym przez nich momencie. Niestety, ów niewolnik jakim był Spartakus, doskonale zdawał sobie sprawę ze swego położenia - co też przemawia za jego królewskim pochodzeniem (nie ma żadnych dowodów że Spartakus wywodził się z królewskiego rodu, ani że był spokrewniony z dynastią Spartokidów z Bosforu Kimmeryjskiego. Tę informację przekazywali autorzy antyczni, aby tym samym udowodnić że jedynie ktoś wywodzący się ze szlachetnego rodu mógł skutecznie stawić czoła Rzymianom w walce). Wiedział też że odwrót spod góry wystawi go na ataki Rzymian i zmusi jedynie do obrony. Postanowił więc samemu przejść do kontrataku i po kolei zaczaił się na trzy podzielone oddziały Waryniusza. 
 



Najpierw zasadził się na siły (liczące ok. 3000 legionistów) pod dowództwem niejakiego Furiusza. Uderzył na nie nocą, rozbił i zmusił do ucieczki. Następnie przygotował zasadzkę na dowódcę drugiego oddziału - Kossyniusza. Spartakus początkowo planował uderzyć na niego (i go porwać), gdy ten zatrzymał się w rejonie Salin i zażywał tam kąpieli. Kossyniusz postąpił bardzo nierozważnie, bo nie tylko zlekceważył przeciwnika, ale również zachowywał się tak, jakby wyjechał sobie na odpoczynek, stąd też praktycznie nie miał przy sobie ochrony. Gdy więc Spartakus uderzył i odgłos zbliżającego się nieprzyjaciela dotarł do uszu Rzymianina, ten czym prędzej uszedł stamtąd, wybiegając nagi i mokry prosto z wanny, po czym dosiadł konia i w towarzystwie zaledwie kilku żołnierzy dotarł do swego oddziału. Spartakus zdobył jednak cały jego sprzęt i rzeczy osobiste, a potem ruszył ku niemu i zajął cały jego obóz, likwidując tym samym drugi wydzielony oddział Waryniusza (Kossyniusz poległ w tej walce). Mając już zdecydowaną przewagę liczebną, ruszył teraz Spartakus na niewielkie siły samego Waryniusza, okrążył je i doszczętnie rozbił (grudzień 73 r. p.n.e.), tym samym likwidując drugą już wysłaną przeciwko niemu armię Rzymian. Po tych zwycięstwach w całej Kampanii, Lukanii, Samnium i Apulii zapanowała wielka trwoga. Co bogatsi obywatele uciekali do Rzymu w obawie o własne życie, gdyż ataki na większe majątki Kwirytów należały do głównych praktyk niewolniczej armii Spartakusa. Zrabowane złoto i inne kosztowności stanowiły jednak własność ogółu i były przeznaczane na zakup uzbrojenia od kupców, którzy nieodłącznie towarzyszyli buntownikom, stale dostarczając im żelazo lub spiż. Dużym problemem był właśnie brak wystarczającej ilości broni dla tak licznej armii niewolniczej, dlatego też dodatkowo uruchomiono własną produkcję potrzebnego sprzętu (w oddziałach Spartakusa było wielu zbiegłych kowali i rzemieślników, którzy doskonale znali się na produkcji broni, zaś potrzebne produkty dostarczali kupcy, którym płacono zrabowanym z okolicznych latyfundiów rzymskim złotem i srebrem).




Znacznie gorzej wyglądała kwestia zaopatrzenia w żywność - szczególnie przy tak wielkiej ilości ludzi, jaka znajdowała się wówczas w szeregach armii Spartakusa. Jedyną możliwością pozyskiwania żywności były ataki na majątki nobilów i ekwitów oraz zabranie stamtąd wszystkiego, co tylko nadawało się do zjedzenia. Zasady jakie wprowadził Spartakus (wszystko wspólne, nawet broń, zakaz posiadania czegokolwiek więcej, niż tego co potrzebne jest do niezbędnej egzystencji) budziły niezadowolenie, tym bardziej że zarówno gladiatorzy jak i zbiegli niewolnicy pałali chęcią zemsty na swych panach i rwali się do mordów, grabieży i gwałtów. Oczywiście licznie do nich dochodziło (nie można było tego uniknąć z wiadomych względów, ale Spartakus starał się przynajmniej ograniczać ataki na drobnych właścicieli - których i tak w tym czasie było już niewielu w Italii - prowadząc swoje wojsko często przez górskie szlaki, lub też trudno dostępnymi drogami, co też stwarzało wiele niebezpieczeństw. Poza tym wódz zbuntowanych niewolników wybierał tereny, na których było wiele latyfundiów, aby tym samym uzupełnić braki w aprowizacji, oraz dać możliwość wyżycia się swym ludziom na wielkich panach), jednak ofiarami padali głównie nobile lub ekwici (choć częste był też i ataki na zwykłych chłopów, szczególnie podejmowane na własną rękę przez grupki niezadowolonych niewolników, które czasem odłączały się od głównej armii, aby rabować i gwałcić). Spartakus poprowadził swoich ludzi do Lukanii i Brutium, a tam stanęli na leża zimowe (roku 73/72 p.n.e.) pod Thurioi. Lecz wciąż dołączający nowi niewolnicy spowodowali że rejon gwałtów tej buntowniczej armii sięgał Cosentii na południu (w czasie zimy oddziały Spartakusa wzrosły do ponad 100 000 ludzi - choć wśród nich nie brakowało też i kobiet z dziećmi oraz kalek nie nadających się do walki orężnej. Tym ludziom też trzeba było zapewnić żywność, a Spartakus - nawet jeśliby chciał, nie mógł ich wypędzić, gdyż tym samym skazałby siebie i swoją armię na brak pomocy ubogiej lokalnej ludności i niewolników, a to byłby początek jego klęski).




Senat dopiero teraz, z końcem roku przejrzał na oczy i uświadomił sobie że bunt gladiatorów z Kapui nie jest tylko lokalną, mało znaczącą ruchawką, lecz groźnym powstaniem, które może wręcz przerodzić się w nową wojnę w samej Italii i zagrozić Rzymowi w jego bezpośredniej egzystencji. Wiosną (72 r. p.n.e.) powstańcza armia Spartakusa ruszyła spod Thurioi w Brutium na północ do Lukanii. Tam podstępem (nie miał bowiem ani sprzętu oblężniczego ani też żadnego doświadczenia w walkach o miasta), opanował miasto Metapontum. Tam też od razu dała się poznać różnica wynikająca z podejścia niewolników wiejskich i niewolników miejskich do jego buntu. Otóż bowiem jeśli niewolnicy wiejscy często uciekali od swych właścicieli i przyłączali się do armii Spartakusa, o tyle niewolnicy miejscy wprost przeciwnie - pozostawali wierni swym panom i woleli niewolę niż niepewny los ściganego buntownika (zresztą niewolnicy miejscy mieli w głębokiej pogardzie niewolników wiejskich, uważając ich za gorszych od siebie. Trudno się zresztą dziwić, gdyż tamci żyli w bardzo trudnych warunkach, ciężko pracując praktycznie od świtu do zmierzchu, więc nocą jedyne czego pragnęli to było tych parę godzin snu. Natomiast niewolnicy w miastach żyli o wiele wygodniej - jeśli byli własnością możnego i bogatego pana, to nawet ich stroje były lepsze niż ubrania wolnych, choć ubogich Rzymian. Poza tym nie musieli martwić się o jedzenie, gdyż mieli pewną strawę w domu swego właściciela. Natomiast wolny acz ubogi Rzymianin każdego ranka nie miał pewności czy zarobi chociaż na miskę soczewicy).


POSIŁEK RZYMSKIEGO LEGIONISTY
(I/II wiek naszej ery)



WBREW POZOROM RZYMSCY LEGIONIŚCI JEDLI BARDZO DOBRZE, CZĘSTO ZNACZNIE LEPIEJ NIŻ WIĘKSZOŚĆ UBOGICH RZYMIAN 
(Ale trudno się temu dziwić, bo jak mówi Ferdek kiepski to w końcu jest życie, prawda?! 😉👍)



 Warto też w tym miejscu przytoczyć opowieść Tytusa Macciusza Plauta o dwóch niewolnikach, w jego dziele pt.: "Mostellaria" ("Strachy"), w którym dokładnie opisuje owe antagonistyczne postawy:


"Grunio - niewolnik zatrudniony w posiadłości wiejskiej.
Tranio - niewolnik w domu pana w Atenach, zaufany młodego panicza.
 
Grunio (przyszedł ze wsi z koszykami po paszę, stoi przed domem i woła do siedzącego w kuchni Traniona): "Ty, może byś tak wyszedł z tej kuchni, gałganie! Bo tam siedzisz wśród rondli i drzesz się tu ze mną. No, wyjdźże z tego domu, zgubo twego pana! Czekaj, ja ci odpłacę - bym tak zdrów był - na wsi! Wyjdź mówię, smrodzie, z kuchni, czemu się ukrywasz?"
 
Tranio (wychodzi): "Co za wrzaski wyprawiasz, chorobo, przed domem? Czy myślisz, żeś jest na wsi? Odsuń się od domu. Idź na wieś, idź do diabła, odejdź stąd, od drzwi. (Wali go w gębę) Masz! - Po coś tu przyszedł?"
 
Grunio: "Oj, po cóż mnie bijesz?" 
 
Tranio: "Boś jest po to!" 
 
Grunio (płaczliwie): "Dobrze, - dobrze! Niech no stary wróci! Niech tylko wróci cało ten, co ty go zjadasz!"
 
Tranio: "Bredzisz, kołku, To nawet nieprawdopodobne! Tak jakby mógł ktoś kogoś zjeść w nieobecności!"  

Grunio: "Więc ty, miejski elegant, faworyt ulicy, Mnie wsią oczy wycierasz? To stąd myślę, Tranio, że wiesz, iż cię niebawem do żaren oddadzą. Dalibóg, w krótkim czasie powiększysz, mój Tranio, liczbę wiejskich mieszkańców, "w żelaza ubranych"! Teraz, póki ci wolno, pij, rujnuj majątek, psuj panicza naszego, wzorowego chłopca, przez dnie całe i noce - pijcie, lampartujcie, dziewki sobie kupujcie, wyzwalajcie, paście pieczeniarzy, kupujcie najdroższe przysmaki! To ci stary przykazał, gdy w drogę wyruszał? W takim tutaj swe mienie zastanie porządku? Więc to, myślisz, należy do sługi dobrego, mienie pańskie rujnować, psuć syna pańskiego? Bo on, mówię, zepsuty, jeśli tym się para! Co dotychczas wśród całej attyckiej młodzieży nikt nie był tak oszczędny - mówili - i skromny, jak on: teraz jest pierwszy w całkiem innych rzeczach! To jest twoja zasługa i twoje nauki!"
 
Tranio: "Co ci do mnie, chorobo, i do mego życia? Czy mało na wsi wołów, byś się o nie troszczył? Chce mi się tu pić, kochać i dziewki sprowadzać! Ja moim grzbietem za to, nie twoim, nałożę!"

 Grunio: "O, jaki pewny siebie!"
 
Tranio: "A niechże cię Jowisz, wszystkie bogi zatracą! A pfuj! Śmierdzisz czosnkiem - Gnoju czysty, ty chamie, koźle, świński chlewie - psim smrodem razem z koźlim!" 
 
Grunio: "Trudno, cóż poradzić? Nie wszyscy mogą pachnąć olejkiem zamorskim. Jak ty - leżeć przy stole na miejscu dostojnym i takie wyszukane, jak ty, jeść potrawy. Trzymaj sobie te ryby, drób, synogarlice! A ja, niechże się karmię, jak mój los, mym czosnkiem, tyś szczęśliwy - ja biedny. Trudno, niech tak będzie. Mnie niech czeka me dobro, a ciebie zło twoje."
 
Tranio: "A więc ty mi zazdrościsz, jak ja widzę, Grunio, że mnie dobrze, źle tobie. Wszak to jak najsłuszniej: mnie przystoi się kochać, a tobie paść woły. Mnie przystoi żyć pięknie, a tobie w psi sposób."
 
Grunio: "O ty, sito katowskie! Ja wiem, że tak będzie. Bo cię bodźcem zdziurawię, gnając rozpiętego przez ulice - gdy tylko stary tu powróci!"
 
Tranio: "Skąd wiesz? Może to ciebie, pierwej niż mnie, spotka?"
 
Grunio: "O - nigdym nie zasłużył. Ty - zawsze i teraz!"
 
Tranio: "Możesz sobie oszczędzić twojego gadania, jeśli nie chcesz oberwać... czegoś potężnego!"
 
Grunio: "Dacie wykę dla wołów, żebym mógł ją zabrać? Sypcie groszem szubrawcom i róbcie tak dalej, jakeście już zaczęli: pijcie, lampartujcie, żrejcie, pchajcie w swe brzuchy, jadło kiereszujcie!"
 
Tranio: "Bądź cicho i idź na wieś! Ja do Pireusu iść muszę, ryby kupić, dziś wieczór potrzebne, wykę ci tam ktoś jutro na folwark przyniesie. Co się tak na mnie gapisz? Ty szubieniczniku!"
 
Grunio: "To będzie twoje imię, ja myślę, niebawem!"
 
Tranio: "Jak długo jest "tymczasem", nie dbam o "niebawem"!"
 
Grunio: "Dobrze, lecz wiedz to jedno, że o wiele szybciej to przychodzi, co przykre, niż to, czego pragniesz!"
 
Tranio: "Więc mi się nie naprzykrzaj - odsuń się, idź na wieś! Już ja ci się tu dłużej nie dam zatrzymywać!" (Odchodzi do portu).

Grunio: "Więc poszedł! I nic nie dba o wszystko, com mówił! Bogowie nieśmiertelni! Bądźcie miłościwi! Zrządźcie, niech tu powróci najprędzej nasz stary, od trzech lat nieobecny - nim wszystko przepadnie, i rola, i domostwa, bo jeśli nie wróci - Zostaną resztki ledwie na parę miesięcy. Teraz na wieś odchodzę. A otóż syn pański, złajdaczony! - A dawniej był wzorem młodzieńca!"




Po uzupełnieniu zapasów w Metapontum, Spartakus skierował się następnie ku Tarentowi - dużemu miastu w południowej Italii i zajął je takim samym sposobem jak wcześniej Metapont. To właśnie tam zapewne powstał plan dalszych zbrojnych działań zbuntowanych niewolników, którzy musieli wybrać co dalej zamierzają czynić. Spartakus twierdził że należy iść na północ, w kierunku Alp, a po ich przekroczeniu niewolnicy i gladiatorzy mieli się rozejść do swych rodzinnych krajów. Planowano pierwotnie wspólny marsz do Umbrii i tam rozdzielenie sił: Galowie i Iberowie mieli skierować się na zachód idąc przez Ligurię i omijając góry, natomiast Iliryjczycy, Trakowie i Germanie poszliby na wschód ku kraju Lingonów i dalej ku Karnom i Pannonom. Plan ten jednak nie zyskał akceptacji wśród samych dowódców buntu, do których (prócz Spartkausa) należeli Kriksos z Galii, Celt Gannikus o nieznanym pochodzeniu, oraz Ojnomaos i Kastus - obaj z Galii. Największe zastrzeżenia co do tego planu miał Kriksos, który stwierdził że Rzymianie są słabi i można ich zniszczyć na italskiej ziemi, bez konieczności ucieczki na północ. Spartakus jednak rozsądnie zauważał, że jeśli rebelia ma się powieść, to nie może trwać w nieskończoność i na pewno nie w Italii, gdzie Rzymianie mają stałą bazę rekrutacyjną - również wśród sojuszników. Przecież Italikowie, którzy jeszcze dwadzieścia lat wcześniej toczyli z Rzymem krwawą wojnę domową w Italii, teraz wcale nie palili się do zasilania sił Spartakusa, a wręcz przeciwnie pozostawali wierni Rzymowi. Zapewne miało to związek z przyznaniem im już siedemnaście lat wcześniej obywatelstwa rzymskiego, a także z żywą wciąż pamięcią okrucieństw, jakich dopuszczali się niewolnicy, walczący w czasie wojny domowej pod rzymskimi rozkazami. Nic więc dziwnego, że teraz ci sami ludzie nie zamierzali przykładać ręki do pomocy zbuntowanym niewolnikom - mordercom ich rodzin. Dlatego też Spartakus zdawał sobie sprawę że wojna w Italii prowadzi do klęski i śmierci wszystkich niewolników zasilających jego szeregi, a jedyną nadzieją na ocalenie było opuszczenie tej "przeklętej italskiej ziemi" i wyjście do swoich ojczyzn, gdzie Rzymianie z pewnością już nie mogliby ich ścigać.




Kriksos jednak postawił na swoim i zgromadził wokół siebie 30 000 takich samych zwolenników pozostania w Italii, którzy roili nawet o ataku na Rzym. Wiekszość niewolników którzy poszli za Kriksosem, to byli Germanie, część Galów i ci niewolnicy, którzy urodzili się już na italskiej ziemi w drugim, trzecim lub czwartym pokoleniu i nie znali oraz nie pamiętali swojej ojczyzny. Chcieli też dalej plądrować, gwałcić i zabijać znienawidzonych Rzymian, a poza tym nie odpowiadała im żelazna dyscyplina, wprowadzona przez Spartakusa i zakaz gromadzenia zrabowanych kosztowności. Zresztą Kriksos wystąpił z planem wyzwolenia wszystkich niewolników w Italii i wywłaszczenia majątków zajętych przez nobilitas i ekwitów, a następnie przekazania ich w ręce niewolników i Italików (aby zyskać ich poparcie). Plan był niezwykle ambitny, niestety - nierealny. Kriksos dysponował zbyt małymi siłami aby w ogóle mógł pokusić się o zbliżenie do Rzymu, nie mówiąc już o zajęciu całej Italii i rozpoczęcia realizacji swego planu. Spartakus, Gannikus i Ojnomaos dostrzegali to, czego nie chciał widzieć Kriksos - dłuższe pozostanie w Italii było niemożliwe, tym bardziej że wciąż były duże braki w aprowizacji, a nie można było też ciągle liczyć na to, że armia niewolnicza wykarmi się rabunkami zajętych na Kwirytach majątków ziemskich. Jedynym wyjściem było opuszczenie Italii i marsz za Alpy, tylko problem polegał na tym, że nie było wiadomo co potem czynić dalej. Czego mieli szukać niewolnicy urodzeni i wychowani w słonecznej Italii, w zimnych i nieprzystępnych krajach Północy, wśród ludów, które nie znały wszelkich dobrodziejstw grecko-rzymskiej cywilizacji? Było więc oczywiste że ci niewolnicy nie zgodzą się na opuszczenie ziemi swych narodzin tylko po to, by podążać do krajów jakichś dzikich barbarzyńców, z których ręki również mogli zginąć. Nastąpił więc podział i oddział pod dowództwem Kriksosa opuścił główne siły niewolniczej armii Spartakusa.
 



A tymczasem Senat wystawił do walki z buntownikami aż dwie armie konsularne. Pierwsza pod wodzą konsula Lucjusza Gelliusza Publikoli (przyjaciela Cycerona) a druga pod dowództwem konsula Gnejusza Korneliusza Lentulusa (przyjaciela Pompejusza). Łącznie siły Republiki liczyły ok. 45 000 żołnierzy, jednak obaj konsulowie nie działali razem, tylko znów podzielili swoje armie i skierowali się: Gelliusz przeciwko Kriksosowi, zaś Lentulus ruszył na Spartakusa. Gdy więc siły Kriksosa udały się do północnej Apulii, podążył za nimi również i Gelliusz, który dopadł niewolników pod górą Garganus. Doszło wówczas do bitwy, jednak nie uczestniczył w niej sam Gelliusz (kto wie, być może obawiał się klęski?), tylko wyznaczył dowódcą pretora Kwintusa Arriusza, a ten wyśmienicie pokierował wojskiem i zadał wielką klęskę buntownikom Kriksosa (sam Kriksos poległ wśród swych towarzyszy), likwidując tym samym całą germańsko-italską odnogę buntu. Spartakus znajdował się wówczas w dość bliskiej odległości od toczącej się bitwy i na wiadomość o ataku armii Gelliusza na Kriksosa, natychmiast pospieszył temu drugiemu z odsieczą, lecz dotarł za późno i zdołał jedynie rozbić dopiero co zwycięskie legiony Gelliusza i Arriusza (uderzył w chwili, gdy Rzymianie w ogóle się tego nie spodziewali, będąc upojeni stosunkowo łatwym zwycięstwem nad Kriksosem). Wielu Rzymian poległo w tej bitwie, a ponad 300 dostało się do niewoli. Ostatecznie Spartakus wyprawił okazały pogrzeb Kriksosowi, oraz urządził swoiste igrzyska, na których - jako gladiatorzy - musieli walczyć ze sobą wzięci do niewoli Rzymianie. Raz jeszcze Spartakus okazał się zwycięski i pomimo wystawienia podwójnej armii, znów Kwiryci niczego nie zyskali. Wciąż pozostawała co prawda armia konsula Lentulusa i w niej właśnie upatrywano nadzieje na ostateczne rozbicie sił buntowników.






A tymczasem Spartakus wyruszył na północ, idąc wschodnim pasem Italii ku Alpom. Jego siły liczyły ok. 100 000 ludzi i były tak liczne, że nie zezwalał już na dołączanie doń kolejnych grup zbiegłych niewolników (chyba że byli to ludzie doskonale obeznani z bronią i potrafiący walczyć - lecz takich nie było wielu). Miał zbyt dużo kobiet, dzieci i kalek, a idąc kolumnami, musiał kroczyć powoli i wyglądało to tak, że tył ostatniej kolumny na drugi dzień był dopiero tam, gdzie dnia poprzedniego wyruszał przód kolumny pierwszej. A tymczasem Lentulus, świadom trudności przeciwnika, zaszedł siły Spartakusa w rejonie Picenum. Obie armie przygotowywały się do nieuniknionego starcia, jednak Spartakus postanowił podstępem zwieść armię wroga i umieścił przed swym obozem wbite w ziemię pale, które przypominały wartowników, a dookoła kazał rozpalić ogniska, sam natomiast z większością swych sił opuścił obóz i ruszył na siły Lentulusa, zachodząc je z tyłu i z boku. Armia Spartakusa była uformowana podobnie jak legiony i podzielona na poszczególne centurie. Nie posiadała jednak zbyt wielu włóczni, co oznaczało że siły Spartaka dążyły do jak najszybszego starcia bezpośredniego i próby okrążenia przeciwnika. Okrążenie  co prawda się nie udało (w końcu było to zawodowe wojsko, a nie hałastra zebrana po okolicy, jak w przypadku Glabera czy nawet Waryniusza), jednak zaskoczenie i tak było całkowite a Rzymianie poszli w rozsypkę, zaś niewolnicy zdobyli cały rzymski obóz wraz z zaopatrzeniem. Tak oto armia Lentulusa przestała istnieć. Spartakus rozkazał po bitwie spalić nieużyteczny sprzęt wojskowy, zarżnąć zwierzęta juczne i wymordować wszystkich jeńców, gdyż były to przeszkody, które mogły znacznie spowolnić marsz niewolników ku Alpom. Tym samym dawał jednocześnie do zrozumienia, że nie zamierza atakować Rzymu i pragnie jedynie wydostać się z Italii na północ. Jednak w Rzymie i tak wybuchła panika, podobna do tej, którą przed stu czterdziestu laty sprowokował Hannibal, czy też barbarzyńskie armie Cymbrów i Teutonów zaledwie trzydzieści lat wcześniej. Co prawda Rzym był otoczony murem serwiańskim, ale brakowało ludzi do jego obstawienia. W trwodze więc Kwiryci oczekiwali najgorszego.




Spartakus jednak nie był przygotowany do ataku na Rzym (nie uczynił tego nawet znacznie lepiej wyposażony i posiadający bardziej wyszkoloną armię - Hannibal, a co dopiero przywódca zgrai zrewoltowanych niewolników), a spalenie sprzętu - pozyskanego w rzymskim obozie Lentulusa - było ostatecznym dowodem że atak taki w ogóle nie wchodzi w rachubę. Tak więc, gdy Spartakus skierował się w dalszy marsz ku północy, Kwiryci już nie zamierzali mu przeszkadzać, mając nadzieję że ostatecznie opuści on Italię i wszelki słuch po nim zaginie. Jednak prokonsul Galii Przedalpejskiej - Lucjusz Kasjusz - dysponujący dwoma legionami, postanowił zastąpić drogę buntownikom pod miejscowością Mutina w Dolinie Nadpadańskiej. Do kolejnej bitwy doszło więc już w połowie lipca (72 r. p.n.e.) po ok. czterech miesiącach intensywnego marszu Spartakusa na północ. Bitwa tam stoczona, to był kolejny już pogrom rzymskiej armii - dotąd uważanej za niepokonaną, a panika, jaka wybuchła w obozie Rzymian już po bitwie, spowodowała że Spartakus prawie bez walki opanował samą Mutinę, gdzie niewolnicy uzupełnili brakujące zapasy (głównie żywności i broni) a następnie przygotowali się do dalszej drogi za rzekę Pad, gdzie Spartakus stanął na początku sierpnia. Droga do Alp stała teraz otworem i można było urzeczywistnić plany wyprowadzenia niewolniczych rzesz poza obszar rzymskiego świata i rzymskiej władzy. Jednak właśnie wówczas, już tam nad Padem, nastąpiła zdecydowana zmiana planów, która ostatecznie przywiodła Spartaka do klęski, a jego wojowników do hańbiącej śmierci na krzyżu.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...