WYŚWIETLENIA

12 września 2026

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. VII

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I
DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. VII




 W tym też czasie (318 r. p.n.e.) Ptolemeusz osobiście przypłynął na czele floty z Aleksandrii do portu Zefyrion w Cylicji, starając się nakłonić dowódców Srebrnych Tarcz do nie ulegania Eumenesowi. Słał do nich listy, prosząc aby nie dawali mu żadnych pieniędzy i aby nie powierzali mu królewskiego skarbca z Kyindy. Było na to już jednak trochę za późno i listy Ptolemeusza trafiały w próżnię. Wówczas do działania przystąpił Antygon, posyłając do dowódców Srebrnych Tarcz swego przyjaciela (prawdopodobnie był on satrapą Cylicji) - Filotasa, który miał przekonać (czytaj - przekupić) wodzów, aby wystąpili przeciwko Eumenesowi. Spotkał się on więc osobno najpierw z Antygenesem a następnie z Teutamosem, obiecując im ogromne pieniądze i jeszcze większe ziemie pod zarząd, jeśli tylko opuszczą Eumenesa i przyłączą się do Antygona. Antygenes okazał się jednak odporny na obietnice Filotasa, wymówił się też stwierdzeniem iż taka była wola królów, dlatego też poparł Eumenesa. Znacznie łatwiej Filotasowi poszło z Teutamosem, który za obietnice znacznych pieniędzy i własnej satrapii zgodził się opuścić Eumenesa. Jednak aby Srebrne Tarcze mogły zmienić stronę i przyłączyć się do Antygona, potrzebna była również zgoda drugiego dowódcy, czyli Antygenesa a Teutamos obiecał że przekona go do zmiany decyzji. Jednak gdy doszło do spotkania obu wodzów okazało się, że to raczej Antygenes przekonał do swoich racji Teutamosa niż na odwrót. Stwierdził bowiem że Antygon gdy urośnie w siłę, odbierze im ich prowincje i przekaże je swym przyjaciołom, natomiast Eumenes jako Grek niemający większego wpływu na armię macedońską nie odważy się tego uczynić i jeśli oni dochowają mu wierności, on nie tylko będzie traktował ich jak przyjaciół, ale jeszcze doda im nowe satrapie pod zarząd. To logiczne rozumowanie przekonało Teutamosa i znów okazało się że szczęście ciągle nie opuszcza Eumenesa - którego zaczęto nazywać "wybrańcem bogów".




Widząc że jego argumenty nie działają i obawiając się że może zostać aresztowany i wydany Eumenesowi, zaczął Filotas zwracać się do zwykłych żołnierzy z korpusu Srebrnych Tarcz, którym również obiecywał pieniądze za zdradę. Stwierdził też że ma przy sobie list napisany przez Antygona i że należy go odczytać przed frontem wojska. I tak też się stało (gdyż żołnierze wymusili jego odczytanie na swych dowódcach). W liście tym Antygon obiecywał wszystkim nagrody pieniężne w zamian za pochwycenie i zabicie Eumenesa, stwierdzał też, że jeśli rozkaz jego nie zostanie wykonany, przybędzie on ze swą armią i potraktuje Srebrne Tarcze jak swych nieprzyjaciół. Zapanowała więc konsternacja jak należy postąpić, przyjąć żądanie Antygona i wystąpić przeciwko woli królów, czy też pozostać im wiernym i narazić się na gniew Jednookiego? Rozważania te przerwało przybycie do obozu samego Eumenesa, któremu list ów okazano, a ten stwierdził że nie ma tutaj nad czym deliberować, tylko należy wykonać rozkaz królów i aresztować zdrajcę Filotasa. Tak też się stało a żołnierze Srebrnych Tarcz ponownie złożyli przysięgę na wierność Eumenesowi, co jeszcze bardziej umocniło jego pozycję i utwierdziło resztę w przekonaniu, że naprawdę jest on dzieckiem szczęścia. Następnie Eumenes polecił udać się do Fenicji aby tam przejąć władzę nad fenicką flotą i wysłać ją do Macedonii, ku wsparciu sił inwazyjnych Poliperchona, przygotowujących się do przeprawy do Azji Mniejszej w celu ukarania zdrajcy Antygona.


GREK EUMENES z KARDII MIAŁ RZECZYWIŚCIE W TYM CZASIE BARDZO DUŻO SZCZĘŚCIA, CO PRZYCIĄGAŁO DO NIEGO DAWNYCH ŻOŁNIERZY ALEKSANDRA WIELKIEGO
MOŻNA WIĘC GO NAZWAĆ "EUMENESEM SZCZĘŚLIWYM"



Tymczasem Poliperchon miał w Helladzie nieco problemów z Kassandrem - synem zmarłego w 319 r. p.n.e. regenta Antypatra (pomińmy jednak na razie ten konflikt i związane z nim działania wojenne, gdyż bezpośrednio nie dotykają one ani osoby Antygona, ani tym bardziej jego syna Demeteriusza Poliorketesa który jest przecież głównym bohaterem tej serii. Jednak pozwolę sobie powrócić do tych wydarzeń w kolejnych częściach, aby przedstawić pełny obraz ówczesnej rzeczywistości). Regent polecił flocie dowodzonej przez Klejtosa, aby strzegła cieśnin i uniemożliwiła ewentualną próbę przedostania się wojsk Antygona do Tracji i Macedonii. Klejtos przekonał do siebie miasta Propontydy i połączył się z wojskami satrapy Frygii Hellesponckiej - Arridajosa, zamkniętego przez Antygona w Kios (o którym pisałem w poprzedniej części), jego samego zaś (mowa o Arridajosie) - na polecenie Poliperchona - zamykając w lochu. Ku Propontydzie zdążał jednak Nikanor ze Stagiry (komendant macedońskiej załogi twierdzy Munichia w ateńskim porcie Pireus, mianowanym na to stanowisko właśnie przez Kassandra w 319 r. p.n.e. w miejsce Menyllosa) na czele macedońskiej floty, która liczyła ponad 100 okrętów. Pewny swego Nikanor dopadł okręty Klejtosa nieopodal greckiego Bizantion (czyli dzisiejszego Stambułu). Rozpętała się bitwa, która zakończyła klęską butnego Nikanora (318 r. p.n.e.), stracił on bowiem aż 17 okrętów zatopionych i prawie 40 zdobytych wraz z załogami przez siły Klejtosa. Antygon w tym czasie przebywał w rejonie Kyzikos i gdy tylko dowiedział się o klęsce, natychmiast przygotował pozostałe okręty którymi jeszcze dysponował, załadował na nich swoich łuczników i posłał je na morze. Tymczasem żołnierze Klejtosa po zwycięstwie zeszli na ląd aby odpocząć, niektórzy kąpali się w morzu, inni opalali na brzegu całkowicie nieprzygotowani do walki. Nagle zaczęły dosięgać ich strzały wypuszczane z okrętów wysłanych przez Antygona, co bardzo szybko doprowadziło do paniki. Żołnierze i marynarze Klejtosa teraz czym prędzej starali się dostać na okręty, ale nie było to łatwe, ponieważ obładowani byli zarówno zdobytymi w bitwie łupami, jak i jeńcami, których należało również umieścić na okrętach. To wszystko razem wzięte spowodowało, że nim żołnierze Klejtosa zdołali dostać się na okręty, to duża część z nich poległa od strzał łuczników Antygona. Las strzał wypuszczanych w ich kierunku i okoliczne plaże usiane trupami, wzbudziły jeszcze większą panikę. Wówczas Antygon wysłał drugą część okrętów załadowaną przez swych żołnierzy piechoty (do których wcześniej wygłosił płomienną mowę, mówiąc że wszystko zależy od nich, od ich męstwa, poświęcenia i bohaterstwa i jeśli wytrwają - zdobędą nieśmiertelną sławę). Okręty Antygona spadły znienacka na nieprzygotowaną do boju flotę Klejtosa, a żołnierze wykazując hart ducha, walczyli równie dzielnie na morzu jak na lądzie. Okręty Antygona wbijały się więc taranami w statki Klejtosa przepoławiając część okrętów, innym łamiąc wiosła, a jeszcze inne zdobywając w abordażu.






Ostatecznie w drugiej bitwie w rejonie Bizantion flota Klejtosa została w całości albo zatopiona albo zdobyta, a on sam zbiegł tylko na jednym okręcie i wylądowawszy w Tracji, wkrótce potem wpadł w ręce żołnierzy Lizymacha (władającego satrapią tracką osiłka - który lubił popisywać się swą siłą) i został przez nich zabity. Zwycięstwo Antygona było więc całkowite a Poliperchon stracił swą flotę i możliwość inwazji na Azję Mniejszą, jednocześnie Eumenes został odcięty od Macedonii i zdany na własne siły. Teraz Antygon postanowił rozprawić się już otwarcie z samym Eumenesem, czyli głównym przeciwnikiem jakiego miał w Azji. Eumenesowi nie udało się zaś opanować floty fenickiej i posłać ją jako wsparcie regentowi, dlatego też postanowił opuścić Fenicję (gdzie spodziewał się również ataku Ptolemeusza) i pomaszerować do Górnych Satrapi (w tym przypadku do Babilonii). Był to krok nieco brawurowy, żeby nie powiedzieć niebezpieczny, ponieważ tym samym Eumenes oddalał się jeszcze bardziej od wsparcia z Macedonii, jednocześnie będąc otoczonym przez wrogów: Antygona, Ptolemeusza oraz tych macedońskich satrapów, których spotkał na Wschodzie. Z drugiej jednak strony zapewne Eumenes nie czuł się jeszcze gotowy do bezpośredniej konfrontacji z Antygonem, a do tego musiałby być przygotowany, gdyby postanowił wrócić do Cylicji lub Kapadocji. Wierzył jednak w swą gwiazdę i wsparcie bogów a przede wszystkim w swój intelekt, który już nie raz ocalił mu życie (należy jednak tutaj dodać że Antygon, który był jego przeciwnikiem, był równie inteligentny, czego dowiodła choćby druga bitwa pod Bizantion). Przybycie Eumenesa do Babilonii nie spodobało się jednak tamtejszemu satrapie Seleukosowi (który objął władzę w tej prowincji w czasie nowego podziału Imperium Aleksandra zawartemu na zjeździe w Tripadejsos w 321 r. p.n.e.). Seleukos - późniejszy założyciel dynastii Seleucydów władającej ogromnymi terenami Azji (i będącej śmiertelnym konkurentem rodu egipskich Ptolemeuszy), nie zamierzał wpuszczać Eumenesa do swojej satrapi i gdy ten tylko się pojawił, przywitał go z wojskiem nad rzeką Tygrys. Zająwszy lepszą pozycję, zaatakował siły Eumenesa z zaskoczenia i zaczął zyskiwać przewagę. Dodatkowo jednak postanowił pomóc sobie w inny sposób, a mianowicie zerwał kanał nad Tygrysem, doprowadzając do zalania pól na których stała armia Eumenesa, co spowodowało że żołnierze ci broczyli prawie po szyję w wodzie.




Sytuacja zaczęła przybierać dla Eumenesa bardzo niekorzystny obrót, gdyż żołnierze - brocząc w wodzie - nie mogli odpierać ataków wroga i osłaniać się przed jego strzałami. Wydawało się więc że klęska wybrańcy bogów jest teraz pewna a jego gwiazda wreszcie zgaśnie. Nic bardziej mylnego, bowiem po raz kolejny okazało się że Eumenes rzeczywiście musiał mieć jakieś kontakty z siłą wyższą - albo po prostu był tak genialny. Wydostawszy się z wody na pewne wzniesienie, nakazał wycofać część wojska w celu stworzenia osłony z tarcz, części zaś polecił przekopać teren w taki sposób, aby wodę skierować w przeciwnym kierunku, na te pozycje, na których stało wojsko Seleukosa. Ponieważ jednak siły satrapy Babilonii stały na wzniesieniu, nie ucierpiały one zbytnio, ale ten manewr pozwolił armii Eumenesa wycofać się i uniknąć całkowitej klęski (druga połowa 318 r. p.n.e.). Wyprowadziwszy cało wojsko z tej katastrofalnej dla nich sytuacji, tym samym Eumenes jeszcze bardziej przywiązał do siebie zwykłych żołnierzy i wyrobił w nich tym silniejsze przekonanie o swej boskiej protekcji. Wycofał się teraz do Persydy, do tamtejszego satrapy Peukestasa (Podział Imperium Aleksandra z Tripadejsos - 321 r. p.n.e.), wiodąc ze sobą 15 000 żołnierzy piechoty i 3300 jazdy. Peukestas powitał go znacznie bardziej gościnnie niż Seleukos, a będąc w Suzie wysłał stamtąd Eumenes listy do innych satrapów, domagając się posiłków i pieniędzy (oczywiście w imieniu królów, a nawet samego władcy Aleksandra, który przecież oficjalnie ciągle dowodził jego armią, choć wielki król nie żył już od ponad pięciu lat). W Persydzie (u boku Peukestasa) spędził Eumenes zimę z 318 na 317 r. p.n.e. Na wiosnę zaś - wsparty posiłkami - zamierzał zadać ostateczny cios Antygonowi.




CDN.
 

10 września 2026

O ANTYPOLONIZMIE SŁÓW PARĘ - Cz. I

"HEIMKEHR" - "PIERWAJA KONNAJA" -
"LIŚCIE CZERWONE" - "NASZE MATKI,
NASI OJCOWIE" i inne...




W tej serii tematycznej chciałbym podjąć się tematu antypolonizmu rozumianego jako zjawisko ogólne, na przykładzie różnych jego odcieni i emanacji. Wydaje mi się że jest to temat jak najbardziej na czasie, chociaż często jest pomijany i dezawuowany, ale jak najbardziej jest żywy i wciąż silny. W tym temacie zamierzam przedstawić najróżniejsze przykłady antypolonizmu, zarówno wewnętrznego (krajowego) jak i zewnętrznego (międzynarodowego). Ponieważ jednak bezwzględnie uważam że praojcem współczesnego antypolonizmu w Polsce jest ów pan, którego widać na zdjęciu powyżej, przeto właśnie jego postanowiłem uczynić twarzą tej serii. Nie ma sensu zapewne przedłużać tego tematu i od razu przejść do rzeczy, warto jednak powiedzieć że tyle zła ile uczynił Adam Michnik polskiej debacie publicznej po roku 1989 i takiej skali nienawiści i niechęci do bądź co bądź własnego narodu.

Chociaż niekoniecznie, w końcu jego tatuś i mamusia służyli Związkowi Sowieckiemu i byli wiernymi jego niewolnikami, aczkolwiek tajemnicą poliszynela jest dlaczego Ozjasz Szechter - ojciec Michnika, nigdy w "Polsce Ludowej" nie zrobił większej kariery. Otóż w czasie jednego z aresztowań członków Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (dokładnie już nie pamiętam, chyba w 1935 lub 1936 roku), do której to należał Szechter, wydał wówczas wszystkich swoich wspólników policji. Nie wiadomo czy się załamał psychicznie czy obawiał więzienia, w każdym razie bezwzględnie się że tak powiem "rozpruł". Oczywiście po wojnie, gdy już przyszła władza sowiecka/ludowa, deklarował że został do tego zmuszony siłą (czyli żeby bity w czasie przesłuchań, aby wydobyć na nim informacje o jego ukrywających się kompanach z KPZB). Urząd Bezpieczeństwa rozpoczął śledztwo w tej sprawie i okazało się że Szechter... kłamie. Nie było żadnego bicia, nie było przemocy fizycznej, on po prostu nie wytrzymał presji i się załamał, a następnie wydał wszystkich komunistycznych agentów Moskwy, których od niego żądała prokuratura i policja. To właśnie z tego powodu Szechter nigdy nie zrobił kariery w Polsce Ludowej, chociaż oczywiście włos mu z głowy nie spadł i żył sobie spokojnie ekskluzywnej dzielnicy w Alei Przyjaciół w Warszawie.

Jednak nie przedłużając przejdźmy do tematu:



"HEIMKEHR"




 Przykładem skrajnego wręcz antypolonizmu w ostatnich latach, był niemiecki serial wojenny pt.: "Nasze Matki, Nasi Ojcowie" ("Unsere Mütter, Unsere Väter"). Chciałbym bardzo móc opisać ten film w sposób zupełnie bezstronny, pokazać jak jego autorzy próbują manipulować problemem niemieckiej winy za II Wojnę Światową, jak starają się "podzielić" swą winą z innymi narodami (najchętniej oczywiście tymi środkowo i wschodnioeuropejskimi), oraz jak starają się wybielić Niemcy, czy raczej naród niemiecki, ukazując co prawda niemieckie zbrodnie, ale również pokazując że byli tzw.: "dobrzy Niemcy", którzy nie godzili się na mordy popełniane przez Gestapo i SS (Wehrmacht w tym filmie jest wręcz kryształowo biały, pierwsze sceny pokazują żołnierzy niemieckich jako delikatnych i dobrze wychowanych - choć lekko spanikowanych wojną - chłopaków, którym wcale nie chce się strzelać do Rosjan. Tymczasem w rzeczywistości Wehrmacht, był jedną z najbardziej zbrodniczych organizacji hitlerowskich Niemiec, to właśnie ci "delikatni wrażliwcy" mordowali z zimną krwią zarówno wziętych do niewoli żołnierzy polskich jak i sowieckich, a także ludność cywilną, w tym Żydów i ukrywających ich chłopów).


"OGARNIJ SIĘ! 
MUSIMY ZA WSZELKĄ CENĘ RATOWAĆ ŻYDÓW!" 🤭😀😂🤣😭


 
Ale naprawdę nie da się być zupełnie bezstronnym (choć próbowałem się ku temu zmusić). Nie da się, ponieważ jest to najzwyklejsza, budowana na nieznajomości historii i najprostszych ludzkich emocjach - propagandówka polityczna, której nie powstydziłby się Joseph Goebbels - minister propagandy III Rzeszy. Film ten jest prawie dokładnym odwzorowaniem innej propagandówki z czasów Goebbelsa, filmu "Heimkehr" ("Powrót do ojczyzny"), który trafił na ekrany niemieckich kin w październiku 1941 r. Nim przejdę do jego propagandowej kopii z 2013 r. i opowiem o "Unsere Mütter, Unsere Väter", kilka słów na temat "Powrotu do ojczyzny". "Heimkehr" widziałem w kinie tylko raz. Było to w Niemczech na zamkniętym pokazie z historykiem, który przed projekcją wyjaśniał że film jest stricte propagandowy i wybitnie antypolski, oraz w całości nieprawdziwy (takich słów nie użył, ale tak można było to odebrać). Teraz powiem kilka słów na temat historii jego powstania i pokrótce opiszę treść tego filmu. 

Zaczęło się właściwie od krótkiej notatki w dzienniku z 18 stycznia 1940 r. Pod tą datą szef ProMi (Ministerstwa Propagandy Rzeszy) Joseph Goebbels zanotował: "Himmler opowiada o przesiedleniu Niemców wołyńskich. Robią oni dobre wrażenie pod względem rasowym i mają nadzwyczaj dużo dzieci". Te kilka niewiele znaczących słów, stało się inspiracją dla nakręcenia wielkiego filmu wołyńskiego, mającego być gloryfikacją niemieckich kolonistów na wschodnich rubieżach Polski, oraz niemczyzny w ogóle. Wiadomo że Goebbels rozmawiał na temat przesiedlenia Niemców wołyńskich z Reichsführerem SS Heinrichem Himmlerem, który na przełomie grudnia 1939 i stycznia 1940 r. nadzorował ową akcję przesiedleńczą (przesiedlanie Niemców z "terenów dawnego państwa polskiego", następowało na podstawie umowy niemiecko-sowieckiej z 28 września 1939 r.). W akcji tej brał także udział Hanns Johst, który wrażenia z Polski opisał w książce: "Wołania Rzeszy, echo narodu. Podróż na Wschód w 1940 r." Publikację tę Goebbels zapewne także przeczytał.

Rozpoczęto więc zakrojone na szeroką skalę przygotowania, zatrudniono całą masę wybitnych fachowców i sławnych aktorów. Film miał w założeniu szefa ProMi "udokumentować" ciężkie położenie niemieckich osadników na Wschodzie Europy, oraz ich przywiązanie do niemieckiej ojczyzny, jak również ich niezachwianą wiarę w pomoc i opiekę Führera. Wzorowano się po części na wcześniejszych tego typu produkcjach, jak "Flüchtlinge" ("Uciekinierzy") z 1933 r. w reżyserii Gustawa Ucickyego, z udziałem popularnych wówczas aktorów - Hansa Albersa i Kathe von Nagy. Film opowiadał o ucieczce Niemców z terenów ZSRS, które stało się możliwe dzięki wzorowej wewnętrznej dyscyplinie tamtejszych członków NSDAP, dzięki którym niewinni Niemcy uciekli przed zbrodniczymi bolszewikami. Bardzo podobny w swym przekazie był film z 1935 r. w reżyserii Petera Hagena (a w zasadzie Williego Krausego, który używał pseudonimu "Peter Hagen"). Film pod wdzięcznym tytułem: "Friesennot" ("Niedola Fryzów") z udziałem Friedricha Kaysslera i Ilse Fürstenberg. Film opowiadał o napaści na niemiecką wieś na terenach Związku Sowieckiego, zaatakowanej przez bolszewickich podpalaczy. W filmie mieszkańcom udaje się uciec i przedostać do Persji. Ten film po ataku Niemiec na ZSRS otrzymał nowy tytuł: "Dorf im roten Sturm" ("Czerwony atak na wieś"). 






To właśnie te filmy miały posłużyć za wzór dla "Heimkehr". Reżyserem został twórca "Uciekinierów" - Gustaw Ucicky, autorem scenariusza pisarz Gerhard Menzel (był również autorem scenariusza "Niedoli Fryzów"). I rozpoczęły się zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nakręcenia tego filmu. Jako ciekawostkę mogę zdradzić że przy kręceniu tego filmu uczestniczył w charakterze oficera łącznikowego Wehrmachtu, podporucznik Wilm Hosenfeld (znany nam z filmu "Pianista"), Niemiec który później uratuje życie polskiemu kompozytorowi Władysławowi Szpilmanowi. Długo poszukiwano miasteczka w którym można by było nakręcić filmowe sceny. Wreszcie 5 września 1940 r. w pobliżu wschodniopruskiej granicy międzywojennej Polski, znaleziono idealne miejsce. Było to miasteczko Chorzele niedaleko Przasnysza (wcześniej ekipa odwiedziła Mińsk Mazowiecki, Węgrów, Wyszków, Białą Mazowiecką, Brzeziny, Łódź, Kalisz, Poznań i Mrągowo). Zaś dawny gabinet ministra spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józefa Becka w warszawskim Pałacu Brühla, posłużył jako przykład dla scenografa - Waltera Röhriga, dla stworzenia podobnego gabinetu do filmu.

Zdjęcia rozpoczęto z początkiem października 1940 r. Na potrzeby zdjęć zbudowano makietę rynku miejskiego. Jedna z mieszkanek Chorzeli tak oto zapamiętała wizytę ekipy "Wien-Film" w owym miasteczku: "Osoba wysłana przez tak zwane prezydium przeszła się z dzwonkiem przez ulice zapowiadając wizytę artystów z Wiednia, zamierzających kręcić film. Ludność została zobowiązana do stawienia się określonego dnia na rynku (...) z koszykami pełnymi jajek i kurcząt, aby w ten sposób pokazać jak wygląda normalne życie w Chorzelach. (...) Niemcy wybudowali tam prowizoryczny budynek szkoły i zajazdu. Założyli też ogród ze sztucznymi drzewkami owocowymi. Chociaż wtedy była jesień, drzewka stały w kwiatach. W pobliżu dzisiejszego cmentarza wyrósł prowizoryczny most, który miał odgrywać rolę mostu granicznego. Po polskiej stronie mostu domy były zapuszczone i biedne, po niemieckiej piękne i okazałe (...) Polaków nakłoniono do wykonywania normalnych czynności, które zostały przerwane przez nagłe przybycie "polskich żołnierzy". Byli to niemieccy aktorzy w polskich mundurach."




Relacje między mieszkańcami miasteczka a przybyłymi filmowcami układały się raczej pozytywnie, a co najważniejsze, na czas trwania zdjęć przerwano w miasteczku łapanki i wywozy do obozów. Do zdjęć zostali zaangażowani prócz Polaków, także niektórzy Żydzi, choć zostali oni pokazani w filmie (zresztą podobnie jak Polacy) jako nieczuli na niemiecką niedolę, a nawet jako sprawcy gwałtów (jak w scenie w której Polacy wyrzucają wyposażenie niemieckiej szkoły na zewnątrz. Ławki, tablica, globus, a nawet klatka z żywym kanarkiem zostały ułożone w stos, który oblewa naftą młody Żyd, a podpalają jego polscy koledzy). Kadr filmu pokazuje następnie przyglądających się całemu wydarzeniu grupę mieszkańców miasteczka (wśród których są oczywiście zadowoleni brodaci Żydzi).

Wielu Żydów zostało zmuszonych do uczestnictwa w tym filmie. Jako zapłatę dostawali jedynie posiłek, ale i to było wówczas bardzo dużo (pracujący przy filmie Polak zeznał po latach, że pewnego dnia spotkał młodą Żydówkę grającą w jednej ze scen, która w swym fartuchu ukryła kilka kawałków węgla. Po skończonym dniu poszedł za nią i dotarł do niewielkiej chatki, prawie lepianki, w której żyła z mężem i czworgiem małych dzieci. Te kilka kawałków węgla miało posłużyć na ogrzanie rodziny. Gdy kobieta ujrzała mężczyznę, upadła przed nim na kolana, błagając by jej nie wydawał (za kradzież groziła bowiem śmierć dla całej rodziny). Polak dał kobiecie trochę chleba i kawałek kiełbasy, które miał schowane na późniejszy posiłek. Miał tylko tyle. Owym Polakiem był Robert Czerny, po wojnie polski reżyser.

Film przede wszystkim przedstawia polskie okrucieństwo wobec niemieckich mieszkańców miasteczka, ale również (choć dość rzadko) pokazane są "negatywne cechy żydostwa". Jak choćby scena, w której główna bohaterka - Maria Thomas (w tej roli austriacka aktorka, która po wojnie stwierdziła że "została zmuszona" do uczestnictwa w tym filmie - Paula Wessely), spotyka na rynku starego Żyda Salomonsona, który próbuje namówić ją do kupna paryskich koronek. Maria odmawia, mówiąc: "Nie Salomonson, przecież Pan wie że my nie kupujemy u Żydów", lecz Żyd nie ustaje, chwali przy tym "wielkość i uczciwość" narodu niemieckiego, Hitlera nazywa "genialnym człowiekiem", dodaje jednak z żalem, iż nie chce on niczego się dowiedzieć o "biednych Żydach". Maria odpowiada: "Napiszemy mu o tym Salomonsonie" i odchodzi, a Żyd zmienia ton i zaczyna przeklinać Niemców.

Jednak przedstawienie ludności żydowskiej w negatywnym świetle, było niczym w porównaniu z tym, jak pokazano Polaków. Wśród wielu postaci polskich mieszkańców, żołnierzy, policjantów, nie sposób znaleźć choćby jednej, obdarzonej pozytywnymi przymiotami. Pierwszą, szczególnie negatywną postacią, jest polski burmistrz miasteczka. Gdy Maria Thomas udaje się do niego, by upomnieć się o zwrot zarekwirowanej przez policję - niemieckiej szkoły, taka oto nawiązuje się między nimi konwersacja: 

(Bawiący się pejczem burmistrz): "Panno Thomas, Pani jest Polką, korzysta Pani z praw przysługujących polskiej obywatelce", (Maria): "Tak, na tej podstawie zostaliśmy okradzeni?", (Burmistrz): "Polska żywi Panią, posiada Pani polski paszport. Skąd więc twierdzenie że jest Pani Niemką?", (Maria): "Przecież mówię po niemiecku", (burmistrz z ironicznym uśmieszkiem): "Ja w tym momencie też. I co z tego?", (Maria): "Niemiecki jest moim językiem ojczystym. Nasi przodkowie, którzy tutaj przywędrowali, byli Niemcami. Wtedy ten kraj był rosyjski. Czy my, mam na myśli moich przodków, staliśmy się przez to Rosjanami? Nie sądzę, no bo jak?A przecież korzystali oni z praw obywateli Rosji, państwo to ich żywiło, mieli rosyjski paszport". (Burmistrz w gniewie uderza pejczem w stół): "Ten kraj był zawsze polski. Był jedynie przez pewien okres uciemiężony, ale te czasy minęły - absolutnie minęły. Na zawsze. Proszę to sobie uzmysłowić. Wszystko, co znajduje się w obrębie naszych granic, jest polskie. Nie ścierpimy żadnej irredenty. Żadnych zagrażających państwu doktryn o tak zwanej narodowości. Wiemy dokładnie o co tutaj chodzi. Po wydarzeniach w Czechosłowacji..." (następuje hałas na korytarzu. Burmistrz sięga po strzelbę, mówiąc): "Sprowadziła Pani pomoc, aby mnie zastraszyć. To bezczelność i głupota. Presja wywołuje represję". (Do gabinetu wdzierają się miejscowi Niemcy, którym Maria każe wyjść. Burmistrz mówi): "Sądzi Pani, Panno Thomas, że takie demonstracje pomogą w załatwieniu Pani problemu?" (Maria): "Ludzie mieli dobre, a nie złe intencje. Chcę tylko powiedzieć że zastrzegamy sobie dalsze kroki w naszej sprawie".


Prócz burmistrza (który ukazany zostaje jako zdradzający objawy choroby nerwowej), jest również pokazany woźny magistratu - Antek, jako przygłupi germanofob , bezduszny sekretarz wojewody łuckiego, cyniczny polski minister spraw zagranicznych (o wyglądzie Józefa Becka, pełniącego tę funkcję w latach 1932 - 1939), są brutalni polscy policjanci i żołnierze, a także w ogóle cały "polski motłoch" (czyli mieszkańcy miasteczka) nastawiony wybitnie antyniemiecko, o morderczych instynktach. Goebbels chciał, by ukazać Polaków w jak najgorszym świetle, jako ludzi u których okrucieństwo miało tkwić w samej ich naturze. Zresztą Polacy prócz swego okrucieństwa pokazani zostali również jako prawdziwe prymitywy, nieczułe na ludzką (oczywiście niemiecką) krzywdę, czego dobitnym przykładem jest scena, podczas której grupa "polskich wyrostków" strzela do przejeżdżającego bryczką dr. Thomasa (oczywiście Niemca, ojca Marii), co doprowadza go do utraty wzroku. Równie odpychającą sceną jest ukamienowanie Marthy Launhard, której grupa "polskich troglodytów" ściąga z szyi wisiorek w kształcie swastyki. Następnie zarzucenie sieci na przewożonych w odkrytej ciężarówce miejscowych Volksdeutschów, oraz próba ich wymordowania przez odhumanizowanych polskich żołnierzy w więziennej piwnicy, przy użyciu karabinu maszynowego.




W miejscowym kinie, również ukazany został przykład "polskiego zezwierzęcenia", gdy podczas projekcji filmowej słychać polski hymn, wszyscy widzowie powstają z miejsc i śpiewają Mazurka Dąbrowskiego. Jedynie Maria, jej narzeczony (dr. Mutius) i przypadkowo spotkany znajomy tej dwójki, miejscowy Niemiec (ubrany w mundur Wojska Polskiego w związku z zarządzoną mobilizacją) stoją w zupełnym milczeniu ze spuszczonymi głowami, co jedynie powoduje agresję wśród Polaków, którzy krzyczą aby: "wymordować te przeklęte niemieckie świnie". Wkrótce dochodzi do bójki która przemienia się w lincz, w wyniku którego ciężko ranny zostaje dr. Mutius. Marie błaga wszystkich (polskich policjantów, sekretarza wojewody i wreszcie sanitariuszy w polskim szpitalu), do udzielenia pomocy pobitemu Niemcowi... bezskutecznie. Marie, wraz z ciężko rannym dr. Mutiusem, zostaje wyrzucona ze szpitala. Na ulicy narzeczony Marie umiera przy widocznym zadowoleniu żydowskiej gawiedzi.  

Wreszcie wszystkich miejscowych Niemców (z Marie na czele) zamyka się w lochach polskiego więzienia, gdzie zrezygnowani oczekują na śmierć. Otuchy dodaje im właśnie Marie Thomas, która wygłasza wizjonerski monolog o niewzruszonej więzi z niemiecką ojczyzną. Marie mówi: "Bo przecież nie tylko żyjemy niemieckim życiem, ale również umieramy niemiecką śmiercią. I jako umarli pozostajemy Niemcami i stajemy się częścią Niemiec, niczym skiba ziemi pod zasiew ziarna dla wnuków, a z naszego serca wyrasta winna latorośl w stronę słońca". Dzięki tym słowom miejscowi Niemcy nabierają ekstatycznego uniesienia, które przerywa... pojawienie się samolotów z czarnymi krzyżami na skrzydłach, bombardujących Łuck. Przybywają też niemieckie czołgi, które rozwalają bramę miejscowego więzienia, podczas gdy polscy żołnierze i policjanci rzucają się do panicznej ucieczki. Niemcy zostają uratowani i nareszcie mogą... zjednoczyć się z Hitlerem. Zresztą Goebbels rozpływał się w pochwałach nad tym filmem, mówiąc: "Film jest wstrząsający i wzruszający zarazem. Stanowi wychowawczą lekcję dla całego narodu niemieckiego (...) A scena w piwnicy polskiego więzienia, jest według mnie w ogóle najlepsza ze wszystkich, jaką kiedykolwiek nakręcono".

"Heimkehr" był pokazywany z niezwykłą pompą we wszystkich niemieckich kinach i również promowany za granicą (we Włoszech oraz w okupowanej przez Niemców Holandii i Francji). Otrzymał też wiele nagród, z tytułem: "Filmu Narodu", przyznawanym przez szefa ProMi (czyli oczywiście Goebbelsa). Sam reżyser otrzymał osobiście od Goebbelsa - 115 tys. reichsmarek, oraz "pierścień honorowy niemieckiego filmu", pozostali aktorzy otrzymali dużo mniejsze sumy. Ale na tym nie koniec, Joseph Goebbels był tak zadowolony z tej swojej propagandówki, że zaprosił całą ekipę filmową do swej luksusowej rezydencji, położonej na półwyspie Schwanenwerder na jeziorze Wannsee. 

Na ziemiach polskich okupowanych przez Niemców, pierwszą projekcję tego filmu wyświetlono 26 października 1941 r. w Krakowie, w drugą rocznicę ustanowienia na ziemiach polskich Generalnego Gubernatorstwa. Podczas tej projekcji, była obecna cała ekipa filmowa, którą nazajutrz generalny gubernator Hans Frank zaprosił na Wawel. Jak reagowała na ten film ludność niemiecka? Dziś trudno jest opisać prawdziwe reakcje, gdyż obowiązywał przykaz entuzjastycznej akceptacji i pochwał, jednak w dzienniku Aleksandra Hohensteina (niemieckiego komisarza kilku gmin w okolicach Pabianic w latach 1940 - 1942) znalazły się dość ciekawe informacje nie tylko o samym filmie, lecz przede wszystkim o jego odbiorze, które Hohenstein ukazuje jako... dopiero czekające Niemców w przyszłości, za ich zbrodnie. Oto one (cytuję fragmenty): 


"To osobliwe siedzieć między Polakami i widzieć na ekranie wybuchy nienawiści tych samych Polaków, słyszeć ich pieśni bojowe. Przyjęliśmy ten film z mieszanymi uczuciami. Wydało mi się, że oto pokazano nasz przyszły los. Czy nie jest wielką niezręcznością dawać do obejrzenia nam, którzy muszą żyć w takiej samej strefie zagrożenia, tego rodzaju materiał? Oglądamy przecież ten "film" inaczej niż szukający rozrywki mieszkańcy Rzeszy, którzy egzystują z dala od zasięgu kul. Inaczej, bo większość spośród widzów - Niemców zagranicznych - odczuła to wszystko na własnej skórze. Jeszcze nie całkiem zabliźnione, często głębokie rany zostały znowu rozdarte (...) Być może w sposób niezamierzony, film ten zwrócił uwagę na poważne zagrożenie ich sytuacji życiowej. Nie nazywając rzeczy po imieniu, pokazano groźbę politycznej eksplozji w przyszłości. Powstania narodowe Polaków są całkowicie prawdopodobne, to wynika z polskiej historii (...) A może chciano za pomocą tego filmy, pobudzić w Kraju Warty nowe wybuchy nienawiści przeciwko Polakom? Byłoby to nieodpowiedzialne, gdyż każda presja ma swoje konsekwencje, również o charakterze moralnym. Od czasu kiedy tu urzęduję, zwalczam słowem i przykładem przejawy politycznej nienawiści, zabiegam o wzajemne zrozumienie grup etnicznych, o duszę każdego człowieka bez względu na jego pochodzenie narodowe. Czynię to świadomie wbrew stanowisku partii. To, co zbudowałem w ciągu miesięcy, ten film może zniszczyć w ciągu godzin. Widziałem na sali Polaków, mimo zakazu wstępu dla nich, a także tak zwanych Volksdeutschów, którzy są tak spolonizowani, że mogli w filmie zrozumieć jedynie polskie pieśni i zdania wypowiadane w tym języku. Jest dla mnie jasne, w którą stronę ci ludzie się zwrócą, jeśli staną przed alternatywą polityczno-narodową. Podobnie jak nie mam wątpliwości, że okoliczni Polacy będą już jutro rano znali treść tego filmu i zawarte w nim tendencje. Jeśli nie było zamiaru wzniecania za pomocą tego filmu uczuć nienawiści, to trzeba określić jego projekcję tu, w Kraju Warty, dla niewielkiej mniejszości niemieckiej, egzystującej pośród tak bardzo uciemiężonej ludności polskiej, mianem politycznej nieodpowiedzialności, która może przynieść gorzkie, krwawe owoce (...) Biada nam, jeśli mielibyśmy znowu przegrać światową wojnę".


Jednak wielu innych Niemców reagowało na ten film zupełnie inaczej, biorąc go za absolutną prawdę, żądając zaostrzenia kursu wobec ludności polskiej, a w Płocku po emisji filmu urządzono prawdziwy pogrom Polaków, zabijając kilkanaście osób.

W filmie tym wystąpili również polscy, przedwojenni aktorzy, których do obsady ściągał Igo Sym (syn Polaka i Austriaczki, po 1918 r. osiedlił się w Polsce, gdzie zdobył niesamowitą popularność jako aktor, amant i symbol seksu - był niezwykle przystojny. Po niemieckim ataku na Polskę, Sym zgłosił się do Straży Obywatelskiej i pomagał przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Jednak już po upadku stolicy i klęsce poniesionej w walce z niemieckim i sowieckim najeźdźcą, Sym bardzo szybko ujawnił się jako Volksdeutscher. Stał się z nadania niemieckich władz okupacyjnych - dyrektorem teatrów warszawskich, wyjątkowa szuja i konfident, wydawał w ręce Gestapo polskich aktorów podejrzewanych o kontakty z Podziemiem Niepodległościowym. Wreszcie wydany został na niego wyrok śmierci podziemnego Wojskowego Sądu Specjalnego. Wyrok został wykonany 7 marca 1941 r. w jego mieszkaniu, przez podporucznika Romana Rozmiłowskiego, będącego w towarzystwie jeszcze dwójki innych podoficerów w cywilu. Po jego śmierci Niemcy rozpętali w Warszawie krwawe represje, zabijając 21 osób - w tym dwóch profesorów Uniwersytetu Warszawskiego - w Palmirach. Igo Sym, co wyszło dopiero potem, był niemieckim agentem na długo przed wybuchem II Wojny Światowej).


IGO SYM



Polscy aktorzy byli zastraszani albo przekonywani do udziału w tym filmie pieniędzmi, choć gaże Polaków - w porównaniu z Niemcami - były niezwykle skromne, ale w czasie okupacyjnej rzeczywistości, gdy kostka masła czy kawałek kiełbasy dochodził do niebotycznych cen, przydać mogły się każde pieniądze. W każdym razie podaję listę polskich aktorów, którzy wystąpili w filmie "Heimkehr": Tadeusz Żeński (minister Beck), A. J. Horwath (sekretarz wojewody łuckiego), Józef Kondrat - wuj aktora Marka Kondrata (Antek - woźny magistratu), Michał Pluciński (policjant), Bogusław Samborski (burmistrz wołyńskiego miasteczka), Edward Wejsis (wartownik w polskim więzieniu), Juliusz Łuszczewski (agresywny Polak w kinie), Stefan Golczewski (strażnik polskiego więzienia bijący Niemców), Bolesław Dominiak (strażnik polskiego więzienia), Wanda Szczepańska (bileterka w kinie), Stefania Krokowska (agresywna Polka w kinie) i Hanna Chodakowska oraz Stefania Stoińska (kasjerki w kinie).

Polskie Państwo Podziemne już w końcu marca 1941 r. określiło udział aktorów polskich w tej hitlerowskiej propagandówce jako: "niepojętą wprost obrzydliwość", a w grudniu 1942 r. sąd podziemny nałożył karę infamii (pozbawienia czci) na Bogusława Samborskiego, Józefa Kondrata, Michała Plucińskiego i Hannę Chodakowską za: "czynny udział w nagrywaniu filmu niemieckiego (...) o treści propagandy antypolskiej, połączonej z lżeniem narodu i Państwa Polskiego". Nagana zaś została wymierzona: Pichelskiemu, Dominiakowi, Wesołowskiemu i Grolickiemu za współudział (uczestniczyli jako statyści). Józef Kondrat wyraził skruchę i pragnąc odpokutować swój udział w tym filmie, przyłączył się do oddziału partyzanckiego, Samborski uciekł do Wiednia, a po wojnie przez jakiś czas pozostał we Francji, a potem (najprawdopodobniej) wyjechał do Argentyny. Większość aktorów stanęła dopiero przed sądem już w Ludowej Polsce, po zakończeniu Wojny. Część z nich otrzymała wyroki do 12, 5 i 3 lat więzienia, na dożywocie (zaocznie) sąd skazał Samborskiego, większa część jednak aktorów występujących w tym filmie uniknęła więzienia, a niektórzy (jak choćby Michał Pluciński) wzięli udział w ekranizacji "Krzyżaków" z 1960 r. w reżyserii Aleksandra Forda - Pluciński notabene zagrał tam polskiego rycerza. 





"HEIMKEHR" - TA PROPAGANDÓWKA FILMOWA, OTWIERA LISTĘ ANTYPOLSKICH FILMÓW, KTÓRE ZAMIERZAM ZAPREZENTOWAĆ W KOLEJNYCH CZĘŚCIACH TEJ SERII




CDN.
 

09 września 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXVIII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXV



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXV



PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIII






FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XIII



DEWARIM
(753 - 586 r. p.n.e.)
Cz. I






 "Wszak on cię uczynił, umocnił, na dawne dni sobie wspomnij. Rozważajcie lata poprzednich pokoleń. Zapytaj ojca, by ci oznajmił, u twoich starców, niech ci powiedzą" - jest to credo z "Księgi Prawa", odnalezionej przez kapłana Hilkiasza w osiemnastym roku panowania króla Judy - Jozjasza (czyli ok. 622/621 r. p.n.e.), spisanej zapewne w latach czterdziestych VIII wieku p.n.e. Kończył się czas proroków którzy swe przekazy ogłaszali ustnie, nadchodził zaś czas "Słowa" (Dewarim), nadchodził czas spisania Powtórzonego Prawa, będącego trzecim z czterech podstawowych źródeł z których składa się pierwsze pięć ksiąg Biblii. Był to też czas kolejnych wielkich proroków - Izajasza i Jeremiasza, będących następcami Amosa i Ozeasza (a wcześniej Eliasza i Elizeusza). W okresie tym mocno podupadło Królestwo Północne. Z chwilą śmierci Jeroboama II (754 p.n.e.) na tron wstąpił jego syn Zachariasz, który jednak został obalony i zamordowany przez człowieka o imieniu Szallum, ten zaś zginął z ręki kolejnego władcy Izraela - Menachema (753 r. p.n.e.). Tym samym nastał czas niepokoju dla Północy. Na Południu było znacznie lepiej (jak to mówił komisarz Ryba w "Kilerze": "niewiele lepiej, ale lepiej" 🤭).




Póki na tronie w Jerozolimie panował Ozjasz (Azariasz) Królestwo to w dalszym ciągu rozkwitało. Umocnił on Jerozolimę, stworzył zawodową armię, zbudował pierwszy judzki port morski w Ecjon-Gewer. Za jego rządów kwitło rzemiosło i handel a kraj zasiedlali nowi rolnicy, którym władca oddawał ziemię w zamian za niewielkie opłaty z tego tytułu. Ale król ten podupadł na zdrowiu. Okazało się bowiem że zachorował na trąd, a to oznaczało że musiał być izolowany w swym pałacu zarówno od dworzan, jak i od poddanych. Kapłani Świątyni Jerozolimskiej twierdzili, że choroba króla to kara Boga za świętokradztwo którego się dopuścił, a mianowicie miał on osobiście złożyć w Świątyni ofiarę kadzielną Jahwe, a mogli to czynić jedynie kapłani. Ponieważ król był całkowicie odizolowany, a choroba jego trwała długo (prawie 10 lat), obowiązki regenta objął jego syn - Jotam (ok. 750 r. p.n.e.). Nad Judą wówczas znów pojawiły się czarne chmury. Pomimo okresu stabilizacji i pomyślności z czasów świetności rządów Ozjasza, Królestwo Południowe nie było w stanie podporządkować sobie miast państw Filistei, teraz zaś było to już niemożliwe, ponieważ Filistea rosła w siłę i znów (po prawie dwustu latach od czasów inwazji egipskiej faraona Szeszonka) dążyła do ponownego podporządkowania sobie dawnego obszaru swoich wpływów. Poza tym rosła w siłę Asyria. To Królestwo, które jeszcze niedawno było w rozsypce, podzielone i rozbite, a także z północy wypierane ze szlaków handlowych przez Urartyjczyków, teraz ponownie się skonsolidowało i dążyło do ekspansji jakiej nie widzieli poprzedni władcy spod znaku boga Assura. Bowiem po śmierci króla Adad-Nirari III (783 r. p.n.e.) Asyria coraz bardziej staczała się w otchłań chaosu. Kraj rozpadał się, targany wewnętrznymi dążeniami poszczególnych tartanów (jak choćby Szamsziilu) do zgromadzenia jak największej władzy w swoich rękach, a kolejni władcy nie byli w stanie sobie z tym problemem poradzić. Po Adad-Nirari III nastał jego syn Salmanasar IV (panował do 772 r. p.n.e.), a następnie jego brat Aszur-dan III. To właśnie za jego panowania, dnia 15 czerwca 763 r. p.n.e. miało miejsce zaćmienie słońca (co uznano za zły omen dla przyszłości Królestwa). Ale ani on, ani kolejny jego brat Aszur-nirari V (panował w latach 754-745 p.n.e.) nie byli w stanie zaradzić osłabieniu ich państwa.




Ten ostatni, gdy tylko wstąpił na tron w Kalchu, od razu musiał się konfrontować z potężnym władcą Urartu - Sardurem III Wielkim (panował w latach 765-733 p.n.e.), który do tej pory skutecznie odciął Asyryjczyków od Morza Śródziemnego, (zwanego wówczas Wielkim Morzem lub też Morzem Górnym, albo Morzem Zachodnim - w zależności od tego, kto wody te opisywał), a także od szlaków handlowych wiodących do Anatolii i do Syrii. Szczególnie utrata anatolijskich kruszców oraz możliwości pozyskiwania stamtąd wyśmienitych koni (których używała asyryjska jazda) bardzo źle odbiło się na kondycji całego państwa. Jednak gdy Urartyjczycy zaczęli wdzierać się do północnej Syrii, czyli naturalnej drogi ekspansji Asyryjczyków, zagroziło to bezpośrednio samemu Królestwu. Jednym z największych władców tamtych ziem był niejaki Mati'el, który teraz wybrał sobie nowego pana i zamiast wysyłać daninę do Kalchu, słał ją do Tuszpy nad jeziorem Wan (stolicy Królestwa Urartu). Zaraz więc po swej intronizacji Aszur-nirari V wysłał list pełen pogróżek do Mati'ela z Malatii, w którym ostrzegał go aby nie próbował podporządkowywać się Urartyjczykom bo jeśli to uczyni, czeka go okrutna kara z ręki synów boga Assura. Asyryjski władca odnosił się również do sił nadprzyrodzonych w przypadku gdyby Mati'el nie podporządkował się jego woli. Były tam bowiem różne zaklęcia, które miały przynieść owemu władcy zgubę, gdyby nie podporządkował się woli "wielkiego Assura". To też pokazuje jak bardzo upadła siła Asyrii w tamtym czasie, bowiem jeszcze dziad Aszur-nirari V - Szamszi-Adad V nie słałby żadnych listów ani pogróżek ani tym bardziej zaklęć mistycznych, tylko po prostu najechałby kraj Mati'ela, jego samego wbił na pal a ludność albo wymordował albo uprowadził w niewolę. Jaki był więc efekt listu wysłanego przez Aszur-nirari V? Ano taki, że Mati'el podporządkował się Sardurowi, całkowicie bagatelizując groźby płynące z Kalchu (inna sprawa że prawdopodobnie nie uczynił tego z własnej woli, a zapewne stało się tak pod wpływem najazdów Urartyjczyków na jego ziemie). Sardur zaatakował również ziemie należące do niejakiego Bargaji z Bit Agusi i na nim wymusił podobny układ, z tym tylko że Bargaji uzależnił związek z Urartu od układu o wzajemnej pomocy, który brzmiał m.in. tak: "A jeżeli jeden z mych braci, jeden z członków mej ojcowskiej dynastii, jeden z moich synów, jeden z moich urzędników, mych oficerów lub jakikolwiek człowiek z tych, którzy mi są poddani, albo któryś z mych wrogów zapragnie mej głowy, aby mnie zabić i zabić mego syna i me potomstwo - Jeżeli oni mnie zabiją, ty winieneś przybyć sam i pomścić krew mą na dłoniach mych wrogów".




Pomimo swoich gróźb, Aszur-nirari V nie wyprawił się zbrojnie przeciw Mati'elowi. Panował prawie dziesięć lat (do 745 r p.n.e.), a przez ten czas nigdy nie opuścił Kalchu, mało tego, prawie nie opuszczał własnego pałacu. W kraju tymczasem nie działo się dobrze. Odcięty od szlaków handlowych wiodących do Anatolii i Syrii, a także do Egiptu, kraj boga Assura popadał w ruinę i to dosłownie. Poddani króla z Kalchu znacznie zbiednieli i to nawet ci, którzy do tej pory pławili się w bogactwach. W całym kraju zaczęły się więc bunty i zamieszki. Wreszcie w samym Kalchu zawiązał się spisek który przerodził się w jawny bunt (746/745 p.n.e.). przewodził mu niejaki Pul, który wyniesiony został przez oficerów niezadowolonych z bezczynności, jaka zapanowała za ostatnich władców i znacznego zubożenia kraju, a przede wszystkim z braku łupów. Bardzo szybko doprowadzono do usunięcia Aszur-nirari V a wraz z nim wymordowano również innych członków jego rodziny. Nowym królem Asyrii został teraz Pul, który przybrał nowe imię tronowe Tiglat-Pilesara III (jako nawiązanie do pierwszego władcy który nosił to imię, a który panował w latach 1114-1076 i był twórcą środkowego państwa asyryjskiego). Kim był Pul? do dziś nie wiadomo. Prawdopodobnie jednak pochodził z rodu królewskiego, gdyż sam twierdził że wywodzi się od Adad-Nirari III (może ojciec Pula był nieślubnym synem Adad-Nirari III?). Ale może było to tylko propagandowe nawiązanie do poprzedniej dynastii, jako że gdyby nie było bezpośredniego połączenia krwi, to każdy inny oficer czy urzędnik mógłby również w przyszłości zrzucić z tronu Pula/Tiglat-Pilesara i sam ogłosić się władcą. Bez wątpienia jednak nowy władca odznaczał się zdolnościami organizacyjnymi i inteligencją, a po latach rządów słabych władców, stery ujął teraz człowiek, który wyprowadził Asyrię z kryzysu i wprowadził ją na drogę potęgi, jakiej nie zaznała ona nigdy wcześniej. A wszystko to działo się w okolicznościach jakże niesprzyjających, bowiem wciąż istniała potężna dominacja Urartyjczyków, na południu zaś sytuacja była bardzo niepewna, zaś nad Babilonią utracono kontrolę. Lud domagał się szybkich i zdecydowanych reform i tak też się stało.




Rozpoczął więc od reformy wojska. Do tej pory bowiem armia asyryjska składała się z pospolitego ruszenia, wyprawy zaś odbywano najczęściej latem, po zakończeniu żniw (gdyż żołnierze to byli przede wszystkim rolnicy, zaś żniwa miały miejsce w maju). Tiglat-Pilesar III wprowadził teraz armię zawodową (kisir szarruti), która była gotowa do akcji w każdej chwili i w różnych regionach kraju. Trzon armii stanowili nadal chłopi, ale chłopi bezrolni i zubożali, którzy teraz swą karierę upatrywali w służbie wojskowej (a nie jak do tej pory była ona tylko uciążliwym dodatkiem do pracy na roli - choć może nie zawsze takim uciążliwym, bowiem zdobyte w kampanii wojennej łupy zawsze się przydawały). Oczywiście w dalszym ciągu zwoływano chłopów na wyprawy wojenne, ale byli oni już tylko dodatkiem do armii regularnej. Armię tę finansował w całości ze swego skarbu sam król, zaś umundurowanie owych jednostek było w pełni asyryjskie. Tylko Asyryjczycy służyli też w rydwanach i w jeździe, do piechoty zaś brano również przedstawicieli innych nacji. Tiglat-Pilesar III stworzył też formację ochronną dla siebie samego, byli to tzw. sza szepe ("Niepokonani"), a wzorując się na nich następnie władca Babilonu Nabuchodonozor II stworzy własną formację "Walecznych", Persowie zaś potem stworzą swoich "Nieśmiertelnych" (z którymi przyjdzie się zmagać choćby Spartanom Leonidasa pod Termopilami w 480 r. p.n.e.).




 Najpotężniejszą bronią Asyryjczyków były oczywiście rydwany bojowe (można je porównać do współczesnych czołgów, albo w mniejszej skali - karabinów maszynowych). Dla oddziałów piechoty rozpędzone rydwany, których konie swymi kopytami wzburzały piach, a piana toczyła im się z pysków, do tego łucznicy którzy z precyzją wypuszczali swoje strzały - wzbudzała przerażenie. W 10 minut dziesięć załóg rydwanów mogło skutecznie wyeliminować 500 i więcej żołnierzy przeciwnika, było to więc porównywalne do masakry, jakiej dokonały karabiny maszynowe w bitwie np. nad Sommą w czasie I Wojny Światowej. Nic zatem dziwnego że rydwany i jazda stały się elitą armii asyryjskiej. Pierwsze formacje bojowe rydwanów w armii asyryjskiej pojawiły się za czasów panowania Aszurnasirpala II (883-859 p.n.e.), choć oczywiście konie zaprzęgano do rydwanów znacznie wcześniej (w starożytnym Egipcie i w królestwach Mitanni oraz Hetytów miało to miejsce już w XVI wieku p.n.e.), ale mimo to w tamtym okresie nie jeżdżono jeszcze konno. Pierwotnie w ogóle konie trzymano ze względu na ich skóry i mięso, czyli wykorzystywano jak tuczniki, dopiero potem zaczęto się orientować że te zwierzęta znacznie lepiej służą do przewożenia wozów, niż woły czy osły, ale (szczególnie w Egipcie) praktycznie nie dosiadano ich okrakiem. Początkowo zaczęto jeździć na końskich zadach po to, aby skrócić sobie dystans podróży, ale było to bardzo niewygodne i uciążliwe (nie znano przecież siodeł), a poza tym trudno było się utrzymać w taki sposób na koniu. Mijały jednak dekady i zaczęto coraz bardziej zwierzęta te wykorzystywać nie tylko do formacji rydwanów, ale również do jazdy wierzchem. I tak się zaczęło.




Kolejną reformą jaką przeprowadził Tiglat-Pilesar III, była reforma administracji. Przede wszystkim zmniejszono granice istniejących prowincji dzieląc je na mniejsze jednostki i powołując niższych urzędników, którzy choć podlegli lokalnym satrapom, mieli jednak prawo słać listy z prośbami czy ze skargami bezpośrednio do króla. Aby poczta królewska mogła dobrze działać, w całym kraju zorganizowano system koni rozstawnych, co umożliwiło szybkie przemieszczanie się posłańców i wymianę koni. Owi urzędnicy byli teraz uszami i oczami króla na prowincji i mogli raportować o każdych niepokojących działaniach lokalnych gubernatorów. Tak samo było również wśród państw uzależnionych od Asyrii, gdzie na dworach tamtejszych władców również byli reprezentanci króla z Kalchu, którzy informowali go o wszystkim co się tam dzieje, a jednocześnie - jeśli dany władca płacił daninę regularnie, miał zapewniony spokój i bezpieczeństwo oraz ochronę ze strony samego wielkiego króla. W każdym razie Tiglat-Pilesar po przeprowadzeniu owych reform, natychmiast wyruszył na wyprawy wojenne, które były konieczne aby ponownie przywrócić Asyrii jej mocarstwową pozycję w regionie i zmusić dotychczasowych wasali do ponownego płacenia daniny. Dla Izraela i Judy nadeszły teraz ciężkie czasy.


BABILOŃSCY "WALECZNI" KRÓLA NABUCHODONOZORA II BYLI WZOROWANI WŁAŚNIE NA ASYRYJSKICH "NIEPOKONANYCH", A NA NICH WZOROWALI SIĘ PERSCY "NIEŚMIERTELNI"



CDN.

08 września 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. III

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. III






RODZINA
(608-668)
Cz. III



 Po pierwszym objawieniu jakiego doznał Mahomet w grocie góry Al-Hira (późniejsze pokolenia muzułmanów nazwały ten dzień - 27 dzień ramadanu w oficjalnym kalendarzu arabskim - "Dniem Przeznaczenia"), pojawiły się kolejne wizje. Mahomet doświadczał wciąż tego samego, jakaś dziwna (a nawet i przerażająca) postać, kazała mu recytować coś, co wyglądało na nowe przykazania. Po każdym takim doświadczeniu Mahomet był przerażony i sądził że popadł w obłęd. Z tego stanu zaś wyprowadzała go jego małżonka Khadijah (odtąd będę używał spolszczonej nazwy jej imienia - Chadidża), która konsekwentnie przekonywała go, że wcale nie popadł w obłęd a wręcz przeciwnie, stał się wybrańcem i nowym prorokiem, a w zasadzie pierwszym i jedynym prorokiem arabskim. Arabowie bowiem dotąd żyli jakby na uboczu całego cywilizowanego świata, trudniąc się głównie handlem (w tym również handlem niewolnikami), a poza tym sami rozbici byli na szereg mniejszych i większych plemion, które non stop toczyły ze sobą walki podjazdowe. Najświętsze miejsce Arabów mieściło się wówczas w Mekce (czyli w mieście w którym żył Mahomet ze swą małżonką), w sanktuarium Al-Kaba, gdzie znajdował się czarny kamień Hadżar - który według legendy spadł z nieba. Wokół niego Arabowie układali figurki swoich bożków. Teraz Chadidża zaczęła przekonywać Mahometa, aby ten wyszedł do ludzi i zaczął głosić im "wolę Boga" jaką otrzymał w wyniku swoich wizji. Mahomet jednak obawiał się że może zostać przez nich odebrany jako szaleniec, albo jako ktoś, kto próbuje podważyć dotychczasowe kulty. Dwa lata zmagał się z tymi myślami i ostatecznie dopiero w 612 r. po raz pierwszy zaczął głosić to, co według niego i Chadidży przekazał mu "Archanioł Gabriel".

Pierwszą osobą która usłyszała nauki wypowiadane przez Mahometa (nie licząc Chadidży), był jej kuzyn, chrześcijanin o imieniu Waraka Ibn Naufal. On również uznał, że wizje jakich doświadczał Mahomet, są wizjami zesłanymi bezpośrednio przez Boga. Mahomet zaczął więc głosić na placach Mekki iż: wszechpotężny Bóg który stworzył ludzi "z grudki zakrzepłej krwi", będzie sądził wszystkich wedle ich uczynków. Wszyscy winni są posłuszeństwo i wierność Bogu (a jak wspominałem w poprzedniej części, dla Arabów na określenie Bóg jest tylko jedno słowo - Allah), grzesznicy i ci, którzy nie podporządkują się woli Boga, zostaną wtrąceni w czeluście piekielne, ci zaś sprawiedliwi, którzy pójdą ścieżką wyznaczoną przez Mahometa, dostąpią najwspanialszych niebiańskich rozkoszy po śmierci w Raju. Bogu należy się podporządkować bezwzględnie, Boga należy się bać i wielbić go, wznosząc ku niemu modlitwy - tak głosił swe nauki Mahomet, nowy prorok arabskiego świata. Co ciekawe Allah ma ponoć około 100 imion, a są one najróżniejsze i oddają jego wielkość oraz potęgę. Tylko brakuje wśród nich jednej kluczowej nazwy, którą chociażby głosił Jezus Chrystus gdy w swoim czasie przemierzał Palestynę, a mianowicie w islamie nigdzie nie spotkamy stwierdzenia że Bóg jest Miłością - co według mnie jest kluczowe w tej kwestii i jasno pokazuje, że istota, którą spotkał Mahomet na górze Al-Hira, nie była tą samą, która przybyła tutaj w ramach programu "Syna Człowieczego" (jeśli można nazwać to w tak kolokwialny sposób).




Stało się tak, jak podejrzewał wcześniej Mahomet. W czasie tych jego nauk na ulicach Mekki zdołał realnie przekonać do siebie niewielu mieszkańców tego miasta (wśród nich był jego kuzyn Ali Ibn Abi Talib, przyjaciel Abu Bakr, oraz młody kupiec Osman z majętnego rodu Umajadów). Co ciekawe i co ponownie wystąpiło jak w czasach Jezusa i rodzącego się chrześcijaństwa to fakt, że nauki Mahometa głównie docierały do najuboższych i najbardziej wyzyskiwanych przedstawicieli społeczeństwa arabskiego (może to dziwić ale w tych pierwszych latach jego nauk, wśród nowych wyznawców wiary mahometańskiej dominowały kobiety, mężczyzn było znacznie mniej). Największą zaś niechęć do nowej religii wykazywali bogaci kupcy oraz ci, którzy widzieli w Mahomecie niebezpiecznego podżegacza wewnętrznych waśni religijnych. Nic też w tym dziwnego, Mahomet głosił bowiem iż gromadzenie bogactwa nie jest miłe Bogu i należy żyć skromnie. Poza tym Mahomet wcale nie uważał siebie za twórcę nowej religii, wręcz przeciwnie - twierdził otwarcie iż głosi prawdę objawioną od początku stworzenia świata i głosi ją Arabom, którzy dotąd nie mieli swego proroka. Głosił też że należy zbudować społeczeństwo sprawiedliwe, gdzie nie będzie wyzysku, a słabi i bezbronni będą traktowani z szacunkiem. Przestrzegał również plemię Kurajszytów (z którego zresztą sam się wywodził) a którego głównym ośrodkiem była Mekka, że jeśli się nie zmieni, to upadnie, podobnie jak upadały wcześniej inne większe i mniejsze królestwa oraz imperia. Nawoływanie do ubóstwa (lub co najmniej do dobrego traktowania sług i ludzi biednych), nie mogło podobać się wielkim przedsiębiorcom, za jakich uważali się arabscy kupcy handlujący zarówno z Bizancjum jak i z Persami. Ten człowiek stał się więc dla nich niebezpiecznym wichrzycielem.

Mahomet cały czas doświadczał też kolejnych objawień (sura po surze) i potem recytował je rozdziałami, razem wzięte otrzymały nazwę "kuran" (co po arabsku znaczy "recytować"). Owe objawienia (jak już wspominałem) były dla niego traumatycznym przeżyciem. Gdy się zbliżały czuł bowiem dreszcze na całym ciele, występowała obfita potliwość, a on czuł że jego ciało jest jakby dociskane do ściany, podłogi lub łoża, szczególnie zaś szyja. Wyrobiło to jednak w Mahomecie przekonanie przed całkowitą podległością wobec Boga. Człowiek w oczach Boga jest niczym i dopiero musi zasłużyć swymi uczynkami oraz bezgraniczną wiarą i modlitwą na życie wieczne w Raju. Aby to wprowadzić w życie, należy więc jak najczęściej modlić się do Boga (Mahomet twierdził że oddawać cześć Bogu należy trzy razy dziennie), ale nawet nie to stało się nie do zaakceptowania dla większości majętnych Kurajszytów. Tym co szczególnie ich wzburzyło, to była forma poddaństwa, bowiem w trakcie modlitwy człowiek powinien uklęknąć i oddawać Bogu cześć tak, jak niewolnik oddaje cześć swemu panu - na kolanach i z głową przy ziemi. To była zupełna nowość w społeczeństwie arabskim, bowiem Arabowie żyli wcześniej w większej lub mniejszej wolności. Nie akceptowali monarchii, zaś ich główni bogowie (szczególnie zaś boginie, jak: Manat, Al-Lat i Al-Uzza) nie wymagali dla siebie tak uniżonej podległości. To również rodziło niechęć i wrogość do nauk Mahometa. Bogaci kupcy (do których należał też Abu Talib - stryj Mahometa, który przygarnął go po śmierci jego rodziców) zaczęli odwiedzać dom stryja jego i tam skarżyli się na postępowanie Mahometa, mówiąc: "Abu Talibie, twój bratanek przeklął naszych bogów, znieważył naszą religię, wyśmiał nasz styl życia i oskarżył naszych przodków, że byli w błędzie". Prosili więc Abu Taliba aby wpłynął na Mahometa, bo tak dalej być nie może, a jeśli nic się nie zmieni, to nowemu prorokowi może stać się coś złego.




Nie wiadomo czy stryj starał się wpłynąć na swego bratanka, wiadomo zaś że Abu Talib zmarł w 619 r. W tym samym także roku swe życie zakończyła żona Mahometa - Chadidża. Mahomet zaś nie przestawał głosić swej wiary. Swych wyznawców (których nie było wielu - jak wcześniej wspominałem) nazwał muslimun (co znaczy "poddani", "podporządkowani" woli Boga), a swą religię zwał islam czyli "poddanie się Bogu"). Wprowadził trzy razy dzienną modlitwę rytualną, zwaną salat (potem liczbę owych modlitw zwiększono do pięciu w ciągu dnia). Nakazał też część swych dochodów oddawać biednym w formie jałmużny (zakat), a także pościć w trakcie ramadanu aby bogacze (których stać na wiele) w ten czas pamiętali o ubogich, którzy nie mogą sobie pozwolić na codzienną strawę. Twierdził też, że celem każdego człowieka (prócz codziennego wielbienia Boga podczas modlitw, całkowitego posłuszeństwa Jego woli, oraz jałmużny na biednych) ma być stworzenie społeczeństwa sprawiedliwego - wspólnoty muzułmanów (umma). Mahomet zaś nie skupiał się na kwestiach teologicznych, twierdził wręcz że nie mają znaczenia spory doktrynalne na temat istoty Boga (zanna). Wiadomo że Bóg jest jeden, stworzył świat i wszystko dookoła, jest wszechmocny i należy być Mu całkowicie posłusznym. Przede wszystkim dla Mahometa liczył się czyn w powiększaniu wspólnoty muzułmanów (czyli dżihad), a wszelkie kwestie doktrynalne uważał za bezwartościowe, a tym samym nie warte czasu i uwagi dobrego muzułmanina.

Zupełnie inaczej w tym samym czasie sytuacja wyglądała w świecie chrześcijańskim. Tam rósł bowiem konflikt pomiędzy Kościołem Wschodnim i Zachodnim nie tylko w kwestiach doktrynalnych, ale również w kwestii podejścia do systemu sprawowania władzy. Rzymscy papieże nie akceptowali cezaropapizmu - wyrosłego jeszcze na gruncie kultury hellenistycznej (której resztek Kościół Zachodni już dawno się pozbył). W świecie zachodnim najważniejsza była pozycja papieża, jako przywódcy całego chrześcijaństwa (stąd tak modne tam były słowa, wypowiedziane jeszcze w 347 r. przez Donata - biskupa Kartaginy, które brzmiały: "Co cesarzowi do Kościoła" {"Guid est imperatori cum Ecclesia"}). Natomiast na Wschodzie pozycja cesarza całkowicie górowała nad władzą biskupów wschodnich diecezji, czy to Konstantynopola, czy Aleksandrii, czy Antiochii, czy też Jerozolimy. Na Zachodzie zaś nie akceptowano, a nawet nie rozumiano władzy świeckiej ponad duchową i niezwykle mocno akcentowano tam słowa, które jeszcze w 356 r. w swym liście do cesarza Konstancjusza II streścił biskup Kordoby - Hozjusz: "Nie wtrącaj się w sprawy kościelne i nie wydawaj rozkazów w tym zakresie, lecz raczej od nas ucz się tych rzeczy (...) Napisano bowiem: oddajcie więc cezarowi co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga. Wtedy ani nam nie wolno rządzić sprawami świeckimi, ani Ty, cesarzu, nie masz prawa składania ofiary kadzielnej. Piszę zaś te słowa w trosce o Twoje zbawienie..."




Poza tym w czasach Herakliusza i... Mahometa, a szczególnie po zakończeniu wojny z Persami (628 r.), odżył w świecie wschodniorzymskim dawny spór dotyczący monofizytyzmu. Twórcą idei monofizytyzmu był opat Eutyches, który w 446 r. wypowiedział po raz pierwszy słowa: "Uznaję że nasz pan przed złączeniem posiadał dwie natury, ale po zjednoczeniu uznaję tylko jedną naturę" (stąd z greckiego "mia fisis" - czyli "jedna natura", wzięła się nazwa monofizytów). Chodziło tutaj oczywiście o spór o naturę Chrystusa, czy posiadał On w sobie zarówno boską jak i ludzką istotę. Eutyches twierdził więc że Nauczyciel miał w sobie jedną bosko-ludzką naturę, a nie zarówno boską jak i ludzką (patrząc na to jak ja widziałbym ów spór, to według mnie nie ma tu chyba zbytnich różnic. Chrystus urodził się na Ziemi, na naszej planecie, był więc człowiekiem z krwi i kości. Ale Jego duch nie pochodził z Ziemi - to znaczy nie inkarnował na Ziemi. Był to duch wyższej formy bytu, ale... do jego pobudzenia Jezus musiał dojrzeć i zapewne nie przyszło Mu to ani łatwo, ani też nie stało się szybko. Chrystus musiał więc na nowo poznać po co się urodził, jaka jest Jego misja i co musi uczynić. Natomiast z chwilą uświadamiania sobie tej wiedzy - którą zapomniał w chwili narodzin na tej planecie - rosła również Jego ludzka forma natury, czego przykładem były chociażby cuda które czynił, tak jak np. wskrzeszenie Łazarza. Pisałem już kiedyś w innym temacie że choćby Tjehooba {a Mistrz był przedstawicielem tego gatunku ludzkiego bytu we Wszechświecie}, potrafią wskrzeszać zmarłych. Oczywiście do pewnego stopnia, w zależności od tego, ile czasu upłynęło od zgonu). Natomiast w tamtym czasie spór o naturę Chrystusa był sporem niezwykle istotnym, dlatego też bardzo szybko potoczyły się wydarzenia które ciągnęły się aż do czasów Herakliusza, a mianowicie już w 447 r. Teodoret z Cyru opublikował rozprawę pt.: "Żebrak", w której ostro krytykował wyznanie Eutychesa. Tak też rozpoczął się spór, który trwał przez kolejne lata, dekady i stulecia (powiem tylko że biskup Aleksandrii - Dioskoros uznał rozprawę Teodoreta za atak na aleksandryjską chrystologię i zażądał złożenia go z urzędu, natomiast sam Eutyches został ekskomunikowany na synodzie w 448 r., choć to wcale nie zamknęło sprawy, bo Eutyches pełnił swoje funkcje i w kolejnych latach).




Spór ten (jak już wspomniałem) odżył w czasach Herakliusza. Patriarcha Konstantynopola - Sergios starał się położyć kres tym sporom i rozpropagował coraz bardziej popularną we wschodnich diecezjach idę monoenergetyzmu - czyli jedności działania Chrystusa ("mia energeia"), której jedynym źródłem jest Jego bóstwo. Cesarz Herakliusz bardzo pragnął pojednania z monofizytami, szczególnie że w czasach okupacji Syrii, Palestyny i Egiptu przez Persów, monofizyci masowo wręcz przechodzili na stronę wyznawców spod znaku Ahura-Mazdy, twierdząc że nicejscy chrześcijanie ich prześladują (nicejscy, od soboru w Nicei z 325 r., który w większości wyznaczył kierunki współczesnej wiary katolickiej). Tak więc dzięki działalności Sergiosa i kilku innych (np. biskupa Teodora z Faran czy Kyrosa z Fazis) w Aleksandrii ogłoszono unię z monofizytami (633 r.) na podstawie dziewięciu tez o Chrystusie, działającym w sposób boski i ludzki przez jedną bosko-ludzką energię. Szybko jednak zrodziła się przeciwko temu opozycja wśród chalcedończyków (sobór w Chalcedonię z 451 r. potępiający monofizytyzm), na której czele stanął patriarcha Jerozolimy (od 634 r.) Sofroniusz, który prosił Kyrosa aby nigdzie indziej (poza Aleksandrią) nie ogłaszał unii z monofizytami. Sofroniusz bowiem, opierając się na arystotelesowskiej tezie iż działanie wypływa z natury, twierdził że skoro Jezus działał podwójnie (w formie ludzkiej i boskiej) zatem należy mówić o dwóch Jego naturach. Dyskusje jakie toczył Sofroniusz z patriarchą Sergiuszem w Konstantynopolu sprawiły (również z inspiracji Herakliusza) że zaprzestano mówić o jednym działaniu Chrystusa, a o jednym działającym Chrystusie i dzięki takiemu nauczaniu pozyskano ponownie wielu monofizytów. Wspomniałem zaś o tym po to, ponieważ warto wiedzieć czym żyło społeczeństwo rzymskie (lub też wschodniorzymskie jak kto woli) tuż przed inwazją Arabów na Syrię, Palestynę i Egipt. Aha zapomniałbym, bardzo popularny w tamtym czasie był również kult Maryi - matki Jezusa, co też warto odnotować.




Kurajszyci z Mekki wystąpili przeciwko Mahometowi nie dlatego że nauczał on wiary w jednego Boga, ani nawet nie dlatego że kazał im oddawać jemu cześć w sposób, którego oni wcześniej nie praktykowali (czyli na kolanach i z twarzą ku ziemi). Tak naprawdę nie miało to dla nich większego znaczenia i nauki Mahometa byłyby przez nich zaakceptowane (co najwyżej uznaliby go za jakiegoś ekscentryka), gdyż wiara w jednego Boga (pomimo panującego w ówczesnej Arabii politeizmu) była dość popularna. Od wieków bowiem na tę ziemię przenikała religia Mojżeszowa, a po 324 r. również zaczęło tam docierać chrześcijaństwo, zatem arabscy wyznawcy wielu bogów byli dobrze obeznani z wiarą w jednego Boga Stwórcę. Problemem więc nie był monoteizm, ani nawet kary jakie miały spaść na człowieka po śmierci, jeśli wiódł on życie niezgodne z wolą Allaha (Arabowie bowiem wcześniej nie wierzyli w życie pozagrobowe, a swoich bogów traktowali w sposób protekcjonalny, gdy potrzebowali coś załatwić, to po prostu składali im ofiary wypowiadając ich imiona aby ich przywołać i usidlić - jak sądzili - po czym oczekiwali spełnienia ich prośby. Jeśli zaś bogowie postępowali inaczej, oni ich porzucali lub wyrzekali się ich i przenosili się na innych bogów, w zależności od potrzeb i danych okoliczności). Problemem który przelał czarę goryczy Kurajszytów wobec nowej religii (i jej proroka) było permanentne obrażanie (lub raczej krytykowanie) przez Mahometa przodków ówczesnych mieszkańców Mekki, którzy mieli nie poznać mądrości i woli Allaha i tym samym zapewne zostali skazani na męki piekielne (chociaż Mahomet twierdził również że on nie głosi nowej religii, tylko jest posłańcem jednego Boga który był tutaj od zawsze, a jego celem jest ponowne nawrócenie ludzi na drogę zbawienia i sprawiedliwości). Wydaje mi się że w tej kwestii Mahomet postępował nielogicznie i niekonsekwentnie, zupełnie tak, jak wysyłani do plemienia Sasów chrześcijańscy misjonarze w latach 70-tych i 80-tych VIII wieku (czyli w czasach panowania Karola Wielkiego), którzy konsekwentnie twierdzili że przodkowie Sasów - skoro nie poznali objawienia Chrystusa - zostali skazani na męki piekielne i dopiero oni będą pierwszymi którzy dostąpią zbawienia (pisałem już kiedyś, że podczas publicznego i przymusowego chrztu saskiej elity w Paderborn w 777 r. - zapewne w miejscu gdzie w 772 r. Karol Wielki kazał wyciąć święte drzewo Sasów Irminsul - jeden z przedstawicieli saskiej elity, zapytawszy się kapłana czy po śmierci spotka swoich przodków i uzyskawszy odpowiedź że jego przodkowie są już w piekle, a on pierwszy dostąpi Nieba - odrzekł "To ja wolę do przodków". 🤭 I ja bym powiedział tak samo, bo to pokazuje jak bardzo upośledzeni byli owi kapłani, trzymając się doktrynalnie wszystkich zapisków, które przecież powstały już długo po Śmierci i Zmartwychwstania Nauczyciela. Chrystus przede wszystkim nauczał o Miłości, a tej Miłości w późniejszych zapisach Ojców Kościoła jest bardzo niewiele, raczej skupiamy się na kwestiach które są zupełnie nieważne, jak natura Chrystusa czy Jego esencja, zamiast skupić się na prostym przekazie: "Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe". Ale co się dziwić, w dzisiejszych czasach też mnóstwo jest ideologów i wszelkiego typu fanatyków, niekoniecznie religijnych).

Tak więc postępowanie Mahometa było bardzo nierozważne (żeby nie powiedzieć głupie) i jednocześnie niebezpieczne, gdyż zmusiło go do ukrywania się wśród członków jego klanu zarówno w samej Mekce, jak i poza miastem. W tym czasie, po dziesięciu latach głoszenia nowej religii, wyznawców Allaha wciąż nie było wielu (zaledwie ok. 100 osób w Mekce zebranych wokół Mahometa). Nic też dziwnego że przeciwnicy islamu byli w ogromnej większości, a ponieważ Mahomet nie przestawał głosić swoich tez odnośnie przodków Kurajszytów (przy okazji oczerniał również i swych własnych przodków) i nawoływał do pokory, bojaźni bożej, a także do jałmużny (twierdził bowiem że po śmierci pieniądze nie będą nam już potrzebne, dlatego każdy, który cokolwiek posiada powinien część swego majątku przekazać najuboższym, gdyż to jest miłe Allahowi. Kurajszyci zaś, których majątek opierał się głównie na handlu - i którzy swoich bogów traktowali w sposób obcesowy i praktyczny, na zasadzie "Jak Ty mi coś dasz, to i ja Ci coś dam", nawoływania do rozdawania majątku - tym bardziej biedakom - uważali za szaleństwo. Przeto w Mekce zaczęły co rusz pojawiać się głosy oburzonych przedstawicieli majętnego kupiectwa, które brzmiały: "Obywatele! nie słuchajcie kusiciela, nie zważajcie na jego bezbożne nowinki. Trwajcie niewzruszenie w kulcie Hubala, Al Lata i Al Uzzach!", a na Mahometa zaczęto organizować polowania niczym na zwierzynę łowną, zatem musiał on ukrywać się zarówno w Mekce, jak i potem na prowincji. Szczególnie wrogo ustosunkowany był do Mahometa bogaty kupiec Abu al-Hakam, który w sanktuarium Al-Kaaba (znajdującym się w centrum Mekki) nakazał ogłosić, że każdy, ktokolwiek pomoże Mahometowi w ucieczce lub udzieli mu schronienia, zostanie podobnie jak on wyjęty spod prawa i skazany na śmierć. Sanktuarium Al-Kaaba - gdzie znajdował się święty Czarny Kamień (czczony przez Arabów od niepamiętnych czasów), który ponoć spadł z nieba - poświęcony był w tamtym czasie bogu Hubalowi i 360 innym bożkom arabskim. Mahomet jednak i tutaj nauczał nowej religii, tylko aby odróżnić się od wyznawców bożków, kazał muzułmanom modlić się zwracając twarzą ku Jerozolimie, dając tym samym jasny dowód, że bliżej mu do religii "Ludów Księgi", czyli judaizmu i chrześcijaństwa, niż do pogańskich praktyk jego ziomków. Al-Hakam uznał to za niedopuszczalne, tym bardziej że podejrzewał Mahometa iż pragnie on przejąć władzę polityczną w mieście.




Al-Hakama wsparł inny kupiec Suhajla Ibn Amra, a do nich dołączyły największe kupieckie rody Mekki. Wszyscy postanowili zgodnie, że ani wypędzenie ani uwięzienie Mahometa niczego nie rozwiąże i należy go uśmiercić (ponoć mieli przysiąc że wspólnie wbiją sztylety w ciało Mahometa aby przypieczętować ten układ). Przekonali do tego planu również dawnego przyjaciela Mahometa - Abu Sufiana i rozpoczęli poszukiwanie zarówno jego, jak i jego zwolenników. Wśród Arabów prawo było mniej ważne, liczyła się przede wszystkim wierność w obrębie tradycji danego rodu oraz plemienia, dlatego też Arabowie tak często i tak łatwo chwytali za miecze lub sztylety (ponoć przed pojawieniem się Mahometa naliczono jakieś 1700 bitew toczonych pomiędzy arabskimi klanami). Ponieważ natura arabska była tak gorąca (silne było również prawo zemsty rodowej) wprowadzono coroczny rozejm pomiędzy klanami (który trwał dwa a czasem cztery miesiące w roku). Było jednak coś, co różniło Arabów od ludów zamieszkujących sąsiednie Imperia: Rzymskie i Perskie, tym czymś było (prócz zasady gościnności, polegającej na tym że Arab mógł cię nienawidzić i mógł z tobą walczyć, ale jeśli wszedłeś do jego domu, zrobiłby wszystko, abyś czuł się tu dobrze i nie mógłby ci spaść włos z głowy... póki byłbyś w jego domu. Wystarczyło jednak że wyszedłbyś za próg i wbiłby ci sztylet w plecy) ogromne umiłowanie poezji. W różnych arabskich plemionach organizowano coroczne jarmarki, na których deklamowano wiersze i przede wszystkim zwracano uwagę na piękno wypowiadanych słów. Wielkim miłośnikiem poezji (słowa mówionego, bo Arabowie raczej nie spisywali deklamowanych wierszy) był niejaki Umar Ibn al-Chattab. Był on emirem (czyli przywódcą wojskowym w Mekce) i należał do zwolenników Al-Hakama i przeciwników Mahometa, jednak gdy usłyszał wypowiadane przez proroka Allaha słowa które tak bardzo mu się spodobały (nie jako przesłanie religijne, a jako deklamacja poetycka), że sam stał się muzułmaninem (choć - jak twierdził - początkowo nie wierzył w Allaha).




Al-Hakam objął karą cały ród Haszymitów (z którego wywodził się Mahomet), zabronił bowiem wszystkim mieszkańcom Mekki jakichkolwiek z nimi kontaktów, w tym nawet sprzedaży im żywności (ok. 619 r.). Mahomet znalazł się więc w bardzo trudnym położeniu i był praktycznie na granicy życia i śmierci (podobnie jak jego ród), wtedy jednak przyszło dlań wybawienie. Gdy prorok Allaha ukrywał się na prowincji z dala od zabudowań miasta Mekki, odnalazła go delegacja przywódców przybyłych z Jatribu (czyli Medyny), miasta położonego jakieś 250 km na północ od Mekki. Jatrib znacznie różnił się od miasta w którym narodził się Mahomet, a przede wszystkim tym, że o ile Mekka była miastem stricte kupieckim (port Gedda był oddalony od miasta o kilka kilometrów, ale zapewniał stałe połączenie z chrześcijańską wówczas Abisynią jak i z Egiptem i dalej ze światem Greków i Rzymian, pomnażając fortuny największych kupieckich klanów Mekki). Mekka znana też była od czasów Strabona (I wiek naszej ery), a być może nawet Herodota (V wiek p.n.e.) - którzy to opisywali ziemie i miasta Arabii (Nabatei). Grecy zwali to miasto Macorabia i w czasach świetności Imperium Rzymskiego już było dosyć sławne (choć przyćmione chociażby taką Petrą, miastem wykutym w skale i leżącym daleko na północny-wschód od Mekki - którego najsławniejszą władczynią była niejaka Zenobia). Natomiast Jatrib to była osada rolnicza, w dużej mierze zasiedlona przez Żydów, co spowodowało że ludność miasta przyjęła judaizm jako swoją religię. Nie było tam jednak spokoju i często wybuchały niesnaski pomiędzy beduinami - którzy osiedlili się w Jatribie, a Żydami i arabskimi mieszkańcami przyzwyczajonymi do życia miejskiego (żyły tam dwa główne, aczkolwiek skłócone ze sobą arabskie plemiona Charegitów i Awsytów). Delegacja Jatribu więc - która odnalazła ukrywającego się Mahometa (620 r.) - zaproponowała mu udanie się z nimi do ich miasta, a w zamian oni (aby przywrócić u siebie zgodę i porządek) przyjęliby islam i świętą księgę zwaną już wówczas Kuranem (Koranem).

Mahomet wyraził zgodę na taki plan, ale on sam nie od razu przeniósł się do Jatribu (chociaż wysyłał tam swoich współwyznawców w kilku falach). Był bowiem pod opieką jakiegoś lokalnego beduińskiego szejka i nie chciał obrażać go swym nagłym odejściem. W każdym razie muzułmanie będący przy Mahomecie zaczęli przybywać i osiedlać się w Jatribie, tam przekazując również nauki swego proroka. Okazało się jednak że tropiciele Al-Hakama odnaleźli Mahometa i zorganizowali zamach na jego życie, z którego tylko dzięki dużemu szczęściu zdołał ujść cało (w zamachu zaś zginął jego protektor). To ostatecznie przekonało proroka nowej religii do opuszczenia Mekki i osiedlenia się w Jatribie. Wraz z Abu Bakrem uciekli do nowego miejsca, a akt ten w tradycji muzułmańskiej zwany hidżrą, zapoczątkował nową erę dla wielu milionów ludzi na świecie wyznających wiarę w Allacha, bowiem od tego momentu Arabowie (i ich następcy wyznający islam) liczą swoją erę (co prawda kalendarz muzułmański jest kalendarzem księżycowym, a nie słonecznym jak kalendarz juliański - opracowany jeszcze przez Juliusza Cezara i wprowadzony w Rzymie w roku 45 p.n.e.- czy gregoriański, którym się obecnie posługujemy, a wprowadzony przez papieża Grzegorza XIII w 1582 r. - to zaś oznacza że kalendarz muzułmański różni się od naszego o kilka dni w roku). Gdy więc na wielbłądach Mahomet wraz z Abu Bakrem przemierzali pustynię zdążając do Jatribu (622 r.) i zapoczątkowując nową erę w dziejach ludzkości (przynajmniej pewnej jej części), Kurajszyci z Mekki dowiedzieli się o tej ucieczce i uznali Mahometa nie tylko za odstępcę od wiary przodków, ale również za zdrajcę własnej społeczności plemiennej. Hidżra była bowiem czymś niezwykłym, była zerwaniem więzów z własnym plemieniem i z własnym klanem - co dla Arabów było najwyższą świętością, większą niż ich bogowie. Umma - czyli społeczność arabska żyjąca w danej miejscowości czy na danej ziemi, pełniła rolę zarówno ochrony jak i dawcy wszelkich dóbr, a umma zawsze była wsparta bliskością krwi. Natomiast udając się do nowego miejsca, Mahomet zerwał też łączące go z dawnym klanem więzy pokrewieństwa, dlatego też nowa umma - stworzona w Jatribie (czyli Medynie, jak to miasto zaczęto wkrótce potem nazywać), oparta była nie na zasadzie więzów krwi, a ideologii religijnej głoszonej przez Mahometa - jedynego i ostatniego proroka Allaha.




Ponoć w Jatribie nikogo nie zmuszano siłą do przyjęcia islamu, ale jednocześnie stworzono tam społeczność opartą właśnie na tej religii i podlegali jej wszyscy mieszkańcy Medyny bez względu na pochodzenie, czy wyznawaną wcześniej religię (czyli zarówno Arabowie, Żydzi jak i niektórzy - nieliczni - chrześcijanie). Umma islamska gwarantowała bezpieczeństwo i pokój jego mieszkańcom, gdyż - jak głosił Mahomet - dobry muzułmanin nie zabija, nie prześladuje, ani nie oszukuje drugiego muzułmanina. Aby podkreślić ową wyjątkowość Jatribu, miasto zaczęto wkrótce nazywać Al-Madina (czyli po prostu "Miasto"), choć nie wiadomo kto był autorem owej nazwy. Mahomet wkrótce po osiedleniu się tam, wzniósł pierwszy meczet (masdżid) czyli miejsce do bicia pokłonów przed Bogiem. Był to prosty budynek wsparty na pniach, kiblę (wyznaczającą kierunek modlitwy) stanowił kamień, a Mahomet głosił swoje kazania z pnia palmy. Całe życie społeczności Medyny kręciło się od tej pory wokół owego meczetu. Był tam sporej wielkości plac, na którym rozważano wszelkie problemy natury religijnej, politycznej czy społeczno-moralnej, wszystko kręciło się wokół islamu i nie było tak, jak w chrześcijaństwie, strefy przeznaczonej dla Boga (strefy sacrum) i strefy świeckiej (profanum), muzułmanie nie znali takiego podziału i wszystko w ich życiu opierało się na ich religii. W Medynie Mahomet wziął sobie również dwie żony, Aiszę - córkę Abu Bakra i Hafsę - córkę wspomnianego wyżej Umara Ibn al-Chattaba. Zaś dwie spośród czterech swoich córek z Chadidży wydał Mahomet za Osmana z rodu Umajjadów i Alego Ibn Abi Taliba swego krewnego. Mahomet wziął sobie jeszcze dwie kolejne żony z córek przywódców plemion Charegitów i Awsytów, ale nie urodziły mu one dzieci. Miał też kilka nałożnic (w tym chrześcijankę o imieniu Miriam, z którą miał syna Ibrahima - zmarłego w dzieciństwie). Ponoć Mahomet bardzo lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, co dziwiło otaczających go mężczyzn, dla których kobiety raczej nie były kompanem do rozmów. Według tego co można znaleźć w Koranie, pomagać miał w pracach domowych i sam naprawiał własne ubrania, choć bez wątpienia cztery żony przysparzały mu czasem więcej problemów niż radości, szczególnie gdy wzajemnie się ze sobą spierały np. o podział łupów. Ponoć Mahomet miał im wówczas grozić że z wszystkimi się rozwiedzie, jeśli nie będą przestrzegały zasad islamu.




Od początku głoszenia swojej wiary dążył Mahomet do pojednania z "Ludami Księgi", szczególnie zaś z Żydami. Swoim współwyznawcom jeszcze w Mekce polecił zwracać się podczas modlitwy w stronę Jerozolimy, zaś najważniejszą muzułmańską modlitwę wyznaczył na piątek po południu, tuż przed dniem szabasu rozpoczynającym się w sobotę. Zaczął też studiować - dzięki kilku przyjaźnie doń nastawionych Żydów - Torę i tam dowiedział się że Abraham - czyli praojciec Izraelitów - miał dwóch synów Izaaka i izmaela (Ismaila). Ten drugi został zrodzony z niewolnicy Hagar i wygnany przez Abrahama wraz z matką, ale Bóg i jemu obiecał że będzie ojcem wielkiego narodu. Mahomet zaczął Ismaila utożsamiać z praojcem narodu arabskiego i zaczął twierdzić że wraz z matką osiedlili się oni w Mekce, gdzie odwiedził ich Abraham i razem z Ismailem odbudowali oni Al-Kaabę (którą wznieść miał Adam). Twierdził więc, że narody arabski i żydowski wywodzą się od jednego praojca Abrahama i powinny żyć ze sobą w zgodzie, przyjaźni i jedności. Problem tylko polegał na tym, że Żydzi nie akceptowali Mahometa jako swojego proroka, gdyż twierdzili że epoka proroków już dawno minęła i Mahomet nie jest kolejnym prorokiem ich ludu. Czasem też robili sobie z niego żarty, gdy zaczął interpretować wiadomości zawarte w Torze w taki sposób, w jaki pragnął to uczynić, aby medyńska umma przetrwała. Niechęć Żydów do jego osoby była coraz powszechniejsza, szczególnie wśród plemienia Nahirydów zamieszkującego Medynę. To wszystko powodowało że jego początkowy entuzjazm w kierunku wyznawców religii Mojżeszowej szybko opadł, chociaż okazało się że Żydzi to wcale nie jest najważniejszy problem muzułmańskiej ummy w Medynie. 

Oto bowiem Abu Sufian - z którym niegdyś Mahomet przyjaźnił się jeszcze w Mekce - był bogatym kupcem którego karawana zmierzająca do Syrii liczyła 1000 wielbłądów. Tę karawanę zamierzał napaść Mahomet i była to jego pierwsza zbrojna akcja od chwili rozpoczęcia swojej działalności jako prorok. Przed swym domem w Medynie - mieszczącym się nieopodal meczetu, wywiesił biały sztandar Allaha i zebrał 313 muzułmanów (spośród których 77 było uciekinierami z Mekki), do wspólnej akcji przeciwko karawanie Abu Sufiana (miało to miejsce już w roku 623). Wyprawa nie była ani łatwa, ani prosta ponieważ karawanę ochraniało 100 konnych i 850 pieszych wojowników Kurajszytów. Mimo to Mahomet zorganizował zasadzkę, kazał wykopać niewielki okop gdzie schronili się atakujący, po czym modlił się do Allaha o wsparcie, prosząc również o pomoc zastępy anielskie. Gdy zaś na horyzoncie ukazała się karawana, Mahomet wsiadł na konia, cisnął grudką piasku trzymaną w dłoni i rzekł wskazując na przeciwników: "Niech ich twarze pokryją się zamętem", po czym ruszył do walki wraz ze swymi zwolennikami. Wrzask czyniony przez atakujących speszył obrońców i choć przystąpili oni do walki, karawana się rozpadła, a wielbłądy popędziły w swoją stronę. Zwycięstwo odniósł Mahomet, polec miało 70 Kurajszytów a drugie tyle wzięto w niewolę. Ciała poległych muzułmanie zbezcześcili, a dwóch najbardziej krnąbrnych jeńców skazali na śmierć, za resztę zaś wyznaczyli okup 2000 gram srebra. Abu Sufian dotknięty do żywego owa klęską i utratą tak licznej karawany z której czerpał zyski, wydał Mahometowi wojnę na śmierć i życie, gromadząc przeciwko niemu armię 3000 wojowników (w tym 200-konnych) i wraz z nimi ruszył przeciwko Medynie pod znakiem boga Hubala (a wraz z nim jego żona Henda i 15 innych dostojnych matron kupców kurajszyckich z Mekki, zagrzewających swych wojowników do walki). Mahomet musiał podjąć walkę, gdyż dalsza przyszłość muzułmańskiej ummy w Medynie stanęła teraz pod znakiem zapytania.




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...