WYŚWIETLENIA

30 sierpnia 2026

ZEMSTA NA WROGACH! - Cz. II

CZY ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW?





JUSTYNIAN II RINOTMETOS
(668-711)
Cz. II






RODZINA
(608-668)
Cz. II



 Zwycięstwo jakie odniósł Herakliusz w wojnie z Persami, nie przyniosło mu mimo wszystko sławy wśród potomnych, bowiem zdobycze te nie były trwałe. To co utrwaliło jego imię w historii, to była wielka zmiana cywilizacyjna i społeczna jaka pojawiła się za jego rządów, a związana ona była ze zmianą charakteru państwa z typowo rzymskiego na całkowicie grecki. Greka która powoli wdzierała się na salony od II wieku naszej ery (szczególnie aktywna w promocji greki na Wschodzie i realnemu zrównaniu tego języka w prawach z łaciną, była małżonka cesarza Trajana - Pompea Plotyna, która szczególnie aktywna w tym dziele była po śmierci męża (117 r.) gdy już nie musiała pełnić roli augusty - notabene wstępując do Pałacu Cesarskiego na Palatynie w 98 r. rzec miała te oto słowa: "Abym taką, jaka tu wstępuje, taką i zejść mogła". To ona właśnie miała wyprosić na protegowanym swego małżonka, nowym cesarzu Hadrianie - z którego żoną Vibią Sabiną i teściową Saloniną Matidią się przyjaźniła - aby ok. 120 r. przyznał językowi greckiemu równe prawa z łaciną na Wschodzie Imperium. Hadrian zawdzięczał swoją władzę głównie trzem kobietom: właśnie Pompei Plotynie, swej teściowej Saloninie Matidii i żonie Vibii Sabinie. Dwie pierwsze kobiety bardzo szanował i cenił i często zasięgał ich rad, swej żony zaś nie znosił i często ją upokarzał publicznie, czego efektem była samobójcza śmierć Sabiny w 137 r. na rok przed śmiercią Hadriana. Plotka głosiła że umierając Sabina przeklęła Hadriana i z tego powodu on umierał w wielkich bólach). W każdym razie dzięki Plotynie greka coraz częściej była używana na Wschodzie (szczególnie we wschodnim kościele) i choć łacina wciąż była językiem administracji, to właśnie za rządów Herakliusza to wszystko uległo zmianie.


POMPEIA PLOTYNA



Widać to było szczególnie w tytulaturze. Dotychczasowy tytuł władcy, który brzmiał: "Imperator Cezar August", został zmieniony na grecki tytuł królewski "Basileus". Co prawda wciąż nie istniała możliwość dziedziczenia władzy z ojca na syna bez zgody Senatu i wojska - jak to miało miejsce dotychczas, ale radzono sobie z tym problemem poprzez wprowadzenie instytucji współcesarza, panującego równolegle z innym władcą (najczęściej była to relacja ojciec-syn, a czasem - choć rzadko - brat z bratem). Najczęściej - aby podkreślić że ten drugi jest dopiero przyszłym władcą - tytułowano go "Mikros Basileus" (wcześniej zaś jeden otrzymywał tytuł "Augusta" a drugi "Cezara"). Za rządów Herakliusza zmieniła się również moda (szczególnie męska) która związana była z utrzymaniem bądź nie utrzymaniem zarostu. W antycznej Grecji i w Rzymie w czasach najdawniejszych noszenie brody przez mężczyzn było oznaką ich mądrości, doświadczenia i męstwa. Ten wzorzec kultury zmienił dopiero Aleksander Wielki, od którego to rządów daje się zauważyć całkowity brak zarostu wśród kolejnych następców jego wielkiego Imperium, a z nich również czerpali wzór przywódcy innych krajów Śródziemnomorza. Rzymianie wydaje się porzucili noszenie bród mniej więcej w połowie IV wieku p.n.e. i ta moda na ogolone męskie lica przetrwała długo, bowiem aż do początku II wieku naszej ery (mniej więcej jakieś 500 lat). Wspomniany przeze mnie wyżej cesarz Hadrian, był pierwszym władcą rzymskim noszącym brodę i od jego rządów (117-138) kolejni cesarze również ją nosili w epoce największej chwały Imperium. Ponowna moda na bezwłose męskie twarze przyszła na początku IV wieku wraz z Konstantynem Wielkim (306-337) a jego następcy również kontynuowali tę modę (wyjątkiem był tutaj tylko cesarz Julian który sprawował władzę w latach 361-363, ale był to władca, który pragnął nawiązać do epoki filozofów - sam zresztą się uważał za filozofa i chciał odrodzenia dawnej rzymskiej religii oraz powstrzymania - będącego wówczas już religią panującą, choć jeszcze nieoficjalnie - chrześcijaństwa). Moda ta utrzymała się właśnie do czasów Herakliusza, który jako pierwszy z władców rzymsko-bizantyjskich nosił brodę.




Herakliusz - oprócz tego że nosił brodę, był dobrze zbudowany i toczył walki z Persami (o czym było w poprzedniej części), miał też inne wady oraz zalety, których do tej pory nie wymieniłem, a nad którymi warto się na moment zatrzymać. Nie znosił podróży morskich i bardzo bał się wody, dlatego też podróż jaką odbył z Kartaginy do Konstantynopola w 610 r. w celu obalenia Fokasa i zdobycia władzy, musiała być dla niego nie lada wyczynem. W ostatnich latach swego życia ten strach przed wodą morską przybrał wręcz objawy paranoi (oczywiście powody mogą być różne, ale nie należy wykluczyć również i tego, że strach Herakliusza przed wodą mógł się wziąć z faktu, że w swoim poprzednim życiu utonął, po prostu utonął, albo też został wyrzucony do wody, i było to dla niego tak traumatyczne przeżycie że przeszło na kolejne wcielenie), cesarz bowiem nie był w stanie znieść widoku morza i okna jego pałacu były zawsze zasłonięte grubymi kocami, tak, aby nie ujrzeć błękitu morskiej fali (ja zaś uwielbiam morze i uważam że jest to jeden z najpiękniejszych widoków, oprócz widoku piękna lasu i gór). Poza tym był bardzo wrażliwym człowiekiem - co przyznają autorzy jemu współcześni. Niekiedy ta wrażliwość obracała się przeciwko niemu samemu, bowiem nie mogąc w swym sumieniu zdecydować się na jakieś rozwiązanie, ulegał podszeptom innych osób (szczególnie swej drugiej żony Martyny i patriarchy Sergiusza), co powodowało że był dość łatwo sterowalny. Po objęciu władzy i swej koronacji w kościele Mądrości Bożej w Konstantynopolu w dniu 5 października 610 roku, poślubił i również koronował swą dotychczasową narzeczoną (która wzięła udział w jego wyprawie z Kartaginy do Konstantynopola) córkę afrykańskiego arystokraty (oczywiście pisząc "afrykańskiego" - mam na myśli rzymską prowincję Afrykę, bo w dzisiejszych czasach takie określenie może być mylące) Eudokię (białą kobietę, chociaż pewnie macherzy z Hollywood zrobiliby z niej murzynkę 🥴). Z tego związku na świat przyszło dwoje dzieci: córka Eudokia Epifania (urodzona w 611 r.) oraz syn Herakliusz Konstantyn (ur. w maju 612 r.). Małżeństwo to było szczęśliwe a Herakliusz naprawdę kochał swoją wybrankę, ale nie było im pisane długo cieszyć się sobą, gdyż już w sierpniu 612 r. Eudokia zmarła. Nie wiadomo kto wówczas z kręgu najbliższych współpracowników Herakliusza wpadł na pomysł, aby poślubił on Martynę, córkę swojej siostry Marii, czyli swoją siostrzenicę. W każdym razie Herakliusz się zgodził i po kilku miesiącach podchodów (gdyż patriarcha Sergiusz ostro zaprotestował przeciwko temu małżeństwu, twierdząc że pokrewieństwo jest zbyt bliskie) ostatecznie doszło do tego małżeństwa na początku 613 r.




Martyna urodziła Herakliuszowi dziewięcioro dzieci (sześciu synów i trzy córki). Większość dzieci była jednak chora (dwoje sparaliżowane, jeden głuchoniemy) i ostatecznie ojca przeżyło tylko trzech synów, którzy i tak byli za młodzi aby sprawować samodzielne rządy - Herakleonas, Dawid i Marinus. Martyna jednak była ambitną kobietą i postawiła sobie za cel wprowadzić na tron swojego syna, a nie pierworodnego - Herakliusza Konstantyna. Wiedziała też że chłopcy są zbyt młodzi aby samodzielnie sprawować władzę, dlatego też siebie planowała ogłosić regentką, a nawet cesarzową i ku temu zapewne szły jej prośby, aby Herakliusz w swym testamencie ją ogłosił cesarzową do czasu uzyskania pełnoletności przez jednego z jej synów (tak też się stało, co oznacza że Herakliusz miał słabą wolę i łatwo ulegał presji - szczególnie ze strony niewieściej). Należy też dodać że Martyna była bardzo niepopularna wśród ludu Konstantynopola. Uważano ją za mącicielkę, która "zatruwa umysł" cesarza i powszechnie sądzono że choroby i śmierć w młodym wieku jej dzieci, są właśnie karą Bożą za to małżeństwo. Herakliusz Konstantyn również odczuwał niechęć Martyny w stosunku do jego osoby. Ona bowiem chciała aby to jej syn został cesarzem, natomiast młody Herakliusz był w tym przypadku konkurentem do władzy - tym groźniejszym że pierworodnym i mającym duże poparcie ludu oraz wojska. Nim jednak Herakliusz wydał swój testament (w którym ogłosił swoją wolę), na wschodzie Imperium Romanum zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy.




W 610 r. (czyli w roku, w którym Herakliusz objął władzę w Konstantynopolu i nad całym Imperium), w jaskini na szczycie góry Al-Hira w pobliżu Mekki w południowo-zachodniej Arabii, pewien kupiec wywodzący się z plemienia Kurajszytów, imieniem Abu Muhammad Abd al-Malik Ibn Hisham doznał niezwykłego objawienia. Ukazać mu się miał bowiem archanioł Gabriel (Dżibril), który miał mu przekazać przesłanie Boga powołującego go na proroka i nawołującego do tworzenia nowej religii. Jest to bardzo ciekawe zagadnienie nad którym chciałbym się tutaj na moment pochylić. Zacznijmy może od tego, co wiadomo o samym Mahomecie, wybranym przez owego archanioła do roli nowego proroka. Otóż Mahomet miał się urodzić w roku 570 w plemieniu Kurajszytów, których głównym miastem była Mekka. Jego ojciec - Abd Allah b. Abd al-Muttalib poślubił Aminah bint Wahb, ale według tradycji islamskiej tuż przed spłodzeniem Mahometa siostra Waraqah b Nawhala (potrafiącego czytać w języku aramejskim chrześcijańską Biblię), chciała go namówić do wspólnego spędzenia nocy, gdyż miała ujrzeć na jego czole świetlisty znak, zwiastujący nadejście proroka. Abd Allah jej jednak odmówił i poszedł do żony z którą spędził noc i spłodził Mahometa. Na drugi dzień jednak poszedł do siostry Nawhala i to on zaproponował jej wspólną noc, ale wówczas ona odmówiła. Ponoć ów świetlisty znak - który widziała dnia poprzedniego - zniknął z jego czoła. Są to muzułmańskie przepowiednie nadejścia proroka Mahometa, spisane w "sirach" czyli "listach") i mające w jak najpiękniejszy sposób ukazać przyszłego twórcę nowej religii. Ale warto się zastanowić po pierwsze jak to rzeczywiście wyglądało, mam tutaj na myśli owe spotkanie Mahometa z archaniołem Gabrielem w jaskini na górze Al-Hira? a po drugie kim mógł być ów archanioł? Aby tę zagwozdkę wyjaśnić, posłużyć się muszę channelingami i tym, co na temat Mahometa one mówią (miałem o tym napisać w temacie o "Historii Wszechświata", ale postanowiłem tutaj zdradzić rąbek tajemnicy, gdyż zanim w tamtej serii dojdę do Mahometa, to upłynie jeszcze wiele wody w rzekach 😉, tym bardziej że jeszcze nie doszedłem nawet do zatopienia owej Atlantydy i wyjaśnienia w jaki to sposób nastąpiło).


LUDY ARABI SPRZED ZJEDNOCZENIA PRZEZ ISLAM 



Ale po kolei, ojciec Mahometa zmarł jeszcze przed jego narodzinami. Po śmierci męża matka Mahometa - Aminah bint Wahb żyła w nędzy i sama zmarła gdy ten miał 6 lat. Młody chłopak po stracie rodziców trafił pod opiekę swego wuja - Abu Taliba, który był kupcem. Odtąd pomagał mu w pracy i uczył się zawodu, który miał pełnić. W wieku 25 lat poślubił on 35-letnią, majętną wdowę - Khadijah bint Khuwajlid, dzięki czemu miał już zapewnioną stabilizację finansową i nie musiał martwić się o pieniądze, zajmując się intratnym handlem (głównie z Syrią). Od tej chwili jego życie jest niezwykle monotonne i skupione głównie na pomnażaniu dochodów. Mahomet zaś - przed spotkaniem z Gabrielem w jaskini Al-Hira - niczym szczególnym się nie wyróżniał, ani też niczego nie dokonał, ot, wiódł po prostu zwykłe życie majętnego kupca z Mekki. I nagle stało się coś niezwykłego - doznał on objawienia i spotkał archanioła, który kazał mu założyć nową religię a jego samego ogłosił prorokiem. Czy aby na pewno? Otóż nie! Po pierwsze: na początku objawienia nie ma nigdzie wzmianki o tym, że postacią która się objawiła Mahometowi był archanioł Gabriel. Po drugie zaś, samo objawienie było czymś przerażającym dla Mahometa i to nie tylko ze względu na fakt spotkania się z istotą anielską, ale wręcz przeciwnie, Mahomet bowiem był przekonany że to, co ujrzał, jest sprawką dżinów - czyli złych duchów mącących ludziom w głowach (pamiętajmy bowiem że obraz dżina jaki wytworzył się w kulturze europejskiej od czasów opowieści o Alladynie, jest bajkową fikcją. Należy bowiem pamiętać że w tradycji arabskiej dżin nie był fajnym gościem wychodzącym z butelki, dżin to był twór demoniczny, zwodzący ludzi i niszczący ich od wewnątrz). Dopiero Khadijah - jego małżonka utwierdziła go w przekonaniu że to, co ujrzał, było spotkaniem z wysłannikiem samego Boga (czyli Allaha, bo w języku arabskim nie ma innego określenia na słowo "Bóg"). I dopiero po tych rozmowach z żoną Mahomet daje się przekonać że rzeczywiście został powołany do roli proroka i że jego celem jest nawrócić ludzkość na islam (jak to mówią - "Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" 🤭. Innymi słowy najbardziej opresyjna dla kobiet religia na naszym ziemskim padole, tak naprawdę została... stworzona przez kobietę).




Żyjący w VIII wieku Muhammad Ibn Ischak (autor biografii Mahometa), tak oto opisuje owe jego spotkanie z tajemniczą istotą: "W roku i w miesiącu Ramadan, w którym Bóg chciał udzielić łaskę bycia posłanym (prorokiem) Mahomet wyszedł i skierował się ku grocie Hira, co miał w swoim zwyczaju i jego rodzina była z nim. W nocy, podczas której Bóg chciał jemu powierzyć łaskę bycia posłanym jako prorok i udzielić swoje miłosierdzie ludziom, którzy stali się jego sługami dzięki misji (Mahometa), Gabriel przyszedł do niego, aby obwieścić rozkaz Boga. Wysłannik Allaha powiedział: Podczas gdy spałem, Gabriel przyszedł do mnie, trzymając płaszcz z brokatu, we wnętrzu którego był pewien napis. Powiedział do mnie: czytaj. Odpowiedziałem: co mam czytać? Naciskał na mnie tak mocno, że myślałem, że umarłem, potem mnie oswobodził i mówi: czytaj! Spytałem: co mam czytać? I po raz trzeci na mnie naciskał, tak, że myślałem, że umarłem i mi mówi: czytaj! Ja to powiedziałem tylko po to, aby mnie uwolnił ze strachu, że ponownie uczyni mi coś podobnego. Powiedział: Czytaj w imię twojego Pana, który stworzył. Który stworzył człowieka z przylegania. Czytaj, twój Pan będąc bardzo hojnym, który uczy przez ciszę i który uczy tego co on ignoruje. Wysłannik Allaha mówi: ja to przeczytałem. Potem skończył i się oddalił ode mnie. Obudziłem się i (te wersety) były zapisane w moim sercu. Wyruszyłem z tego miejsca, gdy byłem pośród gór usłyszałem pewien głos z nieba, mówiący: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. Podniosłem głowę ku niebu by spojrzeć i zobaczyłem Gabriela pod postacią człowieka mającego swoje stopy na horyzoncie nieba, mówiącego: O Mahomecie, ty jesteś Wysłannikiem Allaha, a ja jestem Gabriel. I zatrzymałem się tak, nie ruszając się ani w tę, ani w tamtą stronę". A teraz bliższa prawdy wersja żyjącego w IX wieku Muhammada Ibn Ismaila al-Buchariego: "Wysłannik Boga zaczął otrzymywać objawienia pod formą zwiastującego snu. Nigdy wcześniej nie śnił on w ten sposób, że byłoby to jako jasność dnia. Miał on skłonność do przebywania w samotności. Udał się on do groty Ḥira, przebywając tam przez kilka dni, aż do czasu gdy poczuł potrzebę zobaczenia swojej rodziny. U niej się zaopatrywał (w żywność) i wracał ponownie do groty. Udał się zatem do Khadîjah, aby zaopatrzyć się na kolejne dni wypoczynku duchowego, aż do czasu gdy otrzymał on prawdę w grocie Ḥira. Ukazał się mu Anioł (mówiąc): czytaj! (Mahomet) odpowiedział: nie umiem czytać. On chwycił mnie - powiedział Prorok - objął mnie dusząc, po czym mnie uwolnił i powiedział: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Ponownie mnie chwycił, objął dusząc, po czym mnie uwolnił mówiąc: czytaj! Odpowiedział (Mahomet): nie umiem czytać. Po raz trzeci, mnie chwycił, objął mnie dusząc i uwolnił mnie i powiedział: Czytaj w imię twojego Władcy, który stwarza, On stworzył człowieka z czegoś, na czym się zaczepił. Czytaj, dobroć twojego Władcy jest nieskończona!".

Jak widać w obu tekstach są pewne różnice. Po pierwsze Buchari mówi że Mahomet sam udał się do jaskini na górze Al-Hira, natomiast Ischak twierdzi że był tam wraz z rodziną (czyli ze swą żoną). Po drugie: Buchari twierdził że Mahomet był analfabetą, Ischak że potrafił czytać, tylko nie wiedział co ma przeczytać. Nie wiadomo jaka była prawda i czy Mahomet rzeczywiście był analfabetą, czy też nie. Wydaje się jednak że chyba musiał znać jakieś podstawy alfabetu, jako majętny kupiec było mu to przecież potrzebne chociażby do spisywania umów, natomiast teoria Bucheriego w tym przypadku wydaje się mało prawdopodobna, aczkolwiek jest bardziej wzniosła, gdyż człowiek który nie potrafił czytać i pisać po spotkaniu z wysłannikiem Boga nagle miał zapisane "w sercu" całe wersety i mógł je odtworzyć. Wielu - szczególnie chrześcijan - twierdziło i nadal twierdzi, że postacią z którą spotkał się Mahomet nie był wcale archanioł Gabriel, tylko... sam Szatan, który się pod Gabriela podszywał (stąd tak dosyć dramatyczne spotkanie i traumatyczne przeżycie z tym związane). A ja pozwolę sobie pominąć ten wątek i przejść bezpośrednio do tego, co jest zapisane w channelingach na temat spotkania Gabriela z Mahometem. Z tego co udało mi się odczytać i zrozumieć z owych przekazów, niestety nie mam stuprocentowej pewności kim była postać, z którą w jaskini na górze Al-Hira spotkał się Mahomet (czy też doznać miał owego objawienia), ale... 




Channelingi mówią, że w tej kwestii mocno zamącili ci, którzy już wcześniej stworzyli zarówno judaizm jak i przede wszystkim chrześcijaństwo. Czyli Tjehooba przy wsparciu Plejadian. Wiem że temat który rozpocząłem nie jest związany z wątkiem cywilizacji pozaziemskich, ale pisząc to, chciałbym też sam zrozumieć czy dobrze interpretuję pewne fakty, które są tam przedstawione (w channelingach). Otóż po powstaniu chrześcijaństwa i po wysłaniu na ziemię Tjehoobanina, który narodził się w ziemskim ciele i w tej cywilizacji pod imieniem Jezusa z Nazaretu, uznano że misja "Syna Człowieczego" realnie nie spełniła zakładanych na początku celów (pamiętajmy że cel tej misji był jeden, za to bardzo ważne Chrystus który narodził się w Betlejem od początku miał cel którym była śmierć za ludzkość, śmierć w celu podniesienia wibracji naszej planety a przede wszystkim duchowej odmiany nas samych, gdyż jeśli oddajesz swoje własne życie za drugą osobę, to jest to takie wyzerowanie wszelkich dotychczasowych energii nagromadzonych w ciągu całego życia, a w tym przypadku być może całych pokoleń, że następuje duchowe odrodzenie moralne i ono może przybierać bardzo różne formy. Przykładem niech będzie chociażby śmierć w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz ojca Maksymiliana Kolbego w sierpniu 1941 r. Przecież swoim poświęceniem ojciec Kolbe ocalił nie tylko życie tego człowieka który był pierwotnie wytypowany na śmierć, ale również całej jego rodzinie, to było nowe życie nowe dobro które on napełnił ich i ich bliskich i ich następców. A Chrystus był potężnym avatarem {jednym z takich znanych mi współczesnych równie potężnych postaci był chociażby Sai Baba}, kimś tak wielkim, że jego śmierć realnie odmieniła dzieje naszej cywilizacji, dzieje całej Ludzkości).




 Cel tamtej misji był  szczytny, chodziło bowiem o podniesienie wibracji zarówno planety Ziemia, jak i mieszkających na niej istot ludzkich w taki sposób, aby przestano się skupiać na materialistycznej religijności i zaczęto więcej miejsca poświęcać duchowości. Miało to (m.in.) przyśpieszyć uzyskanie samoświadomości Ludzkości i zrozumienia, iż nie jesteśmy sami we Wszechświecie (a przede wszystkim chodziło o to, żeby przekazać nam, że istnieje coś takiego jak Federacja Galaktyczna, i że Jego powrót - o którym mówił Chrystus, może nastąpić w sposób dla nas zupełnie nieoczekiwany i zupełnie nie taki, jak głoszą to kapłani. Będzie to bowiem powrót do świadomości "Dzieci Galaktycznych", do zbiorowej społeczności Istot naszego Wszechświata, ale wydarzy się na to na drodze ponownej duchowej odnowy. Spójrzmy bowiem jak bardzo zmieniła się mentalność nas samych od czasów nawet nie tyle średniowiecza, co chociażby wieku XIX. Obecnie wszystko mocno przyspieszyło i siły które chcą nas zniewolić - a takie są i są potężne, chociaż nie na tyle żeby zwyciężyć - doskonale o tym wiedzą starają się nie dopuścić do tego co ma ostatecznie nastąpić z naszym duchowym odrodzeniem). Ostatecznie uznano że misja ta zakończyła się niepowodzeniem. Owszem, osiągnięto pewne rezultaty, ale były one niewystarczające i niezadowalające dla tych, którzy to rozpoczęli. Wydaje mi się jednak że spotkanie jakie przeżył Mahomet na górze al-Hira, nie miało żadnego związku ani z Plejadami (głównymi sprawcami zatopienia Atlantydy) ani z Tjehooba. Nie jest to wyjaśnione, więc są to jedynie moje domysły, ale wydaje mi się że w tej materii zadziałali dawni Nibiruanie, którym misje Plejadian i innych członków Federacji Galaktycznej niezbyt przypadły do gustu. Prawdopodobnie więc spotkanie w jaskini było sennym przekazem wysłanym właśnie przez Nibiruani, którzy kiedyś władali całym regionem dzisiejszego bliskiego Wschodu (wojny piramidowe etc. etc.), a potem przez pojawienie się Jezusa z Nazaretu wiele z tych rzeczy utracili (a raczej utracili nad tym kontrolę, jaką starali się sprawować pomimo fizycznego opuszczenia Ziemi, pozostawiając tutaj na kluczowych stanowiskach królów i władców swoje potomstwo - ród Adama). Jestem więc przekonany że to była ich sprawka (wszystko praktycznie wskazuje na ich rolę w tym procesie, zresztą opowiem jeszcze jak podzielili świat pomiędzy swoje potomstwo - zarówno to nibiruańskie jak i to ziemskie - i jak pragnęli utrzymać dominację. Zresztą w trakcie owego objawienia było przykazane, że ów archanioł stwierdził iż występuje w imieniu Pana, stworzyciela człowieka - a kto był stworzycielem ADAMU? 🤔), ale zarówno Plejadianie jak i Tjehooba też mocno tutaj zakręcili (lecz jak to dokładnie wyglądało, o tym opowiem już w temacie Historii Wszechświata).


CDN.

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. VI

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I
DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. VI





U BOKU OJCA
Cz. IV



"Życie nas wszystkich, jak gdyby kierowane przez któregoś z bogów porusza się w kręgu dobra i zła, na przemian, przez cały czas"

Diodor
(czyli zmienność ludzkiego losu, między powodzeniem a niepowodzeniem)



 Tymczasem, gdy Antygon Jednooki pokonał w bitwie na równinie orkińskiej w połowie 320 r. p.n.e. armię Eumenesa a jego samego zamknął i obległ w twierdzy Nora w górach Taurus, wszystkie swe siły skierował teraz przeciwko dwóm pozostałym towarzyszom Perdikkasa - Alketasowi i Attalosowi. Nieprzyjaciel był podzielony (Alketas stacjonował wówczas w Pizydii, zaś Attalos z flotą i zwerbowaną przez siebie armią przebywał w fenickim Tyrze), co stwarzało szansę na łatwe i szybkie zwycięstwo (Antygon jednak nie wiedział że Attalos zdołał się już połączyć z wojskiem Alketasa). Po przejściu ponad 450 km z Kapadocji do Pizydii (maszerując w dzień i w nocy, a robiąc jedynie krótkie postoje na odpoczynek dla koni i posiłek - co mocno wyczerpało jego armię), po siedmiu dniach i siedmiu nocach Antygon dotarł do Kretopolis - miasta założonego jeszcze przez Aleksandra Wielkiego i zasiedlonego przez kolonistów z Krety. Pomimo wyczerpania spowodowanego forsownym marszem, Antygon zdołał zyskać element zaskoczenia i zajął strategicznie ważne wzgórze, nim w ogóle Alketas i jego żołnierze zdołali rozeznać się w sytuacji. Zaskoczenie było całkowite, ale brat Perdikkasa nie stracił zimnej krwi, od razu też rzucił swoją jazdę (którą dowodził osobiście), aby ta odbiła wzgórze - tak oto rozpoczęła się bitwa pod Kretopolis.




Hetajrowie Alketasa (pomimo tego iż byli konno) mieli utrudnione zadanie, gdyż musieli atakować pod górę, tam zaś czekała już na nich ustawiona do boju i najeżona długimi sarissami (niczym igłami jeża) falanga Antygona. Rozpoczęła się więc krwawa walka i po obu stronach padło wielu zabitych oraz rannych (był koniec 320 r. p.n.e.). Wówczas Antygon rzucił do boju 6000 swojej jazdy, celem odcięcia jazdy Alketasa od głównego zaplecza i to się im udało. Teraz hetajrowie Alketasa (z nim samym na czele) wpadli w pułapkę Antygona i zostali odcięci od swojej piechoty. Widząc że nie ma możliwości ocalić swej jazdy przed nieuniknioną zagładą (atakowani byli bowiem z dwóch stron - z przodu, gdzie atak był łatwiejszy dla obrońców jako że atakowali z góry i od tyłu, oraz z boku), Alketas wydostał się z pola bitwy, porzucił swoich konnych żołnierzy i dotarł do obozu piechoty. Nim jednak zdołał Alketas ruszyć ponownie do ataku celem odciążenia swej jazdy walczącej na wzgórzu, Antygon posłał do boju swoje siły pancerne (tzw.: pancerne wojska starożytności) czyli słonie bojowe, o których nieprzyjaciel nie wiedział. Zresztą armia Alketasa była znacznie mniej liczna, posiadał bowiem zaledwie 16 000 żołnierzy i jakieś 900 konnych hetajrów, natomiast Antygon miał do dyspozycji armię złożoną z 40 000 żołnierzy i 7000 konnych. Gdy więc słonie Antygona natarły na falangę piechoty Alketasa, jego żołnierze zaczęli ustępować (w obawie przed zmiażdżeniem przez te zwierzęta), tym samym czyniąc wyłomy we własnej formacji. Bitwa zaczęła zamieniać się w masakrę sił Alketasa, część jego żołnierzy poddała się lub dostała do niewoli (w tym sam Attalos, jego młodszy brat Polemon - który dwa lata wcześniej próbował przeszkodzić Ptolemeuszowi w przejęciu ciała Aleksandra Wielkiego, co mu się ostatecznie nie udało - oraz Diokimos). Natomiast Alketas z częścią swej piechoty uszedł z bitwy i przedostał się do miasta Termessos (ok. 35 km na północny zachód od miasta Antalei - dziś Antalyi) i tam szukał schronienia.




Tymczasem po ucieczce Alketasa jego żołnierze złożyli broń, a zwycięski Antygon obiecał im nie tylko darowanie życia, ale zdobycie nowych łupów, jeśli tylko dołączą do jego armii. Tak też się stało. Natomiast mieszkańcy Termessos (którym wcześniej Alketas wyświadczył wiele dobrego, podobnie zresztą jak i innym mieszkańcom Pizydii), teraz klęli się na swój własny honor i na nieśmiertelnych bogów, że za żadne skarby nie wydadzą go Antygonowi. Jednak gdy Antygon ze swą armią stanął obozem pod Termessos i zażądał wydania zbiegów, wielu starszych wiekiem mieszkańców miasta (z których składała się rada miejska) postanowiło wydać Alketasa aby uniknąć zniszczenia miasta przez wojska Antygona. Przeciwko temu zaprotestowała młodzież, twierdząc że złamanie danego słowa będzie nie tylko obrazą bogów, ale wręcz wyrzeczeniem się wszelkich oznak męstwa i honoru z czego ponoć słynęli mieszkańcy Pizydii. Starsi próbowali tłumaczyć że siły Antygona liczą kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, zaprawionych w bojach macedońskich falangitów, natomiast obywateli Termessos jest zaledwie 6000 mężczyzn (kobiet było zapewne drugie tyle, ale kobiet wówczas nie wliczano do liczby obywateli miast), czy warto więc dla jednego Macedończyka ryzykować zagładę miasta? Młodsi jednak stwierdzili że jeśli Alketas zostanie wydany, oni wyrzekną się swych rodziców i opuszczą miasto. Rada miejska nocą i w tajemnicy wysłała więc posła do Antygona, zgadzając się wydać mu Alketasa, ale w taki sposób, aby podejrzenie nie padło na nich. Członkowie rady oczywiście nie wiedzieli na ile szantaż młodych był prawdziwy. Gdyby bowiem mieli oni opuścić miasto, byłaby to katastrofa dla Termessos, gdyż oznaczałoby to wyludnienie i upadek tego grodu. Z drugiej jednak strony młodzi musieliby szukać sobie innego miejsca do zamieszkania, co nie było wcale łatwe (pisałem już kiedyś z jaką niechęcią Grecy przyjmowali uchodźców i uciekinierów z innych polis, a Termessos - choć leżące w Pizydii, było miastem greckim). Starsi poprosili więc Antygona aby przez kilka dni atakował miasto (a przynajmniej udawał że tak czyni), co by spowodowało, że młodzi musieliby stanąć do walki w obronie swego grodu. Ostatecznie Antygon miał się wycofać, pozorując ucieczkę, a w tym czasie oni (czyli starsi) mieli mu dostarczyć Alketasa - żywego lub martwego. Tak też się stało, Antygon rozpoczął pozorowany atak na miasto, zmuszając młodych do podjęcia obrony i wyjścia poza mury. W tym czasie starsi - wspomagani przez niewolników - zamierzali pochwycić Alketasa, co im się ostatecznie nie udało, ponieważ ten, widząc co się dzieje i nie chcąc być wydanym w ręce Antygona, popełnił samobójstwo. Jego ciało złożono w lektyce, przykryto płaszczem i boczną bramą (tak, aby nie dosięgnął ich wzrok obrońców) zanieśli je Antygonowi. Ten zaś - gdy otrzymał już to, czego żądał - wycofał wojsko i zawrócił.




Radość młodych z odniesionego "zwycięstwa" nie trwała jednak długo. Gdy bowiem przybyli do miasta i dowiedzieli się o śmierci Alketasa, zapałali potwornym gniewem w kierunku swych własnych ojców. Zarzucając im zdradę i złamanie przysięgi danej bogom, gotowi byli podpalić całe miasto z żalu za tak perfidne świętokradztwo. Gdy więc zapalili pochodnie i ruszyli by palić domostwa swych ojców, jedynie prośby ich matek, sióstr i żon powstrzymały młodych przed popełnieniem owego czynu. Nie chcąc jednak przebywać w tym przeklętym przez bogów mieście, opuścili je i przez kolejne miesiące pałali się swoistą partyzantką, napadając na mniejsze oddziały armii Antygona. Po jakimś czasie odnaleźli gnijące już i porzucone w polu ciało Alketasa, które nosiło ślady licznych cięć i podpaleń (gdyż Antygon poddał je trzydniowym torturom, odkrawając poszczególne części ciała Alketasa i paląc je, a następnie wyrzucając resztę zwłok bez należytego pogrzebu). Wyprawili mu pogrzeb i oddali należną cześć jako swemu dobroczyńcy (jak wspominałem wyżej, Alketas uczynił mieszkańcom Pizydii wiele dobrego i dlatego był tutaj dobrze pamiętany). Antygon zaś wycofał się do Kretopolis, gdzie przebywał przez kilka kolejnych miesięcy roku 319 p.n.e. Tam też przybył do niego z Pelli niejaki Arystodemos z Miletu (Grek, który był jednym z najbardziej zaufanych współpracowników i prawdopodobnie również przyjaciół Antygona Jednookiego), informując go o śmierci regenta Antypatra i przejęciu władzy regencyjnej przez Poliperchona (o czym pisałem w poprzednich częściach tej serii). Ta nominacja była na rękę Antygonowi i pomimo iż poparł Kassandra (syna zmarłego Antypatra) jako nowego regenta (który pełnił dotąd funkcję chiliarchy - czyli dowódcy tysiąc osobowej gwardii pieszej), to właśnie w Poliperchonie widział nadzieję na wykrojenie dla siebie własnego królestwa w Azji. Zamierzał teraz otoczyć się przyjaciółmi tworząc z nich wiernych wasali i obdarzając ich tytułami oraz przydziałami ziemi po to, aby zbudować nową elitę nowego królestwa rodu Antygonidów (dlatego też zaproponował sojusz i złożenie przysięgi wierności przez Eumenesa, zamkniętego w twierdzy Nora, o czym pisałem w poprzedniej części). Tworząc wiernych wasali, chciał zapewnić tron sobie i swemu synowi - młodemu Demetriuszowi, tym samym wyrzekając się wierności dotychczasowym królom Macedonii.




Eumenes jednak go przechytrzył. Złożył co prawda przysięgę wierności, ale przede wszystkim była ona skierowana do królów (i do Olimpias - matki Aleksandra Wielkiego) a Antygon był tam wymieniony niejako przy okazji. Potem Eumenes sprzymierzył się z Poliperchonem i zajął skarbiec królewski mieszczący się w mieście Kyinda w Cylicji, oraz dowództwo nad oddziałem Srebrnych Tarcz - elitarnej formacji pamiętającej czasy Filipa II (bowiem wiek większości żołnierzy tej formacji wynosił więcej niż czterdzieści lat). Eumenes jasno się więc opowiedział jako przeciwnik (a nawet wróg) Antygona i jego wielkich królewskich planów. Nim jednak doszło do nowej walki pomiędzy tymi dwoma wodzami, Antygon musiał jeszcze zająć się pewną kwestią która się w tym czasie pojawiła, a mianowicie satrapa Frygii Hellesponckiej - Arridajos, zdając sobie sprawę z zamiarów Antygona, również postanowił zadbać o swój interes i wprowadzić własne załogi wojskowe do kluczowych miast Frygii, które dotąd były miastami wolnymi, a jednym z takich miast (największym i najważniejszym) było Kyzikos, leżące nad Propontydą (dziś jest to Morze Marmara, leżące pomiędzy cieśninami Bosfor i Dardanele, które w starożytności nosiły nazwy: Bosfor Tracki i Hellespont). Kiedy więc Arridajos udał się tam, prowadząc ze sobą 10 000 najemników pieszych, 1000 macedońskich falangitów i 500 perskich łuczników oraz procarzy, a także wszelkiego typu machiny oblężnicze do zdobywania miast, natychmiast przystąpił do oblężenia tego dużego grodu i zażądał od mieszkańców zgody na wprowadzenie w mury swojej załogi. Atak Arridajosa był całkowitym zaskoczeniem dla mieszkańców Kyzikos i to do tego stopnia, że większość z nich w tym czasie przebywała poza murami miasta. Nie mogli oni teraz dostać się do środka aby stanąć w jego obronie, ale jednocześnie nie zamierzali tracić suwerenności i godzić się na żądanie satrapy Frygii (Kyzikos było jednym z greckich wolnych miast nie należących do macedońskich satrapii stworzonych po upadku Imperium Perskiego). Wysłali więc do Macedończyka swych posłów, twierdząc, że gotowi są uczynić wszystko, czego sobie Arridajos zażyczy, poza wpuszczeniem w obręb murów macedońskiej załogi. Potajemnie zaś gromadzili młodych, a zdatnych do walki mężczyzn i chłopców, oraz uzbrajali niewolników, obsadzając nimi mury miejskie.




Celowo też przeciągali narady z Arridajosem, twierdząc że jego żądanie wprowadzenia wojska macedońskiego w obręb murów musi być zaakceptowane przez radę miejską, a nie wszyscy jej przedstawiciele znajdują się w obrębie miasta, dlatego też uzyskali zgodę Arridajosa na ich sprowadzenie z powrotem do grodu. Spuścili więc swe okręty na wody Propontydy i zbierali po okolicy wszystkich rozproszonych obywateli swego miasta, szczególnie tych, zdolnych do walki. Wysłali też prośbę o pomoc do Bizancjon (innego dużego greckiego wolnego miasta na Propontydzie - późniejszego Konstantynopola a obecnego Stambułu), które przysłało wsparcie w postaci machin miotających kule. W ciągu dosłownie kilku dni od pojawienia się Arridajosa, Kyzikos było gotowe do odparcia jego ataku, a poza tym miasto było doskonale naturalnie przygotowane do obrony, zabezpieczone przed atakiem od północy, wschodu i zachodu a jedynie podejście południowe dawało jakieś szanse atakującym, ale też tylko w sytuacji wyzyskania elementu zaskoczenia, które w tym momencie zostało zaprzepaszczone. Ostatecznie więc odmówili Arridajosowi wpuszczenia jego załogi w obręb murów swego grodu, a ten, widząc że miasto jest doskonale przygotowane do długiej obrony, zrezygnował z dalszego oblężenia, zwinął obóz i wrócił do swojej prowincji. O wydarzeniach spod Kyzikos wkrótce dowiedział się Antygon, który przebywał wówczas w swej ulubionej frygijskiej miejscowości - Kelajnaj (potem miasto to ok. 300 r. p.n.e. otrzyma nazwę Apamea, nadaną mu przez Antiocha I Sotera, syna Seleukosa - jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego. Antioch nazwie tak owe miasto na cześć swej matki Apamy. W 188 r. p.n.e. w Apamei podpisany zostanie pokój pomiędzy Rzymem a Imperium Seleucydów po przegranej przez Antiocha III Wielkiego w wojnie z rzymską Republiką). Antygon natychmiast zebrał 20 000 żołnierzy piechoty i 3000 jazdy i z tymi siłami ruszył na odsiecz Kyzikos, ale dotarł w chwili, gdy sił Arridajosa nie było już pod miastem. Oczywiście zapewnił mieszkańców o swym poparciu i prawie Kyzikos do suwerenności, a następnie wysłał posłów do Arridajosa i oskarżył go iż ośmielił się zaatakować greckie miasto, które w niczym nie zawiniło. Oskarżył go tym samym o zdradę i próbę stworzenia własnego władztwa (czyli o to samo do czego dążył sam Antygon), nakazał mu też opuścić satrapię frygijską, wybrać sobie jedno z miast i tam osiąść do końca życia, by w spokoju i z dala od polityki wieść dostatnie życie. Arridajos, wysłuchawszy żądań Antygona, wpadł w gniew i o mały włos nie skazał posłów - którzy przynieśli taką wiadomość - na podobną karę, na jaką zaraz po śmierci ojca w sierpniu 320 r. p.n.e skazał Kassander posłów z Aten - Demadesa i jego syna Demeasa (których w więzieniu zasieczono kijami na śmierć za to tylko, że w imieniu Aten zażądali wycofania się macedońskiej załogi z twierdzy Munichia, leżącej w Pireusie nieopodal Aten. Nie wspominałem o tym, gdyż temat ten bezpośrednio nie dotyczył ani Antygona ani też jego syna Demeteriusza, który jest tutaj głównym bohaterem tej części).

Arridajos w tej sytuacji uznał się za wroga Antygona i wysłał swoich posłów do twierdzy Nora w której zamknięty był wówczas Eumenes, proponując mu sojusz a także uwolnienie z oblężenia. Nim jednak do tego doszło, Antygon uderzył pierwszy i zmusił Arridajosa do zamknięcia się w mieście Kios, które obległ (319 r. p.n.e.). Antygon jednak nie zamierzał tracić czasu na oblężenie zamkniętego Arridajosa (w tym czasie pokonał już dwóch swoich wrogów - Alketasa i Attalosa, ten drugi przebywał w jego niewoli, dwóch pozostałych zamknął w twierdzach i odciął, jednego w Kios a drugiego w Norze) i postanowił w tym czasie zawalczyć o poszerzenie własnego władztwa na obszarze Azji Mniejszej, atakując satrapię Lidii należącą do Klejtosa. Ten jednak, mając mniej żołnierzy, nie zamierzał się bronić, a wsiadłszy na okręt popłynął do Macedonii, aby tam na miejscu poskarżyć się królom i Poliperchonowi na samowolne poczynania Antygona w Azji. Antygon zaś (przy pomocy kilku obywateli miasta) zajął podstępem Efez, a gdy przybył tam z Cylicji Ajschylos z Rodos, wioząc na czterech okrętach 600 talentów srebra, które wiózł dla królów do Macedonii, Antygon skonfiskował mu te środki twierdząc, że sam musi opłacić armię i potrzebuje na to pieniędzy. Zasilony tymi środkami szybko przejął pozostałe miasta Lidii i podporządkował je swej władzy. Jednak wzrastająca pozycja Eumenesa jako realnego przeciwnika Antygona, była dla niego policzkiem, dlatego też postanowił zdyskredytować Eumenesa w oczach armii, nim dojdzie do pierwszego starcia pomiędzy ich siłami. Niczego jednak Antygon nie osiągnął, bowiem i w tym przypadku szczęście jakie nie odstępowało Eumenesa od dłuższego czasu, raz jeszcze mu dopomogło.




Eumenes był zbyt silny, jego armia rosła w siłę, a poza tym odznaczał się opieką bogów (czyli innymi słowy sprzyjało mu szczęście, a do takich zawsze chętniej garneli się żołnierze, zdając sobie sprawę że nawet w przypadku niepowodzenia przy wsparciu losu - bogów - i tak wyjdą na swoje). Co prawda Eumenes był Grekiem a nie Macedończykiem, ale i tę przeszkodę zdołał pokonać, przekonując dowódców Srebrnych Tarcz (Antygenesa i Teutamosa) że tak naprawdę to objawiony w jego śnie król Aleksander dowodzi armią. To wszystko razem wzięte stwarzało poważne niebezpieczeństwo dla planów wykrojenia sobie własnego królestwa przez Antygona, dlatego ten czym prędzej postanowił działać. Nawiązał sojusz z satrapą Egiptu - Ptolemeuszem, aby ten wsparł go w działaniach przeciwko Eumenesowi, na którym wciąż przecież wisiał wyrok śmierci (którego notabene jednym z gwarantów wykonania był właśnie Ptolemeusz). Ptolemeusz zaś był człowiekiem który nie angażował się w walkę o władzę regencyjną w Imperium stworzonym przez Aleksandra. Jemu nie zależało na regencji, na byciu pierwszym u boku królów. On pragnął tylko jednego - własnej prowincji z której mógłby uczynić swoje dziedziczne królestwo i władać nim jako władca absolutny (zgodnie z późniejszym powiedzeniem Juliusza Cezara, że lepiej być pierwszym w najmniejszej wiosce, niż drugim w Rzymie). Do tego zaś celu doskonale nadawał się Egipt, dawny kraj faraonów, którego lud doskonale nauczył się służyć kolejnym władcom, jako żyjącym odpowiednikom bogów na ziemi. Egipt był więc doskonałym miejscem na założenie przyszłej dynastii, dlatego też cele polityczne Ptolemeusza były zbieżne z celami Antygona, który również pragnął wykroić sobie własne królestwo w Azji Mniejszej, Syrii czy nawet w Mezopotamii. Co prawda w 319 r. p.n.e. Ptolemeusz zajął zbrojnie Palestynę i Syrię, zdając sobie sprawę że z tych ziem może nadejść atak na Egipt - czyli jego domenę, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia, Antygon władał Azją Mniejszą, Ptolemeusz Egiptem i Syrią, natomiast zagrożeniem dla obu był wspierany przez regenta Poliperchona i królową-matkę Olimpias ambitny Grek - Eumenes z Kardii.




CDN.

28 sierpnia 2026

POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ! - Cz. II

CZYLI O TYM, 
JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE
PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, 
WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO
ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ
POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI


VARIA
Cz. II




 Należy pamiętać, że odrodzenie Polski miało od początku służyć celom państw zaborczych. 25 marca 1915 r. przewodniczący Związku Wszechniemieckiego Friedrich von Schwerin, opracował memorandum dla rządu niemieckiego, dotyczące powiększenia niemieckiego terytorium po zwycięskiej wojnie i jego zagospodarowania i zasiedlenia. Pisał w nim m.in.: "W ramach niemieckiego programu oskrzydlenia Rosji Niemcy muszą poszerzyć swoją strefę wpływu na terenach wschodnich. Jako środek do osiągnięcia tego celu może posłużyć "polskie państwo buforowe" pod niemiecką hegemonią (...) Zgodnie z tym będzie przebiegać zasiedlanie zdobytych terenów kolonizatorami niemieckimi po spełnieniu następujących warunków: a) opróżnienie tych obszarów z ludności polskiej, b) sprowadzenie niemieckich osadników z Niemiec i Rosji (...) c) oddzielenie zgermanizowanym pasem granicznym Polaków z Prus od pozostałych Polaków i ich asymilacja, d) wypłacenie przez polskie państwo buforowe odszkodowań wysiedlonym polskim rolnikom. Zasiedlenie nowo zdobytych obszarów na wschodzie, obok korzyści politycznych, strategicznych i gospodarczych, ma się także przyczynić do zmniejszenia problemów społecznych w samych Niemczech, które jednocześnie poszerzą swoją "bazę" kontynentalną, osiągając pozycję mocarstwową na świecie".

I w tym właśnie kierunku szły kolejne niemieckie memoranda, jak choćby to z 31 lipca 1915 r. opracowane przez przemysłowca Gustava Kruppa (stojącego na czele potężnego koncernu stalowego, produkującego głównie sprzęt przeznaczony na potrzeby wojenne). Uznał on bowiem że po zwycięstwie Niemcy nie powinny organizować żadnej międzynarodowej konferencji pokojowej, tylko po prostu każdemu krajowi podyktować własne warunki zawarcia pokoju. W swoim memorandum pisał on również tak: "Wszyscy Niemcy, którzy są rdzeniem Europy, muszą się jak najsilniej zjednoczyć, aby Europie przewodziła kultura niemiecka. Wykorzystując czynniki polityczne i wojskowe, zapewnić, aby Niemcy w nieodległej przyszłości już nie mogły zostać oskrzydlone (...) Utworzenie na wschodzie samodzielnej Polski jako państwa buforowego, którego pierwotne tereny nadal pozostaną w posiadaniu Prus (...) Obce narody zamieszkujące tereny przylegające i przywłaszczone nie mogą mieć praw wyborczych do sejmu Rzeszy, a ich liczba zostanie zmniejszona poprzez opanowanie tych terytoriów oraz zniemczenie tamtejszej ludności". Prócz tego miała zostać utworzona unia celna zwycięskich Wielkich Niemiec z innymi państwami, takimi jak: Austro-Węgry, Szwajcaria, Dania, Szwecja, Norwegia, Finlandia, Holandia (Belgia miała zostać wcielona do Rzeszy, wraz z północnym wybrzeżem Francji i terenami na zachód od Wogezów), państwa bałkańskie, państwa bałtyckie i odtworzone kadłubowe i ściśle kontrolowane przez Berlin organizmy państwowe, takie jak Polska, Ukraina i Białoruś.

Było to bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Mitteleuropy, wydanej w formie książkowej w październiku 1915 r. przez Friedricha Neumanna (polityk, bankier i redaktor pisma "Mitteleuropa"). Koncepcja ta nie była jedyną, bowiem należy chociażby wymienić jej wcześniejsze odsłony, jak choćby koncepcja geopolityczna Hermanna Wagnera z 1883 r. koncepcja Paula de Lagarde z 1886 r. (twórcy pojęcia iż pokój w Europie mogą zapewnić tylko potężne Niemcy, sięgające od Ems do Dunaju i od Dźwiny do Triestu), Josepha Partsha z 1904 r. (prawdziwego twórcy pojęcia Mitteleuropa), Alfreda Hettnera z 1907 r. czy Rudolfa Tannenberga z 1911 r., który w swej książce "Gross Deutschland" przedstawił najobszerniejszy teren niemieckiej kontroli w ramach Mitteleuropy, sięgający od północnych i zachodnich granic Francji, przez Szwajcarię, Austrię i Węgry, całe Bałkany (bez Grecji), kończąc na państwach bałtyckich i podchodząc prawie pod Moskwę. Jednak to właśnie praca Friedricha Neumanna stała się najbardziej popularna i nadała nazwę całej tej geopolitycznej koncepcji. Neumann twierdził bowiem, że centrum Mitteleuropy winny być Niemcy i Austro-Węgry, to był swoisty "trzon rdzeniowy" całej koncepcji. Dalej zaś wchodziły takie kraje jak Polska (kadłubowe tereny Królestwa Kongresowego), Holandia, Belgia i Luksemburg (dwa ostatnie kraje przyłączone do Rzeszy), cała Francja, Włochy, Szwajcaria, Serbia, Rumunia, Grecja, Dania, Szwecja i Norwegia, innymi słowy prawie cała Europa, przy czym takie kraje jak Bułgaria czy Turcja miały być "sprzymierzone", co oznacza iż również poddane politycznej i gospodarczej presji Niemiec. W sytuacji jednak klęski Państw Centralnych w I Wojnie Światowej koncepcje te musiały zostać odłożone. 


TAK MOGŁABY WYGLĄDAĆ EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE NIEMIEC W I WOJNIE ŚWIATOWEJ







Podobnie było z Rosją. Już 14 sierpnia 1914 r. głównodowodzący armii rosyjskiej wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał manifest skierowany do Polaków, w którym była obietnica połączenia wszystkich trzech rozdartych części Polski w jedno, pod berłem cesarza rosyjskiego ("Niechaj się zatrą granice rozcinające na części Naród Polski. Niech Naród Polski połączy się w jedno ciało pod berłem Cesarza Rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska, swobodna w swej wierze, języku i samorządzie"). Były to jednak same propagandowe frazesy bez żadnych konkretów, tym bardziej że szybko wielki książę uznał za stosowne wysłać specjalny okólnik dla gubernatorów, w którym wyjaśniał że słowa o "swobodnej Polsce" nie dotyczyły ziem "priwislinija" (czyli terenów Kongresówki), a jedynie ziem dopiero zdobytych na Niemcach i Austriakach. Mimo nawet takiej deklaracji, głównodowodzący armią spotkał się z powszechną krytyką w samym rządzie rosyjskim, gdzie wielu ministrów uznało, że w swych obietnicach dla Polaków posunął się "zbyt daleko". W listopadzie 1914 r. minister spraw zagranicznych Rosji - Siergiej Sazonow, przedstawił projekt rozwiązania kwestii polskiej po zakończonej wojnie. Stwierdził tam iż Królestwo Polskie zostanie "zjednoczone" z ziemiami zaboru pruskiego i austriackiego tylko po to, aby powiększyć obszar samej Rosji. Nie było mowy o żadnej autonomii Królestwa, jedynie co, to ofiarowywał w miarę autonomiczny samorząd do rad gminnych, powiatowych, gubernialnych i do rady ogólnokrajowej. Przy czym kompetencje polskiego samorządu miały ograniczać się jedynie do kwestii wyznaniowych, oświatowych i gospodarczych. Język polski oficjalnie byłby zrównany z rosyjskim w szkołach i urzędach, ale w specjalnym aneksie zalecał on aby uczyć polskiego jedynie na poziomie szkół podstawowych, zaś w szkołach średnich i wyższych miał już obowiązywać jedynie rosyjski, jako "bardziej cywilizowany".

Ten projekt również upadł, ponieważ znów w rządzie uznano iż idzie zbyt daleko i daje Polakom zbyt duże "przywileje". Tak więc przez cały okres wojny, aż do upadku caratu w 1917 r. Rosja nie wyraziła zgody na żadne ustępstwa w kwestii autonomii Królestwa Polskiego. Zmroziła ich też wspólna proklamacja cesarzy Niemiec i Austro-Węgier z 5 listopada 1916 r., mówiąca o powstaniu "samodzielnego państwa polskiego z ziem panowaniu rosyjskiemu wydartych". Była to realnie deklaracja samodzielności (choć nie niepodległości) przyszłego Królestwa Polskiego, stworzonego pod egidą Berlina i Wiednia, co nie mieściło się w świadomości polityków rosyjskich. Nic więc dziwnego że szybko (14 listopada) wydano nową proklamację, potwierdzającą obietnicę przyznania autonomicznego samorządu Kongresówce i jednocześnie atakowano Akt 5 listopada. Nie było jednak odwrotu, gdyż aby przekonać Polaków do siebie, należało im dać "coś więcej". Dlatego też już w grudniu 1916 r. nowy premier - Aleksander Trepow roztoczył w Dumie wizję: "Polski wolnej w jej granicach etnograficznych", którą następnie potwierdził car Mikołaj II w swym rozkazie z 25 grudnia tego roku, obiecując powstanie "Polski wolnej i zjednoczonej ze wszystkich części dotychczas rozdzielonych". Te deklaracje nie miały już jednak żadnego znaczenia, gdyż w Rosji już zaczynała się wrzawa rewolucyjna (na którą wielu czekało z utęsknieniem, jak choćby... Piłsudski, który do swoich towarzyszy broni jeszcze w 1915 r. mówił: "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia"), oraz w sytuacji klęski militarnej Niemiec i Austro-Węgier na froncie zachodnim. Jedni i drudzy pragnęli tylko wykorzystać pomoc polskiego rekruta, dając jakieś mgliste obietnice bez realnej możliwości (a często i chęci) ich spełnienia, jednocześnie w zamian domagając się walki i poświęcenia w imię swoich monarchów.


EUROPA PO ZWYCIĘSTWIE ROSJI 
W I WOJNIE ŚWIATOWEJ 
(Ta pierwsza to autentyczna rosyjska mapa z 1914 r pokazująca tereny o które w tej wojnie walczy Rosja)





Ciekawą jest chociażby rozmowa profesora Stanisława Głąbińskiego, przeprowadzona z ministrem spraw zagranicznych Austro-Węgier hrabią Leopoldem Berchtoldem jeszcze w lipcu 1914 r. czyli na kilka dni przed wybuchem I Wojny Światowej. Hrabia Berchtold zapytał Głąbińskiego (który pojechał ze Lwowa do Wiednia, pragnąc uzyskać od rządu Austro-Węgier gwarancje odbudowania państwa polskiego po zakończonej wojnie) już na początku rozmowy: "Czy już wszystko przygotowane dla rozpoczęcia powstania?", na co zdziwiony Głąbiński zapytał: "Nic nie wiem o powstaniu, o jakim powstaniu Ekscelencja mówi?", "Przecież o powstaniu na tyłach armii rosyjskiej" - odparł Berchtold, na co Głąbiński: "Takiego powstania nie będzie!". "Ależ na Boga, co Ekscelencja mówi! Takie powstanie być musi, zostało mi święcie przyrzeczone, ja przyjąłem wobec sztabu stanowcze zobowiązanie, sztab na nie liczy!", na co Głąbiński: "Nie wiem, kto Panu mógł coś podobnego przyrzec. W każdym razie był to jakiś człowiek niesumienny wobec narodu i wobec nas samych", "Dlaczego?" - zapytał Berchtold, "Bo sumienny Polak nie mógłby do tego dopuścić, aby za cenę chwilowego wstrzymania armii rosyjskiej narazić swój lud na wytępienie, a kraj na zniszczenie z zemsty". Berchtold złapał się za głowę: "Ale to nie może być, na to już wszyscy rachują. Zaprosiłem tu w tym celu nuncjusza, czeka w drugim salonie. Niech Ekscelencja z nim pomówi! (...) Przecież Polacy są katolikami. Mamy pomoc papieża", "My jesteśmy katolikami, ale to nie może mieć wpływu na wywołanie powstania". 



DZIAŁANIA NIEMIECKIE
1918-1922
Cz. I





"W CHWILI OBECNEJ NIE MAMY 
ŻADNEGO GORSZEGO WROGA"

gen. HANS von SEECKT 
Dowódca REICHSWEHRY
Luty 1920 r.



Po podpisaniu aktu zakończenia wojny (który w rzeczywistości był aktem kapitulacji kajzerowskich Niemiec) 11 listopada 1918 r. w wagonie kolejowym we francuskiej miejscowości Compiegne, tego samego dnia w Warszawie (i w wielu innych miastach dawnej Kongresówki) rozpoczęło się rozbrajanie Niemców. Niemiecki garnizon warszawski liczył sobie 12 000 żołnierzy, jednak większość z nich była już mocno zdemoralizowana i zrewoltowana, a tym samym niechętna dalszej walce i pragnąca czym prędzej wrócić do domu (sprawność bojową utrzymała jedynie 4000 załoga warszawskiej Cytadeli). Jednak wieści o masowym rozbrajaniu Niemców na ulicach Warszawy, w połączeniu z informacjami o fizycznych atakach na żołnierzy (które miały miejsce sporadycznie od początku listopada), mogły spowodować zmianę nastawienia niemieckiego garnizonu, gdyż nic tak nie mobilizuje ludzi do dalszej walki jak groźba śmierci. Przybyły w godzinach porannych 10 listopada 1918 r. do Warszawy Józef Piłsudski (wypuszczony przez Niemców z więzienia w Magdeburgu, w którym przebywał ponad rok, począwszy od internowania w Warszawie 22 lipca 1917 r.), zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie tylko problemem był sam niemiecki garnizon w Warszawie, Niemcy bowiem utrzymywali w Królestwie Polskim ok. 60 000 żołnierzy, zaś cała armia stacjonująca na Wschodzie tzw.: Ober-Ostu (Oberbefehlshaber Ost - Naczelne Dowództwo Wschód) liczyła ok. 400 000 żołnierzy. Była to siła, która mogła wprost "zdmuchnąć" odradzającą się polską państwowość, tym bardziej że pod bronią było wówczas zaledwie 5000 żołnierzy regularnego wojska (Polnische Wehrmacht), 4000 niewyszkolonych i praktycznie nieuzbrojonych ochotników - którzy zaciągnęli się parę tygodni wcześniej, oraz ok. 12 000 żołnierzy POW-u (Polskiej Organizacji Wojskowej), też z reguły bardzo słabo uzbrojonych. 




Należało więc czym prędzej unormować stosunki z Niemcami, był to bowiem warunek sine qua non, bez którego spełnienia nie można było myśleć o odbudowie polskiej niepodległości. Jeszcze 10 listopada Józef Piłsudski nakazał podporucznikowi Adamowi Kocowi ustawić patrole peowiaków przed niemieckimi posterunkami, w celu zapobieżenia samowolnym atakom ludności na niemieckich żołnierzy. Delegacja niemieckiej Rady Żołnierskiej, która stawiła się w tymczasowym miejscu zakwaterowania Piłsudskiego (pensjonat panien Romanowych przy ulicy Moniuszki 2), stwierdziła że pragnie w spokoju opuścić miasto i udać się do ojczyzny, ale jeśli ataki na żołnierzy będą się powtarzały "będą musieli siłą otwierać sobie drogę". Piłsudski oczywiście wyraził zgodę, ale zażądał jednocześnie wydania broni, niemieckich lokomotyw i wagonów, oraz użycia niemieckiej aparatury telegraficznej i telefonicznej. Nie zapadły tego dnia jeszcze żadne wiążące decyzje. Noc z 10 na 11 listopada spędził Piłsudski na rozmyślaniach i układaniach scenariuszy przyszłego porozumienia (w oparach dymu papierosowego i mocnej herbaty, którą lubił pijać). Następnego dnia o godzinie 8:00 rano udał się do Pałacu Namiestnikowskiego (dziś to jest Pałac Prezydencki) na Krakowskim Przedmieściu do niemieckiego generał-gubernatora Hansa von Beselera. Potwierdził tam swą zgodę na bezpieczne ewakuowanie niemieckiego garnizonu z Warszawy, jednocześnie zwracając się do żołnierzy niemieckich (mocno już zrewoltowanych), że w Niemczech mogą sobie robić ze swymi oficerami co chcą, ale tu, na polskiej ziemi nie wolno niemieckich oficerów ani znieważać, ani też zdzierać z nich oznak wojskowych i jednocześnie oświadczył: "Ja, jako przedstawiciel narodu polskiego, oświadczam wam, że naród polski za grzechy waszego rządu nad wami mścić się nie chce i nie będzie".

12 listopada Piłsudski otrzymał ze strony Rady Regencyjnej misję utworzenia nowego rządu, tego też dnia wystosowana została odezwa do Narodu Polskiego w kwestii umożliwienia bezpiecznego przemarszu Niemcom do ojczyzny, znalazły się w niej takie oto słowa: "Wielki przewrót w Niemczech postawił na straży interesów narodu niemieckiego rząd ludowo-socjalistyczny. Okupacja w Polsce przestaje istnieć. Żołnierze niemieccy opuszczają naszą Ojczyznę. Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, abyśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi odbyć się w najzupełniejszym porządku. (...) Obywatele! Wzywam was wszystkich do zachowania zimnej krwi, do równowagi i spokoju, jaki powinien panować w narodzie, pewnym swej wielkiej i świetnej przeszłości". Odezwa oczywiście tyczyła się całego kraju, nie tylko samej Warszawy, ale w tamtych czasach, w sytuacji wojennych zniszczeń i braku bezpośredniej łączności z wszystkimi terenami, nie wszyscy dowiedzieli się o jego wydaniu. W Międzyrzeczu z tego powodu doszło do tragedii, gdy próba rozbrojenia wycofujących się Niemców, skończyła się rozbiciem małego oddziału POW-u, a następnie przez kolejne trzy dni (16-18 listopada) Niemcy dokonali masakry cywilnych mieszkańców miasta a na koniec nałożyli na władze wysoką kontrybucję. Tego właśnie Piłsudski starał się uniknąć, dlatego też tak ważne było spokojne wycofanie się Niemców do kraju (gdyby bowiem armia Ober-Ostu przeszła przez Polskę bez zawarcia umowy i wytyczenia szlaków, to takich Międzyrzeczy byłoby mnóstwo w wielu polskich miastach).




Ewakuacja garnizonu warszawskiego trwała do 19 listopada - tego bowiem dnia ostatni niemiecki żołnierz opuścił stolicę. 20 listopada w godzinach rannych, do Warszawy przybył pierwszy niemiecki poseł - Harry Kessler, znajomy Piłsudskiego jeszcze z okopów z października 1915 r. który następnie eskortował przyszłego marszałka z twierdzy Magdeburg do Polski, po jego uwolnieniu przez władze niemieckie i który 9 listopada (w dniu abdykacji cesarza Wilhelma II i proklamowaniu Republiki Niemieckiej przez Philippa Scheidemanna z balkonu Reichstagu - po której to Scheidemann wrócił do spożywania obiadu, który przerwał tylko na ową proklamację, był bowiem bardzo głodny), ofiarował Piłsudskiemu swoją własną szablę oficerską, bowiem nie godziło się aby komendant wracał do kraju bez szabli. Niemcy postanowili bowiem zawrzeć z Polską stosunki dyplomatyczne już 14 listopada (jeszcze przed oficjalną proklamacją państwa polskiego, wysłaną do rządów najważniejszych państw świata), długo jednak myślano nad odpowiednim kandydatem do tej roli (16 listopada postanowiono wysłać do Warszawy kobietę, ale szybko z tego zrezygnowano). 18 listopada wybór padł właśnie na Harrego Kesslera (o którym już pisałem na tym blogu), niemieckiego multimilionera, oficera i dyplomatę (oraz literata, filantropa, kolekcjonera sztuki i publicysty w jednym). Nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Polską miało jeszcze jeden cel. Chodziło bowiem o... zdyskredytowanie odradzającej się Polski w oczach zwycięskich mocarstw, gdyż to właśnie Niemcy jako pierwszy kraj uznał niepodległość i nawiązał stosunki dyplomatyczne z Polską. Była to więc podwójna gra Berlina, utkana w celu wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś politycznych korzyści. 


HRABIA HARRY KESSLER



Podczas swojej krótkiej misji poselskiej w Warszawie, Kessler zdołał jedynie wynegocjować umowę o przemarszu wojsk niemieckich z ogromnych terenów na Wschodzie do Rzeszy, poza tym miał na głowie inne problemy. Musiał mianowicie co jakiś czas zmieniać hotele, bowiem gdy tylko bojówki Narodowej Demokracji dowiedziały się gdzie on przebywa, rozbijano szyby i wdzierano się do środka, co powodowało że niejednokrotnie musiał uciekać przed wzburzonym tłumem (tak było chociażby w hotelu Bristol, gdy kelner ostrzegł Kesslera w ostatniej chwili: "Panie Kessler (...) bierz pan nogi za pas. Wiej pan przez kuchnię, to w tej chwili (...) jedyna dla pana droga ratunku"). 2 grudnia 1918 r. dowództwo armii Ober-Ostu zaakceptowało polskie warunki wycofania sił niemieckich do kraju i do 15 grudnia opracowano pierwszy kształt umowy, na mocy której Niemcy mieli wycofać się do Rzeszy trasą wiodącą przez Kowel, Białystok i Grajewo do Prus Wschodnich (ostateczna umowa w tej sprawie podpisana została 5 lutego 1919 r.). 15 grudnia jest również ostatnim dniem, w którym Harry Kessler pełnił funkcję posła niemieckiego w odradzającej się Polsce. Tego bowiem dnia został on poproszony o opuszczenie kraju i powrót do Niemiec. Tak oto zostały zerwane pierwsze stosunki dyplomatyczne Polski z Niemcami.




27 grudnia 1918 r. wybuchło w Poznaniu powstanie antyniemieckie (skierowane było przeciwko rządowi w Berlinie, a nie przeciwko Niemcom zamieszkałym w Wielkopolsce, tym bardziej że wydano ulotki w języku niemieckim, mówiące o "współobywatelach niemieckiego języka"). Stało się to wbrew stanowisku polskiego Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej, która nie godziła się na wybuch powstania, a raczej wolała rozmawiać z Niemcami o autonomii dla Wielkopolski. Powstanie wyszło z kręgów młodych polskich oficerów z armii niemieckiej, na czele z Mieczysławem Paluchem (zapominanym już dziś pierwszym przywódcą Powstania Wielkopolskiego). Paluch został zapominany, ponieważ rozbijał opowiastkę endecji o tym, jak to Józef Dowbor-Muśnicki odzyskał Wielkopolskę. Prawda była taka, że gdy Muśnicki nawet jeszcze nie zamyślał o powstaniu, tzw.: radykalna grupa Nogaja (w skład której wchodził Paluch - który notabene był zagorzałym piłsudczykiem), opracowała i wprowadziła w życie plan odbicia Poznania i całej Wielkopolski. Paluch i jego szkolny kolega (też piłsudczyk) Bohdan Hulewicz nie zamierzali bowiem czekać na to, aż zwycięskie mocarstwa Anglia, Francja i USA oddadzą nam Wielkopolskę (na co właśnie liczyli sparaliżowani strachem przed niemiecką armią endeccy politycy z Naczelnej Rady Ludowej) i postanowili dokonać czynu zbrojnego, który dałby owym mocarstwom powód do przyznania Poznańskiego Polsce. 27 grudnia to właśnie Mieczysław Paluch dał sygnał do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako Powstanie Wielkopolskie. Błyskawicznym atakiem zajął lotnisko Ławica, wraz z wieloma stacjonującymi tam samolotami (umożliwiło to 9 stycznia 1919 r. dokonanie pierwszego w historii Polski nalotu bombowego na niemieckie miasto - Frankfurt nad Odrą, gdzie polskie samoloty z Poznania siały postrach wśród niczego się nie spodziewających mieszkańców miasta).




Na wiadomość o wybuchu Powstania Naczelna Rada Ludowa wpadła we wściekłość i aby jakoś udobruchać Niemców, dołączyła w swe szeregi dwóch zagorzałych hakatystów (Hakata - czyli Deutscher Ostmarkenverein - Niemiecki Związek Marchii Wschodniej) i zażądała zaprzestania walk w mieście. Paluch jednak - uznawszy zwierzchność NRL, jednocześnie nawiązał kontakt z Wojciechem Korfantym, jedynym rozsądnym przedstawicielem NRL-u, który twierdził że skoro powstanie już wybuchło, to należy je prowadzić, on też przekonał pozostałych członków tej organizacji do wsparcia powstania. Nim jednak gen. Dowbor-Muśnicki objął dowództwo nad powstaniem (6 stycznia 1919 r.) większa część Poznańskiego była już w rękach polskich, czyli powstanie przetrwało i rozszerzyło się na wiele innych miast i miasteczek Wielkopolski. Powstanie zakończyło się ostatecznie 16 lutego 1919 r. ugodą zawartą pod przymusem zwycięskich mocarstw Anglii i Francji w Trewirze, na mocy której cała Wielkopolska pozostała w rękach polskich, zaś ostatecznie 28 czerwca 1919 r. po podpisaniu Traktatu Wersalskiego, została oficjalnie przyznana Polsce, ostatecznie do marca 1920 r. Wielkopolska została całkowicie zintegrowana z resztą kraju. Powstanie Wielkopolskie było potężnym ciosem dla Niemców, którzy w żadnym razie nie godzili się na uszczuplenie swojego stanu posiadania i uznawali jedynie granicę z 1914 r. Już w maju 1919 r. przegrupowano spore jednostki Grenzschutzu nad granicę z Polską, tymczasem większość sił polskich była wówczas rozlokowana na Wschodzie (właśnie w maju ruszyło główne polskie uderzenie w Małopolsce Wschodniej, które do końca czerwca doprowadziło do zajęcia ogromnych terenów, zaś do sierpnia 1919 r. opanowano całą Małopolskę Wschodnią, ostatecznie likwidując istniejącą na jej terenie Zachodnio-Ukraińską Republikę Ludową).




Do niemieckiego ataku jednak nie doszło (Niemcy były wówczas zbyt osłabione Wojną Światową, kontrybucjami i redukcją wojska, poza tym obawiano się reakcji Francji i Wielkiej Brytanii na tak agresywny krok), za to wybuchło kolejne polskie powstanie w Rzeszy, tym razem na Śląsku - 16 sierpnia 1919 r., poza tym trwał spór niemiecko-polski o przynależność Pomorza (zwanego potem w niemieckiej prasie i późniejszej historiografii "polskim korytarzem") i Gdańska (już Kessler, jeszcze jako poseł niemiecki w Warszawie zdecydowanie twierdził: "Gdańska nie oddamy"), o tym jednak w kolejnej części.


CDN.

27 sierpnia 2026

HOLLYWOOD A POLSKA

W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ 





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać) jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog GAJ AKADEMOSA 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, choć często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II Wojny Światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.






HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")



I I Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów.




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich pilotach w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.









NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...