CZYLI O TYM, JAK TO NIEMCY, ROSJA I INNE KRAJE PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ, WSPÓLNYMI SIŁAMI DĄŻYŁY DO ZNISZCZENIA ODRADZAJĄCEJ SIĘ POLSKIEJ PAŃSTWOWOŚCI
"ŻOŁNIERZE! DWA DŁUGIE LATA, PIERWSZE ISTNIENIA WOLNEJ POLSKI, SPĘDZILIŚCIE W CIĘŻKIEJ PRACY I KRWAWYM ZNOJU. KOŃCZYCIE WOJNĘ WSPANIAŁYMI ZWYCIĘSTWAMI, I NIEPRZYJACIEL, ZŁAMANY PRZEZ WAS, ZGODZIŁ SIĘ WRESZCIE NA PODPISANIE (...) POKOJU. ŻOŁNIERZE! NIE NA PRÓŻNO I NIE NA MARNE POSZEDŁ WASZ TRUD. (...) LECZ OD RAZU, OD PIERWSZEJ CHWILI ŻYCIA SWOBODNEJ POLSKI, WYCIĄGNĘŁO SIĘ KU NIEJ MNÓSTWO POŻĄDLIWYCH RĄK, SKIEROWAŁO SIĘ MNÓSTWO WYSIŁKÓW, BY JĄ UTRZYMAĆ W STANIE BEZSIŁY, BY JEŚLI JUŻ ISTNIEJE, BYŁA ONA IGRASZKĄ W RĘKU INNYCH, BIERNYM POLEM DLA INTRYG CAŁEGO ŚWIATA (...)
ŻOŁNIERZE! ZROBILIŚCIE POLSKĘ MOCNĄ, PEWNĄ SIEBIE I SWOBODNĄ (...) KRAJ, CO W DWA LATA POTRAFI WYTWORZYĆ TAKIEGO ŻOŁNIERZA, JAKIM WY JESTEŚCIE, MOŻE SPOKOJNIE PATRZEĆ W PRZYSZŁOŚĆ"
JÓZEF PIŁSUDSKI
18 Października 1920 r.
VARIA
"ZA PIĘTNAŚCIE LAT DORÓWNACIE LONDYNOWI"
To powyżej, to piętnastoletni plan ekonomicznej rozbudowy Polski, opracowany przez ministra skarbu Eugeniusza Kwiatkowskiego (i ludzi z jego otoczenia), który miał się rozpocząć w 1939 r. i trwać do 1954 r. Były to bardzo ambitne i niezwykle ciekawe plany modernizacji kraju, zakładające w ciągu najbliższych piętnastu lat gruntowne unowocześnienie poszczególnych gałęzi gospodarki, tak, aby nie tyle "doścignąć" Zachód Europy, ale wręcz... go prześcignąć (temu właśnie miały służyć kolejne "trzylatki" tego planu, wymienione na plakacie). Dziwne, niesamowite, niemożliwe zapytamy, lecz ja odpowiem paradoksalnie, że możliwość dogonienia a nawet przegonienia Zachodu - BYŁA MOŻLIWA. Może nie w ciągu lat 15 lecz 30 do 50 i oczywiście przy założeniu że w tym czasie w naszej części Europy nie wybuchłby żaden większy konflikt międzynarodowy. Zresztą takie opinie dotyczące naszego kraju nie były w międzywojennej Europie wcale odosobnione. Pod takim jak wyżej przytoczonym tytułem, ukazała się w Ilustrowanym Kurierze Codziennym (popularnym IKC-u) dnia 21 stycznia 1938 r. relacja Anglika zamieszkałego w Polsce, który przewidywał że w ciągu kolejnych piętnastu lat Polska pod względem gospodarczym i przemysłowym dorówna Wielkiej Brytanii.
Oczywiście taka opinia obcokrajowca o naszym kraju nie należała wcale do rzadkości. W 1940 r. (gdy Polska znajdowała się już pod okupacją niemiecką) w Wielkiej Brytanii ukazał się film o Polsce (który pierwotnie był kręcony jeszcze w 1938 r., potem jednak musiano pokazać również samą okupację, chociaż i tak nie została ona przedstawiona w takiej formie, jaką naprawdę przybrała na ziemiach polskich i w całej Europie Wschodniej). Film pt.: "This is Poland" został także w 1942 r. wyświetlony w Stanach Zjednoczonych. Polska jest tam przedstawiona jako sympatyczny kraj sympatycznych ludzi o wysokiej kulturze, zaś Warszawa jako przeurocze, eleganckie miasto (notabene należy dodać co o Polakach mówił amerykański reżyser i fotograf - Julien Bryan, który w tych krwawych dniach września 1939 r. przebywał w Warszawie: "Polacy! Gdyby Spartanie odżyli i zobaczyli wasz heroizm, schyliliby przed wami czoło. Będąc 7 miesięcy jako żołnierz pod Verdun nie spotkałem się z taką postawą. Naród taki nie może być zwyciężony").
Zresztą opinia o Polsce w międzywojniu była wyjątkowo wysoka. Warszawę nazywano "Paryżem północy", ceniono polską gościnność, uprzejmość, elegancję a także polską bitność, odwagę i polskie wynalazki, które przecież używamy do dziś, nie mając niejednokrotnie pojęcia kim byli ich autorzy - takie jak wycieraczka samochodowa (Józef Hoffman), ręczna kamera filmowa (Kazimierz Prószyński), harmonogram, czyli uporządkowanie czasu pracy (Karol Adamiecki), lampa naftowa - używana na świecie aż do czasu odkrycia żarówki (Ignacy Łukasiewicz), a także peryskop odwracalny - montowany w polskich czołgach 7 TP i okrętach wojennych przed wybuchem II Wojny Światowej (Rudolf Gundlach), a także obrotowa wieżyczka czołgu (polskie czołgi jako jedyne przed wrześniem 1939 r. wyposażone były w obrotowe wieżyczki czołgów), kamizelka kuloodporna (Jan Szczepanik), wyrzutnia pocisków (Władysław Świątecki), wykrywacz min (Józef Kosacki), oraz niezwykłe pistolety i karabiny produkowane w latach 30-tych.
Oczywiście to jedynie niewielka część polskich wynalazków sprzed wybuchu II wojny światowej, tych najsławniejszych i najbardziej znanych, było ich jednak znacznie więcej. W ramach programu "Laboratorium" z 1934 r. a potem działań o kryptonimie "Akcji N", w latach 1934-1944 stworzono w Niemczech (i przez pewien okres także w Związku Sowieckim), potężną organizację wywiadowczą, która bazowała na ludziach mieszkających w Niemczech od dawna, lub nawet tam urodzonych. Ci ludzie prowadzili normalne życie, żyli w swoich społecznościach, niekiedy byli także aktywni w partiach NSDAP i WKPb - po prostu pracowali w charakterze "śpiochów". To właśnie oni stworzyli w czasie wojny potężną, zakonspirowaną antyhitlerowską organizację w Niemczech. Drukując ulotki i gazety w języku niemieckim, nawoływali naród niemiecki do opamiętania się nim będzie za późno, do wystąpienia przeciw Hitlerowi i jego "bandzie", która "zagrabia i marnotrawi niemiecką pracę i poświecenie żołnierza na frontach tej wojny". Gazetki te docierały także na front, do żołnierzy i wyrabiały w nich przekonanie że oto stworzył się silny antyhitlerowski ruch w Niemczech. Oczywiście wywiad niemiecki zdawał sobie doskonale sprawę kto stoi za tymi hasłami, wiedzieli dobrze że tworzy je "polska grupa", nie rozgłaszali tego jednak, nie chcąc by wytykano im nieudolność (gdyż oto podbity naród był w stanie stworzyć potężną siatkę agenturalno-informacyjną w Niemczech).
II Rzeczpospolita była państwem które budowali Polacy od 1918 r. praktycznie od podstaw, a już w 1938 r. państwo to było jednym z kluczowych graczy na europejskiej scenie politycznej, z rosnącą w górę gospodarką, coraz silniejszym przemysłem (w 1918 r. na ziemiach polskich nie było praktycznie niczego, wszystko zostało podczas I Wojny Światowej zrabowane przez przetaczające się przez ziemie polskie kolejne armie - rosyjską, niemiecką i austriacką, a to, co nie nadawało się do wywiezienia, zaborcze armie skrupulatnie niszczyły, by nie wpadły w ręce wroga), prężną i wciąż unowocześnianą armią (Wojsko Polskie zajmowało 4 pozycję w Europie i 7 na świecie pod względem liczebności, wielkości dywizji i nowoczesności sił zbrojnych). Co się tyczy armii II Rzeczypospolitej Polski, to należy nadmienić, że żaden środkowoeuropejski kraj (począwszy od Szwecji i Finlandii, a skończywszy na Grecji i Bułgarii nie dysponował armią liczniejszą, ani silniejszą od polskiej. Takiej armii nie posiadała także i Czechosłowacja.
Lecz właśnie te polskie sukcesy, a w ogóle samo powstanie państwa polskiego, które miało swoje ambicje i odzyskiwało ziemie, które wcześniej zostały Polsce zrabowane przez zaborców, budziło frustrację i niechęć do odrodzonej Polski nie tylko w Moskwie i Berlinie, ale również w innych stolicach krajów nam niechętnych, takich jak: Litwa, Czechosłowacja, czy... Wielka Brytania. I właśnie tutaj chciałbym pokazać ilu było wrogów owego odrodzenia Polski, wrogów którzy przez dekady przyzwyczaili się do faktu że Polski nie ma, nie będzie i nie potrzeba. Chciałbym właśnie zaprezentować kierunki działań zmierzające do zniszczenia Polski jako niepodległego państwa lub chociażby takiego jej osłabienia, aby nie była zdolna stanowić przeciwwagi w Europie Środkowej dla tandemu niemiecko-rosyjskiego. Wydaje mi się że w obecnych czasach wielkiej próby, jakie stoją przed nami, jest to również bardzo ważne, aby wiedzieć jak pomimo wielu trudności (znacznie większych i poważniejszych niż dziś) nasi przodkowie potrafili doprowadzić sprawę Niepodległości Polski do końca i "tak ją postawić w sile i mocy", aby nie tylko mogła przetrwać, lecz również aby zaczęła zgłaszać pretensje do uznania jej mocarstwowych ambicji (powiedzmy sobie bowiem szczerze i otwarcie, Polska - wraz z Rumunią i Jugosławią - była największym beneficjentem I Wojny Światowej, a spośród krajów i narodów z nami sąsiadujących, bezwzględnie odnieśliśmy największy sukces w dziele odbudowy Ojczyzny, i to właśnie tak bardzo bolało wielu naszych przeciwników, czy też jawnych wrogów).
I rzeczywiście, dla wielu było nie do pomyślenia, że państwo, którego jeszcze kilka lat wcześniej nie było na mapach, które było tak zniszczone działaniami wojennymi, że brakowało nawet słomy na chłopskich dachach, którą konfiskowały zaborcze armie dla potrzeb wojennych, że ten mały zdawałoby się, słaby i biedny kraj, może w ogóle myśleć o mocarstwowości. Amerykanie nie dowierzali, pisząc w 1934 r.: "Poprzedni sługa cesarzowej Austrii, cesarzowej Rosji i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być panem w afrykańskim kraju", a "Pittsburgh Courier" dodawał w alarmistycznym tonie: "Liberia może być pochłonięta przez żarłoczną Polskę". Zaś francuski delegat w Radzie Ligii Narodów Joseph Paul-Boncour posunął się do stwierdzenia (na słowa polskiego delegata w Radzie Ligii Narodów - Augusta Zaleskiego, że Polska jako mocarstwo ma prawo do podejmowania określonych decyzji w interesujących Ją kwestiach): "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale należy pamiętać że są wielkie mocarstwa i jest Polska". Były to słowa wypowiedziane przez przedstawiciela państwa, które (przynajmniej oficjalnie) było nam przyjazne i z którym mieliśmy zawarty od 1921 r. sojuszniczy układ militarny. Pokazuje to dobitnie, że Polska Niepodległa, a już z pewnością Polska mająca własne ambicje mocarstwowe, była nie na rękę nie tylko państwom nam realnie wrogim, ale również i tzw.: sojuszniczym.
Co się tyczy Francji, to Robert de Saint-Jean pisał pod datą 10 czerwca 1940 r. - czyli w czasie, gdy Niemcy zbliżali się już do Paryża - tak: "Kiedy powiedziałem pokojówce, że jeśli chce, może od razu wrócić do domu rodziców na wsi, uśmiechnęła się: "Nie spieszę się. Poza tym nie wyjadę, dopóki nie posprzątam domu na lato". Nie wierzyła, że Niemcy przyjdą, mimo plotek krążących po okolicy, i uważa, że jestem trochę defetystyczny… Jedna z rzeczy, która wyrządziła Francji największe szkody w ostatnich latach. Przez lata to, co nazywano naszym "wspaniałym optymizmem", było przekonaniem, które żywiliśmy, że "to" nie może się zdarzyć w naszym kraju. Francja również mówiła: „Nie spieszę się… Pozwól mi najpierw posprzątać dom", zaś pod datą 13 czerwca de Saint-Jean zanotował: "Co dziwne, zauważyłem, że ludzie wokół mnie już nie proszą o aktualizacje. Są zmęczeni słuchaniem radia i refrenem "Marsylianki", który poprzedza zapowiedź katastrof… Ludzie interesują się teraz tylko swoimi sąsiadami; starają się rozwiązywać problemy szczegółowe, które zastąpiły te ogólne: kwestię mieszkania, kwestię wyżywienia, kwestię, gdzie posłać dzieci… itd. To "równość losów" w nieszczęściu, która istniała na froncie, a która teraz dotyka również cywilów wypędzonych z domów. Być może zbyt przywiązujemy się do tego, co widoczne, i ponieważ straciliśmy domy, błędnie sądzimy, że straciliśmy wszystko (…) Ale nieszczęście ma też swoją drugą stronę : to całkowite zubożenie może nas wzbogacić; możemy na przykład zyskać to braterstwo wśród Francuzów, które właśnie zaczyna się objawiać w tej chwili. Pielęgniarka, która wróciła z konwojem karetek, podzieliła się kilkoma spostrzeżeniami, które poruszyły wielu z nas. Te uwagi nas zaskoczyły, ponieważ pochodziły od kobiety, która w czasie pokoju prowadziła najbardziej sztuczne życie. Bogata i snobistyczna, żyła tylko dla tego, co nazywa się "imprezami towarzyskimi", słowem, które tak pięknie rymuje się z "próżnością", a jej delikatna dłoń z pomalowanymi paznokciami zdawała się być zdolna dotykać jedynie najcenniejszych klejnotów. Dziś patrzyłem na jej dłonie, teraz zrogowaciałe od jazdy ciężkim samochodem przez dni i noce po dziurawych drogach. Jej nie ozdobiona twarz nie była już ładna; lecz mimo to była piękna, bo po raz pierwszy pojawiła się w niej ludzkość (...) gdy już przyzwyczaisz się do myśli, że dom spłonął, że wojna jest przegrana, że Paryż zostanie zajęty, wkraczasz w inną sferę, która z pewnością nie jest sferą obojętności, ale która nie jest już sferą rozpaczy: sferą, która jest, że tak powiem, poza nieszczęściem. Potem pozostaje jeszcze jeden krok do zrobienia: znaleźć w całkowitym zapomnieniu o sobie niezbędne uniesienie, które pozwala prawdziwie poświęcić się innym".
FILARY SPOŁECZNEGO ROZWOJU LUDZKOŚCI I METODY PATOLOGIZACJI NA PRZESTRZENI WIEKÓW
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXXIV
SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXXIV
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII
FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. XII
RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. V
Król Judy - Ozjasz postanowił ponownie wyprawić się (wcześniej taką wyprawę przeprowadził jego ojciec Amazjasz) przeciw Edomitom, których siedziby znajdowały się w południowo-wschodnich rejonach Palestyny, tuż nad granicą z Arabią. Namówił do takiej wspólnej wyprawy Jeroboama z Izraela i ten zgodził się wziąć w niej udział. Miał to być przykład braterstwa dawnej Monarchii Dawida i Salomona, coś na wzór ponownego zjednoczenia obu rozdartych części, i tak też się stało. Do wyprawy tej doszło ok. 763 r. p.n.e. i zakończyła się ona całkowitym sukcesem. Edomici zostali rozbici, ich stolica Soar spalona, wzięto tam też wielu jeńców. Była to pierwsza jaskółka odnowy Królestwa Judy, która od czasu klęski pod Bet-Szemesz w 784 r p.n.e. politycznie i militarnie istniała w cieniu Izraela. Zachęcony tym sukcesem Ozjasz (ok. 760 r. p.n.e.) przeprowadził wielką wyprawę na Ammonitów, których siedziby znajdowały się daleko na wschód za Morzem Araby (czyli za Morzem Słonym). Zdobył Rabbę (główne miasto Ammonitów) i zmusił ich do uznania swojej zwierzchności. Teraz, mając zabezpieczone granice na południu i na wschodzie swego Królestwa, mógł oficjalnie już przystąpić do konfrontacji z rosnącymi w siłę Filistynami. Według Biblii Ozjasz miał zdobyć filistyńskie miasto Gat, ale nie może to być prawdą, jako że pozostałości VIII-wiecznego miasta Gat, niosą na sobie zniszczenia z czasów znacznie późniejszych niż lata panowania Ozjasza (archeologiczna faza A-2) i są zbliżone do czasów panowania króla Asyrii - Sargona II, czyli końca VIII i początku VII wieku p.n.e. Jednak nawet jeśli Gat nie zostało wówczas zdobyte, to bez wątpienia Ozjasz odnosił sukcesy w walkach z Filistynami z tego miasta jak i z Aszkalonu i Jamnia. Bez wątpienia wpływ Filistynów na Judę został wówczas zahamowany i od tego to okresu możemy przyjąć realną dominację tego Królestwa na ziemiach Kraju Nadmorskiego (a z całą pewnością w Szefeli), a nie, jak próbuje nam to tłumaczyć Biblia, już w czasach Dawida i Salomona. Z pewnością to również Ozjasz zajął dla Judy port Ecjon-Gewer, dzięki temu Juda po raz pierwszy w swych dziejach miała dostęp do morza i nie musiała już polegać na dostawach płynących z Filistei. Król Ozjasz na nowo też ufortyfikował Jerozolimę, stworzył zawodową armię, która znacznie bardziej sprawdziła się w walkach niż wojsko z poboru. Dzięki uzyskaniu morskiego okna na świat jak również stworzeniu placówki handlowej w Kuntilet-Adżrud (na drodze wiodącej do Gazy i Egiptu), mieszkańcy Judei znacznie się wzbogacili, wzrosła też ich populacja. Odtąd jałowe ziemie obsadzano rolnikami, a w Gibea (miasto na północ od Jerozolimy) stworzono wspaniałe winnice, dzięki którym cały kraj zaopatrywano w wina i można było zaprzestać importowania win z Filistei. W Beer-Szeba (miasto na południu Judei, położone nad Słoną Doliną) stworzono ośrodek wyrobu płócien, którego towary wysyłano również do Egiptu. Wydaje się też że nastąpiło znaczne wyrównanie poziomu życia mieszkańców, gdyż na przykładzie wykopalisk z miasta Debir (dziś Tell Bejt-Mirsim), nie odnaleziono wielkich dysproporcji w majętności mieszkańców (dlatego sugeruje się że ludzi biednych praktycznie nie było, jako że kapłani już wówczas pomstowali na panujący wszędzie zbytek). Królestwo Judy rosło więc w siłę, a utrzymując pokój i dobre stosunki z Izraelem, mogło bogacić się i skierować swoją ekspansję w kierunku zachodnim (przeciw Filistynom) i wschodnim (przeciw Edomitom, Ammonitom i Moabitom).
W Samarii natomiast zmarł król Jeroboam (754 r. p.n.e.), a jego następcą został syn - Zachariasz. Od kilku lat na dworze Jeroboama w Samarii działał prorok Amos. Był to pierwszy z tzw. "proroków piszących" (jakkolwiek sam nie spisywał swych tekstów, a czynili to za niego inni). Było to mniej więcej w sto lat od czasu, gdy ostatni wielki prorok - Elizeusz napominał króla Achaba. Prorok Amos urodził się w wiosce Tekoa, położonej na wyżynie judzkiej, gdzie wypasał owce i hodował figi. Z czasem jednak przeniósł się do Północnego Królestwa (gdzie zapewne otrzymywał lepsze ceny za swoje towary, szczególnie za wełnę). Tam, w sanktuarium Jahwe w Betel objawił się jako Boży mędrzec i wkrótce potem król Jeroboam ściągnął go do Samarii. Tam oczywiście Amos (podobnie jak inni kapłani) krytykował odwracanie się Izraelitów od Boga i oddawanie czci pogańskim bożkom, ale przede wszystkim skupiał się na podstawie moralnej. W Księdze Amosa bowiem zapisane jest, iż Izraelczycy "Stali się twardzi i bezwzględni wobec ubogich i uciśnionych, zadawali się z prostytutkami w świątyni i nie dopuszczali do głosu tych, którzy wyrażali wolę Jahwe. Złamali tym samym przymierze, które Bóg zawarł z ich przodkami, nie unikną przeto kary, którą im przeznaczył. Jahwe zniszczy więc upodlone sanktuarium w Betel, a po Samarii nie zostanie nawet ślad, aby świadczyć o jej dawnym bogactwie". Amos głosił nadejście "Dnia Pańskiego", początek czasu lamentu i nieszczęść dla Izraela, a to dlatego że odrzucili oni Boga i hołdują pustym objawom religijności. Nic nie dadzą ofiary składane na ołtarzu Jahwe, nic nie dadzą modlitwy w upodlonych sanktuariach w Betel, czy w kraju Dan. Dzień Pański nadejdzie, a będzie on związany z lamentem, płaczem i nieszczęściem. Nastaną czasy ciemności i niewoli dla Izraela. Aby jednak tego uniknąć, musi nastąpić głęboka odnowa moralna i powrót do tradycji przodków. Związane to musi być z wyrzeczeniem się pogaństwa, zniszczeniem pogańskich świątyń i spaleniem pogańskich bożków. Jeśli to nie nastąpi i nie nastąpi szybko (bo Dnia Sądu nie można przecież odwlekać w nieskończoność) zamiast czasów doskonałej szczęśliwości, nadejdzie czas łez, upadku i śmierci - bowiem Jahwe zetrze na proch wszystkich swoich wrogów. Głoszenie tak apokaliptycznych wizji szybko spowodowało konflikt Amosa z kapłanem Świątyni w Betel - Amazjaszem, który kazał mu wynosić się ze Świątyni ("Przestań pleść bzdury i wynieś się ze świątyni w Betel"), na co jednak Amos miał mu odpowiedzieć: "Nie byłem ja prorokiem ani nie jestem uczniem proroków, gdyż byłem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Jahwe i rzekł do mnie Pan: "idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego". Amazjasz jednak nie chciał uwierzyć w to, że oto sam Jahwe zwrócił się do Amosa i ponownie kazał mu opuścić Świątynię. Wówczas Amos stwierdził że Bóg przemówił do niego i przepowiedział co spotka Amazjasza, a mianowicie że obcy żołnierze zgwałcą jego żonę, zabiją jego dzieci, jego ziemie zajmą a jego samego uprowadzą w niewolę, gdzie umrze w zgryzocie. Wówczas kapłan Amazjasz kazał wezwać straż, która strzegła Świątyni i polecił im wyrzucić Amosa siłą. Zabronił mu również wstępu do tego przybytku pod karą śmierci. Od tej pory Amos zaczął głosić swe apokaliptyczne wizje po całej okolicy, aż dowiedział się o tym król Jeroboam i ściągnął go do stolicy.
Jeroboam chciał się bowiem dowiedzieć, czy Amos jest prawdziwym prorokiem, czy też takim, który za ciepłą strawę i kąt do spania przepowie wszystko tak, jak życzy sobie tego ten, który pragnie uzyskać dobrą wróżbę. Według Izajasza fałszywi prorocy dodatkowo jeszcze upijali się i wymiotowali na stoły, a Mojżesz twierdził że prawdziwe proroctwo należy uznać za rzeczywiste dopiero wtedy, kiedy się wydarzy. Problem tylko polegał na tym, że proroctwa te często były tak daleko rozrzucone w czasie, że trudno było doczekać jego urzeczywistnienia się i dlatego właśnie Jeroboam pragnął sprawdzić czy wieśniak Amos rzeczywiście jest głosem samego Jahwe. Gdy zaś Amos zjawił się przed obliczem króla i ten go wysłuchał, doszedł do wniosku że ów prorok tak naprawdę nie tyle walczy z religią pogańską, ile dąży do odnowy moralnej Izraelitów, czyli jego poddanych. Wielokrotnie też Amos dawał do zrozumienia, że Jahwe nie jest bogiem li tylko Izraela czy Judy, a wszystkich ludów, natomiast bożki które czczą obce narody, "są niewarte marnego słowa". Prorok ten mówił również, że religia jest tylko mydleniem oczu jeśli nie związana jest z odnową moralną, a przede wszystkim z szacunkiem dla ubogich - co również podkreślał. Nic nie znaczą piękne formułki religijne, ani też ofiary, jakie składane są na ołtarzu Jahwe, jeśli człowiek w sercu ma kamień. Twierdził też że Królestwo Izraela czeka zagłada, a jego mieszkańców niewola i sromota jeśli nie odmienią się wewnętrznie. Mówił że nadejdzie potężny król z Północy z kraju Assura i weźmie wszystkich w niewolę, zniszczy miasta a ludność upokorzy, czyniąc z nich swoich niewolników. Te wszystkie zapowiedzi i zaklęcia wydawały się wówczas śmieszne, jako że Asyria w tamtym czasie to był kraj stojący na krawędzi wewnętrznego rozpadu, zaś Królestwo Izraela było bodajże najpotężniejszym państwem regionu. Słowa Amosa budziły jednak przerażenie, szczególnie gdy opowiadał o Dniu Sądu, który w wyobrażeniach Izraelitów miał być radosnym dniem dla wyznawców Jahwe - jedynych sprawiedliwych którzy wzięci zostaną do Nieba. Amos mówił że to wszystko bzdury, że gdy nadejdzie Dzień Sądu: "Pieśni dworskie zamienią się w lamenty, wszędzie mnóstwo trupów, na każdym miejscu rozrzucone ciała, smród i zgnilizna płonących miast i cisza, śmiertelna cisza". Amos jednak dodawał że Dom Dawidowy podniesiony zostanie z upadku dzięki "Reszcie Sprawiedliwych" i to dawało pewną nadzieję w ogromie tych apokaliptycznych wizji. Aby przybliżyć ten czas i ocalić ową Resztę Sprawiedliwych, ludzie zebrani wokół Amosa zaczęli tworzyć coś na kształt bractwa proroków (o którym on również mówił, a które wówczas nie istniało, chyba że miał na myśli ową sektę Rechabitów, ale jest to mało prawdopodobne). I to właśnie ludzie z tego kręgu i ich następcy spisali tzw. księgę Amosa.
Amos nie był jednak jedynym prorokiem w tamtym czasie. Innym wielkim prorokiem działającym w ostatnich latach panowania Jeroboama II był Ozeasz. On również krytykował uwielbienie Izraelitów dla obcych kultów i zwalczał je zdecydowanie bardziej niż Amos, twierdząc że los Izraela - jeśli nie powróci na drogę Bożej Prawości - jest już przesądzony i czeka go zagłada. Notabene ani Amos ani Ozeasz nie doczekali efektów swych przepowiedni (Ozeasz nauczał jako prorok mniej więcej dwadzieścia lat, Amos jeszcze krócej). Nie doczekali roku 722 p.n.e. gdy władca Asyrii Salmanasar V zdobył Samarię a mieszkańców wziął w niewolę, realnie niszcząc to Królestwo. Dwadzieścia lat później (701 r. p.n.e.) podobnie postąpił z Południowym Królestwem król Sannacheryb po zdobyciu Lachisz i wzięciu w niewolę tysięcy Judejczyków. Jedynie fakt że obroniła się wówczas Jerozolima nie doprowadził do takiej samej zagłady, jak stało się to z Królestwem Północnym, ale Judea była już od tej pory państwem całkowicie zależnym od Asyrii (notabene doprowadziło to do odrodzenia potęgi Filistynów, ale do tego jeszcze powrócę). W czasach jednak kiedy Amos i Ozeasz przepowiadali swe proroctwa, nic nie zapowiadało nadejścia takiej katastrofy. Ozeasz twierdził, że Pan kazał mu poślubić niewolnicę która pracowała jako prostytutka, o imieniu Gomer i spłodzić z nią trójkę dzieci, których imiona miały być przesłaniem dla Izraela. Tak bowiem jak Gomer, która otrzymała drugą szansę poślubiając Ozeasza, tak samo Izraelici - żyjący długo bez Boga: "Będą szukać Pana Boga swego (...) i z drżeniem pośpieszą do Pana, do Jego dóbr u kresu dni". Gomer zaś miała być przykładem upodlenia seksualnego, będącego częścią pogańskich religii kananejskich, fenickich czy syryjskich i jedynie małżeństwo z Ozeaszem uczyniło z niej na powrót kobietę, tak samo jak odrodzenie w Jahwe uczyni lud Izraela na powrót "Ludem Wybranym". W księdze Ozeasza jest dosyć dokładnie opisane (nawet miejscami zbyt dokładnie) postępowanie Gomer, zanim ta została żoną Ozeasza. Jest tam bowiem powiedziane że była ona wulgarna i krańcowo niemoralna, podobnie jak niemoralni są Izraelici oddający się kultom Baala, Asztarte czy innych obcych bóstw. Jeśli Izrael ma przetrwać, jeśli nie ma zostać zniszczony obcym najazdem a jego ludność uprowadzona do niewoli, to musi się odrodzić, odrzucając obce bożki, tak, jak odrodziła się Gomer pod wpływem Ozeasza.
A czas płynie i Dzień Sądu się zbliża, gdy zaś nadejdzie, nie będzie już ani czasu na litość, ani też możliwości ucieczki, wszystkich spotka śmierć, głód, bieda i hańba niewoli (notabene upadek Samarii w 722 r. p.n.e. i upadek Lachisz w 701 r. p.n.e. mają wiele wspólnego z owymi przepowiedniami, bo rzeczywiście ludność została uprowadzona w niewolę, wcześniej część została wymordowana, a ci, którzy pozostali, żyli w hańbie i biedzie). Ale zwalczając wiarę w to, że to Baal jest panem ziemi i płodów rolnych (co było bardzo popularne wśród rolników w Izraelu, oddawać cześć Baalowi, jako typowo chtonicznemu bóstwu), Ozeasz niesie Izraelowi więcej nadziei niż Amos, twierdząc że Jahwe swój odnowiony lud wybrany uczyni panem całej Ziemi i od niego zależne będą inne narody świata. Nie znamy pochodzenia Ozeasza, ale zapewne należał on do kasty kapłańskiej (lewitów), chodź mocno ją krytykował i jak to jest zapisane w Księdze jego imienia: "Kapłanie (...) ty się potykasz we dnie i w nocy, a wraz z tobą potyka się prorok (...). Kapłani są podobni do zgrai zbójeckiej (...). Głupcem jest prorok, a mąż natchniony szaleje. Tak jest z powodu wielkiej winy twojej!" Ozeasz głosił więc, że to nie pod wpływem proroka czy też kapłana powinniśmy zmieniać swoje życie, tylko pod wpływem gorącej miłości do Jahwe. Wedle słów samego Jahwe (jakie miały objawić się Ozeaszowi) Izrael ma stać się "Wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie zaś jak woń Libanu". Ale aby to nastąpiło, już teraz Izrael i Juda muszą się ponownie zjednoczyć, zatrzeć wzajemne rozłamy i stać się jednym ludem, bo podzieleni są znacznie słabsi i podatni na obce wpływy. Wszystko to jednak musi się odbyć w atmosferze całkowitej pokory i miłości do Jahwe, gdyż tylko Jahwe - jako jedyny Stwórca wszechrzeczy - może ocalić Izrael, tak jak wcześniej on, Ozeasz ocalił od upadku Gomer. W Księdze Ozeasza jest napisane: "Gomer nazwie mnie Mężu mój i już nigdy nie powie Baalu mój (...) tak Izrael powie Boże mój i nigdy już więcej nie powie Baalu mój".
Upadek który wieścili Amos i Ozeasz (choć oczywiście nie tak spektakularny, jak to będzie miało miejsce później), zaczął się w Królestwie Północnym już po śmierci Jeroboama II, czyli po roku 754 p.n.e. Na tron wstąpił jego syn Zachariasz, który po kilku miesiącach panowania (753 r. p.n.e.) został obalony i zabity przez uzurpatora o imieniu Szallum. Usunął go niejaki Menachem, który został nowym królem Izraela (753-742 p.n.e.). Tak oto dynastia Jehu (założona prawie dziewięćdziesiąt lat wcześniej w wyniku rebelii i wymordowania rodu Omriego) przestała istnieć. Jednocześnie - co ciekawe - zarówno w Królestwie Północnym jak i częściowo również w Judzie znacznie zmniejszyły się wpływy sekty Rechabitów (prawdopodobnie doszło tam do jakiegoś rozłamu lub rozpadu tej dotąd tak ścisłej formacji), po którym przestała ona mieć jakikolwiek wpływ na politykę. Natomiast na Południu, w Jerozolimie nadal rządzili potomkowie Dawida i Salomona i tam rzeczywiście ta dynastia była trwała. Wydawało się też że pomimo pewnych wstrząsów politycznych zarówno na Północy jak i na Południu ten niczym niezmącony okres dobrobytu i sukcesów (zarówno politycznych jak i militarnych) będzie trwał wiecznie, tym bardziej że takie ludy jak Asyryjczycy i Urartyjczycy byli ze sobą w ciągłych zatargach, a Aramejczycy z Damaszku dawno już utracili dominującą pozycję w regionie i nic nie wskazywało na to, że mogą ją odbudować. Ale jak zapisane jest w Księdze Koheleta: "To co jest, już było, a to co ma być kiedyś, już jest. Bóg przywraca to, co przeminęło". Już wkrótce ta rozbita i idąca ku samozagładzie Asyria ponownie odrodzi się i to do takiej pozycji, jakiej nigdy wcześniej w swej historii nie miała, a jej wojska w kilka dekad później staną nad Nilem (dochodząc aż do Teb). To jednak daleka przyszłość i w tamtym czasie nikt - nawet w najśmielszych planach - nie przewidywał takiego obrotu spraw. Życie toczyło się dalej, Menachem odbudował swoją pozycję na Północy, a na Południu król Ozjasz tworzył potęgę Judy. Wydawało się że wszystko idzie dobrze...
Jeszcze mała ciekawostka o której co prawda wcześniej pisałem, ale warto przypomnieć. W odległej Italii, nad Tybrem w 753 r. p.n.e. dwaj bracia Romulus i Remus założyli nowe miasto, które w przyszłości zdominuje cały znany świat (poza Chinami i Indiami oczywiście, które leżały dosyć daleko) i odrodzi się jako potęga, mająca nawet po swoim upadku ogromny duchowy i kulturowy wpływ na całe średniowiecze a także na nowożytność.
HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW Z DYNASTII OSMANÓW OD MEHMEDA II ZDOBYWCY DO ABDUL HAMIDA II
SERAJ
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. XII
MURAD II
PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. XI
Rozmowy na temat zawarcia nowego traktatu handlowego z Wenecją (prowadzone przez wysłannika Signorii, bogatego kupca z Pery -Aldovrandino de'Giusti) trwały pełną parą i już 23 lutego 1446 r. zawarty został nowy traktat pokojowy, który pozwalał Wenecji wrócić do intratnego handlu z Imperium Osmańskim. Był on tak naprawdę powtórzeniem traktatu zawartego przez Serenissimę z ojcem młodego sułtana Mehmeda II - Muradem II 4 września 1430 r. - czyli 15 lat wcześniej. Jedyną różnicą zawartego obecnie traktatu, był brak zapisu o specjalnych "podarkach", jakich sułtanowi miała zapłacić Wenecja, oraz zapis że ów traktat musi również zatwierdzić "Sułtan Azji", czyli przebywający na swoistych wakacjach w Manisie Murad II (co oznaczało że Wenecja ubezpieczała się na wypadek utraty władzy przez Mehmeda II i powrotu na tron jego ojca, co też wkrótce nastąpiło). Był to bodajże jedyny znany nam traktat, zawarty z Imperium Osmańskim w pierwszym okresie rządów Mehmeda II. W każdym razie młody sułtan nie miał łatwo. Liczył sobie już co prawda lat 14 ale otoczenie, jakie pozostawił wokół niego ojciec, było mu w dużej mierze niechętne, a przynajmniej nie widziało w młodym chłopcu dobrego i skutecznego sułtana. Ów traktat z Wenecją, w którym zabrakło stwierdzenia iż Wenecja musi zapłacić sułtanowi "upominki", w zamian za zgodę na jego zawarcie, były dla wielu tego dobitnym przykładem. Szczególnie niechętny wobec Mehmeda II był wielki wezyr Chalil pasza, który słał listy do Manisy, krytykujące młodego sułtana za najróżniejsze jego przedsięwzięcia (a również za ich brak). Mehmed też chciał się pozbyć Chalila - którego uważał za zły cień swoich rządów - i stopniowo ograniczał jego władzę. To zapewne spowodowało, że Chalil pasza w jednym ze swych listów wezwał Murada II do powrotu do Adrianopola i ponownego objęcia władzy. Muradowi jednak nie śpieszyło się do powrotu z owych wakacji, w Manisie bowiem odpoczywał w otoczeniu swoich niewolnic i konkubin, zbudował tam nowy pałac (który ukończony został właśnie ok. 1446 r.) i odpoczywał, przede wszystkim odpoczywał, relaksując się w swoich komnatach, ogrodach, czy nad brzegiem Morza Egejskiego. Nie uważał też że państwo jest w dramatycznej kondycji (jak sugerował w swych listach Chalil pasza), aby musiał osobiście interweniować.
Dopiero 5 maja 1446 r. sułtan Murad II opuścił Manisę na zawsze (i już nigdy do niej nie wrócił), z zamiarem powrotu do Adrianopola i ponownego przejęcia władzy. Zaczynało się jednak lato, więc sułtanowi nie śpieszyło się do stolicy, zatrzymał się więc na odpoczynek naprzeciw wyspy Lesbos, gdzie spędził kilkanaście dni (m.in. mocząc stopy w Morzu Egejskim). Następnie ruszył do Brusy, gdzie też poświęcił meczet swego imienia. W tym czasie sułtan Murad II nie był informowany o wyjeździe ojca z Manisy i jego planie powrotu do Adrianopola, wielki wezyr Chail pasza (i inni wezyrowie) zadbał o to, żeby młodzian dowiedział się o tym jak najpóźniej (obawiano się zapewne że Mehmed spróbuję zachować władzę i rozpocznie wojnę domową z własnym ojcem), ale postępowanie Murada im tego nie ułatwiało. Ten bowiem gdzie tylko mógł zatrzymywał się już nie na kilka czy kilkanaście dni, ale wręcz na tygodnie, co było trudne do utrzymania w tajemnicy. W samej Brusie siedział co najmniej dwa miesiące (jego testament który tam wystawił, ogłoszony został 1 sierpnia 1446 r.). W swoim testamencie muradę drugi nakazywał, że po jego śmierci należy pochować jego ciało w bliskiej odległości (0,68 m.) grobu jego ukochanego syna - Alaeddina Alego i że sułtan nie życzy sobie aby ktokolwiek inny z jego rodziny spoczął obok niego. Nakazał również aby jego ciało pochowano do ziemi, a nie wystawiono w trumnie w specjalnej sali (jak to było w osmańskim zwyczaju w przypadku pochówku władców lub wielkich wezyrów), "Niechaj deszcz kropi z łaski Bożej nade mną" - jak dodawał w testamencie sułtan Murad. Nakazywał jednak wokół jego grobu wznieść odpowiednią altanę, gdzie można by było sobie usiąść i w spokoju czytać Koran. Zaznaczał też że gdyby zmarł gdzie indziej poza Brusą, to należy jego ciało przewieźć właśnie tutaj i polecił aby przybyło ono do miasta w czwartek a zostało złożone do grobu w piątek. W tym czasie w Brusie świadkami ogłoszenia owego testamentu byli trzej wezyrowie: wielki wezyr Chalil pasza, Serudża pasza oraz Ishak pasza (co oznacza że wcześniej musieli oni opuścić Adrianopol, a to też oznacza że młody Mehmed II musiał już wiedzieć, że ojciec zbliża się do stolicy).
Mehmed oczywiście nie zamierzał się bronić, ani też podejmować konfrontacji z ojcem. Wiedział bowiem że - po pierwsze ma zbyt nikłe poparcie (praktycznie nie popierał go nikt z administracji sułtańskiej w Adrianopolu, a także janczarzy byli mu niechętni, gdyż widzieli w młodym i nieco ponurym chłopcu nadętego buffona, co jawnie kontrastowało z dosyć pogodnym i przystępnym nastawieniem jego ojca), a po drugie zapewne nie zamierzał toczyć walki o władzę z własnym ojcem. Ale był jeden szczegół, który pozostał w owym chłopcu bardzo silny od tamtych dni, a mianowicie ogromna niechęć do wielkiego wezyra Chalila paszy, którego uważał za głównego spirytus movens swojego upadku. Chalil pasza był otwarcie znienawidzony przez Mehmeda i ostatecznie po jego powrocie do władzy będzie musiał pożegnać się z życiem, był bowiem obwiniany o wszystkie niepowodzenia, jakie młody sułtan miał - w swoim mniemaniu - doświadczyć. Murad II wkroczył do Adrianopola we wrześniu 1446 r., witamy entuzjastycznie zarówno przez janczarów jak i lud stolicy. Jednak pierwotnie nie przybył do Pałacu sułtańskiego, a zatrzymał się w domu z Serudża paszy (czyżby obawiał się jakiejś kontrakcji ze strony swego syna?) i dopiero potem objął władzę sułtańską. W tym czasie wymyślono też bajeczkę, jakoby Chalil pasza wysłał wcześniej młodego Mehmeda na polowanie, a w tym czasie Murad wkroczył do stolicy i objął pełnią władzy. Nie ma na to żadnego potwierdzenia w źródłach, wydaje się więc że jest to zmyślona historia, mająca podkoloryzować powrót Murada do władzy. W każdym razie jego syn nie stawiał żadnego oporu, pokornie oddał władzę i w otoczeniu kilku wiernych sobie ludzi opuścił stolicę i wyjechał do Manisy (gdzie też zamieszkał w nowym pałacu, wzniesionym niedawno przez swego ojca). Tak oto stary-nowy sułtan wrócił ponownie do władzy.
W tym czasie Imperium Osmańskie było bezpieczne zarówno od strony Węgier, jak i Europy (gdzie koncepcje krucjatowe papieża Eugeniusza IV po klęsce pod Warną, rozpłynęły się jak sen złoty Salomei 😉). Tymczasem w Budzie drobna szlachta węgierska i przedstawiciele miast, jacy zjechali na Sejm zwołany wiosną 1446 r., ostatecznie obaliła rządy rady siedmiu i pełnię władzy przekazała w ręce Jana Hunyady'ego jako regenta, występującego w imieniu młodego króla - Władysława V (Pogrobowca) Habsburga (panującego oficjalnie od swych narodzin w lutym 1440 r. a realnie - choć nieoficjalnie - od listopada 1444 r. i śmierci w bitwie pod Warną Władysława I (III) Jagiellończyka). Król Władysław V nie przebywał wówczas na Węgrzech, gdyż w tym czasie pozostawał w Wiedniu (wraz ze swymi dwoma starszymi siostrami Anną i Elżbietą) na dworze swego stryja, króla Niemiec Fryderyka III Habsburga (który sprawował opiekę nad młodym węgierskim władcą). Negocjacje na temat powrotu króla na Węgry i zwrócenia (zabranej przez matkę Władysława V - Elżbietę Luksemburską) korony św. Stefana, szły niezwykle opornie, gdyż Fryderyk III najpierw żądał aby wypłacono mu dług, jaki wcześniej zaciągnęła u niego nieżyjąca już wówczas Elżbieta Luksemburska i do tego czasu nie zamierzał wysyłać Władysława na Węgry. Trójka rodzeństwa zresztą krótko pozostawała razem, Fryderyk III zabrał bowiem Władysława Pogrobowca do Styrii (a potem wraz z nim wyjechał nawet do Neapolu), dziewczynki zaś pozostały pod opieką opozycji anty-cesarskiej w Wiedniu (na której czele stał m.in. Ulryk Eizinger), gdzie cierpiały biedę i niedostatek. Były one wnuczkami Zygmunta Luksemburskiego - dawnego króla Węgier i cesarza rzymsko-niemieckiego, oraz Barbary Cylejskiej (ta kobieta była bez wątpienia nie wyżytą seksualnie nimfomanką, pewnego razu - na zjeździe w Łucku w 1429 r. - zaproponowała Władysławowi II Jagielle, aby po śmierci swego męża mogła wyjść za jego pięcioletniego wówczas syna, czyli przyszłego Władysława III Jagiellończyka, który zginął pod Warną. Poza tym odbywała liczne stosunki ze swymi dworakami i rycerzami). Teraz jednak wygląd dziewczynek był więcej niż mizerny, praktycznie przymierały one w Wiedniu głodem. Mimo to Fryderyk III dbał o ich wykształcenie (zajmowała się tym ich piastunka, która była erudytką wielkiej miary i pozostawiła po sobie ciekawe pamiętniki - Helena Kottenerich), czym zajmował się również znany ówczesny humanista Eneasz Sylwiusz Piccolomini (późniejszy papież Pius II, z którym znajomością potem szczyciła się królowa Polski - Elżbieta, czyli jedna z sióstr Władysława Pogrobowca, matka licznego jagiellońskiego potomstwa, w tym chociażby Zygmunta I, przedostatniego władcy z tej dynastii na tronie Polski i Litwy). Siostra Elżbiety (zgodnie z wolą ich matki) została wydana 20 czerwca 1446 r. za księcia saskiego Wilhelma z Turyngii, natomiast sama Elżbieta zaręczona wówczas została z jego kuzynem Fryderykiem.
Tymczasem na sejmie piotrkowskim (który rozpoczął się 30 marca 1446 r.) biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki starał się przepchnąć do tronu polskiego kandydaturę elektora Brandenburgii - Fryderyka II (Żelaznego) Hohenzollerna (jako element nacisku na wielkiego księcia Litwy Kazimierza Jagiellończyka, z którym notabene jeszcze w 1436 r. - zaraz po jej narodzinach - miała zostać zaręczona Elżbieta, siostra Władysława Pogrobowca, ale wówczas nic z tego nie wyszło). Ostatecznie opozycja (na której czele stała królowa-matka Zofia (Sonka) Holszańska - wysunęła wówczas kandydaturę księcia mazowieckiego - Bolesława IV Warszawskiego, co spowodowało że kandydatura wybrańca Oleśnickiego przepadła, zaś Bolesław wybrany został warunkowo, na wypadek gdyby Kazimierz ostatecznie odrzucił polską koronę lub też dalej próbował zwodzić panów polskich co do jej przyjęcia. Bolesław nie stanowił dla Kazimierza żadnego zagrożenia i zapewne jego kandydatura była z nim wcześniej uzgodniona, jednak dalsze zwodzenie Polaków mogło zakończyć się utratą polskiego tronu i objęciem patronatu nad Litwą przez jakiegoś innego władcę, z innej dynastii, być może właśnie Niemca. Należało więc tę sprawę czym prędzej rozwiązać, Polacy co prawda naciskali na szybki przyjazd Kazimierza do Krakowa i jego koronację na króla Polski, zaś Litwini kategorycznie zabraniali mu wyjazdu i przyjmowania polskiej korony, strasząc, iż w takiej sytuacji wybiorą wielkim księciem jakiegoś innego Giedyminowicza. W Koronie zaś za swym synem ostro lobbowała królowa-matka, często odgrywając przed panami teatrzyk, gdy zalewała się łzami, mówiąc, aby po stracie jednego syna nie odpychali od rządów drugiego, czym wzbudzała powszechną litość. W 1446 r. Sonka pojechała nawet do klasztoru sądeckiego, gdzie modliła się w intencji objęcia władzy w Koronie przez Kazimierza i nawet miało tam wówczas dojść do pewnego cudownego uzdrowienia jednego z jej dworzan - co wzbudziło powszechne zaciekawienie. Na zjazdach Wielkopolan w Kole i Małopolan w Korczynie uznano więc, że wybór Kazimierza na króla jest nie tylko najbardziej opcjonalny ale jedyny możliwy, stwierdzono jednak że dalsze uchylanie się od przyjęcia korony nie będzie akceptowane.
KAZIMIERZ JAGIELLOŃCZYK
(1447 r. miał zaledwie lat 20)
Matka wysłała więc list do syna, do Wilna, w którym pisała (pamiętajmy że Sonka była niepiśmienna, dlatego też mówiąc "pisała", mam na myśli - podyktowała) że jeśli teraz odrzuci koronę lub też będzie szukał wymówek, to utraci ją na zawsze. Radziła więc aby nie tylko ją przyjął ale przyjechał na zjazd, jaki na wrzesień zwołano do Parczewa. Kazimierz odpisał matce (on również był niepiśmienny), że koronę przyjmuje, ale musi mieć jeszcze czas aby rozwiązać sprawy litewskie, bo wraz z uzyskaniem korony Polski nie zamierza tracić litewskiej mitry. O liście Sonki do syna i jego zgodzie na przyjęcie korony wkrótce dowiedziała się cała Polska (najpierw Kraków, potem Poznań), postanowiono więc ponownie wysłać oficjalne poselstwo do Wilna, które tym razem zaproponuje koronę polską Kazimierzowi bez możliwości jej oficjalnego nieprzyjęcia lub też szukania innych wymówek. Litwini jednak, gdy przybyło polskie poselstwo, kategorycznie zabronili Kazimierzowi wyjazdu do Parczewa, obawiając się, że tam już oficjalnie przyjmie on polską koronę (nie chcieli bowiem utraty uzyskanej w 1440 r. przez Litwę suwerenności na rzecz ponownego związku z Koroną). Wielki magnat litewski Jan Gasztoud otwarcie wręcz ośmielił się zwrócić do Kazimierza, że jeśli pojedzie do Parczewa to już nie wróci do Wilna jako wielki książę, gdyż w jego zastępstwie wybiorą Michała Zygmuntowicza. Tak więc gdy zjazd parczewski się rozpoczął (we wrześniu 1446 r.) książę Kazimierz nań... nie przybył. Było to niesłychane, królowa-matka obawiała się że tym sposobem Kazimierz otwarcie utraci polski tron, ale wkrótce dowiedziano się że Kazimierz wyjechał z Wilna i jest w Brześciu Litewskim, ale do Parczewa nie przyjedzie. Kazimierz (poprzez swoich posłów) twierdził, że zaprasza wszystkich uczestników zjazdu parczewskiego do Brześcia, ale polscy panowie obawiali się tam przybyć, ze względu na możliwość litewskiej zasadzki. Tym bardziej że warunki Litwinów opierały się jedynie na obopólnym sojuszu dwóch państw bez podległości Litwy Koronie, oraz na pozostawieniu w granicach Wielkiego Księstwa Wołynia i Podola, tak jak było za Witolda. Polacy odrzucili te warunki jako niedorzeczne i dlatego też obawiano się przyjazdu do Brześcia.
Ostatecznie wysłano więc tam zaledwie reprezentację, która jednak - wobec niezwykle niechętnego stanowiska Litwinów co do polskich zamierzeń wobec Wielkiego Księstwa - jedynie zaproponowała Kazimierzowi polską koronę, którą on przyjął, ale wszystkie inne sporne sprawy pozostały nie uzgodnione i zostawione "na przyszłość". 17 września 1446 r. Kazimierz oświadczył że w swojej osobie łączy "w bratni związek" Koronę Królestwa Polskiego i Wielkie Księstwo Litewskie (rozumiane jako dwa odrębne państwa, od siebie niezależne), że będzie ich bronił przed nieprzyjaciółmi, że 25 czerwca 1447 r. odbędzie w Krakowie koronację królewską i że potwierdza wszystkie dotychczasowe przywileje szlachty, zarówno w Koronie jak i na Litwie. Polscy posłowie złożyli oficjalne oświadczenie, że nie będą nowemu królowi czynili nakazów co do miejsca jego przebywania (czy to w Krakowie czy w Wilnie), oraz utrzymywania na dworze ludzi "jakiegokolwiek języka" (chodziło głównie o doradców litewskich), tym samym pierwotne założenia panów polskich zostały usunięte, a zwyciężyło stanowisko strony litewskiej (o powrocie do dawnych aktów podległości Litwy wobec Korony nie było więc już mowy). Od tej pory oczekiwano na jak najszybszy przyjazd nowego króla do Krakowa i jego oficjalną koronację na Wawelu, tym bardziej że wiele problemów (czy to wewnętrznych czy zewnętrznych) wciąż się nawarstwiało i należało w grodzie Kraka posadzić nowego pana, który wreszcie będzie próbował je rozwiązać. Co prawda rok 1446 upłynął w spokoju, gdyż nie doszło wówczas do ataku Tatarów naddnieprzańskich chana Sit Ahmeta (które to miał miejsce chociażby w roku 1445, 1444, 1442, 1438, 1436, 1435 i 1433 na Podole i Ruś - czyli Wołyń), ale spodziewano się kolejnych najazdów już wiosną następnego roku. Pokój z Zakonem krzyżackim trwał od roku 1434 (w latach 1433-34 doszło do polskiego ataku na ziemie zakonne, gdzie Polacy {przy wsparciu czeskiego rycerstwa czyli husytów} zdobyli 12 miast pomorskich, podchodząc ostatecznie pod Gdańsk {ponoć czeskie rycerstwo wówczas po raz pierwszy wykąpało się w Bałtyku}. Ostatecznie 13 września 1434 r. zawarto rozejm w Łęczycy na 12 lat, po jednym przedłużeniu wygasał w 1447). W 1435 r. wybuchła jeszcze wojna litewsko-krzyżacka (Krzyżacy wspierali bowiem pretensje Świdrygiełły do wielkoksiążącego stolca), zakończona 1 września bitwą pod Wiłkomierzem, która porównywana była do Grunwaldu, a zakończyła się klęską zarówno sił zakonnych jak i wojsk Świdrygiełły (Litwinami oficjalnie dowodził wielki książę Zygmunt Kiejstutowicz, natomiast 4500 kontyngentem polskim Jakub Kobylański, po stronie Świdrygiełły zaś wystąpiło 4500 rycerzy zakonnych z Inflant pod wodzą Franke Kerskorfa). Mimo tego wszystkiego nowy król zasiadające w Krakowie był potrzebny "na wczoraj".
CZYLI CO SPOWODOWAŁO ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?
PLANY I MARZENIA
Cz. VI
REWOLUCJA 1905 r.
CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI
Cz. I
"ZJEDNOCZONY W MODLITWIE Z MOIM NARODEM NABRAŁEM NOWYCH SIŁ DO SŁUŻENIA ROSJI, JEJ POMYŚLNOŚCI I CHWALE"
MIKOŁAJ II
W LIŚCIE DO GUBERNATORA MOSKWY
PODCZAS WIELKANOCNYCH ODWIEDZIN DAWNEJ ROSYJSKIEJ STOLICY
(1900 r.)
Car Mikołaj II - który wstąpił na rosyjski tron dnia 1 listopada 1894 r., od samego początku swych rządów nie miał szczęścia ani w polityce, ani też w życiu prywatnym. Jego ojciec - Aleksander III pozostawił mu w miarę stabilny tron, wcześniej zdusiwszy prawie całą antycarską i pro-liberalną opozycję. Niestety, nowy car nie posiadał temperamentu i siły ojca, a bardziej przypominał swego dziada - Aleksandra II (zamordowanego w wyniku zamachu z 1881 r.), też będąc łagodny, bierny, dobroduszny i szaleńczo zakochany w swej niemieckiej żonie - Aleksandrze. Wstępując na tron stwierdził że nie chce być tylko "Mikołajem II, ale i drugim Mikołajem", czyniąc tym samym aluzję do osoby swego pradziada - Mikołaja I zwanego Pałkinem (notabene ów car uwielbiał zadawać kary cielesne i skazywać na nie również i żołnierzy swej gwardii. Zresztą trudno się dziwić, od młodości chowany był w poczuciu strachu i szacunku do rózgi, gdy jego ojciec car Paweł I - syn Katarzyny II - zatrudnił do nauki carewiczów - Mikołaja i Michała, generała Lamzdorfa, któremu polecił aby nie szczędził młodzieńcom chłosty za najmniejsze przewinienia. Pewnego razu Lamzdorf chwycił małego Mikołaja za kołnierz i podniósłszy go do góry, uderzył jego głową o ścianę tak mocno, że chłopiec stracił przytomność. Paweł I pochwalił metody nauczyciela i przykazał aby odtąd codziennie notował w dzienniku ile razów wymierza jego synom. Taka edukacja bez wątpienia musiała wywrzeć wielki wpływ na psychikę Mikołaja I, zwanego potem "Żandarmem Europy"). W rzeczywistości Mikołaj II nie miał nic, zarówno z okrucieństwa swego pradziada (którego elektryzującego wzroku obawiali się wszyscy dworacy), jak również nic z charyzmy swego ojca i ponoć na wieść o objęciu tronu... rozpłakał się, mówiąc: "Co ja teraz pocznę. Nie jestem przygotowany na to, by być carem. Nigdy nie chciałem nim być. Zupełnie nie znam się na rządzeniu". Tego samego zdania był Aleksander III, który na rok przed swoją śmiercią tak mówił o swym 25-letnim wówczas synu: "To zupełne dziecko. Jego poglądy są zupełnie dziecinne". Jedynie matka - caryca Maria Fiodorowna starała się wspierać Nikiego (jak zdrobniale zwano Mikołaja w rodzinie), choć tak naprawdę chyba bardziej zależało jej na tym, aby wciąż móc wywierać na synu swój przemożny wpływ.
CARYCA-MATKA
MARIA FIODOROWNA
Wiarę w siebie budowała w Mikołaju głównie jego młoda żona, księżniczka heska - Wiktoria Alicja Hesse-Darmstadt (która po przejściu na prawosławie zwana była Aleksandrą Fiodorowną), a w której ten był zakochany bez pamięci (w 1890 r. pisał: "Marzę o dniu, w którym poślubię Alix. Kocham ją od dłuższego czasu, ale jeszcze mocniej i głębiej od roku 1889, kiedy spędziła sześć zimowych tygodni w Petersburgu"). Niestety, rodzice byli przeciwni temu małżeństwu, gdyż ojciec Aleksandry był mało znaczącym niemieckim księciem, który nic nie ofiarował Rosji w kwestii sojuszy strategicznych. Szczególnie mocno przeciw temu związkowi oponowała caryca Maria, która miała ogromny wpływ na swego syna (innymi słowy młody Niki był po prostu maminsynkiem, całkiem uzależnionym od matczynej opinii), co powodowało że następca tronu zaczął walczyć ze swym uczuciem do Alix (pisał np.: "Jestem na rozstaju dwóch dróg, ja chcę iść w jednym kierunku, mama chce, bym poszedł w drugim! Co z tego wyniknie?"). Więc aby odciągnąć syna od planów matrymonialnych z ową Niemką, car Aleksander podesłał mu młodą balerinę z Teatru Maryjskiego w Petersburgu, Polkę - Matyldę Krzesińską. Ta młoda, ładna dziewczyna co prawda zawróciła w głowie następcy tronu (w 1892 r. pisał np. tak: "Kocham Alix już od trzech lat i wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia Bóg pozwoli mi się z nią ożenić (...) Ale od 1890 roku kocham K. z namiętnością. Dziwna rzecz ludzkie serce, bo jednocześnie nie przestaję myśleć o Alix. (...) można by dojść do wniosku, że jestem bardzo kochliwy. W pewnym sensie tak!"), jednak ich romans trwał zaledwie cztery lata i zakończył się wiosną 1894 r. 26 listopada tego roku nowy car Mikołaj II poślubił Wiktorię Alicję, która teraz otrzymała koronacyjne imię Aleksandry (pewnym problemem stojącym na przeszkodzie tego małżeństwa, była również niechęć Alix przed przejściem na prawosławie - co było konieczne dla małżonki cara. Mówiła ona iż żyje jako luteranka i jako luteranka chce umrzeć, a: "Wiara to nie para rękawiczek, którą się nakłada i ściąga". Ostatecznie jednak uległa presji swego otoczenia, rodziców, swej siostry - Elżbiety, a także cesarza Niemiec - Wilhelma II). Mikołaj postawił na swoim, ale nie oznaczało to wcale końca problemów w rodzinie, tym bardziej że caryca Maria traktowała synową wyniośle i nie zamierzała ustępować jej pola podczas uroczystości publicznych, ani też oddawać klejnotów przysługujących carycy (Gdy Alix skarżyła się Mikołajowi na takie traktowanie ze strony Marii, Mikołaj odpowiadał: "Porozmawiam o tym z mamą", niewiele jednak wskórał, a często zamiast porozmawiać, po prostu pytał się jej o radę, mówiąc żonie oficjalnie: "Zapytam o to mamę").
ALEKSANDRA FIODOROWNA
"ALIX"
Aleksandra starała się dodać mężowi odwagi w sprawowaniu władzy bez udziału carycy-matki (pisała np.: "Najukochańszy (...) Nie popadaj w przygnębienie. Twoje "słoneczko" modli się za Ciebie (...) Bądź stanowczy (...). Nie dopuszczaj do tego, że inni zajmują Twoje miejsce i nie liczą się z Tobą. (...) Śmiało mów, co myślisz, i pilnuj, by nikt nie zapomniał, kim jesteś"), nadaremnie - o wielu sprawach i tak decydowała "mama". Caryca-matka potrafiła być również okrutna w stosunku do swej synowej, co zostało udokumentowane podczas jednego z balów, organizowanych w połowie 1895 r. gdy caryca celowo zwracała się tylko do syna, całkowicie pomijając jego żonę, tak jakby jej tam wcale nie było (Alix wyszła wówczas z balu cała zapłakana, a to, jak Maria potraktowała Aleksandrę, zauważyła również księżniczka Ksenia Aleksandrowna - młodsza siostra Mikołaja, która potem zapisała w swych pamiętnikach: "Matka upokorzyła Alix. Zrobiła to celowo i z premedytacją (...) było to jej pierwsze spotkanie z dworem, matka zaś postarała się, aby wszyscy się z niej śmiali"). Gdy zaś przez prawie pół roku Aleksandra nie mogła zajść w ciążę, Maria oficjalnie pytała ją czy aby jest zdrowa (i czy może mieć dzieci) oraz sugerowała by obejrzał ją jej prywatny medyk. Zaś gdy (po czternastogodzinnym porodzie) na świat przyszła księżniczka Olga (listopad 1895 r.), caryca Maria stwierdziła bezceremonialnie: "Teraz dziewczynka, następny będzie chłopiec!" Maria nadzorowała również remont pomieszczeń Aleksandry, jak i pokoju swej wnuczki, księżniczki Olgi. Mimo tego nieśmiała i skryta w sobie Aleksandra, z biegiem czasu zaczęła odzyskiwać nieco wigoru i stojąc u boku męża oraz wspierając go w jego zamierzeniach (a car był bardzo chwiejny i łatwo ulegał presji, szczególnie swej matki) i podkreślając że to on jest władcą i to on decyduje, a inni - w tym członkowie jego rodziny - powinni okazywać mu szacunek i posłuszeństwo (choć i tak szeptano na dworze, iż: "Car rządzi Rosją, a jego matka rządzi carem"). Zresztą Alix musiała się mierzyć nie tylko z carycą-matką, ale i z innymi członkami carskiej rodziny, jak choćby z wielką księżną Marią Pawłową (żoną Włodzimierza Aleksandrowicza Romanowa - stryja Mikołaja II), która nie przepuściła żadnej okazji aby upokorzyć młodą carycę (namawiała nawet jej dwórki, by te wyrażały się o niej niepochlebnie i chwaliła je za to).
26 maja 1896 r. (w Rosji wówczas obowiązywał kalendarz juliański, co oznaczało że data ta była opóźniona o dwanaście dni w porównaniu z kalendarzem gregoriańskim, obowiązującym w reszcie Europy i większości świata. Ja tutaj podaję zaś jedynie daty liczone w kalendarzu gregoriańskim) miała miejsce uroczysta koronacja cesarskiej pary, po której to doszło do wielkiej tragedii na Placu Chodyńskim w Moskwie. Tutaj od razu należy wyjaśnić, że zarówno Aleksander III i caryca Maria, jak i Mikołaj II nie przepadali za atmosferą panującą w Petersburgu i kiedy tylko mogli, wyjeżdżali albo do pałacu w Gatczynie, albo do Moskwy na Kreml, albo też do Liwadii na Krym (szczególnie latem, gdzie rodzina carska spędzała beztroskie chwile w pałacu, w którym w lutym 1945 r. Stalin - nowy, czerwony car - przyjmował Churchilla i Roosevelta, omawiając powojenny podział świata na strefy wpływów. Notabene należy pamiętać że wówczas w większości krajów Europy panowała wojenna limitacja żywności, natomiast na Krymie Stalin pokazał się zachodnim sojusznikom jako wielki pan również pod względem kulinarnym, serwując im najwykwitniejsze dania - pieczone bażanty, dziki a nawet... łosie - a w tym samym czasie obywatele Związku Sowieckiego umierali z głodu. Nic dziwnego że zarówno Churchill jak i Roosevelt byli oczarowani potęgą Związku Sowieckiego, widząc chociażby same te wykwintne dania), poza tym lubili też spędzać czas w Białowieży i w Spale. Gdy więc 24 maja 1896 r. para cesarska we wspaniałym orszaku wjechała do Moskwy, po raz kolejny Aleksandrę czekała niemiła przygoda, gdy lud niezbyt serdecznie wiwatował na cześć cara i carycy, zaś "niemal ogłuszająco" przywitał carycę Marię. Mimo to, uroczystość koronacyjna (25 maja) odbyła się z wielkim przepychem, godnym władcy potężnego Imperium, zaś tłumy Rosjan już od rana gromadziły się na Placu Czerwonym, chcąc ujrzeć na własne oczy koronację nowego cara (taka okazja mogła przecież już się nie powtórzyć w ciągu życia wielu spośród tam obecnych). Mikołaj jechał na koronację na koniu pomiędzy szpalerami swych dostojników, zaś Aleksandra siedziała w karecie ze swymi dwórkami. Koronacja przebiegała sprawnie, ale niektórzy dostrzegli że z piersi cara zsunął się ciążki łańcuch św. Andrzeja - co dla wielu nie było pomyślną zapowiedzią przyszłości. Tragedia wydarzyła się już dnia następnego (26 maja), gdy tłum Rosjan stłoczony na Placu Chodyńskim i przepychający się do stołów z darmowym jedzeniem i piciem oraz drobnymi podarunkami od władcy (które to car był zobowiązany wystawić dla swego ludu podczas koronacji), zaczął się po prostu wzajemnie tratować. Tego dnia panował wielki upał, a zebrany tłum przez wiele godzin oczekiwał rozpoczęcia rozdawania upominków, gdy nagle skądś pało hasło: "Dają!" i tłum zaczął się przepychać w kierunku namiotów z darami. Każdy chciał być pierwszy, aby przy takiej ilości ludzi nie wrócić do domu z pustymi rękoma. Ludzie zaczęli więc się wzajemnie przepychać, część upadła na ziemię, inni mdleli w tłoku - efekt był taki że zadeptanych i zaduszonych zostało ponad tysiąc osób, a drugie tyle odniosło rany.
Była to tragedia, która wstrząsnęła całą Moskwą, a także przeraziła rodzinę carską. Caryca Maria pisała do swej matki Luizy w Danii (Maria Fiodorowna, nim została żoną Aleksandra III, była córką króla Danii - Chrystiana IX): "Ten straszny wypadek (...) przechodzi wszelkie wyobrażenie i całą wspaniałość i okazałość uroczystości okrył kirem! Pomyśl, jak wielu biednych, nieszczęśliwych ludzi zostało zmiażdżonych i śmiertelnie rannych"). Mimo to car, gdy dowiedział się o wypadku, nie zrezygnował z uczestnictwa w balu, organizowanym na cześć pary carskiej w posiadłości ambasadora Francji, zaś jeszcze tego samego dnia (po szybkim uprzątnięciu Chodynki z ciał i odwiezieniu rannych do szpitali) na Placu Chodyńskim car Mikołaj wraz z małżonką i dworem uczestniczył w uroczystości, na której orkiestra przygrywała pieśni na cześć szlachty rosyjskiej, niemieckiej, francuskiej, brytyjskiej i kilku innych europejskich narodów. To była jedna z najpoważniejszych skaz, jakie pojawiły się na wizerunku młodego władcy tuż u świtu jego panowania. To właśnie wówczas, na balu we francuskiej ambasadzie, wśród rosyjskiego ludu zrodziło się przekonanie o nieczułości cara, który po tragedii na Chodynce, tańczył sobie w najlepsze kadryla w objęciach tej "zarozumiałej Niemki" - jak lud zwał Aleksandrę (Alix nie była ani dumna, ani zarozumiała, jednak jej zachowanie podczas oficjalnych uroczystości było bardzo onieśmielające, a czasem się czerwieniła na twarzy i choć była bardzo ładna, nie potrafiła błyszczeć tak, jak caryca-matka, przez co uważano ją za odszczepieńca. Baronowa Sophie Buxhoeveden pisała w swych pamiętnikach, iż Aleksandra: "Czuła się zupełnie zagubiona (...) Jej nieśmiałość uznawano za wyniosłość, zaś powściągliwość za zarozumiałość", w przeciwieństwie do carycy Marii, która - jak pisała Maria von Bock, córka Piotra Stołypina - jest: "Uprzejma, życzliwa, bezpretensjonalna w obejściu, była cesarzową w każdym calu, łącząc w sobie wrodzoną godność z taką dobrocią, że uwielbiał ją każdy, kto ją znał"). Aleksandra nie mogła już dłużej wytrzymać uwag i zniewag teściowej i poprosiła męża aby wyprowadzili się z Pałacu Aniczkowskiego w Petersburgu (w którym byli pod ciągłym okiem carycy-matki) i przenieśli się do Pałacu Aleksandrowskiego w Carskim Siole. Im dalej od Petersburga i Marii, tym lepiej dla samopoczucia Alix, a widząc jak bardzo zależy na tym żonie, Mikołaj postanowił wreszcie wyprowadzić się "od mamy" i osiąść w "uroczym, drogim, kochanym miejscu" - jak potem nazywał Pałac Aleksandrowski (Gleb Botkin - syn nadwornego lekarza Mikołaja II pisał: "Carskie Sioło to był inny świat, zaczarowany kraj z baśni, gdzie niewiele ludzi miało prawo wstępu. (...) Dla monarchistów było ono swego rodzaju ziemskim rajem, siedzibą ziemskich bogów. Dla rewolucjonistów był to straszliwy pałac, gdzie żądni krwi tyrani wykuwali swe straszliwe, wrogie niewinnej ludności plany").
W 1897 r., jeszcze przed narodzinami księżniczki Tatiany (w czerwcu tego roku) car wraz z żoną wyjechał na wypoczynek do Białowieży (potem wielokrotnie wracał w to miejsce, zaś puszczańska rezydencja była związana z najmilszymi wspomnieniami cesarskiej pary). Niestety, nieszczęście nie chciało opuścić Mikołaja i Aleksandry. Gdy bowiem w 1899 r. zorganizowano pierwszą rosyjską wystawę przemysłową, miasto Niżny Nowogród nawiedziło tak potworne gradobicie, że potem lud również zaczął postrzegać to, jako niepomyślny znak dla panowania Mikołaja i jego "zarozumiałej Niemki". A Mikołaj był tylko narzędziem tego systemu, starając się jednocześnie jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i poświęcać czas temu, czego wcześniej tak bardzo nie lubił - sprawowaniu władzy. Alix utwierdzała męża w przekonaniu że cały lud go kocha (pewnego razu rzekła do jednej ze swych dam dworu: "Teraz możesz ujrzeć na własne oczy, jakimi tchórzami są ministrowie. Nieustannie straszą cara groźbą rewolucji, a tu proszę - sama widzisz - wystarczy, że się pokażemy, a już sercem są z nami"). Niestety, nie była to prawda. Rosyjski lud tak naprawdę nie znosił Aleksandry, nie lubili jej też carscy dworacy, a ona sama, zamknięta w swoim fiołkowym buduarze w Carskim Siole i starająca się mieć zawsze męża u swego boku, nie polepszała plotek i negatywnych opinii na swój temat. W kolejnych latach rodziły się następne córki pary cesarskiej (czerwiec 1899 r. księżniczka Maria i czerwiec 1901 r. księżniczka Anastazja), wciąż jednak brakowało syna - następcy tronu. Alix starała się z całych sił, gdyż wiedziała że w przypadku gdyby nie urodziła syna, wówczas tron po śmierci Mikołaja II objąłby jeden z jego młodszych braci - a rodzina Romanowów w XIX wieku niezwykle się rozmnożyła (co ciekawe, pierwsi Romanowowie z XVII wieku, stali przed groźbą wymarcia swego rodu) i bardzo pragnęła mieć syna. W tym czasie życie pary cesarskiej upływało na dworskich obowiązkach, małych i dużych przyjemnościach (car np. lubił samotne spacery z psami - co już jego ojciec uważał za dość dziwne i niepokojące zachowanie, a także fotografowanie - Mikołaj uwielbiał utrwalać rodzinę na kliszy aparatu fotograficznego, ukazując ich często w sytuacjach niezbyt dostojnych), na wakacyjnych podróżach na Krym, na miłych chwilach spędzonych na jachcie "Standard", oraz na obdarowywaniu się prezentami podczas świąt Wielkanocy czy Bożego Narodzenia (na Wielkanoc do tradycji należało iż dwie osoby z carskiej rodziny co roku zostawały obdarowane jajkami, sporządzonymi przez paryskiego jubilera Faberge'a, które bardzo szybko zyskały wielką, międzynarodową sławę). Mikołaj lubił te chwile beztroski, odciągały go one bowiem od obowiązków rządzenia krajem, czego nie znosił, ale co starał się wykonywać najlepiej jak potrafił. Nie było to jednak łatwe, gdyż i tam ciągle piętrzył się problemy.
Car Mikołaj II w zasadzie stale był zdominowany, jak nie przez swoją matkę, to przez wpływy żony (która także chciała do pewnego stopnia sterować małżonkiem), a także przez inne silne osobowości ze swojej rodziny. Na przykład stryjeczny brat cara, wielki książę Aleksander (zwany "Sandro"), potężny mężczyzna wbity w mundur wielkiego admirała, wyglądał niczym kolos w porównaniu do bardzo wyciszonego i spokojnego cara. Nie raz też dawał wyraz swej niechęci wobec planów Mikołaja, a wówczas potężną ręką uderzał w stół i bezceremonialnie zgłaszał sprzeciw. Inni krewni Nikiego - książęta Sergiusz i Włodzimierz (utrzymujący wiele oficjalnych kochanek i kryjący się z nimi za rządów surowego Aleksandra III, który nakazał rodzinie przykładne prowadzenie się i zapowiedział oficjalnie, iż ma być "bez skandali!", zaś ci, którzy by nie posłuchali tego ostrzeżenia, mogli się liczyć z poważnymi konsekwencjami. Niestety, młody Mikołaj nie miał charyzmy swego ojca i nikt właściwie się go nie bał, przez co spokojnie już zaczęto uprawiać romanse, oddawać się hazardowi i innym gorszącym opinię publiczną Europy rozrywkom, a Niki niewiele mógł na to poradzić) również potrafili wywierać na Mikołaja swój wpływ. Carski system społeczny opierał się bowiem na ścisłej hierarchii (potem bolszewicy przejęli go i stworzyli taki sam system "czerwonej władzy" szczególnie widoczny podczas rządów Stalina). Na samym szczycie znajdował się car i jego rodzina oraz dwór, poniżej była szlachta w wojsku, administracji państwowej i Cerkwi, potem kupiectwo (mieszczaństwo) i na samym dole chłopstwo. Według pierwszego w dziejach Rosji spisu powszechnego ludności z 1897 r. w administracji publicznej było zatrudnionych aż 71 % arystokratów i szlachciców (teoretycznie drzwi do administracji państwowej były otwarte dla każdego poddanego cara, bez względu na jego pochodzenie, ale teoria jedno, a praktyka drugie i jeśli nawet znajdowali się tam synowie ludzi z gminu, to ich podstawowym obowiązkiem było ukończenie uniwersytetu lub innej szkoły wyższej i to z wyróżnieniem). Co prawda arystokracja narzekała, że od czasu poluzowania obciążeń nałożonych chłopstwu (traktowanemu nie lepiej od niewolników) i po zniesieniu pańszczyzny w 1861 r. wielu z nich musiało zmienić swój dotychczasowy tryb życia (bardzo dobrze atmosferę panującą w sferach wyższych, przedstawił w swej sztuce "Wiśniowy sad" z 1903 r. Antoni Czechow), to jednak i tak utrzymywali przemożny wpływ na praktycznie wszystkie aspekty życia politycznego i społecznego Rosji.
W armii zaś było jeszcze gorzej, gdyż należała ona do cara jak nic innego w Rosji (choć cała Rosja tak naprawdę była własnością cara). Cała rodzina była przesiąknięta duchem militaryzmu i nawet córki Mikołaja II należały do odpowiednich regimentów cesarskiej gwardii (każda z nich miała swoje mundury wojskowe). Armia jednak była bardzo źle wyposażona i wyszkolona (od roku 1855 stopniowo, lecz nieubłaganie spadały nakłady na wojsko, kosztem policji i administracji). Częstokroć żołnierze, aby się wyżywić, musieli sami uprawiać pola, łatać buty lub też najmować się do prac w fabrykach i na kopalniach w pobliżu swoich garnizonów. Poza tym wojsko często było używane do tłumienia buntów chłopskich i zamieszek w miastach, co też nie sprzyjało budowaniu żołnierskiego morale, gdyż większość żołnierzy to byli po prostu synowie chłopów, którzy musieli tłumić jakieś dalekie bunty chłopskie, sami zaś otrzymując wieści, że w ich stronach inni wojacy są zmuszeni do strzelania do ich bliskich. Poza tym rosyjski żołnierz musiał być poddańczo wierny poleceniom swych przełożonych i przede wszystkim musiał opanować skomplikowaną tytulaturę i formy, jakimi należało zwracać się do określonych oficerów. "Waszą Ekscelencją" tytuowano wszystkich generałów, majorów i feldmarszałków (w tym ostatnim przypadku dodawano jeszcze zwrot "Wysoka Ekscelencjo"), zaś do pułkowników i oficerów poniżej tego stopnia, mówiono "Wasza Dostojność". Natomiast prości żołnierze nie mogli liczyć nawet na obowiązujący w rosyjskiej kulturze, uprzejmy zwrot "wy", gdyż oficerowie wołali do nich po prostu "ty" jak do psów, czy chłopów pańszczyźnianych - do których właśnie tak się kiedyś zwracano (natomiast w polskiej kulturze słowo "wy" jest traktowane za protekcjonalne i nazbyt oficjalne, natomiast zwracanie się bezpośrednio po szarży lub imieniu - czyli na "ty" jest traktowane za znacznie pozytywniejsze). Poza tym rosyjski żołnierz musiał znosić nieustanne bicie (np. pięścią w twarz, uderzenia kolbą jak również ciągłą chłostę za najdrobniejsze przewinienia), a w tym przypadku niewiele się zmieniło od czasu reformy wojskowej Dymitra Milutina z 1874 r. wprowadzającej powszechną służbę wojskową dla wszystkich mężczyzn i skracającą okres jej trwania z 15 do 6 lat, oraz ograniczającą kary cielesne i wprowadzającą elementarne wykształcenie dla poborowych (gdyż ok. 80% z nich to byli analfabeci). Bycie prostym żołnierzem w carskiej Rosji było prawdziwym utrapieniem, gdyż wojacy - nawet po służbie - nie mogli jeździć komunikacją miejską (jedynie pociągami i to w trzeciej klasie), nie mogli wchodzić do restauracji ani do teatrów, a w parkach miejskich ustawiano tablice: "Psom i żółnierzom wstęp wzbroniony" (nic dziwnego że do poddającego się rosyjskiego sołdata, który prosił o darowanie mu życia, pewien polski żołnierz z oddziału Karola Różyckiego w 1831 r. zapytał go: "A na co ci żyć, skoro ty Moskal?" Swoją drogą jakże inaczej było traktowane wojsko w II Rzeczpospolitej, gdzie żołnierz był tak naprawdę elitą narodu bez względu na szarżę. Żołnierze mieli darmową komunikację miejską - określenie "Wojsko nie płaci" było oficjalnym hasłem akceptowanym praktycznie przez wszystkich obywateli - natomiast gdy szli ulicą to większość przechodniów mężczyzn zdejmowała kapelusze lub czapki żeby się im pokłonić). W Rosji nie istniał więc etos żołnierski, taki jak choćby w Niemczech, we Francji czy w międzywojennej Polsce.
Co było momentem przełomowym dla wybuchu Rewolucji 1905 r. (a potem dwóch kolejnych z 1917 r. - lutowej i październikowej) w Rosji? Wiele było takich momentów można by rzec, tym bardziej że terror polityczny, jaki panował w Rosji od połowy lat 70-tych do początku 80-tych XIX stulecia stwarzał ku temu wiele okazji (terror został przyduszony w latach 80-tych, jednak nieliczne jego kontynuacje wciąż były jeszcze podejmowane - jak choćby nieudany zamach na cara Aleksandra III z 13 marca 1887 r., który potem stał się jednym z elementów budowania kariery i legendy dwóch ludzi - Włodzimierza Iljicza Uljanowa, zwanego Leninem, którego brat - Aleksander Uljanow - student zoologii na Uniwersytecie w Petersburgu został wciągnięty do zgromadzenia rewolucjonistów i pod wpływem swoich kolegów ze studiów stał się radykalnym marksistą, który mawiał: "Nie wierzę w terror, wierzę w systematyczny terror!". Został on aresztowany jeszcze przed samym zamachem i skazany wraz z czterema kompanami na karę śmierci - wyrok wykonano w maju 1887 r. Aleksander miał wówczas 21 lat. Lenin zaś nie mógł przeboleć tej śmierci, a mając już wytyczoną przez brata drogę rewolucyjno-terrorystyczną, podążył w tym właśnie kierunku. Drugim człowiekiem, którego legenda również zaczęła się od owego nieudanego zamachu z 1887 r., był Józef Piłsudski. Jego starszy brat - Bronisław był również wtajemniczony w ten spisek, jednak został skazany na 15 lat zesłania na wyspę Sachalin. O współuczestnictwo oskarżono wówczas i młodego 19-letniego Józefa - choć ten akurat o planach zamachu na życie cara nic nie wiedział - i skazano go na pięć lat zesłania na Syberii. Legenda przyszłego Marszałka budowana była właśnie od tego wydarzenia, a we "Wspomnieniach" Jego małżonki - Aleksandry Piłsudskiej można znaleźć taki fragment: "Oto widzę człowieka, którego Syberia złamać nie zdołała. Fizycznie i psychicznie był to człowiek zdrowy, w odróżnieniu od jakże wielu tych, którzy wrócili z zesłania z piętnem klęski. Nie było w nim ani zgorzknienia, ani rezygnacji").
Wydaje się jednak że takim prawdziwym początkiem Rewolucji 1905 r. były wydarzenia mające miejsce w Rosji w latach 1891-1892. Były to bowiem ciężkie lata: nieurodzaju, głodu, ubóstwa i epidemii i to one w dużej mierze wyrobiły w kręgach pokornego dotąd prawosławnego chłopstwa i mieszczaństwa, opinię o nieudolności carskiego rządu i niewielkiej skuteczności podejmowanych prób zapobieżenia epidemii głodu na szczeblu centralnym. Na jesieni 1891 r. aż 17 guberni carskiej Rosji było objętych klęską głodu (a to dwukrotnie więcej niż powierzchnia Francji). Ludzie głodowali lub uciekali do miast (gdzie sytuacja była nieznacznie tylko lepsza), ale największym zmartwieniem były dla nich zwierzęta hodowlane, a szczególnie konie, gdyż należało je nakarmić - inaczej padały z głodu. A jeśli padły konie, chłopi głodowali również w roku następnym (nie mogąc kontynuować żniw), dlatego też aby wykarmić konie, ściągano nawet słomę z dachów własnych chat, pozostawiając je na pastwę sił natury. Natomiast w roku 1892 nawiedziła Rosję potężna epidemia tyfusu i cholery (przenoszona przez pchły i muchy, które rozmnożyły się przy trupach padłych z głodu zwierząt). Pomoc publiczna była co prawda podejmowana, ale ze względu na wszechobecną biurokrację, często przybierała charakter przeciwny do zamierzonego. Na przykład: kładziono nacisk na wywiązanie się z podpisanych wcześniej umów eksportu zboża do krajów Europy, tym samym potęgując głód i rozpacz, gdyż zboże to nie mogło wówczas trafić do głodujących chłopów. Największe zaś przerażenie budziło na wsi rosyjskiej pojawienie się służb medycznych, gdyż przy stwierdzeniu choć jednego przypadku epidemii, natychmiast nakładano kwarantannę, a ludność zmuszano do przeniesienia się do wyznaczonych ośrodków (często odległych o wiele setek kilometrów). W prasie panowała totalna cenzura i nie wolno było gazetom pisać o rozprzestrzeniającej się klęsce głodu, a co najwyżej o "lokalnym nieurodzaju". Powodowało to frustrację, rozpacz i gniew sporej części rosyjskiego społeczeństwa. Zaczęto też opowiadać sobie przerażające historie o całych wyludnionych wioskach, o pomarłych z głodu dzieciach (np. w dzienniku Aleksandry Bogdanowicz - pokojówki pracującej u możnego państwa z Petersburga, pod datą 3 grudnia 1891 r. można przeczytać: "Podobno w guberni symbirskiej wszystkie dzieci pomarły z głodu, wysłano tam ubrania dziecięce, ale zostały zwrócone - nie ma kto ich nosić. Oburzenie narasta we wszystkich kręgach"
W tym trudnym czasie uwidoczniła się też druga strona ludzkiej natury - ta jasna, chwalebna. "Ludzie najróżniejszych przekonań energicznie wzięli się do pomocy. Wielu zaniechało swoich zwykłych zajęć i przystąpiło do zakładania jadłodajni oraz, podczas epidemii, ruszyło pomagać lekarzom" - jak pisał Wasilij Makłakow. Wśród pomagających nie brakowało ani mieszczan ani szlachty, a nawet książęta rzucili się w wir pomocy i rozdawali zupę w jadłodajniach dla głodujących chłopów (np. książę Gieorgij Jewgieniejewicz Lwow właśnie w garkuchni poznał swą przyszłą żonę). Ludzie pomagali jak tylko mogli, w miastach organizowano zbiórki ubrań, butów, płaszczy a nawet zabawek dla chłopskich dzieci, zakładano setki komitetów pomocowych, organizowano ochronki, studenci masowo zgłaszali się do akcji pomocowych w ramach wolontariatu. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym właśnie czasie, po raz pierwszy w dziejach, realnie zaczęło kształtować się prawdziwie obywatelskie społeczeństwo w Rosji. Niestety, porównanie tych akcji pomocowych i działań rządu carskiego wypadało zdecydowanie na niekorzyść tego drugiego, poza tym duża część rosyjskiego możnowładztwa nadal żyła dawnym życiem, pełnym polowań i bankietów, oderwana od reszty narodu w swych pałacach i dworach - co tak dobitnie wytknął im Lew Tołstoj. Arystokracja zresztą była niechętna ani wyzwoleniu chłopów z poddaństwa (co nastąpiło ukazem cara Aleksandra II z 1861 r. - notabene ukaz ten przyznawał chłopom jedynie wolność osobistą, ale nie otrzymali już tych samych działek, które do tej pory uprawiali dla siebie, musieli je bowiem wykupić u swego dotychczasowego pana. To spowodowało że wielu opuszczało wieś i przenosiło się do miast, gdzie zapełniało miejskie slumsy, nie mając żadnych perspektyw na podjęcie dobrze płatnej pracy - gdyż nie posiadali żadnych umiejętności przydatnych do życia w mieście), ani też jakimkolwiek innym zmianom społeczno-politycznym, mającym na celu poprawę położenia ludności najuboższej. Arystokracja rosyjska czuła się zdradzona, była pełna nieskrywanego żalu przed utratą dawnego życia (które dla nich zmieniło się tylko w niewielkim stopniu). Antoni Czechow w "Wiśniowym Sadzie" z 1903 r. doskonale uwypuklił wszystkie te skrywane dotąd żale rosyjskiej arystokracji, choćby w osobie dziedziczki Lubow Andriejewny Raniewskiej, która tak kocha swój wiśniowy sad, iż nie jest go w stanie sprzedać, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę że gdyby to uczyniła, to jej rodzina nadal mogłaby żyć "po staremu". Ostatecznie sad zostaje sprzedany, a sztuka kończy się odgłosem ścinania ukochanych drzew Raniewskiej, jakby odgłosem odchodzącego świata rosyjskiej arystokracji.
ROSYJSCY CHŁOPI BYLI PRZED 1861 ROKIEM TRAKTOWANI PRZEZ SWYCH PANÓW JESZCZE GORZEJ, NIŻ ŻYJĄCY W TYM SAMYM CZASIE AMERYKAŃSCY MURZYNI NA PLANTACJACH. WYKORZYSTYWANI DO WSZELKICH PRAC BEZ ŻADNYCH PRAW - POZA TYMI, KTÓRE EWENTUALNIE NADAŁ IM ICH PAN - STANOWILI JEGO PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ WRAZ ZE SWYMI RODZINAMI I OBEJŚCIEM. ROSYJSCY ARYSTOKRACI TWORZYLI TEŻ SOBIE PRAWDZIWE HAREMY ZŁOŻONE Z CHŁOPSKICH ŻON I CÓREK