WYŚWIETLENIA

19 sierpnia 2026

WIELKA HISTORIA SEKSU - Cz. III

OD CZASÓW STAROŻYTNYCH 
PO NAM WSPÓŁCZESNE





STAROŻYTNY EGIPT
(ok. 3 000 r. p.n.e. - 30 r. p.n.e.)
RÓWNOUPRAWNIENIE KOBIET, ALE ... TAKIE SOBIE




 Starożytny Egipt wniósł bardzo wiele do prawnego zrównania statusu kobiety i mężczyzny. W zasadzie wachlarz ich praw był dość szeroki (biorąc pod uwagę inne kraje antyczne, czy chociażby inne regiony Bliskiego Wschodu). Mogły one dziedziczyć zarówno majątek ruchomy jak i nieruchomy (w tym oczywiście ziemię - źródło największego bogactwa), mogły zawierać umowy i prowadzić transakcje w sprawach kupna i sprzedaży ziemi, budynku czy jakiegokolwiek innego sprzętu i to bez potrzeby współuczestnictwa tzw.: "męskiego opiekuna". Mogły zarówno świadczyć jak i wnosić sprawy do sądów, składały też takie same przysięgi jak mężczyźni i ponosiły takie same kary w przypadku się do nich niezastosowania. Jest dość sporo przykładów kobiet w historii starożytnego Egiptu, które zbiły ogromny majątek (choć nie należały do dynastii panującej), niektóre skumulowały w swym ręku tak wielką władzę, że... wykupiły ziemię i majątki w kilku nomach (takich staroegipskich prowincji), które praktycznie stały się ich własnością. Należy jednak pamiętać, że taka władza z reguły była dostępna jedynie wśród kobiet z egipskiej elity, natomiast zwykłe mieszkanki kraju raczej same nie miały możliwości zbić takiego majątku. Wszystko bowiem zależało od rodziny w której się narodziły. Biedne dziewczyny nie mogły więc liczyć zbytnio na zmianę swego położenia, choćby poprzez małżeństwo z kimś z elity (choć takie sytuacje też się niekiedy zdarzały) i choć istniały wielkie panie i kapłanki (w tym "Boskie Małżonki Amona-Re"), to jednak naturalny podział społeczny wśród kobiet był następujący - albo żona, albo prostytutka (tancerka, akrobatka, zawodowa płaczka, kapłanka niższej rangi), albo niewolnica (wiele niewolnic było też szkolonych jako tancerki, prostytutki czy piastunki dzieci majętnych Egipcjan).

Wśród odnajdywanych obecnie (głównie) żeńskich szkieletów złożonych w ubogich grobach, okazuje się że przemoc fizyczna panów, była... dość rozpowszechniona i niewolnicom (a niekiedy także żonom) dostawało się równie często jak niewolnikom. W Starożytnym Egipcie bowiem (podobnie zresztą jak i w Antycznej Grecji) niewolnikiem można było stać się np. za długi męża (w przypadku jego śmierci), a wówczas taki właściciel mógł uczynić ze swoją własnością dosłownie wszystko. Mógł np. sprzedać żonę i dzieci swego dłużnika do domu publicznego, aby zarabiały dla niego pieniądze, mógł rozdzielić matkę z dziećmi, odsprzedając je komu innemu, mógł też matkę i dzieci do woli wykorzystywać zarówno seksualnie jak i karać fizycznie (niektóre żeńskie szkielety noszą ślady uszkodzeń kości przedramienia, tak jakby próbowały osłonić się rękoma przed ciosami w głowę). Bardzo podobnie sytuacja wyglądała w Grecji (o czym opowiem w kolejnych częściach tej serii), ale już np. Rzymianie zabronili prawnie niewolić własnych obywateli za długi (ustawą "lex Poetelia" z 326 r. p.n.e., czyli z czasów gdy Rzym był jeszcze niewielką pipidówą w samej Italii). Kobieta mogła dziedziczyć majątek zarówno po śmierci ojca jak i męża (choć w tym przypadku większa cześć spadku należała się synom, a następnie córkom zmarłego, żona otrzymywała zaledwie 1/8 całości). Obowiązkiem żony było danie mężowi dziecka (a szczególnie syna) i tym samym przedłużenie jego rodu. Obaj małżonkowie mieli równe prawa w kwestii rozwodu (obaj mogli o ten rozwód wystąpić na takich samych zasadach), a mąż nie mógł (jak to miało miejsce np. w Babilonii) uczynić z żony niewolnicy w przypadku gdy ta nie wywiązywała się ze swojego małżeńskiego obowiązku, ale i tak to prawie zawsze mężczyzna decydował o wszystkim. Egipcjanie nie mieli takiego "świra" na punkcie menstruacji, jak np. Babilończycy (o czym opowiem w kolejnych częściach) i pozwalali swym żonom w trakcie miesiączki zarówno przebywać w ich otoczeniu, sypiać z nimi jak i jadać z nimi przy wspólnym stole.




Natomiast mieli zupełnie inne fobie. Pomimo tak daleko posuniętego równouprawnienia względem prawa wśród kobiet jak i mężczyzn w Starożytnym Egipcie, to jednak utożsamianie się z jakąkolwiek "kobiecą" rzeczą lub czynnością, było wśród Egipcjan niemile widziane. I nie chodziło tutaj tylko o takie zajęcia jak opieka nad dziećmi czy zajmowanie się domem, które były naturalnie przypisane do Egipcjanek, ale także chociażby w kwestii... kształtu penisa. Otóż okazuje się że Egipcjanie dość często (w wieku młodzieńczym lub później) dokonywali obrzezania, bowiem postrzegali ową skórkę zakrywającą penisa, jako coś... podobnego narządom rodnym kobiety. Więcej, niektórzy również zmuszali swe córki by poddały się podobnej inicjacji wycięcia łechtaczki, aby nie stały się w przyszłości w pełni "kobiece". Chodziło o to, aby zniechęcić dziewczęta do uprawiania seksu i ograniczyć stosunek seksualny jedynie do prokreacji (swoją drogą poród po wycięciu łechtaczki jest znacznie bardziej bolesny dla kobiety, niż poród tradycyjny). Jednak nie karano kobiet które poddały się zabiegowi aborcji (w Babilonii takowe... nabijano na pal i odmawiano im pochówku). Nie znaczy to oczywiście że kobiety które dokonały aborcji były w społeczeństwie egipskim cenione - nie, wręcz przeciwnie, były publicznym pośmiewiskiem, ale nie mordowano je z tego powodu. Dlatego też, aby uniknąć aborcji, najlepiej wcześniej zabezpieczyć się przed niespodziewaną ciążą. Oczywiście o zabezpieczeniu się musiały myśleć głownie kobiety i stosowano w tym celu bardzo różne metody, jak na przykład włożenie do macicy wsiąkliwej tkaniny, która miała zatrzymać ejakulat, ewentualnie użyć "ayutu". Czym był "ayut?" Mieszaniną kremu z krokodylim łajnem (lub miodem z sodą amoniakalną), po czym należało tę "zawiesinę" wepchnąć w głąb do pochwy niczym tampon. Choć taka mieszanka z reguły (bo nie zawsze) okazywała się skutecznym sposobem antykoncepcyjnym, to jednak jej zastosowanie w przypadku kobiety która chciała przyciągnąć oblubieńca do swego łoża, ale nie zajść z nim w ciążę - była doprawdy ostatecznością, a to z tego powodu że "ayut" wydzielał tak okropny zapach, że nim doszłoby do zbliżenia, najpewniej ów kochanek szybciej... zwymiotowałby na dziewczynę. No cóż, w takich warunkach kobieta musiała nakłonić swego męża lub kochanka do włożenia prezerwatywy (najczęściej z obszytego płótna), gdyż okadzanie pochwy dymem czy picie słodkiego piwa były dość słabymi środkami zapobiegającymi powstawaniu niepożądanych ciąż.


MAREK ANTONIUSZ I KLEOPATRA VII 
ORAZ ICH DZIECI



Masturbacja w Starożytnym Egipcie była powszechna i to zarówno wśród mężczyzn jak i kobiet (są świadectwa w formie hieroglifów, że masturbowali się nie tylko faraonowie, ale także kapłani, kapłanki i zwykli Egipcjanie - była bowiem ona nawet uświęcona religijnie). Często praktykowano też seks analny (również jako rodzaj antykoncepcji), który także miał boską symbolikę, oraz seks oralny (Kleopatra VII była np. nieoficjalnie nazywana... "wielką połykaczką"). Co ciekawe, Egipcjanie, aby sobie ulżyć (mam tutaj na myśli jedynie mężczyzn), mogli skorzystać również z usług prostytutek obojga płci, ale znacznie tańszym środkiem zaspokajającym rozbuchane męskie libido, była... wizyta w świątyni. Bowiem w świątyniach Amona-Re i Izydy funkcjonowały specjalne przyświątynne haremy złożone z kapłanek, które (bezpłatnie) oddawały się tym, którzy już złożyli bogu lub bogini ofiarę. Kapłanki te miały bardzo duży status społeczny i poważanie i w żadnym razie nie były uważane za prostytutki. Z reguły były to kobiety albo młode, albo w średnim wieku, które wyróżniały się wśród innych kobiet - błękitnymi sukniami, pomalowanymi na czerwony kolor ustami i tatuażami wokół sutków na piersiach, na udach oraz na plecach (i pupie). Praktycznie sypiały z każdym, kto złożył bogu pokaźną ofiarę, z tego też powodu trochę trudno odróżnić je od zwykłych prostytutek, jednak niesamowicie duży szacunek jakim były obdarzane (i bogactwo, jakie w ramach świątyni było im przynależne), powodowały iż mogły zabierać głos również w sprawach tyczących lokalnej społeczności, a ich głos musiał być przez naczelników wysłuchany i brany pod uwagę.





PS: W kolejnej części przejdziemy do babiloni i do Asyrii i zobaczymy co działo się w tamtejszych społeczeństwach jeśli chodzi o podejście do seksualności oraz kobiet jako takich i ich pozycji w społeczeństwie

PS2: Przypomniał mi się jeden z odcinków "Rodziny zastępczej", gdy młody jeszcze wówczas Filip Kwiatkowski pytał się swego taty (granego oczywiście przez Piotra Fronczewskiego) skąd się biorą dzieci. Tata odpowiedział że:"Mama cię urodziła", na co Filip: "To wiem, ale którą drogą wyszedłem z mamy?" Tata pomyślał chwilę i mówi: "Słuchaj, mnie przy tym nie było, bo ja akurat byłem w Sochaczewie, ale spytaj się mamy, ona ci odpowie, bo ona przy tym na pewno była" 🤭, na co Filip zapytuje: "A to nie pytałeś się mamy jak się urodziłem?", "Nie, jakoś tak się nie złożyło" - odpowiada ojciec 😂


STARE, ALE OGLĄDA SIĘ Z WIELKĄ PRZYJEMNOŚCIĄ



CDN.

18 sierpnia 2026

MEMORIAM - Cz. XXIII

VIRGINES VESTALES i 
TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE 
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT
Cz. VIII






CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. III





 Na wiosnę 74 r. p.n.e. król Pontu Mitrydates VI Eupator był już gotów do wojny o dominację w Azji (Mniejszej). Zebrał ponad 150 000 armię, ściągnął licznych sojuszników, a przede wszystkim zawarł układ z samozwańczym "królem Hiszpanii" - Kwintusem Sertoriuszem, który to (w 76 r. p.n.e.) wysłał do Mitrydatesa swoich przedstawicieli: Lucjusza Magiusa i Lucjusza Fanniusza (Diodor twierdzi że do takiego sojuszu doszło już w roku 79 p.n.e., ale nie jest to możliwe głównie ze względu na fakt, iż w tym czasie Mitrydates starał się jeszcze o dobre stosunki z Rzymem, dlatego też nie podjąłby się sojuszu z wyklętym przez sullańskie władze byłym mariańczykiem, który dopiero co rozpoczynał swój hiszpański epizod wojenny). Ponoć mieli oni zachęcać władcę Pontu do inwazji na Italię (tak ponownie twierdzi Diodor i trudno stwierdzić czy taka propozycja rzeczywiście padła, czy też nie, a jeśli tak, to była ona całkowicie oderwana od rzeczywistości, gdyż Mitrydates miał mnóstwo wrogów w samej Anatolii, a poza tym, nawet jeśli pokonałby władców tej krainy i podporządkował sobie ich ziemie, to jak miałaby wyglądać inwazja na Italię? Musiałby przecież przejść przez rzymską Grecję, gdzie zapewne zostałby zatrzymany, ale jeśli nawet nie, to w Italii nie mógł liczyć na żadne wsparcie {być może kilka greckich miast na południu by go poparło, ale to nie miałoby większego znaczenia po trudach wojennych, przez jakie przeszedłby w Azji Mniejszej i Grecji, a i poparcie Greków jest bardzo mało prawdopodobne}). Mitrydates stwierdzić miał iż nie planuje inwazji na Italię, ale sojusz z poszukiwaczem "Wysp Szczęśliwych" (w ich poszukiwaniach Sertoriusz wyprawił się aż za Słupy Herkulesa i dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za ową mityczną krainę szczęśliwości. Sprowadził stamtąd także białą łanię cerynejską, którą utożsamiał z boginią Dianą {grecką Artemidą} i pozwalał jej chodzić gdziekolwiek chciała wokół swego pałacu w Dianii, a gdy do niego wracała, cieszył się jak dziecko że bogowie ponownie mu sprzyjają) bardzo mu odpowiadał, dlatego też wysłał do Hiszpanii swoich przedstawicieli (w roku 75 p.n.e.) w celu ostatecznego dogadania wzajemnych stref wpływów i zawiązania sojuszu (ponoć Mitrydates domagał się Bitynii, Kapadocji i rzymskiej prowincji Azji, ale Sertoriusz nie chciał się zgodzić na oddanie Azji). Ostatecznie sojusz został podpisany, a Sertoriusz zgadzał się na oddanie Mitrydatesowi Bitynii, Kapadocji, Paflagonii, Galacji oraz... rzymskiej Azji (swoją drogą nie wiadomo dlaczego się na to zgodził, po pierwsze odnosił sukcesy w walkach z Gnejuszem Pompejuszem i Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem w Hiszpanii, a po drugie przecież wciąż czuł się Rzymianinem, był wiernym żołnierzem Gajusza Mariusza, nie uważał się też za zdrajcę), w zamian Mitrydates miał wysłać Sertoriuszowi 3000 talentów i 40 okrętów, a Sertoriusz swoich doradców wojskowych, którzy mieli szkolić armię pontyjską.




Są jednak historycy, którzy twierdzą że Sertoriusz odmówił Mitrydatesowi zgody na przejęcie Azji (ponoć miał w owym dokumencie zastrzec, że on będzie namiestnikiem Azji pod ewentualną okupacją Mitrydatesa, który realnie nie będzie posiadał żadnych praw do tej prowincji). Ma to sens jeśli weźmiemy pod uwagę że zapewne zostałoby to propagandowo wykorzystane przeciwko Sertoriuszowi przez sullańczyków (notabene w Rzymie w tamtym czasie, zaledwie cztery lata po śmierci Korneliusza Sulli, nadal obowiązywał zakaz publicznego pokazywania wizerunków Gajusza Mariusza i jego zwolenników. Złamie go dopiero Cezar na pogrzebie swojej ciotki wśród oklasków tłumu, to będzie oznaczało stopniowe odejście od surowych norm ustrojowych Sulli). Istnieje też przekaz Diodora, w którym ten pisze, że Mitrydates miał się skarżyć swoim doradcom, że Sertoriusz - walczący z dwoma rzymskimi armiami w Hiszpanii - grozi mu wojną, jeśli ten zajmie prowincję Azję i pyta się, że skoro dzieje się to w sytuacji gdy Sertoriusz jest przyparty do muru, to co będzie, gdy zwycięski zasiądzie na Palatynie. Tak naprawdę jednak Sertoriuszowi na gwałt potrzeba było pieniędzy i choć wiemy że (już w 75 r. p.n.e.) w jego wojsku doszło do pewnych zaburzeń, to jednak żołnierze go nie zostawili, nie odeszli. A tak zapewne by było, gdyby im od dłuższego czasu nie płacił żołdu. Zatem pieniądze od Mitrydatesa z pewnością mu się przydały (o walkach toczonych w Hiszpanii przez Sertoriusza z Pompejuszem i jego poprzednikami pisałem już w XVII części tej serii). Tak więc wiosną (74 r. p.n.e.) gotów do wojny Mitrydates w Synopie doglądał swej imponującej floty wojennej. Wcześniej złożył krwawą ofiarę na ołtarzu Zeusa Stratiusa (opiekuna żeglarzy), oraz Posejdona - wprowadzając w fale morskie zaprzężony białymi końmi rydwan. Mitrydates czuł się niczym półbóg, obserwując ze swego królewskiego namiotu całe to przedstawienie. Na koniec założył swój królewski hełm, przywidział miecz i wsiadł na konia, dając znak swym dwóm generałom: Taksilesowi i Hermokratesowi, że oto z pomocą bogów najwyższych wojna się rozpoczyna. Z potężną swą armią ruszył na południe do Paflagonii (kraina ta została zajęta przez Mitrydatesa jeszcze w 89 r. p.n.e.), a gdy tam dotarł, urządził przemowę do żołnierzy, w której to podkreślał wielkość swej armii, która "nigdy nie została pobita przez Rzymian" (co jest oczywiście nieprawdą, gdyż Sulla w czasie I wojny co najmniej dwukrotnie pobił jego wojska w Grecji). Mówił też o wielkości swego rodu i swych przodków, ale przede wszystkim chwalił samego siebie za to, że Pont za jego rządów urósł do potęgi zdolnej rzucić wyzwanie największej ówczesnej superpotędze - Rzymskiej Republice. Twierdził też że Rzymianie są opętani chciwością i rządzą władzy, że "zniewolili Italię i sam Rzym", że złamali zawarty w Dardanos pokój (85 r. p.n.e.). Ostatecznie oskarżył Rzymian o plagę piractwa "nieszczęścia naszych czasów" (notabene piraci byli sojusznikami Mitrydatesa w tej wojnie - taki szczegół pokazujący dwulicowość wszelkich władców i polityków, a także to, z jaką łatwością decydują oni o życiu i śmierci swych współobywateli, i można by tutaj przytoczyć słowa lorda Farquaada ze Shreka: "Zapewne wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie na które jestem gotów"), a także o to, że charakter Rzymian jest tak podły, że gotowi są walczyć nawet sami ze sobą, byle tylko zdobyć władzę (tutaj posłużył się przykładem Sertoriusza).




Następnie z Paflagonii skierował się Mitrydates do Bitynii, gdzie już urządzał się (po śmierci króla Nikomedesa IV, który w swym testamencie zapisał Bitynię Republice) konsul - Marek Aureliusz Kotta. Rzymskie siły zajmujące Bitynię były nieliczne (w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, często złożone jeszcze z weteranów armii Gajusza Flawiusza Fimbrii Młodszego - mariańczyka, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód aby walczył zarówno z Mitrydatesem jak i odebrał dowództwo i uwięził Lucjusza Korneliusza Sullę, zabitego w 85 r. p.n.e.), składały się głównie z wojsk floty, oraz nielicznych oddziałów wysłanych dla zabezpieczenia miast (szczególnie Nikomedii). Poza tym Kotta nie miał doświadczenia wojskowego i gdy tylko gruchnęła wiadomość o zbliżaniu się potężnej armii Mitrydatesa, wpadł w panikę i uciekł z Nikomedii do Chalcedonu nad Propantydą (gdzie stała rzymska flota) naprzeciwko greckiego miasta Byzantion. Mitridates dowiedziawszy się że Rzymian nie ma już w Nikomedii, ruszył za nimi w pościg do Chalcedonu, a gdy dotarł pod mury miasta, wyszedł mu naprzeciw z żołnierzami floty jej dowódca - Lucjusz Nudus, ale po pierwszym ataku sił Mitrydatesa rzymscy żołnierze musieli chronić się z za murami Chalcedonu, gdyż przewaga wroga była przygniatająca, a oni nie mieli doświadczenia w walkach na lądzie. Jednak podczas wycofywania się ruszyli za nimi w pogoń żołnierze pontyjscy i doszło do szczególnie krwawej bitwy pod bramą miejską, którą Rzymianie przegrywali, otoczeni zewsząd przez przeważające siły wroga. Widząc co się dzieje, żołnierze którzy byli już wewnątrz, zaczęli zamykać bramy i ryglować je tak, aby nikt już się tutaj nie wydarł. Problem polegał tylko na tym, że za bramą nadal walczyli rzymscy żołnierze, mało tego, został tam sam dowódca floty Lucjusz Nudus. Postanowiono więc spuścić im liny z murów miasta, aby się chwycili i tym samym mieli zostać wciągnięci do środka. Tak też się stało (np. tak do Chelcedonu powrócił Nudus), ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Ci, którzy nie złapali lin, zginęli pod bramami (Appian pisze że prosili najpierw swoich aby też ich wciągnęli, a następnie odrzucili broń i na kolanach błagali wrogów aby ich nie zabijali, nadaremno).




Mitridates zapowiedział że Rzymianie mają się poddać, jeśli zaś tego nie zrobią - wszyscy zginą. Nie rzucał słów na wiatr, już bowiem jego flota przepłynęła Bosfor (Bosphorus), zerwała żelazny łańcuch, uniemożliwiający wpłynięcie do portu w Chalcedonie, a następnie spaliła cztery rzymskie okręty oraz przejęła i odholowała pozostałe 60. Sytuacja Rzymian zamkniętych w Chalcedonie niczym w puszce, była więc katastrofalna. W czasie walki stracili 3000 żołnierzy (poległ też senator Lucjusz Manliusz), podczas gdy straty Mitrydatesa wyniosły zaledwie 20 wojowników z plemienia Bastarnów. Jednak informacja o uwięzionych bardzo szybko dotarła do Italii i w Rzymie przygotowywano już armię, która miała (wraz z legionami z prowincji Azji) uwolnić Chalcedon, a o dowództwo w tej wojnie starał się intensywnie Lucjusz Licyniusz Lukullus, były oficer armii Sulli z czasów I wojny z Mitrydatesem. Aby objąć upragnione dowództwo, starał się o namiestnictwo prowincji Cylicji (tylko część tej krainy należała do Rzymu, część zaś była we władaniu piratów, którzy tworzyli tam swoje własne niezależne państewka), szczególnie że na początku roku (74 p.n.e.) zmarł Lucjusz Oktawiusz, który wylosował właśnie tę prowincję i miał objąć nad nią namiestnictwo, ale mu się po prostu zmarło. Aby uzyskać namiestnictwo, a przede wszystkim aby objąć dowództwo w tej wojnie nie wystarczyły pieniądze (których Lukullus akurat miał pod dostatkiem), ale przede wszystkim trzeba było mieć znajomości, odpowiednie poparcie które gwarantowałoby objęcie nawet nie tyle intratnej prowincji (a Cylicja do takiej nie należała), ale przede wszystkim zdobycie sławy i łupów, jakie można było osiągnąć po zwycięskiej wojnie na Wschodzie. Jednak z tym poparciem i tymi znajomościami u Lukullusa było słabo. Jako wierny oficer Sulli dał się poznać w charakterze obrońcy stworzonego przez niego ustroju (znacznie ograniczającego pozycję trybuna ludowego - wręcz można powiedzieć że rola trybuna była w tym systemie praktycznie całkowicie pozbawiona wszelkiego politycznego znaczenia - oczywiście na korzyść Senatu i warstw najbardziej uprzywilejowanych). Lukullus wdał się w pewien konflikt z dwoma politykami (demagogami), którzy pragnęli osiągnąć polityczne korzyści, nawołując lud do zmiany zaistniałego (po 82 r. p.n.e.) systemu politycznego. Pierwszym z nich był Lucjusz Kwinkcjusz, którego Lukullus publicznie napominał aby nie czynił czegoś, czego potem będzie żałował i mocno się z nim ścierał - głównie pod publiczkę (prywatnie jednak znali się bardzo dobrze, a Kwinkcjusz był częstym bywalcem urządzanych w domu Lukullusa przyjęć, również tych z udziałem nagich niewolnic i specjalnie sprowadzanych z Grecji heter. Dziś, w dobie internetu i mediów społecznościowych taka znajomość bardzo szybko wyszłaby na jaw). Drugim zaś był Publiusz Korneliusz Cetegus i nad nim warto na moment dłużej się zatrzymać.




Cetegus (po wejściu Sulli do Rzymu w 82 r. p.n.e. i rozpisaniu list proskrypcyjnych, jego nazwisko znalazło się na liście przeznaczonych do natychmiastowego "usunięcia". Uniknął tego losu, chowając się w różnych dziwnych miejscach - między innymi w publicznym wychodku 😙, a potem dzięki pomocy przyjaciół opuścił Rzym. Ci właśnie ludzie przekonali Korneliusza Sullę aby usunął nazwisko Cetegusa z list proskrypcyjnych i pozwolił mu wrócić do Rzymu, a gdy tak się stało, Cetegus pojednał się z Sullą) był bardzo popularny w Rzymie (lat 70-tych I wieku p.n.e.). Uważano go za wybrańca bogów, jednego z tych, którym udało się uniknąć tragicznego losu w czasach proskrypcyjnych mordów (a nie było to wcale proste - czasem bywało i tak, że ludzie dopiero co wyczytali swoje nazwisko na liście umieszczonej na Forum Romanum i nie zdążyli nawet dojść do domu, gdy po drodze ktoś ich "zaciukał" w ciemnej uliczce - a jednym z takich, któremu również to się udało był Gajusz Juliusz Cezar). Cetegus pełnił funkcję menniczego, ale jego opinia była powszechnie szanowana, dlatego też politycy starali się o jego poparcie przed wyborami. I właśnie ów Cetegus mocno krytykował Lukullusa za jego rozwiązły tryb życia, wydawanie pieniędzy na hetery i jedzenie, oraz deprawację młodzieży. Ale, jak to się mówi wreszcie przyszła "kryska na matyska" i samego Cetegusa dopadła również strzała Amora. Mniej więcej w omawianym przeze mnie okresie, zadużył on się w pewnej pięknej Rzymiance o imieniu Precja, która nie mogła narzekać na brak adoratorów, aczkolwiek ze względu na swoją urodę i seksapil jaki roztaczała, to ona wybierała sobie mężczyzn, a nie mężczyźni ją. Była ponoć bardzo piękna, miała również powabne kształty, które przyciągały do niej wielu wpływowych polityków, jednym z nich był właśnie Publiusz Korneliusz Cetegus. Ponieważ cieszył się on znaczną popularnością wśród ludu i możnych, okazał się wystarczająco dobrą partią dla Precji. Zabrał ją do siebie do domu, obsypywał podarkami, sukniami i innymi kosztownościami, a jednocześnie dawał sobą sterować jak małe dziecko. Cokolwiek powiedziała Precja, natychmiast wykonywał, stając się całkowicie od niej uzależniony. Wreszcie cały Rzym mówił o tym związku i stał się on bardzo popularny. Oczywiście wiedział o nim również i Lukullus, dlatego też postanowił przekłuć tę wiedzę w polityczne złoto. Udał się więc pewnego razu z kosztownymi darami dla Precji, chwaląc jej urodę, mądrość i rozwagę, co bardzo jej się spodobało (mile łechtają nas wszelkiego typu komplementy, ostatnio opowiadała mi moja znajoma, która zajmuje się fitnessem i w ogóle zdrowym odżywianiem, że jak tylko pochwali pewnego klienta że dobrze wykonuje dane ćwiczenia - nie wiem jak one wyglądają przyznam się szczerze, bo nigdy jeszcze nie korzystałem, wolę basen i siłownię 😚 - to ten czuje się tak mocno podbudowany, że zostawia u nich znacznie więcej pieniędzy niż normalnie, a do tego zapisuje się na dodatkowe ćwiczenia, tym bardziej że znajoma jest, mówiąc po prostu... urodziwa - tak to już człowiek jest zbudowany 🥴).




Od tej chwili Lukullus zyskał ogromne wsparcie w Cetegusie, dzięki któremu uzyskał namiestnictwo Cylicji. Zresztą Lukullus był poza podejrzeniem. Nie ciążyła nad nim żadna skaza z czasów sullańskich proskrypcji, nie brał udziału w żadnych mordach, ani w żadnych ekscesach z tamtych dni. Dlatego jego kandydatura wydała się (również dzięki poparciu Cetegusa, a przede wszystkim samej Precji) jak najbardziej naturalna do tego typu zadania. Szybko więc przystąpił do formowania legionu (jeszcze będąc w Italii), a następnie wyruszył do Azji, na wojnę w Mitrydatesem.




CDN.

16 sierpnia 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XV

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. XI





PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. X



 Po klęsce warneńskiej wielu ludzi w Europie do końca nie dowierzało że wyprawa krzyżowa, mająca wyzwolić Bałkany spod tureckiego panowania zakończyła się całkowitą porażką. Na początku roku 1445 papież Eugeniusz IV oskarżył Wenecję, iż to głównie przez nią (a raczej przez to, że weneccy marynarze zostali przekupieni przez Turków) Turcy w ogóle mogli przedostali się z Anatolii do Europy i zwyciężyć w bitwie pod Warną. Dożą Wenecji w tym czasie (już od 22 lat) był niejaki Francesco Foscari, a wspierająca go frakcja wśród weneckiej arystokracji opowiadała się za podjęciem konfrontacji o zdobycie przewodnictwa w samej Italii, kosztem wypraw handlowych i pozyskiwania nowych ziem na Morzu Egejskim czy Śródziemnym. Signora dwukrotnie (najpierw w marcu a następnie na początku kwietnia 1445 r.) wystosowała do papieża odpowiedź, w którym tłumaczyła się że wenecka flota w czasie walk w cieśninach poniosła znaczne straty (wyliczano ilu żołnierzy i marynarzy straciło tam życie), oraz twierdzono że weneckie posiadłości w Grecji (szczególnie na Eubei)  są nieustannie atakowane przez Turków, a poza tym inne państwa włoskie (w tym Genua) zawarły już pokój z sułtanem, dlaczego więc papież tylko do nich ma pretensje. Papież odpowiedział wówczas wstrzymaniem subwencji dla zjednoczonej floty chrześcijańskiej (głównie złożonej z okrętów włoskich), operującej na wodach Morza Jońskiego i Egejskiego, co spowodowało że Senat Wenecji podjął decyzję w sprawie zawarcia pokoju z nowym sułtanem Mehmedem II. Wynikiem głosów 91 przeciwko 2 (i 2 wstrzymującym się) Senat zadecydował o pokoju w Imperium Osmańskim (26 kwietnia). Do czasu rozpoczęcia negocjacji pokojowych (oraz tych o wolnym handlu na obszarze Imperium Osmańskiego, na czym Wenecjanom bardzo zależało), flota wenecka pod wodzą admirała Alvise Loredano miała nadal pozostać w rejonie cieśnin).




Tymczasem na zwołanym (23 kwietnia 1445 r.) do Sieradza zjeździe możnych, zadecydowano (na wniosek biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego) o wyborze na nowego króla brata zaginionego pod Warną Władysława III - Kazimierza Jagiellończyka, który w tym czasie (od roku 1440) zasiadał na wileńskim stolcu, jako wielki książę Litwy. Oleśnicki oczywiście chciał kontynuacji dynastii Jagiellonów w Polsce, ale na własnych zasadach. Innymi słowy, chciał móc kontrolować Kazimierza tak, jak wcześniej kontrolował młodego Władysława III, a jeszcze wcześniej (w ostatnich latach jego życia) ich ojca - Władysława II jagiełłę, dlatego też uzależniał wybór Jagiellończyka na króla, od uzyskania nowych wolności i przywilejów dla możnych i szlachty w Polsce. Na to oczywiście nie godziła się królowa-matka Zofia (Sonka) Holszańska - wokół której zgromadziła się część możnych, dążących do wyboru Kazimierza bez żadnych warunków wstępnych. Co prawda początkowo Sonka nawet podziękowała Oleśnickiemu za wsparcie udzielone jej najmłodszemu synowi, ale bardzo szybko ich drogi ponownie się rozeszły. Królowa-matka dobrze bowiem wiedziała kto stał za oczernieniem jej w oczach męża i poddanych w roku 1427, jeszcze przed narodzinami Kazimierza (była już wówczas w widocznej ciąży). 




Wówczas to o mały włos całej sprawy nie przypłaciła nie tylko utratą korony ale być może nawet i życia, gdyż Władysław Jagiełło uwierzył w jej zdradę. Co prawda polecił wszystko dokładnie zbadać, a przesłuchaniem świadków osobiście zajął się jego kuzyn, wielki książę litewski Witold (który w 1422 r. wybrał Jagielle Sonkę za żonę, która też była jego krewniaczką). Dwie dwórki królowej, siostry Katarzyna i Elżbieta Szczukowskie zostały poddane okrutnym torturom w czasie których przypalano je ogniem, co spowodowało że i one oskarżyły królową od dopuszczenie się owej zdrady. Zofia Holszańska była młodą i nieostrożną osobą, ufającą ludziom oraz tęskniącą za mężem (który często wyjeżdżał, albo to na wyprawę wojenną, albo też na polowanie do litewskich puszcz). A na dworze krakowskim było wielu młodych rycerzy, którzy tylko czekali na rozkaz dany przez młodą i ładną królową, aby spełniać jej zachcianki. Jednym z nich miał być niejaki Hińcza (Henryk) z Rogowa, syn podskarbiego królewskiego, z którym królowa często się spotykała (nawet nocą, w ogrodzie) i ponoć wspólnie czytano jakieś sonety i pieśni (to znaczy on czytał, gdyż Sonka była niepiśmienna), a nawet "Poemat o Róży" który był w tamtym czasie prawdziwym erotykiem. Gdy sprawa się wydała Hińcza (i siedmiu innych, z którymi królowa również miała spędzać wolny czas, z tym że trzech z nich zdołało uciec), trafił do lochu w Chęcinach i został przykuty łańcuchami do ściany tak, że nie mógł się poruszać. Król Władysław Jagiełło szalał z rozpaczy, nie wiedział czy może zaufać małżonce czy nie i co powinien z nią uczynić. Ostatecznie kazał ją uwięzić w jej komnatach na Wawelu do wyjaśnienia sprawy, a sam nie wiedział co o tym myśleć. Ona jako jedyna z jego wszystkich żon dała mu synów, teraz zaś nie było wiadomo czy urodzony w 1424 r. Władko (czyli Władysław III) jest jego synem oraz czy to dziecko, z którym obecnie była w ciąży, również jest jego. Witold jednak zapewniał brata że Władko jest synem naturalnym i jedyne obawy mogą być co do obecnego dziecka. Skandal rozlał się nie tylko na cały kraj, ale również na Litwę i kraje ościenne (mówiono o tym w Rzymie, w Paryżu, a nawet w Londynie). Królowa chciała spotkać się z mężem aby wyjaśnić mu iż jest niewinna, ale ten długo nie chciał jej widzieć. Ostatecznie sam zawitał do jej komnaty i stwierdził że jej przebacza, ponieważ jednak sprawa nabrała charakteru politycznego, królowa musiała oficjalnie złożyć przysięgę oczyszczającą, a poza tym musiało to uczynić również siedem powszechnie szanowanych pań oraz jedna panna z jej dworu (która wcześniej zarzuciła jej zdradę - uczyniła to jednak na torturach, aby uniknąć dalszego bólu). Było oczywiste że za całą sprawą stali ludzie biskupa Oleśnickiego, ale on sam był czysty, mało tego, nawet bronił królowej przed zarzutami "oszczerców". Swój cel już osiągnął, chodziło mu bowiem o zdyskredytowanie królowej Sonki, aby ta w przyszłości nie została regentką w imieniu jednego ze swych synów (niekoniecznie najstarszego), gdyż regencję zamierzał osobiście sprawować Oleśnicki. Teraz zaś, gdy królowa była już oczerniona można było jej bronić i doprowadzić do oczyszczenia, gdyż regentką być już nie mogła.


SPOTKANIE PO LATACH MATKI Z SYNEM 
KRÓLOWA-MATKA ZOFIA (SONKA) HOLSZAŃSKA ODWIEDZIŁA SWEGO SYNA KAZIMIERZA JAGIELLOŃCZYKA W GRODNIE 
(Październik 1445)



Teraz zaś, osiemnaście lat po owych wydarzeniach, Sonka z pewnością nie zapomniała Oleśnickiemu jego podłości, dlatego też sprzeciwiała się jego planom uszczuplenia władzy królewskiej w zamian za poparcie Kazimierza do polskiego tronu (notabene, po narodzinach Kazimierza Jagiellończyka - 30 listopada 1427 r. to właśnie Oleśnicki ochrzcił to dziecko w Katedrze krakowskiej - 21 grudnia). Oleśnicki zresztą miał innego asa w rękawie, gdyby bowiem wybór Kazimierza Jagiellończyka nie doszedł do skutku (i gdyby ten król ostatecznie nie zaprzysiągł nowych szlacheckich przywilejów), Oleśnicki na króla proponował Fryderyka Hohenzollerna, przy czym w takiej sytuacji Polska miała zbrojnie upomnieć się o Litwę i włączyć ją w skład Korony, jak to miało mieć miejsce w akcie Unii krewskiej z 1385 r. Na zjeździe sieradzkim oficjalnie nie wybrano Kazimierza królem, a jedynie zaproszono go na kolejny, sierpniowy zjazd do Piotrkowa. Kazimierz oczywiście twierdził że wybór nowego króla jest zbyt wczesny, gdyż jego brat z pewnością żyje i wkrótce powróci do kraju, a poza tym jego wybór na króla wiązałby się z pewnymi problemami na Litwie który chciał uniknąć, gdyż mogły one ponownie doprowadzić do zerwania Unii i wojny polsko-litewskiej, tym bardziej że żądni władzy jego stryj - Świdrygiełło i kuzyn - Michał Zygmuntowicz nie próżnowali. Jednak Świdergiełło (który był prawdziwym alkoholikiem, ciężko go było bowiem spotkać trzeźwego, a poza tym w październiku i listopadzie 1430 r. na Zamku wileńskim na krótko uwięził swego rodzonego brata - Władysława jagiełłę, który pozostał w Wilnie po śmierci Witolda aby pochować jego ciało) twierdził że bardziej mu się opłaca pojednanie z Kazimierzem niż walka z nim i 1 czerwca 1445 r. oficjalnie uznał jego władzę na Litwie (w zamian za pozostawienie mu dzielnicy wołyńskiej). Teraz niebezpieczeństwo stanowił jeszcze tylko Michał Zygmuntowicz (syn owego watażki Zygmunta Kiejstutowicza, rodzonego brata Witolda i kuzyna Jagiełły, zamordowanego w 1440 r.), dlatego też opuszczenie Litwy nie wchodziło na razie w rachubę.


TUTAJ WŁADYSŁAW II JAGIEŁŁO W ROZMOWIE Z BISKUPEM OLEŚNICKIM WYRAŻA SWOJE ZDANIE NA TEMAT ZYGMUNTA KIEJSTUTOWICZA 



Gdy więc 24 sierpnia 1445 r. rozpoczął się zjazd piotrkowski, zabrakło na nim wielkiego księcia Litwy Kazimierza Jagiellończyka, który wysłał nań jedynie swoich posłów. Kazimierz - w liście do zgromadzonych twierdził, że nie czas jeszcze na wybór nowego króla, że święcie wierzy iż Władysław III żyje i powróci zdrowy, a on nie byłby godny imienia brata, gdyby pozbawił tronu wracającego z wyprawy krzyżowej króla-rycerza. Jednak króla w Polsce nie było już piąty rok (po wyjeździe Władysława III w 1440 r. na Węgry, realnie na Wawelu nie było monarchy), to zbyt długo aby pozwalać na takie bezkrólewie, dlatego też możni panowie postanowili że należy  wyprawić poselstwo do Kazimierza, do Wilna, i tam uroczyście zaprosić go na jego własną koronację, jaka ma się odbyć w Krakowie 6 grudnia 1445 r. W tej sytuacji przeważył wpływ zwolenników królowej Sonki a nie Oleśnickiego, który bez wątpienia zaczął tracić swoje wpływy. Już od połowy września trwały więc wielkie przygotowania do podróży na Litwę, w której wzięła również udział sama królowa-matka. Wyprawa wyruszyła z końcem września, a na czele owego poselstwa stanął arcybiskup gnieźnieński - Wincenty Kot, biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki, czterech wojewodów i kanclerz koronny. Do pierwszego spotkania owego poselstwa z wielkim księciem Kazimierzem Jagiellończykiem doszło w Grodnie, dnia 15 października 1445 r. Tam właśnie królowa Sonka - po raz pierwszy od pięciu lat - ponownie ujrzała swego syna. Kazimierz nie przypominał już owego kilkunastoletniego chłopca, który wyruszał w nieznane na Litwę, czyli tak naprawdę do innego kraju. Teraz był już 18-letnim młodzieńcem, przystojnym, inteligentnym młodym mężczyzną, odznaczającym się dość dużą energią w działaniu. Kazimierz nie znał łaciny, mówił tylko w języku polskim (zresztą uważał się za Polaka, gdyż tam się narodził, a dwór krakowski uważał za ojczysty) ruskim i litewskim, natomiast co ciekawe, nie potrafił czytać i pisać (wówczas czytać jeszcze trochę czytał, ale pisać nie potrafił). Poselstwo w Grodnie złożyło wielkiemu księciu zaproszenie na jego koronację do Krakowa, a także stwierdziło że po owej koronacji Litwa co prawda będzie miała prawo do posiadania odrębnego wielkiego księcia, ale to król Polski wyznaczy kto nim będzie (innymi słowy posłowie stwierdzili że Litwa, nawet jeśli nie zostanie bezpośrednio włączona do Korony, to będzie krajem całkowicie zależnym od Polski). Kazimierz podziękował za propozycję koronacji, powtarzając słowa iż wierzy w powrót swego brata, a jednocześnie ostateczną decyzję miał podjąć po wysłuchaniu zdania swej Rady Litewskiej (którą zwołał na 1 grudnia, czyli fizycznie nie był w stanie dotrzeć do Krakowa na swą koronację na 6 grudnia, gdyż odległości były zbyt duże i trzeba było co najmniej podróżować tydzień, a prawdopodobnie około 10 dni między Wilnem a Krakowem).




Na Litwie zawrzało. W czasie obrad Rady Litewskiej możni panowie zdecydowanie odrzucili polskie propozycje, nie zamierzając ponownie tracić uzyskanej w 1440 r. suwerenności. Nie godzili się również na wyjazd księcia Kazimierza do Krakowa na koronację, gdyż unia personalna również ograniczałaby suwerenność Wielkiego Księstwa. Odrzucono więc polskie żądania, a w przypadku gdyby Korona zamierzała zbrojnie dochodzić tych praw, zamierzano nawet zawrzeć sojusz z Zakonem Krzyżackim. Wielki magnat litewski Jan gasztout stwierdził też że gdyby Kazimierz przyjął jednak koronę i wyjechał do Krakowa (korona królewska była bardziej pożądana niż książęca mitra), w takiej sytuacji należy wybrać wielkim księciem innego przedstawiciela rodu Giedymina i wskazał na Jerzego Lingwenowicza (bratanka Jagiełły) lub Michała Zygmuntowicza. Jednak Jerzy Lingwenowicz od razu stwierdził że nie zamierza walczyć o tron wielkoksiążęcy, natomiast co do Michała, to możni litewscy obawiali się tej kandydatury że względu na fakt, iż mógłby on się mścić za śmierć swego ojca (którego to dokonali przecież przedstawiciele litewskiej magnaterii czyli Radziwiłłowie, przy poparciu innych magnatów), tak więc ta kandydatura też odpadała. Wzburzone głosy uciszył sam Kazimierz, który jeszcze w grudniu stwierdził że nie zamierza przyjmować polskiej korony, gdyż po pierwsze wierzy że jego brat żyje, a po drugie pragnie pozostać w Wilnie, u boku swych litewskich poddanych. W styczniu 1446 r. ponownie odbył się zjazd w Piotrkowie, na który książę Kazimierz wysłał swoich posłów, twierdząc iż nie uważa się za namiestnika Korony na Litwie, a za niepodzielnego i suwerennego księcia, jednocześnie dodał iż nie dopuści, aby na polski tron wybrano kogoś innego... niż on. Twierdził więc otwarcie że uważa Litwę za suwerenne Księstwo połączone z Koroną unią personalną, a jednocześnie że nie dopuści do wyboru żadnego innego kandydata na polski tron w Krakowie. Nic dziwnego, gdyż już wówczas do Kazimierza zapewne dochodziły głosy o możliwości wyboru nowym królem Fryderyka Hohenzollerna z Brandenburgii. Tę kandydaturę (jako ewentualną) forsował biskup Oleśnicki, gdyż uważał że Fryderyk byłby w stanie zneutralizować grożący Koronie sojusz litewsko-krzyżacki (Kazimierz bowiem demonstracyjnie, aby pokazać że nie rzuca słów na wiatr, wysłał posłów do Malborka). Wkrótce też pojawiła się inna kandydatura do polskiego tronu w postaci księcia mazowieckiego Bolesława z rodu Piastów. Co ciekawe, przeciwko tej kandydaturze Kazimierz zbyt głośno nie protestował, co sugeruje (przynajmniej tak twierdzili Krzyżacy w swych pismach), że była to kandydatura zaproponowana w porozumieniu z Kazimierzem, mająca na celu utrącić kandydaturę Hohenzollerna, której realnie obawiał się Jagiellończyk. Warto też wspomnieć że Bolesław był szwagrem Michała Zygmuntowicza i jako król Polski mógł wywoływać zamęt na Litwie, a poza tym kandydatura Bolesława była warunkowa, wszystko bowiem zależało od zgody na przyjęcie polskiego tronu przez Kazimierza. 30 marca 1446 r. odbył się więc kolejny zjazd w Piotrkowie, na którym miano już przystąpić do elekcji nowego króla Polski.




A tymczasem w dalekiej Manisie abdykowany sułtan Murad II zażywał prawdziwych wakacji. O tym co działo się w tym mieście, a przede wszystkim w pałacu sułtańskim, opisał podróżnik - Circiaco Pizocolli (którego obecność odnotowana została w marcu 1446 r. na wyspie Lesbos, u tamtejszego księcia Dorino I Gattilusiego), a następnie wyjechał na Chios, do swego przyjaciela Andrei Giustinianiego (którego to uspokajał że Turcy nie planują żadnego ataku na Wyspę i że książę może spać spokojnie). Z końcem marca udał się do Manisy, do sułtana Murada, gdzie spędził dosłownie kilka dni, a już 7 kwietnia był w Foczy w pobliżu Smyrny. 9 kwietnia powrócił zaś do Manisy w towarzystwie swego przyjaciela, genueńskiego kupca - Francesco Draperio, aby z rąk sułtana Murada odebrać list żelazny (berat), upoważniający go do podróżowania po Imperium Osmańskim. 17 kwietnia sułtan obu mężczyzn przyjął na audiencji w seraju, nie w sali audiencyjnej swego pałacu, tylko w prywatnych komnatach, dzięki czemu Circiaco Pizocolli mógł dokładnie ujrzeć (i następnie spisać) co tam się wówczas działo. Oficjalnym bowiem powodem ustąpienia Murada II z tron u Osmanów, była chęć jego ucieczki od spraw publicznych i zatopienia się w księgach, a przede wszystkim w celu czytania i kontemplowania Koranu. Prawdopodobnie to również miało miejsce, ale Pizocolli twierdził, iż sułtan Murad siedział w otoczeniu swoich na wpół nagich niewolnic, które nieustannie obcałowywał, a które to stały lub leżały u jego stóp. Owe sułtańskie niewolnice-konkubiny jednocześnie przygrywały gościom na instrumentach muzycznych, a w całej sali unosił się aromatyczny zapach różnych pachnideł, który w dużej mierze odbierał powagę całej sytuacji (w końcu Pizocolli i jego kompan przybyli tam aby odebrać list żelazny). Wydaje się więc że Murad II nieźle się bawił na swoich "wakacjach od władzy", gdy tymczasem jego syn w Adrianopolu musiał podejmować decyzje wagi państwowej (notabene w Europie wciąż uważano Murada za prawdziwego sułtana, nazywając go "sułtanem Azji", a Mehmeda "sułtanem Europy"). Teraz zaś (luty 1446 r.) do Adrianopola przybyło weneckie poselstwo na czele którego stał Aldovrandino de'Giusti, z zamiarem uzgodnienia nowego traktatu pokojowego i handlowego z Imperium Osmańskim który miał być korzystny dla Serenissimy ("Najjaśniejszej" - Jak nazywano Wenecję zresztą podobnie jak szlachta polsko-litewska nazywała Rzeczpospolitą).


CDN.
 

15 sierpnia 2026

DZIEŃ ZWYCIĘSTWA!

MUREM ZA POLSKIM MUNDUREM




 Dziś świętujemy dzień zwycięstwa, gdy 106 lat temu Polska - która niedawno, niczym Feniks z popiołów odrodziła się na gruzach trzech imperiów zaborczych które upadły po I Wojnie Światowej - musiała stawić czoła potwornemu niebezpieczeństwu, jakiego do tej pory nikt w Europie nie doświadczył. W Rosji władzę zdobyli bolszewicy którzy zapragnęli przenieść "płomień rewolucji" do Niemiec, Francji i całej Europy. W czerwcu i lipcu 1920 r. gdy ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód, Zachód realnie był bezbronny. Armia Niemiecka została w większości już zdemobilizowana, a jej ponowne zmobilizowanie i szybkie uzbrojenie nie było możliwe w krótkim czasie; Armia Francuska choć zwycięska, realnie nie była zdolna do podjęcia nowej wojny (ogromna liczba zabitych i rannych w okopach I Wojny Światowej, a przede wszystkim kalek - które wracały do swych rodzin nie tylko z ranami fizycznymi, lecz co gorsze z psychicznymi i ci ludzie musieli latami dochodzić do siebie. Do dziś jeszcze można zobaczyć stare filmy, pokazujące francuskich weteranów I Wojny, którzy nie są w stanie opanować drgawek swego ciała i nawet jak siedzą na krześle to całe ich ciało nadal funkcjonuje w taki sposób, jakby nieustannie przeżywali padaczkę). Francuskie straty były tak ogromne, że w wielu przypadkach do francuskich wiosek nie wrócił żaden mężczyzna który wcześniej został tam zmobilizowany, pozostały tam tylko kobiety, starcy i ewentualnie małe dzieci (z tego punktu widzenia nie dziwi strach Francuzów przed kolejną wojną i ich niechęć do angażowania się w wojnę z Niemcami w 1939 jak i w 1940), każdy więc chłopiec urodzony we Francji w latach 1920-1940 był na wagę złota.


UGRUPOWANIE PIERWSZEJ ARMII
NA PRZEDMOŚCIU WARSZAWSKIM 
(13 SIERPNIA 1920)



Armii USA wówczas już w Europie nie było (i jakakolwiek pomoc z tej strony też raczej nie nadeszłaby szybko - jeśli w ogóle), a Armia Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii była za słaba, aby mogła cokolwiek w tej kwestii przedsięwziąć, tym bardziej że w kolejnych latach nastąpił proces demilitaryzacji w Wielkiej Brytanii i to w takim tempie, że w połowie lat 30-tych realnie Wielka Brytania nie tylko była pozbawiona armii, lotnictwa ale i marynarki wojennej (okręty były starego typu, często przez lata nie naprawiane i nie modernizowane). Któż miałby więc ocalić Europę przed sowiecką inwazją w przypadku klęski odrodzonej Polski? Tym bardziej że w samych Niemczech były dosyć silne (choć początkowo spacyfikowane przez rząd, ale szybko mogły ponownie się odrodzić) nastroje komunistyczne i jestem przekonany (bo do tego też dążył Lenin) że Niemcy zgodziliby się stworzyć swoją własną niemiecką "Armię Czerwoną" u boku armii bolszewików z którą wspólnie podbito by Zachód (może bez Wielkiej Brytanii, przynajmniej w początkowych latach inwazji). Nie było więc w Europie siły zdolnej realnie powstrzymać bolszewików, a przynajmniej nie byłoby takiej siły, gdyby nie odradzające się od listopada 1918 r. Wojsko Polskie - którego głównym ojcem i patronem był Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Nie zamierzam teraz opisywać procesu tworzenia ani walk toczonych z bolszewikami w latach 1919-1920, ponieważ czyniłem to już wielokrotnie i nie ma sensu akurat teraz powtarzać się w tym temacie po raz enty. Powiem tylko i podsumuję że bez Polski los Europy byłby godny pożałowania, i to czego Europa doznała (w sposób bardzo wybiórczy, bo to też trzeba przyznać że okupacja niemiecka w czasie II Wojny Światowej na Zachodzie a okupacja niemiecka na Wschodzie to były dwa zupełnie inne światy i tego nawet nie można ze sobą porównywać, bo się po prostu nie da) w czasie niemieckiej okupacji, to było nic, w porównaniu z tym, czego doświadczyłaby pod sowiecko-rosyjsko-niemieckim komunistycznym butem.


BITWY POD RADZYMINEM I OSSOWEM
(14 - 15 SIERPNIA 1920)



Dziś jednak pamięć o wielkim zwycięstwie Wojska Polskiego i powstrzymaniu bolszewickiego najazdu na Zachód (bo celem Lenina było dotarcie do Niemiec właśnie po to, aby tam połączyć się z lokalnymi komunistami i wspólnie ruszyć na Zachód, by stworzyć "Europejską Republikę Rad". Lenin nigdy nie chciał budować komunizmu w Rosji, uważał to za zbrodnię wobec całej ideologii, a Rosja miała być tylko odskocznią do celu głównego, czyli przejęcia władzy najpierw nad Europą, a potem nad innymi kontynentami i wreszcie na całym światem), dziś ta pamięć praktycznie w Europie nie istnieje, ponieważ to wszystko o czym piszę nie wydarzyło się, a tamte społeczeństwa żyły tak, jak wcześniej, także wydawało im się że nic właściwie się nie stało. Że wojna polsko-bolszewicka, to jakaś lokalna wojna gdzieś na krańcach Europy (były i też takie głosy gdy twierdzono: "oni tam się zawsze o coś biją i nigdy nie wiadomo o co") bez znaczenia dla losów milionów Francuzów, Niemców, Brytyjczyków, Włochów, Hiszpanów etc. Brytyjczycy nawet byli skłonni poświęcić Polskę, pod warunkiem że bolszewicy zatrzymają się na granicy z Niemcami, bo dopiero wejście bolszewików do Niemiec byłoby dla Londynu cienką czerwoną linią, która w zasadzie niewiele by już znaczyła, bo możliwości oddziaływania były w tym momencie żadne (trzeba by było zmęczone wojną społeczeństwo znowu przekonywać, że ponownie muszą udać się na Kontynent, by walczyć z jeszcze większym poświęceniem niż dotychczas w obronie Niemiec i Francji - co raczej w Wielkiej Brytanii nie spotkałoby się z pozytywnym przyjęciem). Ale takie było myślenie, w Londynie już zakładano że można będzie z bolszewikami się dogadać, zawrzeć jakiś sojusz, jakiś pakt, że nie będzie tak źle, że się zatrzymają. 🤭 Problem polegał na tym, że bolszewicy to nie byli ludzie z którymi można było się dogadać, to byli z zideologizowani bandyci, którzy mieli swoją wizję świata i los dał im możliwość jej realizacji w tym właśnie czasie - dlaczego mieliby więc się zatrzymać? bo zawarli jakiś głupi pakt? 🤔🤣 Takimi papierkami to oni co najwyżej podcierali sobie tyłki i służyły one im tylko tak długo, o ile byli słabsi. Jeżeli zaś mieli możliwość zademonstrować swą siłę i przewagę, to nic by ich w tym nie powstrzymało - nic, poza siłą militarną.


UDERZENIE OKRĄŻAJĄCE ZNAD WIEPRZA I CAŁKOWITA KLĘSKA SOWIETÓW W BITWIE WARSZAWSKIEJ 
(16 - 25 SIERPNIA 1920)
(Dokładnie taką samą taktykę zastosował "Ostatni Bóg Wojny" - Douglas MacArthur w czasie wojny w Korei, przeprowadzając desant pod Inczon - 15 września 1950 r. Czym ocalił Koreę Południową od komunistycznego  zniewolenia przez Północ
Notabene MacArthur niezwykle cenił Marszałka Piłsudskiego, ale o tym już zapewne pisałem)



I taką właśnie siłę militarną stworzyli Polacy u świtu swej niepodległości. Armia, która w 1920 r. liczyła prawie milion żołnierzy ostatecznie była w stanie nie tylko zatrzymać postępy ośmiu sowieckich armii skierowanych na podbój Europy, ale i rozbić je na tyle, że nie były już zdolne podjąć kolejnej próby inwazji (nie byłyby zdolne tego uczynić nigdy, gdyby w Niemczech władzy nie zdobył Hitler, bo Hitler był wybawieniem dla Sowietów i Stalin mocno wspierał dojście Hitlera do władzy w Niemczech. Ci dwaj ludobójcy byli od siebie totalnie uzależnieni, Hitler bez wsparcia Stalina nie napadłby na Polskę, zaś Stalin bez Hitlera nie zdobyłby połowy Europy w 1944/1945 r. chociaż i tak uważał to za porażkę, bo Jego celem było zdobycie całej Europy. Swoją drogą gdy w czerwcu 1945 r. na Kremlu składano hołdy generalissimusowi Stalinowi, twierdząc że dzięki niemu potęga Związku Sowieckiego dotarła do Niemiec, Stalin przerwał im mówiąc: "Nie towarzysze. Naszą największą zdobyczą w tej wojnie nie są Niemcy, lecz Polska"). W dwóch wielkich bitwach stoczonych w ciągu miesiąca (w Bitwie nad Wisłą - która zatrzymała pochód Sowietów w marszu do Niemiec w sierpniu 1920 r., oraz w Bitwie nad Niemnem we wrześniu - która definitywnie rozbiła ostatnie sowieckie armie, ostatecznie niwecząc marzenia Lenina o podboju całego Kontynentu), inwazja została zatrzymana, Polska i Europa ocalona a wojna z bolszewikami wygrana. Któż jednak dziś w Europie o tym jeszcze pamięta? A przecież jeśli zapomnimy o historii, będziemy zmuszeni nieustannie ją powtarzać, bo będziemy popełniać te same błędy nie ucząc się na tym, co pozostawili i czego doświadczyli nasi przodkowie. 


BITWA NAD NIEMNEM
LIKWIDACJA WSZYSTKICH OŚMIU SOWIECKICH ARMII I CAŁKOWITA KLĘSKA BOLSZEWIKÓW
(20 - 29 WRZEŚNIA 1920)




To tyle na dzisiaj jeśli chodzi o święto Wojska Polskiego, czyli Święto Zwycięstwa. Zapraszam jeszcze do obejrzenia parady, jaka odbyła się dziś w Warszawie z okazji 106 rocznicy Bitwy Warszawskiej i Zwycięstwa w wojnie z bolszewikami. 









A NA KONIEC GRAJĄ I ŚPIEWAJĄ POLSCY OFICEROWIE WOJNY 1920 
WRAZ Z PÓŹNIEJSZYM MARSZAŁKIEM
(BUŁAWĘ OTRZYMAŁ ZA ZWYCIĘSTWO W WOJNIE Z BOLSZEWIKAMI)
 JÓZEFEM PIŁSUDSKIM
(Notabene któż wie że w roku 1920 naczelnym wodzem Wojska Polskiego był Litwin - Józef Piłsudski, zaś dowódcą Armii Litewskiej Polak - Silvestras Žukauskas - czyli Sylwester Żukowski. To pokazuje jak kultury dawnej Rzeczypospolitej wzajemnie się przenikały)

 

14 sierpnia 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. VI

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. VI




 Tymczasem sam monarcha - Jan II Kazimierz - od 30 maja 1649 r. był żonaty z Ludwiką Marią Gonzagą, francuską księżniczką o włoskich korzeniach, jednocześnie żoną jego zmarłego (w maju 1648 r.) brata Władysława IV. Warto słów parę powiedzieć i o tej postaci, która wydaje mi się jest nieco zapomniana w naszej historii, a szczególnie przykrywa ją blask Marysieńki, żony Jana III Sobieskiego (również kobiety francuskiego pochodzenia), która notabene w tym czasie jako dziecko była obecna na dworze królowej Ludwiki Marii. Gonzagówna urodziła się 18 sierpnia 1611 r. jako córka Karola Gonzagi i Katarzyny de Guise. Miała pięcioro rodzeństwa (trzech braci i dwie siostry). Jej ojciec (po swej babce Małgorzacie Paleolog) był potomkiem ostatnich cesarzy bizantyjskich i żył fantazją odrodzenia Cesarstwa Bizantyjskiego. Jego ojciec - Ludwik Gonzaga był młodszym synem księcia Mantui Fryderyka i czuł się Włochem ale przeniósł się do Francji, gdzie odziedziczył rodzinne dobra po swojej babce Annie d'Alençon. Dopiero więc Karol Gonzaga był pierwszym z tego rodu, który mówił o sobie iż jest Francuzem. Katarzyna de Guise była zaś bardzo odważną kobietą, nie bała się ani fechtunku ani jazdy konnej i gotowa była nawet uczestniczyć w bitwach, a jej uroda zwracała uwagę każdego, kto tylko miał z nią doczynienia (niestety nie wiedziano że ta kobieta, pod sukniami które nosiła, zakładała również kłujące ciało łańcuchy i często też się biczowała, a jej plecy pokrywały ślady owych praktyk). Rodzicami chrzestnymi przyszłej królowej Polski Ludwiki Marii, byli król Francji Ludwik XIII i Maria Medycejska (których w zastępstwie reprezentowali Henryk Lotaryński i Katarzyna de Longueville). Już od dziecka młoda Maria (bo wówczas takie imię nosiła) marzyła o koronie królewskiej. W 1618 r. zmarła jej matka - Katarzyna de Guise (przeziębiła się na balu wydanym w Luwrze) i od tej pory dziećmi (w tym Marią) zaczęła opiekować się siostra ich ojca - Katarzyna de Longueville (jej ojciec zaś wkrótce potem zainteresował się spadkiem mantuańskim, pragnąc objąć tron książęcy w tym właśnie kraju. Udało mu się to po interwencji w północnych Włoszech Ludwika XIII, który w marcu 1629 r. zmusił Hiszpanów do wycofania się stamtąd i dzięki temu Gonzaga - zwany również księciem de Nevers - odziedziczył tron mantuański, a jako taki został uznany w lipcu 1631 r.). W tym czasie (1626 - 1628 r.) do młodej Marii w konkury zaczął pretendować młodszy brat króla Francji - Gaston, książę Orleanu. Ten przedstawiciel rodziny Burbonów mógł się podobać, był od Marii starszy o 3 lata, przystojny, inteligentny, dowcipny i dobrze wykształcony (niestety miał też i złe cechy charakteru, bywał lekkomyślny, tchórzliwy i bardzo często zdradzał tych, z którymi wcześniej knuł spiski przeciw swemu bratu, oddając ich w ręce kata, a sam, jako przedstawiciel rodziny królewskiej, nie ponosił praktycznie żadnych z tego tytułu konsekwencji). Gaston (aby przypodobać się Marii) śpiewał pod jej balkonem w Hôtel d'Alençon (należącym do jej ciotki, księżnej de Longueville) miłosne sonety i zapewne spodobał się młodej dziewczynie. Jednak matka Gastona - Maria Medycejska (a za nią dwór francuski) kategorycznie zabronili mu poślubienia Marii (nie wgłębiajmy się teraz w powody tej decyzji, gdyż nie mają one w tym momencie większego znaczenia). Ostatecznie (4 marca 1628 r.) po ostrej rozmowie z bratem Ludwikiem XIII, Gaston obiecał mu więcej nie myśleć o małżeństwie z Marią. Jednak złamał dane bratu i matce słowo i postanowił potajemnie poślubić ukochaną gdzieś na prowincji. Przygotowania do tego były już w zasadzie ukończone, ale na ich trop wpadła Medyceuszka, która w marcu 1629 r. wysłała księżnej de Longueville i młodej Marii zaproszenie do Luwru (w asyście oddziału wojskowego) po czym obie damy zamknęła w twierdzy Vincennes (chociaż miały tam swój apartament i traktowano je z należytymi honorami, to jednak pozostawały więźniarkami królowej matki).


LUDWIKA MARIA W MŁODOŚCI



Nie trwało to jednak długo, gdyż kilka tygodni później zostały uwolnione (gdy Gaston ponownie obiecał matce zrezygnować z małżeństwa z Marią). W grudniu 1629 r. zmarła księżna de Longueville i Maria została sama (jej ojciec był zajęty walką o tron Mantui, tak więc pisywał do niej jedynie listy, w których domagał się podporządkowania królowej matce, jako że swym postępowaniem Maria psuje mu stosunki z dworem francuskim w jego walce o tron Mantui - a w tej rozgrywce Francuzi byli Karolowi niezwykle potrzebni). Gaston tym razem dotrzymał słowa, nie pisał, nie odwiedzał jej, a ona straciła już nadzieję na zostanie księżną Orleańską i być może przyszłą królową Francji. Dowiedziała się też, iż w Nancy Gaston poznał księżniczkę Małgorzatę Lotaryńską i teraz do niej poszedł w konkury. Młoda dziewczyna cierpiała z tego powodu, przepłakała wiele nocy, aż wreszcie pewnego dnia u drzwi Hôtel d'Alençon stanął książę Gaston. Przywiózł jej książkę, bogato zdobioną diamentami i został tam przez kilka dni. Gdy dowiedziała się o tym królowa Maria Medycejska, ponownie wysłała "zaproszenie" dla Marii, aby towarzyszyła jej w pewnej podróży. Następnie wywiozła Marię do klasztoru w Avenay (gdzie już wcześniej przebywały jej dwie młodsze siostry) i w tymże klasztorze zamknęła młodą dziewczynę (1630 r.). Maria przebywała tam przez pełne trzy lata i nawet upadek królowej matki (w lipcu 1631 r. gdy Ludwik XIII uwięził Marię Medycejską i kazał jej na stałe opuścić Francję) nie zmieniły jej położenia. W roku 1632 dowiedziała się że jej ukochany Gaston w Lotaryngii poślubił (ponoć z wielkiej miłości) siostrę tamtejszego księcia, ale dwór królewski także nie uznał tego mariażu (Gaston więc po kilku latach porzucił swoją małżonkę, mając z nią już kilka córek). W roku 1633 Maria opuściła mury klasztoru w Avenay i przeniosła się do posiadłości ojca w Nevers, gdzie żyła życiem prowincjonalnej, niezbyt zamożnej szlachty francuskiej. W tym zaś czasie Karol Gonzaga zupełnie przestał interesować się córkami. Tracąc synów (w 1632 r. zmarł jego trzeci i ostatni syn) popadł w totalną ascezę i przygnębienie, nie mogąc pozostawić tronu Mantui swemu męskiemu potomkowi. Maria kilkukrotnie pisała listy do ojca z pytaniem czy mogłaby go odwiedzić w Mantui, ale z reguły odpowiadał że ma zostać tam, gdzie jest. Wreszcie zgodził się aby przyjechała, lecz jej wizyta ostatecznie znów została odłożona. W Nevers jednak Maria (pomimo niezbyt dużych dochodów) kazała tytułować się księżniczką i nawet utrzymywała skromny dwór, jaki przysługiwał córce władcy Mantui i na każdym kroku podkreślała iż jest córką panującego w Italii władcy, domagając się jednocześnie nie tylko szacunku, ale również czołobitności od okolicznej szlachty.




Mijały lata i w roku 1636 (gdy król Rzeczpospolitej Władysław IV zaczął realnie poszukiwać kandydatki na żonę) kardynał Richelieu polecił posłowi francuskiemu w Warszawie monsieur d'Avaux zaproponować dwa małżeństwa: królewny Anny Konstancji Wazy (siostry Władysława IV), która miała poślubić Gastona Orleańskiego i samego króla Władysława z jedną z trzech francuskich księżniczek: Marią Gonzagą, jej siostrą Anną lub księżniczką Condé (z tym że Maria była najbardziej wysuwana). Król Władysław polecił swemu posłowi - Zawadzkiemu (zmierzającemu do Anglii) obejrzeć po drodze wszystkie trzy panie i zdać mu relację. Ostatecznie jednak rada Senatu odrzuciła projekt małżeństwa z Francuzką, a Władysław IV poślubił arcyksiężniczkę Cecylię Renatę Habsburżankę, tak więc znów korona królewska przeszła Marii koło nosa. Jednak już we wrześniu 1637 r. sytuacja Marii znacznie się zmieniła wraz ze śmiercią jej ojca. Tron mantuański przejął teraz (noszący to samo imię co jej ojciec) Karol II Gonzaga - liczący wówczas... 6 lat i pochodzący z bocznej linii tego rodu. Regentką została jego matka Maria Gonzaga, która jednak była bardzo pro-habsburska, czym niwelowała dotychczasowe francuskie sukcesy w Mantui. W tej sytuacji kardynał Richelieu nie mógł pozwolić na to, aby francuskie posiadłości tego rodu również przeszły w ręce Karola II i jego matki. Tak więc Ludwik XIII przekazał Księstwa Nevers i Rethel najstarszej córce zmarłego Karola I Gonzagi - Marii, ale musiała ona wziąć na utrzymanie swoją młodszą siostrę Annę (najmłodsza Benedykta zmarła jeszcze w tym samym 1637 r.). Maria stała się więc teraz zamożną księżną (wraz z księstwem otrzymała również pałac Nevers w Paryżu) i wraz z siostrą wiodła dosyć beztroskie życie, latem wyjeżdżając często do uzdrowisk (głównie Forges w Normandii). Miała 27 lat, uważana była za piękną (choć niektórzy twierdzili że jest tylko "ładna") a teraz również majętną. Jej dwór liczył 100 osób. Miała ładne czarne włosy, bardzo ładne zęby, przyjemne oblicze i według słynącej z plotek na francuskim dworze madame de Monteville: "miała prawdziwą postać królowej". Była też przystępna do ludzi i miła dla innych (nawet niechętny jej Rochefoucauld musiał przyznać iż była: "Jedną z najmilszych osób na świecie"). W tym czasie była też bardzo nieśmiała (co jawnie kontrastowało z jej wizerunkiem jaki wytworzyła będąc już w Polsce, a mianowicie z niespożytą energią i odwagą) i czasem zamknięta w sobie. Teraz też miała wielu adoratorów (szczególnie jeden, markiz de Gevres był w niej tak bardzo zakochany, iż deklarował że jest dla niej gotów uczynić wszystko i jeśli ona go porzuci, popełni samobójstwo. Tak też się stało, odrzuciła jego zaloty i młody człowiek wkrótce potem zastrzelił się).


LUDWIKA MARIA DE NEVERS



 W tym też czasie (w maju 1638 r.) podczas swej podróży do Hiszpanii został we Francji zatrzymany i aresztowany królewicz Jan Kazimierz Waza, młodszy brat króla Władysława IV (i przyszły król Rzeczpospolitej). Na polecenie kardynała Richelieu został uwięziony w twierdzy Vincennes (tej samej, w której niegdyś Maria Medycejska zamknęła Marię Gonzagę). Oczywiście był tam traktowany z należytymi honorami i oficjalnie był "gościem dworu francuskiego", aczkolwiek nie mógł stamtąd wyjechać (Richelieu obawiał się bowiem jakiegoś sojuszu hiszpańsko-polskiego, tym bardziej że polityka Zygmunta III - ojca Jana Kazimierza i Władysława IV - była bardzo pro-habsburska, a obecny mariaż króla Władysława również nastrajał ku temu podejrzliwość). Ostatecznie w lutym 1640 r. Jan Kazimierz został zwolniony z twierdzy, a Richelieu nawet zaproponował mu mariaż z jedną z francuskich księżniczek. 8 marca Jan Kazimierz spotkał się na audiencji z Ludwikiem XIII, dnia następnego z leżącą w łóżku, chorą jego małżonką Anną Austriaczką, kolejnego dnia spotkał dwuletniego delfina, przyszłego Króla Słońce - Ludwika XIV (notabene ciekawostka, któż wie że Ludwik XIV kąpał się tylko dwa razy w życiu, w swoim długim 77-letnim życiu? Po raz pierwszy gdy był jeszcze dzieckiem, co było dla niego tak traumatycznym przeżyciem, że potem - zmuszony sytuacją - wykąpał się po raz drugi i ostatni gdy był już królem i mężczyzną, co oznaczało że Ludwik XIV po prostu CUCHNĄŁ, nic więc dziwnego że Francja stała się ojczyzną perfum). Z Gastonem się nie spotkał, gdyż ten odmówił traktowania Jana Kazimierza jako równego sobie (w ogóle Jan Kazimierz czuł się tam bardzo upokorzony, jako że był bratem króla pochodzącego z wyboru, a nie z przysługującego władcom prawa dziedziczenia, był więc traktowany jako "suweren drugiego rzędu"). Spotkał się jednak z jedyną (pozostałą przy życiu) córką Gastona - 13-letnią Anną Marią Ludwiką Orleańską (która początkowo zamierzała powitać go siedząc w fotelu, jego zaś posadzić na krześle, ale ostatecznie powitała go na stojąco). Nawet wizyta u kardynała Richelieu była dla Jana Kazimierza zniewagą, gdyż nawet on uważał siebie za wyżej postawionego od brata elekcyjnego króla Polski. I wówczas też przyszło do Jana Kazimierza zaproszenie do pałacu Nevers, gdzie miał spotkać się po raz pierwszy ze swoją przyszłą żoną - Marią Gonzagą (czyli Ludwiką Marią).


JAN KAZIMIERZ WAZA W MŁODOŚCI



Po otrzymaniu zaproszenia do pałacu Nevers wysłanym przez księżniczkę Gonzagę, królewicz Jan Kazimierz przybył tam dnia następnego - incognito. Spotkanie trwało godzinę, po nim doszło jeszcze do czterech kolejnych, już jawnych spotkań. Pojawiły się plotki o romansie tych dwojga (chociaż przybyli do Paryża wysłannicy króla Władysława pilnowali aby kochliwy królewicz nie uczynił niczego niestosownego i politycznie kompromitującego). 30 marca 1640 r. (w miesiąc po swym uwolnieniu z twierdzy Vincennes) Jan Kazimierz opuścił Paryż i powrócił do Polski, a Maria Gonzaga przeżyła kolejne rozczarowanie. W tym też czasie zaprzyjaźniła się z madame de Rambouillet, prowadzącą słynny błękitny salon w Paryżu (nazwa owego salonu wzięła się od obić ścian w głównej komnacie, w której owa dama przyjmowała odwiedzających leżąc na łożu pod baldachimem w otoczeniu swoich służących - taki był wówczas zwyczaj, gości przyjmowano w sypialni, a pani domu kładła się wówczas do łóżka). Salon pani de Rambouillet słynął z wyrafinowanego języka i manier, przybywała tam nie tylko arystokracja, ale również elita umysłowa Francji, dyskutując na tematy literackie i preferując umiłowanie poezji (w prowadzeniu tego salonu pomagała jej córka Julia). Maria Gonzaga była częstą bywalczynią salonu madame de Rambouillet gdyż przyjaźniła się nie tylko z nią, ale również z jej córką i sama od 1640 r. (w Pałacu Nevers) prowadziła swój własny, znacznie skromniejszy salon poetycki. To właśnie w Pałacu pani de Rambouillet, podczas artystycznych wieczorów z panią de Sevigné, Maria Gonzaga poznała młodszego od siebie o 10 lat księcia Ludwika d'Enghien (zwanego później Wielkim Kondeuszem, sławnego wodza z czasów Ludwika XIV). Nie była to wcale przypadkowa znajomość, bowiem tych dwoje znało się praktycznie od dziecka, tym bardziej że matka Ludwika, księżna Condé opiekowała się Marią po śmierci jej matki i często przebywała ona na zamku Condé (zapewne aby odciążyć jej opieką Katarzynę de Longueville - ciotkę Marii Gonzagi). Para ta więc zapewne lubiła się i młody Ludwik często gościł zarówno w Pałacu Nevers, jak również sama Maria w rezydencji książąt Condé, a także spędzali razem wakacje w Trie - majątku siostry Ludwika - Anny Genowefy (żony syna pani de Longueville). Z tego też powodu szybko pojawiły się plotki o ich romansie.




Były to bowiem czasy, gdy arystokracja używała sobie na całego w swych majątkach, a pozycja króla (choć niezwykle silna już wówczas - dzięki zabiegom kardynała Richelieu a później kardynała Mazarin) nie była jeszcze tak potężna, że arystokracja godziła się porzucać swoje ogromne majątki na prowincji po to tylko, aby uzyskać skromny pokoik w Wersalu i służyć królowi podczas jego porannych i wieczornych ablucji (co uważano za ogromny honor, móc uczestniczyć w porannym wypróżnianiu się króla do nocnika i w jego ubieraniu się 😉). Maria, młoda i ładna dziedziczka Nevers była niezwykle popularna na paryskich solonach, ale równie popularna była jej młodsza siostra Anna, która zaprzyjaźniła się z księżną de Chévreuse i wraz ze swą kuzynką, księżną de Longueville (córką swej ciotki), stworzyły swoiste trio, które odznaczało się nie tylko dosyć nieskrępowaną swobodą obyczajów, ale również pięknem, zalotnością, umiłowaniem poezji oraz wszelkich nauk. Anna była bodajże ładniejsza niż Maria, a na pewno przykładała nieco więcej uwagi do kwestii nauki, choć raczej nie dbała o swoją opinię w kręgach paryskiej arystokracji (zakochała się bowiem w księciu de Guise, biskupie Reims i była to tak wielka miłość z jej strony, że dziewczyna gotowa była uczynić dla niego dosłownie wszystko). Ze swym kochankiem, księciem de Guise zawarli nawet potajemny ślub w 1639 r. (co ciekawe, pan młody jako biskup Reims, sam sobie udzielił dyspensy 🤭). W roku 1640 książę de Guise wziął udział w spisku przeciwko kardynałowi Richelieu, i po jego wykryciu musiał uciekać z Francji do Flandrii. Anna była tym zrozpaczona, chciała natychmiast podążyć za ukochanym i pomimo rad siostry aby tego nie czyniła, wdziała męski strój, obcięła włosy i podążyła konno do Flandrii za swym mężem. Tam jednak dowiedziała się że de Guise... ponownie się ożenił, co złamało jej serce. Maria natomiast również wdała się w romans. Pierwszym jej kochankiem był nieznany kawaler, którego zwano monsieur X, drugim zaś był Henryk d'Effiat markiz Cinq-Mars. Henryk był znacznie młodszy od Marii, bardzo przystojny, niezwykle elegancki i gustowny (być może dlatego tak bardzo jej się spodobał). Można nawet powiedzieć że był modnisiem i bardzo też dbał o higienę (ubrania zmieniał cztery razy dziennie, co jest bardzo ważne dla tamtych czasów, gdyż ludzie z reguły wówczas nie brali kąpieli zbyt często, największe czyściochy może nawet raz w tygodniu - ówcześni lekarze zalecali bowiem aby kąpać się jak najrzadziej, gdyż kąpiele miały osłabiać organizm i tym samym wykańczać ciało, przyspieszając śmierć, natomiast na potęgę stosowano puszczanie krwi i to praktycznie na wszystkie dolegliwości, co tym bardziej osłabiało organizm - ale za to codziennie zmieniano - przynajmniej raz - ubrania na czyste, co powodowało że nawet jeśli pod pachami nieprzyjemnie pachniało, to jednak nowa koszula tłumiła ten odór. Swoją drogą teraz, jak wejdzie projektowany właśnie "Niebieski ład", do czego otwarcie dąży już Unia Europejska, to my się cofniemy właśnie do tego okresu, gdyż wzięcie prysznica będzie nas kosztowało tak wiele, że kąpiel raz w tygodniu będzie marzeniem. Swoją drogą zobaczcie jak pięknie cofają nas w rozwoju: nie wolno nam się myć, nie wolno nam podróżować, latać samolotami to już w ogóle, własność jest zła, 15-minutowe miasta, do tego niekontrolowana imigracja muzułmańska, zacieranie wszelkich korzeni (zarówno rodzinnych jak i narodowych), promowanie wynaturzeń seksualnych, wszystko po to, żeby trzymać nas w całkowitym poddaństwie i posłuszeństwie, bo jeśli będziesz posłuszny to może coś ci dadzą i będziesz szczęśliwy... nie mając niczego 😬).

Romans Marii z Cinq-Marsem trwał jednocześnie z jej romansem z panem X, a ona nie potrafiła wybrać jednego z nich. Z czasem jednak, gdy Cinq-Mars zaproponował Marii małżeństwo (1641 r.) ta się zgodziła, ale powstał problem, gdyż on (królewski koniuszy i osobisty druh Ludwika XIII) nie mógł poślubić prowincjonalnej księżniczki (gdy poprosił o wsparcie kardynała Richelieu, ten go wyśmiał i wyrzucił ze swych komnat). Maria zauważyła jednak że małżeństwo z Henrykiem może bardzo jej się opłacać i sama zaczęła naciskać na kochanka aby postarał się uzyskać królewską zgodę. Król Ludwik XIII jednak również nie chciał o tym słyszeć, co spowodowało że Henryk Cinq-Mars popełnił zdradę stanu, zawierając tajną umowę z przedstawicielami króla Hiszpanii Filipa IV (który miał mu wypłacać wysoką pensję). Problem polegał jednak na tym, że Francja toczyła wówczas wojnę z Hiszpanią i gdy tylko Richelieu otrzymał dowód zdrady Cinq-Mars'a (dzięki sieci swych agentów) los markiza był już przesądzony. Król - pomimo iż darzył Henryka sympatią i nawet wcześniej nieustannie dopytywał się o jego zdrowie oraz zasięgał jego rad - teraz bez oporów skazał go na śmierć (wyrok wykonano 12 września 1642 r. przy czym odważna i szlachetna postawa Cinq-Mars'a w chwili śmierci stała się potem wręcz legendarna i była wielokrotnie przytaczana w twórczości literackiej. Swoją drogą to kolejny przykład upadku mężczyzny przez ambicje kobiety. Innym podobnym przykładem takiego właśnie nieco toksycznego związku, był związek Marka Antoniusza i Kleopatry, gdy ona w czasie bitwy pod Akcjum - prawdopodobnie przestraszyła się klęski i zawróciła za swą flotą - wówczas Antoniusz, już w trakcie bitwy, widząc odpływającą ukochaną, rzucił się za nią wpław do morza, poświęcając swoją armię, flotę, całą swoją przeszłość i przyszłość na tym jednym ołtarzu miłości 🥴). Gdy tylko Cinq-Mars został aresztowany, a następnie skazany i ścięty, Maria przeraziła się, obawiając iż może doń dołączyć. Roztrzęsiona i przerażona zjawiła się w Pałacu madame de Rambouillet, błagając ją o wsparcie u króla (La Rochefoucauld zanotował potem, iż pani de Rambouillet wyznała mu, że nigdy wcześniej nie widziała jej w takim stanie - tak bardzo przerażonej). Madame de Rambouillet zadziałała szybko, znając doskonale siostrzenicę kardynała Richelieu (która również należała do bywalczyń jej błękitnego salonu), poprosiła ją, aby kompromitujące Marię dokumenty przestały istnieć i tak też się stało - dziewczyna wykradła swemu stryjowi wszelkie obciążające Marię papiery i je spaliła, co ocaliło Gonzagównie życie. Wyjechała ona teraz do swego majątku w Nevers, gdzie przeżywała śmierć ukochanego, nosząc czarne, żałobne suknie. 




Wkrótce potem - 4 grudnia 1642 r. zmarł wszechwładny kardynał de Richelieu, a jego miejsce (pierwszego ministra państwa) zajął kardynał Juliusz Mazarin. 14 maja 1643 r. zmarł zaś Ludwik XIII, pozostawiając tron swemu synowi, zaledwie 5-letniemu dziecku - Ludwikowi XIV, nad którym regencję sprawowała matka, królowa Anna Austriaczka. Wówczas to Maria Gonzaga mogła powrócić do Paryża. Wcześniej jeszcze, przeżywając żałobę po Cinq-Mars'ie, Maria stała się niezwykle religijna, co akurat w tamtym czasie nie odbiegało od normy (Francja w XVI a szczególnie w XVII wieku to kraj hiper-katolicki, księża, mnisi - a szczególnie mniszki - były naturalnym krajobrazem francuskich miast i prowincji. Kobiety wręcz dominowały w zakonach, stanowiły 60 % wszystkich francuskich mnichów. Jednocześnie - co ciekawe, właśnie wówczas, a nie w tym, jakże pogardzanym dziś średniowieczu - mnożyły się też wszelkiego typu oskarżenia o praktykowanie czarów i konszachty z diabłem. W czasach o których piszę, najsławniejszym tego typu procesem, był proces opętanych mniszek z Loudon i proboszcza Grandier, który według sędziów miał wydać je diabłu. Został za to spalony na stosie (1634 r.). Ogromną władzę religijną we Francji zaczęli (po swym powrocie do kraju w 1603 r. po krótkim wypędzeniu przez Henryka IV) pełnić jezuici, zakładając sieć szkół, szpitali i zyskując ogromne wpływy na dworze. Poza tym franciszkanie, kapucyni, a szczególnie zakony żeńskie: urszulanki, karmelitanki, szarytki, lazaryści zakładali sieć akcji charytatywnych, pomagając sierotom, bezdomnym i ubogim, chorym psychicznie a także świadcząc posługę duchową galernikom (to już męscy misjonarze). Francja XVII wieku w niczym nie przypominała tej obecnej, która otwarcie już pluje na swoje korzenie i tradycje i powiem Wam kochani, że chociaż ja sam nie jestem człowiekiem zbytnio religijnym - jak już kiedyś pisałem, ja już nie potrzebuję religii i choć może to zabrzmieć butnie, to ja już znam drogę do Boga, doświadczyłem pamięci poprzedniego życia, doświadczam bliskości Boga praktycznie codziennie, więc zwykła wiara jest mi zupełnie niepotrzebna - ale jakiś czas temu przeczytałem artykuł {już nie pamiętam gdzie dokładnie to było}, że w całej Francji organizowane są pielgrzymki do nowo odbudowanej Katedry Notre-Dame i wiecie co, dawno już nic tak nie ucieszyło mnie z wiadomości o Francji, jak właśnie to. Poza tym czuję ogromny szacunek dla nauk MISTRZA, który umarł na krzyżu i którego uważam za swojego duchowego Przewodnika). Ale wróćmy do tematu. Pomimo tych wszystkich akcji dobroczynnych prowadzonych przez zakony, zaczęła pojawiać się również ich krytyka, jak i krytyka wszechwładzy papieży. Bowiem ksiądz który posiada taką moc, iż podczas mszy przemienia chleb w ciało Boga i biskup który dał mu tę władzę, stają się jakoby nadludźmi, znacznie wyższymi od reszty śmiertelników (niekiedy nawet wyższymi od samych królów).

W tym właśnie czasie stał się popularny we Francji ksiądz Du Vergier de Hauranne, opat Saint-Cyran, który ostro wystąpił z krytyką hierarchii duchownej. Gdyby oczywiście na tym poprzestał (w końcu królowi również zależało na tym, aby promować kościół gallikański czyli narodowy, jednocześnie osłabiając władzę papieża we Francji) zyskałby przychylność, a być może nawet wsparcie dworu, ale Saint-Cyran na tym nie poprzestał. Uderzył przede wszystkim w samego kardynała Richelieu, ostro krytykując jego dwulicowość, czym zgotował sobie przykry los. W 1638 r. Richelieu nakazał go aresztować i wtrącić do lochu (gdzie przebywał przez kilka miesięcy, tracąc tam zdrowie, siedząc w wilgotnej i zimnej celi). Wypuścił go zaś stamtąd w chwili, gdy ten był już umierający i wkrótce potem zmarł. Ale wkrótce potem pojawił się i inny duchowy buntownik, przyjaciel Saint-Cyrana, niejaki Jansenius - biskup Ypres. W 1640 r. opublikowany został (pośmiertnie, gdyż Jansenius zmarł dwa lata wcześniej) jego traktat pt.: "Augustianus", który był otwartą krytyką dotychczasowych poglądów wyznawanych przez Kościół rzymskokatolicki, szczególnie zaś Jansenius (a zanim jego zwolennicy - janseniści) kładli nacisk na akt Łaski Bożej, jednocześnie uważali że najważniejszym sakramentem jest sakrament komunii, gdyż wszelkiego rodzaju niewdzięcznicy nie będą go godni. Uważali też że człowiek od urodzenia skazany jest raczej na zbawienie lub potępienie (co poniekąd oczywiście można tłumaczyć tym, iż przybywamy na ten świat z pewnymi rolami do odegrania, ale wszystkie religie jakie powstały na Ziemi nie biorą pod uwagę jednej rzeczy, która według mnie wydaje się najważniejsza, a mianowicie że to, co my tutaj robimy, choćby były to największe zbrodnie, nie jest na tamtym świecie traktowane jako coś, za co musimy zostać ukarani. To wydaje się być herezją, gdyż wiadomo że za zło się każe, a za dobro nagradza i jeżeli te wartości zostaną pomieszane, nastąpi powszechna anarchia. To prawda, tak bowiem powinniśmy działać i postrzegać rzeczywistość jako ludzie żyjąc tutaj. Ale - że tak kolokwialnie powiem, używając słów Plutarcha - bogowie na to tak nie patrzą. Tu też ciekawa jest kwestia Świadków Jehowy, których to ruch (ja nazywam go "Zakonem") jest typową sektą. Swoją drogą jest to sekta, która wmawia swoim wyznawcom że ich zbawienie nastąpi wówczas, kiedy Bóg w Armagedonie wymorduje całą resztę ludzkości, czyli innymi słowy celem świadków Jehowy jest oczekiwanie powszechnego mordu, jaki ma zgotować tutaj Jehowa, Jahwe (TJehooba? 🧐). Ale na zdrowy rozum, powiedzcie mi Kochani po co Bóg miałby to robić (gdyby w ogóle Jehowa był Bogiem, ale załóżmy że tak jest), po co miałby wymordować miliardy ludzi (dla garstki wyznawców o wcześniej odpowiednio wypranych mózgach), przecież to jest totalnie oderwane od wszelkiej logiki i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. I odpowiadając na to pytanie, należałoby wcześniej wręczyć Świadkom Jehowy dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez bogów" (w ogóle uważam że Świadkowie Jehowy powinni przeczytać dzieło Plutarcha, bo ono jest kwintesencją tego, co ja pragnę przekazać w nieco innych słowach, ale tamte słowa, archaiczne i w sposób niezwykle prosty wypowiedziane - zresztą tak jak wówczas ludzie rozumieli świat - jest dokładnym streszczeniem tego, kim my jesteśmy na tym świecie). 


ARMAGEDON WEDŁUG ŚWIADKÓW JEHOWY 
(TO NAPRAWDĘ JEST JAKIEŚ CHORE)



W najprostszych słowach można sprowadzić to wszystko do stwierdzenia: po jasną cholerę Bóg miałby zabijać choćby największych grzeszników na tej Ziemi, skoro ci grzesznicy wcześniej czy później i tak do Niego wrócą (😙). Ktoś więc, kto wymyślił Armagedon musiał być niezłym zjebem (mam tutaj oczywiście na myśli powszechne zniszczenie sprowokowane przez Boga i tylko do tego teraz się odnoszę). A potem dzieci w rodzinach Świadków Jehowy żyją z tą traumą, że jeżeli Jehowa się na ciebie obrazi, to ty już jesteś skazany na śmierć w Armagedonie, a może się obrazić za wszystko, chociażby za to że namalowałeś choinkę podczas lekcji plastyki w szkole. Najgorzej też mają ci, którzy odchodzą od tej sekty, gdyż dla całej reszty są oni już umarli i takie dziecko musi nagle zerwać kontakty czy to z matką, czy z ojcem, czy nawet z babcią bo ta odeszła z "Zakonu". Nie ma znaczenia czy kochasz rodzica czy nie kochasz, ono już jest skazane na śmierć w Armagedonie, bo się Jehowa obraził (😅) Hardkor totalny. Ale nie przedłużając - na zdrowy ludzki rozum, gdybym ja był Bogiem, to nie robiłbym nic żeby przeszkodzić tym ludziom, którzy popełniają zbrodnie, gdyż po pierwsze oni mają Wolną Wolę (czyli swobodę wyboru własnej drogi życiowej - nawet jeśli ta droga jest wcześniej wyreżyserowana, bo tak jest!), a oni w żaden sposób by przede mną nie umknęli, bo nie mieliby gdzie i wcześniej czy później by do mnie przyszli. Ale pomijając już ten nieco komiczny aspekt, uważam że (szczególnie) grzesznicy mają czas na to, żeby naprawić swoje winy i pisał o tym właśnie Plutarch, że bogowie pozostawiają im długie życie właśnie po to, aby odmienili się i aby zadośćuczynili za to, co wcześniej uczynili innym. Bowiem przestańmy też postrzegać naszą obecność tutaj, jako coś w rodzaju kary - choć bezwzględnie wszystko wskazuje na to że żyjemy w piekle. To nie jest żadna kara, to jest swoista zabawa, my tutaj przybywamy żeby poznać coś, czego nie jesteśmy w stanie doświadczyć "Tam", czyli zła, cierpienia, bólu i odrzucenia. A myk w tym wszystkim polega na tym, że aby wyrwać się z tego materialnego piekiełka, to trzeba tym wszystkim którzy nam wyrządzili jakąś krzywdę lub uczynili wielkie zło, po prostu... przebaczyć. Przebaczyć i postarać się ujrzeć w nich to, czym wszyscy jesteśmy - Boga. Bożą Jedność i Miłość i to jest wszystko, nie trzeba do tego religii, nie trzeba kanonów, przykazań i tym podobnych. Droga wyjścia i powrotu do "DOMU" jest jasno wytyczona, pytanie tylko czy możliwa dla nas do spełnienia już w tym życiu? 


TU JEST PIĘKNIE POKAZANE WYBACZENIE WIN DWÓCH ŚMIERTELNYCH WROGÓW 
(NOTABENE SZCZERE WYBACZENIE JEST JAK BALSAM DLA NASZEJ DUSZY, JAK ORZEŹWIAJĄCA KĄPIEL PO CIĘŻKIM DNIU. W KOŃCU TAK NAPRAWDĘ WSZYSCY JESTEŚMY JEDNOŚCIĄ, SZKODZĄC DRUGIEJ OSOBIE, SZKODZIMY SOBIE. ŚMIERĆ BOWIEM NIE ISTNIEJE, I PAMIĘTAM JAK PO ŚMIERCI MEGO OJCA BYŁEM TOTALNIE ROZBITY JEGO ŚMIERCIĄ, NIE MOGŁEM SIĘ Z TYM POGODZIĆ, A WTEDY W MOJEJ GŁOWIE POJAWIŁA SIĘ JEDNA MYŚL, KTÓRA NIE BYŁA MOJĄ MYŚLĄ: "SPOKOJNIE, NIC SIĘ NIE STAŁO!" I TO... ZADZIAŁAŁO)



Ale się rozpisałem nie na temat, w każdym razie wracając do Janseniusa, trzy lata po wydaniu "Augustinusa", francuski teolog Antoni Arnauld (ojciec Arnauld), wydał swój własny traktat, zatytułowany: "De la fréquente communion" ("O częstej komunii"). Po co w ogóle o tym piszę? Otóż dlatego, że po śmierci Cinq-Mars'a Maria Gonzaga zbliżyła się właśnie do kręgu jansenistów, rekolekcje odbywała w opactwie Port-Royal (słynnym aż do początku XVIII wieku, głównym ośrodku jansenizmu. Został on oficjalnie zamknięty i zburzony na rozkaz Ludwika XIV w 1709 r.). Nawiązała też przyjaźń z przeoryszą klasztoru Port-Royal, matką Angeliką (jednak nie została jansenistką, potem bowiem, już w Polsce okazywała znaczną życzliwość przeciwnikom jansenizmu - jezuitom). W każdym razie żyła takim życiem przez pewien czas, aż w marcu 1644 r. w dalekim Wilnie zmarła królowa Cecylia Renata Habsburżanka, małżonka króla Rzeczypospolitej - Władysława IV. Ten teraz ponownie rozglądał się za nową małżonką i kardynał Mazarin, obawiając się aby Polska ponownie nie wpadła w krąg habsburski, wysłał do Warszawy (latem 1644 r.) wicehrabiego de Brégy (oficjalnie z kondolencjami, a realnie w celu zawarcia sojuszu polsko-francuskiego, przypieczętowanego małżeństwem z jedną z francuskich księżniczek). Dowiedziawszy się o tym, Maria Gonzaga postanowiła że tym razem uczyni wszystko, aby to właśnie ona była najważniejszą kandydatką na przyszłą żonę Władysława IV (tym samym spełniłaby swoje marzenie z dzieciństwa zostania królową). Wspierała ją w tym życzliwa, aczkolwiek już sędziwa księżna Condé, która uruchomiła bardzo wiele wpływów i to zarówno na dworze francuskim jak i w Wiedniu, a nawet w Warszawie. Nawiązała przyjacielskie stosunki z wysłannikiem Władysława IV w Paryżu, Włochem Roncallim. Zapraszała go do siebie na przyjęcia, spełniała jego zachcianki i oferowała znaczne sumy pieniędzy, on zaś w listach do króla pisał, że Maria jest wyjątkowo piękna, a do tego majętna. Gdy zaś latem 1645 r. de Brégy ponownie przybył do Warszawy, wiózł ze sobą propozycję małżeństwa odnośnie trzech francuskich księżniczek: Gonzagi, de Guise i de Longueville, przy czym zalecał aby król wybrał tę pierwszą, która jest bez wątpienia najpiękniejsza. Przywiózł też portret Marii (mocno wyretuszowany jak to byśmy dzisiaj nazwali, ukrywający wszelkie jej defekty, szczególnie to, że w ciągu kilku lat Maria nieco nabrała ciała - oczywiście nie była gruba, ale również nie tak szczupła jak na obrazie). W Warszawie bardzo przypadła ona do gustu zarówno królowi jak i jego dworakom. Jednym z powodów wyboru księżniczki mantuańskiej było również jej pochodzenie od linii ostatnich cesarzy bizantyjskich, a to niezwykle ważna kwestia w projektowanej przez Władysława IV wielkiej wojnie z Imperium Osmańskim (w celu odzyskania Konstantynopola). Tak więc decyzja zapadła, Maria miała stać się nową polską królową.

Teraz przystąpiono do uzgodnień detali (a jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach 😀), czyli ustalania wysokości posagu. Maria nie była tak bogata jak twierdził de Brégy i jak życzono by sobie tego w Warszawie. Poza tym wkrótce na dwór Władysława IV dotarły plotki o romansie Marii z Cinq-Mars'em, de Brégy miał więc wiele pracy, musząc odpowiednio przekupić wielu senatorów (w tym kanclerza Ossolińskiego, Kazanowskiego nawet wojewodę Denhoffa) a także osobistego królewskiego astrologa, który ułożył odpowiednio dobrany horoskop. Nie dość na tym, de Brégy musiał też zadeklarować dodatkowy posag zapłacony przez Ludwika XIV. 13 lipca 1645 r. po zgodzie Senatu, polski poseł zakomunikował Marii: "Dzięki Najwyższemu ziściła się nadzieja, Wasza Książęca Mość jest mianowana Polską Królową". Teraz Gonzagówna oczekiwała już tylko przybycia oficjalnego poselstwa z Warszawy, które miało ją zabrać do Polski.


KANCLERZ OSSOLIŃSKI Z SYNAMI



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...