WYŚWIETLENIA

19 lipca 2026

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. IV

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. IV




 Gdy pod Zbarażem toczyła się mordercza walka o przetrwanie Rzeczypospolitej, król Jan II Kazimierz - po uzyskaniu papieskiej dyspensy, 30 maja 1649 r. - zawarł związek małżeński ze swoją bratową (żoną zmarłego rok wcześniej Władysława IV) Ludwiką Marią Gonzagą, a następnie 24 czerwca (po przybyciu pospolitego ruszenia) opuścił Warszawę i wyruszył na pomoc zbaraskiej twierdzy. 3 lipca był w Lublinie, gdzie jeszcze powiększył swe siły. Tam też 13 lipca wydał trzecie już wici, wzywające nie tylko szlacheckie pospolite ruszenie, ale również mieszkańców województw: lubelskiego, ruskiego i bełskiego, by natychmiast się z nim połączyli. 17 lipca z 5000 żołnierzy król wyruszył w dalszą podróż. Potem były jeszcze postoje w Krasnymstawie i Sokalu (gdzie również do króla przyłączały się poszczególne grupy zbrojnych). 30 lipca właśnie w Sokalu odbyła się narada, na której większość senatorów zalecała królowi czekać na dalszy rozwój wypadków, gdyż obawiano się że jeśli pod Zbarażem stoi chan z całą swoją potęgą, to może być bardzo niebezpiecznie. Król jednak (za radą kanclerza koronnego Jerzego Ossolińskiego) postanowił iść dalej na ratunek oblężonemu Zbarażowi. 6 sierpnia król był już pod Toporowem, gdzie dnia następnego przybył (wysłany z obozu nocą 3 na 4 sierpnia) mocno wyczerpany długą drogą Mikołaj Skrzetuski, informując króla i zebranych senatorów o sytuacji w twierdzy. 7 sierpnia król wydał uniwersał w którym ogłaszał zdjęcie z urzędu atamana wojsk zaporoskich Bohdana Chmielnickiego i mianowanie w jego miejsce atamanem Semena Zabuskiego. Deklarował również że ci spośród Kozaków, którzy przyłączą się do Zabuskiego, zostaną objęci amnestią, całą zaś resztę czeka sroga kara za bunt przeciwko Rzeczpospolitej i popełniane zbrodnie. 8 sierpnia król był już pod Białym Kamieniem, gdzie dołączyły doń kolejne chorągwie. 12 sierpnia armia koronna stanęła pod Złoczowem (kilka kilometrów na zachód od Zbaraża), gdzie również dołączyły kolejne chorągwie powiatowe. Pod Złoczowem doszło też do pierwszego poważnego starcia z podjazdem tatarskim wysłanym przez Islam Gireja (wcześniej bowiem już pod Białym Kamieniem znoszono mniejsze grupki tatarskich zwiadowców). Bitwa zakończyła się... remisem, co prawda dysproporcja sił po stronie tatarskiej była znaczna (i przez to zginęło ponad 100 żołnierzy wraz z rotmistrzem Pełką - sławnym zagończykiem, który ze swoimi ludźmi przebił się przez pierwszą i drugą linię tatarską, ale tam już został otoczony i ze swymi ludźmi zginął w bohaterskiej walce) dopiero uderzenie sił księcia Koreckiego spowodowało załamanie się linii tatarskich i ich odwrót. Tatarzy zdołali jednak wziąć w niewolę rotmistrza Żółkiewskiego-Głucha, Polacy zaś również wzięli do niewoli jednego z wysoko postawionych tatarskich wodzów, który następnie zeznał że chan przybył tutaj z wielką potęgą i radził królowi podjęcie rozmów w celu zakończenia walki. Deklarował również że nienawidzi Kozaków i wolałby walczyć po stronie Jana Kazimierza ("U waszego boku bić bym się pragnął, a nie u boku sług waszych"). Nie dano wiary jego relacjom, choć były one prawdziwe.




13 sierpnia król był już pod Młynowcem nad Stypą, gdzie generał artylerii Krzysztof Arciszewski (o którym pisałem w poprzednich częściach) wzniósł nad rzeką dwa mosty i groblę w celu przeprawienia wojsk na drugą stronę. 14 sierpnia rozpoczęła się bardzo ciężka przeprawa, gdyż w wyniku padających od kilku dni ulewnych deszczów, lokalne pola zamieniły się w rozlewiska na których grzęzły wozy taborowe i zakopywały się w mule na wysokość kół. Król pierwszy przeprawił się na drugi brzeg do Zaborowa, gdzie udał się do pobliskiego kościoła na modlitwę. 15 sierpnia, gdy co prawda większość sił królewskich była już po drugiej stronie rzeki, na horyzoncie ukazały się znaczne siły kozacko-tatarskie. Ludność Zborowa (życzliwa Chmielnickiemu i Kozakom) zaczęła bić w dzwony, aby pokazać im położenie wojsk koronnych. Najpierw Kozacy uderzyli na próbujące jeszcze przeprawić się przez rzekę pospolite ruszenie z powiatów przemyskiego i lwowskiego, doszło tam do zaciętej walki. Siły wroga były nieporównywalnie liczniejsze (co najmniej pięciokrotnie). Następnie armia kozacko-tatarska uderzyła na główne siły królewskie stojące już pod Zborowem. Ci, którzy przeprawiali się jeszcze przez Stypę, ponieśli znaczne straty i tylko nielicznym spośród nich udało się dołączyć do głównych sił królewskich. Na głównym odcinku bitwy (z powodu dosyć powolnego ataku Tatarów) chorągwie polskie miały czas żeby sformować szyk bojowy i przystąpić do ataku. Głównie stały tam chorągwie lekkie i dwie chorągwie husarskie, a poza tym jeźdźcy niemieccy pod dowództwem Krzysztofa Houwaldta i niemiecka gwardia piesza Fromholda Wolfa. Na lewym skrzydle stała jazda złożona z kilkunastu chorągwi (w tym czterech husarskich) pod dowództwem Jerzego Lubomirskiego i młodego, bo zaledwie 20-letniego rotmistrza Jana Sobieskiego (późniejszego króla Jana III Sobieskiego który w 1683 r. ocalił Wiedeń od tureckiej inwazji. Pod Zborowem w tym właśnie czasie miał miejsce jego chrzest bojowy). Prawym skrzydłem dowodzili zaś kanclerz Ossoliński i wojewoda podolski Stanisław Potocki. Bitwa była niezwykle zażarta i trwała cały dzień, król zaś wykazał wielką odwagę, sam chwytając w dłonie rapier i nawołując cofających się do ponownego ataku (chciał nawet uczestniczyć w szarży, ale mu na to nie pozwolono). Gdy zapadł zmrok bitwa nie została rozstrzygnięta, choć na polu pozostało wielu zabitych i rannych obu stron (szczególnie dużo poległo Tatarów). Nocą gruchnęła plotka że król uciekł z obozu, co spowodowało że dwóch rotmistrzów również zdezerterowało, a jakiś Litwin namówił nawet kilkuset żołnierzy do ucieczki. Nocą - jeszcze przy blasku pochodni, a szczególnie rano 16 sierpnia król obchodził obóz, pokazując wszystkim że jest wśród żołnierzy. Jeszcze 15 sierpnia rano kanclerz Jerzy Ossoliński wysłał list do Islam Gireja z propozycją zawarcia pokoju i odstąpienia Tatarów od Chmielnickiego, ale nim przyszła odpowiedź Kozacy zaatakowali miasteczko Zborów (gdzie stacjonowała polska dragonia) i obóz królewski. Atak został odparty, a wieczorem przyszła odpowiedź chana, wraz z listem od Chmielnickiego. Chmielnicki pisał w nim że to pycha "panów" pchnęła go do buntu, ale nie pragnie wojować z Rzecząpospolitą, a tym bardziej z królem i gotów jest złożyć buławę i oddać ją Semenowi Zabuskiemu, jeśli tylko ten przybędzie do obozu wojska zaporoskiego. Chan zaś deklarował chęci do podjęcia rozmów pokojowych, stawiając jednak warunek że rozmówcą ze strony polskiej powinien być kanclerz Ossoliński. Islam Girej poczuł się też dotknięty tym, że Jan Kazimierz nie wysłał do Bakczysaraju swego posła z wiadomością o zmianie władzy w Polsce, uznał to za brak szacunku do niego samego i lekceważenie Chanatu. Król odpisał na oba listy. Chanowi zgodził się wysłać jako swego pełnomocnika kanclerza Ossolińskiego na rozmowy pokojowe, natomiast Chmielnickiemu polecił spisać wszelkie jego żale i pretensje i przekazać je przez posłów.

Rozmowy pokojowe trwały do nocy 15 sierpnia i również dnia następnego, a także 17 i 18 sierpnia. Tatarzy zażądali zabrania całego zdobytego jasyru i łupów z Polski, wypłacenia 200 000 zł dla chana, powiększenia rejestru kozackiego do 40 000 i zapewnienia im żołdu, corocznego płacenia daniny chanowi, uznania władzy kozackiej w trzech województwach ukraińskich (kijowskim, bracławskim i czernichowskim) i zrzeczenia się jurysdykcji Rzeczypospolitej nad Kozakami oraz ich powinowatymi. Chmielnicki dołączył również kolejny list dla króla w którym żądał dodatkowo zniesienia unii kościelnej w całej Rzeczypospolitej, podporządkowania prawosławnego metropolity kijowskiego patriarsze Konstantynopola, wybudowania cerkwi w Krakowie i Lublinie, pozbawienia zakonów katolickich prawa do nabywania kolejnych nadań ziemskich na Ukrainie, zniesienia biskupstwa katolickiego w Kijowie, oraz miejsc w Senacie dla metropolity kijowskiego i dwóch księży prawosławnych. Ogólnie były to warunki nieakceptowalne, aczkolwiek nie można ich było tak od razu odrzucić, jako że siły kozacko-tatarskie były ogromne i istniała obawa porażki w bitwie, a nawet dostania się do niewoli samego króla, co byłoby katastrofą dla Rzeczpospolitej. Ostatecznie zgodzono się przystać na żądania tatarskie, lecz odpowiedź dla Chmielnickiego wstrzymywano, ale ostatecznie musiano również zgodzić się i na te żądania (pod presją tatarską), chociaż udało się uzyskać niewiele znaczące kwestie, jak określić z góry miasta w których mogli stacjonować Kozacy i gdzie miano dokonać ich spisu. Rejestr miano sporządzić do końca 1649 r., Czehryń stawał się miastem "buławy wojska zaporoskiego" czyli siedzibą atamana (w tym przypadku Chmielnickiego), metropolita kijowski uzyskiwał miejsce w Senacie Rzeczypospolitej, a najwyższe urzędy w trzech województwach ukraińskich miały przypadać tylko szlachcie wyznania prawosławnego. Oczywiście tę umowę musiał jeszcze zatwierdzić Sejm, ale była to już tylko formalność. Tatarom przyznano 200 000 zł daniny (z czego 30 000 wypłacono od razu), a za resztę dano zakładnika w postaci starosty sokalskiego Zygmunta Denhoffa. Tatarzy twierdzili też że obrońcy Zbaraża obiecali im dodatkowe 200 000 zł, na co negocjatorzy królewscy nie mieli wiedzy. Król miał jednak stwierdzić że skoro obiecali, to niech wypłacą, a jeśli nie mają, to niech również dadzą zakładnika (wiadomo jednak że te pieniądze nie zostały Tatarom wydane, o czym pisałem w poprzedniej części). 19 sierpnia dokumenty te zostały oficjalnie podpisane i przekazane obu stronom, tego też dnia Chmielnicki złożył przysięgę na wierność Rzeczpospolitej. 20 sierpnia do obozu polskiego przybył wraz z synem (po wcześniejszym wydaniu zakładnika w osobie starosty krakowskiego Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) sam Bohdan Chmielnicki. Padł przed królem na kolana i prosił o wybaczenie. Następnie król wysłał dwóch swoich komisarzy do obozu Chmielnickiego pod Zbarażem, którzy mieli poinformować załogę o warunkach zawartego pokoju, sam zaś wyruszył do Lwowa, gdzie przybył nocą (28 na 29 sierpnia). Nowy burmistrz Lwowa doktor medycyny Janczewski, witał króla jak zwycięzcę. We Lwowie mnóstwo było też szlachty (do 10 000 ludzi) którzy nie zdążyli do obozu królewskiego pod Zborów. Wkrótce też przybyli obrońcy Zbaraża z księciem Jeremim Wiśniowieckim na czele (którego król miał osobiście pojednać z kanclerzem Ossolińskim, gdyż ci dwaj panowie niezbyt się lubili).




Zawarty pokój tak naprawdę nie satysfakcjonował żadnej ze stron (nawet Tatarów, którzy uzyskali najwięcej). Kozacy byli niezadowoleni że rejestr ciągle był wyznaczany przez króla i jego przedstawiciela, czyli hetmana wielkiego koronnego. Poza tym wolność spod jurysdykcji hetmańskiej przypadała tylko Kozakom rejestrowym, natomiast pozostała ludność trzech ukraińskich województw (głównie ludność chłopska) obawiała się powrotu panów do ich dawnych majątków, a ich samych do roli chłopów pańszczyźnianych, tak jak było do tej pory. Poza tym kwestie unii religijnej nie zostały tak naprawdę wdrożone w życie. Strona polska również nie mogła być zadowolona, gdyż pokój zborowski tak naprawdę przypieczętował oczywistą klęskę całej tej kampanii lat 1648-1649, w tym spustoszenie Wołynia, Podola i Bracławszczyzny oraz zezwolenia na uprowadzenie z tych ziem przez Tatarów tamtejszej ludności wziętej w jasyr. Poza tym traktat ten uzależniał Kozaków od chana (mieli oni bowiem przyjść Tatarom z pomocą w czasie toczonych przez nich wojen, np. z Moskwą), co też umniejszało suwerenne prawa Rzeczypospolitej nad kozaczyzną. Pocieszano się bowiem bohaterską obroną Zbaraża i "cudownym ocaleniem króla", ale to były tylko pewnego rodzaju drobiazgi na otarcie łez. Poza tym gdy Tatarzy rabowali Ukrainę, biorąc w niewolę tamtejszą ludność, Chmielnicki dał im do towarzystwa (a raczej aby śledzić ich kroki) dwóch swoich pułkowników. Ruska ludność która szła teraz w jasyr, widziała że Kozacy również brali udział w tatarskiej brance, co bardzo źle odbiło się na pozycji Chmielnickiego (twierdzono potem że zapłakane dziewczęta i młodzi mężczyźni którzy szli w niewolę na Krym, przeklinali Chmiela, przyśpiewując piosenkę że raz uniknął postrzału, ale drugi raz kula trafi go w samo serce). Poza tym ludność chłopska Ukrainy bardzo obawiała się powrotu "panów Polaków" na ich dawne majętności. Kozacy też jeszcze do końca września siedzieli w Barze i w zachodniej części Wołynia, gdyż nadal jeszcze na Ukrainie nie zostały opublikowane warunki ugody zborowieckiej. Wszyscy jednak obawiali się tego, co nastąpi. Tatarzy również nie byli zadowoleni z warunków pokojowych, jako że przede wszystkim chcieli zmusić Rzeczpospolitą, aby ta wspierała ich w wojnach toczonych z Moskwą, na co Polacy się nie zgodzili. Poza tym uważali że i tak za mało wycisnęli w czasie tej kampanii. Ogólnie można stwierdzić że okręt Rzeczpospolitej, choć mocno podziurawiony, zdołał wypłynąć na bezpieczne wody i uniknąć zatopienia, ale załoga była w fatalnym stanie, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Co dalej miało czekać Rzeczpospolitą, co dalej z Ukrainą, z Kozakami i z Chmielnickim?


"O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, WIĘC ICH NIE PŁACILI, A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH" 
"TO SIĘ NAZYWAŁO WOLNA EREKCJA ELEKCJA" 🥴,



Dalej król na 22 listopada 1649 r. zwołał Sejm, który miał zatwierdzić warunki pokojowe zawarte w Zborowie. Wcześniej jeszcze, bo z końcem września we Lwowie Andrzej Firlej i Stanisław Lanckoroński obliczyli dług Rzeczypospolitej powstały po tej wojnie i wyszła z tego ogromna suma 2 264 171,22 złotych, a nie doliczono do tego kwot żołnierzy czekających na zaległe wynagrodzenie (głównie ludzi Wiśniowieckiego) w kwocie 33 413 zł i zaległości w kwocie nie składanych Chanatowi "podarków" (60 000 zł). Natomiast przychody roczne z wszystkich ziem koronnych (bez Wielkiego Księstwa) wynosiły ok. 750 000 zł., czyli sytuacja finansowa kraju nie była dobra. Król w uniwersałach pisanych na sejmiki które się wówczas odbywały, zarzucał szlachcie skąpstwo i niechęć do ratowania Ojczyzny. Twierdził wręcz, że to właśnie przez brak wystarczających środków nie można było wystawić armii, która mogłaby rozgromić Chmielnickiego i Tatarów. Tymczasem na Ukrainie, u Chmielnickiego ciężko było mu zapanować nad wałęsającym się chłopstwem, które obawiając się powrotu panów, błąkało się po całym obszarze Ukrainy, częstokroć przekraczając też granicę z Moskwą i paląc tam najróżniejsze wioski oraz dokonując rabunków. Lepiej było z wojskiem zaporoskim - które zdając sobie sprawę że zbliża się termin spisania rejestru, starało się trzymać dyscyplinę i wykazać się wśród starszyzny odwagą i determinacją (każdy z nich bowiem chciał się znaleźć w rejestrze, bo to gwarantowało wolność od kar hetmańskich i tak naprawdę uszlachcenie). Ale ogólnie Chmielnicki też miał swoje słabsze momenty, tak jak wtedy gdy przybyło doń poselstwo z Moskwy (które między innymi skarżyło się na rozboje popełniane przez ukraińskich chłopów). Witając posłów Chmielnicki kazał im przekazać że wielką estymą i przyjaźnią darzy cara Aleksego, ale już podczas ich pobytu - gdy popił sobie znacznie - zaczął im wypominać brak wsparcia w wojnie z Rzeczpospolitą, a gdy ci wrócili do tematu chłopów, stwierdził iż: "Ja złamię wszystkie miasta moskiewskie i Moskwę samą! (...) Już lepszych od was posłów, bo królewskich, karałem śmiercią!" Ogólnie Chmielnicki pijał coraz więcej (praktycznie każdej nocy był mocno podchmielony), a rankiem długo trzeźwiał. Jednocześnie w listach do księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego twierdził, że zawarty w Zborowie pokój Polacy wkrótce zerwą, gdyż: "Wiemy, że to było oszukaństwo, a nie pokój". Tymczasem szlachta chciała już wrócić do swoich majątków na Ukrainie, pisząc (ręką Kisiela) list do Chmielnickiego, w którym padło takie zdanie: "Kto chce być kozakiem, żeby był; a my żebyśmy w domu mieszkali z tymi, którzy w poddaństwie zostać chcą". Problem polegał na tym, że praktycznie nikt nie chciał wracać do sytuacji sprzed wybuchu powstania, mało tego, gdy próbowano zorganizować sejmik województwa kijowskiego, nie było miejsca nigdzie aby to uczynić, musiano zatem zrobić to pod gołym niebem, a wokół szwędało się mnóstwo chłopstwa które złorzeczyło szlachcie. W takiej sytuacji było oczywiste że ugoda zborowska jest tylko tymczasowym zawieszeniem broni i wkrótce ponownie dojdzie do nowej wojny. Dlatego też obie strony zaczęły się do niej coraz intensywniej przygotowywać, chociaż na razie wszystko wyglądało jakoby zawarty pokój miał przetrwać.


CZERWONE PLAMY NA MAPIE POKAZUJĄ OGROMNE PRYWATNE LATYFUNDIA W RĘKACH WYBRANYCH RODÓW MAGNACKICH W RZECZYPOSPOLITEJ 
(POZA TYM PRAKTYCZNIE CAŁY KRAJ BYŁ ZASIANY PRYWATNYMI MAJĄTKAMI SZLACHECKIMI, KAŻDE WOJEWÓDZTWO I KAŻDA ZIEMIA MIAŁA SWOJE MNIEJSZE LUB WIĘKSZE HERBY, CZYLI RODY, KTÓRE W DANYM POWIECIE LUB NA DANEJ ZIEMI ŻYŁY OD POKOLEŃ) 



Wielkie majątki (czyli takie współczesne latyfundia rolnicze powiązane z ukraińskimi oligarchami ale kontrolowane przez zachodnie konsorcja, jak to dzisiaj ma miejsce na Ukrainie) na ukraińskich ziemiach rozdawane były pierwotnie przez króla za zasługi polskim panom, wywodzącym się z rycerstwa. Oczywiście ziemie te otrzymywali oni wraz z mieszkającymi nań i uprawiającymi ją chłopami. Z biegiem dekad majątki te rosły, zamieniały się w ogromne latyfundia i to do tego stopnia wielkie, że dany właściciel nie był w stanie wiedzieć o wszystkim, co się działo na jego włościach. Od tego miał starostów i swoje sługi, a ci, jak wiadomo - aby przypodobać się panu i wykazać odpowiednimi zbiorami (czyli jak byśmy to dzisiaj powiedzieli - wynikami w pracy) zmuszali chłopów do jeszcze cięższej pracy i działo się to wielokrotnie za zgodą, a wręcz aprobatą szlachty i magnaterii. To tak ogólnie dziś pogardzane średniowiecze (oczywiście średniowiecze było okresem bardzo długim, bowiem liczyło ponad 1000 lat i miało swoje podokresy, nie stanowiło więc jednej epoki historycznej. Były tam więc okresy realnego upadku - szczególnie po rozpadzie Imperium Rzymskiego - ale począwszy już od wieku XI a szczególnie XII sytuacja zaczęła się zmieniać i średniowiecze stało się realnie - aż do wieku XIX - bodajże najbardziej rozwiniętym i chlubnym okresem w dziejach ludzkości, łącznie z czasami starożytnymi {no, może wyłączając okres rzymski od późnej Republiki i pierwszych dwóch wiekach Cesarstwa} było okresem największej swobody wśród chłopów. Wtedy to oni mieli najwięcej praw i najwięcej swobód, ale z biegiem lat wszystko zaczęło się zmieniać. W Królestwie Polskim pod tym względem symboliczny był rok 1496, kiedy na Sejmie piotrkowskim, w zamian za zgodę szlachty na wyprawę przeciwko Mołdawii, król Jan Olbracht (Albrecht) zgodził się ograniczyć wychodźstwo chłopów ze wsi, zaś mieszczanom zabroniono nadawać dobra ziemskie, a wyższe godności kościelne miały być odtąd obsadzane wyłącznie przez szlachtę. Był to rok symboliczny, od tego bowiem czasu było już tylko gorzej - szczególnie dla chłopów (oczywiście nie ma też co przesadzać w drugą stronę, gdyż w porównaniu z tym, jak traktowano chłopów chociażby we Francji czy Anglii, a także w państwach niemieckich, to w Polsce ich pozycja naprawdę nie była zła. Jeśli pan był dobry, to chłop mógł żyć bardzo dostatnio, a zdarzały się - i to wcale nierzadko - sytuacje, kiedy chłopi dochodzili do wielkich fortun i byli bogatsi od niejednego szlachcica który przyjeżdżał na sejmy).




Jeszcze za Jagiellonów chłop musiał pracować na polu pana (aby odrobić pańszczyznę) jeden dzień w tygodniu i było to zgodne z ogólnie przyjętym od średniowiecza zwyczajem, na mocy którego ludność dzielono na rycerzy-obrońców kraju i kmieci-żywicieli. Chłop, aby móc spokojnie i bezpiecznie uprawiać swoją ziemię, musiał być chroniony przed wrogiem przez rycerstwo, a w zamian oddawał jeden dzień swojej pracy dla tych, którzy chronili jego i jego rodzinę. Z czasem jednak wszystko zaczęło ulegać zmianie (oczywiście na gorsze - jak bowiem mówi prawo Murphy'ego: "Jak coś może pójść źle, to na pewno pójdzie"), gdy dawni rycerze przestali wyprawiać się na wojny i praktykować sztukę żołnierską, a zaczęli prowadzić osiadły tryb życia na swoich posiadłościach wcześniej ofiarowanych im przez króla, w tym momencie dawny podział realnie utracił znaczenie, a byli rycerze stawali się feudalnymi kapitalistami, pragnącymi maksymalizować swoje dobra i zyski kosztem pracy tych, których kiedyś mieli chronić. Zwiększano więc ilość dni w tygodniu, które chłop musiał przeznaczyć na pracę na polu pana (jednocześnie zaniedbując swoje własne pole), ale i tego było za mało. Były bowiem i takie sytuacje, że dawni rycerze, a obecnie szlachcice i magnaci wymagali od chłopów pracy nawet w niedziele i święta. Mało tego, wymagano pracy nie tylko od samego chłopa, ale również od jego żony a nawet dzieci. Ten zaś nie miał gdzie się poskarżyć, ponieważ szlachta wywalczyła sobie możliwość sądzenia chłopów na swych włościach i jedynie w dobrach królewskich chłopi byli realnie wolni od widzimisię szlachty. Taki właśnie stosunek do chłopów, a także częstokroć niewiedza panów o tym co dzieje się na ogromnych terenach należących do nich latyfundiów, głupota i okrucieństwo podległych im starostów (często ludzi prostych) zrobiła swoje, szczególnie na Ukrainie, gdzie dochodziła jeszcze kwestia religijna. Tak się bowiem tam stało że włościanin wyznawał religię grecką (prawosławie), natomiast pan najczęściej (choć też nie zawsze) był katolikiem. Różnice religijne nakładały się często na różnice narodowościowe i tak prawosławnym był Rusin-chłop, katolikiem zaś Polak-pan (zwany "Lachem", od słowa Lechita). Tak więc Lach w oczach prawosławnego chłopstwa ruskiego (a szczególnie jego pomagierzy na starostwach) stawał się ciemiężycielem nie tylko wymuszającym ciężką pracę fizyczną, ale również gnębicielem wiary greckiej (z której niejednokrotnie szydzono). W takich warunkach (nie mogąc znaleźć w inny sposób sprawiedliwości), chłopi uciekali z majątków na południe, na Zaporoże i na Sicz, gdzie dołączali do braci kozackiej i żyli tam jak wolni ludzie. Gdy zaś w grudniu 1637 r. stłumiono powstanie Pawluka na Ukrainie, Sejm znacznie obniżył rejestr kozacki (czyli wpis na którym znajdowali się wolni Kozacy, wolna brać kozacka), to spowodowało ogromne niezadowolenie ludzi, którzy wcześniej uciekli przed samowolą feudalnych kapitalistów, a teraz ponownie mieli wrócić do roli pańszczyźnianych chłopów. I determinacja Chmielnickiego (który rozpalił żagiew buntu w roku 1648) spowodowała, że jego armia zasilona została przez ogromną rzeszę ukraińskiego chłopstwa i zwykłych, nie majętnych, prostych Kozaków - zwanych czernią. Teraz ci chłopi bardzo obawiali się powrotu polskich panów na ich dawne (zrabowane i zniszczone) posiadłości.




CDN.

17 lipca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XI

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XI




 W nocy 8/9 listopada 1923 r. w Monachium Adolf Hitler i gen. Erich Ludendorff obwieszczają w monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller "narodową rewolucję" i wzywają do marszu na Berlin. Wcześniej Hitler wielokrotnie przesiadywał w monachijskich piwiarniach, gdyż było to doskonałe miejsce aby poznać nastroje społeczeństwa niemieckiego (Niemcy bowiem przy piwku wśród kolegów otwierali się i wygłaszali co im leży na wątrobie), wsłuchać się w nie i potem umiejętnie to wykorzystać. Plan "rewolucji narodowej" został opracowany w czasie jednej ze spotkań narodowych socjalistów w kawiarni Neumaiera w Monachium. Wieczorem 8 listopada w piwiarni Bürgerbräukeller panowała wzburzona atmosfera. Zgromadzeni tam ludzie (nie tylko naziści) sprzeciwiali się polityce Berlina i opowiadali się za stworzeniem w Monachium narodowego rządu niemieckiego, który doprowadzi do usunięcia "berlińskich zdrajców". W owej piwiarni przemawiał wówczas premier Bawarii - Gustaw von Kahr (przeciwnik rządu Rzeszy w Berlinie), wspierał go dowódca bawarskiej Reichswehry gen. Otto von Lossow. Hitler otoczył całą salę SA-manami uzbrojonymi w broń maszynową, którymi dowodził Herman Goering. Następnie Hitler wszedł na mównicę i ogłosił tam wybuch "narodowej rewolucji", jednocześnie nie pozwolił nikomu opuścić sali. SA-mani skierowali broń w kierunku miejsc gdzie siedzieli Kahr i Lossow, natomiast Hitler zaprosił ich do rozmów na temat stworzenia przyszłego rządu, na którego czele stanie on sam - Adolf Hitler. Ci dwaj pozornie zgadzali się z Hitlerem, ale starali się maksymalnie opóźnić rozmowy, aby pod salą zgromadziło się wierne im wojsko i policja. Natomiast zgromadzeni w sali ludzie zaczęli się niecierpliwić, gdyż rozmowy trwały już kilka godzin i nie było żadnych rezultatów. Wreszcie Hitler zakomunikował że doszli wreszcie do porozumienia i zarówno Kahr jak i Lossow zgodzili się na utworzenie rządu pod jego przewodnictwem, a następnie pozwolił im opuścić salę (ponoć Lossow miał przekonać do tego Ludendorffa, któremu dał oficerskie słowo honoru, a dla Ludendorffa honor oficera znaczył więcej niż cokolwiek innego). To był poważny błąd Hitlera, gdyż tracił automatycznie zakładników którymi mógłby się posłużyć i prócz garstki zwolenników jaka pozostała wówczas w piwiarni, nie miał już nikogo. Tymczasem zaczęły pojawiać się informacje że na placu Mariackim zgromadzono kordony policyjne i zaczęły pojawiać się pierwsze oddziały Reichswehry. Do Hitlera zaczęło docierać że przegrał tę rozgrywkę i nawet do swoich współpracowników wyrzekł słowa: "Jutro będziemy zwycięzcami i panami zjednoczonej Rzeszy, albo wisielcami na latarniach". Rankiem 9 listopada Hitler wreszcie postanowił nie czekać, a ruszyć po władzę. Nie wiedziano tylko w którym kierunku uderzyć. Goering twierdził że należy zdobyć przedmieścia Monachium, natomiast Ludendorff był za opanowaniem centrum miasta - wkrótce się wyjaśniło, gdy okazało się że w centrum jest już policja i wojsko zebrane tam przez Kahra i Lossow'a którzy nie mogli darować Hitlerowi że ich uwięził. Gdy zapadła decyzja o wymarszu na Feldherrnhalle (Portyk Feldmarszałków) była już godzina 11:00 i szanse puczu zmalały praktycznie do zera. Goering w tej sytuacji radził aby wycofać się z miasta, ale wówczas Ludendorff ostro zaprotestował i pociągnął Hitlera za sobą. Wyprowadzono więc ludzi na ulicę i oddziały SA maszerowały w kierunku Portyku Feldmarszałków. Ludzie widząc to, zmykali do domów. Ci, którzy jeszcze wczoraj oklaskiwali Hitlera w Bürgerbräukeller, dzisiaj zaciągali rolety w oknach i zamykali drzwi na klucz.

Na placu Odeon rozegrała się masakra, gdy wojsko i policja otworzyły ogień. Padło 16 zabitych nazistów a kilkudziesięciu odniosło rany (zginęło też 3 policjantów). Oddziały SA szybko zostały rozproszone, przywódcy rebelii szukali wyjścia w ucieczce lub też zostali schwytani przez policję. Herman Goering został ciężko ranny, ale udało mu się zbiec do Austrii, skąd też przedostał się do Sztokholmu - gdzie mieszkała jego żona Karin, szwedzka baronówna. Ludendorff został aresztowany, ale wypuszczono go na "oficerskie słowo honoru" (w końcu wraz z marszałkiem Hindenburgiem był autorem niemieckiego zwycięstwa w bitwie pod Tannenbergiem w sierpniu 1914 r. i wraz z nim dzielił przydomek "Obrońcy Prus Wschodnich"). Natomiast co się stało z Hitlerem? Według szefa prasowego NSDAP Ernsta Hanfstaengla (a jego relacja wydaje się najbardziej prawdopodobna ze wszystkich które powstały): "Ze złamanym obojczykiem Hitler pojawił się nagle w domu mojej żony w Uffing, w pobliżu Monachium, błagając o schronienie do czasu przybycia specjalnego samochodu, który miała mu załatwić pani Bechstein, jego dawna wielbicielka, żona znanego fabrykanta fortepianów. Moja żona była w ciąży i na widok Hitlera, zupełnie załamanego, sama zdenerwowała się w najwyższym stopniu. Przywołany lekarz opatrzył jego ramię. Samochodu wciąż nie było. Natomiast 11 listopada nadjechały dwa zielone ciężarowe wozy policyjne. Hitler kończył właśnie pisanie swego politycznego testamentu. Rosenberga mianował swoim następcą, Maxa Amanna - zastępcą, a Herman Esser oraz Julius Streicher mieli uzupełnić ów kwadrumwirat NSDAP. Za stan finansów odpowiadać będzie Ernst Hanfstaengl - dopisał jeszcze Hitler, kiedy w pokoju pojawił się porucznik Belleville z żandarmami. Oficerowi było nieco przykro, gdyż obaj z Hitlerem służyli podczas wojny w tym samym batalionie. W tym momencie Hitler wyciągnął niespodziewanie pistolet i krzycząc: "Nie dam się tym świniom aresztować, przenigdy! Już lepiej śmierć" - długo nim wymachiwał, aż go obezwładniono, odebrano broń i spokojnie aresztowano. Ledwie Hitler odjechał z żandarmami, na horyzoncie pojawił się samochód wysłany przez panią Bechstein..." Potem odbył się sąd, który w większości był szopką. Hitler bowiem - przemawiając przed sądem - oczarowywał zebranych, deklarując że gotów jest zapłacić nie tylko więzieniem, ale najwyższą cenę życia za Naród Niemiecki, który cierpi zniewagę i upokorzenie w narzuconym mu "dyktacie wersalskim". A Hitler potrafił przemawiać, oczarował nie tylko zebranych w sali sądowej gapiów, ale również samego sędziego, który co prawda skazał go na pięć lat pobytu w twierdzy Landsberg, ale Hitler wyszedł już z więzienia na Boże Narodzenie 1924 r. Poza tym w Landsbergu żył w komfortowych warunkach (podobnie jak Lech Wałęsa w Arłamowie). Miał własną prywatną salę, dostęp do biblioteki, dobre jedzenie, a nawet prawo do trunków (chociaż nie pijał wiele). Innymi słowy, Hitler nigdy przedtem nie żył tak wygodnie, spokojnie i beztrosko jak właśnie w Landsbergu. Tam też zaczął pisać dzieło swego życia "Mein Kampf".


SPÓJRZCIE JAKIE NA LUDZI SPŁYNĘŁO ZBIOROWE OPĘTANIE I JEDYNIE ÓW STARUSZEK ZACHOWAŁ OSTATNIE PRZEJAWY NORMALNOŚCI
(TO TEŻ NIESTETY POKAZUJE ŻE LUDŹMI BARDZO ŁATWO JEST MANIPULOWAĆ I KONTROLOWAĆ)



9 listopada 1923 r. wybuchła rewolucja komunistyczna w Niemczech, ale okazała się ona totalnym niewypałem (podobnie jak pucz Hitlera). Moskwa wiele sobie obiecywała po tych walkach w Niemczech. Snuto już wizje powstania drugiego w Europie państwa komunistycznego, a wówczas można by było chociażby zgnieść Polskę zarówno ze wschodu jak i z zachodu. Pomimo jednak zakrojonej na szeroką skalę akcji wsparcia komunistów niemieckich (poprzez szkolenia bojowników, dostarczanie broni i tym podobne) pucz komunistyczny zakończył się bardzo szybko - walki wybuchły jedynie w Hamburgu pod przywództwem Ernsta Thälmanna, ale ich intensywność była niewielka i szybko zostały stłumione. Potem, gdy Stalin przejął całkowitą władzę w Związku Sowieckim, Trocki i jego poplecznicy zaczęli rozgłaszać na Zachodzie, iż rewolucja w Niemczech zakończyła się klęską przez dywersję Stalina, któremu nie w smak było zwycięstwo odniesione przez komunistów niemieckich bez wsparcia Armii Czerwonej. Taki kraj - choćby nawet komunistyczny - byłby jednak już niezależny od Moskwy (a przynajmniej znacznie bardziej niezależny, niż gdyby został wyzwolony przez Czerwoną Armię). Nie wiadomo czy to prawda, aczkolwiek przemawiają za tym silne argumenty, Stalin bowiem pragnął być przywódcą (a wręcz dyktatorem) całego ruchu komunistycznego i wszędzie eksport komunizmu rozumiał właśnie poprzez inwazję na dany kraj Armii Czerwonej i "wyzwolenie" tego kraju spod władzy "obszarników i kapitalistów", a innymi słowy - narzucenie całkowitej kontroli i dominacji Moskwy. Dlatego też rewolucja dokonana rękoma lokalnych komunistów bez wsparcia Armii Czerwonej, nie mogła mu się podobać.

12 listopada - tym razem w Spirze - ruch separatystów nadreńskich Adama Dortena po raz trzeci w ciągu sześciu miesięcy proklamował powstanie Republiki Nadreńskiej, będącej pod całkowitą kontrolą Paryża. Oczywiście ta próba - podobnie jak i wcześniejsze z Akwizgranu i Trewiru - zakończyła się bardzo szybko klęską separatystów.

Niemcami wstrząsały nie tylko pucze i ruchy separatystyczne, ale również niemiecką gospodarkę dobijała galopująca inflacja, która realnie czyniła z niemieckiej marki świstek papieru. 16 listopada 1923 r. rząd kanclerza Gustawa Stresemanna (istniejący od 13 sierpnia) wprowadził w życie tzw. markę rentową, która miała odpowiadać relacji jedna nowa marka za bilion starych. Miało to zatrzymać galopującą inflację i wyprowadzić Niemcy z problemów gospodarczych, jednak należy pamiętać że nowy pieniądz był tak naprawdę w ogromnej większości kredytowany przez zagraniczne (głównie brytyjskie i amerykańskie banki), czyli owa reforma walutowa nie została przeprowadzona zasobami finansowymi samych Niemców, a kredyty oczywiście trzeba było spłacić. W każdym razie nowy pieniądz przyniósł stabilizację gospodarczą, inflacja spadła (powoli, ale spadła), chociaż zaufanie do nowej waluty było w Niemczech wciąż bardzo małe. Wyrazem tego był upadek konserwatywno-liberalnego rządu Stresemanna (30 listopada). Nowym kanclerzem został przedstawiciel katolickiej Partii Centrum - Wilhelm Marx.




W grudniu 1923 r. nie wyczuwając nowego kierunku zmian, jaki zachodził na szczytach władzy w Moskwie, członkowie Biura Politycznego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski - Warski, Koszutska i Horowitz napisali list, w którym stawali w obronie "towarzysza Trockiego", uznając go za niezbędnego w szeregach Partii i Międzynarodówki komunistycznej. To podważy wiarygodność grupy "3W" w oczach Stalina i szybko się oni o tym przekonają.

Przegrana wojna z Polską w roku 1920 i zatrzymanie "eksportu rewolucji" na Zachód, a jeszcze bardziej nieudana próba puczu komunistycznego w Niemczech w listopadzie 1923 r. spowodowała że ogromna część niemieckich marksistowskich ideologów zaczęła się zastanawiać nad przyczynami owej klęski. Aby to wyjaśnić i opisać ów problem i aby dobrze przygotować się do kolejnej walki o "Nowy Wspaniały Świat", przy Uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem powołano do życia Instytut Badań Społecznych (Institut fur Sozialforschung) jako pierwszy marksistowski ośrodek akademicki i kolebka tzw. "szkoły frankfurckiej" z której potem wywodzić się będą tacy szkodnicy jak Max Horkheimer, Wilhelm Reich, Theodor Adorno czy Herbert Marcuse. Instytut realnie zaczął funkcjonować dopiero na początku 1924 r. ale pierwsze 7 lat jego istnienia, to był okres prawdziwej intelektualnej posuchy i dopiero od roku 1931 (na krótko przed dojściem Hitlera do władzy, który to zlikwidował ów marksistowski instytut) zaczęło się to powoli zmieniać (oczywiście po powstaniu III Rzeszy wielu owych intelektualistów marksistowskich kontynuowało swoje prace w USA, a po 1945 r. ponownie powrócili do Niemiec i Europy Zachodniej, głosić dalej swoje toksyczne teorie, z którymi niestety zmagamy się po dziś dzień).

A tymczasem 14 grudnia doszło do przesilenia rządowego w Polsce. Głównym tego powodem był spór w koalicji na temat reformy rolnej, parcelacji gruntów i ustawy o osadnikach. Z PSL "Piast" wyszła grupa 15 posłów (tworząc opozycyjny blok Związek Chłopski), co doprowadziło do zachwiania większości rządowej i w konsekwencji 16 grudnia 1923 r. rząd Wincentego Witosa musiał podać się do dymisji. Teraz lewica starała się sformować rząd, ale wyznaczony do roli premiera Stanisław Thugutt nie zdołał tego uczynić i 19 grudnia prezydent Stanisław Wojciechowski desygnował na nowego premiera Władysława Grabskiego, który stworzył rząd pozaparlamentarny (Grabski oprócz teki premiera objął również Ministerstwo Skarbu). Przed Polską stało teraz wiele wyzwań. Przede wszystkim należało zbić inflację, stworzyć nową, silną walutę, no i oczywiście zabezpieczyć Kresy Wschodnie, gdyż przenikały tam wszelkiego typu bolszewickie bandy. Należało więc powołać na Wschodzie Korpus Ochrony Pogranicza i tak też stanie się w nowym 1924 roku.




Z początkiem 1924 roku inflacja zmieniła się w Polsce w hiperinflację, zaś pieniądz (czyli obowiązująca na terenie całego kraju od 24 marca 1920 r. w ramach ujednolicania waluty - marka polska, a pierwotnie funkcjonująca od 26 kwietnia 1917 r.) stawała się realnie pieniądzem bezwartościowym. W tym właśnie czasie wielką popularność na warszawskich salonach zyskała powieść "Romans Teresy Hennert" Zofii Nałkowskiej, w której to autorka pokazywała rzeczywistość odrodzonej Ojczyzny: pazerność spekulantów, biedę społeczeństwa powojennego, środowisko nowych elit rządzących, nuworyszy z rozbitych szlacheckich środowisk pocieszających się blichtrem ułańskiej fantazji i oczywiście wszystko to podlane składnikiem "wiecznej kobiecości". To właśnie w tej powieści ukazane są również paradoksy hiperinflacji na przykładzie postaci generała Chwościka (bez wątpienia bowiem oficerowie stanowili największą grupę społeczną, w którą z całą siłą uderzyła hiperinflacja i kryzys gospodarczy). Jest tam bowiem taki fragment: "Proszę panów, to są niesłychane rzeczy. Generał Chwościk przez całą zimę nigdzie nie pokazywał się z żoną - dlaczego? Po prostu nie miał za co kupić jej futra". Istnieją też relacje w których dzieci z rodzin oficerskich po latach wspominały m.in.: "Mój ojciec był wówczas porucznikiem 2 Pułku Strzelców Podhalańskich w Sanoku. Pamiętam, że na śniadanie dostawałem kromkę chleba poprószoną cukrem i skropioną mlekiem. Nie stać nas było na masło. Za to pieniędzy mieliśmy w bród. Bawiłem się nimi. Co parę dni ojciec przynosił wielką torbę banknotów, których wartość topniała w ciągu dnia o połowę". Oficerowie - wczorajsi bohaterowie z kompleksem powojennej niepotrzebności. Smutne.

Ale kryzys gospodarczy uderzał też oczywiście i w inne grupy społeczne. Ludwik Krzywicki tak oto pisał o społecznych skutkach hiperinflacji: "Rzecz miała się w sposób następujący: W końcu lata roku 1920 jeden z osadników otrzymał od Okręgowego Inspektoratu Pomocy Rolnej we Lwowie 12 koni i wystawił za nie Skarbowi skrypt dłużny na kwotę 1 200 000 marek polskich, co odpowiadało mniej więcej ówczesnej wartości 12 koni na rynku. Dług był niezwaloryzowany i pozostał nim aż do spłaty w grudniu 1923 roku. Osadnik zwrócił Bankowi Rolnemu jak należało: 1 200 000 marek polskich, czyli taką kwotę, za którą w końcu grudnia 1923 roku można było nabyć co najwyżej 1 kg mięsa. A więc za 12 koni 1 kg mięsa! (...) I jakie z tego źródła rodziły się potworności (...) Pewien włościanin w lecie 1923 roku, chcąc kupić konia, sprzedaje krowę i rocznego byczka. Suma uzyskana wystarczała w dniu sprzedaży na kupno konia, jednak nie mogą znaleźć okazu odpowiedniego, chłop odkłada transakcję na inny dzień. W jednym z najbliższych tygodni kwota poprzednia jest już niedostateczna, wobec czego chłop sprzedaje dodatkowo sztukę trzody chlewnej wagi 360 funtów. Jednak i ta suma nie pokrywa ceny konia. A nawet po dodatkowej jeszcze sprzedaży jałówki, kupno konia staje się niedościgłym marzeniem. Zrezygnowany włościanin kupuje za całą sumę - cztery cembrowiny do studni".


WŁADYSŁAW GRABSKI 
(TWÓRCA NOWEJ, STABILNEJ WALUTY - ZŁOTEGO)



Sytuacja stała się naprawdę niepokojąca, dlatego też 19 grudnia 1923 r. powołany został pozaparlamentarny rząd Władysława Grabskiego, którego celem było przede wszystkim stworzenie nowego pieniądza, powołanie do życia Banku Polskiego i maksymalne zbicie inflacji. Stworzenie takiego rządu fachowców było konieczne i akceptowane przez wszystkie strony sceny politycznej, jako że zdawano sobie doskonale sprawę, że przeprowadzenie reformy walutowej byłoby ogromnym osiągnięciem i każdy rząd (czy to prawicowy czy lewicowy) znacznie by zyskał, gdyby tego dokonał. Nikt jednak nie chciał doprowadzić do tego, aby przeciwnicy polityczni osiągnęli taki sukces, dlatego też pozaparlamentarny rząd był w tym momencie jak najbardziej konieczny aby wyprowadzić kraj z odmętów szalejącej inflacji. Grabski zresztą stworzył swój rząd z polityków najróżniejszych opcji, i tak resort Spraw Wojskowych otrzymał - związany z Marszałkiem - Kazimierz Sosnkowski, Ministerstwo Spraw Zagranicznych wywodzący się z endecji hrabia Maurycy Zamoyski (od 19 stycznia 1924 r.). Zresztą roszad personalnych jest znacznie więcej i przez okres trwania tego rządu (19 grudnia 1923 - 14 listopada 1925) do końca kadencji oprócz samego premiera przetrwało tylko dwóch ministrów. Celem najważniejszym i nie podlegającym dyskusji była reforma walutowa oraz powołanie do życia Banku Polskiego, to bezwzględnie było najważniejsze, wszelkie inne sprawy schodziły w tym czasie na plan drugo- albo nawet trzeciorzędny. Premier Grabski - aby przeprowadzić reformę - domagał się od Sejmu specjalnych pełnomocnictw w kwestiach podatkowych i około podatkowych, dzięki którym byłby w stanie (nie oglądając się na sejmowe ugrupowania) przeprowadzić zdecydowane reformy, tak bardzo potrzebne wówczas krajowi. Domagał się tych pełnomocnictw na okres jednego roku, ale Sejm nie zgodził się na tak długi okres, w czasie którego Grabski mógłby dekretami wprowadzać nowe prawa fiskalne. 11 stycznia 1924 r. po krótkiej debacie w Sejmie posłowie zgodzili się na przyznanie premierowi Grabskiemu specjalnych pełnomocnictw na okres pół roku (do 30 czerwca 1924 r.). Na mocy tej decyzji Grabski uzyskał prawo do dekretowania w kwestiach podnoszenia podatków bezpośrednich, przyspieszenia płatności podatku od kapitałów i rent, wprowadzania zmian stosownie do koniunktury, wprowadzania oszczędności w budżecie, przekazywania niektórych zadań państwa samorządom po zabezpieczeniu odpowiednich środków finansowych, zaciągania pożyczek zagranicznych (do 500 mln franków w złocie), zatwierdzania zmian w statutach kredytu długoterminowego i przedsiębiorstw państwowych celem wprowadzenia oszczędności, wprowadzenia nowej waluty oraz likwidacji Polskiej Krajowej Kasy Pożyczkowej i utworzenia nowej instytucji emisyjnej - czyli Banku Polskiego.

Nowy rząd czym prędzej zabrał się do pracy. Jeszcze w sierpniu 1923 r. Sejm uchwalił ustawę o podatku majątkowym, której to daniną zostali obciążeni właściciele majątku o wartości przekraczającej 10 000 franków w złocie. Płatnikami nie byli więc drobni rolnicy, właściciele mniejszych przedsiębiorstw oraz kupcy. Dodatkowo jeszcze 30 listopada 1923 r. została uchwalona ustawa o waloryzacji podatków, które teraz zostały oparte o stały miernik czyli złoty frank w przypadku przedsiębiorstw, lub rynkową cenę zboża w przypadku podatku gruntowego. Powołano też do życia urząd Nadzwyczajnego Komisarza Oszczędnościowego, którego celem było szukanie oszczędności w budżecie państwa. Te pierwotne reformy (proto-reformy) zaczęły przynosić rezultaty już z końcem stycznia 1924 r. gdy nastąpiła stabilizacja marki polskiej, a nawet lekka jej poprawa, gdy cena za dolara spadła z 9 800 000 do 9 350 000 marek polskich. Od 1 lutego zaś wstrzymano druk marki polskiej i od tego czasu dochody miały pokrywać wszelkie wydatki. 19 stycznia ustalono statut Banku Polskiego. Przyjął on postać spółki akcyjnej niezależnej od rządu i otrzymał na 20 lat wyłączne prawo emisji banknotów w Polsce. Wypuszczane przezeń banknoty miały być zabezpieczone w 30 % zapasem złota, walut i dewiz, a w 70 % wekslami oraz srebrem, bilonem i innymi zobowiązaniami Skarbu Państwa. 26 stycznia zaś rozpoczęto sprzedaż miliona stuzłotowych akcji Banku Polskiego. Co prawda początkowo akcja ta szła bardzo opornie, jako że aby zakupić owe bony należało za nie zapłacić walutami o ustabilizowanym kursie (głównie frankami francuskimi, brytyjskimi funtami lub ewentualnie amerykańskimi dolarami), albo złotem. Takich zaś walut nie posiadała większość społeczeństwa, a również sfery ziemiańskie nie miały ich dużo (poza tym duża część z nich nie wierzyła w powodzenie przedsięwzięcia reformy walutowej rządu Grabskiego). Nie pomagały najróżniejsze rządowe zachęty, a także groźby (jak choćby takie, że osoby nie kupujące akcji nie będą mogły w przyszłości liczyć na uzyskanie kredytu bankowego). Dopiero gdy 3 marca 1924 r. podjęto decyzję o sprzedaży akcji za marki polskie, wyraźnie wzrósł popyt na zakup udziałów, który też przybrał charakter manifestacji patriotycznej. W publicznych odezwach podkreślano bowiem że zakup owych akcji ratuje państwo przed upadkiem i tak jak cztery lata temu młodzież (jak również inne grupy społeczne) garneły się w szeregi Wojska Polskiego żeby zatrzymać pochód bolszewików, tak i teraz ta sama młodzież (i inne grupy społeczne) działając zgodnie z interesem narodowym, zakupić powinny akcje Banku Polskiego. Rzeczywiście, nagle okazało się że popyt na kupno owych akcji był tak duży, że Skarb Państwa zdecydował się na sprzedanie większości swych udziałów. Teraz powstanie Banku Polskiego było już przesądzone.



PS: Na zakończenie zabawna ciekawostka. Otóż gdy w kwietniu 1957 r. pierwszy sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - Władysław Gomułka pojechał do Chin, to podczas spotkania z Mao Zedongiem zapytał się go: "Ilu u was jest przeciwników komunizmu?", na co tamten odparł: "Jakieś 40 milionów". "To mniej więcej tyle, co u nas" - dodał Gomułka po krótkim zastanowieniu. Oczywiście wiadomym jest że Polska w tamtym czasie liczyła właśnie jakieś 40 milionów mieszkańców. 🤭




CDN.

15 lipca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LVII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI 
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r. p.n.e.
Cz. II





QUETZALCOATL
("PIERZASTY WĄŻ")
i POWSTANIE WIELKICH CYWILIZACJI
AMERYKI PÓŁNOCNEJ




 Pamięć o "bogu" QUETZALCOATLU, przetrwała nie tylko w tradycji Azteków, lecz także innych ludów indiańskich, począwszy od rejonów Wielkich Prerii i doliny rzeki Missisipi, aż po Amerykę Południową - Andy i rejony dzisiejszego Chile. Najbardziej jednak został zapamiętany na terenach powstawania wielkich (indiańskich) cywilizacji, czyli rejon północnego i środkowego Meksyku i Jukatanu. Toltekowie (a po nich Aztekowie) zwali go "Pierzastym Wężem". Było to zapewne spowodowane faktem, iż Ningiszzida/Quetzalcoatl nosił na głowie hełm w kształcie uskrzydlonego węża (był to symbol rodu Enkiego, jako że on sam był "po kądzieli" pochodzenia reptiliańskiego (na marginesie dodam, że ten sam symbol przyjęto w Egipcie od czasu gdy władzę tam objął Enki - były to dwa uskrzydlone węże, wyobrażone na tle słońca). Hełm ten (w trochę innym kształcie) zrobił niesamowitą karierę, wśród indiańskich ludów Północnej Ameryki. 

Tak więc ok. 16 000 r. p.n.e. przybył z terenów późniejszej Mezopotamii (dzisiejsze tereny Iraku), a konkretnie z baz EDENU do Ameryki syn Enkiego - Ningiszzida (zwany następnie Quetzalcoatlem), w... nie wiadomo niestety jakim celu? Nie jest to wyjaśnione w żadnych źródłach, należy więc po prostu przypuścić że musiał mieć w tym jakiś swój powód. Na terenach dzisiejszego dorzecza Missisipi, wzniósł (oczywiście przy pomocy Tolteków) potężne miasto-państwo MITLĘ. Na terenach zaś północno-zachodniego Meksyku inne wielkie miasto - TULĘ. Potem, wraz z posuwaniem się na południe, założył CHOLULĘ (miasto w środkowym Meksyku, to tam właśnie Hiszpanie w październiku 1519 r. zniszczyli posągi tego bóstwa i dokonali rzezi mieszkańców miasta, obawiając się że ci będą chcieli ich znienacka napaść), gdzie wzniósł Wielką Piramidę (większą od Piramidy Cheopsa w Egipcie). Największe z miast-państw tego okresu powstało jednak niedaleko jeziora Texcoco. Było to potężne TEOTIHUACAN, które po dziś dzień budzi podziw historyków i archeologów badających tamte tereny. Miasto było ogromne, wzniesiono je na odległości prawie 10 km (samo centrum kultowe zajmowało obszar 2 km.). Miasto zostało zbudowane z samych cegieł i kamiennych płyt, na ścianach świątyń znaleźć można po dziś dzień wyobrażenia zwierząt, które nie istniały na kontynencie amerykańskim, jak słoń czy lew. Miasto do dziś budzi zachwyt swym równomiernym ześrodkowaniem, tworzącym linie proste w formie przestronnych ulic. Przy tych ulicach (począwszy od centrum kultowego) ześrodkowane są pałace i domy dawnych tolteckich mieszkańców tych ziem.


REFORMY QUETZALCOATLA




 Z chwilą zagłady Imperium MU, ludność, której udało się uciec z owej katastrofy i przedostać na kontynent amerykański, była pod wpływem ogromnego szoku i żalu, związanego ze zniszczeniem kontynentu Lamar. Dotychczasowa religijność MU (która uosabiała się chociażby w religijności I Imperium Atlantydy), utraciła swe znaczenie. Ci, którzy przetrwali i zaczynali nowe życie w "Ameryce", zapominali i odwracali się od dawnej religijności i duchowości. Ludzie cofnęli się w rozwoju (tak technologicznym jak i duchowym), zaczęto tworzyć niewielkie grupy plemienne i budować prowizoryczne szałasy w których pomieszkiwano. Zagłada i nowe ciężkie warunki w jakich przyszło im żyć, spowodowały że ludzie coraz częściej zwracali się ku siłom natury, nadając im cechy boskie. Pierwotną więc religią Tolteków na amerykańskim kontynencie począł być politeizm sił natury, utożsamianych w formie boskiej. Tak było do ok. 16 000 r. p.n.e. czyli do przybycia do "Ameryki" Ningiszzida z Edenu, zwanego tutaj - Quetzalcoatlem. Wraz z jego przybyciem, znacznie odmieniło się życie tolteckich plemion w każdej praktycznie sferze życia. Quetzalcoatl zaszczepił bowiem w tych ludziach nadzieję, której tak bardzo im brakowało po katastrofie MU. Nie uważał się za boga, ani też nie był tak traktowany przez Tolteków (dopiero późniejsze plemiona indiańskie, w tym Aztekowie - nadali jego osobie atrybuty boskości). 

Toltekowie uważali go raczej za prawodawcę i nauczyciela (ewentualnie potężnego maga), ale nie boga. Zresztą Quetzalcoatl nie uznawał wiary w bogów. Głosił on wiarę w "Wielkiego Nieznanego", którego wola była prawem i natchnieniem (wszech)świata, a która następnie podzielona na miliardy miliardów praw poszczególnych jednostek obdarzonych materialnym życiem, stała się natchnieniem indywidualnych istot. Twierdził że "Wielkiego Nieznanego" można "poczuć" w przyrodzie - w powiewie wiatru, promieniu słońca ogrzewającego polanę, w uśmiechu dziecka itd. Twierdził jednak że te wszystkie chwile są ulotne i nietrwałe. Aby naprawdę odnaleźć w sobie "Natchnienie Wielkiego Nieznanego", należało zagłębić się w Miłości, gdyż to właśnie Miłość jest jedynym i najtrwalszym sposobem na odnalezienie w sobie natchnienia Boga. Quetzalcoatl głosił więc religię miłości życia i miłości bliźniego swego, zakazywał zabijania. Stwierdził też że może Toltekom nadać prawa, ale zaznaczył że są one tylko dla tych, którzy będą ich potrzebować i nie powinny stanowić wykładni dla wszystkich, ani też przymusu. Twierdził że każdy człowiek (i każda istota) jest częścią Miłości, a Miłość nie potrzebuje praw.

Gdy pytano się go, jakie ofiary należałoby składać "Wielkiemu Nieznanemu" by zaskarbić sobie jego przychylność, Quetzalcoatl odpowiadał: "Jedyną ofiarę, jaką możecie złożyć, są wasze czyste serca, niczego więcej Bóg od was nie wymaga". Wybrano go na pierwszego króla-kapłana i miał władać miastem Teotihuacan (oraz Mitlą, Tulą i Cholulą) przez 52 lata. Przez ten czas miał nadać tym miastom i całemu społeczeństwu Tolteków (a za ich przykładem innym indiańskim grupom, wyrosłym z lamarskiego członu ocalonych z katastrofy MU) nowe prawa, nauczyć ich architektury i inżynierii, malarstwa, rzeźby i technik dekoracyjnych. Lecz przede wszystkim rozbudzić ich dawną (wyniesioną z kontynentu Lamar, a zapomnianą już po wiekach pobytu Tolteków w "Ameryce") duchowość. Był dla Tolteków nie tylko władcą, lecz prawdziwym ojcem duchowym i założycielem ich państwowości. Przestrzegał ich przed "Dymiącym Zwierciadłem", czyli tym wszystkim, co doprowadziło do zguby I Imperium Atlantydy i co dominowało wówczas w końcówce II Imperium. Upadek duchowości, zanik wrażliwości na piękno, promocja perwersji (m.in.: hałaśliwej muzyki, spazmatycznych tańców seksualnych, ostrych podniet, irytujących rytmów, uwielbienia ciała, promocja wszelakich używek). W końcu poniósł klęskę.



 
Jak już wspomniałem, jego rządy nad społeczeństwem Tolteków trwały jedynie 52 lata. Pod koniec swych rządów dawna duchowość - o której mówił i nauczał - coraz bardziej ustępowała miejsca topornej religijności, która uosabiała się w kulcie ludzkiego ciała i chęci przewodzenia (w każdym człowieku kiełkuje potrzeba bycia lepszym niż inni, niż cała reszta - takie silne ego z którym należy walczyć - każdy człowiek w czasie całego swojego życia prowadzi właśnie taką walkę z samym sobą) były na tyle silne, że poczęto interpretować przykazania Quetzalcoatla na własną korzyść (to, co jest dobre dla mnie - jest sprawiedliwe i zgodne z wolą "Wielkiego Nieznanego", a to oznacza że moi przeciwnicy są złymi ludźmi, których należy osądzić i ukarać, gdyż nie ma w nich Boga). Dochodziło też do... pierwszych ofiar z ludzi (by jeszcze bardziej przypodobać się Bogu). To wszystko razem wzięte (a szczególnie owe ofiary z ludzi) miały doprowadzić Quetzalcoatla do wielkiej złości. Postanowił on opuścić swój lud, zostawiając mu na odchodnym przykazanie: "Zdradziliście moją naukę, zeszliście z drogi człowieka na bezdroża zwierząt (...) toteż nadejdzie dzień, w którym zamienicie się ostatecznie w małpy, a wasz małpi świat zginie w ogólnym pożarze. Ale ja powrócę jeszcze tutaj, aby ratować tych, co pozostali ludźmi".

Oczywiście słów tych nie należy brać dosłownie. Nie chodziło tutaj o zamianę człowieka w zwierzę w sensie dosłownym, a jedynie o zanik człowieczeństwa i wzięcie góry przez tę drugą, zwierzęcą naturę, która tkwi w każdym człowieku w postaci jego ego. Po tych słowach Quetzalcoatl miał udać się na brzeg oceanu, by z tego miejsca (zapewne za pomocą swego gwiazdolotu, którego zastosowania prymitywni Toltekowie nie znali, gdyż zapomnieli o swej dawnej cywilizacji), odlecieć ku Wschodowi (Eden?). Jednak negatywne zjawiska w religii Tolteków, które wprawiły Quetzalcoatla w stan gniewu i doprowadziły do opuszczenia przez niego "Ameryki", nie były wówczas czymś dominującym. Po prostu były marginesem ówczesnej tolteckiej duchowości, nieakceptowanym przez większość, która wciąż zwrócona była w stronę nauk swego mistrza. Tak więc jeszcze długo (nawet przez kilka pokoleń) Toltekowie żyli w społeczeństwie stworzonym na modłę Quetzalcoatla. Religia nie była też tak wykoślawiona, jak w czasach późniejszych - nie składano (powszechnie) ofiar z ludzi, nikomu nie wyrywano serc, ani też nie pito krwi zmarłych. 

Elementami tolteckiej religijności - wyrosłej z nauk Quetzalcoatla - były chociażby: chrzest dzieci - poprzez zanurzenie ich w wodzie (te same zwyczaje występowały wśród kapłanów MU oraz w religii I Imperium Atlantydy - o czym już wcześniej pisałem). Toltekowie znali spowiedź (jako samooczyszczenie się z własnych grzechów), po którym następowało pokropienie wodą ust i piersi (na znak drogi prawdy, którą odtąd miał postępować tak wewnętrznie oczyszczony człowiek). Kapłani byli ludźmi ubogimi (codzienną strawę zapewniało im państwo), a ich zadaniem była pomoc tym, którzy zbłądzili, bądź też nie potrafili uporać się z własnymi wyborami i uczynkami. Człowiek oczyszczał się sam, w zupełnej samotności (były do tego przygotowane w świątyniach specjalne sale). Kapłanami też byli zarówno mężczyźni jak i kobiety. Kapłani nie byli niczym obarczeni, nie musieli pracować na chleb, ani też zarabiać na swoje utrzymanie - mieli się tylko poświęcić sprawom duchowym i pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebowali. Kapłani nie cierpieli więc głodu (w tolteckim społeczeństwie Quetzalcoatla i jego następców nie było ani głodnych, ani bezdomnych), nie mogli jednak stać się też ludźmi majętnymi, gdyż nie posiadali żadnej własności. Niekiedy rodziło to zazdrość, ego zaczęło dawać o sobie znać, rodziła się pycha, zazdrość i zachłanność - które to są nieodłącznym elementem ludzkiej natury, tylko od nas samych zależy czy pozwolimy im dojść do głosu.

Efekty tego znamy wszyscy - indiańskie społeczeństwa, podbite w XVI wieku przez europejskich konkwistadorów, w niczym już nie przypominały dawnych Tolteków, a ich religijność daleka była od nauk Quetzalcoatla i pierwszych królów-kapłanów. Sami Hiszpanie wręcz zwali ich w swych pismach "Diabłami", ze względu na ilość przelanej ludzkiej krwi i brutalne praktyki uśmiercania jeńców na ołtarzach ofiarnych. 

 
TEOTIHUACAN
(MITLA - TULA i CHOLULA)
RZĄD i USTRÓJ




 Quetzalcoatl został wybrany pierwszym władcą Teotihuacanu (i pozostałych trzech miast), z tytułem króla-kapłana. Władał tymi miastami przez 52 lata, po czym (zdegustowany szerzącymi się w społeczeństwie Tolteków negatywnymi zjawiskami) udał się nad "Wielką Wodę" (czyli Ocean Atlantycki) i (jak twierdzą przekazy - w tym Kodeks Chimalpopoca), miał wznieść się tam miał w powietrze i odszedł na Wschód. Jednocześnie pozostawił Toltekom (i ich następcom na tych ziemiach) przykazanie, że kiedyś powróci by ocalić wszystkich sprawiedliwych. W czasach historycznych Aztekowie doskonale znali tę (przekazywaną z pokolenia na pokolenie) legendę o dobrym bogu Quetzalcoatlu, który (co prawie nie występuje wśród Indian) nosił brodę, do tego w kolorze białym, miał białą cerę, jasne włosy i niebieskie oczy (Odznaczał się też o wiele większym wzrostem niż przeciętny Toltek). Dlatego też, gdy Hernan Cortez, skłócony z hiszpańskim gubernatorem Kuby - Diego Valezquezem (który chciał odebrać mu dowództwo wyprawy do "Nowego Świata" i w głąb nieznanego lądu), w lutym 1519 r. uciekł z Kuby wraz z okrętami przeznaczonymi na wyprawę i dotarł do państwa Azteków - ci wzięli go właśnie za boga Quetzalcoatla.

To właśnie pamięć o tej legendzie i przepowiedni danej przez boga spowodowała, że garstka hiszpańskich awanturników (było ich ok. 630) podbijała państwa i imperia złożone z milionów mieszkańców i mające liczne i potężne siły zbrojne. Oczywiście nie tylko przepowiednia doprowadziła do katastrofy tych wielkich indiańskich cywilizacji, także i inne czynniki, jak choćby nieznajomość koni. Indianie nie znali koni (te wyginęły na kontynencie amerykańskim ok. 10 000 lat temu), a widząc je, wpadali w panikę i rzucali się do ucieczki, krzycząc: "Potwór, uciekać!". Nie znano oczywiście także ani koła, ani też prochu strzelniczego czy broni palnej (np. arkebuzów, używanych wówczas przez Hiszpanów). Doradcy azteckiego króla Montezumy II składali mu niepokojące informacje o przybyszach, typu: "Ujarzmiają i dosiadają okrakiem dzikie bestie", "Plują ogniem", "Prowadzi ich wódz z białą brodą" (Cortez był już wówczas sędziwym mężczyzną), inni zaś pytali: "A jeśli to Quetzalcoatl - będziemy zgubieni" oraz "Nie możemy przecież walczyć z Bogiem". Montezuma - słysząc to wszystko - zapewne nie na żarty się przeraził i nie zamierzał atakować przybyszy (bał się gniewu boga, w przypadku gdyby Cortez okazał się Quetzalcoatlem).


DROGA CORTEZA DO TENOCHTITLAN
(Cholula jest jednym z miast na trasie tego przemarszu)



Złożył im więc bogate dary (głównie szczere złoto, którego było w nadmiarze w państwie Azteków) i poprosił o ominięcie Tenochtitlanu (ówczesnego mega-miasta, ogromnej stolicy Azteków, położonej na wyspie na jeziorze Texcoco - dziś obszar dawnego Tenochtitlanu, stanowi centrum stolicy Meksyku - miasta Meksyk, natomiast dawne jezioro - dziś nie istniejące - stanowi przedmieścia. Tenochtitlan w tamtych czasach był największym miastem... świata, większym nawet od Pekinu, nie mówiąc już o brudnych, ciasnych i małych miastach europejskich). Cortez oczywiście - gdy tylko zobaczył złoto - wcale nie zamierzał zmieniać trasy, kalkulował bowiem w ten sposób: "Skoro ofiarowują nam takie bogactwa, to ile muszą tego mieć u siebie". Aztekowie chcieli prośbą i podarunkami poprosić "boskich najeźdźców" by ci ominęli ich ziemie, lecz właśnie owe "podarunki" stały się powodem ich zguby. Hiszpanie bowiem byli zachłanni i pragnęli przede wszystkim złota (które dla Azteków nie miało wartości handlowej, lecz kultową), mówiono o mitycznych złotych miastach w głębi kontynentu i chciano za wszelką cenę je posiąść. Montezuma nie miał wyjścia, musiał się zgodzić na wizytę przybyszy w stolicy, lecz nim to nastąpiło postanowił ugościć ich właśnie w Choluli, mieście leżącym na południowy wschód od Tenochtitlanu. 




Tam niewolnica i kochanka Corteza - Malinche (jej ojcem był wysoko postawiony Aztek, matką zaś kobieta z podbitego przez ten lud plemienia. Ojciec opuścił matkę, gdy ta tylko zaszła w ciążę, a nie mając środków do utrzymania czy choćby wykarmienia dziecka, by ratować jej życie - sprzedała ją do niewoli, do jednego z istniejących jeszcze miast-państw Majów. Stamtąd w kwietniu 1519 r. została - wraz z 19 innymi niewolnicami - sprezentowana Cortezowi przez lokalnego władcę. Ten uczynił z niej swą osobistą tłumaczkę i kochankę. Ochrzcił, wyzwolił i nadał nowe imię - Marina. Stała się odtąd Donną Mariną i nie była już niewolnicą, lecz legalną towarzyszką życia Corteza), podsłuchała ona rozmowę kobiet z Choluli, które mówiły o ściąganych do miasta siłach i planowanej zasadzce na białych przybyszy. Cortez dokonał więc wyprzedzającej masakry Choluli (choć informacja o zasadzce i zamordowaniu Hiszpanów prawdopodobnie była plotką). Zginęli wszyscy mieszkańcy miasta, uciekających ściągano z dachów domów lub mordowano w ich własnych domach. Po tej masakrze, Quatimozin (bratanek Montezumy) opowiedział się za walką z najeźdźcami - Montezuma zabronił (nadal nie chciał... rozgniewać boga). Efekt był taki, że Hiszpanie wkroczyli do Tenochtitlanu i uczynili z Montezumy marionetkę, zamykając go w komnatach Corteza. Potem co prawda zostali wypędzeni ze stolicy (gdy pijani konkwistadorzy, pod nieobecność Corteza, zmasakrowali procesję Azteków ku czci krwawego boga Huitzilopochtli - "Kolibra Południa"), dokonując masakry kapłanów. Lud stolicy powstał wówczas przeciw najeźdźcom, a wojsko azteckie pod wodzą Quatimozina, nawet pokonało Hiszpanów w bitwie na grobli Tenochtitlanu (stracono wówczas wszystkie armaty, wrzucane przez Indian do jeziora). Mimo to, Cortez, dzięki pomocy wrogich Aztekom plemion (gównie Tlatelolkom i Tlaxkalanom), powrócił do Tenochtitlanu, zdobył go i spalił (1521 r.), a ludność (która nie zginęła w czasie walk) wziął do niewoli. Taki był koniec legendy o dobrym bogu Quatzelcoatlu, który miał powrócić ze Wschodu (Cortez przybywał ze Wschodu) i ocalić wszystkich sprawiedliwych z ogólnego pożaru jaki strawił Tenochtitlan.




Tymczasem wracając do ustroju czterech miast (i wielu późniejszych, zakładanych na tych terenach) po odejściu Quetzalcoatla, należy stwierdzić iż była to monarchia elekcyjna. Król był jednak wybierany głosami najszlachetniejszych mężów (kobiety nie zostały dopuszczone do tego zaszczytu) spośród członków jednego rodu, czy też jednej dynastii. Społeczeństwo było skonstruowane w sposób klasowy i kastowy. Protektor - który był na szczycie rodu, zapewniał byt wielu swym lennikom. W Teotihuacanie było trzydzieści wielkich rodów szlacheckich a każdy z nich "opiekował" się ok. 100 000 pomniejszych wasali (już samo to świadczy o wielkości i gęstości zaludnienia tego miasta). Dzielnice były podzielone według sfer wpływów rodów. Najważniejsze urzędy (takie jak kapłani, sędziowie, gubernatorzy i administratorzy prowincji) mogli pełnić jedynie ludzie wywodzący się z arystokracji. Mimo to, nie było w tym społeczeństwie nędzy. Każdy bowiem mieszkaniec miasta miał zagwarantowaną opiekę swego protektora (musiał mu za to odpłacać wiernością i stawiać się zbrojnie zawsze, gdy ten tego zażądał). Szlachta wybierała sobie króla i to on był ich protektorem (nie można go było już odwołać). Monarsze podporządkowane były wszystkie urzędy państwowe, z wyjątkiem urzędu sędziego.

Sędziowie byli bowiem zupełnie niezależni i wybierani byli głosami przedstawicieli trzydziestu rodów. Nie istniała możliwość społecznego awansu, jak ktoś się urodził w rodzinie szlacheckiej, to pozostawał w kręgu władzy do końca życia, a jeśli ktoś przyszedł na świat w rodzinie zwykłych obywateli, nie miał najmniejszego wpływu na politykę swego państwa, poza wspieraniem swych protektorów. Co osiemdziesiąt dni zbierała się w Teotihuacanie Rada Królewska (złożona z przedstawicieli wszystkich trzydziestu rodów + król), która radziła nad najważniejszymi sprawami kraju (w tym gremium uczestniczył również Najwyższy Sędzia Królestwa).


ROLA KOBIET i MAŁŻEŃSTWO




Dopóki rządził Quetzalcoatl, kobiety miały równe z mężczyznami prawa, tak w dziedzinie ekonomicznej jak i religijnej (mogły na przykład zostać kapłankami). Wraz z jego odejściem bardzo szybko to się zmieniło. Choć bardzo rzadko w społeczeństwach Czerwonoskórych dochodzi do takich sytuacji, to jednak kobiety zostały pozbawione jakiegokolwiek wpływu na kształt polityki, religii czy sądownictwa swego kraju. Kobiety zostały zamknięte w domach, gdzie mogły się spotykać jedynie we własnym gronie (np. haftując, przędąc, upiększając ciało lub... plotkując). O ile nie miały praw politycznych, o tyle to one władały swymi domami (szczególnie jeśli pochodziły ze szlachty). Decydowały o wystroju domu i przydzielały zadania niewolnikom. Ludzie łączyli się w pary i pobierali na całe życie (choć istniała możliwość rozwodu, praktycznie nie było to jednak możliwe, gdyż proces uzyskania rozwodu był niezwykle trudny, a jeśli nawet przeszło się całą procedurę, na końcu i tak decydował osobisty kaprys sędziego, od którego nie było odwołania).


TEOTIHUACAN
STOLICA TOLTEKÓW




Miasto było pełne ogrodów, fontann i wodotrysków. Domy przystrajano kwiatami. W mieście było kilkanaście wielkich publicznych basenów, do których wstęp był bezpłatny i kilka mniejszych ("dla wybranych" - gównie szlachty, arystokracji, kapłanów i sędziów, do których wstęp był już płatny), dodatkowo każda willa posiadała swój własny basen. Ulice były przestronne i czyste. W centrum miasta był zlokalizowany "okręg świątynny", gdzie oprócz świątyń (w tym Wielkiej Piramidy Słońca) mieścił się także pałac królewski. Główną ulicą miasta była "Aleja Umarłych", podzielona na szereg mniejszych części. Po obu stronach ulicy mieściły się dwie piramidy: Słońca i Księżyca, dalej była świątynia Quetzalcoatla i pałac królewski. Miasto było podzielone na dwie ogromne dzielnice (które dodatkowo dzieliły się na szereg mniejszych, kontrolowanych przez poszczególne rody). Teotihuacan liczył wówczas ponad 3 mln mieszkańców (potem, już w czasach historycznych ta liczba spadnie do 125 000 mieszkańców). W mieście było też mnóstwo parków, placów publicznych, teatrów i oper. Urządzano też publiczne przedstawienia muzyczne na placach i w parkach, wśród zieleni (tak uwielbianej przez Czerwonoskórych zarówno na MU, Atlantydzie, jak i potem w Teotihuacanie, Mitli, Tuli i Choluli).







PS: W kolejnej części przejdę do opisania  indiańskich cywilizacji Doliny Missisipi i Ameryki Południowej w czasach poprzedzających zagładę Atlantydy, czyli tego okresu, w którym  na ziemiach dzisiejszego Meksyku władał Quetzalcoatl.


CDN.

14 lipca 2026

COŚ DO ŚMICHU 🤭

SEANS FILMOWY


PONIEWAŻ PO OSTATNIM MOIM WPISIE ZROBIŁO SIĘ NIECO PONURO (A PRZYNAJMNIEJ JA ODNOSZĘ TAKIE WRAŻENIE), POSTANOWIŁEM ZAPODAĆ COŚ, PRZY CZYM MOŻNA ODSAPNĄĆ I SIĘ ZRELAKSOWAĆ A PRZY OKAZJI ZABAWIĆ (BO JAK MÓWI KOMIK DO KOMINKA: "MNIE TO BAWI" 😂).

ZAPRASZAM WIĘC NA SEANS FILMOWY AMERYKAŃSKIEJ CZARNEJ KOMEDII z 2010 pt: "PORĄBANI". NIESAMOWITY ZBIEG OKOLICZNOŚCI KTÓRY PROWADZI DO NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ A PRZY OKAZJI DAWKA DOBREGO HUMORU. 
ZAPRASZAM


 

ANTYPOLONIZM...

... "NASZYCH" ELIT




 Tego tematu nie planowałem, dlatego też nie będzie on długi, ale uznałem że muszę go napisać i wyrzucić z siebie to, co czuję, bo inaczej dosłownie się zaduszę. Oczywiście chciałbym tutaj napomknąć o wydarzeniu, które miało miejsce w miniony weekend w Bielsku-Białej w jednym z tamtejszych autobusów, gdzie dwie (lub też trzy - gdyż zdania są podzielone) młode ukraińskie dziewczynki nagrały filmik, na którym obraża je jakiś niezidentyfikowany wówczas mężczyzna - Polak. 




Na tym filmie tak naprawdę nic nie widać, oprócz tego że jakiś mężczyzna jest mocno zirytowany postępowaniem ukraińskich dziewczyn. Co doprowadziło go do tej frustracji? nie wiadomo. Nie mamy bowiem początku całego nagrania (jest ono albo ucięte, albo też nagrano tę część którą chciano nagrać) i nie wiemy co takiego się tam dokładnie wydarzyło, że ten mężczyzna tak bardzo się zdenerwował na owe ukraińskie dziewczyny. Ale jedno, co od razu mi się rzuciło w oczy, i to od razu gdy po raz pierwszy obejrzałem ten filmik z tytułem: "Polak zaatakował ukraińskie dziewczynki", I co zapaliło pierwszą czerwoną lampkę w mojej głowie, to zupełny brak strachu wśród tych dziewczyn. W normalnej sytuacji będąc młodą dziewczyną i będąc zaczepiana przez jakiegoś dorosłego mężczyznę, raczej bym się bał tego mężczyzny i starałbym się szukać pomocy wśród innych pasażerów (bo nie wiadomo też co takiemu może strzelić do głowy). A tutaj nic, nie tylko nie zauważyłem najmniejszego strachu wśród tych dziewczyn, ale wręcz przeciwnie - widziałem uśmieszki, prowokowanie tego mężczyzny i tak jakby dążenie do eskalacji. To nie wygląda na normalne zachowanie zaczepianych w autobusie młodych kobiet przez starszego mężczyznę. 

Ale okazało się że ten weekendowy filmik, wrzucony do sieci dopiero w poniedziałek rano (bo wiadomo że w weekend niewielu ludzi by go obejrzało, tym bardziej że była rocznica Ludobójstwa Polaków na Wołyniu), nagle stał się najważniejszym tematem w kraju. Okazało że polscy politycy, którzy na co dzień mają w dupie to, jak zachowują się Ukraińcy w Polsce, jakie mają tutaj przywileje, a nawet na co sobie pozwalają (o czym niżej), nagle jak jeden mąż ze świętym oburzeniem że jakiś Polak ośmielił się zwrócić uwagę ukraińskim dziewczynom - zaczęli powielać od góry do dołu ten sam wcześniej przygotowany przekaz (to nawet nie był przekaz taki, sam on był TEN SAM co do słowa). Nikt mi nie powie że ludzie, którzy na co dzień ledwie przekraczają 80 punktów ilorazu inteligencji, nagle zaczęli pisać wymyślne posty na X. I wszyscy oczywiście byli oburzeni jak jeden mąż. 

Nikt z nich jednak nie zadał sobie pytania, dlaczego filmik (który był nagrany w sobotę) czekał dwa dni na upublicznienie, nikt się nie zainteresował dlaczego owe dziewczynki nie boją się tego mężczyzny (bo nie widać po nich najmniejszych nawet oznak strachu, za to widać bezczelność, cwaniactwo i wyrachowanie), nikt też się nie oburzył na samo stwierdzenie że one zostały "zaatakowane", a jeśli tak, to za co, bo przecież nic nie dzieje się w próżni i zawsze jedno wyrasta z drugiego. Nikogo to jakoś dziwnym trafem nie interesowało wśród tzw: polskich politykierów, dziennikarzyn i całej maści tego tałatajstwa? Nikogo nie zainteresował fakt, że owe dziewczyny wcześniej trzymały nogi na siedzeniu i ów mężczyzna zwrócił im kulturalnie i grzecznie uwagę aby je zdjęły, bo nie są u siebie na Ukrainie, a w Polsce są inne wymogi kulturowe i takich rzeczy się nie robi. Oczywiście nie wiemy co dokładnie się wówczas stało ale istnieją przecieki (nie wiadomo czy prawdziwe, czy nie) że owe dziewczyny zaczęły mu wówczas ubliżać, a nawet został przez jedną z nich opluty. Mówcie co chcecie, ale według mnie tak nie zachowuje się młoda, przestraszona dziewczyna którą nagabuje obcy mężczyzna. Te gówniary ewidentnie go prowokowały i nagrały filmik od momentu od którego było im to wygodne Aby następnie umieścić go w sieci. 

Oczywiście za całą akcją (w tej czy innej formie, a na pewno w formie nagłośnienia tego na całą Polskę) stała Natalia Panczenko - osoba wybitnie odrażająca, która powinna mieć zakaz przebywania na terytorium Rzeczypospolitej i przyjść natychmiastową procedurę ekstradycji na Ukrainę, po uprzednim oczywiście odebraniu jej obywatelstwa polskiego (które niechybnie przyznał tej osobie niejaki Andrzej Duda pełniący funkcję prezydenta Rzeczypospolitej), i to chociażby za fakt iż stwierdziła że jeżeli Ukraińcy nie utrzymają dotychczasowych przywilejów - które posiadali po lutym 2022 r w Polsce - to zaczną się podpalenia i... oczywiście się zaczęły, co jakiś czas płonie jakaś fabryka, jakiś zakład pracy. I oczywiście za każdym razem sprawcami podpaleń są Ukraińcy, ale oczywiście wiem, wiem, wiem że oni to robią, bo im każe Putin (😂). Jakżeby inaczej prawda, Putin karze Ukraińcy wykonują.




 Od rana przeglądałem sobie internet, X-a i inne media społecznościowe i przyznam się szczerze, że o ile od czasu do czasu lubię wchodzić na te wszystkie około silno-razemowe strony (aby zobaczyć jaki tam jest na daną chwilę poziom stężenia debilizmu, bo inaczej tego nazwać nie można, tym bardziej że zauważyłem że ci ludzie w ogóle nie weryfikują źródeł. Jeżeli dostaną jakikolwiek przekaz ze swoich mediów, to jest to dla nich prawda objawiona, a przecież oni mają się za tych inteligentnych, wykształconych z wielkich ośrodków, a tak naprawdę są bandą przygłupów prowadzonych za postronek tam, gdzie chcą ich panowie - żałosne, doprawdy żałosne), to tym razem nie dałem rady, stężenie bowiem antypolonizmu było tam tak duże, że nawet moje możliwości przerobowe nie dały temu rady. Tym bardziej że przy takich właśnie akcjach widać dokładnie kto jest kim, widać ilu mamy w Polsce potencjalnych członków 5 kolumny, antypolskiej 5 kolumny. Ci ludzie bowiem wręcz zapluwają się ze swej nienawiści do polskości, a przecież są to ludzie, którzy mają polski paszport, którzy posługują się polską mową (a język polski jest tą siłą, która według mnie pozwala nam co kilka pokoleń odradzać nasze elity. Wielokrotnie bowiem w naszej historii było tak, że te elity były mordowane i to nie tylko podczas ostatniej wojny światowej, bywało tak w różnych okresach historycznych i w ciągu jednego, góra dwóch pokoleń mieliśmy z powrotem odrodzoną elitę. Wystarczy to sobie porównać do ostatnich dekad wieku XVIII, gdzie kompradorska, całkowicie zaprzedana i podporządkowana obcym dworom elita szlachecka doprowadziła kraj do upadku, ale już ich potomkowie a z całą pewnością ich wnukowie -  przelewali krew w powstaniach aby odzyskać Najjaśniejszą Niepodległą. Siła ta - według mnie - tkwi w języku, którym wielokrotnie zarówno zaborca jak i okupant zabraniał nam mówić we własnym domu, aby nie dopuścić do ponownego odrodzenia polskości. To się nigdy nie udawało). Tak więc ci ludzie wychowali się na polskim chlebie, wyrośli tutaj, posługują się naszą mową (choć nie znają jej siły i ją lekceważą), mają nasze obywatelstwo a nawet deklarują się jako Polacy, a jednocześnie najbardziej na świecie nienawidzą wszystkiego co jest związane z Polską, Polskością a przede wszystkim z Polakami. Ludzie którzy (z przyczyn ideologicznych lub genetycznych) szczerze nienawidzą Polski a przede wszystkim nienawidzą Polskości, tacy ludzie według badań przeprowadzonych przez prof. Andrzeja Nowaka to jakieś 15% społeczeństwa. Jeśli dodamy do tego kolejne 20% tych, którym coś się nie udało, którym coś nie wyszło i którzy nieustannie psioczą na Polskę, to już mamy dość duży procent ludzi gotowych wziąć udział we wszelkich antypolskich akcjach, a dodajmy do tego jeszcze jakieś 15% tych, którym wszystko wisi, to wychodzi nam że połowa obywateli naszego kraju jest podatna na antypolski przekaz.

Dlatego jedyne o co chciałbym tutaj zaapelować, to przede wszystkim nie dajmy się sprowokować, nie dajmy sobie wmówić że Polskość jest czymś podejrzanym, że należy się tego pozbyć odrzucić w imię jakichś ogólnych wartości europejskich czy światowych, że Polacy - którzy zapisali nieprawdopodobną wręcz kartę w czasie II Wojny Światowej (i to zarówno wśród bohaterów jak i wśród ofiar), że to my mamy za coś się kajać, w ogóle jesteśmy komukolwiek cokolwiek winni. Kraj który pierwszy rzucił wyzwanie Hitlerowi i Stalinowi, Naród który walczył w obronie Francji (notabene dziś jest 237 rocznica zdobycia Bastylii) i Wielkiej Brytanii (przecież to dopiero polscy lotnicy pokazali brytyjczykom jak należy bić się o własny kraj i jak należy strącać niemieckie maszyny), Naród który rozszyfrował Enigmę (dzięki czemu skrócono wojnę o co najmniej dwa do trzech lat), Naród który bił się na wszystkich kontynentach II wojny światowej poza Pacyfikiem, byliśmy w Północnej Afryce, w Syrii, w Iranie, w Palestynie (państwo Izrael powstało przecież głównie dzięki temu, że gen. Anders zwolnił ze swoich szeregów wyprowadzonych wcześniej z niewoli sowieckiej z domu niewoli polskich Żydów, a język polski był pierwszym językiem powstałego w 1948 r. państwa Izrael - to jednak był inny Izrael niż dziś), walczyliśmy na morzach - dostarczając i ochraniając konwoje do Związku Sowieckiego, aby ten mógł dalej prowadzić wojnę z hitlerowskimi Niemcami, walczyliśmy na plażach Normandii, we Włoszech (Monte Cassino Ankona), w Norwegii - praktycznie wszędzie, gdzie tylko swą stopę postawił niemiecki żołnierz. 




A przy tym wszystkim byliśmy jedną z największych ofiar II Wojny Światowej (Polska w liczbach bezwzględnych, pod względem ludnościowym jak również gospodarczym została najbardziej dotknięta zniszczeniami II Wojny Światowej ze wszystkich państw biorących udział w tym konflikcie). Mordowali nas nie tylko Niemcy i Sowieci (Rosjanie) i Ukraińcy, ale również Litwini, Żydzi ile (ile było denuncjacji żydowskich do sowieckich władz pod okupacją Związku Sowieckiego w latach 1939-41, ale również i pod okupacją niemiecką o czym wie niewielu. Żydzi wręcz masowo wydawali swoich polskich sąsiadów w ręce sowieckich katów). I ten właśnie Naród bohaterów i ofiar ma teraz za coś przepraszać? Bo naszym przeciwnikom (a często jawnym wrogom) nie podoba się, że jako jedyny naród w czasie II Wojny Światowej realnie się nie skurwiliśmy (co było częste wśród różnych narodów, mniej lub bardziej upapranych łajnem tamtego czasu, np. Francuzi sami z siebie - powtarzam bez niemieckiej inspiracji - skatalogowali swoich żydowskich obywateli i wysłali ich do Niemiec do obozów zagłady, żeby tam zginęli. Ja wiem że to może wielu boleć, ale to już nie jest mój problem ani problem moich rodaków. Myśmy zapisali czystą kartę w tamtej wojnie i to jest nasz wielki kapitał, ogromny kapitał na przyszłość, gdyż Polacy - niestety wychodząc z dosyć głupkowatego, ale jakże szlachetnego przekonania - często walczyli w obronie innych a dopiero potem myśleli o własnej Ojczyźnie (chociażby o we hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Jedyny człowiek z Zachodu który realnie, powtarzam realnie dał nam coś pozytywnego, to był cesarz Francuzów Napoleon Bonaparte, cała reszta miała nas i ma nas głęboko w dupie. 

Dlatego też trzeba usunąć kompradorską elitkę, całkowicie zaprzedaną "obcym dworom" i dokonać jej podmiany na tą elitę która już się wykrystalizowała. Ona już jest wśród ludzi chodzących na Marsze Niepodległości, Marsze Powstania Warszawskiego, wśród patriotów, młodych odważnych ludzi w których sercach Polska jest zawsze na pierwszym miejscu (ale bez szowinizmu narodowego którego u nas nigdy nie było, o czym świadczy chociażby to wyżej przywołane hasło: "Za wolność Waszą i Naszą"). Ci ludzie już czekają w blokach startowych, to już jest nowa elita nowej Polski, pytanie tylko jak dojdzie do tej wymiany, w sposób dobrowolny i pokojowy czy może... w jakiś inny.





PS: Jak już kilkukrotnie wspominałem, ja sam posiadam niemieckie korzenie od strony ojca, ale moim mottem - które przyjąłem sobie kilka lat temu - jest owe jasne i czytelne stwierdzenie, które kształtuje mój charakter, moje poglądy i moją umysłowość, a brzmi ono: 


"POLSKI ORZEŁ SREBRNOPIÓRY 
W MOJĄ DUSZĘ WBIŁ PAZURY"




A na zakończenie jeszcze kilka słów mojego ulubionego pisarza Mariana Hemara (notabene żydowskiego pochodzenia): "Nikt z nas z Ojczyzną umów nie zawierał. Z nikim ją pacta nie wiążą conventa (...) Jednakże wiano, łaska Jej jednaka, złożyła w każdej kołysce dziecięcej muśnięciem świętych warg: miano Polaka (...) Kto raz ochrzczony niewidzialnym znakiem, błogosławiony potem, czy przeklęty, będzie Polakiem (...) Już nim zostanie, choćby sam się burzył, choćby nie chciał sam. Choćby stchórzył", oraz: "Nie pamiętam od kiedy (...) Od mojego pojedynku z Bohunem? Czy byłem zaczęty, od mojej śmierci w ciele Longina Podbipięty? Mogłem urodzić się w Pińsku, w Radomiu czy w Leżajsku, mógłbym dziś Horacjusza przekładać po hebrajsku. Mógłbym być w Izraelu satyrycznym gwiazdorem - w tym sęk, że bym nie mógł, bo jestem Polakiem amatorem. Z miłości od pierwszego wejrzenia a nie z przymusu tym bardziej muszę strzec mego amatorskiego statusu"




A także innego Wielkiego polaka o żydowskich korzeniach - Juliana Tuwima: "Jestem Polakiem, bo tak mi się podoba (...) bo się w Polsce urodziłem, wzrosłem, chowałem, nauczyłem; bo w Polsce byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy; bo z wygnania chcę koniecznie wrócić do Polski, choćby mi gdzie indziej rajskie rozkosze zapewniano (...) pragnę, aby mnie po śmierci wchłonęła i wessała polska ziemia, nie żadna inna. Polak - bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano, bo mnie tam polską mową od niemowlęctwa karmiono, bo mnie matka uczyła polskich wierszy i piosenek (...) Polak dlatego także, że brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Beethoven. Drożsi z powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić".





ORZEŁ BIAŁY
SYMBOL POTĘGI I CHWAŁY


NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...