WYŚWIETLENIA

25 czerwca 2026

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. III

CZYLI, JAK TO W POLSCE 
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





PIERWSZA ELEKCJA
1573 r.
Cz. I




 Nadszedł wreszcie ten nieszczęśliwy czas, gdy życie króla Zygmunta II Augusta dobiegło kresu. Król nie był wcale jeszcze taki stary, w chwili śmierci miał zaledwie pięćdziesiąt dwa lata, a tak gdzieś do roku 1565 wyglądał jeszcze dość młodo i pomimo tego że cierpiał na różne dolegliwości (które nasiliły się jednak dopiero około 1568 r.), to stosując najróżniejsze leki i medykamenty (za radą swego medyka - Piotra z Poznania, sprowadzał król z Italii różne maści i płyny do nacierania ciała) utrzymywał się w miarę dobrym zdrowiu. Załamanie przyszło dopiero w kwietniu 1572 r. gdy król coraz bardziej odczuwał problemy z pęcherzem (stwierdzono potem że były to początki kamicy), jak też zaczął tracić zęby (szczególnie w górnej szczęce. Swoją drogą należy tutaj dodać że uzębienie ludzi w średniowieczu a nawet we wczesnej nowożytności było znacznie lepsze od uzębienia ludzi epok późniejszych, a to z tego powodu, że spożywali oni bardzo mało cukru, który jest główną przyczyną próchnicy i niszczenia zębów). Jego największym zmartwieniem - potęgującym pojawienie się nowych chorób - były ciągłe troski o przyszłość dynastii Jagiellonów, gdyż pomimo tego, że trzykrotnie wstępował w związek małżeński, żadna z jego dotychczasowych żon nie dała mu syna (ani córki). Można by było sądzić, że problem leżał u podłoża samego monarchy i że to król mógł być bezpłodny. O bezpłodności Zygmunta Augusta mawiano już od 1550 r., dziwiąc się że król, który cały czas przebywa w gronie wielu kochanek (które nazywał swymi "sokołami"), z żadną z nich nie miał dotąd potomstwa. Twierdzono że to Barbara Radziwiłłówna - jego kochanka od 1543 r. i żona od 1547 r. a potem koronowana królowa Polski od grudnia 1550 r. do maja 1551 r. - najprawdopodobniej zaraziła go kiłą. Ale ten zarzut był bezpodstawny, jako że Zygmunt spłodził córkę ze swą kochanką - Barbarą Giżanką (córką warszawskiego rajcy), która przyszła na świat w 1571 r. i nigdy też nie leczył się na syfilis. Król co prawda miał bardzo wiele kochanek, gdyż przebywanie w otoczeniu żon (wykluczając Barbarę) czyli Elżbiety a potem jej siostry Katarzyny Habsburg, traktował jako przykrą konieczność i starał się jak najmniej czasu spędzać w ich łożu. Będąc pod wrażeniem szybkich zgonów - najpierw Joachima II elektora brandenburskiego, który zmarł w styczniu 1571 r. a następnie swego młodego siostrzeńca Jana Zygmunta Zapolyi, zmarłego w marcu tego samego roku - król postanowił sporządzić testament. Większość majątku zapisał swym siostrom: Annie, Zofii i Katarzynie Jagiellonce (ta ostatnia była wówczas żoną króla Szwecji - Jana III Wazy i matką późniejszego króla Rzeczpospolitej - Zygmunta III Wazy). Przekazał im nie tylko swój ruchomy i nieruchomy majątek, ale także prawa spadkowe do majętności włoskich, oraz do sum pożyczonych niegdyś przez ich matkę - Bonę Sforzę, królowi Hiszpanii - Filipowi II Habsburgowi (Zygmunt August zaznaczył w swym testamencie, że po śmierci sióstr ofiarowany im majątek miał przejść na własność Korony i Litwy, co było precedensem, gdyż dotąd władcy traktowali swoje domeny i czerpane z nich zyski jako majątek prywatny, rodowy, a nie krajowy). Niewielką tylko część swego majątku ofiarował król wybranym przez siebie kościołom.

Król Zygmunt II August zmarł dnia 7 lipca 1572 r. w Knyszynie, o godzinie (według Świętosława Orzelskiego) szóstej po południu. Jak już wcześniej pisałem, jego zgon był katastrofą dla kraju, jako że wszystkie instytucje (a szczególnie sądy) działały i orzekały w imieniu monarchy, zaś jego zgon powodował natychmiast anarchię i niebezpieczne bezkrólewie. Naoczny świadek tamtych dni - Andrzej Lubieniecki, tak oto pisał o śmierci Augusta: "Obywatele krajów naszych, i wielcy ludzie i mali, zwątpiwszy o potomku królewskim, tak wyglądali i oczekiwali z bojaźnią tego tam interregnum (bezkrólewia), jako sądnego dnia zwykli ludzie, złe sumienie mający". Zaś ów dyplomata i kronikarz (o którym już wspomniałem we wcześniejszych częściach, jako że z jego to opracowań czerpię mnóstwo informacji o tych czasach) Reinhold Heidenstein, dodawał: "Dziwna obawa i troska o losy kraju osiadły wszystkich umysły (...) jakoby po śmierci jego państwo całe razem z nim zginąć miało". Wielu twierdziło że oto potęga Rzeczypospolitej chyli się ku upadkowi, grozę niepokojów dopełniały krążące wśród ludu przepowiednie, oraz kometa, która niechybnie ukazać się miała na niebie. Warto też wspomnieć o tym, że nastrój grozy tamtych dni przyjął się również wśród służby królewskiej, która po śmierci Augusta opuściła Zamek Wawelski, zabierając ze sobą wcześniej co tylko się dało. Był to przykry, haniebny widok, gdy - jak pisał Świętosław Orzelski: "Taki okropny widok opuszczenia przedstawiał nieboszczyk, iż nie było czym przykryć nagi trup jego. Dopiero biskup kazał zrobić całun na ten użytek, a doktor Fogelweder włożył na ciało zmarłego złoty pierścień z kosztownym kamieniem i łańcuch złoty z krzyżem". To samo pisze Heidenstein: "Wielu obiegło go zaraz po śmierci i tak ciało jego zaniedbane leżało i kiedy nikt się o niego nie troszczył, Stanisław Czarnkowski, referendarz koronny, kazał własnym kosztem suknie i inne rzeczy do ubrania ciała potrzebne sprawić". Kradzieże majątku królewskiego, które nastąpiły zaraz po jego zgonie, nie były jednak liczne (tylko część ciżby rzuciła się do rabowania mienia, zaś większa część królewskiej służby tego nie czyniła). Szybko też senatorowie nakazali opieczętowanie komnaty w której zgromadzono srebra królewskie, pierścienie, złote wisiory i inne cenne przedmioty, w tym rzeczy po Barbarze Radziwiłłównie (chociaż słynne perły Barbary wówczas zaginęły i ostatecznie odkupił je od rabusiów wysłannik królowej Anglii - Elżbiety I i trafiły potem do angielskiego skarbca. Gdzie przebywają dziś - tego niestety nie wiadomo).


ŚMIERĆ KRÓLA ZYGMUNTA II AUGUSTA
(7 lipca 1572)



A tymczasem, aby uniknąć niepokojów wewnętrznych (np. co odważniejsi szlachetkowie już zaczęli dokonywać zajazdów na posiadłości swych sąsiadów z którymi miewali zatargi, wiedząc doskonale że żadne sądy ich za to nie skażą, skoro zostały zawieszone po śmierci króla) oraz zewnętrznych (wciąż toczyła się wojna z Moskwą Iwana Groźnego, a niepewni byli również i Tatarzy, dla których taki czas był wyśmienity dla odbycia nowej wyprawy łupieżczej, poza tym niedawno co zakończyły się morskie starcia polskich i duńskich okrętów pod Helem i Puckiem w roku 1571) czym prędzej należało wybrać nowego króla. Jeszcze przed śmiercią Zygmunta Augusta prymas Jakub Uchański zwołał zjazd panów szlachty z całego kraju do Łowicza, jednak zjechało się tam (16 lipca 1572 r.) tylko "rycerstwa bardzo wiele" lecz z samej Wielkopolski, oraz 30 senatorów z tejże dzielnicy. Pięć dni oczekiwano tam przybycia Małopolan, aby wspólnie radzić nad wyborem nowego monarchy, ale ci (14 lipca) zebrali się w Krakowie. Panowie jednej i drugiej dzielnicy starali się narzucić reszcie swoje przewodnictwo i swą wolę, tym bardziej że powstał jeszcze spór o to, kto powinien zwoływać zjazdy i obejmować przewodnictwo interreksa (regenta) po śmierci króla. Wielkopolanie twierdzili że rola ta przypada arcybiskupowi gnieźnieńskiemu i prymasowi Polski, którym wówczas był Jakub Uchański. Prymas pełnił bowiem nieoficjalny tytuł "pierwszego księcia" w państwie, a także był jedynym, który nie musiał nigdy czekać na audiencję u króla. Jednak Małopolanie widzieli to inaczej i te same przywileje przyznali marszałkowi wielkiemu koronnemu - Janowi Firlejowi z Dąbrowicy, który dodatkowo był kalwinem i przywódcą protestantów. Była to więc walka nie tylko o dominację jednej czy drugiej dzielnicy, ale również o przewodnictwo katolicyzmu i protestantyzmu (nowowierstwa). Zjazd krakowski różnił się też od łowickiego o tyle, że o ile do Łowicza zjechała prócz senatorów również liczna szlachta wielkopolska, to jednak nie została ona dopuszczona do obrad, zaś w Krakowie marszałek Firlej (starając się oprzeć na szlachcie w swej walce o władzę) dopuścił ją również do obrad wraz z małopolskimi senatorami, dzięki temu zjazd krakowski miał znacznie większe znaczenie niż łowicki, gdyż był zjazdem zarówno magnaterii jak i szlachty, a także zapadające na nim postanowienia szybciej rozesłane zostały do innych prowincji Rzeczypospolitej.




Podstawowym problemem było oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa w kraju, w którym sądy przestały funkcjonować. Poradzono sobie z tym, powołując do życia "kaptur", czyli sądy kapturowe, które zastąpić miały w bezkrólewiu sądy królewskie (nazwa prawdopodobnie wywodzi się od łacińskiego słowa "capere" co znaczy łapać przestępcę), a po raz pierwszy taki rodzaj sądu ogłoszono już w 1382 r. po śmierci Ludwika Węgierskiego. Drugim problemem było "zaopatrzenie" granic przed najazdami i utrzymanie załóg twierdz przygranicznych - szlachta nie zgodziła się jednak na specjalne podatki w tej kwestii, twierdząc że: "Jak teraz poczujem się do podatku, to już się nigdy z niego nie wyprężymy", dlatego też problem ten spadł niestety na barki hetmanów, którzy - własnymi pocztami - musieli je zastępować i finansować. W Krakowie szczególną uwagę zwrócono na obronę granicy śląskiej i węgierskiej przed ewentualnymi "cesarskimi zakusami", a w Łowiczu powołano pod broń pospolite ruszenie, co spowodowało że: "sposobili się do konia wszyscy i czyścili oręż". Ponieważ oba zjazdy były od siebie niezależne, nie dało się powziąć żadnej decyzji na temat wyboru nowego monarchy i tak też się one zakończyły (łowicki - 25 lipca, zaś krakowski dzień wcześniej). Nie były to jednak jedyne zjazdy w kraju, gdyż owe konfederacje (w jakie zamieniały się szlacheckie zjazdy) odbywały się teraz we wszystkich prowincjach Korony i Litwy. 17 lipca w Krasnymstawie zebrała się (na polecenie podkomorzego chełmskiego - Mikołaja Sienickiego, zwanego też "polskim Demostenesem" ze względu na swobodę wymowy i trafność przekazu, którym zjednywał sobie współobywateli) szlachta ziemi chełmińskiej. 21 lipca zebrała się w Bełzie szlachta województwa bełskiego, a przewodził jej starosta - późniejszy kanclerz i hetman wielki koronny - Jan Zamoyski. Tego samego dnia zebrała się szlachta kujawska na sejmiku w Radziejowie. 31 lipca w Glinianach odbył się wspólny zjazd województw ruskiego i podolskiego a w kolejnych dniach odbyły się zjazdy sejmików na Litwie i Ukrainie. Były oczywiście zjazdy ważne i ważniejsze, np. już 21 lipca w Radziejowie odrzucono postanowienia konfederacji łowickiej (szlachta była bowiem mocno wzburzona, że jej przedstawicieli nie dopuszczono tam do obrad wraz z senatorami i dlatego zagrano na nosie magnatom, odrzucając ich uchwały), potem uczyniła to na zjeździe w Środzie (8-10 września) również i szlachta wielkopolska. Duże znaczenie zaś miały konfederacje: krakowska, krasnostawska i bełska, których postanowienia przyjmowała szlachta innych prowincji.

W Krakowie wyznaczono wspólny zjazd wszystkich senatorów Rzeczypospolitej do Knyszyna na 10 sierpnia 1572 r., Wielkopolanie zaś wyznaczyli miejscem zebrania - Środę, dnia 8 września (na ten drugi zjazd nikt nie przybył, poza samą szlachtą z Wielkopolski). W Knyszynie zebrano się jednak dopiero 24 sierpnia, lecz i tutaj nie dotarła spora część przedstawicieli z innych prowincji (np. Wielkopolanie, a poza tym nie przybyli senatorowie z województw: ruskiego, podolskiego i pruskiego). Wielkopolanie stwierdzili że nie przybędą na zjazd knyszyński, gdyż został on zwołany bez porozumienia z prymasem Uchańskim, jako interreksem. Zjawiła się też bardzo nieliczna delegacja litewska, której przewodził marszałek wielki litewski - Jan Chodkiewicz (ojciec sławnego pogromcy Szwedów spod Kircholmu - a trzeba pamiętać że bitwa pod Kircholmem z 1605 r. jest największą klęską militarną Szwecji w całych dziejach tego kraju - i bohatera wojny z Moskwą - Jana Karola Chodkiewicza). Zjazd knyszyński miałby doniosłe znaczenie i zapewne Jan Firlej - pomysłodawca jego zwołania - uzyskałby znaczną przewagę nad prymasem Uchańskim w walce o pierwszeństwo w państwie, gdyby nie popełnił podstawowego błędu. Ów zjazd bowiem został wyznaczony jedynie dla senatorów, czym Firlej zraził do siebie stan szlachecki. I choć zapadły tam dość ważne postanowienia i wyznaczono miejsce wyboru króla na dzień 13 października w Bystrzycy pod Lublinem, to jednak pominięcie szlachty oznaczało odrzucenie uchwał knyszyńskich na sejmikach w Środzie (Wielkopolska), Radziejowie (Kujawy), Raciążu (Mazowsze) i Nowym Korczynie (Małopolska). Szlachta tym samym wysyłała jasny komunikat do magnaterii - nic o nas, bez nas. Zwołany przez Wielkopolan kolejny sejmik w Kole (15-18 października) ostrzegł Małopolan, że jeśli spróbują na własną rękę wybrać króla, będzie to miało bardzo poważne konsekwencje. Widząc że pozycja Fireja słabnie - jego przeciwnicy - Piotr Zborowski i Walenty Dembiński porozumieli się z prymasem Uchańskim i wyznaczono wspólny zjazd senatorów obu prowincji (wysłano także zaproszenia do Litwy, Prus Królewskich, Inflant i Wołynia) w miejscowości Kaski pod Sochaczewem, na dzień 25 października.




W czasie obrad zjazdu kaskiego (25 października - 2 listopada) zaniepokojona tym szlachta ziem różnych Rzeczypospolitej, odbywała w tym samym czasie swoje sejmiki, gdzie zarzucano magnatom uzurpowanie sobie całej władzy i dążenie do samodzielnego wyboru przez nich króla. Domagano się zwołania wspólnego zjazdu szlachty i magnaterii, oraz jak najszybszego wyboru nowego monarchy, najlepiej jeszcze przed zimą 1572 r. To ostatnie jednak stało się niemożliwe i ostatecznie zwołano (oraz zaakceptowano na sejmikach) Sejm konwokacyjny do Warszawy na dzień 6 stycznia 1573 r. Sejmiki wyznaczyły więc posłów i dnia tego (wraz z senatorami) zebrała się pod Warszawą dość duża liczba przedstawicieli (prócz wybranych posłów, zjechała tam również i szlachta, aby się przypatrywać obradom) z Małopolski, Wielkopolski, Mazowsza, Rusi, Litwy, Prus, Inflant, Podola, Wołynia i Ukrainy. Sejm konwokacyjny różnił się tym od zwykłego, iż senatorowie zasiadali tam wspólnie ze szlachtą i nie wybierano też marszałka, a obradom przewodniczył codziennie poseł z innego województwa. Podczas obrad zatwierdzono sądy kapturowe (którym nadano jednolity charakter sądów ostatniej instancji), uchwalono podatki na obronę granic, zakazano "wyprowadzania koni i sprzętów wojennych" za granicę, uchwalono też - do czasu wyboru nowego króla - zamknięcie wszystkich karczem i zakaz zabaw publicznych. Posłom obcych dworów przyznano specjalne listy starościńskie, bez których nie mogli oni podróżować po kraju (chciano tym samym zniwelować wpływ obcej agentury, która już zaczęła szukać kontaktów, przekonując szlachtę do poparcia swych władców). Posłowie musieli teraz zatrzymać się przy granicy i tam czekać na przyznanie listów przez prymasa, umożliwiających im wjazd do Rzeczypospolitej (posłom Habsburgów wyznaczono takie miejsce w Urzędowie w ziemi lubelskiej, zaś posłom francuskim Konin w ziemi kaliskiej).

Podczas obrad musiano zająć się również podstawowymi problemami, takimi jak: przyznanie pierwszeństwa do tytułu interreksa prymasowi lub marszałkowi wielkiemu koronnemu, a także uzgodnienie kwestii, czy głos jednego szlachcica miał znaczyć tyle samo, co głos senatora. Ostatecznie uzgodniono (po przemowie Jana Zamoyskiego i Jakuba Ponętowskiego - cześnika łęczyckiego) iż wybór nowego monarchy winien być udziałem całego narodu. Zamoyski, powołując się jeszcze na uchwałę Sejmu z 1530 r. w tej sprawie, stwierdził: "Senat, poselstwo, są urzędem, stan rycerski zaś narodem, a gdy równe są swobody całego rycerstwa, sprawiedliwą było rzeczą, aby, jako do obrony Ojczyzny, tak do wyboru króla każdy z rycerstwa równo się przykładał". Uznano więc że będziesz sprawiedliwym, by wszyscy "panowie bracia" bez względu na sprawowane urzędy i posiadane majętności, mieli równe prawo głosu co do wyboru wspólnego Rzeczypospolitej monarchy. Zdecydowano się jednak wyłączyć z elekcji przedstawicieli książąt hołdowniczych (pruskiego i kurlandzkiego), tak, aby nigdy nie mieli oni wpływu na wybór króla Polaków, Litwinów i Rusinów. Wyznaczono też miejsce pod przyszłą elekcję królewską, a ponieważ szlachcie i magnatom było dobrze obradować pod Warszawą, to właśnie to miejsce (wieś Kamień na Pradze) wybrano teraz na wybór monarchy (zaważyła przy tym również opinia prymasa, który dobrze wiedział że większa część szlachty mazowieckiej jest katolicka i że stawi się ona tłumnie pod Warszawą, przechylając w razie konieczności szalę na korzyść Kościoła Katolickiego). Ostatecznie uzgodniono też, że każdy nowy król będzie zobowiązany zatwierdzić dawne przywileje szlachty, oraz przyjąć na siebie pewne nowe zobowiązania, aby Rzeczpospolita - która oddaje mu swą koronę, mogła mieć z niego jakiś pożytek (szlachta bała się bowiem tego, że może wybrać niewłaściwego króla, który potem okaże się np. tyranem lub będzie miał jakąś inną wadę. Pytano więc: "Sprawy sejmowe można odbywać przez posłów, bo łatwe do naprawy, ale jak naprawić wybór złego króla?". Ostatecznie nową elekcję królewską wyznaczono na dzień 6 kwietnia 1573 r. we wsi Kamień. Tuż przed samym zakończeniem Sejmu konwokacyjnego (29 stycznia) podjęto jeszcze jedną decyzję o fundamentalnym znaczeniu dla dziejów kraju i Europy.




Zawarto bowiem (26 stycznia 1573 r.) wzajemną zgodę religijną i tolerancję wyznaniową. Było to spowodowane wrażeniem dokonanej w Paryżu (23/24 sierpnia 1572 r.) tzw.: "Nocy św. Bartłomieja", podczas której katolicy wymordowali protestantów/hugenotów. Aby więc nigdy w Rzeczypospolitej do podobnej zbrodni nie doszło, katolicy i protestanci wspólnie ułożyli zasady religijnej zgody narodowej (było to tak naprawdę potwierdzenie stanu faktycznego, gdyż takowa zgoda istniała w mniejszym lub większym stopniu od początku Reformacji religijnej, a od roku 1563 i pozbawienia sądów duchownych władzy nad protestantami, oraz od zrzeczenia się przez króla sądzenia spraw o herezję - 1570 r. stała się realnie faktem obowiązującym). Akt Konfederacji Warszawskiej 1573 r. (bo taką to nazwę nosiła odtąd zgoda religijna) spisało 15 wybranych przedstawicieli (7 katolików, 7 protestantów i biskup kujawski - Stanisław Karnkowski). Uzgodniono: "Pokój między sobą zachować dla różnej wiary i odmiany, w kościele krwi nie przelewać, ani się penować (karać) konfiskatą dóbr, skazywać na infamię, więzienie lub wygnanie i zwierzchności żadnej, ani urzędowi do takowego progresu żadnym sposobem nie pomagać". Innymi słowy, zobowiązywano się do powstrzymania od wzajemnych prześladowań na tle religijnym, a także do przeciwdziałania takim próbom, gdyby wychodziły one od króla lub sądów królewskich. Konfederacja Warszawska była pierwszym tego typu dokumentem, który jasno określał zasady zgodnego współżycia wyznawców różnych religii chrześcijańskich, drugim takim aktem będzie - wydany w 1598 r. przez króla Francji Henryka IV Burbona - tzw.: Edykt Nantejski, ale jakoś dziwnym trafem głównie mówi się na Zachodzie o tamtym, zaś Konfederacji Warszawskiej, wcześniejszej o 25 lat, w ogóle się nie dostrzega. A przecież to w tamtych czasach Europa Środkowa nadawała ton wszelkiej wolnościowej idei, gdyż to, co potem z biegiem dekad obmyślali filozofowie Zachodu, w naszej części Europy już funkcjonowało jako żywa praktyka ustrojowa, oparta na zasadzie prawa, wolności i tolerancji jednostki. Konfederacja Warszawska została podpisana przez senatorów oraz delegatów z miast koronnych i "głośno przyjęta" przez posłów - 28 stycznia 1573 r. W dniu następnym Sejm konwokacyjny zakończył obrady.

W międzyczasie, do chwili zwołania Sejmu elekcyjnego, ponownie obradowały (w marcu) sejmiki ziemskie, gdzie radzono nad postanowieniami przyjętymi na Sejmie konwokacyjnym. Sejmiki województw: krakowskiego, mazowieckiego, lubelskiego i ruskiego wprowadziły obowiązek uczestnictwa szlachty na zjeździe elekcyjnym, pozostałe sejmiki innych ziem i prowincji stawiały na dobrowolność w tej kwestii. W rzeczywistości było tak, że spora część szlachty pozostała w domach ze względu na niechęć do ponoszenia kosztów podróży oraz z powodu zapewnienia bezpieczeństwa granic i porządku wewnętrznego. Najbardziej licznie oczywiście zjawiła się we wsi Kamień pod Warszawą szlachta mazowiecka, której było jakieś 10 000. Szlachta z pozostałych ziem Rzeczypospolitej liczyła łącznie ok. 40 000 osób (a do tego należy doliczyć również i liczną służbę, jaką ze sobą sprowadzano, co powodowało że łącznie zebrało się pod Warszawą prawie 200 000 głów). Oczywiście wyborcy przybyli "pod bronią", zaś niektórzy panowie nawet "działa ze sobą przywiedli" (jak pisał Teodor Morawski). Było to więc ciekawe zgromadzenie: połączenie zamiłowania do darmowej kuchni (jaką serwowano podczas zjazdów sejmowych) z paradami pocztów wojskowych. Senatorowie zostali rozlokowani przez marszałków (dwóch koronnych i dwóch litewskich - którzy mieli obowiązek czuwania nad bezpieczeństwem i organizacją zjazdu) w kamienicach warszawskich, zaś pozostałą szlachtę rozmieszczono w okolicznych wsiach (w odległości nie większej niż trzy mile). Połączenie wsi Kamień (miejsce obrad) z Warszawą, zapewniał wielki most przez Wisłę, którego budowę rozpoczął jeszcze król Zygmunt August w 1568 r. a zakończyła (własnym sumptem) księżna Anna Jagiellonka właśnie w 1573 r. Ów most zaliczał się do prawdziwych cudów ówczesnego świata, liczył sobie 500 metrów długości i był najdłuższym drewnianym wówczas mostem w Europie. Jego otwarcie nastąpiło tuż przed zjazdem sejmowym - 5 kwietnia 1573 r. i budził prawdziwy podziw (w latach późniejszych wzniesiono od strony Warszawy Bramę Mostową ze strażniczą wieżą, która miała chronić most przed ogniem, a także zatrudniono specjalną straż, która pilnowała mostu zarówno w dzień jak i w nocy. Przetrwał on łącznie 30 lat, gdy w 1603 r. kra lodowa zerwała przęsła mostu i ten się zawalił. Potem jeszcze kilkukrotnie próbowano go odbudować, ale aż do stworzenia pierwszego stałego, stalowego mostu warszawskiego - czyli Mostu Kierbedzia w 1864 r., konstrukcje te były jedynie czasowe).




Warto też nadmienić, że postać księżnej Anny Jagiellonki w tamtym czasie nabrała znaczenia, a to z powodu majątku, jaki odziedziczyła ona po swym bracie Zygmuncie Auguście. Co prawda pani ta liczyła już sobie 50 lat, ale z powodu majątku i faktu że przez ożenek z nią można było zdobyć polską koronę, stała się bardzo pożądaną partią w ówczesnej Europie. Wysyłali jej propozycje małżeństwa książęta znacznie młodsi (np. 19-letni książę Ernest Habsburg). Posyłano też swoje obrazy, aby księżna mogła naocznie ujrzeć, jak przystojny jest dany kandydat do jej ręki. Szlachta - zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa takiego kroku i poślubienia przez Annę jakiegoś książątka, na którego naród by się nie godził, zmusili księżnę do opuszczenia Warszawy i przeniesienia się do Piaseczna (22 lipca 1572 r.). Stamtąd przeniosła się ona następnie do Łomży, a potem do Płocka. Szlachta przyznała jej co prawda tytuł infantki, ale jednocześnie przydzieliła "kuratorów", którzy mieli czuwać nad jej decyzjami. W tych dniach żaliła się ona w liście do siostry (Zofii): "Co czynię, z kim mówię, co piszę, do kogo, chcą o wszystkim wiedzieć, komu odpisać mam to mi rozkazują jako chcą". Posiadając wielki majątek po bracie, w rzeczywistości nie mogła z niego korzystać bez zgody szlachty i żyła bardzo skromnie (ksiądz Piotr Skarga, który był jej powiernikiem w tym czasie, pisał potem że miała w tym okresie tylko jeden srebrny kubek, który zwała "sierotką"). Wciąż była strofowana (szlachta mawiała: "Wasza Królewska Mość, ty nam chcesz tę koronę stracić dla siebie (...) ty nam obierać nie będziesz pana!", zaś biskup kujawski - Stanisław Karnkowski upominał ją słowami: "Już widzimy, że Wasza Królewska Mość coś czynisz bez woli naszej. Tak się nie godzi!"). Mimo to, tuż przed samym zjazdem elekcyjnym, księżna Anna Jagiellonka powróciła na Zamek do Warszawy, czym wzbudziła sensację i... przerażenie (pisała potem w liście do swej siostry Zofii, że: "Senatorowie zlękli się, ujrzawszy mnie"), przybyła tam bowiem bez wiedzy jej opiekunów. Jednak wjazd potomkini królewskiej dynastii Jagiellonów nie mógł zostać zignorowany i oczywiście zarówno Senat, jak i posłowie oraz cała szlachta przybyli ją powitać, jak należało to uczynić w stosunku do osoby królewskiego rodu. Anna wyprawiła dla nich ucztę, na której to doszło do nieprzyjemnego incydentu, gdy podpity wojewoda sandomierski - Piotr Zborowski, zaczął oskarżać księżnę o próbę otrucia całej szlachty. Tego incydentu jednak prawie nikt nie pamiętał, bowiem większość szlachty była już wówczas tak pijana, że trzeba ich było od stołu wynosić z komnaty za ręce i nogi.

Księżna miała licznych wrogów (Radziwiłłów, Zborowskich, Firlejów, prymasa Uchańskiego, biskupa krakowskiego - Franciszka Krasińskiego), miała jednak poparcie wśród licznej drobnej i małej szlachty (szczególnie mazowieckiej). Wielcy panowie mieli jej za złe, że pragnie podważyć postanowienia Unii Lubelskiej z 1569 r. tworzącej jedną polsko-litewską Rzeczpospolitą (księżna pragnęła to uczynić, aby odzyskać dziedziczenie na Litwie, gdzie możni już zajęli wiele zamków i włości należących niegdyś do jej matki, królowej Bony Sforzy i nie pozwalano jej skorzystać z testamentu po zmarłym bracie, gdyż wszystko zostało opieczętowane i zamknięte na klucz). Co jakiś czas do jej komnat pukali też posłowie, oferujący jej małżeństwo ze swymi władcami. Najczęściej przebywał w jej komnatach poseł habsburski, który namawiał ją do wybrania jednego z arcyksiążąt austriackich (Maksymiliana lub Ernesta), ale już w październiku 1572 r. przybył też wysłannik króla Francji Karola IX Walezjusza - biskup Walencji Jean de Monluc, który przekonywał Annę do małżeństwa z młodym następcą francuskiego tronu - Henrykiem d'Anjou. Ponoć pomysłodawcą ożenku Anny z Henrykiem, był turecki wezyr - Tawil Sokollu Mehmed Pasza, który w interesie sułtana czynił wszystko, aby na polskim tronie nie zasiedli Habsburgowie, z którymi to Turcy Osmańscy od dawna już zmagali się orężnie na Węgrzech. Dwór paryski entuzjastycznie przystał na tę turecką propozycję, tym bardziej że Karol IX szczerze nie znosił swego młodszego brata, który był oczkiem w głowie matki - królowej Katarzyny Medycejskiej i pragnął czym prędzej pozbyć się go z Francji. Karol IX, aby pokazać swoją niechęć do Henryka, często nawet porywał się na niego w gniewie z rękoma do bicia i matka obawiała się, by ostatecznie nie zlecił morderstwa Henryka (tym bardziej że Karol miał wciąż w głowie dawną przepowiednię Nostradamusa, którą usłyszał na własne uszy, gdy był jeszcze dzieckiem, a brzmiała ona, że wszyscy synowie Katarzyny Medycejskiej zasiądą na francuskim tronie). Wysłanie go do Polski było więc o tyle korzystne, że eliminowało zagrożenie przejęcia władzy przez Henryka we Francji i jednocześnie stwarzało możliwość wzięcia Habsburgów w kleszcze z obu stron: Polski i Francji.




 Henryk jednak nie pragnął wyjeżdżać do odległej Polski, a już perspektywa małżeństwa ze starą (50-letnia kobieta była już wówczas uważana za starą) Anną Jagiellonką, tym bardziej go nie radowała. Miał już zresztą wcześniej być kandydatem na męża angielskiej królowej - Elżbiety I, także starszej od niego o prawie dwadzieścia lat (podczas pobytu w Londynie, Henryk przybył tam ze swoimi "mignonami", z którymi często przebierał się w kobiece suknie i zachowywał jak kobieta. Raz nawet Elżbieta odkryła go w takim przebraniu i wybuchła gromkim śmiechem, co zupełnie zraziło Henryka do jej osoby). Potem matka chciała go jeszcze ożenić z królową Szkocji - Marią Stuart, ale ten mariaż także nie doszedł do skutku. Ostatnim planem Katarzyny Medycejskiej było zrobienie z Henryka... króla Algieru (oczywiście za zgodą Wielkiej Porty), ale Turcy odmówili wsparcia w tej sprawie (Henryk musiałby przejść na islam, co było wykluczone). I w tej właśnie sytuacji pojawiła się wizja zdobycia korony polskiej (luty 1572 r.), przez małżeństwo Henryka z podstarzałą Anną Jagiellonką. Katarzyna Medycejska, wespół z Karolem IX, posłali więc do Rzeczpospolitej młodego Jeana de Montluc (nieślubnego syna biskupa Walencji - Jeana de Montluc, który w 1567 r. uznał swego nieślubnego syna za dziedzica i dał mu swoje nazwisko. Wcześniej młody Jean zwał się bowiem Balagny). Młodzieniec jechał przez Wiedeń (gdzie w obawie aby go tam nie zatrzymano, rozgłaszał że jedzie zwiedzić Polskę, Szwecję i Danię w celach naukowych, jako że niedawno ukończył Uniwersytet w Padwie), dzięki temu przejechał szczęśliwie i w czerwcu 1572 r. przekroczył granicę Rzeczypospolitej, udając się następnie do Knyszyna, do umierającego króla Zygmunta Augusta, który jednak nie był już w stanie go przyjąć. Kolejne miesiące przeznaczył Montluc na zgłębianiu charakteru narodowego Polaków, goszcząc często w siedzibach magnatów i szlachty (gdzie upijał się do utraty przytomności, podejmowany licznymi trunkami i wybornym jadłem, wśród którego były nawet specjalnie dla niego sprowadzane z Francji małże, a także wiele gatunków wina i konfitur). W zasadzie młody Montluc nie miał czasu by wytrzeźwieć, gdy z dnia na dzień gościł na innych przyjęciach. Po śmierci Zygmunta Augusta Jean de Montluc powrócił do Paryża, aby zdać relację królowi Karolowi i jego matce.


TRZEJ MUSZKIETEROWIE i d'ARTAGNAN



Katarzyna Medycejska tym razem jednak (zapewne nie ufając relacjom młodego bawidamka) posłała do Polski jego ojca, biskupa Walencji o tym samym imieniu - Jean'a de Montluc. Pochodził on ze starej, gaskońskiej szlachty (spokrewnionej z d'Artagnanami, której to rodziny jeden z członków stał się sławny, dzięki Aleksandrowi Dumasowi i jego powieści o przygodach Atosa, Portosa, Artamisa i d'Artagnana pt.: "Trzej muszkieterowie"). W życiu miał różne zakręty nim został biskupem Walencji. Jean de Montluc przeszedł nawet na protestantyzm i o mały włos nie został spalony za to na stosie (za złamanie ślubów bezżeństwa, bowiem będąc już księdzem, ożenił się i zmienił wiarę). Ocaliła go od takiej śmierci interwencja królowej Katarzyny Medycejskiej, której Montluc wpadł w oko. Obsypany przez nią honorami, powrócił do katolicyzmu i został biskupem Walencji. Za uratowanie mu życia, służył potem wiernie swej pani podczas licznych poselstw do wielu krajów. Teraz odbył z jej polecenia podróż do Polski (choć starał się od tego wymigać, twierdząc że zdrowie nie pozwala mu na tak daleką podróż). Wyjechał z Paryża 17 sierpnia 1572 r. (na tydzień przed masakrą hugenotów w Dzień św. Bartłomieja) i już w Niemczech doszły go słuchy o tej zbrodni (doświadczył też tam wielu upokorzeń oraz niemiłych spotkań z rajtarami), ale ostatecznie 15 października przekroczył granicę Rzeczypospolitej. Tam starał się przypodobać szlachcie, roztaczając przed nią wizję Henryka jako nowego króla Polski, połączonej sojuszem z Francją w celu zniszczenia potęgi domu habsburskiego. Spotkał się tu jednak ze sporą konkurencją, jako że nie tylko posłowie Habsburgów przybyli agitować za swymi władcami, ale również posłowie z Prus Książęcych w imieniu księcia Albrechta Fryderyka Hohenzollerna (syna Albrechta - ostatniego wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego linii pruskiej, który w 1525 r. złożył hołd lenny Koronie Polskiej i został przez króla Zygmunta I mianowany "księciem w Prusiech", a wcześniej musiał się wyrzec wszystkich miast i twierdz pruskich, ofiarowanych Zakonowi z woli papieża i cesarza rzymskiego, a następnie otrzymywał je z powrotem, tym razem z woli króla polskiego, co miało być dowodem jego i jego potomków podległości Koronie Polskiej), jak również posłowie ze Szwecji, występujący w imieniu króla Jana III Wazy, posłowie siedmiogrodzcy optujący za poparciem swego księcia - Stefana Batorego, a także przybyło poselstwo od cara Iwana IV Groźnego, które obiecywało w imieniu swego "gosudara" utrzymanie przywilejów szlacheckich, połączenie Polski i Litwy z Rosją, a nawet przyjęcie przez cara katolicyzmu (jeśli wiara ta zostanie uznana za lepszą w dysputach teologicznych z prawosławiem). Konkurencja była więc spora, dlatego też postanowiono wprowadzić specjalne listy starościńskie dla posłów, aby ci nie rozjeżdżali się samoistnie po kraju i nie agitowali "na zgubę Rzeczypospolitej".


KRÓLESTWO FRANCJI



Szybko jednak Montluc zyskał poparcie biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego i wojewody sieradzkiego - Olbrachta Łaskiego (którego ród z Francją od dawna był związany, np. jego ojciec, Hieronim Łaski posłował w latach 1524 i 1531 do króla Franciszka I, a wuj Stanisław długo przebywał na paryskim dworze i brał też udział u boku króla Franciszka w bitwie pod Pawią w 1525 r. Zaś jeden z kuzynów - Jan Łaski wiele podróżował po Francji, Niemczech i Anglii i stał się jednym z filarów Reformacji religijnej, szczególnie w Anglii). Łaski był wielkim magnatem, którego ambicją było zostać hospodarem mołdawskim. Jednocześnie był to człowiek, który pomimo swego gruntownego wykształcenia okazywał się często gwałtownikiem i warchołem, dwa razy zmieniał wyznanie (z katolicyzmu przeszedł na protestantyzm i ponownie powrócił do katolicyzmu w 1569 r.) trzykrotnie był żonaty (ostatnią żonę Francuzkę - Sabinę de Sauve poślubił, gdy jego druga żona - Beata Ostrogska/Kościelecka jeszcze żyła, czym popełnił bigamię - którą zresztą w ogóle się nie przejmował). Jean de Montluc przekonał do poparcia Henryka Walezjusza wielu magnatów i szlachtę, ale cieniem na jego wysiłku położyła się wiadomość o rzezi hugenotów w Paryżu. Była to karta przetargowa dla Habsburgów, którzy poczęli rozgłaszać teraz, że jeśli Polacy obiorą sobie francuskiego księcia, ten gotów wzniecić tu te same wojny religijne, które miały miejsce we Francji. Nagle cała misterna praca Montluca poczęła się rozpadać, a on nie krył tym swego rozczarowania w listach, pisanych do sekretarza stanu w Paryżu - Brulart'a. W jednym z nich znalazły się takie słowa: "Zrozumcie, jak dalece ten nieszczęsny wiatr, który wieje we Francji, cofnął łódź, którąśmy już dowiosłowali do wejścia do portu. (...) Jeżeli miano ochotę na to królestwo polskie, trzeba było wstrzymać wykonanie tych egzekucji, które się stały". Błagał też, aby w tych warunkach odwołano go z Polski, gdyż nic więcej nie jest tu w stanie zdziałać, tym bardziej że agenci Habsburgów opisują ze szczegółami zbrodnie, jakich dokonywano na hugenotach w Paryżu, tak, iż jemu samemu zbiera się na wymioty. Twierdził też że dostał wysokiej gorączki i niedomaga z tego powodu.

Jako wsparcie dla biskupa Walencji (a raczej niezależnie od niego) wysłała królowa Katarzyna Medycejska do Polski swego karła, Polaka - Jana Krasowskiego, który przez lata przebywał na jej dworze i którego bardzo tam polubiono. Pochodził on z dobrej rodziny, a także nie raził innych swoją powierzchownością, bo pomimo niskiego wzrostu, był dobrze zbudowany, dowcipny i miły w obejściu. Potrafił zdobywać zaufanie i przekonywać innych do swych planów (zbił też znaczny majątek). Ale także i on pisał do Katarzyny że Noc św. Bartłomieja bardzo popsuła mu zadanie. Twierdził bowiem: "Niemcy, którzy wyrzucili już 60 000 talarów na wybór arcyksięcia, zaczęli rozpisywać takie oszczerstwa, których nie śmiem powtarzać. Odważyli się mówić, że król i duc d'Anjou biegali po ulicach Paryża, krzycząc "śmierć hugenotom!". Wszyscy protestanci tego królestwa, a są bardzo liczni, którzy byli po naszej stronie, nie wiedzą co robić i gdzie się zwrócić" (w podobnym duchu pisał poseł francuski w Wenecji, który twierdził że oburzenie rzezią paryską jest tak powszechne, że dotyczy nie tylko protestantów, ale i katolików. Zaś Niemcy, którzy jeszcze do niedawna rozważali możliwość wyboru księcia Henryka na tron cesarski, teraz już nawet o tym nie wspominają). Członek francuskiego poselstwa Montluca - Jean Choisin, tak też pisał w swych pamiętnikach: "Nasza popularność nie trwała dłużej, jak dwadzieścia cztery godziny, gdyż przybył ktoś, kto przywiózł fatalną wiadomość, wzbogaconą wieloma szczegółami, a w kilka godzin już złorzeczono imieniu francuskiemu. Co tydzień przynoszono ryciny, przedstawiające sposoby, w jaki męczono hugenotów. Rozpruwano kobiety, aby wydzierać dzieci z ich łona. (...) Te rysunki z odpowiednimi podpisami tak dalece oburzały umysły, że mnóstwo osób nie cierpiało, aby w ich przytomności wspominano nazwisko Karola IX, panie mówiły o wydarzeniach paryskich z płaczem, jak gdyby były świadkami tych egzekucji".




W takiej sytuacji - aby jeszcze ratować to, co zostało z misji francuskiej - sekretarz stanu Brulart nakazał Montluc'owi posłużyć się kłamstwem i drukować pisma (po łacinie - który to język był drugim obowiązującym w Polsce, i po francusku), twierdzące że w czasie Nocy św. Bartłomieja zginęło nie więcej, jak ok. czterdziestu szlachciców. W tym celu Montluc sprowadził z Francji samego Guy'a de Faur de Pibrac - poczytnego pisarza francuskiego, który w tamtym czasie stał się zwykłym propagandystą na usługach Korony Francuskiej, mającym w pięknych słowach usprawiedliwić ową rzeź. Otrzymał za to spore honorarium i wsparcie króla oraz Katarzyny Medycejskiej. Montluc ściągnął go do Polski aby ocalić to, co pozostało z "imienia Francji " w tym kraju. Pibrac przystąpił do nowego zadania, w myśl sentencji którą się kierował w życiu, a brzmiała ona tak: "Kochaj rząd taki, jaki los przygodził. Jeśli królewski, kochaj króla-pana, jeśli zaś władza pospólna jest dana, kochaj ją takoż, boś się pod nią zrodził". Pisma Pibrac'a krążyły po Warszawie, gdy pod wieś Kamień zjechała się szlachta Rzeczypospolitej aby wybrać sobie nowego króla. Jakie odniosła ona skutek, o tym w kolejnej części... 


CDN.

24 czerwca 2026

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. VII

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





I
JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM
(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"
NA RZYMSKIM PALATYNIE)
Cz. VI




9 kwietnia 193 r. w obozie wojskowym w Carnuntum w Panoni Górnej (Superior) nad Dunajem, wojska XIV Legionu Gemina okrzyknęły Lucjusza Septymiusza Sewera imperatorem. 1 czerwca Senat uznał go za cesarza, 9 czerwca Sewer wkroczył do Rzymu a 9 lipca wysłał swą armię na Wschód, ku ostatecznej konfrontacji z Gajuszem Pascenniuszem Nigrem. Sewer dysponował łącznie 16 legionami (wraz z oddziałami pomocniczymi), Niger zaś 10. Wcześniej też, bowiem jeszcze w maju i czerwcu zabezpieczył sobie Sewer tyły od Zachodu (wysyłając do trzeciego pretendenta do purpury z Brytanii - Decimusa Klodiusza Albina - swego legata, który przywiózł mu deklarację Sewera o usynowieniu Albina i uczynieniu go współwładcą na Zachodzie, co Albinowi całkowicie wystarczyło i na czym poprzestał) i od Południa (do Kartaginy posłał Sewer wydzielone oddziały doborowych jednostek, które miały za zadanie przekonać tamtejszego namiestnika - posiadającego tylko jeden legion w Numidii - do opowiedzenia się po jego stronie. A należy pamiętać że prowincja Afryka należała wówczas do najbogatszych, najspokojniejszych i najlepiej rozwiniętych prowincji Imperium Rzymskiego i jeśli miałbym wybierać żyć w tamtych czasach, to rzeczywiście najlepiej byłoby żyć właśnie w tej prowincji, gdzie głównym zmartwieniem były tylko spory religijne różnych odłamów chrześcijaństwa), mógł więc całą swoją siłę skierować teraz na Wschód. A tymczasem Niger tracił niepotrzebnie czas na zabawy, uczty i inne przyjemności jakie oferowała bogata syryjska Antiochia, wierząc zapewne w niezwyciężoność swoich wojsk i w bezgraniczne poparcie lokalnej ludności. Rzeczywiście, był popularny zarówno w armii jak i w Syrii, Azji Mniejszej, Egipcie i Grecji, jednak zaniedbując zdecydowane działania, pozwolił na to, by inicjatywę strategiczną całkowicie przejął Sewer, a tym samym utracił Rzym (gdzie również był bardzo popularny i gdzie początkowo to właśnie jego upatrywano w roli mściciela Pertynaksa), oraz zaprzepaścił oficjalne (prawne) uznanie swej władzy przez Senat. Co prawda namiestnik Azji - Emilian, opanował znaczne tereny w Tracji, Macedonii i Grecji, a z miasta Bizancjum uczynił swój główny obóz, to jednak wycofał się z tych terenów gdy tylko wojska Sewera zaczęły się zbliżać od strony Mezji (dzisiejsze ziemie Serbii i Bułgarii).


PROWINCJA AFRYKA, DWIE MAURETANIE I PROWINCJA CYRENAJKA
(Wykluczając Tingitanę - gdzie czasem dochodziło do ataków Maurów, praktycznie wszystkie rzymskie prowincje afrykańskie były bezpieczne, zasobne, a ludziom tam żyło się dostatnio i praktycznie beztrosko)



Ale za to propaganda Nigra święciła znacznie większe triumfy. Oczywiście jedna i druga strona - aby uprawomocnić swą władzę - musiała odnieść się do woli i opinii bogów. A jak najlepiej to uczynić jeśli nie poprzez wyrocznię? Otóż w Delfach tamtejsza kapłanka świątyni Apollina - na pytanie Nigra któż z owej trójki pretendentów do cesarskiej purpury jest najlepszy - odparła: "Najlepszy jest Fuscus, dobry Afer, najgorszy Albus". Oto przepowiednia Apollina, która trafiła do ludu i która brzmiała aż nazbyt czytelnie: "Najlepszy był Fuscus" - czyli po łacinie "brunatny", "ciemny", "czarny", a taki przydomek nosił właśnie Pescenniusz Niger. Dlaczego Niger okazał się "najlepszy?" Cóż, taka już jest ludzka natura że raczej nie lubimy iść pod prąd i jeśli jest taka możliwość, to wolimy płynąć z nurtem - innymi słowy lepiej nie narażać się na gniew tego, kto posiada w Grecji ogromne poparcie i dysponuje fortecą w Bizantion, skąd do Grecji jest "rzut kamieniem". Najlepszym okazał się więc ten, kto miał najbliżej do miejsc świętych Hellady i kto mógł za dobrą wróżbę wynagrodzić tamtejszych kapłanów - to takie proste i oczywiste. Jednak wojna jeszcze nie była rozstrzygnięta, a wojska Sewera operowały w Mezji, czyli też niedaleko od Grecji, poza tym Italię od Hellady dzielił zaledwie cienki pas cieśniny brundyzyjskiej. Rozsądnie więc nie należało zrażać do siebie również i Sewera, dlatego też "Afer" - czyli Afrykanin (Septymiusz Sewer urodził się w prowincji Afryce w miejscowości Leptis Magna - o której pierwsza łacińska wzmianka pojawia się stosunkowo późno, bowiem dopiero w 8 r. p.n.e. za rządów Oktawiana Augusta. Miasto więc rozwijało się jako w pełni rzymska kolonia wówczas zaledwie od jakichś dwustu lat), zatem też musiał być "dobry". Najgorszy zaś był "Albinus" ("biały"), czyli Klodiusz Albin - z oczywistego powodu - ponieważ był... najdalej, a jego dotarcie z Brytanii do Grecji było wówczas najmniej prawdopodobne. Tak oto "bóg Apollon", kierując się oczywiście całkowitą (boską) bezstronnością, wybrał akurat tego, który najwięcej mógł Grekom uczynić, i to zarówno dobrego jak i złego.


RZYMSKI WSCHÓD 



Zresztą owa "bezstronność" wyroczni delfickiej szybko została zdemaskowana, gdy tylko siły Emiliana wycofały się do silnie umocnionego Bizantion, a wojska Sewera opanowały całe Bałkany, łącznie z Helladą. Wówczas to, w kolejnej przepowiedni bóg zmienił zdanie, twierdząc teraz że: "Przelana zostanie krew białego i czarnego człowieka, władzę nad światem obejmie człowiek pochodzący z punickiego miasta" - krótko i zrozumiale - włada ten, kto ma moc sprawczą w danej chwili i jego też automatycznie wspierają bogowie. Sewer w błyskawicznym natarciu przerzucił morzem część wojska z portu Brundyzjum do portu Dyrrachium w Ilirii, skąd (via Egnatia) przez Macedonię wojska parły na Wschód. Sam zaś (w towarzystwie żony i dzieci) z główną armią maszerował drogą naddunajską przez Carnuntum, Sirmium, Naissus do Adrianopolis (Adrianopol). W październiku 193 r. połączone siły wojsk Sewera opanowały miasto Perynt nad Propontydą, co umożliwiło im przystąpienie do oblężenia Bizantion. W Bizancjum był już wówczas sam Niger, zaś w Bitynii, Frygii i Myzji operowała armia legata Emiliana, który miał za zadanie bronić prowincji Azji przed wojskami Sewera i uniemożliwić im desant zarówno z Hellespontu jak i z Bosforu. Po opanowaniu Peryntu udało się jednak flocie Sewera przerzucić przez Propontydę silny oddział pod dowództwem Klaudiusza Kandydusa, który wysadziwszy desant na azjatyckim wybrzeżu (na przylądku Arctonnessus), w bitwie pod Kyzikos (prawdopodobnie koniec listopada lub początek grudnia 193 r.) z armią Emiliana - odniósł całkowite zwycięstwo (Emilian poległ w bitwie, a wojska Nigra poszły w rozsypkę i tylko szczęśliwcom udało się dotrzeć do Bizantion). Teraz przed Sewerem swe bramy otworzyło duże greckie miasto - Nikomedia (stolica prowincji Bitynia). Wówczas to, konkurująca z nią o władzę w prowincji i przywileje handlowe w regionie - Nicea, opowiedziała się zdecydowanie po stronie Pescenniusza Nigra, zamykając swe bramy przed wojskami Kandydusa.




W styczniu 194 r. doszło do kolejnego starcia orężnego w bitwie pod Kius (portu morskiego Nicei) w Bitynii. Pierwsze uderzenie wojsk Klaudiusza Kandydusa okazało się zwycięskie i linie oddziałów Nigra zaczęły się załamywać. Trwało to do czasu, gdy na placu boju osobiście nie pojawił się sam Pescenniusz Niger i zagrzewając żołnierzy do walki, zdołał utrzymać linie, przegrupować się i przystąpić do kontrataku który omal nie doprowadził do klęski armii Sewera. Do klęski tej nie doszło tylko dzięki przytomności Kandydusa, który osobiście poprowadził swoich żołnierzy (już szykujących się do ucieczki) ze sztandarem w dłoni do ataku i... odniósł zwycięstwo - szeregi Nigra zostały przełamane, on sam wycofał się na południe a reszta wojsk poszła w rozsypkę lub uciekła pod osłoną nocy ku bagnom jeziora Askania (gdzie też część z nich się potopiła), zmierzając ku Nicei. Niger ewakuował wszystkie miasta Azji Mniejszej aż do Cylicji i gór Taurus (gdzie dopiero umocnił górskie przełęcze), lecz taki krok wywołał negatywne wrażenie w prowincjach, które dotąd wspierały Pescenniusza. Prowincje Azji Mniejszej (Bitynia i Pont, Azja, Galacja, Pisydia i Kapadocja) kolejno przechodziły na stronę zwycięskiego Sewera. Tak też postąpił Egipt, który już w lutym 194 r. zaczął bić monetę z wizerunkiem Afrykańczyka. Jednak w prowincjach, które jeszcze kontrolował Niger (Syria, Cylicja, Palestyna, Arabia) też nie działo się dobrze, gdyż doszło tam do swoistej wojny domowej pomiędzy poszczególnymi miastami, które albo zdecydowanie optowały za sprawą Nigra, albo też już składały wierność Sewerowi. W Palestynie wybuchły walki pomiędzy Żydami a Samarytanami, w Fenicji Tyr opowiedział się za Sewerem a Berytus za Nigrem. Podobnie było i w Syrii, gdzie Antiochia stała murem za swym "czarnym władcą" (oczywiście nie chodzi tutaj o kolor skóry, a jedynie o charakter, przez który Niger otrzymał takie właśnie przezwisko), zaś w nieodległej, nadmorskiej Laodyceji obalono jego posągi i poparto Sewera. Aby uspokoić sytuację, Niger zaczął wysyłać do zbuntowanych miast jednostki krwawych mauretańskich łuczników, którzy słynęli z bezwzględności i okrucieństw. Szybko stłumili oni buntownicze nastroje w Laodycei i Tyrze (gdzie strzelali do ludzi z łuku jak do kaczek, ale to akurat była łagodna i szybka śmierć, gorzej gdy związanym palono stopy lub podpalano włosy). Zażegnawszy buntownicze nastroje, zamienił Niger cały obszar Syro-Palestyny w prawdziwą twierdzę, odgrodziwszy się silnymi umocnieniami wzniesionymi w górach Taurus - umocnieniami, których w żaden sposób nie mogli przejść ani zdobyć żołnierze Sewera.




Wciąż ponawiane ataki nie przynosiły żadnych rezultatów, a jedynie generowały straty wśród żołnierzy, co też negatywnie wpływało na ich morale. Nie było jednak sposobu jak obejść te umocnienia i od tyłu uderzyć na nieprzyjaciela. Można było spróbować drogą morską, ale korpus rzymskiej floty w Antiochii (wierny Nigrowi) był silny, a zresztą flota Sewera wciąż była jeszcze na Morzu Egejskim lub w Propontydzie. Należałoby więc po nią posłać i poczekać aż się zjawi, bez gwarancji sukcesu w ewentualnej morskiej bitwie. Sytuacja stawała się patowa i gdy zastanawiano się nad sposobami przełamania umocnień tauryjskich, z pomocą Sewerowi przyszła sama natura. Otóż pewnego dnia nastąpiło prawdziwe oberwanie chmury. Deszcz rozlał się strumieniami, a strumienie lejącej się po skałach wody podmyły fundamenty umocnień obronnych, które bardzo szybko same się zawaliły. Żołnierze Nigra, widząc co się dzieje, czym prędzej opuścili swoje posterunki i rzucili się do ucieczki. W chwilach totalnej katastrofy i rzeczywistego rozpadu armii, jedyną nadzieją Nigra i swoistym "światełkiem w tunelu" był zapał i mobilizacja młodzieży antiocheńskiej, która gremialnie zgłaszała się do wojska. Zapał jednak nie mógł zrekompensować doświadczenia i wyćwiczenia wojskowego, którego ci młodzi Antiocheńczycy nie posiadali. Do decydującej bitwy doszło 31 marca 194 r. w rejonie miejscowości Issos (tam, gdzie 526 lat wcześniej wojska Aleksandra Wielkiego rozbiły potężną armię perską króla Dariusza III). Bitwa długo pozostawała nierozstrzygniętą, a nawet legiony Nigra zaczęły w pewnym momencie brać górę nad sewerianami (co w sytuacji niedoświadczenia bojowego rekrutów jest wymownym przykładem jak ofiarnie i z jakim zapałem potrafili się oni bić z doświadczonymi i zaprawionymi w bojach jednostkami naddunajskimi) i wtedy znów natura wystąpiła zdecydowanie przeciwko Nigrowi. Rozpętała się burza, a wiatr z deszczem począł wiać bezpośrednio w twarze obrońców, uniemożliwiając im właściwy ogląd sytuacji. Nie zauważyli oni też jak oddziały jazdy sewerian pod dowództwem Anulliusa, dokonały taktycznego manewru okrążenia i wyjścia na tyły wojsk Nigra. Tam, w odciętym kotle pod Issos zginęło prawie 20 tys. żołnierzy Pescenniusza Nigra. On sam, z kilkoma towarzyszami wydostał się z pola bitwy i zbiegł do Antiochii, w której już panowała nerwowość i panika - a kto mógł, ten czym prędzej uciekał z miasta. Tak też postąpił i Niger, który próbował dotrzeć do Eufratu i potem przedostać się do kraju Partów. Nie udał mu się ten manewr, gdyż wcześniej został dogoniony przez pościg i na miejscu zabity, a jego odciętą głowę dostarczono zwycięskiemu Sewerowi. Tak oto wyeliminowany został najgroźniejszy (dla Sewera) z pretendentów do cesarskiej purpury.

Teraz zwycięski Sewer stał się panem życia i śmierci dla tych, którzy mieli to nieszczęście opowiedzieć się po niewłaściwej stronie sporu i przegrali. Do niewoli dostali się zbiegli z Rzymu (często wraz z rodzinami) senatorowie, którzy poparli Nigra. Sewer co prawda przebaczył im zdradę (zmuszając ich jednocześnie by sami zadeklarowali jak bardzo dali się zwieść "tyranowi"), ale wszyscy oni utracili zarówno miejsca w Senacie, jak i swoje majątki, a następnie zostali wypędzeni na małe wyspy, gdzie mieli żyć do końca swych dni bez możliwości powrotu do Rzymu. Jawni zwolennicy Nigra byli denuncjowani (w takich sytuacjach w grę wchodziła również wzajemna ludzka zazdrość i nienawiść, gdy jedni denuncjowali innych nie tyle dla własnych korzyści, a jedynie po to, aby pognębić sąsiada) i mordowani. Aby wykupić się od śmierci musieli częstokroć oddawać całe majątki na rzecz nowego władcy, a ci, którzy wyłożyli jakąkolwiek sumę na korzyść Nigra, musieli teraz w czwórnasób zapłacić tyle Sewerowi (jeśli chcieli zachować życie). Podobnie jak ludzie, za obranie niewłaściwej strony musiały zapłacić również i całe miasta i tak, wielka, ponad półmilionowa Antiochia utraciła prawa miejskie i sprowadzona została do pozycji wioski, włączona terytorialnie do sąsiedniej (znacznie mniejszej) Laodycei - która to w nagrodę uzyskała status miasta kolonialnego i do swej nazwy dołączyła zaszczytny przydomek Septimia. Zimę roku 194/195 Septymiusz Sewer wraz z małżonką i dziećmi, spędzili w Syrii. Julia Domna zapewne odwiedziła wówczas rodzinną Emesę, skąd się wywodził jej ród. W każdym razie na pewno była osobą, która w jakiś sposób mogła pośredniczyć w złagodzeniu wyroków wydawanych przez jej męża, choć zapewne w wiekszości jej rola podczas tych kampanii u boku męża, ograniczała się jedynie do wielce czcigodnej, ale jednak tylko maskotki armii. 14 kwietnia 195 r. Julia Domna została uhonorowana tytułem "mater castrorum" ("matki obozów wojskowych"), który to tytuł przed nią nosiła jako pierwsza jedynie dostojna Annia Galeria Faustyna - małżonka Marka Aureliusza. W tym samym czasie Septymiusz Sewer dokonał samoistnej adopcji do dynastii Antoninów - występując odtąd jako syn boskiego Marka Aureliusza. Nawet zaczął się fizycznie upodabniać do swego przybranego ojca, zapuszczając brodę w stylu greckim (ze specjalnie stylizowanymi włoskami), otrzymując (od lekarza - Galena) takie same lekarstwa, jakie dostawał Marek Aureliusz, oraz stopniowo eliminujac ze swej tytulatury przydomek "Pertynaks" - którym dotąd się posługiwał (oczywiście miało to na celu usunięcie w cień swoistych efemerycznych princepsów po to, aby pokazać ludowi iż teraz następuje powrót do ciągłości władzy dynastii "dobrych cesarzy" Antoninów - którą to założył przed stuleciem cesarz Trajan).




Mimo że Sewer odwoływał się do najlepszych i najpomyślniejszych dla Imperium lat rządów Antoninów (ze szczególnym uwzględnieniem cesarza-filozofa Marka Aureliusza), był jednak przepełniony nienawiścią i chęcią zemsty na swych wrogach (zarówno tych realnych, jak i tych zupełnie już nieszkodliwych), a przykładem tego było postępowanie z żoną i synami Pescenniusza Nigra, których najpierw skazał na wygnanie, a następnie na karę śmierci. Po dopełnieniu tych zbrodni i propagandowych posunięć, jeszcze w kwietniu lub w maju 195 r. skierował się Sewer w kierunku krain leżących za Eufratem, w celu ukarania tamtejszych lokalnych władców (za próbę udzielenia wsparcia Nigrowi) oraz zademonstrowania Partom siły legionów rzymskich w celu odstraszenia ich od jakichkolwiek antyrzymskich akcji w przyszłości. Tak więc najpierw opanowano krainę Osroene (z której zrobiono rzymską prowincję) a następnie zajęto miasto-twierdzę Nisibis w Mygdonii (północna Mezopotamia) i również to miasto włączono do Imperium, po czym granica stanęła na rzece Chaboras. Cesarz natychmiast też dodał sobie do nazwiska przydomki "Arabski" i "Adiabeński". Teraz Septymiusz Sewer miał przed sobą jeszcze dwie sprawy do rozwiązania. Pierwsza, znacznie mniej ważna, ale uciążliwa - to było doprowadzenie do kapitulacji miasta-twierdzy w Bizantion, które wciąż opierało się zwycięzcy i jeszcze nie otworzyło przed nim bram, pomimo klęski i śmierci Pescenniusza Nigra (którego głowę - wbitą na pal - obworzono wokół murów miasta, aby pokazać Bizantyjczykom że nie mają już o co i za kogo walczyć). Drugą zaś kwestią był Klodiusz Albin jako adoptowany "syn Sewera" i współcesarz w Brytanii oraz północnej Galii. Po zwycięstwie nad Nigrem, Albin przestał być już potrzebny Sewerowi, a wręcz stawał się przeszkodą do urzeczywistnienia pełni jego władzy i zademonstrowania bliższych związków z dynastią Antoninów. Na początku Sewer postanowił pozbyć się Albina za pomocą skrytobójców przebranych za posłów, którzy mieli odciągnąć go w ustronne miejsce celem poufnej rozmowy, podczas której miano go zasztyletować (gdyby jednak nie udało im się doprowadzić do spotkania z Albinem w cztery oczy, wysłani zabójcy zostali zaopatrzeni również w trucizny, które przekazać mieli przekupionym przez siebie niewolnikom Klodiusza Albina, by ci dodali je do jego posiłku). Ta misterna (choć na dobrą sprawę raczej prostacka) intryga, nie powiodła się, gdyż w Brytanii posłów od Sewera nie tylko skrupulatnie przeszukano przed dopuszczeniem ich do rozmów z Albinem, ale znalazłszy ukryte sztylety i buteleczki z trucizną, wzięto ich na tortury, podczas których wyjawili jaka była ich prawdziwa rola.


UPADEK BYZANTION



Ten nieudany zamach stał się w zasadzie zerwaniem wszelkich kontaktów pomiędzy Sewerem a Albinem i był realnym wypowiedzeniem wojny, która tym razem szykowała się na Zachodzie. 15 grudnia 195 r. w obozie wojskowym w Mezopotamii Septymiusz Sewer wygłosił mowę do żołnierzy, w której udowadniał że Klodiusz Albin planował zamach na jego życie, twierdził że opętały go wybujałe ambicje, wiarołomstwo oraz że szykuje się do wojny domowej (innymi słowy, zarzucił Albinowi wszystko to, co on sam czynił już od ponad dwóch lat). Stwierdził też, że zwycięstwo nad Albinem i jego brytańskimi legionami będzie łatwe, gdyż wojsko to jest rozleniwione i nieprzywykłe do wojaczki, zaś Albin rzadko kiedy bywa trzeźwy. Zgodnie żołnierze Sewera okrzyknęli więc Klodiusza Albina wrogiem ludu - co było równoznaczne z wyjęciem go spod prawa, a taki właśnie rozkaz cesarski powędrował czym prędzej do Rzymu, gdzie Senat miał uprawomocnić "wolę wojska" i tak też się stało. Tymczasem również w grudniu, po ponad dwuletnim oblężeniu skapitulowała twierdza w Bizantion (nie mogąc liczyć na jakąkolwiek pomoc z zewnątrz). O ile do tej pory zemsta Sewera była okrutna i często barbarzyńska, to wszystko to miało się nijak do tego, co postanowił zwycięski cesarz uczynić w Bizancjum. Gdy tylko wojsko sewerian weszło do miasta, natychmiast przystąpiono do grabieży, gwałtów i mordów mieszkańców. Następnie wszystkich pozostałych zepchnięto na tamtejszą agorę, gdzie nastąpił zbiorowy mord mieszkańców miasta (przy czym nie wymordowano wszystkich, a jedynie wybiórczo wyciągano nieszczęśników, których dla przykładu uśmiercano) i nie oszczędzano przy tym ani kobiet ani małych dzieci. Mury miejskie zostały zburzone, a miasto (podobnie jak Antiochię) zamieniono w wioskę, przyłączając je do niewielkiej osady Peryntu. Powolna odbudowa Bizancjum zacznie się dopiero kilkanaście lat później (miasto było zbyt ważne ze względów ekonomicznych aby można było tego nie dostrzegać i z przyczyn politycznych dalej utrzymywać zgubny stan dla gospodarczego rozwoju całego regionu), zaś do prawdziwej potęgi dojdzie dopiero za rządów Konstantyna Wielkiego, który w latach 327-330 całkowicie przebuduje i rozbuduje to miasto, przenosząc (w 330 r.) doń stolicę Imperium Rzymskiego i nadając mu nową nazwę - Nowy Rzym (który po śmierci Konstantyna w 337 r. zostanie przemianowany na Konstantynopol). A tymczasem, po ogłoszeniu go przez Senat wrogiem ludu, w styczniu 196 r. Klodiusz Albin mianował się w Brytanii - Augustem (czyli jedynym władcą Imperium), rzucając tym samym rękawicę Sewerowi w dalszej walce o władzę nad Imperium. Wojna domowa rozpoczynała się teraz z nową siłą




CDN.

21 czerwca 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. V

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





REAKCJA NIEMIEC NA ZAMACH MAJOWY W POLSCE


ULRICH RAUSCHER
NIEMIECKI POSEŁ W POLSCE



 To, co wydarzyło się w Polsce w owych dniach majowych 1926 r. napawało niemieckich polityków ogromną nadzieją na powstanie w Polsce takiego stanu chaosu politycznego, dzięki któremu byłaby możliwa korekta granic zarówno na Pomorzu jak i na Śląsku, a być może również i w Wielkopolsce. Jeszcze w kwietniu 1926 r. niemiecki minister spraw zagranicznych Gustav Stresemann (główny autor tak korzystnych dla Niemiec układów lokarneńskich, podpisanych 1 grudnia 1925 r. w Londynie i gwarantujących nienaruszalność granicy niemiecko-francuskiej i niemiecko belgijskiej, natomiast pozostawiający Niemcom wolną rękę w kwestii rewizji warunków Traktatu Wersalskiego co do granicy niemiecko-polskiej i niemiecko-czechosłowackiej). Otóż Stresemann stwierdził wówczas, że problem niemieckiej granicy wschodniej uda się rozwiązać pod warunkiem "osiągnięcia przez Polskę skrajnego upadku gospodarczego i finansowego, który ściągnie na całe państwo polskie stan niemocy". Natomiast tuż po zakończeniu samych walk w stolicy, 15 maja 1926 r. niemiecki poseł w Warszawie - Ulrich Rauscher raportował do centrali w Berlinie o Piłsudskim i ewentualnych Jego przyszłych zamiarach politycznych: "Wszystko jest destrukcyjne, nic nie jest konstruktywne (...) ten nerwowy, chwiejny, niepewny i pozbawiony programu człowiek jest najmniej odpowiedzialnym sternikiem państwowym". Rauscher dodawał też, że Piłsudski kieruje się polską racją stanu i (pomimo tego że przypisywana jest mu łatka germanofila) Jego rządy zapewne nie będą korzystne dla Niemiec. Jednocześnie Rauscher twierdził, że co prawda Piłsudski może i jest dobrym dowódcą, ale jego charakter, a przede wszystkim skłonność do zazdrości, czynią go niezwykle słabym przywódcą zarówno wojska jak i narodu. Jednocześnie niemiecki poseł podkreślał niezwykłą odwagę i dzielność żołnierza polskiego który walczył po obu stronach konfliktu, a jednocześnie krytykował dowódców, wytykając wiele błędów które oni poczynili. Twierdził też że pucz ten mógł zostać zakończony przez Piłsudskiego jeszcze tego samego dnia, gdyby tylko Marszałek wykazał się większą konsekwencją (tylko to nie Piłsudski dowodził owym buntem. Piłsudski w ogóle praktycznie nie uczestniczył w walkach, a dowództwo przejęli jego najbardziej zaufani oficerowie).

Niemiecka prasa zareagowała na ów majowy zamach w Polsce dość różnie, choć przeważały raczej reakcje negatywne. Szczególnie była tutaj aktywna niemiecka prasa prawicowa i prasa wschodnio-pruska, gdzie wręcz pojawiły się ponownie hasła takie jak: "Polska jako przeszkoda na drodze europejskiej odbudowy", albo: "Polska zakłóca europejski transport", lub "Polska zagraża Prusom Wschodnim". Prasa wschodnio-pruska przepowiadała wręcz katastroficzne wizje dla tego regionu i dla Niemiec, związane ze zdobyciem władzy w Polsce przez Piłsudskiego. Satyryczne pismo "Kladderadatsch" z 6 czerwca 1926 r. umieściło rysunek pokazujący dwóch okładających się kijami wąsatych mężczyzn w rogatywkach (i oczywiście z łatami na spodniach), którzy niemiłosiernie biją się w domu, w którym wszystkie sprzęty zostały już zniszczone. Przygląda się temu przez okno inny mężczyzna w rogatywce, a podpis pod rysunkiem brzmi: "Tęsknota (Polska gospodarka)", oraz: "Teraz wszystko trafia szlag - wracają stare dobre czasy. Czy to nie jest w porządku!" Ogólny niemiecki przekaz prasowy był następujący: "Polska anarchia powraca!", a co za tym idzie - Polska, jako "państwo sezonowe" wkrótce upadnie, czy to pod wpływem interwencji sowieckiej, czy też ze względu na własną wewnętrzną słabość. W innym niemieckim piśmie satyrycznym "Simplicissimus" z 7 czerwca 1926 r. pokazany jest polski ułan (z czapką z czasów napoleońskich) na tle płonącej wioski i podpis pod rysunkiem: "Zwyciężyliśmy Rosję, Austrię i Niemcy. Teraz jeszcze musimy zwyciężyć samych siebie". Jednak dość krótkotrwałe walki, ograniczające się tylko do samej Warszawy spowodowały, iż Niemcy straciły nadzieję na kontynuację wojny domowej w Polsce, a co za tym idzie na ewentualną interwencję z zewnątrz. Głównie zamyślano oczywiście o interwencji sowieckiej, ponieważ zdawano sobie doskonale sprawę, że realnie Niemcy nie mogą uderzyć na Polskę (chociaż wielu polityków niemieckich z pewnością by sobie tego życzyło). Nie może tak się stać z dwóch powodów. Po pierwsze: armia niemiecka (Reichswehra) w tamtym czasie była bardzo słaba, nie posiadała ani broni pancernej ani lotnictwa (których to rodzajów wojsk zakazywał Niemcom Traktat Wersalski). Po drugie zaś: taka nawet nieśmiała interwencja zapewne spotkałaby się z reakcją mocarstw zachodnich, głównie zaś Francji, dlatego też Stresemann wykluczał jakąkolwiek akcję zbrojną... chyba że doszłoby do sowieckiej inwazji i Sowieci zajęliby większość Polski. Wtedy oczywiście Reichswehra mogłaby wkroczyć na Górny Śląsk, Pomorze i do Wielkopolski, oficjalnie ratując te ziemie przed komunizmem. Taki scenariusz był jednak dosyć odległy i raczej mało prawdopodobny.


GUSTAW STRESEMANN



Szef Auswärtiges Amt miał zupełnie inny pomysł na ponowne opanowanie wyżej wymienionych prowincji. Wszystko to oczywiście było związane zarówno z przedłużającą się wojną domową w Polsce, jak również z katastrofą gospodarczą, która niechybnie miała nastąpić - nawet gdyby wojna domowa zakończyła się szybko. Niemieccy politycy bowiem zakładali że w Polsce wkrótce nastąpi kryzys gospodarczy (tym bardziej że analizy roku 1925 i początku 1926 mogły ich w tym utwierdzać). 10 stycznia 1925 r. utraciły bowiem moc te artykuły Traktatu Wersalskiego, które przyznawały państwom sprzymierzonym i stowarzyszonym jednostronne klauzule najwyższego uprzywilejowania oraz jednostronne prawo tranzytu. Co prawda już 13 stycznia podpisano polsko-niemieckie porozumienie handlowe, przewidujące utrzymanie dotychczasowego stanu (głównie odnośnie ceł i reglamentacji handlu), ale tylko do kwietnia 1925 r. Z chwilą jego wygaśnięcia realnie rozpoczęła się polsko-niemiecka wojna handlowa, która wkrótce potem została jeszcze spotęgowana, gdy 15 czerwca 1925 r. wygasł przewidziany konwencją górnośląską z 15 maja 1922 r. obowiązek Niemiec dopuszczania na swój rynek towarów polskich bez cła (w tym m.in. 500 tys. ton węgla miesięcznie). Co prawda trwały rozmowy aby tę konwencję przedłużyć i Warszawa zgadzała się na przyznanie sobie klauzuli wzajemnego uprzywilejowania, ale pod warunkiem zniesienia ograniczeń ilościowych w imporcie niemieckim, na co nie zgadzał się Berlin. Z końcem roku 1925 realnie rozmowy zostały przerwane, gdyż w niemieckich kręgach politycznych pojawiła się myśl, że wojna handlowa i załamanie gospodarcze Polski jest jak najbardziej Niemcom na rękę. Tak więc problemy gospodarcze Polski z eksportem węgla, jak również pucz Marszałka Piłsudskiego z maja 1926 r. wszystko to razem wzięte dawało nadzieję niemieckim politykom na doprowadzenie Polski do finansowej i politycznej katastrofy, a co za tym idzie, wyzyskanie tego w celu ponownego przejęcia Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski (w "Kladderadatsch" z 12 lipca 1925 r. ukazał się rysunek w którym po jednej stronie granicy stoi niemiecki Michael (w charakterystycznej czapce na głowie, przypominającej czapki które używano do łóżka), po drugiej zaś stronie jakiś... polski brudas w rogatywce - bo tak właśnie należy to nazwać - którzy wymachują workami z napisem: "Handel-Produkty". Worek Michaela oczywiście jest znacznie większy niż worek Polaka i Michael mówi: "Teraz zobaczysz, czyje na wierzchu!". Inny zaś rysunek w tym samym piśmie z 19 lipca 1925 r. Pokazywał dwie taplające się w błocie świnie w rogatywkach i przyglądający się im Michael, podpis brzmiał: "Tego brata z naprzeciwka to my tutaj nie wpuścimy. On absolutnie nie umie docenić naszej polskiej gospodarki". Jeszcze inny rysunek z tego samego pisma z 26 lipca 1925 r. ukazywał wąsatego Polaka z młotem w ręku i w rogatywce jadącego na świni i przeskakującego niemiecką granicę. Podpis brzmiał: "Polska żądza inwazji", na młocie zaś, który trzymał Polak znajdował się napis: "Węgiel").




Natomiast niemiecka gospodarka po okresie załamania w latach powojennych (z apogeum hiperinflacji w roku 1923), wsparta amerykańskimi i brytyjskimi kredytami, ponownie odżywała. 15 listopada 1923 r. wprowadzono nową walutę - markę rentową (Rentenmark), w relacji 1 marka rentowa - 1 bilion dawnej reichsmarki. Oprócz kredytów przyznawanych przez banki USA i Wielkiej Brytanii, należało również ustabilizować budżet państwa, gdyż w przeciwnym wypadku nowa waluta szybko podzieliłaby los starej. Wprowadzono zatem cały system nowych podatków, połączonych z radykalną redukcją budżetówki i taka polityka fiskalna szybko przyniosła efekty. W 1924 r. dług wewnętrzny Niemiec wynosił zaledwie 2 miliardy marek (w porównaniu ze 170 miliardami w roku 1919) i był mniejszy niż zadłużenie Wielkiej Brytanii (7,5 miliarda funtów), oraz Francji (6 miliardów funtów). Jednocześnie szerokim strumieniem do Niemiec płynęły pożyczki w ramach planu Dawesa (łącznie w latach 1924-1931 Niemcy otrzymały 25 miliardów nowych marek pożyczek, z czego w ramach odszkodowań zwycięskim mocarstwom zapłaciły jednie 11 miliardów marek reparacji). Rozwój gospodarczy Niemiec postępował więc bardzo szybko w latach 20-tych (w 1928 r. dochód narodowy stanowił 150% dochodu z 1913 r.). W 1928 r. Niemcy zajęły drugie miejsce w świecie pod względem eksportu maszyn, pierwsze miejsce osiągnął przemysł chemiczny, drugie miejsce przemysł samochodowy. Pojawiały się nowe spółki, takie jak: linie żeglugowe Hapag czy Norddeutscher Lloyd, oraz powietrzna Lufthansa. Oczywiście wszystko to budowano głównie na kredytach, które kiedyś trzeba będzie spłacić, ale mimo wszystko ożywienie gospodarcze jakie wówczas nastąpiło, dawało nadzieję na bezpieczną przyszłość po latach wojen i gospodarczych kryzysów. Dlatego też - biorąc pod uwagę owe sukcesy gospodarcze, minister Stresemann zakładał że wojna domowa w Polsce i związana z nią katastrofa gospodarcza doprowadzi do takiej sytuacji, że Niemcy będą mogły wesprzeć Polskę finansowo, udzielając pożyczek, ale... pod zastaw Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski. Był to plan brany pod uwagę i uważany za najbardziej prawdopodobny.




Natomiast Polska po 150 latach zaborów (licząc od 1772 do 1922 r.) i 123 latach niewoli (od 1795 od 1918) była krajem gospodarczo zrujnowanym przez wojny i okupacje (często zmieniające się fronty, których żołnierze - wycofując się - palili za sobą wszystko), której gospodarka tak naprawdę musiała być budowana od nowa. 11 marca 1919 r. ujednolicono walutę, wprowadzając markę polską jako obowiązującą na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczpospolitej (wcześniej bowiem używano różnych walut w zależności od różnych prowincji, na zachodzie używano niemieckiej reichsmarki, na wschodzie ruskich rubli lub czerwońców, na terenach byłej Ukraińskiej Republiki Ludowej grzywien i karbowańców, na Wileńszczyźnie ostrubliz a w Galicji austriackie korony. W centrum kraju zaś używano również marki polskiej, powstałej wraz z proklamowaniem przez zaborców niemiecko-austro-węgierskich Królestwa Polskiego - 5 listopada 1916 r.). Najdłużej używano podwójnych walut w Galicji i dopiero 15 stycznia 1920 r. wprowadzono tam płatność jedynie marką polską. Po zjednoczeniu kraju w 1922 r. problemy zarówno gospodarcze jak i wszelkie inne (w tym komunikacyjne, bo przecież sieć kolejowa była zupełnie inna w zaborze rosyjskim, jak i w zaborach pruskim czy austriackim i to wszystko należało teraz ujednolicić, gdyż podróżując w roku 1922/23 z Poznania do Wilna, trzeba było się przesiadać co najmniej dwa razy) należało czym prędzej rozwiązać i podziały te zakopać. To wszystko razem wzięte powodowało, że w pierwszych latach Niepodległości trudności ekonomiczne odbijały się wyraźnie na sile nabywczej zarówno waluty jak i całej gospodarki. W 1923 r. inflacja w Polsce (podobnie zresztą jak w Niemczech) przybrała postać galopującą. Marka polska straciła swe podstawowe znaczenie jako miernik wartości. Bazując na niej nie można było planować ani inwestycji, ani nawet jakichkolwiek wydatków. W wielu regionach kraju zaczęła zamierać wymiana towarowo pieniężna, natomiast pojawiła się wymiana naturalna - towar za towar, lub też zaczęto używać walut obcych (głównie dolarów amerykańskich, francuskich Franków lub brytyjskich funtów). Wynagrodzenie lawinowo traciło na wartości. Najbardziej odczuli to robotnicy, urzędnicy, emeryci i renciści, a co za tym idzie zaczęły się niepokoje społeczne. Dnia 19 grudnia 1923 r. nowym premierem został Władysław Grabski, który jednocześnie przejął Ministerstwo Skarbu. Rząd ten miał już do pewnego stopnia ułatwioną drogę, gdyż od wiosny 1923 r. w Sejmie uchwalano najróżniejsze ustawy (głównie podnoszące podatki). Przeprowadzenie jednak reformy walutowej wymagało specjalnych pełnomocnictw i o nie właśnie musiał toczyć przed Sejmem swoiste boje premier Grabski. Ostatecznie ustawa o pełnomocnictwach przeszła 11 stycznia 1924 r. (miała obowiązywać do 30 czerwca tego roku). Na mocy tych pełnomocnictw prezydent otrzymał prawo do dekretowania w następujących kwestiach: podnoszenia podatków bezpośrednich, przyspieszenia płatności podatku od kapitałów i rent, wprowadzania zmian ceł stosownie do koniunktury, wprowadzania oszczędności w budżecie, przekazywania niektórych zadań państwa samorządom po zabezpieczeniu odpowiednich środków finansowych, zaciągania pożyczek zagranicznych (do 500 milionów franków w złocie), zatwierdzania zmian w statutach kredytu długoterminowego i przedsiębiorstw państwowych celem wprowadzenia oszczędności oraz wprowadzenia nowej waluty. 




Rząd Grabskiego od lutego 1924 r. wprowadzał działania, mające uskutecznić ściągalność podatków (wprowadzając sumy dłużne za każdy dzień zwłoki w opłacie). Zniesiono dopłaty do kolei, przeprowadzono waloryzację taryf przewozowych, podniesiono ceny biletów dla pasażerów. Poza tym dodatkowe środki uzyskano ze sprzedaży rosyjskich kosztowności, przekazanych Polsce po zakończeniu Wojny z bolszewikami i podpisaniu traktatu ryskiego z marca 1921 r. Działania te pozwoliły ustabilizować wartość marki polskiej, ale mimo to rząd Grabskiego zdecydował się wprowadzić nową walutę (było to potrzebne ze względów psychologicznych, nie gospodarczych. Po prostu dawna waluta kojarzyła się z Niemcami, więc była ostatnim bastionem zaborów. Należało więc odciąć ten wrzód i w odrodzonym państwie wprowadzić nowy pieniądz). 28 kwietnia 1924 r. rozpoczął działalność Bank Polski, mający wyłączne prawo emisji banknotów, tego też dnia pojawiła się nowa waluta - złoty polski, równa frankowi szwajcarskiemu (relacja wymiany wyglądała następująco: 1 zł za 1 800 000 marek polskich). 1 lipca 1924 r. marka polska została oficjalnie wycofana z obiegu, a jedynym środkiem płatniczym stał się złoty, zaś 31 maja 1925 r. zawieszono wymianę bankową marek na złotówki. Specyfika polskiej reformy polegała jednak na tym, że o ile trudności ekonomiczne i towarzysząca im inflacja dotykały praktycznie wszystkie kraje w tamtym czasie (szczególnie zaś Niemcy i Polskę) to jednak wszędzie przełamywano je dzięki pomocy z zewnątrz, czyli dzięki kredytom zagranicznym. Polska była pod tym względem wyjątkiem. Premier Grabski bowiem nieustannie podkreślał że kraj jest wystarczająco silny i zasobny, aby pokonać trudności własnymi siłami, bez uciekania się do pożyczek. Tym bardziej że kredyty zagraniczne obwarowane były chęcią poddania gospodarki polskiej zewnętrznej kontroli, a co za tym idzie często takie rozmowy kończyły się fiaskiem. Co oczywiście nie oznacza że nie było żadnych kredytów zagranicznych, owszem, zdarzały się, jednak nie były one determinujące i najważniejsze. Gospodarka polska też powoli odżywała i właśnie wówczas, 15 czerwca 1925 r. Niemcy wstrzymały przyjmowanie polskiego węgla z Górnego Śląska, tym samym rozpoczynając wojnę celną z Polską. Oczywiście polski rząd odpowiedział zakazem wwozu niektórych niemieckich towarów, Niemcy oczywiście zareagowali podobnie, tylko że bilans ten wypadał bezwzględnie korzystnie dla strony niemieckiej i stąd właśnie rodziły się nadzieje niemieckich polityków na przyszłą (lub nawet wcale nie tak odległą) rewizję granic z Polską.

Nadzieje Niemiec w tym temacie okazały się jednak mrzonką. Co prawda budżet pierwszego półrocza 1926 r. zamknięto deficytem w wysokości 71 mln. zł., ale paradoksalnie po zamachu majowym Polska weszła w okres prosperity gospodarczej i już w drugiej połowie 1926 r. odnotowano nadwyżkę (przy całkowitej likwidacji deficytu) w wysokości 153,6 mln. zł. W następnym roku nadwyżka budżetowa wyniosła już 214 mln. zł. W maju 1926 r. za jednego dolara płacono 11 zł, pod koniec 1926 r. - 9 zł. Oszczędności obywateli uległy podwojeniu, a wartość eksportowanego węgla wzrosła niemal trzykrotnie (ze 160 mln zł. w 1925 r. do 447 mln zł. w 1926 r.). Te sukcesy gospodarcze osiągnięto przy ostrej wojnie celnej z Niemcami i przy niemal całkowicie zamarłej wymianie handlowej ze Związkiem Sowieckim. Nakłady uzyskane w ten sposób pozwoliły na rozbudowę portu w Gdyni, która już wtedy stawała się "polskim oknem na świat". Niemiecka prasa co prawda grzmiała, iż "Gdańsk - ofiara Polski", ale rozwój Gdyni przebiegał w sposób konsekwentny i planowy (amerykański reportażysta Hubert Renfro Knickerbocker, w wydanej w 1935 r. książce "Europa w mundurze", opisywał swoje relacje z podróży do Gdyni i stwierdzał: "Dopiero wizyta w tym najbardziej zadziwiającym mieście Europy uświadomiła mi, że państwo polskie nie wyrzeknie się nigdy "korytarza", a Niemcy, chcąc odzyskać te terytoria, mają tylko dwie możliwości: wycofać się ze swych pretensji lub podbić całą Polskę"). Nie było więc możliwe odzyskanie terytoriów (które zakładali niemieccy politycy) na drodze sprowadzenia Polski do gospodarczej ruiny, ponieważ ruina ta nie następowała, a wręcz przeciwnie, Polska finansowo kwitła (podobnie zresztą jak ówczesne Niemcy) i nic nie wskazywało na to, że może się to zmienić. W sierpniu 1926 r. niemiecka prasa pisała o nowych polskich zbrojeniach (w "Kladderadatsch" z 15 sierpnia 1926 r. czyli w szóstą rocznicę rozbicia bolszewików pod Warszawą), pojawił się rysunek, w którym Polacy przybijają do budynku napis: "Polska prowadzi nieustannie prawdziwie pokojową politykę", przygląda się temu cała Europa, a Piłsudski - wychylając się z okna, mówi: "Kolego Zaleski (minister spraw zagranicznych August Zaleski) przybijajcie mocno, aby nikt nie słyszał za bardzo naszej roboty", a w tle widać odlewane nowe armaty).


MIASTO Z MORZA
BUDOWA GDYNI
(port w Gdyni w 1938 r. był najnowocześniejszym portem morskim na Bałtyku. Oto przykład jak Polska innowacja i myśl technologiczna, stworzyła w ciągu zaledwie 15 lat najpotężniejszy port na Bałtyku z wioski, która wcześniej liczyła sobie zaledwie kilka domów)



Warto jeszcze nadmienić że niecała prasa niemiecka była negatywnie nastawiona do wydarzeń majowych 1926 r. i rządów Marszałka. Zdarzały się bowiem i takie głosy, które twierdziły że rządy pomajowe będą korzystne dla Niemiec, gdyż Piłsudski nie jest wrogiem Niemiec i można się z Nim porozumieć. Była to głównie prasa centrowa i (częściowo) socjaldemokratyczna, jednak przeważający ton artykułów w prasie niemieckiej i wśród niemieckich polityków był bardzo negatywny lub też wyczekujący. Relacje różniły się w zależności od barw politycznych, ale tak naprawdę dominowała niechęć do Polski jako kraju po pierwsze - agresywnego (który dąży do zajęcia Prus Wschodnich), po drugie, kraju który zdecydowanie konkuruje z Niemcami na wielu polach (i chociaż wyśmiewano "polską gospodarkę" jako przykład zacofania i nędzy, to jednak bezsprzecznie wojna celna pokazała że jest się czego bać i że Polska nawet słaba, jest w stanie konkurować z Niemcami jak równy z równym, bo przecież tę wojnę celną Niemcy przegrały już otwarcie w roku 1927, a ostatecznie zakończył ją w pierwszych miesiącach 1933 r. nowy kanclerz Niemiec Adolf Hitler), a także nie chce się im podporządkować (bo przecież taka miała być koncepcja Królestwa Polskiego powołanego przez Niemców w listopadzie 1916 r. jako państwo buforowe, całkowicie podporządkowane Berlinowi). Realnie jednak nie doszło do zbliżenia polsko-niemieckiego aż do czasu, gdy Adolf Hitler nie doszedł do władzy, czyli do stycznia 1934 r. Przez ten cały czas Polska i Polacy byli w prasie niemieckiej głównie przedstawiani jako brudasy, pijacy lub też jako szczury, insekty i ewentualnie świnie. Niemcy w żaden sposób nie uznawali nas za równego sobie i wychodząc z niezwykle rasistowskiego (lub też szowinistycznego) przeświadczenia, uważali się za "rasę panów" na długo, zanim Hitler doszedł do władzy.


TYTUŁ: "ZNOWU COŚ W NIEGO WSTĄPIŁO!"
PODPIS: "WSZYSCY NIEMCY MUSZĄ IŚĆ PRECZ, POTRZEBUJEMY MIEJSCE DLA "POLSKA GOSPODARKA"
PROPAGANDOWE PRZEDSTAWIENIE POLAKÓW W NIEMIECKIM PIŚMIE SATYRYCZNYM
"KLADDERADATSCH"
(16 listopada 1930 r.)



Warto też dodać że stworzona w roku 1924 nowa polska waluta "Złoty Polski" - była walutą niezwykle stabilną w całym Międzywojniu, walutą do której miano zaufanie nawet wówczas, gdy sama waluta już nie istniała co zakrawa o paradoks. Ale i dochodziło do takich paradoksów, jak chociażby ten, gdy polski żołnierz w roku 1943 w Egipcie, postanowił wymienić posiadane przez siebie złotówki na dolary i w tamtejszym banku w Aleksandrii wymieniono mu je bez problemu, chociaż waluta którą on posiadał... już nie istniała w okupowanym przez Niemców kraju. To jednak pokazuje jak wielkie miano zaufanie do tego pieniądza i spodziewano się, że po zwycięskiej wojnie wszystko wróci do dawnego stanu rzeczy.


PS: W kolejne części opiszę reakcje w Związku Sowieckiego na przewrót majowy i rządy sanacji w Polsce.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...