WYŚWIETLENIA

14 czerwca 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. VIII



IMPERIUM OSMAŃSKIE 




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. VII


 12 czerwca 1444 r do Adrianopola przybyło uroczyste (złożone z 60 wystrojonych rycerzy) poselstwo węgiersko-serbskie, wysłane przez króla Władysława I (III) Jagiellończyka (na czele tego poselstwa stał Serb Stojko Gizdavić, towarzyszył mu osobisty wysłannik Jana Hunyadiego - Vitislaus, oraz dwóch przedstawicieli despotesa Serbii Jerzego Brankovicia - ojca sułtańskiej małżonki Mary, dzięki której w dużej mierze to porozumienie zostało zawarte). Sułtan Murad II przyjął ich, siedząc pod baldachimem (o czym nie omieszkał umieścić informacji w liście do swego protektora z Chios, włoski podróżnik, historyk, miłośnik antyku {którego mottem było: "wskrzeszać umarłych z grobu" - oczywiście chodziło o umarłych twórców antyku}, a poza tym szpieg i agent zarówno papieża Eugeniusza IV jak i Wenecji - Ciriaco de'Pizzicolli, zwany też Ciriaco z Ankony). Węgierskie poselstwo (na czele którego stał Serb, co też ciekawe), przekazało sułtanowi podpisany 25 kwietnia przez króla Władysława Jagiellończyka 10-letni traktat pokojowy, na którym wówczas również sam sułtan umieścił swój podpis. Następnie Stojko Gizdavić otrzymał od Murada dokument, w którym sułtan przyrzekał na wszystko co święte, że dochowa owego traktatu pokojowego i uważa że podobnie postąpi król Władysław (wysłał też do Budy swego przedstawiciela Sulejmana bega, który od króla Władysława miał odebrać podobną przysięgę, jaką Murad złożył przed jego poselstwem). Już wcześniej Murad oddał władzę nad Serbią Jerzemu Brankoviciowi, uwolnił też dwóch (oślepionych wcześniej ze swego rozkazu - o czym pisałem w poprzednich częściach) jego synów a braci Mary - Grzegorza i Stefana. Szybkie zakończenie wojny z Węgrami było wówczas bardzo potrzebne sułtanowi, gdyż miał on wiele nie pozamykanych spraw w swoim Imperium.




Jednym z nich było samo Bizancjum, a właściwie Konstantynopol, który po raz ostatni był oblężony przez Turków Osmańskich w roku 1422 (na początku rządów Murada II), a potem również Genueńczycy próbowali zdobyć Konstantynopol (1433 r.) również bez powodzenia (uważa się dzisiaj że działali oni z poduszczenia sułtana i mieli przekazać mu miasto w zamian za pewne koncesje lub pieniądze). Teraz sam Konstantynopol był jedynie skrawkiem, pozostałością świetności dawnego wschodniego Imperium grecko-rzymskiego świata, pozostałością która bardzo szybko się wyludniała (nic dziwnego, szczególnie kupcy nie widzieli bowiem możliwości do handlu w mieście, które w każdym momencie mogło ponownie zostać zaatakowane przez Turków, a wówczas byliby tam zamknięci niczym w klatce; ale również mieszkańcy Konstantynopola wyjeżdżali stamtąd w obawie o własne życie i swoje potomstwo). Teraz zaś, po udanej kampanii Władysława Jagiellończyka z roku 1443, w Morei na greckim Peloponezie, w jedynej jeszcze poza samym Konstantynopolem posiadłości Bizancjum, ponownie chwycili za broń przeciwko Osmanom trzej rządzący Moreą bracia cesarza Jana VIII Paleologa, Teodor, Konstantyn i Tomasz (Teodor zamyślał wówczas głównie o koronie cesarskiej, wiedząc że Jan VIII nie ma synów, wolał być w stolicy gdy jego brat zakończy swój żywot, niż na dalekim Peloponezie). Następnie w Albanii Jerzy Kastriota (zwany Skanderbegiem) skutecznie wydzierał Turkom poszczególne obszary tej ziemi. Największe jednak i niecierpiące zwłoki niebezpieczeństwo widział teraz jednak Murad II na wschodzie, w Karamanii, którą władał jego szwagier - Ibrahim beg, który półtora roku wcześniej zbuntował się po raz pierwszy, a teraz ponownie zagrażał Imperium Osmańskiemu od wschodu, działając zapewne w imię tajnego porozumienia zawartego z Węgrami. Murad wiedział że nie może otworzyć nowych frontów w Europie, bez zakończenia konfliktu anatolijskiego, a że nie ufał Władysławowi i podpisanemu traktatowi pokojowemu niech świadczy fakt, że nieustannie trwały wówczas prace fortyfikacyjne wokół murów Adrianopola, tak jakby spodziewano się że wcześniej czy później armia krzyżowców może się tutaj zjawić. 

A tymczasem 14 czerwca z portu w Wenecji wypłynęło 10 galer obsadzonych przez papieża Eugeniusza IV, którymi dowodził kardynał Francesco Condulmer (Wenecjanami zaś Alvise Loredano). Celem Cundulmera było teraz czym prędzej dostać się do Dardaneli, aby przeszkodzić sułtanowi Muradowi w przeprawie na azjatycki brzeg, na wojnę z ibrahimem begiem, ale to akurat mu się nie udało, gdyż flota papiesko-wenecka wypłynęła zbyt późno, w każdym razie operowali oni wokół cieśnin, czekając aż sułtan ponownie będzie wracał z armią na europejski brzeg. A sułtan 24 czerwca opuścił Adrianopol, kierując się ku cieśninie dardanelskiej. W mieście zaś, jako namiestnika Rumelii pozostawił swego syna i następcę tronu 12-letniego księcia Mehmeda Celebiego, który miał zarządzać wraz z wielkim wezyrem Chalilem paszą (a także swoim nauczycielem, mułłą Chusrewem). Praktycznie cała Tracja została wówczas ogołocona z żołnierza i młody książę - jeśli przyszłoby mu walczyć z chrześcijańską koalicją - miał do dyspozycji góra 8000 żołnierzy, co było wybitnie niewystarczające do skutecznej obrony. Sułtan zaś (12 lipca) przeprawił się przez Dardanele na azjatycki brzeg i skierował w stronę Konyi - stolicy Ibrahima bega. W tym czasie zaś młody książę, następca tronu, zarządzał miastem i europejskimi terenami podległymi Imperium Osmanów (czyli Rumelią). Zarówno on sam jak i jego matka sułtanka Huma Hatun (zwana też Stellą), nawiązał bardzo przyjacielskie, można wręcz powiedzieć że serdeczne stosunki z sułtańską małżonką Marą. Zarówno ze swą mamą, jak również i samemu osobiście często ją odwiedzał w jej prywatnym pałacu (który otrzymała od swego małżonka Murada II). Tak bardzo lubił spędzać czas W jej obecności, że nawet po latach tytułował ją swych dokumentach "matką" (co oczywiście nie oznaczało że to była jego matką prawdziwą, a jedynie że darzył ją taką miłością, jaką synowie obdarowują swoje mamy). Mara zaprzyjaźniła się również ze Stellą i aż do jej śmierci (w roku 1449) relacje obu pań były bardzo dobre, a obie kobiety wzajemnie się odwiedzały, czy to w haremie, czy w pawilonie Mary.




W drugiej połowie lipca do Budy dotarł również sułtański wysłannik Sulejman beg, który miał odebrać przysięgę do trzymania warunków zawartego traktatu pokojowego z ust króla Władysława Jagiellończyka. Atmosfera na Węgrzech była już jednak gorąca, nie tylko możni panowie węgierscy, ale również i drobna szlachta nawoływali króla do podjęcia krucjaty przeciwko niewiernym, dlatego też król był w dużej konfuzji. Poza tym ostro namawiał go do podjęcia krucjaty papieski legat Julian Cesarini, który twierdził że papieska flota jest już gotowa i udzieli wsparcia wojskom Władysława od strony morza. Królowi doradzano więc podjęcie jak najszybszej nowej krucjaty, twierdząc że Turcy są teraz słabi jak nigdy, gdyż na wschodzie muszą walczyć z Ibrahimem begiem, na morzu operuje flota papiesko-wenecka oraz posiłki wysłane przez Burgundię (cztery okręty - niczego nie dokonały, a ich obecność pozostała niezauważona w tej kampanii). W Albanii toczą się walki, w Morei również, nie ma na co czekać, należy ruszać, gdyż taka okazja może się już nie powtórzyć. Władysław Jagiellończyk musiał się więc mocno zastanawiać nad tymi apelami, ale ostatecznie 1 sierpnia 1444 r. w Szegedynie król (w obecności sułtańskiego wysłannika Sulejmana bega) oficjalnie zaprzysiągł traktat pokojowy z Turcją. Od tej chwili pokój oficjalnie został zawarty i miał obowiązywać przez kolejne 10 lat, ale jego wrogowie nie spoczęli w swych pracach, by ponownie rzucić Węgry w wir wojennej zawieruchy. Legat Cesarini nie odstępował króla na krok, nawołując do podjęcia wyprawy wbrew zawartemu pokojowi. Argumentował to tym, że pokój zawarty z poganami nie ma mocy prawnej, ani też nie jest akceptowany w oczach Boga, dlatego też jego zerwanie nie jest krzywoprzysięstwem, jeśli tylko może przynieść chwałę chrześcijańskiemu Królestwu. Ostatecznie Cesarini dopiął swego i już... 4 sierpnia król wypowiedział wojnę Turcji. 




Wiadomość o tym obiegła Europę lotem błyskawicy. Szykowała się nowa wojna z niewiernymi i to z zaledwie 3 dni po zawartym traktacie pokojowym (i po kilkumiesięcznych staraniach o jego ostateczne dopracowanie). Takim stanem rzeczy najbardziej przerażony był bodajże despota Serbii Jerzy Brankowić, który jeszcze nie objął władzy nad przyznanymi mu w traktacie pokojowym ziemiami. Teraz wyglądało na to że musiałby je ponownie utracić, a tego nie chciał, tym bardziej że już dopiął swego, odzyskał swoje władztwo, nic innego go nie interesowało, dlatego też postanowił zawrzeć separatystyczny pokój z wysłannikami sułtana Murada i tak też się stało - dnia 15 sierpnia 1444 r. Na mocy tego pokoju Jerzy Branković otrzymywał władzę nad despotatem Serbii z woli Murada, jako jego lennik (w końcu w czasie kampanii roku 1443 oddziały Brankovicia wskazywały armii krzyżowców dogodne przejścia i ułatwiały im drogę, dobrze znając te tereny, teraz zaś despota Serbii był już w obozie Murada II - 22 sierpnia Jerzy Branković wkroczył do Semendrii, ponownie obejmując władzę nad Serbią). Ale niepokój ogarnął nie tylko samego despotę, lecz również co majętniejszych mieszkańców Adrianopola, którzy teraz ładowali cały swój ruchomy dobytek i wraz z żonami oraz dziećmi opuszczali miasto, które w ich mniemaniu było skazane co najmniej na długie oblężenie, jeśli nie na upadek. Woleli uciec stąd jak najdalej, byle do Brusy po azjatyckiej stronie Imperium (dawnej osmańskiej stolicy, nim została ona przeniesiona na europejski brzeg, do Adrianopola). Król - wypowiadając wojnę 4 sierpnia - zobowiązał się wyruszyć z wojskiem ostatecznie do 1 września 1444 r., ale szybko okazało się że ta data jest niemożliwa do spełnienia i armia krzyżowców (w liczbie 16 000 żołnierzy) wyruszyła na wschód dopiero 20 września. W tym czasie sułtan Murad tłumił powstanie Ibrahima bega w Karamanii, a młody książę Mehmed przygotowywał się do obrony Adrianopola.


AQ KOJONLU 
(PLEMIĘ BIAŁEJ OWCY)



A tymczasem w samym Adrianopolu działy się w tych wrześniowych dniach  rzeczy niezwykle dziwne i niepokojące. Z końcem sierpnia lub początkiem września 1444 r. do stolicy Imperium przybył bowiem pewien tajemniczy Pers (prawdopodobnie pochodził on z ziem Aq Kojonlu - czyli terenów Iranu kontrolowanych przez plemię Białej Owcy - turkmeńskiego szczepu kulturowo całkowicie ziranizowanego) który zaczął głosić dziwne objawienia. Twierdził bowiem że w 28 literach arabskiego alfabetu objawia się sam Bóg, a w 32 literach alfabetu perskiego Piękno i Miłość istniejąca na świecie. Twierdził też że w każdym człowieku objawia się oblicze Boga, które jest nieśmiertelne i niezniszczalne, tak więc wszyscy ludzie są emanacją Boga bez względu na... wyznawaną przez nich religię. Bardzo szybko okazało się że pochodzi on z perskiej sekty hurufitów, która miała znaczne wpływy tureckim bractwie bektaszytów. Najbardziej jednak nieakceptowalne były dla pobożnych Turków stwierdzenia o istnieniu Bożej iskry istniejącej w każdym człowieku bez względu na wyznawaną przez niego religię, jak również to, że islam i chrześcijaństwo powinny dążyć do wzajemnej zgody. Teraz, w sytuacji wojennego zagrożenia armii krzyżowców idącej z północy, takie hasła były nie tylko herezją, były wręcz niebezpieczne politycznie, gdyż osłabiały morale i wpływały negatywnie również na wojsko (wielu janczarów uczestniczyło w kazaniach organizowanych w Adrianopolu przez owego Persa, który dość swobodnie poruszał się po stolicy, mając na to zgodę samego księcia Mehmeda Celebiego). Szczególnie zaniepokojony teoriami przybysza ze Wschodu był mufti Adrianopola - Fahrredin, który teraz postanowił uniemożliwić mu dalsze szerzenie jego heretyckich (w mniemaniu pobożnego muzułmanina) poglądów. 

W roku 1444 minęły 24 lata od ostatniej wielkiej rebelii społeczno-religijnej w Tracji pod wodzą szejka Bedreddina (powieszonego w 1420 r. po czteroletnim powstaniu na placu targowym w Seres). Tamten, urodzony w mieszanej chrześcijańsko-muzułmańskiej rodzinie (jego matka była chrześcijanką która ostatecznie przeszła na islam), również głosił teorię pojednania pomiędzy tymi dwoma religiami, twierdząc że liczy się to, co jest w sercu człowieka, a nie to, jaką wyznaje religię. Poza tym szejk Bedreddin odrzucał niesprawiedliwość społeczną i to, że bogaci gnębią biednych, zarabiając na ich trudzie i znoju, wydzierają im ostatnie zasoby potrzebne do przeżycia. Za to wszystko i za bunt przeciwko władzy został ostatecznie powieszony, teraz zaś jego misję podjął ów nieznany z imienia Pers, który również głosił zasadę sprawiedliwości społecznej oraz pojednania religijnego. Mufti miał jednak związane ręce i nie mógł tego człowieka tak otwarcie aresztować, jako że wcześniej dowiedział się o jego obecności i zaprosił na dwór do książę Mehmed Celebi, który dał mu oficjalne prawo głoszenia jego przekonań (to wywołało pierwszy spór pomiędzy 12-letnim chłopcem - który z polecenia swego ojca pełnił urząd namiestnika Rumelii, a wielkim wezyrem Chalilem paszą - otwarcie twierdzącym że ów Pers podważa morale wojska i głosi herezję). Chalil pasza - potomek starego tureckiego rodu, był również przeciwny wszelkim konwertytom, uważając ich za podległych prawowiernym muzułmanom, którzy wyznają islam od pokoleń; nie mógł jednak otwarcie sprzeciwić się woli księcia, następcy tronu i przyszłego sułtana. Postanowił więc zorganizować prowokację, a mianowicie zaprosił owego Persa do siebie do domu, deklarując że pragnie poznać jego poglądy i się z nimi zaznajomić, jednocześnie w tym czasie czekał tam już mufti Fahrredin (ukryty za kotarą), który miał się przysłuchiwać tym rozmowom. Pers nie krył się z poglądami, co ostatecznie doprowadziło Fahrredina do furii i rzucił się z pięściami na owego nieszczęśnika, który jednak zdołał ujść z domu Chalila paszy i schronić się w pałacu sułtana u boku księcia Mehmeda. Młody książę - zaskoczony i przerażony całym tym wydarzeniem - przystał jednak na żądanie muftiego wydania odstępcy i heretyka w jego ręce. Lud Adrianopola (na wezwanie muftiego) wyprowadził nieszczęśnika z pałacu (po drodze kpiąc z niego i bijąc go okrutnie), ostatecznie zaś, nim jeszcze przygotowany został stos (na którym Pers miał spłonąć, a na który sam mufti osobiście znosił drewno) Pers został zabity (prawdopodobnie mimo wszystko chciano mu oszczędzić cierpień spalenia). Następnie jego ciało umieszczono na stosie, a sam mufti z tak bliska przypatrywał się egzekucji, że... opalił sobie część brody.




Natomiast jakieś dwa tygodnie po owej egzekucji, zbuntowali się janczarzy, którzy domagali się podwyższenia żołdu. Książę musiał im odmówić, dlatego też zaczęli wznosić hasła nawołujące do usunięcia Mehmeda Celebiego (czyli do jawnego buntu, jako że był on następcą tronu). Podłożyli też ogień w kilku punktach Adrianopola, które bardzo szybko rozszerzyły się na inne obszary miasta i w drugiej połowie września Adrianopol świecił łuną nieustannych pożarów (choć rozpalanych punktowo). Spłonęły też hale targowe (podczas tego pożaru spłonął żywcem nadzorca hal hodża Kasim i kilku wartowników), a ogień podszedł prawie pod sam pałac sułtański. Ostatecznie zginęło mnóstwo ludzi, a straty w budynkach i towarach były równie astronomiczne. Wzburzone wojsko próbował uspokoić sułtański eunuch Szahabeddin pasza, ale widząc rozgniewane twarze i dłonie w których janczarzy trzymali miecze, czym prędzej uciekł do pałacu, ratując tym samym swoje życie. Ostatecznie, aby załagodzić wzburzone głowy, do wojska musiał wyjść sam książę Mehmed, który zapowiedział że żołd janczarów zostanie podwyższony o pół akcze dziennie, to zakończyło rebelię i żołnierze wrócili do koszar, zadowoleni z otrzymanych pieniędzy. A tymczasem - idąc wzdłuż Dunaju - armia krzyżowców pod wodzą króla Polski i Węgier Władysława I (III) Jagiellończyka posuwała się naprzód ku Morzu Czarnemu z zamiarem następnego zdobycia Adrianopola, a potem dotarcia do Konstantynopola i przeprawienia się na azjatycki brzeg Imperium Osmańskiego, a ich droga znamionowała szereg zdobytych i spalonych tureckich twierdz oraz miast




CDN.

13 czerwca 2026

KONCEPCJE MITTELEUROPY - Cz. II

JAK ONE WYGLĄDAŁY W TEORII
I JAK PRÓBOWANO
(I NADAL PRÓBUJE SIĘ)
REALIZOWAĆ JE W PRAKTYCE





MITTELEUROPA
(UJĘCIE TEORETYCZNE)
Cz. I



"ŚWIĘTE POLSKI SĄ GRANICE, DOMÓW NASZYCH ŚWIĘTE PROGI; KTO NAM RZUCI RĘKAWICĘ, ODWET NASZ WYWOŁA SROGI! POZNAŃ Z WILNEM, LWÓW Z KRAKOWEM, JAKO TWIERDZE DLA WARSZAWY, DZIERŻĄ MIECZ RAMIENIEM ZDROWEM, BRONIĄ POLSKI ZIEM I SŁAWY"


TAK BRZMIAŁ FRAGMENT JEDNEJ Z PROPOZYCJI SŁÓW HYMNU POLSKIEGO z 1925 r. ZAMESZCZONY W "ORĘDOWNIKU ŚMIGIELSKIM" WYCHODZĄCYM W LESZNIE - JAKŻE DZIŚ JEST AKTUALNY

(NOTABENE - HYMN POLSKI, CZYLI "MAZUREK DĄBROWSKIEGO" ZOSTAŁ OFICJALNIE PRZYJĘTY DOPIERO - 26 lutego 1927 r. i DO SAMEGO KOŃCA KONKUROWAŁ ON z "ROTĄ" MARII KONOPNICKIEJ, "CHORAŁEM" KORNELA UJEJSKIEGO, ORAZ Z PIEŚNIĄ: "BOŻE, COŚ POLSKĘ" ALOJZEGO FELIŃSKIEGO i ANTONIEGO GORECKIEGO



 Od chwili swego zwycięstwa w wojnie francusko-pruskiej, zjednoczone (18 stycznia 1871 r.) w Wersalu Niemcy, dążyły nie tylko do utrzymania dotychczasowego status quo, ale również do jego znacznego rozszerzenia i to zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie Europy. Wówczas to zaczęły się w niemieckich teoriach politycznych i geopolitycznych kształtować koncepcje "Ekspansji na Wschód" ("Drang nach Osten"), "Wielkiej Przestrzeni" ("Die grossraum Idee"), "Władzy i Przestrzeni" ("Macht und Raum") oraz doktryny "Krwi i Ziemi" ("Blut und Boden"). Zasada czystości rasowej pojawiła się w Niemczech na długo nim na świat przyszedł Adolf Hitler, gdyż niemiecka antropologia (będąca wykładnią dla wszelkich tego typu doktryn i idei) od swych naukowych początków była w mniejszym lub większym stopniu rasistowska (z czasem też coraz bardziej antyżydowska), a to prowadziło już bezpośrednio do pojawienia się kolejnego terminu: "Raumanpassungsart" (czyli "dopasowania przestrzeni" pod możliwie jak najszerszą kolonizację niemiecką). Wszelkie małowartościowe rasy: słowiańska i żydowska, miały zostać usunięte i zastąpione "źródłem krwi narodu", czyli niemieckimi chłopami. Koncepcja "Volksboden und Kulturboden" ("Terytorium Narodowego i Kulturowego") miała ogromne poparcie rządów II Rzeszy Niemieckiej (która - powiedzmy to sobie otwarcie, nie była państwem rasistowskim jako takim, co można było chociażby zauważyć w utworzonej w 1849 r. w Prusach Izbie Panów {Herrenhaus} gdzie siedzieli obok siebie arystokraci niemieccy i polscy i jeśli istniał jakikolwiek szowinizm w tej grupie, to głównym odnośnikiem nie była tu narodowość, a raczej pochodzenie społeczne. Mimo to, akcja germanizacji ludności polskiej lub jej wysiedlania - była prowadzona planowo przez dekady). Plan germanizacji ziemi i usuwania stamtąd ludności polskiej, był konsekwentnie realizowany od 1830 do 1840 r., czyli od momentu gdy naczelnym prezesem Wielkiego Księstwa Poznańskiego został - Edward Flottwell. To on rozpoczął proces wykupywania ziemi z rąk polskiej szlachty i sprzedawania jej szlachcie pruskiej (i miał na tym polu znaczne sukcesy). W 1832 r. wprowadził też język niemiecki, jako język urzędowy w Wielkopolsce (należy jednak od razu dodać, że do 1830 r. Polakom w Prusach żyło się bardzo dobrze, do 1848 r. całkiem dobrze a do 1872 r. znośnie i dopiero w latach 70-tych i 80-tych wprowadzono kompleksową akcję germanizacyjną, połączoną z przejmowaniem polskiej ziemi - oczywiście w formie kupna, a nie przymusowego wysiedlania - i odsprzedawaniem jej Niemcom. Stało się tak, ponieważ Niemcy/Prusacy zorientowali się wreszcie, że Polakom wcale nie chodzi o zachowanie swojego języka i kultury - co też mieli wcześniej zagwarantowane - a o oderwanie tych ziem od Prus i przyłączenie ich do odrodzonego państwa polskiego.

W 1886 r. rząd kanclerza Otto von Bismarcka powołał do życia "Komisję Osadniczą dla Prus Zachodnich i Poznańskiego" ("Ansiedlungskommission für Westpreussen und Posen"), która miała za zadanie kontynuację dzieła Flottwella, czyli skupowanie ziemi z rąk polskiej szlachty i przekazywania jej w dzierżawę niemieckim chłopom. Kierując się jednak założeniami koncepcji "Blut und Boden", Komisja Osadnicza celowo pomijała w tej parcelacji chłopów polskich - czyli najliczniejszej grupy mieszkańców Wielkopolski, a to oznaczało, że cała akcja germanizacyjna się nie powiodła, a poza tym nie było zbyt wielu chętnych Niemców do osiedlania się w środku "polskiego morza". Niemców odstręczał również fakt, że ziemia ta nie była ich własnością, a jedynie ją dzierżawili (Komisja zastrzegała sobie możliwość odkupu danej osady, jeśli gospodarz źle gospodarzył, lub też działał niezgodnie z niemieckim interesem osadniczym - czyli np. poślubił Polkę). Cała akcja Komisji Kolonizacyjnej okazała się kompletnym fiaskiem również dlatego, że Polacy utworzyli spółki parcelacyjne, które same skupowały ziemię od polskiej i niemieckiej szlachty i następnie dzieliły ją pomiędzy polskich chłopów (były to gospodarstwa nie większe niż 3 hektary). Pieniądze na ten cel szły najczęściej z Banku Związku Spółek Zarobkowych SA. (powołanego jeszcze w 1885 r.), którego patronem był chociażby ksiądz Piotr Wawrzyniak (który został księdzem, zrywając wcześniej swój związek z zakochaną w nim dziewczyną i już zaplanowane małżeństwo, gdyż pragnął poświęcić się Bogu i walce o narodową sprawę. Jego postać została ukazana w serialu: "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy" - opowiadającym właśnie o zmaganiach Polaków z Niemcami w Wielkopolsce pod zaborem prusko-niemieckim w latach 1815-1918. Zagrał go Piotr Machalica).




W listopadzie 1894 r. (pod protekcją byłego już kanclerza Bismarcka) powstał "Związek Popierania Niemczyzny w Marchiach Wschodnich" ("Verein zur Förderung des Deutschtums in den Ostmarken"), który w 1899 r. przekształcił się w "Niemiecki Związek Marchii Wschodniej" ("Deutscher Ostmarkenverein") a i tak od pierwszych liter nazwisk jego założycieli: Ferdynanda von Hansemanna, Hermanna Kennemanna i Henryka von Tiedemanna - Polacy zwali go po prostu "HaKaTą". Cel Hakaty był taki sam, jak Komisji Osadniczej, z tym że nie chodziło już tylko o wykupywanie ziemi z polskich rąk, a o ogólne propagowanie niemczyzny w prasie, szkołach, urzędach i wszelkich dziedzinach gospodarki Wielkopolski, łącznie ze sprowadzaniem na miejsce niemieckich chłopów, którym miano odsprzedawać te ziemie po zaniżonych cenach (na ten cel organizacja otrzymała ogromne państwowe fundusze). W 1902 r. członkowie Hakaty zainicjowali też projekt budowy pomnika Otto von Bismarcka w Poznaniu - który wzniesiony został w październiku roku następnego - jako symbolu niemieckości tych terenów i trwałego związania Wielkopolski z Niemcami (po wybuchu Powstania Wielkopolskiego - 27 grudnia 1918 r. i wyzwolenia całej Wielkopolski - luty 1919 r. -, a następnie zjednoczenia tej ziemi z resztą odradzającej się Polski, pomnik ten został obalony i wywieziony na złom 👍). Cele Hakaty również się nie powiodły, a wręcz przybrały skutek odwrotny, bowiem to nie Polacy odsprzedawali swoje ziemie Związkowi, a głównie Niemcy (mało tego - sami Niemcy odsprzedawali swój majątek polskim organizacjom i wyjeżdżali na zachód swego kraju). Tak więc ogólny bilans istnienia Hakaty (1894-1919) był ujemny, pomimo ogromnych środków finansowych przeznaczonych do "podtrzymywania" niemczyzny i walki ekonomiczno-kulturowej z Polakami.




Widząc klęskę swojej polityki kolonizacyjnej, rząd niemiecki postanowił w maju 1908 r. pójść na całość i wydać ustawę, umożliwiającą przymusowe wywłaszczenie polskich majątków w Poznańskiem (Wielkopolska) i Prusach Zachodnich (Pomorze Gdańskie). Wywołało to spore oburzenie w Europie (w nagłośnienie tego procederu włączył się również Henryk Sienkiewicz, który zorganizował nawet międzynarodową ankietę zatytułowaną: "Prusy i Polska" na którą był bardzo duży odzew ludzi polityki, nauki i kultury). To spowodowało, że cała akcja się nie powiodła (przejęto w ten sposób jedynie... cztery polskie majątki), a nagłośnienie sprawy mocno się temu przysłużyło. W tym też czasie swój bój z pruską administracją toczył polski chłop ze wsi Podgradowice (Kaisertreu) - Michał Drzymała. Rozpoczął on swój bój w 1904 r., gdy władze niemieckie odmówiły mu zgody na postawienie domu na zakupionej przez niego wcześniej ziemi (na mocy ustawy z 10 sierpnia 1904 r.. o konieczności uzyskania pozwolenia władz na postawienie budynku). Ostatecznie więc Drzymała kupił wóz cyrkowy i zamieszkał w nim zraz z całą swoją rodziną, a gdy władze chciały mu ten wóz odebrać - twierdząc że zgodnie z prawem wóz stojący w jednym miejscu przez 24 godziny jest domem - wówczas Drzymała codziennie przesuwał swój wóz o kilka metrów. Władze niemieckie długo miały w ten sposób związane ręce, ale ostatecznie po kilku latach usunęły ten pojazd siłą, a wówczas Drzymała zamieszkał w lepiance - którą też mu zburzono. Wtedy (1909 r.) został już ostatecznie zmuszony do sprzedaży swojej ziemi, ale sława jaką zdobył - opierając się pruskiej administracji - okazała się nieśmiertelna i gdy sam Drzymała zmarł (w kwietniu 1937 r.) wieś Podgradowice przemianowano na Drzymałowo, zaś jego samego - pośmiertnie - odznaczono Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, czyniąc go symbolem walki Polaków z akcją germanizacją w Wielkopolsce. Symbolem walki z germanizacją stały się też dzieci z Wrześni koło Poznania, które w 1901 r. odmówiły udzielania odpowiedzi na lekcjach religii w języku niemieckim (w tymże roku bowiem weszło nowe prawo, które zmuszało nauczycieli i księży do nauczania lekcji religii tylko w języku niemieckim, dotąd bowiem lekcje religii - jako jedyny szkolny przedmiot - były możliwe również w języku polskim). Dzieci odmówiły udzielania odpowiedzi i wymawiania słów modlitwy w języku niemieckim, za co zostały dotkliwie pobite przez nauczycieli (bicie było tak mocne, że wiele dzieci traciło przytomność), co w konsekwencji spowodowało strajk dzieci i ich rodziców we Wrześni, który trwał kilka miesięcy na przełomie lat 1901 i 1902. W strajku wzięło wówczas udział 50 tys. dzieci, których rodzice odmówili posyłania na naukę religii w języku niemieckim. Ostatecznie Niemcy nałożyli wysokie kary pieniężne na rodziców, którzy nie godzili się posłać swych dzieci na religię, co na pewien czas zakończyło strajk, ale już w listopadzie 1906 r. strajk ten wybuchł z jeszcze większą siłą (strajkowało wtedy ponad 75 tys. dzieci) a ich opór został nagłośniony w Europie i ostatecznie władze niemieckie musiały wycofać się z przymuszania polskich dzieci do nauki religii w języku niemieckim (znane było wówczas takie oto motto: "My z Tobą Boże rozmawiać chcemy, lecz "Vater unser" nie rozumiemy, i nikt nie zmusi nas Ciebie tak zwać, bo Ty nie Vater, lecz Ojciec nasz"). 


"DO KRWI OSTATNIEJ KROPLI Z ŻYŁ, BRONIĆ BĘDZIEMY DUCHA,
AŻ SIĘ ROZPADNIE W PROCH I PYŁ - KRZYŻACKA ZAWIERUCHA"



Niemcy nie tylko jednak wdrażali plany germanizacyjne, mające doprowadzić do zniemczenia lokalnej ludności polskiej na ziemiach, które w wyniku trzech rozbiorów (1772, 1793 i 1795) znalazły się granicach państwa pruskiego. Również powstawały plany tyczące się ziem, które nie wchodziły bezpośrednio w granice Rzeszy, ale które Niemcy widzieli w ramach projektowanej przez siebie powojennej Europy przyszłości. Były to tereny Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, które miały stać się rezerwuarem taniej siły roboczej dla Niemiec i zostać ekonomicznie wydrenowane, za to całkowicie politycznie i gospodarczo byłyby uzależnione od Wielkich Niemiec. Po raz pierwszy koncepcję Mitteleuropy zdefiniował prekursor niemieckiej geopolityki - Friedrich List już w 1841 r. gdy opowiedział się za przyszłą unią germańsko-madziarską, w której zjednoczone Niemcy wraz z Węgrami stanowiłyby centrum i trzon Europy, dzięki czemu udałoby się opanować Bałkany i wypędzić stamtąd Turków. Jeszcze dalej poszedł profesor na Uniwersytecie w Getyndze - Paul de Lagarde (właściwe nazwisko - Paul A. Botticher), który wystąpił z planem utworzenia imperialnych Niemiec, poprzez podbój przez nie całej Środkowej Europy (twierdził że pokój zapanuje dopiero wtedy, gdy: "Niemcy będą sięgać od Ems do ujścia Dunaju, od Dźwiny do Triestu, od Metz do Bugu, gdy zjednoczone siły pokonają Francję i Rosję. Ponieważ cały świat chce pokoju, musi zaakceptować Niemcy w takich granicach"). Nieco inny pogląd na tę sprawę miał niemiecki historyk - Constantin Frantz, który twierdził że co prawda Europa Środkowa powinna pozostać pod dominacją Niemiec, ale widział ją jako konfederację wolnych państw, posiadających pełną kulturową tożsamość i całkowitą autonomię polityczną (był też zwolennikiem odrodzenia Polski, gdyż twierdził że taka Polska byłaby sojusznikiem Niemiec w walce z Rosją). Profesor Uniwersytetu w Lipsku - Friedrich Ratzel łączył geografię z polityką, co spowodowało że stał się klasykiem geopolityki. Twierdził on, że Niemcy powinny zmierzać do potęgi poprzez aneksję sąsiednich ziem, a wpływy niemieckie widział sięgające od Alp na Południu, aż po Morze Czarne na Wschodzie. Inny jego znajomy - profesor Alfred Kirchhoff z Uniwersytetu w Halle, skupiał się bardziej na historycznych założeniach pomiędzy narodem, państwem a danym regionem.

Pierwszą jednak realną i sprecyzowaną koncepcję Mitteleuropy opracował dopiero w 1883 r. Hermann Wagner. Na przygotowanej przez niego mapie, w obręb Mitteleuropy weszłyby takie kraje, jak: Rzesza Niemiecka (wraz z niemieckojęzyczną częścią Austrii), Czechy z Morawami, Belgia wraz z Holandią i Luksemburgiem, oraz północno-wschodnia częścią Francji. Dalej jeszcze Królestwo Polskie (czyli ziemie Kongresówki) z północną częścią Mazowsza i z Prusami Wschodnimi, ale już bez ziem leżących na wschód od Wisły. Łącznie cała Mitteleuropa Wagnera sięgała od Wiednia i Bratysławy na Południu, po Morze Północne i Kanał La Manche na Północy, a także od Boulogne i Arras na Zachodzie, po Kłajpedę, Warszawę i linię Wisły na Wschodzie. Idąc tokiem rozumowania Wagnera, niejaki Joseph Partsch z Uniwersytetu Wrocławskiego dwadzieścia lat później znacznie rozszerzył w swojej książce - wydanej w 1904 r. właśnie pod takim tytułem - zakres niemieckiej Mitteleuropy. Była to pierwsza kompleksowa i metodyczna praca, ujmująca temat w sposób całościowy (pod względem geograficznym, historycznym i społeczno-kulturowym), licząca 463 strony. Partsch omówił tam Cesarstwo Niemieckie, Monarchię Austro-Węgierską (łącznie z Bośnią i Hercegowiną), Serbię, Rumunię, Bułgarię (wraz z Rumelią Wschodnią) oraz Czarnogórę. Zachodnimi granicami Mitteleuropy wyznaczył zaś Belgię, Holandię, Luksemburg i Szwajcarię, za to całkowicie pominął ziemie polskie zaboru rosyjskiego. Na całym tym obszarze miał dominować naród niemiecki, który miał być naturalnie predystynowany do tej roli, natomiast cały ten region miał się integrować pod niemiecką hegemonią, aż do ostatecznego utworzenia środkowoeuropejskiego mocarstwa. To właśnie od dzieła Partscha, a nie późniejszej pracy Friedricha Naumanna - powszechnie przyjęła się nazwa Mitteleuropa. W trzy lata po ukazaniu się książki Josepha Partscha, inny niemiecki geograf - Alfred Hettner zmienił terytorialny zasięg Mitteleuropy, dołączając do niej ziemie polskie wraz z północną częścią Galicji (z Krakowem i Lwowem), ale już bez Węgier i krajów bałkańskich, a także z miastami Francji: Boulogne, Arras, Reims, Toul i Nancy podchodząc granicą prawie pod Paryż.




W 1911 r. w czasie gorącego konfliktu marokańskiego (dla przypomnienia - 1 lipca do Agadiru wpłynęła niemiecka kanonierka "Pantera", a wkrótce potem na marokańskie wody wpłynął lekki krążownik "Berlin", co spowodowało niezadowolenie Francji, która od 1906 r. posiadała znaczne koncesje w Maroku i uznawała niemiecką interwencję za próbę podważenia jej stanu posiadania. Ostatecznie do wojny światowej wówczas nie doszło, gdyż konflikt został rozwiązany układem francusko-niemieckim z 4 listopada 1911 r. w wyniku którego Maroko miało stać się francuskim protektoratem, w zamian za co Niemcy otrzymywały od Francji część terytoriów Francuskiej Afryki Równikowej. Potem Francuzi śmiali się, że w zamian za bogate Maroko, oddali Niemcom trochę afrykańskiej sawanny), wówczas to niejaki Rudolf Tannenberg (właściwe jego nazwisko - Rudolf Martin) w swej książce "Gross Deutschland" opracował plan Mitteleuropy po całkowitym zwycięstwie Niemiec w przyszłej wojnie światowej, czyli po pokonaniu Rosji, zdobyciu Paryża i odepchnięciu Francji od Renu. Według Tannenberga, Niemcy miały zdobyć Belgię, Holandię, Luksemburg, północno-wschodnią Francję od Sommy po Dijon i Szwajcarię (zapewne włączoną jako kraj niemiecki), następnie północno-zachodnie tereny Królestwa Polskiego (Kongresówki) z Kaliszem i Łodzią. Potem całą Litwę, Łotwę i Estonię z Rewlem oraz wyspami Dago i Ozylia, całą Białoruś z Mińskiem aż po Dniepr, a także Witebsk, Smoleńsk i Wielkie Łuki, cały Wołyń z Łuckiem aż do Homla i granicą wschodnią tego niemieckiego imperium byłaby odtąd rzeka Desna. To, czego nie przyłączyliby Niemcy, przypadłoby w udziale ich sojusznikom - Austro-Węgrom, które zajęłyby całą pozostałą Kongresówkę z Warszawą i Modlinem, całą Ukrainę z Kijowem, Odessą, Krymem i Sewastopolem. Austro-Węgrom przypadłaby także polityczna dominacja na Bałkanach nad Serbią, Czarnogórą (te kraje pewnie zostałyby włączone do Monarchii), Rumunią, Bułgarią, Albanią i dużą częścią północnej Grecji. Tak miała wyglądać Wielka Rzesza Niemiecka i Cesarsko-Królewskie Austro-Węgry (notabene już wówczas podlegające siłom odśrodkowym, co powodowało że przyszłość tego państwa układała się w bardzo niejasnych barwach - ale nawet w sytuacji rozpadu Austro-Węgier to Niemcy mogłyby przejąć pełnię kontroli nad wspomnianym terytorium - przynajmniej w rozumieniu Tannenberga). Należy jeszcze dodać, że według Tannenberga do Wielkich Niemiec powinny również należeć takie kraje jak: Argentyna, Chile, Paragwaj i Urugwaj w Ameryce Południowej, prawie cała Środkowa Afryka z Madagaskarem, następnie Indonezja i południowo-wschodnie Chiny (jeszcze mógł do tego dodać Księżyc - bo po co się ograniczać - prawda 😅).




A TUTAJ JUŻ W CAŁEJ PEŁNI UKAZANE ZOSTAŁY NIEMIECKIE IMPERIALNE MIAZMATY PO ZWYCIĘSTWIE III RZESZY W II WOJNIE ŚWIATOWEJ



Tak oto wyglądały koncepcje ułożenia "niemieckiego Wschodu" przed wybuchem I Wojny Światowej. W następnej części przejdę już do klasycznej teorii pracy Friedricha Neumanna z 1915 r. pt.: "Mitteleuropa" i jej praktycznej realizacji podczas trwania wojny światowej, oraz tego, jak na to reagowały inne państwa, ze szczególnym uwzględnieniem Rosji (np. jak wyglądała reakcja rosyjska na uchwalenie przez Niemcy i Austro-Węgry - Aktu 5 Listopada 1916 r., powołującego do życia państwo polskie w nieokreślonych jeszcze granicach, ale z jasną deklaracją polityczną. Opowiem wówczas jak na to zareagował car, jego dwór, monarchiści, republikanie, liberałowie i w ogóle cała rosyjska prasa). Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że gdy kanclerz Rzeszy i premier Prus - Theobald von Bethmann-Hollweg złożył w 1912 r. wizytę w Rosji i powrócił potem do Berlina, miał rzec: "Rosja rośnie w siłę i spędza nam sen z powiek niczym nocny koszmar", zaś w swej pod-berlińskiej rezydencji zrezygnował nawet z sadzenia na wiosnę nowych drzewek w ogrodzie, mówiąc ogrodnikowi: "Nie warto, skoro i tak wkrótce będą tutaj Rosjanie". Ciekawe prawda, tym bardziej że Rosja w I Wojnie Światowej nie pokazała nic szczególnego i częściej się cofała niż atakowała.  


CDN.

12 czerwca 2026

KONCEPCJE MITTELEUROPY - Cz. I

JAK ONE WYGLĄDAŁY W TEORII
I JAK PRÓBOWANO
(I NADAL PRÓBUJE SIĘ)
REALIZOWAĆ JE W PRAKTYCE




 "Polska kultura prawna i przemiany po 1989 r. zostały zainspirowane i były wspierane przez niemiecką myśl prawniczą. Na tym opierało się konstruowanie w Polsce nowoczesnego państwa prawa, mechanizmów ochrony praw człowieka i demokracji. Na tym opieraliśmy naszą integrację europejską. Ale to powoduje - po stronie mentora - także szczególną odpowiedzialność. Jak w przypowieści z "Małego Księcia". Jeśli oswoi się zwierzątko, to nie można go później porzucić" - oto mądrości Adama Bodnara (byłego już Ministra Sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego), który na spotkaniu w Getyndze w roku 2021 (wówczas jeszcze jako Rzecznik Praw Obywatelskich), na którym odebrał nagrodę Dialogpreis - przyznawaną przez Federalny Związek Towarzystw Polsko-Niemieckich, wygłosił takie właśnie zdanie, i dalej: "Aktualny kryzys w Polsce już teraz oznacza wiele złego dla Polaków, sędziów, prokuratorów, działaczy społecznych. Ale on może stać się także zarzewiem kryzysu egzystencjalnego dla Unii Europejskiej. Właśnie ze względu na tragiczne doświadczenia historyczne, właśnie na Niemcach i na Republice Federalnej Niemiec spoczywa szczególna odpowiedzialność za przyszłość Unii Europejskiej - całej Europy, w tym państw na wschód od dawnej Żelaznej Kurtyny". Oto właśnie, w najczystszej konsystencji został przedstawiony wytwór polskiej elity, stworzonej po roku 1989. Ja oczywiście rozumiem aluzje do tego, że Polska po 1989 r. została "ukształtowana" na nowo przez Niemcy, jako: "kraj taniej siły roboczej" - o czym wspominał kilka lat temu niemiecki ekonomista - Reinhard Petzold (oto link do artykułu na ten temat: "Zbudowaliśmy Polskę jako kraj taniej siły roboczej"), ale nie pojmuję ile można mieć w sobie niechęci, czy wręcz nienawiści do Narodu Polskiego, aby płaszczyć się przed tymi, od których (w takiej lub innej formie) jesteś zależny - tego nie rozumiem (inna sprawa że mamy w kraju od 14 do 17% obywateli, którzy realnie... nienawidzą Polski i wydaje mi się że to jest poważny kłopot który należy rozwiązać w ciągu kolejnych lat, jeśli nie chcemy mieć poważnych problemów). Przecież za komuny wielu Polaków wysługiwało się Moskwie dla władzy i pozycji, ale i tak ogromna większość z nich nie wchodziła Sowietom do tyłka, a i często krytykowała "porządki" panujące w Kraju Rad. Wcześniej było podobnie - magnaci i szlachta, którzy brali pieniądze od obcych dworów (by na sejmach forsować plany zgodne z linią polityczną swoich mocodawców), wcale nie byli ślepo zapatrzeni ani w Prusy, ani w Austrię, ani tym bardziej w Rosję (choć do carycy Katarzyny II odwoływano się, jako do obrończyni "wolności szlacheckich" w Rzeczpospolitej). A teraz mamy przypadki takiego skundlenia, bo przecież Adam Bodnar to nie jedyna osoba publiczna, która w sposób wręcz upokarzający wchodzi Niemcom (a obecnie również Ukraińcom) w tyłek.

Kilkanaście lat temu przeczytałem (zdaje się na łamach "Polityki") tekst prawdopodobnie Ireneusza Krzemińskiego (choć dziś już nie mam pewności czy on był jego autorem), który zatytułowany został następująco: "Mijają wieki mijają lata, a Polak ma za Odrą brata" i odnosił się do braterstwa, jakie zapanowało po upadku komunizmu między Polakami a Niemcami. Już wtedy wydało mi się to mocno naciągane (jak przysłowiowa plandeka na Żuka, w końcu Jak to mówił Bogdan Łazuka w filmie "Halo Szpicbródka": "Myśmy już różnych braci znali, Kain i Abel z Biblii, znasz?") i jakoś tak mocno podejrzane.




A potem przyszły jasne deklaracje panów: Radosława Sikorskiego - który jako Minister Spraw Zagranicznych w rządzie Donalda Tuska, wygłosił 28 listopada 2011 r. w Berlinie swoisty hołd poddańczy wobec Niemiec, twierdząc że: "... z racji rozmiarów i historii Waszego kraju, ponosicie specjalną odpowiedzialność, aby chronić pokój i demokrację na naszym kontynencie. Jak mądrze stwierdził Jurgen Habermas, "Jeśli projekt europejski upadnie, pojawi się pytanie jak wiele trzeba będzie czasu, aby odzyskać status quo. Przypomnijmy sobie rewolucję niemiecką z 1848 r.: po jej klęsce potrzeba było stu lat, aby doprowadzić do tego samego poziomu demokracji". Co, jako minister spraw zagranicznych Polski, uważam za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa i dobrobytu Europy dziś, w dniu 28 listopada 2011 roku? Nie jest to terroryzm, nie są to Talibowie, i już na pewno nie są to niemieckie czołgi. Nie są to nawet rosyjskie rakiety, którymi groził Prezydent Miedwiediew, mówiąc, że rozmieści je na granicy Unii Europejskiej. Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa i dobrobytu Polski byłby upadek strefy euro. I domagam się od Niemiec tego, abyście - dla dobra Waszego i naszego - pomogli tej strefie euro przetrwać i prosperować. Dobrze wiecie, że nikt inny nie jest w stanie tego zrobić. Zapewne jestem pierwszym w historii ministrem spraw zagranicznych Polski, który to powie: Mniej zaczynam się obawiać niemieckiej potęgi niż niemieckiej bezczynności. Niemcy stały się niezbędnym narodem Europy. Nie możecie sobie pozwolić na porażkę przywództwa". Zaś potem, gdy były podnoszone (jak zwykle w dość nieudolny sposób) kwestie odszkodowania, jakie Niemcy winni są Polsce za II Wojnę Światową, za zniszczenia, obozy, za deportacje ludności, za  kradzież i germanizację polskich dzieci, a przede wszystkim za masowe zbrodnie i śmierć milionów ludzkich istnień (Ja jestem przekonany że - poczynając od dziś, aby nie doprowadzić do całkowitej katastrofy niemieckiego budżetu - lekko licząc przez kolejne tysiąc lat Niemcy nie byliby w stanie spłacić swoich win wobec Polski), to wówczas pan Sikorski stwierdził również że: ""Niemcy stracili na naszą rzecz 20 proc. swego przedwojennego terytorium"". Argument zupełnie niepasujący do kontekstu i nielogiczny.




Po pierwsze - to Niemcy (i Sowieci) rozpętali II Wojnę Światową, przy całkowitej uległości wielu innych państw Europy i Świata, zaś Polska jako pierwsza stanęła na drodze postępu totalitarnego zamordyzmu nazistów i komunistów. Po drugie - Niemcy tę wojnę przegrały; gdyby jednak ją wygrały, nie tylko nasze granice wyglądałyby dziś inaczej, ale żadnej Polski (i kilku innych krajów - głównie Europy Wschodniej) już by nie było; zresztą nie tylko krajów ale i ich narodów - które zostałyby fizycznie eksterminowane przez "europejską" i "cywilizowaną" niemiecką "Rasę Panów". Po trzecie - Polska sama straciła znacznie większe tereny na Wschodzie, kosztem Związku Sowieckiego i krajów które powstały na gruzach "sowieckiego imperium", a ziemie zachodnie miały być (według Stalina) zrekompensowaniem tych strat. Natomiast, co się tyczy zniszczeń i zbrodni, jakie Niemcy popełnili w Polsce na Polakach i Żydach, sprawiedliwości nigdy nie stało się zadość - NIGDY, aż do dziś. Zresztą ziemie, które Niemcy stracili po II Wojnie Światowej, to tak naprawdę były ziemie polskie, które Niemcy podbili i konsekwentnie przez wieki germanizowali, więc ich odzyskanie, to był zwykły powrót do Macierzy (same Niemcy tak naprawdę należałoby cofnąć jeszcze bardziej na Zachód - za Łabę, gdyż tamte tereny również należały do Słowian, którzy zostali przez to "cywilizowane" germańskie plemię po prostu wymordowani - to samo Hitler i jego banda chcieli uczynić po wojnie z Polakami, Rosjanami, Ukraińcami, Białorusinami i kilkoma innymi narodami, których po części zamieniono by w niewolników pracujących na rozległych latyfundiach nowej, nazistowskiej elity, oraz w gospodarstwach niemieckich chłopów; po części próbowano by zgermanizować; a po części po prostu by wymordowano w obozach zagłady i w ten sposób zbudowano by nową, "niemiecką Europę" - w morzu krwi i cierpienia, ładny akt założycielski - prawda? 😔).

Ale Radosław Sikorski i Adam Bodnar to nie jedyni tacy "podległościowcy", którym marzy się współcześnie powrót do koncepcji niemieckiej Mitteleuropy i w ogóle niemieckiej Europy. Kolejnym jest jeszcze choćby prezydent Warszawy - Rafał Czaskoski Trzaskowski, który przed wyborami prezydenckimi w 2020 r. stwierdził że: "Mamy gigantomanię Premiera Mateusza Morawieckiego, który proponuje lotnisko w szczerym polu. W Berlinie udało się po latach i będziemy mieli lotnisko, które... no trudno będzie z nim konkurować". Innymi słowy - po co nam polskie lotnisko (Centralny Port Komunikacyjny - mający być największym tego typu portem lotniczym w całej Europie Środkowo-Wschodniej, łącznie z Niemcami), skoro w Niemczech, w Berlinie budowane jest podobne? Dla mnie wypowiedzi tych panów można podsumować następująco: mentalność kolonialnego niewolnika, który wykształcony w szkołach swego pana, uważa się teraz za lepszego od pozostałych swych rodaków - zwanych tubylcami - i za przywilej służenia panu, jest gotów pluć na własny kraj bez zastanowienia się i bez końca. 




Oczywiście największy pro-niemiecki polityk, pół-Niemiec (w końcu jego ciotka od strony babki zginęła na Wilhelm Gustloff w 1945 r., gdzie wpuszczano tylko Niemców, Polak nie miał szans dostać się na ten statek żeby zostać ewakuowanym. Babka zaś do końca życia mówiła tylko po niemiecku, i do końca życia żałowała że Gdańsk jest polski, oraz wspominała listy pisane do jej męża przez cesarza Wilhelma II i syna przez Hitlera, jako coś niezwykle wzniosłego) Donald Tusk. Ten człowiek jest ewidentnym szkodnikiem, ewidentnym i zastanawiam się co trzeba mieć w głowie (mam tutaj oczywiście na myśli wyborców całej tej Platformy czy też Koalicji Obywatelskiej - która z obywatelskością ma tyle wspólnego, co ja czarną Afryką), żeby raz jeszcze sprowadzić nam takie zło (nie bójmy się tego słowa), skoro w 2015 r pozbyliśmy się go raz na zawsze. Oczywiście rozumiem że PiS należało ukarać za to co robił w pandemii i potem jako "słudzy narodu ukraińskiego", ale ta kara jest zbyt duża, zbyt bolesna dla całego naszego Państwa i Narodu. Brak słów, ale może społeczeństwo wreszcie przejrzy na oczy, jakie to "cywilizowane" towarzystwo nami zarządzało przez te wszystkie lata (przecież Adam Bodnar wprost porównał Polaków do zwierząt, nad którymi stoi niemiecki treser z batem w ręku i szkoli całe to "polskie bydło") i nareszcie odeśle te osoby do ich mocodawców, za Odrę, czy może za Bug - gdziekolwiek, byle z dala od naszego kraju.




Jednak idąc tropem mentalności volksdeutscher'ów, postanowiłem zająć się niemiecką koncepcją Mitteleuropy i wszystkimi jej wprowadzanymi w życie realiami (począwszy od Generalnego Gubernatorstwa z czasów I Wojny Światowej, poprzez Polskę stworzoną pod niemiecką kontrolą w akcie dwóch cesarzy - Wilhelma II i Franciszka Józefa I z 5 listopada 1916 r., której żywot był dość krótki i zakończył się wraz z kapitulacją Niemiec - 11 listopada 1918 r. i odradzaniem się niepodległej Polski; następnie Generalne Gubernatorstwo tworzone od 26 października 1939 r. na okupowanych przez Niemcy ziemiach Środkowej Polski - zachodnie ziemie zostały bowiem przyłączone do Rzeszy, a wschodnie do kraju "wszelkiej szczęśliwości" czyli do ZSRS. Jako ciekawostkę opowiem także o planach stworzenia na ziemiach polskich - szczególnie podczas I Wojny Światowej, lecz również i w czasie Drugiej - niemiecko-żydowskiego państwa, zwanego umownie "Judeopolonią" - ale to już tylko na marginesie. Na końcu przejdę wreszcie do tego, co nastąpiło po tzw.: "transformacji ustrojowej", czyli po umownym i całkowicie kontrolowanym (oczywiście wiadomo jest że wszystkiego się do końca nie dopilnuje i w pewnym momencie te procesy zaczynają żyć własnym życiem, więc "całkowicie kontrolowane" tylko do pewnego etapu) "upadku komuny" i początkach naszej III Rzeczpospolitej Polski. Swoją drogą zastanawiające jest, że tyle sił - zarówno w przeszłości jak i obecnie - było i jest nam wrogich, a my wciąż żyjemy, wciąż trwamy na tym skrawku Środkowej Europy. Mało tego - ośmielamy się również myśleć o stworzeniu nowego "Imperium Intermare" - czyli centrum Idei Polskiej, promieniującej nie tylko na całą Europę, ale również na cały świat (jak bowiem brzmiały słowa błogosławionego ojca Bronisława Markiewicza, które wypowiedział on podczas wizji przyszłości, jaka została mu ukazana w 1863 r.: "Wy, Polacy, przez niniejszy ucisk oczyszczeni i miłością wspólną silni, nie tylko będziecie się wzajem wspomagali, nadto poniesiecie ratunek innym narodom i ludom, nawet wam niegdyś wrogim. I tym sposobem wprowadzicie dotąd niewidzialne braterstwo ludów, Bóg wyleje na was wielkie łaski i dary, wzbudzi między wami ludzi świętych i mądrych i wielkich mistrzów, którzy zajmą zaszczytne stanowiska na kuli ziemskiej. Języka waszego będą się uczyć w uczelniach na całym świecie". Nieznana zaś z imienia mistyczka z Podlasia w podobnej wizji przyszłości rzekła w 1932 r.: "Nie do Germanów, lecz do Słowian należy przyszłość Europy. Polska jest wezwana do wielkiej misji i dlatego powinna stać się wzorem dla innych narodów"). Cesarz Napoleon Wielki stwierdził niegdyś (do swego sekretarza Bourrienne'a) iż: "Bez niezawisłej Polski nigdy nie będzie trwałego pokoju w Europie", ale nie tylko - należy bowiem dodać, że Europa przyszłości (wolna Europa przyszłości, już bez ciągłego zagrożenia islamskiego i bez dyktatury antykulturowych marksistów) to bez wątpienia Europa "Ducha Idei Polskiej" - i skorzystają na tym wszyscy: Niemcy, Francuzi, Włosi, Szwedzi, Brytyjczycy i Rosjanie. Amen!


Zatem do dzieła z nową serią tematyczną




CDN.

11 czerwca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIII

KONTYNENT AMERYKAŃSKI
HISTORIA POLITYCZNA
ok. 25 000 r. p.n.e. - 12 500 r.p.n.e. 
Cz. I





AMERYKA PÓŁNOCNA
(REJON RZEKI MISSISIPI i MEKSYK)
KOLONIZACJA TOLTECKA




Po zagładzie cywilizacji OHUM (ok. 40 000 r. p.n.e.), zniszczonej przez katastrofalną powódź (po ok. 400 latach istnienia tej cywilizacji), długo nie nastąpiła kolejna kolonizacja tego kontynentu. Ameryka Północna (i Południowa), były to ziemie wówczas bardzo niebezpieczne ze względu na ukształtowanie terenu. Wyżyna Meksykańska czy góry Andy jeszcze wówczas nie istniały, ziemie niewiele wystawały ponad poziom morza, przez to dochodziło tutaj do bardzo częstych powodzi, tornad a także trzęsień ziemi. Nie były to więc tereny które chciano by szybko skolonizować. Jednak, jeśli odniesiemy się do channelingów, to istnieje informacja, że pierwsza grupa ludności przemierzała ten kontynent już ok. 27 000 r. p.n.e. Prawdopodobnie (gdyż nie ma na ten temat informacji) była to ludność Biała. Skąd takie moje przypuszczenie, skoro nie ma informacji o ich pochodzeniu ani kolorze skóry? Uznałem że to była ludność Biała, gdyż w tym samym czasie w Imperium Ujghur miały miejsce wstrząsy wewnętrzne, które doprowadziły do opuszczenia Azji przez duże grupy ludności (Białej - aryjskiej ludności). Prawdopodobnie więc ta pierwsza grupa przybyszy, którzy przemierzali kontynent od północy ku brzegom Atlantyku (by osiedlić się na Atlantydzie), była rasą Białą (nie tworzyli oni też żadnych miast czy osad na mijanych przez siebie ziemiach).

Prawdziwa kolonizacja (oczywiście jak większość na tym kontynencie) zaczęła się dopiero po roku 25 000 p.n.e., czyli po zagładzie Lemurii. Uciekinierzy z MU zaczną zakładać tutaj pierwsze osady, które jednak nie będą miały większego znaczenia (po zagładzie MU, ludność pochodząca z tamtego kontynentu, której uda się dostać do Ameryki - cofnie się w swym rozwoju) aż do 16 000 r. p.n.e. Wówczas to powstaną dwa wielkie miasta MITLA (w dorzeczu Missisipi) i TULA (północny Meksyk i południowe tereny Kalifornii i Teksasu). Przed powstaniem tych dwóch wielkich miast, Toltekowie z Ameryki Północnej nie wytworzą żadnej znaczącej kultury, cofną się w swym rozwoju i początkowo będą nawet mieszkać z szałasach, namiotach, a nawet jaskiniach. Potem dopiero zaczną się łączyć w większe grupy i pod przewodnictwem królów/kapłanów zakładać pierwsze prowizoryczne osady. Pamięć o tragedii MU wciąż będzie ich jednak determinować, choć kolejne pokolenia tracić będą już wiedzę na temat tego, co dokładnie się wydarzyło. Tę wiedzę będą sobie przekazywali jedynie królowie/kapłani w ścisłym, hermetycznym gronie, która nie będzie mogła zostać wyjawiona na zewnątrz pod groźbą najstraszliwszych tortur i śmierci. W czasach jeszcze późniejszych wiedza o tragedii MU zostanie zamknięta za murami świątyń i we wnętrzach piramid, do których wstęp będą mieli jedynie kapłani najwyższego rzędu.


TOLTEKOWIE
WYBRAŃCY OCALALI Z ZAGŁADY IMPERIUM MU



Po inwazji Corteza i podboju tych ziem przez Hiszpanów po 1519 r., a szczególnie w wieku XX, gdy te świątynne inskrypcje zostały szczegółowo zbadane i przetłumaczone, można się dowiedzieć ciekawych rzeczy. Mianowicie w słynnym kodeksie Chimalpopoca (wyrytym także w jednej ze świątyń) czytamy: "Było to słońce Nahui-Atl. Wtedy zginęła cała ludzkość i została zatopiona. Niebo zbliżyło się do wody. W jednym dniu wszystko zginęło, a dzień Nahui-Xochtil pożarł naszą rasę. Nawet góry zapadły się w morze". Według tych przekazów jest tam również informacja o człowieku NACIE i jego żonie NENIE, których ocalili "bogowie", nakazując im udać się na kontynent amerykański. Channelingi nie mówią nic o tych osobach, ale nie można wykluczyć że istnieli naprawdę, tym bardziej że (jak już w poprzednich częściach pisałem) TJehooba ocaliło przed zagładą kilku (kilkunastu - kilkuset?) obywateli Imperium MU, ewakuując ich początkowo na Marsa, oraz na inne tereny Ziemi. Wielu jednak uciekło na własną rękę, kierując się głównie ku brzegom Ameryki Północnej i Jukatanu. 

Tak więc Toltekowie przed 16 000 r. p.n.e. nie wytworzyli żadnej większej cywilizacji, która byłaby choćby cieniem dawniejszej cywilizacji Imperium MU. Dopiero po tej dacie następuje gwałtowne "przyspieszenie" i "odrodzenie" cywilizacyjne tego ludu. Powstają dwa wielkie miasta-państwa Mitla (z której później przybędzie m.in.: lud Azteków), oraz Tula. Ale owe "odrodzenie" nie wzięło się z niczego, coś się musiało stać, że w końcu do niego doszło. Owszem - stało się! W tym właśnie czasie do Ameryki przybył syn Enkiego - Ningiszzida z Edenu. Wśród ludów amerykańskich znany on jest pod imieniem... QUETZALCOATLA - Pierzastego Węża (o tym jednak w kolejnej części)



JUKATAN 
i INWAZJA ITARA
ok. 25 000 r. p.n.e.


JUKATAN W OKRESIE ROZKWITU CYWILIZACJI MAJÓW 
(ok. 350 r. p.n.e. - ok. 900 r.)



Kim byli Majowie? Skąd pochodzili? Dlaczego na Półwyspie Jukatan stworzyli tak dalece rozwiniętą cywilizację? Jakie były ich korzenie i dlaczego ich pierwotne dzieje nikną nam w mgle przypuszczeń i niepewności, związanych z ich pojawieniem się? Lud MAYA był po prostu jedną wielką grupą... Białej ludności II Imperium Atlantydy (prowadzonej przez dziesięciu mężów, zwanych ATLANAMI), która została skierowana ze stolicy z misją kolonizacji całego Zachodu (czyli ówczesnego kontynentu amerykańskiego). Przywódcą Atlanów był ITAR, który swe okręty skierował ku brzegom Jukatanu. Miało to miejsce niedługo po zniszczeniu przez Atlantów kontynentu Lamar, czyli ok. 25 000 r. p.n.e. Pierwszym miastem które wzniósł Itar (obrany tytularnym władcą nowej krainy - 9 dalszych wodzów weszło zaś w skład jego rady przybocznej) na amerykańskiej ziemi, stało się miasto CHITZEN-ITZA (czyli "Krynica Węża"). To była pierwsza stolica nowej prowincji II Imperium Atlantydy, zaś Itar stał się pierwszym jej władcą (mianowanym z polecenia atlantyckiego monarchy). W mieście - jako jedną z pierwszych - bardzo szybko wzniesiono świątynię zakonu "Synów Beliala", która stała się centralnym punktem miasta. 

Gdy w XVI wieku hiszpańscy konkwistadorzy zajęli rejon dzisiejszego Jukatanu, na tych terenach żyła już ludność Czerwonoskórych Indian (których przodkowie pochodzili z zatopionego Cesarstwa MU, a którzy docierali na kontynent i osiedlali się tam, łącząc się z pierwotnymi Białymi kolonistami z Atlantydy od 25 000 r. p.n.e. do ok. 10 500 r. p.n.e. Przez cały ten czas trwała intensywna kolonizacja Jukatanu przez grupy Czerwonoskórych, najpierw z MU, potem z północnej Ameryki, a częściowo nawet z... Indii Nagów. Gdy Hiszpanie przybyli do opuszczonych już wówczas miast-państw Majów (upadek cywilizacji Majów jest dosyć dziwny i niewytłumaczalny, w każdym razie Hiszpanie przybyli na Jukatan w momencie, w którym cywilizacja Majów już nie istniała, co najwyżej jej jakieś niewielkie pozostałości), lokalne grupki Indian żyły już na o wiele niższej stopie, niż nie tylko ich przodkowie w czasach Itara i późniejszych, lecz także byli bardziej prymitywni niż ich pobratymcy z ówczesnej północy - terenów środkowego Meksyku, czy zachodnich brzegów Ameryki Południowej, gdzie powstały wielkie cywilizacje Azteków i Inków. Ci właśnie potomkowie dawnych Majów, opowiadali hiszpańskim zdobywcom że miasto Chitzen-Itza (i wiele jemu podobnych) powstało: "Nim jeszcze słońce zaświeciło na niebie". Czyli w czasach, których oni sami nie byli w stanie ogarnąć pamięcią przekazywaną z pokolenia na pokolenie (o tym dlaczego współcześni ludzie żyją zaledwie 100-120 lat opowiem w temacie ostatecznego zniszczenia Firmamentu Niebieskiego - o którym jasno mówi Biblia - a który to był głównym powodem wydłużenia wieku niezliczonych pokoleń, żyjących tutaj w czasach przedhistorycznych). Tak więc kolonia Jukatanu (choć rządzona przez Białych władców) szybko zdominowana zostanie przez Czerwonoskórych mieszkańców z głębi kontynentu.

Dr. August le Plongeon, który w XIX wieku badał starożytny język Majów, powiedział otwarcie: "Jedna trzecia tego języka, to jest czysta greka". Dodał także że język Majów nie jest też pozbawiony słów pochodzących z języka sumeryjskiego i staro-asyryjskiego. Mało tego, dr. Plongeon wykazał również że pierwotną ludnością, zamieszkującą tereny Jukatanu, była... ludność Biała - europejska, a nie Czerwonoskóra - indiańska. Zresztą ostatnie znaleziska czaszek (do tej pory znaleziono kilka takich czaszek, najstarszą jest czaszka tzw.: Białego "Człowieka z Kennewick"), mających po kilkadziesiąt tysięcy lat, które brano za należące do ludności Czerwonoskórych Indian, okazały się... czaszkami Białych ludzi. Skąd Biali w Ameryce przed Kolumbem? Owszem, przybywali tam wcześniej Wikingowie, no ale głównie na tereny Ameryki Północnej i ich obecność ograniczała się jedynie do terenów nadbrzeżnych, nie zapuszczali się w głąb kontynentu, a ich rajdy miały miejsce dopiero kilkadziesiąt tysięcy lat po odnalezieniu owych czaszek. Natomiast te czaszki (skrupulatnie złożone w ziemi), znalezione zostały w głębi kontynentu i pochodziły z czasów znacznie odległych, nim jeszcze Wikingowie pojawili się w Skandynawii. Świat nauki do dziś stara się rozwikłać zagadkę "Białych ludzi w Ameryce przed Kolumbem i Wikingami", niewielu zaś jest w stanie przyjąć do wiadomości, że Biała ludność pojawiła się tam znacznie wcześniej niż Czerwonoskórzy wybrańcy, ocaleni z kontynentu Lamar.


"CZŁOWIEK Z KENNEWICK"
REKONSTRUKCJA TWARZY "BIAŁEGO AMERYKANINA"
SPRZED ok. 12 000 lat




CDN.


PS: A na zakończenie chciałbym jeszcze wyrazić swoje zdanie na temat Orderu Orła Białego który prezydent Karol Nawrocki obiecał odebrać temu ukraińskiemu pajacowi. Tak więc uważam że jak najszybciej należy to uczynić, gdyż to jest jedynie gest symboliczny. W tym przypadku zaś, jeżeli Ukraińcy jawnie już odwołują się do tradycji nazistowskiej i czczą morderców kobiet i dzieci - którzy w znanej nam historii ludzkości mordowali małe dzieci tak okrutny i odrażający sposób, że nawet Niemcy nie byli w stanie wytrzymać widoku kilkuletnich dzieci, przecinanych piłami na pół albo mającymi gwoździe wbite w czaszki. Jeśli więc Ukraina nie potrafi odrzucić swojej morderczej, nazistowskiej przeszłości, to ja już nie mam słów i ja takiej Ukrainy nie widzę nigdzie, ani w NATO ani w Unii Europejskiej, ani nawet... w Europie.



DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. V

PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I
DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)
Cz. V






U BOKU OJCA
Cz. III


 Nie od razu Antygon Jednooki ruszył na nową wojnę z Alketasem i Attalosem (którzy wraz z Eumenesem z Kardii tworzyli swoistą trójcę przyjaciół i wodzów byłego regenta Perdikkasa - poległego nad Nilem w 321 r. p.n.e.). Pokonawszy Eumenesa i zamknąwszy go w twierdzy Nora (leżącej w górach Taurus), Antygon przejął również jego armię jak i skarbiec, przez co stał się najsilniejszym i najbogatszym macedońskim satrapą, a co za tym idzie najbardziej pewnym siebie i najbliższym zdobycia spodziewanej władzy regenta. Co prawda sędziwy już Antypater wciąż jeszcze żył, ale jego gwiazda coraz szybciej blakła, podupadał też na zdrowiu i było pewnym że jego dni są policzone. W tej sytuacji należało się spodziewać wyznaczenia nowego regenta i pojawiało się natychmiast pytanie - który z byłych wodzów Aleksandra Wielkiego jest najbardziej godnym tego tytułu. Bez wątpienia najbliżej władzy był Poliperchon Epirota, syn Symmiasza z Tymfai (mający jakieś powiązania z królewskim rodem władców Epiru), który od śmierci Aleksandra (323 r. p.n.e.) pełnił funkcję namiestnika Macedonii i miał kontrolę nad Helladą i głównymi jej miastami-twierdzami (tzw: "kajdanami Hellady"). Był on prawie rówieśnikiem Antygona. Antygon zaś stał się teraz najsilniejszym pretendentem do roli regenta, posiadał największą armię i złoto - które to mógł użyć w walce o tę władzę (będącą tylko wstępem do zapewnienia sobie i swemu rodowi odrębnej korony i wypowiedzenia posłuszeństwa marionetkowym królom Macedonii). Każdy zresztą z wodzów Aleksandra teraz działał coraz wyraźniej na własną rękę i tak naprawdę Antypater był ostatnim z wodzów, który pragnął utrzymania w całości dawnego Imperium. W walce o regencję liczył się jeszcze co prawda Ptolemeusz, ale ten całkowicie już skupił się na Egipcie i nie pragnął większej władzy. Zdając sobie doskonale sprawę że Fenicja i Syria stanowią doskonałą bazę do ataku na Egipt, zapragnął posiąść te krainy (aby wyeliminować owe zagrożenie) i z początkiem 320 r. p.n.e. posłał tam swego wodza i przyjaciela Nikanora, który szybko podporządkował sobie Syrię, biorąc do niewoli tamtejszego satrapę - Laomedonta (wyznaczonego w traktacie w Tripadejsos z 321 r. p.n.e.) i pozyskał porty Fenicji, zapewniając Ptolemeuszowi kontrolę nad całym ogromnym terytorium Celesyrii.




W tej mojej wyliczance ewentualnych pretendentów do roli regenta, pominąłem jeszcze postać Kassandra - syna Antypatra, który dotąd pełnił funkcję dowódcy jazdy w armii podległej Antygonowi. Z końcem 320 lub z początkiem 319 r. p.n.e. został on wezwany przez ojca do Pelli, by mu pomagał w sprawowaniu funkcji regenta, licząc zapewne na to, że ojciec jemu właśnie przekaże ten tytuł. Kassander był rówieśnikiem Aleksandra Wielkiego i wydawało się że jest w sile wieku aby pełnić tę funkcję (miał bowiem 35/36 lat). Do Macedonii wysłany został (oczywiście za zgodą Antygona) również w tym czasie (320/319 r. p.n.e.) poseł i najwierniejszy przyjaciel zamkniętego w twierdzy Nora Eumensa, jego rodak - Hieronim z Kardii. Wszyscy oni znajdowali się w Pelli w czasie, gdy stan zdrowia Antypatra mocno już podupadł. Wiosną lub wczesnym latem 319 r. p.n.e. leżąc już na łożu śmierci (po zaledwie dwóch latach sprawowania regencji), Antypater prosił zebranych przy jego łożu, aby utrzymali w całości Imperium Aleksandra, oraz aby nigdy nie pozwolili kobiecie stanąć na czele Królestwa (chodziło oczywiście o Olimpias - matkę Aleksandra, która w tym czasie przebywała wraz z Tessaloniką - córką swego zmarłego małżonka a ojca Aleksandra Wielkiego - Filipa II i Nikesipolis w Epirze. Jej własna córka - Kleopatra przebywała bowiem nadal w Sardes w Azji Mniejszej). Umierając latem 319 r. p.n.e. Antypater wyznaczył na nowego regenta nie swego syna Kassandra (zapewne uważał że jest na to jeszcze zbyt młody i niedoświadczony) tylko właśnie Poliperchona i tak też rozpoczęła się nowa regencja. Kassander jednak nie zamierzał pogodzić się z wolą ojca (oczywiście potwierdzoną potem przez Zgromadzenie Macedończyków, na którym to oficjalnie już Poliperchon został obrany regentem) i potajemnie sprzymierzył się z Antygonem oraz Ptolemeuszem, szukając możliwości obalenia nowego regenta. Natomiast Poliperchon przypadł do gustu Hieronima, który w imieniu Eumenesa przysiągł mu wierność.




W tym też czasie zamknięci w twierdzy Nora żołnierze Eumensa nudzili się niemiłosiernie. Jedzenia i wody co prawda nie brakowało, ale wszystko było monotonne, a posiłki stały się jednakowe. Poza tym nie było miejsca aby prowadzić normalne ćwiczenia wojskowe i wojsko się nieco Eumenesowi "rozłaziło". Aby nie dopuścić do swoistego "skapcowacenia" swoich żołnierzy, Eumenes czynił wszystko aby upewnić ich w przekonaniu, że los jaki ich spotkał jest tymczasowy i wkrótce to oni będą ponownie "dzielić i rządzić". Posiądą też złoto, kobiety i oczywiście sławę wojenną. Jadał wraz z nimi, codziennie kogoś nowego zapraszając do swego stołu i z nim dyskutując. Tym zaś, którzy przy nim wytrwali w twierdzy Nora, przyznał prawo do noszenia purpurowych płaszczy i purpurowych kapeluszy na wzór królów macedońskich. Największy budynek twierdzy przeznaczył też do ćwiczeń wojskowych (nie był on duży a żołnierze maszerowali w kółko, co okrążenie przyspieszając kroku. Była to bodajże jedyna rozrywka jaką mieli tam żołnierze). Największy jednak problem był ze zwierzętami (a konkretnie z końmi) gdyż długie miesiące pozostawania w stajni w bezruchu nie służyły ich przydatności bojowej. Ponieważ jednak w twierdzy nie było miejsca do eskapad konnych, Eumenes wymyślił inny sposób na podtrzymanie sprawności swych koni, a mianowicie za pomocą skomplikowanego systemu rzemieni, pasów i drewnianych bloków (specjalnie w tym celu skonstruowanych), powiązywał ze sobą stojące w jednym boksie konie w taki sposób, że dźwignia podnosiła je lekko do góry, jednocześnie wymuszając na nich aby cały ciężar ciała oparły na tylnych kopytach (przednie lekko tylko dotykały ziemi). Po kilkunastu takich ćwiczeniach konie przyjmowały pozycje jak do galopu i starały się utrzymać przednimi kopytami w taki sposób aby dotknąć ziemi. Trwało to tak długo, aż z ich pyska zaczęła lecieć ślina a ciało pokrywało się potem. Eumenes zdawał sobie sprawę że takie ćwiczenia są niezbędne aby utrzymać sprawność fizyczną koni w odpowiednim stanie, tak, aby, jak już opuszczą twierdzę, były zdolne do działań bojowych. Tak też mijały miesiące i nadeszła jesień 319 r. p.n.e. a wszyscy z ogromną niecierpliwością wypatrywali powrotu Hieronima, spodziewając się że ten przywiezie wreszcie dobre wieści, które pozwolą opuścić im tę maleńką twierdzę.




Hieronimus jednak w swej drodze powrotnej do Nory został zatrzymany przez Antygona, który zaprosił go do siebie i przyjął nazbyt serdecznie jako przyjaciela Eumenesa. Obsypywał go tam darami i zaszczytami a nawet poprosił aby Hieronim zaprzestał wyjazdu do Nory i pozostał przy nim. Hieronimus - powołując się na swą przyjaźń z Eumenesem - odmówił, ale obiecał że zawiezie do Nory przesłanie Antygona, w którym ten prosił Eumensa o sojusz wymierzony przeciwko nowemu regentowi Poliperchonowi i wsparcie dla Kassandra. W zamian Antygon oferował Eumenesowi nie tylko żądaną przez niego Kapadocję ale i znacznie więcej krain, oraz przyznawał mu pierwsze miejsce w radzie wojennej jeśli tylko wyrazi zgodę na sojusz. Hieronim wyjechał więc do Nory, gdzie został przyjęty z wielką radością i nadziejami, ale gdy przedstawił Eumenesowi propozycję sojuszu jaką zaproponował mu Antygon, ta radość nie była już tak wielka. Co prawda pięknie brzmiały obietnice przekazania Eumenesowi Kapadocji i tych krain, których zapragnie, ale był jeden mały, aczkolwiek bardzo istotny haczyk w tym wszystkim. Otóż Eumenes miał złożyć przysięgę wierności Antygonowi (oczywiście dodano tam też frazy o wierności królom, ale były one coraz mniej warte w szybko zmieniających się, niepewnych czasach). Na tym właśnie miał polegać sojusz, na podporządkowaniu się Eumenesa Antygonowi. Powstał więc problem jak taką decyzję przedstawić żołnierzom, od miesięcy zamkniętym w tej łupinie orzecha jaką była Nora. Odmówić złożenia przysięgi oznaczało pozostać tam nie wiadomo jeszcze jak długo, złożyć ją, to związać się na zawsze planami wyznaczonymi przez Antygona a tym samym zapewne złamać wcześniej złożone przyrzeczenie dane Aleksandrowi Wielkiemu i jego następcom. Cóż więc było robić? Eumenes wpadł na trzecie wyjście, nie mógł odmówić złożenia przysięgi, bo to oznaczało dalsze przebywanie w twierdzy w której nikt już dłużej przebywać nie chciał. Postanowił jednak Eumenes zmienić ją nieco w swym brzmieniu tak, aby przysięga została złożona królom, czyli Filipowi III Arridajosowi i maleńkiemu (czteroletniemu) Aleksandrowi IV. Oczywiście imię Antygona zostało w tekście zachowane, ale spadło na dalsze pozycje. Taki tekst został więc przedstawiony dowódcy Antygona oblegającemu Norę i po złożeniu przysięgi, ku wielkiej radości żołnierze Eumenesa opuścili wreszcie (po roku) tę przeklętą dla nich twierdzę i udali się do Kapadocji, gdzie napływali również inni dawni weterani armii Eumenesa, uciekając głównie z oddziałów Antygona.




A tymczasem do Antygona przybył z Macedonii Kassander. Ten powitał go niczym prawdziwego regenta, obiecał mu swą pomoc i wsparcie oraz przyznał na początek 35 okrętów wojennych i 4000 żołnierzy. Natomiast Poliperchon zdołał na Zgromadzeniu Macedończyków przyjąć uchwałę, określającą zbiegłego Kassandra mianem zdrajcy i aby wzmocnić własną pozycję (oraz wyczuwając do czego dąży Antygon, próbujący osłabić władzę centralną), zaprosił do Macedonii królową-matkę Olimpias (tym samym łamiąc dane na łożu śmierci Antypatrowi słowo, iż żadnej kobiety do władzy nie dopuści) aby zajęła się opieką swego wnuka - króla Aleksandra IV. Olimpias (która od dawna pragnęła władzy) oczywiście pozytywnie przyjęła zaproszenie Poliperchona, ale obawiając się wpływów Kassandra jak również królowej małżonki Filipa III Arridajosa - Eurydyki, nadal pozostała w kraju Molossów w Epirze (należy też dodać, że imię Olimpias zostało również wymienione w tekście przysięgi, jaką Eumenes złożył na ręce wodza Antygona opuszczając Norę). Wkrótce potem (koniec 319 lub początek 318 r. p.n.e.) do Eumenesa do Kapadocji przyszedł list od Poliperchona, w którym ten proponował mu sojusz przeciwko Antygonowi, przyjazd do Macedonii i objęcie wraz z nim wspólnych rządów regencyjnych. Jeśli zaś Eumenes postanowiłby pozostać w Azji, otrzymałby naczelne dowództwo nad znajdującą się tam armią oraz skarb królewski znajdujący się w mieście Kyinda w Cylicji, wraz z ochraniającymi go 3000 doborowego oddziału macedońskich Srebrnych Tarcz. Eumenes przystał na tę propozycję i pomaszerował do Cylicji, obejmując w posiadanie ów skarb, jak i dowództwo nad Srebrnymi Tarczami. Weterani armii Wielkiego Króla (którzy wcześniej otrzymali rozkaz z podpisem Filipa III i Aleksandra IV) powitali Eumenesa z radością. Miał on wówczas bowiem opinię "Niezwyciężonego", ulubieńca bogini Tyche, którego los wywindował na najwyższe zaszczyty. Każdy zaś żołnierz woli służyć pod dowódcą któremu dopisuje szczęście nawet wówczas gdy przegrywa bitwę, niż takim, który pomimo zwycięstwa ostatecznie nie potrafi go wykorzystać i ponosi klęskę. Pomimo jednak całej swej niezwyciężoności i sławy, Eumenes miał jeden poważny defekt w oczach żołnierzy Aleksandra, a mianowicie był Grekiem a nie Macedończykiem, a poza tym wciąż ciążył na nim wyrok śmierci, wydany przez Zgromadzenie Macedończyków jeszcze w Tripadejsos (a w zasadzie to jeszcze nad Nilem w Egipcie w 321 r. p.n.e.) który wciąż nie został odwołany (Poliperchon co prawda obiecał że się tym zajmie ale niewiele poczynił w tym temacie). Zatem pomimo sławy, ciężko było Eumenesowi zapanować nad macedońską armią, a tym bardziej nad jej dowódcami, którzy przecież uważali się za lepszych i bardziej predestynowanych do dowodzenia Srebrnymi Tarczami i całą królewską armią Azji od jakiegoś Greka. Ale jak już pisałem wcześniej Eumenes był nie tylko dobrym wodzem, nie tylko dopisywało mu szczęście, nie tylko dbał o tężyznę fizyczną i sprawność bojową, ale przede wszystkim był inteligentnym i bystrym człowiekiem który niejednokrotnie wykorzystywał siłę własnego intelektu aby dopomóc losowi, który potem uważano za zrządzenie bogów. I tak też się stało tym razem.




To on oficjalnie miał objąć dowództwo nad całą armią Azji, ale zdając sobie sprawę z trudności jakie się z tym wiązały, postanowił podzielić się tym dowództwem w dość przemyślny sposób, jednocześnie pozostawiając je w swych rękach na rzymskiej zasadzie Primus Inter Pares - czyli pierwszy wśród równych. Przybywszy do Kyindy w Cylicji, natychmiast poinformował tamtejszych dowódców formacji Srebrnych Tarcz, że w nocy przyśnił mu się król Aleksander Wielki siedzący na swym złotym tronie i wydający wojsku rozkazy. Przesłanie było więc jasne - Aleksander (już jako bóg) jest z nimi nadal i to on wciąż podejmuje decyzje, on dowodzi, a skoro dowodzi któż mógłby się mu sprzeciwić, któż mógłby wystąpić przeciwko jego militarnemu geniuszowi i jego królewskiej woli. Eumenes był więc tutaj tylko przekaźnikiem woli samego boga, który wciąż dowodziłby swoją armią - trudno o bardziej miłą sercu weteranów tego króla wizję, w której to już nie jakiś tam Grek dowodził będzie macedońską armią, ale sam Wielki Król, który teraz stał się bogiem. Eumenes stwierdził więc że bogu Aleksandrowi należy wystawić przepiękny namiot w którym ustawi się jego złoty tron, a na nim położy jego diadem. Obok ustawi się ołtarz, na którym codziennie wodzowie składać będą ofiary ku jego czci, a On będzie z nimi podczas walk i przyniesie im zwycięstwo. Tak więc teraz wodzem stał się sam Aleksander a Eumenes był jednym z wielu członków jego sztabu (choć tak naprawdę miał głos decydujący), piękne i jakże zmyślne kupienie sobie wdzięczności zarówno dowódców (których taka wizja całkowicie satysfakcjonowała) jak i żołnierzy - dawnych weteranów Wielkiego Króla. W tym czasie większość wodzów starała się już dopasować do wizerunku króla-boga Aleksandra. Pierwszym z nich był niejaki Leonnatos (dowódca doborowego oddziału konnych hetajów), który zaraz po śmierci Aleksandra zgolił brodę i nie zamierzał zapuszczać jej już nigdy. W jego ślady poszli teraz inni wodzowie, w tym Eumenes (który golił się na gładko), jak również Antygon, a szczególnie jego syn - Demetriusz. Brodaty mężczyzna, który do tej pory był symbolem mądrości, siły i doświadczenia (szczególnie wojennego), teraz ustąpił miejsca całkowicie ogolonej męskiej twarzy, która wcześniej tożsama była z twarzą młodzieńca wykorzystywanego do homoseksualnych zabaw. Skoro jednak Aleksander stał się bogiem i trafił na Olimp (gdzie przebywał wraz z największymi Olimpijczykami), to było oczywiste że jeśli zamierzano podążać Jego śladem, to szczególnie należało utożsamić się do niego fizycznie. Oczywiście na tym nie poprzestano i już wkrótce zaczęto tworzyć przy swoich obozach wojskowych swoiste dwory, które były wyznacznikami nowego modelu rządów w rozrywanym na części Imperium Wielkiego Króla. A latem 318 r. p.n.e. nowa Druga Wojna Diadochów (czyli wodzów Aleksandra) zaczęła się już na całego.




Warto też dodać nieco na marginesie, że w tym samym czasie za Adriatykiem Synowie Grodu Wilczycy toczyli od 326 r. p.n.e. wojnę z Samnitami, którzy w 321 r. p.n.e. zadali im upokarzającą klęskę w wąwozie Kaudium (na wschód od Kapui). Rzymianie zostali zmuszeni do kapitulacji na upokarzających warunkach złożenia całej broni i przejścia pod jarzmem. Spowodowało to kilkumiesięczny chaos i żałobę jaka zapanowała w Rzymie, w ciągu roku wybrano też dwóch dyktatorów, którzy nie byli w stanie przeprowadzić wyborów, tak bardzo społeczeństwo rzymskie dotknięte zostało ową klęską i hańbą. Dopiero na początku 320 r. p.n.e. wybrano nowych konsulów - Kwintusa Publiusza Filona i Lucjusza Papiriusza Kursora (ten ostatni swój przydomek "Cursor" czyli biegacz, wziął z niezwykłej wytrwałości w zawodach sportowych, głównie w biegach. Był też uważany za dobrego wodza, a nawet za rzymskiego odpowiednika Aleksandra Wielkiego i typowany był jako ten, który właśnie miał się zmierzyć z Wielkim Królem w bitwie, gdyby tamten skierował się na podbój Italii).


RZYMSKI LEGIONISTA 
(z II wieku p.n.e.) 
w starciu z MACEDOŃSKIM FALANGITĄ



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...