WYŚWIETLENIA

17 maja 2026

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. III

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO





SANACJA
CZYLI IDEOLOGIA BEZ IDEOLOGII



Czym była Sanacja? Trudno to jasno sprecyzować i sądzę że ci, którzy używali tego słowa, również mieli problem ze zdefiniowaniem czym tak naprawdę była Sanacja. Nie była to bowiem żadna sformalizowana idea jak faszyzm czy komunizm, nie posiadała żadnego programu i nie miała swoich ściśle określonych założeń. Cały bowiem program sanacyjny sprowadzał się do jednego, do... idei Marszałka Józefa Piłsudskiego - i tyle, w zasadzie już moglibyśmy zakończyć ten temat - ale to byłoby zbyt proste. Nie było żadnego programu sanacyjnego, a ci, którzy byli u boku Marszałka i wprowadzali te założenia sanacyjne w życie - sami nie potrafiliby dokładnie odpowiedzieć na pytanie czym one właściwie są. Ideologia sanacyjna była reprezentowana przez ludzi z bliższego (i dalszego) otoczenia Marszałka Piłsudskiego, których nazywano piłsudczykami (ja sam uważam się również za piłsudczyka, choć mój pradziadek był hallerczykiem i pewnie nie pochwaliłby moich przekonań), mimo to postaram się obiektywnie zinterpretować tę ideologię, która tak naprawdę nie zawierała w sobie żadnej ideologii.

Czym bowiem była Sanacja? Był to ruch który stawiał sobie za cel wzmocnienie wewnętrzne i zewnętrzne Polski, uczynienie z niej centrum gospodarczego, militarnego, a co najważniejsze (wręcz kluczowe) kulturowego całego rejonu państw Międzymorza, czyli całej Europy Środkowo-Wschodniej. Jak w 1936 r. pisał na łamach "Prosto z Mostu" Stanisław Piasecki (notabene Piasecki był narodowcem a nie piłsudczykiem, ale jego tekst wpisuje się całkowicie w poglądy ludzi zwanych piłsudczykami i systemu zwanego "sanacyjnym"): "Musimy zbudować potęgę trzecią (co do Niemiec i Rosji), która tamtym materialistycznym poglądom przeciwstawi swój idealistyczny pogląd na świat. I skupić wokół niego wszystkich, którzy między Morzem Bałtyckim a Czarnym i Śródziemnym tak samo czują jak my, a są słabi i rozbici". Piasecki dodawał również: "W tym miejscu jesteśmy (...) na przeciągu wichrów ze wschodu i zachodu. Tu można być tylko albo czymś wielkim i potężnym, albo nie być (wcale)". Celem więc Sanacji, celem Marszałka Piłsudskiego i ludzi skupionych wokół Niego, było uczynienie z Polski (a raczej z Rzeczpospolitej - rozumianej co najmniej jako wspólne państwo polsko-litewsko-ruskie, ale nie na zasadzie centralizacji, tylko podobne do tego sprzed zaborów, w którym była Korona, była Litwa i była Ruś - choć ta ostatnia nie miała podmiotowości politycznej, ale wszystko spajała kultura polska i polski język, a najważniejsze decyzje praktycznie zawsze zapadały w Koronie) centrum cywilizacji duchowej, promieniującej na całą Europę Południową i Środkowo-Wschodnią (dziś widać np. że budzi się Wielka Brytania, budzi się również - a wiem to z potwierdzonych źródeł - Hiszpania i Francja, w tych bowiem krajach w ostatnim czasie było niezwykle wiele powrotów do Kościoła Chrystusowego i ten trend tam wciąż postępuje. Laicyzacja Europy to już przeszłość, teraz powstaje pytanie czy Europa będzie chrześcijańska czy będzie islamska. A ta iskra już wyszła z Polski i wystarczy sobie poczytać komentarze o naszym kraju jakie zamieszczają Brytyjczycy, Francuzi, Amerykanie, Hiszpanie, Włosi nawet Niemcy, wszyscy są wręcz zafascynowani Polską, tym jak tutaj jest bezpiecznie, jak jest... normalnie. I to jest dopiero początek, choć oczywiście są tacy, którzy pragną aby w tym naszym Domu również naśmiecić, aby upodobnić go do reszty z Zachodniej Europy. Tylko że coraz więcej Polaków też otwiera oczy i to zarówno na naszych sąsiadów zza wschodniej granicy, jak i na to co płynie z tego tak zwanego "postępowego" Zachodu). 










Celem Sanacji było stworzenie silnego, opartego na potędze militarnej Rzeczpospolitan/Polaków, potędze gospodarczej (od Bałtyku ku Morzu Czarnemu i Adriatykowi, tak jak to było od średniowiecza, gdy polscy władcy w prezentach ofiarowywali rzymskim cesarzom wielbłądy lub słonie, które to zwierzęta wówczas w Niemczech budziły prawdziwy zachwyt i zdumienie - a brało się to stąd, że główny kierunek gospodarczy ówczesnej Polski był skierowany na tereny Morza Czarnego, Bizancjum i Grecji a stamtąd ku Syrii, Lewantowi i Arabii, stąd takie zwierzęta jak waśnie słonie czy wielbłądy były dość częstym widokiem na polskich dworach. Czyli kierunek z północy na południe, a nie ze wschodu na zachód, jak to jest obecnie), a przede wszystkim potędze kulturowej i duchowej, która była najsilniejszym lepiszczem.

Sanacja za czasów Marszałka Piłsudskiego nie posiadała żadnych ściśle zorganizowanych struktur, żadnych organizacji młodzieżowych (jak to było np. w hitlerowskich Niemczech, faszystowskich Włoszech, frankistowskiej Hiszpanii, salazarowskiej Portugalii, austro-faszystowskiej Austrii, nie mówiąc już o komunistycznej Rosji). Oczywiście idea sanacyjna była bardzo silna w już istniejących organizacjach młodzieżowych (jak choćby w Harcerstwie), ale równie silne były tam idee narodowe (endeckie) czy nawet socjalistyczne, zaś wszelkie próby stworzenia młodzieżowych organizacji piłsudczykowskich były bardzo źle odbierane przez samego Marszałka. Marszałek Piłsudski - jako człowiek wychowany w tradycji Wielkiej Rzeczypospolitej, brzydził się wszelkimi spędami młodzieży i publicznymi przemowami do wiwatujących tłumów (które to elementy były nieodłącznym krajobrazem wszelkich totalitaryzmów). Sanacja była więc bodajże jedyną w świecie ideologią nie posiadającą żadnej sprecyzowanej ideologii i nie mającej ściśle podporządkowanych sobie kadr organizacyjnych. Nie znaczy to oczywiście że takich kadr nie było w wielu innych organizacjach, bowiem idea Marszałka Piłsudskiego, była ideą niezwykle popularną. W Wojsku Polskim np. istniał prawdziwy "kult" Marszałka (oczywiście rozumiany jako niezwykły szacunek, którym żołnierze otaczali twórcę polskiej Armii i tego, który wyprowadził Polskę z niewoli trzech "czarnych orłów" i rozgromił bolszewicką nawałę w 1920 r.), jednak poza wojskiem piłsudczycy już nigdzie nie dominowali. Należy też dodać - bo to bardzo ważne - że idea Marszałka Piłsudskiego była ideą niezwykle elitarną, zakładała bowiem że są ludzie, którzy dzięki przymiotom własnego umysłu, charakteru lub też w jakiś inny sposób są w stanie przewodzić innym ludziom i prowadzić ich ku wspólnemu dobru (no niestety, może ktoś się na to obrazić, ale ja również uważam że tak właśnie jest, że wpływ wielkich ludzi w historii był często niebagatelny na późniejsze wydarzenia, chociaż teoria "skrzydeł motyla" mówi że nawet... brak dobrego seksu może zmienić nasze dzieje 😉)




Jednym z nurtów idei piłsudczykowskiej był także Prometeizm - który choć narodził się jeszcze w XIX wieku, swoją ostateczną formę przybrał właśnie w latach 20-tych i 30-tych wieku XX. Czym był Prometeizm, który forsował (aktywnie do 1920 r., potem już nieco bardziej pasywnie) Marszałek Piłsudski? Jeśli mielibyśmy zdefiniować go w krótkich słowach, to powiedzielibyśmy że była to idea rozsadzenia Rosji poprzez oddzielenie od niej narodów nie-rosyjskich, które ona w ciągu wieków podbiła i ciemiężyła. Już w 1904 r. płynąc do Japonii (która toczyła wówczas wojnę z Rosją), Józef Piłsudski opracował "Memoriał" dla cesarza i rządu japońskiego, w którym zawarte zostały słynne słowa: "Rosję należy rwać po szwach narodowych". W 1908 r. Leon Wasilewski (również PPS-iak i bliski współpracownik Józefa Piłsudskiego) opracował tajną broszurę w której propagował ideę "rozbicia Rosji i utworzenia (na jej terenie) niepodległych państw narodowych". Jednak w swej pełni zaczął się ten nurt urzeczywistniać dopiero z chwilą wybuchu Rewolucji Październikowej (chyba tylko z przyzwyczajenia piszę o niej dużymi literami) 1917 r. Wówczas do działania przystąpiło wielu ukrytych prometeistów, jak choćby hrabia Bogdan Hutten-Czapski czy Feliks Dzierżyński. Prometeiści nie stanowili bowiem zwartej organizacyjnie grupy, lecz byli rozdzieleni i często wspierali ruchy wzajemnie się wykluczające. 

Właśnie tacy ludzie jak hrabia Hutten-Czapski i hrabia Harry Kessler (który spotkał Piłsudskiego jeszcze podczas I Wojny Światowej w okopach i po krótkiej z nim rozmowie stał się gorącym zwolennikiem nie tylko Prometeizmu jako ideologii rozbicia Rosji, ale także pełnej niepodległości Polski - o czym zresztą już pisałem), którzy przyczynili się do wysłania przez Niemcy do Rosji (w zaplombowanym wagonie kolejowym) Włodzimierza Lenina, zdając sobie sprawę że doprowadzi on do takiego wewnętrznego rozkładu Rosji, iż cel prometeizmu zostanie urzeczywistniony. Feliks Dzierżyński - ów wielki zbrodniarz, który za młodu dał swemu nauczycielowi po gębie, gdy ten zakazał mu mówić po polsku (notabene w młodym wieku Dzierżyński popełnił również zbrodnię, zabijając własną siostrę. Stało się tak, gdy wziął nabitą strzelbę swego ojca i bawiąc się z siostrą wymierzył do niej a następnie... strzelba wystrzeliła i dziewczyna padła martwa. Dzierżyński do końca życia nie mógł sobie tego wybaczyć), niszczył Rosję od środka, mordując najlepszych synów rosyjskiej ziemi. Znamienne są słowa, jakie w Rydze w 1921 r. wypowiedział Dzierżyński do swego przyjaciela z lat dziecinnych - Leona Wasilewskiego: "Ja nie zabijam ludzi, ja zabijam ruskich". A dziś Rosjanie uważają Dzierżyńskiego za jednego ze swoich bohaterów - no cóż, turański naród który w swych dziejach wielbił morderców i wszelkich degeneratów (podobnie jak banderowska Ukraina). Celem prometeizmu było więc dążenie do rozpadu Rosji wszelkimi możliwymi sposobami, ale oczywiście zaistniała pustka musiałby zostać wypełniona przez coś nowego. Tym nowym była również koncepcja polskiego Mesjanizmu, czyli innymi słowy: "koncepcja wypełnienia przez Polskę szczególnej roli na Wschodzie i konieczność stworzenia sobie warunków, aby kierować w znacznym stopniu przebiegiem zjawisk".




Największą popularność idea prometejska zyskała właśnie w środowisku piłsudczykowskim, a do jej realizacji miały posłużyć najróżniejsze inicjatywy wśród przedstawicieli narodów ciemiężonych przez Rosję: Gruzinów, Ormian, Tatarów, Azerów, Ukraińców czy nawet Białorusinów, wspieranych zarówno przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Wydział Wschodni, na którego czele stali zagorzali prometeiści (jak choćby Tadeusz Hołówko, Tadeusz Schaetzel czy Tadeusz Kobylański). Powstały więc takie inicjatywy jak "Związek Zbliżenia Narodów Odrodzonych" (1921-1923), "Ludowy Związek Obrony Ojczyzny i Wolności" - powołany do życia w styczniu 1921 r. przez przebywającego w Polsce, rosyjskiego antykomunistę Borysa Sawinkowa. Projekt ten upadł, gdy Sawinkow został podstępnie zwabiony w sierpniu 1924 r. do Rosji (całą tę misterną akcję zorganizowało OGPU - czyli sowiecki wywiad, którego członkowie podszyli się pod rosyjskich antykomunistów, wmawiając Sawinkowowi że cała Rosja wrze i czeka tylko na niego, jako przywódcy do walki z Czerwonymi. Po śmierci Lenina w styczniu 1924 r. Sawinkow, dotąd bardzo podejrzliwy i nieufny - nie ufał nikomu oprócz swego osobistego ochroniarza, który potem został zabity {przez sowiecki wywiad} - dał się wreszcie przekonać i pojechał do Rosji przejąć ster kontrrewolucji. Po przekroczeniu granicy - 15 sierpnia 1924 r. - natychmiast został aresztowany. W wiezieniu - aby uniknąć cierpień fizycznych - zgodził się przyznać do wszystkiego, jednocześnie w zamian za darowanie mu życia uznał władzę sowiecką i apelował do wszystkich Rosjan o to samo. Sowieci nie dotrzymali jednak danego słowa i 7 maja 1925 r. Sawinkow został zabity w niewinnej zdawałoby się sprzeczce między więźniami. Sowieci uzyskali to, co chcieli - po pierwsze wyeliminowali groźnego wroga, który mógł im napsuć krwi, po drugie upokorzyli go, zmuszając do deklaracji prokomunistycznych i piętnujących jego działania, a potem po prostu go zabili w dobrze zorganizowanym zamachu, tak aby wyglądało to na wypadek). Do 1927 r. Moskwa rozbiła lub zneutralizowała wszelkie rosyjskie grupy antykomunistyczne.




Polski wywiad (sławna "Dwójka" - Oddział II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego), a szczególnie Wydział Wschodni, odniosły jednak kilka znaczących sukcesów na polu prometejskiego rozbijania Rosji. Pierwszym, zdecydowanym sukcesem, było zawarcie sojuszu polityczno-wojskowego pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Ukraińską Republiką Ludową Symona Petlury 22 i 24 kwietnia 1920 r. Jej realizacją było wspólne zdobycie Kijowa 7 maja 1920 r. i przesunięcie linii frontu polsko-bolszewickiego daleko na południowy-wschód. Drugim sukcesem z okresu lat wojny z bolszewikami (1920 r.), był chociażby apel prezydenta Tatarskiego Zgromadzenia Narodowego na Krymie - Muhameda Ayaz Ishaki do Ligii Narodów o objęcie Krymu polskim protektoratem. W tym czasie zawiązane zostało szereg wzajemnych sojuszy pomiędzy przedstawicielami rządów państw takich jak Armenia czy Gruzja na uchodźstwie i to właśnie w Polsce ci ludzie przygotowywali się do ewentualnej wojny z Sowietami i wyzwolenia ich ojczyzn przy współdziałaniu Wojska Polskiego (o tym że wcześniej czy później dojdzie do wojny polsko-sowieckiej zarówno Piłsudski jak i korpus oficerski Wojska Polskiego zdawał sobie sprawę dosyć dobrze. Zresztą nie mogło być inaczej, Sowieci bowiem dążyli do wywołania rewolucji światowej a pierwszym etapem tej rewolucji i pierwszą przeszkodą było pokonanie Polski, która przed II Wojną Światową była w Sowietach największym złem jaki kiedykolwiek istniał - na temat Polski powstało w Sowietach ponad 70 filmów propagandowych, więcej niż na temat wszystkich innych państw świata... razem wziętych. Polska zresztą była zawalidrogą, przeszkodą na drodze do rewolucji europejskiej, zresztą Niemcy również nas w ten sposób postrzegali w projektowaniu swojej ekspansji na Wschód). W Polsce też szkoliły się kadry przyszłych narodowych armii państw przez Rosję podbitych i uciemiężonych, oraz takich, które byłyby w stanie przygotować antykomunistyczne (i antyrosyjskie - bo to się nie wykluczało) powstania w swoich krajach. Polacy, na prośbę reprezentantów innych krajów, delegowali własnych oficerów do kadr tworzących się armii (np. gruzińskiej, ormiańskiej czy białoruskiej), choć oficerowie ci musieli mieć korzenie z tych właśnie krajów. Polska łożyła też na utrzymanie oddziałów tworzących się armii sprzymierzonych (w przypadku wojny z Sowietami powołanoby do życia odpowiednie dywizje a nawet armie narodowe).




Prometeizm polski skupiał się w latach 20-tych i 30-tych XX wieku głównie na narodach kaukaskich, których przedstawiciele byli częstymi gośćmi zarówno w Sulejówku u Komendanta, jak i w sferach wojskowych i rządowych II Rzeczypospolitej. Tacy ludzie jak: Noe Rasziwili, Nikola Czcheidze, Dżafer Sejdamet, Kakutsa Czołokaszwili (przywódca sierpniowego powstania Gruzinów w 1924 r.), Władimir Żabotyński (założyciel Legionu Żydowskiego i twórca Betaru, który potem walczył z Arabami w Palestynie o niepodległość Izraela i... mordował Brytyjczyków) - wszyscy oni szkolili się i zdobywali swoje doświadczenie wojskowe, organizacyjne i konspiracyjne właśnie w Polsce. Polacy (a raczej polscy Żydzi) byli też twórcami państwa Izrael, którego pierwszym językiem był właśnie język polski (a gdy w latach 60-tych i 70-tych Izrael toczył wojny z państwami muzułmańskimi, w Polsce cieszono się że: "Nasi Żydzi biją ruskich Arabów" - kto by pomyślał że Żydzi się tak bardzo zdegenerują jako naród? Ale to nie dziwota, w końcu napłynęło tam wielu Żydów że w Związku sowieckiego i dzisiaj język rosyjski jest znacznie bardziej popularny w Izraelu niż hebrajski czy idisz). Nie będę rozpisywał się na temat poszczególnych akcji (tym bardziej że nie o wszystkich wiem) prometeistów, bowiem byłoby to zbyt długie i sądzę że chyba raczej nudne, w każdym razie warto zapamiętać że ruch prometejski (którego symbolem stał się właśnie zakuty w kajdany Prometeusz, któremu sęp wydziobywał wątrobę - a tym sępem była właśnie Rosja, zaś Prometeusz to symbol zniewolonych i cierpiących narodów pod rosyjskim butem. Według mitu sępa zastrzelił z łuku właśnie Herakles i takim Herkulesem wśród uciemiężonych narodów miała być sanacyjna Polska, która w 1920 roku pokazała jak powinno się zwyciężać Moskali) swoją ostateczną formę przybrał właśnie w Dwudziestoleciu Międzywojennym (a szczególnie po roku 1926).


"STAĆ BĘDZIE KRAJ NASZ CAŁY - 
STAĆ BĘDZIE PIASTÓW GRÓD
ZWYCIĘŻY ORZEŁ BIAŁY - ZWYCIĘŻY POLSKI LUD"



Kolejnym nurtem Sanacji, była również koncepcja kolonialno-mocarstwowa, dążąca do zdobycia dla Polski kolonii w Afryce lub Ameryce Południowej. Po zaledwie piętnastu latach od odzyskania niepodległości Polska już uważała się za lokalne mocarstwo, dążąc do uzyskania statutu mocarstwa regionalnego a nawet kontynentalnego. Silne wojsko, silna flota, Prometeizm, kolonie zamorskie, Międzymorze - to wszystko składało się na politykę ludzi tworzących rzeczywistość tamtej Polski, jakże różnych od wielu dzisiejszych polityków czy raczej politykierów. Tamci ludzie wyrośli w niewoli, a potrafili nie tylko myśleć jak wolni ludzie, ale i swoje myśli w czyn przekładać. Mało tego, oni nie tylko myśleli jak ludzie wolni, oni działali z pełną premedytacją jak ci, którzy tę wolność tylko własnej pracy i wysiłkowi zawdzięczają - i dzięki temu tworzyli podstawy potęgi tamtej naszej Ojczyzny. A jak jest dzisiaj... szkoda gadać, większość polityków myśli tak, jakby miała łańcuchy z tytanu których nie sposób rozerwać (a reszta nie myśli w ogóle). To są niewolnicy, zupełnie inna mentalność. Według mnie należy takich ludzi odseparować od polityki z wilczym biletem i jednocześnie doprowadzić do tego, aby coraz więcej młodych ludzi do niej wchodziło. Młodzi, zdrowo myślący, mający szczere patriotyczne poglądy - tacy ludzie są nam dziś potrzebni. Dlaczego bowiem Mojżesz błąkał się przez czterdzieści lat po Synaju nie wchodząc do Ziemi Obiecanej, choć odległość tę mógłby pokonać w kilka miesięcy? Dlatego że nie mógł znaleźć drogi? Nie, dlatego że musiało wymrzeć pokolenie niewolników, którzy co prawda już fizycznie byli wolni, ale mentalnie i psychicznie wciąż pozostawali niewolnikami. Nie sposób jest rozmawiać z niewolnikiem jak z człowiekiem wolnym i nie sposób budować z nimi wolnego narodu - bo to jest zupełnie inna mentalność - dlatego dopiero dzieci tych ludzi - nie mające doświadczeń ich rodziców, mogli stworzyć naprawdę niepodległe i wolne społeczeństwo.



"NIECH KAŻDY ŻOŁNIERZ, ZACZĄWSZY OD NAJWYŻSZEGO DOWÓDCY, KOŃCZĄC NA NAJŚWIEŻSZYM REKRUCIE, PAMIĘTA, ŻE OD JEGO SUMIENNOŚCI W PRACY, OD JEGO WYSIŁKU ZALEŻY, CZY ZABEZPIECZYMY NARODOWI TO, CZEGO PO NAS, ŻOŁNIERZACH, NARÓD SPODZIEWAĆ SIĘ MA PRAWO - NIEZALEŻNOŚĆ I PEŁNĄ SWOBODĘ URZĄDZENIA SIĘ PO SWOJEMU W WOLNEJ OJCZYŹNIE"


 "IM PRĘDZEJ POZOSTAŁOŚCI NIEWOLI ZOSTANĄ ZAPOMNIANE I WYRZUCONE POZA NAWIAS ŻYCIA POLITYCZNEGO POLSKI, TYM LEPIEJ DLA NIEJ I DLA PRACY ODBUDOWY OJCZYZNY"


"SĄ W ŻYCIU NARODÓW I PAŃSTW ZMAGANIA, KTÓRE NIGDY NIE USTAJĄ. POLSKĘ NA RÓWNI Z INNYMI NARODAMI OCZEKUJE WALKA WE WSZECHŚWIATOWYCH ZAPASACH O PIERWSZEŃSTWO W DZIEDZINIE ORGANIZACJI I KULTURY. POLSKA MUSI MIEĆ TRIUMFY I W TEJ POKOJOWEJ WALCE. ZDAĆ MUSI WIELKI EGZAMIN, BY NIE DAĆ SIĘ UBIEC W TYM KULTURALNYM WYŚCIGU"


"POLSKA MA PRZED SOBĄ WIELKĄ PRACĘ. POLSKA, TA WYŚNIONA, WYMARZONA, MA WSZELKIE ZEWNĘTRZNE CECHY, KTÓRYMI MY, WYCHOWANI W NIEWOLI, CIESZYĆ SIĘ MOŻEMY: WIELKIE WOJSKO, WIELKIE TRIUMFY, WIELKĄ ZEWNĘTRZNĄ SIŁĘ, WIELKĄ POTĘGĘ, KTÓRĄ I WROGOWIE I PRZYJACIELE SZANOWAĆ I UZNAWAĆ - CHOĆBY NIE CHCIELI - MUSZĄ. MAMY ORŁA BIAŁEGO, SZUMIĄCEGO NAD GŁOWAMI, MAMY TYSIĄCE POWODÓW, KTÓRYMI SERCA NASZE CIESZYĆ MOŻEMY. LECZ UDERZMY SIĘ W PIERSI. CZY MAMY DOŚĆ WEWNĘTRZNEJ SIŁY? CZY MAMY DOŚĆ TEJ POTĘGI DUSZY? CZY MAMY DOŚĆ TEJ POTĘGI MATERIALNEJ, ABY WYTRZYMAĆ JESZCZE TE PRÓBY, KTÓRE NAS CZEKAJĄ?"


"PRZED POLSKĄ LEŻY I STOI WIELKIE PYTANIE: CZY MA BYĆ PAŃSTWEM RÓWNORZĘDNYM Z WIELKIMI POTĘGAMI ŚWIATA, CZY MA BYĆ PAŃSTWEM MAŁYM, POTRZEBUJĄCYM OPIEKI MOŻNYCH. NA TO PYTANIE POLSKA JESZCZE NIE ODPOWIEDZIAŁA. TEN EGZAMIN Z SIŁ SWOICH JESZCZE ZDAĆ MUSI. CZEKA NAS POD TYM WZGLĘDEM WIELKI WYSIŁEK, NA KTÓRY MY WSZYSCY, NOWOCZESNE POKOLENIE, ZDOBYĆ SIĘ MUSIMY, JEŻELI CHCEMY ZABEZPIECZYĆ NASTĘPNYM POKOLENIOM ŁATWE ŻYCIE, JEŻELI CHCEMY OBRÓCIĆ TAK DALEKO KOŁO HISTORII, ABY WIELKA RZECZPOSPOLITA POLSKA BYŁA NAJWIĘKSZĄ POTĘGĄ NIE TYLKO WOJENNĄ, LECZ TAKŻE KULTURALNĄ NA CAŁYM WSCHODZIE. WSKRZESIĆ I TAK JĄ POSTAWIĆ W SILE I MOCY, POTĘDZE DUCHA I WIELKIEJ KULTURY MUSIMY, ABY SIĘ MOGŁA OSTAĆ W TYCH WIELKICH, BYĆ MOŻE, PRZEWROTACH, KTÓRE LUDZKOŚĆ CZEKAJĄ"


"W DZIECIŃSTWIE MOIM CIĄGLE MI SZEPTANO W USZY TAK ZWANE MĄDRE PRZYSŁOWIA: "NIE DMUCHAJ POD WIATR", "GŁOWĄ MURU NIE PRZEBIJESZ", "NIE PORYWAJ SIĘ Z MOTYKĄ NA SŁOŃCE". DOSZEDŁEM PÓŹNIEJ DO TEGO, ŻE SILNA WOLA, ENERGIA I ZAPAŁ MOGĄ TE WŁAŚNIE ZASADY ZŁAMAĆ"


 "SZUKAJ PRAWDY W DUSZY. PATRZ W OCZY, PRAWDA JEST SIŁĄ I JEST MOCĄ DUSZY"

 


CDN.

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XIV

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. V


KRÓLOWA LUDWIKA MARIA GONZAGA



 Gdy w 1637 r. król Władysław IV brał ślub po raz pierwszy z arcyksiężniczką austriacką Cecylią Renatą, na Zamku Królewskim w Warszawie miała swoje pokoje królewska kochanka, mieszczka lwowska - Jadwiga Łuszkowska. Cecylia Renata musiała toczyć o nią z królem istne awantury, nim ten zdecydował się umieścić ją z dala od Zamku, teraz jednak sytuacja znów się powtarzała. Król miał drugą żonę, lecz na Zamku, w jego apartamentach królowała kolejna kochanka - Róża Małgorzata von Eckenberg. Teraz jednak król starał się być ostrożniejszy, tak że panna Eckenberg oficjalnie nie zamieszkała na Zamku, ale prawie każde noce spędzała w pokojach króla, natomiast królowa Ludwika Maria sypiała w samotności. Noc poślubna i kolejne noce przez pierwsze kilka tygodni małżeństwa upłynęły więc w taki właśnie sposób i to pomimo starań madame Renee de Guebriant, która otrzymała polecenie od samego kardynała Mazarina, aby starała się doprowadzić królewską parę do wspólnego łoża. Nie udało jej się to i aby uniknąć oskarżeń, obwiniła o wszystko... Ludwikę Marię, która w listach do Mazarina musiała się tłumaczyć ze swej nieśmiałości (ale dodawała że król jest oziębły wobec wszelkich jej amorów). Tak oto w państwie, prócz królewskich planów wojny z Osmanami i Tatarami, pojawił się kolejny problem - jak przekonać króla do małżeńskich figli z żoną. Wojewoda poznański - Krzysztof Opaliński wpadł wówczas na pewien pomysł, a mianowicie poinformował francuskiego posła w Rzeczpospolitej - Nicolasa de Bergy, aby przekazał dwórkom Ludwiki Marii informację, że królowa powinna być śmielsza w okazywaniu uczuć, gdyż: "król nasz pan miłościwy jest cokolwiek lubieżny w okazywaniu materii miłosnej" (król lubił spędzać czas w towarzystwie kobiet, na które trwonił fortunę i gdy wreszcie Sejm nie chciał ofiarować królowi więcej pieniędzy, twierdząc że na niemoralne idą eskapady, Władysław w gniewie krzyknął: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał")




Królowa spędzała więc wciąż samotne noce, otoczona jedynie swymi dwórkami, perskimi kobiercami i renesansowymi arrasami zawieszonymi na ścianach, które szczególnie jej się podobały. Bardzo też spodobała jej się komnata w której sypiała (jej łóżko specjalnie było ozdobione baldachimem) i cały wystrój wnętrz Zamku Królewskiego, czemu dawała wyraz w swych listach do Mazarina: "Zdziwisz się Waszmość, gdy się dowiesz, że nigdy nie widziałam na dworze francuskim obić tak pięknych jak tutejsze, najmniejsze przejścia w moim gabinecie, jak i w pokojach pani de Guebriant są wyłożone złotogłowiem" (swoją drogą zastanawiające jest, że Ludwika Maria bardzo zdziwiła się widząc zamkowe toalety, bowiem w liście do Mazarina pisze o "gabinecie, w którym się znajduje rezerwuar z wodą" i nazwała to miejsce: "pomieszczeniem czystości". Skoro ona się zdziwiła na widok toalety, co dopiero powiedzieć o samym królu Ludwiku XIV, który w Wersalu nie przewidział ani jednej toalety. Ponoć ten król, który żył 77 lat z czego panował lat 72 a realnie władał Francją przez 54 lata, ten król kąpał się tylko... dwa razy w życiu, raz w dzieciństwie i drugi raz już gdy wstąpił na tron. Oba doświadczenia były dla niego tak traumatyczne, że... postanowił już nigdy więcej się nie myć. Miało to swoje tragiczne wręcz skutki, król cuchnął tak bardzo że posłowie którzy przychodzili do niego na audiencję, nie byli w stanie wytrzymać tego odoru i wielu wymiotowało w obecności króla. Dzisiaj mówi się że Francja jest ojczyzną perfum, ale tak naprawdę w tamtych czasach perfumy były koniecznością, aby zakryć odór jaki wytwarzał nie tylko sam król ale również jego dworacy w Wersalu - który był regularnie zasrywany i zaszczawany z racji faktu, że nie zaprojektowano w nim żadnych toalet. A dzisiaj niektórzy żałośni ideolodzy twierdzą że to średniowiecze było brudne. Średniowiecze przy epoce Ludwika XIV to był niezwykle czysty i wręcz pachnący okres w dziejach świata). Jednak radość z miejsca zamieszkania przysłaniał jej smutek królewskiej oziębłości w stosunku do jej osoby. Smutek królowej trwał do 7 kwietnia 1646 r. (czyli niecały miesiąc od jej ślubu z Władysławem IV) bowiem tego dnia oficjalnie król zaprosił swą małżonkę na wspólne polowanie. Kto wpłynął w tej materii na króla - nie wiadomo, wiadomo jednak że była to też pierwsza noc, jaką król i królowa spędzili we wspólnym, małżeńskim łożu. Wkrótce takich nocy było więcej, a król oddalił swą kochankę pannę von Eckenberg z Zamku. 

Tymczasem przygotowania do wojny z Tatarami i Osmanami trwały pełną parą. Król ściągnął z Niderlandów sławnego generała, Polaka który jakiś czas temu wyjechał na Zachód i tam uzyskał międzynarodową sławę walcząc najpierw w służbie holenderskiej od 1623 r. (tam będąc, jako prawdopodobnie pierwszy człowiek w historii w 1625 r. nurkował po dnie Morza Północnego - w poprzedniej części napisałem "Oceanu Atlantyckiego", przepraszam, mój błąd), następnie od 1626 r. przeszedł na służbę francuską (i w latach 1627-1628 r. zdobywał twierdzę hugenotów w La Rochelle). W 1629 r. zaciągnął się do służby w Holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej, z którą dotarł do Brazylii. To on był również założycielem tamtejszych portów: Rio de Janeiro, Bahia i Pernambuco. Oczywiście chodzi o generała artylerii Krzysztofa Arciszewskiego. Teraz Arciszewski (po śmierci dotychczasowego dowódcy - Pawła Grodzickiego) miał objąć dowodzenie nad całą artylerią w projektowanej królewskiej wyprawie antytureckiej. W lutym zjechali do Warszawy posłowie mołdawski i wołoski, a w marcu przybyło poselstwo od cara Rosji - Aleksego I (Strieszniew i Projestiew), które zostało przyjęte na audiencji 30 marca 1646 r. Przede wszystkim złożyli oficjalne gratulacje królowi z okazji zaślubin z Ludwiką Marią (taki był oficjalny cel ich wizyty), poza tym zaproponowali wspólny sojusz skierowany przeciwko Tatarom (w grudniu 1645 r. doszło do niezwykle niszczycielskiego ataku Tatarów na ziemie rosyjskie, podczas którego splądrowali oni Bilsk, Kursk i Putywl oraz zabrali ze sobą kilkanaście tysięcy jasyru. Car był wściekły i gotował się do wojny). Król był rad iż dojdzie do zawarcia tego przymierza, ale gdy okazało się że posłowie nie mają żadnych pełnomocnictw do zawarcia oficjalnego sojuszu, Senat sprawę odroczył. Posłowie moskiewscy wyjechali jednak z Warszawy (27 kwietnia) w dość dobrych nastrojach, co mogło być spowodowane chociażby królewską obietnicą co do wsparcia armii moskiewskiej, jeśli ta zdecyduje się ruszyć na Krym. W równie dobrych nastrojach wyjechali posłowie mołdawski i wołoski.




Mołdawia i Wołoszczyzna były bowiem oficjalnymi lennami Porty Ottomańskiej, a władcy tych krain mieli tylko tyle wolności, ile zdołali sobie kupić oficjalnymi (i nieoficjalnymi) daninami dla sułtana, wielkiego wezyra i tych wszystkich, którzy coś znaczyli w państwie osmańskim. Ich los zależał od humoru sułtanów i wezyrów, którzy otaczali ich dwory swoimi szpiegami. Nic więc dziwnego że władcy tych krain zamierzali zrzucić z siebie osmańską zależność. Słabą ich stroną była jednak wzajemna niechęć (przechodząca wręcz w nienawiść) Wasyla Lupula - hospodara mołdawskiego i Macieja Bessaraby - hospodara wołoskiego. Jeden i drugi wzajemnie na siebie donosili do sułtana i czyhali na swoją zgubę. Sułtan Ibrahim pozwolił im władać tylko dlatego, że podwyższył im niewyobrażalnie daniny które musieli płacić, przez co przymykał oczy na ich wzajemne waśnie. Dodatkowo jedna z córek Wasyla Lupula trafiła jeszcze w 1645 r. do sułtańskiego haremu (drugą, Marię - wydał za mąż za Janusza Radziwiłła). Teraz ci dwaj władcy, wysławszy swoje poselstwa do króla Władysława, doszli do przekonania że co prawda bardziej ograniczoną, ale pewniejszą i bezpieczniejszą mieliby władzę pod zwierzchnictwem Rzeczpospolitej, niż z pozoru niezależną, a tak naprawdę całkowicie kontrolowaną, niepewną i chwiejną władzę, jaką posiadali pod zwierzchnictwem osmańskim. Z końcem marca 1646 r. do Warszawy przybyło również i inne poselstwo, złożone z dwóch zakonników bazyliańskich z Góry Athos, którzy przywieźli ze sobą listy od patriarchów Konstantynopola, Aleksandrii i Jerozolimy, w których ci deklarowali zorganizowanie powstań antytureckich na sobie podległych terenach, jeśli dojdzie do wojny Rzeczpospolitej z Portą. 




Bez wątpienia króla musiała miło łechtać taka wizja wyzwolenia i zjednoczenia pod swoim berłem chrześcijan Zachodu i Wschodu. Już wcześniej zorganizował debatę religijną katolików i protestantów pod nazwą Colloquium Charitativum (o czym pisałem w poprzedniej części), teraz marzył o zjednoczeniu katolików i prawosławnych w zdobytym Konstantynopolu. Zbierał więc Władysław wojsko (również zagraniczne zaciągi nad którymi dowództwo miał sprawować Francuz vice-hrabia d'Arpajon, który przywiózł królowi Order św. Ducha od Ludwika XIV). Król miał bardzo szerokie plany, śnił bowiem nie tylko o zdobyciu Konstantynopola, ale również o odbiciu Grobu Świętego w Jerozolimie, a nawet do Egiptu zamierzał pomaszerować, śladami Aleksandra Wielkiego. Król już miał wszystko przemyślane, co prawda śmierć hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego (11 marca 1646 r. - nazajutrz po ożenku Władysława z Ludwiką Marią), który w armii miał większe uznanie niż król, to nieco pokrzyżowało królewskie plany, ale ich nie przekreśliło. To właśnie Koniecpolski opracował plan wojny z Tatarami, który teraz Władysław pragną zmodyfikować. Mianowicie zamyślał sobie tak - gdy zbierze armię, ruszy do Mołdawii i zasilony posiłkami mołdawskimi i wołoskimi przekroczy Dunaj, wkraczając do Bułgarii i prąc na Konstantynopol (podobnie ponad 220 lat wcześniej próbował uczynić jego imiennik - Władysław III Jagiellończyk, o czym piszę w innej serii). W tym samym czasie Moskwa ruszy na Tatarów Krymskich a Wenecja, Francja i Papiestwo udzieli wsparcia ze strony morza. Po zajęciu Konstantynopola ruszy się dalej, do Jerozolimy i Aleksandrii. Prawda że ciekawy plan? Tylko problem był tego typu że nie wszystkie państwa tej koalicji garnęły się do walki z Portą, zresztą i w Rzeczpospolitej nie było na to zgody (np. wojewoda krakowski Stanisław Lubomirski, ten, który 25 lat wcześniej wraz z hetmanem wielkim Stanisławem Żółkiewskim odniósł wielkie zwycięstwo nad potęgą sułtana pod Chocimiem, teraz, gdy ujrzał w Krakowie nielegalny pobór żołnierzy do królewskiego wojska, doboszowi kazał rozbić bęben o jego łeb, a swoim ludziom rozpędzić już zebraną piechotę; wojewoda czernichowski -  Marcin Kalinowski {którego ojciec poległ pod Cecorą w 1620 r.} ogłosił wręcz że jeśli król samowolnie przekroczy z wojskiem granicę państwa, to on położy się na drodze tej armii i swym ciałem zagrodzi jej drogę; zaś kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł stwierdził oficjalnie, że gotów jest "pierwej rękę sobie odrąbać", niż przyłożyć swój podpis do królewskich listów przypowiednich - zwołujących żołnierzy na przyszłą wojnę z Osmanami. Poza tym szlachta w całym kraju przytaczała kasus żołnierzy Aleksandra Wielkiego - podkreślając że król chciałby podążyć jego śladami - oni twierdzili że jeśli tak się stanie, to oni podzielą los żołnierzy Aleksandra, którzy wyruszali na wyprawę z Persją jako wolni ludzie, a zakończyli ją jako królewscy niewolnicy. Dopytywano też wszem i wobec: "Gdzie się tedy podzieje wolności nasza, gdy król w Aleksandra się zamieni?"). 

Ale zostawmy na razie te kwestie i wróćmy na królewski dwór do Warszawy. Oto bowiem przyszła wiosna, nastał maj a z nim powróciła ciepła pogoda. Królowa Ludwika Maria wybrała się teraz do pałacu Ogrodowego, który położony był wokół pięknego ogrodu. Nieopodal zaś, w pobliskim parku król trzymał kilka zwierząt (jelenie, sarny, kaczki, żurawie, łabędzie). W samym ogrodzie stał też warzywnik, w którym pielęgnowano lecznicze rośliny, a także sad drzew pomarańczowych, cytrynowych i figowców. Ponadto Ludwikę Marię zachwyciły kwietne tarasy, wychodzące od strony Wisły. Bez wątpienia Zamek Królewski, pałac w Ujazdowie (gdzie nawet była kanalizacja) i pałac Ogrodowy, były najpiękniejszymi miejscami w których przebywała królowa, ale było też coś, czego nie znosiła. Nie cierpiała polskich zim, a to dlatego że jako Francuzka nieprzyzwyczajona do chłodów, marzła w komnatach królewskich (oczywiście były tam pięknie zdobione kafelkowe piece, które ogrzewały całe pomieszczenia, na podłodze zaś rozkładano ciepłe skóry niedźwiedzi, rysi i fok - które grzały najlepiej, ale królowej to było za mało, jako że wówczas nie używano jeszcze szyb, a okna wypełniano błoną papierową nasyconą olejem, lub używano krzemiennych szybek, oprawionych w ołów i cynę, co jakiś czas do komnaty wpadał mroźny powiew wiatru, wiejący od Wisły. Idąc do łoża zimą okrywano się kocami ze skóry niedźwiedzia podbitej wełnianą tkaniną, a stopy wkładano do aksamitnego worka, podszytego wilczymi ogonami. Zimy nie były więc ulubioną porą roku królowej Ludwiki Marii. Przeszkadzał jej też tryb życia króla, który wstawał z łoża dość późno, po godzinie dwunastej lub pierwszej w południe. W łożu jadał i śniadanie i obiad, jedynie kolację spożywał przy stole, królowa zaś przyzwyczajona była do porannego wstawania.


ZAMEK KRÓLEWSKI 
i KOLUMNA ZYGMUNTA III WAZY 
(ojca Władysława IV) 



Królowa przeniosła również nad Wisłę zwyczaj picia słodkiej czekolady (którą królowa zwykła pijać szczególnie po południu, a czasem na kolację), która to początkowo nie była popularna na dworze (Jan Andrzej Morsztyn pisał o czekoladzie w ten sposób: "szkaradny napój, tak brzydka trucizna i jady, co żadnej śliny nie puszcza za zęby, niech chrześcijańskiej nie plugawią gęby"). Był to jedyny zwyczaj kuchni francuskiej przeniesiony do kuchni polskiej za czasów Ludwiki Marii, poza tym Francuzi rozpływali się nad polskimi potrawami, nie mogąc się ich nachwalić (szczególnie do gustu przypadły im przyprawy i dekoracja potraw). Tak oto kultury nie tylko higieny, kulinariów ale również mody, wzajemnie się przenikały. Francuzi bowiem przywieźli nad Wisłę modę na wydekoltowane suknie dam. Oczywiście takie suknie też były w Polsce używane wcześniej, z tym że polskie szlachcianki najpierw nakładały pod nie płócienne koszule, które osłaniały dekolt, Francuzki zaś nosiły odkryte dekolty (w 1635 r. dla swej kochanki Jadwigi Łuszkowskiej, król Władysław IV sprowadził z Francji specjalną suknię, która... zupełnie odsłaniała nie tylko piersi, ale również miała spore wycięcie z przodu i z tyłu co ukazywało zarówno pupę jak i clitoris). Poza tym zapanowała na dworze francuska moda na "loczki", czyli fikuśne uczesanie dam. Królowa bardzo pilnowała moralności swych dziewcząt i jeśli wobec którejś potwierdziły się przypuszczenia o nieobyczajne prowadzenie się, natychmiast odsyłano ją do Francji. Jednocześnie Ludwika Maria dbała o przyszłość swego fraucymeru i starała się korzystnie wydać je za mąż. 




Maj 1646 r. zaczął się więc wesoło i radośnie. Król Władysław bowiem udał się ze swoją francuską małżonką na wypoczynek wiejski, zabierając ze sobą malutki domek na kółkach (który rozstawiano następnie niczym namiot i w którym król pomieszkiwał, będąc np. na polowaniu). Król był w dobrym humorze, bowiem plany wojny z bisurmanem (jak mawiano o Osmanach w Rzeczpospolitej) były na dobrej drodze do realizacji, dlatego też Władysław nie rezygnował z przyjemności, jakim się oddawał przez lata. Oto bowiem zorganizowano na Zamku Królewskim w Warszawie bal przebierańców, zwany "niemiecką zabawą", podczas której zarówno król, królowa jak i członkowie dworu losowali kartki, na których było zapisane w co mają się przebrać. Na przykład podczas jednej z poprzednich takich zabaw, mającej miejsce w roku 1641 (jeszcze za życia poprzedniej królowej Cecylii Renaty) królowi przypadło przebranie za Maura, królowej za niewolnicę z osmańskiego haremu, żonie kanclerza wielkiego koronnego - Jerzego Ossolińskiego - Izabeli Ossolińskiej (z domu Daniłowicz) za Wenecjankę, hetmanowi wielkiemu koronnemu Stanisławowi Koniecpolskiemu przypadło przebranie gospodarza (czy raczej zarządcy karczmy), zaś wojewodzie ruskiemu Jeremiemu Wiśniowieckiemu rola kupca. Podczas przyjęcia z 1646 r. królowi przypadła rola Hiszpana a królowej rola chłopki (a raczej ruskiej dziewki). Była to też pierwsza wiosna królowej Ludwiki Marii w jej nowej ojczyźnie, dlatego też starała się ona jak najwięcej poznać, a przede wszystkim - zdobyć własnych zwolenników, którzy mogliby stworzyć coś na wzór "stronnictwa królowej". Tym bardziej że Ludwika Maria żywo interesowała się polityką.




Król co prawda starał się trzymać ją na dystans od spraw kraju, ale ona wiedziała dobrze, że jej pozycja nie jest mocna i koniecznie musi zdobyć szersze poparcie, szczególnie wśród magnaterii. Dwór królowej bowiem składał się z prawie samych Francuzów, przez co nie mógł stanowić żadnego wsparcia dla jej politycznych celów. Pozyskanie możnych polskich panów było więc niezwykle ważne i korzystne z jej punktu widzenia. Należy jednak też pamiętać, że choć w Rzeczpospolitej politykę (podobnie jak i w innych krajach) robili wyłącznie mężczyźni, to jednak pozycja polskich kobiet w polityce była niezwykle mocna i już z początkiem XVI wieku można oficjalnie mówić o tzw.: "damskiej frakcji" lub po prostu... "kwokach" ("Kobiety po całych sesjach przesiadują na ganku w izbie sejmowej, dają znaki posłom i senatorom przymileniem ust lub marszczeniem czoła, co im się podoba a co nie podoba" - jak pisał Kitowicz, a Niemcewicz dodawał: "Kwoki otaczają króla" 🤭). Jednak prawdziwą szkołą wychowania i ogłady panien polskich był albo dwór królewski (gdzie magnackie i szlacheckie córy pełniły role dwórek królowej), lub też dwory magnackie. Dwór królowej Ludwiki Marii był jednak wypełniony samymi Francuzkami (nad którymi królowa sprawowała pieczę), tak więc żadna polska szlachcianka raczej nie mogła się tam dostać. Pomimo tej niezwykle silnej (także w polityce) pośród innych krajów pozycji polskiej kobiety, należy uczciwie dodać że wiele z tych panien (także z magnackich rodów) często nie potrafiło czytać i pisać, jeśli wcześniej ich ojciec nie zadbał o edukację córek. Dochodziło więc niekiedy do kuriozów, gdy ambitne, inteligentne i żywo zainteresowane polityką polskie niewiasty, nie potrafiły się często nawet podpisać. Dlatego też magnaci i szlachcice starali się o wysłanie swych córek na królewski dwór, w nadziei że tam zdobędą wiedzę, umiejętność konwersacji i (przede wszystkim) dobrego męża.


"UMIESZ CZYTAĆ?"
 "TAK... ALE NIE WSZYSTKO. JAK NAPISZESZ "SEBASTIAN" TO PRZECZYTAM, BO TO MOJE IMIĘ I TEGO SIĘ NAUCZYŁEM" 😉



CDN.

16 maja 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VIII

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





IV
KOBIECY SENAT i
RZYMSKI MATRIARCHAT
(218 - 235)
Cz. I




Krótki, bo zaledwie siedemnastoletni okres istnienia "Senatulusa" (czyli "Małego Senatu" - jak w 1529 r. ów senat złożony z kobiet - nazwał Erazm z Rotterdamu), może co najwyżej posłużyć za pewną ciekawostkę w ciągu ponad tysiącletniej historii Imperium Rzymskiego. Był to bowiem organ niewielki (zatem prawidłowo nazwał go Erazm - "senatulusem"), pozbawiony wszelkiej realnej władzy politycznej i wojskowej, dlaczego zatem wart jest przytoczenia? Otóż dlatego, że był to jedyny organ który realnie miał wpływ na życie połowy społeczeństwa wciąż jeszcze ogromnego Imperium Romanum - oczywiście tej niewieściej połowy. Był to bowiem senat złożony z kobiet, który uchwalał przepisy i prawa obowiązujące jedynie kobiety. Przewodniczyła mu Julia Soemias - matka cesarza Heliogabala (Variusa Avitusa) i siostrzenica Julii Domny, żony cesarza Septymiusza Sewera i matki cesarza Karakalli oraz jego brata Gety. Senat ten zbierał się na Kwirynale (w przeciwieństwie do tego realnego - choć do prawdy trudno orzec który wówczas był bardziej realny, jako że Senat w omawianym okresie sprowadzał się jedynie do funkcji czysto reprezentacyjnych i zajmował się głównie zatwierdzaniem praw już stworzonych przez cesarza - który to zbierał się na Palatynie). Złożony był z matron z kręgów arystokracji dworskiej a jego głównym zadaniem było ustalanie elementów... damskiej etykiety i mody. Tak więc zbierały się owe damy na Kwirynale i radziły która kobieta może, a która nie może nosić butów przyozdobionych złotem i drogimi kamieniami, która może być noszona w lektyce, a która nie (a także z jakich materiałów powinny być wykonane damskie lektyki), której kobiecie wolno jeździć konno, a której nie (a jeśli tak, to która ma prawo do... konia osiodłanego, a która musi konia dosiadać bez siodła 🤭), która może jeździć wozem zaprzężonym przez osła, a która przez woła lub muła itd. Poza tym ustalano kolor oficjalnych szat w świątyniach i ilość biżuterii, z jaką kobiety (różnych stanów) mogą pojawić się poza domem.


SENATULUS 
(KOBIECY SENAT)



Tyle jeśli idzie o sam niewieści senat - zajmował się on tylko takimi "problemami", natomiast zupełnie inną kwestią jest stopień ogromnej już wówczas emancypacji kobiety rzymskiej i pojawienie się feminizacji (a co za tym idzie demoralizacji) społecznej. Dobitnym przykładem owej feminizacji Rzymian niech będzie przykład dwóch kolejnych panujących po sobie władców, których lata panowania nakładają się na istnienie owego "rzymskiego matriarchatu". Otóż zarówno Heliogabal jak i Aleksander Sewer - to byli władcy albo totalnie zdemoralizowani, albo mentalnie wykastrowani i tym samym niezdolni do podjęcia zdecydowanych decyzji. Weźmy Heliogabala - młody chłopak, który wcześniej pełnił funkcję kapłana świątyni boga Elagabala (Elah Gabal) w syryjskiej Emesie, po objęciu władzy (w wyniku knowań i ambicji swej babki - Julii Mezy i matki - Julii Soemias) w wieku lat 14, popadł w całkowitą deprawację i obłęd. Zaczął na przykład uważać się za kobietę, nosił damskie szaty, malował twarz i oddawał się mężczyznom (kazał nawet sprowadzać sobie takich, którzy mieli duże przyrodzenie), głównie gladiatorom, woźnicom itp. I zachowywał się w stosunku do nich jak kobieta w stosunku do mężczyzny. Ponoć pragnął nawet zmienić płeć i w tym celu studiował dawne tego typu odniesienia jeszcze z czasów cesarza Nerona, dotyczące niejakiego Sporusa - kastrata, którego Neron zamierzał przerobić na kobietę i którego poślubił. Sporus był niewolnikiem, młodym chłopakiem który spodobał się Neronowi, gdyż był niezwykle podobny do jego zmarłej żony Poppei Sabiny (którą Neron kopnął po pijanemu w brzuch, gdy ta była w widocznej ciąży, co spowodowało poronienie i w efekcie również przyniosło jej śmierć w 65 r.), zabrał go więc ze sobą na Palatyn, przebrał w szaty Poppei i poślubił (66 r.). Nim jednak to nastąpiło, kazał go wykastrować i zastanawiał się jak by na trwale przerobić go na kobietę (co przy ówczesnej medycynie nie było możliwe). Rozkazał jednak niejakiej Kalwii Kryspinilli (która pełniła w pałacu funkcję "magistra libidinum" - czyli mistrzyni rozkoszy cielesnych), by dbała o jego stroje i by malowała mu twarz niczym kobiecie. 


HELIOGABAL
(VARIUS AVITUS)



Kryspinilla była zwykłą burdelmamą, trudniącą się sprowadzaniem dla majętnych klientów najlepszych prostytutek, potem została zabrana na Palatyn do Pałacu i tam dbała o uciechy cesarza (Petroniusz w swym "Satiriconie" przedstawił ją pod imieniem - Kwartilla, jako kobietę wyuzdaną i bezkompromisową, która oddaje lubieżnikom nawet nieletnie dziewczęta i wkłada jej w usta takie oto słowa: "To ona niby młodsza, niż byłam ja, kiedy po raz pierwszy miałam mężczyznę? Niech mnie Junona znienawidzi, jeśli pamiętam, bym kiedykolwiek była dziewicą! Już jako niemowlę puszczałam się z rówieśnikami. A potem, gdy szły lata, przymierzałam się do większych chłopców"). Tak więc Krispinilla miała zadbać nad "kobiecym wychowaniem" Sporusa, począwszy od ubrań i malowania twarzy, a skończywszy na zachowaniu i manierach. Sporus miał zostać "nową żoną cesarza", więc ubierany był w dostojne szaty zmarłej Poppei Sabiny, a cały dwór musiał się do niego zwracać nie tylko jak do kobiety, ale również jak do żony władcy. Wykastrowany w młodym wieku i uczony kobiecych manier, z czasem Sporus zaczął naprawdę zachowywać się jak kobieta, poza tym bardzo przywiązał się do "swego męża" Nerona (który poślubił go podczas podróży do Grecji w 66 r. a rolę ojca "panny młodej" pełnił wówczas prefekt pretorianów - Offoniusz Tygellinus, człowiek na równi zdemoralizowany co Neron i Kryspinilla). Neron zmienił mu imię i odtąd nazywał "Poppeą". Sporus był z Neronem do końca i nawet opłakiwał go gdy ten popełnił samobójstwo, po czym przypadł kolejnemu prefektowi pretorianów - Nymfidiuszowi Sabinusowi, który również zrobił z niego swoją żonę. Po śmierci Sabinusa, Sporusa odziedziczył Othon - przyjaciel Nerona i kolejny cesarz (styczeń-kwiecień 69 r.), który także traktował go jak swoją kobietę. Po klęsce pod Bedriakum z armią nowego cesarza Witeliusza i samobójczej śmierci Othona, Sporus miał uświetnić urodziny Witeliusza po jego wkroczeniu do Rzymu i wystąpić na arenie podczas igrzysk... w roli dziewicy, którą porywają (i gwałcą) napastnicy. Do tego jednak nie doszło, gdyż wcześniej - nie mogąc znieść takiego upokorzenia - Sporus odebrał sobie życie




Teraz Heliogabal nawiązywał (m.in.) do przypadku Sporusa, gdy sam pragnął zmienić płeć. Ale tak naprawdę sam nie wiedział czego chce. Pokazywał się publicznie ludowi i Senatowi umalowany jak kobieta, w długich szatach syryjskiego kapłana boga Elagabala (w Senacie kazał zawiesić ogromnej wielkości obraz, przedstawiający jego samego ubranego w szaty kapłańskie, oddającego hołd swemu syryjskiemu bóstwu. Obraz ten zawieszono wysoko nad posągiem bogini Victorii, przed którym senatorowie składali ofiarę z wina na początku obrad). Kazał sprowadzać do Pałacu mężczyzn obdarzonych dużym przyrodzeniem, jak choćby niejakiego Hieroklesa - woźnicę rydwanów w Cyrku Wielkim, którego ponoć poślubił. Hierokles był oficjalnie uważany na dworze za "męża cesarza" (podobnie jak Sporus był traktowany jako "żona cesarza") i mógł go nawet... bić za niewierność (co zdarzało się niezwykle często, gdyż cesarz oddawał się wielu mężczyznom), a jego wpływy były znaczne. On, zwykły niewolnik, stał się teraz praktycznie drugą (a w zasadzie trzecią, bo drugą była najpierw babka a potem matka cesarza) osobą w państwie. Jak już wspomniałem, mógł nawet bić "swą żonę" za niewierność i nieposłuszeństwo, co skutkowało tym, że cesarz niekiedy pojawiał się publicznie z podbitymi oczami. W pewnym momencie jednak silna pozycja jaką miał na dworze Hierokles, zaczęła mu się wymykać z rąk, gdy sprowadzono cesarzowi (zapewne maczała w tym place jego babka - Julia Meza, która nie znosiła szarogęszącego się Hieroklesa) z małoazjatyckiej Smyrny tamtejszego atletę o imieniu - Aureliusz Zotikus. Od razu spodobał się też cesarzowi, choć gdy podczas powitania Zotikus powitał Heliogabala jako swego pana, cesarz przyjął pozę wstydliwej kobiety i odparł: "Nie nazywaj mnie panem, jestem panią". Zotikus otrzymał godność cubiculariusa (szambelana), po czym miała odbyć się noc próby i po wspólnej kąpieli, cesarz ubrany jak kobieta, chciał sprawdzić umiejętności Zotikusa. Niestety, ten jednak nie sprostał zadaniu (prawdopodobnie Hierokles musiał coś dodać mu do posiłku, gdyż Zotkius okazał się... impotentem), co spowodowało że zawiedziony cesarz nakazał wygnać go z Rzymu i Italii. Hierokles zaś znów wrócił do łask. 

Ale Heliogabal nie gustował jedynie w mężczyznach. Kazał sobie urządzić dwa haremy, jeden złożony z chłopców (których to on traktował jak kobiety), drugi z dziewcząt. Kilkukrotnie też był żonaty. Najpierw (zaraz po swym przyjeździe do Rzymu w czerwcu 219 r.) poślubił niejaką Kornelię Plautę z którą chciał spłodzić syna. Nie udało się i po roku cesarz rozwiódł się z żoną, zarzucając jej że ma skazę na ciele. Drugą żoną została Emilia Sewera, która akurat była... westalką - czyli kapłanką bogini Westy, a co za tym idzie musiała dochować dziewictwa, a wszelki stosunek z nią był świętokradztwem i obrazą bogini. Heliogabal tym się jednak nie przejmował, on oddawał cześć tylko swemu bogu Elagabalowi, którego uważał za najwyższego z bogów. A ponieważ był jego kapłanem, postanowił ożenić się z kapłanką. Ani Senat, ani lud (ani tym bardziej wojsko) nie zaprotestowali - Rzymianie zamienili się już bowiem w potulne owieczki, które dla świętego spokoju zniosą wszystko, byle tylko ich samych nie spotkała krzywda. Heliogabal dopuszczał się na niej częstych gwałtów, żądając by szybko zaszła w ciążę i by spłodziła z nim "boskie dzieci". Po kilkunastu miesiącach jednak ponownie wziął z nią rozwód (zakazując jej kontaktów z innymi mężczyznami), a sam poślubił dostojną Annię Faustynę - spokrewnioną z rodem Marka Aureliusza. Ponieważ jednak była ona już zamężna... kazał zabić jej męża, a ją samą sprowadził do Pałacu i tam poślubił. Nie spełniła jednak jego erotycznych wymagań i po kilku miesiącach ją oddalił, każąc ponownie wrócić... Emilii Sewerze, którą poślubił po raz drugi. Poza tym poślubił kilka dziewcząt ze swego haremu, co oznaczało że miał po kilka żon jednocześnie - on, który jak twierdził Kasjusz Dion "nie był nawet mężczyzną". Poziom deprawacji doszedł do tego stopnia, że cesarz miał jednocześnie po kilka żon i męża, a poza tym pracował jako... prostytutka (do Pałacu sprowadzano dla niego wybranych klientów, których on obsługiwał jak prostytutka, każąc sobie za to płacić ogromne pieniądze - które następnie wydawał na kolejne swoje ekstrawagancje). Tak właśnie wyglądały ponad trzyletnie rządy cesarza nad Rzymem i Imperium.




Realnie bowiem Imperium wówczas władały trzy kobiety. Pierwszą była babka cesarza - Julia Meza, kobieta niezwykle ambitna, a jednocześnie rozważna i mądra, była też siostrą Julii Domny (tej, o której piszę: TUTAJ ). To właśnie ona zadbała by dynastia Sewerów nie upadła po zamordowaniu jej bratanka - Karakalli w kwietniu 217 r. Przyzwyczajona do luksusu, żyjąca co prawda w cieniu swej siostry, ale równie ambitna, zorganizowała całą kampanię mającą wynieść do władzy jej wnuka - Heliogabala (a właściwie Variusa Avitusa jak się zwał nim został cesarzem). Ona też miała przekonać żołnierzy do dalszej walki, gdy natarcie wojsk dotychczasowego cesarza Makrynusa przełamywało linie wojsk Heliogabala. Wysłać miała ponoć na koniu swego wnuka z mieczem w dłoni, który udawał że naciera na nieprzyjaciół, co miało odnowić morale w jego armii i przypieczętować zwycięstwo. Ona też miała obiecać żołnierzom podwojenie żołdu, wypłacanego z jej majątku (co obiecali żołnierzom za dochowanie wierności Heliogabalowi jej ludzie - Eutychian i Gannys). Meza bardzo negatywnie odnosiła się też do poczynań swego wnuka. Starała się wytłumaczyć mu że Rzymianie nie cierpią "wschodniego zniewieścienia" i że powinien on zacząć ubierać się jak Rzymianin, a nie jak kapłan wschodniego bóstwa, którym już nie jest. Wiedząc jednak że nie zdoła przemówić mu do rozumu (jak to mówił Skipper zwracając się do króla Juliana: "spróbuję przemówić ci do rozumu", na co ten odpowiadał: "powodzenia życzę") i zdając sobie sprawę że jego dni są policzone, kazała mu adoptować swego kuzyna (syna drugiej córki Mezy - Julii Mamei) Basjanusa, co Heliogabal uczynił niechętnie w lipcu 221 r. Tym samym zamierzała Meza zabezpieczyć władzę w rękach swej rodziny, w przypadku zamordowania (co stawało się więcej niż pewne) swego zdeprawowanego wnuka.

Drugą kobietą władającą wówczas państwem, była matka Heliogabala - Julia Soemias. Była to kobieta równie ambitna i żądna władzy co jej matka, tylko mniej rozważna i podobnie jak syn rozpustna. To ona przewodziła senatowi niewieściemu, ona też wraz z matką - jako jedyne kobiety w historii Rzymu - zasiadała w Senacie prawdziwym (nie tak jak Agrypina Młodsza sprzed prawie dwóch stuleci, przysłuchująca się obradom zza kotary, ale bezpośrednio owe damy siedziały na ławach obok senatorów). Otaczała się przepychem i bogactwem (jedwabne suknie ponoć sprowadzała specjalnie z Chin), poza tym oddawała się rozpuście (tak jak syn gustowała w gladiatorach, których kazała sobie przyprowadzać do alkowy). Nie posiadała też instynktu samozachowawczego (którym obdarzona była chociażby jej matka) i nie myślała o przyszłości. Nie myślała co będzie, gdy szaleństwa jej syna przekroczą punkt krytyczny i co się wówczas z nią stanie? Żyła chwilą, bawiła się, do czasu jednak. Pierwszym powodem otrzeźwienia stała się (wymuszona przez Mezę) adopcja Basjanusa - 12-letniego syna jej siostry Julii Mamei. Teraz dopiero Soemias uświadomiła sobie, że będzie musiała podzielić się władzą z siostrą i że ostatecznie to Basjanus ma objąć władzę po jej zdeprawowanym synu. Nie wiadomo czy uczestniczyła w próbach zgładzenia Basjanusa (który z chwilą adopcji otrzymał imię Aleksander) podejmowanych przez Heliogabala, wiadomo jednak że nie były one skuteczne dzięki ochronie, jaką nad młodym Aleksandrem Sewerem objęły Julia Meza i Julia Mamea (kontrola posiłków, dobór odpowiednich sług, sprawdzanie co kto wnosi do komnat Aleksandra, oraz opłacenie żołnierzy gwardii pretoriańskiej by chronili również Basjanusa). Gra teraz szła o wielką stawkę - o przyszłość dynastii i przetrwanie jej przedstawicieli, której to przyszłości z pewnością zapewnić nie mógł ani zdeprawowany Heliogabal ani też jego równie rozwiązła matka. 


JULIA SOEMIAS 



CDN.

14 maja 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. L

II IMPERIUM ATLANTYDY 
Cz. IV





DRUGI 
"ZŁOTY WIEK" ATLANTYDY
(OKRES PRZED-IMPERIALNY)
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.
Cz. II



II ZŁOTY WIEK ATLANTYDY
HISTORIA SPOŁECZNA
40 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.


JĘZYK ATLANTÓW




 Wszystkie ziemskie języki, które dziś są w użyciu wśród narodów Ziemi - pochodzą z... Liry. Tam był początek naszej mowy. Ludy i cywilizacje, które zasiedlały naszą planetę od początków jej istnienia, mówiły siedmioma pierwotnymi staro-liriańskimi językami - WESTAN, TRJDJN, ARJN, HEBRJN, KJDAN, BAMAR i SUMAN. Przedstawiciele cywilizacji Czerwonoskórych Aremonian, która zasiedliła kontynent Lamar i stworzyła tam wielkie Imperium MU, mówili w jeszcze jednym języku który zwał się - BRO. I to właśnie ten język (po późniejszych modyfikacjach) stał się prajęzykiem wszystkich dzisiejszych narzeczy świata. BRO ("Grzmot pochodzący z ust" - jak mawiali o nim sami Toltekowie), był jedynym ziemskim językiem od ok. 200 000 r. p.n.e. do 3450 r. p.n.e., czyli do wybuchu "Afery Babel", po której to język ten zaczął się dzielić na różne starożytne języki (które notabene były jedynie modyfikacjami dawnych języków z Liry). Stanie się tak za sprawą Marduka z EDENU, który nie będzie się godził z dominacją na Ziemi języka BRO, pochodzącego z planety Aremo i zapragnie także równouprawnić język stosowany na jego dawnej planecie - Malonie - ARJN. Próba ta powiodła się jedynie połowicznie, rozbiciem BRO na inne narzecza i ich późniejszymi koligacjami z innymi językami pochodzącymi z Liry.

Oczywiście cywilizacja I Imperium Atlantydy posługiwała się językiem BRO. Jednak po przejęciu władzy nad wyspą przez Białych przybyszy z Malony i Alpha Centauri, gdy obalano dawne kulty i tradycje, w tej jednej, jedynej sprawie poczyniono wyjątek. Tak więc język BRO, był także "językiem panującym" w czasie istnienia II Imperium Atlantydy. Oczywiście było to związane z faktem, że Biali koloniści z Malony - urodzeni i wychowani już w społeczeństwie I Imperium - po prostu nie pamiętali swego dawnego języka (ARJN), a język BRO traktowali jako swój własny. Bezpośrednio z języka BRO pochodził język staroegipski. Po połączeniu BRO z SUMANEM - powstał język sumeryjski, który potem w połączeniu z HEBRJNEM (pochodzącym od kolonistów z planety HEBRA), dał początek językowi babilońskiemu, asyryjskiemu, aramejskiemu, staro-hebrajskiemu, arabskiemu i innym semickim. 

WESTAN - język pierwszych kolonistów z planety Bakaratini, dał początek (po późniejszych modyfikacjach i w połączeniu z BRO) dzisiejszym językom afrykańskim. Jego "azjatycka" modyfikacja, która powstała już po katastrofie z 1 320 000 lat temu - KJDAN (język Żółtoskórych Bakaratinian) po połączeniu z BRO (język Imperium Ujghur), spowodował powstanie języka starochińskiego, japońskiego i koreańskiego. TRJDN był językiem Rmoahalów, Turańczyków i Prasemitów zasiedlających Atlantydę przed przybyciem Czerwonoskórych Tolteków, który w połączeniu z BRO - dał życie dzisiejszym językom indiańskim. BAMAR (modyfikacja WESTANU), w połączeniu z SUMAREM, HEBRINEM i BRO, stworzył dzisiejsze języki ludów tureckich, zaś jego pierwotna wersja (sprzed połączenia) była językiem australijskich Aborygenów. SUMAN (połączony z BRO) stał się również językiem "buntowników" z Hellady - IONÓW i był praojcem starogreckiego. Natomiast "NASZA" mowa (mam tutaj na myśli większość państw europejskich, takich jak Włochy, Francja, Anglia, Niemcy, Polska, Rosja i inne) pochodzi z połączenia i modyfikacji BRO z językiem Malonian z EDENU - ARJN (wyjątkiem m.in.: może być Hiszpania, gdzie dominuje język wywodzący się z SUMANU).


RZĄD I USTRÓJ




 Ustrojem Atlantydy, począwszy od ok. 40 000 r. p.n.e. - była dziedziczna monarchia, stworzona przez Torvalla. Władza była dziedziczna i przekazywana z ojca na syna (córki zostały wyłączone z prawa dziedziczenia i wszelkiej władzy na Wyspie). Pozycja monarchy znacznie wzrosła w porównaniu do czasów I Imperium Atlantydy, gdy królowie pełnili głównie funkcje reprezentacyjno-kultowe (posiadali oczywiście pewne kompetencje kontrolne i sądownicze, ale tylko wówczas, gdy wpłynęła oficjalna skarga na danych urzędników, bądź dochodziło do konfliktów polityczno-społecznych). Odtąd król był Najwyższym Sędzią i wszelki bunt przeciwko jego władzy, był buntem przeciwko prawom Atlantydy i mógł zostać przez króla stłumiony z całą bezwzględnością (on też sądził ewentualnych buntowników). Przy królu istniała Rada Dwunastu, złożona z mianowanych przez niego doradców (która pełniła funkcje stabilizacyjne i kontrolne, ale nie mogła ani obalić monarchy, ani nawoływać do buntu przeciw jego władzy - mogła tylko wpływać na niego w sposób pośredni). Król też (z reguły) brał sobie za żony córki swych doradców z Rady (poza tym król mógł mieć wiele oficjalnych konkubin), ale starano się nie sprowadzać żon dla władcy z innych państw i krain (były od tej reguły oczywiście wyjątki, które przedstawiłem w poprzednich częściach). 

Cały kraj był własnością króla (w I Imperium było podobnie, z tym że tyczyło się to głównie kwestii symbolicznych, natomiast w II Imperium znacznie bardziej praktycznych). Kraj został podzielony na cztery prowincje (czwarta doszła dopiero w czasach panowania Szedada) - PEOS - SUS - ALTA i EDEN. Prowincje te, zarządzane były przez mianowanych przez monarchę - wicekrólów. Ponosili oni osobistą odpowiedzialność za wszystko, co działo się na zarządzanych przez nich terenach. Wicekrólowie również tworzyli rady prowincjonalne, które pełniły funkcje doradcze. Jeśli jednak monarcha nie był zadowolony z pracy mianowanego przez siebie urzędnika - mógł skazać go na śmierć i skonfiskować jego dobra.


SPOŁECZEŃSTWO - EDUKACJA - KOBIETY 
i "OBOWIĄZEK POSŁUSZEŃSTWA"




 Pojawiło się też ogromne zróżnicowanie społeczne (znacznie większe niż za czasów I Imperium). Pojawili się ludzie bardzo biedni (nędzarze), którzy wegetowali niekiedy w warunkach gorszych od tych, które posiadali niewolnicy domowi. Istniała tzw.: "klasa średnia" oraz oczywiście arystokracja dworska i prowincjonalna. Panowała poligamia - jeden mężczyzna mógł mieć po kilka, a nawet kilkanaście żon jednocześnie (choć rzadko który miał więcej niż dwie), kobieta mogła zaś mieć tylko jednego męża. Edukacja była dostępna dla wszystkich obywateli Atlantydy, bez względu na pochodzenie społeczne, majątek czy płeć - lecz tylko na poziomie podstawowym. Po ukończeniu 12 roku życia podejmowano naukę w szkole wyższej, która już niestety nie była dostępna dla wszystkich jednakowo (jedynie elita Atlantów, arystokracja i bogaci obywatele mogli sobie pozwolić na kształcenie swych synów w "szkołach wyższych"). Bardzo rzadko też się zdarzało by szkołę wyższą kończyła dziewczynka - z reguły kształcili się już tam tylko chłopcy, pochodzący z tzw.: "dobrych domów" Atlantydy. W szkołach wyższych prócz wszelakich nauk, kładziono też duży nacisk na sprawność fizyczną, bowiem w ten sposób kształcono przyszłą zwycięską kadrę oficerską Imperium Atlantydy.

Kobiety były zaś przygotowywane do roli żon i matek i były trochę traktowane przez państwo jak "zabawki" dla mężczyzn. Kobiety co prawda nie mogły (już) też pełnić funkcji kapłańskich, jednak wiele z nich było zatrudnionych w świątyniach jako "Boskie Służebnice" i pełniły funkcję pomocnic (a w zasadzie służących) kapłanów. Dzięki temu mogły odkrywać i zdobywać wiedzę, np. z zakresu astronomii, geologii czy bioinżynierii - które to dziedziny nauki były również badane i rozwijane w świątyniach. Kobiety musiały również przestrzegać "Obowiązku Posłuszeństwa", które było częścią prawa Atlantów od czasów zdobycia władzy nad Wyspą przez zakon "Synów Beliala" (nie zmieniło się to też wcale w czasach Monarchii). "Obowiązek Posłuszeństwa" polegał na całkowitym podporządkowaniu się żony swemu mężowi. Kobiety nie miały też prawa skarżyć się na złe traktowanie przez mężów i dochodzić swych praw przed sądem. Mąż miał prawo decydować o losie swej żony (nie mógł jej jedynie pozbawić życia, bo za to prawo przewidywało dla mordercy dość srogie kary). Żona (bądź żony) stanowiła więc dodatek dla swego Męża i Pana. 

Zresztą nie było to zjawisko nowe, szczególnie wśród Białej Ludzkości. Cywilizacja planety Malona oparta była na bardzo podobnych prawach dotyczących kobiet. Nibiruanie z EDENU też wprowadzili prawie identyczne prawodawstwo na kontrolowanych przez siebie terenach (bunt Lilith wobec Adama był więc wyjątkiem, który nie mógł się spodobać ani Enkiemu, ani też paradoksalnie Enlilowi). Także Plejadianie, którzy co prawda stoją na bardzo wysokim stopniu rozwoju - tak duchowego jak i społeczno-cywilizacyjnego - zachowali poligamię, natomiast poliandria (czyli wielomęstwo) jest tam całkowicie zakazana. Wyjątkiem w tym temacie wśród Białej rasy Galaktycznej Ludzkości, są być może jedynie TJehooba. Zupełnie inaczej kwestie tzw.: "równouprawnienia" płci żeńskiej i męskiej we Wszechświecie wyglądają u innych Ludzkich ras - (najlepiej wśród rasy) Czerwonej, (trochę gorzej wśród) Żółtej, (jeszcze gorzej wśród) Czarnej i Błękitnej, (a najgorzej wśród) Białej.



KRÓL POLCYTIN - POWSTANIE KRONOSA
i I WOJNA DOMOWA "IONÓW"
(ok. 34 000 r. p.n.e.)




 Okres imperialny, to bodajże najciekawszy czas w całej długiej historii Atlantydy. Od tego bowiem czasu zaczyna się historia innych starożytnych ludów i państw, które początkowo funkcjonowały jako kolonie II Imperium, a potem (po zagładzie Wyspy ok. 12 500 r. p.n.e.) wybiły się na niepodległość. Były to kolonie Ameryki Północnej (Dolina Missisipi) i Środkowej, Egipt, Iberia (Hiszpania i Portugalia), kolonie Ameryki Południowej (głównie region Peru i dorzecza Amazonki), Afryki, Arabii, Indii i Europy. Na ten temat jest też dość dużo informacji pochodzących nie tylko z channelingów, lecz także od mistyków podobnych do Edgara Cayce'a. Dużo też danych jest na temat reformy religijnej kapłana Ozyrysa ("Wielkiej Odnowy") i samej (późniejszej) zagłady Wyspy. 

Ok. 34 000 r. p.n.e. władca Atlantydy z I Dynastii, król Polcytin, obawiając się spisku swych własnych synów Ilusa, Hyperiona, Atlasa i Kronosa - postanowił ich zgładzić. Matką wszystkich czterech była GEA (w mitologii greckiej występuje jako - GAJA - bogini Matka Ziemi). Ponieważ pragnęła ona zapewnić tron najstarszemu ze swych synów - Ilusowi (eliminując z konkurencji synów zrodzonych z innych królewskich żon i nałożnic), a jednocześnie będąc chorobliwie zazdrosną o inne kobiety z haremu jej męża - szybko straciła uznanie w oczach Polcytina. Obawiał się on, że wraz z synami (głównie z Ilusem) uknuła ona spisek, który miał na celu zrzucenie go z tronu Atlantydy. Aby uniemożliwić urzeczywistnienie się tego planu, Polcytin najpierw uwięził a potem uśmiercił swego pierworodnego syna - Ilusa. Planował też uwięzienie trzech kolejnych swych potomków zrodzonych z Geai, lecz na przeszkodzie temu stanał Kronos, który oficjalnie wypowiedział ojcu posłuszeństwo i (wspierany przez matkę) rozpoczął bunt przeciw jego rządom. Jednak zarówno Hyperion jak i Atlas stanęli po stronie ojca, co uratowało ich od niechybnej śmierci. 




Po stronie zbuntowanego Kronosa opowiedzieli się młodzi reformatorzy z kręgów arystokracji dworskiej i kleru, którzy z tego powodu otrzymali nazwę - IONÓW. Poparcie dla Kronosa szybko rosło nie tylko w społeczeństwie, ale i w kręgach atlantyckiej elity. Bunt, który początkowo był jedynie sprzeciwem reformatorskiego skrzydła atlantydzkiej arystokracji, przerodził się w "gorącą" wojnę domową. Miała ona dość burzliwy przebieg, a zakończyła się... też w sposób dość nietypowy, żeby nie powiedzieć - dziwny. Wojnę domową rozpoczęła cesja prowincji PEOS. Bez wątpienia nie była to szczęśliwa prowincja dla Białych Atlantów spod znaku "Synów Beliala". 13 000 lat wcześniej doszło w tej samej prowincji do buntu czerwonoskórych niewolników pod wodzą Lyssara, który co prawda zakończył się ich ostateczną klęską, ale przez prawie 30 lat utrzymali tę prowincję w swoich rękach. Teraz buntownicy umocnili się na Świętej Górze. Król Polcytin zebrał wojsko i ruszył przeciw buntownikom, lecz przez długi czas nie był w stanie zdobyć Świętej Góry. Bitwa ostatecznie zakończyła się rozejmem, gdyż żadna ze stron nie była w stanie odnieść zwycięstwa. Zresztą rozejm zawarto dopiero po śmierci króla Polcytina, który zginął w jednej z potyczek pod Świętą Górą. Nowy król Atlantydy - Hyperion, zawarł więc z bratem pokój i w zamian za zaprzestanie dalszego buntu - obiecał Kronosowi i wszystkim jego stronnikom nietykalność i życie. Słowa dotrzymał - wbrew stanowisku kleru zakonnego, który dążył do brutalnego rozprawienia się z buntownikami (w końcu zbuntowali się oni głównie przeciwko władzy i odhumanizowanej religijności zakonu "Synów Beliala").

Hyperion wkrótce też został zamordowany (najprawdopodobniej stali za tym kapłani). Teraz władzę objął Atlas. Sojusz pomiędzy Monarchią a "Ionami" przetrwał prawie 12 000 lat i to pomimo zmiany dynastii panującej, jaka miała miejsce ok. 31 000 r. p.n.e. Po Atlasie, panowało jeszcze dwóch jego synów (zrodzonych z Karyatide) - BETYLUS i DAGON. Syn Dagona zmarł nim zdążył objąć władzę, a ponieważ król ten nie posiadał więcej potomków płci męskiej, władza przeszła na ręce jego córki - TAAUT. Ponieważ jednak kobieta nie mogła w tamtejszym społeczeństwie pełnić żadnych funkcji związanych z władzą - koronę i tron objął jej małżonek, założyciel II Dynastii Atlantydy - AGRUS.

I Dynastia Atlantydy liczyła 11 władców (niektóre przekazy mówią o 10, być może nie uwzględniają panowania Szadida - najstarszego syna Torvalla). Natomiast co się tyczy II Dynastii, to nie ma już takiej pewności który monarcha następował po kim. Przeglądałem zarówno channelingi, sesje Edgara Cayce'a, oraz inne dokumenty na temat Atlantydy z tego okresu i niestety, nie ma nigdzie pewnej listy władców kolejno po sobie następujących. Wiadomo jedynie że jej założycielem był małżonek córki króla Dagona - Agrus. Co do reszty monarchów nie ma już pewności w jakich latach panowali. Wiadomo jeszcze że ok. 25 000 r. p.n.e., gdy rozpoczęła się Wielka Wojna pomiędzy dwoma potężnymi Imperiami - Atlantydy i MU, na tronie II Imperium zasiadał król ARLAN, potomek Agrusa i Taaut'y. On też zwany jest Arlanem Wielkim, jako że od jego panowania rozpoczęła się atlantydzka "Era Imperialna". Od tej daty można już mówić o podboju Ameryki Środkowej i Jukatanu, następnie Doliny Missisipi, potem Egiptu, Europy (czego zaczątkiem była inwazja na Półwysep Iberyjski), a potem Ameryki Południowej i Afryki. Jak jednak doszło do konfliktu, który zapoczątkował tę "śnieżną kulę" atlantydzkich podbojów?






PS: Nim o tym opowiem, wróćmy na moment jeszcze do obszaru zwanego EDEN i przyjrzyjmy się co też wydarzyło się tam po buncie Adama (o którym pisałem wcześniej), jak układały się dalsze dzieje Enkiego i Enlila oraz ich potomstwa i jaki był wpływ Anu na późniejsze dzieje naszego świata. Odwiedzimy też Indie Nagów (sprzed inwazji ariów) i dopiero potem przyjdziemy do wybuchu Wielkiej Wojny pomiędzy Imperium Mu a II Imperium Atlantydy


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...