Dziś przypada 235 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowożytnej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja 1791 r. Dzięki jej uchwaleniu na Sejmie Wielkim (trwającym od 1788 r.) udało się wreszcie zakończyć okres niewydolności politycznej i anarchizacji państwa, spowodowanej zarówno wewnętrznymi interesami magnaterii, krótkowzroczności "szlacheckiej braci" jak i zewnętrznymi wpływami europejskich mocarstw. Zniesione zostało zabójcze dla państwa liberum veto, uchwalone zostało stałe stutysięczne wojsko, wprowadzono dziedziczną monarchię - znosząc elekcję (która wcześniej świadczyła o fenomenie polskiej demokracji, jednak w XVIII wieku przy rosnącym absolutyzmie państw ościennych, stała się jednym z oznak słabości państwa), wprowadzono reformy administracyjne i skarbowe, przyjęto uchwałę o miastach wprowadzającą wolność mieszczan w miastach królewskich (odtąd szlachcic, który chciał zająć się intratnym handlem miejskim, mógł to uczynić a mieszczanin miał prawo nabyć posiadłość ziemską, co wcześniej było niemożliwe, mieszczanie też łatwo mogli zostać uszlachceni). Nie zniesiono co prawda pańszczyzny, ale chłopów brano odtąd w opiekę państwa (czyli Króla, Sejmu i Rządu). Wprowadzono w Konstytucji Majowej trójpodział władzy (władza ustawodawcza: czyli Sejm i Senat, władza wykonawcza: czyli Król i mianowana przez niego "Straż Praw" - innymi słowy rząd i władza sądownicza: złożona z niezawisłych Sądów) i zaczęto otwarcie głosić nienaruszalność praw obywatelskich i praw człowieka. Przede wszystkim zaś podkreślono zasadę niepodległości i suwerenności narodu i państwa.
Różne były międzynarodowe reakcje na uchwalenie Konstytucji polskiej. Radośnie powitali ją brytyjski publicysta i mówca - Edmund Burke, oraz Amerykanin - Thomas Payne, chwalili ją Francuzi Volney i Sieyes, gratulacje złożyli: papież - Pius VI, elektor Saksonii (który według Konstytucji miał być następcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) - Fryderyk August III (późniejszy władca Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1815), posłowie króla Szwecji Gustawa III (któremu wcześniej czyniono nadzieję i który do końca liczył że będzie następcą Poniatowskiego na polskim tronie). Konstytucję 3 Maja pozytywnie przyjął również cesarz rzymski, król Czech i Węgier - Leopold II Habsburg. Wrogo się do niej odnosili jednak zarówno król Prus Fryderyk Wilhelm III (który przerażony wizją 100-tysięcznej armii polskiej, pisał do swego posła w Warszawie - Lucchesiniego, aby ten uczynił wszystko co w jego mocy "by tego olbrzyma zadusić w kołysce", poza tym Prusakom nie podobało się wzmocnienie ruchu mieszczańskiego w Polsce, aby miasta polskie - szczególnie Warszawa, Kraków Poznań, Wilno a nawet Gdańsk nie stanowiły konkurencji dla miast i fabryk w Niemczech). Oczywiście naturalnie wroga nowej Konstytucji była również caryca Rosji - Katarzyna II, której Konstytucja odbierała dotychczasowy wpływ na kontrolowanie Rzeczpospolitej. Katarzyna pisała: "Polacy zakasowali wszystkie szaleństwa paryskiego Zgromadzenia Narodowego" i nazywając to co się stało 3 Maja "szałem warszawskim".
Konstytucja 3 Maja dała jednak Polsce taką jedność i rozbudziła taką świadomość narodową, że choć potem mocarstwa zaborcze (głównie Rosja i Prusy do których to ostatecznie dołączyła Austria) zniszczyły Polskę jako państwo, to jednak Narodu zniszczyć już nie zdołały i Naród ten po 123 latach niewoli (a w zasadzie 150 licząc od pierwszego rozbioru, czyli od 1772 r. do 1922 r. kiedy to ostatecznie ukształtowano granice odrodzonego państwa polskiego) siłą swych najlepszych synów i córek, ponownie potwierdził swe nigdy nie wygasłe prawo do Życia i Niepodległego istnienia wśród Narodów Świata. Zatem:
CZYLI RZECZ O ZNANYCH I NIEZNANYCH KOBIETACH W HISTORII, KTÓRE POTRAFIŁY RÓŻNYMI SPOSOBAMI OWINĄĆ SOBIE MĘŻCZYZN WOKÓŁ PALCA
DOMINATORKI STAROŻYTNEGO EGIPTU
Cz. XI
TEJE
KRÓLOWA-LWICA
Cz. IV
Oto dalsza relacja Nony, przytoczona przez brytyjską medium o pseudonimie Rosemary w roku 1931 (była nią nauczycielka o imieniu Ivy z miasta Blackpool w północno-zachodniej Anglii, która nagle wpadła w trans i zaczęła mówić dziwnym, niezrozumiałym językiem, który ostatecznie postanowiono nagrać na taśmę magnetofonową. Okazało się że jest to dawno wymarły dialekt staroegipski - jego prawdziwość potwierdził brytyjski historyk i archeolog - Howard Hulme). Nona (poprzez Rosemary) opowiadała m.in. o swoim życiu jako Telik-ha Ventiu w Świątyni Ipet Sut w Karnaku, gdzie pełniła obowiązki "panny świątynnej", a dokąd trafiła na życzenie swej protektorki i przyjaciółki królowej Teje. Jak twierdziła Nona/Rosemary - poranek w Świątyni zaczynał się pobudką od kapłana, który śpiewał pieśń ku czci boga, zwaną "Hymnem Porannym". Następnie dziewczęta musiały się ubrać i przystąpić do ceremonii oczyszczenia. Ceremonia ta dotyczyła nie tylko ich samych, ale wszystkich kapłanów Świątyni z samym arcykapłanem na czele. Co prawda dziewczętom (pannom świątynnym) nie wolno było wchodzić do "Świętego Świętych", czyli umieszczonego w głębi Świątyni sanktuarium, w którym było swoiste tabernakulum, skrywające samego boga (innymi słowy - posąg boga był zamykany na noc do specjalnego pomieszczenia, podobnego do szafy z otwieranymi przednimi drzwiami, stojącym na czymś, co mogłoby przypominać... sanie). Wejść do "Świętego Świętych" mógł jedynie arcykapłan (niekiedy w towarzystwie dwóch wyższego rzędu kapłanów) oraz sam faraon. Nikt inny, ani kapłani niższego rzędu, ani też panny świątynne nigdy nie mogły przekroczyć progu tego zakazanego pomieszczenia.
Mimo to codziennie rano należało się oczyścić. Najpierw czynił to arcykapłan, wchodząc do "Świętego Jeziora", leżącego tuż przy samej Świątyni (poziom wody w tym jeziorze zmieniał się wraz z odpływami i przypływami Nilu, z których to wód był zaopatrywany), potem kolejni kapłani (oczywiście według hierarchii), a na samym końcu panny świątynne. Po kąpieli odbywała się ceremonia "Przyjęcia Boga", czyli wejścia do "Świętego Świętych". Tam kapłan/kapłani łamali pieczęć (co dzień nową), wyjmowali śruby zabezpieczające drzwi do tabernakulum i wyjmowali "boga" na zewnątrz. Po oczyszczeniu kapłanów, należało teraz dokładnie obmyć sam posąg, namaścić olejkami a całe pomieszczenie dodatkowo oczyścić kadzidłem. Następnie posąg był ubierany w piękne szaty (zawiązywane nad jego głową). Gdy posąg był już odpowiednio obmyty, wyperfumowany i ubrany, można było przystąpić do składania "bogu" ofiar. Był to jednocześnie posiłek "boga" oraz kapłana/kapłanów (a w rzeczywistości samego kapłana, który modląc się, spożywał przygotowane wcześniej dla bóstwa produkty. To, co nie zostało zjedzone przez kapłana, oddawano całej reszcie pomniejszych duchownych i panien świątynnych. Najważniejszymi dniami były święta poświęcone Amonowi-Re (oczywiście na dobrą sprawę każde poszczególne miasto w Egipcie mogło czcić swego lokalnego boga i z reguły święto bóstwa lokalnego było najważniejszym dniem w roku dla danej lokalnej społeczności, jednak szczególnie uroczyście świętowano w dwóch najważniejszych miastach Egiptu - w Memfis (Delta) i w Tebach (Górny Egipt). W Memfis najważniejszym świętem było to na cześć boga Apisa (symbolizowanego przez byka, którego wyprowadzano w uroczystej procesji na ulice). Byk miał swoją dokładną datę urodzin, które również obchodzono uroczyście. Był to specjalnie wybrany byk, który po odnalezieniu (musiał spełniać pewne określone cechy fizyczne) żył - on jego matka - od tej pory na koszt państwa do swej naturalnej śmierci (zabicie bowiem uosobienia samego boga byłoby świętokradztwem), opiekowano się nim i modlono się do niego. Po śmierci zaś, balsamowano go i grzebano w specjalnie dla niego wzniesionym grobowcu, a następnie rozpoczynano poszukiwania nowego byka, spełniającego określone "boskie" warunki. Natomiast najważniejszym bóstwem Teb był właśnie Amon, połączony z bogiem-stwórcą Re w swoisty duet Amona-Re.
Co ciekawe świąt w Starożytnym Egipcie było dość sporo, ale zdarzały się i takie, które nie były obchodzone nawet i przez kilka dziesięcioleci (a nawet kilka pokoleń). Do takich świąt należało choćby "Święto Dżed". Było ono poświęcone Ozyrysowi - czyli bogu życia, śmierci i... zmartwychwstania, a jego symbolem był leżący na ziemi wielki słup zwany Dżed. Każdy faraon, jeśli tylko zdołał osiągnąć trzydziesty rok swego panowania, urządzał Święto Dżed, które polegało na podniesieniu owego słupa (za linę) do góry. Jeśli tego dokonał (a starano się aby dokonał, czyli po prostu pomagano mu w tym, gdyż w przeciwnym razie jego rządy utraciłyby boskie poparcie, a to oznaczałoby konieczność jego usunięcia, co w historii Egiptu się nie zdarzyło), zyskiwał sobie (i krajowi) przychylność boga Ozyrysa i odbudowywał własną (oraz kraju) witalność (zresztą ów słup miał w pewnym sensie kształt falliczny i takowy symbolizował). Kolejne Święto Dżed organizowano już w dziesięć a czasem w pięć lat po pierwszym, następne zaś (jeśli tylko władca tego dożył) to nawet co dwa lata. Innymi słowy, jeśli po trzydziestu latach swego panowania faraon był zdolny "podnieść słup" (a musiał być zdolny, bo nie było innej opcji, jeśli sam władca nie chciał marnie skończyć), to oznaczało dalsze pomyślne czasy dla kraju.
Podczas jednej z takich uroczystości na cześć Amona-Re, Telik-ha Ventiu jako panna świątynna (nie było to jednak święto Dżed) miała okazję ponownie zobaczyć Amenhotepa III. Nie wiadomo dokładnie w jaki sposób rozpoczął się ich romans (bo o tym Nona/Rosemary nie mówi), natomiast ciekawe są te fragmenty, w których opowiada ona o tym, że w świątyniach używano także oświetlenia... elektrycznego: "Nasi mędrcy w Egipcie mieli wiedzę, która byłaby cenna i dzisiaj (...) Pojmowali elementy lepiej niż dzisiejsi naukowcy. Starożytni adepci używali elektryczności prosto z powietrza" - jak miała rzec Nona/Rosemary (prawdopodobnie chodzi o coś, co można by nazwać generatorem elektrycznym, ładowanym np. podczas wyładowań atmosferycznych, słyszałem już wcześniej o takich urządzeniach w Starożytnym Egipcie i powiem więcej, większość świątyń w Starożytnym Egipcie - a z pewnością te najważniejsze - oświetlane były energią elektryczną, a nie światłem pochodni. Wiedzę tę posiadali kapłani - a pochodziła ona zapewne jeszcze z pradawnych czasów, z okresu kiedy w kraju nad Nilem o nazwie aranka przebywali Czerwonoskórzy Atlanci, wygnani ze swej wyspy przez sektę "Synów Beliala". To właśnie wśród egipskich kapłanów przetrwała dawna wiedza "Jednego Prawa". To kapłani byli nie tylko astronomami i elektrykami, ale również lekarzami i tak naprawdę to oni rządzili Egiptem, o czym niejednokrotnie mógł się przekonać każdy kolejny faraon. To oni posiadali umiejętność pisma i to oni uczyli jego podstaw w egipskich szkołach, to wreszcie kapłani posiadali wiedzę na temat gwiazd a nawet kosmosu i oczywiście wiedzieli czym jest zaćmienie słońca i w ten sposób kontrolowali całą resztę poddanych. Dziś mamy to samo, tylko że dziś kapłani nazywają się naukowcami i mówią nam że "planeta się spali" jeśli nie będziemy wdrażać tych wszystkich klimatycznych bzdur, które służą tylko nabiciu kabzy określonym grupom cwaniaków. Gdzie jest Greta Thunberg - ikona klimatystów? Aaa przepraszam, Greta już jest na cenzurowanym, bo skrytykowała zbrodnie popełniane przez Izrael w Strefie Gazy i w Libanie. To właśnie pokazuje jak pewne kukiełki stawia nam się przed oczami, a potem je usuwa jakby nigdy nic, gdy tylko przestaną być potrzebne. Ale interesy, pieniądze i władza są niezmienne).
Według tego co dalej opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu (jako pierwsza?) zaczęła przekonywać monarchę do wprowadzenia pewnych religijnych modyfikacji. Zaproponowała bowiem odejście od skomplikowanej i monotonnej procedury ofiarnej i zastąpienie jej znacznie prostszą formą bezpośredniego wielbienia Boga przez wszystkich kapłanów (mężczyzn i kobiety), nawet miała przygotować ułożoną przez siebie modlitwę ku czci boga. Władca prawdopodobnie zezwolił jej na te modyfikacje (dziś wiadomo że w czasach Amenhotepa III znacznie rozrósł się - szczególnie na królewskim dworze i w warstwach egipskiej elity - kult solarny Atona, który zaczął zdobywać zwolenników także wśród warstw niższych i stał się potem, za panowania syna i następcy Amenhotepa III - Nefercheprure Amenhotepa IV, zwanego następnie Echnatonem, głównym zagrożeniem dla starych kultów, gwiazda solarna Aton - się głównym religijnym konkurentem Amona-Re). Według tego co opowiada Nona, to właśnie Telik-ha Ventiu, zapomniana małżonka (król miał bowiem wkrótce ją poślubić) Amenhotepa III, była prekursorką tej nowej religii (dzisiaj oczywiście nie jesteśmy w stanie tego udowodnić, ani to potwierdzić, ani temu zaprzeczyć). Ale wiedziała ona że nowa wiara jest zupełnie obca ludowi i kapłanom, którzy praktykowali skomplikowane praktyki religijne, jakie ona poznała, służąc w Świątyni Amona-Re (po ślubie z królem przestała pełnić tę funkcję i ponownie weszła do królewskiego haremu. Zapewne to właśnie wtedy jej protektorka i przyjaciółka wszechwładna królowa Teje stała się jej śmiertelnym wrogiem), mówi o tym słowami Nony/Rosemary: "Nowa religia nie urodziła się w Egipcie. To przyszło z ziemi dalej na wschód, a powstała w jednym z odludnych miejsc, gdzie gromadzą się razem gorliwe dusze. Niektórzy mówili nam, że Zbawiciel lub Mesjasz rozpoczął głoszenie tej wiary, ale świat nie był gotowy na tę wiedzę. Duchowa prawda nie może się zakorzenić, dopóki ludzie nie są gotowi by ją otrzymać".
Projekt nowej modlitwy i pewnego usprawnienia skostniałej formy egipskiej kultowości, narobił młodej dziewczynie sporo wrogów, głównie wśród kapłanów, z samym arcykapłanem Amona-Re na czele. Ale to nie wszystko. Z chwilą bowiem gdy Telik-ha Ventiu zyskała swą osobą zainteresowanie króla i trafiła do jego haremu jako jedna z małżonek, zrobiła sobie wroga w przychylnej jej dotąd - królowej Teje. Opowiedziała się ona bowiem po stronie kapłanów i za utrzymaniem dotychczasowej kultowości, jednocześnie wypowiadając bezwzględną walkę swej rywalce. Odtąd obie kobiety rozpoczęły szaleńczą konkurencję o łoże, serce, politykę i władzę nad Amenhotepem III i całym Egiptem. Według relacji Nony/Telik-ha Ventiu, faraon Amenhotep III był człowiekiem o spokojnej, ugodowej naturze (mówiła o nim: "Był znacznie piękniejszą duszą niż pokazują historyczne zapisy"), to jednak spowodowało, że został całkowicie zdominowany przez królową Teję (Nona/ Rosemary opisywała ją następująco: "Była bardziej mężczyzną niż kobietą (...) Kapłani bali się jej władzy nad faraonem, ponieważ miała na niego znaczący wpływ. On był zmęczonym człowiekiem i znajdował pocieszenie w tym, co mu mówiła"). Jednocześnie Nona wyraża się o Teje dość pozytywnie, twierdząc że królowa zaopiekowała się nią w pierwszym okresie, tuż po jej przybyciu do Egiptu ("Byłam młoda, ale ją kochałam. Była dla mnie taka dobra. Adoptowała mnie i oficjalnie uczyniła ze mnie swoje dziecko. W ten sposób stałam się naturalizowaną Egipcjanką. Jako królowa miała pewne prawa, których nawet faraon nie mógł znieść"), podkreśla jednak że jej stosunek zaczął się zmieniać i że była bardzo niebezpieczną kobietą, której lepiej było nie wchodzić w drogę ("Królowa była niebezpiecznym wrogiem. Była surową duszą i nie lubiła Egipcjan (...) miała silną, surową, daleką osobowość. Miała umysł bardziej podobny do mężczyzny niż do kobiety"). Dalej Nona twierdzi że królowa Teje była żądna władzy ("Królowa miała obsesję na punkcie pragnienia dominacji (...) dominująca kobieta o silnej fizycznej aurze, która sprawiała, że byłam przy niej zmęczona i pozbawiona wszelkiej siły"), lecz w kwestii religii należała do zwolenników tradycji i nie chciała oraz nie tolerowała żadnych syryjskich, mezopotamskich czy mitannijskich nowinek ("Bała się Nowej Religii. Nienawidziła niczego nowego i trzymała się starych rytuałów. Nawet na dworze nie miała nowych pomysłów").
AMENHOTEP III
(Rządy tego władcy {ok. 1388-1351 r. p.n.e.} to okres wewnętrznego spokoju, wielkiego dobrobytu - dzięki łupom i daninom nagromadzonym przez poprzednich faraonów - i wytchnienia od kolejnych buntów zarówno w Syro-Palestynie jak i w Nubii. Jednak wewnętrzny konflikt kapłanów Amona-Re i nowego kultu solarnego Atona doprowadzi państwo do wewnętrznego rozbicia i upadku jego międzynarodowej pozycji)
Nona oskarża również królową o doprowadzenie do załamania się państwa, jakie nastąpiło za czasów rządów jej syna - Nefercheperure Amenhotepa IV (Echnatona) i twierdzi że gdyby tylko udało się usunąć królową, historia Egiptu z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej ("Nadal twierdzę, że gdyby moc królowej została usunięta i gdyby młody Ak-he-na-ton został otoczony zwolennikami, dalsza historia Egiptu byłaby inna, nie sądzę też by imperium upadło"). Nona twierdzi, że ona (jako Telik-ha Ventiu) doradzała królowi Amenhotepowi III aby przyjął i zaakceptował przynajmniej część obcych kultów, szczególnie tych babilońskich lub syryjskich i twierdzi że gdyby tak się stało i gdyby młody Amenhotep IV uzyskał ojcowskie wsparcie oraz pomoc, z pewnością udałoby się nie tylko doprowadzić do reformy religijnej w kraju faraonów, ale również i utrzymać Imperium w całości. Tak mówiła o młodym następcy tronu Amenhotepie IV, który do historii przeszedł jako Echnaton - twórca nowej egipskiej religii kultu solarnego bóstwa Atona ("Był mądry, sprytny, łagodny i delikatny i tylko brakowało mu odwagi, ale był sam, został opuszczony"). Nona przypisuje sobie decydującą rolę w zmianie postrzegania przez Egipcjan obcych kultów, choć wydaje się że była to raczej swoista dynamika tamtej epoki i spowodowały ją nie tylko wielkie podboje, ale również małżeństwa władców Egiptu (jak również członków egipskiej elity wojskowej i administracyjnej) z kobietami pochodzącymi z innych ludów (w czasach XVIII Dynastii - choć nie tylko - Egipcjanie coraz chętniej brali sobie za żony Syryjki, Libijki lub Babilonki, rzadziej zaś czarnoskóre Nubijki, a było to podyktowane twierdzeniem iż kobiety obcych ziem są dużo bardziej uległe i kobiece, niż wyemancypowane Egipcjanki. Niektórzy mężczyźni brali sobie nawet dwie żony: Egipcjankę i na przykład Syryjkę - jak to choćby zostało przedstawione na steli nagrobnej, znajdującej się w Muzeum Joseph Dechelette w Roannie, której autor kazał umieścić swoje dwie żony: Azjatkę o imieniu Senebheka oraz Egipcjankę, przy czym ta pierwsza stoi i nazywana jest "ukochaną", zaś ta druga klęczy i nie ma nawet imienia). Amenhotep III obawiał się jeszcze umieszczania posągów obcych bóstw w swym pałacu w Malkacie (po drugiej stronie Nilu, naprzeciwko królewskich Teb - dokąd się przeniósł zapewne z obawy przed ciągłym wzrokiem kapłanów), choć on już bardziej wolał solarny kult starego boga z Heliopolis - Re-Harachtesa, niż oficjalne tebańskie bóstwo - Amona-Re.
Natomiast potęga królowej Teje opierała się na starym kulcie (ojciec królowej - Juja, nosił tytuł: "Boskiego Ojca" i był kapłanem boga Mina [tego ze sterczącym fallusem], zaś jej matka - Czuja, była: "Przełożoną w haremie Mina" - gdzie też poznała swego męża - i należała do elity egipskich dam. A poza tym brat królowej - Aanen piastował stanowisko Drugiego Proroka Amona-Re w Karnaku i był jednocześnie "Wielkim Widzącym" w Heliopolis, czyli był na szczycie hierarchii kapłańskiej). Z tego co twierdzi Nona, królowej Teje obawiali się nawet wszechpotężni kapłani Amona-Re (królowa zaś, dzięki swemu bratu, kontrolowała oba skłócone ze sobą ośrodki - tebański ośrodek kultu Amona i heliopolitański ośrodek solarny Atuma), a ponieważ Aanen był kapłanem z Heliopolis, więc i na dworze można było spotkać symbole solarne, które królowa zapewne popierała (stąd dzisiejsi historycy przypisują jej duże zasługi w zaprowadzeniu w Egipcie aryjskich kultów solarnych, choć z tego co twierdzi Nona/Rosemary, królowa była raczej wroga wszelkim nowinkom religijnym, a w szczególności zaś tym, które nie pochodziły z Egiptu). Teje lubiła pokazywać się dostojnikom i ludowi (np. podczas publicznych świąt) jako wcielenie bożej sprawiedliwości, ładu i porządku - bogini Ma'at, a także jako bogini nieba, Wielka Matka Hathor (co ciekawe bogini ta nosi na głowie "Oko Słoneczne" - czyli boską siłę kosmiczną, którą utożsamiano z siłą kobiecości i symbolu tego z pewnością używała także królowa Teye. Ale co ciekawe, został on potem przeniesiony do solarnego kultu Atona, który wprowadził jej syn - Amenhotep IV / Echnaton. Stąd zapewne owe przesłanki popierania przez królową nie-egipskich kultów - jak dziś uważają współcześni historycy).
Nona/Rosemary w relacji z 4 maja 1936 r. opisuje jak wyglądała jej posługa w przybytku Amona-Re: "W każdej dłoni trzymam rodzaj lampy z postumentem o długości około metra. Ma szeroki kształt spodka, z białym płomieniem wychodzącym z góry. Są one przeznaczone do wpasowania w gniazda z metalowym pierścieniem, jedna po każdej stronie kurtyny, która ukrywa środkowe drzwi na końcu dużej sali. Jest to wejście do ukrytego sanktuarium, z zaokrąglonymi schodami prowadzącymi do centrum. Światła miały powstrzymać złe duchy, a kadzidło służyło zachowaniu czystości samego sanktuarium. Wewnątrz znajduje się ołtarz, pośrodku którego pali się wieczny, niebieski płomień, bardzo mały, ale wydaje się że wychodzi on z kamienia. Nigdy nie gaśnie, a jednak nigdy nie jest pielęgnowany. Nie zastanawiam się, czy to było jakieś mineralne światło, ponieważ był to blady, zielononiebieski, zimny płomień, który nie migotał - nie większy niż światło świecy i zdawało się, że wychodzi z małego otworu w kamieniu. Istniało pewne znaczenie między tym płomieniem a wolą boga, do którego kierowano modły. Kiedy bóg odrzucił prośbę, lub milczał, płomień nie dawał białego światła, ale kiedy prośba została spełniona, płomień odpowiednio to pokazał". Jej służba polegała na uczestniczeniu w odbywających się trzy razy dziennie, specjalnych rytuałach, polegających na obudzeniu boga (co czyniła jedynie Boska Małżonka Amona-Re w towarzystwie arcykapłana lub samego króla, reszta zaś kapłanów - i oczywiście panny świątynne - nie mieli wstępu do "Świętego Świętych", czyli miejsca gdzie przechowywano posąg boga. Do jej zadań należało zaś przygotowanie porannych perfum dla boga, przygotowanie posiłku, oraz okadzanie całej trasy, jaką Boska Małżonka (w tym przypadku sama królowa Teje) i arcykapłan przemierzali w kierunku świętego pomieszczenia. Wieczorem sytuacja się powtarzała gdy bóg udawał się na spoczynek. Należało więc powtórzyć całą ceremonię raz jeszcze, przygotować kolację i oczyścić trasę pochodu. Arcykapłan zaś zamykał posąg boga do pozłacanej skrzyni, zakładał plomby (które rano łamał) i dopiero wówczas kapłani także mogli położyć się spać.
Nona opisuje również święto ku czci Amona-Re, jakie odbywało się raz do roku, a jego kulminacją była wielka procesja posuwająca się zarówno po Nilu jak i wokół brzegu: "Najważniejszy festiwal roku (...) Wielki faraon jest w tej procesji. Widzę byki z długimi, gładkimi rogami i girlandami z kwiatów. Niosę puchar w służbie bogu. (...) Na jednym z naszych świąt, które odbywały się raz do roku, procesja przebiegała wzdłuż Alei Sfinksów z jednej strony, a potem z powrotem do świątyni. Procesja zatrzymywała się u każdego z kamiennych zwierząt i my musiałyśmy dotknąć ich gałązkami palmowymi. Zwierzęta nie były czczone. Chodziło o to, że każdego roku konsekrowano je na nowo jako strażników świątyni. A moja służba miała przypominać o ich opiece i modlitwie, tak, by żadne złe duchy nie przyszły i nie zyskały wstępu do świątyni". Wpływ jaki Telik-ha Ventiu zyskała na Amenhotepa III i to co planowała uczynić, ostatecznie doprowadziło ją do zguby, gdyż królowa Teje nie zamierzała tolerować konkurentki zarówno w łożu swego męża, jak i w polityce religijnej - którą uważała za swoją własną domenę. Nona/Rosemary nie wyjaśnia jak doszło do śmierci Telik-ha Ventiu. W każdym razie owa (już wówczas) kobieta została utopiona w Nilu wraz ze swą świątynną przyjaciółką Volą (notabene według przekazu Nony, kolejnym wcieleniem Voli była właśnie Rosemary). Tak zakończyło się jej życie w tamtym czasie i tak też urywa się ten przekaz. Nie wiadomo kiedy Telik-ha Ventiu została zamordowana. Wiadomo natomiast że syn i następca Amenhotepa oraz królowej Teje - książę Echnaton porzucił dotychczasowe kulty swego kraju i całkowicie przyjął huryckie kulty solarne. Ale nim do tego doszło, wydarzyło się jeszcze kilka innych spraw w Egipcie i jego politycznym otoczeniu.
CDN.
DZIŚ DZIEŃ FLAGI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI, TAK WIĘC CZEŚĆ ODDAJĘ ŚWIĘTYM BARWOM MOJEJ OJCZYZNY
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VI
Rok 1923 był rokiem bardzo niespokojnym nie tylko w Polsce, ale również w kilku innych państwach europejskich (z pewnością w Niemczech, gdzie hiperinflacja doszła do przerażającego poziomu). W Polsce był to rok często zmieniających się rządów (trzy gabinety w ciągu roku), hiperinflacji, walki z paskarzami (wielu bowiem handlarzy starało się wykorzystać kryzys gospodarczy do swoich celów, maksymalnie podnosząc ceny sprzedawanych przez siebie towarów), oraz zamachów terrorystycznych, a także nadziei, jakie wiązali komuniści z rychłym upadkiem demokracji i zainstalowaniem w Polsce systemu sowieckiego. Już 4 stycznia policja przeprowadziła aresztowania, robiąc naloty na meliny komunistów i współpracowników Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Wielu sowieckich agentów z KPRP zostało wówczas aresztowanych. Samego Komitetu Centralnego z Adolfem Warszawskim-Warskim i Marią Koszutską nie udało się jednak policji aresztować.
Co ciekawe, tego samego, 4 stycznia 1923 r. swoje obowiązki rozpoczął pierwszy poseł Związku Sowieckiego w Polsce - Piotr Wojkow (polskim posłem w Moskwie został Stanisław Kętrzyński).
Stan zdrowia Lenina pogarszał się z każdym kolejnym dniem, aczkolwiek jeszcze był na tyle sprawny umysłowo, aby 4 stycznia dopisać post scriptum do swego nieoficjalnego "testamentu", który napisał pod koniec grudnia 1922 r. i w którym ostrzegał Partię przed Stalinem, pisząc: "Towarzysz Stalin, po objęciu funkcji sekretarza generalnego, skupił w swych rękach nadmierną władzę i nie ma pewności, czy zawsze potrafi z tej władzy korzystać z należytą ostrożnością". Dnia 4 stycznia 1923 r. Lenin dopisał jeszcze: "Stalin jest zbyt brutalny i wada ta, która jest całkiem do zniesienia w naszym środowisku i w stosunkach między nami, komunistami, staje się nie do zniesienia na stanowisku sekretarza generalnego". Dokument ten został potem na całe dekady utajniony i był jednym z najbardziej strzeżonych dokumentów w Związku Sowieckim, nawet po śmierci Stalina (notabene Lew Trocki - czyli jedyny realny konkurent Stalina do władzy nad partią i państwem - twierdził też, że Lenin miał powiedzieć o Stalinie w gniewie: "Ten kucharz zgotuje tylko pieprzne dania").
Wzmagał się problem niemieckich reparacji dla zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej. Jeszcze w marcu 1921 r. Ententa ustaliła wysokość reparacji niemieckich na 132 mld marek w złocie (płatnych rocznymi ratami 2-6 mld marek przez 42 lata). Niemcy (szczególnie za ministra Walthera Rathenaua) starały się obniżyć tę kwotę do 50 mld marek, pomniejszonych o 20 mld, które rzekomo Niemcy miały już spłacić Aliantom. Rathenau twierdził, że jeśli Alianci nie zgodzą się na obniżenie wysokości reparacji, to Niemcy czeka katastrofa gospodarcza i bankructwo, a co za tym idzie anarchia polityczna i niestabilność, która może pochłonąć Europę (tym bardziej biorąc pod uwagę zagrożenie sowieckie). Francuzi jednak kategorycznie nie godzili się na jakiekolwiek w tym względzie ustępstwa. Tym bardziej że po upadku rządu skłonnego do kompromisu Aristide Brianda, nowym premierem został (styczeń 1922 r.) były prezydent Republiki - Raimund Poincaré, który nie chciał słyszeć o żadnym kompromisie w stosunku do Niemców. Taka polityka doprowadziła w Niemczech do wielu politycznych zbrodni, a jej ofiarą padł sam Rathenau (zastrzelony w Berlinie 24 czerwca 1922 r. notabene jeden z zamachowców wrzucił do jego samochodu również granat ręczny). Ratenau był niemieckim nacjonalistą i chociaż godził się na reparacje, wiedząc że tylko w ten sposób Niemcy mogą powrócić na europejskie salony i wywalczyć odzyskanie przynajmniej części strat terytorialnych, poniesionych po zakończeniu I Wojny Światowej (szczególnie miał na myśli Pomorze i Górny Śląsk). Jednak owa zgoda została automatycznie uznana przez środowiska nacjonalistyczne w Niemczech (szczególnie te, które głosiły mit "ciosu w plecy") że Rathenau jest zdrajcą Niemiec, a ponieważ był również Żydem, tym bardziej go to oczerniało w oczach żądnych odwetu nacjonalistów. Zresztą reparacje które Niemcy zaczęły już spłacać w dostawach surowców dla francuskiego przemysłu, były ostatecznie torpedowane przez wielkich niemieckich przemysłowców (Kruppowie, Thyssenowie, Stinnesowie). Również kapitał i politycy brytyjscy nie widzieli potrzeby w wypłacaniu reparacji Francji (ogromna bowiem część z owych reparacji przypadała Francuzom).
NAJWIĘKSZE ARMIE W EUROPIE
(WRAZ Z USA I JAPONIĄ)
W LATACH 20-tych XX WIEKU
W dniach 2-4 stycznia 1923 r. odbyła się konferencja paryska w sprawie niemieckich reparacji, która jednak zakończyła się fiaskiem. Powstały 22 listopada 1922 r. centro-prawicowy rząd Wilhelma Cuno, nie mógł się bowiem zgodzić na ustaloną kwotę 132 mld marek w złocie, gdyż realnie doprowadziłoby to niemiecką gospodarkę do bankructwa, ale Francuzi (mam tu na myśli polityków z otoczenia premiera Poincaré, gdyż francuscy przemysłowcy często znajdowali wspólny język z przemysłowcami z Niemiec) nie zamierzali pójść na jakiekolwiek, choćby najmniejsze ustępstwa. Francuzów wsparli w tym Belgowie oraz Włosi Mussoliniego. Konserwatywny rząd brytyjski zaś (z już wówczas śmiertelnie chorym premierem Andrew Bonarem Lawem) był znacznie bardziej elastyczny w kwestii reparacji i choć popierał Francuzów, ostatecznie zdawał się stanąć po stronie Niemiec. Poincaré, nie mając innego wyjścia i widząc że w żaden inny sposób nie wyegzekwuje od Niemców reparacji, zdecydował się na krok militarny. 11 stycznia 1923 r. Armia Francuska i Belgijska wkroczyły do Zagłębia Ruhry, traktując je jako zastaw pod wypłatę reperacji wojennych. Odtąd transporty węgla miał iść nie w głąb Niemiec, a do Francji - na konto reparacji. Rząd Wilhelma Cuno wezwał rodaków z Zagłębia Ruhry (głównie urzędników i robotników) do biernego oporu wobec okupantów francuskich. Doszło jednak do kilku starć w wyniku których zastrzelonych zostało 132 Niemców. Interwencja francusko-belgijska w Zagłębiu Ruhry spotkała się ze sprzeciwem zarówno Londynu jak i Waszyngtonu - tym bardziej gdy doszły tam informacje o walkach i zabitych oraz rannych cywilach. Poincaré musiał nieco ograniczyć swoje apetyty i swój przekaz, ale nie wycofał się z Zagłębia Ruhry, a wręcz przeciwnie - zaczął wspierać lokalny separatyzm. Ruch separatystów nadreńskich, kierowany przez Adama Dortena (uczestniczył w nim również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec, a wówczas burmistrz Kolonii - Konrad Adenauer) był mocno wspierany i finansowany przez Paryż. Ostatecznie jednak okupacja Zagłębia Ruhry niewiele Francuzom dała, natomiast generowała ogromne koszty, a także straty wizerunkowe. Mimo to Poincaré nie zamierzał się stamtąd wycofywać.
FRANCUSKA OKUPACJA W ZAGŁĘBIU RUHRY BYŁA DOTKLIWA DLA NIEMCÓW PRZEDE WSZYSTKIM W TAKICH CODZIENNYCH NIEPRZYJEMNYCH SYTUACJACH
31 stycznia 1923 r. o godz. 6:30 rano, zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza - Eligiusz Niewiadomski został przewieziony z aresztu do Cytadeli, gdzie miał dokonać swego żywota. Czekała tam na niego już kompania szkolna 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Poprzedniego dnia wieczorem przeprowadził Niewiadomski dwugodzinną rozmowę w swej celi z księdzem Pietrzykiem. Teraz nie zdradzał ani zdenerwowania ani też obaw przed śmiercią (proponowano mu aby poprosił o ułaskawienie nowego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, ale on odmówił i stwierdził że za taki czyn jaki popełnił, należy się śmierć, gdyż co prawda idea jakiej służył - według niego - była słuszna i Narutowicz jako symbol politycznego zaprzaństwa na śmierć zasłużył, ale równocześnie było to zabójstwo człowieka i z tego też powodu on również musi zginąć). Podszedł do słupka egzekucyjnego (chociaż wcześniej starano się przynajmniej doprowadzić do tego, aby nie został rozstrzelany przy tym słupku jak pospolity przestępca, ale ostatecznie nie udało się do tego doprowadzić prawicowym ugrupowaniom). Zdjął palto, szalik i kapelusz, ściągnął też okulary i podał je stojącemu nieopodal mecenasowi Kijeńskiemu. Poprosił aby nie zawiązywano mu oczu i aby nie przywiązywano go do słupka, a życzenie to zostało spełnione. Następnie wyrzekł słowa: "Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski! Zachowam spokój, proszę, aby mierzono mi w głowę" - były to jego ostatnie słowa. Następnie padły strzały i Niewiadomski zakończył swój ziemski żywot. Po śmierci Niewiadomski stał się ikoną środowisk prawicowych. W kościołach zaczęto odprawiać mszę w intencji jego duszy. Podczas kazań, a także w prasie prawicowej i katolickiej zaczęto nazywać go "bohaterem-męczennikiem". Przybrało to tak ogromne rozmiary, że 11 lutego episkopat polski musiał wydać odezwę, w której stwierdzono iż: "Nabożeństwa żałobne nie powinny być nadużywane dla manifestacji, nie odpowiadających świętości i celowi obrządku religijnego". Dalej twierdzono iż nabożeństwa za Niewiadomskiego mogą wprowadzić "zamęt do pojęć o moralności chrześcijańskiej", gdyż Kościół sprzeciwia się wszelkim akcjom łamiącym przykazania - szczególnie to "nie zabijaj!".
Eligiusz Niewiadomski stał się bohaterem również dla powstałego na początku 1923 r. i będącego w konspiracji "Pogotowia Patriotów Polskich" - PPP. Ich ulotki (rozdawane również w kościołach) głosiły: "Patrioto! Wstąpiłeś w szeregi Pogotowia Patriotów Polskich, które powstało w przekonaniu, że Ojczyznę można uratować tylko drogą dyktatury. Widzisz sam, jak dzisiejszy ustrój parlamentarny prowadzi Ojczyznę do zguby. Wiedz o tym, że należysz do organizacji bezpartyjnej, stojącej na gruncie narodowym i patriotycznym, bo Polska jest dla Polaków i Polacy Nią rządzić powinni". Rytuał przystąpienia do tej organizacji był dosyć mistyczny. Nowo-wstępującego prowadzono do podziemi jednego z kościołów (najczęściej do Kościoła Wszystkich Świętych na Grzybowie lub do kościoła Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie) i tam składali oni przysięgę. Jeden z wtajemniczonych mówił potem, iż: "Mówiono nam, że ten czarny krzyż, który całowaliśmy po przysiędze, całował przed śmiercią na polu stracenia Eligiusz Niewiadomski". Była to organizacja, która przygotowywała zamach stanu w Polsce i z tego powodu szybko znalazła się w polu zainteresowania policji. W styczniu 1924 r. Pogotowie Patriotów Polskich zostało rozbite aresztowaniami, w tym czasie w jego skład wchodziło ok. 800 osób. Sprawa ta jednak była bardzo poważna, gdyż organizacja miała swoich ludzi nie tylko w środowiskach akademickich (wśród studentów), ale również wśród żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, wśród policjantów (w tym również wśród komisarzy policji), urzędników, a także wśród polityków (m.in. z prezesem Związku Ludowo-Narodowego Stanisławem Głąbińskim). Przywódcą organizacji był architekt Jan Pękosławski, który zamierzał przejąć władzę w wyniku zamachu stanu, obalić konstytucję i wprowadzić dyktaturę. Wojskowym szefem organizacji był Witold Gorczyński (który prowadził tajne rozmowy z gen. Szeptyckim - ówczesnym ministrem), zaangażowany w tę organizację był również gen. Wroczyński.
Istniejący od 16 grudnia 1922 r. rząd gen. Władysława Sikorskiego, musiał przede wszystkim zmagać się z szalejącą inflacją i coraz szybszym spadkiem wartości marki polskiej. Już 13 stycznia 1923 r. Sikorski przeprowadził rekonstrukcję swego gabinetu, powierzając ministerstwo skarbu Władysławowi Grabskiemu, który od początku zaczął twierdzić iż należy wprowadzić nową polską walutę i w miejsce polskiej marki powołać do życia polski złoty. Nowy pieniądz miał funkcjonować początkowo jednocześnie ze starym, z tym że złoty nie podlegałby inflacji (czego w przypadku marki Grabski już nie gwarantował). Aby ograniczyć coraz większą inflację, Grabski zaproponował zmniejszenie biurokracji, oraz sprzedaż niektórych deficytowych przedsiębiorstw państwowych. Oczywiście nie mogło się obyć bez nowych podatków, ale na razie trwały sejmowe spory o to, kto tak naprawdę ma ponieść największe koszty wprowadzenia nowej waluty. Endecja była za wprowadzeniem nowego podatku, który bezpośrednio dotykał by warstw ludowych (najbiedniejszych), socjaliści zaś dążyli do opodatkowania najbogatszych - i tak to się na razie kręciło (w satyrycznym czasopiśmie "Mucha" ukazał się rysunek, w którym młoda kobieta w szacie do ziemi i z białym orłem na piersi prowadziła za ręce dwóch niesfornych urwisów, jednym z nich była prawica, drugim lewica. Podpis pod rysunkiem brzmiał: "Zaraz mi tu zgodnie iść smarkacze, bo w skórę dam", na co chłopak z napisem "prawica" odpowiada: "Dobrze mamo, ja z nim pójdę, ale po drodze go kopnę", na co chłopak z napisem "lewica" odpowiada: "Ja też go kopnę" 🥴).
Wkroczenie wojsk francuskich i belgijskich do Zagłębia Ruhry spowodowało, że Paryż znów musiał orientować się na Warszawę, jako głównego sojusznika w przypadku konfliktu z Niemcami. Co prawda od 19 lutego 1921 r. istniał polsko-francuski sojusz obronny (skierowany przeciwko Niemcom), ale Francuzi podchodzili do niego w sposób całkowicie dowolny, raz dążąc do jego wzmocnienia (w sytuacji większego konfliktu z Berlinem), a raz do jego osłabienia. Jednak sytuacja, jaka się wytworzyła w Europie Zachodniej w styczniu 1923 r. spowodowała właśnie że Polska stała się niezwykle pożądana i to nie tylko przez Paryż, ale również przez Londyn (który chciał przez Polskę dostać się do Rumunii, niezbędnej w konflikcie Brytyjczyków z Turkami, wspieranymi przez Sowietów. Polska zaś od 3 marca 1921 r. miała również układ obronny z Rumunią, wymierzony w sowiecką Rosję).
12 stycznia 1923 r. Litwini (za namową Niemców) zajęli Kłajpedę. To portowe miasto administrowane było (na mocy Traktatu Wersalskiego) przez francuskiego gubernatora, natomiast Rada Ambasadorów Ententy zdecydowała się przekazać to miasto (jako "Wolne Miasto") pod wspólny polsko-litewski zarząd. Jednak od 9 października 1920 r. czyli od zajęcia Wilna przez oddziały gen. Żeligowskiego, Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych stosunków, nie tylko dyplomatycznych ale również jakichkolwiek innych. Litwa, będąc młodym narodem i nie mając żadnych tradycji państwowych opartych na "litewskości" (wszelkie te tradycje - jeśli w ogóle można je takowymi nazwać - sięgały średniowiecza, więc nie mogły odnosić się do współczesności), po zajęciu Wilna, a szczególnie po przyłączeniu Wilna i Litwy Środkowej do Polski (24 marca 1922 r.) wytworzyła u siebie bardzo silny antypolonizm i na tej nienawiści budowała swoją tożsamość narodową (tak naprawdę ten antypolonizm jest w Litwinach do dziś. Jakiś czas temu rozmawiałem z Litwinem, który mi tłumaczył że oni do dzisiaj boją się polskich wpływów kulturowych nie tylko w Wilnie i całym regionie, ale również na pozostałych ziemiach litewskich. Ale jednego nie był w stanie zanegować, Litwa może istnieć tylko w sytuacji gdy istnieje silna Polska, jeśli Polska nie jest silna lub traci swą niepodległość - Litwa przepada. Polska może istnieć bez Litwy, Litwa jednak nie przetrwa bez Polski). Natomiast Niemcy woleli aby Kłajpeda (która przed zakończeniem I Wojny Światowej należała do nich) włączona teraz została raczej do słabej i małej Litwy, niż do dużej Polski, z którą Niemcy mieli swoje zatargi graniczne. Dlatego też namówili Litwinów - a ci oczywiście skwapliwie na to przestali - aby zajęli Kłajpedę i włączyli to miasto do swojego państwa. Litwa, budując zaś swoją tożsamość na antypolonizmie, jednocześnie pozbawiała się ogromnej, kilku-wiekowej części swej historii. Historii, która była wspólna - polsko-litewska i która mogła zasadniczo zmienić powojenny układ sił w Europie Północnej, gdyby Kowno nie było tak małostkowe i uparte. Co z tego że Wilno było historyczną stolicą Litwy, skoro Litwinów w tym mieście było parę procent. Dominowali przede wszystkim Polacy, a na drugim miejscu byli Żydzi. Piłsudski zresztą zamierzał oddać Litwie Wilno, ale nie Litwie nacjonalistycznej. Nie Litwie, która będzie wylęgarnią antypolonizmu i z ziem której niemieckie i sowieckie bandy będą przenikać na terytorium Rzeczpospolitej. Litwa sprzymierzona z Polską we wspólnym sojuszu mogła zatrzymać Wilno, ale małostkowi politycy z Kowna uznali, że wolą konflikt z Warszawą, nie zdając sobie sprawy że upadek Polski automatycznie doprowadzi do upadku Litwy. Poza tym, nie mając wcześniejszych tradycji administracyjnych, Litwa zalana była rusko-carskim biurokratycznym badziewiem prawnym i w ten sposób przypominała rzeczywiście jakąś taką post-carską mini republikę. Warto tu jeszcze przytoczyć słowa, jakie w 1905 r. wystosował w kierunku Litwinów Henryk Sienkiewicz, a brzmiały one: "A wspomnij ty dawne czasy: kto cię ochrzcił? Kto cię oświecił? Kto cię Niemcu (...) jako psa z gardła wyrwał? (...) Budzi się, mówisz naród litewski? To chwała Bogu! Chcesz po litewsku gadać? Gadaj! Ten, co krwi dla ciebie nie szczędził jeszcze ci dopomoże. A ty - hajże na niego, choć on Twoja krew i Twój brat".
Ale właśnie to, co uczyniła Litwa z Kłajpedą, dał Polsce pretekst, aby na arenie międzynarodowej przedstawić sprawę nierozwiązanych i wciąż wlokących się kwestii granicznych. Minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej - Aleksander Skrzyński stwierdził, że takie kroki jakie poczyniła Litwa, mogą w przyszłości posłużyć czy to Moskwie czy Berlinowi do podobnych gwałtów politycznych, a co za tym idzie, mocarstwa zachodnie powinny jak najszybciej uznać granicę polsko-litewską. Jednocześnie polski poseł w Rzymie August Zaleski (przyszły minister spraw zagranicznych, oraz - już dużo później, po zakończeniu II Wojny Światowej prezydent Rzeczypospolitej Polski na uchodźstwie w Londynie) starał się również urobić w tej kwestii Mussoliniego (Zaleski pisał potem w swych pamiętnikach, że Mussolini skarżył mu się co do słabej międzynarodowej pozycji Włoch. Zaleski pisał: "Podsunąłem mu myśl, że jednym ze sposobów polepszenia tej pozycji byłoby okazywanie żywszego zainteresowania dla wszystkich zagadnień politycznych, bez względu na to, gdzie się kształtują. (...) Włochy mają właśnie sposobność okazania światu, że są krajem o szerokich zainteresowaniach. (...) Takie wystąpienie Włoch wywołałoby bardzo korzystne wrażenie w Europie wschodniej, która po raz pierwszy ujrzała Włochy w roli wielkiego mocarstwa, Mussolini skwapliwie podchwycił tę szansę..." 30 stycznia 1923 r. Benito Mussolini wygłosił mowę, w której gorąco popierał międzynarodowe uznanie granicy polsko-litewskiej, co ostatecznie doprowadziło do przekonania zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków. Już 3 lutego Rada Ligii Narodów (pod przewodnictwem Francuzów i Brytyjczyków) przyznała Polsce pełne suwerenne prawa nad Wileńszczyzną. 16 lutego ta sama Rada Ambasadorów Ligii Narodów uznała suwerenną władzę Litwy nad Kłajpedą, pod warunkiem respektowania autonomii tego miasta i przyznania Polsce prawa do korzystania z portu kłajpedzkiego (nie respektowanego przez Litwinów). 15 marca zaś Rada Ambasadorów uznała wschodnią granicę Rzeczypospolitej zarówno z Litwą, jak i z Rosją sowiecką. Stało się to wielkim sukcesem rządu Sikorskiego i zostało mocno przezeń rozreklamowane.
WŁADYSŁAW SIKORSKI
(w latach 20-tych)
A tymczasem w lutym 1923 r. do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski przyłączył się Żydowski Komunistyczny Związek Robotniczy w Polsce - czyli Kom-Bund.
Z takich ciekawostek warto też nadmienić, że 1 marca 1923 r. w Niemczech podniesiono dopuszczalną prędkość aut z 15 aż do 30 km/godz.
CDN.
A TAK NA MARGINESIE ZACZĄŁ SIĘ JUŻ DŁUGI WEEKEND, CZYLI WRACAMY DO NASZEJ POLSKIEJ ULUBIONEJ TRADYCJI GRILLOWANIA.
Egipt, nim jeszcze stał się tym Egiptem, który znamy z książek do historii - krajem piramid, faraonów, życiodajnego Nilu i jednej z najstarszych (historycznie rzecz pojmując) ludzkich cywilizacji - był jedną z kolonii I Imperium Atlantydy. Pierwotna ludność, która zamieszkiwała rejony dzisiejszego Egiptu, pochodziła od najwcześniejszych (Czarnoskórych) kolonistów z planety Bakaratini. Po secesji religijnej (którą opisałem w jednym z poprzednich tematów, mówiących o cywilizacji hyperboreańskiej, złożonej z dwóch ras - czarnej i żółtej), społeczeństwo "egipskich" Bakaratinian nie stało na zbyt dużym poziomie rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Oczywiście upadek kapłanów i zmiana systemu politycznego poprawiły położenie tamtejszej ciemnoskórej ludności, lecz katastrofa z 1 320 000 lat temu, rozpoczynająca III Wielką Wojnę Galaktyczną - zniszczyła całą cywilizację i wszelkie posiadłości Hyperborean z Bakaratini. Przetrwały nieliczne grupki ludności, które znacznie cofnęły się na swej drodze rozwoju. Miasta i wszelkie wcześniejsze osiedla ludzkie zostały kompletnie zniszczone - pozostali przy życiu zamieszkali więc w jaskiniach, szałasach i prowizorycznych lepiankach. Ich życie cechowała codzienna walka o ogień, wodę, strawę i przetrwanie. Stali się ludem na wskroś barbarzyńskim.
Do takiej to ziemi (ok. 67 000 r. p.n.e.) dotarli pierwsi Czerwonoskórzy Toltekowie z Atlantydy. Bardzo szybko podporządkowali sobie też lokalną barbarzyńską ludność (której co prawda nie zamieniono w niewolników, ale i tak traktowano ich jako ludność podległą). Atlanci założyli na tych terenach swoją prowincję, której nadali nazwę - ARANKA, co znaczyło "Kraj Dwóch Cieśnin". Dlaczego dzisiejszy Egipt nazwano "krajem dwóch cieśnin?" Dlatego że ówczesne ukształtowanie terenu znacznie różniło się od dzisiejszego - przede wszystkim istniało już Morze Czerwone i rejon półwyspu Synaj od strony wschodniej. Na zachodzie zaś nie istniała wówczas Sahara, nie było pustyni, piasków, nie było nawet późniejszych lasów tropikalnych i ogromnych jezior, z których największym było dzisiejsze jezioro Czad (ok. 4000 r. p.n.e. Jezioro Czad było czterdziestokrotnie większe niż jest dziś). Na zachodzie, w czasach ekspansji Tolteków z Atlantydy - istniało ogromne morze. Zaczynało się ono już na zachód od oazy Fajum i ciągnęło przez cały Sudan do Etiopii. Oazy Bahariya i Farafra nie istniały. Cała środkowo-zachodnia Afryka była jednym wielkim morzem, którego wody wpadały do Oceanu Atlantyckiego. Jedynie na północy, w rejonie dzisiejszej zachodniej Libii, Tunezji, Algierii i Maroka - istniał pas ziemi, który dziś stanowi północną granicę kontynentu afrykańskiego. Ziemię egipską i ten "libijsko-marokański pas" łączyła w rejonie dzisiejszego miasta Buto i oazy Wadi Natrun - cieśnina. Stąd nazwa kraju.
Koloniści z Atlantydy stworzyli prowincję, której południowa granica kończyła się w rejonie późniejszych miast - Memfis, Sakkary oraz oazy Fajum. Był to tzw.: Dolny Egipt, który wówczas nie nosił jeszcze tej nazwy (kraj zwano Aranka). Channelingi mówią że założono też na terenie tej prowincji miasto-stolicę, późniejsze Sais (tę nazwę otrzyma dopiero po 16 000 r. p.n.e.). Krajem władali mianowani z Atlantydy - rządcy. Do takiego to kraju przybył ok. 50 712 r. p.n.e. (czyli po upadku ostatniej tolteckiej twierdzy na atlantyckim wybrzeżu w Bel-Ra), ostatni król Atlantydy pochodzący od Czerwonoskórych kolonistów z MU - Axtell.
PIERWSZA ATLANTYCKA KOLONIZACJA EGIPTU
KRÓL AXTELL i NOWA WIARA
("JEDNO PRAWO")
Pomimo opanowania Egiptu przez Atlantów, nie rozpoczęto tolteckiej kolonizacji tej ziemi. Była ona jedynie prowincją, mającą dostarczać metropolii bogactw, oraz stanowić rejon "zsyłki" zbyt ambitnych braci i synów panujących na Atlantydzie władców, tak, aby mogli wykazać się swymi osiągnięciami jako rządcy prowincji. Z chwilą przybycia do Egiptu króla Axtella i innych ocalałych z pogromu w Bel-Ra - Tolteków, "Krajem Dwóch Cieśnin" zarządzał jego brat - Ibex. Jak już pisałem w jednej z wcześniejszych części, nie był on zadowolony tym faktem i wkrótce doprowadził do buntu Czarnoskórej ludności przeciwko Czerwonoskórym panom. Bunt zakończyło wzajemne porozumienie, którego spoiwem był ślub Axtella (pierwszego króla Aranki) z córką Ibexa. Pierwszym krokiem jaki podjął nowy król, była implementacja religijnych zasad "Jednego Prawa" na egipskiej ziemi. Nie było to wcale trudne, zważywszy że najwyższą kapłanką mianował on kobietę o imieniu ILAX. W czasie powstania udowodniła ona że nie zamierza dzielić ludności kraju na Czerwonoskórych władców i całą resztę, drzwi jej świątyni były otwarte dla wszystkich potrzebujących pomocy i schronienia. To spowodowało że nowa religia dość szybko rozprzestrzeniła się w "egipskim" Czarnoskórym społeczeństwie.
Edgar Cayce (w swej sesji nr. 378 czytanie - 13), tak to opisuje: "A w tych dniach było wprowadzenie kapłana na egipskiej ziemi i religia Poseidii nie zginęła, spotykając się tam z akceptacją i zrozumieniem bożych zasad "Jednego Prawa". Cayce mówi również (w tej samej sesji), że w czasie swej intronizacji Axtell był młodym królem, nie podaje jednak jego wieku ("młody" Atlant w tamtych czasach mógł spokojnie mieć 300 - 400 lat). Axtell rozesłał też wieści o powstaniu nowego państwa do innych krajów i imperiów (np. Ujghur), oraz propozycję sojuszów i współpracy politycznej. Jednak stosunki z Atlantydą - rządzoną już wówczas przez patriarchów z zakonu "Synów Beliala" - nie były łatwe, to jednak pomiędzy tymi krajami trwał pokój. Gdy na Atlantydzie wybuchło wielkie powstanie niewolników (ok. 47 000 r. p.n.e.) pod wodzą Lyssara, rządzący wówczas Egiptem król SANEID (wnuk Axtella) próbował przyjść powstańcom z pomocą (miał dotrzeć ze swą armią w rejon dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii), jednak nie odważył się przepłynąć Oceanu Atlantyckiego i zaatakować Atlantydy (być może miał na to zbyt małe siły), zawrócił więc z powrotem do Egiptu (była to ostatnia próba odzyskania wpływów dawnych Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy na ich wyspie). Po powrocie wzniósł (prawdopodobnie w Sais) nową świątynię, którą nazwał "Świątynią Ofiarności". Była ona prawdziwym dziedzictwem pamięci, przypominającym Czerwonoskórym Egipcjanom o dawnych latach ich rządów nad Atlantydą.
II
OHUM
PIERWSZE "INDIAŃSKIE" PAŃSTWO
NA TERENACH AMERYKI PÓŁNOCNEJ
Kolonizacja Ameryki Północnej przez Czerwonoskórych Aremonian z kontynentu MU, rozpoczęła się wcześniej, niż opanowanie przez nich Atlantydy (choć też miało to miejsce ok. 70 000 r. p.n.e.). Pierwsze kolonie zaczęły powstawać na Wyżynie Meksykańskiej i pełniły trochę rolę strategicznego "łącznika" pomiędzy Wyspą-Matką (MU) a Atlantydą. Przez długi czas koloniści przybyli z MU do Ameryki, nie wykształcili swojej własnej kultury ani cywilizacji - przenieśli po prostu dawne rozwiązania, wyniesione z rodzimej Wyspy na nowy kontynent. Nie była to jednak bezpieczna ziemia. Kolonie Czerwonoskórych Tolteków i Tlawatlów były okresowo i cyklicznie niszczone przez katastrofalne powodzie i potężne tornada, występujące wówczas na tych terenach. Należy też dodać, że ówczesne ukształtowanie terenu nie odpowiadało dzisiejszemu. O ile bowiem dziś Wyżyna Meksykańska znajduje się na wysokości 2 100 metrów nad poziomem morza i otoczona jest ze wszystkich stron wysokimi górami, o tyle w (bardzo) odległej starożytności tereny te były w większości równinne.
Jednym z pierwszych państw tolteckich na terenach Ameryki Północnej, było księstwo OHUM. Nie było to jednak państwo niepodległe, a po prostu jedna z kolonii Wyspy-Matki, zarządzana przez książąt, wysyłanych tutaj w charakterze namiestników prowincji. O państwie Ohum prawie nie ma żadnych większych informacji, wiadomo jedynie że chroniąc się przed powodziami i tornadami, otaczali swe miasto wielkimi murami. Powstał tam również ogromny kopiec ziemny, który symbolizował Czerwoną rasę, zasiedlającą te tereny. Tak naprawdę przed 27 000 r. p.n.e. praktycznie nie istnieją żadne dokładniejsze informacje o kolonizacji Ameryki Północnej, dopiero po tym roku zaczyna się tam prawdziwy "ruch". Rozpoczyna się nowa migracja Czerwonoskórych, która nabierze tempa od. ok. 16 000 r. p.n.e. Kolonia Ohum została zniszczona - tak jak jej poprzedniczki na tych terenach - w czasie katastrofalnej powodzi, nadchodzącej z Oceanu Spokojnego ok. 40 000 r. p.n.e, po ponad 400 latach istnienia (co biorąc pod uwagę dość krótki okres trwania tamtejszych "tolteckich" cywilizacji - było naprawdę długim okresem czasu). Potem (po 27 000 r. p.n.e.) powstaną kolejne "indiańskie" państwa na kontynencie amerykańskim, takie jak - OM (na terenach Jukatanu), czy krótkotrwała cywilizacja MUIR (tereny dzisiejszej Arizony i Nevady).
CO CIEKAWE, ZARÓWNO STRÓJ JAK I SPOSÓB UCZESANIA WŁOSÓW PODOBNY JEST DO TEGO, JAKI STOSOWAŁY NIEZAMĘŻNE KOBIETY Z PLEMIENIA "HOPI" Z TERENÓW DZISIEJSZEJ ARIZONY.
POZA TYM U STÓP RZEŹBY ZNAJDUJE SIĘ SYMBOL SOLARNY "JEDNEGO PRAWA" - RELIGII CZERWONOSKÓRYCH TOLTEKÓW Z ATLANTYDY, A PRZECIEŻ TA RZEŹBA POWSTAŁA w IV wieku p.n.e. w HISZPAŃSKIM KRÓLESTWIE TARTEZJÓW
DZIEWCZYNA Z PLEMIENIA "HOPI"
XIX wiek
PS: W KOLEJNEJ CZĘŚCI POWSTANIE MONARCHII II IMPERIUM ATLANTYDY, TORVALL - PIERWSZY KRÓL I HISTORIA ZŁOTEGO WIEKU ATLANTYDY
CZYLI JAK TO KRÓL RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO W KONSTANTYNOPOLU
1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. IV
"PEWNE, ŻE BÓG SAM KRÓLUJE W NIEBIE,
MY, WŁADYSŁAWIE KRÓLEWICZE, CIEBIE
BOGIEM MIEĆ BĘDZIEM, KIEDY DO KORONY
PRZYŁĄCZYSZ MOSKWĘ I SEPTEMTRYJONY"
(SZWECJĘ)
SEBASTIAN PETRYCY
"HORATIUS FLACCUS W TRUDACH WIĘZIENIA MOSKIEWSKIEGO"
1610 r.
Wszystko układało się po myśli króla Władysława i wydawało się że plany wojny przeciwko Turkom i Tatarom już wkrótce się urzeczywistnią. Sprzyjały temu zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne okoliczności, jak choćby wielkie zwycięstwo pod Ochmatowem ze stycznia 1644 r. hetmana Stanisława Koniecpolskiego i rozbicie ordy tatarskiej Tuhaj-Beja. Śmierć papieża Urbana VIII (29 lipca 1644 r.), który był niechętny wojnie z Osmanami i wolał zajmować się walkami o dominację włoskich państewek w Italii, oraz wybór nowego papieża - Innocentego X (15 września), bardziej skorego do zawiązania sojuszu anty-osmańskiego. Sukcesy w negocjacjach z Persami (choć wysłany dwukrotnie do Isfahanu Teofil Szemberg został zamordowany w drodze powrotnej jeszcze w Dagestanie w początkach 1640 r. przez miejscowych "Lezginów". Szach Persji - Safi I w tym samym 1640 r. wyprawił się na Lezginów, pobił ich i wydobył ciało Szemberga, chowając je na terenie należącego do polskiej misji - katolickiego kościoła w Isfahanie.), szczególnie od 1644 r. Władysław sądził że teraz na pewno nic już nie może stanąć mu na drodze w jego wojennych planach podboju Krymu, wyzwolenia Bałkanów i zajęcia Konstantynopola, wszystko jak na razie układało się po jego myśli. Na horyzoncie już szykował się poważny konflikt militarny Turcji z Wenecją i choć jeszcze do niego nie doszło otwarcie, obie strony przygotowywały się do nieuniknionej konfrontacji. W głowie króla Władysława powstał wówczas plan uderzenia na Turków od strony Bałkanów, tak, aby wzięci w dwa ognie nie mieli realnej szansy na jakąkolwiek obronę.
Tymczasem 13 lutego 1645 r. do Warszawy zwołany został Sejm, na którym (m.in.) radzono nad ewentualną wojną z Turkami i Tatarami. Szlachta zgodziła się jedynie na "Potrzebę stanowczej rozprawy z Tatarami, jako warunku spokoju i ładu na południowo-wschodnich granicach Rzeczypospolitej". Król jednak przekonywał że jakakolwiek rozprawa orężna z Tatarami, spowoduje natychmiastową kontrakcję Porty Osmańskiej, dlatego też należy radzić nad planami wojny zarówno przeciw chanowi jak i sułtanowi Ibrahimowi. Na tę propozycję zdecydowanie odpowiedziała szlachta, która wystąpiła z zarzutami co do komisji granicznej pod przewodnictwem Jędrzeja Szołdrskiego - biskupa poznańskiego, wysłanej w roku ubiegłym do Trubecka, mającej przygotować to miasto na oddanie Moskwie, w celu zyskania jej poparcia dla wojny przeciw Osmanom i Tatarom. Zdecydowany sprzeciw przedstawicieli Trubecka, którzy przybyli na Sejm (choć miasto w ogromnej większości zasiedlali prawosławni, posługujący się też głównie mową ruską), zapowiedzieli że podejmą walkę w obronie swego miasta, gdyby król zdecydował się: "sprzedać nas Moskwicinom". Szlachta wsparła przedstawicieli Trubecka i zapowiedziała że o żadnej korekcie granicznej z Moskwą nie ma mowy. Sejm zakończył się 27 marca odmową przekazania Moskwie Trubecka oraz odmową wobec królewskich planów wojny z Turcją i Tatarami. W tym momencie w królewskich planach zaświtała inna myśl, która spokojnie pozwoliłaby obejść zgodę szlachty na tę wyprawę wojenną. Otóż króla liczył na to, że wkrótce ruszy kolejny rabunkowy najazd tatarski na południowo-wschodnie kresy Rzeczypospolitej, wówczas... można było bardzo łatwo przejść od obrony do ataku. Po prostu można było gonić Ordę aż do granic Chanatu, przekroczyć ją i teraz już bez przeszkód iść na Bakczysaraj, doprowadzając do upadku Krymu. Szlachta nie mogłaby się sprzeciwić, gdyż (przynajmniej teoretycznie) wciąż byłby to element wojny obronnej, podczas której to król był najwyższym wodzem. I tak właśnie monarcha zamierzał postąpić.
KRÓL WŁADYSŁAW IV
(Na początku lat 30-tych XVII wieku, potem nieco mu się przytyło 🥴)
Tymczasem król rozpoczął rokowania z cesarzem Ferdynandem III Habsburgiem (bratem jego zmarłej niedawno żony - Cecylii Renaty - która zmarła 24 marca 1644 r.) o stałą ojcowiznę dla swego syna - Zygmunta Kazimierza (tron w Rzeczypospolitej nie był dziedziczny a obieralny). W zamian za 600 000 złotych reńskich, otrzymywał od cesarza na 50 lat księstwo raciborsko-opolskie na Śląsku (30 maja 1645 r.). Teraz celem króla (oprócz doprowadzenia do wojny z Osmanami) stało się przejęcie mediacji nad toczącą się w Europie od 1618 r. czyli już wówczas prawie 30 lat - Wojną Trzydziestoletnią. Władysław obmyślił sobie, że jeśli zostanie mediatorem w tym konflikcie i doprowadzi do zgody wszystkie strony biorące w nim udział (tak katolików jak i protestantów), zyska sławę i poważanie, a przede wszystkim uwolni siły chrześcijańskie od wyniszczającego się wzajemnego konfliktu i skieruje je przeciwko muzułmanom z Imperium Osmańskiego. Francja wsparła pomysł Władysława i poddała się jego mediacji (kardynał Mazzarini w swych listach wychwalał cnoty Władysława i deklarował swoje poparcie dla królewskich planów), ale inne kraje były przeciwne. W czerwcu 1645 r. wybuchła z całą siłą wojna wenecko-turecka, a Turcy wysadzili desant na Krecie i oblegli tamtejszą wenecką twierdzę - Kandię. Król uznał że oto nadszedł właściwy czas i postanowił przyspieszyć swoje starania o pozyskanie poparcia dla swych planów wojennych w Europie. Pragnął stać się mediatorem pomiędzy katolikami i protestantami i aby udowodnić swoją wolę, postanowił zorganizować kongres religijny pod nazwą Colloquium Charitativum ("Rozmowa Przyjacielska") w Toruniu - 29 sierpnia 1645 r. Zaproszeni zostali katolicy i protestanci różnych wyznań w celu podjęcia wspólnej debaty na tematy teologiczne (jedynej takiej wówczas w całej Europie, gdzie wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa wzajemnie się mordowali i palili sobie kościoły oraz zbory, ale nie podjęli się wspólnej debaty która doprowadziłaby zwarcia pokoju).
WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA
(1618 - 1648)
"Rozmowa Przyjacielska" stała się sławna w całej ówczesnej Europie i choć wielu obstawało przy "czystości swojej doktryny", przybyli do Torunia aby wzajemnie, po przyjacielsku, w gronie wyznawców Jezusa Chrystusa podebatować. Katolicy (Rzym) wybrał na swego głównego reprezentanta biskupa żmudzkiego Tyszkiewicza, bracia czescy na synodzie w Lesznie wybrali sobie Goldensterna - starostę sztumskiego, kalwiniści zaś na synodzie w Chmielniku i potem w Orli - Gorajskiego - kasztelana chełmskiego, bracia polscy zaś mistrza Kaliksta z Helmstatu. Luteran reprezentował profesor Jan Hulsemann z Wittenbergi, cieszący się wielkim autorytetem wśród swych współwyznawców i stojący twardo na gruncie "czystości doktryny". Każdy reprezentant miał przy sobie spore grono teologów (collocatores). Tyszkiewicz miał łącznie 24 zakonników i profesorów Akademii Krakowskiej, odłamy protestanckie miały po 23 uczonych z całej Europy każda. Rozmowy od początku były trudne, bowiem każda ze stron starała się przekonać drugich do swojej racji, jednocześnie samemu stając na gruncie czystości własnej doktryny. Katolicy nawet wysłali specjalny list do papieża, w którym twierdzili że Colloquium Charitativum zostało zorganizowane tylko po to, aby... umożliwić przyjście na łono Kościoła zbłąkanym heretykom. Bracia czescy namawiali luteran, aby wspólny z nimi utworzyli front przeciwko wspólnemu wrogowi, czyli "papistom". Luteranie modlili się zaś o tych, którzy "splugawili Kościół Święty" i odmówili wspólnego błogosławieństwa na otwarcie obrad z katolikami. Przez pierwsze dni w zasadzie rozmawiano tylko na tematy proceduralne (król nakazał aby wszystkie mowy i modlitwy były drukowane, zobowiązując do tego Radę Miasta Torunia), prawdziwa debata rozpoczęła się dopiero 7 września.
Najpierw radzono nad katolickim wyznaniem wiary (rozdane zgromadzonym 1 września). 1 września swoje wyznanie wiary wręczyli również kalwiniści, luteranie uczynili to 7 i 9 września. Do pierwszego, dużego zgrzytu doszło 16 września, gdy przewodniczący obrad Jerzy Ossoliński, odmówił wciągnięcia kalwińskiego wyznania wiary do oficjalnego tekstu protokołu, ponieważ katolicy dopatrzyli się tam obrazy własnego Kościoła. Po raz kolejny doszło do sporu 22 września, gdy katolicy odmówili odczytania luterańskiego wyznania wiary, ponieważ znalazło się tam określenie "Antychryst" w odniesieniu do papieża, Ossoliński i wówczas im przyznał rację. Pewne odprężenie nastąpiło dopiero 25 września, gdy król zmienił przewodniczącego obrad i tak kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego (tego, który dokonał sławnego wjazdu do Rzymu w 1633 r. podczas którego m.in.: konie gubiły złote podkowy, a Rzymianie mieli sposobność ujrzeć prawdziwych jeńców tureckich jadących na wielbłądach) zastąpił kasztelan gnieźnieński - Jan Leszczyński. Zmiana podyktowana była kwestiami politycznymi, oto bowiem do Warszawy przybył wenecki poseł Giovanni Tiepolo, z którym król podjął rozmowy nad zawarciem ewentualnego układu anty-osmańskiego. Ale do gorączkowych sporów wrócono z początkiem października (doszło nawet do oskarżeń o podburzanie poddanych króla), dlatego też 7 października Leszczyński zawiesił obrady. Wznowiono je ponownie 10 października. Wówczas to jezuita Grzegorz Szónhof zaproponował aby zajmowano się jedynie ustaleniem jakie prawdy dzielą poszczególne wyznania, a jakie są im wspólne (chodziło o to, aby uniknąć wzajemnego obrażania uczuć religijnych każdej ze stron). Ta propozycja stała się powodem kolejnych oskarżeń o stronniczość i o zwalenie winy za ewentualne niepowodzenie obrad na protestantów (Szónhof teraz mógł bowiem w dowolnym momencie rozwiązać obrady, deklarując że np. strona protestancka ponosi winę za ich zerwanie).
17 października znów przerwano obrady. Wówczas to udali się do króla przedstawiciele protestantów - Zygmunt Guldenstern i Adam Rey z oficjalną skargą na Szónhofa i domaganiem się zmiany rezolucji z 10 października. Król nakazał im aby usunęli ze swoich deklaracji wszystkie sformułowania, które obrażają katolików i aby przestrzegali instrukcji obrad. Debata została wznowiona 24 października, ale nie poprawiło to atmosfery obrad. Rozmowy zostały zawieszone po raz trzeci 10 listopada (wraz z wyjazdem Jana Leszczyńskiego). W ciągu tych siedmiu dni, jakie upłynęły przed kolejnym wznowieniem obrad, trwały potajemne układy, mające stworzyć sojusz antykatolicki wśród protestantów (luteranie namawiali do tego kalwinistów, ale akurat kalwiniści weszli w układy z katolikami, więc do protestanckiego sojuszu nie doszło). 18 listopada, gdy wznowiono debatę, Jan Leszczyński poinformował zebranych że jeśli protestanci nie przyjmą katolickich postulatów, to katolicy nie będą dalej uczestniczyć w rozmowach, gdyż oni tylko wypełniają królewskie polecenie przestrzegania instrukcji obrad i cała wina za niepowodzenie spadnie na protestantów. W kolejnych dniach atmosfera się nieco uspokoiła, ale gdy 21 listopada luteranie ostro zaatakowali katolików, oskarżając ich o złamanie procedury obrad, Leszczyński rozwiązał zgromadzenie. Tak oto "Rozmowa Przyjacielska" zakończyła się bez większych efektów. Jednak już samo zorganizowanie owej debaty pomiędzy skłóconymi stronami wspólnej religii Chrystusowej, było czymś niebagatelnym i niespotykanym w ówczesnej Europie. Była to bowiem jedyna wówczas możliwość swobodnego prezentowania swych racji na gruncie teologii oraz prawa, a nie mordu i zniszczenia, jaki wówczas zapanował w krajach Europy Zachodniej.
A tymczasem w Paryżu (po długiej przerwie, jaką było skupienie się na Imperium Osmańskim, wracam do opowieści z IV części tej serii), Maria Ludwika (która będąc tam jeszcze zmieniła imię na Ludwika Maria, gdyż w Polsce używanie imienia Matki Boskiej było niedopuszczalne) 27 listopada wsiadła do swojej karocy (żegnana przez siedmioletniego króla Francji - Ludwika XIV) i pod ochroną straży poselskiej wyruszyła w długą (trwającą ponad trzy miesiące) drogę do swego nowego królestwa, o którym nie miała zielonego pojęcia. W jej głowie pojawiały się zapewne obrazy dziwnych, barbarzyńskich ludów, bo przecież cóż mogła wiedzieć na temat Polski? Droga była długa, uciążliwa, nieprzyjemna, Ludwika Maria z przerażeniem spoglądała w lusterko, widząc jak bardzo blednie jej skóra, jak się marszczy, a ona nie może nic z tym zrobić. Do tego dochodziło zmęczenie i trudy długiej podróży. Równie wycieńczone były jej dwórki, które zabrała ze sobą z Francji. Kobiety cierpiały trzymiesięczne trudy podróży, gdzie wszystko wokoło powodowało kolejne utrudnienia (np. wypróżnianie się i konieczność zorganizowania przez ową eskortę osłony dla owych pań przed wścibskimi oczyma, poza tym czasem trzeba było też się umyć i tutaj również należało osłonić owe niewiasty przed niepożądanymi oczyma. Kobiety w podróży miały zresztą znacznie gorzej niż mężczyźni, a poza tym te długie suknie też nie sprawiały że czuły się one komfortowo). Mimo to nie czyniono większych postojów, gdyż czym prędzej starano się dowieźć do celu przyszłą królową (było to również serdeczne pragnienie samej Ludwiki Marii). A tymczasem 5 stycznia 1646 r. król Władysław przedstawił swój plan (oczekiwania na tatarski atak, by idąc za ciosem wkroczyć do Chanatu) w Senacie. Nie spodobało się to senatorom. Król jednak się tym nie zraził, postanowił że i tak zrealizuje swój plan, czy to się komuś podoba, czy nie. Już 10 stycznia 1646 r. zawezwał do Warszawy hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego i zwierzył mu się ze swoich planów. Hetman poparł króla, aczkolwiek uważał że należałoby przede wszystkim skierować główne siły przeciw Tatarom, tak, aby definitywnie zlikwidować Chanat. Co do wojny z Osmanami to był po temu sceptyczny.
13 stycznia podpisano tajny układ z Wenecją, na mocy którego Rzeczpospolita miała wejść do wojny z Portą Osmańską, a zamian Wenecja miała zapłacić w ciągu dwóch lat 500 000 talarów na zaciągi wojskowe. Rozpoczęły się teraz wielkie przygotowania do wojny. Oczywiście wszystko miało pozostać oficjalnie tajne, do czasu, aż wojsko nie będzie gotowe do wymarszu, jednak ciężko było całkowicie ukryć owe plany. Teraz zbierano pieniądze i mobilizowano wojsko, co nie mogło pozostać niezauważone przez szlachtę, która reagowała alergicznie na każde propozycje wojny z Osmanami i mówiła: "Gdy wszędzie wrzą marsowe burze, u nas z łaski Najwyższego jest cichusieńko". Król jednak nie próżnował i choć miał już pięćdziesiąt lat, zachowywał się niczym młodzian, tak wizja wojny z Turkami napawała go energią. Uzupełnił bronią arsenały w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Barze, Pucku i Malborku (w samej zbrojowni warszawskiej ulano 80 nowych armat). Pałac Ujazdowski w Warszawie zamienił w prawdziwy obóz wojskowy, otoczony namiotami i zapełniony wojskiem, gdzie miała być kwatera główna. Rozpoczął też werbowanie żołnierza w Niemczech, dzięki czemu do połowy 1646 r. miał już 4000 żołnierzy kwarcianych na samej granicy, 600 muszkieterów w twierdzy Kudak, kilkuset dragonów, kilkanaście tysięcy piechoty oraz 1200 niemieckich gwardzistów, którymi dowodził oboźny litewski - Osiński. Natomiast hetman Koniecpolski organizował strategię i propagandę przyszłej wojny. To on opracował: "Dyskurs o zniesieniu Tatarów" i plany wojny z Chanatem oraz Portą Osmańską. W tym celu wysłał na rekonesans do Krymu swego inżyniera, który miał dokładnie zbadać najsłabsze i najmocniejsze punkty oporu Tatarów na obszarze Morza Czarnego.
W POWIEŚCI HENRYKA SIENKIEWICZA "OGNIEM I MIECZEM" OPOWIADAJĄCYM O WYBUCHU POWSTANIA CHMIELNICKIEGO W ROKU 1648,
TAKIM WYSŁANNIKIEM KTÓRY UDAĆ SIĘ MIAŁ NA KRYM,
BYŁ JAN SKRZETUSKI
Koniecpolski podchodził do tego zadania bardzo poważnie, ale akurat pech chciał że miał na głowie i inne ważne sprawy, a mianowicie przygotowania do trzeciego już swojego małżeństwa z młodszą od siebie o ponad 30 lat - Zofią Opalińską. Po ślubie (16 stycznia 1646 r.) tak bardzo hetman Koniecpolski chciał dogodzić swej młodej żonie w łóżku, że kazał przygotowywać dla siebie różne mikstury na pobudzenie "męskiej mocy", które w konsekwencji... doprowadziły go do śmierci (11 marca 1646 r.). Ponoć na wieść o śmierci Koniecpolskiego hospodar mołdawski Bazyli Lupu miał rzec: "Wy, Polacy, nie wiecie jeszcze coście stracili, ale nie miną dwa, a najdalej trzy lata, kiedy nie tylko wy, ale i całe chrześcijaństwo żałować będzie straty tak wielkiego senatora i hetmana". Rzeczywiście, hetman Stanisław Koniecpolski był ostatnim hetmanem Złotego Wieku Rzeczypospolitej. Od Stefana Czarnieckiego zaczynają się bowiem hetmani Srebrnego Wieku. A tymczasem królowa Ludwika Maria przekroczyła granicę pomorsko-polską i z początkiem lutego 1646 r. wjechała do Gdańska. Królowa była wyczerpana długą podróżą, co odbiło się na jej urodzie. Nie mogła też patrzyć na siebie w lustrze i wciąż dopytywała się (jak zanotował w swych "Pamiętnikach" oczarowany jej osobą i eskortujący ją w podróży - Albrecht Radziwiłł): "czy spodoba się królowi". Pod Gdańskiem oczekiwał już na nią osobiście biskup wrocławski i płocki - Karol Ferdynand Waza (młodszy brat króla Władysława IV), który jako pierwszy powitał Ludwikę Marię jako królową. Gdy korowód wjechał do miasta, cały lud i magistrat miejski wylegli aby powitać swoją nową monarchinię. Urządzono wspaniałe "komedyje" (przedstawienia teatralne, opery), aż sama królowa miała rzec, iż (jak twierdził w "Pamiętnikach" Albrecht Radziwiłł): "Nic podziwienia godniejszego nie widziała". Królowa w Gdańsku odpoczęła i zrelaksowała się, popracowano też nad jej urodą. Dla jej przyjemności wystawiano sztuki warte kilkadziesiąt tysięcy talarów (jak choćby "Kupidyn z Psychą" Puccitelliego, za którą dwór królewski zapłacił aż 100 000 talarów). Królowej przygrywali najlepsi muzycy z samym mistrzem Sachim na czele. Po jednym z takich oper, królowa wręczyła pewnemu gdańskiemu rajcy swój pierścień jako podarek. Ten pierścień potem był przechowywany w rodzinie owego rajcy, aż do początku XX wieku. Gdy 10 lutego 1920 r. w Pucku Wojsko Polskie ponownie oficjalnie przejęło Pomorze Gdańskie z zaboru prusko-niemieckiego, gen. Józef Haller (wywodzący się ze spolonizowanej odnogi rodu von Hallenburgów), miał właśnie ów pierścień wrzucić w fale morskie Bałtyku, jako symbol zaślubin Polski z morzem.
"ZAŚLUBIAM CIĘ NA PAMIĄTKĘ WIECZYSTEGO NASZEGO PANOWANIA"
Zorganizowano również dla królowej balet, którego głównym motywem był taniec dwóch orłów - białego i czarnego (wyobrażających herby króla i królowej). Wreszcie zorganizowano zabawę dla ludu, polegającą na ustawieniu wysokiego masztu (wysmarowanego tłuszczem), na którego szczycie zawieszono nagrodę. Wielu Gdańszczan próbowało tedy swych sił, wspinając się po maszcie na szczyt dla radości królowej. Dodatkową atrakcją był jeszcze sztuczny gmach cały z ognia. Wreszcie w początkach marca 1646 r. na czele pochodu Ludwika Maria wyjechała z Gdańska, kierując się ku Warszawie. Zatrzymała się jeszcze w wiejskiej posiadłości króla w Falentach pod Warszawą, gdzie przyjął ją i przywitał pięcioletni syn króla Władysława - królewicz Zygmunt Kazimierz. Królowa po raz pierwszy ujrzała króla Władysława dopiero 10 marca, w dniu swego ślubu, ale... nie przypadła mu do gustu. Jego oczom bowiem miast pięknej Francuzki (której portret wcześniej widział), ukazała się zziębnięta, zmęczona niewygodną podróżą w karocy, 34-letnia (czyli już podstarzała) kobieta. Jej cera była zszarzała po długiej podróży, ale przecież król też nie był już młodzieniaszkiem. Miał 50 lat, był już otyły i niedawno przeszedł poważny atak podagry, który unieruchomił go w łożu na dwa miesiące (styczeń-marzec 1646 r.). Mimo tych niedogodności, monarcha podał Ludwice Marii dłoń i zaprowadził do kolegiaty św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się zaślubiny. Król był jednak wyraźnie niezadowolony z urody swojej nowej małżonki, miał nawet rzec do swych doradców iż: "Nie taką w królowej Jej Mości gładkość widział, jaką mu obiecywano", a gdy podczas zaślubin królowa upadła Władysławowi do stóp, ten nie raczył wykonać żadnego gestu. Ta oziębłość będzie zmorą pierwszych tygodni Ludwiki Marii jako królewskiej małżonki, o czym bardzo szybko się ona przekona.