WYŚWIETLENIA

01 maja 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VI

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VI




 Rok 1923 był rokiem bardzo niespokojnym nie tylko w Polsce, ale również w kilku innych państwach europejskich (z pewnością w Niemczech, gdzie hiperinflacja doszła do przerażającego poziomu). W Polsce był to rok często zmieniających się rządów (trzy gabinety w ciągu roku), hiperinflacji, walki z paskarzami (wielu bowiem handlarzy starało się wykorzystać kryzys gospodarczy do swoich celów, maksymalnie podnosząc ceny sprzedawanych przez siebie towarów), oraz zamachów terrorystycznych, a także nadziei, jakie wiązali komuniści z rychłym upadkiem demokracji i zainstalowaniem w Polsce systemu sowieckiego. Już 4 stycznia policja przeprowadziła aresztowania, robiąc naloty na meliny komunistów i współpracowników Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Wielu sowieckich agentów z KPRP zostało wówczas aresztowanych. Samego Komitetu Centralnego z Adolfem Warszawskim-Warskim i Marią Koszutską nie udało się jednak policji aresztować.

Co ciekawe, tego samego, 4 stycznia 1923 r. swoje obowiązki rozpoczął pierwszy poseł Związku Sowieckiego w Polsce - Piotr Wojkow (polskim posłem w Moskwie został Stanisław Kętrzyński).

Stan zdrowia Lenina pogarszał się z każdym kolejnym dniem, aczkolwiek jeszcze był na tyle sprawny umysłowo, aby 4 stycznia dopisać post scriptum do swego nieoficjalnego "testamentu", który napisał pod koniec grudnia 1922 r. i w którym ostrzegał Partię przed Stalinem, pisząc: "Towarzysz Stalin, po objęciu funkcji sekretarza generalnego, skupił w swych rękach nadmierną władzę i nie ma pewności, czy zawsze potrafi z tej władzy korzystać z należytą ostrożnością". Dnia 4 stycznia 1923 r. Lenin dopisał jeszcze: "Stalin jest zbyt brutalny i wada ta, która jest całkiem do zniesienia w naszym środowisku i w stosunkach między nami, komunistami, staje się nie do zniesienia na stanowisku sekretarza generalnego". Dokument ten został potem na całe dekady utajniony i był jednym z najbardziej strzeżonych dokumentów w Związku Sowieckim, nawet po śmierci Stalina (notabene Lew Trocki - czyli jedyny realny konkurent Stalina do władzy nad partią i państwem - twierdził też, że Lenin miał powiedzieć o Stalinie w gniewie: "Ten kucharz zgotuje tylko pieprzne dania").

Wzmagał się problem niemieckich reparacji dla zwycięskich mocarstw I Wojny Światowej. Jeszcze w marcu 1921 r. Ententa ustaliła wysokość reparacji niemieckich na 132 mld marek w złocie (płatnych rocznymi ratami 2-6 mld marek przez 42 lata). Niemcy (szczególnie za ministra Walthera Rathenaua) starały się obniżyć tę kwotę do 50 mld marek, pomniejszonych o 20 mld, które rzekomo Niemcy miały już spłacić Aliantom. Rathenau twierdził, że jeśli Alianci nie zgodzą się na obniżenie wysokości reparacji, to Niemcy czeka katastrofa gospodarcza i bankructwo, a co za tym idzie anarchia polityczna i niestabilność, która może pochłonąć Europę (tym bardziej biorąc pod uwagę zagrożenie sowieckie). Francuzi jednak kategorycznie nie godzili się na jakiekolwiek w tym względzie ustępstwa. Tym bardziej że po upadku rządu skłonnego do kompromisu Aristide Brianda, nowym premierem został (styczeń 1922 r.) były prezydent Republiki - Raimund Poincaré, który nie chciał słyszeć o żadnym kompromisie w stosunku do Niemców. Taka polityka doprowadziła w Niemczech do wielu politycznych zbrodni, a jej ofiarą padł sam Rathenau (zastrzelony w Berlinie 24 czerwca 1922 r. notabene jeden z zamachowców wrzucił do jego samochodu również granat ręczny). Ratenau był niemieckim nacjonalistą i chociaż godził się na reparacje, wiedząc że tylko w ten sposób Niemcy mogą powrócić na europejskie salony i wywalczyć odzyskanie przynajmniej części strat terytorialnych, poniesionych po zakończeniu I Wojny Światowej (szczególnie miał na myśli Pomorze i Górny Śląsk). Jednak owa zgoda została automatycznie uznana przez środowiska nacjonalistyczne w Niemczech (szczególnie te, które głosiły mit "ciosu w plecy") że Rathenau jest zdrajcą Niemiec, a ponieważ był również Żydem, tym bardziej go to oczerniało w oczach żądnych odwetu nacjonalistów. Zresztą reparacje które Niemcy zaczęły już spłacać w dostawach surowców dla francuskiego przemysłu, były ostatecznie torpedowane przez wielkich niemieckich przemysłowców (Kruppowie, Thyssenowie, Stinnesowie). Również kapitał i politycy brytyjscy nie widzieli potrzeby w wypłacaniu reparacji Francji (ogromna bowiem część z owych reparacji przypadała Francuzom).


NAJWIĘKSZE ARMIE W EUROPIE 
(WRAZ Z USA I JAPONIĄ) 
W LATACH 20-tych XX WIEKU



W dniach 2-4 stycznia 1923 r. odbyła się konferencja paryska w sprawie niemieckich reparacji, która jednak zakończyła się fiaskiem. Powstały 22 listopada 1922 r. centro-prawicowy rząd Wilhelma Cuno, nie mógł się bowiem zgodzić na ustaloną kwotę 132 mld marek w złocie, gdyż realnie doprowadziłoby to niemiecką gospodarkę do bankructwa, ale Francuzi (mam tu na myśli polityków z otoczenia premiera Poincaré, gdyż francuscy przemysłowcy często znajdowali wspólny język z przemysłowcami z Niemiec) nie zamierzali pójść na jakiekolwiek, choćby najmniejsze ustępstwa. Francuzów wsparli w tym Belgowie oraz Włosi Mussoliniego. Konserwatywny rząd brytyjski zaś (z już wówczas śmiertelnie chorym premierem Andrew Bonarem Lawem) był znacznie bardziej elastyczny w kwestii reparacji i choć popierał Francuzów, ostatecznie zdawał się stanąć po stronie Niemiec. Poincaré, nie mając innego wyjścia i widząc że w żaden inny sposób nie wyegzekwuje od Niemców reparacji, zdecydował się na krok militarny. 11 stycznia 1923 r. Armia Francuska i Belgijska wkroczyły do Zagłębia Ruhry, traktując je jako zastaw pod wypłatę reperacji wojennych. Odtąd transporty węgla miał iść nie w głąb Niemiec, a do Francji - na konto reparacji. Rząd Wilhelma Cuno wezwał rodaków z Zagłębia Ruhry (głównie urzędników i robotników) do biernego oporu wobec okupantów francuskich. Doszło jednak do kilku starć w wyniku których zastrzelonych zostało 132 Niemców. Interwencja francusko-belgijska w Zagłębiu Ruhry spotkała się ze sprzeciwem zarówno Londynu jak i Waszyngtonu - tym bardziej gdy doszły tam informacje o walkach i zabitych oraz rannych cywilach. Poincaré musiał nieco ograniczyć swoje apetyty i swój przekaz, ale nie wycofał się z Zagłębia Ruhry, a wręcz przeciwnie - zaczął wspierać lokalny separatyzm. Ruch separatystów nadreńskich, kierowany przez Adama Dortena (uczestniczył w nim również pierwszy kanclerz powojennych Niemiec, a wówczas burmistrz Kolonii - Konrad Adenauer) był mocno wspierany i finansowany przez Paryż. Ostatecznie jednak okupacja Zagłębia Ruhry niewiele Francuzom dała, natomiast generowała ogromne koszty, a także straty wizerunkowe. Mimo to Poincaré nie zamierzał się stamtąd wycofywać.




FRANCUSKA OKUPACJA W ZAGŁĘBIU RUHRY BYŁA DOTKLIWA DLA NIEMCÓW PRZEDE WSZYSTKIM W TAKICH CODZIENNYCH NIEPRZYJEMNYCH SYTUACJACH



31 stycznia 1923 r. o godz. 6:30 rano, zabójca prezydenta Gabriela Narutowicza - Eligiusz Niewiadomski został przewieziony z aresztu do Cytadeli, gdzie miał dokonać swego żywota. Czekała tam na niego już kompania szkolna 30 Pułku Strzelców Kaniowskich. Poprzedniego dnia wieczorem przeprowadził Niewiadomski dwugodzinną rozmowę w swej celi z księdzem Pietrzykiem. Teraz nie zdradzał ani zdenerwowania ani też obaw przed śmiercią (proponowano mu aby poprosił o ułaskawienie nowego prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, ale on odmówił i stwierdził że za taki czyn jaki popełnił, należy się śmierć, gdyż co prawda idea jakiej służył - według niego - była słuszna i Narutowicz jako symbol politycznego zaprzaństwa na śmierć zasłużył, ale równocześnie było to zabójstwo człowieka i z tego też powodu on również musi zginąć). Podszedł do słupka egzekucyjnego (chociaż wcześniej starano się przynajmniej doprowadzić do tego, aby nie został rozstrzelany przy tym słupku jak pospolity przestępca, ale ostatecznie nie udało się do tego doprowadzić prawicowym ugrupowaniom). Zdjął palto, szalik i kapelusz, ściągnął też okulary i podał je stojącemu nieopodal mecenasowi Kijeńskiemu. Poprosił aby nie zawiązywano mu oczu i aby nie przywiązywano go do słupka, a życzenie to zostało spełnione. Następnie wyrzekł słowa: "Umieram za Polskę, którą gubi Piłsudski! Zachowam spokój, proszę, aby mierzono mi w głowę" - były to jego ostatnie słowa. Następnie padły strzały i Niewiadomski zakończył swój ziemski żywot. Po śmierci Niewiadomski stał się ikoną środowisk prawicowych. W kościołach zaczęto odprawiać mszę w intencji jego duszy. Podczas kazań, a także w prasie prawicowej i katolickiej zaczęto nazywać go "bohaterem-męczennikiem". Przybrało to tak ogromne rozmiary, że 11 lutego episkopat polski musiał wydać odezwę, w której stwierdzono iż: "Nabożeństwa żałobne nie powinny być nadużywane dla manifestacji, nie odpowiadających świętości i celowi obrządku religijnego". Dalej twierdzono iż nabożeństwa za Niewiadomskiego mogą wprowadzić "zamęt do pojęć o moralności chrześcijańskiej", gdyż Kościół sprzeciwia się wszelkim akcjom łamiącym przykazania - szczególnie to "nie zabijaj!".

Eligiusz Niewiadomski stał się bohaterem również dla powstałego na początku 1923 r. i będącego w konspiracji "Pogotowia Patriotów Polskich" - PPP. Ich ulotki (rozdawane również w kościołach) głosiły: "Patrioto! Wstąpiłeś w szeregi Pogotowia Patriotów Polskich, które powstało w przekonaniu, że Ojczyznę można uratować tylko drogą dyktatury. Widzisz sam, jak dzisiejszy ustrój parlamentarny prowadzi Ojczyznę do zguby. Wiedz o tym, że należysz do organizacji bezpartyjnej, stojącej na gruncie narodowym i patriotycznym, bo Polska jest dla Polaków i Polacy Nią rządzić powinni". Rytuał przystąpienia do tej organizacji był dosyć mistyczny. Nowo-wstępującego prowadzono do podziemi jednego z kościołów (najczęściej do Kościoła Wszystkich Świętych na Grzybowie lub do kościoła Kapucynów na ul. Miodowej w Warszawie) i tam składali oni przysięgę. Jeden z wtajemniczonych mówił potem, iż: "Mówiono nam, że ten czarny krzyż, który całowaliśmy po przysiędze, całował przed śmiercią na polu stracenia Eligiusz Niewiadomski". Była to organizacja, która przygotowywała zamach stanu w Polsce i z tego powodu szybko znalazła się w polu zainteresowania policji. W styczniu 1924 r. Pogotowie Patriotów Polskich zostało rozbite aresztowaniami, w tym czasie w jego skład wchodziło ok. 800 osób. Sprawa ta jednak była bardzo poważna, gdyż organizacja miała swoich ludzi nie tylko w środowiskach akademickich (wśród studentów), ale również wśród żołnierzy i oficerów Wojska Polskiego, wśród policjantów (w tym również wśród komisarzy policji), urzędników, a także wśród polityków (m.in. z prezesem Związku Ludowo-Narodowego Stanisławem Głąbińskim). Przywódcą organizacji był architekt Jan Pękosławski, który zamierzał przejąć władzę w wyniku zamachu stanu, obalić konstytucję i wprowadzić dyktaturę. Wojskowym szefem organizacji był Witold Gorczyński (który prowadził tajne rozmowy z gen. Szeptyckim - ówczesnym ministrem), zaangażowany w tę organizację był również gen. Wroczyński.

Istniejący od 16 grudnia 1922 r. rząd gen. Władysława Sikorskiego, musiał przede wszystkim zmagać się z szalejącą inflacją i coraz szybszym spadkiem wartości marki polskiej. Już 13 stycznia 1923 r. Sikorski przeprowadził rekonstrukcję swego gabinetu, powierzając ministerstwo skarbu Władysławowi Grabskiemu, który od początku zaczął twierdzić iż należy wprowadzić nową polską walutę i w miejsce polskiej marki powołać do życia polski złoty. Nowy pieniądz miał funkcjonować początkowo jednocześnie ze starym, z tym że złoty nie podlegałby inflacji (czego w przypadku marki Grabski już nie gwarantował). Aby ograniczyć coraz większą inflację, Grabski zaproponował zmniejszenie biurokracji, oraz sprzedaż niektórych deficytowych przedsiębiorstw państwowych. Oczywiście nie mogło się obyć bez nowych podatków, ale na razie trwały sejmowe spory o to, kto tak naprawdę ma ponieść największe koszty wprowadzenia nowej waluty. Endecja była za wprowadzeniem nowego podatku, który bezpośrednio dotykał by warstw ludowych (najbiedniejszych), socjaliści zaś dążyli do opodatkowania najbogatszych - i tak to się na razie kręciło (w satyrycznym czasopiśmie "Mucha" ukazał się rysunek, w którym młoda kobieta w szacie do ziemi i z białym orłem na piersi prowadziła za ręce dwóch niesfornych urwisów, jednym z nich była prawica, drugim lewica. Podpis pod rysunkiem brzmiał: "Zaraz mi tu zgodnie iść smarkacze, bo w skórę dam", na co chłopak z napisem "prawica" odpowiada: "Dobrze mamo, ja z nim pójdę, ale po drodze go kopnę", na co chłopak z napisem "lewica" odpowiada: "Ja też go kopnę" 🥴).

Wkroczenie wojsk francuskich i belgijskich do Zagłębia Ruhry spowodowało, że Paryż znów musiał orientować się na Warszawę, jako głównego sojusznika w przypadku konfliktu z Niemcami. Co prawda od 19 lutego 1921 r. istniał polsko-francuski sojusz obronny (skierowany przeciwko Niemcom), ale Francuzi podchodzili do niego w sposób całkowicie dowolny, raz dążąc do jego wzmocnienia (w sytuacji większego konfliktu z Berlinem), a raz do jego osłabienia. Jednak sytuacja, jaka się wytworzyła w Europie Zachodniej w styczniu 1923 r. spowodowała właśnie że Polska stała się niezwykle pożądana i to nie tylko przez Paryż, ale również przez Londyn (który chciał przez Polskę dostać się do Rumunii, niezbędnej w konflikcie Brytyjczyków z Turkami, wspieranymi przez Sowietów. Polska zaś od 3 marca 1921 r. miała również układ obronny z Rumunią, wymierzony w sowiecką Rosję).




12 stycznia 1923 r. Litwini (za namową Niemców) zajęli Kłajpedę. To portowe miasto administrowane było (na mocy Traktatu Wersalskiego) przez francuskiego gubernatora, natomiast Rada Ambasadorów Ententy zdecydowała się przekazać to miasto (jako "Wolne Miasto") pod wspólny polsko-litewski zarząd. Jednak od 9 października 1920 r. czyli od zajęcia Wilna przez oddziały gen. Żeligowskiego, Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych stosunków, nie tylko dyplomatycznych ale również jakichkolwiek innych. Litwa, będąc młodym narodem i nie mając żadnych tradycji państwowych opartych na "litewskości" (wszelkie te tradycje - jeśli w ogóle można je takowymi nazwać - sięgały średniowiecza, więc nie mogły odnosić się do współczesności), po zajęciu Wilna, a szczególnie po przyłączeniu Wilna i Litwy Środkowej do Polski (24 marca 1922 r.) wytworzyła u siebie bardzo silny antypolonizm i na tej nienawiści budowała swoją tożsamość narodową (tak naprawdę ten antypolonizm jest w Litwinach do dziś. Jakiś czas temu rozmawiałem z Litwinem, który mi tłumaczył że oni do dzisiaj boją się polskich wpływów kulturowych nie tylko w Wilnie i całym regionie, ale również na pozostałych ziemiach litewskich. Ale jednego nie był w stanie zanegować, Litwa może istnieć tylko w sytuacji gdy istnieje silna Polska, jeśli Polska nie jest silna lub traci swą niepodległość - Litwa przepada. Polska może istnieć bez Litwy, Litwa jednak nie przetrwa bez Polski). Natomiast Niemcy woleli aby Kłajpeda (która przed zakończeniem I Wojny Światowej należała do nich) włączona teraz została raczej do słabej i małej Litwy, niż do dużej Polski, z którą Niemcy mieli swoje zatargi graniczne. Dlatego też namówili Litwinów - a ci oczywiście skwapliwie na to przestali - aby zajęli Kłajpedę i włączyli to miasto do swojego państwa. Litwa, budując zaś swoją tożsamość na antypolonizmie, jednocześnie pozbawiała się ogromnej, kilku-wiekowej części swej historii. Historii, która była wspólna - polsko-litewska i która mogła zasadniczo zmienić powojenny układ sił w Europie Północnej, gdyby Kowno nie było tak małostkowe i uparte. Co z tego że Wilno było historyczną stolicą Litwy, skoro Litwinów w tym mieście było parę procent. Dominowali przede wszystkim Polacy, a na drugim miejscu byli Żydzi. Piłsudski zresztą zamierzał oddać Litwie Wilno, ale nie Litwie nacjonalistycznej. Nie Litwie, która będzie wylęgarnią antypolonizmu i z ziem której niemieckie i sowieckie bandy będą przenikać na terytorium Rzeczpospolitej. Litwa sprzymierzona z Polską we wspólnym sojuszu mogła zatrzymać Wilno, ale małostkowi politycy z Kowna uznali, że wolą konflikt z Warszawą, nie zdając sobie sprawy że upadek Polski automatycznie doprowadzi do upadku Litwy. Poza tym, nie mając wcześniejszych tradycji administracyjnych, Litwa zalana była rusko-carskim biurokratycznym badziewiem prawnym i w ten sposób przypominała rzeczywiście jakąś taką post-carską mini republikę. Warto tu jeszcze przytoczyć słowa, jakie w 1905 r. wystosował w kierunku Litwinów Henryk Sienkiewicz, a brzmiały one: "A wspomnij ty dawne czasy: kto cię ochrzcił? Kto cię oświecił? Kto cię Niemcu (...) jako psa z gardła wyrwał? (...) Budzi się, mówisz naród litewski? To chwała Bogu! Chcesz po litewsku gadać? Gadaj! Ten, co krwi dla ciebie nie szczędził jeszcze ci dopomoże. A ty - hajże na niego, choć on Twoja krew i Twój brat".




Ale właśnie to, co uczyniła Litwa z Kłajpedą, dał Polsce pretekst, aby na arenie międzynarodowej przedstawić sprawę nierozwiązanych i wciąż wlokących się kwestii granicznych. Minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej - Aleksander Skrzyński stwierdził, że takie kroki jakie poczyniła Litwa, mogą w przyszłości posłużyć czy to Moskwie czy Berlinowi do podobnych gwałtów politycznych, a co za tym idzie, mocarstwa zachodnie powinny jak najszybciej uznać granicę polsko-litewską. Jednocześnie polski poseł w Rzymie August Zaleski (przyszły minister spraw zagranicznych, oraz - już dużo później, po zakończeniu II Wojny Światowej prezydent Rzeczypospolitej Polski na uchodźstwie w Londynie) starał się również urobić w tej kwestii Mussoliniego (Zaleski pisał potem w swych pamiętnikach, że Mussolini skarżył mu się co do słabej międzynarodowej pozycji Włoch. Zaleski pisał: "Podsunąłem mu myśl, że jednym ze sposobów polepszenia tej pozycji byłoby okazywanie żywszego zainteresowania dla wszystkich zagadnień politycznych, bez względu na to, gdzie się kształtują. (...) Włochy mają właśnie sposobność okazania światu, że są krajem o szerokich zainteresowaniach. (...) Takie wystąpienie Włoch wywołałoby bardzo korzystne wrażenie w Europie wschodniej, która po raz pierwszy ujrzała Włochy w roli wielkiego mocarstwa, Mussolini skwapliwie podchwycił tę szansę..." 30 stycznia 1923 r. Benito Mussolini wygłosił mowę, w której gorąco popierał międzynarodowe uznanie granicy polsko-litewskiej, co ostatecznie doprowadziło do przekonania zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków. Już 3 lutego Rada Ligii Narodów (pod przewodnictwem Francuzów i Brytyjczyków) przyznała Polsce pełne suwerenne prawa nad Wileńszczyzną. 16 lutego ta sama Rada Ambasadorów Ligii Narodów uznała suwerenną władzę Litwy nad Kłajpedą, pod warunkiem respektowania autonomii tego miasta i przyznania Polsce prawa do korzystania z portu kłajpedzkiego (nie respektowanego przez Litwinów). 15 marca zaś Rada Ambasadorów uznała wschodnią granicę Rzeczypospolitej zarówno z Litwą, jak i z Rosją sowiecką. Stało się to wielkim sukcesem rządu Sikorskiego i zostało mocno przezeń rozreklamowane.


WŁADYSŁAW SIKORSKI 
(w latach 20-tych)



A tymczasem w lutym 1923 r. do Komunistycznej Partii Robotniczej Polski przyłączył się Żydowski Komunistyczny Związek Robotniczy w Polsce - czyli Kom-Bund.

Z takich ciekawostek warto też nadmienić, że 1 marca 1923 r. w Niemczech podniesiono dopuszczalną prędkość aut z 15 aż do 30 km/godz.


CDN.



A TAK NA MARGINESIE ZACZĄŁ SIĘ JUŻ DŁUGI WEEKEND, CZYLI WRACAMY DO NASZEJ POLSKIEJ ULUBIONEJ TRADYCJI GRILLOWANIA. 

ŻYCZĘ ZATEM MIŁEGO,
SPOKOJNEGO I OWOCNEGO WEEKENDU



30 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLVIII

II IMPERIUM ATLANTYDY 

Cz. II





ATLANTYDA A RESZTA ŚWIATA
STOSUNKI POLITYCZNE W LATACH
50 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.






I
ARANKA
"KRAJ DWÓCH CIEŚNIN"
(czyli PRZED-STAROŻYTNY EGIPT)


Egipt, nim jeszcze stał się tym Egiptem, który znamy z książek do historii - krajem piramid, faraonów, życiodajnego Nilu i jednej z najstarszych (historycznie rzecz pojmując) ludzkich cywilizacji - był jedną z kolonii I Imperium Atlantydy. Pierwotna ludność, która zamieszkiwała rejony dzisiejszego Egiptu, pochodziła od najwcześniejszych (Czarnoskórych) kolonistów z planety Bakaratini. Po secesji religijnej (którą opisałem w jednym z poprzednich tematów, mówiących o cywilizacji hyperboreańskiej, złożonej z dwóch ras - czarnej i żółtej), społeczeństwo "egipskich" Bakaratinian nie stało na zbyt dużym poziomie rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Oczywiście upadek kapłanów i zmiana systemu politycznego poprawiły położenie tamtejszej ciemnoskórej ludności, lecz katastrofa z 1 320 000 lat temu, rozpoczynająca III Wielką Wojnę Galaktyczną - zniszczyła całą cywilizację i wszelkie posiadłości Hyperborean z Bakaratini. Przetrwały nieliczne grupki ludności, które znacznie cofnęły się na swej drodze rozwoju. Miasta i wszelkie wcześniejsze osiedla ludzkie zostały kompletnie zniszczone - pozostali przy życiu zamieszkali więc w jaskiniach, szałasach i prowizorycznych lepiankach. Ich życie cechowała codzienna walka o ogień, wodę, strawę i przetrwanie. Stali się ludem na wskroś barbarzyńskim.

Do takiej to ziemi (ok. 67 000 r. p.n.e.) dotarli pierwsi Czerwonoskórzy Toltekowie z Atlantydy. Bardzo szybko podporządkowali sobie też lokalną barbarzyńską ludność (której co prawda nie zamieniono w niewolników, ale i tak traktowano ich jako ludność podległą). Atlanci założyli na tych terenach swoją prowincję, której nadali nazwę - ARANKA, co znaczyło "Kraj Dwóch Cieśnin". Dlaczego dzisiejszy Egipt nazwano "krajem dwóch cieśnin?" Dlatego że ówczesne ukształtowanie terenu znacznie różniło się od dzisiejszego - przede wszystkim istniało już Morze Czerwone i rejon półwyspu Synaj od strony wschodniej. Na zachodzie zaś nie istniała wówczas Sahara, nie było pustyni, piasków, nie było nawet późniejszych lasów tropikalnych i ogromnych jezior, z których największym było dzisiejsze jezioro Czad (ok. 4000 r. p.n.e. Jezioro Czad było czterdziestokrotnie większe niż jest dziś). Na zachodzie, w czasach ekspansji Tolteków z Atlantydy - istniało ogromne morze. Zaczynało się ono już na zachód od oazy Fajum i ciągnęło przez cały Sudan do Etiopii. Oazy Bahariya i Farafra nie istniały. Cała środkowo-zachodnia Afryka była jednym wielkim morzem, którego wody wpadały do Oceanu Atlantyckiego. Jedynie na północy, w rejonie dzisiejszej zachodniej Libii, Tunezji, Algierii i Maroka - istniał pas ziemi, który dziś stanowi północną granicę kontynentu afrykańskiego. Ziemię egipską i ten "libijsko-marokański pas" łączyła w rejonie dzisiejszego miasta Buto i oazy Wadi Natrun - cieśnina. Stąd nazwa kraju.




Koloniści z Atlantydy stworzyli prowincję, której południowa granica kończyła się w rejonie późniejszych miast - Memfis, Sakkary oraz oazy Fajum. Był to tzw.: Dolny Egipt, który wówczas nie nosił jeszcze tej nazwy (kraj zwano Aranka). Channelingi mówią że założono też na terenie tej prowincji miasto-stolicę, późniejsze Sais (tę nazwę otrzyma dopiero po 16 000 r. p.n.e.). Krajem władali mianowani z Atlantydy - rządcy. Do takiego to kraju przybył ok. 50 712 r. p.n.e. (czyli po upadku ostatniej tolteckiej twierdzy na atlantyckim wybrzeżu w Bel-Ra), ostatni król Atlantydy pochodzący od Czerwonoskórych kolonistów z MU - Axtell.


PIERWSZA ATLANTYCKA KOLONIZACJA EGIPTU
KRÓL AXTELL i NOWA WIARA 
("JEDNO PRAWO")




Pomimo opanowania Egiptu przez Atlantów, nie rozpoczęto tolteckiej kolonizacji tej ziemi. Była ona jedynie prowincją, mającą dostarczać metropolii bogactw, oraz stanowić rejon "zsyłki" zbyt ambitnych braci i synów panujących na Atlantydzie władców, tak, aby mogli wykazać się swymi osiągnięciami jako rządcy prowincji. Z chwilą przybycia do Egiptu króla Axtella i innych ocalałych z pogromu w Bel-Ra - Tolteków, "Krajem Dwóch Cieśnin" zarządzał jego brat - Ibex. Jak już pisałem w jednej z wcześniejszych części, nie był on zadowolony tym faktem i wkrótce doprowadził do buntu Czarnoskórej ludności przeciwko Czerwonoskórym panom. Bunt zakończyło wzajemne porozumienie, którego spoiwem był ślub Axtella (pierwszego króla Aranki) z córką Ibexa. Pierwszym krokiem jaki podjął nowy król, była implementacja religijnych zasad "Jednego Prawa" na egipskiej ziemi. Nie było to wcale trudne, zważywszy że najwyższą kapłanką mianował on kobietę o imieniu ILAX. W czasie powstania udowodniła ona że nie zamierza dzielić ludności kraju na Czerwonoskórych władców i całą resztę, drzwi jej świątyni były otwarte dla wszystkich potrzebujących pomocy i schronienia. To spowodowało że nowa religia dość szybko rozprzestrzeniła się w "egipskim" Czarnoskórym społeczeństwie. 

Edgar Cayce (w swej sesji nr. 378 czytanie - 13), tak to opisuje: "A w tych dniach było wprowadzenie kapłana na egipskiej ziemi i religia Poseidii nie zginęła, spotykając się tam z akceptacją i zrozumieniem bożych zasad "Jednego Prawa". Cayce mówi również (w tej samej sesji), że w czasie swej intronizacji Axtell był młodym królem, nie podaje jednak jego wieku ("młody" Atlant w tamtych czasach mógł spokojnie mieć 300 - 400 lat). Axtell rozesłał też wieści o powstaniu nowego państwa do innych krajów i imperiów (np. Ujghur), oraz propozycję sojuszów i współpracy politycznej. Jednak stosunki z Atlantydą - rządzoną już wówczas przez patriarchów z zakonu "Synów Beliala" - nie były łatwe, to jednak pomiędzy tymi krajami trwał pokój. Gdy na Atlantydzie wybuchło wielkie powstanie niewolników (ok. 47 000 r. p.n.e.) pod wodzą Lyssara, rządzący wówczas Egiptem król SANEID (wnuk Axtella) próbował przyjść powstańcom z pomocą (miał dotrzeć ze swą armią w rejon dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii), jednak nie odważył się przepłynąć Oceanu Atlantyckiego i zaatakować Atlantydy (być może miał na to zbyt małe siły), zawrócił więc z powrotem do Egiptu (była to ostatnia próba odzyskania wpływów dawnych Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy na ich wyspie). Po powrocie wzniósł (prawdopodobnie w Sais) nową świątynię, którą nazwał "Świątynią Ofiarności". Była ona prawdziwym dziedzictwem pamięci, przypominającym Czerwonoskórym Egipcjanom o dawnych latach ich rządów nad Atlantydą.


 
II
OHUM
PIERWSZE "INDIAŃSKIE" PAŃSTWO 
NA TERENACH AMERYKI PÓŁNOCNEJ




Kolonizacja Ameryki Północnej przez Czerwonoskórych Aremonian z kontynentu MU, rozpoczęła się wcześniej, niż opanowanie przez nich Atlantydy (choć też miało to miejsce ok. 70 000 r. p.n.e.). Pierwsze kolonie zaczęły powstawać na Wyżynie Meksykańskiej i pełniły trochę rolę strategicznego "łącznika" pomiędzy Wyspą-Matką (MU) a Atlantydą. Przez długi czas koloniści przybyli z MU do Ameryki, nie wykształcili swojej własnej kultury ani cywilizacji - przenieśli po prostu dawne rozwiązania, wyniesione z rodzimej Wyspy na nowy kontynent. Nie była to jednak bezpieczna ziemia. Kolonie Czerwonoskórych Tolteków i Tlawatlów były okresowo i cyklicznie niszczone przez katastrofalne powodzie i potężne tornada, występujące wówczas na tych terenach. Należy też dodać, że ówczesne ukształtowanie terenu nie odpowiadało dzisiejszemu. O ile bowiem dziś Wyżyna Meksykańska znajduje się na wysokości 2 100 metrów nad poziomem morza i otoczona jest ze wszystkich stron wysokimi górami, o tyle w (bardzo) odległej starożytności tereny te były w większości równinne. 

Jednym z pierwszych państw tolteckich na terenach Ameryki Północnej, było księstwo OHUM. Nie było to jednak państwo niepodległe, a po prostu jedna z kolonii Wyspy-Matki, zarządzana przez książąt, wysyłanych tutaj w charakterze namiestników prowincji. O państwie Ohum prawie nie ma żadnych większych informacji, wiadomo jedynie że chroniąc się przed powodziami i tornadami, otaczali swe miasto wielkimi murami. Powstał tam również ogromny kopiec ziemny, który symbolizował Czerwoną rasę, zasiedlającą te tereny. Tak naprawdę przed 27 000 r. p.n.e. praktycznie nie istnieją żadne dokładniejsze informacje o kolonizacji Ameryki Północnej, dopiero po tym roku zaczyna się tam prawdziwy "ruch". Rozpoczyna się nowa migracja Czerwonoskórych, która nabierze tempa od. ok. 16 000 r. p.n.e. Kolonia Ohum została zniszczona - tak jak jej poprzedniczki na tych terenach - w czasie katastrofalnej powodzi, nadchodzącej z Oceanu Spokojnego ok. 40 000 r. p.n.e, po ponad 400 latach istnienia (co biorąc pod uwagę dość krótki okres trwania tamtejszych "tolteckich" cywilizacji - było naprawdę długim okresem czasu). Potem (po 27 000 r. p.n.e.) powstaną kolejne "indiańskie" państwa na kontynencie amerykańskim, takie jak - OM (na terenach Jukatanu), czy krótkotrwała cywilizacja MUIR (tereny dzisiejszej Arizony i Nevady).


"DAMA z ELCHE"
IBERYJSKA RZEŹBA PRZEDSTAWIAJĄCA MŁODĄ, BOGATĄ KOBIETĘ 
(STAROŻYTNA HISZPANIA).
CO CIEKAWE, ZARÓWNO STRÓJ JAK I SPOSÓB UCZESANIA WŁOSÓW PODOBNY JEST DO TEGO, JAKI STOSOWAŁY NIEZAMĘŻNE KOBIETY Z PLEMIENIA "HOPI" Z TERENÓW DZISIEJSZEJ ARIZONY.
POZA TYM U STÓP RZEŹBY ZNAJDUJE SIĘ SYMBOL SOLARNY "JEDNEGO PRAWA" - RELIGII CZERWONOSKÓRYCH TOLTEKÓW Z ATLANTYDY, A PRZECIEŻ TA RZEŹBA POWSTAŁA w IV wieku p.n.e. w HISZPAŃSKIM KRÓLESTWIE TARTEZJÓW



DZIEWCZYNA Z PLEMIENIA "HOPI"
XIX wiek




PS: W KOLEJNEJ CZĘŚCI POWSTANIE MONARCHII II IMPERIUM ATLANTYDY, TORVALL - PIERWSZY KRÓL I HISTORIA ZŁOTEGO WIEKU ATLANTYDY


CDN.

29 kwietnia 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XIII

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. IV





"PEWNE, ŻE BÓG SAM KRÓLUJE W NIEBIE,
MY, WŁADYSŁAWIE KRÓLEWICZE, CIEBIE
BOGIEM MIEĆ BĘDZIEM, KIEDY DO KORONY
PRZYŁĄCZYSZ MOSKWĘ I SEPTEMTRYJONY
(SZWECJĘ)

SEBASTIAN PETRYCY
"HORATIUS FLACCUS W TRUDACH WIĘZIENIA MOSKIEWSKIEGO"
1610 r. 



 Wszystko układało się po myśli króla Władysława i wydawało się że plany wojny przeciwko Turkom i Tatarom już wkrótce się urzeczywistnią. Sprzyjały temu zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne okoliczności, jak choćby wielkie zwycięstwo pod Ochmatowem ze stycznia 1644 r. hetmana Stanisława Koniecpolskiego i rozbicie ordy tatarskiej Tuhaj-Beja. Śmierć papieża Urbana VIII (29 lipca 1644 r.), który był niechętny wojnie z Osmanami i wolał zajmować się walkami o dominację włoskich państewek w Italii, oraz wybór nowego papieża - Innocentego X (15 września), bardziej skorego do zawiązania sojuszu anty-osmańskiego. Sukcesy w negocjacjach z Persami (choć wysłany dwukrotnie do Isfahanu Teofil Szemberg został zamordowany w drodze powrotnej jeszcze w Dagestanie w początkach 1640 r. przez miejscowych "Lezginów". Szach Persji - Safi I w tym samym 1640 r. wyprawił się na Lezginów, pobił ich i wydobył ciało Szemberga, chowając je na terenie należącego do polskiej misji - katolickiego kościoła w Isfahanie.), szczególnie od 1644 r. Władysław sądził że teraz na pewno nic już nie może stanąć mu na drodze w jego wojennych planach podboju Krymu, wyzwolenia Bałkanów i zajęcia Konstantynopola, wszystko jak na razie układało się po jego myśli. Na horyzoncie już szykował się poważny konflikt militarny Turcji z Wenecją i choć jeszcze do niego nie doszło otwarcie, obie strony przygotowywały się do nieuniknionej konfrontacji. W głowie króla Władysława powstał wówczas plan uderzenia na Turków od strony Bałkanów, tak, aby wzięci w dwa ognie nie mieli realnej szansy na jakąkolwiek obronę.

Tymczasem 13 lutego 1645 r. do Warszawy zwołany został Sejm, na którym (m.in.) radzono nad ewentualną wojną z Turkami i Tatarami. Szlachta zgodziła się jedynie na "Potrzebę stanowczej rozprawy z Tatarami, jako warunku spokoju i ładu na południowo-wschodnich granicach Rzeczypospolitej". Król jednak przekonywał że jakakolwiek rozprawa orężna z Tatarami, spowoduje natychmiastową kontrakcję Porty Osmańskiej, dlatego też należy radzić nad planami wojny zarówno przeciw chanowi jak i sułtanowi Ibrahimowi. Na tę propozycję zdecydowanie odpowiedziała szlachta, która wystąpiła z zarzutami co do komisji granicznej pod przewodnictwem Jędrzeja Szołdrskiego - biskupa poznańskiego, wysłanej w roku ubiegłym do Trubecka, mającej przygotować to miasto na oddanie Moskwie, w celu zyskania jej poparcia dla wojny przeciw Osmanom i Tatarom. Zdecydowany sprzeciw przedstawicieli Trubecka, którzy przybyli na Sejm (choć miasto w ogromnej większości zasiedlali prawosławni, posługujący się też głównie mową ruską), zapowiedzieli że podejmą walkę w obronie swego miasta, gdyby król zdecydował się: "sprzedać nas Moskwicinom". Szlachta wsparła przedstawicieli Trubecka i zapowiedziała że o żadnej korekcie granicznej z Moskwą nie ma mowy. Sejm zakończył się 27 marca odmową przekazania Moskwie Trubecka oraz odmową wobec królewskich planów wojny z Turcją i Tatarami. W tym momencie w królewskich planach zaświtała inna myśl, która spokojnie pozwoliłaby obejść zgodę szlachty na tę wyprawę wojenną. Otóż króla liczył na to, że wkrótce ruszy kolejny rabunkowy najazd tatarski na południowo-wschodnie kresy Rzeczypospolitej, wówczas... można było bardzo łatwo przejść od obrony do ataku. Po prostu można było gonić Ordę aż do granic Chanatu, przekroczyć ją i teraz już bez przeszkód iść na Bakczysaraj, doprowadzając do upadku Krymu. Szlachta nie mogłaby się sprzeciwić, gdyż (przynajmniej teoretycznie) wciąż byłby to element wojny obronnej, podczas której to król był najwyższym wodzem. I tak właśnie monarcha zamierzał postąpić.


KRÓL WŁADYSŁAW IV
(Na początku lat 30-tych XVII wieku, potem nieco mu się przytyło 🥴)



Tymczasem król rozpoczął rokowania z cesarzem Ferdynandem III Habsburgiem (bratem jego zmarłej niedawno żony - Cecylii Renaty - która zmarła 24 marca 1644 r.) o stałą ojcowiznę dla swego syna - Zygmunta Kazimierza (tron w Rzeczypospolitej nie był dziedziczny a obieralny). W zamian za 600 000 złotych reńskich, otrzymywał od cesarza na 50 lat księstwo raciborsko-opolskie na Śląsku (30 maja 1645 r.). Teraz celem króla (oprócz doprowadzenia do wojny z Osmanami) stało się przejęcie mediacji nad toczącą się w Europie od 1618 r. czyli już wówczas prawie 30 lat - Wojną Trzydziestoletnią. Władysław obmyślił sobie, że jeśli zostanie mediatorem w tym konflikcie i doprowadzi do zgody wszystkie strony biorące w nim udział (tak katolików jak i protestantów), zyska sławę i poważanie, a przede wszystkim uwolni siły chrześcijańskie od wyniszczającego się wzajemnego konfliktu i skieruje je przeciwko muzułmanom z Imperium Osmańskiego. Francja wsparła pomysł Władysława i poddała się jego mediacji (kardynał Mazzarini w swych listach wychwalał cnoty Władysława i deklarował swoje poparcie dla królewskich planów), ale inne kraje były przeciwne. W czerwcu 1645 r. wybuchła z całą siłą wojna wenecko-turecka, a Turcy wysadzili desant na Krecie i oblegli tamtejszą wenecką twierdzę - Kandię. Król uznał że oto nadszedł właściwy czas i postanowił przyspieszyć swoje starania o pozyskanie poparcia dla swych planów wojennych w Europie. Pragnął stać się mediatorem pomiędzy katolikami i protestantami i aby udowodnić swoją wolę, postanowił zorganizować kongres religijny pod nazwą Colloquium Charitativum ("Rozmowa Przyjacielska") w Toruniu - 29 sierpnia 1645 r. Zaproszeni zostali katolicy i protestanci różnych wyznań w celu podjęcia wspólnej debaty na tematy teologiczne (jedynej takiej wówczas w całej Europie, gdzie wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa wzajemnie się mordowali i palili sobie kościoły oraz zbory, ale nie podjęli się wspólnej debaty która doprowadziłaby zwarcia pokoju). 


WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA
(1618 - 1648)



"Rozmowa Przyjacielska" stała się sławna w całej ówczesnej Europie i choć wielu obstawało przy "czystości swojej doktryny", przybyli do Torunia aby wzajemnie, po przyjacielsku, w gronie wyznawców Jezusa Chrystusa podebatować. Katolicy (Rzym) wybrał na swego głównego reprezentanta biskupa żmudzkiego Tyszkiewicza, bracia czescy na synodzie w Lesznie wybrali sobie Goldensterna - starostę sztumskiego, kalwiniści zaś na synodzie w Chmielniku i potem w Orli - Gorajskiego - kasztelana chełmskiego, bracia polscy zaś mistrza Kaliksta z Helmstatu. Luteran reprezentował profesor Jan Hulsemann z Wittenbergi, cieszący się wielkim autorytetem wśród swych współwyznawców i stojący twardo na gruncie "czystości doktryny". Każdy reprezentant miał przy sobie spore grono teologów (collocatores). Tyszkiewicz miał łącznie 24 zakonników i profesorów Akademii Krakowskiej, odłamy protestanckie miały po 23 uczonych z całej Europy każda. Rozmowy od początku były trudne, bowiem każda ze stron starała się przekonać drugich do swojej racji, jednocześnie samemu stając na gruncie czystości własnej doktryny. Katolicy nawet wysłali specjalny list do papieża, w którym twierdzili że Colloquium Charitativum zostało zorganizowane tylko po to, aby... umożliwić przyjście na łono Kościoła zbłąkanym heretykom. Bracia czescy namawiali luteran, aby wspólny z nimi utworzyli front przeciwko wspólnemu wrogowi, czyli "papistom". Luteranie modlili się zaś o tych, którzy "splugawili Kościół Święty" i odmówili wspólnego błogosławieństwa na otwarcie obrad z katolikami. Przez pierwsze dni w zasadzie rozmawiano tylko na tematy proceduralne (król nakazał aby wszystkie mowy i modlitwy były drukowane, zobowiązując do tego Radę Miasta Torunia), prawdziwa debata rozpoczęła się dopiero 7 września.

Najpierw radzono nad katolickim wyznaniem wiary (rozdane zgromadzonym 1 września). 1 września swoje wyznanie wiary wręczyli również kalwiniści, luteranie uczynili to 7 i 9 września. Do pierwszego, dużego zgrzytu doszło 16 września, gdy przewodniczący obrad Jerzy Ossoliński, odmówił wciągnięcia kalwińskiego wyznania wiary do oficjalnego tekstu protokołu, ponieważ katolicy dopatrzyli się tam obrazy własnego Kościoła. Po raz kolejny doszło do sporu 22 września, gdy katolicy odmówili odczytania luterańskiego wyznania wiary, ponieważ znalazło się tam określenie "Antychryst" w odniesieniu do papieża, Ossoliński i wówczas im przyznał rację. Pewne odprężenie nastąpiło dopiero 25 września, gdy król zmienił przewodniczącego obrad i tak kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego (tego, który dokonał sławnego wjazdu do Rzymu w 1633 r. podczas którego m.in.: konie gubiły złote podkowy, a Rzymianie mieli sposobność ujrzeć prawdziwych jeńców tureckich jadących na wielbłądach) zastąpił kasztelan gnieźnieński - Jan Leszczyński. Zmiana podyktowana była kwestiami politycznymi, oto bowiem do Warszawy przybył wenecki poseł Giovanni Tiepolo, z którym król podjął rozmowy nad zawarciem ewentualnego układu anty-osmańskiego. Ale do gorączkowych sporów wrócono z początkiem października (doszło nawet do oskarżeń o podburzanie poddanych króla), dlatego też 7 października Leszczyński zawiesił obrady. Wznowiono je ponownie 10 października. Wówczas to jezuita Grzegorz Szónhof zaproponował aby zajmowano się jedynie ustaleniem jakie prawdy dzielą poszczególne wyznania, a jakie są im wspólne (chodziło o to, aby uniknąć wzajemnego obrażania uczuć religijnych każdej ze stron). Ta propozycja stała się powodem kolejnych oskarżeń o stronniczość i o zwalenie winy za ewentualne niepowodzenie obrad na protestantów (Szónhof teraz mógł bowiem w dowolnym momencie rozwiązać obrady, deklarując że np. strona protestancka ponosi winę za ich zerwanie).




17 października znów przerwano obrady. Wówczas to udali się do króla przedstawiciele protestantów - Zygmunt Guldenstern i Adam Rey z oficjalną skargą na Szónhofa i domaganiem się zmiany rezolucji z 10 października. Król nakazał im aby usunęli ze swoich deklaracji wszystkie sformułowania, które obrażają katolików i aby przestrzegali instrukcji obrad. Debata została wznowiona 24 października, ale nie poprawiło to atmosfery obrad. Rozmowy zostały zawieszone po raz trzeci 10 listopada (wraz z wyjazdem Jana Leszczyńskiego). W ciągu tych siedmiu dni, jakie upłynęły przed kolejnym wznowieniem obrad, trwały potajemne układy, mające stworzyć sojusz antykatolicki wśród protestantów (luteranie namawiali do tego kalwinistów, ale akurat kalwiniści weszli w układy z katolikami, więc do protestanckiego sojuszu nie doszło). 18 listopada, gdy wznowiono debatę, Jan Leszczyński poinformował zebranych że jeśli protestanci nie przyjmą katolickich postulatów, to katolicy nie będą dalej uczestniczyć w rozmowach, gdyż oni tylko wypełniają królewskie polecenie przestrzegania instrukcji obrad i cała wina za niepowodzenie spadnie na protestantów. W kolejnych dniach atmosfera się nieco uspokoiła, ale gdy 21 listopada luteranie ostro zaatakowali katolików, oskarżając ich o złamanie procedury obrad, Leszczyński rozwiązał zgromadzenie. Tak oto "Rozmowa Przyjacielska" zakończyła się bez większych efektów. Jednak już samo zorganizowanie owej debaty pomiędzy skłóconymi stronami wspólnej religii Chrystusowej, było czymś niebagatelnym i niespotykanym w ówczesnej Europie. Była to bowiem jedyna wówczas możliwość swobodnego prezentowania swych racji na gruncie teologii oraz prawa, a nie mordu i zniszczenia, jaki wówczas zapanował w krajach Europy Zachodniej.




A tymczasem w Paryżu (po długiej przerwie, jaką było skupienie się na Imperium Osmańskim, wracam do opowieści z IV części tej serii), Maria Ludwika (która będąc tam jeszcze zmieniła imię na Ludwika Maria, gdyż w Polsce używanie imienia Matki Boskiej było niedopuszczalne) 27 listopada wsiadła do swojej karocy (żegnana przez siedmioletniego króla Francji - Ludwika XIV) i pod ochroną straży poselskiej wyruszyła w długą (trwającą ponad trzy miesiące) drogę do swego nowego królestwa, o którym nie miała zielonego pojęcia. W jej głowie pojawiały się zapewne obrazy dziwnych, barbarzyńskich ludów, bo przecież cóż mogła wiedzieć na temat Polski? Droga była długa, uciążliwa, nieprzyjemna, Ludwika Maria z przerażeniem spoglądała w lusterko, widząc jak bardzo blednie jej skóra, jak się marszczy, a ona nie może nic z tym zrobić. Do tego dochodziło zmęczenie i trudy długiej podróży. Równie wycieńczone były jej dwórki, które zabrała ze sobą z Francji. Kobiety cierpiały trzymiesięczne trudy podróży, gdzie wszystko wokoło powodowało kolejne utrudnienia (np. wypróżnianie się i konieczność zorganizowania przez ową eskortę osłony dla owych pań przed wścibskimi oczyma, poza tym czasem trzeba było też się umyć i tutaj również należało osłonić owe niewiasty przed niepożądanymi oczyma. Kobiety w podróży miały zresztą znacznie gorzej niż mężczyźni, a poza tym te długie suknie też nie sprawiały że czuły się one komfortowo). Mimo to nie czyniono większych postojów, gdyż czym prędzej starano się dowieźć do celu przyszłą królową (było to również serdeczne pragnienie samej Ludwiki Marii). A tymczasem 5 stycznia 1646 r. król Władysław przedstawił swój plan (oczekiwania na tatarski atak, by idąc za ciosem wkroczyć do Chanatu) w Senacie. Nie spodobało się to senatorom. Król jednak się tym nie zraził, postanowił że i tak zrealizuje swój plan, czy to się komuś podoba, czy nie. Już 10 stycznia 1646 r. zawezwał do Warszawy hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego i zwierzył mu się ze swoich planów. Hetman poparł króla, aczkolwiek uważał że należałoby przede wszystkim skierować główne siły przeciw Tatarom, tak, aby definitywnie zlikwidować Chanat. Co do wojny z Osmanami to był po temu sceptyczny.




13 stycznia podpisano tajny układ z Wenecją, na mocy którego Rzeczpospolita miała wejść do wojny z Portą Osmańską, a zamian Wenecja miała zapłacić w ciągu dwóch lat 500 000 talarów na zaciągi wojskowe. Rozpoczęły się teraz wielkie przygotowania do wojny. Oczywiście wszystko miało pozostać oficjalnie tajne, do czasu, aż wojsko nie będzie gotowe do wymarszu, jednak ciężko było całkowicie ukryć owe plany. Teraz zbierano pieniądze i mobilizowano wojsko, co nie mogło pozostać niezauważone przez szlachtę, która reagowała alergicznie na każde propozycje wojny z Osmanami i mówiła: "Gdy wszędzie wrzą marsowe burze, u nas z łaski Najwyższego jest cichusieńko". Król jednak nie próżnował i choć miał już pięćdziesiąt lat, zachowywał się niczym młodzian, tak wizja wojny z Turkami napawała go energią. Uzupełnił bronią arsenały w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Barze, Pucku i Malborku (w samej zbrojowni warszawskiej ulano 80 nowych armat). Pałac Ujazdowski w Warszawie zamienił w prawdziwy obóz wojskowy, otoczony namiotami i zapełniony wojskiem, gdzie miała być kwatera główna. Rozpoczął też werbowanie żołnierza w Niemczech, dzięki czemu do połowy 1646 r. miał już 4000 żołnierzy kwarcianych na samej granicy, 600 muszkieterów w twierdzy Kudak, kilkuset dragonów, kilkanaście tysięcy piechoty oraz 1200 niemieckich gwardzistów, którymi dowodził oboźny litewski - Osiński. Natomiast hetman Koniecpolski organizował strategię i propagandę przyszłej wojny. To on opracował: "Dyskurs o zniesieniu Tatarów" i plany wojny z Chanatem oraz Portą Osmańską. W tym celu wysłał na rekonesans do Krymu swego inżyniera, który miał dokładnie zbadać najsłabsze i najmocniejsze punkty oporu Tatarów na obszarze Morza Czarnego. 


W POWIEŚCI HENRYKA SIENKIEWICZA "OGNIEM I MIECZEM" OPOWIADAJĄCYM O WYBUCHU POWSTANIA CHMIELNICKIEGO W ROKU 1648,
TAKIM WYSŁANNIKIEM KTÓRY UDAĆ SIĘ MIAŁ NA KRYM,
 BYŁ JAN SKRZETUSKI



Koniecpolski podchodził do tego zadania bardzo poważnie, ale akurat pech chciał że miał na głowie i inne ważne sprawy, a mianowicie przygotowania do trzeciego już swojego małżeństwa z młodszą od siebie o ponad 30 lat - Zofią Opalińską. Po ślubie (16 stycznia 1646 r.) tak bardzo hetman Koniecpolski chciał dogodzić swej młodej żonie w łóżku, że kazał przygotowywać dla siebie różne mikstury na pobudzenie "męskiej mocy", które w konsekwencji... doprowadziły go do śmierci (11 marca 1646 r.). Ponoć na wieść o śmierci Koniecpolskiego hospodar mołdawski Bazyli Lupu miał rzec: "Wy, Polacy, nie wiecie jeszcze coście stracili, ale nie miną dwa, a najdalej trzy lata, kiedy nie tylko wy, ale i całe chrześcijaństwo żałować będzie straty tak wielkiego senatora i hetmana". Rzeczywiście, hetman Stanisław Koniecpolski był ostatnim hetmanem Złotego Wieku Rzeczypospolitej. Od Stefana Czarnieckiego zaczynają się bowiem hetmani Srebrnego Wieku. A tymczasem królowa Ludwika Maria przekroczyła granicę pomorsko-polską i z początkiem lutego 1646 r. wjechała do Gdańska. Królowa była wyczerpana długą podróżą, co odbiło się na jej urodzie. Nie mogła też patrzyć na siebie w lustrze i wciąż dopytywała się (jak zanotował w swych "Pamiętnikach" oczarowany jej osobą i eskortujący ją w podróży - Albrecht Radziwiłł): "czy spodoba się królowi". Pod Gdańskiem oczekiwał już na nią osobiście biskup wrocławski i płocki - Karol Ferdynand Waza (młodszy brat króla Władysława IV), który jako pierwszy powitał Ludwikę Marię jako królową. Gdy korowód wjechał do miasta, cały lud i magistrat miejski wylegli aby powitać swoją nową monarchinię. Urządzono wspaniałe "komedyje" (przedstawienia teatralne, opery), aż sama królowa miała rzec, iż (jak twierdził w "Pamiętnikach" Albrecht Radziwiłł): "Nic podziwienia godniejszego nie widziała". Królowa w Gdańsku odpoczęła i zrelaksowała się, popracowano też nad jej urodą. Dla jej przyjemności wystawiano sztuki warte kilkadziesiąt tysięcy talarów (jak choćby "Kupidyn z Psychą" Puccitelliego, za którą dwór królewski zapłacił aż 100 000 talarów). Królowej przygrywali najlepsi muzycy z samym mistrzem Sachim na czele. Po jednym z takich oper, królowa wręczyła pewnemu gdańskiemu rajcy swój pierścień jako podarek. Ten pierścień potem był przechowywany w rodzinie owego rajcy, aż do początku XX wieku. Gdy 10 lutego 1920 r. w Pucku Wojsko Polskie ponownie oficjalnie przejęło Pomorze Gdańskie z zaboru prusko-niemieckiego, gen. Józef Haller (wywodzący się ze spolonizowanej odnogi rodu von Hallenburgów), miał właśnie ów pierścień wrzucić w fale morskie Bałtyku, jako symbol zaślubin Polski z morzem. 


"ZAŚLUBIAM CIĘ NA PAMIĄTKĘ WIECZYSTEGO NASZEGO PANOWANIA"



Zorganizowano również dla królowej balet, którego głównym motywem był taniec dwóch orłów - białego i czarnego (wyobrażających herby króla i królowej). Wreszcie zorganizowano zabawę dla ludu, polegającą na ustawieniu wysokiego masztu (wysmarowanego tłuszczem), na którego szczycie zawieszono nagrodę. Wielu Gdańszczan próbowało tedy swych sił, wspinając się po maszcie na szczyt dla radości królowej. Dodatkową atrakcją był jeszcze sztuczny gmach cały z ognia. Wreszcie w początkach marca 1646 r. na czele pochodu Ludwika Maria wyjechała z Gdańska, kierując się ku Warszawie. Zatrzymała się jeszcze w wiejskiej posiadłości króla w Falentach pod Warszawą, gdzie przyjął ją i przywitał pięcioletni syn króla Władysława - królewicz Zygmunt Kazimierz. Królowa po raz pierwszy ujrzała króla Władysława dopiero 10 marca, w dniu swego ślubu, ale... nie przypadła mu do gustu. Jego oczom bowiem miast pięknej Francuzki (której portret wcześniej widział), ukazała się zziębnięta, zmęczona niewygodną podróżą w karocy, 34-letnia (czyli już podstarzała) kobieta. Jej cera była zszarzała po długiej podróży, ale przecież król też nie był już młodzieniaszkiem. Miał 50 lat, był już otyły i niedawno przeszedł poważny atak podagry, który unieruchomił go w łożu na dwa miesiące (styczeń-marzec 1646 r.). Mimo tych niedogodności, monarcha podał Ludwice Marii dłoń i zaprowadził do kolegiaty św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się zaślubiny. Król był jednak wyraźnie niezadowolony z urody swojej nowej małżonki, miał nawet rzec do swych doradców iż: "Nie taką w królowej Jej Mości gładkość widział, jaką mu obiecywano", a gdy podczas zaślubin królowa upadła Władysławowi do stóp, ten nie raczył wykonać żadnego gestu. Ta oziębłość będzie zmorą pierwszych tygodni Ludwiki Marii jako królewskiej małżonki, o czym bardzo szybko się ona przekona. 


LUDWIKA MARIA GONZAGA 



 CDN.

28 kwietnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXIII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I



FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I






EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. I
 


Minęło już ponad dwieście pięćdziesiąt lat od czasu, gdy po raz ostatni Egipcjanie zmierzyli się tzw. Ludami Morza, czyli plemionami "nieznanego" pochodzenia, przybyłymi z północy - niezwykle wojowniczymi i niespotykanymi wcześniej na terenach Bliskiego Wschodu i wschodniego rejonu Morza Śródziemnego. W czasie drugiego ataku na Egipt z ok. 1177 r. p.n.e., ataku dokonało kilka ludów zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu. Były to ludy Szerdanów i Lukkanów (atakujące z Kanaanu), oraz ludy Szakalasz, Meszwesz, Akauasz i Tursza atakujące Deltę od strony morza. Inwazja ta (jak wiemy) zakończyła się niepowodzeniem najeźdźców, a poszczególne "Ludy Morza" zawróciły. Większa część z nich osiadła w Kanaanie, gdzie stworzyła cywilizację zwaną dzisiaj filistyńską (Filistea i Szefela oraz kraj Dana i wpływ polityczno-kulturowy na całą Palestynę), ale nie wszystkie ludy tam się osiedliły. Część z nich (niewielka co prawda) wybrała pustynne tereny Libii, krainy leżącej na zachód od Egiptu i jego najdalej wysuniętych oaz. Szczególnie dominował tam lud o nazwie Meszwesz (o wielce prawdopodobnej transliteracji nazwy tego plemienia też już pisałem, w każdym razie tutaj tylko przypomnę że Meszwesz to egipska nazwa plemienia najeźdźców z Północy, którego właściwa nazwa - po dodaniu samogłosek do pierwotnego egipskiego zapisu Mshvsh - Egipcjanie bowiem nie znali samogłosek - mógł brzmieć po prostu... Mazowszanie), który szybko podporządkował sobie lokalne libijskie plemiona nomadów i przejął władzę nad całą Libią. Nic lub zgoła niewiele wiadomo o władcach (lub wodzach) plemienia Meszwesz i dopiero pierwszym władcą który pojawia się z imienia, jest niejaki Paihuti (pradziad faraona Szeszonka I), choć o jego latach panowania również nic nie wiadomo.

W tym czasie gdy Paihuti zakładał (albo też rozwijał i umacniał) swoją dynastię w Libii, w Egipcie trochę się działo. Po śmierci (ok. 1155 r. p.n.e.) faraona Ramzesa III (który to toczył walki z Ludami Morza, gdy ok. 1177 r. p.n.e. najechały jego kraj), jego następcy nie należeli do władców wybitnych. Wszyscy oni nosili imiona po swym wybitnym przodku (prócz Setnachta - założyciela rodu, który był ojcem Ramzesa III, ale ponieważ panował on dosyć krótko, przeto realnie za założyciela dynastii uważa się właśnie Ramzesa - pozwolę sobie już nie wracać do jego osoby, gdyż nie ma ona większego znaczenia dla opisywanych przeze mnie wydarzeń - natomiast we wcześniejszych częściach opisałem dokładnie dojście do władzy nie tylko Ramzesa III, ale również wcześniejszych faraonów od czasów panowania Ramzesa II Wielkiego) stąd też XX Dynastia Starożytnego Egiptu zwana była dynastią Ramessydów. Syn Ramzesa III, Ramzes IV był człowiekiem niezwykle bogobojnym (wszyscy oni byli bogobojni, mam więc tutaj na myśli raczej pewne pragnienia jakie posiadał Ramzes IV, a wiązały się one z chęcią zapewnienia sobie długiego i dostatniego życia w zgodzie z bogami). Utożsamiał się on nie tylko ze swym ojcem (który panował 32 lata), ale przede wszystkim z innym sławnym swoim imiennikiem, faraonem Ramzesem II Wielkim (który panował aż 66 lat). Wstępując na tron Ramzes IV miał ok. czterdziestu lat, a jego marzeniem było panować tyle samo lub nawet dłużej niż Ramzes II. Aby do tego doprowadzić postanowił przekonać do siebie bogów i przez pierwsze pięć lat swego panowania rozbudowywał świątynie, upiększał je i obsypywał złotem i srebrem kapłanów - wszystko w imię zapewnienia sobie długiego życia. Nie udało się, zmarł po zaledwie siedmiu latach panowania (ok. 1148 r. p.n.e.). Ramzes V (syn poprzedniego władcy), wstępując na tron miał jakieś dwadzieścia kilka lat i wielkie nadzieje przed sobą. Zmarł w cztery lata później na ospę (ok. 1145 r p.n.e.). Tron teraz objął jego stryj (młodszy syn Ramzesa III) - Ramzes VI. Za jego panowania ujawniła się na większą skalę potworna fala bandytyzmu, szczególnie rabusiów grobów królewskich, z którymi władca nie był w stanie sobie poradzić (poza tym kasta kapłańska, a szczególnie wielcy kapłani najwyższych bóstw - żądni wielkich bogactw, gromadzili majątki często większe od majątku samego faraona. Afera korupcyjna w świątyni w Elefantynie z ostatnich lat panowania Ramzesa V była tego dobitnym przykładem).


RAMZES XI



Ok. 1136 r. p.n.e. na tron Egiptu po swym ojcu wstępuje Ramzes VII. Za jego rządów Egipt traci Synaj, a ogromny wzrost cen tworzy jeszcze większe problemy społeczne (złodzieje grobów królewskich stają się wówczas prawdziwą plagą i to do tego stopnia, że często po oficjalnym pochowaniu władcy jego ciało wraz z całym dobytkiem zabiera się ze świątyni grobowej i chowa w ukrytym mniejszym grobowcu. Jeden z takich grobowców został odnaleziony w latach 60 XX wieku; było tam łącznie zebranych kilka mumii władców XX Dynastii leżących obok siebie. Przeleżały tam razem 3000 lat). Po śmierci Ramzesa VII, tron objął kolejny syn Ramzesa III - Ramzes VIII (ok. 1130 r p.n.e.), którego rządy trwały zaledwie kilkanaście a może tylko kilka miesięcy. Ramzes IX - wnuk zwycięzcy Ludów Morza (z ojca który nigdy nie objął tronu), był pierwszym od dłuższego czasu władcą, który panował dłużej niż dziesięć lat. Niestety, dłuższe panowanie nie przełożyło się na umocnienie kraju i likwidację wewnętrznego chaosu politycznego. Władca bowiem panował a nie rządził, administracja centralna praktycznie nie istniała (lokalni wielmoże na prowincji - nie mówiąc już o kapłanach - stawali się ważniejsi od faraona). W Tebach zaś, w Górnym Egipcie władzę objęła silna rodzina kapłańska, której twórcą potęgi (ok. 1150 r. p.n.e.) był niejaki Ramzesnacht. On to utkał sieć misternych powiązań rodzinnych, które obejmowały jego (jako arcykapłana Amona-Re), proroków tego boga, naczelnika miasta Teb i kilku innych dostojników. Już około 1140 r. p.n.e. potęga Ramzesnachta w Górnym Egipcie była tak wielka, że właściwie to on rządził krajem (oczywiście w imieniu faraona). Po prawie trzydziestu latach rządów (ok. 1125 r. p.n.e.) zastąpił go na tym stanowisku syn - Nesamon (który jednak krótko sprawował funkcję arcykapłana Amona-Re i ok. 1120 r. p.n.e. władzę arcykapłańską przejął jego młodszy brat - Amenhotep). W czasach rządów Ramzesa IX doszło do dwóch wielkich rabunków królewskich grobów. Pierwszy miał miejsce w dziewiątym roku panowania tego władcy (czyli ok. 1120 r. p.n.e.). Wiemy o tym zarówno z "Dziennika" znalezionego w Deir el-Medina, jak również z 14 papirusów o tym opowiadających (odnalezionych w końcu XIX wieku). Opowiadają one o tym, iż pięciu rzezimieszków postanowiło okraść grób Ramzesa VI. Cztery dni ryli dziury w grobowcu a następnie wynieśli stamtąd wszystkie zgromadzone kosztowności. Doszło jednak między nimi do sprzeczki i jeden niezadowolony z łupów postanowił donieść władzom na pozostałych. Gubernatorem Teb był wówczas wezyr Chaemuaset, a naczelnikiem miasta (Teb Wschodnich czyli Luksoru i Karnaku) Paser III. Schwytali oni rabusiów, ukarali ich i ponownie zapieczętowali grobowiec.




Do większego skandalu związanego z rabusiami grobów królewskich doszło jednak w szesnastym roku panowania Ramzesa IX (ok. 1113 r. p.n.e.). Tutaj szejka złodziei była znacznie lepiej zorganizowana i przygotowana. Składała się bowiem z okolicznych rabusiów, wśród których było również wielu Libijczyków, a poza tym grupa ta była w zmowie z naczelnikiem Teb Zachodnich - Pauraa (tzw. Miasta Umarłych czyli Doliny Królów i Doliny Królowych). Planowali oni obrabować groby władców XVII Dynastii które były słabiej pilnowane od grobowców faraonów Dynastii XX, XIX czy nawet XVIII; a poza tym chcieli również obrabować grobowce z Doliny Królowych. Podejrzewając Pauraa o współudział w rabunku lub przekupstwo, Paser napisał raport do wezyra, który natychmiast wszczął śledztwo w tej sprawie. Stwierdzono że dziesięć grobowców pozostało nietkniętych, próby włamania odnotowano tylko w grobowcach faraonów: Antefa V i Antefa VI oraz Sobekemsafa II (do którego włamano się poprzez już zrujnowane grobowce lokalnych wielmożów), oraz naruszono hypogeum królowej Isis (małżonki Ramzesa II Wielkiego). Niestety, komisja powołana przez Chaemuaseta zamknęła śledztwo z powodu niewystarczających dowodów tych, którzy zostali schwytani, co wywołało oburzenie mieszkańców Deir el-Medina i podejrzenie o korupcję samego wezyra. Sprawę wznowili kapłani w świątyni bogini Maat w Świętym kręgu boga Montu w Karnaku. Ostatecznie winę udowodniono siedemnastu ze schwytanych rabusiów (wszyscy oni byli członkami personelu świątynnego w Tebach) i wbito ich na pal. Nie była to jednak ostatnia tego typu próba rabunku królewskich grobowców (w wyżej wymienionym procesie doszło jeszcze do innych zdarzeń, jak choćby podpalenie kilku mumii). Rabusie stawali się coraz bardziej bezczelni i coraz bardziej bezwzględni, nie odstraszała ich już ani zapowiedź klątwy królewskiej ani też perspektywa kary śmierci i potępienia ich pamięci (poprzez brak pochówku. Egipcjanie bowiem uważali że aby przetrwać w zaświatach, należy zachować własne ciało tu - na ziemi. Kto zaś został pozbawiony pochówku i wydany np. na pastwę dzikich zwierząt lub ognia, ten nie mógł liczyć na ponowne odrodzenie w zaświatach).




Po śmierci Ramzesa IX (ok. 1110 r. p.n.e.) tron objął jego syn Ramzes X, którego panowanie trwało zaledwie cztery lata i niczym szczególnym się nie zapisał. Ok. 1107 r. p.n.e. tron po swym ojcu przejął Ramzes XI. Nowy władca był jeszcze młodzieńcem (prawdopodobnie nastoletnim chłopcem), zatem wielu wielmożów którzy za jego ojca już czuli się pewni swego, teraz całkowicie go ignorowało (szczególnie arcykapłan Amona-Re - Amenhotep, który w Tebach kazał się przedstawiać na reliefach jako równy królowi wzrostem - a to oznaczało że równy mu był także władzą). Ramzes XI jednak, który wyrósł w gronie władców słabych i niepewnych swej pozycji, oraz w kraju targanym wewnętrznymi zaburzeniami, przemocą i bandytyzmem - miał jednak ambicję ponownego odrodzenia kraju i dorównania swym wielkim imiennikom - Ramzesowi II i Ramzesowi III. Co prawda wstąpił on na tron jako chłopiec, ale przynajmniej w pierwszych latach panowania wykazywał się determinacją, energią i zdecydowaniem, dlatego też nakazał usunąć ze stanowiska Amenhotepa i wygnać go z kraju. Amenhotep jednak nie miał ochoty słuchać królewskich poleceń, tym bardziej że przez dziesiątki poprzednich lat zgromadził on i jego ojciec ogromne bogactwa, dzięki czemu był w stanie wystawić własną prywatną armię. Wybucha więc wojna domowa w czasie której wojska królewskie nie radziły sobie zbyt dobrze i dopiero wsparcie namiestnika Nubii - Panehesy, pozwoliło pokonać i wypędzić Amenhotepa z Teb. (ok. 1105 r. p.n.e.). Niestety, król był zbyt słaby aby ostatecznie rozprawić się z rodzinką, która przejęła władzę nad Tebami (i realnie nad Górnym Egiptem) jakieś 50 lat wcześniej i przez ten czas umocniła się, zdobywając wpływy oraz poparcie również na północy - w Delcie. Dlatego też wypędzając Amenhotepa, Ramzes powołał na urząd arcykapłana Amona-Re jego syna - Ramzesnachta II. Rządy Ramzesa XI co prawda przez pierwsze kilka lat panowania przyniosły pewną poprawę umęczonej wewnętrzną niestabilnością ludności kraju, ale realnie nie udało się ani przywrócić egipskich wpływów w Palestynie ani w Libii, natomiast pozycja Egiptu w Nubii była wielce dyskusyjna i też utrzymywana tylko na zasadzie dobrych chęci tamtejszych namiestników. Rabunki królewskich grobów nie ustały a wręcz ich skala się zwiększyła. Natomiast nieoczekiwanie zaczęły rosnąć wpływy libijskie w samym Egipcie.


EGIPSKA TWIERDZA BUCHEN W NUBII



Było to dość nieoczekiwane, ponieważ Libijczycy uważani byli przez Egipcjan za nomadów i lud dzikich barbarzyńców, nadających się jedynie do walki jako najemnicy lub rabusie. Wiele się jednak zmieniło w kraju libijskim od czasu, gdy osiedlił się tam lud północy - zwany Meszwesz. Ok. 1090 r. p.n.e. na dworze Ramzesa XI w Pi-Ramzes zjawił się człowiek o korzeniach libijskich, a raczej nie tyle libijskich, ile właśnie pochodzący z ludu Meszwesz - dawnych najeźdźców egipskiej Delty. Miał na imię Herhor i zdobył sobie ogromny wpływ na króla. Gdy więc wkrótce potem Ramzesnacht II zmarł w Tebach, to właśnie Herhor został ogłoszony jego następcą i kolejnym arcykapłanem Amona-Re. Ok. 1088 r. p.n.e. ogłosił on początek nowej ery Egiptu - ery Odrodzenia (Uhem-Mesut). Od tej pory było trzech najpotężniejszych ludzi w Egipcie. Pierwszym był oczywiście faraon Ramzes XI który tylko panował lecz nie rządził. Drugim był wielki wezyr Dolnego Egiptu - Smendes. Trzecim zaś właśnie Herhor - arcykapłan Amona-Re i jednocześnie wezyr Górnego Egiptu oraz dowódca tamtejszej armii i namiestnik Nubii (powierzenie tak wielkiej władzy jednemu człowiekowi spowodowało że Nubia zbuntowała się i odłączyła od Egiptu, a tamtejszy egipski namiestnik - Nehesy stał się lokalnym królem). Taki układ utrzymywał się do końca panowania Ramzesa XI który był ostatnim władcą XX Dynastii (co prawda Bolesław Prus w swojej powieści faraon z 1895 r. dodał jeszcze dwóch fikcyjnych władców: Ramzesa XII i głównego bohatera swojej opowieści Ramzesa XIII, który miał właśnie toczyć walkę z Herhorem i drugim kapłanem Mefresem, ostatecznie zakończoną klęską władcy i jego śmiercią). Ramzes XI zmarł ok. 1077 r. p.n.e., wówczas to zarówno Smendes w Delcie (który zaraz rozpoczął rozbiórkę Pi-Ramzes, a budulec z tego miasta wykorzystał pod budowę nowego ośrodka - Tanis) jak i Herhor w Górnym Egipcie przejęli pełnię władzy, a oba kraje realnie stały się niezależne od siebie. Tak oto zaczęła się nowa dynastia a Libijczycy zdobywali coraz większe wpływy i znaczenie w samym Egipcie. Natomiast rządy Herhora w Górnym Egipcie były dopiero wstępem do przejęcia władzy nad całym krajem przez wodzów libijskiego plemienia Meszwesz, "bladolicych władców o niebieskich oczach" jak ich określają egipskie teksty (czyli jak wiadomo typowych Libijczyków 🤭😉).


ROZMOWA KAPŁANA PENTUERA Z ARCYKAPŁANEM HERHOREM
(3:20)



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...