WYŚWIETLENIA

30 kwietnia 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLVIII

II IMPERIUM ATLANTYDY 

Cz. II





ATLANTYDA A RESZTA ŚWIATA
STOSUNKI POLITYCZNE W LATACH
50 000 r. p.n.e. - 25 000 r. p.n.e.






I
ARANKA
"KRAJ DWÓCH CIEŚNIN"
(czyli PRZED-STAROŻYTNY EGIPT)


Egipt, nim jeszcze stał się tym Egiptem, który znamy z książek do historii - krajem piramid, faraonów, życiodajnego Nilu i jednej z najstarszych (historycznie rzecz pojmując) ludzkich cywilizacji - był jedną z kolonii I Imperium Atlantydy. Pierwotna ludność, która zamieszkiwała rejony dzisiejszego Egiptu, pochodziła od najwcześniejszych (Czarnoskórych) kolonistów z planety Bakaratini. Po secesji religijnej (którą opisałem w jednym z poprzednich tematów, mówiących o cywilizacji hyperboreańskiej, złożonej z dwóch ras - czarnej i żółtej), społeczeństwo "egipskich" Bakaratinian nie stało na zbyt dużym poziomie rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Oczywiście upadek kapłanów i zmiana systemu politycznego poprawiły położenie tamtejszej ciemnoskórej ludności, lecz katastrofa z 1 320 000 lat temu, rozpoczynająca III Wielką Wojnę Galaktyczną - zniszczyła całą cywilizację i wszelkie posiadłości Hyperborean z Bakaratini. Przetrwały nieliczne grupki ludności, które znacznie cofnęły się na swej drodze rozwoju. Miasta i wszelkie wcześniejsze osiedla ludzkie zostały kompletnie zniszczone - pozostali przy życiu zamieszkali więc w jaskiniach, szałasach i prowizorycznych lepiankach. Ich życie cechowała codzienna walka o ogień, wodę, strawę i przetrwanie. Stali się ludem na wskroś barbarzyńskim.

Do takiej to ziemi (ok. 67 000 r. p.n.e.) dotarli pierwsi Czerwonoskórzy Toltekowie z Atlantydy. Bardzo szybko podporządkowali sobie też lokalną barbarzyńską ludność (której co prawda nie zamieniono w niewolników, ale i tak traktowano ich jako ludność podległą). Atlanci założyli na tych terenach swoją prowincję, której nadali nazwę - ARANKA, co znaczyło "Kraj Dwóch Cieśnin". Dlaczego dzisiejszy Egipt nazwano "krajem dwóch cieśnin?" Dlatego że ówczesne ukształtowanie terenu znacznie różniło się od dzisiejszego - przede wszystkim istniało już Morze Czerwone i rejon półwyspu Synaj od strony wschodniej. Na zachodzie zaś nie istniała wówczas Sahara, nie było pustyni, piasków, nie było nawet późniejszych lasów tropikalnych i ogromnych jezior, z których największym było dzisiejsze jezioro Czad (ok. 4000 r. p.n.e. Jezioro Czad było czterdziestokrotnie większe niż jest dziś). Na zachodzie, w czasach ekspansji Tolteków z Atlantydy - istniało ogromne morze. Zaczynało się ono już na zachód od oazy Fajum i ciągnęło przez cały Sudan do Etiopii. Oazy Bahariya i Farafra nie istniały. Cała środkowo-zachodnia Afryka była jednym wielkim morzem, którego wody wpadały do Oceanu Atlantyckiego. Jedynie na północy, w rejonie dzisiejszej zachodniej Libii, Tunezji, Algierii i Maroka - istniał pas ziemi, który dziś stanowi północną granicę kontynentu afrykańskiego. Ziemię egipską i ten "libijsko-marokański pas" łączyła w rejonie dzisiejszego miasta Buto i oazy Wadi Natrun - cieśnina. Stąd nazwa kraju.




Koloniści z Atlantydy stworzyli prowincję, której południowa granica kończyła się w rejonie późniejszych miast - Memfis, Sakkary oraz oazy Fajum. Był to tzw.: Dolny Egipt, który wówczas nie nosił jeszcze tej nazwy (kraj zwano Aranka). Channelingi mówią że założono też na terenie tej prowincji miasto-stolicę, późniejsze Sais (tę nazwę otrzyma dopiero po 16 000 r. p.n.e.). Krajem władali mianowani z Atlantydy - rządcy. Do takiego to kraju przybył ok. 50 712 r. p.n.e. (czyli po upadku ostatniej tolteckiej twierdzy na atlantyckim wybrzeżu w Bel-Ra), ostatni król Atlantydy pochodzący od Czerwonoskórych kolonistów z MU - Axtell.


PIERWSZA ATLANTYCKA KOLONIZACJA EGIPTU
KRÓL AXTELL i NOWA WIARA 
("JEDNO PRAWO")




Pomimo opanowania Egiptu przez Atlantów, nie rozpoczęto tolteckiej kolonizacji tej ziemi. Była ona jedynie prowincją, mającą dostarczać metropolii bogactw, oraz stanowić rejon "zsyłki" zbyt ambitnych braci i synów panujących na Atlantydzie władców, tak, aby mogli wykazać się swymi osiągnięciami jako rządcy prowincji. Z chwilą przybycia do Egiptu króla Axtella i innych ocalałych z pogromu w Bel-Ra - Tolteków, "Krajem Dwóch Cieśnin" zarządzał jego brat - Ibex. Jak już pisałem w jednej z wcześniejszych części, nie był on zadowolony tym faktem i wkrótce doprowadził do buntu Czarnoskórej ludności przeciwko Czerwonoskórym panom. Bunt zakończyło wzajemne porozumienie, którego spoiwem był ślub Axtella (pierwszego króla Aranki) z córką Ibexa. Pierwszym krokiem jaki podjął nowy król, była implementacja religijnych zasad "Jednego Prawa" na egipskiej ziemi. Nie było to wcale trudne, zważywszy że najwyższą kapłanką mianował on kobietę o imieniu ILAX. W czasie powstania udowodniła ona że nie zamierza dzielić ludności kraju na Czerwonoskórych władców i całą resztę, drzwi jej świątyni były otwarte dla wszystkich potrzebujących pomocy i schronienia. To spowodowało że nowa religia dość szybko rozprzestrzeniła się w "egipskim" Czarnoskórym społeczeństwie. 

Edgar Cayce (w swej sesji nr. 378 czytanie - 13), tak to opisuje: "A w tych dniach było wprowadzenie kapłana na egipskiej ziemi i religia Poseidii nie zginęła, spotykając się tam z akceptacją i zrozumieniem bożych zasad "Jednego Prawa". Cayce mówi również (w tej samej sesji), że w czasie swej intronizacji Axtell był młodym królem, nie podaje jednak jego wieku ("młody" Atlant w tamtych czasach mógł spokojnie mieć 300 - 400 lat). Axtell rozesłał też wieści o powstaniu nowego państwa do innych krajów i imperiów (np. Ujghur), oraz propozycję sojuszów i współpracy politycznej. Jednak stosunki z Atlantydą - rządzoną już wówczas przez patriarchów z zakonu "Synów Beliala" - nie były łatwe, to jednak pomiędzy tymi krajami trwał pokój. Gdy na Atlantydzie wybuchło wielkie powstanie niewolników (ok. 47 000 r. p.n.e.) pod wodzą Lyssara, rządzący wówczas Egiptem król SANEID (wnuk Axtella) próbował przyjść powstańcom z pomocą (miał dotrzeć ze swą armią w rejon dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii), jednak nie odważył się przepłynąć Oceanu Atlantyckiego i zaatakować Atlantydy (być może miał na to zbyt małe siły), zawrócił więc z powrotem do Egiptu (była to ostatnia próba odzyskania wpływów dawnych Czerwonoskórych mieszkańców Atlantydy na ich wyspie). Po powrocie wzniósł (prawdopodobnie w Sais) nową świątynię, którą nazwał "Świątynią Ofiarności". Była ona prawdziwym dziedzictwem pamięci, przypominającym Czerwonoskórym Egipcjanom o dawnych latach ich rządów nad Atlantydą.


 
II
OHUM
PIERWSZE "INDIAŃSKIE" PAŃSTWO 
NA TERENACH AMERYKI PÓŁNOCNEJ




Kolonizacja Ameryki Północnej przez Czerwonoskórych Aremonian z kontynentu MU, rozpoczęła się wcześniej, niż opanowanie przez nich Atlantydy (choć też miało to miejsce ok. 70 000 r. p.n.e.). Pierwsze kolonie zaczęły powstawać na Wyżynie Meksykańskiej i pełniły trochę rolę strategicznego "łącznika" pomiędzy Wyspą-Matką (MU) a Atlantydą. Przez długi czas koloniści przybyli z MU do Ameryki, nie wykształcili swojej własnej kultury ani cywilizacji - przenieśli po prostu dawne rozwiązania, wyniesione z rodzimej Wyspy na nowy kontynent. Nie była to jednak bezpieczna ziemia. Kolonie Czerwonoskórych Tolteków i Tlawatlów były okresowo i cyklicznie niszczone przez katastrofalne powodzie i potężne tornada, występujące wówczas na tych terenach. Należy też dodać, że ówczesne ukształtowanie terenu nie odpowiadało dzisiejszemu. O ile bowiem dziś Wyżyna Meksykańska znajduje się na wysokości 2 100 metrów nad poziomem morza i otoczona jest ze wszystkich stron wysokimi górami, o tyle w (bardzo) odległej starożytności tereny te były w większości równinne. 

Jednym z pierwszych państw tolteckich na terenach Ameryki Północnej, było księstwo OHUM. Nie było to jednak państwo niepodległe, a po prostu jedna z kolonii Wyspy-Matki, zarządzana przez książąt, wysyłanych tutaj w charakterze namiestników prowincji. O państwie Ohum prawie nie ma żadnych większych informacji, wiadomo jedynie że chroniąc się przed powodziami i tornadami, otaczali swe miasto wielkimi murami. Powstał tam również ogromny kopiec ziemny, który symbolizował Czerwoną rasę, zasiedlającą te tereny. Tak naprawdę przed 27 000 r. p.n.e. praktycznie nie istnieją żadne dokładniejsze informacje o kolonizacji Ameryki Północnej, dopiero po tym roku zaczyna się tam prawdziwy "ruch". Rozpoczyna się nowa migracja Czerwonoskórych, która nabierze tempa od. ok. 16 000 r. p.n.e. Kolonia Ohum została zniszczona - tak jak jej poprzedniczki na tych terenach - w czasie katastrofalnej powodzi, nadchodzącej z Oceanu Spokojnego ok. 40 000 r. p.n.e, po ponad 400 latach istnienia (co biorąc pod uwagę dość krótki okres trwania tamtejszych "tolteckich" cywilizacji - było naprawdę długim okresem czasu). Potem (po 27 000 r. p.n.e.) powstaną kolejne "indiańskie" państwa na kontynencie amerykańskim, takie jak - OM (na terenach Jukatanu), czy krótkotrwała cywilizacja MUIR (tereny dzisiejszej Arizony i Nevady).


"DAMA z ELCHE"
IBERYJSKA RZEŹBA PRZEDSTAWIAJĄCA MŁODĄ, BOGATĄ KOBIETĘ 
(STAROŻYTNA HISZPANIA).
CO CIEKAWE, ZARÓWNO STRÓJ JAK I SPOSÓB UCZESANIA WŁOSÓW PODOBNY JEST DO TEGO, JAKI STOSOWAŁY NIEZAMĘŻNE KOBIETY Z PLEMIENIA "HOPI" Z TERENÓW DZISIEJSZEJ ARIZONY.
POZA TYM U STÓP RZEŹBY ZNAJDUJE SIĘ SYMBOL SOLARNY "JEDNEGO PRAWA" - RELIGII CZERWONOSKÓRYCH TOLTEKÓW Z ATLANTYDY, A PRZECIEŻ TA RZEŹBA POWSTAŁA w IV wieku p.n.e. w HISZPAŃSKIM KRÓLESTWIE TARTEZJÓW



DZIEWCZYNA Z PLEMIENIA "HOPI"
XIX wiek




PS: W KOLEJNEJ CZĘŚCI POWSTANIE MONARCHII II IMPERIUM ATLANTYDY, TORVALL - PIERWSZY KRÓL I HISTORIA ZŁOTEGO WIEKU ATLANTYDY


CDN.

29 kwietnia 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. XIII

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 - (48)
RZECZPOSPOLITA
Cz. IV





"PEWNE, ŻE BÓG SAM KRÓLUJE W NIEBIE,
MY, WŁADYSŁAWIE KRÓLEWICZE, CIEBIE
BOGIEM MIEĆ BĘDZIEM, KIEDY DO KORONY
PRZYŁĄCZYSZ MOSKWĘ I SEPTEMTRYJONY
(SZWECJĘ)

SEBASTIAN PETRYCY
"HORATIUS FLACCUS W TRUDACH WIĘZIENIA MOSKIEWSKIEGO"
1610 r. 



 Wszystko układało się po myśli króla Władysława i wydawało się że plany wojny przeciwko Turkom i Tatarom już wkrótce się urzeczywistnią. Sprzyjały temu zarówno zewnętrzne jak i wewnętrzne okoliczności, jak choćby wielkie zwycięstwo pod Ochmatowem ze stycznia 1644 r. hetmana Stanisława Koniecpolskiego i rozbicie ordy tatarskiej Tuhaj-Beja. Śmierć papieża Urbana VIII (29 lipca 1644 r.), który był niechętny wojnie z Osmanami i wolał zajmować się walkami o dominację włoskich państewek w Italii, oraz wybór nowego papieża - Innocentego X (15 września), bardziej skorego do zawiązania sojuszu anty-osmańskiego. Sukcesy w negocjacjach z Persami (choć wysłany dwukrotnie do Isfahanu Teofil Szemberg został zamordowany w drodze powrotnej jeszcze w Dagestanie w początkach 1640 r. przez miejscowych "Lezginów". Szach Persji - Safi I w tym samym 1640 r. wyprawił się na Lezginów, pobił ich i wydobył ciało Szemberga, chowając je na terenie należącego do polskiej misji - katolickiego kościoła w Isfahanie.), szczególnie od 1644 r. Władysław sądził że teraz na pewno nic już nie może stanąć mu na drodze w jego wojennych planach podboju Krymu, wyzwolenia Bałkanów i zajęcia Konstantynopola, wszystko jak na razie układało się po jego myśli. Na horyzoncie już szykował się poważny konflikt militarny Turcji z Wenecją i choć jeszcze do niego nie doszło otwarcie, obie strony przygotowywały się do nieuniknionej konfrontacji. W głowie króla Władysława powstał wówczas plan uderzenia na Turków od strony Bałkanów, tak, aby wzięci w dwa ognie nie mieli realnej szansy na jakąkolwiek obronę.

Tymczasem 13 lutego 1645 r. do Warszawy zwołany został Sejm, na którym (m.in.) radzono nad ewentualną wojną z Turkami i Tatarami. Szlachta zgodziła się jedynie na "Potrzebę stanowczej rozprawy z Tatarami, jako warunku spokoju i ładu na południowo-wschodnich granicach Rzeczypospolitej". Król jednak przekonywał że jakakolwiek rozprawa orężna z Tatarami, spowoduje natychmiastową kontrakcję Porty Osmańskiej, dlatego też należy radzić nad planami wojny zarówno przeciw chanowi jak i sułtanowi Ibrahimowi. Na tę propozycję zdecydowanie odpowiedziała szlachta, która wystąpiła z zarzutami co do komisji granicznej pod przewodnictwem Jędrzeja Szołdrskiego - biskupa poznańskiego, wysłanej w roku ubiegłym do Trubecka, mającej przygotować to miasto na oddanie Moskwie, w celu zyskania jej poparcia dla wojny przeciw Osmanom i Tatarom. Zdecydowany sprzeciw przedstawicieli Trubecka, którzy przybyli na Sejm (choć miasto w ogromnej większości zasiedlali prawosławni, posługujący się też głównie mową ruską), zapowiedzieli że podejmą walkę w obronie swego miasta, gdyby król zdecydował się: "sprzedać nas Moskwicinom". Szlachta wsparła przedstawicieli Trubecka i zapowiedziała że o żadnej korekcie granicznej z Moskwą nie ma mowy. Sejm zakończył się 27 marca odmową przekazania Moskwie Trubecka oraz odmową wobec królewskich planów wojny z Turcją i Tatarami. W tym momencie w królewskich planach zaświtała inna myśl, która spokojnie pozwoliłaby obejść zgodę szlachty na tę wyprawę wojenną. Otóż króla liczył na to, że wkrótce ruszy kolejny rabunkowy najazd tatarski na południowo-wschodnie kresy Rzeczypospolitej, wówczas... można było bardzo łatwo przejść od obrony do ataku. Po prostu można było gonić Ordę aż do granic Chanatu, przekroczyć ją i teraz już bez przeszkód iść na Bakczysaraj, doprowadzając do upadku Krymu. Szlachta nie mogłaby się sprzeciwić, gdyż (przynajmniej teoretycznie) wciąż byłby to element wojny obronnej, podczas której to król był najwyższym wodzem. I tak właśnie monarcha zamierzał postąpić.


KRÓL WŁADYSŁAW IV
(Na początku lat 30-tych XVII wieku, potem nieco mu się przytyło 🥴)



Tymczasem król rozpoczął rokowania z cesarzem Ferdynandem III Habsburgiem (bratem jego zmarłej niedawno żony - Cecylii Renaty - która zmarła 24 marca 1644 r.) o stałą ojcowiznę dla swego syna - Zygmunta Kazimierza (tron w Rzeczypospolitej nie był dziedziczny a obieralny). W zamian za 600 000 złotych reńskich, otrzymywał od cesarza na 50 lat księstwo raciborsko-opolskie na Śląsku (30 maja 1645 r.). Teraz celem króla (oprócz doprowadzenia do wojny z Osmanami) stało się przejęcie mediacji nad toczącą się w Europie od 1618 r. czyli już wówczas prawie 30 lat - Wojną Trzydziestoletnią. Władysław obmyślił sobie, że jeśli zostanie mediatorem w tym konflikcie i doprowadzi do zgody wszystkie strony biorące w nim udział (tak katolików jak i protestantów), zyska sławę i poważanie, a przede wszystkim uwolni siły chrześcijańskie od wyniszczającego się wzajemnego konfliktu i skieruje je przeciwko muzułmanom z Imperium Osmańskiego. Francja wsparła pomysł Władysława i poddała się jego mediacji (kardynał Mazzarini w swych listach wychwalał cnoty Władysława i deklarował swoje poparcie dla królewskich planów), ale inne kraje były przeciwne. W czerwcu 1645 r. wybuchła z całą siłą wojna wenecko-turecka, a Turcy wysadzili desant na Krecie i oblegli tamtejszą wenecką twierdzę - Kandię. Król uznał że oto nadszedł właściwy czas i postanowił przyspieszyć swoje starania o pozyskanie poparcia dla swych planów wojennych w Europie. Pragnął stać się mediatorem pomiędzy katolikami i protestantami i aby udowodnić swoją wolę, postanowił zorganizować kongres religijny pod nazwą Colloquium Charitativum ("Rozmowa Przyjacielska") w Toruniu - 29 sierpnia 1645 r. Zaproszeni zostali katolicy i protestanci różnych wyznań w celu podjęcia wspólnej debaty na tematy teologiczne (jedynej takiej wówczas w całej Europie, gdzie wyznawcy różnych odłamów chrześcijaństwa wzajemnie się mordowali i palili sobie kościoły oraz zbory, ale nie podjęli się wspólnej debaty która doprowadziłaby zwarcia pokoju). 


WOJNA TRZYDZIESTOLETNIA
(1618 - 1648)



"Rozmowa Przyjacielska" stała się sławna w całej ówczesnej Europie i choć wielu obstawało przy "czystości swojej doktryny", przybyli do Torunia aby wzajemnie, po przyjacielsku, w gronie wyznawców Jezusa Chrystusa podebatować. Katolicy (Rzym) wybrał na swego głównego reprezentanta biskupa żmudzkiego Tyszkiewicza, bracia czescy na synodzie w Lesznie wybrali sobie Goldensterna - starostę sztumskiego, kalwiniści zaś na synodzie w Chmielniku i potem w Orli - Gorajskiego - kasztelana chełmskiego, bracia polscy zaś mistrza Kaliksta z Helmstatu. Luteran reprezentował profesor Jan Hulsemann z Wittenbergi, cieszący się wielkim autorytetem wśród swych współwyznawców i stojący twardo na gruncie "czystości doktryny". Każdy reprezentant miał przy sobie spore grono teologów (collocatores). Tyszkiewicz miał łącznie 24 zakonników i profesorów Akademii Krakowskiej, odłamy protestanckie miały po 23 uczonych z całej Europy każda. Rozmowy od początku były trudne, bowiem każda ze stron starała się przekonać drugich do swojej racji, jednocześnie samemu stając na gruncie czystości własnej doktryny. Katolicy nawet wysłali specjalny list do papieża, w którym twierdzili że Colloquium Charitativum zostało zorganizowane tylko po to, aby... umożliwić przyjście na łono Kościoła zbłąkanym heretykom. Bracia czescy namawiali luteran, aby wspólny z nimi utworzyli front przeciwko wspólnemu wrogowi, czyli "papistom". Luteranie modlili się zaś o tych, którzy "splugawili Kościół Święty" i odmówili wspólnego błogosławieństwa na otwarcie obrad z katolikami. Przez pierwsze dni w zasadzie rozmawiano tylko na tematy proceduralne (król nakazał aby wszystkie mowy i modlitwy były drukowane, zobowiązując do tego Radę Miasta Torunia), prawdziwa debata rozpoczęła się dopiero 7 września.

Najpierw radzono nad katolickim wyznaniem wiary (rozdane zgromadzonym 1 września). 1 września swoje wyznanie wiary wręczyli również kalwiniści, luteranie uczynili to 7 i 9 września. Do pierwszego, dużego zgrzytu doszło 16 września, gdy przewodniczący obrad Jerzy Ossoliński, odmówił wciągnięcia kalwińskiego wyznania wiary do oficjalnego tekstu protokołu, ponieważ katolicy dopatrzyli się tam obrazy własnego Kościoła. Po raz kolejny doszło do sporu 22 września, gdy katolicy odmówili odczytania luterańskiego wyznania wiary, ponieważ znalazło się tam określenie "Antychryst" w odniesieniu do papieża, Ossoliński i wówczas im przyznał rację. Pewne odprężenie nastąpiło dopiero 25 września, gdy król zmienił przewodniczącego obrad i tak kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego (tego, który dokonał sławnego wjazdu do Rzymu w 1633 r. podczas którego m.in.: konie gubiły złote podkowy, a Rzymianie mieli sposobność ujrzeć prawdziwych jeńców tureckich jadących na wielbłądach) zastąpił kasztelan gnieźnieński - Jan Leszczyński. Zmiana podyktowana była kwestiami politycznymi, oto bowiem do Warszawy przybył wenecki poseł Giovanni Tiepolo, z którym król podjął rozmowy nad zawarciem ewentualnego układu anty-osmańskiego. Ale do gorączkowych sporów wrócono z początkiem października (doszło nawet do oskarżeń o podburzanie poddanych króla), dlatego też 7 października Leszczyński zawiesił obrady. Wznowiono je ponownie 10 października. Wówczas to jezuita Grzegorz Szónhof zaproponował aby zajmowano się jedynie ustaleniem jakie prawdy dzielą poszczególne wyznania, a jakie są im wspólne (chodziło o to, aby uniknąć wzajemnego obrażania uczuć religijnych każdej ze stron). Ta propozycja stała się powodem kolejnych oskarżeń o stronniczość i o zwalenie winy za ewentualne niepowodzenie obrad na protestantów (Szónhof teraz mógł bowiem w dowolnym momencie rozwiązać obrady, deklarując że np. strona protestancka ponosi winę za ich zerwanie).




17 października znów przerwano obrady. Wówczas to udali się do króla przedstawiciele protestantów - Zygmunt Guldenstern i Adam Rey z oficjalną skargą na Szónhofa i domaganiem się zmiany rezolucji z 10 października. Król nakazał im aby usunęli ze swoich deklaracji wszystkie sformułowania, które obrażają katolików i aby przestrzegali instrukcji obrad. Debata została wznowiona 24 października, ale nie poprawiło to atmosfery obrad. Rozmowy zostały zawieszone po raz trzeci 10 listopada (wraz z wyjazdem Jana Leszczyńskiego). W ciągu tych siedmiu dni, jakie upłynęły przed kolejnym wznowieniem obrad, trwały potajemne układy, mające stworzyć sojusz antykatolicki wśród protestantów (luteranie namawiali do tego kalwinistów, ale akurat kalwiniści weszli w układy z katolikami, więc do protestanckiego sojuszu nie doszło). 18 listopada, gdy wznowiono debatę, Jan Leszczyński poinformował zebranych że jeśli protestanci nie przyjmą katolickich postulatów, to katolicy nie będą dalej uczestniczyć w rozmowach, gdyż oni tylko wypełniają królewskie polecenie przestrzegania instrukcji obrad i cała wina za niepowodzenie spadnie na protestantów. W kolejnych dniach atmosfera się nieco uspokoiła, ale gdy 21 listopada luteranie ostro zaatakowali katolików, oskarżając ich o złamanie procedury obrad, Leszczyński rozwiązał zgromadzenie. Tak oto "Rozmowa Przyjacielska" zakończyła się bez większych efektów. Jednak już samo zorganizowanie owej debaty pomiędzy skłóconymi stronami wspólnej religii Chrystusowej, było czymś niebagatelnym i niespotykanym w ówczesnej Europie. Była to bowiem jedyna wówczas możliwość swobodnego prezentowania swych racji na gruncie teologii oraz prawa, a nie mordu i zniszczenia, jaki wówczas zapanował w krajach Europy Zachodniej.




A tymczasem w Paryżu (po długiej przerwie, jaką było skupienie się na Imperium Osmańskim, wracam do opowieści z IV części tej serii), Maria Ludwika (która będąc tam jeszcze zmieniła imię na Ludwika Maria, gdyż w Polsce używanie imienia Matki Boskiej było niedopuszczalne) 27 listopada wsiadła do swojej karocy (żegnana przez siedmioletniego króla Francji - Ludwika XIV) i pod ochroną straży poselskiej wyruszyła w długą (trwającą ponad trzy miesiące) drogę do swego nowego królestwa, o którym nie miała zielonego pojęcia. W jej głowie pojawiały się zapewne obrazy dziwnych, barbarzyńskich ludów, bo przecież cóż mogła wiedzieć na temat Polski? Droga była długa, uciążliwa, nieprzyjemna, Ludwika Maria z przerażeniem spoglądała w lusterko, widząc jak bardzo blednie jej skóra, jak się marszczy, a ona nie może nic z tym zrobić. Do tego dochodziło zmęczenie i trudy długiej podróży. Równie wycieńczone były jej dwórki, które zabrała ze sobą z Francji. Kobiety cierpiały trzymiesięczne trudy podróży, gdzie wszystko wokoło powodowało kolejne utrudnienia (np. wypróżnianie się i konieczność zorganizowania przez ową eskortę osłony dla owych pań przed wścibskimi oczyma, poza tym czasem trzeba było też się umyć i tutaj również należało osłonić owe niewiasty przed niepożądanymi oczyma. Kobiety w podróży miały zresztą znacznie gorzej niż mężczyźni, a poza tym te długie suknie też nie sprawiały że czuły się one komfortowo). Mimo to nie czyniono większych postojów, gdyż czym prędzej starano się dowieźć do celu przyszłą królową (było to również serdeczne pragnienie samej Ludwiki Marii). A tymczasem 5 stycznia 1646 r. król Władysław przedstawił swój plan (oczekiwania na tatarski atak, by idąc za ciosem wkroczyć do Chanatu) w Senacie. Nie spodobało się to senatorom. Król jednak się tym nie zraził, postanowił że i tak zrealizuje swój plan, czy to się komuś podoba, czy nie. Już 10 stycznia 1646 r. zawezwał do Warszawy hetmana wielkiego koronnego - Stanisława Koniecpolskiego i zwierzył mu się ze swoich planów. Hetman poparł króla, aczkolwiek uważał że należałoby przede wszystkim skierować główne siły przeciw Tatarom, tak, aby definitywnie zlikwidować Chanat. Co do wojny z Osmanami to był po temu sceptyczny.




13 stycznia podpisano tajny układ z Wenecją, na mocy którego Rzeczpospolita miała wejść do wojny z Portą Osmańską, a zamian Wenecja miała zapłacić w ciągu dwóch lat 500 000 talarów na zaciągi wojskowe. Rozpoczęły się teraz wielkie przygotowania do wojny. Oczywiście wszystko miało pozostać oficjalnie tajne, do czasu, aż wojsko nie będzie gotowe do wymarszu, jednak ciężko było całkowicie ukryć owe plany. Teraz zbierano pieniądze i mobilizowano wojsko, co nie mogło pozostać niezauważone przez szlachtę, która reagowała alergicznie na każde propozycje wojny z Osmanami i mówiła: "Gdy wszędzie wrzą marsowe burze, u nas z łaski Najwyższego jest cichusieńko". Król jednak nie próżnował i choć miał już pięćdziesiąt lat, zachowywał się niczym młodzian, tak wizja wojny z Turkami napawała go energią. Uzupełnił bronią arsenały w Krakowie, Warszawie, Lwowie, Barze, Pucku i Malborku (w samej zbrojowni warszawskiej ulano 80 nowych armat). Pałac Ujazdowski w Warszawie zamienił w prawdziwy obóz wojskowy, otoczony namiotami i zapełniony wojskiem, gdzie miała być kwatera główna. Rozpoczął też werbowanie żołnierza w Niemczech, dzięki czemu do połowy 1646 r. miał już 4000 żołnierzy kwarcianych na samej granicy, 600 muszkieterów w twierdzy Kudak, kilkuset dragonów, kilkanaście tysięcy piechoty oraz 1200 niemieckich gwardzistów, którymi dowodził oboźny litewski - Osiński. Natomiast hetman Koniecpolski organizował strategię i propagandę przyszłej wojny. To on opracował: "Dyskurs o zniesieniu Tatarów" i plany wojny z Chanatem oraz Portą Osmańską. W tym celu wysłał na rekonesans do Krymu swego inżyniera, który miał dokładnie zbadać najsłabsze i najmocniejsze punkty oporu Tatarów na obszarze Morza Czarnego. 


W POWIEŚCI HENRYKA SIENKIEWICZA "OGNIEM I MIECZEM" OPOWIADAJĄCYM O WYBUCHU POWSTANIA CHMIELNICKIEGO W ROKU 1648,
TAKIM WYSŁANNIKIEM KTÓRY UDAĆ SIĘ MIAŁ NA KRYM,
 BYŁ JAN SKRZETUSKI



Koniecpolski podchodził do tego zadania bardzo poważnie, ale akurat pech chciał że miał na głowie i inne ważne sprawy, a mianowicie przygotowania do trzeciego już swojego małżeństwa z młodszą od siebie o ponad 30 lat - Zofią Opalińską. Po ślubie (16 stycznia 1646 r.) tak bardzo hetman Koniecpolski chciał dogodzić swej młodej żonie w łóżku, że kazał przygotowywać dla siebie różne mikstury na pobudzenie "męskiej mocy", które w konsekwencji... doprowadziły go do śmierci (11 marca 1646 r.). Ponoć na wieść o śmierci Koniecpolskiego hospodar mołdawski Bazyli Lupu miał rzec: "Wy, Polacy, nie wiecie jeszcze coście stracili, ale nie miną dwa, a najdalej trzy lata, kiedy nie tylko wy, ale i całe chrześcijaństwo żałować będzie straty tak wielkiego senatora i hetmana". Rzeczywiście, hetman Stanisław Koniecpolski był ostatnim hetmanem Złotego Wieku Rzeczypospolitej. Od Stefana Czarnieckiego zaczynają się bowiem hetmani Srebrnego Wieku. A tymczasem królowa Ludwika Maria przekroczyła granicę pomorsko-polską i z początkiem lutego 1646 r. wjechała do Gdańska. Królowa była wyczerpana długą podróżą, co odbiło się na jej urodzie. Nie mogła też patrzyć na siebie w lustrze i wciąż dopytywała się (jak zanotował w swych "Pamiętnikach" oczarowany jej osobą i eskortujący ją w podróży - Albrecht Radziwiłł): "czy spodoba się królowi". Pod Gdańskiem oczekiwał już na nią osobiście biskup wrocławski i płocki - Karol Ferdynand Waza (młodszy brat króla Władysława IV), który jako pierwszy powitał Ludwikę Marię jako królową. Gdy korowód wjechał do miasta, cały lud i magistrat miejski wylegli aby powitać swoją nową monarchinię. Urządzono wspaniałe "komedyje" (przedstawienia teatralne, opery), aż sama królowa miała rzec, iż (jak twierdził w "Pamiętnikach" Albrecht Radziwiłł): "Nic podziwienia godniejszego nie widziała". Królowa w Gdańsku odpoczęła i zrelaksowała się, popracowano też nad jej urodą. Dla jej przyjemności wystawiano sztuki warte kilkadziesiąt tysięcy talarów (jak choćby "Kupidyn z Psychą" Puccitelliego, za którą dwór królewski zapłacił aż 100 000 talarów). Królowej przygrywali najlepsi muzycy z samym mistrzem Sachim na czele. Po jednym z takich oper, królowa wręczyła pewnemu gdańskiemu rajcy swój pierścień jako podarek. Ten pierścień potem był przechowywany w rodzinie owego rajcy, aż do początku XX wieku. Gdy 10 lutego 1920 r. w Pucku Wojsko Polskie ponownie oficjalnie przejęło Pomorze Gdańskie z zaboru prusko-niemieckiego, gen. Józef Haller (wywodzący się ze spolonizowanej odnogi rodu von Hallenburgów), miał właśnie ów pierścień wrzucić w fale morskie Bałtyku, jako symbol zaślubin Polski z morzem. 


"ZAŚLUBIAM CIĘ NA PAMIĄTKĘ WIECZYSTEGO NASZEGO PANOWANIA"



Zorganizowano również dla królowej balet, którego głównym motywem był taniec dwóch orłów - białego i czarnego (wyobrażających herby króla i królowej). Wreszcie zorganizowano zabawę dla ludu, polegającą na ustawieniu wysokiego masztu (wysmarowanego tłuszczem), na którego szczycie zawieszono nagrodę. Wielu Gdańszczan próbowało tedy swych sił, wspinając się po maszcie na szczyt dla radości królowej. Dodatkową atrakcją był jeszcze sztuczny gmach cały z ognia. Wreszcie w początkach marca 1646 r. na czele pochodu Ludwika Maria wyjechała z Gdańska, kierując się ku Warszawie. Zatrzymała się jeszcze w wiejskiej posiadłości króla w Falentach pod Warszawą, gdzie przyjął ją i przywitał pięcioletni syn króla Władysława - królewicz Zygmunt Kazimierz. Królowa po raz pierwszy ujrzała króla Władysława dopiero 10 marca, w dniu swego ślubu, ale... nie przypadła mu do gustu. Jego oczom bowiem miast pięknej Francuzki (której portret wcześniej widział), ukazała się zziębnięta, zmęczona niewygodną podróżą w karocy, 34-letnia (czyli już podstarzała) kobieta. Jej cera była zszarzała po długiej podróży, ale przecież król też nie był już młodzieniaszkiem. Miał 50 lat, był już otyły i niedawno przeszedł poważny atak podagry, który unieruchomił go w łożu na dwa miesiące (styczeń-marzec 1646 r.). Mimo tych niedogodności, monarcha podał Ludwice Marii dłoń i zaprowadził do kolegiaty św. Jana Chrzciciela, gdzie odbyły się zaślubiny. Król był jednak wyraźnie niezadowolony z urody swojej nowej małżonki, miał nawet rzec do swych doradców iż: "Nie taką w królowej Jej Mości gładkość widział, jaką mu obiecywano", a gdy podczas zaślubin królowa upadła Władysławowi do stóp, ten nie raczył wykonać żadnego gestu. Ta oziębłość będzie zmorą pierwszych tygodni Ludwiki Marii jako królewskiej małżonki, o czym bardzo szybko się ona przekona. 


LUDWIKA MARIA GONZAGA 



 CDN.

28 kwietnia 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXVI

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XXIII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XXIII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I



FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. I






EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. I
 


Minęło już ponad dwieście pięćdziesiąt lat od czasu, gdy po raz ostatni Egipcjanie zmierzyli się tzw. Ludami Morza, czyli plemionami "nieznanego" pochodzenia, przybyłymi z północy - niezwykle wojowniczymi i niespotykanymi wcześniej na terenach Bliskiego Wschodu i wschodniego rejonu Morza Śródziemnego. W czasie drugiego ataku na Egipt z ok. 1177 r. p.n.e., ataku dokonało kilka ludów zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu. Były to ludy Szerdanów i Lukkanów (atakujące z Kanaanu), oraz ludy Szakalasz, Meszwesz, Akauasz i Tursza atakujące Deltę od strony morza. Inwazja ta (jak wiemy) zakończyła się niepowodzeniem najeźdźców, a poszczególne "Ludy Morza" zawróciły. Większa część z nich osiadła w Kanaanie, gdzie stworzyła cywilizację zwaną dzisiaj filistyńską (Filistea i Szefela oraz kraj Dana i wpływ polityczno-kulturowy na całą Palestynę), ale nie wszystkie ludy tam się osiedliły. Część z nich (niewielka co prawda) wybrała pustynne tereny Libii, krainy leżącej na zachód od Egiptu i jego najdalej wysuniętych oaz. Szczególnie dominował tam lud o nazwie Meszwesz (o wielce prawdopodobnej transliteracji nazwy tego plemienia też już pisałem, w każdym razie tutaj tylko przypomnę że Meszwesz to egipska nazwa plemienia najeźdźców z Północy, którego właściwa nazwa - po dodaniu samogłosek do pierwotnego egipskiego zapisu Mshvsh - Egipcjanie bowiem nie znali samogłosek - mógł brzmieć po prostu... Mazowszanie), który szybko podporządkował sobie lokalne libijskie plemiona nomadów i przejął władzę nad całą Libią. Nic lub zgoła niewiele wiadomo o władcach (lub wodzach) plemienia Meszwesz i dopiero pierwszym władcą który pojawia się z imienia, jest niejaki Paihuti (pradziad faraona Szeszonka I), choć o jego latach panowania również nic nie wiadomo.

W tym czasie gdy Paihuti zakładał (albo też rozwijał i umacniał) swoją dynastię w Libii, w Egipcie trochę się działo. Po śmierci (ok. 1155 r. p.n.e.) faraona Ramzesa III (który to toczył walki z Ludami Morza, gdy ok. 1177 r. p.n.e. najechały jego kraj), jego następcy nie należeli do władców wybitnych. Wszyscy oni nosili imiona po swym wybitnym przodku (prócz Setnachta - założyciela rodu, który był ojcem Ramzesa III, ale ponieważ panował on dosyć krótko, przeto realnie za założyciela dynastii uważa się właśnie Ramzesa - pozwolę sobie już nie wracać do jego osoby, gdyż nie ma ona większego znaczenia dla opisywanych przeze mnie wydarzeń - natomiast we wcześniejszych częściach opisałem dokładnie dojście do władzy nie tylko Ramzesa III, ale również wcześniejszych faraonów od czasów panowania Ramzesa II Wielkiego) stąd też XX Dynastia Starożytnego Egiptu zwana była dynastią Ramessydów. Syn Ramzesa III, Ramzes IV był człowiekiem niezwykle bogobojnym (wszyscy oni byli bogobojni, mam więc tutaj na myśli raczej pewne pragnienia jakie posiadał Ramzes IV, a wiązały się one z chęcią zapewnienia sobie długiego i dostatniego życia w zgodzie z bogami). Utożsamiał się on nie tylko ze swym ojcem (który panował 32 lata), ale przede wszystkim z innym sławnym swoim imiennikiem, faraonem Ramzesem II Wielkim (który panował aż 66 lat). Wstępując na tron Ramzes IV miał ok. czterdziestu lat, a jego marzeniem było panować tyle samo lub nawet dłużej niż Ramzes II. Aby do tego doprowadzić postanowił przekonać do siebie bogów i przez pierwsze pięć lat swego panowania rozbudowywał świątynie, upiększał je i obsypywał złotem i srebrem kapłanów - wszystko w imię zapewnienia sobie długiego życia. Nie udało się, zmarł po zaledwie siedmiu latach panowania (ok. 1148 r. p.n.e.). Ramzes V (syn poprzedniego władcy), wstępując na tron miał jakieś dwadzieścia kilka lat i wielkie nadzieje przed sobą. Zmarł w cztery lata później na ospę (ok. 1145 r p.n.e.). Tron teraz objął jego stryj (młodszy syn Ramzesa III) - Ramzes VI. Za jego panowania ujawniła się na większą skalę potworna fala bandytyzmu, szczególnie rabusiów grobów królewskich, z którymi władca nie był w stanie sobie poradzić (poza tym kasta kapłańska, a szczególnie wielcy kapłani najwyższych bóstw - żądni wielkich bogactw, gromadzili majątki często większe od majątku samego faraona. Afera korupcyjna w świątyni w Elefantynie z ostatnich lat panowania Ramzesa V była tego dobitnym przykładem).


RAMZES XI



Ok. 1136 r. p.n.e. na tron Egiptu po swym ojcu wstępuje Ramzes VII. Za jego rządów Egipt traci Synaj, a ogromny wzrost cen tworzy jeszcze większe problemy społeczne (złodzieje grobów królewskich stają się wówczas prawdziwą plagą i to do tego stopnia, że często po oficjalnym pochowaniu władcy jego ciało wraz z całym dobytkiem zabiera się ze świątyni grobowej i chowa w ukrytym mniejszym grobowcu. Jeden z takich grobowców został odnaleziony w latach 60 XX wieku; było tam łącznie zebranych kilka mumii władców XX Dynastii leżących obok siebie. Przeleżały tam razem 3000 lat). Po śmierci Ramzesa VII, tron objął kolejny syn Ramzesa III - Ramzes VIII (ok. 1130 r p.n.e.), którego rządy trwały zaledwie kilkanaście a może tylko kilka miesięcy. Ramzes IX - wnuk zwycięzcy Ludów Morza (z ojca który nigdy nie objął tronu), był pierwszym od dłuższego czasu władcą, który panował dłużej niż dziesięć lat. Niestety, dłuższe panowanie nie przełożyło się na umocnienie kraju i likwidację wewnętrznego chaosu politycznego. Władca bowiem panował a nie rządził, administracja centralna praktycznie nie istniała (lokalni wielmoże na prowincji - nie mówiąc już o kapłanach - stawali się ważniejsi od faraona). W Tebach zaś, w Górnym Egipcie władzę objęła silna rodzina kapłańska, której twórcą potęgi (ok. 1150 r. p.n.e.) był niejaki Ramzesnacht. On to utkał sieć misternych powiązań rodzinnych, które obejmowały jego (jako arcykapłana Amona-Re), proroków tego boga, naczelnika miasta Teb i kilku innych dostojników. Już około 1140 r. p.n.e. potęga Ramzesnachta w Górnym Egipcie była tak wielka, że właściwie to on rządził krajem (oczywiście w imieniu faraona). Po prawie trzydziestu latach rządów (ok. 1125 r. p.n.e.) zastąpił go na tym stanowisku syn - Nesamon (który jednak krótko sprawował funkcję arcykapłana Amona-Re i ok. 1120 r. p.n.e. władzę arcykapłańską przejął jego młodszy brat - Amenhotep). W czasach rządów Ramzesa IX doszło do dwóch wielkich rabunków królewskich grobów. Pierwszy miał miejsce w dziewiątym roku panowania tego władcy (czyli ok. 1120 r. p.n.e.). Wiemy o tym zarówno z "Dziennika" znalezionego w Deir el-Medina, jak również z 14 papirusów o tym opowiadających (odnalezionych w końcu XIX wieku). Opowiadają one o tym, iż pięciu rzezimieszków postanowiło okraść grób Ramzesa VI. Cztery dni ryli dziury w grobowcu a następnie wynieśli stamtąd wszystkie zgromadzone kosztowności. Doszło jednak między nimi do sprzeczki i jeden niezadowolony z łupów postanowił donieść władzom na pozostałych. Gubernatorem Teb był wówczas wezyr Chaemuaset, a naczelnikiem miasta (Teb Wschodnich czyli Luksoru i Karnaku) Paser III. Schwytali oni rabusiów, ukarali ich i ponownie zapieczętowali grobowiec.




Do większego skandalu związanego z rabusiami grobów królewskich doszło jednak w szesnastym roku panowania Ramzesa IX (ok. 1113 r. p.n.e.). Tutaj szejka złodziei była znacznie lepiej zorganizowana i przygotowana. Składała się bowiem z okolicznych rabusiów, wśród których było również wielu Libijczyków, a poza tym grupa ta była w zmowie z naczelnikiem Teb Zachodnich - Pauraa (tzw. Miasta Umarłych czyli Doliny Królów i Doliny Królowych). Planowali oni obrabować groby władców XVII Dynastii które były słabiej pilnowane od grobowców faraonów Dynastii XX, XIX czy nawet XVIII; a poza tym chcieli również obrabować grobowce z Doliny Królowych. Podejrzewając Pauraa o współudział w rabunku lub przekupstwo, Paser napisał raport do wezyra, który natychmiast wszczął śledztwo w tej sprawie. Stwierdzono że dziesięć grobowców pozostało nietkniętych, próby włamania odnotowano tylko w grobowcach faraonów: Antefa V i Antefa VI oraz Sobekemsafa II (do którego włamano się poprzez już zrujnowane grobowce lokalnych wielmożów), oraz naruszono hypogeum królowej Isis (małżonki Ramzesa II Wielkiego). Niestety, komisja powołana przez Chaemuaseta zamknęła śledztwo z powodu niewystarczających dowodów tych, którzy zostali schwytani, co wywołało oburzenie mieszkańców Deir el-Medina i podejrzenie o korupcję samego wezyra. Sprawę wznowili kapłani w świątyni bogini Maat w Świętym kręgu boga Montu w Karnaku. Ostatecznie winę udowodniono siedemnastu ze schwytanych rabusiów (wszyscy oni byli członkami personelu świątynnego w Tebach) i wbito ich na pal. Nie była to jednak ostatnia tego typu próba rabunku królewskich grobowców (w wyżej wymienionym procesie doszło jeszcze do innych zdarzeń, jak choćby podpalenie kilku mumii). Rabusie stawali się coraz bardziej bezczelni i coraz bardziej bezwzględni, nie odstraszała ich już ani zapowiedź klątwy królewskiej ani też perspektywa kary śmierci i potępienia ich pamięci (poprzez brak pochówku. Egipcjanie bowiem uważali że aby przetrwać w zaświatach, należy zachować własne ciało tu - na ziemi. Kto zaś został pozbawiony pochówku i wydany np. na pastwę dzikich zwierząt lub ognia, ten nie mógł liczyć na ponowne odrodzenie w zaświatach).




Po śmierci Ramzesa IX (ok. 1110 r. p.n.e.) tron objął jego syn Ramzes X, którego panowanie trwało zaledwie cztery lata i niczym szczególnym się nie zapisał. Ok. 1107 r. p.n.e. tron po swym ojcu przejął Ramzes XI. Nowy władca był jeszcze młodzieńcem (prawdopodobnie nastoletnim chłopcem), zatem wielu wielmożów którzy za jego ojca już czuli się pewni swego, teraz całkowicie go ignorowało (szczególnie arcykapłan Amona-Re - Amenhotep, który w Tebach kazał się przedstawiać na reliefach jako równy królowi wzrostem - a to oznaczało że równy mu był także władzą). Ramzes XI jednak, który wyrósł w gronie władców słabych i niepewnych swej pozycji, oraz w kraju targanym wewnętrznymi zaburzeniami, przemocą i bandytyzmem - miał jednak ambicję ponownego odrodzenia kraju i dorównania swym wielkim imiennikom - Ramzesowi II i Ramzesowi III. Co prawda wstąpił on na tron jako chłopiec, ale przynajmniej w pierwszych latach panowania wykazywał się determinacją, energią i zdecydowaniem, dlatego też nakazał usunąć ze stanowiska Amenhotepa i wygnać go z kraju. Amenhotep jednak nie miał ochoty słuchać królewskich poleceń, tym bardziej że przez dziesiątki poprzednich lat zgromadził on i jego ojciec ogromne bogactwa, dzięki czemu był w stanie wystawić własną prywatną armię. Wybucha więc wojna domowa w czasie której wojska królewskie nie radziły sobie zbyt dobrze i dopiero wsparcie namiestnika Nubii - Panehesy, pozwoliło pokonać i wypędzić Amenhotepa z Teb. (ok. 1105 r. p.n.e.). Niestety, król był zbyt słaby aby ostatecznie rozprawić się z rodzinką, która przejęła władzę nad Tebami (i realnie nad Górnym Egiptem) jakieś 50 lat wcześniej i przez ten czas umocniła się, zdobywając wpływy oraz poparcie również na północy - w Delcie. Dlatego też wypędzając Amenhotepa, Ramzes powołał na urząd arcykapłana Amona-Re jego syna - Ramzesnachta II. Rządy Ramzesa XI co prawda przez pierwsze kilka lat panowania przyniosły pewną poprawę umęczonej wewnętrzną niestabilnością ludności kraju, ale realnie nie udało się ani przywrócić egipskich wpływów w Palestynie ani w Libii, natomiast pozycja Egiptu w Nubii była wielce dyskusyjna i też utrzymywana tylko na zasadzie dobrych chęci tamtejszych namiestników. Rabunki królewskich grobów nie ustały a wręcz ich skala się zwiększyła. Natomiast nieoczekiwanie zaczęły rosnąć wpływy libijskie w samym Egipcie.


EGIPSKA TWIERDZA BUCHEN W NUBII



Było to dość nieoczekiwane, ponieważ Libijczycy uważani byli przez Egipcjan za nomadów i lud dzikich barbarzyńców, nadających się jedynie do walki jako najemnicy lub rabusie. Wiele się jednak zmieniło w kraju libijskim od czasu, gdy osiedlił się tam lud północy - zwany Meszwesz. Ok. 1090 r. p.n.e. na dworze Ramzesa XI w Pi-Ramzes zjawił się człowiek o korzeniach libijskich, a raczej nie tyle libijskich, ile właśnie pochodzący z ludu Meszwesz - dawnych najeźdźców egipskiej Delty. Miał na imię Herhor i zdobył sobie ogromny wpływ na króla. Gdy więc wkrótce potem Ramzesnacht II zmarł w Tebach, to właśnie Herhor został ogłoszony jego następcą i kolejnym arcykapłanem Amona-Re. Ok. 1088 r. p.n.e. ogłosił on początek nowej ery Egiptu - ery Odrodzenia (Uhem-Mesut). Od tej pory było trzech najpotężniejszych ludzi w Egipcie. Pierwszym był oczywiście faraon Ramzes XI który tylko panował lecz nie rządził. Drugim był wielki wezyr Dolnego Egiptu - Smendes. Trzecim zaś właśnie Herhor - arcykapłan Amona-Re i jednocześnie wezyr Górnego Egiptu oraz dowódca tamtejszej armii i namiestnik Nubii (powierzenie tak wielkiej władzy jednemu człowiekowi spowodowało że Nubia zbuntowała się i odłączyła od Egiptu, a tamtejszy egipski namiestnik - Nehesy stał się lokalnym królem). Taki układ utrzymywał się do końca panowania Ramzesa XI który był ostatnim władcą XX Dynastii (co prawda Bolesław Prus w swojej powieści faraon z 1895 r. dodał jeszcze dwóch fikcyjnych władców: Ramzesa XII i głównego bohatera swojej opowieści Ramzesa XIII, który miał właśnie toczyć walkę z Herhorem i drugim kapłanem Mefresem, ostatecznie zakończoną klęską władcy i jego śmiercią). Ramzes XI zmarł ok. 1077 r. p.n.e., wówczas to zarówno Smendes w Delcie (który zaraz rozpoczął rozbiórkę Pi-Ramzes, a budulec z tego miasta wykorzystał pod budowę nowego ośrodka - Tanis) jak i Herhor w Górnym Egipcie przejęli pełnię władzy, a oba kraje realnie stały się niezależne od siebie. Tak oto zaczęła się nowa dynastia a Libijczycy zdobywali coraz większe wpływy i znaczenie w samym Egipcie. Natomiast rządy Herhora w Górnym Egipcie były dopiero wstępem do przejęcia władzy nad całym krajem przez wodzów libijskiego plemienia Meszwesz, "bladolicych władców o niebieskich oczach" jak ich określają egipskie teksty (czyli jak wiadomo typowych Libijczyków 🤭😉).


ROZMOWA KAPŁANA PENTUERA Z ARCYKAPŁANEM HERHOREM
(3:20)



CDN.

26 kwietnia 2026

PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r. - Cz. II

UDERZYĆ PÓKI CZAS!





AKT I
"NIEMIECKA POLSKA" 
(1916 - 1918)
Cz. I




 18 kwietnia 1933 r. późnym wieczorem Marszałek Józef Piłsudski powrócił do swojego gabinetu w budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, mieszczącego się przy Alejach Ujazdowskich 1/3 w Warszawie (obecnie w tym budynku znajduje się kancelaria premiera Rzeczpospolitej). Wracał właśnie ze spotkania z prezydentem Ignacym Mościckim, a w dłoni dzierżył dokument zatytułowany: "Na wypadek wojny z Niemcami". W gabinecie Marszałka znajdował się jego adiutant kapitan Mieczysław Lepecki, który na widok Marszałka stanął na baczność. Piłsudski podszedł do niego i wręczył mu ów dokument który trzymał w dłoniach, mówiąc: "Drogie dziecko, przepisz to na maszynie". Kapitan Lepecki wziął do ręki żółtawy brulion, na którym odręcznie zapisane było ręką Piłsudskiego: "Na wypadek wojny z Niemcami" i dalej: "Rząd obrony i jedności narodowej", a jeszcze niżej opinia prezydenta Mościckiego: "Zgadzam się, I. Mościcki". Kapitan Lepecki, przepisując tekst zawarty w owym dokumencie, w pewnym momencie zapytał się Marszałka: "Czy Hitler ma zamiar nas napaść?", na co Piłsudski odparł: "Nawet gdybyśmy my na niego napadli, to też byłaby obrona". Trzy dni później (21 kwietnia) w Wilnie Marszałek urządził wielką defiladę wojskową, mającą być wstępem do przyszłej inwazji na hitlerowskie już wówczas Niemcy. Sprawa bowiem zaczynała być bardzo niebezpieczna, szczególnie od chwili gdy 30 stycznia 1933 r. prezydent Rzeszy Paul von Hindenburg powołał Adolfa Hitlera na stanowisko kanclerza Rzeszy Niemieckiej. Potem wydarzenia potoczyły się już lawinowo, 4 lutego na mocy rozporządzeń prezydenta Rzeszy o "Ochronie narodu niemieckiego" zawieszono podstawowe prawa konstytucyjne, 28 lutego zaś (kilkanaście godzin po pożarze Reichstagu, który nastąpił w nocy z 27 na 28 lutego) ogłoszono w Niemczech stan wyjątkowy ustawą o "Ochronie narodu i państwa" (wówczas też do więzień - a potem do pierwszego w Niemczech obozu koncentracyjnego w Dachau - zaczęli masowo napływać komuniści, socjaliści i wszyscy, których zwycięzcy naziści uważali za swoich wrogów lub tylko przeciwników politycznych). Tak więc w ciągu zaledwie miesiąca od zdobycia władzy kanclerskiej, Adolf Hitler stał się realnie dyktatorem. 


"NAWET GDYBYŚMY MY NA NIEGO NAPADLI, TO TEŻ BYŁABY OBRONA!"



Teraz kolejne ustawy wprowadzane były już lawinowo. 3 marca 1933 r. odbyły się w Niemczech ostatnie już przed wybuchem II Wojny Światowej wybory parlamentarne. Co prawda NSDAP zdobyła w nich większość, ale nie większość umożliwiającą samodzielne rządzenie (jedynie 288 mandatów na 647 posłów wchodzących w skład Reichstagu), jednak ponieważ rząd Hitlera był rządem koalicyjnym, mieli oni umowę z DNVP (Niemiecką Narodową Partią Ludową), której przedstawiciel - Hugenberg był ministrem gospodarki Rzeszy (DNVP zdobyła 52 mandaty), a także z DStP (Niemiecką Partią Państwową), której przedstawiciel - Saldte był ministrem pracy DStP zdobyła 5 mandatów). Dzięki temu koalicyjny rząd Adolfa Hitlera posiadał większość w parlamencie Rzeszy (po drugiej stronie była SPD - Socialdemokratyczna Partia Niemiec, która zdobyła 120 mandatów; partia Centrum - 73 mandaty, BVP - Bawarska Partia Ludowa, zdobyła 19 mandatów; DVP - Niemiecka Partia Ludowa byłego kanclerza i ministra spraw zagranicznych Rzeszy Gustawa Stresemanna, która poniosła totalną klęskę zdobywając tylko 2 mandaty; swoją reprezentację wprowadzili jeszcze wówczas komuniści - KPD zdobywając 81 mandatów; oraz kilka nic nieznaczących partyjek, które łącznie zdobyły 7 mandatów. Mimo tych wyborów już 21 marca Adolf Hitler w poczdamskim kościele garnizonowym ogłosił "pozbawienie władzy parlamentu" (potem naziści czcili ten dzień jako "Dzień Poczdamu"). Już 23 marca weszła ustawa o "Likwidacji nędzy narodu i państwa", która realnie była ustawą o pełnomocnictwach, przenoszących władzę ustawodawczą na egzekutywę, którą ujednolicono na mocy ustawy o "Odnowieniu stanu urzędniczego" z 7 kwietnia 1933 r. - która realnie była usunięciem z pracy niepożądanych politycznie oraz "niearyjskich" urzędników (głównie Żydów). 31 marca weszła w życie "Tymczasowa ustawa o ujednoliceniu krajów i Rzeszy" i od tego momentu można już mówić o jednych Niemczech, gdyż do tej pory nie istniał nawet niemiecki paszport (paszporty były wystawiane przez poszczególne kraje Rzeszy, pierwszy paszport Rzeszy Niemieckiej wprowadzony został w roku 1934), została ta ustawa uzupełniona 7 kwietnia 1933 r. drugą ustawą o "Ujednoliceniu krajów i Rzeszy", na mocy której wprowadzono namiestników (wywodzących się oczywiście z NSDAP) którzy mianowali rządy krajowe. W maju roku 1933 zlikwidowano i rozwiązano oficjalnie wszystkie inne partie polityczne i związki zawodowe poza NSDAP i DAF (Niemiecki Front Pracy), która od 1 grudnia staje się jedyną partią polityczną w Niemczech.




Oczywiście temu wszystkiemu towarzyszyły represje polityczne, zamykanie przeciwników politycznych, usuwanie ludzi z pracy za pochodzenie i za poglądy, stworzono pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny w Dachau - gdzie bez wyroku sądu skazywano ludzi na długoletnie kary ciężkiego więzienia. Każdy przeciwnik Adolfa Hitlera i nazistów w ogóle, nie miał od tej chwili łatwego życia w Niemczech a z każdym kolejnym dniem, każdym kolejnym tygodniem i miesiącem życie w Niemczech stawało się coraz bardziej nie do zniesienia (oczywiście dla ludzi którzy nie byli zbytnio zaangażowani politycznie, zdobycie władzy przez nazistów nie było złe, tym bardziej że gospodarka dosyć szybko ruszyła z miejsca, bezrobocie zaczęło spadać, pojawiły się nowe inwestycje, zaczęto budować drogi i autostrady, stan bezpieczeństwa i czystości niemieckich miast znacznie się poprawił i oczywiście... pociągi zaczęły przychodzić na czas, a zresztą bardzo szybko nie było już innego wyjścia niż tylko popierać Hitlera, tym bardziej że przyszłość rysowała się w jasnych barwach dla Niemiec. Notabene chciałbym tutaj dodać, jak bardzo przekorny może być los. Gdy bowiem w maju roku 1913 młody, 24-letni Adolf Hitler opuścił Wiedeń i po raz pierwszy przyjechał do Niemiec, do Monachium, aby tam złożyć papiery na Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych - okazało się że życie miało dla niego zupełnie inny scenariusz. Nie dostał się wówczas do akademii {ja przyznam się szczerze że może nie znam się tak bardzo na sztuce, ale widziałem szkice Hitlera z końca lat 30-tych, gdy był już kanclerzem Rzeszy; głównie te dotyczące królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków. Te szkice powstały zapewne w roku 1938 lub 1939 wkrótce po bajce Disneya o tym samym tytule. I przyznać się muszę że mnie się te szkice spodobały, praktycznie nie różniły się one niczym od oryginału. Ale powtarzam, może ja nie znam się na sztuce tak, jak owi profesorowie z Bawarskiej Akademii Sztuk pięknych. W każdym razie niedostanie się Hitlera na wydział sztuk pięknych i nie otrzymanie stypendium, oznaczało dla niego katastrofę życiową. Pieniądze które otrzymywał od matki szybko się skończyły, w końcu kolejne przelewy przestały przychodzić i Hitler wylądował w przytułku dla bezdomnych. Notabene to też jest ciekawe, że pomimo tego faktu że nie miał co jeść i gdzie spać, nie podjął się żadnej pracy zarobkowej, która nie była zbieżna z jego wykształceniem lub zamiłowaniem. Wolał więc siedzieć wśród bezdomnych, niż zarobić trochę pieniędzy żeby móc przynajmniej jakoś funkcjonować. W każdym razie zdarzało się też że Hitler - niczym zwykły menel - sypiał latem na ławkach w parku monachijskim. I dopiero gdy 1 sierpnia 1914 r. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, jego życie się zmieniło. Ta wojna ocaliła go przed śmiercią głodową, zamarznięciem itd. szybko zgłosił się do wojska i służył w armii naprawdę dzielnie. Dzisiaj, gdy czyta się opinie że Hitler był "szczurem tyłowym" i że wolał chować się z tyłu niż walczyć na pierwszej linii, to te opinie są... gówno warte, jedyne dobre co można powiedzieć o Hitlerze to to, że sukinsyn się naprawdę nie bał, on się angażował w najgorsze akcje bojowe i nie wykazywał strachu. Został kurierem przenoszącym rozkazy pomiędzy jednostkami, a służba jako kurier była jedną z najgorszych i najbardziej śmiercionośnych, gdyż bardzo łatwo można było natknąć się na snajpera, dostać rykoszetem, lub wpaść na minę. A Hitler się nie bał, wykonywał rozkazy praktycznie bez strachu, zresztą trudno się temu dziwić, wojna ocaliła mu życie i o ile inni żołnierze mieli swoje żony, matki, rodziny, o tyle Hitler nie miał do czego wracać. W cywilu tamto życie było niewarte funta kłaków, tutaj zaś przynajmniej mógł się wykazać. Dlatego też gdy został poważnie ranny w roku 1918 i gdy trafił do szpitala, nim doszedł do zdrowia wojna dobiegła końca - 11 listopada 1918 r. a Hitler wrócił do swojego marnego, cywilnego żywota. Potem zdobył pozycję w DAP przemianowując ją na NSDAP, a w roku 1940 po zwycięstwie nad Francją - stał się realnie... bogiem dla Niemców. Zresztą - co ciekawe - Hitler jeździł w otwartym samochodzie w czasie wojny z Polską we wrześniu 1939 i tam też się nie, bał choć oczywiście miał ochronę. Często było jednak tak że rankiem przez dane ziemie przechodził szwadron polskich ułanów, a po południu tą trasą jechał Hitler. Wystarczył jeden strzał, rykoszet i byłoby po wszystkim. A ten sukinsyn się nie bał. Wspominam o tym tylko jako o przewrotności ludzkiego losu, jak bowiem z menela bez grosza przy dłuższy można stać się bogiem, a potem wszystko stracić i wylądować w rynsztoku historii. Niesamowite są ludzkie nasze losy).


BUNT STENNESSA 
(31 III - 2 IV 1931)



Zdobyciem władzy przez nazistów w Niemczech zagrożeni byli również... byli naziści, którzy do tego czasu zostali wykluczeni z partii, jak choćby Walter Stennes - zagorzały zwolennik nazizmu, szef SA (Sturmabteilung), który w dniach 31 marca 2 kwietnia 1931 r. zorganizował wewnętrzny bunt w partii nazistowskiej, będący sprzeciwem wobec nierównego traktowania wszystkich członków i używania bojówek SA przez Hitlera tylko do zabezpieczania nazistowskich wieców i rozbijania wieców przeciwników politycznych, podczas gdy członkowie partii opływali w dostatki, Stennes twierdził że towarzysze z brygad szturmowych nie mają często dobrych butów. Bunt Stennessa został szybko stłumiony, on sam wydalony z partii, a gdy Hitler został kanclerzem, zmuszony do wyjazdu z Niemiec (udał się wówczas wraz z małżonką do Chin, gdzie był doradcą wojskowym w Czang Kaj-szeka). Stennes wrócił do Niemiec w roku 1949 i starał się nawet o papiery "ofiary reżimu nazistowskiego" (chociaż sam był zdeklarowanym nazistą i tylko przez kaprys losu został wykluczony całego tego systemu), ale ich ostatecznie nie uzyskał. Wielu innych Niemców musiało wówczas też opuścić kraj i udać się na emigrację - głównie do Francji lub USA (wówczas też przeniosła się do Stanów Zjednoczonych cała ta marksistowska zgraja ze szkoły frankfurckiej, czyli Instytutu Badań Społecznych założonego we Frankfurcie nad Menem w roku 1923, po nieudanym "eksporcie" komunizmu przez Armię Czerwoną na Zachód w roku 1920 gdy bolszewicy i inna komunistyczna swołocz rozbili sobie wówczas zęby o rodzącą się Polskę i Jej Armię stworzoną przez Józefa Piłsudskiego. Wówczas postanowiono zająć się problemem jak w pokojowy sposób przeprowadzić rewolucję komunistyczną, której nie udało się przeprowadzić w sposób militarny. I ci wszyscy ludzie, te Horkheimery, Marcuse, Adorno i inne Frommy znalazły ciepłe posadzki na amerykańskich uczelniach, a potem po roku 1945 wróciły do Europy i zaczęły tutaj powoli budować zjednoczoną Europę (oczywiście nie od razu ten projekt był komunistyczny, ale takowym się stał i dzisiaj rządzi nim neokomunistyczna banda z von der Leyen na czele, która realnie ma się za nadludzi, a nas wszystkich, obywateli Europy traktuje jak bydło którym się rozporządza i którego się nawet nie pyta o zdanie, sprowadzając niekontrolowane masy muzułmańskich najeźdźców w ramach mieszanki genetycznej opracowanej jeszcze w latach 20-tych XX wieku przez Coudenhove-Kalergi i organizując nam życie pod sztandarami dewiacji zoofilno-pedofilno-lgbtowskich. Wybaczcie moje uniesienie ale inaczej tego nie można było nazwać, zresztą sam projekt Wspólnoty Europejskiej również ma (może nie komunistyczne, ale) nazistowskie korzenie. Pierwszy taki projekt został opracowany w roku 1942 pod kierownictwem prezesa Banku Rzeszy Hjalmara Schacht'a i miał być podstawą nowej nazistowskiej Europy. Ostatecznie Niemcom nie udało się tego projektu stworzyć drogą militarną, dlatego również (i niestety) przy wsparciu Amerykanów - wrócono do tego po wojnie a pierwszym przewodniczącym Wspólnot Europejskich stworzonych w roku 1958, był były zdeklarowany nazista Walter Hallstein. Zresztą o innych "ojcach założycielach" Europy spod znaku "chrześcijańskiej jedności" - jak chcą niektórzy prawicowcy (czy pseudo-prawicowcy), twierdzący że pierwotnie była to piękna idea budowana w ramach chrześcijańskiej wspólnoty - gówno prawda, ludzie którzy się deklarowali chrześcijanami, a których dzisiaj wiele partii prawicowych wynosi na sztandary jako przeciwwagę dla tego marksistowskiego bydła spod znaku Spineliego i jego manifestu z Ventotene z 1941 r. albo nie wiedzą o czym mówią, albo wiedzą i właśnie dlatego to mówią - sam nie wiem co gorsze. O takich ojcach założycielach też mogę wiele napisać - wielkie "chrześcijany" którym z klap garniturów wystawał zbezczeszczony krzyż - nazistowska swastyka).




Tak więc Adolf Hitler, który przejmował po kolei władzę dyktatorską w Niemczech (a czynił to konsekwentnie krok po kroku i nie napotykał na tej drodze żadnych przeszkód), postanowił również wykazać się w polityce zagranicznej. Już od początku rządów Adolfa Hitlera w Niemczech, stan relacji polsko-niemieckich był diametralnie zły (czyli nie zmieniło się nic w porównaniu z okresem wcześniejszym, z tym tylko że teraz istniało większe prawdopodobieństwo wybuchu wojny polsko-niemieckiej). Już 17 lutego 1933 r. polski poseł w Niemczech - Alfred Wysocki stwierdził, że Polska i Niemcy znajdują się obecnie "w przededniu wojny", że nie widać oznak poprawy i że winę za to ponosi strona niemiecka, próbująca rozpętać konflikt wojenny (stało się tak po rozmowie Wysockiego z kierownikiem Departamentu Wschodniego niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Richardem Meyerem, po którym Wysocki przedstawił nawet prywatną opinię, iż: "Ów wzbogacony Żyd {czyli Meyer}, udający niemieckiego patriotę, a teraz nawet hitlerowca, działa mi na nerwy, tak że, o ile mogę, unikam bliższych z nim stosunków". Meyer został zwolniony z niemieckiego MSZ we wrześniu 1936 r. co wiceminister Jan Szembek uznał za spory sukces polskiej dyplomacji, gdyż określił Meyera jako "wielkiego naszego wroga"). Natomiast 12 lutego 1933 r. w londyńskiej gazecie "The Sunday Express" ukazał się wywiad z Hitlerem (Hitler tego wywiadu udzielił 6 lutego przedstawicielom "Daily Mail", ale ostatecznie tekst ukazał się w "The Sunday Express"), w którym ten wypowiedział się za koniecznością zwrotu Niemcom tzw. "polskiego korytarza" czyli ziem Pomorza Gdańskiego, zajętych przez gen. Józefa Hallera w styczniu-lutym 1920 r. (10 lutego 1920 r. doszło do "zaślubin Polski z morzem") i przyłączonych do odradzającej się Rzeczypospolitej. Wówczas ruszyła lawina. 15 lutego 1933 r. w Sejmie minister spraw zagranicznych Józef Beck w przejrzystej aluzyjnej mowie stwierdził, że "jak dotąd nikomu jeszcze nie udało się zmienić granic za pomocą słów", innymi słowy, że albo będzie wojna, albo Hitler się ośmieszy. Wkrótce po tej mowie, władze Wolnego Miasta Gdańska zerwały polsko-gdańskie porozumienie z roku 1923 (na mocy którego Polska uzyskiwała specjalne uprawnienia w Gdańsku łącznie z prawem do reprezentowania tego miasta na arenie międzynarodowej). W Warszawie natychmiast powstało wrażenie, że Berlin będzie chciał przeprowadzić w Wolnym Mieście zamach stanu, a następnie włączyć Gdańsk do Rzeszy. 4 marca Hitler przyleciał samolotem do Gdańska (na tutejszy wiec NSDAP), gdzie sugerował że Gdańsk jest "niemiecki od wieków". Odpowiedzi na tą jawną prowokację 6 marca polski garnizon na Westerplatte w Gdańsku został wzmocniony kolejnymi posiłkami, a Marszałek Piłsudski zmobilizował również jedną dywizję graniczną z Wolnym Miastem Gdańskiem. Wtedy rozpoczął się jazgot niemieckiej prasy, a tytuły takie jak: "Polska wiecznie łamiącą układy", "Wschodnie państwo rozbójnicze", "Bezczelny zamach" nie należały do rzadkości. 




21 kwietnia 1933 r. zorganizowano w Wilnie wspaniałą defiladę wojskową, którą osobiście odbierał Marszałek Piłsudski. Wszystko szło w kierunku zbliżającej się wojny prewencyjnej, która będzie miała na celu nie tylko obalenie reżimu nazistowskiego w Niemczech, ale przede wszystkim unieszkodliwienie Niemiec jako potencjalnego agresora, w sytuacji gdy za parę lat czeka Polskę konfrontacja ze Związkiem Sowieckim, bo to, że Armia Czerwona ruszy na Zachód, było pewne jak to, że po nocy przychodzi dzień. Teraz walka toczyła się tylko o to, żeby totalnie zneutralizować wroga na Zachodzie jakim bezwzględnie były Niemcy i uczynić się niezdolnym do akcji militarnej w sytuacji, gdy czeka Polskę wojna na Wschodzie. Wówczas w tę wojenną atmosferę włączyła się także prasa polska (głównie zaś piłsudczykowska), i na przykład w "Gazecie Polskiej" cytowany już przeze mnie kiedyś pułkownik Ignacy Matuszewski (do którego ja osobiście odczuwam ogromny szacunek), napisał artykuł, w którym znalazły się słowa że "o ziemiach zachodnich Polska może i będzie rozmawiać, ale jedynie głosem swoich dział" i nikt nie zmusi Polski do oddania przynależnych Jej, odwiecznie polskich ziem, bo takie jest widzimisię polityków z Zachodu. Doszło też do kilku demonstracji anty-niemieckich w Polsce, a niemieckie poselstwo w Warszawie musiało być całą dobę chronione przez policję. Wojna, i to szybka wojna w celu usunięcia niebezpieczeństwa na Zachodzie w sytuacji gdy czeka nas konflikt ze wschodnią, czerwoną jak krew (w której lubiła się pławić) bolszewicką barbarią, musiał dojść do skutku. Ale nim do tego przyjdę, chciałbym opowiedzieć jak to się stało że konflikt polsko-niemiecki przybrał na takiej sile w latach 20-tych i dlaczego ostatecznie Piłsudski dążył do wojny prewencyjnej roku 1933? Co wiedział że wkrótce nastąpi? A wiedział! O tym już w kolejnej części, gdzie przejdziemy do początku "niemieckiej Polski", która ostatecznie okazała się niewypałem. 




CDN.

SUŁTANAT KOBIET - Cz. X

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. VI





PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. V



 Z nastaniem nowego 1443 r. Węgry ogarnęła prawdziwa "gorączka krucjatowa", wsparta jeszcze wydaną przez papieża Eugeniusza IV (1 stycznia 1443 r.) bullą, w której wzywał on cały świat chrześcijański to podjęcia świętej wojny z Osmanami. Tak jak jednak wspomniałem w poprzedniej części, na ów apel praktycznie nikt w Europie nie odpowiedział, a zgłaszali się do tej krucjaty co najwyżej kondotierzy oraz ludzie, którzy chcieli zarobić łatwe pieniądze na szybkiej i zwycięskiej wojnie z niewiernymi. Mimo to Węgrzy zdołali wystawić 35 000 armię, w skład której wchodziło 15 000 banderyjnych królewskich wojsk węgierskich (wspartych również posiłkami z Małopolski, oraz ochotnikami z Francji i Niemiec); 12 000 żołnierzy wystawił sam Jan Hunyadi - głównodowodzący wojsk węgierskich (realnie głównodowodzący, gdyż oficjalnie naczelnym wodzem był sam król Władysław I / III Jagiellończyk), a w skład tej armii wchodzili zarówno Węgrzy, Polacy z Małopolski, Rumunii i Czesi, a poza tym liczne kontyngenty chłopów węgierskich, bośniackich, rumuńskich, bułgarskich i albańskich; 8 000 wojska wystawił również były despota Serbii - Jerzy Brańkowić (ojciec sułtanki Mary i teść sułtana Murada II - przeciwko któremu było właśnie organizowane to wojsko). Legat papieski na Węgrzech - Julian Cesarini (bezwzględnie zły duch całej tej wyprawy) obiecywał również wsparcie floty papieskiej i weneckiej, problem jednak polegał na tym że... papież Eugeniusz nie posiadał floty. Jeszcze zimą 1443 r. papież podjął w tej sprawie negocjacje z Wenecją, gdyż chciał aby Wenecjanie użyczyli mu (w ramach owej krucjaty) 10 własnych galer, które on zgodził się w wyposażyć własnym sumptem. Wenecjanie powiedzieli proszę bardzo, ale... to kosztuje i wystawili papieżowi rachunek na 20 000 złotych dukatów za owe 10 okrętów, domagając się jeszcze, aby papież zaprzestał popierania wrogów Wenecji w Italii, tak jak czynił to do tej pory. Eugeniusz IV stwierdził że kwota którą żądają Wenecjanie jest za duża i on nie dysponuje takimi środkami, na co przedstawiciele Republiki św. Marka odpowiedzieli, że jeśli papież nie ma pieniędzy, to może przecież ściągnąć je w formie świętopietrza z duchowieństwa krajów Europy. 

Wenecja tak naprawdę nie chciała uczestniczyć w tej krucjacie, gdyż nie widziała w tym dla siebie żadnego interesu, a poza tym taka wojna zepsułaby korzystne relacje handlowe, jakie do tej pory Republika św. Marka miała z Turkami. Dlatego też negocjacje te zakończyły się fiaskiem i ostatecznie papież nie otrzymał żadnych okrętów. Takie rozmowy jak owe z Wenecją prowadził wówczas Rzym (Państwo Kościelne) również z innymi krajami posiadającymi flotę, jak choćby z Republiką Genui (skąd Eugeniusz IV domagał się 2 galer, ale Genueńczycy również nie zamierzali oddawać tych okrętów za darmo, ostatecznie stwierdzili żeby papież zwrócił się do Burgunczyków, a oni pomogą im wyposażyć zakupione przez tamtych okręty, ostatecznie też nic z tego nie wyszło). Król Argonii Alfons VI Mądry stwierdził, że wyśle papieżowi 6 własnych statków, przez co uzyskał oficjalne uznanie Stolicy Apostolskiej, (okręty te jednak nigdy do Rzymu nie dopłynęły 🤭). Bezwzględnie największe wsparcie finansowe uzyskał papież w Raguzie, która początkowo również opierała się wysłaniu jakiejkolwiek pomocy militarnej przeciw Turkom (Republika Raguzy od 1440 r. musiała opłacać się sułtanowi Muradowi w zamian za możliwość handlu z Imperium Osmańskim i bezpieczeństwo samej Republiki św. Błażeja). Senat miejski stwierdził że gotów jest wystawić jedną galerię wojenną, ale pod warunkiem że reszta chrześcijańskiego świata wystawi co najmniej 30 galer. Do wystawienia owego okrętu co prawda nie doszło, ale i tak Republika zebrała sporą kwotę, którą następnie przekazano kardynałowi Franciszkowi Condulmerowi, który te pieniądze zawiózł do Rzymu, aby papież mógł za nie wystawić własną flotę (potem, już w trakcie samej kampanii Republika Raguzy będzie również wojskom krucjatowym dostarczała proch).




A tymczasem wiosną roku 1443 (nim jeszcze ruszyła krucjata Władysława I / III) wojnę Osmanom wypowiedział (a tam wypowiedział, po prostu ruszył na nich zbrojnie) sułtan Karamanu - Ibrahim beg. Belik Karamanu był niezależnym władztwem, powstałym po rozpadzie Imperium Seldżuków i zajmował ziemie południowo-wschodniej Anatolii (dawna starożytna Kapadocja i Cylicja, naprzeciwko wyspy Cypr). Ibrahim Beg panował tam od roku 1424. Od 18 lat zaś żonaty był z siostrą sułtana Murada II - Ilaldi Hatun - która urodziła mu aż sześciu synów. Małżeństwo Ibrahima z Ilaldi było czysto polityczne, a on sam ponoć nienawidził własnej małżonki (swoją drogą skoro jej tak nie znosił, to dlaczego spłodził z nią sześciu synów?). Za swego następcę uważał Ibrahim swego najstarszego syna Iszaka, zrodzonego z inną turecką konkubiną (nie wywodzącą się jednak z rodu Osmanów, prawdopodobnie też nie była ona niewolnicą a wolną kobietą), którą też kazał zamordować, ale tak, aby jego syn nigdy się nie dowiedział kto był sprawcą morderstwa. Jeszcze w roku 1442 zawarł on układ z Węgrami (z posłami wysłanymi przez króla Władysława Jagiellończyka), na mocy którego miał uderzyć na Turków w Anatolii w chwili, gdy do Rumelii wkroczą wojska krzyżowców. Ten się jednak pośpieszył, uderzył na Turków już wiosną, nim jeszcze cała wyprawa ruszyła z Węgier. Wsparcie uzyskał Ibrahim jedynie ze strony władcy Konfederacji Ak-Kojonlu (Białych Owiec - czyli stepowego władztwa Turków oguzyjskich, obejmującego ziemie dzisiejszego Iraku i zachodniego Iranu), ale to było stosunkowo za mało. Sułtan Murad natychmiast wyruszył z Adrianopola na Wschód, jednocześnie nakazał swemu najstarszemu synowi (i następcy tronu) namiestnikowi prowincji Manisa - Alaeddinowi Ali Celebiemu - dołączyć do siebie w tej wyprawie. Książę Ali, 18-letni młodzieniec dobrze zbudowany (pomimo młodego wieku był bardzo krzepki, silny i dobrze umięśniony), dobrze wykształcony, potrafiący pięknie grać na instrumentach muzycznych - był niezwykle zadowolony z faktu, iż ojciec obdarzył go takim zaufaniem. Pomimo młodego zaledwie 18-letniego życia, był Ali ojcem już dwóch synów (jeden nie miał roku, drugi był noworodkiem). Książę Ali  Celebi szybko więc dołączył do swego ojca i razem udało im się pokonać Ibrahima bega oraz zmusić go do odwrotu do swego karamańskiego beliku (zrezygnowano z dalszego ataku na Dyalbakir - stolicę Karamanu i zadowolono się uznaniem Ibrahima za lennika Sułtanatu Osmańskiego, gdyż Murad obawiał się najazdu na Rumelię, gdyż wieści o nadchodzącej krucjacie rozchodziły się bardzo szybko).


ALAEDDIN ALI CELEBI



Po zwycięstwie sułtan wraz z synem dotarli do Brusy (dawnej pierwszej stolicy Sułtanatu Osmańskiego), gdzie się pożegnali i rozstali (młody książę zapraszał ojca do odwiedzenia Manisy i nadania imion jego synom - gdyż to właśnie żyjący sułtan nadawał imiona swoim wnukom, ale teraz nie było na to czasu, inwazja krzyżowców mogła bowiem ruszyć lada chwila). Ojciec i syn rozstali się więc w przeświadczeniu że wkrótce - już po zwycięstwie nad niewiernymi - spotkają się ponownie w Manisie. Tak się jednak nie stało. Książę Ali wrócił bowiem do Manisy i tam (na początku lata 1443) doszło do tragedii która wstrząsnęła Sułtanatem. Młody książę został bowiem w czasie snu uduszony przez niejakiego Kara Chyzyr paszę (który również uśmiercił dwóch jego synków). Gdy wiadomość o tym dotarła do Adrianopola, sułtan Murad II - który niejedno już przeszedł - usłyszawszy o tej tragedii, siedząc na tronie w swym pałacu... stracił przytomność. Kolejne dni nie były lepsze, sułtan popadał w apatię i był w nieustającej żałobie, nie był też w stanie myśleć logicznie ani planować działań obronnych przeciwko zbliżającej się krucjacie. Nakazał jednak aby jego drugi syn, Mehmed Celebi (czyli bohater tej części serii) opuścił zarządzaną dotąd przez siebie Amasyię i przeniósł się do Manisy - będącej prowincją sułtańską (namiestnictwo Amasyi przejął zaś Mehmed pasza - syn jednego z wodzów Murada II - Lali Szahina paszy). Nim jednak niesforny 11-latek udał się do swojej nowej prowincji, ojciec zapragnął go ujrzeć w stolicy. Długo bowiem nie interesował się jego losem (chociaż dbał o to, aby młodym Mehmed miał jak najlepszych nauczycieli), gdyż to nie on miał być następcą Sułtanatu. Ale teraz, gdy ukochany Ali już nie żył, ojciec zapragnął ujrzeć młodszego syna i wynagrodzić mu lata rozłąki i braku zainteresowania. Mehmed Celebi przybył więc do Adrianopola wraz ze swym wychowawcą Ahmedem Kurani (którymś z kolei już, gdyż wielu nie radziło sobie z tym niesfornym łobuziakiem, któremu nie w głowie była ani nauka, ani też zgłębianie Koranu, a jedynie figle, psoty, walki na drewniane miecze i inne tego typu chłopięce rozrywki). Ahmed Kurani - który studiował Koran w Kairze, okazał się znacznie lepszym nauczycielem niż jego poprzednicy (np. jego poprzednik na stanowisku nauczyciela księcia Mehmeda - mułła Ilias Effendi kompletnie nie radził sobie z chłopcem. Często też padał w stany ekstatyczne, zamykał się wtedy w celi bez jedzenia i picia i medytował, co spowodowało że chłopiec robił co chciał, a poza tym wciąż w wieku 10 lat nie znał Koranu). Murad II powołując Kuraniego na stanowisko nauczyciela swego syna, wręczył mu również rózgę, mówiąc że może nią bić księcia Mehmeda, jeśli ten będzie nieposłuszny. Poskutkowało, w ciągu zaledwie roku młody Mehmed zdobył więcej wiedzy, niż przez wszystkie poprzednie lata (Ahmed Kurani pozwalał sobie na bardzo wiele również wówczas, gdy Mehmed był już sułtanem, co czasem powodowało między nimi konflikt, ale  nigdy to się źle dla owego nauczyciela nie skończyło). W Adrianopolu ojciec starał się wynagrodzić synowi lata rozłąki i teraz praktycznie nie rozstawał się z nim na krok. Zabierał go również na narady wojenne i w jego towarzystwie przyjmował posłów obcych państw.




A tymczasem właśnie wówczas, gdy młody Mehmed Celebi przybył do Adrianopola (początek lipca 1443 r.) z Budy ruszyła wyprawa krzyżowa pod sztandarami króla Władysława I / III Jagiellończyka. Wyprawa ta (zwana przez Węgrów "Długą Wojną") posuwała się bardzo wolno, przede wszystkim dlatego że oczekiwano na wiele oddziałów które nie dotarły na czas na miejsce koncentracji i z pierwotnej 35 000 armii w bój ruszyło tylko 25 000. Ale entuzjazm był bardzo duży, wszyscy spodziewali się łatwego i szybkiego zwycięstwa, zdobycia Adrianopola i dotarcia do Konstantynopola, ratując tym samym Cesarstwo Bizantyjskie. Jednak problemów nie brakowało, najpoważniejszym z nich był brak floty, która pomimo wielu apeli i zapewnień nie powstała. Mimo to uznano że zdobycie Adrianopola i wypędzenie Turków z ich europejskich włości wystarczy, a poza tym w Konstantynopolu można było zaopatrzyć się w jakieś statki, które mogłyby przewieźć armię chrześcijańską do Anatolii. Dopiero na początku października armia chrześcijańska przekroczyła Dunaj (czyli dwa miesiące zajęło im dotarcie z Budy nad Dunaj - niezwykle szybkie tempo 😉). W tym czasie stan psychiczny sułtana Murada wcale się nie poprawiał. Nadal nosił żałobę po swym synu i pomimo oznak normalności, często popadał w apatię a niekiedy nawet w rozpacz (zdarzało się że publicznie płakał podczas narad wojennych, co nie przysparzało dostojeństwa sułtanowi). Natomiast 11-letni książę Mehmed Celebi wykazywał rozsądek, przekraczający jego młody wiek. W Kotlinie Niszańskiej zgromadzono wówczas trzy armie tureckie pod dowództwem Kasima paszy, Iszak beja i Turachan beja, gdzie oczekiwano nadejścia krzyżowców. W połowie października 1443 r. Jan Hunyadi na czele 12 000 swych doborowych oddziałów, przekroczył rzekę Morawę i siał spustoszenie po stronie tureckiej, kolejno rozbijając mniejsze tureckie oddziały, zmierzające do miejsc koncentracji. 3 listopada 1443 r. Hunyadi w bitwie pod Niszem rozbił trzy połączone ze sobą tureckie armie które miały go zatrzymać (w tej bitwie po stronie tureckiej walczył również Skanderbeg - przyszły narodowy bohater Albanii, twórca państwa albańskiego). Gdy wiadomość o tym zwycięstwie dotarła do reszty wojsk królewskich, wywołało ono jeszcze większą euforię niż dotychczas. Teraz już nikt, nawet najwięksi pesymiści nie uważali że cokolwiek może pójść nie tak i że wkrótce padnie nie tylko Adrianopol, ale uda się zapewne zgnieść Turków w samej Anatolii, a może nawet dotrzeć do Jerozolimy żeby tam ponownie uwolnić Grób Pański z rąk niewiernych. Zaczęto przypominać sobie dawne lata wielkich krucjat, ale połowa wieku XV to już nie był okres krucjatowy. Idea krucjat dawno się skończyła, wypaliła się (czego dowodem była chociażby zupełna bierność władców Europy Zachodniej wobec ogłoszonej przez papieża krucjaty anty-osmańskiej) i to, z czym teraz miano do czynienia, to były już tylko walki o dominację poszczególnych krajów, ewentualnie walki obronne przeciw zalewowi islamu.

1 grudnia po krótkiej walce zdobyta została Sofia (dzisiejsza stolica Bułgarii). Wojska chrześcijańskie dopuściły się wówczas mordów na muzułmanach, aby jednak odróżnić mieszkających w mieście chrześcijan od niechrześcijan (którzy nosili praktycznie podobne stroje) kazano im odmawiać słowa modlitwy "Ojcze nasz" i żegnać się, kto nie potrafił, ten szedł pod miecz czy pod topór. W zdobytej Sofii król Władysław już planował zajęcie Adrianopola, ale obecnie dalszy marsz na południe był niemożliwy, jako że spadł już śnieg, przełęcze górskie były mocno zasypane i droga była odcięta. Trzeba było więc poczekać do wiosny roku następnego z podjęciem dalszej ofensywy. Król Władysław jednak był niecierpliwy. Miał co prawda dopiero 19 lat, ale płynęła w nim gorąca litewska krew i choć jego ojciec był człowiekiem niezwykle ostrożnym, a jednocześnie diabelnie skutecznym (i jak na swoje czasy jednak trochę dziwnym, jako że Władysław II Jagiełło nie tylko nie nosił brody - co było wówczas powszechne i bardzo modne, ani też żadnego zarostu, ale przede wszystkim nie pijał wina, a podczas uczt w jego pucharze znajdowała się czysta woda. Był też bardzo przesądny, np. przed podjęciem jakiejś decyzji łamał słomki i wrzucał je do kominka żeby odczynić urok. Bardzo dbał też o czystość, ponoć kąpał się codziennie - co nawet w średniowieczu {epoce dosyć czystej w porównaniu z następną epoką nowożytną} nie uchodziło za normalne {swoją drogą średniowieczne zamki zaopatrzone były w toalety, co powodowało że zamki nie śmierdziały tak jak chociażby Wersal Ludwika XIV gdzie nie było żadnych łazienek, gdyż uznano że takim pałacu, w otoczeniu tylu pięknych posągów dawnych bogów, muz i bohaterów oraz w obecności arcychrześcijańskiego "Króla Słońce", coś tak obrzydliwego jak toaleta nie ma miejsca bytu. Efekt był taki że dworacy króla srali do kominków i "podlewali" ściany owego pałacu, gdzie śmierdziało jak w chlewie i dopiero służba chodziła po korytarzach, sprzątała te wszystkie odchody i pryskała perfumami żeby zagłuszyć smród}). Władysław Jagiełło był jednym z najskuteczniejszych i największych władców średniowiecznej Europy, ale jego młody syn - choć miał jego rozwagę - to jednak zagłuszał ją zbytnim temperamentem, co niestety ostatecznie go zgubiło.


WŁADYSŁAW I (III) JAGIELLOŃCZYK



Pomimo silnych opadów śniegu, ciężkich przepraw przez góry i zasieków zbudowanych przez Turków, podjęto się próby sforsowania Bramy Trajana, czyli tych górskich wrót, którymi z Sofii można było dostać się na południe, do Adrianopola, Konstantynopola i do Grecji. 12 grudnia 1443 r. doszło pod Zlaticą (u stóp Bramy Trajana) do krwawej bitwy. Krzyżowcy dwukrotnie starali się przerwać tureckie zasieki, walcząc w ciężkim górskim terenie, mocno zasypanym śniegiem i jednocześnie odcięci od dostaw ze swych taborów. Nie udało się im to i musieli zawrócić, zadali jednak Turkom znaczne straty, co nie przeszkodziło jednak tureckiemu dowódcy - Kasimowi paszy w podjęciu za nimi pościgu. 16 grudnia w kolejnej bitwie pod Meleszticą - nieopodal Sofii - wojska krzyżowców również zostały zmuszone do odwrotu, co spowodowało że musieli opuścić Sofię i wycofać się za Dunaj (porażka ta jednak była niewielka, praktycznie można powiedzieć że straty tam poniesione nie przesłoniły zysków, jakie przyniosła kampania roku 1443 i spodziewano się że kolejnej wiosny sukces będzie jeszcze większy). O tym że Turcy realnie nie byli w stanie powstrzymać krzyżowców w roku 1443 świadczy fakt, że pościg, który wysłali przeciwko nim, został rozbity przez wycofujące się oddziały chrześcijańskie pod Niszem - 2 stycznia 1444 r. W tej bitwie do niewoli dostało się wielu z wysokiej rangi Osmanów, w tym szwagier  sułtana Murada II - Mahmud Celebi. Wówczas despotes Serbii Jerzy Brańkowić wysunął myśl przezimowania w Serbii, założenia tu obozu i wiosną wyruszenia z kolejną kampanią na Adrianopol. Plan był dosyć ciekawy, ale w w tamtych warunkach nierealny. Żywność się skończyła i nie było też jak jej szybko uzupełnić tym bardziej w warunkach zimowych (można było co prawda organizować rajdy w celu zdobycia pożywienia na okolicznej ludności chłopskiej, z tym tylko że ta ludność najczęściej nie była muzułmańska a chrześcijańska). Postanowiono więc wrócić na Węgry i wiosną tego roku ponownie wyprawić się przeciw Osmanom. W końcu stycznia 1444 r armia chrześcijańska dotarła do Belgradu. W połowie lutego król Władysław I / III na czele swych oddziałów wkroczył do Budy. Ludność stolicy Węgier wyległa na ulice aby wiwatować na cześć swych bohaterów, którzy jednak przypominali bardziej żywe trupy. Wychudzeni często brudni po trudach podróży i walk, ale w rękach trzymający zdobyte sztandary niewiernych Osmanów, oraz pokazujący łupy i jeńców z kampanii roku 1443. Młody król Władysław szedł w tym pochodzie pieszo, pośród swych żołnierzy, a pierwszym miejscem do którego się skierował po wejściu do stolicy była katedra, aby tam podziękować Bogu za odniesione zwycięstwo.




Wiadomość o zwycięstwie szybko obiegła Europę, okazało się bowiem że Turków można pokonać, a poza tym można z tego wyciągnąć korzyści zarówno polityczne jak i finansowe. Jednak przedłużająca się nieobecność króla w Krakowie powodowała, że coraz częściej podnosiły się głosy iż król powinien już wrócić do kraju (szczególnie uważał tak wszechwładny biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki). Nieznanej jest natomiast stanowisko królowej-matki Zofii (Sonki) Holszańskiej w tej sprawie, zapewne jednak ona również pragnęła ujrzeć z syna. Jednak w tych latach (począwszy od 1440 r.) działalność polityczna królowej-matki praktycznie ustała i niewiele wiadomo o jej zaangażowaniu (wzięła w tym okresie udział jedynie w zjeździe w Korczynie w kwietniu 1443 r.), głównie mieszkała bowiem w swych dobrach oprawnych. Co ciekawe, mocno zasmuciła ją wiadomość o śmierci Hińczy z Rogowa - jaka dotarła do Krakowa w drugiej połowie roku 1442. To właśnie Hińcza miał być tym rycerzem, z którym Sonka miała dopuścić się jakichś intymnych schadzek, o co też została oskarżona w roku 1427 przez biskupa Oleśnickiego - to znaczy nie bezpośrednio przez niego, a przez ludzi przez niego podstawionych. Wywołało to początkowo kryzys małżeński Władysława Jagiełły z Sonką (król ponoć nawet ciskał różnymi przedmiotami po swej komnacie, wykrzykując że musi poznać prawdę o swej małżonce). Hińcza trafił do lochu, gdzie był poddany nawet torturom, ale ostatecznie król go uniewinnił na mocy prawa "Neminem captivabimus" (które notabene jeszcze wówczas nie weszło w życie, stanie się to dopiero w roku 1430), A królowa oficjalnie została oczyszczona z zarzutów zdrady (stało się tak ponoć na prośbę z samego biskupa Oleśnickiego, któremu ukaranie królowej nie było potrzebne, wystarczyło bowiem rzucenie na nią podejrzenia aby osłabić jej prawa do regencji po śmierci samego króla i to Zbyszko Oleśnicki uzyskał). Wiadomość o śmierci Hińczy w roku 1442 okazała się jednak fałszywa, w rzeczywistości doznał on poważnej rany w starciu z wojskami Elżbiety Luksemburskiej, ale przeżył. Jednak sam fakt jak bardzo zasmuciło to królową-matkę może budzić pewne niepokojące skojarzenia co do jej oskarżenia z roku 1427. W każdym razie do Budy, do Władysława Jagiellończyka przybyło teraz poselstwo zarówno z Konstantynopola jak i z Adrianopola, od samego sułtana Murada.


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...