WYŚWIETLENIA

07 kwietnia 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. IV

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. IV



W dniach 22 czerwca - 12 sierpnia 1921 r. w Moskwie odbył się III Kongres Kominternu, na którym również debatowano nad możliwością wybuchu w Polsce rewolucji komunistycznej. Z ramienia Komunistycznej Partii Robotniczej Polski uczestniczyli w tym kongresie Adolf Warszawski-Warski, Maksymilian Horowitz-Walecki, Adam Landy, Stefan Królikowski i Stanisław Bobiński (notabene Warski, Walecki i Wera Kostrzewa byli w partii uważani za "prawicowców" a to dlatego że postulowali jakąś chęć współpracy z Polską Partią Socjalistyczną. Byli też frakcją tzw. "większościowców", w odróżnieniu od frakcji "mniejszościowców" której przewodził Julian Leszczyński-Leński). Zaczęto teraz bardzo skrupulatnie przygotowywać się do nowej rewolucji. Organizowano jaczejki (komunistyczne struktury) w zakładach pracy a przede wszystkim w wojsku (które w tym czasie przechodziło proces demobilizacji). Umieszczenie swych agentów w wojsku było niezwykle ważne, ponieważ w sytuacji wybuchu rewolucji i kolejnej sowieckiej agresji na Polskę, należało maksymalnie osłabić możliwość Wojska Polskiego do skutecznej obrony. Te struktury były podstawą dla stworzonej już oficjalnie od połowy lat 20-tych tzw. "wojskówki" (Centralny Wydział Wojskowy KPP). Ostatecznie została ona rozbita przez policję w grudniu 1935 i styczniu 1936 r., mimo że była to struktura tak tajna, że nawet wewnątrz samej KPP niewielu o niej wiedziało (wojskówka początkowo złożona była z pięciu osób, w 1928 r. jej personel zwiększono do dziesięciu). Przygotowania do rewolucji trwały pełną parą, tym bardziej że Polska na początku lat 20-tych była krajem w którym szalała inflacja, a do tego panowała powojenna bieda i okrutna drożyzna, która odbierała wielu osobom radość z odzyskanej Niepodległości. Poza tym kryzysy polityczne, szybko zmieniające się rządy i demokracja partyjno-gabinetowa, oraz niekończące się spory sejmowe potęgowały wrażenie, że - posługując się kolokwialnym stwierdzeniem Ferdynanda Kiepskiego - "Nie o takie Polske walczyłem". Prawo pracownicze było nieustannie łamane (chociaż dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy został wprowadzony już 23 listopada 1918 r., o powołaniu Inspekcji Pracy z 3 stycznia 1919 r., oraz o Pracowniczych Związkach Zawodowych z 8 lutego 1919 r.). Najlepiej pod tym względem było w fabrykach z kapitałem państwowym, najgorzej niestety w prywatnych firmach i przedsiębiorstwach. Publikacje Haliny Krahelskiej - zastępczyni Głównego Inspektora Pracy w latach 1919-1921 i 1927-1931, pokazują zatrważający obraz łamania prawa pracy przez pracodawców. Zatrudnienie dzieci w różnych zakładach - w tym w przemyśle - było powszechne (najmłodsze, które zostało zgłoszone do ubezpieczenia Kasy Chorych miało... 10 lat), a to z tego powodu że dzieciom można było płacić głodowe stawki, a i tak wykonywali pracę taką samą jak dorośli (mało tego, w jednej z warszawskich wytwórni metalowych, dzieciom nie płacono przez cały rok, gdyż twierdzono że ciągle są na okresie próbnym). Powszechną praktyką było też nie udzielanie urlopów i to zarówno młodocianym jak i dorosłym. Krahelska pisała: "Są fabryki, gdzie wprost oznajmia się przy przyjmowaniu robotnikowi, iż praca trwa 12 godzin i że jest to warunek otrzymania pracy; są fabryki, gdzie dyrekcja obwieszcza przedłużenie dnia pracy na piśmie, przyczem redakcja takich ogłoszeń brzmi kategorycznie, robotnika się nie pyta o zdanie. W innych wypadkach, wprowadzając zmiany przedłużone, dyrekcja spekuluje bezpośrednio na strachu robotnika przed utratą pracy. Proponuje się pracę po godzin 12, a gdy propozycja nie spotyka entuzjazmu śród ogółu robotników, to się oświadcza, że trzecia zmiana (ośmiogodzinna) może być przyjęta, ale później, wobec konieczności redukcji, będzie się zatrzymywało ludzi z tej trzeciej zmiany, a zwalniało ze zmian obecnie pracujących. Są fabryki, gdzie stopniowo przedłużało się dzień roboczy, ażeby uśpić czujność robotników bardziej uświadomionych. W niektórych fabrykach wprowadzenie dnia przedłużonego odbywa się bardzo uroczyście, w drodze zbierania ogółu robotników i głosowania za 8-godzinnym dniem pracy lub przeciw niemu. (…) dzisiejsza psychika robotnika łódzkiego (poza biedą i nędzą materialną) w wysokim stopniu jest uległą pracodawcom i przez nich steroryzowaną".




W takich warunkach komuniści polscy uznali, że przeprowadzenie rewolucji nie będzie aż tak trudne, tym bardziej jeśli zdoła się doprowadzić do masowych strajków, połączonych z infiltracją wojska (a nawet policji) i interwencją Armii Czerwonej. Lata 1921-1924 były pod tym względem bardzo niebezpieczne. Na wschodzie co prawda wytyczono już nową granicę (zgodnie z "wyrokami" traktatu ryskiego), ale wciąż była ona niezbyt dobrze zabezpieczona, a wszelkie bolszewickie bandy przechodziły przez nią praktycznie bezkarnie, dokonując po polskiej stronie różnych napadów, podpaleń i rabunków (nie mówiąc oczywiście o agitacji komunistycznej, ale w tych warunkach nie była ona skuteczna). Wydawało się że komunistom wkrótce uda się doprowadzić do tego, czego nie udało się uzyskać w lipcu i sierpniu roku 1920. 19 października 1921 r. Włodzimierz Lenin wystosował specjalny list do działaczy Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, w którym nieco studził nastroje, przestrzegając ich przed sprowokowaniem zbyt wczesnego wystąpienia zbrojnego i rewolucyjnego w Polsce. Twierdził że rewolucja wkrótce i tak nastąpi, ale na razie (choć oczywiście o tym nie wspominał w swym liście) Armia Czerwona nie była gotowa do przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji zbrojnej przeciwko Polsce. 30 października we Lwowie (w zabudowaniach katedry św. Jura) odbyła się konferencja Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej (założonej w lutym 1919 r.). Partia ta, początkowo porządkowana Komunistycznej Partii (bolszewików) Ukrainy, stała na skraju rozpadu wewnętrznego, gdyż powstał konflikt w jej łonie na temat tego czy nadal podlegać KP(b)U czy też podporządkować się KPRP (tym bardziej że Galicja Wschodnia weszła w skład państwa polskiego). Towarzysze jednak nie doszli do porozumienia, nie zdążyli. Na salę bowiem wkroczyła policja i aresztowała wszystkich 26 delegatów KPGW. W kolejnych dniach kontynuowano aresztowania i w sumie doprowadzono do schwytania 150 osób, jednocześnie prawie całkowicie rozbijając struktury Komunistycznej Partii Galicji Wschodniej. Niestety jednak, nie wszystkim udowodniono potem zarzut uczestnictwa w nielegalnej partii, a przed sądem zdołano postawić jedynie 39 komunistów. Pozostałym nie można było udowodnić winy, ponieważ działali oni podobnie jak grupy dywersyjne, które były organizowane w ramach KPRP, ale ich członkowie oficjalnie nie należeli do partii z tego powodu, aby w przypadku wpadki nie powiązać ich z działalnością komunistyczną. Poza tym w partii od 1 stycznia 1922 r. obowiązywała doktryna Kominternu budowy "jednolitego frontu" komunistów i socjalistów. Lenin uznał bowiem, że w państwach, w których panuje "dyktatura kapitalizmu" należy przejąć hasła socjalistyczne, niekiedy nawet narodowe po to, aby podporządkować masy idące za tymi hasłami - rewolucji. Dlatego też na wniosek Warskiego, Waleckiego i Kostrzewy przegłosowano w partii (stosunkiem głosów 26 do 9 i 4 wstrzymujących się) następującą uchwałę: "KPRP winna zwracać się do partii socjalistycznych i klas owych związków zawodowych z propozycją wspólnej walki" (już w parę lat później ten zwrot zostanie uznany za "faszystowski").




8 stycznia 1922 r. odbyły się na obszarze tzw. Litwy Środkowej wybory do Sejmu Wileńskiego, które - na znak protestu - zostały zbojkotowane przez Litwinów, Białorusinów i Żydów. Mimo to frekwencja wyniosła prawie 65% uprawnionych do głosowania (w ogromnej większości ludności polskiej) co dało nowemu parlamentowi Litwy Środkowej demokratyczną legitymację do decydowania o przyszłości regionu. Tak więc 20 lutego Sejm Wileński podjął uchwałę o przyłączeniu Wileńszczyzny do Polski. Piłsudski początkowo (jeszcze w czasie Bitwy Niemeńskiej we wrześniu 1920 r.) zakładał połączenie polskiego Wilna z Mińskiem i litewskim Kownem i ten związek polsko-białorusko-litewski miał z czasem połączyć się (na zasadach federacyjnych) z Rzeczpospolitą. Decyzje podjęte w Rydze i utrata Mińska za sprawą polskich politykierów, znacznie zmieniły te plany. Nie udało się utworzyć niepodległego państwa na Ukrainie, wyrzeczono się Mińska białoruskiego (zasiedlonego w ogromnej większości przez Polaków), a Litwa kowieńska była bardzo negatywnie nastawiona do jakichkolwiek związków z Polską, obawiając się głównie tego, że Polska w tym związku (jako partner większy i silniejszy) będzie - co zrozumiałe - dominować. A poza tym obawiano się na Litwie atrakcyjności kultury polskiej. Litwa więc - podburzana przez Moskwę i Berlin i mająca wsparcie mocarstw zachodnich (Wielkiej Brytanii, Francji i USA) - domagała się kategorycznie zwrotu Wilna, jako prastarej stolicy Litwy. Strona polska postulowała zorganizowanie na Wileńszczyźnie plebiscytu, podobnego do tego, jaki był organizowany na Śląsku czy na Warmii i Mazurach (a także w niektórych innych spornych terenach Europy Środkowej). Państwa zachodnie chciały oddać Wileńszczyznę Litwie, ponieważ nie wierzyły w to, że Litwa zdoła utrzymać swą niepodległość i widziały ten kraj w związku (być może nawet federacyjnym) z nową Rosją (oczywiście niekomunistyczną). Piłsudski nie chciał włączenia Wileńszczyzny do Polski. Sądził bowiem że Litwinom znacznie łatwiej będzie porozumieć się z rządem Litwy Środkowej, niż z Warszawą, ale dążenia mieszkańców samej Wileńszczyzny do powrotu do Polski okazały się silniejsze. Litwa jednak od tego momentu całkowicie zamroziła stosunki z Polską (stając się jednocześnie kukiełką zarówno Niemiec jak i Sowietów i będąc przez nich wykorzystywana jako teren do akcji dywersyjnych na terenie Polski). Aby to niebezpieczeństwo zlikwidować, można było w tamtym czasie podjąć tylko jedną decyzję - marsz z Wileńszczyzny na Kowno i to nie zbuntowanych oddziałów Żeligowskiego, a regularnych formacji Wojska Polskiego pod dowództwem Piłsudskiego. Marszałek jednak odrzucał jakąkolwiek formę agresji przeciwko Litwie, do końca wierząc że uda się porozumieć z owym "rządem kowieńskim" (jak go kpiąco nazywał). W latach 20-tych gdy przybywał do Druskiennik (gdzie miał mały domek, ofiarowany mu w ramach zasiedlania zdobytych terenów przez polskich weteranów wojennych), przechadzał się wokół jeziora, będącego granicą pomiędzy Polską a Litwą (notabene dziką granicą, bowiem od października 1920 r. Litwa nie utrzymywała z Polską żadnych kontaktów, nie tylko dyplomatycznych ale również handlowych, granicznych czy kulturalnych. Granica ta więc była dosyć niebezpieczna) i długo, czasem godzinami wpatrywał się w tamten odległy litewski brzeg, nucąc być może w myślach słowa inwokacji Adama Mickiewicza: "Litwo, ojczyzno moja. Ty jesteś jak zdrowie, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie...".




17 marca 1922 r. w Warszawie odbył się zjazd różnych grup komunistycznych, na którym powołano do życia Związek Młodzieży Komunistycznej (który w 1930 r. zmienił nazwę na Komunistyczny Związek Młodzieży Polski). Program tego nowego tworu był wypisz wymaluj taki sam, jak Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, czyli dążenie do światowej rewolucji komunistycznej (a w tym przypadku do rewolucji w Polsce). Ta nowa organizacja weszła oczywiście w skład Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży, a na jej czele (na czele Komitetu Centralnego) stanął Alfred Lampe. W tym czasie warto wspomnieć że w Rosji sowieckiej 6 lutego rozwiązano budzącą grozę policję polityczną zwaną CZEKA (czyli Komisję Nadzwyczajną do Walki z Kontrrewolucją, powołaną zaraz po rewolucji w 1917 r.) i na jej miejsce stworzono Państwowy Zarząd Polityczny (GPU). Zmiana nazwy była oczywiście czysto kosmetyczna, a na czele nowych władz stanęło dotychczasowe szefostwo z Feliksem Dzierżyńskim na czele. Teraz zaczęła się już otwarta walka o władzę w komunistycznym państwie po coraz bardziej słabnącym na zdrowiu Leninie. Najpoważniejszymi kandydatami do objęcia kierownictwa sekretarza generalnego Komitetu Centralnego partii byli: Feliks Dzierżyński, Józef Stalin i Lew Trocki, kandydatami znacznie mniejszej rangi byli zaś: Grigorij Zinowiew i Lew Kamieniew. 27 marca rozpoczął się w Moskwie XI Zjazd Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) na którym stało się jasne że to Stalin wygrał tę rozgrywkę o władzę i na drugi dzień po zakończeniu Zjazdu czyli 3 kwietnia 1922 r. Józef Stalin - na wniosek samego Lenina (który wcześniej ostrzegał przed nim towarzyszy partyjnych) wybrany został na sekretarza generalnego Komitetu Centralnego partii bolszewickiej. I tak rozpoczęła się nowa epoka, chociaż Lenin wciąż jeszcze żył.




Oczywiście nasza lokalna ekspozytura bolszewicka musiała przyjąć to do wiadomości i zaakceptować (zresztą jak i inne partie komunistyczne Europy i Świata), bowiem centrum komunizmu biło w Moskwie i to stamtąd szły pieniądze na utrzymanie takich partii jak KPRP (a także na utrzymanie działaczy partyjnych, gdyż nie pracując, musieli z czegoś żyć). W dniach 10-13 kwietnia odbyła się w Warszawie III Konferencja Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, na której wybrano nowe władze partii. Bezwzględnie zwyciężyła tzw. "prawica" partyjna, czyli w potocznym określeniu 3W (Warski-Walecki-Wera) od nazwisk przywódców tej frakcji. Zwano ich "prawicowcami" ponieważ byli oni zwolennikami porozumienia się z partiami socjalistycznymi, a nawet social-demokratycznymi i w tamtym czasie ten pogląd był poglądem większości członków partii, dlatego też to oni zwyciężyli. Główną propagatorką i można powiedzieć mózgiem tej polityki była Wera Kostrzewa, czyli Marianna Koszutcka. Urodziła się ona w 1876 r. i pochodziła z polskiej rodziny szlacheckiej - choć zubożałej, gdyż sama w młodości pracowała jako guwernantka i nauczycielka domowa. 1902 r. została kierowniczką prywatnej szkoły w Łodzi. W tym samym czasie wstąpiła też do Polskiej Partii Socjalistycznej. W następnym roku została aresztowana przez Moskali za działalność socjalistyczną i w 1904 r. zesłana na 3 lata do guberni archangielskiej. Po powrocie do Privislinije (czyli do Królestwa, a raczej tego, co z niego wówczas zostało pod kacapskim panowaniem), wstąpiła do PPS-Lewica. To ona (wraz z Różą Luksemburg i kilkoma innymi towarzyszami) była inicjatorką zjednoczenia PPS-Lewicy z Socjaldemokracją Królestwa Polskiego i Litwy, przez co 16 grudnia 1918 r. stworzona została Komunistyczna Partia Robotnicza Polski i od tego czasu Wera Kostrzewa współkształtowała politykę partii i wchodziła w skład Komitetu Centralnego i Biura Politycznego, stojąc na czele (właśnie od kwietnia 1922 r.) frakcji (wraz z Warszawskim-Warskim i Waleckim) tzw: "większościowców" czy też "prawicowców". Frakcja ta dominowała w partii przez dwa kolejne lata, gdy w Związku Sowieckim Stalin doszedł do wniosku, że sojusz z socjalistami to był jednak "faszystowski spisek". Według Karola Radka - który organizował cały ten "sojusz", miał on przebiegać w sposób następujący: "Zrobimy sojusz, pójdziemy kawałek drogi razem, ale później (...) zrobimy porządek z sojusznikami" - innymi słowy wejście komunistów w porozumienie z socjalistami miało polegać na tym, aby rozsadzać te partie od wewnątrz i przeciągać masy do siebie.

Zresztą w tym samym czasie (1922-1923) Jerzy Sochacki - inny czołowy komunista z KPRP, opublikował cztery tomiki pism szkalujących socjalistów, a były to: "PPS w służbie imperializmu Austrii i Niemiec", "PPS w rządzie Moraczewskiego", "PPS w Sejmie i poza Sejmem" oraz "PPS a Rady Robotnicze". Natomiast Wera Kostrzewa w sprawozdaniu dla Kominternu o działalności KPRP w Polsce w 1921 r. krytykowała dotychczasowe władze partyjne za skupianie się na "odziedziczonych po SDKPiL dogmatach", pominięcia haseł robotniczych, przede wszystkim dążenia do realizacji 8-godzinnego dnia pracy, kwestii reformy rolnej (rzuciła hasło: "Ziemia dla bezrolnych i małorolnych chłopów"), oraz za brak jasnego stanowiska partii w sprawie autonomii Galicji Wschodniej (tutaj Kostrzewa ostro krytykowała "prymitywny kosmopolityzm" dotychczasowych władz KPRP). Twierdziła że sukces komunistom w Polsce może przynieść przede wszystkim otworzenie się na chłopów (a nie tylko na robotników - jak to było do tej pory), oraz większe (choćby tylko taktyczne) nawiązanie do kwestii narodowych i narodowo-wyzwoleńczych, a przynajmniej nie pomijanie i bagatelizowanie tych kwestii, jak to było do tej pory. W czasie owej III konferencji KPRP Wera Kostrzewa, wygłaszając te swoje plany na przyszłość, jednocześnie dodawała że to jest tylko wybieg taktyczny i że dzięki niemu "będziemy mogli uspołecznić jeszcze więcej ziemi niż w Rosji", oraz "uspołecznienie ziemi jest w przyszłości jedynym rozwiązaniem kwestii rolnej i jedyną drogą do socjalizmu" - innymi słowy w przyszłości chłopi mieli mieć tak czy siak ziemię odebraną, a sami mieli stać się na niej pracownikami najemnymi. Czyli metody komunistyczne są niezmienne po dziś dzień, jedynie zmieniają się środki i metody wiodące ku celowi "uspołeczniania ziemi" (dziś są one realizowane pod hasłami "zielonego ładu" i całego tego ekologizmu, jaki jest nową religią Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego oraz całej idei totalitarnej struktury, w jaką zamienia się Unia Europejska). I podobnie jak dziś wszelkie zamiary cofnięcia się Komisji Europejskiej choćby o krok od zamierzonych celów zielonego totalitaryzmu powodują wręcz żałosny jazgot (choć oczywiście toczony za drzwiami gabinetów, na zasadzie "niech tam se motłoch protestuje, my idziemy dalej wyznaczoną trasą"), tak też na owej III Konferencji KPRP podniosło się wiele głosów oburzenia na sam fakt, iż można - co prawda na krótko - ale że w ogóle oddać chłopom ziemię na własność. Jeden z członków partii stwierdził wręcz: "Jeśli rewolucja będzie na Zachodzie, u nas nie znajdzie się siły, która byłaby zdolna do zmuszenia nas do podziału" (ziemi pomiędzy chłopów).




Innymi słowy komuniści chcieli dotychczasowe folwarki zamienić na państwowe przedsiębiorstwa rolnicze, w których chłopi zatrudnieni byliby w roli pracowników rolnych (a tak naprawdę parobków przywiązanych do ziemi, jak to było w Związku Sowieckim). Myśl o tym, że ziemia mogłaby zostać oddana chłopom na własność (choćby były to tylko niewielkie hektary - jak twierdziła Kostrzewa), była nie do pomyślenia dla komunistycznych fanatyków, dla których idea komunistyczna była tym samym, czym dowolnie interpretowane przykazania religijne dla fanatyków i sekciarzy. Mimo to należy stwierdzić, że władze partyjne które w kwietniu 1922 r. przejęły kierownictwo nad partią, były bodajże najbystrzejszą i najbardziej autonomiczną grupą partyjnych aparatczyków w całej historii Komunistycznej Partii Polski. Oprócz Kostrzewy, Warskiego i Waleckiego w Komitecie Centralnym znaleźli się: Jerzy Sochacki-Czeszejko, Franciszek Grzelszczak, Adam Landy, Wacław Wróblewski, Franciszek Fiedler, Roman Jabłonowski, Władysław Stein-Krajewski, Szczepan Rybacki, Edward Próchniak (ps. "Sewer", "Weber") i Henryk Lauer (ps. "Ernest", "Brand", "Łapiński"). Trybun ludowy tzw. "lewicowców" partyjnych (momentami nawet uważany za przywódcę tej frakcji) niejaki Ślusarski twierdził wręcz otwarcie że nie należy nawet na krok odchodzić od "ideałów" komunizmu i nie ulegać socjal-ugodowcom, którzy dążą do zgniłych kompromisów. Krytykował on nie tylko nowe władze KPRP, ale również politykę Rosji sowieckiej, którego rząd - jak twierdził - zmuszony jest układać się z własnym wrogiem, czyli (tadam)... z chłopstwem. Twierdził zatem, że skoro na Zachodzie nie wybuchła rewolucja komunistyczna (na co bardzo liczono) rząd sowiecki musiał iść na kompromis z chłopstwem i stworzyć taką kapitalistyczno-socjalistyczną hybrydę, jaką był NEP (Nowa Ekonomiczna Polityka), czyli wprowadzona w marcu 1921 r. przez Lenina polityka gospodarcza, dopuszczająca w państwie socjalistycznym istnienie własności prywatnej i gospodarki kapitalistycznej na mniejszą skalę (zgoda na istnienie małych prywatnych przedsiębiorstw). Ta polityka pozwoliła Rosji sowieckiej w pierwszych latach po rewolucji i wojny z Polską, złapać nieco oddechu, gdyż kraj był totalnie wyniszczony I Wojną Światową i rewolucją bolszewicką (oraz systemem komunizmu wojennego, czyli polityką rabunkową), a poza tym w kilku regionach Rosji (głównie na Ukrainie) dochodziło aż do przypadków kanibalizmu, tak wielki panował głód i bieda. Michał Bułhakow w swoim opowiadaniu "Stolica w notesie" opisywał jak wyglądało życie w Rosji w czasach tej polityki gospodarczej (nepmanami nazywano oczywiście tych, którzy najbardziej zyskali i którzy gospodarczo odżyli): "A u nepmanów było nadzwyczaj przyjemnie. Herbata, cytryna, ciasteczka, pokojówka, wszędzie pachnie perfumami, srebrne łyżeczki, córka gra na pianinie Modlitwę dziewicy, kanapa - "a może pan pozwoli śmietanki?"

Przez cały rok 1922 Wera Kostrzewa zamieszczała najróżniejsze napominania skierowane do socjalistów i zamieszczane na łamach "Nowego Przeglądu", gdzie nawoływała do zjednoczenia sił socjalistycznych, gdyż: "Idzie o odparcie niebezpieczeństwa panowania Korfantych i Dmowskich, wszystkie odłamy klasy robotniczej muszą iść w zwartych szeregach (...) cały proletariat miast i wsi, wszyscy robotnicy i biedni chłopi zrozumieć muszą, że nie osoba Piłsudskiego czy Witosa - jak głoszą fracy i ludowcy, ale tylko zbudzenie się do czynu, nieustanna czujność, solidarna masowa akcja - zapewnić im mogą demokratyczne zdobycze, niezbędne w burżuazyjnym państwie". Również Adolf Warszawski-Warski twierdził że nie ma wyjścia i trzeba działać w systemie takim jaki jest, czyli trzeba pogodzić się z tak zwaną demokracją parlamentarną i działać w jej ramach. Przynajmniej dopóty, dopóki nie wybuchnie rewolucja. Dlatego też już 20 kwietnia 1922 r. Komitet Centralny KPRP wystosował list otwarty do władz Polskiej Partii Socjalistycznej z propozycją wspólnej organizacji obchodów 1 Maja. PPS propozycję tę odrzuciła, twierdząc iż nie zamierza podejmować jakiejkolwiek współpracy z partią antyniepodległościową i zarazem pozbawioną poważnego zaplecza społecznego. W tym też czasie w Moskwie Oddział Zagraniczny GPU przygotował dla Biura Politycznego Komitetu Centralnego Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) raport o perspektywach rewolucji w krajach zachodnioeuropejskich, opracowany na podstawie informacji Rozwiedupra (czyli wywiadu wojskowego) i Kominternu. Największe nadzieje w tamtym czasie pokładano w trzech krajach: w Niemczech, we Włoszech i w Polsce i zamierzano wysyłać tam przeszkolonych ludzi o doświadczeniu politycznym i wojskowym, aby zakładali na miejscu bazy z bronią i szkolili oddziały bojowe przyszłych rewolucjonistów. Szczególne nadzieje pokładano w Niemczech, gdzie w marcu 1922 r. marka totalnie się załamała. W tym miesiącu za jednego dolara płacono 329 marek, a już w sierpniu tego roku aż 1990 marek. W kolejnych miesiącach było jeszcze gorzej, a inflacja zamieniła się w hiperinflację, powodując nieprawdopodobną wręcz dewaluację niemieckiego pieniądza (i tak jak kiedyś już pisałem, dochodziło do takich sytuacji, że markami palono w piecu, albo szyto z nich sukienki na bale sylwestrowe i karnawałowe, gdyż do niczego innego się nie nadawały, natomiast wypłaty wyglądały tak, że pracownik zabierał ze sobą trzy albo cztery walizki do których ładował pieniądze, które były jedynie świstkiem papieru, bo chleb kosztował tyle co 1/3 takiej walizki. Już sam fakt tego pokazywał, jak bardzo Sowieci liczyli na wybuch rewolucji w Niemczech. Zresztą w Polsce było bardzo podobnie, tylko że na nieco mniejszą skalę).




Ale działalność komunistów nie była pępkiem świata, a wręcz stanowiła zaledwie odprysk wydarzeń, które wówczas działy się w świetle reflektorów. I tak oto 7 kwietnia 1922 r. zakończony został proces prawnego powiązania Wielkopolski z resztą ziem Rzeczypospolitej (ciągoty Wielkopolan do autonomii były dosyć silne, ale ostatecznie zostały stłumione). 16 kwietnia we włoskiej miejscowości Rapallo, podpisany został niemiecko-rosyjski układ, na mocy którego oba te państwa miały ze sobą współpracować i pomagać sobie w sytuacji powojennego ostracyzmu zwycięskich mocarstw. Niemcy bowiem czuły się upokorzone warunkami pokoju podyktowanymi im w Wersalu w czerwcu 1919 r. Twierdzono bowiem powszechnie (zresztą zgodnie z prawdą) że przecież Armia Niemiecka nie została pokonana w polu, a wróg nigdzie nie przekroczył granicy Cesarstwa Niemieckiego. Zaczęto zatem głosić mit o "Ciosie w plecy", który Armii Niemieckiej mieli zadać socjaliści, komuniści i Żydzi. Poza tym ogromna skala odszkodowań wojennych - jakie musiały zapłacić pokonane Niemcy zwycięskim mocarstwom powodowała, iż wszelkie radykalizmy zyskiwały coraz większy posłuch, tym bardziej w sytuacji potęgującej się inflacji i biednienia społeczeństwa niemieckiego. Liczono więc na różne "cuda". Przede wszystkim na ponowną wojnę na Wschodzie i ponowny atak Armii Czerwonej na Polskę, gdyż zwycięstwo sierpniowe roku 1920 było w Niemczech uważane za katastrofę (gdyż mocno oczekiwano tam upadku państwa polskiego i powrotu na Wschodzie do granic z 1914 r.). Poza tym oczekiwano, że gdyby komuniści ponownie zaatakowali, to Amerykanie - którzy u siebie również obawiali się rewolucji komunistycznej - przychylniejszym okiem spojrzą na kwestię niemieckich reparacji i albo je radykalnie obniżą, albo też nawet zupełnie zniosą. Rząd Josefa Wirtha (z katolickiej partii Centrum) prowadził politykę "wywiązywania się", czyli spełniania oczekiwań zwycięskich mocarstw w kwestii reparacji, co doprowadziło do tego, że Niemcy zostały dopuszczone do odbywającej się od kwietnia 1922 r. w Genui Światowej Konferencji Gospodarczej. Jednak polityka "wywiązywania się" była bardzo niepopularna w samych Niemczech i mocno zwalczana zarówno przez prawicę jak i lewicę. Poza tym w tym właśnie czasie doszło do ostrego konfliktu niemiecko-francuskiego, który był tak ostry, że obawiano się iż zamieni się w nową wojnę (wielu nacjonalistów - ale również ludzi którzy w takiej wojnie widzieli odmianę losu Niemiec - mocno jej kibicowało). Ponieważ jednak w Genui niewiele można było osiągnąć, a głos Niemiec znaczył tam tyle co nic, strona niemiecka postanowiła dogadać się z przedstawicielami Rosji sowieckiej i tak właśnie stało się w Rapallo, gdzie oba państwa nawiązały kontakty dyplomatyczne, gospodarcze i wzajemnie zrezygnowały z odszkodowań.




Wiadomość o podpisaniu układu w Rapallo wywołała szok światowej opinii publicznej, gdyż nie sądzono że do takiego zbliżenia mogłoby dojść (oczywiście nie wiedziano nic o tym, do czego potem doszło, czyli do rozbudowy Reichswehry na poligonach sowieckiej Rosji, gdzie pozbawione broni pancernej Niemcy, mogły testować nowe rodzaje czołgów i samolotów. W każdym razie układ w Rapallo wynegocjował i podpisał niemiecki minister spraw zagranicznych - Walther Rathenau, który już 24 czerwca 1922 r. zginął w Berlinie w zamachu zorganizowanym przez skrajnie prawicową organizację. Nie był to pierwszy tego rodzaju mord polityczny w ówczesnych Niemczech. Takich fememorden (mordów kapturowych) popełniono kilka, począwszy od 1921 r. Ich ofiarami padali ludzie, którzy oficjalnie zostali oskarżeni przez środowiska nacjonalistyczne o klęskę Niemiec w Wielkiej Wojnie, upokorzenie Niemiec w Wersalu i zgodę na ową hańbę. Do pierwszego mordu doszło 26 sierpnia 1921 r. a jej ofiarą padł minister finansów z partii Centrum - Mathias Erzberger. Mordu tego dokonało dwóch członków organizacji Consul (dawnej brygady Ehrhardta), którzy podeszli do Erzbergera gdy przebywał on w miasteczku zdrojowym i oddali do niego strzały w głowę i klatkę piersiową. Rathenau zaś został wysadzony granatem. Ta śmierć oblała grozą polityków i doprowadziła do tego, że 26 czerwca (czyli 2 dni po zamachu na Rathenaua), wprowadzono w Niemczech zarządzenie o ochronie Republiki, a kanclerz Wirth wygłosił orędzie do narodu, w którym stwierdził że "wróg stoi na prawicy" (w sumie zamachowcy zabili 354 osoby, w tym 326 bezkarnie). Atmosfera jaka się wówczas w Niemczech wytworzyła (głównie w kręgach rządowych i zbliżonych do rządowych) była związana z walką z partiami prawicowymi, a raczej z wszelkimi prawicowymi organizacjami, które głosiły radykalne hasła nacjonalistyczne. Jednak sympatia niemieckiej ulicy, ale również niemieckiej elity politycznej była bardzo prawicowa. Upadek Cesarstwa bowiem i powstanie Republiki niewiele zmieniło w dotychczasowym układzie polityczno-społecznym państwa. Pruskie junkierstwo wciąż było silne, oficerowie w dalszym ciągu mieli ogromny wpływ na politykę (Ernst Jünger twierdził wręcz, że: "junkrzy upili się wojną niczym winem i do dziś nie wytrzeźwieli"). Podobnie niemieckie sądy były znacznie bardziej skore do karania socjalistów i komunistów, niż członków organizacji prawicowych. "Nienawiść i bezgraniczna pogarda wobec wszystkiego, co nazywa się demokracją i republiką, staje się większa i większa" - jak pisała jedna z niemieckich gazet w roku 1922.




A tymczasem 20 czerwca 1922 r. oddział wydzielony Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Stanisława Szeptyckiego wkroczył do garnizonów górnośląskich. Polska ponownie, po kilku wiekach swej nieobecności (Śląsk po raz ostatni należał do Polski jeszcze w średniowieczu, w XIII wieku), obejmowała w posiadanie ziemię śląską, a raczej wyznaczoną przez komisję Ligii Narodów część Śląska (swoją drogą najbardziej uprzemysłowioną część, choć nie największą). Z tej okazji premier Antoni Ponikowski w depeszy do wojewody Rymera w Katowicach stwierdzał: "Dzień dzisiejszy po wsze wieki pamiętny będzie dla narodu polskiego, jako święto odzyskania przez Polskę dzielnicy prastarej, ukochanej, cennej nie tylko bogactwami, lecz więcej jeszcze, cnotami ludności. Witajcie!" Komunistyczna Partia Robotnicza Polski stała oczywiście na gruncie oddania tej ziemi Niemcom. Zresztą w kosmopolitycznym świecie do którego miano dążyć po rewolucji, takie nic nieznaczące kwestie, jak świadomość narodowa nie miały żadnego sensu, dlatego też przynależność tej czy innej ziemi do danego kraju nie była dla tych ojkofobicznych kreatur ważna. Liczyło się przecież tylko jedno szczęście ludzkości w nowym komunistycznym raju. Ale podobnie jak żadnego raju nigdy nie było na Ziemi i próżno jest szukać jakiegokolwiek Edenu (w rozumieniu biblijnym oczywiście) czy to w Mezopotamii czy gdziekolwiek indziej (próżno, ponieważ my tutaj nie przychodzimy żeby się pławić w tym świecie. My stąd nie jesteśmy! My jesteśmy nieśmiertelnym Duchem, a nie tym mięsem który tutaj musi szczeznąć i zniknąć tak, jak wcześniej czy później zniknie Ziemia, Słońce czy cały Wszechświat), tak też stworzenie jakiegokolwiek raju politycznego - a już w szczególności raju opartego na zbrodni i przemocy (do czego dążyli przecież komuniści) mogło być interesujące tylko dla ludzi zupełnie pozbawionych jakichkolwiek, choćby najmniejszych oznak inteligencji.




Wraz z zajęciem części Górnego Śląska i wkroczeniem Wojska Polskiego do śląskich garnizonów w czerwcu 1922 r. zakończone zostało powiększanie ziem odrodzonej Rzeczypospolitej Polski. Państwo polskie obejmowało obszar 386 600 km² (z czego 260 000 km² należało do dawnego zaboru rosyjskiego, ponad 80 000 km² do austriackiego i ponad 46 000 do pruskiego). Powszechny spis ludności z roku 1921 ustalił, iż odrodzone państwo zamieszkiwało 27 164 000 mieszkańców (z czego samych Polaków było 18 632 000). Poza granicami Rzeczpospolitej (na całym świecie) pozostawało zaś, według ówczesnych obliczeń jakieś 6 500 000 rodaków. W czasie walk o Niepodległość od listopada 1918 r. do października 1920 r. zginęło 45 492 żołnierzy (z czego bezpośrednio w walce 16 139), rannych zostało 110 210, a zaginionych 50 709 (część z nich potem powróciła do Polski z sowieckiej niewoli). O ile więc każde życie ludzkie jest ważne, o tyle nie ma czegoś takiego jak Niepodległość i Wolność która ma być realna (a nie tylko wydumana, lub też naciągana jak w przypadku III RP) bez przelania za Nią zaledwie kilku kropel krwi. To, co zdobywamy w pocie czoła, ma bez wątpienia większą wartość niż coś, co dostajemy bez większego wysiłku i z łaski innych. A w tym właśnie przypadku dokonało się, Polska wreszcie zjednoczyła się ze swoimi (prawie) wszystkimi dzielnicami. Wcześniej rozerwana na części, ponownie zrosła się, niczym Feniks, który odradza się z popiołów. Wielu ziem nie udało się odzyskać, tysiące (a nawet miliony) rodaków pozostały czy to na Wschodzie czy na Zachodzie, w obcych państwach. Ale to, czego wówczas dokonano, przeszło i tak najśmielsze wyobrażenia. Przecież we wszystkich planach państw toczących I Wojnę Światową Polska - nawet jeśli miała istnieć po wojnie - to miała być małym krajem, nie większym od Serbii i całkowicie zależnym od zwycięzców, czyli Niemców lub Rosjan. Nawet najwięksi optymiści nie mogli bowiem przypuszczać że wszystkie trzy zaborcze mocarstwa upadną podczas tej wojny, a z ich gruzów odrodzi się nowa Polska. Nowa, ponieważ budowana od zera, ale posiadająca też ciągłość kulturową z dawną Rzeczypospolitą (na zasadzie zarówno pamięci kulturowej jak i genetycznej przeszłych pokoleń). Wojna została wygrana, państwo odbudowane i zjednoczone, ale walka wcale się nie zakończyła, a wręcz przeciwnie - jeszcze spotęgowała. Teraz bowiem toczyła się walka o przyszłość Polski, bowiem wrogów nigdy nam nie brakowało, a niektórzy, jak Komunistyczna Partia Robotnicza Polski wręcz dążyli do ponownego wciśnięcia nas w kolejną rosyjską niewolę.




CDN.

06 kwietnia 2026

MEMORIAM - Cz. XVII

WEDŁUG PRZEKONANIA OGÓŁU!





UMIŁOWANY POKÓJ 
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 
Cz. II






GODNY NASTĘPCA WIRIATUSA


Stłumienie rebelii Marka Emiliusza Lepidusa (77 r. p.n.e.), przyniosło Italii kilka lat wytchnienia od ciągłych bratobójczych wojen, toczonych w niedalekiej odległości od Rzymu. Jednak nie można było mówić ani o nadziejach na trwały pokój, ani o ostatecznym rozwiązaniu - narosłych przez dekady - politycznych konfliktów. Wzajemna nienawiść ogarnęła ludzkie serca i umysły, zbyt wiele bowiem nagromadziło się nieprawości, zbyt wiele nieszczęść spadło na obywateli i zbyt wiele łez wylano, aby owa zgoda mogła nastąpić. Potomkowie proskrybowanych w wyniku politycznych rozrachunków Sulli, chcieli przynajmniej odzyskać prawa obywatelskie - co w dalszej konsekwencji dałoby im sposobność do ubiegania się o zwrot zagrabionego ich ojcom mienia, a na to nie wyrażali zgody ci, którzy dzięki polityce dyktatora Sulli - owe mienie nabyli za bezcen i stali się teraz jego nowymi właścicielami. Obdarowanie przez Sullę swoich stronników majętnościami należącymi do pokonanych wrogów, spowodowało związanie ich z jego sprawą tak silnie, że nie osłabiła tego związku nawet jego śmierć. Zresztą inaczej być nie mogło, bo gdy weszło się w posiadanie czyjegoś majątku na drodze politycznych wywłaszczeń, to obawa przed koniecznością zwrotu takowego była na tyle determinująca, że zmuszała tych ludzi do utrzymania systemu sullańskiego - choć zdrowy rozsądek podpowiadał aby go nieco poluzować, ale obawa przed takim krokiem była na tyle silna, że niewiele można było w tym temacie uczynić. Zresztą w stronnictwie optymatów (zwolenników Sulli) istniała mniejsza - lecz bardzo zdeterminowana i nastawiona niezwykle wojowniczo - grupa, która każdy zamiar zmierzający do uregulowania pewnych mniej istotnych kwestii ustrojowych, uważała za bezpośredni atak na fundamenty rzymskiej Republiki. Do owego grona tzw.: "żarliwych" zaliczyć można: Kwintusa Lutacjusza Katulusa, Gajusza Skryboniusza Kuriona, Gnejusza Korneliusza Dolabellę, Mamerkusa Lepidusa, Kwintusa Hortensjusza czy Lucjusza Korneliusza Sisennę. Ich wzajemna żarliwość wzmocniona była dodatkowo silnymi związkami rodzinnymi lub przyjacielskimi (jak na przykład przyjaźń Katulusa, Hortensjusza i Sisenny, którzy znali się od wczesnej młodości).

Wkrótce potem powróciła kwestia przywrócenia pełni praw Trybunatowi Ludowemu - o który (w latach 77-75 p.n.e.) zabiegało kilku polityków, oraz dawała się odczuć silna presja obywateli na poczynienie ustępstw w tej kwestii. Przez długi czas grupa "żarliwych" blokowała wszelkie zmiany, twierdząc, że spowoduje to rozmontowanie ustroju sullańskiego i powrót do polityki wygnanych mariańczyków (stronników Gajusza Mariusza - zwanych też popularami). Szczególnie burzliwie wyglądały debaty Senatu w tej kwestii za konsulatu Gnejusza Oktawiusza i Gajusza Skryboniusza Kuriona (76 r. p.n.e.), ale dopiero przekonanie w roku następnym (75 p.n.e.) stronnictwa braci Kottów (Gajusza i Marka Aureliuszów), czyli umiarkowanych sullańczyków, pozwoliło zmienić prawo i przywrócić trybunom ludowym możliwość ubiegania się o inne urzędy publiczne (co pierwotnie zostało uniemożliwione po reformach ustrojowych Korneliusza Sulli z lat 82-80 p.n.e.). Była to pierwsza zapowiedź demontażu ustroju senackiego (zwanego też oligarchicznym lub sullańskim) i powrót do wcześniejszego ustroju grakchańskiego (będącego nieco bardziej demokratycznym, choć śmiem twierdzić że po śmierci Gajusza Flaminiusza Neposa w bitwie z Hannibalem nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. - czyli realnego twórcy stronnictwa demokratycznego, postulującego ewolucję rzymskiego ustroju w kierunku zbliżonym do tego, jaki panował w Atenach V i IV wieku p.n.e. - idea ta już nigdy w rzymskiej polityce się nie odrodziła), który to nastąpił kilka lat później (70 r. p.n.e.). Mimo tego sukcesu, kontrakcja grupy "żarliwych" spowodowała, że wkrótce potem (jeszcze w tym samym 75 r. p.n.e.) odzyskane prawa znów zostały zawieszone przez Senat, który zaczął obawiać się ponownego odrodzenia stronnictwa popularów. W tym też czasie rzymską politykę znów trapiły demony korupcji, oraz nieudolność w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Zaczęły się mnożyć oskarżenia o korupcję w trybunałach sądowych (odebranych przez Sullę ekwitom) oraz na stanowiskach zarządców prowincji (nie wspominając już o instytucji publikanów, gdzie łapówki stały się wręcz konieczną codziennością), a wielu młodych prawników oraz retorów budowało swoje przyszłe kariery polityczne na wygłaszanych podczas owych procesów mowach oskarżycielskich (w 77 r. p.n.e. po swym powrocie ze Wschodu, młody Gajusz Juliusz Cezar oskarżył o zdzierstwo Gnejusza Korneliusza Dolabellę, który sprawował wcześniej funkcję namiestnika Macedonii i choć zarzuty korupcji zostały przez sąd odrzucone - Dolabella miał przecież wśród sędziów wielu znajomych, z którymi wcześniej zasiadał jeszcze w Senacie - a on sam oczyszczony z zarzutów, to jednak upór Cezara w wyjaśnienie tej sprawy i pomoc udzielona Grekom oraz Macedończykom, pozwoliła mu zaistnieć w polityce jako jednej z twarzy odradzającego się stronnictwa popularów), czy mowach obronnych (jak w przypadku Marka Tulliusza Cycerona, który wsławił się obroną Roscjusza, którego to majątek przejął za bezcen wyzwoleniec Sulli - Chrysogonus, a Sulla dodatkowo wytoczył mu proces o ojcobójstwo - co było sporą niedorzecznością, jako że ojciec Roscjusza zginął w wyniku proskrypcji, choć podejrzewano że to sam Roscjusz wbił mu sztylet w pierś. Cyceron podjął się jego obrony i proces wygrał, lecz z obawy przed gniewem dyktatora postanowił wyjechać z Rzymu na Wschód. Miało to miejsce w 80 r. p.n.e.).




A tymczasem w dalekiej Hiszpanii zaczęły dziać się rzeczy dziwnie niepokojące. Będący pod silnym wpływem proroctw Sybilli - niejaki Kwintus Sertoriusz zaczął tam tworzyć swoje prywatne państwo. Wypędzony z Rzymu, wciąż marzył o dalekich podróżach i choć sam nie dotarł do Wysp Szczęśliwych (czyli Wysp Kanaryjskich), a dotarli tam jego żeglarze - to jednak wciąż pragnął dalekomorskich wypraw (kto wie, może gdyby miał szczęście, to nawet... dopłynąłby do Ameryki jeszcze przed Kolumbem i Wikingami, choć z drugiej strony rzymskie okręty raczej nie nadawały się do podróży przez Ocean, więc zapewne i tak nic by z tego nie wyszło). Ów Kwintus Sertoriusz (urodzony w 126 r. p.n.e.) - zwolennik Mariusza i były pretor (z roku 83 p.n.e.), przebywał wówczas w Mauretanii, gdzie znów planował podróż za słupy Herkulesa (Cieśnina Gibraltarska), gdy przybyła do niego delegacja z Hiszpanii Dalszej (Hispania Ulterior) z plemienia Luzytan (dzisiejsza Portugalia) prosząc go, aby objął nad nimi przewodnictwo i poprowadził ich w buncie przeciwko Rzymianom (80 r. p.n.e.). Sertoriusz - człowiek dość przyjemnej postury i zamiłowań - zgodził się przyjąć ich propozycję i przybył do Hiszpanii, gdzie został obwołany wodzem anty-rzymskiego powstania Luzytan (oczywiście wraz z nim przybyły tam niedobitki popularów, oraz 10 000 żołnierzy ze spacyfikowanej Sardynii pod dowództwem Marka Perpenny). Kolejne miasta hiszpańskie obwoływały go swoim przywódcą, dzięki czemu dość szybko opanował znaczny teren środkowej i południowo-zachodniej Hiszpanii, gdzie zachowywał się niczym udzielny monarcha. Przestał też czynić rozróżnienie na Rzymian i barbarzyńców (Luzytan), zdając sobie doskonale sprawę, że siłami samych rzymskich popularów nie będzie w stanie długo opierać się kolejnym armiom konsularnym, wysyłanym z Rzymu w celu szybkiego stłumienia tej rebelii. Aby więc odnieść sukces, należało otworzyć się na Hiszpanów, nie dzieląc ich przy tym na ludność barbarzyńską - czyli z założenia gorszą. I tak właśnie postępował Kwintus Sertoriusz. Po pierwsze zadeklarował oficjalnie że toczy wojnę w imię wyzwolenia Luzytan spod rzymskiego jarzma, po drugie założył szkołę w której uczyły się dzieci przedstawicieli hiszpańskiej elity (w której duży nacisk położono na naukę łaciny - czyli Sertoriusz dążył konsekwentnie do ich szybkiej romanizacji). Bardzo szybko opanował większość Hiszpanii, zaś Senat bezradnie się temu przyglądał, a konsulowie robili co mogli, aby tylko nie przyjąć dowództwa w wojnie z Sertoriuszem. Już wówczas bowiem nazywano go nowym Hannibalem, oraz następcą Wiriatusa (przywódcy plemienia Luzytan, który toczył długie i wyczerpujące Rzymian walki w latach 147-139 p.n.e. i dla współczesnych był kimś w rodzaju hiszpańskiego Spartakusa).




Sertoriusz zachowywał się jak monarcha i nawet założył swój własny dwór - który posiadał zarówno rzymskie jak i barbarzyńskie cechy wspólne. Zasiadał na przykład na tronie przystrojonym skórami, a u jego boku przechadzała się biała łania cerynejska (ta, którą jego ludzie przywieźli z Wysp Kanaryjskich). Wierzył on mocno, że jest to ta sama łania, którą niegdyś ścigał Herkules po gaju Hesperyd i składając hołd bogini Dianie (Artemidzie), wyrażał Sertoriusz wdzięczność, że to właśnie on został obdarzony takim przywilejem (Sertoriusz był człowiekiem bardzo religijnym, jednocześnie interpretował on mity dosłownie - widząc w nich swoisty "odcisk bogów"). Choć stan wojny utrzymywał się od samego początku, to do Hiszpanii skierowano dopiero armię sędziwego już prokonsula - Kwintusa Cecyliusza Metellusa Piusa (79 r. p.n.e.). Mimo to Sertoriusz odnosił same zwycięstwa, rozbijając najpierw w bitwie nad rzeką Betis (dziś Gwadalkiwir) namiestnika Hiszpanii Ulterior - Lucjusza Fufidiusa (80 r. p.n.e.). Następnie przez kolejne trzy lata odcinał armię Metellusa Piusa, pozbawiając ją zaopatrzenia i zmuszając do odwrotów, tak, iż Metellus popadł wręcz w rozpacz i zaczął słać do Rzymu ponaglające listy z prośbą o natychmiastowe wsparcie. Ponieważ żaden z konsulów nie zamierzał pakować się na tak ciężki teren, jakim była wówczas Hiszpania (doskonale pamiętano bowiem długie, ciągnące się przez dziesięciolecia walki z Luzytanami i Celtyberami - których ostatecznie udało się ujarzmić dopiero po ciężkiej i krwawej wojnie w 133 r. p.n.e., po kapitulacji twierdzy Numancja), gdzie nie można było liczyć na szybkie zwycięstwo i tym samym łatwą sławę - przeto też rozpaczliwe prośby Metella Piusa trafiały w próżnię. Jednak po stłumieniu buntu Lepidusa przez siły Gnejusza Pompejusza, jego armia nie została rozwiązana i wciąż koczowała obozem pod Rzymem - zatem postanowiono to właśnie jego wysłać do Hiszpanii, jednocześnie pragnąc pozbyć się z Italii zarówno jego samego, jak i jego armii (pisałem już o tym że popularność Pompejusza w Rzymie wzrastała wówczas, gdy był on poza miastem, natomiast jeżeli przebywał w Rzymie, ta popularność jakby nieco... karlała). Powstała jednak drobna przeszkoda natury formalno-politycznej - Pompejusz nie był bowiem jeszcze konsulem, dlatego też nie można mu było przyznać wojskowej władzy prokonsularnej. Ale i z tego kłopotu wybrnięto dość łatwo (jak to się mówi: "dla chcącego nie ma nic trudnego"), a to za sprawą sędziwego już sullańczyka, człowieka posiadającego ogromne wpływy i cieszącego się powszechnym szacunkiem wśród reszty senatorów - Lucjusza Marcjusza Filipa, który stwierdził że młodemu Pompejuszowi (wówczas oni wszyscy - Cezar, Pompejusz, Cyceron, Katon Młodszy, Krassus - byli jeszcze młodzianami i choć większość z nich skończyła już dwadzieścia kilka lat, to jednak i tak była to wciąż młodzież, w porównaniu do niektórych sędziwych senatorów) należy przyznać nie tyle władzę prokonsularną, co władzę "zamiast" konsula ("Non proconsulem, nisi pro consule"). I tak właśnie się stało.


KWINTUS SERTORIUSZ
"KRÓL" HISZPANII



Choć Pompejusz dobrze przygotował się do prowadzenia działań wojennych, Hiszpania była jednak znacznie cięższym terenem walk, niż Italia czy Afryka (gdzie się wcześniej wsławił), szczególnie że miejscowa ludność była wrogo nastawiona do Rzymian i utrudniała skuteczne posuwanie się legionów do przodu, dokonujac częstych sabotaży na ich tyłach i szybko okazało się że zwycięstwo nie będzie wcale takie proste. Już w pierwszej bitwie z Pompejuszem pod Lauron (76 r. p.n.e.) Sertoriusz wykazał swoją wyższość, zmuszając Rzymian do odwrotu i zdobywając tę twierdzę (Pompejusz poniósł w tej bitwie dość duże straty w ludziach, stracił też całą paszę dla koni). Potem zaś Sertoriusz kpił z Pompejusza, mówiąc że na takiego "chłopaczka" nie potrzebuje nawet oręża, wystarczy mu sam bat. Wyśmiewał się także z Metellusa Piusa, nazywając go "starą kobietą", której sukni kurczowo trzyma się młody Pompejusz - niczym dziecko ssące matczyną pierś. Obie armie jednak operowały na dwóch odcinkach frontu - Pompejusz na wschodzie Hiszpanii, a Metellus Pius na zachodzie. Wkrótce potem (75 r. p.n.e.) Pompejusz dopadł wydzielone siły Sertoriusza - pod dowództwem jego oficerów Marka Perpenny i Herenniusza - pod Walencją i doszczętnie je rozbił (poległo ponoć ok. 10 000 żołnierzy Sertoriusza). Metellus Pius również wyszedł zwycięsko ze stacia pod Italiką (75 r. p.n.e.), gdzie pokonał kwestora Lucjusza Hirtulejusza. Dzięki tym zwycięstwom obaj wodzowie mogli uderzyć wspólnie na Sertoriusza i spróbować rozbić go w jednej, dużej bitwie, ale niestety, ludzka zawiść wzięła górę i zamiast sobie wzajemnie pomagać, postanowili konkurować o to, który pierwszy wbije głowę Sertoriusza na włócznię i wyśle ją do Rzymu. Tę dogodną sytuację postanowił wykorzystać Sertoriusz, dopadając Pompejusza nad rzeką Sucro (75 r. p.n.e.), gdzie zamierzał rozbić jego siły nim nadejdzie odsiecz Metellusa Piusa. Bitwa jednak nie została rozstrzygnięta, choć to wojska Sertoriusza wycofały się z pola walki (jednak Pompejusz w tej bitwie został poważnie ranny w rękę, choć sam swemu napastnikowi odciął dłoń - w której ten trzymał miecz). Sertoriusz wycofał się teraz do twierdzy Klunia (miasto nad rzeką Duero, na zachód od Numancji), gdzie wkrótce potem przybyli Pompejusz i Metellus Pius (75 r. p.n.e.). Niestety, nawet zjednoczeni nie byli w stanie ostatecznie pokonać Sertoriusza, który częstymi wypadami powodował duże straty w ich szeregach.




Mając doskonałe rozeznanie w terenie i pomoc ze strony miejscowych ludów, zdołał Sertoriusz wydostać się z okrążenia i wyjść na tyły wojsk rzymskich. Do kolejnego starcia doszło pod Saguntem, gdzie obaj wodzowie ponownie nie byli w stanie pokonać armii Sertoriusza (choć on sam również nie zdołał ich rozbić). Bitwa ponownie zakończyła się (niezwykle krwawym) remisem, ale ubytek żołnierzy i częsta utrata aprowizacji (w wyniku sabotażu) spowodowała, że armia rzymska - nie mogąc szybko zniszczyć przeciwnika - słabła z miesiąca na miesiąc. Doszło do tego, że Pompejusz musiał słać listy do Rzymu z prośbą o pomoc, deklarując, że jeśli nie zostanie mu ona udzielona, to będzie musiał z wojskami wycofać się do Italii, a w krok za nim podąży Sertoriusz, który - kto wie - może nawet zdobędzie wówczas Rzym. I rzeczywiście, takie plany zaczęły się pojawiać w obozie Sertoriusza, który sugerował nawet że należy przenieść działania wojenne do Italii i tam właśnie uderzyć Rzymian w samo serce. Przerażeni takim obrotem sprawy senatorowie, którzy nie chcieli powrotu Pompejusza z jego armią do Italii, a już w szczególności nie chcieli tutaj przybycia sił Sertoriusza, uchwalili nowy pobór rekruta i wysłanie tych wojsk jako wsparcie Pompejuszowi do Hiszpanii (74 r. p.n.e.). Sytuacja wcale nie była sprzyjająca, bowiem w tym samym czasie w Rzymie zapanował głód, spowodowany odcięciem dostaw zboża z Egiptu przez cylicyjskich piratów, a poza tym były już zalążki kryzysu finansów publicznych (czyli po prostu zaczęło brakować kasy w budżecie). Poza tym na Wschodzie wybuchła nowa wojna z władcą Pontu, królem Mitrydatesem VI, a już wkrótce miała spaść na Italię kolejna plaga, w postaci zbuntowanych gladiatorów ze szkoły Kwintusa Lentulusa Batiatusa z Kapui, którzy rozplenili się niczym szarańcza po całym kraju, dokonując licznych rozbojów i zniszczeń. Zatem Pompejusz nie mógł dostać tylu żołnierzy, ilu oczekiwał (inna sprawa że przeciwko niemu w Senacie działał Lucjusz Licyniusz Lukullus - który uważał Pompejusza za swego osobistego wroga). Oczywiście Sertoriusz także przeceniał swoje możliwości - nie był on bowiem wówczas zdolny do przerzucenia wojsk do Italii i zagrożenia Rzymowi (i zapewne zdawał sobie z tego sprawę, a wspominając o ataku na Rzym, stosował swoistą socjotechnikę, mającą utrzymać wolę walki i wierność Hiszpanów u jego boku). Coraz bardziej też oddawał się modlitwie (przy czym modlił się również do swojej białej łani, którą traktował jak uosobienie bogini Diany), a nawet obserwował swoją łanię - dokąd chodziła, jak długo jej nie było i kiedy do niego wracała. A gdy wracała, wpadał w zachwyt i twierdził że bogowie jednak mu sprzyjają.




Inna sprawa że Sertoriusz zaczął popadać w paranoję, widząc wszędzie wokół siebie zdrajców. W ten sposób skazał na śmierć wielu Rzymian, którzy wcześniej przysięgali mu wierność, ale teraz uznał że jednak spiskują przeciw niemu (nie do końca te zarzuty były bezpodstawne, jako że rzymskim oficerom bardzo nie podobało się bratanie Sertoriusza z tubylcami i wynoszenie ich do tej samej pozycji, jaką w prowincjach mieli Rzymianie. Poza tym swoje musieli zrobić również i agencji Pompejusza, których zadaniem było podsycanie konflików wśród stronników Sertoriusza i wzajemne poróżnianie Rzymian z Hiszpanami. Być może więc działania Sertoriusza nie były tak całkiem bezpodstawne i paranoidalne). Udało się jednak Sertoriuszowi obronić Hiszpanię i zmusić siły Pompejusza oraz Metellusa Piusa do wycofania się do innych prowincji (chodzi głównie o Galię Narbońską, czyli dzisiejszą Prowansję) z powodu odcięcia ich armii od aprowizacji. I gdy już wydawało się że Rzymianie tej wojny jednak nie wygrają (rok 73 p.n.e. upłynął w Hiszpanii pod znakiem triumfu Sertoriusza, podczas gdy Italia oraz Rzym przeżywały w tym czasie ostry kryzys - spowodowany po pierwsze: brakiem zboża - dostawy z Egiptu a nawet z Afryki zostały skutecznie odcięte przez piratów, co doprowadziło do tego, że konsulowie Marek Terencjusz Warron i Gajusz Kasjusz Longinus musieli przyznać sobie prawo pierwokupu nadwyżki zboża z Sycylii po zaniżonych cenach, które następnie sprzedano po jeszcze niższych cenach wśród obywateli Rzymu, aby tym samym nie doszło do buntu plebsu. Po drugie: toczyła się wojna z Mitrydatesem pontyjskim w Azji Mniejszej, a po trzecie: wybuchło powstanie Spartakusa, które szybko rozszerzyło się na całą południową, a następnie północną Italię). Mimo to, wydarzyło się coś niespodziewanego. Oto bowiem Marek Perpenna - dotąd wierny stronnik Sertoriusza, napadł na niego podczas uczty i pozbawił go życia, po czym sam przejął dowództwo powstania (72 r. p.n.e.). Perpenna z pewnością został do takiego kroku namówiony przez ludzi Pompejusza (choć oczywiście polegało to jedynie na podpuszczeniu go do takiego kroku, gdyż Perpenna nie zamierzał poddawać się Pompejuszowi), skoro bowiem nie można było zwyciężyć Sertoriusza w bitwie, należało zgładzić go w inny sposób - poprzez np. zdradę zaufanego człowieka, którego potem już będzie można znacznie łatwiej pokonać (jak pisze Plutrch: "Perpenna podjął dzieło zabitego na bazie tych samych sił i środków, nie mając jednak równego mu rozumu w ich stosowaniu"). Wkrótce potem (71 r. p.n.e.) Gnejusz Pompejusz wydał mu bitwę, która zakończyła się ostateczną klęską hiszpańskich bojowników, a sam Perpenna trafił do niewoli, po czym (z rozkazu Pompejusza) został zgładzony.




Gdy rozwiązano wreszcie sprawę hiszpańskiego buntu (po ośmiu latach krwawej wojny - swoją drogą walki w Hiszpanii trwały prawie tyle samo co późniejsze walki w Galii, toczone przez Juliusza Cezara w latach 58-51 p.n.e.), należało teraz czym prędzej (oczywiście po wcześniejszym przywróceniu ładu i porządku w obu hiszpańskich prowincjach: Hiszpanii Dalszej [Ulterior] i Hiszpanii Bliższej [Citerior]) wracać do Italii, gdzie Marek Licyniusz Krassus nie radził sobie z buntem niewolników, walczących pod przywództwem pewnego trackiego gladiatora o imieniu Spartakus. Warto też pokrótce zastanowić się jak w ogóle do tego doszło, że niewolnicy ośmielili się wystapić przeciwko nam - ale o tym opowiem już w kolejnej części.






CDN.
 

05 kwietnia 2026

ZMARTWYCHWSTANIE JEZUSA CHRYSTUSA

WEDŁUG CHANNELINGÓW





ALLELUJA - JEZUS ŻYJE!





Mam nadzieję że tym tematem nie obrażę żadnego katolika czy w ogólności chrześcijanina, gdyż nie to jest moim celem. Nie pragnę bowiem ani obrażać nikogo spośród wierzących, ani też podważać zasad wiary chrześcijańskiej, a jedynie przedstawić inny (dla niektórych być może kontrowersyjny) przekaz, jak rzeczywiście mogło dojść do owego zmartwychwstania Chrystusa. Posiłkować oczywiście będę się informacjami zawartymi w channellingach, choć od razu wyraźnie pragnę zaznaczyć, że nie wszystko w channelingach zgadza się z oficjalnie przyjętym twierdzeniem, iż Jezus zmarł na krzyżu za nasze grzechy i za to, aby ludzkości otworzyć "Bramy Raju". To twierdzenie jest całkowicie (i wyraźnie) w channelingach podważone, dlatego też na samym początku napisałem, że nie chcę i nie jest moim celem, aby kogokolwiek tutaj obrazić, czy też podważyć zasady wiary. Ja tylko prezentuję to, co jest w owych przekazach i tyle (inna sprawa jest taka, że sama wiara dla mnie już nie jest do niczego potrzebna, gdyż jestem już ponad to, a pewne oczywistości są dla mnie tak jasne, jak fakt że po nocy przychodzi dzień, jak choćby fakt że istnieje cykl inkarnacyjny, że pojawiamy się tutaj aby odgrywać role - choćby były one niezwykle ciężkie i trudne, to zawsze są tylko role i nie należy zbytnio się do nich przywiązywać - że nie ma czegoś takiego jak piekło, że po śmierci idziemy do miejsca, które jest niezwykle piękne - tak wspaniałe, że trudno jej opisać ludzką mową - miejsce które jest czasem naszego wytchnienia i wypoczynku, a jednocześnie okresem analizy tego, co zrobiliśmy nie tak na naszej "scenie życia". Oczywiście cykl inkarnacyjny nie jest nieskończony. Z czasem, gdy uzyskamy odpowiednią doskonałość - pozbywając się wszelkich negatywnych energii, a jednocześnie doskonale pamiętając wszystkie nasze trudy i cierpienia - na pewnym etapie boskiego rozwoju naszej duszy, a pisząc "Boskiego" mam na myśli stanie się boską duszą, czymś co można nazwać Założycielami, będziemy pamiętać wszystkie nasze wcześniejsze inkarnacje {teraz, po śmierci najczęściej pamiętamy tylko poprzednie życie}. Nie można bowiem poznać nieskończonej Miłości, nie pamiętając jednocześnie bólu i cierpienia, gdyż tylko to stanowi drogę dalszego rozwoju, Boską Doskonałość. Gdy już pozbędziemy się tych wszystkich negatywnych jak i pozytywnych naleciałości, gdy nasze energie się zrównoważą, gdy staniemy się tylko czystą Miłością, pamiętając jednocześnie wszystkie nasze wcześniejsze nieprzyjemne doświadczenia, wrócimy do Domu, do Boga by ponownie się z Nim zjednoczyć. Bardzo ciekawie opisuje to choćby Robert Bernatowicz, aczkolwiek Jego relacje - jakkolwiek niezwykle bogate - są dla mnie osobiście jedynie uzupełnieniem tego, co ja już wiem na ten temat). Dlatego też od razu ostrzegam - według channelingów Jezus Chrystus wcale nie umarł za nasze grzechy i wcale nie otworzył nam tym drogi do Raju. Ale, jednocześnie Jego śmierć na krzyżu, w Palestynie dwa tysiące lat temu, była niezwykle istotną częścią planu, który musiał być wykonany i to bez względu na to, czy ziemskie ciało Jezusa było na to gotowe (Chrystus bowiem, już wisząc na krzyżu i nie mogąc ścierpieć okrutnego bólu przeszywającego wówczas Jego ciało, zapytał: "Boże, czemuś mnie opuścił?"). Było to bez wątpienia poświęcenie, ale poświęcenie na które Jezus wyraził zgodę i był na to przygotowywany już od swych narodzin. Człowiek bowiem nie dziedziczy grzechu własnych rodziców czy dawnych pokoleń, gdyż grzech jest popełniany przez świadomą jego ciężaru istotę ludzką i nie jest ani niezmywalny, ani "śmiertelny". 
 



Dlatego też tak lubię dzieło Plutarcha "O odwlekaniu kary przez Bogów", pokazujące dobitnie (choć z ludzkiej perspektywy) o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. My, ludzie, pragniemy sprawiedliwości i chcemy aby "dobrych" wynagradzać za ich dobro, a "złych" karać (jak najszybciej) za wyrządzone przez nich zło. I w zasadzie trudno mieć tutaj o to do nas pretensje, gdyż jako istoty podatne na śmierć (czymże jest te nasze kilkadziesiąt lat życia, w stosunku chociażby do życia jednej planety, lub nawet epoki historycznej?), pragniemy jeszcze na własne oczy ujrzeć, jak sprawiedliwości staje się zadość i jak złoczyńcy płacą za popełnione przez nich zbrodnie. Bogowie zaś - jak pisał Plutarch - tak jednak nie myślą i stąd bierze się tyle niesprawiedliwości na tym świecie, tak, że często ludzie dobrzy i sprawiedliwi cierpią niedostatek, zaś oszuści i złoczyńcy opływają w zbytki. Ale Bogowie podchodzą do tego zupełnie inaczej, gdyż... nic ich nie ogranicza. Nie muszą skazywać złoczyńców na szybką śmierć (tak jak Jahwe, który kazał swemu ludowi by wymordowali pokonane plemię wraz z kobietami i dziećmi oraz całym żywym dobytkiem jakie posiadali), gdyż nie podlegają oni ograniczeniom czasowym. Czas nie ma dla nich żadnego znaczenia, stąd właśnie owi złoczyńcy i tak za swoje grzechy odpowiedzą po śmierci - jak pisał Plutarch - i tak staną przed Bogami, gdy nadejdzie ich kolej. Nie unikną tego, nie uciekną przed tym, nie ukryją się nigdzie, będą musieli stawić się na Sądzie Ostatecznym, który zadecyduje o ich losie. Po co więc - zapytuje Plutarch - Bogowie mieliby uśmiercać takich ludzi? Ukarać ich jeszcze zdążą, a czas, jaki im pozostał na Ziemi mogą wykorzystać na duchową przemianę i naprawę wcześniej popełnionych grzechów (to jest tylko rola - uświadomimy to sobie, dlatego nie powinniśmy wyrządzać nikomu krzywdy, bo to wszystko do nas wróci. Zarówno ten świat szykujemy dla siebie samych - nie tylko dla naszych dzieci - ale właśnie dla nas, gdy wrócimy tu w kolejnych rolach do odegrania, dlatego powinniśmy dbać o naszą planetę Gaję, bo jeszcze długo będzie ona jedynym światem na którym żyjemy). Niestety, my, ludzie tak nie myślimy. My pragniemy natychmiastowej "sprawiedliwości" (która często jest formą naszej prywatnej zemsty), pragniemy zadośćuczynienia naszemu bólowi, smutkowi i żądzy zemsty - pragniemy krwi. I na tym polega - według Plutarcha - "odmienność" Bogów od ludzi. Nie zazdrośćmy więc zbytków komuś, kto na to nie zasługuje, lub zdobył to w sposób niegodny czy zbrodniczy. "Wszystko zostało zapisane" i nasze dobre i złe uczynki, a tam, po śmierci będziemy zdawać relację z tej naszej krótkiej podróży przez życie (chociaż jest ona przedstawiana w bardzo swobodnej atmosferze przed Założycielami - pamiętajmy że Założyciele są tymi samymi duszami co my, tylko Oni już są ponad te wszystkie nasze energetyczne ograniczenia, które my musimy jeszcze przezwyciężyć - i w towarzystwie naszego Przewodnika oraz innych Opiekunów. Nie przypomina to wcale "sądu nad śmiertelnikami", znanymi nam z legend i mitów a także z przekazów religijnych. Nie ma tam strachu przed karą, ani przed wtrąceniem nas w czeluści piekielne. Jedyne co jest, to żal. Żal ze zmarnowanego życia, żal że nie udało nam się odegrać tych planów, które wcześniej zamierzaliśmy odegrać, że zboczyliśmy z tej ścieżki i weszliśmy na koleiny wiodące nas do ponownego przeżycia tej samej roli - innymi słowy, mówiąc kolokwialnie, straciliśmy czas).

Według channelingów, znaczenie śmierci Jezusa na krzyżu było nawet większe (niż to, które się powszechnie uznaje), gdyż tym samym otworzył on nas, ludzi (Ziemian) w kierunku uniwersalnej, kosmicznej duchowości i wprowadził barbarzyńską (tak cywilizacyjnie jak i duchowo) ludzkość, do grona "Synów Gwiazd", czyli na drogę, która od początku miała być naszym udziałem. Śmierć Jezusa na krzyżu wytworzyła bowiem nową więź, nową duchową odsłonę i jednocześnie "zaraziła" ludzi twórczą, wieczną miłością, a to jest niesamowita i niebagatelna siła. Poświęcenie Jezusa Chrystusa na krzyżu, miało więc wymiar nie tylko uniwersalny, ogólnoludzki, ale również wszechświatowy, kosmiczny i o ile śmierć ojca Maksymiliana Kolbe (który w 1941 r. w niemieckim obozie zagłady w Auschwitz-Birkenau poświęcił się za jednego z więźniów, mającego iść na śmierć. Sam, z własnej woli oddał swoje życie za tego człowieka, czym doprowadził do ogromnej implozji wyrządzonego przez ludzi - w tym przypadku Niemców - zła, rodząc swym poświęceniem ogromne dobro - co prawda niewidoczne naszymi oczyma, ale czasem odczuwalne także przez żyjących. Poświęcenie ojca Kolbe było czymś na tyle niezwykłym i nieprawdopodobnym, że stworzyło nowe dobro, nowy świat dla kolejnych pokoleń ludzi, a teraz wyobraźmy sobie czego swym poświęceniem dokonał "Syn Boży" Jezus Chrystus), czy poświęcenie np. rodziny Ulmów (zamordowanych przez Niemców za ukrywanie Żydów wraz z gromadką ich małych dzieci) czy rodziny Lubkiewiczów, czy innych niezliczonych rodzin polskich, które zostały zamordowane (rodzice wraz ze swymi dziećmi) za udzielanie schronienia Żydom - to wszystko, poprzez ogromne pokłady negatywnej energii, wytworzyło niesamowite pokłady energii pozytywnej, które stworzyły nowe dobro, nowy świat. My, żyjący, oczywiście nie mamy takiej skali porównawczej aby móc to chociażby ujrzeć na własne oczy, ale powstała z tego zła energia pozytywna, doprowadziła najpierw do zrównania, a następnie do implozji owej negatywnej energii, wytworzonej poprzez tamte mordy. Oczywiście nie znaczy to, że naszym celem jest dążenie do łatwej i szybkiej śmierci - wręcz przeciwnie (według mnie pierwsi chrześcijanie popełniali błąd, tak bardzo dążąc do bycia skazanym i uśmierconym, aby tylko połączyć się z Chrystusem) - celem jest długie i szczęśliwe życie, ale takie właśnie sytuacje dziejowe powodują, iż dobro często rodzi się samoczynnie i to w najmniej spodziewanych okolicznościach. Zaś dobro powstałe ze Zmartwychwstania "Mistrza" jest uniwersalne i ponadczasowe.




Natomiast jak to się stało, że Jezus zmartwychwstał? Jak wiadomo był On "Synem Boga" (co można również tłumaczyć jako "Syn Gwiazd"), a "Królestwo Moje nie jest z tego świata" - jak rzekł On przesłuchującemu go Poncjuszowi Piłatowi. Jezus wielokrotnie podczas swego ziemskiego żywota (szczególnie w okresie gdy nauczał) kontaktował się z innymi "Synami Gwiazd", uczynił tak również w ową nieszczęsną noc w ogrodzie Getsemani, gdy żarliwie modlił się "do Boga" i zapytywał czy istnieje szansa, by nie musiał poświęcać swego życia (należy bowiem pamiętać że Jezus był nie tylko "Synem Gwiazd", ale również człowiekiem. Miał ludzkie ciało i podatny był na wiele ludzkich niedogodności, w tym na ból i cierpienie). Gdy jednak uświadomił sobie (Jego ludzka część natury) że po to właśnie się urodził i po to przyszedł na świat, aby "Dać świadectwo Prawdzie", przyjął to bez oporów (trzeba też pamiętać, że była to Jego całkiem dobrowolna decyzja). Gdy zaś został już ukrzyżowany i umarł, a ciało Jego pochowano w jaskini, wydarzyły się rzeczy, które nie są omawiane w Biblii, a które channelingi podają jedynie bardzo skrótowo. Nie będę się wikłał w pewne nieścisłości (bo sam ich dokładnie nie rozumiem), które mówią że Jezus Chrystus zmartwychwstał wcześniej, niż uczyniło to Jego ciało (zapewne chodzi tu o pewną kwestię życia po śmierci, ale na poziomie znacznie wyższym niż dzieje się to z większością nas, gdyż dusza Chrystusa, była duszą znacznie bardziej rozwiniętą), dlatego też etap ten pominę. Warto jednak dodać że po swym (duchowym) Zmartwychwstaniu, Jezus nie był duchem, ani też duszą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Był po prostu istotą wyższego rzędu i tyle. Następnie Jego ludzkie ciało zostało "zniszczone". Było to oczywiście wcześniej zaplanowane przez istoty, które patronowały misji "Syna Człowieczego" (według channelingów należeli do tej grupy: Tjehooba oraz Plejadianie). Nie wiadomo dlaczego (ja nie potrafię tego wyjaśnić) tak się stało, tym bardziej że Tjehooba potrafili wskrzeszać zmarłych, jeśli śmierć nastąpiła w jakiś krótki czas po zgonie (być może trzy dni to czas zbyt długi na wskrzeszenie zmarłego przez te istoty, a tyle właśnie - jak podaje Biblia - leżało ciało Jezusa, począwszy od Jego śmierci aż do zmartwychwstania). Ale jeśli to wszystko było już wcześniej zaplanowane, to Jezus musiał przyjąć zupełnie nowe, choć już nieludzkie, a jedynie takowe przypominające, ciało - gdyż Jego materialne ciało przestało wówczas istnieć (w "Misji" Michel Desmarqet opisuje że ludzkie ciało Chrystusa znajduje się na planecie Tjehooba obok innych ciał "Synów Gwiazd" którzy wysłani zostali zarówno na Ziemię jak i na inne światy (tak samo prymitywne duchowo, jak my).
 



Po przyjęciu nowego ciała (być może ciała astralnego), Jezus odsunął kamień, którym zamknięto wejście do Jego grobowca (tu nie chodziło o Jego nadludzką siłę, ale o to, że to wszystko było monitorowane i kamień ten został odciągnięty "w sposób cudowny" przez istoty z Plejad i Tjehooba - które najpierw uśpiły rzymskich żołnierzy strzegących tego grobu). Gdy Jezus ukazał się u wejścia do grobu, żołnierze się pobudzili i wpadli w panikę (to musiało być niesamowite wydarzenie, gdyż wszyscy pouciekali ze swego posterunku, a przecież dobrze wiedzieli czym to grozi - opuszczenie stanowiska w armii rzymskiej oznaczało natychmiastową karę śmierci. Przerażeni zaczęli więc opowiadać o tym niezwykłym zjawisku, a gdy wieści te dotarły do kapłanów Świątyni Jerozolimskiej, ci, zaproponowali legionistom pieniądze, w zamian za zaprzestanie ich powtarzania). Gdy do grobu udały się Maria - matka Jezusa, Maria Magdalena i Salome, grób już był pusty, a żołnierze uciekli ze swego posterunku. To właśnie te niewiasty zawiadomiły pozostałych Apostołów i na miejsce przybyli Piotr i Jan. Jezus potem zaczął im się kolejno objawiać taki, jakim go zapamiętali w chwili śmierci, wraz ze wszystkimi ranami, jakie mu zadano podczas męki. Nie było to już jednak ludzkie ciało Chrystusa, tylko Jego ciało astralne (a według mnie było to Jego ciało realne, czyli takie, jakim był naprawdę w swoim świecie, choć Apostołom ukazał się pod starą postacią, jaką oni zachowali w swej pamięci). O ile śmierć na krzyżu była kluczowym elementem otwarcia duchowego mostu pomiędzy ludzkością a istotami z gwiazd, to zmartwychwstanie miało istotne znaczenie dla samych ludzi. Stworzyło bowiem fundamenty Nowej Nadziei, która pogrzebała dawne religie, stojące na przeszkodzie uniwersalnemu otwarciu ludzkości i wejściu w nową erę duchowej świadomości. Dlatego też pełni radości w rodzinnym gronie w te świąteczne dni wołajmy razem - Alleluja, Jezus - nasz Mistrz - Zmartwychwstał.





ZDROWYCH, POGODNYCH 
I WESOŁYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY



03 kwietnia 2026

TAJNE SPISKI I WIELKIE AFERY - Cz. II

JAK POLSKA i STANY ZJEDNOCZONE
DOPROWADZIŁY DO ABDYKACJI 
KRÓLA WLK. BRYTANII - EDWARDA VIII
w 1936 r.? 
Cz. II





PLAN WOJNY PREWENCYJNEJ 
Z NIEMCAMI
PIERWSZA PRÓBA ROZERWANIA
SOJUSZU NIEMIECKO-SOWIECKIEGO
(1932-1933)
Cz. I






WSPÓŁPRACA NIEMIEC I ZWIĄZKU SOWIECKIEGO 
CZYLI: 
"POLSKĘ TRZEBA ZAŁATWIĆ"
(1922-1932) 


płk. dr. MARIAN STEIFER



16 kwietnia 1922 r. we włoskiej miejscowości Rapallo, został zawarty niemiecko-sowiecki traktat sojuszniczy. Zawarto tam również tajną klauzulę, która umożliwiała podjęcie współpracy wojskowej pomiędzy tymi krajami (o czym świat dowiedział się dopiero w 1927 r. dzięki polskiemu wywiadowi, który w międzywojniu był jednym z najlepszych na świecie - na przykład japońscy specjaliści od kryptologii i wywiadu wojskowego szkolili się tylko w Polsce, podobnie postępowali Łotysze. A było to jeszcze przed powstaniem "Laboratorium" - supertajnej placówki wywiadowczej powstałej z polecenia Marszałka Piłsudskiego w roku 1934, której zadaniem było analizowanie najbardziej na daną chwilę zagrożenia, tak ze strony Niemiec czy Związku Sowieckiego. To właśnie agenci wysłani w ramach programu "Laboratorium" stworzyli podczas II Wojny Światowej tzw.: antynazistowski ruch oporu w... samych Niemczech - pod nazwą "Akcji N" - o tym jak Polacy stworzyli w samych Niemczech anty-nazistowski ruch oporu - opowiem w oddzielnym temacie, teraz tylko dodam że było to robione z taką perfekcją i doskonałością {zarówno języka niemieckiego jak i niemieckiej gwary regionalnej, znajomości lokalnych środowisk, a polegało to przede wszystkim na wykorzystywaniu do współpracy ludzi, którzy od dekad a często od pokoleń mieszkali w Niemczech i byli uważani za Niemców, ale jednak mieli albo polskie korzenie albo w jakiś inny sposób byli związani zarówno z Polską jak i z polskim wywiadem} że do dziś dnia wielu niemieckich historyków, jako dowód istnienia w Niemczech prężnej opozycji antyhitlerowskiej, pokazuje gazetki i broszury wydawane w ramach "Akcji N" przez polski wywiad w Niemczech. A gazety takie przesyłano przede wszystkim na front do żołnierzy aby osłabić ich ducha i pokazać że w Niemczech istnieje opozycja która pragnie obalenia Hitlera. W rzeczywistości prawdziwa niemiecka opozycja antyhitlerowska - jak mawiał prezydent Lech Kaczyński - "zmieściłaby się w moim gabinecie". Z agentów wysłanych w ramach "Akcji N" wyodrębnili się również "Muszkieterowie" - działający już w czasie II Wojny Światowej jako oddzielna siła wywiadowcza, współpracująca co prawda z wywiadem Armii Krajowej ale jednak nie podporządkowana Jej bezpośrednio i praktycznie niezależna. "Muszkieterowie" zostali stworzeni jako formacja elitarna - stąd zapewne też jej sukcesy - przez oficerów wywodzących się albo z Legionów albo z Polskiej Organizacji Wojskowej {z czasów I Wojny Światowej}, albo z zagorzałych piłsudczyków, albo z członków najznakomitszych rodzin arystokratycznych, albo też z ludzi nauki. Przywódcą "Muszkieterów" był projektant i wynalazca pracujący m.in.: nad "promieniami śmierci" - inżynier Stefan Witkowski, a jednym z najsławniejszych członków tej organizacji był również doktor praw, pułkownik Wojska Polskiego, genialny szachista - zagorzały piłsudczyk (podobnie jak ja sam) - Marian Steifer, którego szczególnie intensywnie poszukiwało po wojnie NKWD, czy też Krystyna Skarbek - pierwowzór Vesper Lynd, dziewczyny Bonda z "Casino Royale". O "Muszkieterach" też opowiem w oddzielnym temacie).


VESPER LYND Z "CASINO ROYALE"
(FIKCYJNA POSTAĆ DZIEWCZYNY BONDA, 
KTÓREJ PIERWOWZOREM BYŁA SŁYNNA KRYSTYNA SKARBEK)



24 lipca 1922 r. kanclerz Niemiec, lewicowy polityk Joseph Wirth, powiedział wprost do ambasadora Niemiec w Związku Sowieckim: "Polskę trzeba załatwić!". Następnie we wrześniu tego roku szef sztabu armii niemieckiej, gen. Hans von Seeckt powiedział: "Egzystencja Polski jest nie do zniesienia i nie do pogodzenia z żywotnymi interesami Niemiec. Polska musi zniknąć i zniknie wskutek własnej słabości i za przyczyną Rosji - z pomocą Niemiec". Zaś w kilka miesięcy później, znów kanclerz Wirth mówił o potrzebie wspólnego (wraz z Rosją Sowiecką) "zdruzgotania Polski", oraz "przywrócenia wspólnej, sąsiedzkiej granicy z 1914 r.". No i współpraca niemiecko-sowiecka ruszyła pełną parą. Początkowo co prawda (w wielkiej tajemnicy przed światem, jako że postanowienia Traktatu Wersalskiego zakazywały Niemcom rozbudowywania i unowocześniania sił zbrojnych) rozpoczęła się współpraca pilotów i specjalistów od czołgów i broni pancernej. Potem (po roku 1926) zaczęły w Związku Soweckim powstawać niemieckie fabryki zbrojeniowe produkujące czołgi, samoloty i amunicję. W 1924 r. do Rosji przybyło sześciu niemieckich specjalistów lotniczych (Johannesson, Diete, Droste, Rath, Hasenohr, Fiebig), z których najwybitniejszym specjalistą był Martin Fiebig (twórca tzw.: "Grupy Fiebiega"). Wykładał on na moskiewskiej Akademii Lotniczej, oraz był obecny podczas testowania nowych rodzajów samolotów bojowych na poligonach pod Smoleńskiem i Witebskiem. Bardzo szybko zaprzyjaźnił się też z Gieorgijem Żukowem, dowódcą jednego z dwóch ówcześnie istniejących w Związku Sowieckim pułków czołgów. Wraz z nim i innymi sowieckimi oficerami z Moskiewskiej Akademii Wojskowej, brał udział w opracowywaniu planów wojennej gry lotniczo-lądowej na wypadek wybuchu wojny z Polską. Sowieccy i niemieccy oficerowie często też się wzajemnie odwiedzali, jak Jeronim P. Uborewicz, który w listopadzie 1927 r. rozpoczął swą roczną służbę w dowództwie sztabu Reichswehry. W dniach 18-22 sierpnia 1928 r. rosyjska Flota Bałtycka odwiedziła niemiecki port w Świnoujściu i Pillau. Skala wzajemnej współpracy była naprawdę duża ("Centrala Moskwa", projekt "Kama" - czyli szkolenie przez Niemców sowieckich oficerów na dowódców nowoczesnych wojsk pancernych, Aufstellung Plan - mający za zadanie sformowanie przy pomocy i wsparciu Sowietów 21 niemieckich dywizji czy kolejne umowy z Kruppem i innymi niemieckimi zakładami zbrojeniowymi, na rozwój sowieckiej broni pancernej, oraz wzajemna pomoc w rozbudowie niemieckich sił pancernych, które miały tymczasowo powstawać na terytorium Związku Sowieckiego). Polski wywiad wpadł na trop tej wzajemnej współpracy Niemiec i Sowietów już w 1924 r., ale informacja o współpracy została nagłośniona (we francuskiej prasie) przez polski wywiad wojskowy dopiero w 1927 r. gdy zdobyto na to wystarczające dowody.

Pierwsze przesłanki co do tajnej wojskowej współpracy Niemiec i Związku Sowieckiego pojawiły się już w połowie stycznia 1923 r. a stało się to... przez nadgorliwość Niemców. Mianowicie, gdy 11 stycznia wojska francuskie i belgijskie zajęły Zagłębie Saary (Francuzi starali się tym krokiem wymusić na Niemcach spłatę zasądzonych reparacji wojennych, czego ówczesna Republika Weimarska nie była w stanie spełnić ze względu na szalejącą w kraju inflację i katastrofę finansową - notabene, ciekawostką jest, że nawet już po reformie finansowej w Niemczech z listopada 1923 r. i wprowadzeniu do obiegu Rentenmarki, jeszcze w 1924 i 1925 r. we wschodnich prowincjach ówczesnych Niemiec wolano płacić... polską złotówką - wprowadzoną 1 kwietnia 1924 r., niż niemiecką walutą, uważając tę drugą za... "żydowskie konfetti z Berlina" - jak mawiali niemieccy chłopi, chcąc by za ich towary płacono im w polskich złotówkach), Francja wówczas szybko znalazła się w politycznej izolacji, gdyż wkroczenie do Zagłębia Saary nie spodobało się ani Brytyjczykom, ani też Amerykanom. Francuzi (częściowo próbując wyjść z matni) postanowili zwrócić się o wsparcie do Warszawy. W tym celu przybył do Polski w maju tego roku (1923) - marszałek Francji Ferdynand Foch (witany entuzjastycznie przez tłumy Warszawiaków, zresztą wówczas nadano mu również tytuł marszałka Polski). Po tej wizycie jednak Niemcy natychmiast podniosły larum, że oto Polska (w porozumieniu z Francją) planuje zajęcie Prus Wschodnich. I w tym momencie wkroczył rząd sowiecki, wysyłając do Warszawy notę, iż w razie wojny z Niemcami, Rosja Sowiecka nie pozostanie neutralna.




Już wówczas można było nabrać podejrzeń co do współpracy tych dwóch państw. Jednak do połowy 1924 r. wciąż nie było co do tego pewności. Dopiero wówczas polski wywiad wpadł na trop, ułatwiający rozwiązanie całej sprawy. Mianowicie, o wojskowej współpracy niemiecko-sowieckiej, dowiedziano się w sposób banalny (i w dużej mierze przez zaniedbanie wywiadu niemieckiego), a mianowicie, wystarczyło... czytać niemieckie gazety. Oczywiście w gazetach tych próżno było znaleźć choć słówko o rozwoju niemieckiej broni pancernej i szkoleniach pilotów w Związku Sowieckim, ale nie chodziło wcale o dział informacyjny, a o... rubrykę z nekrologami. Znalazły się tam bowiem informacje o zgonach niemieckich pilotów, którzy zginęli testując nowe maszyny. Tylko że zdziwienie budziło miejsce zgonu - Serpuchów, Twer, Perm, Moskwa Smoleńsk, Witebsk. Czyli co? niemieccy piloci latają do Sowietów? - zadawano sobie pytanie i wszystko zaczęło się układać w sensowną całość. Jeszcze w tym samym (1924) roku polski wywiad (poprzez agentów ulokowanych w Niemczech) zdobył plany negocjacyjne niemieckiej fabryki produkującej samoloty Junkers, która zamierzała otworzyć swą fabrykę w Rosji. Zaś w kwietniu 1925 r. polski wywiad zdobył dokumenty umowy niemiecko-sowieckiej o rozpoczęciu szkoleń pilotów w kompleksie Lipeck (były tam podpisy dowódcy sowieckiej floty - Piotra Baranowa i niemieckiego generała Hermanna von den Lieth-Thomsena - szefa niemieckiej komórki "Moskwa"). Potem doszły jeszcze informacje o kontrakcie Kruppa na skonstruowanie i budowę pierwszych dwóch sztuk ciężkich czołgów, zwanych "traktorami" - marzec 1927 r. (notabene, gdy cała sprawa została nagłośniona w prasie francuskiej i brytyjskiej i świat cały dowiedział się o współpracy Niemiec i Sowietów, ci pierwsi, nie mogąc już mówić że "to polska prowokacja", jak czynili dotąd, teraz zaczęli tłumaczyć że owszem, podjęli współpracę z Rosjanami, ale w tych fabrykach produkują właśnie traktory). 

Wcześniej polski wywiad rozpracował tzw.: "Grupę Fiebiga". W czerwcu zdobyto informacje o niemieckim planie "A" ("Der Aufmarschplan" - "Plan Rozmieszczenia"), który obejmował utworzenie (na początek) 21 dywizji wchodzących w skład odtworzonej armii lądowej. Potem doszły jeszcze informacje o sowieckiej Flocie Bałtyckiej (i jej unowocześnianiu przez niemieckich specjalistów), oraz o wymianie sowieckich aparatów łączności (starych 10-watówek Kowalenkowa) na nowe, niemieckie, produkowane przez firmę Telefunken. Notabene potwierdzenie niemiecko-sowieckiej współpracy politycznej i wojskowej oraz nagłośnienie tej sprawy w prasie, dokonało się przede wszystkim również w wyniku ucieczki z sowieckiej Rosji dwóch oficerów (Klimma i Timoszczuka), którzy 1 lutego 1927 r. wylądowali skradzionym przez siebie samolotem (notabene produkcji włoskiej) na lotnisku w Łucku. Szybko zostali przewiezieni do sztabu Oddziału II Wojska Polskiego najpierw w Łucku, a następnie we Lwowie. To właśnie oni poinformowali polski wywiad że: "Niemcy nie tylko dostarczają Rosji sowieckiej aparatów (czyli samolotów) i szkolą ich pilotów, ale posiadają nawet na terenie Związku Sowieckiego swoje centrum wyszkolenia dla własnych oficerów. Mieści się ono w Lipecku, gdzie dla oficerów lotnictwa niemieckiego utworzono wyższą szkołę pilotażu. Na kursy trwające od miesiąca do sześciu tygodni przybywają tam z Niemiec, w cywilnych ubraniach, pod pseudonimami, oficerowie lotnictwa niemieckiego". Następnie stwierdzali że skoro postanowienia Traktatu Wersalskiego zabraniały Niemcom posiadania i budowy sił pancernych i lotnictwa, wpadli oni na pomysł by rozwijać je w Rosji.


płk. TADEUSZ SCHAETZEL



Niemieccy oficerowie i żołnierze przybywali do Rosji głównie trasą przez Rygę, tak jak generał-major Werner von Blomberg, który zjawił się tam pod koniec 1928 r. wraz z trzema towarzyszami - swym adiutantem kapitanem Kurtem Gallenkampem, szefem biura uzbrojenia Reichswehry pułkownikiem Erichem Bussche-Ippenburgiem, oraz oberlejtnantem Ernestem Kostringiem (który później będzie pełnić funkcję attache wojskowego ambasady niemieckiej w Moskwie). W Moskwie spotkali się oni z Klimientem Woroszyłowem - ludowym komisarzem spraw wojskowych Związku Sowieckiego, oraz szefem sztabu generalnego Armii Czerwonej Borysem Szaposznikowem. Potem, w towarzystwie rotmistrza Oskara Niedermayera (szefa "Centrali Moskwa" - czyli niemieckiego biura łącznikowego w Związku Sowieckim), oraz rosyjskiego oficera Łuniewa, odbyli szereg podróży i inspekcji, zaczynając od Niżnego Nowogrodu, poprzez Kazań (do którego udali się statkiem parowym), Saratów (w tym mieście na powitanie niemieckich oficerów urządzono oficjalne przyjęcie, w wyniku którego... gen. von Blomberg wypił tyle alkoholu, że "urżnął się w trupa"). Następnie odwiedzili Ulianowsk (rodzinne miasto Lenina, gdzie niemieccy oficerowie złożyli hołd nieżyjącemu już twórcy rosyjskiego komunizmu), potem odwiedzili kilka miejscowości zamieszkałych przez Niemców Nadwołżańskich, następnie przybyli do Tomska, gdzie odwiedzili "Tomsk" (niemiecką bazę w której produkowano gazy bojowe), a potem (7-15 września 1928 r.) przybyli do Lipecka, gdzie zorganizowano wspólne manewry lotnicze Luftwaffe i sowieckich sił lotniczych, w których brało udział 250 samolotów bojowych, które miały współpracować z siłami pancernymi i piechotą. Po zakończeniu tych manewrów, niemiecka delegacja wojskowa powróciła (przez Rygę), z powrotem do Berlina. To właśnie ta wizyta i materiały z niej, które wkrótce znalazły się na biurku szefa Oddziału II Sztabu Głównego - Tadeusza Schaetzela, który zaraz udał się z tymi dokumentami do Marszałka Józefa Piłsudskiego, to właśnie wówczas tam, miała się zrodzić koncepcja podjęcia wojny prewencyjnej z Niemcami, która nabrała realnych kształtów dopiero w 1933 r. wraz z dojściem do władzy w Niemczech Adolfa Hitlera.


UDERZYĆ PÓKI CZAS
Cz. I




W 1932/1933 r. Polska i Stany Zjednoczone szykowały... wojnę w Europie. Takie stwierdzenie być może jest dość nieścisłe i niedokładne, a jednak prawdziwie opisuje ówczesną rzeczywistość. W głowie Marszałka Józefa Piłsudskiego już przynajmniej od czerwca 1932 r. zaczął się krystalizować plan wojny prewencyjnej z Niemcami, który nabrał bardziej realnych kształtów po zdobyciu władzy przez Hitlera. 12 lutego 1933 r. nowy kanclerz Rzeszy udzielił wywiadu londyńskiej gazecie "Sunday Express", w którym to buńczucznie żądał iż tzw.: "Korytarz" (czyli polskie Pomorze) musi zostać zwrócony Niemcom. Polska przygotowywała się więc do wojny prewencyjnej, ale jednocześnie do podobnego konfliktu przygotowywały się również Stany Zjednoczone, tylko tutaj wchodził w grę również... konflikt z Wielką Brytanią. Tak jak w poprzedniej części pisałem, elity Wielkiej Brytanii w latach 20 i 30 były szalenie proniemieckie. Ich celem było doprowadzenie do takiej sytuacji, aby w przypadku ewentualnego konfliktu nie wystąpić przeciwko Niemcom, a najlepiej zawrzeć z nimi układ na zasadzie: "Europa dla was, świat i kolonie dla nas". Taki stan rzeczy nie był jednak popularny w Waszyngtonie, dlatego też... USA planowały wojnę z Wielką Brytanią w latach 30-tych XX wieku, a plan tej operacji ("Plan Wojenny Czerwony") opracowany został pod kierunkiem gen. Douglasa McArthura, który kilka miesięcy wcześniej przebywał w Warszawie. Oczywiście plany te (bowiem istniały również inne plany: "Plan Wojenny Czarny" - wojna z Niemcami i "Plan Wojenny Pomarańczowy" - wojna z Japonią), zostały opracowane wcześniej (ok. 1930 r.), ale od 1932 r. sprawy znacznie przyspieszyły. Amerykanie brali wówczas na poważnie możliwość wojny zarówno z Niemcami jak i ze... sprzymierzonymi z nimi Brytyjczykami, stąd m.in.: gen. McArthur udał się we wrześniu 1932 r. do Warszawy. Tam doszło do niecodziennego wydarzenia, jakim było przekazanie Amerykanom przez polską stronę rozszyfrowanych kodów Enigmy - niemieckiej maszyny szyfrującej, którą Niemcy uważali za nie do złamania (i rzeczywiście, mnóstwo wywiadów w latach 20-tych i 30-tych głowiło się nad rozpracowaniem Enigmy, bez powodzenia. Trzej polscy matematycy (Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski, przy czym główną pracę wykonał Rejewski) z Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, złamało kody Enigmy z końcem 1932 r. Oczywiście maszyna ta była ciągle udoskonalana, dlatego też należało co chwila stosować inny mechanizm deszyfrujący i udawało się to Polakom do roku 1938, w 1939 liczba rozszyfrowanych depesz Enigmy znacznie spadła, ale w tym roku przekazaliśmy rozszyfrowane kody Francuzom i Brytyjczykom, którzy potem w Bletchley Park za sprawą Alana Turinga jeszcze udoskonalili ten system). Amerykanie otrzymali również supertajne kody armii sowieckiej: "Rewolucja" i "Fiałka" (używane w Armii Czerwonej do 1954 r.). Cel był jeden - wojna prewencyjna w obronie pokoju.


gen. DOUGLAS McARTHUR z wizytą u 
Marszałka JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
(Wrzesień 1932 r.)



 Może to brzmieć dość nietypowo, ale tak właśnie było, tym bardziej że nad utrzymaniem pokoju (bez potrzeby rozpoczynania konfliktu prewencyjnego) głowili się najróżniejsi mądrale, ale zawsze wszystko sprowadzało się do jednego - aby utrzymać pokój w Europie, Polska musi zwrócić Niemcom "Korytarz" pomorski, gdyż jest to kość niezgody pomiędzy tymi dwoma krajami i musi zostać w taki sposób rozwiązana. Politycy brytyjscy, francuscy jak i progresywistyczny establishment amerykański ze Wschodniego Wybrzeża, uważali że najlepszym wyjściem byłoby po prostu oddanie Niemcom polskiego Pomorza i wówczas utrzymano by pokój. W tym celu swoiste tournée po Anglii, Francji i Niemczech odbył w lipcu i sierpniu 1931 r. sekretarz stanu USA - Henry Stimpson, który uważał że zwrot Pomorza Niemcom, rozładowałby zarówno konflikt niemiecko-francuski jak i niemiecko-polski. Starał się więc przekonać głównie Francuzów (uważając że Paryż jest w stanie wywrzeć presję na Warszawię w tej kwestii). Aby opracować szczegóły, do Waszyngtonu miał się udać premier Francji Pierre Laval, ale nim to nastąpiło Józef Piłsudski wezwał polskiego ambasadora w USA - Tytusa Filipowicza (notabene swego dobrego znajomego i przyjaciela, to właśnie z nim przyszły Marszałek odbył swą pamiętną podróż do USA i Japonii w 1905 r.) i przekazał mu treść osobistego orędzia do prezydenta Herberta Hoovera, w którym deklarował że Polska nie godzi się na żadne rewizje granic, a każda samodzielna akcja niemiecka, podjęta w tym celu, automatycznie oznaczać będzie wybuch wojny. Stwierdzał również że żadne państwo trzecie nie jest w stanie w żaden sposób wpłynąć na zmianę polskiego stanowiska w tej sprawie (gdyż Pomorze to nieodłączna część ziem Rzeczypospolitej, tak jak w tej pieśni: "Nie damy morza ani Pomorza, gdy nam wróciła je Łaska Boża, nie dam Śląska, bo to piastowska ziemia ojcowska, nie damy Wilna, nie damy Lwowa, bo to też nasza scheda ojcowa, nie chcem cudzego, nie damy swego!" Filipowicz przedstawił orędzie prezydentowi Hooverowi 21 października 1931 r., co miało wywołać na nim silne wrażenie, a dnia następnego odczytał je również w Departamencie Stanu, w obecności Stimpsona, który przyjął je niezwykle chłodno, deklarując iż jest to: "typowo polski produkt i dość charakterystyczny dla takiego małego, nędznego sprawcy problemów, jakim ona jest"




Jednak liberalny establishment z Waszyngtonu był niezwykle ugodowy, liczyły się przede wszystkim interesy (a te prowadzono zarówno ze Związkiem Sowieckim, jak i z hitlerowskimi Niemcami). Spora większość oficerów armii Stanów Zjednoczonych była przeciwna takiemu myśleniu (gen. McArthur - "Ostatni Bóg Wojny" - {przedostatnim był Patton, notabene zarówno  McArtur jak i Patton wywodzili się z rodzin, które walczyły przeciwko sobie w amerykańskiej Wojnie Secesyjnej}, uważał wszystkich progresywistycznych gryzipiórków ze Wschodniego Wybrzeża za bandę pajaców o często prokomunistycznych ciągotach). Tymczasem w Warszawie dojrzewał plan wojny prewencyjnej z Niemcami, jako najpewniejszej drogi "rozbrojenia" niebezpieczeństwa płynącego z Zachodu, nim przyjdzie się Polsce zmierzyć z czerwonym Wschodem.
 



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...