WYŚWIETLENIA

27 marca 2026

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VI

W POSZUKIWANIU ELDORADO





POD GWIAZDĄ PORANNĄ






"RZEKLIŚCIE, PANOWIE, ŻE NIGDY ŻADEN Z NAJSŁYNNIEJSZYCH WODZÓW RZYMSKICH NIE DOKONAŁ TEGO, COŚMY DOKONALI I RZEKLIŚCIE PRAWDĘ, OTO TERAZ I W PRZYSZŁOŚCI, ZA WOLĄ BOŻĄ, HISTORIA OPOWIADAĆ BĘDZIE ZNACZNIE WIĘCEJ O NAS ANIŻELI O TAMTYCH"
 
HERNAN CORTEZ
 (WRZESIEŃ 1519 r.)



Montezuma długo nie mógł zasnąć tej nocy. Cały czas rozmyślał nad przyszłością swego ludu. Czyżby bogowie rzeczywiście zapragnęli sprowadzić koniec świata? Zewsząd dobiegały go odgłosy płaczu i wielkiego żalu mieszkańców Miasta na Wyspie, które to dotąd było niezwyciężone wśród mrowia nieprzyjaciół i wiedzione pewną ręką Kolibra Południa (Huitzilopochtli), wybrane przez Wężową Matkę (Cihuacoatl), dostępowało zaszczytu napojenia naszego Pana krwią ofiarników, dzięki czemu słońce codziennie rozpraszało mroki nocy. Czy świat który znamy przestanie istnieć? Ponoć biali bogowie nie chcieli przyjąć mięsa zroszonego krwią ofiarników, które wysłane im zostały w dowód naszej czci i uznania. "Biali bogowie". A może to nie są wcale bogowie, może to tylko ludzie - dziwni, niebezpieczni, dosiadający potwory przypominające jelenie, mający przy sobie duże psy i czyniący sporo huku i dymu z przedmiotów przypominających kije i wielkie skały. A jeśli jednak to są bogowie? Przecież wielki Quetzalcoatl - Gwiazda Poranna, nim przepędzony został przez wszechpotężnego Tezcatlipoca (Dymiące Zwierciadło), sam również nie przyjmował ani krwi, ani mięsa złożonych mu w ofierze jeńców. Ponoć wódz owych przybyszy zza Wielkiego Morza, podobnie jak Quetzalcoatl nosi brodę. Czyżby więc to był on? Przecież zapowiedział swój powrót, gdy wsiadłszy na tratwę udał się na wschód, wyrzekł te oto złowróżbne słowa: "Powrócę w roku jednej trzciny i wówczas przywrócę swoje panowanie. Nastanie wtedy czas wielkiego cierpienia ludzi". Ani za Tenocha Prawodawcy (1363) ani też za mego stryja - Montezumy Ilhuicaminy (1467) gdy wypadał Rok Jednej Trzciny - Quetzalcoatl się nie objawił. Aż do teraz, gdy ponownie rok ten nadszedł (1519). Czy mogę więc być spokojny, gdy brodaty wódz "białych bogów" dopytywał się o mnie mych posłańców. A może powinienem się ukryć, schować tak, aby mnie nie odnaleźli - rozmyślał Montezuma - skoro nawet wysłani przeciw nim czarownicy - mający odwieść ich od przybycia do Tenochtitlan - nie dali sobie z nimi rady? Zbiec do Domu Słońca na zachód, lub do Domu Cintli na południe? A może do Ziemi Tlaloca, póki jeszcze wschodnie przejścia są bezpieczne?

Te rozważania zostały nagle przerwane, gdy słudzy donieśli wielkiemu tlatoani o powrocie wysłanych przez niego wcześniej posłów do "białych bogów" ze wschodu. Montezuma poderwał się na równe nogi i czym prędzej polecił przysłać posłów do wielkiej sali tronowej Pałacu Quetzalpapalotl. Montezuma tak był zafascynowany przybyciem posłów, że nie zdążył się nawet przebrać, a dworska etykieta wymagała by tlatoani ludu Mechikas (Meszi:kas - inaczej Azteków) zmieniał swój strój cztery razy dziennie, po czym nigdy nie wkładał go już ponownie, a był on uroczyście palony w pałacowym piecu (szyciem kolejnych ubrań dla władcy zajmowała się jego oficjalna małżonka, siostry i inne damy z królewskiego haremu). Gdy więc Montezuma wszedł do sali, znajdował się w niej już spory tłum zebranej pałacowej szlachty (pipiltin) w różnej formie spokrewnionej z panującym monarchą. Posłowie, nim zbliżyli się do władcy, musieli zdjąć swe bogate szaty i przywdziać ubogie stroje pospólstwa (calpultin), zdjąć buty i boso w pewnej odległości od tronu, upaść przed władcą na twarz (nie wolno im było spojrzeć królowi w oczy). Gdy wreszcie Montezuma pozwolił im mówić, jeden z zebranych posłów rzekł: "O Panie i Królu nasz. Ty, co rozświetlasz mroki Południa i Północy, ty co niesiesz przed sobą pióra Quetzalcoatla i cieniem jesteś Tetzalipoca - pana ludzkiego przeznaczenia, o drogo wiodąca do Tlalocan, o pierworodny czcigodnej Tonantzin", gdy poseł skończył swą mowę, Montezuma zadał mu pytanie: "Czy przybysze ze wschodu są bogami?". "O synu Miclantecutli, prawa ręko Dostojnego Węża z Tlailotlac, przesławny wśród wielkich Montezumo - doprawdy trudno pojąć rozumem czym, lub kim są owi biali przybysze. Spotkaliśmy ich na Przełęczy Orła pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Popocatepetl i Iztactepetl gdy powracali z Choluli. Wręczyliśmy im złote chorągiewki z piór quetzala, złote naszyjniki, obręcze i inne przedmioty, które poleciłeś nam przekazać, Ty, który stoisz z Huitzilopochtli w jednym szeregu. Wtenczas oczy jakby się im zaświeciły, twarze ich pojaśniały od uśmiechów i uradowali się bardzo, rozkoszując się owym złotem. Jednak, jeśli zapytasz mnie - pokornego niewolnika - czy są to bogowie, powiem że nie! O Panie nasz, niczym małpy podnosili to złoto, siadali na znak zadowolenia i wciąż dopytywali się o więcej, jeszcze więcej złota, wymieniając nazwę Eldorado. Widać że niczym wygłodniałe świnie łakną oni złota, wyrywają je sobie z rąk, potrząsają nim, oglądają je z każdej strony. Niestety, nie wiadomo co mówią, gdyż posługują się językiem nam nieznanym, o barbarzyńskim dźwięku. Doprawdy więc, nie są to bogowie, a jeśli się mylę, to oznacza że bogowie są zupełnie inni, niż nam się zdaje". "A czy biały wódz, czy..." - Montezuma zamyślił się chwilę - "...czy to jest Quetzalcoatl - Pierzasty Wąż ze Wschodu?", "Doprawdy nie wiem o nadziejo Huehueteotla, wygląda jak człowiek, oni wszyscy wyglądają jak ludzie, poza tym że są biali, niczym z wapna".




Dalsza rozmowa zeszła na temat zagrożenia, jakie biali przybysze mogą sprowadzić na Mechikanów i czy rzeczywiście takie niebezpieczeństwo istnieje. "Dosiadają okrakiem potwory i jeżdżą na nich, a te się ich słuchają, plują ogniem na odległość, odziani są w żelazo, nie walczą tak jak ludzie, tak jak my!" - odrzekł ów poseł o imieniu Tzihuacpopoca, "potrafią być niebezpieczni, a morderstwa jakich dopuścili się w Choluli, powinny być potwierdzeniem mych słów. A poza tym idą z nimi Tlaxcallanie, a ci tchórze oddadzą się każdemu, niczym kobiety w zamian za obronę i zawsze gotowi są wystąpić przeciwko nam. Aby się przypodobać przybyszom, zaczęli nawet powtarzać słowo, które tamci wykrzykują podczas walki, a brzmi ono... Santiago. Chodzą też słuchy, że przybysze rozbili posągi bóstw w Zempoali i że prócz wielkiego zamiłowania do złota, odznaczają się również wielką potrzebą do polewania głów wodą. Ludzie z okolic Zempoali poinformowali nas, że jest wśród nich pewna kobieta, której ojcem był jeden z Mechikanów, a nazywają ją Malintzin. Ona to właśnie miała powiedzieć, że przybysze praktykują coś, co zwą "chrztem" - cokolwiek by to miało znaczyć. Przykładają jednak do tego ogromne znaczenie i żądają by okoliczni mieszkańcy dali sobie polać głowę wodą - cokolwiek by to miało znaczyć. Nie wiem zatem, o Dostojny Panie Gór, czy są to bogowie, czy też nie". Powrót posłów wcale nie uspokoił Montezumy, gdyż o "białych bogach ze wschodu" wciąż niewiele wiedział. Obawiał się też co będzie, jak dotrą do Tenochtitlanu, a ponoć byli już w Tetzcoco - jednym z miast Trójprzymierza, gdzie zostali powitani jak bogowie. Zaniepokojenie Montezumy jeszcze wzrosło, gdy przybyli posłowie opowiedzieli mu historię o pijanym człowieku, jakiego spotkali krótko po tym, gdy ofiarowali złoto przybyszom. Otóż schodzący z góry pijak zaczął lżyć posłów Montezumy, pytając: "Czego tu chcecie? Po co tu przychodzicie? co zamierza uczynić Montezuma? Czy jeszcze nie odzyskał rozumu? Czy nawet teraz jest tchórzliwym nieszczęśnikiem? Popełnił błędy: poprowadził daleko swoich poddanych, spowodował śmierć wielu ludzi. Jedni z drugimi się zwarli, jedni z drugich się naśmiewają". Początkowo posłowie starali się podejść do pijaka aby go uciszyć, ale ich zamierzenia nie zrobiły na nim żadnego wrażenia i dalej kontynuował swój wywód: "Na próżno przybyliście tutaj! Mechikanie już więcej nie będą istnieć! Na zawsze skończył się wasz czas! Tenochtitlan stanie w ogniu! Odejdźcie stąd, to co miało się zdarzyć, już się zdarzyło!" Przeraziły posłów te słowa i sparaliżowały ich, a gdy pijak wreszcie zniknął, przekonani że oto sam wielki bóg Tezcatlipoki przemówił do nich, wznieśli mu ołtarz i ruszyli do stolicy. Myśl o płonącym Tenochtitlanie i końcu imperium ponownie pojawiła się w głowie Montezumy, oblewając go zimnym potem. Zmęczony zasnął snem głębokim, śniąc o tym, jak to się wszystko zaczęło.




Walkę rozpoczęli wojownicy Itzcoatla na grobli wiodącej ku Tlacopan. Potem przyłączyli się przebrani na biało Acolhuakanie z Tetzcoco pod wodzą Nezahualcoyotla, atakujący z rejonu Tepanac na północ od Tenochtitlanu i Tlatelolco. Na południu stał zaś ze swoimi wojownikami Montezuma Ilhuicamina, wiedząc że Tepanakowie z Azcapotzalco stoją również w Colhuacan i Xochimilco. Bitwa rozpoczęła się od uderzeń bębna i trwała długo, mijały godziny, potem dni, a wojownicy obu walczących stron wciąż się ze sobą pojedynkowali, używając do walki głównie obsydianowych mieczy, których długie, ale płytkie i nieco stępione ostrza, nie tyle miały zabijać przeciwnika, co go ranić, osłabiać i tym samym umożliwiać zwycięzcy wzięcie jeńców na ofiary (Hiszpanie po pierwszych walkach z Aztekami i ich sojusznikami, zaprzestali nawet noszenia swych metalowych zbroi, poprzestając na zwykłych ubiorach, co może dowodzić że zarówno miotana broń Azteków, jak też ich miecze nie wyrządzały im większych szkód. Celem bowiem dla Azteków i innych ludów z doliny Anahuac było zyskanie sławy poprzez zdobycie w boju jeńca, którego potem można byłoby złożyć w ofierze, dlatego też zadawano śmierć na polu walki jedynie w ostateczności). Podczas walki każdy wojownik walczył indywidualnie, a nie zbiorowo, dlatego też jakakolwiek pomoc druhowi w starciu z przeciwnikiem mogła być przez niego źle zrozumiana, jako chęć odebrania mu jeńca. To nie wodzowie armii dowodzili w boju (ich rola sprowadzała się jedynie do dbania o uporządkowanie szyku przed walką i utrzymania jakiej takiej dyscypliny, ale już po rozpoczęciu bitwy ich jedynym zadaniem było rozsądzanie sporów o jeńców) a ci najdzielniejsi wojownicy, zwani quauchic, którzy pierwsi rzucali się na przeciwnika (jeśli wojownik zdobył w bitwie piątego jeńca - i to spośród ludów Doliny Anahuac, gdyż inni byli uważani za mniej godnych tego zaszczytu - otrzymywał tytuł quauchic, a na plecy zarzucano mu jaskrawoczerwony, pleciony płaszcz z błękitną przetyczką oraz golono mu głowę, pozostawiając jedynie przewiązany czerwonym sznurem czub na jej szczycie). Największym upokorzeniem wojownika było porównanie go do kobiety, poprzez ofiarowanie mu kobiecych strojów i przyborów tkackich, a za takiego można było być uznanym, jeśli się np. uciekło podczas walki w obawie przed przeciwnikiem (uciekających z pola walki mieli więc obowiązek zabić na miejscu inni wojownicy z ich calpulli - czyli braterskiego związku). Podobnie jeśli wojownik utracił jeńca podczas walki, lub sam odniósł ranę i wycofał się z boju - był wówczas sprowadzany właśnie do roli kobiety i nie mógł potem opuścić swego domu (gdzie przebywał z żoną i z dziećmi), aby nie pokazywać się innym mężczyznom na oczy, póki nie uzyskał przebaczenia od samego tlatoani - który jako żyjący bóg, mógł cofnąć jego niesławę. Podczas kampanii wojennej wojownikom towarzyszyły też ich kochanki (dlatego gdy Hiszpanie przybyli do Tlaxcalli - stolicy Tlaxcallanów, ci, ujrzawszy że nie mają ze sobą kobiet - "ofiarowali im swoje córki", co akurat nie spodobało się Cortezowi).




Walka toczyła się więc już kilka dni, jednak koalicjanci coraz intensywniej spychali siły Tepaneków w stronę ich miasta. Ostatecznie Maxtla - wielki król Azcapotzalco, wycofał się do swojego umocnionego grodu. Tam również, u wrót Miasta Mrowiska (jak wówczas zwano stolicę Tepaneków) toczyły się intensywne i zażarte walki. Dumni wojownicy z Azcapotzalco o barwnych piuropuszach i o twarzach pomalowanych na czerwono - wcale nie zamierzali się poddać, lecz gdy mijał już czwarty miesiąc walk, w oblężonym mieście pojawił się głód. Postawieni w obliczu niehonorowej i okrutnej śmierci głodowej, Tepanakowie odstąpili od swego władcy, który tymczasem schronił się w łaźni. Wyciągnięto go stamtąd i lżąc oraz złorzecząc mu, zaprowadzili go Tepanakowie przed oblicze Nezahualcoyotla z Tetzcoco (któremu Maxtla wcześniej zabił ojca, a jego samego także próbował uprowadzić i złożyć w ofierze). Zarzekali się Tapanakowie, że oni zawsze pragnęli pokoju, a wszelkie nieszczęścia i wojny były powodowane jedynie przez Maxtlę i jego przodków - którzy zawsze mieli skłonność do tyranii. Nezahualcoyotl dał teraz upust swojej pomsty wobec Maxtli, osobiście składając go w ofierze i wyrywając mu serce, a jego krew rozpryskując "na cztery strony świata". Azcapotzalco było zdobyte, a po ulicach Miasta Mrowiska tańczyli rozradowani wojownicy z ludu Mechikanów z Tenochtitlan prowadzonych przez Itzcoatla, Tepaneków z Tlatelolco pod Cuauhtlatoatlem, Acolhuacanów z Tetzcoco króla Nezahualcoyotla, oraz nielicznych wojowników Tlaxcallan, tych z Xuexotzinco czy opozycjonistów z Tacuby. Montezuma Ilhuicamina (bratanek Itzcoatla) stał jeszcze ze swoimi wojownikami w Acozac, gdy doszły go wieści że Maxtla nie żyje, a Azcapotzalco padło. Wiadomości były jednak bardzo niespójne, niektórzy mawiali że Maxtla zabity został przez Nezahualcoyotla, inni że przez Cuauhtlatoatla, jeszcze inni że zdążył zbiec brzegiem jeziora Texcoco na południe do Coyohuacanu i jest teraz w niewoli u tamtejszych rybaków. W każdym razie Azcapotzalco zostało zdobyte. Z Wielkiej Świątyni wyniesiono posąg wielkiego boga Tepaneków, patrona Azcapotzalco - Turkusowego Pana (Huehueteotla), bardzo starego boga, ponoć starszego niż świat, starszego niż czas. Przewieziono go do Tenochtitlanu, a świątynię w Azcapotzalco spalono (jako symbol zwycięstwa i uwięzienia boga pokonanego miasta). Huitzilopochtli triumfował i żądał teraz ofiar na swe ołtarze, które niezwłocznie mu złożono, gdy zwycięzcy wojownicy powrócili do swych domostw.




W Mieście na Wyspie przyjęto ich niezwykle uroczyście i nazwano "Założycielami Tenochtitlanu", których "sława trwać będzie aż do skończenia świata". Miasto bowiem teraz przygotowywało się do zupełnie nowego życia, wolnego od nieustannych danin, od strachu i niepewności ze strony potężnych Tepaneków z Azcapotzalco. Ci bowiem okrutnie postępowali z pokonanymi przez siebie miastami (np. po zdobyciu leżącego na północy Cuauhtitlanu [ok. 1400 r.], wielki władca Tepaneków Tezozomoc - ojciec Maxtli - nakazał posadzić agawę na placu targowym w tym mieście, jako dowód że zostało ono ostatecznie zwyciężone i stało się teraz polem uprawnym). Mechikanie i ich sojusznicy nie byli jednak tak okrutni, pozwolili nawet utrzymać w Azcapotzalco targ niewolników - będący ostatnim symbolem dawnej wielkości tego grodu. Prawdziwym zwycięzcą tejże wojny nie był jednak ani Itzcoatl, ani Montezuma, ani też żaden z wodzów sprzymierzonych armii, gdyż autorem zwycięskiego planu wojny z Azcapotzalco był przyrodni brat tego ostatniego - Tlacaelel. On to, wyznając głęboką wiarę w ostateczne zwycięstwo dane Mechikanom od bogów, a szczególnie od samego Huitzilopochtli, otrzymał teraz od swego stryja dostojny tytuł tlacochcalcatla ("Pana domu oszczepów"), mając odtąd pieczę nad miejskim arsenałem. Zwycięzcy rozdzielili teraz między siebie ziemie Tepaneków (najwieksze działki oczywiście przyznali sobie członkowie domu królewskiego, a Itzcoatl wziął swoją część w samym Azcapotzalco). Wkrótce cała ziemia od Tenayocanu aż do Tlacopanu i Popotlanu została rozdana. Nastała teraz nowa epoka dla Miasta na Wyspie, a rok ów (1428) miał się zapisać w pamięci kolejnych pokoleń Mechikanów, jako rok ostatecznego zwycięstwa, zaś każdy mieszkaniec Tenochtitlanu mógł z dumą powiedzieć - "Zdobyłem tę ziemię własnym mieczem". Niestety, nie był to koniec kłopotów dla zwycięzców, którzy szybko doszli do wniosku że bardziej opłaca im się dalej trwać w przymierzu, niż żyć i walczyć samodzielnie, tym bardziej że na horyzoncie znów poczęły gromadzić się czarne chmury.




 CDN.

26 marca 2026

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. VIII

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





I
ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. VIII






DELOS
MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK
(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)
Cz. II



Wyspa Delos, leżąca w archipelagu Cyklad, uzyskała pełną wolność od dominacji Aten (które kontrolowały wyspę począwszy od 454 r. p.n.e.) w 322 r. p.n.e. Ok. 315 r. p.n.e. Delos stała się centrum tzw.: Związku Wyspiarzy, która to organizacja polityczna znalazła się pod kontrolą egipskich Ptolemeuszy już w 286 r. p.n.e. Po morskiej bitwie pod Andros (246 r. p.n.e.) Egipt utracił Cyklady na rzecz Macedonii (przy czym chodziło tutaj jedynie o dominację polityczną a nie o bezpośrednią aneksję tych wysp), która kontrolowała Związek Wyspiarzy aż do roku 168 p.n.e. i ostatecznej klęski Macedonii w bitwie z Rzymianami pod Pydną. Nim przejdę dalej, kilka słów wyjaśnienia. Otóż w dziełach rzymskich historyków opisujących ten okres, ugruntowane jest przekonanie że to "tchórzliwy" Perseusz dążył do wojny, którą wreszcie wywołał i za swą butę został ukarany klęską oraz utratą korony, kraju i wolności. Nic bardziej mylnego. Perseusz - król Macedonii, wojny z Rzymem wcale nie pragnął, gdyż nie była mu ona do niczego potrzebna. Od 197 r. p.n.e. Rzym kontrolował Grecję (nawet po wycofaniu wojsk rzymskich w 188 r. p.n.e. ta kontrola nadal istniała, choć przejawiała się teraz w formie politycznego nacisku i tzw.: "arbitraży" pomiędzy skłóconymi greckimi miastami). Perseusz - syn króla Filipa V, który prowadził z Rzymem dwie wojny - objąwszy tron Macedonii w 179 r. p.n.e. doskonale wiedział że nie jest przygotowany na konfrontację z rzymską wilczycą i dążył najpierw do wzmocnienia swego państwa, oraz odzyskania zaufania Greków, a co za tym idzie wpływów politycznych (ale tylko tam, gdzie nie dochodziło do konfrontacji z interesami Rzymu) w Helladzie. Zaraz też po wstąpieniu na tron, odnowił traktat z Rzymem (zawarty przez jego ojca w 196 r. p.n.e.). Jego jedyną winą był jednak fakt, że pragnął prowadzić podmiotową politykę w regionie i wzmacniać swój kraj wewnętrznie. Niestety, takie działania były źle widziane nad Tybrem, gdyż Rzymianie reagowali bardzo alergicznie na każdy przejaw samodzielności państw, które wcześniej pokonały. Dla Rzymu bowiem, jedyny i dopuszczalny rodzaj sojuszu sprowadzał się w owym czasie do całkowitej uległości i wypełnianiu poleceń płynących od rzymskiego Senatu.

Gdy więc Perseusz ożenił się (w 178 r. p.n.e.), a jego wybranką została córka króla syryjskiego - Seleukosa IV - Laodika, Senat ujrzał w tym krok zmierzający ku zbliżeniu dwóch zantagonizowanych dotąd, hellenistycznych królestw. Poza tym sojusz Macedonii z Rodos (która pomogła Rzymianom zarówno w czasie wojny z Filipem V w latach 200-197 p.n.e. jak i z Antiochem III w latach 192-188 p.n.e.), był uważany za oficjalną próbę likwidacji rzymskich wpływów w Grecji i Azji Mniejszej. Obawy były tym większe, że flota rodyjska eskortowała nawet oblubienicę Perseusza z Antiochii do Pelli. Nie było jednak bezpośredniego powodu do wojny, szczególnie że Marek Porcjusz Katon postulował przed Senatem oddanie sprawiedliwości sojusznikom i namawiał Republikę przede wszystkim do wojny z Kartaginą (kończąc swe mowy słowami: "A poza tym uważam, że Kartaginę należy zniszczyć"). Tymczasem Perseusz nie próżnował i postawił sobie ambitny cel - zjednoczenie wewnętrzne państwa oraz odzyskanie pozycji politycznej w Grecji, jednak bez zadrażniania stosunków z Rzymem. Rozpoczął więc swe panowanie od zniesienia długów, uwolnienia więźniów i amnestii dla wszystkich, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia Macedonii. Złożył bogate dary na ołtarzu Apollina w Delfach i przekonał kapłanów by ci zezwolili powrócić Macedonii do "Świętej Amfiktionii". Zawarł sojusze z Seleukosem IV, z Rodos, a wkrótce potem przekonał do siebie miasta Tesalii, Beocji i Związku Etolskiego. Był to niesamowity sukces dyplomatyczny, którego jego ojciec nie potrafił osiągnąć w sytuacji dużo bardziej sprzyjającej. Aby do tego doprowadzić, wspierał Perseusz masy przeciwko elitom. Stosował przy tym korupcję polityczną - spłacając długi ubogich i jednocześnie wspierając idee demokratyczne (zawiązywał sojusze z tymi polis, w których zwyciężali demokraci - którzy to byli często jego dłużnikami ze względu na wcześniejsze finansowe zobowiązania). Rzymski historyk - Liwiusz szczególnie chwali zawarcie przymierza ze Związkiem Beockim, które określa jako "wyjątkowe osiągnięcie polityczne".




Ta polityka spowodowała, że w przeciągu kilku lat Perseusz macedoński zdobył sobie w Grecji taką popularność, że wszyscy nazywali go mianem "filohellena", a on sam mógł zdobyć się na taki krok, jakim było wkroczenie na czele swej armii do Delf (174 r. p.n.e.). Nie spowodowało to nie tylko żadnego sprzeciwu wśród greckich polis, ale nawet wysłania skargi do Rzymu (co wcześniej było powszechną praktyką wśród Greków) na postępowanie króla Macedończyków. Rzymianie jednak trzymali rękę na pulsie i w 176 r. p.n.e. komisja senacka (wracająca z ziem plemienia Bastarnów, leżących w dolinie Dunaju) specjalnie przejechała przez Macedonię, donosząc następnie Senatowi iż: "Królestwo obfituje w fortyfikacje, materiały wojenne oraz dobrze wyszkolone oddziały". Przerażony tym Senat (który obawiał się nadmiernego wzmocnienia każdego swego "sojusznika", kierując się scypionowską zasadą "Divide et Impera" - czyli "Dziel i Rządź") w roku 174 p.n.e. wysłał do Grecji i Macedonii już kilka komisji senackich, których zadaniem było dokładnie się temu przyjrzeć. W 173 r. p.n.e. wysłano jeszcze dwie komisje (które np. regulowały w miastach greckich zasady zaciągania i spłaty kredytu i chwalili te polis, które zabraniały władcy Macedonii wstępu w swoje granice) do Grecji i jedną do Macedonii (ta zaraz potem udała się do Egiptu, by tam potwierdzić - na wypadek wojny z Macedonią - sojusz z królem Ptolemeuszem VI). W tym samym czasie Perseusz zawiązał sojusz z nowym królem syryjskim, bratem Seleukosa IV - Antiochem IV Epifanesem, który w latach 188-175 p.n.e. przebywał w Rzymie jako zakładnik, gwarantujący lojalność jego ojca i brata. Zwolennikiem zdecydowanej konfrontacji z Macedonią był też król Pergamonu - Eumenes II, który sam chciał uchodzić w Grecji za "filohellena" a polityka Perseusza psuła mu szyki (poza tym niepokoił go sojusz Macedonii z królem Bitynii - Prusjaszem II), co podważało jego wpływy i pozycję w Azji Mniejszej.


PERSEUSZ MACEDOŃSKI 
JAKO FILOHELLEN



W kwietniu 172 r. p.n.e. Eumenes II wziął udział w tajnym posiedzeniu Senatu, na którym radzono nad ewentualną wojną z Perseuszem. Powodem obrad była relacja pewnej majętnej damy (posiadającej duże wpływy w Amfiktionii Delfickiej) o imieniu Praksona, którą rzymscy legaci zabrali z Macedonii w poprzednim roku, a która to twierdziła przed Senatem, że udzieliła u siebie gościny czterem niedoszłym zabójcom Eumenesa II i pokazała nawet list, w którym Perseusz prosi ją by dała im schronienie. Do zamachu miało dojść, gdy Eumenes podążał do Delf, celem złożenia ofiary na ołtarzu Apollina. Nasłani (jak twierdzili Eumenes i Praksona) przez Perseusza zbójcy, zepchnęli wówczas na królewski orszak dwa wielkie głazy. Nikomu jednak nic się nie stało, jedynie król miał zostać uderzony w głowę i ramię, ale poza kilkoma zadrapaniami również był cały i zdrowy (według mnie ów zamach był zwykłą ustawką zorganizowaną przez samego Eumenesa. Świadczy o tym fakt, iż nikt z jego orszaku nie zginął, a król miał tylko kilka zadrapań. Co ciekawe jednak, wszyscy zamachowcy... zostali schwytani i zabici). Rzymianie dali wiarę Eumenesowi i Praksonie (notabene - była ona przyjaciółką władcy Pergamonu, choć nie jest znany dokładny rodzaj relacji ich łączący, to jednak sam Liwiusz pisze o niej iż była "bliską znajomą" Eumenesa), tym bardziej że niejaki Lucjusz Ramminiusz - Italik z Brundyzjum, potwierdził że król Perseusz ofiarował mu duże pieniądze w zamian za otrucie wybitnych rzymskich polityków i wodzów, których ten często gościł w swej nadmorskiej willi. Cała sprawa była szyta zbyt grubymi nićmi aby miała okazać się prawdą, ale Eumenes potrzebował wciągnąć Rzym do wojny z Macedonią (wcześniej bowiem znacznie zyskał po zwycięstwie Rzymian nad Antiochem III Wielkim w 188 r. p.n.e., i ziemie pod jego władztwem powiększyły się wówczas prawie dwukrotnie), bowiem sam pragnął występować w roli "Herosa greckich polis". Na posiedzeniu senackim w Rzymie zapadła wówczas nieoficjalna decyzja o potrzebie wojny z Perseuszem, ale konkretne postanowienia w tej sprawie odłożono do nowej kadencji konsulów, czyli do marca roku następnego. 

Rzymianie mimo wszystko też nie chcieli się jeszcze angażować militarnie w Grecji, sami mieli bowiem inne problemy na głowie, jak choćby: konflikt Senatu z konsulami roku 172 p.n.e. którzy... nie chcieli "iść w teren" - czyli do przydzielonych sobie zadań, żądając najpierw załatwienia sprawy Marka Popiliusza - który miał wywołać powstanie wśród ludów Ligurii, chełpiąc się że zabił w bitwie 6000 wojowników z plemienia Statellatów. Do tego dochodziła afera z użytkowaniem pola publicznego w Kampanii, które przywłaszczali sobie prywatni ludzie i traktowali jako swą własność, następnie problemy w Hiszpanii, oraz oczywiście konflikt Kartaginy z królem Numidii - Masynissą, na co Katon postulował odpowiedzieć wojną i zniszczeniem tej pierwszej. Nic więc dziwnego że nowa wojna na Wschodzie nie była Rzymowi do niczego potrzebna, choć postępy Perseusza mocno niepokoiły rzymski Senat. Zarządzono jednak pobór rekrutów, złożono ofiary Jowiszowi w intencji zwycięstwa i z końcem 172 r. p.n.e. wysłano kolejną komisję senacką do Grecji, aby przekonała Radę Amfiktionii Delfickiej o potrzebie wykluczenia Macedonii z listy członków. Powód, jaki przedstawili senatorowie, brzmiał następująco: "Perseusz, król Macedonii - w celu zniewolenia Greków odwoływał się do pomocy barbarzyńców (...) siał niepokoje społeczne, był wrogiem wolności greckiej (...) oraz planował mord na Eumenesie". Macedonia została więc wykluczona ze "Świętej Amfiktionii", a w marcu 171 r. p.n.e. Rzym zerwał stosunki dyplomatyczne z Macedonią (nakazując macedońskim posłom - wysłanym w celu odpowiedzi na zarzuty stawiane przez Rzymian - "opuścić Italię w ciągu trzydziestu dni"). Wojna rozpoczęła się w czerwcu 171 r. p.n.e. (po zakończeniu kalend - odbywających się każdego pierwszego dnia miesiąca), a wojska konsulów Marcjusza i Atyliusza wylądowały w "Prowincji Macedonia" (jak wówczas nazywano, będący pod władzą Rzymu niewielki obszar w północno-zachodniej Grecji, między Epidamnos a Korkirą na terenach dzisiejszej południowej Albanii).




Sytuacja polityczna w chwili wybuchu wojny wyglądała następująco (jest to ważne, ze względu na późniejsze wydarzenia związane również z wyspą Delos). Królestwo Pergamonu było związane sojuszem z Rzymem i dążyło do zdecydowanej, orężnej rozprawy z Perseuszem. Bitynia uznała się za kraj neutralny (mimo iż żoną Prusjasza II była siostra Perseusza - Apama. Władca Bitynii kombinował jednak w ten sposób - jeśli zwyciężą Rzymianie, nic nie straci nie opowiadając się za żadną ze stron, mimo sojuszu rodzinnego z domem macedońskim; natomiast gdyby to Perseusz odniósł sukces, nie będzie się przecież mścił na mężu swej siostry, która to może wystąpić w roli rozjemcy). Ariarates IV - król Kapadocji stanął zaś zdecydowanie po stronie Rzymu, podobnie postąpił Związek Achajski na Peloponezie. Małoletnie rodzeństwo egipskie - Ptolemeusz VI, Ptolemeusz VIII i Kleopatra II - oczywiście również opowiedzieli się po stronie Rzymu. Antioch IV syryjski - który miał sojusz z Perseuszem - wplątał się jednak w wojnę z Egiptem, więc konflikt z Rzymem nie był mu do niczego potrzebny (choć Rzym, jako swoisty "adwokat Egiptu" i tak się wtrącił w tamtą wojnę). Król Numidii - Masynissa również wsparł Rzym - deklarując wysłanie do Grecji swoich słoni bojowych. Kartagina oczywiście (jako państwo zależne) musiała także wesprzeć swych rzymskich pogromców, choć zapewne czyniła to z ciężkim sercem (zresztą podobnie jak Masynissa. Tak naprawdę to zarówno jedną jak i drugą stronę zadowalała klęska Rzymian, gdyż to równało się osłabieniu ich wpływów w Afryce). Związek Beocki początkowo poparł Macedonię, ale usłyszawszy iż król Perseusz nie będzie w stanie przyjść Beotom z odsieczą, za przykładem Teb - które pierwsze przeszły do obozu rzymskiego, tak też postąpiła i reszta miast związkowych (choć raczej była to tzw.: zbrojna neutralność. Przykład nieszczęsnych: Eretrii, Eginy i Antykiry, które opowiedziały się podczas poprzedniej wojny po stronie Macedonii i zostały kompletnie zniszczone a ludność wymordowana lub uprowadzona w niewolę przez Rzymian - działały jak przysłowiowy kubeł zimnej wody na większości greckich polis - które być może sercem były po stronie Perseusza, ale rozum podpowiadał im opowiedzenie się jednak za Rzymem).


MACEDOŃSKA FALANGA W BOJU
 


Wyspa Rodos nie poparła żadnej ze stron i pozostała neutralna, starając się jednak wystąpić w roli mediatora w tej wojnie. Nieoficjalnie po stronie Macedonii opowiedziały się tylko plemię Odrysów z Tracji, Illirowie króla Gentiosa i Epir. Mimo to wojna Rzymu z Macedonią trwała przez trzy długie lata i zakończyła się dopiero świetnym zwycięstwem Rzymian (pod wodzą konsula Lucjusza Emiliusza Paulusa) 22 czerwca 168 r. p.n.e. pod Pydną, podczas której stworzona przez Filipa II i Aleksandra Wielkiego - falanga macedońska, została rozbita przez siłę rzymskiego legionu - który ostatecznie zatriumfował w całym świecie śródziemnomorskim. Król Perseusz został pochwycony wraz z rodziną w świątyni na wyspie Samotrace (dokąd zbiegł po klęsce pod Pydną) i w listopadzie 167 r. p.n.e. wziął udział w wielkim triumfie Emiliusza Paulusa w Rzymie, idąc przebrany w szaty zwykłego Macedończyka i z kajdanami u rąk (przed nim prowadzono żonę i dzieci króla - ubranych jak niewolnicy, zaś obok nich szli ich wychowawcy, składając ręce do ludu rzymskiego i prosząc o łaskę). Sam Paulus przybył do Italii na wspaniałym królewskim okręcie, a kilka innych statków floty Perseusza ciągnięto na balach aż do Rzymu, aby na Forum Romanum pokazać je ludowi w pełnej krasie. Przepych tego przedstawienia był ogromny, niesiono bowiem cały królewski skarbiec i wszelkie zdobyte na tej wojnie bogactwa, których mnogość pozwoliła następnie Senatowi znieść podatki dla obywateli rzymskich - których odtąd przez kilkadziesiąt długich dziesięcioleci nie płacili. Wszystko to jednak odbyło się kosztem nieprawdopodobnych zniszczeń, mordów i rabunku dokonanego nie tylko w samej Macedonii, ale i w Epirze i w innych greckich polis, tak iż na długie lata Macedonia stała się miejscem prawie wymarłym. 




Zresztą po zwycięstwie Rzymianie nie zamierzali pozostawić państwa macedońskiego w takiej formie, jakim było dotąd. Co prawda to jeszcze nie był czas brutalnych aneksji terytorialnych dokonywanych przez zwycięzców znad Tybru (taka polityka stanie się obowiązującą dopiero w następnym pokoleniu), wciąż jeszcze obowiązywała polityka "Divide et Imperia" i na jej zasadzie całkowicie prze-reorganizowano Macedonię w taki sposób, jak zwycięskie mocarstwa europejskie podzieliły sobie w latach 1884-1885 (na konferencji berlińskiej) Afrykę, dzieląc ją prostymi kreskami na strefy wpływów, niczym tort na urodzinach. Na początku, zaraz po zwycięstwie pod Pydną, Senat kazał ogłosić, że "Lud rzymski życzy sobie aby Macedończycy i Ilirowie zachowali wolność", aby pokazać światu że Rzym "nie niewoli wolnych". Ludy te przechodziły jednak pod bezpośrednią "opiekę" Rzymu. Macedonia miała zostać podzielona na cztery, zupełnie od siebie niezależne (ale całkowicie zależne od Rzymu) państwa - to na początek, reszta informacji miała zostać ogłoszona wkrótce. Ostateczna decyzja co do przyszłego ustroju Macedonii zapadła dopiero we wrześniu 167 r. p.n.e. Konsul Lucjusz Emiliusz Paulus nakazał stawić się w Amfipolis nad Strymonem, przedstawicielom każdego z miast Macedonii (po 10 z każdego miasta). Tam Paulus przedstawił im ostateczne decyzje Senatu (które na język grecki tłumaczył zebranym legat - Gnejusz Oktawiusz), oto co usłyszeli zgromadzeni w Amfipolis. Macedonia staje się krajem wolnym (teoretycznie), musi jednak płacić ludowi rzymskiemu coroczną daninę w wysokości połowy sumy, którą dotąd pobierał król (jednak żeby nie było tak łatwo, odnosiło się to jedynie do obowiązkowej daniny narzuconej przez Rzym. Poza tym lud Macedonii musiał płacić inne podatki, łożone na utrzymanie narzuconych odgórnie przez Rzym - nowych macedońskich elit). Sama Macedonia zostaje podzielona na cztery, całkowicie niezależne od siebie państwa (aby dodatkowo upokorzyć Macedończyków, nadano im nazwy: Macedonia Pierwsza, Druga, Trzecia etc.). Pierwsza, była ulokowana pomiędzy Strymonem a rzeką Nessos, ze stolicą w Amfipolis. Macedonia Druga to tereny między Strymonem a rzeką Aksjos, ze stolicą w Tesalonikach. Macedonia Trzecia to ziemie między Aksjosem a Penejosem i górą Bora, ze stolicą w Pelli. Macedonia Czwarta, to wreszcie tereny za górą Bora, sąsiadujące z Illirią i Epirem, której najważniejszym miastem stała się Pelagonia.




Macedończycy z wszystkich tych regionów nie mają prawa ani żenić się ze sobą wzajemnie, ani też nabywać ziemi na terenach innego okręgu. Regiony te, noszące nazwy niezależnych państw, nie mogły utrzymywać ze sobą żadnych relacji na jakimkolwiek poziomie i to zarówno władze jak i ich obywatele. Zakazano też wszelkiej eksploatacji kopalń w górach Pangejos, nieopodal Amfipolis w Macedonii Pierwszej (zakaz ten później cofnięto, stało się to w 159 r. p.n.e. a dochód z kopalni dzielono po połowie między Macedonię Pierwszą i Rzym). Zakazano również używania soli z importu (co najbardziej dotknęło czwarty region Macedonii, który nie miał własnych solanek, gdyż nie miał dostępu do morza w przeciwieństwie do pozostałych trzech części). Macedończycy nie mogli również ani posiadać floty, ani karczować lasów pod budowę okrętów, ani też posiadać armii (jednak wszystkie okręgi - prócz Macedonii Trzeciej - leżącej w centrum - mogły posiadać zbrojne załogi twierdz graniczących z ludami barbarzyńskimi, bowiem Rzymianie nie zamierzali zajmować się ochroną tych terenów). Ustrój panujący w każdym z regionów, będzie częściowo oparty na rzymskim, to znaczy że Macedończycy mogą sobie wybierać naczelników, zwanych - archegosami (każdy region posiadał swojego) - którzy sprawowali pełnię władzy w kraju na okres roku (naczelników wybierali Macedończycy na Zgromadzeniu Ludowym), stali oni na czele Rady (Synedroi), nie mogli się jednak ze sobą w jakikolwiek sposób kontaktować. Pozbyto się również całej elity macedońskiej (ci, którzy nie zginęli podczas walk i późniejszych pogromów, zostali wraz z rodzinami deportowani do Rzymu i Italii z zakazem powracania do kraju). Rzymianie zdawali sobie bowiem sprawę, że nowy ustrój nie sposób zbudować wśród ludzi którzy dotąd należeli do elity królewskiej i którzy hołdowali prawom zjednoczonego Królestwa Macedonii, opartego na tradycji Aleksandra Wielkiego (podobnie jak podczas II Wojny Światowej Niemcy i Sowieci skrupulatnie mordowali polską elitę polityczną, ekonomiczną i naukową, zdając sobie sprawę że naród pozbawiony własnych, wyrosłych z niego elit, jest jak drzewo bez korzeni - które nadaje się jedynie na opał).

Ale to i tak było niczym, w porównaniu z tym, co działo się w pobitej Macedonii i całej Helladzie w okresie od czerwca 168 r. p.n.e. do września 167 r. p.n.e. Powiedzieć że był to jeden, niekończący się rabunek, to tak jakby nic nie powiedzieć. Rzymianie zachowywali się w Grecji tak, jakby wciąż prowadzili wojnę (mimo kapitulacji Macedonii i pochwycenia króla Perseusza). Rabunki jednak nie były najgorsze, bowiem przez ten czas można było równie szybko stracić życie, co zostać pochwycony w niewolę. Puszczono z dymem kilkanaście miast macedońskich i aż 70 miast w Epirze, uprowadzając stamtąd 150 000 ludzi w niewolę (Epir został praktycznie wyludniony). Oficerowie i żołnierze rzymscy ogromnie się wzbogacili, zabierając wszystkie cenne przedmioty nie tylko z pałaców królewskich czy posiadłości bogaczy, ale również z domów zwykłych Macedończyków. Dochodziło do gwałtów i masakr. Atakowano nawet te osady, które nie uczestniczyły w wojnie i były całkowicie neutralne - puszczając je z dymem a ludność biorąc w niewolę. Łupiono na chybił trafił, co popadło - przez piętnaście miesięcy panował kompletny bezrząd, chaos i wszechwładza rzymskiego rozpanoszonego żołdactwa. Nikt w Macedonii, Epirze, Ilirii i innych miastach Hellady, które zajęli Rzymianie - nie był bezpieczny, ani nie mógł być pewny że doczeka w spokoju dnia jutrzejszego. To, co zrobiono wówczas w Macedonii i pobliskich krainach, podobne było do przemarszu Mongołów w średniowieczu. Ale na tej właśnie krwi, łzach i wolności szeregu mieszkańców podbitych przez Rzymian krain - zyskały inne krainy i miasta. Takie jak choćby Lemnos, Peraja (której mieszkańcy radowali się z uzyskanej od Rodos wolności, całymi dniami tańcząc i śpiewając) czy właśnie Delos. Jak wyglądała ta uzyskana wolność i jak ją Delijczycy spożytkowali - o tym będzie w kolejnej części. 

Natomiast król Perseusz dokończył swego żywota w Rzymie. Najmłodszy syn króla Macedonii - Aleksander został zaś skrybą i zamieszkał w Rzymie (o Filipie - najstarszym synu - nic nie wiadomo).


KRÓL PERSEUSZ Z ŻONĄ I SYNAMI



CDN.

25 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLIII

I IMPERIUM ATLANTYDY

Cz. II





I - "SFERA"


 I SFERA ATLANTYDY
(Wizja artysty)



Stolicą wyspy Poseidii, było potężne miasto zwane - ATLANTYDĄ. To właśnie nazwa tego miasta stała się potem (błędnąⁿ) nazwą całej wyspy. Miasto zostało założone tuż nad brzegiem morza na wschodnim wybrzeżu Poseidii. Rozłożone było na wzgórzu, około sześciu kilometrów od Oceanu Atlantyckiego, łagodnie schodząc w jego stronę. Atlantyda nie stanowiła jednego "zbitego" w całość miasta - była raczej ciągiem trzech połączonych ze sobą okręgów, o specjalnie wyprofilowanym podłożu. Od zachodniej strony nad miastem królował trójząb majestatycznych gór, które osłaniały je przed każdym zagrożeniem, jakie mogłoby nadejść z tamtej strony. Okręgi (które tworzyły miejskie dzielnice) były ogromne i dokładnie wyprofilowane - centrum miasta (pierwszy okrąg) miało szerokość 14 kilometrów, drugi 46, trzeci 78. Każdy okrąg stanowił oddzielną dzielnicę miejską, zwaną - "Sferą". W Pierwszej Sferze znajdowało się główne centrum polityczno-kulturalne Imperium. Mieścił się tam oczywiście również i Pałac Królewski, który był otoczony przez olbrzymie ogrody publiczne, jeziora, strumienie i majestatyczne fontanny (pamiątka z czasów MU - Pałac Cesarski w Savanasie był bowiem również otoczony cesarskimi jeziorami, sztucznymi basenami oraz ogrodami i parkami pełnymi wspaniałych drzew i kwiatów). W centralnej części pałacowego ogrodu znajdowała się olbrzymia fontanna (zwana "Drzewem Życia"), której wody strzelały w niebo na niesamowitą odległość i łagodnie opadały do jej wnętrza. 


FONTANNA "DRZEWO ŻYCIA"
(Wizja artysty)



W każdym z ogrodów mieściło się pole wyścigowe, na którym mieszkańcy urządzali najróżniejsze zawody sportowe i uroczystości publiczne. Wokół pola, znajdowały się miejsca siedzące, które były osłonięte przed promieniami słonecznymi, dzięki urodzajowi palm i wszelakich drzew owocowych. Na owych polach swe obrzędy odprawiali również kapłani, a ich misteriom zawsze towarzyszyła przepiękna muzyka męskich i żeńskich chórów. Życie w ogrodach toczyło się tak w dzień jak i w nocy, a oświetlenie stanowiły papierowe latarnie w kształcie kul, umieszczone w pewnej odległości nad ziemią. Każda taka latarnia stanowiła (dzięki technologii Atlantów) samoładujące się (w trakcie dnia) źródło światła i ciepła (jedna taka latarnia - umieszczona odpowiednio wysoko, mogła oświetlić nawet i dużą salę biesiadną. Pierwsza Sfera była miejscem zamieszkania nie tylko króla i jego dworu, lecz i całej arystokracji Atlantów (wznosiły się tam majestatyczne pałace arystokracji i królewskich nobili), a także najwyższych kapłanów i kapłanek. Pierwsza Sfera była też pełna najróżniejszej wielkości (choć gównie monumentalnych) posągów, obelisków i sfinksów. Znajdowała się tam także Wielka Piramida (również pamiątka z MU), która pełniła funkcje religijne (gromadzili się tam tylko najwyżsi kapłani), grobowe (królewskie mauzoleum), oraz służyła jako miejsce kontaktu z innymi planetami i galaktykami (była bowiem czymś w rodzaju "centrum telefonicznego" z innymi światami - w tym z Aremo, rodzinną planetą tak mieszkańców MU, jak i obywateli I Imperium Atlantydy). 


PIERWSZA "SFERA"
PAŁAC KRÓLEWSKI 
W oddali widoczna
WIELKA ŚWIĄTYNIA
(Wizja artysty)



Pierwsza Sfera była więc centrum królewsko-arystokratycznym, choć... jednocześnie każdy obywatel Imperium mógł tam przebywać i uczestniczyć w organizowanych zabawach, grach i wyścigach. Większość mieszkańców miasta przybywała tam by odpocząć wśród przepięknych budowli, pomników, ogrodów, parków, skwerów, jezior, basenów i najróżniejszej palety kwiatów oraz drzew owocowych. Nikt im nie zabraniał przebywania w Pierwszej Sferze (bez względu na to, czy tam mieszkali czy też nie). Zresztą do "centrum" przybywali nie tylko ludzie wolni (czyli obywatele Imperium), lecz również niewolnicy, którzy (za pozwoleniem swych właścicieli) także mogli uczestniczyć w uroczystościach Pierwszej Sfery. Mieścił się tam również Pałac Cudzoziemców, gdzie goszczono i podejmowano (na koszt państwa) ambasadorów i zwykłych turystów z innych krajów, odwiedzających Atlantydę. Pałac był równie imponujący co sąsiadujący z nim Pałac Królewski i mógł pomieścić setki tysięcy ludzi. Pobyt w nim był dla gości nieograniczony czasowo i zupełnie darmowy. Pałac cały był przetykany złotem, srebrem, kością słoniową oraz białym, lśniącym arichalkiem (minerał którego używali dawni Atlanci, pochodzący jeszcze z Aremo). W Pierwszej Sferze były również zlokalizowane największe i najpiękniejsze miejskie świątynie. Największa Świątynia była połączona specjalnym (podziemnym) kanałem z Pałacem Królewskim, a teren pomiędzy tymi dwoma majestatycznymi budynkami, oddzielały cztery strumienie (każdy z wodą o innej temperaturze - od gorącej do bardzo zimnej - utrzymywane dzięki specjalnej sieci kanałów podgrzewających), poprzedzielane alejami pełnymi drzew i tonącymi w kwiatach. W Pierwszej Sferze znajdował się również olbrzymi akwedukt miejski, sztuczne jezioro, oraz setki mniejszych fontann. Mieściła się tam też królewska Cytadela.


SALA TRONOWA
 PAŁACU KRÓLEWSKIEGO
(Wizja artysty) 



KORYTARZ - wiodący z 
PAŁACU KRÓLEWSKIEGO
do WIELKIEJ ŚWIĄTYNI
(Wizja artysty)




II - "SFERA"


Druga Sfera (zwana Sonchią) mieściła głownie prywatne domy mieszkalne, budynki użyteczności publicznej oraz świątynie. Znajdowała się tam (druga po Wielkiej Świątyni - przylegającej do Pałacu Królewskiego z Pierwszej Sfery) Błękitna Świątynia, z której to kapłanki organizowały święto zwane "Błękitną Procesją". Odbywała się ona w następujący sposób: kapłanki (i kapłani) ubrane w białe szaty, objeżdżały dzielnicę (Drugą Sferę) na słoniach lub konno. Sama procesja służyła oczyszczeniu ludzkiego ducha i zjednoczeniu z naturą, oraz jej zwierzęcymi mieszkańcami (stąd też bardzo często prowadzono najróżniejsze gatunki zwierząt - od lwów i tygrysów, po gęsi, kaczki i kurczęta). Chodziło o uzyskanie wewnętrznej harmonii duszy i ciała (tylko nie wiadomo dokładnie po co prowadzono tak różne gatunki zwierząt, gdyż ich potem nie zabijano i nie spożywano?). Świątynia ta została kompletnie zniszczona (i co ciekawe nie odbudowana ponownie, w przeciwieństwie do innych budynków, w tym do Wielkiej Świątyni z Pierwszej Sfery) po najeździe białych przybyszy z planety Malona, którzy zniszczyli dawną cywilizację I Imperium i zbudowali nowe społeczeństwo - znane jako II Imperium Atlantydy. Sama zaś procesja została zakazana i już więcej jej nie obchodzono. Prócz Błękitnej Świątyni, znajdowały się w Drugiej Sferze inne mniejsze świątynie i przybytki religijne. 


BŁĘKITNA ŚWIĄTYNIA
(Wizja artysty)



W ogóle Druga Sfera była najbardziej "świątynną" ze wszystkich dzielnic Atlantydy (a co ciekawe, każda dzielnica miała swoje odrębne władze, które wydawały prawa i rozporządzenia dotyczące tylko mieszkańców tej danej strefy zamieszkania). Świątyń tutaj było tak wiele, że kapłani w jednej i drugiej wieży świątynnej, pozdrawiali się wzajemnie wyciągniętą dłonią (tak wiele ich było i tak blisko siebie znajdowały się te przybytki). Co ciekawe, kapłani i kapłanki pozdrawiali siebie nawzajem i wiernych, czyniąc w powietrzu... znak krzyża, który to znak dla Atlantów był symbolem nieśmiertelności ludzkiej duszy i jej ciągłego odradzania się (na Atlantydę przywędrował ten symbol z MU, a tam z planety Aremo, potem zaś odnajdzie się w... Egipcie i znany będzie jako "ankh"). W Drugiej Sferze znajdowały się mniej okazałe budynki, gdyż mieszkali tam zwykli obywatele, a nie imperialna arystokracja, mimo to każda rodzina miała swój własny dom (nie było ludzi bezdomnych, gdyż władze dzielnicy dbały o zapewnienie obywatelom stałego miejsca zamieszkania - jeśli było to konieczne - fundowały mu go w innej sferze - głównie w trzeciej - lub w innym mieście Imperium). Domy były niezwykle przestronne, pełne drzew i kwiatów. Przeszklone (nie używano tradycyjnego szkła, lecz substancję szklanopodobną, której produkcję wyniesiono z planety Aremo). Każdy budynek posiadał swój własny ukwiecony ogród, oraz prywatną wieżę (kaplicę), na którą wchodzono po spiralnych schodach, by na tarasie wieży - wziąć udział w nabożeństwach świątynnych (kapłani często odprawiali modły i śpiewy ze świątynnych wież, które - wzmocnione akustycznie - były doskonale słyszalne). W Drugiej Sferze mieściła się także Poczta Państwowa i Zarząd Dróg Imperium. 


"BŁĘKITNA PROCESJA"
Z II SFERY
(Wizja artysty)



 
III - "SFERA"


Trzecia Sfera niewiele różniła się pod względem budynków prywatnych od Drugiej Sfery. Obie dzielnice zamieszkiwali bowiem obywatele Imperium nie należący do elity i dworu królewskiego. Jedyną różnicą był znaczny ubytek świątyń w Trzeciej Sferze (choć też było ich kilka, lecz już nie tak wiele jak we wspomnianej wyżej). Trzecia też była najludniejszą i... najbardziej plebejską. Prócz domów mieszkalnych i nielicznych świątyń oraz budynków użyteczności publicznej (władz dzielnicy), mieściły się tutaj również koszary wojskowe, oraz liczne gospody. Tu również miała swą siedzibę Mennica Państwowa, oraz liczne fora, na których kupcy z innych państw zachwalali swe towary. Mieściła się tutaj również (jedyna w całym Imperium) szkoła niewolników i ogromny targ, gdzie ich sprzedawano. Szkoła Trzeciej Sfery słynęła z doskonale "wyrobionych" i biegłych w najróżniejszych zawodach niewolników, dlatego też zjeżdżano tutaj z miast całego Imperium, by nabyć odpowiednio wyszkolonego, obytego i posłusznego niewolnika. Szkoła ta wejdzie w swój najlepszy okres za czasów II Imperium Atlantydy i wojen prowadzonych przez Białych zdobywców z Malony. Wówczas to niewolników będzie tak wielu, że ich liczba znacznie przewyższy liczbę nowych obywateli Imperium. Prawo przestanie też ich chronić a właściciele będą mogli do woli szafować zdrowiem i życiem swej własności. Sama stolica - Atlantyda w czasach I Imperium liczyła sobie ok. 10 milionów mieszkańców. Nie było to dużo, biorąc pod uwagę rozpiętość i wielkość samego miasta (wciąż wiele było terenów dziewiczych, zupełnie niezasiedlonych, porosłych gęstym lasem, a niektóre wręcz... pełne dzikich zwierząt). Każda ze sfer miejskich była prawdziwym "miastem w mieście" i sama dzieliła się na kilka mniejszych dzielnic (też zarządzanych przez lokalne władze dzielnicowe lub "osiedlowe"). Poza tym mieszkańcy Atlantydy osiedlali się również poza sferami (w rejonach przybrzeżnych za trzecim okręgiem). Tam jednak osiedlali się głownie najubożsi, którzy żyli z połowów ryb i handlu nimi w Trzeciej Sferze. Stolica była tak olbrzymią aglomeracją, że niewielu mieszkańców miasta w ciągu swego życia (a dożywano ok. 1000 lat) poznawało wszystkie jej zakamarki.  


 TRZY "SFERY" ATLANTYDY
(Wizja artysty)





PS: 

Jeszcze drobna informacja odnosząca się do prowincji Imperium Atlantydy. W czasach panowania Tolteków, były trzy główne prowincje wyspy, które posiadały swoje lokalne stolice. Pierwsza prowincja była ze stolicą w PEOS, Druga ze stolicą w SUS, a Trzecia w ALCIE. Po inwazji Malonian dojdzie jeszcze czwarta prowincja ze stolicą w EDENIE (a to dlatego że Biali przybysze nawiążą ścisłe kontakty dyplomatyczne ze swymi pobratymcami z Malony - Enlilem, Enkim, Ninurtą i Mardukiem z baz w Edenie, Abzu i Iggi).


CDN.

24 marca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XIX



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XIX






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. VII



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. VI






MIASTA JUDEI





GIBEON

 
 Miasto Gibeon (Gibea) położone w środkowej Palestynie (na północny-zachód od Jerozolimy), było pierwszą stolicą "zjednoczonego" Izraela (nazwę tę objąłem w cudzysłów, ponieważ w czasach Saula owe zjednoczenie obejmowało realnie tylko dwa plemiona: Beniamina i Efraima, choć potem sprzyjały mu też niektóre osady izraelskie na południu, jak również te, należące do plemienia Manassesa na północy i w Gilead za Jordanem). Miasto to zostało wybrane na siedzibę przez pierwszego króla Izraela - Saula (archeolodzy odkopali w tym mieście niewielką czworoboczną cytadelę - która pierwotnie była budowlą filistyńską, ale została odrestaurowana na kształt hebrajski i jest uznawana za królewską rezydencję Saula), choć (co ważne) nie było to miasto judzkie, ani też w większości zasiedlone przez Hebrajczyków, a wręcz przeciwnie. Gibeon to była bardzo silna (posiadająca imponujące fortyfikacje i wyrafinowany system pozyskiwania wody, a także - jak twierdzi Księga Samuela: 1 Sm. 10,5 i 1 Sm. 13,3 - stacjonował tam silny filistyński oddział wojskowy) filistyńska twierdza w środkowej Palestynie; ale, ponieważ obrana została na stolicę Izraela przez Saula (który bez wątpienia był tam "gościem" lokalnego filistyńskiego władcy czy namiestnika miasta), przeto nie wymieniłem Gibeonu jako miasta filistyńskiego w poprzedniej części. Gibeonici jednak bez wątpienia nie byli w żaden sposób spokrewnieni rasowo z Hebrajczykami ("Gibeonici nie pochodzą z synów izraelskich, ale z pozostałości po Amorejczykach" jak zapisano w Księdze Samuela: 2 Sm. 21,2), choć istniała w mieście pewna hebrajska społeczność, zlokalizowana wokół "rezydencji" Saula. Nie wiadomo dokładnie od kogo (z miast-państw Pentapolis) zależny był Gibeon? Być może od żadnego z miast Filistei, a przemawia za tym fakt, że Gibeonici panowali dodatkowo nad mniejszymi miastami: Kefirą, Beerot i Kiriat-Jearim (wszystkie leżące na zachód od miasta, na drodze do Ekronu i Gat). Wydaje się jednak że z czasem miasto i jego mieszkańcy ulegli stopniowej hebraizacji (warto też dodać, że Gibeon mocno związany był z tradycją religijną i polityczną Izraela. To tam przecież znajdowała się Arka Przymierza nim ostatecznie przeniesiono ją do Jerozolimy, tam król Dawid wzniósł sanktuarium Jahwe, tam właśnie Bóg ukazać się miał we śnie Salomonowi, gdy ten poprosił go o mądrość, tam też doszło do buntu Szeby, do walk Abnera i Beniamitów z wiernym Dawidowi Joabem z Judy, tam wbici zostali na pal potomkowie Saula, tam też narodzić miał się prorok Hananiasz, syn Azura - bez wątpienia więc po 925 r. p.n.e. - a być może nawet wcześniej - cały obszar zasiedlony przez Gibeonitów stał się częścią terytorium rodu Beniamina).



KIRIAT-JEARIM


 Miasto podległe Gibeonitom, ale... wydaje się że to właśnie tutaj nastąpiło najwcześniejsze zasiedlenie przez ludność hebrajską (to tylko moja hipoteza, gdyż stwierdzenie proroka Jeremiasza, iż jest to rodzinne miasto proroka Uriasza niewiele realnie wnosi, tym bardziej że Uriasz działał w czasach panowania króla Jojakima, czyli w ostatnich dekadach VII wieku p.n.e. a więc w czasach, gdy tereny te były już w większości shebraizowane) i to jeszcze najprawdopodobniej w okresie panowania króla Saula, a już z pewnością w epoce rządów Dawida i Salomona.





HEBRON
(KIRIAT ARBA) 


 Kolejne wielkie hebrajskie miasto Judy, które... nie było zasiedlone przez Hebrajczyków. Jest to swoisty paradoks, ale tak właśnie należy to traktować, gdyż miasto pierwotnie zasiedlone było przez lud Kelabitów i Anakitów (Filistynów) - którzy zostali potem włączeni w obręb plemienia Judy (choć wielokrotnie sami Hebrajczycy podkreślali ich odrębność). Żyjący tu Anakici znani byli ze swego dużego wzrostu (stąd Hebrajczycy nazywali ich Nefilim - czyli olbrzymi. "Widzieliśmy też tam olbrzymów, synów Anaka, z rodu olbrzymów, i wydaliśmy się sobie w porównaniu z nimi jak szarańcza, i takimi też byliśmy w ich oczach" Lb 13,33). Prawdopodobnie jednak Hebron został zdobyty przez Izraelitów jeszcze w czasach króla Saula lub Dawida, gdyż w Księdze Barucha zapisane jest: "Tam urodzili się olbrzymi, sławni od początku, wielcy, biegli w walce. Ale nie tych wybrał Bóg, ani im nie dał drogi do mądrości. Zginęli dlatego, że mądrości nie mieli, zginęli z powodu swej nierozwagi" (Ba 3,26-28), a w przypowieści Ezechiela pojawia się takie stwierdzenie: "Tam jest Assur i cały jego lud dokoła jego grobu, wszyscy pobici, sami tacy, co padli od miecza. Ich groby urządzono w najgłębszym dole otchłani (...) którzy dawniej szerzyli postrach w krainie żyjących" (Ez 32, 22-24). Problem polega tylko na tym, że nie wiadomo dokładnie czy do takiego podboju nie doszło znacznie później, np. już po inwazji faraona Szeszonka z 925 r. p.n.e. Co prawda Hebron był "miastem dawidowym" i również zasiedlony był przez ludność hebrajską (która prawdopodobnie była w mniejszości), ale - podobnie jak Saul w Gibeonie, tak Dawid w Hebronie ogłoszony został królem Izraela. Tu też znajdowało się wzniesione przez niego sanktuarium Jahwe. Czy więc miasto to zdobyto w czasach króla Dawida? I tu znów pojawia się problem, gdyż kolejna stolica zjednoczonego Izraela wydaje się że nie została opanowana militarnie ("Potem pytał Dawid Pana: Czy mam ruszyć do któregoś z miast judzkich? A Pan mu odpowiedział: Ruszaj! I pytał jeszcze Dawid: Dokąd mam ruszyć? A On odrzekł: Do Hebronu. I ruszył Dawid wraz z obiema swymi żonami (...) również ludzi, którzy byli przy nim, sprowadził Dawid, i to wszystkich z rodzinami. I osiedlili się w osadach wokół Hebronu. Wtedy przyszli mężowie z Judy i namaścili tam Dawida na króla nad plemieniem Judy" - 2 Sm. 2,1-4). Istnieje pewne wyjaśnienie tego problemu (choć to również jedynie hipoteza), a mianowicie takie, że Dawid (jak wcześniej Saul w Gibea) był po prostu klientem jednego z filistyńskich władców, którzy umożliwili mu osiedlenie się z jego ludźmi w okolicach Hebronu (prawdopodobnie był to władca miasta Gat, lub król Ziklag z Szafeli, ale ten drugi był znów klientem władców Gat, więc być może działało to na zasadzie pewnej hierarchicznej kontroli, jak w średniowieczu rycerz przysięgał wierność księciu lub królowi, ale sam miał pod sobą giermka i stał wyżej od mieszczan i chłopów). W każdym razie Hebron był drugą stolicą zjednoczonego Izraela i siedzibą króla Dawida (tam też urodził się jego syn - Absalom). 
  


FRAGMENT JEROZOLIMY Z CZASÓW KRÓLA DAWIDA I SALOMONA
(Ten cienki pasek wokół murów idących ku Świątyni) 



JEROZOLIMA
(JEBUS) 

 
Miasto to pierwotnie zasiedlone miało być przez plemię Jebuzytów (stwierdzam że "miało być" ponieważ nigdzie indziej, poza Starym Testamentem nazwa ta nie występuje; wydaje się więc że albo była to jakaś autochtoniczna ludność kananejska, albo też... lud ten po prostu został wymyślony na potrzeby opowieści o królu Dawidzie i zdobyciu miasta, które wcześniej z Izraelitami nie miało nic wspólnego). Jeśli rzeczywiście lud ten istniał, to z pewnością był on obcy dla "narodu wybranego" ("Twoje pochodzenie i twój ród wywodzi się z ziemi kananejskiej. Twoim ojcem był Amorejczyk, a twoją matką Chetytka" - Księga Ezechiela 16,3. W Księdze Sędziów zaś zapisane jest, że Jerozolima czyli Jebus, jest miastem obcym "gdzie nie ma synów izraelskich" - Sdz. 19,12). Można jednak przyjąć, że miasto to rzeczywiście nie było związane z Hebrajczykami (swoją drogą Stary Testament próbuje nam jednocześnie wmówić, że zbieranina okolicznych ludów kananejskich i tych, które wcześniej powędrowały do Egiptu i tam popadły w niewolę - to ludność obca, napływowa, to ludność, której Jahwe dał w posiadanie nową ziemię - "Ziemię Obiecaną" czyli właśnie Palestynę. Natomiast lud Filistynów Biblia przedstawia jako... autochtonów, czyli mieszkających na tej ziemi już od wieków, podczas gdy - jeśli oprzemy się na przekazach historycznych - jest zupełnie na odwrót. Ludnością zdecydowanie obcą i o innej kulturze [choć, co bardzo ważne - bardzo szybko się asymilowali z pierwotną ludnością kananejską, tak, iż drugie, trzecie pokolenie po podboju było praktycznie całkowicie zasymilowane, a jednocześnie wytworzyła się swoista filistyńsko-kananejska nowa kultura] są Filistyni, przybyli tu w czasie migracji i podboju tzw.: "Ludów Morza", podczas gdy Hebrajczycy [Habiru] to lud autochtoniczny - choć złożony z mieszkańców różnych obszarów Palestyny, którzy w pewnym momencie powędrowali do Egiptu - bo tam wydawało im się, były warunki do lepszego życia. Jedyne, czym można to usprawiedliwiać to fakt, iż kolejne pokolenia, które już narodziły się w Egipcie - i tam zostały zniewolone - nie pamiętały Palestyny, ziemi swych ojców). 

Za kananejskim pochodzeniem Jerozolimy przemawia choćby fakt nie-hebrajskich imion władców tego miasta, jak choćby króla Abdi-Hepa noszącego huryckie imię. Nazwa miasta Jebus wzięła się od nazwy plemienia Jebuzytów, którzy mieli tam panować, ale... nie była to wcale pierwotna nazwa Jerozolimy. Pierwotną nazwą (zapisaną w egipskiej księdze "Tekstów Złorzeczeń" z czasów Średniego Państwa) byłby więc Uru Szalim. Jeden z władców tego miasta - Abdi-Hepa napisał list do faraona Amenhotepa III (połowa XIV wieku p.n.e. czyli okres amarneński) i stąd właśnie wiadomo jaką pierwotną nazwę nosiła Jerozolima. W czasach panowania króla Adoni-Sedeka (w tradycji hebrajskiej zwany jest Malchizedekiem), Jerozolima zawarła sojusz z Hebronem, Jarmut, Lakisz i Eglonem - czyli miastami Filistei i Szefeli. Była więc w tym okresie (XI-X wiek p.n.e.) dość dużym, liczącym się ośrodkiem, skoro stworzyła wokół siebie taką sieć połączeń (a jak wiadomo, za ówczesnymi sojuszami szły w parze ożenki dzieci władcy), niewielu bowiem byłoby chętnych do zawierania sojuszu z miastem słabym i nieustannie potrzebującym ochrony (w myśl zasady: jeśli chcesz sojuszu i pomocy od innych krajów, sam musisz być dla nich potencjalnym wsparciem).

Jebus (czy też, jak kto woli - Uru Szalim) zdobyte miało zostać przez Izraelitów pod wodzą Dawida ok. 1000 r. p.n.e. Ale tutaj znów pojawia się pewien problem, a mianowicie okazuje się, że Dawid już wcześniej był w Jerozolimie, a nawet zaniósł tam odciętą na równinie Azeka głowę pokonanego Goliata i złożył ją w tamtejszej... świątyni Jahwe. Czyżby więc w przed-hebrajskiej Jerozolimie było miejsce kultowe Izraelitów, gdzie mogli oddawać cześć swemu bogu? Na to wygląda (być może tak było i w innych dużych miastach kananejskich, które bezpośrednio graniczyły z plemionami Izraela). W każdym razie Dawid ostatecznie zjawił się zbrojnie (po śmierci króla Saula) pod murami Jerozolimy, która to zatrzasnęła przed nim swe bramy (ale wcześniej mógł wejść w jej mury, więc albo zapragnął zdominować mieszkańców miasta - choć, co bardzo ważne: nie wybić ich; albo też mieszkańcy odmówili Hebrajczykom wstępu do tamtejszej świątyni Jahwe - o czym nie ma śladu w źródłach biblijnych). Jebuzyci zwrócić się mieli do Dawida takimi oto słowy: "Nie wejdziesz tutaj, lecz ślepi i kulawi cię przepędzą" (2 Sm. 5,6), co było jawną pogardą obrońców, wyrażoną w stosunku do Dawida i jego ludzi, którzy pragnęli opanować dobrze ufortyfikowane miasto jakim był Jebus (stąd stwierdzenie że nawet ślepi i kulawi go przepędzą). "W tym dniu Dawid powiedział: Kto pokona Jebuzejczyków i przedrze się przez kanał, i pobije ślepych i kulawych, których nienawidzi dusza Dawida; dlatego mówi się: Ślepy i kulawy nie wejdzie do świątyni" (2 Sm. 5,8). Doszło więc do walki, a Izraelici wykazali się przy tym szczególnym męstwem (np. niejaki Abiszaj, brat Joaba, syn Serui, który położyć miał aż trzystu wojowników Jebuzytów - co bez wątpienia jest propagandową bajeczką, mającą pokazać determinację i zapał "narodu wybranego" w zdobywaniu ich późniejszej stolicy), choć z drugiej strony, sam przekaz mówiący o wielu ofiarach (po stronie wroga oczywiście) i odwadze Izraelitów, nie do końca musi się zgadzać z rzeczywistością, jako że Dawid w zdobycznej Jerozolimie nie tylko nikogo nie ukarał ale... nie wypędził stąd Jebuzytów ("Lecz Jebuzytów, mieszkających w Jerozolimie, nie mogli synowie Judy wypędzić i Jebuzyjczycy mieszkają z synami Judy w Jerozolimie do dnia dzisiejszego" - Joz 15,63). Dlaczego nie mogli ich wypędzić, skoro (według spisanej w formie militarnej propagandy Księgi Jozuego) Hebrajczycy postępowali okrutnie nawet z tymi mieszkańcami miast, którzy się przed nimi chowali i którzy uciekali, dlaczego więc teraz oszczędzili tych, którzy się przeciwko nim bronili? Odpowiedź wydaje się oczywista - nie doszło do żadnej krwawej walki (zapewne Dawid nie miał tylu wojowników, aby próbować zdobyć dobrze ufortyfikowane miasto) i ostatecznie doszło do kompromisu, na mocy którego Dawid i jego ludzie mogli powrócić do Jerozolimy, ale miasto nadal było w rękach Jebuzytów.

Walce o Jerozolimę przeczy również fakt, że Dawid zakupił w tym mieście działkę od niejakiego Arawny (na tym miejscu potem stanęła Pierwsza Świątynia Jerozolimska), choć wydaje się że zakup miał miejsce już po osiedleniu się Izraelitów w Jerozolimie (świadczy o tym fakt, iż Arawna chciał Dawidowi tę ziemię przekazać w darze, ale ten się uparł że za nią zapłaci. Gdyby to było przed zbrojnym wejściem Dawida do Jerozolimy i uznaniu tam go za króla zarówno przez Izraelitów jak i Jebuzytów, to Arawna nie byłby taki skory do przekazania mu ziemi za friko). Zajęcie Jerozolimy było jednak krokiem, który natchnął twórców Starego Testamentu do takich oto stwierdzeń: "Widząc to Aszkelon ulęknie się, Gaza okropnie zadrży, również Ekron, gdyż zawiódł się w swej nadziei. Zniknie król z Gazy, Aszkelon nie ostoi się, w Aszdodzie osiądą mieszańcy, wytępię pychę Filistynów. Gdy potem krwawe mięso ich ofiar wyrwę z ich ust, a ohydne ich bałwochwalcze potrawy spomiędzy ich zębów, wtedy i on zachowany zostanie dla naszego Boga, będzie uchodził za plemię w Judei, a Ekron stanie się takim, jak niegdyś Jebuzejczycy" (Za 9,5-7). Należy tutaj dodać, że już w czasach króla Salomona (czyli syna Dawida) Jebuzyci stali się ludnością drugiej kategorii (zapewne było to związane z dość dużym przyrostem ludności żydowskiej w mieście), a Salomon zaciągnął ich nawet do robót przy budowie Świątyni Jerozolimskiej, co świadczy o szybko postępującej hebraizacji miasta (opanowano je więc nie tyle zbrojnie, co demograficznie, już w drugim i trzecim pokoleniu).



NOB      


 Miasto to (znajdujące się w bezpośredniej bliskości Jerozolimy) przynależne było (tak jak i Jerozolima) do plemienia Beniamina (choć Jerozolima była przedmiotem sporu między rodami Beniamina i Judy, ale ostatecznie zwyciężyła tradycja, lokująca narodziny Beniamina - syna Jakuba i brata Józefa - na południe od Jerozolimy, w Ramat Rachel). Mieściło się tam sanktuarium jahwistyczne, a według Biblii król Saul zgładzić tam miał kapłana Abimeleka (który udzielił pomocy zbiegłemu od Saula Dawidowi) wraz z całą jego rodziną (rzezi uniknął tylko jeden, jedyny syn Abimeleka - Ebiatar). Nie wiadomo jednak czy postać Abimeleka jest prawdziwa (Abimeleków w czasach Saula i Dawida wymienionych w Starym Testamencie było kilku i niekoniecznie wszyscy z nich byli Hebrajczykami (jak choćby wojownik Dawida - Abimelek Hetyta). Jednak miasto Nob bardzo szybko (po zajęciu przez Izraelitów Jerozolimy) przyćmione zostało przez blask swej większej siostrzycy.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...