WYŚWIETLENIA

23 marca 2026

TAJNE SPISKI I WIELKIE AFERY - Cz. I

JAK POLSKA i STANY ZJEDNOCZONE
DOPROWADZIŁY DO ABDYKACJI 
KRÓLA WLK. BRYTANII - EDWARDA VIII
w 1936 r.? 
Cz. I


KSIĄŻĘ EDWARD I WALLIS SIMPSON 
Z WIZYTĄ U HITLERA




"MUSISZ WCIĄGNĄĆ BRYTYJCZYKÓW DO WOJNY - SŁYSZYSZ! 
TO JEST NASZA JEDYNA SZANSA"

SŁOWA JAKIE WYPOWIEDZIAŁ W OSTATNIEJ SWEJ ROZMOWIE Z MINISTREM SPRAW ZAGRANICZNYCH POLSKI - JÓZEFEM BECKIEM - UMIERAJĄCY MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI - (MAJ 1935)



Wielka Brytania w latach 20-tych i 30-tych XX wieku, była jednym z najbardziej proniemieckich krajów w Europie i paradoksalnie tego stanu rzeczy (w pewnych brytyjskich kręgach, jak choćby w łonie samej monarchii) nie zmienił nawet wybuch II Wojny Światowej i próby opanowania Wysp Brytyjskich najpierw przez Luftwaffe, a w kolejnym planie przez Kriegsmarine, która miała przewieźć desantowe jednostki Wehrmachtu przez Kanał La Manche. Królowa Matka - Elżbieta Bowes-Lyon (matka przyszłej władczyni - Elżbiety II), jeszcze w 1940 r. mówiła: "Niemiecka okupacja Wielkiej Brytanii byłaby do zaakceptowania pod warunkiem, że Niemcy pozostawiliby w spokoju monarchię". Zresztą nie tylko monarchia była tutaj szczególnym wyjątkiem (pod względem niezwykłej estymy, jaką poszczególni jej członkowie darzyli narodowy socjalizm i samą osobę Adolfa Hitlera, czego przykładem niech będzie film, wykonany w 1933 r. na którym książę Edward i Elżbieta Bowes-Lyon, uczą siedmioletnią księżniczkę Elżbietę, jak... prawidłowo heilować).




Również elity brytyjskie był nastawione bardzo proniemiecko (wiceminister spraw zagranicznych Anthony Eden - twórca polityki appeasmentu, czyli "uspokajania" Niemiec, premier Ramsey MacDonald, Stanley Baldwin, Lloyd George, a nawet... Winston Churchill). Eden pragnął (jeszcze na długo przed wybuchem wojny) zawrzeć z Niemcami Hitlera swoisty geopolityczny deal, na zasadzie - wy kontrolujecie Europę, a my morza, oceany i kolonie pozaeuropejskie, natomiast Ramsey planował w 1933 r. wielkie zmniejszenie liczebności trzech największych ówcześnie europejskich armii - francuskiej, włoskiej i polskiej do 200 tys. żołnierzy, przy jednoczesnym zwiększeniu liczebności armii niemieckiej do tej samej liczby - 200 tys. (Niemcy podlegały jeszcze wówczas ograniczeniom nałożonym przez traktat wersalski i mogły posiadać jedynie 100 tys. żołnierzy). Dodatkowo ci tak bardzo proniemieccy i prohitlerowscy politycy (Eden twierdził np, że: "Jeśli Hitler zostanie zaspokojony, jego niepokój ustąpi, a obawy przed otoczeniem militarnym Niemiec zanikną. Naziści, wolni od niepokoju i niepewności, staną się rozsądnymi, stabilnymi sąsiadami w Europie"), od 1918 r. konsekwentnie demilitaryzowali Wielką Brytanię (tnąc koszta utrzymania armii, lotnictwa a nawet floty wojennej), która w latach 1933-1938 stała się praktycznie bezbronną Wyspą.

Gdy w 1936 r. polscy piloci uczestniczyli w obchodach 18-rocznicy powstania RAF-u, byli przerażeni stanem technicznym brytyjskich maszyn. Wojska lądowe na Wyspach Brytyjskich nie istniały w ogóle, a jedyna realna siła zbrojna - Royal Navy, była w tak kiepskim stanie technicznym, że wymagała natychmiastowych remontów i modernizacji dużej części swych okrętów. Wielka Brytania była bezbronna, praktycznie zupełnie, dlatego też w brytyjskich gabinetach politycznych roztaczano wizję wspólnego niemiecko-brytyjskiego sojuszu, który pozwoliłby Brytyjczykom utrzymać Imperium, a Niemcom gwarantowałby panowanie w Europie - i Niemcy skrzętnie chcieli z tego planu skorzystać. Był tylko jeden mały problem, który zastopował ten wspólny układ i śmiały podział stref wpływów w Europie i na Świecie, ten problem nosił nazwę... Polska. 






Nasz wywiad (poprzez agenturę ulokowaną w Komunistycznej Partii Polski {która została dogłębnie "przefilcowana" przez Dwójkę - Oddział II Sztabu Głównego Wojska Polskiego, czyli wywiad i kontrwywiad - i rzeczywiście, Stalin miał rację rozwiązując KPP w 1938 twierdząc że partię przejęli agenci i współpracownicy "burżuazyjnej Polski"}, a także wśród niektórych polskich komunistów w Moskwie), doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakim było coraz bardziej przewidywalne zbliżenie niemiecko-sowieckie. Pierwszym wielkim planem "zresetowania" realnego niebezpieczeństwa współpracy Berlina i Moskwy, był plan Wojny Prewencyjnej Marszałka Piłsudskiego z 1933 r. przeciwko hitlerowskim Niemcom. To się nie udało ze względu na sprzeciw Francji. Należało więc uciec do przodu i "kupić kilka lat spokoju", które przeznaczonoby na modernizację i wzmocnienie Wojska Polskiego. Dlatego też 26 stycznia 1934 r. zawarto polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy i po tym czasie stosunki polsko-niemieckie znacznie się ożywiły. Wiadomo jednak było że ten układ jest tylko tymczasowy i należy zrobić wszystko, aby całkowicie "zneutralizować" Niemcy, nim... zaatakują nas Sowiety. Dlatego też już w marcu 1936 r. gdy Niemcy zajmowały zdemilitaryzowaną Nadrenię, minister Józef Beck odbył turnee po Paryżu i Brukseli, wszędzie zapewniając że jeśli Francja i Belgia podejmą się kroków militarnych w celu powstrzymania Hitlera to: "Polska natychmiast uderzy na Niemcy od wschodu". Niestety, Francuzi i Belgowie nie zmierzali wszczynać żadnej wojny prewencyjnej i powstrzymywać Hitlera. 




Cóż, skoro Francuzi byli tak oporni, to należało pobudzić do działania Brytyjczyków, ale jak przekonać do walki proniemiecki establishment w prawie bezbronnym kraju? Bardzo prosto, wizją całkowitego rozpadu Imperium Brytyjskiego i redukcją Wielkiej Brytanii do małego, europejskiego kraiku. Tylko że do tego Warszawa potrzebowała pomocy jeszcze kogoś. Tym "kimś" były Stany Zjednoczone Ameryki i tutaj do akcji wszedł niesamowity polski wywiad.




Przejdźmy jednak na razie do samej osoby głównego bohatera, czyli nowego króla Wielkiej Brytanii - Edwarda VIII. Wstępuje on na brytyjski tron dnia 20 stycznia 1936 r. po śmierci swego ojca - Jerzego V (który notabene pragnął by tron odziedziczył po nim jego młodszy syn - Albert Fryderyk, który do historii przeszedł pod nazwą Jerzego VI. Jerzy V miał też wyrazić nadzieję, że niegdyś jego ukochana wnuczka - Elżbietka, córka Alberta Fryderyka, zostanie kolejną monarchinią). Edward VIII był dość rozrywkowym mężczyzną, nie stroniącym od licznych romansów (to właśnie one i hulaszczy tryb życia tak denerwowały jego ojca). 10 stycznia 1931 r. na jednym z przyjęć wydawanym w Borrough Court, książę Edward poznał 34-letnią Amerykankę Wallis Simpson, która trzy lata wcześniej rozwiodła się ze swym pierwszym mężem, oficerem marynarki USA - Winfieldem Spencerem. Została mu ona przedstawiona przez lady Thelmę Furness, również Amerykankę, która wyszła za mąż za brytyjskiego arystokratę, Marmaduke'a Furnessa. Edward i Wallis zostali kochankami jednak dopiero w trzy lata później (prawdopodobnie styczeń 1934 r.), a książę zakochał się po uszy w owej Amerykance do tego stopnia, że zapragnął ją poślubić. 

Problem polegał jednak na tym, że Wallis miała już męża - Ernesta Aldricha Simpsona, którego poślubiła w 1928 r. Nie był to zresztą jedyny problem - na małżeństwo bowiem nie wyrażał zgody ani król Jerzy V ani królowa Maria Teck. Mimo to Edward ostentacyjnie zabierał ze sobą Wallis na oficjalne przyjęcia organizowane w Pałacu Buckingham, ku zażenowaniu gości i złości ojca. Gdy król Jerzy zakończył żywot, a Edward został nowym królem Wielkiej Brytanii, wydawało się że już nic nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu. Nie tylko jednak kwestia Wallis Simpson, lecz przede wszystkim również polityka którą zamierzał prowadzić Edward VIII, nie wszystkim w rządzie (a także w służbach specjalnych MI5) się podobała. Polegała ona bowiem na bardzo bliskich stosunkach Wlk. Brytanii z hitlerowskimi Niemcami, które to właśnie popierał nowy król. Oczywiście w rządzie Stanleya Baldwina (i w angielskim establishmencie politycznym) było bardzo wielu zwolenników zbliżenia z Niemcami, jednak polityka Edwarda była nazbyt ostentacyjna, co mogło doprowadzić do bardzo niepewnych sytuacji w przyszłości.


EDWARD VIII i WALLIS SIMPSON NA WAKACJACH 
1936 r.



Wielka Brytania, nawet jeśli nie przyłączyłaby się do sojuszu z Niemcami (do czego skrupulatnie dążył Edward, np. gdy w marcu 1936 r. Niemcy wkraczały do Nadrenii, zagroził swą abdykacją jeśli rząd Baldwina zaprotestuje przeciwko temu ostentacyjnemu złamaniu przez Niemcy postanowień Traktatu Wersalskiego. Rząd brytyjski ugiął się przed królem i nie zaprotestował), to jednak nie miała nic przeciwko temu, aby podzielić strefę wpływów pomiędzy Wlk. Brytanię a Niemcy. Tylko że Edward publicznie, podczas najróżniejszych uroczystości wyrażał podziw dla Adolfa Hitlera, oraz prowadził zażyłą korespondencję z niemieckim ambasadorem w Wielkiej Brytanii - Joachimem von Ribbentropem. Te wszystkie działania musiały budzić jednak (nawet w tak bardzo proniemiecko nastawionych elitach, do jakich należały elity brytyjskie) co najmniej zniesmaczenie. 

Oczywiście takie działania nie mogły ujść uwadze Dwójki, która - pomimo zawarcia przez Polskę z Niemcami deklaracji o niestosowaniu przemocy (26 stycznia 1934 r.) pozostawała głęboko nieufna (jak i większość polskich elit) wobec Niemiec. Tym bardziej że od końca 1935 r. prowadzono w Gdańsku-Oliwie tajne rozmowy niemiecko-sowieckie, które budziły podejrzenie. Kolejnym podejrzanym działaniem, przekonującym iż rozmowy tam prowadzone (Polacy wiedzieli o nich dzięki agenturze ulokowanej w Komunistycznej Partii Polski) są na dobrej drodze, był nakaz Stalina, by Komunistyczna Partia Niemiec wygasiła wszelką działalność skierowaną przeciwko nazistom (1935 r.). Powiem więcej, Stalin był uradowany gdy dowiedział się o przejęciu władzy w Niemczech przez Hitlera (30 stycznia 1933 r.), stwierdził nawet że było to: "Zwycięstwem klasy robotniczej". Oczywiście oficjalnie wszystko było jak należy, naziści i komuniści wciąż się obrzucali błotem, tak jak miało to wyglądać dla opinii publicznej. Realnie jednak Stalin i Kreml wysyłali Hitlerowi pojednawcze sygnały, że pragną się porozumieć. Dlatego też Stalin nakazał niemieckim komunistom zaprzestanie jakichkolwiek akcji wymierzonych w reżim narodowosocjalistyczny, a tych spośród towarzyszy, którzy mieli ku temu jakiekolwiek obiekcje, kazał likwidować (oczywiście w odpowiednio preparowanych, publicznych procesach, w których oskarżonemu zarzucano szpiegostwo na rzecz Niemiec, Polski, Japonii... Trynidadu i Tobago - oczywiście najczęściej oskarżony sam się do wszystkiego przyznawał, po odpowiednio długim "śledztwie", gdy zdążono połamać mu już wszystkie palce u rąk, wybić żebra czy pozbawić prawie całego uzębienia - aby uniknąć dalszego bólu, podpisywał wszystko co mu podsunięto. Byli też tacy którzy pytali oficerów przesłuchujących żeby im przypomnieli co takiego zrobili, bo już nie pamiętają, a chętnie chcieliby sobie przypomnieć - wszystko po to, żeby uniknąć bólu). 


 KAROL RADEK



Zaczęło się w sierpniu 1935 r. gdy bolszewicki działacz partyjny (konsultant partii bolszewickiej ds. międzynarodowych), spolonizowany Żyd z Tarnowa - Karol Radek (Sobelson), na polecenie Stalina odnowił dawne kontakty z przedstawicielami niemieckiego wywiadu, armii i przemysłu (zawarte jeszcze gdy w 1919 r. siedział w komfortowych warunkach w berlińskim więzieniu, przyjmując do siebie na "audiencji" przedstawicieli niemieckich służb wywiadowczych i armii). Pierwszy swój kontakt odnowił z pułkownikiem SS Walterem Nicolaiem (doradcą Rudolfa Hessa, który notabene dążył do sojuszu z Wlk. Brytanią, czego efektem była jego misja na Wyspy z 10 maja 1941 r. wykonana z całą pewnością na polecenie Hitlera - chociaż ten się od niej odżegnywał). Nicolai był nietuzinkową postacią. Szef niemieckiego wywiadu wojskowego w latach 1913-1919, który m.in. wysłał Lenina w zaplombowanym pociągu przez Niemcy do Rosji, by ten tam zaczął swoją "misję" i doprowadził ten kraj do całkowitej ruiny. W 1935 r. Nicolai otrzymał od Reinharda Haydricha rozkaz ponownego nawiązania kontaktów z Sowietami (poprzez kierowane przez siebie Biuro ds. Żydowskich przy niemieckim MSZ). 


 PUŁKOWNIK WALTER NICOLAI



Rozmowy toczyły się w Gdańsku-Oliwie (co ciekawe, w przygotowaniu tego spotkania po stronie sowieckiej uczestniczył pułkownik NKWD, niejaki... Bolesław Bierut, który mieszkał wtedy w majątku Wernera Modrowa z NSDAP {po wojnie i sowieckim "wyzwoleniu" Polski, ten komunistyczny agent został mianowany przez Stalina na "prezydenta Polski", a w 1952 r. z okazji 60-tej rocznicy urodzin "prezydenta" Bieruta, majątek Modrowa w miejscowości Modrowo-Nygucie, został przemianowany na... Bolesławowo). 


BOLESŁAW BIERUT



Nie były to jedyne spotkania i pertraktacje niemiecko-sowieckie o których doskonale zdawał sobie sprawę polski wywiad. Ponieważ zaś niebezpieczeństwo niemiecko-sowieckiego sojuszu i możliwego zgniecenia nim Polski było nazbyt realne, tym bardziej nie można było dopuścić, by do tego sojuszu dołączyła Wielka Brytania przez swego nowego, proniemieckiego (i prohitlerowskiego) monarchę. Należało nacisnąć kilka guziczków, by doprowadzić do zmiany tej sytuacji i... naciśnięto. Naciśnięto na amerykański guzik, który wysadził owe niebezpieczeństwo w tamtym okresie (a było to tym łatwiejsze, że Amerykanie mieli dług wdzięczności wobec Polaków, jeszcze z czasów podróży do Polski gen. Douglasa MacArthura z września 1932 r. i ofiarowania Amerykanom supertajnych kodów sowieckiej armii, rozpracowanych przez polski wywiad i używanych w Armii Czerwonej aż do 1954 r. "Rewolucji" i "Fiałki", a także pierwszych kodów odczytanej niemieckiej Enigmy).

 
JÓZEF PIŁSUDSKI i DOUGLAS MACARTHUR 
W OTOCZENIU OFICERÓW



CDN.

22 marca 2026

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VI

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. V





ENTENTE CORDIALE
CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 
ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 
Cz. II



"JEŚLI NIE ZDĄŻYMY WYPOWIEDZIEĆ NIEMCOM WOJNY, ZANIM ZBUDUJĄ ONI JESZCZE WIĘCEJ POŁĄCZEŃ TRANSPORTOWYCH, ODBIERAJĄC NAM HANDEL, OZNACZAĆ TO BĘDZIE, ŻE JESTEŚMY NAIWNI I POPEŁNILIŚMY GŁUPI BŁĄD"
 
PREMIER WIELKIEJ BRYTANII - ARTHUR BALFOUR
(1907 r.)



PS: Temat ten wydaje mi się na czasie, jako że teraz niedawno amerykańskie Archiwum Narodowe odtajniło i udostępniło zasoby  kartotek członków niemieckiej NSDAP - czyli partii nazistowskiej. Znajduje się tam ponad 16 milionów zdigitalizowanych dokumentów, a to pokazuje skalę współpracy (a w zasadzie trudno tu mówić o współpracy, Niemcy bowiem utożsamiali się z Hitlerem - jako swym wodzem i dopiero w końcowej fazie wojny, gdzieś tak od roku 1942 a szczególnie 1943 zaczęli postrzegać te wydarzenia jako idące w złym kierunku) Niemców z reżimem nazistowskim - o czym zresztą wielokrotnie pisałem. Współczesne Niemcy realnie budowane były przez byłych nazistów i ludzi którzy jawnie (a często euforycznie) wysługiwali się temu reżimowi. W samym Ministerstwie Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec pracowało więcej nazistów niż w czasach III Rzeszy - a to tylko jedna instytucja publiczna nowych "demokratycznych" Niemiec. 

Te dokumenty otwierają też ponownie kwestię niemieckiej winy za II Wojnę Światową (i popełnianych w trakcie wojny zbrodni) z której Niemcy nie rozliczyli się do dziś dnia - szczególnie wobec nas, Polaków. Uważam że temat reparacji musi wrócić i wróci wcześniej czy później do publicznej debaty, gdyż nie można budować wzajemnego zaufania na kłamstwie, podłości i zatajonych zbrodni, z których nie ma się zamiaru rozliczyć.



Stosunki między Francją a Wielką Brytanią były tradycyjnie od dekad jak najgorsze, a konflikt w Faszodzie (1898 r.) i wojna Brytyjczyków z Burami (1899-1902) jeszcze bardziej rozpaliły wzajemną niechęć Paryża i Londynu. Jednak konflikt zbrojny pomiędzy tymi oboma państwami realnie nie leżał w interesie żadnego z nich, jako że na politycznym firmamencie pojawił się kolejny, znacznie groźniejszy przeciwnik - zjednoczone Niemcy. Francja została przezeń upokorzona utratą Alzacji i Lotaryngii (1871 r.), oraz nakazem spłaty ogromnej kontrybucji wojennej, natomiast Wielka Brytania była w ciągłym zatargu z Niemcami od chwili uruchomienia przez nich ambitnego programu rozbudowy floty wojennej, wspieranego przez admirała Alfreda von Tirpitza (który twierdził że niemiecka flota powinna być tak potężna, aby jej zniszczenie spowodowało ogromne straty w siłach nieprzyjaciela i przez to stało się nieopłacalne), który to ostrzegał przed planami wstrzymania zbrojeń, strasząc "skopenhagowaniem" okrętów niemieckich (chodziło tutaj o brytyjski atak na duńską flotę wojenną w Kopenhadze w 1807 r. i jej zniszczenie - Dania była wówczas sojusznikiem napoleońskiej Francji). Plany rozbudowy niemieckiej potęgi morskiej zostały przyjęte przez Reichstag w 1898 r. i potem nowelizowane w kolejnych latach (1900, 1906, 1908, 1912), całkowicie zmieniając charakter niemieckiej floty z przybrzeżnej na oceaniczną - a to już bezpośrednio godziło w bezpieczeństwo Wielkiej Brytanii, która to od lat stała na stanowisku, że dla utrzymania brytyjskiego panowania nad morzami, flota brytyjska musi być większa niż dwie kolejne największe floty globu razem wzięte. Zresztą od czasów Trafalgaru (1805 r.) żadne państwo nie ośmieliło się rzucić Wielkiej Brytanii wyzwania i zagrozić jej bezpieczeństwu, przez co Anglicy czuli się bezpieczni na swej Wyspie (o której mawiano że nie jest częścią Europy, a jedynie z nią sąsiaduje), ochraniani przez siłę Royal Navy. Jednak na początku XX wieku cała ta dotychczasowa koncepcja bezpieczeństwa uległa rozkładowi, a ponieważ armia niemiecka była uważana za najlepszą w Europie (gdy niechęć w stosunku do Brytyjczyków wciąż wzrastała w Europie po ich inwazji na małe afrykanerskie państewka: Transwal i Oranię - sekretarz stanu do spraw kolonii Joseph Chamberlain, wygłosił w Edynburgu 25 października 1901 r. mowę piętnującą obłudę takich państw jak Francja, Niemcy czy Rosja, mówiąc że: "Ci, którzy piętnują politykę angielską wobec Burów, powinni sami pamiętać, co wyrabiali w Polsce, na Kaukazie, w Tonkinie, w Algierze czy w czasie wojny niemiecko-francuskiej". Na te słowa odpowiedział mu kanclerz Niemiec Bernhard von Bülow, który stwierdził w Reichstagu że: "Kiedy pewien minister musi koniecznie bronić swej polityki, zrobiłby lepiej, aby pozostawił w spokoju armię niemiecką. W odpowiedzi możemy się tylko powołać na słowa Fryderyka II, który powiedział, że ten, kto usiłuje obniżyć reputację armii pruskiej, ten gryzie granit"). A teraz Niemcy zamierzali również rzucić wyzwanie Brytyjczykom na morzach, a na to Londyn w żaden sposób nie mógł sobie pozwolić, jeśli chciał utrzymać nie tylko swoje kolonie, ale i bezpieczeństwo własnej Wyspy.
 

 "BIĆ SIĘ NIE CHCEMY, ALE (...) 
GDY BĘDZIE TRZEBA, 
MAMY OKRĘTY, MAMY LUDZI 
I STARCZY NAM TEŻ CHLEBA"

JOHN HUNT


Nic więc dziwnego, że działające od 1895 r. Towarzystwo Entente Cordiale (na rzecz zbliżenia brytyjsko-francuskiego), któremu przewodził książę Walii, a od 22 stycznia 1901 r. król Wielkiej Brytanii - Edward VII, pracowało nieprzerwanie, pomimo czasowych konfliktów na linii Paryż-Londyn. Edward VII bardzo lubił Francję (miał z tego kraju przyjemne wspomnienia, również te erotyczne) i choć w polityce takich drobnych sympatii nie należałoby za bardzo przeceniać, to jednak nie pozostają one bez całkowitego wpływu na podejmowane potem decyzje. Sympatie i antypatie są bowiem bardzo silnym bodźcem, często decydującym o ścieżce życiowej danego człowieka. Okres "Splendid Isloation", czyli polityki zapoczątkowanej przez George Canninga w 1827 r. i trwającej nieprzerwanie do czasów Roberta Gascoyne-Cecila, markiza Salisbury, dobiegł ostatecznie końca w 1902 r. Teraz Wielka Brytania musiała już się opowiedzieć po której stronie powinna stanąć - czy bloku "germańskiego" (Niemcy, Austro-Węgry i Włochy) czy też francusko-rosyjskiego. Z Niemcami był pewien problem, ponieważ jakiekolwiek próby nawiązania rozmów na temat ewentualnego sojuszu były od razu torpedowane (słynne "Wielkie Nie" Holstaina), ponieważ Niemcy obawiali się, że gdyby do takiego sojuszu doszło, to zostaliby zmuszeni do ograniczenia rozbudowy własnej floty wojennej, a poza tym uważali że animozje i wzajemne sprzeczności pomiędzy Londynem i Paryżem są tak wielkie, że te państwa nigdy nie będą w stanie się porozumieć, ani tym bardziej zawiązać jakiegokolwiek antyniemieckiego sojuszu. Pomylili się jednak, gdyż w obliczu rodzącego się wspólnego zagrożenia (a takim zagrożeniem dla obu tych państw były zjednoczone i potężne Niemcy), nawet najwięksi wrogowie są w stanie skutecznie się pojednać. Polityka zmierzająca do wzajemnego zbliżenia, prowadzona przez takich ludzi jak właśnie Edward VII, czy francuski minister spraw zagranicznych - Theophile Delcasse, wybitnie przyczyniła się do zakończenia wzajemnych brytyjsko-francuskich niesnasek i zmiany polityki obu tych państw.


WIZYTA KRÓLA EDWARDA VII W PARYŻU
(1903)



Pierwszym poważnym krokiem podjętym ku wzajemnemu pojednaniu, była wizyta króla Edwarda VII we Francji (1 maja 1903 r. przybył on do Paryża). Król od samego początku chciał nadać tej wizycie najbardziej oficjalny charakter, licząc na to, że szerokie nagłośnienie tej wizyty może jedynie przysłużyć się wzajemnemu pojednaniu i dać nauczkę Niemcom że nie wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się niemożliwe, jest tym w rzeczywistości. Niestety, początkowo doszło do kilku nieprzyjemnych incydentów, gdy na trasie królewskiego powozu zgromadzony tłum Francuzów zaczął skandować: "Niech żyją Burowie!", "Niech żyje Rosja!" (Wielka Brytania w 1902 r. zawarła sojusz z Japonią wymierzony w ekspansywną politykę rosyjską na Dalekim Wschodzie). Król jednak udawał że nie słyszy tych głosów i cały czas się uśmiechał oraz kłaniał na prawo i lewo. Wieczorem, gdy monarcha - w towarzystwie prezydenta Republiki Emila Loubeta - udał się do teatru, tam również podniosły się nieprzyjazne, antybrytyjskie głosy i gdy Loubet zaczął przepraszać króla za ten nietakt, ten odrzekł: "Nic nie szkodzi, ja nic nie słyszę". Zaś po zakończeniu widowiska wyszedł ze swej loży na spacer po kuluarach teatru, podszedł do aktorki - Joanny Granier, ucałował jej dłoń i rzekł: "Mademoiselle, była pani niezwykła, tak jak wtedy, gdy podziwiałem panią w Londynie". W ciągu kilku kolejnych dni król pokazywał się publicznie na wyścigach konnych i w operze, wszędzie wyrażając się pochlebnie o Francji i Francuzach oraz udając że nie słyszy haseł wymierzonych w jego kraj. Podczas oficjalnego obiadu - wydanego przez prezydenta Loubeta - Edward VII wzniósł toast, mówiąc: "Znam Paryż od dzieciństwa. Wielbię piękno tego miasta, jedynego na świecie. Wielbię umysłowość jego mieszkańców". Takimi właśnie gestami szybko spowodował zmianę nastawienia francuskiej opinii publicznej i gdy wyjeżdżał z Paryża, wołano już doń "Niech żyje król!". Było to pierwsze, choć niezwykle solidne skruszenie lodu, dzielącego dotąd oba te narody. W lipcu 1903 r. zaś z rewizytą przybył do Londynu prezydent Emil Loubet.
 
 
 JOHN BULL I MARIANNA IDĄ RAZEM, 
WBREW KAJZEROWI WILHELMOWI



8 kwietnia 1904 r. zostało zawarte pomiędzy Wielką Brytanią a Francją "Serdeczne Porozumienie", które jednak w rzeczywistości nie miało ani charakteru politycznego, ani wojskowego. Tworzyły go bowiem trzy konwencje. W pierwszej Francja zrzekała się niektórych przywilejów związanych z połowem ryb w Nowej Fundlandii, otrzymując w zamian nowe nabytki terytorialne w Senegalu i Nigerii. W drugiej ustanowiono wspólny francusko-brytyjski zarząd nad Nowymi Hybrydami, oraz rozdzielono strefy wpływów obu państw w Syjamie. W trzeciej zaś (i najważniejszej) konwencji, Francja ostatecznie uznawała brytyjskie wpływy w Egipcie, zaś Wielka Brytania francuskie wpływy w Maroku. Do tego układu dołączone były również tajne klauzule (ujawnione w 1911 r.), które przewidywały zmianę statusu politycznego (aż do utworzenia protektoratów) zarówno Egiptu jak i Maroka. Układ ten nie był więc bezpośrednio skierowany przeciwko jakiemukolwiek innemu państwu, ale jednocześnie tworzył formalny sojusz brytyjsko-francuski, który mógł zmienić się w sojusz polityczny i militarny w wypadku np. niemieckiej agresji na którekolwiek z tych dwóch państw. Szybko jednak ta obopólna umowa została wystawiona na szwank, gdy 6 lutego 1904 r. Japonia (wspierana przez Wielką Brytanię) zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją (sojuszniczką Francji), a 8 lutego flota wojenna Cesarstwa Japonii zaatakowała w Porcie Artur w Mandżurii tamtejszą rosyjską Flotę Pacyfiku. 27 marca Port Artur został skutecznie zablokowany, zaś 25 lutego, 9 marca, 27 marca i 5 maja Japończycy dokonali desantów pod Liaotang i w Korei, bardzo szybko zmuszając Rosjan do odwrotu z Mandżurii. Wychowani w oparciu o samurajski kodeks busido, nacierali żołnierze japońscy na wroga z prawdziwą pogardą dla śmierci (w tym samym 1904 r. baron Suyematsu w liście do lorda Newtona, tak opisywał japońską armię: "Ta część wychowania wojskowego, którą nazywamy kształceniem ducha, do której przywiązujemy największą wagę i która w swojej istocie jest nauczaniem o wysokiej wartości etycznej, wpaja mężczyznom wzniosłe uczucia moralne, zwłaszcza w tym, co dotyczy patriotyzmu i prawości"). Jakież było więc zdziwienie, gdy ta pogardzana Japonia (uważana w Europie wręcz za "trzeci świat"), rozgromiła armię rosyjską w Mandżurii i zniszczyła rosyjską Flotę Pacyfiku oraz wysłaną jako wsparcie Flotę Bałtycką (27-28 maja 1905 r. w bitwie pod Cuszimą. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w październiku 1904 r. gdy rosyjska Flota Bałtycka płynęła przez Morze Północne, przez przypadek ostrzelała brytyjskie trawlery, co omalże nie doprowadziło do wybuchu wojny brytyjsko-rosyjskiej). Tam właśnie "Złote Chryzantemy" udowodniły ostatecznie że Rosja jest jedynie kolosem na glinianych nogach (nie pomogły też modły, odprawiane przez admirała Zinowija Rożestwienskiego na jego okręcie flagowym w czasie bitwy pod Cuszimą).




Należy też dodać, że jeszcze w 1904 r. do Tokio udał się z propozycją sojuszu (polegającego na wywołaniu antyrosyjskiego powstania w Kongresówce) - Józef Piłsudski w towarzystwie Tytusa Filipowicza (inna sprawa czy takie powstanie miałoby wówczas w ogóle szanse powodzenia). Niewiele tam jednak zyskali i w zasadzie na deklaracjach bez pokrycia się skończyło (aby storpedować owe porozumienie, intensywnie wówczas działał, obecny również w Japonii - Roman Dmowski), jednak otworzyło to drogę do porozumienia na przyszłość, gdy kontakty polsko-japońskie od lat 20-tych XX wieku były bardzo intensywne, zaś japońscy oficerowie szkolili się z techniki dekryptażu i technik wywiadowczych właśnie w Polsce (Japonia była też jedynym państwem Bloku Osi, przeciwko któremu polscy żołnierze odmówili walki - co prawda z Włochami również oficjalnie nie walczyliśmy, ale np. podczas obrony Tobruku w Libii, trudno było rozróżnić czy atakują Niemcy czy Włosi - gdy więc w 1941 r. Amerykanie i Brytyjczycy chcieli skierować - w ramach sojuszniczego wsparcia - kilka polskich okrętów na Pacyfik. Padło wówczas z ust polskich marynarzy jasne i zdecydowane: "Z Japończykami nie walczymy!" Zrezygnowano więc z planu posłania tam polskich okrętów). W czasie II Wojny Światowej Japończycy zaopiekowali się też polskimi dziećmi, które przeszły przez piekło sowieckich sierocińców i ostatecznie trafiły do Japonii. Po wojnie zaś dochodziło nawet i do mieszanych małżeństw polsko-japońskich, a jeden z chłopców urodzony z takiego związku, wypowiedział takie oto słowa: "Nie lubię Ruskich, bo zabrali nam Lwów i Kuryle". Na temat współpracy Polaków z Japończykami mógłbym się rozpisywać dość długo, ale jednak nie tego dotyczy temat, tak więc wracam do głównego wątku.




 
CO PRAWDA PAN Z TEGO KANAŁU NIE JEST JAPOŃCZYKIEM (I ZAPEWNE OBRAZIŁBY SIĘ GDYBYM GO TAK NAZWAŁ, A SZCZEGÓLNIE GDYBYM NAZWAŁ GO CHIŃCZYKIEM) TYLKO KOREAŃCZYKIEM (CHOCIAŻ WYDAJE SIĘ ŻE JUŻ DAWNO JEST POLAKIEM), ALE PROWADZI BARDZO FAJNY KANAŁ NA YOUTUBE KTÓRY CZASEM INSPIRUJE MNIE DO KULINARNYCH "ARCYDZIEŁ"
(Chociaż osobiście gotuję bardzo rzadko, raczej od święta)



"O TY CZŁENIU" 😉



Wojna z Japonią odsłoniła nieudolność dowództwa i administracji rosyjskiej, a klęska poniesiona w tej wojnie była jeszcze większa niż ta, z czasów wojny krymskiej (1853-1856). Autorytet samodzierżawia legł w gruzach, a potęgujące się administracyjne nonsensy (jak na przykład walka rządu z ambulansami szpitalnymi, tylko dlatego że wyekwipowały je i wysłały na front lokalne ziemstwa) były szczególnie uciążliwe, zaś minister spraw wewnętrznych - Wiaczesław Plehve w samym tylko 1904 r. pod byle pretekstem kazał aresztować ponad 60 000 "przestępców politycznych", kierując ich albo do więzień, albo też na Syberię. Plehve zginął w lipcu 1904 r. w zamachu bombowym w Petersburgu, a jego następca - książę Piotr Światopełk-Mirski (notabene o polskich korzeniach, który zapewne był jednym z członków tzw.: "prometejskiej konspiracji", do której to należało tak wielu różniących się ideowo ludzi - których jedynym celem stało się rozbicie Rosji i wyzwolenie uciemiężonych przez nią narodów) wcale nie był lepszy. Dochodziło do wielu tak bzdurnych zarządzeń administracyjnych, które jawnie wręcz nawoływały do wybuchu społecznego niezadowolenia, a nawet do jakiejś powszechnej rewolucji społeczno-politycznej. Światopełk-Mirski wcale jednak nie dążył do ich rozładowania, a wręcz przeciwnie - działał tak, jakby z premedytacją chciał by owa rewolucja wybuchła i by pokryła Rosję w politycznej anarchii i bezładzie. Ciekawe co też ten arystokrata (który zezwolił by litewskie i białoruskie teksty ponownie pisano alfabetem polskim, a nie cyrylicą czy grażdanką) miał na celu? W każdym razie aby opisać powstanie Trójporozumienia (Francja - Rosja - Wielka Brytania), należy na moment przyjrzeć się wydarzeniom, które miały miejsce w Rosji w latach 1905-1907. Doszło bowiem wówczas do rewolucji, która za cel postawiła sobie ostateczne osłabienie caratu, a nawet doprowadzenie do jego upadku, co skutkowałoby rozbiciem Imperium Rosyjskiego i wyzwoleniem wielu ujarzmionych w tym "więzieniu ludów" narodów. Jakie jednak były jej konsekwencje i kto skorzystał na owej Rewolucji 1905 r. - o tym opowiem już w kolejnej części Walkirii... 
 
  
PIOTR ŚWIATOPEŁK-MIRSKI




CDN.

21 marca 2026

SUŁTANAT KOBIET - Cz. VIII

HAREMY (WYBRANYCH) WŁADCÓW 
Z DYNASTII OSMANÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY 
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ 
MEHMEDA II ZDOBYWCY
Cz. IV


MURAD II




PIERWSZE PANOWANIE
(1444 - 1446)
Cz. III



 Pierwsze lata jakie upłynęły młodemu Mehmedowi Celebiemu (synowi sułtana Murada II i bohaterowi tej części serii "Sułtanatu kobiet") w Amasyi, nie należały do łatwych dla jego nauczycieli i wychowawców, a wręcz przeciwnie - przyprawiały ich o ból głowy. Mehmed był krnąbrnym i nieposłusznym dzieckiem, nie chciał się uczyć, nie chciał czytać i spędzać czas na zgłębianiu tajemnic Koranu, wolał się bawić i łobuzować w otoczeniu swej mamy Stelli i opiekunki Daje. A to powodowało, że w wieku lat dziesięciu bardzo słabo czytał, nie znał też Koranu, niewiele również interesowały go sprawy związane z zarządem prowincji Amasyi (którą głównie zajmował się były niewolnik sułtana Murada II - Chyzyr pasza). Sułtan co jakiś czas zmieniał synowi nauczycieli, ale niewiele to pomagało, chłopiec był bowiem niezwykle oporny jeśli chodzi o przyswajanie wiedzy. Nauczyć go nie potrafił poczciwy Chyzyr Celebi i musiał ustąpić miejsca innym, którzy mieli jeszcze mniej doświadczenia od niego i również tracili swe nauczycielskie stanowiska. Mehmed był łobuziarskim chłopcem i uspokajał się głównie w otoczeniu swej mamy, a szczególnie swej piastunki Daje. Sułtana oczywiście bardzo niepokoił brak postępów w wykształceniu swego syna, ale Murad to nie Mehmeda widział w roli swego następcy. Za takiego bowiem uważany był przez ojca Alaeddin Ali Celebi (od 1437 r namiestnik prowincji Manisy), młodzieniec 7 lat starszy od Mehmeda. Ali bardzo ładnie grał na instrumentach muzycznych i ojciec lubił spędzać z nim czas wolny (zabierał go też na wyprawy wojenne, aby zaznajamiać go z trudną sztuką panowania i dowodzenia armią), oczywiście jeśli w tym czasie nie przebywał w haremie, lub też w pałacu swej chrześcijańskiej małżonki -Mary). Dlatego też łobuziarskie zachowanie drugiego syna i jego niechęć do nauki Koranu, traktował Murad z przymrużeniem oka (choć oczywiście martwił się brakiem postępów w jego nauce, o czym świadczy fakt że zmienił mu w czasie jego pobytu w Amasyi - czyli do roku 1443 - aż czterech nauczycieli, żaden z nich nie potrafił jednak poskromić buntowniczego charakteru chłopca), jako że Mehmed i tak nie miał zostać sułtanem.

A tymczasem po nieudanej wyprawie wojennej przeciwko Węgrom w roku 1438 (o czym pisałem w poprzedniej części), sułtan postanowił ukarać tych, których uznał za winnych porażki, poprzez nieadekwatne wsparcie udzielone jego armii. Było dwóch winnych których sułtan postanowił ukarać, jednym z nich był hospodar wołoski Wlad Diabeł (Wlad Dracula - jego przydomek wziął się stąd, że postępował on niezwykle okrutnie wobec wszystkich swoich wrogów, nie tylko tych osobistych, ale również tych, którzy mieli nieszczęście stać się jego jeńcami. Najczęściej nabijał ich na pal, delektując się przy tym ich cierpieniem i konaniem. Lubił też w tym czasie spożywać posiłek, przez co potem narodziła się legenda, jakoby pijał krew swoich ofiar, a stąd bardzo szybko stał się symbolem znanego nam po dziś dzień wampira, hrabiego Drakuli). Ten przybył na wezwanie sułtana do Adrianopola i został wtrącony do lochu. Drugim winnym miał być ojciec Mary - despota Serbii Jerzy Branković (syn Vuka Brańkowicia zwanego "Wilkiem", przez co Jerzego nazywano "Synem wilka"). Mara miała jednak wyjątkową pozycję jaką ofiarował jej sułtan, nie tylko mogła pozostać przy swojej chrześcijańskiej wierze, ale również nie weszła do haremu Murada, natomiast pozostała w swoim własnym pałacu - który ofiarował i opłacał jej małżonek. To właśnie ona listownie ostrzegła swego ojca, aby w żadnym razie nie przyjeżdżał do Adrianopola, gdyż tu zostanie uwięziony. I tak też się stało, Jerzy Brańkowić pozostał w Smederewie. Sułtan jednak nie zamierzał puścić mu tego płazem, i już wiosną roku następnego (1439) wyruszył przeciwko despotatowi i stanął pod miastem-twierdzą Smederewem (dawną Semendrią). Trzy miesiące trwała bohaterska obrona twierdzy, którą dowodził syn Jerzego Brańkowicia, brat Mary i zięć sułtana Murada II - Grzegorz, mając do pomocy sławnego wodza Tomasza Kantakuzena. Despota - Jerzy Brańkowić starał się w tym czasie zorganizować odsiecz dla oblężonego przez Turków miasta, a tym samym pozyskać jakieś zewnętrzne wsparcie. Nikt jednak w Europie nie zamierzał przyjść na pomoc osamotnionej Serbii (nawet najbardziej zagrożone ponownym tureckim atakiem Węgry).




Europa miała w tym czasie zupełnie inne problemy, związane z kwestią Unii, jaka miała wreszcie (po prawie 400 latach - do oficjalnego zerwania doszło w 1054 r.) zasypać podziały pomiędzy Kościołem rzymskim a konstantynopolitańskim (czyli zachodnim i wschodnim). Rozmowy na temat zawarcia unii Kościołów zaczęły się w roku 1433 (choć temat był dużo starszy i często powracał w oficjalnych deklaracjach jednej i drugiej strony). Rozmowy toczyły się raz w Rzymie, raz w Bazylei a raz w Konstantynopolu i ostatecznie stanowisko papiestwa było takie, że wszelka pomoc z Zachodu dla rozpadającego się Cesarstwa Bizantyjskiego (w zasadzie były to już skrawki, niewielkie obszary wokół samego Konstantynopola i Selembrii - gdzie władał cesarz Jan VIII z dynastii Paleologów, oraz Peloponez, czyli despotat Morei - którą to zarządzało trzech braci Jana: 1) Teodor - znakomity matematyk, który miał w swoim życiu okres porzucenia tego wszystkiego i wstąpienia do klasztoru i to pomimo tego, że był już żonaty z włoską księżniczką Cleope Malatestą, która dla niego zmieniła wyznanie, czym mocno rozwścieczyła papieża Marcina V. Ostatecznie postanowił Teodor pozostać u władzy despotatu Morei - pewnie po to, aby zrobić na złość swemu młodszemu bratu... 2) Konstantynowi - który miał chrapkę na rządy na Peloponezie i przez to często wszczynał konflikty się ze swym bratem. 3) Najmłodszym z braci którzy władali Moreą był Tomasz), możliwa będzie dopiero wówczas, jeśli dojdzie do Unii Kościołów i Konstantynopol podporządkowuje się Rzymowi. Władcy rozpadającego się (niegdyś potężnego) Cesarstwa Wschodniego nie mieli wyjścia, i musieli zgodzić się na wszystkie narzucone im warunki, gdyż dookoła otaczali ich Turcy Osmańscy sułtana Murada II. W sprawie Unii (ale również w sprawie zniszczenia husytyzmu - jako herezji, doprowadzenia do powszechnej zgody chrześcijańskich władców w Europie, oraz reformy Kościoła) nowy papież Eugeniusz IV zwołał sobór powszechny do Bazylei (grudzień 1431 r.). W kolejnych latach trwały podchody i przepychanki pomiędzy papieżem a przedstawicielami wysłanymi na sobór z różnych krajów. Ostatecznie (w międzyczasie w 1434 r papież został wypędzony z Rzymu i Lacjum po rewolcie ludowej i mógł powrócić do Wiecznego Miasta dopiero po 9 latach) Eugeniusz IV (we wrześniu 1437 r.) rozwiązał sobór w Bazylei i przyniósł go do Ferrary (styczeń 1438 r.) a następnie do Florencji (styczeń 1439 r.). Właśnie wówczas (24 listopada 1437 r.) cesarz Jan VIII Paleolog opuścił Konstantynopol i udał się na sobór w Ferrarze (chociaż większość kardynałów pozostała w Bazylei, a nawet wytoczono tam papieżowi proces i oficjalnie odwołano z pontyfikatu - ale nie wchodźmy teraz w te szczegóły).




Jan VIII jechał teraz na Zachód z lepszymi nadziejami, niż czynił to jego ojciec Manuel II, który również odbył taką podróż po Europie w latach 1399-1402  (miała ona doprowadzić do zorganizowania pomocy dla zalewanego morzem islamu Cesarstwa Bizantyjskiego, a realnie niczego nie osiągnęła, może poza pięknymi słówkami, owacyjnymi powitaniami i hucznymi ucztami, wydawanymi na cześć Manuela). Po zmianie lokalizacji obrad soboru z Ferrary na Florencję, ostatecznie - po długich dysputach - udało się doprowadzić do zawarcia Unii Kościołów (6 lipca 1439 r.). Tekst dokumentu sporządzony został zarówno po łacinie jak i po grecku, papież uzyskał prymat (choć nie było to oficjalnie zanotowane w tekście dokumentu), Grecy mogli nadal odprawiać swoje obrządki, ale wszystkie kwestie sporne miały zostać rozstrzygnięte na korzyść Rzymu. Jan VIII sądził że po tej deklaracji (i tak naprawdę ustępstwach z jego strony na rzecz podporządkowania się Rzymowi), uzyska wreszcie wyczekiwane wsparcie rycerstwa Zachodu przeciwko Turkom Osmańskim. W czasie podpisywania Unii Kościołów, wojska Murada II wciąż oblegały Smederewo, które - nie uzyskasz żadnego wsparcia - musiało ostatecznie skapitulować (18 sierpnia 1439 r.). Tysiące mieszkańców tego miasta poszło do tureckiej niewoli, w tym dwaj synowie despoty Brańkowicia (i bracia Mary) Grzegorz oraz Stefan. Szli oni teraz w pochodzie triumfalnym sułtana Murada II, a sułtańska małżonka musiała się temu przyglądać z oddali. Murad wprowadził również ograniczenia w jej prywatnym życiu. Nie mogła więc odtąd opuszczać nie tylko swego pałacu, ale nawet wyjść do pałacowego ogrodu bez jego wiedzy, a już kategorycznie nie miała prawa spotkać się ze swymi braćmi - którzy przebywali w sułtańskiej niewoli. A tymczasem obudzili się Węgrzy. Nowy król Węgier (wybrany po śmierci sędziwego Zygmunta Luksemburskiego, który zmarł w grudniu 1437 r. - o czym pisałem w poprzedniej części) Albert Habsburg, postanowił odbić Serbię z rąk Turków (której namiestnikiem sułtan wyznaczył Ishak bega), lecz jego kampania była żałosnym zbiegiem pomyłek i niekompetencji.  Ostatecznie - niczego nie osiągnąwszy - Węgrzy wycofali się z Serbii, a w drodze powrotnej król Albert zmarł na krwawą biegunkę (27 października 1439 r.). Despota Jerzy Brańkowić utrzymał się jedynie w południowej Serbii w rejonie miejscowości Novo Brdo (gdzie były kopalnie złota, zarządzane przez obywateli bogatej kupieckiej Raguzy na wybrzeżu Adriatyckim, natomiast jako górnicy pracowali tam głównie Niemcy, szczególnie Sasi).




Zachęcony tym sukcesem sułtan Murad postanowił ponownie uderzyć, tym razem przeciwko Węgrom - którzy tak nieudolnie, ale jednak próbowali przyjść z pomocą despocie Serbii Jerzemu Brankoviciowi (który w tym czasie - wraz ze swym młodszym synem Łazarzem - schronił się na Węgrzech i wspierał królową wdowę Elżbietę Luksemburską w planach wniesienia na tron jej dopiero co narodzonego syna Władysława {zwanego - ze względu na narodziny po śmierci ojca, czyli króla Alberta - "Pogrobowcem"}). W kwietniu 1440 r. sułtan Murad wraz ze swą armią stanął pod wielką twierdzą - Belgradem, leżącą nad Dunajem i będącą realnie "bramą do Węgier". Jej upadek oznaczałby realne zagrożenie niepodległości Węgier, a z całą pewnością cykliczne najazdy tureckich wojowników konnych, którzy pustoszyliby południowe i środkowe Węgry praktycznie bezkarnie, biorąc liczny jasyr i powodując ogromne zniszczenia - niczym Tatarzy krymscy. W tym czasie trwał jednak podchody o to, kto zostanie królem Węgier. Większość wielkich magnatów węgierskich i niemiecka szlachta wspierała Habsburgów i Luksemburgów (czyli Elżbietę i Władysława Pogrobowca), natomiast będąca w ogromnej większości drobna szlachta węgierska, przy wsparciu wielkiego magnata Jana Hunyadiego - opowiedziała się za kandydatem polskim do Korony Świętego Stefana. Owym kandydatem był 16-letni król Polski - Władysław III Jagiellończyk. Węgry w tym czasie potrzebowały wodza, potrzebowały mężczyznę na króla, nie chłopca i niemowlę, a już na pewno nie kobietę. Ale skoro nie było lepszych kandydatów, postanowili zdecydować się na chłopca, i wybrano na króla Władysława III. 21 maja 1440 r Władysław III (na czele sił węgierskich i polskich) wjechał do Budy, a 17 czerwca został koronowany na króla Węgier. 29 czerwca Sejm węgierski obalił niemowlę - Władysława V Pogrobowca i oficjalnie uznał Władysława (zwanego przez Węgrów Ulaszlo) za nowego króla (królowa wdowa Elżbieta utrzymała się jedynie na północy i zachodzie kraju, głównie zaś przebywała pod opieką Czecha Jiskry z Brandysa, który skutecznie odciął Władysławowi III kontakt z jego polskim Królestwem).




A tymczasem sułtan Murad osobiście dowodził oblężeniem Belgradu i w towarzystwie swego wodza Ali bega (brata Ishak bega - zarządcy Serbii) otoczył miasto wałem umocnień z których miotano na potężne mury belgradzkiej twierdzy głazy, kamienie i kule z katapult i armat, licząc na jej szybkie zdobycie. W tym samym czasie tureckie zagony konne zapuszczały się na Węgry i Siedmiogród, pustosząc te tereny aż po rzekę Cisę. Belgrad był jednak potężną twierdzą i pomimo faktu że na Dunaju w tym czasie pływało ponad 100 tureckich okrętów (które również od strony rzeki blokowały miasto), nie udało się Turkom zdobyć tej twierdzy i we wrześniu 1440 r. (po pięciomiesięcznym oblężeniu) sułtan Murad musiał zarządzić odwrót i powrócić do Adrianopola. Tymczasem król Władysław III (I Ulaszlo - jak oficjalnie tytułują go Węgrzy, czyli Władysław I) zaczął urządzać się w Budzie. Odebrał majętności wszystkim stronnikom Elżbiety i Władysława Pogrobowca, a przede wszystkim odebrał pałac despocie Serbii Jerzemu Brankoviciowi (który pierwotnie snuł nawet plany wyniesienia swego syna Łazarza do tytuł króla Węgier, ale nie uzyskał poparcia i wsparł Elżbietę). Musiał on opuścić Węgry i uczynił to w otoczeniu jedynie setki najbliższych stronników którzy mu zostali, oraz w towarzystwie swojej żony Ireny i syna Łazarza. Udał się teraz do Raguzy - tam szukają szczęścia na odzyskanie swego serbskiego despotatu. Tymczasem w Koronie trwały przygotowania do udzielenia pomocy Węgrom w celu zażegnania kolejnego tureckiego ataku na te ziemie. Oczywiście nie wszystko rycerstwo ziemi polskiej było chętne tej wyprawie, im dalej od granicy węgierskiej, tym mniejsza chęć na udanie się w tamte rejony, dlatego też jedynie szlachta ziemi małopolskiej uchwaliła na sejmiku nowy podatek z którego zwolnieni mieli być tylko ci, którzy osobiście wyruszą na wojnę węgierską - takich jednak w Małopolsce mimo wszystko nie brakowało (natomiast Wielkopolska i Kujawy, o Litwie nie wspominając, miała na to wszystko - mówiąc kolokwialnie "wywalone").




Ale i na Litwie zaszły w tym czasie duże zmiany. Jeszcze przed opuszczeniem Polski, Władysław III dostał wiadomość o zamordowaniu na zamku w Trokach dotychczasowego wielkiego księcia litewskiego Zygmunta Kiejstutowicza (rodzonego brata Witolda i kuzyna Władysława Jagiełły). Był on wielkim księciem od 1432 r. ale o ile Świdrygiełło (rodzony brat Jagiełły - wcześniejszy wielki książę - był warchołem i pijakiem, o tyle Zygmunt realnie był jeszcze  okrutnikiem, a Władysław Jagiełło nie miał o nim dobrego zdania {okrutnie mordował wszystkich którzy przeciwko niemu występowali, nawet jeśli była to tylko opozycja polityczna}). Kombinował (podobnie jak Świdrygiełło) aby tylko zerwać Unię z Polską i w tym celu szukał wsparcia, a to u cesarza w Wiedniu, a to u Krzyżaków a to znów u Tatarów, los jednak zmuszał go do ponownego podporządkowania się Unii (łącznie, w czasie swoich ośmiu lat rządów zawarł aż pięć nowych Unii z Polską, co pokazuje częstotliwość ich zrywania, ostatnia zawarta w roku 1439). Jego okrutne rządy, nietolerowanie jakiejkolwiek opozycji, a także próby jawne próby zerwania Unii doprowadziły do tego, że przeciwko niemu utworzył się spisek lokalnych możnowładców litewskich (wsparcie dla Unii wśród Litwinów było duże, o czym informował Krzyżaków jeden z posłów, wysłanych do Malborka przez Zygmunta). Ostatecznie 20 marca 1440 r. dwaj bracia Iwan i Aleksander Czartoryscy na zamku w Trokach zabili wielkiego księcia Zygmunta Kiejstutowicza. Nowym wielkim księciem pragnął teraz ogłosić się syn Zygmunta - Michał, ale jego kandydatura nie spotkała się z poparciem możnych litewskich. Inni postulowali powrót Świdrygiełły (6 czerwca Czartoryscy zawarli z nim układ), który na wieść o śmierci Zygmunta opuścił Wołoszczyznę (gdzie przebywał po swoim wygnaniu w 1432 r.) i już w przygranicznym Tłumaczu złożył przysięgę wierności królowi polskiemu. Biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki i panowie małopolscy widzieli zaś Litwę jako część Korony, deklarując że tak właśnie miało być w pierwotnym układzie zawartym w Krewie w 1385 r. i do tego chcieli powrócić. Tutaj jednak szybko zadziałała królowa matka Zofia Holszańska (Sonka), która namówiła swego najmłodszego syna 13-letniego Kazimierza, aby udał się na Litwę. Tak więc w maju 1440 r. (zaledwie miesiąc po pożegnaniu w Czorsztynie starszego syna Władysława, który udawał się po koronę Węgier) Sonka żegnała drugiego syna. Kazimierz zdobył poparcie głównie krewniaków swej matki czyli rody Holszańskich i Druckich a także potężnego magnata Jana Gasztołda. Kazimierz pierwotnie przybył na Litwę jako namiestnik swego królewskiego brata Władysława, ale 29 czerwca 1440 r. został on wyniesiony w Wilnie na wielkiego księcia Litwy i stał się realnie niezależnym władcą (choć oficjalnie podległym królowi Polski i Węgier).




Po udanej obronie Belgradu, Węgrzy przez kolejne dwa lata głównie skupiali się na konflikcie wewnętrznym pomiędzy królem Władysławem a Elżbietą i jej synem. Trwały tam niewielkie walki podjazdowe, ogólnie rzecz biorąc starano się poskromić konkurenta, ale ani jednej ani drugiej stronie się to nie udawało (chociaż stroną dominującą była ta wspierająca Władysława III, który zasiadał w stołecznej Budzie). Tymczasem w Koronie sprawami państwa realnie kierował biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki, zaś królowa Sonka (po "obdarowaniu" swych synów tronami trzech państw) realnie wycofała się z życia politycznego i udała do swoich dóbr oprawnych. Biskup Oleśnicki powrócił z Węgier do kraju już w sierpniu 1440 r. Tutaj zastała go wiadomość o przyznaniu mu przez papieża Eugeniusza IV kapelusza kardynalskiego. Oleśnicki w sporze papieża z soborem (i wybranym tam antypapieżem) zajmował stanowisko neutralne, ale teraz postanowił stanąć po stronie soboru i odrzucił ofiarowane mu przez papieża stanowisko kardynała (jako pierwszemu Polakowi notabene). Wkrótce potem przyjął to samo stanowisko z rąk antypapieża Feliksa V. A tymczasem po nowym 1441 roku wybuchła w Adrianopolu afera związana z faktem, że dwaj jeńcy sułtana (a bracia sułtanki Mary) Grzegorz i Stefan potajemnie kontaktowali się ze swym ojcem Jerzym Brankoviciem. Sułtan wpadł w złość i nakazał obu braci oślepić, ale wówczas o łaskę dla braci poprosiła Mara. Co z tego wyszło i na ile jej się to udało, opowiem w kolejnej części.




CDN.

 

20 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XLII

I IMPERIUM ATLANTYDY





HISTORIA WYSPY




Od czasu gdy Atlantyda została zasiedlona przez ludzkich kolonistów (pochodzących z różnych planet), ok. 900 000 lat temu, tworzących trzy główne ludy (dwie czerwono-żółte rasy: Praturańczycy - pochodzący z planety TURAN, Prasemici z planety SEMNA, oraz czerwonoskóra rasa Rmoahalów z planety Rmoah), podzielono pomiędzy nich całą wyspę. I tak cały środek i południowy-wschód kontynentu - zajęli Praturańczycy, którzy zbudowali ogromne miasto portowe (i stolicę Atlantydy) - CERNE. Prasemici zasiedlili północ wyspy, zaś Rmoahalowie pozostały pas zachodniego wybrzeża, ciągnący się od północy ku południowi. Pomiędzy tymi ludami dochodziło do częstych walk o dominację nad wyspą. Z tych zmagań początkowo zwycięsko wyszli Praturańczycy, którzy po długich i męczących walkach z Prasemitami i Rmoahalami, narzucili im swą luźną zwierzchność. Jednak ok. 200 000 lat temu, Ziemię nawiedził potężny kataklizm, który spowodował pęknięcie wyspy i jej podział na dwie duże części - RUTĘ i DATJĘ. Potężną stolicę Praturańczyków - Cerne, pochłonęły wówczas wody oceanu, a sam ten lud utracił swą dominującą pozycję na wyspie. Doszło wówczas do pierwszej inwazji z zewnątrz, gdy zjednoczony lud Akadyjczyków (potomkowie dawnych Bakaratinian z rasy Żółtej), przepłynęli kanał oddzielający Atlantydę od Lemurii (Cesarstwo MU) i wylądowali na ziemiach zamieszkiwanych dotąd przez Prasemitów. 

Rozpoczęła się długa "Wojna Osiedleńcza", która zakończyła się podbiciem Prasemitów (a następnie resztek Praturańczyków i Rmoahalów), oraz narzuceniem wyspom tworzącym Atlantydę (na ponad 100 000 lat), akadyjskiego panowania. Ok . 100 000 lat temu, zwierzchność tę zrzucili Rmoahalowie, którzy stali się odtąd nowymi panami Ruty i Datji. Rmoahalowie wprowadzili okrutne rządy o charakterze wojskowym. Zamienili w niewolników wszystkie dotychczasowe ludy i rasy zamieszkujące Atlantydę (w tym również przybyłych Akadyjczyków). Władcy tego ludu mieli nieograniczoną władzę nad mieniem i życiem swych poddanych. Był to krwawy reżim wojskowy, który trwał (ok. 20 000 lat) do czasu Wielkiego Potopu z 80 000 r. p.n.e. Ta katastrofa, jeszcze bardziej zmieniła oblicze wyspy. Datja rozpadła się na dwie mniejsze wyspy - ARYAN i OG, lecz Ruta ostała się w całości, co pozwoliło Rmoahalom odbudować swoje państwo. Ok. 70 000 lat temu Atlantyda stała się miejscem inwazji czerwonoskórych Aremonian z MU, tworzących dwa główne plemiona - Tlawatlów i Tolteków. Rozpoczęła się kolejna wojna o zdobycie Atlantydy, która zakończy się całkowitym zwycięstwem Aremonian, co powoduje że teraz Rmoahalowie staną się niewolnikami nowych panów. Ci z Rmoahalów, którym udało się uciec z wyspy, osiedlili się na innych kontynentach na wschód i północ od Atlantydy. Niektórzy z nich skrzyżowali się z Aremonianami (dawnymi Czarnymi kolonistami z Bakaratini), dając początek niektórym dzisiejszym rasom afrykańskim. Wraz ze zdobyciem władzy przez Tlawatlów i Tolteków - narodziło się I IMPERIUM ATLANTYDY.

Tlawatlowie i Toltekowie stworzyli wspólną kulturę. Tlawatlowie osiedlili się na terenach górskich i na niektórych mniejszych wyspach, zaś Toltekowie (których było znacznie więcej) zajęli pozostałą część kontynentu atlantydzkiego. Przez pierwsze 20 000 lat Atlantyda pozostawała kolonią Imperium MU, lecz ta zależność była wręcz symboliczna, a Atlantyda stała się w pełni suwerennym Imperium, jedynie poprzez wzgląd na dawne pokrewieństwo i szacunek do Wyspy-Matki MU, uznającą jej zwierzchnictwo w formie czysto symbolicznej. Tak więc od ok. 70 000 r. p.n.e. rozpoczyna się tzw.: "Złoty Okres Królestwa Atlantydy". Założono też wówczas nową, majestatyczną stolicę, którą nazwano ATLANTYDĄ (dała ona nazwę całej wyspie Poseidii).

Należy też wyraźnie rozgraniczyć I i II Imperium Atlantydy. Chociażby dlatego, że pierwsze Imperium stworzyli aremoniańscy koloniści z MU (czerwonoskórzy Toltekowie i Tlawatlowie), zaś II Imperium założą maloniańscy rozbitkowie (biała, niezwykle agresywna rasa Malonian, spokrewniona - oczywiście na zasadzie wspólnej ojczyzny pochodzenia a nie więzów krwi - z Nibiruanami z EDENU i ABZU - Anu, Enkim, Enlilem, Mardukiem, Ninurtą, Adamem, Lilith, Ewą, Kainem i Ablem). Ok. 50 000 lat temu podbili oni Atlantydę, zmuszając czerwonoskórych Tolteków do ucieczki na kontynent amerykański (gdzie zaczęła się ich druga historia - wraz z założeniem Teotihuacan - na terenach dzisiejszego Meksyku, rozpoczynając okres tzw.: "akceptowalnej przez naukę historii antycznej"). Biali koloniści z Malony nie czuli żadnych związków z dawną wyspą MU, dlatego też bardzo szybko zerwali z nią wszelkie więzy, a nawet rozpoczęli wojny, które zakończą się klęską Aremonian i zatopieniem kontynentu MU (ok. 25 000 lat temu). Władcy II Imperium Atlantydy - będą nosili tytuł "Synów Beliala" - ale... na razie nie wybiegajmy nadmiernie w przyszłość.



RZĄD I SPOŁECZEŃSTWO 


 ATLANTYDA - STOLICA POSEIDII
(Wizja artysty)



Nim przejdę do omówienia stosunków społeczno-politycznych, panujących w I Imperium Atlantydy (stworzonym przez czerwonoskórych najeźdźców z MU), należy też kilka słów powiedzieć o ustrojach ras i ludów żyjących na Atlantydzie, przed przybyciem Tolteków i Tlawatlów z MU. Tak więc pierwszym ludem, który zbudował tutaj większą cywilizację - był lud czerwono-żółtej rasy Praturańczyków. Zbudowali oni potężną stolicę (i największe miasto portowe północy) - CERNE. Prowadziło ono wytężoną współpracę handlową z innymi wielkimi ówczesnymi ośrodkami politycznymi (głównie z goreańskimi miastami- państwami, leżącymi na terenach obecnej Antarktydy - AR i TURIĄ). Praturańczycy narzucili też swą władzę innym ówczesnym ludom na Atlantydzie - Prasemitom i Rmoahalom. Jak jednak wyglądały ich rządy i czym się charakteryzowały? Wprowadzono tam ustrój, który można z całą pewnością porównać do znanego nam komunizmu. Państwem rządziła Rada, która stała na czele jedynej organizacji istniejącej w tym społeczeństwie, której podlegało wszystko i wszyscy dookoła. Państwo (rozumiane jako Rada=Partia) stawało się jedyną wyrocznią dla obywateli. Rodzice nie byli opiekunami swych dzieci. Zaraz po urodzeniu należało oddać dziecko na wychowanie państwu ("Partii"). Dzieci nie były informowane kim byli ich rodzice - jedynym rodzicem pozostawało dla nich Państwo i stojąca na jego czele Rada. Zakazano wyznawania jakichkolwiek kultów, jakiejkolwiek religii, a tych, którzy tego nie przestrzegali - czekały srogie kary i szykany społeczne.

Małżeństwa były koligacone przez państwo (partyjnie), a tych którzy ośmielali się łamać te procedury, skazywano na publiczną banicję (co w konsekwencji oznaczało wyrok śmierci, gdyż jedynym dostarczycielem dóbr wszelakich było państwo. Zajmowało się ono również podziałem żywności wśród obywateli - publiczne codzienne rozdawnictwo niewielkich porcji, pozwalających jedynie na przeżycie. Wrócimy do tego stanu rzeczy, jeśli pozwolimy sobie odebrać gotówkę i wprowadzić jedynie pieniądz cyfrowy - wówczas staniemy się totalnymi niewolnikami państwa oraz elit, które ten system narzucają. Przykład społeczeństwa Praturańczyków pokazuje jeszcze jeden ciekawy aspekt, a mianowicie to, że historia co jakiś czas się powtarza. Zresztą czas to jest elipsa i co jakiś czas zawraca - ale... nie pora teraz na takie rozważania, w każdym razie można jedynie dodać, że jeśli ludzie żyliby kilkadziesiąt, czy nawet choćby kilka tysięcy lat, to... umarli by z nudów, bo wszystko wciąż się powtarza). Tych, których Rada uznała za "wrogów ludu" - nie karmiono, skazywano ich więc na śmierć głodową, lub dostosowanie się do praw i zwyczajów państwa i "partii" rządzącej. Panowała powszechna podejrzliwość i donosicielstwo, gdyż za takie "zasługi" można było otrzymać od Państwa "upominki" w postaci zwiększonych dziennych racji żywnościowych, lub innych przydatnych dóbr, które nie były możliwe do zdobycia inną drogą, niż poprzez państwowe rozdawnictwo. Człowiek stał się wrogiem drugiego człowieka. Czekano na sposobność by udowodnić swą przydatność dla społeczeństwa i donieść Radzie o zasłyszanych najmniejszych przejawach krytyki wobec niej. Taki ustrój był nie do zniesienia dla większości społeczeństwa, która wreszcie podjęła otwartą walkę z Radą i ok. 200 000 lat temu pokonała ją, jednocześnie zmieniając ustrój ("Oni" zawsze przegrywają, we wszystkich okresach historii, ale jednocześnie co jakiś czas próbują ponownie z kontrolą i podporządkowaniem ludzkości, a poza tym straty jakie wyrządzają są niestety równie wielkie dla społeczeństw Matki Gai - na której wszyscy żyjemy). Odtąd na czele państwa miały stać osoby bezpośrednio wybierane przez lud, a małżeństwo i rodzina odzyskały swoje miejsce w społeczeństwie. Niestety, zmiany jakie zapoczątkowała ta rebelia, nie trwały długo. Wkrótce nadeszła wielka katastrofa (ok. 200 000 lat temu), która zniszczyła miasto-stolicę Cerne i zdziesiątkowała samych Praturańczyków. 

Prasemici nigdy nie stworzyli jednego organizmu politycznego. Byli podzieleni na szereg mniejszych plemion, wzajemnie się zwalczających i niszczących, na których czele stali wodzowie plemienni. Podobne do nich społeczeństwo stworzyli czerwonoskórzy Rmoahalowie, którzy już potrafili narzucić innym swoją władzę. Wreszcie (ok. 100 000 lat temu) ich ustrój z plemiennego, przerodził się w bezwzględną dyktaturę lokalnych władców, którzy teraz stali się bezwzględnymi królami i panami życia i śmierci swych poddanych. Był to niezwykle wojowniczy i agresywny ustrój - król był bogiem na ziemi dla swych poddanych, jego słowo było prawem dla wszystkich. Najmniejsza krytyka jego posunięć oznaczała natychmiastową śmierć (i to często śmierć w męczarniach). Panowaniu Rmoahalów nad wyspą kres położyła zarówno katastrofa z ok. 80 000 r. p.n.e., jak i najazd Aremonian z MU (ok. 70 000 lat temu). Ci drudzy, po krwawej wojnie zdobywczej opanowali całą Atlantydę i zamienili niedawnych panów wyspy w nowych niewolników. Stworzyli też nowy ustrój społeczno-polityczny, który był połączeniem lenna państwowego i politycznej niezależności.

Na czele państwa stał więc Cesarz (lecz był to Cesarz z MU). Natomiast bezpośrednio samą wyspą w jego imieniu władał król Atlantydy (z rasy Tolteków). Cesarz (rezydujący w stolicy MU - Savanasie) był (przynajmniej w formie symbolicznej) właścicielem wszystkiego na wyspie. W jego imieniu władzę nad całą Atlantydą sprawował król (który był realnie całkowicie niezależny od cesarza z MU). Jego władza była dziedziczna (jedynym przejawem zależności był wymóg zatwierdzenia każdego kolejnego władcy przez Imperatora z Savanasy). Król rezydował w majestatycznej stolicy Imperium - w ATLANTYDZIE. Kraj podzielony był na prowincje, którymi zarządzali albo wicekrólowie, albo też rady współobywateli (każda prowincja miała swoje odrębne prawa "stanowe"). Władza króla Atlantydy (podobnie jak cesarza z MU) była niewielka i ograniczała się głownie do roli symbolicznej. Realną władzę mieli natomiast wicekrólowie i rady prowincji. Wicekról jednak był mianowany przez króla i to przed nim odpowiadał za to, czego dokonał podczas swych rządów nad prowincją. Rady prowincji były zaś wybierane przez lokalnych obywateli w wyborach bezpośrednich, lecz je również musiał zatwierdzić król. Zarówno wicekrólowie jak i rady prowincji, musiały zadbać o wszystkie kluczowe sprawy lokalnej społeczności (np: pełne magazyny zboża i wszelakiej żywności na wypadek nieurodzaju lub klęsk naturalnych, rozwój nowych osiedli miejskich i wiejskich, a także bezpieczeństwo współobywateli). 


PAŁAC KRÓLEWSKI 
W PIERWSZEJ STREFIE (DZIELNICY)
MIASTA ATLANTYDY
(Wizja artysty)



Każdy obywatel danej prowincji był chroniony przez prawo. Środki budżetowe danej prowincji musiały być na tyle duże, by wystarczały na zapewnienie współobywatelom (w tym starcom, chorym i niedołężnym) godziwego życia, dlatego też, jeśli wicekról lub rada prowincji nie radziły sobie z tym zadaniem, sprawą zajmował się osobiście król, dymisjonując wszystkich i przeznaczając środki z budżetu państwowego do czasu wybrania (lub mianowania) nowych władz prowincji. Król miał prawo także ukarać (nawet śmiercią), krnąbrnych, opieszałych, leniwych i... nazbyt ambitnych wicekrólów lub członków rady. Część środków zgromadzonych przez wicekrólów i rady, przeznaczana była dla monarchy, który z tych środków musiał finansować armię, pocztę, urzędników i budowę nowych dróg (te cztery elementy finansował król, resztę zaś władcy danych prowincji). Król, musiał również (ze środków które do niego spływały z prowincji) wydzielić część, którą wysyłał do Savanasy, do Cesarza z MU (jako symbol jego szacunku wobec Wyspy-Matki). Każdy obywatel Atlantydy po ukończeniu odpowiedniego wieku, był zwalniany z wszelkich opłat, oraz przyznawana mu była dożywotnia "renta", zapewniająca utrzymanie na starość (środki na to pochodziły oczywiście z budżetu prowincji, co świadczy że musiały one być bogate - nie na darmo więc mówi się o tym okresie "Złote Czasy" lub "Złoty Wiek Atlantydy"). 




Na wyspie panowało niewolnictwo. Niewolnikami były poprzednio zamieszkujące Atlantydę rasy Praturańczyków, Prasemitów, Rmoahalów i Akadyjczyków (czyli głównie czerwonoskóre, lub czerwono-żółte rasy, jedynie rasa Akadyjczyków - pochodziła od Żółtych z planety Bakaratini). Mimo to, niewolnicy też byli chronieni przez prawo. Nie wolno było obywatelowi niewolnika zabić. Jeśli był z niego niezadowolony, mógł odsprzedać go państwu. Państwo zaś wykorzystywało niewolników do prac rolnych, budowlanych oraz jako służbę pałacową. Obywatel więc mógł karać swego niewolnika, ale tylko w taki sposób, by nie spowodować jego zgonu. Często też król brał w opiekę pewną grupę niewolników, obdarzając ich wolnością i nadając prawa polityczne obywateli Imperium. Na wyspie żyły więc wówczas (I Imperium) obok siebie trzy główne rasy ludzkie: dominująca i rządząca rasa Czerwona (tzw.: indiańska), również rządząca (choć nieliczna) Czarna rasa (tzw: "murzyńska" - wywodząca się z mieszkańców MU, pochodzących od dawnych kolonistów z Bakaratini, którym zostały nadane prawa obywateli Imperium MU), oraz niewolnicze rasy: Żółta (Akadyjczyków pochodzących od dawnych mieszkańców z planety Bakaratini - zbliżona swym wyglądem do dzisiejszych Azjatów), Czerwona rasa Rmoahalów oraz żółto-czerwone rasy Praturańczyków i Prasemitów. Nie było wówczas natomiast na wyspie rasy Białej. Zmieni się to wraz z najazdem Białych (aryjskich) agresorów z Malony, którzy przybędą na Atlantydę i zmienią oblicze całej wyspy (ok. 50 000 lat temu). Tymczasem (nim dokona się ów podbój i Biali zmienią owe panujące dotąd stosunki społeczno-polityczne), kilka słów należy również powiedzieć o prawach kobiet w I Imperium Atlantydy.

Kobiety w czasach istnienia I Imperium Atlantydy - były traktowane na równi z mężczyznami. Często jednak to one przeważały i dominowały w niektórych "zawodach" (jak choćby stan kapłański na Atlantydzie, gdzie kobiety stanowiły jakieś 70 % wszystkich kapłanów - ale o tym później). Co ciekawe, w społeczeństwie I Imperium Atlantydy istniało zarówno wielożeństwo jak i wielomęstwo, co oznacza że dany mężczyzna mógł mieć po kilka żon jednocześnie, a każda z nich też mogła mieć wielu innych mężów. Ciekawe jest to, iż poligamia była popularna głownie wśród warstw niższych społeczeństwa Atlantydy, gdy natomiast ród królewski jak i arystokracja dworska preferowały monogamię. Pomimo istnienia poligamii nie istniały haremy, gdyż małżonkowie byli wobec siebie równi pod każdym względem. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nie mieli pretensji o inne żony czy mężów, gdyż miłość do jednego mężczyzny czy jednej kobiety łączyła je (ich), aniżeli dzieliła. Kobiety wykonywały (prawie) te same zajęcia i role co mężczyźni, w tym - służyły w armii i policjach prowincjonalnych (policję finansowały prowincje, a nie rząd centralny). Po inwazji Malonian wszystko na Atlantydzie zostanie zmienione. Odtąd kobiety nie będą mogły nie tylko służyć w armii, lecz również pełnić funkcji kapłańskich - zresztą, wyznania też ulegną zmianie.



RELIGIA I WIARA
I IMPERIUM ATLANTYDY


 SALA "BIAŁEGO KAMIENIA" - 
I IMPERIUM ATLANTYDY
(Wizja artysty)



Tak jak już wcześniej wspomniałem, kobiety przeważały wśród kasty kapłańskiej I Imperium Atlantydy, ale nie dodałem że to one również (najczęściej, choć nie zawsze) pełniły funkcje "Strażniczek Białego Kamienia", będącego symbolem siły i potęgi Słońca. Biały Kamień był zewsząd otoczony barwnymi krzewami i kwiatami (sam również nimi porastał). Dookoła niego znajdował się sztuczny staw, lub basen, gdzie kapłanki codziennie dokonywały swych ablucji. Jednak Biały Kamień nie był czczony jako bóg - był symbolem boskiej mocy, witalności i potęgi stwarzania - "Życiodajnej Siły Słońca". Świątynie Słońca (w którym był zgromadzony ów symbol - czyli Biały Kamień) były budowane we wszystkich miastach i wsiach Imperium Atlantydy. Były one monumentalne. Częściowo przypominały greckie świątynie o strzelistych kolumnadach z olbrzymimi salami wewnętrznymi (gromadzącymi wiernych) i wielkim ołtarzem Słońca (wykonanym ze złota). Ołtarz Słońca mieścił się w sali sąsiadującej z "Salą Białego Kamienia". O ile "Sala Słońca" - była odpowiednikiem narodzin i życia, jego siły i potęgi, o tyle "Sala Białego Kamienia" - wyrażała potrzebę harmonii i spokoju, oraz zjednoczenia się duszy z Wyższą Jaźnią (pomimo "kultu Słońca" powszechna była wiara w reinkarnację dusz). Pierwszą salą opiekowali się kapłani (choć to kapłanki strzegły umieszczonego tam "wiecznego Ognia"), zaś Białym Kamieniem zajmowały się wyłącznie (lub przede wszystkim) kapłanki.

Świątynie były naprawdę monumentalne i znacznie przewyższały wszystko, co dotąd znamy z architektury starożytnych Greków. Miały wspaniałe, strzeliste wieże, których szczyty ginęły w chmurach, olbrzymie sale i krużganki (mogące pomieścić nawet i kilkadziesiąt tysięcy ludzi), oraz niesamowite kopulaste dachy. Świątynie były jednocześnie domami wszystkich zajmujących się nimi kapłanów. Każda świątynia posiadała też wieżę, która pełniła funkcję obserwatorium astrologicznego i... komunikacji międzygalaktycznej). Były w tych świątyniach ogromne fontanny i baseny (były baseny z zimną, ciepłą i gorącą wodą), gdzie dokonywano codziennych ablucji przed przystąpieniem do modłów lub pieśni (woda była codziennie zmieniana dzięki uniwersalnej sieci wodociągowej). Sale tonęły wręcz w kwiatach. Zieleń zresztą - prócz błękitu wód basenów i fontann - sąsiadowała ze złotem okalającym całą świątynię, tworząc nieziemski widok (szczególnie gdy pierwsze promienie słońca, wpadały przez otwierany codziennie rano otwór w dachu świątyni). Były też i inne sale (o innych kolorach), które sąsiadowały z tymi dwiema głównymi - lecz i tamte też zatopione były w zieleni najróżnorodniejszych drzew i kwiatów (to umiłowanie natury czerwonoskórzy Atlanci przenieśli ze swej pierwszej ojczyzny - MU). W niektórych salach dawała się wyczuć woń kadzideł, inne (o specjalnym brzmieniu akustycznym) przeznaczano na pomieszczenia dla chóru kapłanek i kapłanów śpiewających pieśni. W salach bardzo dużo było też ogromnych posągów i pomników, przedstawiających dawnych królów, kapłanów lub bohaterów (choć to był już znacznie późniejszy zwyczaj, w pierwotnych świątyniach Atlantydy - z czasów najazdu Aremonian - nie wznoszono pomników ani posągów, uważając to za bałwochwalstwo). 




Nowo narodzone niemowlęta ich rodzice przyprowadzali do świątyni, by odbyły tam rodzaj inicjacji, podobny do dzisiejszego chrztu. Takie niemowlę kapłanka (lub kapłan) brała na ręce, a następnie wchodziła z nim do basenu. Potem puszczała je do wody i przez jakiś czas pozwalała pływać. Następnie znów brała go na ręce i odprowadzała w kierunku rodziców. Ów obrzęd symbolizował nie tylko zbliżenie się do natury, lecz także pokazywał, że nic nie jest stałe na tym świecie. Zawsze coś się kończy i coś zaczyna. Tym samym życie nie stanowi końca świadomości, lecz jest jedynie jego niewielką częścią. Religia Atlantów opierała się na wierze w długi cykl samodoskonalenia, który zostanie zakończony, gdy dusza stanie się subtelną światłością i powróci do swej pierwotnej formy, wtapiając się w Źródło Przedwieczne. Śmierć nie stanowiła więc powodu do żalu. Wiedziano że daną osobę należy odpowiednio pożegnać, lecz nie wylewano łez - zdając sobie sprawę że i tak nie wrócą one tej osobie życia, a świadomość reinkarnacji pozwalała nawet radować się z zakończenia przez zmarłego - pewnego etapu na jego drodze samodoskonalenia i zjednoczenia z "Przedwiecznym Źródłem".


SALA SŁOŃCA - Z PŁONĄCYM WIECZNYM OGNIEM
(Wizja artysty) 




NA ZAKOŃCZENIE CIEKAWY SKECZ Z ATLANTYDĄ W TLE 😉



CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...