WYŚWIETLENIA

10 marca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XVII



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XVII






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. V



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. IV



SAMUEL, SAUL i WOJNA O ARKĘ PRZYMIERZA
(1050 - 1042 r. p.n.e.)


Przyszły sędzia Samuel miał się urodzić w rodzinie niejakiego Elkany (Alkanesa) z plemienia Efraima z miasta Ramataim. Miał on dwie żony - Annę i Fenannę, a Samuel był dzieckiem tej pierwszej kobiety, która ponoć miała być bezpłodna, ale modląc się gorliwie w przybytku świątynnym boga Jahwe w Szilo, zaszła wreszcie w ciążę i urodziła synka. Rodzice poświęcili Samuela Bogu, a on sam w młodym wieku złożył śluby nazireatu (czyli wstąpił do sekty religijnej nazirejczyków, którzy m.in. ślubowali nie strzyc sobie włosów) podobnie jak wcześniej uczynił tak sędzia Samson. Samuel trafił pod opiekę kapłana Helego i uczył się w Szilo posługi kapłańskiej, ale z biegiem lat jego działalność zaczęła nabierać cech coraz bardziej profetycznych a on sam zaczął jawić się nie jako kapłan, a prorok ("nawi" lub też "ro'e" - czyli "widzący"). Prorocy byli wyjątkowo niebezpieczną grupą ludzi, gdyż jawnie mogli krytykować przywódców plemiennych, jako że przez ich usta miał przemawiać sam Jahwe. Samuel powrócił do Ramataim gdzie zaczął pełnić funkcję proroka (zwano ich też "dziećmi Izraela") a za swoją działalność pobierał wynagrodzenie i dopiero gdy jego sława wyszła poza mury rodzinnego miasta, a on sam zdobył szacunek poprzez swoje przepowiednie, zaczął otwarcie namawiać Izraelitów do wytępienia plemienia Amalekitów z Południa - spokrewnionych z Edomitami. Samuel jednak - pomimo jego rosnącej pozycji w religijno-politycznej hierarchii ludu Izraela - nie mógł zająć miejsca kapłana Helego, gdyż kapłaństwo dziedziczono w ramach jednej rodziny, wywodzącej się od Aarona (brata Mojżesza) i jego dwóch synów Eleazara i Itamara. Heli zaś był pierwszym kapłanem wywodzącym się z młodszej linii kapłańskiej (z rodu Itamara), a stało się tak, gdy ród Eleazara już wymarł (po nim kapłaństwo sprawował jego syn Finees, następnie Abiezer, potem Bokki i Ozis - ostatni z rodu Eleazara). Wtedy to właśnie na plemię Izraela spadła dotkliwa klęska, która doprowadziła do śmierci kapłana Helego oraz do potwierdzenia dominacji, jaką w Kanaanie posiadali Filistyni.

Oto bowiem (czy to pod wpływem kapłana Helego, czy też zjednoczeniowych apeli Samuela) większość plemion Izraela (ponoć nawet wszystkie dwanaście, co wydaje się mocno naciągane i nieprawdziwe) zjednoczyło się we wspólnej walce z dominacją filistyńsko-danicką (plemię Dan-Danuna - Dnynw) pod przewodnictwem miast Ekron i Aszdod. Doszło do wojny, której wynikiem była bitwa pod Afek (Eben-Ezer), miejscowości leżącej na północ od Ramataim - (rodzinnego miasta proroka Samuela) ok. 1050 r. p.n.e. która zakończyła się całkowitą klęską i pogromem plemion Izraela (w poprzedniej części napisałem że była to bitwa pod Mizpą, co wydaje się błędne, jako że prawdopodobnie pod Mizpą odbyła się kolejna bitwa, a pomyłka wzięła się stąd, że miasto Eben-Ezer jest różnie identyfikowane w Starym Testamencie: raz w okolicach Afek [1 Sm. 4] a raz w okolicy Mizpy w obrębie plemienia Beniamina [1 Sm. 7,12]). Klęska ta spowodowała zajęcie przez Filistynów Szilo, zburzenie tamtejszej świątyni i narzucenie Izraelowi wysokiej daniny. W Szilo zaś w ręce Filistynów (a raczej Danitów, gdyż przybytek ów trafił pierwotnie do miasta Ekron - które prawdopodobnie przewodziło wówczas antyhebrajskiej koalicji) wpadła święta dla Izraelitów Arka Przymierza (do dziś nie wiadomo czym była Arka Przymierza. Uważa się jednak, że była to jakaś silnie napromieniowana skrzynia, będąca w istocie bronią pochodzącą prawdopodobnie z czasów przedhistorycznych, czyli z okresu "Wojen Bogów" - w tym Wojen Piramidowych, które to opiszę w temacie Historii Wszechświata. W każdym razie nie ulega wątpliwości że ci, którzy zanadto zbliżyli się do Arki, umierali w męczarniach, jakby trafieni zostali "gniewem Boga"). Arka Przymierza umieszczona została w świątyni Baal-Zebuba w Ekronie, a następnie została przeniesiona (gdy okazało się jak bardzo jest niebezpieczna) do świątyni Dagona w Aszdod. Zniszczenie zaś Szilo doprowadziło nie tylko do śmierci kapłana Helego (który pod wrażeniem owej klęski miał umrzeć z rozpaczy po stracie syna, który poległ w tej bitwie), ale do rozpadu pierwszej dużej federacji plemion Izraela, co najmniej od czasu sędzi Debory (czyli ok. 1120 r. p.n.e.), choć akurat to nie jest właściwym porównaniem, gdyż wówczas wiele hebrajskich plemion wyłamało się z owej federacji. Klęska zaś Izraelitów pod Afek doprowadziła do realnego podporządkowania całego plemienia Beniamina Filistynom z Aszdod, a ci wznieśli sobie w Gibea cytadelę, będącą symbolem ich panowania nad całą Doliną Cedronu idącą do Morza Martwego (tam też mieściła się Jerozolima, czyli wówczas Jebuz - miasto Jebuzytów).


WYDAJE MI SIĘ ŻE DOSYĆ DOKŁADNA MAPA TERENÓW BIBLIJNYCH Z CZASÓW OD MOJŻESZA DO SAULA
(Inne podobne dokładne mapy ziem Izraela i Judy, aż do czasów Chrystusa - postaram się również tutaj prezentować)



Okupacja Filistynów jednak nie miała trwać długo, bowiem ciemiężeni podatkami Hebrajczycy zebrać się mieli w Mizpie na wspólnych modłach do Jahwe, jakie odprawiał tam Samuel. Mocno zaniepokoiło to Filistynów, którzy uznali że w Mizpie szykują się Izraelici do buntu i zrzucenia filistyńskiej zależności. Postanowili więc uderzyć, a ponieważ Izraelici zdążyli się przygotować na atak, bitwa zakończyła się klęską Filistynów (w Starym Testamencie jest zapisane, że to Jahwe sprowadził na nich klęskę, doprowadzając do trzęsienia ziemi i gromów bijących z nieba w nieprzyjaciół "Narodu Wybranego". Przekazy te jednak są jedynie wymyślną próbą ubóstwienia sukcesu, jaki wówczas odnieśli Żydzi - ok. 1045 r. p.n.e. co doprowadziło do chwilowego zrzucenia filistyńskiej kontroli oraz odzyskania części osad, m.in. Bet-Szemesz). Po tym zwycięstwie Samuel wybrany został na nowego sędziego Izraela, a i wówczas zapewne odzyskano Arkę Przymierza (mieli ją zwrócić sami Filistyni, jako że w Aszdod [a potem w kilku innych miastach] wybuchła zaraza, która zbierała śmiertelne żniwo i połączono jej pojawienie się ze ściągnięciem do Aszdod Arki Przymierza - ponoć kto zbyt blisko zbliżył się do owej Arki, zapadał na dziwną chorobę i wkrótce potem umierał). Zwrócono więc Arkę Izraelitom, a ci umieścili ją właśnie w zdobytym Bet-Szemesz (oczywiście ofiary Arki Przymierza były również i po stronie Izraelitów, ale niepomiernie mniejsze, jako że kapłani od dawna wiedzieli jak należy zachowywać się w pobliżu Arki i że nie wolno się do niej zbyt blisko zbliżać, a już na pewno nie wolno jej dotykać). Mimo tych sukcesów, Hebrajczycy nie byli zadowoleni. Wciąż bowiem byli rozdrobnieni na szereg mniejszych i większych plemion i pomimo niewiele znaczącego sukcesu pod Mizpą, ciągle ekonomicznie, kulturowo i politycznie uzależnieni byli od filistyńskiego Pentapolis i ludów z nim sprzymierzonych.

Zaczęto więc szukać wyjścia z tej sytuacji i ostatecznie (pod wpływem sędziego Samuela) postanowiono (choć początkowo niechętnie - szczególnie wśród starszyzny - jako że oznaczało to utratę dotychczasowej rodowej kontroli nad plemionami) wybrać sobie wspólnego króla, który zjednoczy rozbite plemiona i poprowadzi je do wspólnej walki o wolność z Filistynami, Danitami, Amalekitami czy Edomitami. Ponieważ synowie Samuela okazali się niegodni pozycji ojca jako sędziego i proroka, wybór Samuela padł na młodego mężczyznę, pochodzącego z plemienia Beniamina (szczególnie doświadczonego przez Filistynów), który wsławił się w ostatniej bitwie pod Mizpą i miał charyzmę przywódcy. Był to niejaki Saul, syn Kiszy, którego Samuel wybrał na króla Izraela (choć późniejsza relacja biblijna twierdziła, że Samuel sprzeciwiał się wyborowi Saula, gdyż, jak twierdził: "Jedynym królem Izraela jest Jahwe", ale przekaz ten został spisany w latach, gdy znaczenie władzy królewskiej w Palestynie mocno podupadło, a królowie okazywali się często ludźmi nie przestrzegającymi prawa Mojżeszowego, co musiało doprowadzić do pewnych negatywnych ku nim reakcji zarówno kapłanów jak i ludu. Dlatego taki lapsus znalazł się też w Starym Testamencie, ale według mnie jest mało możliwe aby Samuel sam nie wybrał i nie namaścił Saula na króla, tym bardziej że jako prorok i "widzący" zdecydowanie dążył do konfrontacji z zależnymi od Filistynów Amalekitami). Samuel namaścił Saula nieopodal filistyńskiej twierdzy Gibea (która nie została zdobyta po zwycięstwie Izraelitów pod Mizpą), co też jest zarówno wymowne, jak i... dość dziwne, a nawet niezrozumiałe (przynajmniej dla mnie). Można bowiem uznać, że namaszczenie olejem Saula pod twierdzą Gibea było jawną deklaracją polityczną, rzuconą Filistynom - jako wrogom Izraela, ale... późniejsze zachowania Saula temu zdecydowanie przeczą, co powoduje pewne komplikacje, a szczególnie brak odpowiedzi na pytanie: po co to było czynione (jako akt polityczny, demonstracja wojenna, czy próba aktywizacji starszyzny plemiennej wokół nowego władcy?).




Przyznam się szczerze - nie rozumiem tego, bo Saul po namaszczeniu na pierwszego króla Izraela (ok. 1040 r. p.n.e. - być może był to 1042 r. p.n.e. - choć jego realna władza sprowadzała się jedynie do samego plemienia Beniamina - inne bowiem z pozostałych 11 plemion Izraela nie uznały jego władzy) jako swą siedzibę obrał sobie właśnie miasto... Gibea, kontrolowane przez Filistynów. Można więc uznać że jego bojowy, anty-filistyński przekaz był jedynie na pokaz i tak naprawdę potrzebował on opieki lub wsparcia Filistynów, którzy - pomimo mało znaczącego wydarzenia, jakim była ich klęska pod Mizpą - wciąż dominowali w całym Kanaanie. Wydaje się jakoby Saul ciągle był zależny od władców filistyńskiego Pentapolis (być może - bo nie ma tu żadnej pewności - od serenów z Ekronu - gdzie było najbliżej do Gibea, lub z Aszdod), tym bardziej że jego walki z Filistynami (o jakich wiemy z Biblii) nie miały charakteru ekspansywnego, a były jedynie pewnymi lokalnymi niesnaskami, które - pomimo kilku sukcesów Saula - ostatecznie skończyły się jego całkowitą klęską pod Gilboa (ok. 1006 r. p.n.e.), co też pokazuje że Hebrajczycy nie potrafili dokonać ekspansji na filistyńskie ziemie, nawet zjednoczeni w formie monarchii i dopiero po zniszczeniu Filistei przez faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e. mogli zająć filistyńskie tereny. Zresztą, jak możliwe było zrzucenie zależności, gdy Filistyni kontrolowali nawet dostarczanie Izraelitom broni i narzędzi gospodarczych, o czym mówi choćby Księga Samuela: "W całej ziemi izraelskiej nie można było znaleźć kowala, gdyż Filistyńczycy uważali, że Hebrajczycy mogliby sobie sporządzić miecze lub oszczepy. Więc cały Izrael chodził do Filistyńczyków, jeśli chcieli sobie naostrzyć swój lemiesz czy motykę, czy siekierę, czy oścień. Gdyż naprawa wyszczerbionych ostrzy lemieszów i motyk, i trójzębnych wideł, i siekier i nasadzanie ościeni na drągi u nich tylko było możliwe. Toteż czasu wojny nie było ani miecza, ani oszczepu w ręku całego zastępu, który był z Saulem i Jonatanem. Tylko Saul i Jonatan, jego syn, mieli je". Filistyni wprowadzili więc całkowity monopol nawet na lemiesze, motyki, widły, siekiery i drągi, ale przecież nie tylko, wydaje się bowiem że również produkty innego rodzaju dostarczane były do Kanaanu przez Filisteę, a Filistyni całkowicie kontrolowali przepływ tych towarów i mogli je wstrzymać jeśli tylko tego chcieli. Z tej perspektywy już bardziej jasnym jest fakt, dlaczego Saul pozostał w roli żydowskiego "księcia" u boku filistyńskiego komendanta twierdzy Gibea (Saul zwracał się do niego słowem "dôd" - co można przetłumaczyć jako "stryj").





Nim przyjdziemy do czasów panowania Saula, Dawida i Salomona oraz ich następców w królestwie Izraela i Judy, ważne jest według mnie ukazanie granic stref wpływów filistyńskiego Pentapolis, rozwój miast filistyńskich w tym okresie ekspansji (czyli po 1040 r. p.n.e.) oraz ukazanie również miast Judei


CDN.

09 marca 2026

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XL

FEDERACJA GALAKTYCZNA
CZYLI
"STRAŻ WSZECHŚWIATA"
PLANETY - RADY - FRAKCJE 
 Cz. II


KONFEDERACJA 
PLEJAD




Na temat Plejadian i ich stosunku do nas - Ziemian, pisałem już dość dużo w poprzednich tematach. Warto teraz przede wszystkim dodać, że Plejadianie byli tymi, którzy brali udział w najważniejszych wydarzeniach dziejących się na naszej planecie od czasów zagłady dinozaurów i nawet jeśli w danym momencie nie grali pierwszych skrzypiec, to zawsze byli obecni w cieniu, w drugim albo trzecim szeregu - zawsze. W przekazach Plejadian dominuje wciąż jeden główny aspekt, związany z ludzkością i Ziemią, mianowicie w channelingach podkreślają że my jesteśmy nimi w przeszłości... a raczej, że to oni są nami w przyszłości. Jak już wcześniej pisałem ukształtowanie i warunki naturalne głównej planety systemu gwiezdnego Plejad - Erry, jest prawie dokładnie takie samo jak naszej Ziemi. Poza tym sami Plejadianie także swym wyglądem bardzo przypominają Ziemian. Plejadianie (o czym już pisałem) pochodzą bezpośrednio z Liry. Są więc jednymi z pierwszych kolonistów zasiedlających inne galaktyki, pochodzących bezpośrednio z kolebki Ludzkości - z planety Avyon. Ta bliskość (przede wszystkim bliskość genetyczna, jako że Plejadianie brali udział w "spłodzeniu" biblijnego Adama i przekazali mu swoje geny) powoduje że czują się za nas... odpowiedzialni. Wzbudza to pewną irytację w Radzie Federacji Galaktycznej (szczególnie we frakcji Andromedan, choć i tam są wyjątki - np. Syrianie, Arkturianie), mimo to przekazy Plejadian nastawione są na informowanie i ostrzeganie ludzkości przed ewentualnymi niebezpieczeństwami, jakie możemy popełnić w przyszłości.

Jednym z takich ostrzeżeń jest przekaz dotyczący... "Królestwa Maszyn". Pod hasłem "Królestwo Maszyn" kryje się ostrzeżenie mówiące o nie uleganiu opinii że maszyny są w stanie uczynić wszystko lepiej, dokładniej i sprawniej niż ludzie. Plejadianie mówią, że przed wiekami oni popełnili ten sam błąd, ufając w nieskończoną potęgę maszyn i czynili wszystko by było ich jak najwięcej w każdej dziedzinie życia. Maszyny (nanoroboty) załatwiały najpotrzebniejsze sprawy, zajmowały się operacjami w szpitalach, załatwiały najpilniejsze kwestie - i w ogóle tworzono i rozbudowywano je z myślą o tym, by służyć Ludzkości. Mówią że my jesteśmy dopiero na początku tej drogi, a oni pragną byśmy nie powielali (nieświadomie oczywiście) błędów, które sami popełnili. Nie mają jednak prawa nam niczego zabronić - każda istota (czy grupa istot, ras i planet) ma swoją określoną ścieżkę rozwoju po której kroczy. Nie powinno się (wręcz nie wolno) ich z tej ścieżki zawracać, nawet jeśli wiedzie ona ku katastrofie. Takie jest Prawo Wszechświata. Jedyne co można, to dawać pewne wskazówki, typu: "Masz dwie drogi do wyboru, pójdziesz w lewo to będzie tak, pójdziesz w prawo tak - decyzja należy do ciebie". 


PLEJADIANIN



Plejadianie mówią że ludzkość zachłystuje się wszelkimi nowinkami technologicznymi, nie bacząc na to, jakie to niesie ze sobą zagrożenia. Pierwszym z nich jest (o czym otwarcie mówią w channelingach Plejadianie) zastępowanie człowieka przez maszyny w takich podstawowych obowiązkach jak np. parzenie kawy, sprzątanie, pranie, gotowanie, wkrótce (za odpowiednią kwotę oczywiście) będzie można kupić sobie takiego domowego robota, który wyręczy nas w tych podstawowych, uciążliwych pracach. Ludzie będą zachwyceni, zadowoleni i szczęśliwi. Potem pojawią się roboty pracujące w sex-biznesie (już są), oraz zastępujące ludzi w takich zawodach jak prostytutka, tancerka erotyczna etc. etc. Te roboty będą piękne i będą przypominały ludzi (rzeczywiście wyglądają jak ludzie, chociaż ja osobiście nigdy bym z czegoś takiego nie skorzystał -jakoś to mnie totalnie odrzuca). Potem przyjdzie kolej na fabryki i zakłady produkcyjne, które w całości zostaną zautomatyzowane. Ludzie stracą pracę, nie będzie już tak wesoło. Do wielu rodzin zawita widmo bankructwa i biedy. Z czasem ludzie mogą powierzyć swe bezpieczeństwo robotom (np. pod szczytnym celem ochrony ludzkiego życia, już są mechanizmy wszczepiane robotom, które uniemożliwiają im skrzywdzenie człowieka, ale te mechanizmy łatwo oszukać. Wystarczy wmówić takiej maszynie że ona nie krzywdzi człowieka, tylko się z nim bawi i wtedy jest rzeczywiście zdolna nawet połamać mu ręce, nogi albo nawet... zabić), które będą pracowały w służbach porządkowych czy w wojsku.


PLANETA ERRA
"STOLICA" PLEJAD
(Wizja artysty na podstawie przekazów)



Pojawi się ogromne rozwarstwienie społeczne (już dawno się pojawiło), powstaną nowe, całkowicie zautomatyzowane megamiasta, gdzie jednak będą mogli zamieszkać tylko niektórzy. Reszta będzie żyła w slumsach, na obrzeżach dawnych miast, teraz podupadających i popadających w ruinę. Te "slumsy" będą patrolowane przez oddziały robotów, które najmniejszy przejaw niezadowolenia będą uważały za oznakę wrogości i... je eliminowały, czyli zabijały. Ci ludzie będą określani mianem "bandytów", czyhających na bezpieczeństwo tych, którzy żyją sobie wygodnie w megamiastach. Żywność będzie w 100% modyfikowana genetycznie, a za hodowanie roślin i warzyw metodą tradycyjną, będą nakładane poważne kary finansowe. Powstanie "naturalne" podziemie, gdzie ludzie będą wymieniali się wyhodowanymi w nielegalnych szklarniach warzywami i owocami. Ludzie będą trzymani w ryzach, a posłuży do tego obawa przed utratą tych miejsc pracy, które jeszcze się ostaną, gdyż utrata pracy (i brak pozwolenia na podjęcie następnej), będzie oznaczała śmierć głodową dla całej rodziny i wyprowadzkę poza megacentrum. Oczywiście ludzie już do tego czasu zostaną zaczipowani i nie będzie potrzeby używania ani pieniędzy ani nawet kart kredytowych, po prostu za każdy produkt zapłacimy swoim czipem (czy to na nadgarstku czy na skroni, czy nawet skanowana będzie siatkówka oka). Gdy jednak stracimy pracę, czip zostanie wyłączony - nic już nie kupimy - ergo, bez wsparcia z zewnątrz umrzemy z głodu.

Powstaną getta dla ubogiej ludności która będzie pilnowana i trzymana w ryzach przez roboty-androidy, przypominające ludzi. Wreszcie przeludnienie planety będzie tak wielkie, że przywódcy Ziemi podejmą decyzję o rozpoczęciu kolonizacji innych planet i systemów gwiezdnych (tutaj się akurat pomylili, populacja Ziemi spada, a nie rośnie i to nawet tych krajów, które paradoksalnie na razie jeszcze przeżywają baby-bum). Plejadianie mówią jednak wyraźnie: "Uważajcie jednak, nikt was tam nie chce". Twierdzą że również Rada Federacji niezbyt interesuje się naszym losem i że oni są jednymi z nielicznych istot, które pragną byśmy przetrwali (na pytanie "dlaczego", wypowiedziane podczas jednego z channelingów, padła ta sama odpowiedź: "Jesteście nami z przeszłości"). "Nikt was tam nie chce" - twierdzą jednak z całą stanowczością i mówią że pierwsze problemy napotkamy już, gdy zechcemy skolonizować choćby "nasz" stary księżyc - Chowtę (swoją drogą to ciekawe że przy obecnej technologii nie podejmowane są ponowne próby dotarcia na księżyc - bardzo dziwne. Zresztą trudno się temu dziwić, skoro my nawet do końca nie poznaliśmy co znajduje się na dnie naszych oceanów - podobno Ludzkość odkryła zaledwie 10% zawartości ziemskich oceanów - niesamowite). Księżyc pełni bowiem funkcję bazy tranzytowej na Ziemię i jest wykorzystywany przez różne rasy. Plejadianie twierdzą też, że nasza kolonizacja może spowodować wybuch konfliktu zbrojnego, który może doprowadzić do ataku na Ziemię którejś z ras. Obecnie taki scenariusz nie wchodzi w rachubę (tak twierdzą), ale nie wiadomo co ludzie z Ziemi są w stanie w przyszłości uczynić, by taki scenariusz stał się faktem.




 Twierdzą też, że (ewentualne) zagrożenie najazdem nie grozi nam bynajmniej ze strony członków Federacji Galaktycznej, a już na pewno nie ze strony ras Galaktycznej Ludzkości. Co prawda nie mamy wśród tych istot zbyt "dobrej opinii", jednak nikt ani w Radzie Andromedy, ani Konfederacji Plejad, ani Radzie TJehooba - ani też w Radzie Zendary - najpotężniejszych ugrupowań w łonie Federacji Galaktycznej, nie podjąłby się takiego ataku, nawet jeśli rozpoczęlibyśmy kolonizację innych światów. Zagrożenie może przyjść przede wszystkim ze strony innych istot - głównie oczywiście Reptilian, ale także Insektoidów i im podobnych. 


JEDNA Z INSEKTOIDALNYCH RAS
WYSTĘPUJĄCYCH WE WSZECHŚWIECIE

(Choć jak twierdzą w swych przekazach Plejadianie,
ta akurat rasa Insektoidów - "Modliszkowcy
jest raczej nam przychylna)
 


Oczywiście wyżej przedstawiony scenariusz nie musi się wydarzyć. Według Plejadian - po to właśnie nas ostrzegają, bo pragną by się nie wydarzył (chodzi tutaj o rozwój tzw.: "Królestwa Maszyn" oraz o postępującą degradację planety Ziemia i nas samych jako ludzi). Co się zaś tyczy przyszłej kolonizacji, to twierdzą że o wiele łatwiej będzie zaakceptować ten fakt członkom Federacji Galaktycznej, gdy ludzkość nie będzie prowadzona przez dyktatorskich przywódców (lub określone grupy, narzucające swą wizję całej ludzkości), a odbędzie się to na zasadzie zrównoważonego rozwoju, do którego dawno temu Plejadianie i inni (np.: TJehooba) dołożyli swą cegiełkę. Twierdzą że dawno temu wskazali nam drogę rozwoju, którą powinniśmy kroczyć - wysyłając do nas swego posłańca (TJehoobanina - Jimmanuela), którego tutaj znamy pod imieniem Jezusa Chrystusa, a który miał na celu odnowienie ducha ludzkości i "podniesienie wibracji Ziemi" w pożądanym przez te istoty kierunku. To co zrobili, nie do końca było zgodne z Prawem Wszechświata, ale stało się. Na tamtym etapie rozwoju ludzkość była jeszcze zbyt prymitywna pod względem duchowym i (jak twierdzą Plejadianie) gdyby tego nie uczynili - jeszcze długo (być może po dziś dzień) nie otworzylibyśmy się na sprawy uniwersalnej duchowości.

Konfederacja Plejad liczy 53 wielkie systemy gwiezdne i ok. 500 pomniejszych planet. Nie dysponuję jednak wykazem poszczególnych światów wchodzących w skład Konfederacji Plejad. Konfederacja Plejad zwana jest również (szczególnie przez samych jej członków) - "Wielkim Białym Braterstwem", co najprawdopodobniej odnosi się nie do koloru skóry poszczególnych mieszkańców danych światów, lecz do "świetlistego" celu, jakim jest ochrona i zapewnienie bezpieczeństwa we Wszechświecie. W skład Konfederacji wchodzą bowiem również i rasy, które są jedynie zbliżone swym wyglądem do istot humanoidalnych. Wszystkie jednak (lub ogromna większość z nich, gdyż są również wyjątki od tej reguły) można by określić mianem "Sojuszników Ludzkości". Według przekazu Plejadian z 1977 roku, którzy opowiadają (dość powściągliwie jednak) o swojej Konfederacji, dominuje przekaz: "Nie zawsze rzeczy, które widzicie jako czarne, są takowymi i nie zawsze rzeczy które widzicie jako białe są takowymi. Jesteśmy tutaj i dopomożemy, ale wasz los jest i pozostanie tylko w waszych rękach. Taki jest ciężar wolności we Wszechświecie".




Dalszy przekaz dotyczy kwestii przebudzenia Ludzkości z Ziemi i otwarcia się zarówno na uniwersalną duchowość, jak i na zrozumienie swojej roli i swojego miejsca we Wszechświecie. W ludziach ma tkwić ogromny potencjał, który jednak nie jest przez nas wykorzystywany - jest uśpiony. Zyskują tylko jednostki, te, które bardziej potrafią wykorzystywać drzemiące w nas możliwości. Dzięki czemu powstał tak bardzo niesprawiedliwy podział bogactwa na planecie, w którym zaledwie 1% ludzkości - kontroluje 99% bogactw tej planety. Dzieje się tak głównie dlatego, że ta grupka ludzi, którzy owinęli sobie innych wokół palca i stali się nowymi panami pozostałej Ludzkości - wykorzystuje do maksimum potęgę własnego umysłu - który jest (co prócz Plejadian potwierdzają także Kasjopejanie) niezgłębionym źródłem wszelakich możliwości. Umysł bowiem jest drogą, która może zaprowadzić nas do świetlanej przyszłości, lub nijakiej teraźniejszości - trzeba tylko znaleźć do niego odpowiedni klucz. Oczywiście jest też i drugi powód (jaki wymieniają Plejadianie), który umożliwił tym ludziom zdobycie takiej potęgi, wpływów i znaczenia - tym powodem są... geny. Większość z nich jest bowiem w jakimś tam stopniu spokrewniona (gdyż nie wszyscy ludzie na Ziemi pochodzą z tego rodu) z dawnymi stwórcami Adama, Lilith i Ewy w "rajskim ogrodzie" Eden, czyli Nibiruanami, uciekinierami z Malony - z rodem Anu, Enkiego i Enlila.

To właśnie owi Nibiruanie byli twórcami systemu społeczno-politycznego, który oparty był na hierarchicznej "piramidzie" władzy, w której bezpośredni potomkowie Kaina - stawiani są na czele tej piramidy jako "rasa panów" (gdy przejdziemy do pierwszych dynastii starożytnego Egiptu i Sumeru, pokażę związki pierwszych władców - często mitycznych - z owymi "bogami" z dawnej Malony. A przecież struktura władzy jaka przetrwała zarówno w Egipcie jak i w krajach Bliskiego Wschodu, w ogromnej mierze opierała się na czystości krwi królewskiej. Faraonowie przecież żenili się ze swoimi siostrami, a sam Juliusz Cezar miał o Kleopatrze powiedzieć że jest potomkinią "dynastii kazirodców"). Nie na darmo około roku 3 700 p.n.e. "bóg" Ninurta (syn Enlila, bratanek Enkiego i wnuk Anu), przekazał po raz pierwszy tron ziemskiego państwa w ręce "adamowego" (a raczej kainowego) potomka - Alulima. Jednak władzę otrzymał on jedynie nad dawnym terenem bazy w Edenie, czyli w rejonie dwóch wielkich rzek - Tygrysu i Eufratu (dawna Mezopotamia, dzisiejszy Irak). W Egipcie nadal rządzili jeszcze wówczas "bogowie" (oczywiście z rodu Enkiego i Enlila), podobnie było w Indiach. W Egipcie dopiero ok. 3110 roku p.n.e., ostatni "bóg" zrzekł się tronu na korzyść pierwszego kainowego potomka - i uczynił go władcą kraju piramid. Z utratą władzy przez "bogów" nie godził się natomiast Marduk (syn Enkiego) i ok. 2024 roku p.n.e. spróbował odzyskać władzę na terenie Lewantu i Mezopotamii. Wówczas (na polecenie Nibiruan), Abraham (tak, ów biblijny Abraham), zdetonował dwa potężne ładunki nuklearne w miastach, będących bazami zwolenników Marduka - w Sodomie i Gomorze, niwecząc jego plany w zarodku. Po tej dacie "bogowie" z Nibiru już całkowicie wycofali się z Ziemi i odtąd osobiście nie ingerowali w sprawy dziejące się na naszej planecie. Nie musieli - zostawili tu swe "adamowe rodzeństwo", pochodzące z kainowych lędźwi. Oni już zadbali, by ród Adapy i Ewy nie utracił władzy - i tak jest po dziś dzień. Przynajmniej według samych Plejadian.




Późniejsze systemy polityczno-społeczne państw "znanej nam już" starożytności, zawsze będą opierały się na niesprawiedliwości społecznej. Na potężnej elicie (kaście) władzy i całej reszcie bezwolnego społeczeństwa. Oczywiście nie zawsze szło tak gładko - częstokroć dochodziło do buntów społecznych i prób obalenia tego - "narzuconego przez bogów" - ustroju (władcy, a szczególnie ci z odległej starożytności - twierdzili że albo sami są bogami, albo że jedynie władają w imieniu tychże bogów). Bogów jednak nie było - potomstwo Kaina przetrwało po dziś dzień, dostosowując się do zmieniających się obyczajów i praktyk. Zawsze jednak wypływało na górę. Według Plejadian, Ludzkość na Ziemi jest konglomeratem najróżniejszych genetycznych konfiguracji dawnych ras zasiedlających naszą Planetę. Począwszy od czarnych i żółtych Bakaratinian (których genów już praktycznie nie ma na Ziemi, gdyż wymieszali się z późniejszymi kolonistami), po czerwonoskórych Aremonian i białych Plejadian oraz Lirian. Dlatego też wciąż powtarzają: "Wy jesteście Nami z naszej przeszłości". Nad wszystkim (a w zasadzie to nad prawie wszystkim, gdyż ten system nie jest szczelny) dominuje władza potomków nibiruańskich kolonistów - uciekinierów z Malony (dawnego gadziego Maldeka).

  
 OBRAZ POKAZUJĄCY 
SAMOZAGŁADĘ MALDEKA




SYN CZŁOWIECZY




"...On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. (...) I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca
 
Fragment modlitwy tzw.: Creda Nicejsko-Konstantynopolitańskiego


Jezus Chrystus zapowiedział swoim uczniom że powróci po raz drugi na Ziemię. Od tego czasu Ludzkość oczekuje nadejścia Mesjasza, który zbawi świat i dopomoże wszystkim ludziom "Dobrej Woli" (niektórzy wypatrują tego "mesjasza" w stworzeniu "Wielkiego Izraela" i budowie trzeciej Świątyni Jerozolimskiej). Mimo to Jezus nie nadchodzi - dlaczego? Dlaczego Jezus nie przychodzi, skoro obiecał że wróci i położy kres całemu złu i niesprawiedliwości świata? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest częściowo w channelingach. Podczas rozmów z istotami, które określają siebie jako Plejadianie (nigdy bowiem nie ma pewności czy ci, którzy mówią że są tymi, za których się podają, są rzeczywiście nimi) i mówią że: "My jesteśmy Nimi z przyszłości", pada odpowiedź dlaczego IMMANUEL ponownie nie przychodzi na Ziemię. SANANDA (bo tak też nazywają Jezusa Plejadianie) nie przychodzi ponownie na Ziemię, gdyż Ludzkość na tej planecie jeszcze niedojrzała do Jego ponownego przyjścia. Zresztą "Ponowne Przyjście" o którym mówił Jezus - nie dotyczy tylko Jego samego, a... całej galaktycznej społeczności (tzw.: "Sojuszników Ludzkości"). Jezus nie przychodzi, gdyż ludzie na Ziemi nie są jeszcze gotowi na Jego nadejście. Niewiele zmieniliśmy się od czasów, gdy Immanuel chodził po Ziemi. Zostały oczywiście od tego czasu poczynione ogromne zmiany, szczególnie pod względem mentalności i otwartości na duchowe przeżycia, lecz jest to wybitnie niewystarczające, byśmy pojęli prawdziwą rolę Jezusa Chrystusa w "zbawieniu" Ludzkości.

Wielu z nas bowiem nie jest w stanie zaakceptować faktu, że wokół nas, wokół naszej planety (a także na niej samej) istnieją potężne cywilizacje - inne rasy, klany i organizacje. Niektóre z nich są nam nieprzyjazne, inne (ogromna większość) zupełnie obojętne na nasz los. Jest też tak zwana grupa "Sojuszników Ludzkości" w której skład wchodzą m.in.: Plejadianie, TJehooba, Kasjopejanie, Syrianie (A), Arkturianie i kilka innych ras. Wbrew pozorom, do tej "frakcji" (mam tutaj na myśli ową frakcję "Sojuszników Ludzkości", łączącą wiele różnych ludzkich ras we Wszechświecie, oraz różniące się frakcje w Radzie Federacji Galaktycznej. Bowiem nie wszystkie ludzkie rasy w danych frakcjach - na przykład właśnie w Konfederacji Plejad - są nam przyjazne), nie należy tak zwana "Grupa z Malony", czyli stwórcy pierwszego człowieka na Ziemi - biblijnego Adama i Ewy. Nibiruanie z Malony (będę jeszcze sporo o nich pisał, m.in.: o dalszych losach Kaina i wydarzeniach, które doprowadziły do "odejścia bogów" i pozostawienia biegu spraw na Ziemi w rękach kainowego potomstwa) w żadnym bowiem razie nie pragną naszego oświecenia. Wręcz przeciwnie - aby łatwiej zapanować nad tym konglomeratem kosmicznych ras z Liry, Plejad, Malony (nie mam tu na myśli rodu Enkiego i Enlila), Aremo, Bakaratini etc. etc. (tych związków było znacznie więcej, gdyż ras, które zasiedlały ziemię po zakończeniu III Wielkiej Wojny Galaktycznej, od ok. 900 000 r. p.n.e. było bardzo wiele - nie wszystkie tutaj wymieniłem i opisałem - gdyż nie o wszystkich wiem), które ukształtowały się w dzisiejsze cztery główne ziemskie rasy - Białą, Czarną, Żółtą i Czerwoną - należy trzymać je na stosunkowo niskim poziomie rozwoju, przy czym - ktoś musi tym wszystkim "kierować".




Tym wszystkim od wieków "kieruje" więc ziemskie potomstwo Nibiruan z Malony (ród Adama i Ewy). Czy nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego to właśnie stworzenie Adama i Ewy zostało opisane w Biblii i przedstawione jako "prawda objawiona" co do całego rodzaju ludzkiego? Dlaczego nie przedstawiono "innych" możliwych początków człowieka (a ostały się takie, chociażby w mitach niektórych plemion czy nawet państw - jak na przykład Indoeuropejczyków, a szczególnie Hellenów - którzy byli rebeliantami z II Imperium Atlantydy - oczywiście nie byli to ci klasyczni Hellenowie o których wiemy z historii. Była to tak pokaźna grupa, że władcy Atlantydy zdecydowali się umieścić ich na wygnaniu w rejonie dzisiejszej Hellady, czyli Grecji. Tam potem powstała cywilizacja, która różniła się znacznie od cywilizacji sumeryjskiej, akadyjskiej, asyryjskiej, egipskiej, syryjskiej, czy nawet anatolijskiej - opiszę ten temat w kolejnych częściach). Tak więc "ród panujący" z Nibiru/Malony, uczynił swoją rodową genealogię - genealogią początków rasy ludzkiej jako takiej (ja również stosowałem taką wykładnię w poprzednich częściach, gdyż nie chciałem za bardzo wybiegać przed szereg, a poza tym świadomość biblijnego początku Adama i Ewy jest w nas dosyć silnie zakorzeniona), dzięki czemu ludzie ucząc się o biblijnych początkach rodzaju ludzkiego - uczą się jednocześnie o początkach rodu Adama i otrzymują przekaz, że... Bóg oddał im (Adamowi i Ewie) Ziemię w niepodzielne władanie. Trochę to przypomina Koreę Północną, gdzie uczy się dzieci w szkołach historii dynastii Kimów i opowiada niestworzone rzeczy na temat ich "niebiańskiego poczęcia".

Dlaczego więc Jezus nie przychodzi ponownie na Ziemię? Dlatego że nie ma dokąd przyjść. Ludzkość wciąż jest niczym te północnokoreańskie dzieci, które potrafią z pamięci recytować historię rodziny Kim Ir-Sena, natomiast nie mają pojęcia o otaczającym ich dookoła prawdziwym świecie (myślę że nawet nie potrafiliby się w nim odnaleźć, gdyby nawet, jakimś zrządzeniem losu - udało im się opuścić ten "kimowski" obóz śmierci). Podobnie My - Ludzie. Potrafimy czytać Biblię i opowiadać sobie o naszym "stworzeniu". Potrafimy przytaczać biblijne przypowieści Jezusa Chrystusa - lecz... nie pojmujemy ich głębi, sensu, znaczenia. Żyjemy na Ziemi niczym w ogromnej Korei Północnej, nieświadomi otaczającego nas dokoła Wszech(Świata), pełnego najróżniejszego życia (szans, a jednocześnie niebezpieczeństw). Do kogo wiec ma wrócić Jezus? Do ludzi którzy nadal nie są świadomi swoich korzeni i roli jaka przypadła Ziemi w kosmicznym planie Wszechświata (a to wszystko było w naukach Jezusa Chrystusa). My nadal nie jesteśmy gotowi na Jego przyjście, bo cóż byśmy uczynili gdyby przyszedł tak, jak przyjść zapowiedział (a wystarczy wczytać się w to, co jest zapisane w Biblii, by nie było żadnych ku temu wątpliwości) na czele... okrętów Konfederacji Plejad i Rady TJehooba. Cóż by się wówczas stało? Na Ziemi wybuchłaby powszechna panika, ludzie by się wzajemnie tratowali, zabijali, byleby tylko uciec jak najdalej od "obcych" (a rządy też by nas pewnie nieustannie straszyły "obcymi", po to tylko, żeby zwiększyć swoją kontrolę nad nami tak, jak to było chociażby w przypadku covid-19. Czy większość z nas uświadomiła sobie chociażby ten fakt, że gdyby nie wybuch wojny rosyjsko-ukraińskiej w lutym 2022 r. to już dzisiaj byśmy mieli wprowadzone paszporty covidowe i byśmy nie mogli podróżować {głównie latać samolotami, ale myślę że i w transporcie publicznym też by były ograniczenia} bez uaktualnienia naszego obecnego stanu zdrowia - czy też raczej stanu szczepień?). Dlatego nie nadszedł jeszcze dla Ludzkości z Ziemi czas, na ponowne przyjście Mesjasza.




Napisałem "Konfederacji Plejad i Rady TJehooba" - dlaczego tak? Dlatego, że te dwie frakcje bardzo ściśle ze sobą współpracują (szczególnie jeśli chodzi o nas - Ziemian). Misja "Syna Człowieczego", nie została wykonana tylko przez samego Jezusa Chrystusa. Było ich dwóch: TJehoobanin - Immanuel (zwany również Sananda), który wykonał najważniejsze zadanie - narodziny na Ziemi, nauki, przypowieści, cuda, potem oskarżenie, proces i śmierć na krzyżu - to wszystko było od początku do końca Z-A-P-L-A-N-O-W-A-N-E (i Chrystus o tym wiedział, ale rodząc się na Ziemi, w ludzkim ciele, miał też swoje własne obawy i gdy modlił się w ogrodzie Getsemani, tak naprawdę kontaktował się z tymi, którzy wcześniej zaplanowali jak Jego los ma się zakończyć, i pytał się czy mogą oni oddalić od Niego ten "kielich męki"). A kim była ta druga postać? To Plejadianin (dowódca floty ochraniającej Ziemię, o której pisałem w poprzednich tematach) - ASZTAR. Sojusz plejadiańsko-tjehoobański i ich wspólna praca nad podniesieniem wibracji Ziemian i przygotowaniem ich na wejście w nowy cykl świadomości, który jest związany przede wszystkim z otwarciem na sprawy uniwersalnej duchowości - najdobitniej ukazują właśnie te dwie postaci.


To tyle jeśli chodzi o samą KONFEDERACJĘ PLEJAD.
W kolejnej części przejdę już do:
RADY TJEHOOBA



CDN.

08 marca 2026

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VI

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII
ISTNIAŁ MATRIARCHAT?





III
(A)MAZONKI
STAROŻYTNY ZAKON 
KOBIET-WOJOWNICZEK
(ok. 1450 r. p.n.e. - ?)
Cz. I




Pisać i mówić o Amazonkach to tak, jakbyśmy zahaczali o opowieści wręcz bajkowe, pełne centaurów, wiedźm, cyklopów i olbrzymów. Są to mity ludów północnych (słowiańsko-celtyckich), w których postać kobiet została znacznie uwypuklona. Nasprowadzano do tych opowieści najróżniejszych bajkowych postaci, uczyniono też z owych Amazonek istoty o nadnaturalnej sile (łamią szczeki dzików w biegu, zabijają jednym uderzeniem pięści itd.). Nie ma to jednak wiele wspólnego nie tylko z próbą spokojnego dotarcia i poznania prawdy o Amazonkach, tylko jest to swoista baśń, pełna nieprawdopodobnych postaci i niesamowitych czynów samych Amazonek - wygląda to trochę na takie starożytne męskie fantazje o "silnych kobietach", które nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością (tak samo jak dziś kręci się filmy, gdzie postać kobieca jest wybitnie uwypuklona i to ona stanowi centrum wszystkiego - jak choćby film "Wonder Woman", gdzie nie tylko że pokazani tam faceci to zwykłe "dupy wołowe", które nawet nie potrafią dobrze strzelać, ale jest to film, wpisujący się w ogólnie panującą obecnie ideologię genderowo-feministyczną, polegającą na ukazywaniu kobiety, jako przeciwwagi "starego, przemijającego świata mężczyzn", czego przykładem jest chociażby zniszczenie wierzy kościoła przez ową Wonder Woman, jako symbolu patriarchalnej religii mężczyzn - tak to sobie wykombinowali ci wszyscy spece od medialnej i filmowej propagandy). Podobnie rzecz się ma z Amazonkami. Tutaj nie tylko została ta historia obudowana najróżniejszymi super dodatkami, pozwalającymi ubarwić te opowieści, lecz jednocześnie ten zabieg sprowadza nam całą tę historię o Amazonkach do sfery absurdu i mitologii, zapominając że są przekazy mówiące iż takie "plemię" rzeczywiście mogło niegdyś istnieć.

Pozwolę sobie tutaj odsiać te wszystkie mitologiczne dodatki, te wszystkie greckie, perskie czy hetyckie mity, te starosłowiańskie opowieści o mitycznych bogach, z których zrodziły się Amazonki. Natomiast postaram się skupić na wyodrębnieniu szczątek prawdy o tym "plemieniu" (choć tak naprawdę nie było to plemię, a przynajmniej nie było to tylko plemię). Amazonki po dziś dzień rozpalają wyobraźnie wielu badaczy, którzy próbują dociec czy taka "organizacja", złożona z samych kobiet-wojowniczek, rzeczywiście mogłaby zaistnieć? Trudno dziś znaleźć jakieś realne dowody na istnienie takiego ludu, więc niestety zmuszeni jesteśmy kierować się opowieściami, jakie przez stulecia zostawiali o tym "plemieniu" najróżniejsi autorzy. Jedyne co możemy zrobić, to pozbawić tych opowieści bajkowej otoczki i spróbować wyobrazić sobie czy i jak rzeczywiście mogłaby wyglądać taka kobieca wspólnota. Mogła ona zaistnieć i przetrwać tylko pod dwoma warunkami. Po pierwsze - jeśli była rzeczywiście złożona z samych kobiet (w co wątpię), to musiała ograniczać się zarówno do niewielkiego terytorium, jak i grupować niewielką liczbę owych kobiet (nie wszystkie bowiem nadawałyby się do walki). Poza tym, jeśli żyłyby z rabunków, to nie sądzę aby ich bytność miała trwać długo, bowiem w starożytności istniały najróżniejsze ludy i grupy plemion, które bardzo szybko rozprawiłyby się z grupą nawet najlepiej władających bronią (jak przekonują nas owe mity) kobiet. Organizacja złożona z samych kobiet, zupełnie wyizolowanych i odciętych od świata, a jedynie dokonująca cyklicznych napadów rabunkowych, nie przetrwałaby długo. To musiała być zupełnie inna struktura.




I tutaj przechodzę już do drugiej możliwości, na jakiej mogły opierać się rządy Amazonek. Otóż Amazonki wcale nie były wyodrębnionym plemieniem kobiet-wojowniczek, przygotowywanym do walki, tylko musiał tam zaistnieć zupełnie inny czynnik. Mianowicie kobiety te były swoistym zakonem mistycznym (czymś na wzór późniejszych zakonów religijnych), które również szkoliły się w walce i posługiwaniu bronią, ale same, jako takie stanowiły elitę większego plemienia - złożonego również z mężczyzn, którzy to owe plemię ochraniali. Tak właśnie ja to widzę, bo tylko tak mogłoby to wyglądać w miarę logicznie i prawdziwie. Amazonki były elitarnym zakonem mistycznym, oddającym cześć bogini (i tutaj nie wiadomo do końca której dokładnie, bowiem jest bardzo wiele różnych relacji i nazw, należy jednak przyjąć że mogły wielbić zarówno jedną boginię Wielką Macierz, którą rozumiały pod wieloma imionami). Nie wchodźmy jednak w szczegóły, bo się zaplątamy w baśnie i mity i nic z tego nie będzie. Należy więc uzgodnić jedno - kobiety zwane Amazonkami były elitą kapłanek Wielkiej Macierzy, które to jednocześnie szkoliły się w walce i uczestniczyły w bitwach, ale nie czyniły tego same. Wręcz przeciwnie, walczyły u boku mężczyzn ze swojego plemienia (plemion?), którzy znacznie przewyższali liczebnie same Amazonki. Owe kapłanki-wojowniczki (należy tutaj odróżnić jedną rzecz - pisząc "kapłanki" - nie chcę wcale sugerować że wszystkie były kapłankami na tej samej zasadzie, nie, to nie tak. Główną kapłanką była tylko królowa i otaczający ją orszak, reszta Amazonek to swoiste "siostry zakonne", służące jako ochrona samej królowej i świątyni Wielkiej Bogini, ale nie biorące bezpośredniego udziału w odprawianiu misteriów religijnych), stanowiły religijną elitę plemienia, któremu przewodziły - tylko tyle i aż tyle. 

Należy też pamiętać że w głębokiej starożytności istniały takie miasta (czy raczej ośrodki typu miejskiego), w których istniał wyraźny podział na część żeńską i część męską. Na przykład w syberyjskiej miejscowości Malta odkryto wioskę z czasów paleolitu, gdzie istniał wyraźny podział prostokątnych domostw na dwie części, jedna przeznaczona tylko dla kobiet (tam znaleziono rzeźbione figurki żeńskich bóstw i przedmioty używane tylko przez kobiety), oraz druga, przeznaczona dla samych mężczyzn (gdzie znaleziono figurki ptaków i coś, co przypominało... fallusy, oraz pozostałe przedmioty używane przez mężczyzn). Istnieje duże prawdopodobieństwo że w tego typu osadach epoki paleolitu, mezolitu i wczesnego neolitu, istniał system matrylinearny (nie mylić z matriarchatem, bo to zupełnie co innego). Polegał on na tym, że mężczyzna przechodził do domu swej żony, a nie na odwrót. Oznaczało to jednocześnie że kobieta mogła mieć wówczas wielu mężów (co też oznacza, że mężczyzna mógł również mieć kilka żon, gdyż jeden mężczyzna i jedna kobieta, którzy byli małżeństwem, mogli mieć innych mężów i inne żony jednocześnie. Było to o tyle łatwiejsze, że nie sposób było dowieść ojcostwa dzieci, które zawsze pozostawały z matką. Tak więc kobieta mogła mieć wielu mężów, którzy jednocześnie mogli zapładniać wiele innych kobiet - dzieci zaś, zrodzone z tych związków zawsze należały do matki, gdyż nie sposób byłoby udowodnić który z mężów mógł być ojcem dziecka). System matrylinearny opierał się jeszcze na jednej zasadzie - na ziołolecznictwie i udomowieniu roślin jadalnych. A to czyniły tylko i wyłącznie kobiety, które następnie dzięki temu mogły potem awansować do roli kapłanek bogini ziemi (lub późniejszej Wielkiej Macierzy). Najważniejsze jednak było to, że skoro to one zajmowały się ziołolecznictwem i udomowieniem roślin jadalnych, to ziemia też należała do nich, przez co mężczyźni (którzy byli głównie myśliwymi) żeniąc się, przechodzili do domu żony, która jednocześnie posiadała ziemię.




Ziemia rodzi i daje plony. Są one oczywiście niewielkie i ograniczone, ale zawsze. Poza tym udomowienie roślin i odkrycie sztuki ziołolecznictwa - stawia kobiety na piedestał, bowiem to one rodzą i leczą, czyli dają życie i przedłużają życie, dzięki czemu umożliwiają dalsze istnienie każdego plemienia (to wszystko się radykalnie zmieni, gdy ludzie neolitu udomowią zboże. Gdy ujrzą że to nie ziemia "sama z siebie", niczym bogini daje życie, tylko by to nastąpiło najpierw należy wbić w nią pług, dobrze przeorać, zasiać i dopiero wtedy czekać na owoce tego, co urodzi ziemia. W sytuacji gdy mężczyźni-wojownicy i rolnicy uświadomili sobie, że ziemia nie rodzi owoców od "tak sobie", tylko musi być dobrze przygotowana, by dała konkretne efekty i gdy uświadomili sobie że skoro buhaj pokrywa jałówkę, to potem ona rodzi małe cielęta, uświadomili sobie więc że ile razy oni spółkują ze swymi żonami, to one potem zachodzą w ciążę - doszli więc do wniosku, że to nie ona jest istotą bożą która daje życie, tylko... on. Bez niego bowiem i ziemia nie da takich plonów, aby wyżywić wszystkich mieszkańców danej społeczności, ani też nie urodzą się nowi członkowie plemienia. A już w ogóle gdy okazało się że to właśnie na barkach mężczyzn stoi główne zadanie utrzymania bezpieczeństwa wspólnoty i wyparcia ewentualnych agresorów - sytuacja diametralnie się zmieniła. Niektórzy badacze nazywają ten moment dziejowy: "uświadomieniem ojcostwa", gdy mężczyzna doszedł do wniosku że to dzięki niemu kobieta urodzi nowe życie i to dzięki niemu plemię przetrwa, bo on walczy w jego obronie - rola i pozycja żony diametralnie się wówczas zmieniła. Teraz mężowie zaczęli wymagać nie tylko wierności od swych połowic, ale wręcz stało się to uświęcone religijnie, a każde odstępstwo od tego było piętnowane i wyrzucane poza nawias społeczny - z drugiej jednak strony, gdyby do tego nie doszło, nigdy nie pojawiłoby się społeczeństwo które łączyłoby się w większe organizmy, tworzące wspólny dobrobyt, a ludzie żyliby na sposób archaiczny, w jaskiniach, lub prowizorycznych drewnianych czy słomianych domostwach i lepiankach).




Zakon Amazonek był reprezentantem tej starej tradycji, która już wówczas dawno wygasła i popadła w zapomnienie. Jednocześnie łączył on kobiety jako kapłanki (czyli odniesienie do przeszłości), jak również jako wojowniczki (czyli te, które pragną być równe mężom w boju), co łączy w sobie pierwiastek męski i żeński. Amazonki pragnęły zapewne być takim swoistym Yang i Yin (męskim i żeńskim pierwiastkiem, utrzymującym swoistą równowagę). Bo przecież należy pamiętać że natura tak nas stworzyła ("natura" - wiadomo), że wzajemnie się uzupełniamy. Męska i żeńska cząstka jest niezbędna do utrzymania równowagi (a przecież zawsze i wszędzie dążymy do równowagi) i zakłócenie jednego z tych aspektów, poprzez zbytnie wywyższenie drugiego - musi prowadzić do najróżniejszych patologii. Kobiety, które chcą być męskie, uważając że dzięki temu będą równe mężczyznom, to znaczy "lepsze" (w ich wyobrażeniu), postępują głupio, podobnie jak mężczyźni, którzy np... lubią przebierać się w damskie ciuchy i zachowywać jak kobiety (jakiś czas temu na jednym z blogów wyczytałem taką informację odnośnie transwestyty, który trafił do szpitala. Chciał on aby lekarze leczyli go tam jako kobietę, bo on czuje się kobietą. Doktor, który miał podjąć się zabiegu, odmówił, co spowodowało że ów transwestyta nazwał go homofobem, szowinistą, etc. etc. i zadzwonił do jednej z organizacji broniących praw osób lgbt. Przyjechała kobieta, która domagała się aby szpital uwzględnił prośbę transwestyty i leczył go jak kobietę, grożąc że w przeciwnym razie sprawa trafi do sądu, a oni zastaną oskarżeni o nietolerancję {czy coś tam}. Lekarz wówczas się zgodził, ale pod jednym warunkiem, że owa aktywistka podpisze dokument, w którym weźmie na siebie i swoją organizację wszelkie winy za nieudaną operację. Kobieta była zdezorientowana i spytała "jak to?". Doktor wyjaśnił: "Weźmy np. sytuację że pacjent jest chory na prostatę, jeśli zaczniemy go leczyć jak kobietę, to nie tylko że mu nie pomożemy, ale może umrzeć. Czy w takiej sytuacji bierzecie na siebie prawną odpowiedzialność za przebieg leczenia mężczyzny tak jak kobiety?" Owa aktywistka nie wiedziała co odpowiedzieć, po chwili opuściła szpital i już więcej się nie pojawiła. Komentarz do tego jest zbyteczny - kto próbuje walczyć z naturą, z tym jak zostaliśmy "ukształtowani" w sposób ideologiczny, twierdząc że samo "czucie się kobietą" wystarcza by się nią stać, kończy się, gdy przychodzi podjąć naprawdę ważne decyzje. Tak też kończą się ideologiczne frazesy typu gender).

Kobiety nie stają się lepsze dlatego, że próbują zbliżyć się do zachowań męskich i być twarde, niezależne etc. etc. To nie jest kobiecość - to jakaś deformacja męskości, przy czym, nawet najsilniejsza kobieta, trenująca np. podnoszenie ciężarów czy jakiekolwiek formy sportów wytrzymałościowych, będzie gorsza od najlepszego mężczyzny, np. strongmana. To nie ulega wątpliwości, dlatego też według mnie kobiety deformują się i swoją płeć, próbując pokonać mężczyzn tam, gdzie pokonać ich nie są w stanie. Siła kobiecości nie polega na konkurowaniu z mężczyznami o palmę pierwszeństwa w byciu najsilniejszym czy najszybszym. Siła kobiecości polega na umiejętnym dawkowaniu tych wszystkich aspektów wewnętrznej mocy kobiet, przed którymi mężczyźni są słabi i bezbronni niczym dzieci (pięknym tego przykładem jest chociażby postać Galadrieli z Eldarów, z baśniowego uniwersum Tolkiena pt: "Władca Pierścieni". Przecież ona w doskonały sposób pokazuje potężną moc, tkwiącą w kobiecości, bez potrzeby deformowania jej męskimi inklinacjami siły i przemocy). Zostaliśmy stworzeni jako dwie połówki tej samej całości, posiadający i rozwijający inne cechy. Celem naszym jest rozwijanie tych cech przy jednoczesnym dążeniu ku tej drugiej połówce - dla równowagi. A równowaga stanowi główny element doskonałości, kolejnym jest już tylko całkowite oczyszczenie się z zanieczyszczeń tego świata i powrót do Domu. Ale nie chcę tutaj teraz moralizować.


NISZCZĄCA I TWÓRCZA SIŁA KOBIECOŚCI
UKAZANA NA PRZYKŁADZIE GALADRIELI



Czy Amazonki były oddzielnym plemieniem kobiet-wojowniczek, czy też była to organizacja szersza, którą przewodziły kobiety-wojowniczki i kobiety-kapłanki? Skłaniam się raczej do tej drugiej teorii, co zresztą potwierdzają niektóre wykopaliska archeologiczne, gdzie kobiety i mężczyźni zostali pochowani albo tym samym grobie, albo też w bardzo bliskich sobie grobowcach. W obu przypadkach w grobowcach kobiet została umieszczona broń, co przemawia raczej za stwierdzeniem, iż pochowane tam niewiasty były wojowniczkami. We wrześniu 2013 r. we Włoszech, podczas wykopalisk archeologicznych w ruinach starożytnego etruskiego miasta-państwa Tarquini (ok. 80 km. na północny zachód od Rzymu), odnaleziono w pewnym grobowcu dwa ciała, pochodzące z okresu ok. 620 - 610 r. p.n.e. W kręgach naukowych wzbudziło to na początku pewną sensację, gdyż uważano że oto odnaleziono ciało legendarnego, piątego króla Rzymu - Tarkwiniusza Starego, który miał panować w Rzymie w latach 616-578 p.n.e. (był on założycielem etruskiej linii rzymskiej dynastii, a pierwotnie zwał się Lukumon i przybył do rzymskiego grodu wraz ze swą żoną Tanakwilą - prawdopodobnie właśnie z Tarquini, w czasach panowania króla rzymskiego - Ankusa Marcjusza - z dynastii sabińskiej - który panował w latach 642-616 p.n.e.). Jednak po otwarciu komory grobowej przez archeologów (pod przewodnictwem Alessandro Mandolesi z Uniwersytetu w Turynie), znaleziono tam dwa ciała, leżące na dwóch równoległych do siebie katafalkach. Po lewej stronie leżał szkielet człowieka, a przy nim spoczywała wzdłuż ciała włócznia, a strzały były ułożone na klatce piersiowej. U jego stóp leżała duża misa z brązu. Po prawej zaś stronie leżały skremowane szczątki innej osoby, już bez broni (czy jakichkolwiek oznak wojskowych), przy której rozmieszczono biżuterię. Archeolodzy uznali więc, że oto (prawdopodobnie, gdyż jeszcze nie mieli stuprocentowej pewności) odkryli grób króla Tarkwiniusza Starego i jego małżonki Tanakwili. Gdy jednak zbadano kości i szczątki, okazało się że ów prawdopodobny król Tarkwiniusz był w rzeczywistości... kobietą, a szczątki leżące na drugim katafalku, wśród którego złożono biżuterię, należały do... mężczyzny. Czyli nie był to grobowiec króla, a królowej (czy może księżniczki). Kobieta w chwili śmierci miała 35-40 lat, skremowane szczątki mężczyzny szacuje się zaś na 20 do 30 lat. Początkowo owa "zamiana płci" zdziwiła archeologów, którzy zaczęli twierdzić (szczególnie prof. Mandolesi), że owa włócznia - leżąca u boku szczątków kobiety - jest symbolem ich wspólnej miłości i związku, po czym dodał że: "Nie jest to częste, aby odnaleźć ciało kobiety z lancą u boku". Co ciekawe, miesiąc wcześniej (analiza kości została przeprowadzona w październiku 2013 r.), gdy sądzono że odkryto grób króla Tarkwiniusza, owa włócznia przy "jego" boku była symbolem jego władzy i pozycji społecznej, a nie wspólnego związku z leżącą po drugiej stronie "żoną", czy tym bardziej miłości. 


ODKRYTY GRÓB W TARQUINI 
(PO LEWEJ STRONIE LEŻAŁA KRÓLOWA WOJOWNICZKA Z WŁÓCZNIĄ I STRZAŁAMI, PO PRAWEJ ZNAJDOWAŁO SIĘ SKREMOWANE CIAŁO MĘŻCZYZNY)



To znalezisko odkryto we Włoszech, ale takich przykładów jest więcej, np. w anatolijskim mieście Catal-Huyuk, w Hacilar, w Tell Ramad, w Byblos czy w Jerychu (ok. 7 500 r. p.n.e. - ok. 5 700 r. p.n.e.) odnaleziono czaszki mężczyzn, schowane za... wiszącymi na ścianie łbami byków, zaś w większości z tych miast (jak choćby w Hacilar) przedstawiono prawie wyłącznie bóstwa żeńskie, począwszy od młodej dziewczyny, poprzez dojrzałą kobietę do staruszki (niektóre z owych bogiń albo siedzą na leopardzie, albo stoją, albo leżą, albo klęczą, albo też przedstawione są w towarzystwie innych zwierząt i ptaków, natomiast figurek męskich jest bardzo mało). Co ciekawe, po roku 4 400 p.n.e. figurki kobiece z tych terenów całkowicie... znikają i zostają zastąpione figurkami męskimi (stało się to bardzo szybko, bo w przeciągu... jednego stulecia). 

W poprzednich częściach tego tematu pisałem już o kulturze kreteńskiej, która była całkowicie zdominowana przez kapłanki, oddające cześć Bogini-Matce lub Wielkiej Bogini, ale zapewne niewielu wie, że przedziwnym centrum religijnego kultu matriarchalnego, była w epoce neolitu (ok. 10 000 r. p.n.e. - ok. 3 500 r. p.n.e) wyspa Malta. W okresie 3 600 r. p.n.e. - 2 350 r.p.n.e. wyspa odgrywała prawdziwe religijne centrum Wielkiej Macierzy (dotąd na tej maleńkiej wysepce odkopano już 17 świątyń, choć przewiduje się że ich liczba była znacznie większa). Co ciekawe, domów mieszkalnych na Malcie z tego okresu jest bardzo niewiele, zaś świątyń aż siedemnaście (dotąd odkopanych), co oznacza że Malta od XXXVI wieku p.n.e. do lat 50-tych XXIV wieku p.n.e., kiedy świątynie przestają funkcjonować, była prawdziwą Isola Sacra ("Świętą Wyspą"). W odkopanych świątyniach są jedynie wizerunki kobiece (często pokazane w formie leżących na boku), zaś w centralnej części świątyni umieszczono wizerunek siedzącego, ogromnego kobiecego bóstwa. Kasta kapłańska była (zapewne) też złożona z samych kobiet (podobnie jak na Krecie). Co ciekawe, sama konstrukcja maltańskich świątyń była rozmieszczona w dość przedziwny i nietypowy sposób - w kształcie zakrzywionej linii, co niektórym z archeologów (np.: Zuntuz) skojarzyło się z... macicą (ciemne, pozbawione okien sale świątyni, przypominające wejście do wnętrza ziemi, niczym do macicy chtonicznej bogini). Podobnie groby - wykute w skale, też mają kształt zakrzywionej linii (prawdopodobnie należały do kapłanek, choć mogli tam też spocząć mężczyźni zabijani wedle kultu misteryjnego, symbolizującego śmierć i ponowne odrodzenie do życia).

I teraz wreszcie przechodzimy do terenów, na których (wedle starożytnych Greków, Scytów i Hetytów) mogło znajdować się plemię zarządzane przez kobiety-wojowniczki, zwane umownie Amazonkami (czy raczej Mazonkami). Otóż w rejonie syberyjskiego Ałtaju odkryto (z jakieś trzydzieści lat temu) doskonale zakonserwowane w lodzie ciało kobiety. Po dokonaniu badań genetycznych okazało się, że kobieta w chwili śmierci miała nie więcej jak 16 lub 17 lat. Spoczęła we wspólnym grobie, wraz ze starszym od siebie mężczyzną (w wieku ok. 45 lat), prawdopodobnie mógł być to jej ojciec. Wokół nich ułożono broń, jak i ciała sześciu koni. Ciało mężczyzny uległo bardzo szybkiemu rozkładowi i niewiele z niego zostało (prócz kości), za to ciało owej dziewczyny doskonale zakonserwowało się w lodzie, jedynie twarz uległa rozkładowi i pozostała sama czaszka, ale ręce i przedramiona  przetrwały w stanie zakonserwowanym. Dzięki temu można stwierdzić że dziewczyna była... wytatuowana. Była ona dość wysoka jak na swój wiek i mierzyła 168 cm. wzrostu. Na lewym ramieniu miała wytatuowanego (niebieskim tatuażem) - jelenia, inne tatuaże (owca, pantera i leopard) znajdowały się pod pachą i wokół talii. Oboje, mężczyzna i kobieta nosili to samo ubranie (filcowe czapki z nausznikami, zdobione złotymi lampartami, jeleniami, koniami i wilkami, oraz spodnie, ułatwiające jazdę konną). Przy jej prawym udzie ułożono sztylet z żelaza, a przy lewym zdobiony kołczan. Poza tym nad głową umieszczono łuk i strzały, zaś wokół mężczyzny złożono: topór, kołczan, łuk, strzały i tarczę. Grobowiec ów datowany jest na ok. 500 r. p.n.e. W tym okresie Grecja oczekiwała perskiego ataku, trwało powstanie greckich, małoazjatyckich polis, Rzymianie obalili Monarchię, Kartagińczycy eksplorowali Morze Śródziemne - walcząc o handlową nad nim dominację z Grekami, a Etruskowie przeżywali czas końca swego rozkwitu. Z tego to właśnie okresu pochodzą ciała obu wojowników.


ZREKONSTRUOWANY WIZERUNEK TWARZY 17-letniej KOBIETY-WOJOWNICZKI Z AŁTAJU Z ok. 500 r. p.n.e.,
(WRAZ Z TATUAŻEM JELENIA NA LEWYM RAMIENIU)



Czy owa dziewczyna i ów mężczyzna mogli należeć do plemienia sławnych Amazonek? Doprawdy, trudno to przewidzieć, ale sam fakt, iż przy młodej dziewczynie złożono broń, świadczy że w tym społeczeństwie kobiety uczono wojaczki (a szczególnie strzelania z łuku) od najmłodszych lat. Pseudo-Hipokrates twierdził, że w społeczeństwie Sarmatów z północy, dziewczynki uczy się jazdy konnej i strzelania z łuku na równi z chłopcami, aż do czasu, gdy osiągną wiek pozwalający im na zamążpójście. Gdy wyjdą za mąż, przestają dosiadać koni i strzelać z łuku (chyba że staje się to konieczne), a poświęcają się dzieciom i domowi. Nim jednak do tego dojdzie - by stać się prawdziwą kobietą - młoda wojowniczka musi zabić w walce trzech nieprzyjaciół. Dopiero wtedy będzie mogła oddać się mężczyźnie, który zostanie jej przyszłym mężem (co ciekawe, taki kandydat musiał swą wybrankę pokonać w walce). Gdy już dojdzie do ślubu, ona zajmuje się tylko dziećmi i domem, ale gdy niebezpieczeństwo zagraża ich społeczności, zdarza się że kobiety zamężne (z dziećmi na rękach lub uczepionymi spódnicy, jak opisuje pseudo-Hipokrates) uczestniczą w walce, strzelając z łuku. Takie kobiety, które potrafiły walczyć o swój dom, gdy ich mężczyźni byli daleko, lub nie mogli przybyć z odsieczą, były bardzo cenione w społeczeństwie Scytów. Natomiast Scytowie (zwani również Sakami, Skitami, Skołotami - ludźmi koła, lub Cydami - panami) to były ludy słowiańskie. Na ogromnych terenach Europy rozciągało się wówczas władztwo plemion słowiańskich i celtyckich, różnych od siebie, ale wywodzących się z jednego rdzenia genetycznego. I w obu tych społecznościach pozycja kobiety była znaczna. 

Owszem, kobiety rzadko kiedy uczestniczyły w walkach z wrogimi plemionami (Grecy opisując Amazonki, jednocześnie przypominają ich klęski w walkach - pobite, schwytane, zmuszone do ożenku, itd.), ale sam fakt że młode dziewczyny były szkolone w walce na równi z chłopcami jest bezsporny. Weźmy chociażby takich Celtów. Któż bowiem wie, że szkoleniem młodych mężczyzn do roli wojownika, zajmowały się właśnie... kobiety, nie inni mężczyźni wojownicy, ale kobiety-wojowniczki (które jednocześnie uczyły młodych mężczyzn i innej sztuki - sztuki miłości, będąc z reguły pierwszymi kobietami, z którymi ci chłopcy odbyli swój pierwszy raz. Takie szkolenie chociażby przeszedł ów sławny galijski wódz, organizator pierwszego w dziejach celtyckiego, anty-rzymskiego powstania w Galii - Wercyngetoryks). Celtyckie kobiety więc nie uczestniczyły w walkach, ale przygotowywały młodych mężczyzn do przyszłej roli wojowników. W społeczeństwie Słowian było nieco inaczej, ale tam pozycja kobiety była jeszcze większa niż u Celtów. Nic dziwnego że Grecy umiejscawiają Amazonki na terenach scytyjskich, gdyż tam właśnie przez długi czas tętniło jedno z najliczniejszych skupisk słowiańskich, ale pierwotne Amazonki nie pochodziły z tych ziem. Miały wywodzić się bowiem z terenów leżących pomiędzy rzekami... Wisłą i Bugiem. Tak, pierwotne Amazonki były Słowiankami/Lechitkam, wywodziły się bowiem z lechickiego plemienia Mazonów (Masonów - Masowiów - Mazowian - Mazowszan), ale los rzucił je na zupełnie inne ziemie, o czym opowiem w kolejnej części.


WERCYNGETORYKS 





🤭



CDN.

DZIEŃ KOBIET W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE

CZYLI TESMOFORIE I MATRONALIA





"PIĘKNYCH KOBIET JEST BEZ LIKU, 
ALE KOBIECE KOBIETY SĄ NIEZWYKLE RZADKIE"
 
HELEN ANDELIN
AUTORKA "FASCYNUJĄCEJ KOBIECOŚCI" z 1963 r.
(Jednej z kluczowych anty-feministycznych pozycji dla kobiet)


Z okazji przypadającego dzisiaj Międzynarodowego Dnia Kobiet, zapraszam do zapoznania się z tym, jak to starożytni Grecy i Rzymianie obchodzili ten właśnie dzień:






DZIEŃ KOBIET, MATEK I MĘŻATEK, CZYLI:


TESMOFORIE


Jedenastego, dwunastego i trzynastego dnia miesiąca pyanepsjon (koniec października, początek listopada) świętowano w Antycznej Grecji (szczególnie zaś w Atenach) prawdziwy Dzień Kobiet. A było to tzw. święto Tesmoforiów, czyli uroczystości ku czci bogini Demeter Tesmofore (patronki płodności) i jej córki Persefony-Kory. Były to uroczystości przeznaczone jedynie dla kobiet i żaden mężczyzna nie mógł w nich uczestniczyć, jeśli nie chciał znieważyć samej bogini - co było wówczas uważane za poważne przestępstwo. Ponieważ mężczyźni nie uczestniczyli w tych uroczystościach, zaś kobiety albo były niepiśmienne, albo nie zajmowały się spisywaniem dziejów i obyczajów epok w których żyły (bardzo niewiele kobiet było poetkami w Antycznej Grecji, ja doliczyłem się jedynie... trzech - Myrtis, Korynna i Safona - z czego ta pierwsza jest dziś już praktycznie całkowicie zapomniana, gdyż nie zachowało się nic z jej twórczości, poza naganą jej uczennicy - Korynny, która miała jej za złe, że: "Będąc kobietą z Pindarem śmiała w poezji się zmierzyć", notabene Pindar również miał być uczniem Myrtis), dlatego też nie ma pewnych informacji co też kobiety w owe święto czyniły i w jaki sposób wielbiły swą boginię (choć oczywiście można przytoczyć - i uczynię to niżej - trzy "fazy" tego święta). Stworzyło to szereg domysłów i mniej lub bardziej "spiskowych" teorii o obliczu Tesmoforiów (czego dowodem była chociażby komedia Arystofanesa "Kobiety świętujące Tesmoforie", wystawiona po raz pierwszy na święcie Lenajów w Atenach w 411 r. p.n.e. Sztuka ta od początku miała wybitnie mizoginiczne oblicze, choć - paradoksalnie - nie była wymierzona w kobiety. Arystofanes bowiem napisał "Tesmoforie" aby wbić szpilę w twórczość Eurypidesa - któremu zarzucał zbytnie sfeminizowanie i zohydzenie greckiej tragedii. Arystofanesa raziło - czego dawał wyraz w swych komediach, m.in. w "Acharnejczykach", "Chmurach" czy w "Lizystracie" - nowatorstwo Eurypidesa, wprowadzanie postaci kobiecych i ukazywanie miłości bohaterów - w tym również miłości seksualnej - unikanie patosu religijnego i wprowadzanie elementów życia codziennego do utworów literackich, a przede wszystkim Arystofanes miał za złe Eurypidesowi, iż ten "upokarzał" herosów i królów i ukazywał ich postawy w obliczu ludzkiej nędzy i kalectwa. Arystofanes uważał że takie przypadki "ludzkich ułomności" nie powinny pojawiać się w sztuce wysokiej, jaką bez wątpienia był grecki dramat. Dlatego też wyśmiewał te oto tematy, twierdząc na przykład, że jedyne co kobiety robią podczas święta Tesmoforiów, to - upijanie się winem do nieprzytomności i leżenie we własnych rzygowinach).

Grecy uważali też, że kobieta jest kłębowiskiem emocji i seksualnych odruchów, dlatego też jest aż dziesięciokrotnie bardziej podatna na bodźce seksualne i czerpiąca dziesięciokrotnie większą radość z seksu, niż mężczyzna. Innymi słowy kobiety, jako "wrażliwe i wciąż niedopieszczone istoty" (trudno się dziwić, skoro były zamykane na klucz w specjalnych pokojach im przeznaczonych - gyneceach - a z mężami kontaktowały się sporadycznie i jak pisał Ksenofont w swym "Ekonomikonie", przytaczając rozmowę Sokratesa z Kritobulosem, ten pierwszy pytał: "Czy znasz jakichś ludzi, z którymi mniej byś rozmawiał niż z własną żoną?", na co tamten odpowiada: "Wcale takich nie ma!") powinno się trzymać je pod kluczem i kontrolować zarówno ich seksualność jak i pracę. Inaczej - jak uważano - kobiety wejdą mężom na głowy i doprowadzą do anarchizacji oraz demoralizacji życia społecznego i politycznego. Ponieważ mężczyźni mieli szereg możliwości i okazji do "zrzucenia" z siebie napięcia seksualnego (organizowanie sympozjów - czyli przyjęć z udziałem heter, wizyty w domach publicznych, czy też stosunki z niewolnicami, a także - paradoksalnie - wyprawy wojenne), a kobiety miały bardzo niewiele tego typu okazji i możliwości (nie wolno im było nawet uczestniczyć z mężami podczas rodzinnych przyjęć i musiały siedzieć we własnym gronie w gyneceach, a jeśli już od czasu do czasu pojawiały się na sympozjonach, to jedynie aby nadzorować służbę nalewającą gościom wina i podającą potrawy. Nie mogły nawet udać się ze swoim mężem w odwiedziny do jego znajomych, gdyż takie coś było uważane za wybitnie niemoralne i... wpychające kobiety w odmęty erotycznego szaleństwa, dlatego też mężowie - zamykając swe żony na klucz w gyneceach - powtarzali im, niczym Menander w "Dziewczynie z obciętymi włosami", iż: "Uczciwa kobieta powinna przebywać w domu, ulica jest dla kobiet nic nie wartych". Pod tym więc względem, Rzymianki miały nieporównanie więcej praw i swobód, niż kobiety Hellady). Dlatego też greckie żony nie miały zbyt wielu okazji do rozładowania seksualnego napięcia i być może często zachowywały się mało racjonalnie i w oczach Greków mogły wyglądać na zdemoralizowane i całkiem uzależnione od seksu nimfomanki.




Dlatego przygotowując się do święta Tesmoforiów, musiały wykazać swoją czystość, a to oznaczało że już na kilka dni przed ową uroczystością nie mogły współżyć seksualnie ze swoim mężem lub innym mężczyzną (co akurat dla Greków nie stanowiło żadnego problemu, gdyż sypianie z własną żoną dla przyjemności w łożu, uważali oni za... co najmniej nieetyczne, żeby nie powiedzieć niemoralne. Żona miała tylko urodzić synów - aby przedłużyć ród swego męża, do zabaw seksualnych były zaś hetery i inne kochanki). Pierwszego dnia - zwanego Anodos ("Droga pod górę"), kobiety piekły ciastka z wyobrażeniem węży (jako symbolu męskich genitaliów) oraz żeńskich organów płciowych i składały je na ołtarzu bogini. Drugiego dnia, zwanego Nesteja, przypadał post i kobiety piły jedynie wodę lub wino (stąd potem zarzuty o pijaństwo), oraz powstrzymywały się od spożywania wszelkich potraw. Trzeciego dnia (noszącego nazwę Kalligeneja - czyli "Piękne pokolenie") również pito wino, oraz ofiarowywano bogini wszelkie rodzaje płodów ziemi, a także ser. Opowiadano sobie również sprośne żarty i bawiono się figurkami żeńskich organów płciowych i węży. Ostatnim przejawem tego święta, był... zbiorowy akt masochizmu, gdy kobiety obnażały swe piersi (a być może nawet rozbierały się całkiem do naga) i wzajemnie biczowały zielonymi gałązkami granatu - co miało pobudzać ich płodność. To tyle co wiadomo na temat święta Tesmoforiów. Warto jednak zaznaczyć również, że pomimo całego swego ubezwłasnowolnienia jako żony i matki, miały kobiety greckie o wiele większe możliwości realizowania się w sferze religijno-duchowej, niż np. Żydówki, które tylko mogły im zazdrościć tej swobody (tak na marginesie chciałbym na szybko dodać jedną rzecz, która bardzo mocno rzuca mi się w oczy w temacie "biblijnym". A mianowicie w kontekście chrześcijaństwa czasem pojawia się określenie religii "judeochrześcijańskiej", mającej mieć wspólny ze sobą, nierozerwalny związek. W tym kierunku podążają też niektórzy protestanci w USA, upatrując w judaizmie swoistego drogowskazu dla chrześcijaństwa - stąd też politycy amerykańscy, wywodzący się w tych właśnie kręgów {m.in. Donald Trump}, często ulegają wpływom diaspory żydowskiej, sądząc iż w ten sposób przybliżają się do samego Boga i "Ziemi Obiecanej". Cóż, nie chcę być złośliwy, ale powiem tylko że są w wielkim błędzie. Nie istnieje bowiem coś takiego jak religia judeochrześcijańska, gdyż chrześcijaństwo - mimo wspólnych korzeni {odnosząc się również do sfery poza religijnej, a skupiając chociażby na channelingach, judaizm, jak również misja Syna Człowieczego Jezusa Chrystusa, wysłane zostały przez ten sam gwiezdny lud TJehooba, z tym że w tym drugim przypadku również uczestniczyli Plejadianie - ale to już tak na marginesie jako ciekawostka} - powstało w zdecydowanej KONTRZE do judaizmu. Jezus Chrystus występował przeciwko kapłanom Świątyni Jerozolimskiej i za to właśnie został przez nich zamordowany, a chrześcijaństwo jest religią stworzoną na zupełnie innych fundamentach niż judaizm. Dlatego też nie kaleczmy uszu takimi nieprawdziwymi i nieistniejącymi sformułowaniami, jak "judeo-chrześcijaństwo". Notabene niedługo Wielkanoc, moje ulubione chrześcijańskie święto, czyli święto Zmartwychwstania. Postaram się również - opierając się chociażby na przekazach z channelingów - w innym temacie opowiedzieć jak doszło do Zmartwychwstania).


MÓJ MISTRZU - PRZEDE MNĄ DROGA, KTÓRĄ PRZEBYĆ MUSZĘ TAK, JAK TY. 
MÓJ MISTRZU - WOKOŁO LUDZIE, KTÓRYCH KOCHAĆ MUSZĘ TAK, JAK TY 



Jedna z bohaterek Eurypidesa z "Melanipe Desmotis", kapłanka bogini Ziemi - Demeter, wygłasza piękną deklarację, zachowaną do naszych czasów, która jest właśnie dowodem emancypacji greckich kobiet w religii. Oto ona, przytoczona w całości: "Tak w służbie bożej - to uważam przecież za najważniejsze - udział my bierzemy zazdrości godny. Wszak w przybytku Feba kobieta ludziom myśl objawia, u czystych progów Dodonejskich, w cieniu świętego dębu też niewiasta słowo oznajmia Zeusa tym Hellady synom, co go żądają. Też ofiary Mojrom - wraz z obrzędami bogiń bezimiennych - nie wolno mężom do nich się przybliżać, kobiety same świętość im nadają. Tak prawo swoje przed obliczem bogów myśmy zyskały w całej jego pełni, czy słusznie zatem wy poniewieracie niewieścim rodem?" W porównaniu do Greczynek, "córy Izraela" nie miały żadnych możliwości religijnej ekspresji i mogły - podobnie jak owa protestantka (która to religia w dużej części czerpie z pierwotnego judaizmu) rzec otwarcie: "Nie dziw, że nam kobietom dzieje się tak źle na świecie - przecież Bóg sam jest mężczyzną". Katoliczki nie mogą tak powiedzieć, gdyż mają one swoją "boginię", swoją orędowniczkę w Niebie - Marię, matkę Jezusa. Zresztą chrześcijaństwo w ogóle jest religią bardzo feministyczną, tak jakby stworzoną właśnie dla kobiet (już sam ten fakt, iże Jezus inaczej traktował niewiasty niż czynili to kapłani Świątyni i uczeni w Piśmie - pokazuje dobitnie że działał On na przekór judaizmowi). A ponieważ chrześcijaństwo jest religią kobiecą (powiedziałbym wręcz że wybitnie kobiecą) przeto przez całe wieki mężczyźni musieli mieć wykutą w nim dla siebie jakąś niszę, która oddawałaby istotę ich charakteru i temperamentu (szczególnie młodych mężczyzn, których rozsadza testosteron). Temu właśnie służyła gorliwość religijna i poświęcenie za wiarę, oraz krucjaty w celu odbicia, a następnie obrony Grobu Świętego w Jerozolimie. Mężczyźni musieli się w chrześcijaństwie nieco "wyszaleć", gdyż religia ta w swym podstawowym trzonie nie była realnie skierowana do nich (oczywiście nie chcę być źle zrozumiany, Dobra Nowina jaką głosił Chrystus była skierowana do wszystkich ludzi na Ziemi, ale przede wszystkim właśnie do kobiet. Zresztą w otoczeniu Chrystusa było wiele kobiet i nie można wykluczyć faktu że oprócz 12 uczniów, Chrystus miał również wiele uczennic), w przeciwieństwie np. do judaizmu czy islamu. Teraz zaś, gdy Kościół staje się taką papką politpoprawnościową dla każdego, to właśnie mężczyźni są grupą, która najczęściej wypisuje się z Kościoła, gdyż nie ma On dla nich nic do zaoferowania i nie stanowi żadnego wyzwania. Niegdyś bowiem mężczyźni wyruszali do boju z imieniem Jezusa i Matki Bożej na ustach i z wizerunkiem Maryi na ryngrafach - "i ruszała wiara w pole, od Chicago do Tobolska" - jak śpiewał Jan Pietrzak. A dziś? Jakie wyzwania współczesny Kościół stawia przed mężczyznami? Na to pytanie (i nie tylko to) Kościół jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Cóż, czekamy.
 
  

 

W TROSCE O ŻONY I MATKI, CZYLI:




MATRONALIA


 "Hilarion śle serdeczne pozdrowienia siostrze Alis, pani matce Berus, i małemu Apollonkowi. Dowiedz się, że jeszcze i teraz jestem w Aleksandrii. (...) Proszę cię i upominam: dbaj o dziecko, a gdy tylko dostaniemy wynagrodzenie, poślę ci na miejsce. (...) Powiedziałaś do Afrodisias: "Nie zapomnij o mnie!" Jakże ja mogę ciebie zapomnieć! A więc proszę cię, abyś się nie martwiła" ("Epistulae privatae Graecae". Jest to list greckiego robotnika z Egiptu - który wyjechał w poszukiwaniu pracy do Aleksandrii - do jego żony Alis, którą, zgodnie z egipskim zwyczajem nazywa on swoją "siostrą". List ten został spisany z końcem I wieku p.n.e., czyli w czasach rządów Oktawiana Augusta, gdy Egipt należał już do Imperium Rzymskiego). Wyżej przytoczony fragment listu jest przykładem tego, jak mężowie troszczyli się o swe żony (większą część listu jednak pominąłem, gdy Hilarion pyta się o zdrowie żony i prosi ją by dbała o dziecko, choć jednocześnie - zapewne ze względów finansowych - pisze jej, że jeśli urodzi się chłopiec to dobrze, a jeśli dziewczynka, to... lepiej jej się "pozbyć"). Przejdźmy zatem teraz do rzymskiego święta kobiet, czyli owych Matronaliów. Rzymianie bardzo radośnie świętowali swoje urodziny i każdy dzień urodzin mężczyzny był świętem jego osobistego Geniusza, a poza tym dzień mężczyzn obchodzono uroczyście 17 marca, w tzw.: Liberalia (czyli święto boga Libera, do którego również wznoszono modły gdy chłopcy osiągali pełnoletność i stawali się młodymi mężczyznami, zrzucając dziecięcą purpurową togę i otrzymując czysto-białą "togę wolności" ["togam liberam"], będącą dowodem uzyskania przez nich pełni praw obywatelskich i wstąpienia w szeregi mężczyzn - Kwirytów). Jednak, podobnie jak świętowano każdy dzień urodzin męża, tak i obchodzono uroczyście również dzień urodzin żony, matki, siostry czy córki, a dzień ten był świętem jej osobistej opiekunki, boskiej Junony. I podobnie jak istniało "święto mężczyzn", tak i istniało w Starożytnym Rzymie "święto kobiet", zwane właśnie Matronalia - które obchodzono 1 marca. Jednak ponieważ (podobnie jak to było w Grecji) rolę kobiety nierozerwalnie łączono z rolą matki, przeto było to również święto matek.



KORNELIA - MATKA BRACI GRAKCHÓW:
TYBERIUSZA I GAJUSZA 
(IDEAŁ KOBIETY I MATKI, KTÓRĄ RZYMIANIE STAWIALI ZA WZÓR SWOIM ŻONOM I CÓRKOM)



Tego dnia każda żona i matka otrzymywała od swego małżonka drobne upominki, a następnie pary udawały się by wspólnie złożyć ofiary i modlić się o pomyślność w małżeństwie - do świątyni Junony Luciny, której to przybytek znajdował się na Eskwilinie (wzniesiony w roku 275 p.n.e., gdy Rzym toczył mordercze walki z królem Epiru - Pyrrusem. Był to zresztą jeszcze czas, gdy wprowadzano drakońskie kary za zbytni przepych i ostentacyjne się nim popisywanie. Na przykład w tym właśnie roku jeden z senatorów został usunięty z kurii tylko za to, że posiadał złote naczynia o zbyt dużej wartości. Potem nieco ograniczano ustawy przeciw zbytkowi, a ostatecznie obarczono nimi same... kobiety, którym w 215 r. p.n.e. - w czasie śmiertelnej wojny z Hannibalem - zakazano noszenia kolorowych sukien, powożenia w obrębie miasta rydwanem zaprzężonym w dwa konie [chyba że kobieta udawała się do świątyni, albo jeśli była pasażerką u boku swego męża, brata lub syna], nie mogła również posiadać przy sobie kwoty większej niż semuncję złota [13,65 kg.]. Z tego powodu w 195 r. p.n.e. doszło w Rzymie do prawdziwego "buntu kobiet" - o którym zresztą już pisałem - i gdy panie obległy ulice i place prosząc senatorów o cofnięcie tych przepisów - pomimo niezadowolenia Marka Porcjusza Katona - prawo to zostało ostatecznie uchylone, gdyż senatorowie doszli do wniosku że nie godzi się zabraniać zbytku jedynie kobietom, gdy oni sami i ich dzieci temu prawu nie podlegają). Małżonek przynosił swej połowicy głównie kwiaty (a Rzym w I i II wieku naszej ery tonął w różach, o czym pisał chociażby Marcjalis w "Epigramach": "Tak go miła woń kwiatów i wdzięk wiosny wszędy, tak piękno zachwyciło róż spod Pestum grzędy. Gdziekolwiek rzuci okiem, poniesie go noga, wszędzie od róż mu ciętych rumieni się droga. Więc Nilu, zawstydzony rzymską zimą nuże - swoje zboże nam przyślij, my ci damy róże"), ale rzymskie matrony otrzymywały od swych mężów zapewne również i inne podarki. W każdym razie - jak pisał Owidiusz: "Strójcie kwiatami boginię: są miłe bogini tej kwiaty. Matko, i własną skroń wiankiem kwiecistym też strój. Módlcie się słowami takimi: "Ty światło, Lucyno, nam dałaś" (...) O wejrzyj na położnice swe".




Rzymianie niezwykle cenili kobiecą wierność i oddanie mężowi oraz rodzinie. Od czasów Oktawiana Augusta (18 r. p.n.e.), kobieta, która urodziła co najmniej trójkę dzieci - była według prawa równa swemu mężowi. Istniało również szereg przywilejów w zależności od liczby posiadanego potomstwa, a poza tym kobieta - w przypadku rozwodu - mogła zatrzymać przy sobie swoje dzieci (oczywiście po wcześniejszej rozprawie sądowej, gdy jej pełnomocnik przekonał do tego sędziów), wcześniej bowiem dzieci pozostawały pod całkowitą władzą ojca (w Grecji oddanie dzieci kobiecie było wręcz nie do pomyślenia). Matronalia poświęcone były również oddaniu kobiet dla swych mężów, gdyż bardzo ceniono oddanie żon w obronie, lub też w obliczu jakiegoś nieszczęścia, jakie spadło na jej męża. Pliniusz Młodszy (którego stryj - Gajusz Pliniusz Starszy - zginął w 79 r. w Pompejach, próbując - jako dowódca floty w Misenum, ratować ludzi z zalewanego przez lawę miasta) pisał pod koniec I wieku: "Jeździłem właśnie łodzią po mym Komańskim Jeziorze, kiedy pewien starszy ode mnie wiekiem przyjaciel zwrócił mą uwagę na willę (...) która wznosi się nad jeziorem. To stąd właśnie - powiedział - pewnego dnia jedna z naszych rodaczek rzuciła się wraz ze swym mężem. Zapytałem o powód. Mąż miał wrzód narządów intymnych. Jego żona zażądała, aby pozwolił go jej zobaczyć, bowiem nikt nie powie bardziej szczerze, czy możliwe jest wyleczenie. Zobaczyła, straciła wszelką nadzieję, związała się z mężem i wraz z nim rzuciła się do jeziora". Wielu rzymskich poetów ceniło też i inne przykłady niewieściej miłości, wierności i poświęcenia (choć może niekoniecznie kosztem własnego życia - wyżej wymieniony przypadek był wyjątkiem, nawet dla Rzymian i dlatego budził sensację). Marcjalis np. bardzo wychwalał Klaudię Rufinę, która choć urodziła się w Galii - a konkretnie na ziemiach dzisiejszej Bretanii (wciąż dla autora krainie dzikiej, mimo że Galia zdobyta została przez Cezara i od tego czasu konsekwentnie romanizowana, na prawie sto lat przed jego narodzinami), to jednak - jak pisał: "ma duszę prawdziwie latyńską". Bardzo cenił też przywiązanie do męża niejakiej Nigriny: "szczęśliwszej niż Euadne czy Alcesis", której miłość porównywał do czystej duszy Sulpicji, z którą nie mogła się równać żadna kobieta. Również Pliniusz Młodszy cenił spore grono kobiet, co to miłość do męża i wierność rodzinie stawiały ponad wszystko.






Matronalia kończyły się wspólną kolacją spędzoną w gronie rodzinnym, w otoczeniu kwiatów i podarków ofiarowanych przez małżonka (i dzieci zapewne też). Tak też kończył się ów "dzień kobiet-matek", zaś 17 marca obchodzono "dzień męskiego Geniusza" ("dzień mężczyzn") i wówczas żona miała możliwość zrewanżować się swemu małżonkowi za okazane jej dobro. Jak jednak wyglądały owe Liberalia? To już temat na zupełnie inną opowieść





WSZYSTKIM CZYTELNICZKOM MOJEGO BLOGA (I W OGÓLE WSZYSTKIM PANIOM) ŻYCZĘ RADOSNEGO I SZCZĘŚLIWEGO DNIA KOBIET - OBY KAŻDY DZIEŃ PRZYNOSIŁ WAM POGODĘ DUCHA I RADOŚĆ ORAZ WIARĘ W PRAWDZIWĄ MOC KOBIECOŚCI, DRZEMIĄCĄ W KAŻDEJ Z WAS.



NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...