WYŚWIETLENIA

04 marca 2026

WŁADYSŁAW IV I PLANY WIELKIEJ WOJNY Z IMPERIUM OSMAŃSKIM - Cz. IX

CZYLI JAK TO KRÓL
RZECZYPOSPOLITEJ WŁADYSŁAW IV
PLANOWAŁ ODBUDOWAĆ DAWNE
CHRZEŚCIJAŃSKIE PAŃSTWO
W KONSTANTYNOPOLU





1645 r.
IMPERIUM OSMAŃSKIE
Cz. V




Z początkiem 1635 r. sułtan Murad IV przygotowywał się do wojny z Persją o odzyskanie Bagdadu, w tym celu gromadził więc silną armię. Wysłał też "zaproszenie" do udziału w wojnie dla chana tatarskiego Dżanibek Gireja, który jednak sułtanowi Muradowi... odmówił. Oczywiście nie bezpośrednio, ale zasłaniał się swą niedołężnością i podeszłym wiekiem (miał już 67 lat). Odmowa udziału w kampanii przeciw Persji została jednak potraktowana przez Murada jako osobisty policzek wymierzony jego władzy przez jednego z lenników. Stwierdził więc że jeśli Dżanibek Girej jest tak stary i niedołężny, to nie powinien władać państwem i musi ustąpić miejsca młodszym - na słowach nie poprzestał. Zorganizował zamach stanu, który w kwietniu 1635 r. obalił starego chana i w jego miejsce wprowadził młodszego Inajet Gireja, syna jednego z twórców potęgi Chanatu Krymskiego - Gazi II Gireja (który panował w latach 1588-1596 i 1597-1607). Od razu też zażądał od niego udziału w wojnie przeciwko Persji - ale z tym był mały problem. W Chanacie bowiem znów ujawnił się Kantymir, który zebrał swych zwolenników i rozpoczął powstanie przeciwko rządom Inajet Gireja, przez co ten nie mógł wypełnić swych zobowiązań póki w jego kraju trwał bunt, zresztą potrzebował też pieniędzy na dalszą walkę. Wysłał więc poselstwo do Rzeczpospolitej, prosząc o wsparcie finansowe, a jako pretekstu używając argumentu że Tatarzy w roku ubiegłym mocno szarpali Moskwę (spustoszyli Orzeł, Kursk i Mceńsk). Król i szlachta Rzeczypospolitej nie mieli jednak teraz głowy do "sprawy tatarskiej", jako że na sejmie (styczeń-marzec 1635 r.) postanowiono (m.in.:) zająć się kwestią kozacką i ukrócić ich samowolę. 

W wielką bowiem moc urośli Kozacy zaporoscy (w samych dobrach hetmana Koniecpolskiego na Ukrainie było już ponad tysiąc kozackich wsi), przyciągani na te tereny wizją albo łatwego wzbogacenia się na handlu rybami, miodem, zbożem lub futrami, albo też na odbijaniu tatarskich łupów. Rosła ludność polskiej Ukrainy i tak ok. 1635 r. było już 80 000 Kozaków którzy mogli w błyskawicznym tempie wystawić siły do boju. Okoliczni panowie polscy nęcili jeszcze najróżniejszych zbiegów i łotrów z całego kraju, ofiarowując im bezpieczeństwo i łatwy zarobek w swych dobrach. Rosła Ukraina, wyswobodzona polskim orężem, teraz upiększana polskim pługiem i ludem (który jednak częściej przyjmował prawosławie). Ale Kozakom mało było urodzajności ziemi, możliwości handlu i wojennej sławy, zdobytej w wypadach przeciwko Tatarom. Chcieli możliwości "kozakowania", czyli wypraw wojennych na Turczyna i Tatara, pirackich rajdów po Morzu Czarnym, palenia tureckich miast i miasteczek, oraz nowych z tego łupów. Gdy w marcu 1635 r. do Warszawy na Sejm (pod laską Jerzego Ossolińskiego) przybyła delegacja Kozaków, domagając się możliwości "kozakowania" i większych praw dla ludności ruskiej, potraktowano ją wyjątkowo oschle. Posłów kozackich nie dopuszczono przed oblicze króla i zakomunikowano im wręcz iż są oni dla Rzeczpospolitej: "jak paznokcie do przycięcia" (jak śpiewał Kaczmarski w "Kniazia Jaremy nawróceniu": "Krew dla ciebie, nie zaszczyty, wzgarda dla ruskiego księcia - my, dla Rzeczypospolitej, jak paznokcie do przycięcia"). Takie potraktowanie posłów, jak również odmowa przyznania Kozakom większych praw, doprowadziło że już w sierpniu tego roku wybuchło na Ukrainie powstanie kozackie pod przewodem atamana Kozaków zaporoskich - Iwana Sulimy.




Kozacy mieli za złe również że wielu polskich panów poczęło ich uważać (bez względu czy byli "rejestrowi" - czyli wpisani do rejestru wojskowego - dającego pewne przywileje, czy też nie) za chłopów, a oni za chłopów się nie uważali. Co jakiś czas dochodziło również na Ukrainie do małżeństw pomiędzy Kozakami a polskimi szlachciankami (takie mezalianse zdarzały się dość często, a niekiedy było to widać w publicznych zachowaniach, np. jedna szlachcianka która wyszła za chłopa, publicznie pokazywała swoją wyższość, choćby przez to, iż sama jechała konno, albo powoziła konnym wozem, a swemu małżonkowi kazała... za sobą biec). Bunt Sulimy zapoczątkował jego atak na nieukończoną, zaporoską twierdzę w Kudaku (na Porohach). Wymordował załogę a dowódcę twierdzy, Francuza - Mariona, kazał wbić na pal. We wrześniu bunt rozszerzył się na Perejesław (gdzie powstali Pawluk i Skindan, gromadząc wokół siebie nierejestrowych mołojców i mordując urzędników królewskich - Sawę Kunowicza i Onuszkiewicza). Przyłączyli się kolejni przywódcy kozaccy - Murko, Nosek, Horościel i Pierog, ale już w październiku powstanie upadło. Powodem tego stanu rzeczy była wieść, że na Ukrainę zmierza z ciężkozbrojnymi hetman Koniecpolski, co spowodowało że przerażeni Kozacy sami uwięzili Iwana Sulimę i wydali go Polakom w zamian za przebaczenie win. Sulima został publicznie stracony w Warszawie 12 grudnia 1635 r. W tym mniej więcej czasie do Warszawy przybył poseł chana krymskiego, prosząc o wsparcie finansowe dla swojego pana. Z tego co mówią o tym spotkaniu kroniki, upłynęło ono w dość przyjaznej atmosferze, a na pożegnanie posła (30 października 1635 r.) wyprawiono bankiet i obiecano mu wsparcie (z początkiem 1636 r. na Krym z pieniędzmi wyjechał polski poseł Krzysztof Dzierżek). 




A tymczasem w czerwcu 1635 r. sułtan Murad IV wyruszył na wojnę z Persją. Jego celem był jednak nie Bagdad, ale Erywań, którego bronił Emir Gune. Po miesiącu oblężenia i ostrzeliwania zamku erywańskiego i murów miasta z dział, sułtan obiecał wszystkim obrońcom przebaczenie, jeśli tylko złożą broń. 8 sierpnia twierdza Erywań skapitulowała a sułtan dotrzymał danego słowa (Emir Gune został przez niego mianowany walim Aleppo). Teraz planował ruszyć do Tebryzu, ale wcześniej postanowił załatwić jedną sprawę, która od dłuższego czasu spędzała mu sen z powiek. A mianowicie wysłał do Konstantynopola dwóch posłów, jeden miał zawiadomić dwór i stolicę o zwycięstwie sułtana, a drugi wiózł... rozkaz zamordowania jego braci - Bajazyda i Sulejmana, który miał zostać przyćmiony euforią wielkiego zwycięstwa (wszelkie niekorzystne decyzje polityczne większość władców i despotów dokonywała w euforii jakiegoś innego sukcesu, a dowodem tego niech będzie fakt, iż marksistowskie plany stworzenia totalitarnej Unii Europejskiej też były wprowadzane w życie na falach euforii - pierwszej po upadku komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej w latach 1989-1990, gdy w 1992 r. uchwalono tzw.: Traktat z Maastricht, wprowadzający w ramach luźnej federacji Wspólnot Europejskich, jedną Wspólnotę Europejską {wszedł w życie po ratyfikacji w 1993 r.}, po raz drugi na fali euforii podczas pierwszego wielkiego rozszerzenia Wspólnoty na Wschód w 2004 r., gdy opracowano "Konstytucję dla Europy", która przepadła w referendach we Francji i w Holandii w 2005 r. ku ogólnemu rozgoryczeniu marksistów (trockistów). Ale wiadomo, rewolucja musi trwać dalej, dlatego też w 2007 r. opracowano "mini-konstytucję" - która była po prostu przepisaniem tej pierwszej i jedynie usunięciem najbardziej jaskrawych, choć mało znaczących sformułowań, została ratyfikowana w 2009 r. i od tego dopiero czasu można mówić o powstaniu Unii Europejskiej. Tak więc zawsze wszelkie niepopularne projekty, wprowadza się pod osłoną wszelakich "sukcesów").




Książęta Bajazyd i Sulejman zostali zamordowani na rozkaz sułtana jeszcze w sierpniu 1635 r. Nie były to dzieci Kosem, więc nie wywarło to na niej większego wrażenia, tym bardziej że teraz to tylko jej synowie mieli otwartą drogę do tronu. Bez wątpienia jednak musiała się obawiać czy w przyszłości sułtan nie skaże na śmierć również i swych braci rodzonych - Kasima i Ibrahima. A tymczasem we wrześniu padł Tebryz (który został zniszczony przez osmańską armię). Dalsze postępy wojenne zaprzepaściła choroba sułtana, która przykuła go do łoża (potworne bóle podagryczne trapiły go przez całe dwa tygodnie). Z początkiem 1636 r. armia perska odzyskała Erywań, co w zasadzie niwelowało jakiekolwiek osmańskie sukcesy poprzedniego roku. W grudniu 1635 r. Murad IV powrócił do Konstantynopola, gdzie był witany jako triumfator i mógł ujrzeć swego syna - spłodzonego z Semsisah Kadin (gruzińską księżniczką z rodu Mingrelya, która trafiła do haremu z początkiem 1634 r. jako 15-letnia dziewczyna). Synowi dał na imię - Alladyn (żył on tylko niecałe dwa lata). Rok 1636 upłynął dość spokojnie, w każdym razie wciąż trwały wielkie przygotowania na wyprawę bagdadzką, która jeszcze nie doszła do skutku. Sułtan jednak nudził się w stolicy niemiłosiernie i jeśli nie znajdowano go na placu do ćwiczeń strzelniczych, gdzie zarówno strzelał z broni palnej, jak i ciskał włócznią (dzirytem) do tarczy, to snuł się po ulicach miasta w otoczeniu spahisów, wjeżdżał konno w tłum ludzi na placach, doprowadzając do ich rozejścia się, całe zaś noce spędzał na hulankach w haremie, lub po prostu skazywał na śmierć swych urzędników i wielmożów za najdrobniejsze przewinienia (nie tylko zresztą ich, skazał również na śmierć przez wbicie na pal tłumacza francuskiego posła, który niezbyt nisko skłonił się podczas jego powitania - a ceremoniał dworu osmańskiego mówił, że poseł musi dotknąć twarzą ziemi na powitanie sułtana. Poseł więc został odprawiony z dworu osmańskiego dosłownie w samym kaftanie, nie pozwolono mu zabrać żadnej innej rzeczy i siłą wsadzono na statek, a jego tłumacza wbito na pal). Sułtan prowadził bardzo niezdrowy tryb życia, balował do późna w nocy, pijąc dużo wina i zajadając się tłustymi i słonymi potrawami, które ze względu na stan jego zdrowia (jeszcze nie wiedział że ma marskość wątroby) nie były wskazane.




A tymczasem z początkiem 1637 r. Kozacy zdobyli twierdzę Azow nad Donem, paląc miasto i mordując wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci uprowadzając zaś w niewolę. Zajęli też zamek w Kaffie, gdzie przez całą zimę 1637 r. spędzali czas aż do chwili gdy do Kaffy został wysłany serdar Muhammed Pasza - wówczas opuścili to nadmorskie miasto na Krymie, paląc za sobą zamek. Wcześniej jeszcze, 9 marca 1637 r. wsparli w bitwie pod Akermanem, chana krymskiego - Inajeta, przeciwko siłom beja Kantemira, który został pokonany i musiał się ratować ucieczką do Turcji. W ten sposób wojna domowa w państwie krymskim została ostatecznie rozstrzygnięta na korzyść chana Inajeta, ale bracia Kantemira - operujący w Dobrudży, zwrócili się z prośbą o pomoc do Rzeczpospolitej, obiecując uznanie protekcji króla Władysława IV. Tymczasem również Inajet zamierzał zwrócić się o pomoc do Polski, ściągając do siebie Kozaków zaporoskich pod wodzą Pawła Pawluka. Nim ci jednak przybyli, Pawluk rozpoczął kolejne powstanie przeciw Polsce na Ukrainie (12 sierpnia 1637 r. wydał odezwę wzywającą do buntu Kozaków w Kryłowie). Znów Ukraina zapłonęła ogniem. Mordowano księży katolickich i Żydów. Strażnik bracławski (syn wojewody bracławskiego - Jakuba Potockiego) Mikołaj Potocki, ruszył na Ukrainę z armią liczącą 4000 żołnierzy, odpowiadając na uniwersał, wydany przez hetmana Koniecpolskiego w Barze (4 września), wzywający do tępienia rebeliantów. 16 grudnia 1637 r. doszło do ostatecznego starcia pod Kumejkami, gdzie w taborze zamknęło się 21 000 Kozaków. Potocki rozerwał tabor - tracąc ok. 100 żołnierzy (Kozaków zaś poległo ok. 6000, część uciekła). 18 grudnia Potocki zdobył i spalił Czerkasy, stolicę kozactwa, reszta z nich zaś uciekła nad Dniepr, pod Borowicę. Tam szarpał ich porucznik Żółtowski ze swoim oddziałem i ostatecznie zmusił do złożenia broni. Wielu chciało teraz położyć kres kozakowaniu, ostatecznie rozwiązać Sicz, zamienić Kozaków w chłopów, ale inni radzili aby opanować gorące głowy i przywiązać ich do wspólnej Ojczyzny, przyciągnąć do Unii (w 1596 r. w Brześciu Litewskim dokonano realnego zjednoczenia dwóch odrębnych nurtów tej samej religii - katolicyzmu i prawosławia, tworząc Kościół Unicki, zwany również Grekokatolickim. Była to pierwsza, w miarę skuteczna próba zjednoczenia obu tych religii, pozostających we wrogich sobie relacjach od Wielkiej Schizmy 1054 r.).




Sejm 1638 r. (marzec-maj) ograniczył rejestr z 8000 do 6000 Kozaków, przy czym najwyższe w nim stopnie mieli piastować polscy szlachcice (pomniejsze funkcje wyznaczono dla wiernych Rzeczypospolitej atamanów). Całą resztę Kozaków zamieniono w chłopów. Zabroniono im mieszkać w miastach i chodzić na Zaporoże. Tak spacyfikowani Kozacy raz jeszcze się zbuntują w marcu 1638 r. pod przywództwem Jakuba Ostranicy i Dymitra Huni, ale niczego nie wskórają (zastaną rozbici pod Żłoninem - czerwiec, oraz nad rzeką Starzec i pod Krzemieńczukiem - sierpień), co zaowocuje likwidacją samorządu wojskowego Kozaków w grudniu 1638 r., choć dano im również możliwość wyboru własnego atamana, co było dużym ustępstwem na rzecz kozaczyzny. Tak więc chan Inajet, który zawierzył kozackiemu wsparciu, musiał sobie mocno pluć w brodę, jako że oficjalnie sprzeciwił się sułtanowi, odmawiając mu wsparcia w wojnie z Persją. Teraz, gdy stało się jasne że Kozacy nie przybędą z odsieczą, osobiście wybrał się do Konstantynopola, chcąc błagać o przebaczenie Murada IV za swoje zachowanie. Nie udało mu się to. Rozgniewany sułtan kazał wtrącić Inajeta do lochu, gdzie wkrótce potem został uduszony (był to jednocześnie pierwszy i jedyny w historii przypadek zamordowania chana tatarskiego przez Turków). Miało to miejsce w czerwcu lub lipcu 1637 r. Nowym zaś chanem został mianowany Bahadur (czerwiec 1637 r.) Co ciekawe, niepomny losów poprzednika, Bahadur również nawiązał kontakty z polskim dworem, prosząc o wsparcie w celu zrzucenia tureckiej zwierzchności i obiecując oddanie Polsce Mołdawii, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu (czyli dzisiejszych Węgier i Rumunii). W tym celu w drugiej połowie 1637 r. do Bakczysaraju przybył polski poseł od króla Władysława IV, który jednak (w wyniku niechęci szlachty polskiej do wojny z Imperium Osmańskim) niczego nie zdziałał. Widząc że niczego nie wskóra, z początkiem 1638 r. chan Bahadur obiecał sułtanowi Muradowi IV swą pomoc w wojnie z Persją. Sułtan przygotowywał się do niej niezwykle starannie, a głównym celem kampanii miało być ponowne odzyskanie utraconego czternaście lat wcześniej Bagdadu.




 CDN.

03 marca 2026

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XIX

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. XVI



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. XVI






PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE:
SŁOWIANIE
(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)
(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. IV



FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 - 925 r. p.n.e.)
Cz. III



Ok. 1100 r. p.n.e. (bo o tym właśnie okresie będzie teraz mowa) plemiona ludu Habiru w Palestynie przeżywały czasy demograficznego upadku i osłabienia, a kontrola miast-państw Kraju Nadmorskiego nie tylko nad regionem Szafeli (w dużej mierze kulturowo tożsamego z Filisteą), ale również nad ziemiami środkowej Palestyny (czyli pogranicza) była całkowita i niezaprzeczalna. Już sam fakt że kluczowe postacie kultury hebrajskiej, takie jak: Debora, Lappidot czy Samson nosili imiona filistyńskie i jeśli nie byli przedstawicielami tego ludu, a (jak głosi Księga Sędziów) bohaterami plemion Izraela, to sam fakt noszenia przez nich imion niehebrajskich jest niezwykle wymowny i pokazuje że jako lokalne elity, aspirowali oni do kultury wyższej, kultury dominującej, którą wówczas reprezentowała właśnie cywilizacja filistyńska. Zresztą owa wymieniona przeze mnie trójka nie jest wcale żadnym wyjątkiem od reguły, a wręcz trendem, który utrzymywał się praktycznie od początku wkroczenia ludu Habiru do Kanaanu. Późniejsi władcy (jak Saul, Dawid, Salomon i Absalom) byli również albo poddanymi Filistynów, albo też przedstawicielami lokalnych elit które co prawda wybijały się na polityczno-religijną niezależność, ale kulturowo tkwiły w centrum cywilizacyjnym Filistei (Saul pochodził z filistyńskiego Gibeonu, Dawid był poddanym Filistynów z Gat, a Salomon i Absalom są imionami pochodzącymi z kręgu tradycji filistyńskiej, nie zaś hebrajskiej). Można więc z pełnym przekonaniem założyć, że aż do upadku pierwszej Filistei, spowodowanej najazdem wojsk egipskich faraona Szeszonka I (w roku 925 p.n.e.), dominacja Kraju Nadmorskiego rozciągała się na cały Kanaan i dosięgała ziem syryjskich, a nawet dochodziła do granic Jamhadu (północna Syria nad granicą z Cylicją z takimi miastami jak Ugarit, Karkemisz, Aleppo, Ebla). Dopiero ten upadek Filistei pozwolił Izraelitom wybić się na niepodległość, a nawet doprowadzić do powstania lokalnego izraelo-judzkiego mocarstwa w Kanaanie. Ten okres trwał do 701 r. p.n.e. gdy ziemie Palestyny najechali Asyryjczycy (w roku 722 p.n.e. król Salmanasar V podbił Izrael a ludność deportował do Asyrii, zaś w 701 r. p.n.e. Sannacheryb zdobył Lakisz i uczynił z Judy - której to głównym miastem była Jerozolima - kraj sobie zależny). Stworzyło to dla Filistynów okazję do ponownego odrodzenia politycznego pod dominacją asyryjską i ten drugi okres lokalnej potęgi Filistei był znacznie bardziej dotkliwy dla Izraelitów, niż okres wcześniejszy (1170-925 p.n.e.). Gdy więc w latach 612-605 r. p.n.e. Palestynę i Syrię najechał faraon Nechon II, a następnie region ten popadł w zależność od władcy Babilonii - Nabuchodonozora II, Izraelici wzięli krwawą pomstę na Filistynach i to właśnie wtedy zrodziła się owa nienawiść, która została uwieczniona na kartach Starego Testamentu. Filistea odrodziła się raz jeszcze w czasie dominacji perskiej po roku 525 p.n.e. i jej przewodnictwo trwało do czasu wkroczenia do Kanaanu wojsk Aleksandra Wielkiego. My jednak skupmy się na tym pierwszym okresie filistyńskiej dominacji, gdy elity ludu Habiru bezdyskusyjnie przyjmowały kulturę (a czasem religię) Filistei.




Postać sędziego Samsona (o którym teraz chciałbym napisać) jest bardzo niejednoznaczna i pokazuje jakoby na siłę próbowano połączyć jego osobę z dziejami Izraela i włączyć go w obręb całej późniejszej religijnej kultury Hebrajczyków. A przecież jego dzieje, opisane w Księdze Sędziów Starego Testamentu zaledwie dotykają problematyki żydowskiej, zaś wydarzenia - składające się na dzieje życia sędziego Samsona - są jak najdalsze od wszystkiego, do czego dążył lud Hebrajczyków po wyjściu z niewoli egipskiej. Tak naprawdę bowiem - jeśli wczytamy się w informacje jakie zawarte są w Starym Testamencie o Samsonie - to główne jego cele nie mają nic wspólnego z wyzwoleniem ludu Izraela, a są jedynie walką o utrzymanie swej własnej więzi z Bogiem, połączonego z knowaniami filistyńskich kobiet z którymi się spotykał (głównie zaś Dalili). Nie ma tam nic o potrzebie wyrwania Hebrajczyków z niewoli i nawet owa zemsta oślepionego Samsona na Filistynach (dokonana w pałacu królewskim w Gazie), jest jakoby jego prywatną zemstą, a nie działaniem patriotycznym w imię walki o wolność swego ludu. Tym bardziej że opowieść o Samsonie dzieje się albo bezpośrednio na ziemiach Filistei (a przecież jest on do Filistynów usposobiony początkowo bardzo przyjaźnie, a szczególnie upodobał sobie filistyńskie kobiety jako swe kochanki), lub też na ziemiach plemienia Dan. Nie ma tam nic o potrzebie walki o niepodległość i wyzwolenie się spod władzy serenów z Kraju Nadmorskiego (słowo "seren" w języku filistyńskim oznaczało władcę, co też pokazuje jak blisko język ten był powiązany z językiem lechickim - współczesnym odpowiednikiem słowa z "seren" może być w języku polskim słowo "suweren"). Jest jeszcze jeden fakt, który odróżnia Samsona od Hebrajczyków, a mianowicie jego upodobanie do zapuszczenia długich włosów, w których miała tkwić boska siła. Ten przekaz nie ma zupełnie nic wspólnego z tradycją jahwistyczną, a raczej nawiązuje do solarnego kultu boga Szamasza - którego kapłani również nosili długie włosy, będące symbolem siły słońca, tym bardziej że kult boga Szamasza mieścił się w granicach ziem plemienia Dan (z którego to wywodził się Samson), czyli w Bet-Szemesz. O tym jak bardzo Izraelici czerpali z kultury filistyńskiej niech świadczy fakt, że podobnym zgromadzeniem religijnym (na kształt solarnego zakonu z Bet-Szemesz) byli nazarejczycy, którzy również zapuszczali długie włosy, w których upatrywali twórczej mocy Jahwe i takim właśnie nazarejczykiem miał być sędzia Samson. Wyznał on Dalili (kobiecie którą poznał w Timnie - mieście również wchodzącym w skład plemienia Dan) iż jego boska siła pochodzi z długości jego włosów: "Brzytwa nie przeszła jeszcze po mojej głowie, gdyż jestem nazarejczykiem bożym od mego urodzenia; jeśli by mnie ogolono, opuściłaby mnie moja siła i osłabłbym, i stałbym się jak każdy inny człowiek" (Sdz. 16-17). Nazarejczycy bowiem musieli przestrzegać rygorystycznych praw, które zabraniały im spożywania alkoholu, strzyżenia włosów i utrzymania rytualnej czystości, co dotyczyło głownie zakazu jakiegokolwiek kontaktu z ciałami zmarłych (nie wiadomo czy to samo można też powiedzieć o kapłanach z Bet-Szemesz, ale biorąc pod uwagę fakt że religijne praktyki Hebrajczyków były w tym okresie praktycznie w całości kopią praktyk filistyńskich - w 90 proc., pozostałe 10 proc. to praktyki wyniesione z religii egipskiej, z którą lud Habiru zżył się w czasie swej długoletniej niewoli nad Nilem - należy założyć że zakon kapłanów boga Szamasza miał bardzo podobne wymogi).
 

POSTAĆ ZŁOTEGO CIELCA, JAKIEGO POSTAWILI SOBIE HEBRAJCZYCY PO TYM, JAK MOJŻESZ UDAŁ SIĘ NA SPOTKANIE Z BOGIEM I NIE WRACAŁ PRZEZ DŁUŻSZY CZAS, JEST NICZYM INNYM, JAK WŁAŚNIE PRZEJĘTYM Z TRADYCJI EGIPSKIEJ KULTEM BYKA APISA



Ważne jest również to, że sędzia Samson pochodził z plemienia Dan (Danuna - Dnynw), a plemię to - jak wspomniałem w poprzedniej części - przybyło do Kanaanu wraz z Filistynami (Peleset) i choć potem nie zajęło ziem nadmorskich, to jednak kultura Danitów była w zasadzie tożsama z kulturą Filistynów i gdyby nie fakt że lud ten (dopiero ok. IX wieku p.n.e.) zaczął się powoli hebraizować, nie sposób byłoby oddzielić jednych od drugich najeźdźców spod znaku Ludów Morza. Po za tym lud Danuna nie mógł być pierwotnie ani hebrajski ani autochtoniczny - kananejski (chociaż w tym okresie, czyli już od ok. 1100 r. p.n.e. ludność kananejska i filistyńska tak się zjednoczyła, że nie sposób było dojrzeć ich odrębności), a to choćby z tego powodu, iż kult boga Szamasza - którego wyznawali Danici, był solarnym kultem typowo indoeuropejskim (a przybysze ci zapewne pierwotnie wyemigrowali z rejonu Karpat, z ziem wówczas zajętych przez Słowian). Plemię to uległo stopniowej hebraizacji po spustoszeniu Kanaanu przez wojska faraona Szeszonka I w 925 r. p.n.e. i stąd właśnie zrodziła się postać sędziego Samsona, która pierwotnie zupełnie nie pasuje do plemion Izraela, ale po kulturowej implementacji lokalnych wierzeń i mitów ludu Danuna, wytworzyła się w tradycji hebrajskiej postać mocarnego sędziego Samsona o długich włosach, zdradzonego przez podstępną Filistynkę o imieniu Dalila. Biorąc pod uwagę ów fakt, wszystko układa się w spójną całość i tym sposobem można wyjaśnić pojawiające się nieścisłości co do zwyczajów, jakim ulegał Samson, a które nie były praktykowane przez ludy wyznające religię mojżeszową. Plemię Danuna w późniejszym okresie wyemigrowało na północ, na tereny leżące za jeziorem Merom, bezpośrednio nad rzeką Litą nieopodal Gór Libańskich, gdzie założono miasto o takiej samej nazwie - Dan. Dokładnie jednak nie wiadomo kiedy nastąpił ów eksodus i czy objął całe plemię, czy też nastąpił podział i cześć przedstawicieli tego ludu opuściła stare osady i szukała nowego szczęścia na Północy - wiadomo tylko że migracja ta nastąpiła już po śmierci sędziego Samsona. Bezspornym pozostaje jednak fakt, że plemię Danuna zajęło ziemie graniczące z Fenicją, a konkretnie leżące w linii prostej na wschód od Tyru i na drodze wiodącej bezpośrednio z Tyru do Damaszku.





Warto też powiedzieć słów parę o miastach, które były wymienione w opowieści o Samsonie i które wchodziły w skład ziem ludu Danuna, a były to:


TIMNA
      
 Miasto w którym Samson poznał i zakochał się w Dalili - filistyńskiej kobiecie zamieszkałej w dolinie Sorek. Było to miasto całkowicie filistyńskie i nawet w późniejszych czasach, gdy Izrael i Juda przejęły już polityczną dominację w Kanaanie, miasto to było zupełnie obce dla Żydów (co zresztą zostało wspomniane w Księdze Rodzaju). Władcy Timny byli mocno związani z królami Ekronu i były to związki zarówno gospodarcze, polityczne jak i matrymonialne (serenowie Ekronu wydawali swe córki za synów serenów Timny i na odwrót), zresztą oba miasta-państwa leżały w niedalekiej od siebie odległości. W tym okresie było to jeszcze silne i bogate miasto.  
 
 
 BET-SZEMESZ
  
 Kultowe miasto solarnego boga Szamasza (Szemesza?), którego kapłani nosili długie włosy - jako symbol boskiej władzy swego idola. Było to miasto graniczne, leżące nieopodal plemion Symeona i Judy. Zostało ono zdobyte przez Izraelitów jeszcze przed 1050 r. p.n.e., jako że tam właśnie umieszczono Arkę Przymierza zwróconą przez Filistynów. Tam też znajdował się tzw.: "Kamień Jozuego" ustawiony na polu pod Bet-Szemesz na pamiątkę zdobycia tego miasta przez Hebrajczyków.  


GEZER

 Wojownicze miasto Danitów które wielokrotnie toczyło walki z przygranicznym plemieniem Efraima, najeżdżając ziemie Hebrajczyków z tego plemienia i je pustosząc. Zostało ono zdobyte i spalone przez Egipcjan w 925 r. p.n.e. a ludność uprowadzona w niewolę. Po tym czasie dawny Gezer został odbudowany już jako miasto żydowskie i wszedł w skład Królestwa Izraela.  


ESZTAOL

Najważniejsze miasto plemienia Danuna na początku ich osadnictwa w Kanaanie. Potem jednak, w epoce ekspansji utraciło swe znaczenie, a po najeździe egipskim weszło w skład Królestwa Judy. Esztaol znane jest właśnie z opowieści o Samsonie. 




EKRON

Najpotężniejsze miasto-państwo zasiedlone przez Danitów. O tym mieście pisałem już w poprzednich częściach, teraz tylko dodam że w epoce ekspansji znacznie się ono rozbudowało i umocniło nową linią murów miejskich. Serenowie Ekronu posiadali dość dużą armię, która ok. 1050 r. p.n.e. w okolicy Mizpy zadała druzgocącą klęskę wojskom plemion Beniamina i Judy (bitwa pod Ebenezer) w wyniku czego Arka Przymierza dostała się w ręce władców Ekronu. Ten fakt oznaczał że Danici z Ekronu stali się szczególnie znienawidzeni przez Izraelitów, a fakt, iż w Ekronie znajdowała się świątynia tamtejszego głównego bóstwa - Baal-Zebuba, sprawiło że w tradycji jahwistycznej imię tego boga zostało utożsamione z szatanem, i tak odtąd Belzebub - Władca Much, stał się symbolem wszelkiego zła i konkurentem Jahwe do panowania nad światem. 






A o tym, jak dalej potoczyły się losy Arki Przymierza (i czym ona była naprawdę) oraz dzieje miast Filistei począwszy od roku 1050 p.n.e. aż do nieszczęsnej inwazji egipskiej z 925 r. p.n.e. i wstąpienia na tron Izraela Saula - opowiem w następnej części


CDN.

02 marca 2026

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XI

DUSZE "ZWIERZĘCE"




Czy zwierzęta mogą posiadać duszę? To pytanie od wieków "trapiło" najróżniejsze światowe religie - od wierzeń ludów starożytnych po czasy nam współczesne. W mitologiach wszystkich religii ludzkich aż roi się od najróżniejszych zwierząt (zarówno groźnych bestii, jak i tych łagodnych jak baranki). Egipscy bogowie, choć mieli ludzkie ciała, to jednak twarze były (w większości) zwierzęce. Bogowie Olimpijscy zawsze posiadali jakieś zwierzę, które symbolizowało boskość danego Olimpijczyka (np. Zeus miał orła, symbolem jego małżonki Hery - był paw, Posejdona - delfin oraz koń, Afrodyty - jaskółka, gołąb i baran, Aresa - pies oraz sęp, Ateny - sowa a Artemidy - łania lub jeleń, itd.). Rzymski pisarz i filozof - Salustios, żyjący w IV wieku naszej ery, w swym dziele: "O Bogach i świecie" w rozdziale XX pisze tak: "Jeśli wędrówka dusz ma miejsce w przypadku istoty rozumnej, po prostu staje się ona duszą ciała. Ale jeśli dusza wstępuje w nierozumne zwierzę, podąża za ciałem na zewnątrz, tak jak duchy opiekuńcze podążają za człowiekiem. Gdyż nie może być nigdy rozumnej duszy w nieracjonalnej istocie. Wędrówka dusz może być dowiedziona z wrodzonych cierpień osób. Gdyż dlaczego niektórzy rodzą się ślepi, inni sparaliżowani, inni z pewnymi schorzeniami samej duszy? Znowu, naturalną powinnością dusz jest wykonywać swą pracę w ciele, czy przypuszczamy, że kiedy raz opuszczą ciało, spędzać będą całą wieczność w bezczynności?".

Natomiast Platon w swym dialogu "Państwo", w X księdze, zatytułowanej: "Opowieść ERA", pisze tak: "...Powiada więc, że widział duszę niegdyś Orfeusza, jak wybierała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobiet, więc nie chciał przychodzić na świat przez ciało kobiety. I widział duszę Tamyrasa, jak wybiera żywot słowika. A widział też łabędzia, który dla odmiany postanowił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzęta tak samo. Dwudziesta z rzędu dusza obrała życie lwa. A ta była Ajaksa, syna Telamona. Nie chciała się stawać człowiekiem, pamiętała ten sąd, który rozstrzygał o zbroi. A po niej dusza Agememnona. Ona też z odrazy do rodzaju ludzkiego i przez przebyte cierpienia wolała się w orła przemienić. Gdzieś pośrodku losowała dusza Atalanty. Zobaczyła zaszczytne odznaki atlety i nie umiała przejść mimo - wzięła swój los. A potem widział duszę Epeijosa, syna Panopeusa, jak weszła w naturę kobiety o zdolnościach do techniki. A dalej, pośród ostatnich, zobaczył duszę tego błazna Tersytesa, jak wstępuje w ciało małpy (...) Dusze wielu zwierząt przechodziły w ludzi i przechodziły jedne zwierzęta w drugie. Niesprawiedliwe dusze wstępowały w zwierzęta dzikie, a sprawiedliwe przemieniały się w zwierzęta łagodne - odbywały się wszelkie możliwe przemiany". Czyli Platon (oraz Salustios) sugerował że ludzkie dusze nie tylko mogą wstępować w ciała zwierząt i odradzać się pod ich postaciami, ale (co szczególnie ważne) oficjalnie pisał on tu o inkarnacji duszy, która dla niego (wierzącego przecież w tradycyjny panteon greckich bogów) i jemu współczesnych - najprawdopodobniej nie była wcale niedorzeczna.

Chrześcijaństwo miało co do tej kwestii stosunek (powiedzmy sobie)... bardzo różny. W Księdze Rodzaju jest napisane: "A wreszcie rzekł Bóg: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (...) Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi" (1,26.28). Innymi więc słowy Bóg powierzył człowiekowi panowanie nad całym światem i wszystkim co się na nim urodzi i żyje (także oczywiście zwierzętami), ale czy zwierzęta według chrześcijan mogą mieć duszę i pójść do Nieba? Św. Tomasz z Akwinu twierdził że jest to niemożliwe i pisał tak: "Przede wszystkim została stworzona mądrość. To Pan ją stworzył i wylał na wszystkie swe dzieła, na wszystkie stworzenia (...) Lecz zwierzęta nie mają rozumu". Skoro nie mają rozumu, nie są inteligentne, a to znaczy że owa "Mądrość" zesłana przez Pana, dotyczy jedynie istot ludzkich. Co ciekawe (i co należy tutaj dodać gwoli sprawiedliwości), na łożu śmierci (św. Tomasz z Akwinu zmarł w 1274 r.) prosił by nie publikowano jego przemyśleń, gdyż... wycofuje się z niektórych z nich (nie powiedział jednak z jakich). Św. Paweł pisał o jedności świata ludzi i przyrody, zaś św. Franciszek z Asyżu mówił że cały świat został stworzony dla adoracji Boga i nikt bardziej od Niego w chrześcijaństwie nie przywiązywał większej wagi do znaczenia zwierząt w boskim planie stwórczym (św. Franciszek na obrazach często jest otoczony najróżniejszymi zwierzątkami).

Dziś chrześcijaństwo stoi na stanowisku że zwierzęta duszę jednak posiadają, ale jest to dusza sensytywna (zmysłowa). Różni się ona od ludzkiej duszy tym, że... nie jest nieśmiertelna i umiera wraz ze śmiercią zwierzęcia. To samo twierdzą muzułmanie oraz wyznawcy judaizmu. A co na ten temat mówią hipnoterapeuci? Jeden z nich, na konferencji zorganizowanej w Nowym Jorku, na pytanie kobiety o to czy "koty mają duszę?" odpowiedział żartem: "Nie wiem, nigdy nie poddałem hipnozie żadnego kota?". Jednak ta odpowiedź nie zadowoliła owej pani (która notabene była właścicielką czterech kotów) i domagała się szerszych informacji. Ów hipnoterapeuta stwierdził więc, że niektórzy jego pacjenci widują w "Świecie Dusz" dusze zwierzęce. Według przekazów hipnotycznych, okazuje się że dusze ludzkie i dusze zwierzęce nie są jednym i tym samym, a to oznacza że... transmigracja nie istnieje. Dusze bowiem nie rozwijają się w sposób pionowy z dołu do góry, lecz w sposób poziomy - do przodu. Dusze zwierzęce po śmierci ich ciał... idą w "Zaświatach", do miejsca specjalnie dla nich przeznaczonego, do którego też nie przybywają dusze ludzkie. Nie oznacza to jednak że po śmierci nie możemy spotkać naszych ukochanych pupili, okazuje się że jeśli tego zapragniemy, możemy je przywołać. Odbywa się to następująco - jeśli chcemy spotkać ulubionego zwierzaka, ludzka dusza wysyła komunikat (Myśl) do... Opiekuna zwierzęcych dusz, z prośbą o przyprowadzenie do nas naszego pupila.




Zgodnie z przekazami - okazuje się że zwierzęta posiadają nieśmiertelną duszę, lecz znacznie rożni się ona od tej naszej "ludzkiej". Jedną z głównych różnic między ludzkimi a zwierzęcymi duszami, jest ilość posiadanej przez nie energii. Dusze zwierzęce posiadają niewielką ich ilość i do tego (wedle przekazów) mniejszych rozmiarów. Ale główną różnicą jest brak jaźni, którą posiadają ludzkie dusze. Powoduje to że zwierzęce dusze nie są owładnięte indywidualnymi problemami, co też oznacza że akceptują każde swoje środowisko i nie walczą z tym (jak często czynią ludzkie dusze), a po prostu wtapiają się w swoje otoczenie. Hipnoterapeuta zadał pytanie poddanej hipnozie kobiecie: "Czy myślisz że dusze zwierzęce także przebywają w grupach, takich jak Twoja własna w "Świecie Dusz?", odpowiedź brzmiała: "Nie wiem tego, nie chodzę tam, zresztą on (piesek pacjentki) mnie do siebie nie wzywa. Jedyne co wiem, to to, iż każda forma życia ma swój określony układ energii, a ta energia jest tworzona dla tych określonych form fizycznych i mentalnych" - "Chcesz przez to powiedzieć, że dusze zwierzęce nie mogą transmigrować do wyższych, np. ludzkich form - czy tak?" - "Tak, podobnie zresztą jak ludzkie dusze nie mogą cofnąć się w swym rozwoju i wcielić w jakieś zwierzęce ciało, gdyż ta energia nie może przekroczyć granicy oddzielającej ją od innej formy fizycznej". "Dlaczego tak jest?" - dopytuje hipnoterapeuta, "Nie wiem, nie ja to wymyśliłam, po prostu nie należy mieszać ze sobą różnych rodzajów energii dusz".




Według przekazu owej kobiety, dusze zwierzęce w "Świecie Dusz" zostają przydzielane do określonych (gatunkowo) grup. Tak więc psy trzymają się w "Zaświatach" razem, podobnie jak konie, ptaki (np. orły, wrony, słowiki itd.). Mentalnie przywołać do siebie możemy tylko te zwierzęta, które kiedyś (w naszych fizycznych wcieleniach) były nam drogie, lub w których towarzystwie miło spędzaliśmy czas, oraz takie, które łatwo zaakceptują środowisko, które sami stworzyliśmy (o tym co dusze tworzą w swym wolnym czasie i jak go spędzają w swoich prywatnych miejscach - pisałem w jednym z poprzednich tematów). Oznacza to że nie możemy np. przywołać do siebie duszy wilka z lasu, którego niegdyś (za życia) spotkaliśmy na swej drodze i zaprosić go do stworzonego przez nas ogrodu i naszego domku. Dlaczego nie? Dlatego że takie środowisko jest mu zupełnie obce (także jako duszy). Ale już moglibyśmy przywołać do siebie ukochanego pieska, z którym żyliśmy w podobnym domku, gdyż jest to dla jego duszy czymś naturalnym. Obopólna fizyczna miłość człowieka i zwierzęcia lub wzajemny szacunek - są wielką wartością w "Świecie Dusz" i takie kontakty są bardzo częste. Przywołani przez nas nasi ulubieńcy, z którymi pragniemy spędzić miłe chwile w stworzonym przez nas w "Zaświatach" otoczeniu (czy jest to domek w górach, szałas pod palmami, czy też miasteczko w którym kiedyś spędziliśmy szczęśliwe chwile), natychmiast po przyprowadzeniu ich przez owego Opiekuna - rozpoznają nas i będą się z nami bawić tak długo, aż tego zapragniemy, a potem powrócą do swego miejsca w "Świecie Dusz".




Zwierzęce dusze wnoszą do naszego rozwoju bardzo duży wkład pozytywnego spojrzenia na czekające na nas kolejne zadania, nie jest jednak tak, że jedynie my na tym zyskujemy. To działa w dwie strony, dusze zwierzęce także korzystają na częstych spotkaniach z nami w "Świecie Dusz". Oczywiście istnieją również ludzkie dusze, które nie przepadają za spędzaniem czasu w otoczeniu swych dawnych zwierzęcych przyjaciół, lecz jak wyraził się o nich pewien mężczyzna poddany hipnozie: "To ich strata". Na koniec jednak pragnę wyrazić moje osobiste zdanie na ten temat. Jeśli chodzi o kwestię transmigracji, to uważam że podobnie jak w przypadku dzielenia duszy po śmierci (dusza może przebywać jednocześnie w kilku a niekiedy nawet kilkunastu miejscach naraz, oczywiście to wszystko zależy od stopnia doświadczenia duszy i umiejętności operowania energią. Jest też tak, że niekiedy dusza inkarnuje w dwóch lub kilku wcieleniach jednocześnie, ale tę sztukę potrafią jedynie dusze stare, doświadczone), tak również w kwestii transmigracji możliwe jest zejście w dół, do poziomu duszy zwierzęcej, choć wydaje mi się że takie przypadki są bardzo, ale to bardzo rzadkie. Nie wiem co może być z tym związane, wydaje mi się jednak że może to być część naszej nauki (jeśli np. za życia krzywdziłeś zwierzęta i byłeś dla nich okrutny, może się okazać że w jednym z kolejnych żyć, wybierzesz sobie właśnie życie w ciele zwierzęcia - aby doświadczyć tego co wcześniej dałeś innym). Oczywiście łączy się to zapewne z ubytkiem energetycznym, ale nic więcej na ten temat powiedzieć nie mogę. Do zwierząt jeszcze powrócę, gdy opowiem co się z nimi dzieje w chwili śmierci.



POZWOLĘ SOBIE TUTAJ WRZUCIĆ ROLKI Z PODCASTU 
"ALBERT Z LASU"










CDN.
 

01 marca 2026

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. II

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ MOSKIEWSKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. II




Klęska bolszewików w wojnie z Polską w roku 1920 spowodowana była głównie faktem, że nie docenili oni determinacji i patriotyzmu polskiego ludu. Ich hasła propagandowe kierowane do Polaków były tak tępe, a jednocześnie tak źle przygotowane i napisane, że w wielu przypadkach nie dało się nawet tego sensownie rozczytać, nie mówiąc już o zrozumieniu. Poza tym bolszewicy popełnili błąd w stosunku do chłopstwa (tutaj również uwidoczniła się ich ideologiczna niechęć do chłopów), gdyż nie wyszli z zapowiedzią oddania ziemi chłopom (tak jak to zrobili chociażby w Rosji na początku rewolucji październikowej, by potem oczywiście tym chłopom, którzy sądzili że otrzymali teraz ziemię na własność - tę ziemię odebrać w imię typowo komunistycznej idei "Nie będziesz miał niczego i będziesz szczęśliwy" - chyba skądś to dziś znamy, nieprawdaż?!). Mówił o tym w 1923 r. podczas II Zjazdu Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w Moskwie przewodniczący Kominternu - Grigorij Zinowiew, którego referat został odczytany podczas tego zjazdu i w którym stwierdzał on m.in.: "Nie kryję przed Wami, towarzysze, że w czasie wojny rosyjsko-polskiej - według oceny naszego Komitetu Centralnego, według oceny tow. Lenina i Egzekutywy Kominternu - popełniliśmy błąd polityczny w stosunku do chłopów. Nie umieliśmy skorzystać z krótkiego okresu po to, aby kwestię konfiskaty dóbr obszarniczych postawić w sposób rewolucyjny. Złożyliśmy wówczas hojną daninę doktrynerstwu marksistowskiemu. Kłopotaliśmy się o to, aby wielkie majątki nie zostały rozgrabione, nie rozumiejąc, że zadanie chwili polegało na tym, aby rozpalić nienawiść klasową, wojnę chłopską przeciwko obszarnikom". Wojna była już jednak skończona, 18 października 1920 r. weszło w życie zawieszenie broni (podpisane 12 października), a w stolicy Łotwy - Rydze trwały polsko-sowieckie rozmowy, mające doprowadzić do podpisania traktatu pokojowego pomiędzy oboma krajami. Wojsko Polskie wygrało tę wojnę dzięki dwóm wielkim, zwycięskim bitwom. Niestety, zabrakło trzeciej wielkiej bitwy o Ukrainę, aby stworzyć na wschodzie państwo ukraińskie będące dla nas swoistym buforem, oddzielającym nas od czerwonej teraz Moskowii. Naczelnik Państwa - Józef Piłsudski dążył do tego właśnie celu, w którym powstanie niepodległych państw Ukrainy i Białorusi (sprzymierzonych militarnie i politycznie z Polską) miało być właśnie takim gwarantem bezpieczeństwa ze Wschodu, tak jak w czasach Wielkiej Rzeczypospolitej polscy hetmani traktowali ukraińskie stepy jako pole oddzielające zastępy tatarskie, tureckie czy moskiewskie od ziem koronnych i litewskich. Tego dokonać się już nie udało, co potem zaowocowało we wrześniu 1939 r. katastrofą militarną, gdy Polska wzięta została w dwa ognie.




7 listopada 1920 r. połączyły się na Górnym Śląsku odłamy byłej Polskiej Partii Socjalistycznej zaboru pruskiego i Socialdemokratycznej Partii Niemiec tworząc Komunistyczną Partię Górnego Śląska, która od początków swych miała w programie zwalczanie dążeń do przyłączenia Śląska do Polski. 12 grudnia odbył się I Zjazd tej nowej partii, który postanowił o bojkocie mającego się odbyć plebiscytu w sprawie przynależności tych ziem do Polski, w zamian za to ów zjazd opowiadał się za stworzeniem Górnośląskiej Republiki Rad (podobnie dzisiaj na Śląsku wszelkiego typu ruchy ślązakowskie dążą do autonomii Śląska, zapominając o tym że lud śląski jest ludem polskim {lechicki}, a Ślązacy nie po to chwycili za broń w trzech powstaniach śląskich, aby teraz jakieś pro-niemieckie czopki próbowały wzniecać tam ferment. Sam mam niemieckie korzenie i dobrze znam niemiecką mentalność). Na Górnym Śląsku 16 sierpnia 1919 r. wybuchło I Powstanie Śląskie ludności polskiej, która nie godziła się na pozostawanie w granicach państwa niemieckiego. Powstanie to trwało do 24 sierpnia i zakończyło się porażką, gdyż słabo uzbrojone (niewystarczająca liczba broni i amunicji) śląskie oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej pod dowództwem porucznika Alfonsa Zgrzebnioka, nie były w stanie uporać się z XXXII Brygadą Reichswehry, wspieraną przez inne niemieckie oddziały. Po zakończeniu tego Powstania na Śląsku wybuchła fala antypolskich represji, w wyniku której 22 tys. Ślązaków musiało schronić się do Polski. II Powstanie Śląskie wybuchło w nocy z 19 na 20 sierpnia 1920 r. (wówczas gdy nad Wisłą toczyły się najkrwawsze boje z Armią Czerwoną). Powstanie sprowokowali Niemcy, do których dotarły informacje o zdobyciu przez bolszewików Warszawy i chcieli terrorem zmusić ludność polską na Śląsku do ucieczki z ziem objętych plebiscytem. Walki trwały do 25 sierpnia i zakończyły się (można powiedzieć) remisem, w wyniku którego na Śląsku miała powstać wspólna polsko-niemiecka policja plebiscytowa. Teraz obie strony przygotowywały się do wyznaczonego na 20 marca 1921 r. plebiscytu, który miał zadecydować o przyszłości ziem Górnego Śląska. Oczywiście zarówno Komunistyczna Partia Górnego Śląska jak i Komunistyczna Partia Robotnicza Polski opowiadały się od początku swego istnienia za pozostawieniem tej ziemi w granicach Niemiec i walką z "polskim imperializmem" (swoją drogą jak obie te niby internacjonalistyczne partie były zgodne z niemiecką rację stanu 🤔).




Mimo porażki Armii Czerwonej i klęski bolszewickiej Rosji w wojnie z Polską, rozwój KPRP postępował, znacznie bowiem zwiększyła ona swą liczebność a to głównie dlatego, że przyłączali się do niej członkowie innych formacji socjalistycznych, szczególnie zaś wstępowało tam mnóstwo Żydów. W lutym 1921 r. w Warszawie odbyła się druga Konferencja Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, na której przyjęto 21 warunków członkostwa w Kominternie, oraz zobowiązano się do całkowitego wypełnienia uchwał Kominternu (mówcie co chcecie, ale mnie się to od razu kojarzy z dyrektywami które płyną obecnie z Brukseli). Do Komitetu Centralnego Partii wybrano Adolfa Warskiego-Warszawskiego, Franciszka Grzelszczaka, Franciszka Fiedlera, Henryka Lauera, Stefana Królikowskiego, Szczepana Rybackiego i Adama Landy. Mimo jednak zwiększenia składu liczebnego tej partii, począwszy od sierpnia 1920 r., komuniści (szczególnie w Europie) ponosili nieustannie porażki. W marcu 1921 r. Niemiecka Partia Komunistyczna wezwała robotników do puczu przeciwko Republice Weimarskiej. Pucz ten okazał się totalną klapą, gdy na wezwanie komunistów do buntu stanęło niespełna 5% robotników i to tylko w niektórych regionach Niemiec (Turyngia, Mansfeld). W latach 1919-1920 w wielu krajach Europy (w Niemczech, we Włoszech, we Francji, w Czechosłowacji, w Szwecji, w Norwegii) widać było masowy odpływ socjalistów do partii komunistycznych, ale ruch ten został zahamowany ok. roku 1921 i i od 1924 przyjął odwrotny kierunek. Wielu dotychczasowych polityków socjalistycznych, potem komunistycznych, ponownie wracała do partii socjalistycznych, a niektórzy (jak Adolf Hoffman w Niemczech) stali się nazistami (zresztą sam Goebbels twierdził, że on woli zasilać szeregi partii nazistowskiej byłymi komunistami i socjalistami, niż konserwatystami czy demokratami, gdyż z tymi pierwszymi znacznie łatwiej idzie mu się dogadać, bo rozumowują na tych samych falach i posługują się podobnymi pojęciami, tylko wektory mają zwrócone w przeciwnym kierunku - ale wektory zawsze można odwrócić).

Również w Rosji sowieckiej komunizm przeżywał trudne chwile. W dniach 8-16 marca 1921 r. w Moskwie odbył się X Zjazd Rosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików), na którym Lenin w sytuacji totalnej katastrofy ekonomicznej państwa, związanej zarówno z I Wojną Światową jak i rewolucją bolszewicką (w niektórych regionach Rosji bieda była tak wielka, że dochodziło tam do przypadków kanibalizmu), sformułował projekt tzw. Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP), która dopuszczała w systemie komunistycznym - jaki zapanował w Rosji, istnienie prywatnej własności i prywatnych środków produkcji, oraz umożliwienia handlu kapitałowego (kontrolowanego co prawda przez państwo) ale na prywatnych (kapitalistycznych) zasadach (trochę tak jak po śmierci Mao Zedonga w Chinach kraj ten zaczął wprowadzać do gospodarki elementy kapitalistyczne, a potem głupi zachodni biznesmeni przenosili swoje fabryki do Chin - bo tam była tania siła robocza, co ostatecznie zaowocowało kradzieżą technologii i stworzeniem chińskiej ekonomicznej potęgi, która obecnie zagraża dolarowej dominacji Stanów Zjednoczonych. Problem tylko polegał na tym, że w komunistycznej Rosji w kilka lat po śmierci Lenina szybko tę politykę zniesiono, wprowadzając kolektywizację, centralne planowanie i system nakazowo-rozdzielczy, które to bardzo szybko doprowadzały do ekonomicznej niewydolności państwa). Ten "neokapitalizm państwowy" (jak nazywał go Lenin) doprowadził do polepszenia się sytuacji ekonomicznej kraju i jego mieszkańców i był swoistą życiodajną kroplówką, ratującą ówczesną Rosję. Wielu jednak szeregowych członków partii bolszewickiej było przeciwnych NEP-owi, twierdząc że jest to powrót do zasad gospodarki kapitalistycznej, czyli wywrócenie wszystkiego, o co walczyli bolszewicy przez te wszystkie lata. W prasie sowieckiej ukazywały się karykatury nowych kapitalistów, czyli "nepmanów" (jak ich pogardliwie nazywano), pokazując ich w sposób karykaturalny lub śmieszny, a jednocześnie ukazując jakiego majątku dorobili się na krzywdzie robotników (ale już nie chłopów - co bardzo ważne, bo chłopi to w większości też byli wyzyskiwacze nepmani - szczególnie gdy podbijali ceny sprzedawanych przez siebie towarów). Pokazywano jak operują złotem i dolarami lub frankami, jak stroją swoje żony w futra i jak ubierają się w garnitury, niczym zachodni kapitaliści. Nowa Ekonomiczna Polityka w Rosji funkcjonowała do końca 1929 r. i skutkowała znacznym wzrostem życia w tym zniszczonym przez rewolucję kraju (oczywiście nie wszyscy na tym zyskiwali po równo, stąd tak silna była niechęć do nepmanów), gdy Stalin wprowadził swoją kolektywną gospodarkę (skutkującą m.in. Wielkim Głodem na Ukrainie w latach 1932-1933). Ale NEP spowodował również, że w latach 20-tych komunizm był w miarę znośny (O ile w ogóle taki system mógł być dobry do życia). Nie walczono tak silnie z religią (szczególnie w latach 1924-1928 dało się zauważyć pewne złagodzenie w stosunku do Cerkwi). Nie prześladowano też ludzi, którzy mogli odbudować gospodarkę kraju (czyli naukowców, inżynierów, nauczycieli), tak jak to było w czasie rewolucji i w czasach "komunizmu wojennego" z lat 1918-1921 (gdzie CZEKA pod wodzą Feliksa Dzierżyńskiego, mordowała przede wszystkim ludzi uczonych, a nie tylko tych, którzy coś posiadali. Straty wśród Rosjan mających jakąkolwiek wiedzę o gospodarce, technice, nauce etc. etc., były kolosalne, a w Rydze Dzierżyński chwalił się swemu przyjacielowi z lat szkolnych - który był w składzie polskiej delegacji pokojowej - Leonowi Wasilewskiemu - bliskiemu współpracownikowi Józefa Piłsudskiego: "Ja nie zabijam ludzi, ja zabijam ruskich!". Należy też pamiętać, że w czasach szkolnych młody Feliks Dzierżyński wymierzył policzek swemu rosyjskiemu nauczycielowi, który kazał mu mówić po rosyjsku zamiast po polsku).


"KRWAWY FELEK" w 1901 r.



Trzeba też powiedzieć o jednej ważnej rzeczy która nastąpiła wówczas (w latach 20-tych XX wieku) w Rosji sowieckiej, a mianowicie o swoistym... rozpasaniu seksualnym. Seks był bowiem wszędzie, również (a może przede wszystkim) seks homoseksualny. Organizowano nagie marsze, w czasie których golasy (mężczyźni i kobiety) wchodzili np. do tramwajów, czy chodzili ulicami i traktowano to jako formę "wyzwalania się z burżuazyjnych więzów kulturowych" (czyli to, co dzisiaj mamy - szczególnie na Zachodzie, to jest nic innego jak powrót do tamtego bolszewickiego komunizmu, bo przecież już Marks pisał o wyzwalaniu się człowieka z jego wiązów tradycji, kultury, religii itd. czyli tworzenie całkowicie podatnego na wszelkie podsyłane mu bodźce - czy to seksualne czy ideologiczno-propagandowe - człowieka, całkowicie wyalienowanego z kultury, tradycji, rodziny, więzów krwi, narodowości - czyli takiego człowieka bez przyszłości, bowiem drewno bez korzeni nadaje się tylko na opał). Oczywiście dochodziło do tego, że ludzie zamiast pracować i budować dobrobyt kraju i swój własny, woleli zajmować się seksem, woleli paradować nago po ulicach, albo uprawiać seks homoseksualny, twierdząc, że wyzwalają się tym samym z więzów (patriarchalnego) kapitalistycznego, burżuazyjnego społeczeństwa. Dopiero gdy rosyjski przemysł siadł na łeb na szyję, a Stalin - budując Imperium - potrzebował przede wszystkim niewolników do pracy, a nie "wyzwolonych" homo czy heteroseksualistów, myślących głównie o dupie maryniej - i gdy całe to towarzystwo wziął w karby, część mordując, część wysyłając do obozów na wschodzie, gdzie jedyne o czym mogli myśleć, to jak przeżyć kolejny dzień o kromce chleba, cały czas pracując ponad własne siły i umierając albo w błocie albo w śniegu albo też głęboko pod ziemią, to skończył się "komunizm seksualny" i zaczął ten tradycyjny komunizm jaki znamy z historii. Teraz już nie było ważne z iloma partnerami spałeś i w jakich konfiguracjach, ale jakie normy wyrobiłeś. Robotnicy i chłopi zaczęli teraz ze sobą rywalizować o wyrobienie odpowiednich norm, jakie musieli dostarczyć państwu (oczywiście wszystko to było kosztem zdrowia i życia tych ludzi, zresztą większość była do tego przymuszana, bo powiedzmy sobie szczerze - w Związku Sowieckim za Stalina robotnik czy chłop nie był nikim innym, jak tylko zwykłym niewolnikiem państwowym, nawet nie słabo zarabiającym pracownikiem jak w czasach carskich, a zwykłym rabem, bez prawa głosu i prawa do życia - jeśli się zbuntował, czy choćby zaprotestował). To tylko gwoli takiej ciekawostki.




18 marca 1921 r. w Rydze podpisany został traktat pokojowy pomiędzy Polską a sowiecką Rosją. Dziś mówimy że wojna z bolszewikami została wygrana, ale we mnie osobiście pozostaje takie przekonanie, że jednak nie do końca. Zabrakło bowiem jeszcze tej jednej, kluczowej bitwy o Ukrainę. Oczywiście było pewne że jeżeli do niej by doszło, to doszłoby właśnie w roku 1921 - zapewne na wiosnę - i nawet jeśli założymy że Wojsko Polskie do tego czasu by się jeszcze bardziej rozbudowało, a siła ukraińskiej armii Semena Petlury też by wzrosła, to przecież trzeba by jednocześnie założyć, że bolszewicy zorganizowaliby w Rosji akcję walki przeciwko "polskim zachwatczykom" i zapewne zmobilizowaliby też pokaźne siły, bo Ukrainy by nie odpuścili i nie mogliby z niej zrezygnować (tak jak nie mógł z niej zrezygnować car Aleksander I w 1812 r. i tylko upór Napoleona Wielkiego dalszego marszu na Moskwę spowodował, że w tymże roku Rosja nie poniosła ostatecznej klęski, a to Napoleon musiał się stamtąd wycofać. Bo gdyby - idąc za radą księcia Józefa Poniatowskiego - "odciąć" Ukrainę od Rosji i czekać na przyjście tutaj Moskali - którzy przecież nie mogli tej ziemi odpuścić i z pewnością by uderzyli, bo Rosja bez Ukrainy nie jest już mocarstwem, nie jest Imperium - to wówczas potężne odbudowane Wojsko Polskie (zasilone poborem z ziem ukrainnych, czyli dawnych ziem Rzeczypospolitej) oraz wielka Armia Francuska z pewnością rozbiłaby w proch wojsko carskie i wojna byłaby wygrana bez potrzeby zajmowania Moskwy, która do niczego nie była wówczas Francuzom potrzebna. No cóż ale jak to mówił sam Napoleon: "To coś gorszego niż klęska, to błąd!"). Społeczeństwo polskie było już jednak zbyt zmęczone przedłużającą się Wojną (i wcześniejszą jeszcze I Wojną Światową) w wyniku którego zostało mocno zubożone, a ziemie polskie zostały rozgrabione do maksimum przez okupujące je armie, przemierzające te tereny od 1914 r. Nic więc dziwnego że wypatrowano pokoju niczym tlenu potrzebnego do życia, ale to, co udało się osiągnąć w wyniku wojny z bolszewikami w roku 1920 to było za mało żeby przetrwać i starczyło tylko na 20 lat wolności. Ten jeszcze jeden ogromny, ale jakże potrzebny wysiłek, dałby nam trwanie na dekady, gdyż należy pamiętać że Hitler bez wsparcia Stalina nigdy nie uderzyłby na Polskę i to też trzeba sobie uświadomić)
 



Rozmowy w Rydze rozpoczęły się 21 września 1920 r. (czyli jeszcze przed Bitwą Niemeńską). Polska strona miała przy sobie bardzo silne karty negocjacyjne, podbudowane zwycięstwami na froncie, jednak wśród jej reprezentantów (głównie z opcji narodowej, socjalistycznej i ludowej) nie było wielu zwolenników koncepcji federacyjnej Marszałka Józefa Piłsudskiego, czyli istnienie państw Ukrainy i Białorusi jako buforów oddzielających nas od Moskowii było dla nich nieistotne, a granice powinny być jedynie tak daleko postawione na Wschodzie, żeby obejmowały żywioł polski i ukraiński lub białoruski zdolny do polonizacji. Totalna głupota a wręcz sabotaż. Jakim bowiem prawem mielibyśmy odmawiać czy to Ukraińcom czy Białorusinom czy Litwinom mówić w ich własnym języku jeśli tego zapragną? jakim prawem mielibyśmy ich polonizować na siłę? Tego nigdy nie było w historii Rzeczpospolitej, bo jeżeli dochodziło do polonizacji (a dochodziło), to była to zawsze polonizacja dobrowolna, wolny wybór mieszkających na tych ziemiach ludów, (często napływowych, jak np. Niemcy w Krakowie, czy Poznaniu, który bardzo szybko się polonizowali przyjmując polskie nazwiska i jedyne co trzymało ich jeszcze z tradycją niemiecką, to była religia - najczęściej kalwinizm lub luteranizm. Zresztą my mieliśmy swoje negatywne doświadczenia z germanizacją i rusyfikacją w czasie zaborów, kiedy zabraniano nam mówić po polsku nie tylko w urzędzie czy w szkole, ale również na ulicy. I co, teraz grupka zidiociałych politykierów, którzy mieli swoje chore wizje polonizacji, chciałaby tamte ludy zmusić do przyjęcia polskiej tradycji i polskiego języka na siłę? Ale tak właśnie było i wyznaczając granicę opierali się oni głównie na możliwościach spolonizowania tamtych ludów, dlatego też zbyt rozległe polskie granice na Wschodzie były dla nich nie do przyjęcia, ponieważ obawiali się że wówczas tamtego żywiołu nie uda się okiełznać, a stworzenie niepodległych państw Ukrainy i Białorusi w ogóle nie wchodziło w ich przypadku w rachubę (podobnie jak dzisiaj różnym politykerom z partii rządzącej wydaje się, że takie inwestycje jak Centralny Port Komunikacyjny, czy rozbudowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu jest nam niepotrzebna. Zróbmy tam sobie może park krajobrazowy i śpiewajmy kumbaya, w nieświadomości i głupocie oczekując kolejnego września 1939).


RUSYFIKACJA POD ZABORAMI



 Tak więc, gdy stojąca pod ścianą delegacja sowiecka była gotowa w zamian za Ukrainę oddać nam praktycznie całą Białoruś aż do bramy smoleńskiej, to delegacja pod przewodnictwem pana Stanisława Grabskiego odmówiła, godząc się na znacznie mniejsze granice Polski na Wschodzie (istnieje też teoria, że sowieci tak naprawdę nie chcieli oddać nam tych terenów a to był zwykły blef lub nawet że takie zdanie w ogóle nie padło. No cóż historia to d***** którą każdy ciągnie w swoją stronę). Marszałek powiedział potem, że za cały ten traktat komuś w Polsce należałoby rozbić głupi łeb i że w tych granicach Polska nie przetrwa nawet jednego pokolenia. Bez komentarza.






17 marca 1921 roku sejm Rzeczypospolitej uchwalił Konstytucję nowo odrodzonego państwa. Polska w jej zapisach miała być Rzeczpospolitą, a władza zwierzchnia należała do narodu. Prezydent - reprezentujący władzę wykonawczą - wybierany był przez Zgromadzenie Narodowe (czyli połączone izby Sejmu i Senatu) na 7-letnią kadencję. Mianował rząd - który politycznie odpowiedzialny był przed Sejmem i był zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, oraz posiadał inicjatywę ustawodawczą. Parlament - w wyniku którego tworzył się rząd - wybierany był w pięcioprzymiotnikowych wyborach na pięcioletnią kadencję i posiadał kontrolę nad władzą wykonawczą. Prezydent mianował również sędziów, którzy w pełnieniu swej funkcji byli w pełni niezależni i podlegali jedynie ustawom tworzonym w Parlamencie. Konstytucja ta pozostawiała wiele do życzenia. W tamtym jednak czasie była spełnieniem marzeń milionów Polaków, wyczekujących Niepodległości, Wolności i Sprawiedliwości w nowej Polsce od pokoleń cierpiących w niewoli zaborów. Teraz wszystko miało być inne, lepsze, sprawiedliwsze, czystsze... Tak, marzenia swoje, a życie swoje i zawsze takie będą Rzeczypospolite, jakie my sami będziemy umieli je stworzyć. Ale Polska była wolna, wreszcie Wolna i Niepodległa, zdolna samodzielnie decydować o swoim losie. To było niesamowite że wreszcie po tylu dekadach, po 123 latach niewoli i 150 latach od czasu pierwszego rozbioru udało się odrodzić tę umęczoną i rozdartą kajdanami Ojczyznę, pokiereszowaną, poprzecinaną ale wreszcie niczym Feniks Zmartwychwstałą. I to było bogactwo na którym można było budować (może trochę nie w temacie ale przypomniał mi się komentarz Skippera z "Pingwinów z Madagaskaru", który stwierdził: "Spójrzcie na Rico, od razu widać że chłopak ma nierówno pod sufitem i to już jest coś, na czym można budować" 🤭😂), to była czysta karta którą można było zapisać i tak się właśnie działo. Ale wielu - w tym oczywiście przede wszystkim komunistom polskim - to państwo się nie podobało. Oni pragnęli państwa sowieckiego, państwa podległego Moskwie i całkowicie od niej zależnego (nawet jeśli osobiście komuniści polscy wierzyli że uda im się zachować jakąś tam niezależność, to wcześniejsze zależności były przez nich całkowicie akceptowane). Czyli powrót do tego co było pod zaborami, z tym tylko że teraz pozwolonoby polskim rabom na łudę niezależności. Dlatego też w moim przekonaniu były to szczury, które bezwzględnie należało zwalczyć, gdyż godziły one w bezpieczeństwo odrodzonego kraju i w marzenia milionów Polaków którzy żyli zarówno w tamtym czasie jak i tych, którzy nie doczekali Niepodległości. Tak więc o działaniach zarówno Policji jak i Wojska przeciwko tej ekspozyturze Moskwy w Polsce opowiem w kolejnych częściach.




CDN.


Po zakończeniu II Wojny Światowej i nastaniu sowieckiej okupacji Polski (oraz dużej części Europy), te szczury wróciły i teraz zajmowały różnego rodzaju funkcje w wojsku, administracji, polityce a przede wszystkim w partii, jednocześnie krwawo mordując i na każdym polu zwalczając wszystkich tych, którzy ośmieliby się mieć inne zdanie:
















CZEŚĆ PAMIĘCI
ŻOŁNIERZOM NIEZŁOMNYM

NASZ DOM, NASZ KRAJ!

JEŚLI ZAPOMNĘ O NICH, 
TO TY BOŻE ZAPOMNIJ O MNIE!





1 MARCA
NARODOWY DZIEŃ PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
NIEZŁOMNYCH/WYKLĘTYCH




Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Niezłomnych (zwanych też Wyklętymi), to święto młode, wprowadzone dopiero 15 lutego 2011 r., bo wcześniej nie było po temu "atmosfery politycznej". Przez ponad dwadzieścia lat tzw.: "Wolnej Polski" po 1989 r. nie było "atmosfery politycznej" aby upamiętnić bohaterów walczących o wolność, suwerenność i niepodległość naszej Ojczyzny (tak, o niepodległość również, gdyż co prawda Polska "pojałtańska" była quasi-niepodległym bytem w rozumieniu prawa międzynarodowego, to jednak istniały pewne próby podważenia tego stanu rzeczy, jak choćby powojenne apele pierwszomajowe o... włączenie Polski jako kolejnej republiki sowieckiej do ZSRS). To pokazuje dobitnie jaką Polskę zbudowali nam owi "opozycjoniści" z PRL-u, bardzo często sami wywodzący się z rodzin komunistycznych. Katastrofa i cierpienie narodu - jakie spadło na Polskę w 1939 r. trwało (w mniejszym lub większym natężeniu) przez pięćdziesiąt lat, a potem nastała epoka kłamstwa i nihilizmu "transformacyjnego", która również nie sprzyjała oddaniu czci bohaterom. Te wszystkie głosy: "Myślmy o przyszłości, nie o przeszłości", "Wybierzmy przyszłość" - skutecznie zaciemniały Polakom pole widzenia, a ponieważ po okresie komunistycznej nędzy (wyłączając jedynie lata 70-te, czasy Edwarda Gierka), każdy w kraju chciał się dorobić i żyć "jak na Zachodzie", dlatego też takie hasła padały na podatny grunt. Jednak nie da się skutecznie budować społecznego dobrobytu i nie można myśleć o świetlanej przyszłości kraju, narodu i społeczeństwa, jeśli zapomina się o własnej przeszłości. Jeśli burzy się (jak np. w USA czy Wielkiej Brytanii) pomniki twórców państwa, to na czym chcemy budować przyszłość? I pytanie podstawowe - jaką tę przyszłość chcemy zbudować, skoro odrzucamy przeszłość? 

A Żołnierze Niezłomni byli przecież tacy jak my dzisiaj (oczywiście nie było Netflixów ogłupiających młodzież, feminizmów czyniących z kobiet prawdziwe ludzkie "szmaty" - a jest to stwierdzenie jakim one same się posługują, ekologizmów - sprowadzających człowieka do roli zwierzęcia - czyli bezmyślnej, hodowlanej małpki lub świnki, nie było propagandy gender - wymuszającej wchodzenie przebranych za kobiety mężczyzn do damskich ubikacji lub naszpikowanych testosteronem "kobiet" z dyndającą między nogami "sikawką", mordujących żeński sport). To byli tacy sami młodzi ludzie, jak my dzisiaj. Tak samo chcieli żyć, umawiać na randki, uczyć się, pracować, a ponieważ nie mogli zaakceptować nie tyle samego zniewolenia własnego kraju, ale podłego, wsiąkającego w społeczne tkanki - kłamstwa, przyzwolenia na zbrodnię i wszechobecnej nienawiści (głównie wymierzonej w Kościół Katolicki i wszelkie postawy wolnościowe). Ludziom o duszy nie-niewolniczej życie w takim kraju, w społeczeństwie odgórnie ogłupianym, podporządkowanym i fizycznie eksterminowanym - było nie pod pomyślenia. Dlatego właśnie skazano ich nie tylko na śmierć fizyczną, ale przede wszystkim na śmierć społeczną, moralną, duchową. Naród miał o Nich zapomnieć, miał wyrzec się wszystkiego, co sobą reprezentowali i o co walczyli. Należało sprowadzić ich do ról animalnych, odczłowieczyć, przypiąć nierozerwalną łatkę "faszysty", "bandyty", "burżuja" czy "kułaka" i walczyć z nimi wszelkimi możliwymi sposobami. To dlatego mordowani w okrutny sposób, wcześniej doświadczywszy nieprawdopodobnych wręcz tortur (wyrywanie paznokci, łamanie żeber, wyrywanie palców ze stawów, wydłubywanie oczu, łamanie kości rąk i nóg i bicie, nieustanne bicie), byli potem wrzucani do zbiorowych dołów śmierci i przysypywani ziemią - często w pobliżu wysypisk śmieci. Nie pozwolono im nawet na godny człowieka pochówek, tylko wrzucano ich niczym jakieś kreatury - bo nawet zwierząt tak się nie chowa - do zbiorowych mogił i zakopywano w tajemnicy, aby ludzka pamięć nigdy już ich nie odnalazła. Chcieli ich zabić duchowo i w najlepszym przypadku sprowadzić do roli "faszystów" i "bandytów" o których nie warto nawet wspominać. 
 

 PRZYZNAM SIĘ SZCZERZE, ŻE GDYBYM WTEDY ŻYŁ, BYŁBYM JEDNYM Z TYCH TYSIĘCY BEZIMIENNYCH OFIAR, ZAKOPANYCH W ZBIOROWYCH MOGIŁACH GDZIEŚ PRZY WYSYPISKACH ŚMIECI. MOŻE, GDYBYM MIAŁ DZIECI, TO MYŚLAŁBYM INACZEJ, ALE WTEDY STAJE MI PRZED OCZAMI LIST, JAKI NAPISAŁ, SIEDZĄCY W CELI ŚMIERCI PODPUŁKOWNIK WOJSKA POLSKIEGO ŁUKASZ CIEPLIŃSKI, ZAMORDOWANY 1 MARCA 1951 r. LIST TEN NAPISAŁ DO SWEGO SYNA, A BRZMIAŁ ON TAK:
 
"ANDRZEJKU! WYMODLONY, WYMARZONY I KOCHANY MÓJ SYNKU. PISZĘ DO CIEBIE PO RAZ PIERWSZY I OSTATNI. W TYCH DNIACH BOWIEM MAM BYĆ ZAMORDOWANY. CHCIAŁEM BYĆ TOBIE OJCEM I PRZYJACIELEM. BAWIĆ SIĘ Z TOBĄ I SŁUŻYĆ RADĄ I DOŚWIADCZENIEM W KSZTAŁTOWANIU TWEGO UMYSŁU I CHARAKTERU. NIESTETY OKRUTNY LOS ZABIERA MNIE PRZEDWCZEŚNIE, A CIEBIE ZOSTAWIA SIEROTĄ. DLATEGO PISZĘ I PŁACZĘ. JA ODCHODZĘ - TY ZOSTAJESZ, BY W CZYN WPROWADZAĆ IDEE OJCA. (...) ODBIORĄ MI TYLKO ŻYCIE. A TO NIE NAJWAŻNIEJSZE. CIESZĘ SIĘ, ŻE BĘDĘ ZAMORDOWANY JAKO KATOLIK ZA WIARĘ ŚWIĘTĄ, JAKO POLAK Z POLSKĘ NIEPODLEGŁĄ I SZCZĘŚLIWĄ. JAKO CZŁOWIEK ZA PRAWDĘ I SPRAWIEDLIWOŚĆ.WIERZĘ DZIŚ BARDZIEJ NIŻ KIEDYKOLWIEK, ŻE IDEA CHRYSTUSOWA ZWYCIĘŻY I POLSKA NIEPODLEGŁOŚĆ ODZYSKA, A POHAŃBIONA GODNOŚĆ LUDZKA ZOSTANIE PRZYWRÓCONA. TO MOJA WIARA I MOJE WIELKIE SZCZĘŚCIE. (...) ŻEGNAJ MÓJ UKOCHANY. CAŁUJĘ I DO SERCA TULĘ. (...) OJCIEC"




A oni przecież mieli własne rodziny, żony, dzieci - chcieli żyć jak ludzie, jak my! Ale nie było im to dane, stali się bowiem zwierzyną łowną - i to wbrew sobie samym, gdyż ich walka była od początku skazana na klęskę (oni nie mogli tego wygrać i większość z nich dobrze o tym wiedziała, zaś jedynym "pozytywnym" finałem ich walki mogła być tylko śmierć na polu bitwy, bowiem gdy dostawali się do niewoli, przechodzili przez piekło tortur, tak, że w wieku 20, 30 lat wyglądali jak starcy, nie mogący poruszać się o własnych siłach, z powybijanymi zębami, połamanymi żebrami i... posiwiałą z nadmiaru bólu głową). A przecież oni nie byli szaleńcami którzy godzili się na śmierć, zdając sobie sprawę że tym samym odbierają sobie szansę na życie, na miłość, na młodość, i jednocześnie pogrążają własne dzieci, gdyż jako: "potomkowie bandyty" nie miały one możliwości chodzić do szkoły (a jeśli chodziły to były upokarzane przez nauczycieli i często uczniów), nie miały szans na żadną dobrą pracę i były uznane za "społecznych wyrzutków". W szkołach musiały pisać kłamliwe elaboraty na zadane pytania typu: "Co towarzysz Stalin zrobił dla polskich kobiet?". Co zrobił - w najlepszym razie mordował im mężów a ich samych skazał na los tułaczych wdów, w najgorszym same trafiały do tworzonych na ziemiach polskich przez Sowietów obozów koncentracyjnych, gdzie był bite, męczone, gwałcone i mordowane. Któż więc pozostający przy zdrowych zmysłach chciałby takiej przyszłości dla siebie i swojej rodziny? I nie chcieli tego również Żołnierze Wyklęci, ale... nie mieli wyjścia. Dla nich nie było odwrotu, gdyż ujawnienie się i złożenie broni nic nie dawało, a wręcz przeciwnie - było jeszcze gorszym wyborem, gdyż właśnie wówczas byli oni aresztowani i przesłuchiwani. Przesłuchania trwały godzinami, dniami, tygodniami, podczas których używano na nich całą paletę najwymyślniejszych tortur. Bicie nie było najgorsze, najgorszy był fakt, że tego samego doświadczy żona, a dzieci zostaną odebrane i umieszczone w sierocińcu jako "potomkowie bandytów" poddani przymusowej reedukacji.




A do krwawego rozprawiania się z "bandytami" nawoływali wówczas sławni ludzie kultury i sztuki, pisarze, literaci, prezenterzy radiowi (czyli ówcześni celebryci), jak np. pisarka i pedagog - Janina Broniewska vel. Kunig (żona Władysława Broniewskiego), która na łamach "Rzeczpospolitej" w 1944 r. otwarcie propagowała masowe mordy "niepokornych", pisząc: "Aby wypalić zgangrenowane tkanki w zdrowym, żywym organizmie narodu, trzeba środków nie psychologicznych, a czysto fizycznych. Ci bowiem przestępcy nie mają w ogóle psychiki - są gorsi od zwierząt: zdeprawowało ich do cna przebywanie wewnątrz hitlerowskiego zwierzyńca, gdzie wspólnie szarpali ociekające krwią ofiary". A choćby "Orzeł Biały" (nr. 158/1945) pisał tak, ręką swego redaktora: "Reakcja podniosła łeb. Demokracja jej ten łeb ukręci. Nie po to żołnierz przelewał krew, aby teraz bruździły faszystowskie szakale (...) NSZ-owskie watahy zginą pod naszymi ciosami, jak zginął krzyżacki gad. Podpalacze, gwałciciele i grabieżce nie będą plugawić świętej ziemi". I zaczęły się prześladowania, polowania i tortury jakich nie stosowali nawet niemieccy zbrodniarze. Mordowano ludzi za choćby podejrzenie udzielenia pomocy "bandytom", jak w przypadku Aleksandra Iwanickiego ze wsi Zawieprzyce, który co prawda przeżył obławę w maju 1947 r. ale zamordowana została jego żona. Oto co po latach zeznał: "Dowódca obławy przyskoczył do mnie z pistoletem i przystawił mi lufę do głowy. Wiedziałem, że wystrzeli, widziałem to w jego oczach. Krzyknąłem: Panie! Nie strzelaj pan! Ja dużo wiem! To uratowało mi życie. Ale za cenę życia żony. Stała parę kroków za mną, z rocznym dzieckiem na ręce. Doskoczył do niej, w biegu strzelił jej w głowę. Upadła z tym dzieckiem na ręce. Umierała tylko chwilę, dziecko taplało się w jej krwi. Ja zostałem nieludzko skatowany". Inny przypadek, w osadzie rybackiej Wadąg pod Olsztynem miejscowy oddział NKWD uznał że mieszkańcy przekazali im zbyt małą liczbę ryb. W akcie zemsty zamordowano Stanisława i Stefanię Trąbalów oraz ich 10-letniego syna. Przed śmiercią cała rodzina była nieludzko torturowana (dziecku odrąbano ręce, a rodzicom rozpruto brzuchy). Miało to miejsce w sierpniu 1945 r. 2 maja 1946 r. Urząd Bezpieczeństwa przeprowadził pacyfikację wsi Wąwolnica - żywcem spalono dwóch mężczyzn, innych okrutnie poraniono ogniem. Łącznie spalono 101 domów, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów. Takie "akcje oczyszczające" (jak je nazywano w partyjnej i ubeckiej nowomowie) przeprowadzane były na terenie całej "pojałtańskiej" Polski.




Mimo to okazało się że "towarzysze radzieccy" nie są wcale zadowoleni z wyników tych "operacji". Podczas wizyty I sekretarza Polskiej Partii Robotniczej - Władysława Gomułki w Moskwie w czerwcu 1945 r. szef Wydziału Informacji Międzynarodowej KC WKP(b) - Georgij Dymitrow, zapytał Gomułki: "Wy jesteście przeciw przymusowemu wprowadzaniu kołchozów. A jak ktoś zechce?", na co ten odparł: "U nas (...) są takie miejscowości, gdzie nasze organizacje partyjne są bardzo silnie sterroryzowane", a Dymitrow na to: "To znaczy, że nie daliście im mocno po mordzie. Jesteście przecież partią rządzącą (...) Trzeba czyścić (...) Trzeba walczyć z reakcją", Gomułka odparł: "Walczyliśmy z reakcją w czasie okupacji i walczymy z nią bezlitośnie teraz (...) Na obóz koncentracyjny, na szerokie aresztowania wśród ludności nie poszliśmy", a Dymitrow: "To racja, bez obozu koncentracyjnego nie obędzie się!". A oto kilka jeszcze relacji z "przesłuchań" stosowanych w ramach owego "czyszczenia". Raport podziemia antykomunistycznego podawał jeszcze w maju 1945 r.: "W białostockim więzieniu NKWD wraz z przedstawicielami Urzędu Bezpieczeństwa stosuje się niesłychanie bestialskie badania aresztowanych żołnierzy Armii Krajowej. Tortury przewyższają okrucieństwo gestapowców. Na przykład badanemu wyciąga się szczypcami język i od spodu przypala się ogniem benzyny. Badany przeważnie umiera na zakażenie". Albo raport zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" z lutego 1946 r.: "Sale i piwnice Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej w Kraśniku są przepełnione, wszystkim stawia się zarzut posiadania broni (...) Aresztowanego kładą na ławie, na nim siada dwóch z UB lub bolszewików, jeden siada na głowie, drugi na plecach, trzeci bije laską w pięty. Przeciętna ilość razów w pięty wynosi tysiąc. Po takim badaniu (...) nie może chodzić ani stać, bo ma kości w piętach rozbite. (...) Aresztowani w Puławach znajdują się w straszliwych warunkach. (...) Metody badań bardzo okrutne, jak gniecenie rąk w prasie lub między drzwiami, bicie gumami w gołe stopy (...) okręcanie rąk przewodnikiem elektrycznym i puszczanie prądu wysokiego napięcia dotąd, aż badanemu zacznie płynąć krew z ust i nosa".

A oto relacja Janiny Matusiak, aresztowanej przez Urząd Bezpieczeństwa w październiku 1950 r. za pomoc udzieloną podziemiu antykomunistycznemu i przewiezioną na przesłuchanie do Suwałk: "Byłam bita w nieludzki sposób przez trzech funkcjonariuszy - oficerów, bito mnie przez całą noc na zmianę, kiedy zobaczyli, że ciało moje jest na pośladkach pocięte, to wówczas kładli namoczoną szmatę na ciało i bili nadal (...) trwało to całą noc (...) przychodził lekarz i obcinał postrzępione ciało ze skórą, ciało było jak galareta i samo odpadało (...) byłam w trzecim miesiącu ciąży, o czym wiedzieli funkcjonariusze UB, którzy mnie bili, i jeszcze mówili, że lepiej będzie, jak poronisz, niż ma się urodzić bandyta (...) dziecko po urodzeniu było słabe i według lekarzy miało braki kości na plecach, co zresztą było widać gołym okiem, i nie wydawało odgłosu niemowlęcia i mimo opieki lekarskiej dziecko zmarło po dwóch tygodniach". Początkowo można było mieć nadzieję że po zakończeniu wojny prześladowania oraz terror się skończą i jak jak pisał Antoni Heda "Szary" dowódca Armii Krajowej na Kielecczyźnie: "Do momentu aresztowania komendanta Okulickiego, czyli do marca 1945 r., nie prowadziliśmy właściwie żadnych akcji przeciwko "czerwonym". Wyjątkiem były sprawy szpicli. Teraz już nie było wątpliwości, że nie możemy pozostać obojętni wobec rozgrywających się wypadków (...) W miesiącach kwiecień - maj zapełniły się więzienia (...) Polując na mnie - UB aresztowało 8 maja moich trzech braci (...) oraz dwóch szwagrów. Przeszli okropne tortury - niejako za mnie. Braci Stanisława i Jana oraz szwagra Stanisława zamordowano w ciągu kilku tygodni. (...) Na taką serię okrucieństw trzeba było zareagować tak, jak to czyniłem za okupacji niemieckiej: rozbijaniem więzień i uwalnianiem aresztowanych i skazanych". Zresztą nie było innego wyjścia, a sami komuniści mówili otwarcie: "Nikt z wami pieścił się nie będzie, za najlżejsze przewinienie będziemy karać tak, że portki będą z was spadać same, zęby wylecą i przeklniecie godzinę, w której żeście się urodzili. Pamiętajcie, że jesteście zbrodniarzami i tak też będziecie traktowani. Polsce Ludowej nie jesteście potrzebni. Nie będziemy was oszczędzać". Nic dziwnego że rodziła się nienawiść, a z nią chęć pomszczenia zbrodni i ukarania sprawców, jak mówił Józef Kolasa "Powicher" z oddziału porucznika "Ognia" (Józefa Kurasia) z Podhala: "Przez miesiąc ich znienawidziłem. Raz na zawsze. Zobaczyłem, co to za ludzie. Bili mnie, kopali, poniżali, poniewierali (...) Zapalone papierosy do nosa mi pchali. Tak Polacy Polakom robili".

 


I zrodził się nowy, antykomunistyczny a tak naprawdę wolnościowy ruch konspiracyjny - zwany też niekiedy Drugą Konspiracją (w odróżnieniu od tej z czasów wojny i niemieckiej okupacji). Powstało wiele małych organizacji (doliczono się ok. 1000), często o zasięgu zaledwie lokalnym, skupiających głównie młodzież, choć istniało też kilka większych organizacji, jak choćby Wielkopolska Samodzielna Grupa Ochotnicza "Warta" podpułkownika Andrzeja Rzewuskiego "Przemysława" (jego rejon działania to głównie Wielkopolska, lecz już na jesieni 1945 r. organizacja ta, wbrew dowódcy, została zmuszona przez władze WiN-u do samorozwiązania), Konspiracyjne Wojsko Polskie kapitana Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" (rejon działania centralna i zachodnia Polska, ostatnie oddziały KWP zostały rozbite dopiero w 1954 r.), Armia Krajowa Obywatelska podpułkownika Władysława Liniarskiego "Mścisława" (rejon działania północne Kresy Wschodnie, głównie Wileńszczyzna i Białostocczyzna. To właśnie AKO podporządkowała się sławna 5 Wileńska Brygada Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", w skład której wchodziła chociażby sanitariuszka Danuta Siedzikówna "Inka" zamordowana przez Urząd Bezpieczeństwa w sierpniu 1946 r., nie miała wówczas nawet 18 lat. Przed śmiercią wypowiedziała swe słynne słowa: "Powiedzcie babci, że zachowałam się jak trzeba". Nigdy nie powstała jedna scentralizowana antykomunistyczna organizacja (podobnie zresztą jak nie istniała taka podczas wojny, Armia Krajowa była co prawda największą i najliczniejszą organizacją konspiracyjną w kraju, ale przecież wcale nie jedyną). Uniemożliwiły to również ogłaszane co jakiś czas przez władze komunistyczne amnestie. Duża część walczących w konspiracji z nowym, tym razem komunistycznym najeźdźcą - zaufała im i ujawniła się. Większość z nich skończyła potem zamordowana w katowniach UB i Informacji Wojskowej (dlatego też major Hieronim Dekutowski "Zapora", na propozycję amnesti i ujawnienia się żołnierzy podziemia niepodległościowego, odparł: "Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie". Podobnie zareagował major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko" który na propozycje spotkania się z ministrem bezpieczeństwa publicznego - Stanisławem Radkiewiczem i omówienia warunków złożenia broni, odrzekł: "Panie ministrze, możemy się spotkać pod jednym warunkiem - kiedy pan będzie wisiał na sośnie, to ja pod nią przyjdę").




Niestety, walka Niezłomnych z zalewającą kraj komunistyczną nawałą była nierówna i z góry skazana na klęskę (to nie zbrodniarza Radkiewicza powieszono, a zamordowano właśnie Łupaszkę). Kraj był zmęczony pięcioletnią wojną i krwawą okupacją, totalnie zniszczony i ograbiony, Warszawa leżała w gruzach, ludzie byli już zmęczeni dalszą walką i każdy chciał wreszcie zaznać radości z zakończenia wojny, takiej samej radości jak na Zachodzie Europy, jak w USA. Jednak dla dla nas wojna się nie skończyła, a jednego, brunatnego bandytę zastąpił drugi czerwony bandyta. Nikt też na Zachodzie nie przyszedł z pomocą tym walczącym samotnie i samotnie umierającym za wolność ludziom. Każdy się cieszył z pokonania Hitlera, zapominając że wojnę wywołały dwa zbrodnicze totalitaryzmy, a totalitaryzm sowiecki był znacznie gorszy od nazistowskiego i właśnie święcił triumf.




 Za naszą krew za walkę z Hitlerem od pierwszego dnia wojny, za odwagę i bohaterstwo polskiego żołnierza, za Bitwę o Anglię, za walkę w obronie Francji, za wyzwolenie Belgii i Holandii, za zatopienie "Bismarcka", za złamanie szyfrów Enigmy, za zdobycie planów i miejsc stacjonowania śmiercionośnych niemieckich broni V-1 i V-2 (które wywiad Armii Krajowej przesłał do Londynu), za bitwę o Monte Cassino, której to twierdzy nie potrafili zdobyć ani Kanadyjczycy, ani Brytyjczycy, ani Francuzi ani Amerykanie, zdobyli ją dopiero Polacy z 2 Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa (a konkretnie z 5 Kresowej Dywizji Piechoty w skład której wchodził sławny miś "Wojtek", który wnosił na szczyt wzgórza amunicję dla żołnierzy - notabene nie był to pierwszy żołnierz-niedźwiedź w Wojsku Polskim, gdyż w latach 1918-1919 służyła też niedźwiedzica polarna o imieniu Basia, a ponieważ pochodziła z Murmańska w Rosji, zwano ją "Baśką Murmańską". W czasie defilady w Warszawie w 1919 r. przeszła na dwóch łapach i zasalutowała przed Józefem Piłsudskim wzbudzając powszechne zainteresowanie). 




Za to wszystko po wojnie sprzedano nas Sowietom, Stalinowi, na zniewolenie i na śmierć. Dlatego pamięć o Żołnierzach Niezłomnych trwać musi i żyć w narodzie - jeśli ten chce jeszcze narodem być, a nie jakąś papką nie znającą swoich korzeni i nie wiedzącą dokąd zmierza przez wichry czasu ku przyszłości. Jak pisał bowiem Stefan Korboński (członek władz przedwojennego Polskiego Stronnictwa Ludowego):
 

"Po niezliczonych polskich lasach błąkają się niedobitki zbrojnych oddziałów, z orłami na czapkach, z ryngrafami na piersiach, nie pogodzone z przegraną, walczące z zaciętymi zębami o głodzie i chłodzie już tylko dla honoru, dla protestu, bez nadziei na zwycięstwo, same i opuszczone"
 
 
Warto też przypomnieć o co walczyli Niezłomni. Oto słowa Władysława Łukasika, dowódcy 6 Brygady Wileńskiej:
 
 
"Nie obchodzą nas partie, te czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski - polskiej! (...) Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny czy na gruzach kochanej stolicy - Warszawy - z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał polską ziemię"  
 



Ostatni Żołnierz Miezłomny - Józef Franczak ps: "Lalek", zamordowany został w październiku 1963 r. Osiemnaście lat po zakończeniu II Wojny Światowej.


OSTATNI NABÓJ - ZOSTAŁEM TU SAM



W tym samym czasie na Zachodzie ludzie ekscytowali się geniuszem muzycznym Elvisa Presleya, Bitlesów, The Rolling Stones, Mari Laforêt czy Juliette Gréco, a u nas (i w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej) lała się krew.





"Mówi się że nadzieja umiera ostatnia, ale co zrobić gdy ona już dawno umarła, a my wciąż żyjemy!?"




NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...