WYŚWIETLENIA

04 stycznia 2026

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. I

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI
PO CZASY WSPÓŁCZESNE

 



Już dawno przymierzałem się do podjęcia tego tematu i ostatecznie się udało, przystąpiłem do zadania opisania podróży sławnych i mniej sławnych ludzi w dziejach (np. podróże Jakuba Sobieskiego - syna króla Jana III - po Europie, albo podróż Thomasa Jeffersona po Francji i Włoszech, albo też podróże po Moskwie za czasów Stalina, lub po przedwojennym Berlinie w latach 30-tych XX wieku). Temat ten nie jest i nie będzie uporządkowany chronologicznie, ponieważ jest wiele interesujących historii które można w taki sposób niechybnie pominąć, a postanowiłem kierować się w tej kwestii zasadą tego, co bardziej w danej chwili wydaje mi się interesujące. Dlatego też informacje o antycznych podróżach i sposobach spędzania wolnego czasu mogą się przeplatać tematycznie ze średniowiecznymi lub renesansowymi wyprawami, nie mówiąc już o współczesnych urlopach zimowych i letnich (😉). To wszystko będę ze sobą przeplatał i łączył, tak, że nie może być tutaj mowy o żadnej chronologii (aczkolwiek zapewne uda się takową ułożyć, kierując się poszczególnymi opisami i tematami). Jako pierwszy zamierzam opisać trzymiesięczny pobyt Marszałka Józefa Piłsudskiego na portugalskiej wyspie Maderze - na którą wybrał się, w celu podreperowania swego zdrowia





I
PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
NA MADERĘ
(Grudzień 1930 - Marzec 1931) 



"Płk. Becka zastałem w łóżku. Był niezdrów. Zaraz na wstępie zapytał mnie, czy nie chciałbym pojechać na jakiś czas za granicę. Bez wahania odpowiedziałem, że tak, że wyjadę chętnie. Pułkownik zadał mi wtedy pytanie, czy znam język portugalski. Zdumiało mnie to, lecz oczywiście, odpowiedziałem, że znam. Wtedy pułkownik przystąpił do sedna sprawy. (...) - Jest taka sprawa: Marszałek Piłsudski wyjeżdża wkrótce na urlop, na Maderę... Czy znacie tę wyspę? - Tak jest, byłem na niej cztery razy. - To dobrze. Otóż trzeba abyście towarzyszyli Komendantowi w tej podróży"

Z Pamiętnika adiutanta Marszałka Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego



O tym że Marszałek Piłsudski potrzebuje dłuższego urlopu wiedziano od dawna, ale ponieważ Piłsudski nie badał się i nie dbał o swoje zdrowie (nie znosił lekarzy, nazywając ich konowałami), a krótkie pobyty w Druskiennikach (gdzie Marszałek miał mały domek i gdzie mieszkał od czerwca 1924 r. zjeżdżając tam z rodziną głównie na okres wakacji) niewiele dawały. Józef Piłsudski często spacerował, w tym również po niemeńskim brzegu, po którego drugiej stronie była Litwa (sam Marszałek uważał się bowiem za "Starego Litwina" i choć ostro ganił antypolską politykę "rządu kowieńskiego" - jak mawiał o ówczesnym rządzie litewskim - to jednak zawsze podkreślał: "Nie można zapomnieć o drogim, kochanym Wilnie, stolicy, wzniesionej nie ręką polską, ale wysiłkiem narodu litewskiego i niezwykłych bohaterów Litwy pogańskiej, budujących państwo od morza do morza rękami Kiejstutów, Olgierdów, Witolda, Jagiełły (...) nie mogę nie wyciągnąć przez kordon nas dzielący ręki do tych tam w Kownie. (...) Nie mogę nie wyciągnąć ręki, nawołując do zgody i miłości. Nie mogę nie uważać ich za braci". Litwa wówczas - od czasu zajęcia Wilna przez "zbuntowane" na rozkaz Piłsudskiego oddziały gen. Żeligowskiego dnia 9 października 1920 r. - nie utrzymywała z Polską żadnych kontaktów, ani dyplomatycznych, ani handlowych, ani kulturalnych, ani nawet drogowych, czy granicznych. Granica przypominała tę, pomiędzy dzisiejszą Koreą Południową a Koreą Północną, z tą wszakże różnicą że nie było tam tyle wojska ani umocnień, choć oczywiście Korpus Ochrony Pogranicza czuwał.


DRUSKIENNIKI ZNAJDOWAŁY SIĘ W WOJEWÓDZTWIE BIAŁOSTOCKIM, 
NA PÓŁNOC OD GRODNA, TUŻ NAD GRANICĄ Z LITWĄ



 Sytuacja ta uległa zmianie dopiero siedemnaście lat później, gdy Polska - 17 marca 1938 r. - wysłała ultimatum wobec Litwy, grożąc wojną w przypadku odmowy nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych i granicznych. Stało się tak, ponieważ z terytorium Litwy były organizowane - podobnie jak dziś z Białorusi - ataki na polskie pogranicze, a poza tym Litwa była dogodnym miejscem do uprawiania antypolskiej działalności wywiadowczej przez Moskwę i Berlin. Stosunki dyplomatyczne z Litwą zostały zawiązane 31 marca 1938 r. a poprzedzała je ostra kampania prowojenna, łącznie z hasłami - tak bardzo wyszydzanymi potem w czasach komunizmu - "Wodzu, prowadź na Kowno" czy "Niech żyje Polska mocarstwowa". 

Poza tym podczas ostatniego wypoczynku w Pikieliszkach Marszałek Piłsudski zachorował i postanowiono przekonać go, aby wybrał się wreszcie na dłuższy urlop, najlepiej do ciepłych krajów. 


OTWARCIE GRANICY POLSKO-LITEWSKIEJ
Marzec 1938



Marszałek Piłsudski - przekonany przez swoje córki Wandę i Jadwigę (Jadwiga Piłsudska podczas II Wojny Światowej służyła w brytyjskim RAF w czasie Bitwy o Anglię i w kolejnych latach) - ostatecznie postanowił wyjechać na urlop i od lata 1930 r. przeglądał przewodniki oraz książki opisujące dalekie kraje w Ameryce Południowej i w Afryce. Ostatecznie zdecydował się na dwa miejsca: Egipt lub Maderę, ale ostateczna decyzja należała do Jego córek, które jednak wybrały Maderę - portugalską wyspę, leżącą na Oceanie Atlantyckim (kapitan Lepecki pisał o tym tak: "Nie wiem, czym dziewczynki się powodowały, doradzając Maderę a nie Egipt. Może sądziły, że w Egipcie są lwy, a na Maderze nie ma, może po prostu dźwięk nazwy lepiej im się podobał - nie wiem. Dość że wybrały Maderę"). Piłsudski był bardzo rodzinnym człowiekiem i jak wspominała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska: "Mąż, gdy zrzucał z siebie na chwilę odpoczynku ciężar obowiązków i odpowiedzialności zmieniał się nie do poznania. Młodniał, był wesoły, pogodny". Marszałek był też dobrym ojcem, zbyt dobrym, jak twierdziła pani Aleksandra, która pisała: "Dzieci wychowywałam sama. Mąż tylko je psuł i rozpuszczał". Zawsze pamiętał o urodzinach i imieninach swej żony oraz córek, a gdy nie mógł uczestniczyć w tych uroczystościach rodzinnych, zawsze wysyłał pocztówki, w których tłumaczył się ze swojej nieobecności (Aleksandra Piłsudska pisała: "Jednego roku moje imieniny wypadały w czasie, kiedy był w Genewie, w sprawie Litwy [1927 r.]. Mógł więc tylko wysłać depeszę z życzeniami. Wzruszona byłam później dowiedziawszy się, że mimo tylu spraw, które w tym czasie miał na głowie, w dniu tym zwierzył się jednemu dziennikarzowi, jak mu jest przykro, że wskutek spóźnienia powrotu nie będzie mógł złożyć życzeń "swojej pani" osobiście". I dalej: "23 czerwca wypadają imieniny Wandzi. Któregoś roku mąż był w tym czasie na kuracji w Druskiennikach, a ja z dziewczynkami byłam w Sulejówku. Wandzia martwiła się zawczasu, że na imieninach nie będzie Tatusia. W wigilię tego dnia przyjechała do nas serdeczna przyjaciółka naszej rodziny, Halina Sujkowska, nasza kochana "Ciocia Hala". Przywiozła list od męża z życzeniami dla Wandzi, przesłany na jej ręce z prośbą aby rano, w dniu imienin położyła ten list przy śniadaniu pod jej talerzyk. (...) Wandzia wpadła do mnie podniecona, mówiąc, że dostała list-łamigłówkę, pisaną dużymi literami drukowanymi, rozrzuconymi w rozmaite esy-floresy. Wynikało z tego listu, że jeden pan jęczy i szlocha nie mogąc przyjechać na jej imieniny. Oczywiście, domyśliła się od razu, że to Tatuś ten list przysłał. (...) Po obiedzie nagle usłyszeliśmy znany stukot zajeżdżającego samochodu. Dziewczynki wybiegły do ogrodu. Rzeczywiście przed domem stał samochód, a w nim Tatuś. Radość nie miała granic dla nas i dla znajomych, którzy przyjechali na imieniny Wandzi i nie spodziewali się spotkać męża").


PIKIELISZKI
Samochód przed domem rodziny Piłsudskich.
Dworek w Sulejówku był bardzo podobny
(1931)



15 grudnia 1930 r. Marszałek Piłsudski wyjechał pociągiem z Dworca Głównego w Warszawie o godz. 19:30. Salonka Marszałka - jak zresztą większa część Jego życia - była bardzo skromna (Piłsudski nie pobierał nawet pensji ze stanowiska Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, twierdząc, że nie powinien obciążać dopiero co odrodzonej Polski swymi problemami finansowymi i utrzymywał się przede wszystkim ze sprzedaży książek, oraz odczytów i laudacji. Poza tym Marszałek nie nosił przy sobie pieniędzy - gdyż tego nie lubił - i nawet gdy zabierał córki by kupić im urodzinowy bądź imieninowy prezent, to obok Niego szedł adiutant, który właśnie miał przy sobie pieniądze i który płacił. Za to Piłsudski zawsze nosił przy sobie w kieszeni płaszcza - rewolwer. To przyzwyczajenie pozostało mu jeszcze z czasów walk o Niepodległość), nie było w owej salonce nawet żadnych przewodów elektrycznych, aby można było choćby posłuchać radia. Marszałek nie zgodził się również na wysłanie na Maderę ochrony dla siebie, czym tylko przyprawiał kłopotu kapitanowi Bolesławowi Ziemiańskiemu - komendantowi ochrony osobistej Marszałka, oraz pułkownikowi Tadeuszowi Pełczyńskiemu - szefowi Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego (czyli wywiadu). Piłsudski kategorycznie odmawiał jakiejkolwiek ochrony dla siebie i gdy nawet wychodził z domu, ochroniarze musieli być bardzo dyskretni, aby ich nie wypatrzył, bo wtedy sypał "ostrymi przekleństwami" - a ponieważ Piłsudski dostawał wiele anonimów z życzeniami śmierci - ochrona była więc w Jego przypadku niezbędna. Wraz z Marszałkiem jechały wówczas w salonce tylko dwie osoby - dr. Marcin Woyczyński i dr. Eugenia Lewicka (kapitan Lepecki też jechał wówczas na Maderę, ale przebywał dyskretnie w innym przedziale tego pociągu). Uważa się, że dr. Lewicka była wówczas kochanką Marszałka (choć nie ma na to większych dowodów). Była bowiem młoda (prawie trzydzieści lat młodsza od Komendanta i piętnaście lat młodsza od Jego żony, urodzona w 1897 r.), pochodziła - podobnie jak Piłsudski ze szlachty, a przede wszystkim była wysokiej klasy lekarzem (specjalizowała się co prawda w chorobach kobiecych, ale jednocześnie propagowała zdrowe odżywianie i ruch na świeżym powietrzu - "Słońce-Woda-Ruch". Codziennie też uprawiała gimnastykę i pływała, a z jej inicjatywy powstał w Druskiennikach - gdzie pracowała jako lekarz uzdrowiskowy - zakład przyrodoleczniczy, dwa boiska i korty tenisowe). Lewicka i Piłsudski poznali się w 1924 r. w Druskiennikach, a w lutym 1927 r. Eugenia Lewicka znalazła się w Państwowej Radzie Naukowej Wychowania Fizycznego, którego patronat osobiście objął Piłsudski (czego z reguły unikał). Tam właśnie bardzo często spotykała się z Marszałkiem i pisała dla Niego publikacje na temat zdrowia, gimnastyki i kultury fizycznej.
 



Pociąg jechał przez Czechosłowację, Austrię, Szwajcarię, Francję (na pierwszej stacji, tuż po przekroczeniu francuskiej granicy, do salonki Marszałka przybył lokalny prefekt departamentu granicznego, wraz z polskim posłem Alfredem Chłapowskim i attache wojskowym - płk. Jerzym Ferek-Błeszczyńskim. Następnie w Lyonie zgłosili się miejscowi przedstawiciele francuskich władz miasta i departamentu, a także dowódca miejscowego okręgu korpusu Armii Francuskiej. W Bordeaux Marszałek spędził kilka godzin czekając na zmianę pociągu, a w tym czasie udał się zwiedzić miasto wraz z francuskim dowódcą lokalnego okręgu korpusu, który przysłał wojskowy samochód - Marszałek miał tylko kilka godzin i udało mu się niestety jedynie zwiedzić sam port w Bordeaux) i Hiszpanię (na granicy francusko-hiszpańskiej w Irun trzeba było zamienić salonki, gdyż rozkład torów w Hiszpanii był inny niż w reszcie Europy i podobny do tych z Rosji). W salonce polskiej pozostała jednak przez nieuwagę szabla Marszałka, co potem miało szeroki wydźwięk w prasie Europy, gdyż pisano, że szabla została skradziona, jej utratę odkryto jednak dopiero w Lizbonie, czyli w Portugalii. Temat szabli stał się bardzo głośną sprawą i prasa oraz agencje informacyjne żyły nią prawie... trzy miesiące (pisano że szabla została podstępnie skradziona z pociągu, że jej rękojeść była wysadzana diamentami i szafirami, organizowano poszukiwania szabli - np. prasa amerykańska rozpisywała się o ogromnej wartości materialnej skradzionej szabli, Francuzi zrzucali winę na Hiszpanów, ci znów na Francuzów, a Piłsudski gdy czytał te gazety, ponoć śmiał się do rozpuku i niczego nie prostował ani nie dementował, bo bardzo bawiła go ta cała "afera z szablą". Ostatecznie szabla ta - a była to zwykła szabla wojskowa - została odnaleziona i po cichu wysłana na Maderę). 19 grudnia pociąg Marszałka Piłsudskiego wjechał na stację główną w Lizbonie, gdzie już czekały tłumy ludzi, pragnące poznać: "największego i najsławniejszego Polaka", pogromcę "straszliwych bolszewików" (kapitan Lepecki pisał: "Pełne cztery dni męczącej podróży kolejowej niemal przez całą Europę nie pozostawiły na Marszałku najmniejszego śladu. Przez dworzec szedł równie sprężystym i dziarskim krokiem, jak gdyby przejechał z Belwederu do Mokotowa na rewię wojskową"). Następnego dnia (20 grudnia) Marszałek Piłsudski spotkał się z prezydentem Republiki Portugalii - Antonio Oscarem de Carmoną. Obaj panowie zjedli ze sobą śniadanie w Palacio de Belem, a następnie prezydent Carmona uhonorował Piłsudskiego portugalskim orderem "Wieży i Szpady".




Następnie Marszałek udał się do portu, gdzie spotkał się jeszcze z lokalną Polonią, po czym wszedł na pokład okrętu pasażerskiego "Angola" (który z tego powodu został specjalnie odmalowany i wyszorowany), co to miał wypłynąć z Lizbony do Funchalu na Maderze (kapitan Lepecki również znalazł się na tym statku, ale jak pisał: "Jeszcze przed przybyciem Marszałka udałem się również na pokład "Angoli", gdzie przezornie usadowiłem się jak najdalej od Jego kajuty"). Tak rozpoczęła się podróż Józefa Piłsudskiego ku brzegom Madery (kapitan Lepecki notował iż: "Klimat Madery jest jednym z najzdrowszych i najprzyjemniejszych klimatów świata. Jego cechą charakterystyczną jest łagodność i równomierność. Na wyspie są nieznane uciążliwe upały, jak również i chłody"), rozpoczynająca Jego trzymiesięczny urlop - bodajże najdłuższy, jaki ten człowiek miał w całym swoim życiu.


DOKTOR EUGENIA LEWICKA OBECNA NA OBU ZDJĘCIACH 
Z PODRÓŻY JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO NA MADERĘ





Cała podróż przebiegała spokojnie, choć grudniowa pora roku nie była najlepszą do wycieczek wodami Oceanu Atlantyckiego. Według relacji kapitana Mieczysława Lepeckiego - który na pokładzie "Angoli" przebywał incognito i miał za zadanie chronić Marszałka Piłsudskiego, ale nie ujawniać swojej przy Nim obecności (spotkać mieli się "przypadkiem" już na Maderze, a kpt. Lepecki miał powiedzieć że również podróżuje po tej wyspie) stwierdził iż "fale kołysały Angolą nie na żarty" a "szczury lądowe" zapewne doświadczały wówczas choroby morskiej. Ale nie Marszałek. Ponoć bardzo spokojnie przyjął tę podróż i cały pierwszy wieczór na morzu (20/21 grudnia 1930 r.) Marszałek spędził na czytaniu książek i spożywaniu posiłku, dostarczanego do Jego kajuty przez stewarda. Piłsudski żył i jadał bardzo skromnie i miał niewielkie potrzeby (gdyby mu kazano spać na ziemi czy na prostej desce, spałby zapewne równie dobrze, jak na łóżku czy materacu). Lubił też proste posiłki (nie przepadał za bigosami, litewskimi kołdunami czy zupami, szczególnie zaś za grochówkami) ale bardzo pilnował - szczególnie w domu - czasu spożywania obiadu, a była to zawsze godz. trzecia po południu (Piłsudski mawiał że lubi tę część dnia zaraz po posiłku, kiedy można się zrelaksować) i bywał bardzo niezadowolony, gdy panna Adela Heybutowicz, kucharka rodziny Piłsudskich - nieco spóźniała się z obiadem, choć jednocześnie należy przyznać że Marszałek nigdy w domu na nikogo nie podnosił głosu i nigdy nie rzucał złego słowa, a swoje niezadowolenie pokazywał zaledwie grymasami i dąsami. Obiady lubił też Józef Piłsudski spożywać tylko w gronie rodzinnym, celebrując tę chwilę jako coś wybitnie prywatnego (dlatego też tak rzadko w obiadach w Sulejówku czy w Belwederze uczestniczyli jacyś zaproszeni goście, a ci, którzy brali w nich udział, dostrzegali niezwykłą prostotę, skromność i naturalność całej rodziny). Marszałek nie lubił i nie spożywał również alkoholu, co najwyżej wina (szczególnie węgierski tokaj) i to w niewielkich ilościach, najczęściej jeden kieliszek po wstaniu z łóżka, drugi przed śniadaniem i następny po kolacji. Lubił jednak produkty Wedla (najstarsza polska rodzinna firma cukiernicza, założona w Warszawie w 1851 r. przez niemieckiego cukiernika - Karla Ernsta Heinricha Wedla, który to, podobnie jak i jego potomkowie, szybko się spolonizował, a firma "E.Wedel" stała się synonimem najlepszych łakoci na ziemiach polskich i to zarówno pod zaborami, jak i potem w niepodległej Polsce), ale najczęściej spożywał wedlowskie herbatniki (w tym krakersy) natomiast wszelkie inne słodycze tej firmy pomijał. Uwielbiał jednak Marszałek domowe ciasta i słodkie leguminy oraz kruche placki z zapiekaną pianką, pieczone przez Adelcię. Poza tym przy Jego biurku zawsze stała paczka landrynek i talerz z owocami.




Marszałek wstawał z reguły o godz. 8 rano (chyba że akurat - tak jak w Sulejówku w latach 1923-1926 nie miał żadnych obowiązków zawodowych, to spał do dziesiątej). Żona - Aleksandra Piłsudska - przynosiła mu śniadanie do łóżka oraz gazety (najczęściej "Kurier Poranny" i "Expres"). Pani Aleksandra żaliła się później, że mąż nic w domu nie robił i wszystko było na jej głowie, On natomiast - gdy nie miał żadnych obowiązków służbowych - lubił przechadzać się po ogrodzie i doglądać drzewek ofiarowanych mu przez legionistów (którymi jednak sam się nie zajmował - wszystko to robiła pani Aleksandra wraz z Adelą i ogrodnikiem). Piłsudski lubił zaś obserwować jak jego żona zajmuje się owymi drzewkami, sam siedząc na bujanym fotelu i paląc papierosy lub pijąc mocną herbatę (papierosy też były Jego ogromnym nałogiem z którego nie potrafił zrezygnować). Pani Aleksandra pomagała mężowi również przy pisaniu książek - On dyktował (chodząc cały czas po pokoju - gdyż taki miał zwyczaj; w Sulejówku był nawet salonik, w którym widać było wydeptane ślady na zakrętach), Ona zaś pisała na maszynie, a po skończonej pracy razem pijali herbatę, gdy przez okno - jak wspominała pani Aleksandra - "wpływał chłodny powiew poranka, a gdzieś w akacjach śpiewał słowik. Byliśmy wówczas sami wśród śpiewającego świata". Marszałek Piłsudski jednak pomimo całego nimbu jakim otaczał rodzinę, nie potrafił poskromić w sobie namiętności do innych kobiet, a podróż na Maderę bez żony i córek, za to z panią doktor Eugenią Lewicką był tego wyraźnym dowodem. Aleksandra wiedziała o tym związku i przyprawiał on ją o coraz gorsze samopoczucie (np. do Druskiennik, gdzie pani Lewicka była lekarzem, Marszałek wyjeżdżał sam, zaś pani Aleksandra pozostawała z córkami w domu w Sulejówku lub w Belwederze, a czasem z nimi wyjeżdżała do Pikieliszek, jak to miało miejsce w 1929 r. gdy wyjechali razem, ale On skierował się do Druskiennik, a Ona i córki do Pikieliszek) i twierdziła że klimat Druskiennik nie służy jej zdrowiu. Zapewne to nie klimat był powodem niechęci wyjazdu tam z mężem, a właśnie owa panna Lewicka, która wyraźnie stawała się konkurentką do serca męża Aleksandry i ta, nie mogąc tego znieść, popadała w coraz większą melancholię i smutek (Piłsudski zwykł nazywać swoją żonę "Smutną Panią"). Należy jednak dodać, że sama za młodu odbiła Józefa Piłsudskiego jego pierwszej żonie - Marii Piłsudskiej, aż ta zmarła z żalu na atak serca w sierpniu 1921 r.). Niechęć do konkurentki i nowej kochanki męża była tak wielka, że w swoich "Wspomnieniach" pani Aleksandra nigdzie nawet słówkiem nie wspomniała o postaci Eugenii Lewickiej, a spotkała się z nią tylko raz, zaraz po jej powrocie z Madery, ale o tym zdążę jeszcze wspomnieć.




Tymczasem wróćmy na pokład Angoli, który to statek przez wzburzone fale Atlantyku zmierzał pewnie ku Funchalu - głównemu miastu Madery. Marszałek Piłsudski zjawił się na pokładzie o godz. 9 rano drugiego dnia podróży (21 grudnia). Pogoda była wówczas piękna, niebo błękitne dlatego też większość pasażerów wyszła pospacerować sobie po okrętowym deptaku, a pojawienie się tam Piłsudskiego wzbudziło szerokie zainteresowanie podróżnych. Marszałek nie lubił zbytnich objawów zainteresowania swoją osobą i gdy tak się działo z reguły uciekał stamtąd (nie lubił też być fotografowany), ale na pokładzie Angoli uciec raczej nie miał dokąd - chyba że do własnej kajuty, a tego nie chciał, jako że czas spędzony w pociągu i potem jeszcze w kajucie był dla Niego nieprzyjemny i pragnął nieco rozprostować nogi. Dlatego też spędził na pokładzie wśród tłumów ciekawskich osób jakieś trzy godziny, wdając się w pogawędki lub opowiadając zabawne anegdoty (Piłsudski bardzo lubił żartować i często ubolewał że: "Witaliśmy odrodzoną Polskę nie dźwięcznym śmiechem odrodzenia, lecz jakimś kwasem śledzienników i jakąś zgryźliwością ludzi o chorych żołądkach. Więc głosem z trąby błagam" matki i ojcowie (...) Niech się śmieją polskie dzieci śmiechem odrodzenia, gdy wy tego nie umiecie"). Nocą, tego samego dnia, Marszałek również wyszedł na pokład i milcząc wpatrywał się w mroki nocy, po czym udał się do swojej kajuty na spoczynek. Statek dobił do portu w Funchalu 22 grudnia o godz. 9 rano. Bardzo szybko okręt otoczył prawdziwy rój drobnych łódeczek z kupcami oferującymi do sprzedaży miejscowe wyroby, a po jakimś czasie zjawiła się tam również motorówka, wioząca przedstawiciela gubernatora wyspy. Madera była częstym kierunkiem ówczesnych wakacyjnych podróży Europejczyków, jako że łatwo i bezpiecznie można było się tam dostać statkiem. Co prawda leżące nieopodal Wyspy Kanaryjskie i nieco dalej położone Bermudy stanowiły dlań pewną konkurencję, ale i tak rokrocznie na tę wyspę przybywali znani politycy, koronowane głowy, literaci i inni milionerzy. Mimo jednak przyzwyczajenia mieszkańców Madery do częstych gości z Europy, wizyta Marszałka Piłsudskiego była dla nich dość wyjątkowa, a to dlatego że o Polsce mało kto tam wiedział i jeśli już, to postrzegano nasz kraj jako prawie cały czas ścięty mrozem oraz śniegiem i będący sąsiadem bolszewickiej Rosji. Polska - kraj dziwny, tajemniczy, niczym z jakichś opowiadań o dalekich, nieznanych lądach (cóż, nawet dzisiaj w dobie internetu i podróży kosmicznych jest wielu takich na Zachodzie, którzy nadal myślą że Polska to jakiś biedny kraj, gdzie chodzą niedźwiedzie polarne po ulicach i gdzie jeżdżą dorożki konne. Pamiętam że przed 2020 rokiem i całym tym "pomorem" narzuconym światu, pewna dziennikarka z Holandii została wysłana do naszego kraju i naprawdę, póki tutaj nie przyleciała, myślała że jedzie do kraju trzeciego świata, to jakiś biednej zapuszczonej krainy. Ale ostatnio słyszałem o amerykańskim żołnierzu pochodzącym z Teksasu, który stacjonował u nas w latach 2022/2023, który również myślał - i powiedział o tym otwarcie w wywiadzie - że jedzie do kraju podobnego do Afganistanu, gdzie są domki z drewna. Jakież było jego zdziwienie gdy odkrył że Polska jest nie tylko normalnym krajem zachodnim, ale wiele osiągnięć cywilizacyjnych stoi na znacznie wyższym poziomie niż w USA. Niestety tego typu myślenie jest naprawdę wciąż jeszcze obecne w sporej części - szczególnie starszych - ludzi na Zachodzie którzy myślą kalkami z lat 80-tych lub 90-tych).






SZCZEGÓLNIE ZAŚ BEZPIECZEŃSTWO JEST TYM, CO NIEZWYKLE POZYTYWNIE ODRÓŻNIA NAS OD CAŁEJ RESZTY ZACHODNIEGO, JAK RÓWNIEŻ WSCHODNIEGO ŚWIATA



I wówczas pojawił się On - najsławniejszy Polak ubrany w swój jasny mundur, w czapce maciejówce na głowie, przepasany orderem prezydenta Portugalii - tajemnicza postać pogromcy bolszewików zjawiła się nagle na ich wyspie, niczym tajemny czarnoksiężnik z legend. Nic więc dziwnego że przybycie Piłsudskiego na Maderę wzbudziło prawdziwą sensację. Dla Marszałka (i jego dwóch towarzyszy - doktora Marcina Woyczyńskiego i doktor Eugenii Lewickiej) podstawiono samochód, którym odjechali oni do willi w Sao-Martinho (willą ów budynek był tylko z nazwy, gdyż realnie był to skromny piętrowy domek, jakich wiele stało wówczas w tej dzielnicy miasta). Leżała ona otoczona pięknym ogrodem, pełnym kwiatów i klombów (Marszałek bardzo lubił kwiaty, drzewa i przyrodę, ale niestety nie potrafił o nie dbać, dlatego też tym zajmowała się jego małżonka - pani Aleksandra). Była to piękna okolica, skąpana w promieniach południowego słońca, gdy o tej porze roku w większej części Europy zalegał śnieg a ludzie przygotowywali się do Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Z ogrodu owej willi, w której Marszałek zamieszkał, roztaczał się wspaniały widok na plantacje trzciny cukrowej i winnic, poprzecinanych gajami bananowymi. Można było też dostrzec wybrzeże morskie i niebieską toń morskiej fali, a na niej kołyszące się z daleka statki. Marszałek często spoglądał w tę dal, wiodąc wzrokiem hen, tam za horyzont, jakby szukając w swych myślach odpowiedzi na dręczące go problemy. Przy domu znajdowała się też mała altanka i parę ławeczek, a przed bramą wjazdową do willi stał zawsze portugalski policjant, a u jego stóp leżał mały czarny psiak - obaj wspaniale się uzupełniali. Tak więc w tym spokojnym, "balsamicznym" krajobrazie, na dalekiej wyspie położonej na Atlantyku z dala od kraju, swoje grudniowe wakacje spędzał "Protektor Republiki Polskiej" (jak Józefa Piłsudskiego nazywali mieszkańcy Madery).




Dzień Marszałka Piłsudskiego rozpoczynał się tak samo. Wstawał rano o godzinie ósmej i udawał się na śniadanie. Następnie wychodził do ogrodu (chyba że padał deszcz), po czym odbywał długą przechadzkę wokół domu (pani Aleksandra Piłsudska śmiała się czasem, że gdy męża odwiedzali jego bracia: Adam i Kazimierz, to wszyscy trzej nie potrafili usiąść w jednym miejscu i chodzili wokół stołu, co sprawiało dość komiczne wrażenie). Następnie siadał sobie w altance i czytał książki (głównie dzieła autorów francuskich, najczęściej o tematyce militarnej, np. "Guerre d'Italie" Napoleona Bonaparte). O godz. 11-ej zaczynało się drugie śniadanie, na które zapraszała Marszałka pokojówka Georgina, udając się do ogrodu i informując o tym zaczytanego bądź zamyślonego gościa. Marszałek wypijał wówczas herbatę i spożywał maślane bułeczki lub ciasto, najczęściej w towarzystwie dr. Marcina Woyczyńskiego (po kilku latach okazało się, że żona doktora Woyczyńskiego była sowiecką agentką i została za to prawomocnie skazana przez sąd, a wówczas dr. Woyczyński został odsunięty od Marszałka). Potem jeszcze raz spacerował po ogrodzie (niekiedy też witał się z mieszkańcami wyspy, którzy specjalnie w celu spotkania z "Protektorem Republiki Polskiej" przychodzili pod bramę willi czy przyjaźnie machali doń z okolicznych domostw), lub pisał (kończył "Poprawki historyczne"). Obiad przygotowywano między godz. 14 a 15, a kucharz - Teixeira bardzo się starał aby gościom przypadły do gustu jego przysmaki i był niezadowolony, gdy Marszałek ani nie pochwalił ani też nie skrytykował jego starań (powiedział potem kapitanowi Lepeckiemu, że Marszałek Piłsudski nie miał żadnych życzeń specjalnych co do posiłków i jadł to, co mu przygotowano). Po obiedzie najważniejszy gość udawał się do swego pokoju na krótką drzemkę, a ok. godz. 16-ej był już w ogrodzie, gdzie siedział na wiklinowym fotelu. Potem udawał się na przechadzkę po mieście (najczęściej w towarzystwie dr. Eugenii Lewickiej). Boże Narodzenie też spędzono mało tradycyjnie, a miast świątecznego karpia na talerzu znalazła się inna ryba, których to na Maderze było pod dostatkiem (dieta przeciętnego mieszkańca wyspy składała się przede wszystkim z ryb).

Listy na Wyspę przychodziły dość często, ale częściej najróżniejsze telegramy (czasem nawet piętnaście razy na dobę), które były prawdziwym utrapieniem (Marszałek nie lubił telegramów, gdyż zawsze obawiał się że przynoszą one jakieś złe wieści, np. czyjąś chorobę lub śmierć). Prawdziwa lawina listów nastąpiła jednak z początkiem marca 1931 r., gdy przed zbliżającymi się imieninami Marszałka (19 marca) Jego współpracownicy (a przede wszystkim Walery Sławek) wpadli na pomysł "akcji pocztówkowej". "Komitet Główny Obchodów Imienin Marszałka Piłsudskiego" wezwał cały Naród do wysyłania na Maderę kartek pocztowych z imieninowymi życzeniami dla Marszałka Polski. Prasa piłsudczykowska (głównie "Gazeta Polska", "Nowy Kurier Polski" oraz "Polska Zbrojna") podniosła ten temat (gazety lewicowe, prawicowe i konserwatywne apel ten pominęły). Na łamach gazet informowano społeczeństwo jak prawidłowo należy zaadresować i wysłać kartki ("Madera, Funchal, Moussier le Marechal Joseph Piłsudski") i jaki znaczek dobrać. Pojawiły się też ulgi dla nadawców zbiorowych, zaś najbiedniejsi mogli wysłać życzenia bezpośrednio do Belwederu, płacąc jedynie 5 groszy. Już do 4 marca 1931 r. nabyto w całym kraju ponad 2 miliony kart pocztowych, co wzbudziło prawdziwe przerażenie na Maderze. Poczta na Wyspie nie spodziewała się bowiem takiego "desantu" listów i aby je obsłużyć gubernator Madery - Jose Maria Freitas - zarządził konfiskatę wszystkich pojazdów na Wyspie, a także osłów i mułów. Już do 10 marca zgromadzono na Poczcie Polskiej 5 milionów kart pocztowych, a spodziewano się że to jeszcze nie jest koniec. I mieli rację, kolejne dni przyniosły taki napływ kart i listów, że poczta na Maderze nie była w stanie tego przerobić (przychodziło ponad 200 000 kart dziennie). Ostatecznie jednak nie wszystkie karty zostały wysłane (na Maderę dotarło jakieś 1 040 000 kartek), a głównym tego powodem były błędy poczynione w adresie (14 marca "Ilustrowany Kurier Codzienny" - czyli popularny "IKaC", na swych łamach donosił: "Mimo pożądanej izolacji, dociera do Marszałka bardzo liczna korespondencja, wskazująca jednak na słabe uświadomienie geograficzne autorów listów. Przychodzą bowiem listy różnie adresowane, jak np. "Madera - Hiszpania", "Madera - Ameryka", "Madera - Francja", "Kolonia polska Madera" (!?), albo jeszcze inaczej: "Półwysep Madera - miasto Angola". (...) Niestety wiele osób nadsyła listy do Marszałka, nie zastanowiwszy się nad ich celowością, jak np. niejaki pan Filewicz, który, wyrażając zadowolenie, iż Marszałek bawi na Maderze, pisze: "Sam jestem ogrodnikiem i lubię ogrody, a więc nie dziwię się, że Pan Marszałek czuje się na Maderze dobrze". Życzenia na kartach pocztowych były też najróżniejsze, np. takie: "Kochany Dziadku! Dla chwały Polski i na złość wrogom musisz żyć nie 100 a 150 lat", lub "Kochanemu Marszałkowi, budowniczemu Kochanej Ojczyzny", lub "Najmilszemu Wskrzesicielowi Najjaśniejszej Naszej Polski". Ludzie pisywali również wiersze jak choćby taki: "W dal, gdzie przebywasz, życzenie płynie, byś żył, Wodzu, choćby sto lat i by dobrobyt w Twojej krainie promieniał zawsze na cały świat". "Akcja pocztówkowa" była prawdziwym Armagedonem dla mieszkańców Madery i wbiła w nich na długo pamięć o pobycie "Protektora Republiki Polskiej" na ich Wyspie.




Wcześniej jeszcze, bo na początku lutego 1931 r. rząd portugalski wydał dekret, na mocy którego znacznie wzrastało cło na wwóz na Maderę zboża i mąki, co wywołało społeczne niepokoje na Maderze, jako że ta Wyspa była całkowicie pozbawiona roślin chlebodajnych i uzależniona od importu zboża z Portugalii lub z Kanady. Bunt wzbierał z każdym kolejnym dniem i wreszcie ogłoszono strajk powszechny, zamykając wszystkie fabryki, sklepy i instytucje na Wyspie. Trzeciego dnia buntu - 7 lutego doszło do poważnych starć z policją pod starą gorzelnią, a napierający tłum zmusił policjantów do ucieczki. Policja użyła więc broni i wśród protestujących padło kilku zabitych oraz rannych. Tego samego dnia (7 lutego) z Lizbony wyruszył Delegat Rządu portugalskiego płk. Silva Leal, który miał przy sobie 120 ludzi i cztery ciężkie karabiny maszynowe z obsługą liczącą 40 ludzi. Płynął do Funchalu na pasażerskim statku "Pedro Gomez", a on sam i znaczna część korpusu oficerskiego po hucznym pożegnaniu, jeszcze nad ranem 8 lutego była zapewne wciąż pijana. 8 lutego zaś w Funchalu (a była to niedziela) wojsko rozpoczęło aresztowanie przywódców buntu, ale i tutaj doszło do rozbieżności, bowiem w obronie aresztowanych wystąpili artylerzyści, którzy starli się z piechotą. Nowy Delegat Rządu przybył do Funchalu 10 lutego, a w dniu następnym objął władzę nad Wyspą w starej cytadeli (pochodzącej jeszcze z XVII wieku), gdzie przyjął dymisję Jose Mari Freitasa - dotychczasowego gubernatora Madery, a na jego miejsce mianował kapitana Artura de Almeidę Cabaco - dowódcę 2 pułku strzelców pieszych. Pułkownik Silvia Leal zapowiedział również surowe kary dla wszystkich buntujących się, a jednocześnie ogłosił wstrzymanie obowiązywania rządowego dekretu o podwyżce ceł na zboże i mąkę dla Wyspy do "czasu rozważenia słusznych życzeń ludu". Marszałek Piłsudski, gdy dowiedział się o dymisji gubernatora Freitasa, stwierdził krótko: "Szkoda, ten Freitas wyglądał mi poczciwie, on jest podobny do Radziwiłła" (Marszałek miał na myśli księcia Janusza Radziwiłła z którym się czasem spotykał, a ponieważ spotkania te były niekiedy organizowane późno w nocy lub nawet nad ranem - gdyż Marszałek kładł się spać często o drugiej lub trzeciej w nocy, a nawet i później - przeto ów książę nie wiedział jak ma się ubrać. Czy przywdziać strój odpowiedni na wieczór, czy też właściwy dla godzin porannych, co też w Marszałku wzbudzało dobry humor).

Kapitan Lepecki - który przypłynął z Marszałkiem na Maderę na pokładzie tego samego statku - długo nie ujawniał swojej obecności. Zamieszkał w pensjonacie w mieście, nieopodal parku, a za sąsiadów miał samych Anglików. Kapitan Lepecki szybko też skontaktował się z gubernatorem Wyspy i komendantem policji, informując ich o przybyciu Marszałka i jego samego nieoficjalnym tutaj pobycie, oraz przekazał im instrukcję "roztoczenia opieki" nad miejscem pobytu Marszałka Piłsudskiego. Z początkiem stycznia 1931 r. na Maderę przybył jeszcze jeden oficer - rotmistrz Antoni Grudziński, który przebywał tam ponad miesiąc i - jak pisał kapitan Lepecki: "Teraz we dwóch, a więc dla mnie raźniej, poczęliśmy się troszczyć o osobę Marszałka (...) Parotygodniowa obecność Grudzińskiego była dla mnie miłym intermezzem w nudzie pobytu na wyspie. Towarzyski, wesoły, rozmiłowany w dobrym winie, był świetnym kompanem i towarzyszem". Dopiero po jego wyjeździe w połowie lutego, doktor Woyczyński zawiadomił Marszałka o pobycie kapitana Lepeckiego na Wyspie. Spotkali się, Marszałek siedział w wiklinowym fotelu i czytał książkę, a kapitan Lepecki stanął przed Nim i zameldował się. "To pan tam wszędzie był" - zapytał Marszałek nie odrywając oczu od książki, "Wszędzie?" - odparł Lepecki, "W tych wszystkich krajach", "Tak jest, panie Marszałku", "I nie nudno panu tak wciąż jeździć?... No ja myślę, gdzieżby mogła sprzykrzyć się podróż". Na zakończenie rozmowy Piłsudski rzekł do Lepeckiego: "Możecie sobie tu przychodzić ile chcecie, włóczęgo. Tak, tak, jesteście włóczęgą". Od tej chwili Lepecki był częstym gościem w willi w Sao-Martinho, gdzie wraz z dr. Woyczyńskim uzgadniano powrót Marszałka do kraju i postanowiono że wracał będzie na pokładzie polskiego okrętu wojennego, gdyż nigdzie lepiej nie będzie można zapewnić mu bezpieczeństwa, niż właśnie na polskim okręcie. Postanowiono że tym okrętem będzie niedawno zwodowany kontrtorpedowiec ORP "Wicher". Potrzeba rozbudowy floty (handlowej i wojennej) miała stać się zaczątkiem mocarstwowości Polski i zdobycia kolonii. Kraj, który jeszcze piętnaście lat wcześniej cierpiał niewolę i był igraszką w rękach wielkich mocarstw, teraz sam pragnął stać się mocarstwem i zdobyć dla siebie nowe ziemie pozaeuropejskie, aby z państwa europejskiego stać się państwem światowym (jak mawiał gen. Gustaw Orlicz-Dreszer).


ZDOBYCIE KOLONII ZAMORSKICH BYŁO 
MARZENIEM ELIT TAMTEJ POLSKI



A tymczasem związek Marszałka z panią Eugenią Lewicką kwitł przez pierwsze tygodnie do czasu, gdy stało się coś dziwnego i pani doktor skróciła swój pobyt na Wyspie, wyjeżdżając wcześniej do kraju. Co takiego się stało? Tego niestety nikt nie wie. Prawdopodobnie młodej kobiecie zamarzyło się małżeństwo i pragnęła zająć miejsce pani Aleksandry Piłsudskiej (z domu Szczerbińskiej), tak, jak ta wcześniej zajęła miejsce Marii Piłsudskiej (z domu Koplewskiej, choć po pierwszym mężu - Juszkiewiczowej). O rękę Marii konkurowali ze sobą dwaj najwięksi antagoniści tamtych czasów - Józef Piłsudski i Roman Dmowski - twórca Ligii Narodowej i ideowy przywódca polskich nacjonalistów (przez lata mówiło się że Polską w sferze mentalno-obyczajowej rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego, do tego czasami dochodził jeszcze Paderewski, Korfanty i Witos). Ostatecznie walkę o względy Marii Juszkiewiczowej wygrał Piłsudski i poślubił ją w lipcu 1899 r. (Maria co prawda rozwiodła się ze swym pierwszym mężem, ale ponieważ Kościół Katolicki nie uznawał rozwodów i tamto małżeństwo było wciąż ważne, przeto para młoda musiała zmienić wiarę i przejść na luteranizm. Piłsudski wrócił do katolicyzmu po śmierci Marii w sierpniu 1921 r.). W każdym razie pani doktor Lewicka zapewne pragnęła usankcjonować swój związek z Marszałkiem, a ten nie zamierzał już opuszczać rodziny i zakładać nowej. To musiało doprowadzić do jakiejś kłótni, która zaowocowała wcześniejszym wyjazdem Lewickiej z Wyspy i trwałym rozstaniem z Piłsudskim (już nigdy więcej się nie spotkali). Po jej powrocie do kraju, w marcu 1931 r. odwiedziła ją Aleksandra Piłsudska, ale nie wiadomo o czym obie panie rozmawiały, choć z pewnością dla żadnej z nich nie była to miła rozmowa. Pani Eugenia Lewicka zmarła wkrótce potem - 29 czerwca 1931 r. (nie miała nawet 35 lat). Przyczyną zgonu miało być zatrucie środkami chemicznymi nieznanego pochodzenia i początkowo spekulowano nawet samobójstwo. Ale profesor Stanisław Malinowski - znajomy dr. Lewickiej stwierdził, że widział ją "w dobrym nastroju, pogodną i spokojną" na kilka godzin przed tym, jak zemdlała w budynku Urzędu Wychowania Fizycznego, gdzie pracowała - dnia 27 czerwca. Przewieziona do szpitala, zmarła tam dwa dni później. Zaczęto więc twierdzić, że otoczenie Marszałka "pozbyło się" tej kobiety i dlatego upozorowano jej samobójstwo. Nie wiadomo jednak jaka była prawda, ale wiadomo że po rozstaniu z Lewicką (nie była ona ostatnią kochanką Marszałka, gdyż ostatnią była Jadwiga Burhard urodzona w 1901 r.) starzał się On bardzo szybko, z roku na rok tracił zdrowie i siły. Ostatecznie zmarł 12 maja 1935 r. w wieku zaledwie 67 lat, a wyglądał na osiemdziesięciolatka. Cóż papierosy, niezdrowy tryb życia, brak snu i... kobiety skutecznie popsuły zdrowie i życie owemu "Protektorowi Republiki Polskiej")


PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ I ROMANEM DMOWSKIM
(lata 90-te XIX wieku)



Okręt ORP "Wicher" przybył do Funchalu 22 marca 1931 r. (trzy dni po imieninach Marszałka) przed godz. siódmą rano, a dowódca okrętu - komandor podporucznik Tadeusz Morgenstern-Podjazd zameldował się z willi Marszałka i zakomunikował że już wszystko gotowe do wypłynięcia. Pożegnanie Marszałka wyznaczono na godz. 16:30 i do portu przybyli wówczas przedstawiciele władz Madery (zarówno ci nowi, jak i ci zdymisjonowani), jak i konsulowie honorowi: polski oraz francuski, a poza tym oczywiście tłumy ludzi. Marszałek z wszystkimi się pożegnał i stwierdził że jest bardzo zadowolony z pobytu na Wyspie, ale co do propozycji ponownych odwiedzin nic nie odpowiedział. Następnie łódź motorowa zawiozła Marszałka i Jego towarzyszy na okręt, który stał kilkanaście metrów od brzegu. Wchodząc na pokład, Józef Piłsudski spoglądał w kierunku wyspy Porto Santo na której niegdyś mieszkał odkrywca Ameryki - Krzysztof Kolumb (który prawdopodobnie mógł mieć również polskie korzenie). Potem, na pokładzie okrętu Marszałek stawiał pasjanse, studiował mapy i oglądał okrętowe działa, oraz dużo rozmawiał i dowcipkował z oficerami (m.in. miał stwierdził: "Ja wam morze zaczaruję. Kiedyś jeden z moich pradziadków porwał sprzed świętego znicza kapłankę-wajdelotkę i ożenił się z nią. Po niej odziedziczyłem te moje zrośnięte brwi i potrafię zamówić pogodę". Nie tylko On miał wówczas dobry humor, również dr. Woyczyński dowcipkował i gdy okręt zbliżał się do Zatoki Biskajskiej, gdzie fale są wysokie a burze długie, stwierdził: "Marszałek Piłsudski ma takie szczęście, że wody zatoki zastaniemy na pewno tak gładkie, jak w jeziorku przed Pałacem Łazienkowskim". I rzeczywiście, podróż przebiegała spokojnie). 25 marca rano "Wicher" zawitał do Cherbourga, tam uzupełniono zapasy paliwa i jednocześnie był czas, aby spotkać się z przedstawicielami francuskich władz miasta, a nadbrzeżna artyleria na powitanie oddała 19 wystrzałów.

W Cherbourgu w tym właśnie czasie znajdowały się dwa francuskie okręty wojenne i pięć polskich (dwa kontrtorpedowce i trzy łodzie podwodne), jednak wypłynięcie z portu owego dnia stało się niemożliwe z powodu gęstej mgły, która uniemożliwiała skuteczne rozpoznanie terenu (mgła na morzu jest gorsza niż sztorm, jako że w czasie sztormu człowiek przynajmniej wie co go czeka i może się przygotować, a w czasie mgły nic nie wiadomo. Okręt ogarnia swoista maź, w której skutecznie nikną zarówno światła, jak i sygnały dźwiękowe i łatwo można wpaść na jakieś skały czy lodowe kry). Ruszono w dalszą drogę dopiero 26 marca o godz. piątej rano, gdy mgła już opadała. Dalsza podróż przez Kanał La Manche przebiegała bez przeszkód, a morze było wyjątkowo spokojne (dr. Woyczyński powtarzał wówczas: "A nie mówiłem, Marszałek zawsze ma takie szczęście"). 28 marca rano "Wicher" wpłynął w Kanał Kiloński i dotarł do Kilonii. Tam, na pokładzie zameldował się niemiecki oficer, który w imieniu admirała Ericha Raedera zapytywał czy czegoś podróżnym nie potrzeba, po czym pożegnał się i wyszedł. Wreszcie okręt wpłynął na "polskie morze" czyli na Bałtyk. 29 marca o wpół do dziesiątej rano na horyzoncie ukazały się sylwetki trzech polskich kontrtorpedowców, wysłanych na powitanie Wichra przez admirała Jerzego Świrskiego. Oddały one strzały armatnie na powitanie okrętu płynącego pod banderą ministra spraw wojskowych, a następnie "Wicher" wpłynął do portu wojennego w Gdyni. Tam już oczekiwała na Marszałka jego żona i córki, a także premier Walery Sławek i ministrowie: Sławoj-Składkowski, płk. Józef Beck, Alfons Kuhn, Daniel Konarzewski, major Adam Sokołowski i wielu innych dygnitarzy. Gdy Marszałek schodził na ląd, wszędzie wokół leżał śnieg i było zimno. Jaka wówczas była myśl Józefa Piłsudskiego, który jeszcze do niedawna pławił się w gorącym słońcu Madery? Zapewne brzmiała ona: "Żegnaj Madero, żegnaj bezpowrotnie". 






CDN.

03 stycznia 2026

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. IV

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE
OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W
STAROŻYTNOŚCI I W ŚREDNIOWIECZU,
ORAZ SKĄD I Z JAKICH 
WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ
POCHODZILI KANDYDACI 
NA NIEWOLNIKÓW





ANTYCZNA GRECJA 
I ŚWIAT HELLENISTYCZNY
(V wiek p.n.e. - II w. p.n.e.)
Cz. IV





RODOS
KRAINA RÓŻ, SŁOŃCA I... NIEWOLNIKÓW
(III - II wiek p.n.e.)
Cz. II



Rodos był miastem powstałym w 408 r. p.n.e. z połączenia kolonistów pochodzących z trzech polis: Ialysos, Lindos i Kamejros. Popadł ponownie w zależność perską po zawarciu pokoju Antalkidasa (387/386 r. p.n.e.) Swoją niepodległość zaś Rodos uzyskał na przełomie 334 i 333 roku p.n.e. i potwierdził ją udaną obroną przed atakiem Demetriusza Poliorketesa w 305 r. p.n.e. i dzięki temu III wiek p.n.e. zaczynał się dla Wyspy niezwykle optymistycznie. Położona na morzu, z dala od kontynentu i jego ciągłych polityczno-militarnych zawirowań, rozwijała się ta wyspa Heliosa w błogim oddaleniu, posiadając jednocześnie na tyle silną flotę aby uniemożliwiła potencjalnemu agresorowi próbę podboju Wyspy. Ustrojem politycznym jaki panował na Rodos - była eunomia (jak ją określali sami Rodyjczycy), czyli "dobre rządy". Polegała ona na przewodzeniu miastem przez kilka arystokratycznych rodów rodyjskich, wchodzących w skład Rady z której wywodziło się również pięciu prytanów, wybieranych co pół roku. To oni realnie zarządzali Wyspą w imieniu arystokracji, która jednak dobrowolnie płaciła specjalny podatek zwany liturgią, który szedł na wspomożenie ubogiego ludu. Od 294 r. p.n.e. Rodos zyskało znaczenie w świecie hellenistycznym, dzięki dwóm rzeczom. Pierwszym z nich był monumentalny posąg Kolosa Rodyjskiego (jedno z siedmiu cudów starożytnego świata), który został ukończony ok. 282 r. p.n.e. (po 12 latach budowy). Kolos był prawdziwą atrakcją turystyczną tamtych czasów, a co za tym idzie zwiększał majętność mieszkańców Wyspy. Poza tym miasto słynęło jeszcze - z Dejgmy.


DEJGMA
WIELKI BAZAR
 

Dejgma - czyli wielki bazar handlowy, jak również centrum bankowe świata hellenistycznego, mieściła się pomiędzy dwoma portami: Portem Wielkim - leżącym na północy miasta i Portem Małym - mieszczącym się na południowym-wschodzie Rodos. Tam można było dostać wszystko, co tylko istniało na wielkich obszarach opanowanego przez Aleksandra Macedońskiego świata. Znajdował się tam również pokaźny rynek niewolniczy, na którym można było sobie zakupić dowolnego niewolnika (głównie z Syrii, Frygii, Tracji, czasem z Afryki lub z terenów Mezopotamii). Dominowali głównie Syryjczycy i śniadoskórzy mieszkańcy Azji Mniejszej. Niewielu zaś sprzedawało się tam czarnoskórych Afrykanów (ponoć byli oni towarem luksusowym i rzadko spotykanym), choć i oni się zdarzali (papirus z II wieku p.n.e. znaleziony w Egipcie, mówi o nabyciu na Rodos czarnoskórej niewolnicy z Marmariki, którą jej nowy właściciel wywiózł do Egiptu). Starano się jednak ograniczać ilość niewolników spośród Greków (np. spartański wódz Kallikratidas miał przysiąść bogom, iż nie dopuści by podczas wojny jaką prowadził z Atenami, choć jeden Grek został obrócony w niewolnika), ale praktyka była taka, że niewolników pochodzenia greckiego również było wielu. Prawdziwą plagę pod tym względem stanowili cylicyjscy piraci, którzy byli bezwzględni i napadali okoliczne przybrzeżne tereny, ogołacając je z tamtejszej (głównie greckiej) ludności. Zachowały się opisy niektórych ich rabunkowych działań i tak uchwała miasta Aigiale z III wieku p.n.e. daje opis jednego z takich napadów. Piraci napadli na nadbrzeżną osadę na wyspie Amorgos i uprowadzili stamtąd: "Młode dziewczęta i kobiety oraz ponad 30 ludzi wolnych i niewolników. Zniszczyli też statki w porcie, zabrali statek Dorieusa i uszli na nim zabierając ludzi i resztę łupu". 

Przywódcą tych piratów był niejaki Sokleidas z którym porozumieli się Hegesippos i Antypatros z Aigiale, którzy zaproponowali mu iż może wziąć ich w niewolę (pochodzili z możnych rodów i okup za nich byłby dość spory), jeśli tylko zwolni wszystkie kobiety i mężczyzn bez uszczerbku na ich czci i życiu. Sokleidas przystał na ten układ, uwalniając wszystkich pochwyconych. Takie przypadki jednak były rzadkością. Inny opisany przykład, to atak piratów z Etolii na wyspę Naksos i porwanie stamtąd 280 osób, sprzedanych następnie na rynkach na Eginie i oczywiście na Rodos. Do piratów cylicyjskich jeszcze powrócę, teraz jednak chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz, która była niezwykle popularna zarówno na Rodos, jak w wielu innych greckich polis - czyli na wzroście niewolników nie tyle wywodzących się z jeńców wojennych czy porwanych przez piratów mieszkańców okolicznych terenów nadmorskich, ile już urodzonych w niewoli potomków niewolników. W III wieku p.n.e. płodzenie dzieci przez niewolników było raczej traktowane z niechęcią przez ich właścicieli, gdyż łatwiej i taniej było zakupić sobie młodego, zdrowego niewolnika, niż przez kilka/kilkanaście lat żywić dziecko zrodzone z niewolnicy i czekać aż osiągnie wiek pozwalający mu efektywnie pracować. Poza tym niewolnica w ciąży też staje się nieprzydatna do wielu zajęć, dlatego też tak popularne były wówczas nauki Ksenofonta zawarte w "Ekonomikonie", w którym mąż wprowadza nowo poślubioną żonę do swego domu i mówi: "Pokazałem jej część kobiecą oddzieloną od części męskiej drzwiami zaryglowanymi, ażeby nie można było wynieść niczego bezprawnie i ażeby niewolnicy nie mogli płodzić dzieci bez naszej wiedzy (...) bowiem niewolnicy (...) skoro są w parze, stają się jeszcze bardziej obrotni w złoczynieniu".




Jednak stosunek właścicieli do tej kwestii uległ zmianie już w II wieku p.n.e., gdy znacznie zmniejszyła się liczba niewolników pozyskiwanych podczas wojen, a świat hellenistyczny zaczął ustępować pola rodzącej się potędze nadtybrzańskiej wilczycy. W pewnym momencie zaczęło nawet dochodzić do tego, że przynoszono dzieci porzucone na śmietnikach, celem wychowania ich jako niewolników (czyli już musiało się właścicielowi opłacać zarówno wykarmienie takiego dziecka, jak i wykarmienie dziecka zrodzonego z niewolnicy, a przecież koszt utrzymania niewolniczego dziecka był porównywalny do kosztu utrzymania dziecka wolnego). Tak więc greckie domy z II i I wieku p.n.e. pełne są co najmniej dwóch pokoleń niewolników (spotyka się nawet i takie domy w hellenistycznym świecie, w których były trzy a nawet cztery pokolenia niewolników - jak choćby w egipskiej Aleksandrii - która szybko zajmie miejsce Rodos jako kolejne wielkie centrum niewolniczego świata Hellenów). Jednak rozrodczość niewolników nie mogła zastąpić ich stałego zasilania za pomocą wojen lub uprowadzeń. A ponieważ porywanie ludzi w niewolę było biznesem jak każdy inny w tym czasie (zresztą biznesem na którym dość łatwo można było się wzbogacić, należało tylko dobrze władać bronią), przeto pojawienie się korsarskich państewek stało się oczywistością. Do najgroźniejszych należeli zaś piraci z Cylicji (Morze Śródziemne i Egejskie), piraci illiryjscy (Morze Adriatyckie, Jońskie i Śródziemne) oraz piraci etolscy (głównie Morze Egejskie i Czarne).




Piraci cylicyjscy wywodzili się pierwotnie z najemników syryjskich, zatrudnianych do armii władców z dynastii Seleukidów, których wojaczka była nie tylko zawodem, ale i stylem życia. Pierwszy punkt piratów cylicyjskich założony został w Korakesion w Pamfilii ok. 143 r. p.n.e. (wcześniej istniały niewielkie, rozproszone pirackie bazy morskie, które jednak nie można porównać do miasta sensu stricte). Było to miejsce azylu dla wszystkich, którzy poszukiwali łatwego zarobku (byłych najemników, zbiegów, przestępców etc.). Powstanie scentralizowanego państwa pirackiego w Cylicji (Pamfilia stanowiła wówczas jej część), to był już czas gdy Dejgma na Rodos zaczęła podupadać na korzyść wielkich rynków niewolniczych w Aleksandrii, na Sycylii czy Italii. Piraci byli potrzebni, gdyż dostarczali "świeży towar" do pałaców notabli greckiego Egiptu, oraz do rosnących latyfundiów rzymskiej nobilitas, dlatego też zainteresowanych w realnej walce z nimi  było niewielu. Jedyną siłą na wodach Morza Egejskiego, która skutecznie walczyła z piratami, była flota wojenna Rodos. Rodyjczycy wypowiedzieli prawdziwą wojnę piratom i tropili ich po wielu okolicznych wyspach (choć nie zbliżali się zbytnio do skalistych i trudnych do ataku wybrzeży Cylicji, gdzie okręty pirackie mogły się łatwo ukryć), ale jeśli piratom już udało się zdobyć jakichś niewolników, to wtedy bez przeszkód mogli ich sprzedać na wielkiej Dejgmie. Zresztą na tamtejszym rynku większość sprzedających to również byli cudzoziemcy (którzy jednak musieli opłacać cło i przeróżne opłaty portowe, wynoszące razem ogromną kwotę miliona drachm rocznie). Także większość banków na Rodos prowadzili cudzoziemcy. Dejgma była przez prawie 200 lat tętniącym życiem miejscem, w którym kumulowała się rozpacz jednych i radość innych.




Niewolników kupcy z poszczególnych krajów nabywali do określonych prac (np. w Egipcie rzadziej spotyka się niewolników przeznaczonych do ciężkich prac polowych, czy prac w rzemiośle, a znacznie częściej do służby pałacowej lub domowej), nie zawsze jednak trzeba było zakupić niewolnika aby móc go potem wykorzystać w określonym celu, równie popularnym zwyczajem było... wynajęcie niewolnika na pewien czas. Odbywało się to poprzez spisanie stosownej umowy, przewidującej na jaki okres czasu dany niewolnik ma zostać wynajęty, jakie prace będzie wykonywał i kwotę za jaką właściciel udostępnia swego niewolnika. Zachowały się niektóre tego typu umowy, jak choćby ta z miasta Ochyrynchos, gdzie właściciel niewolnicy o imieniu Taponta, wynajmuje ją niejakiemu Achillasowi do pracy w zakładzie tkackim. Obaj mężczyźni ustalają kwotę jaką Achillas ma uiścić (420 drachm płaconych w dwunastu miesięcznych ratach). Taponta ma zamieszkać w domu Achillasa, który ma jej zapewnić wyżywienie i odzież, a ona będzie przebywała u niego stale: "w dzień i w nocy, z wyjątkiem ośmiu dni świątecznych". Jest tam również wzmianka, że jeśli kobieta zachoruje i nie będzie zdolna wykonywać pracy, wówczas określona kwota będzie potrącona z umówionej sumy (podobnie miało być, gdyby właściciel przetrzymał dziewczynę dłużej niż umówione osiem dni świątecznych). Ciekawym punktem jest również i ten, że właściciel może sobie ściągnąć swą niewolnicę w nocy, jeśli ta będzie mu potrzebna do pieczenia chleba i nie będzie miał z tego tytułu potrąconej żadnej kwoty. Jednak rano dziewczyna musi ponownie wrócić do domu Achillasa i pracować normalnie w ciągu dnia.




Bez względu jednak na rodzaj i miejsce wykonywanej pracy, niewolnicy - w rozumieniu ludzi antyku - byli to przede wszystkim domowe sługi, a posiadanie minimum jednego niewolnika stało się koniecznością (w Atenach ci, którzy nie posiadali żadnych niewolników byli uważani wręcz za skrajnych nędzarzy). Ateńczyk Krates w swej komedii (nie zachowanej w całości) wyśmiewa przywiązanie rodaków do służby niewolniczej, deklarując że w przyszłości niewolnicy nie będą potrzebni, bowiem...: "wszystkie przedmioty same będą robiły to, co potrzebne dla właściciela". Jednak zdziwienie Ateńczyków było duże i padły tam słowa: "Jak to, to nikt nie będzie miał ani niewolnika, ani niewolnicy, i choćby był stary, sam będzie się obsługiwał?". Zaś Arystoteles w "Polityce" wyjaśnia: "Pełny dom składa się z niewolników i wolnych". Nie do pomyślenia była sytuacja, gdy człowieka stać na zakup niewolnika i ten postanawia tego nie czynić. Niewolnicy zresztą byli bardzo praktyczni jako "chodzące i mówiące narzędzia". Niewolnik mógł być np. gońcem (w tamtych czasach w świecie greckim poczta nie istniała) i posłańcem. Przynosił upominki tym, których właściciel pragnął nagrodzić lub z którymi chciał wymienić informacje. Kobiety z reguły kupowano do kuchni, jako kucharki, piastunki do dzieci właściciela i tkaczki, mężczyzn do prac polowych, do warsztatów rzemieślniczych, jako gońców, księgowych (prowadzących rachunki) i nauczycieli dzieci właściciela.

Byli też oczywiście niewolnicy "do zadań specjalnych", jak choćby fletnistki (muzyką umilające gościom spotkania), niewolnicy do toalety osobistej pana i pani domu, oraz wybrani ulubieńcy, którzy często zajmowali się wyznaczaniem innym niewolnikom odpowiednich prac domowych w imieniu właścicieli. Zaś Dejgma na Rodos, pomimo swej wielkości, w drugiej połowie wieku II p.n.e. została przyćmiona przez dwa wielkie niewolnicze rynki - Aleksandrię i Delos.




CDN.

02 stycznia 2026

NIEMCY O NAZIZMIE - Cz. III

CZYLI CO SĄDZILI ZWYKLI NIEMCY O USTROJU NARODOWO-SOCJALISTYCZNYM


Dziś dalsza część opowieści i wspomnień Niemców z czasów III Rzeszy i II Wojny Światowej. Gdy opowiadamy o tych czasach należy pamiętać, że Hitler bardzo dbał o swój naród. Nie był on jak Stalin, który przede wszystkim mordował własnych obywateli/poddanych, Hitler chciał mieć odżywiony i zadowolony naród pod swymi rządami, tak, aby ten niemiecki naród opanował dla niego cały świat.





II
JUTTA RÜDIGER




Jutta urodziła się 14 czerwca 1910 r. w Berlinie, jako córka inżyniera. Jej rodzina wkrótce potem przyniosła się jednak do Düsseldorfu, gdzie Jutta spędziła młodość. Po zdaniu matury w 1929 r. w roku następnym podjęła studia na Uniwersytecie w Würzburgu, gdzie studiowała ekonomię, psychologię i filozofię. Bardzo wcześnie związała się z ruchem nazistowskim, już bowiem w 1931 r. wstąpiła do Narodowo- Socjalistycznego Niemieckiego Stowarzyszenia Studentów, a w 1932 r. założyła Grupę Roboczą Narodowo-Socjalistycznych Studentek. W 1933 r. skończyła studia, a w roku następnym uzyskała doktorat z psychologii u dr. Karla Marbego i podjęła pracę zawodową.

Najciekawsze są jednak jej wspomnienia z fascynacją ruchem narodowo-socjalistycznym, tym bardziej że ona do końca życia pozostała nazistką, a zmarła w marcu 2001 r. w wieku 90 lat. Oto co pisała mniej więcej od 1932 r:


PIERWSZE PUBLICZNE SPOTKANIE Z HITLEREM
(1932)




"To była ogromna sala i wszyscy czekali na przybycie Hitlera (...) Muszę powiedzieć że była to elektryzująca atmosfera (...) Jeszcze przed 1933 rokiem wszyscy czekali na niego jak na zbawiciela. Potem wszedł na mównicę. Pamiętam że wszystko ucichło i zaczął mówić poważnym głosem. Spokojnie, powoli, a potem coraz bardziej entuzjastycznie. (...) Nie pamiętam co dokładnie powiedział. Ale potem odniosłam takie wrażenie: "to jest człowiek, który niczego dla siebie nie chce, tylko myśli o tym, jak może pomóc narodowi niemieckiemu".

W 1935 r. Jutta została szefową Niemieckiej Ligi Dziewcząt (Bund Deutscher Mädel - żeńskiego odpowiednika Hitlerjugend) w regionie Zagłębie Ruhry Dolny Ren. Przestrzegano tam ściśle narodowo-socjalistycznych kanonów kobiecości i jak pisał Richard Grunberger w swojej "Historii społecznej III Rzeszy": "Obowiązki wymagane od Jungmädel polegały na regularnym przebywaniu na terenie klubu i zebraniach sportowych, uczestnictwie w podróżach i życiu obozowym. Idealny typ kobiety z Niemieckiej Ligi Dziewcząt był przykładem wyobrażeń z początku XIX wieku co stanowiło istotę dziewictwa. Dziewczętom, które naruszyły kodeks, robiąc sobie trwałą ondulację zamiast warkoczy lub "greckiego" wianka z warkoczy, poddawano ceremonialnemu goleniu głowy za karę".

Natomiast córka amerykańskiego ambasadora w Niemczech Williama Edwarda Dodd'a (pełnił tę funkcję w latach 1933-1937) - Martha Dodd, tak podsumowała ideał kobiety panujący w Niemieckiej Lidze Dziewcząt oraz w całym ówczesnym państwie niemieckim: "Młode dziewczęta od dziesiątego roku życia były przyjmowane do organizacji, gdzie uczono je tylko dwóch rzeczy: dbać o swoje ciała, aby mogły mieć tyle dzieci, ile potrzebowało państwo, oraz być lojalnym i posłusznym wobec narodowego socjalizmu. Mimo iż z biegiem czasu naziści zostali zmuszeni do uznania, że z powodu braku mężczyzn nie wszystkie kobiety mogą wyjść za mąż, to jednak co roku udzielane były ogromne pożyczki małżeńskie, dzięki którym umawiające się strony mogły pożyczyć znaczne sumy od rządu które miały być spłacone stopniowo w niewielkich ratach lub całkowicie anulowane po urodzeniu wystarczającej liczby dzieci".


LIDERKA NIEMIECKIEJ LIGI DZIEWCZĄT
(1937)

 


Gdy pierwsza liderka Niemieckiej Ligi Dziewcząt - Trude Mohr (pełniła tę funkcję od czerwca 1934 r.) została zmuszona do rezygnacji ze stanowiska po wyjściu za mąż i zajściu w ciążę, to właśnie Jutta Rüdiger zajęła jej miejsce w listopadzie 1937 r. (w tym też czasie Jutta wstąpiła w szeregi NSDAP po bezowocnych próbach podejmowanych od 1933 r.). Jej ambicją stało się uczynienie z Niemieckiej Ligi Dziewcząt wzorowej organizacji kobiecej w której ideał nazistowskiego piękna byłby reprezentowany w całej pełni, dlatego też sprzeciwiała się podporządkowaniu kierowanej przez siebie organizacji "Narodowosocjalistycznemu Związkowi Kobiet", kierowanemu przez Gertrudę Scholtz-Klink. W tej kwestii nieocenione wsparcie uzyskała od przywódcy Młodzieży Rzeszy - Baldura von Schirach'a, z którym się zaprzyjaźniła (pisała potem że Schirach w rozmowie z nią często twierdził: "Wy dziewczyny powinnyście być ładniejsze… Kiedy czasem patrzę na kobiety wysiadające z autobusu - stare, nadęte baby - myślę sobie, że powinnyście być ładniejsze i milsze. Każda dziewczyna powinna być ładna. Nie musi być fałszywą, oblepioną kosmetykami pięknością, ale my, niemieccy mężczyźni chcemy piękna pełnego wdzięku w ruchach ciała oraz jasnego, łagodnego i miłego oblicza twarzy niemieckich dziewcząt". Jutta Rüdiger z pełnym poświęceniem angażowała się w budowę takich właśnie kanonów kobiecego piękna).

W swojej pierwszej mowie, wygłoszonej po objęciu szefostwa w Niemieckiej Lidze Dziewcząt (24 listopada 1937 r.), Jutta Rüdiger powiedziała: "Zadaniem naszej Ligi jest wychowanie młodych kobiet do przekazywania narodowosocjalistycznej wiary i narodowosocjalistycznej filozofii życia. Dziewczęta, których ciała, dusze i umysły pozostają w harmonii, których zdrowie fizyczne i zrównoważona natura jest wcieleniem tego piękna, które dowodzi nam wszystkim, że ludzkość została stworzona przez Wszechmogącego... Chcemy szkolić dziewczyny, które z dumą myślą, że pewnego dnia zdecydują się dzielić swoje życie z walczącymi mężczyznami. Chcemy dziewcząt, które bez zastrzeżeń wierzą w Niemcy i Fuhrera i zaszczepią tę wiarę w sercach swych dzieci. Wtedy narodowy-socjalizm, a tym samym Niemcy, będą trwać wiecznie".

Heinrich Himmler narzekał jednak (w rozmowie z Juttą) na kształt i formę ubrań noszonych w Niemieckiej Lidze Dziewcząt, twierdził otwarcie że są zbyt "maskulinistyczne" i za mało kobiece ("Uważam to za katastrofę. Jeśli nadal będziemy maskulinizować kobiety w ten sposób, to tylko kwestia czasu, zanim różnica między płciami, biegunowość, całkowicie zniknie"). W sprawie więc wymiany strojów w których sukienki miały sięgać do kolan a bluzki podkreślać dziewczęce piersi, Himmler osobiście rozmawiał z Hitlerem i ten przyznał mu rację, mówiąc: "Zawsze powtarzałem firmie Mercedes, że dobry silnik to za mało dla samochodu, potrzebne jest też dobre nadwozie", potem Jutta stwierdziła publicznie, iż jest bardzo dumna z tego, że Führer "porównał nas do samochodu Mercedes-Benz".

Tylko raz Jutta Rüdiger stwierdziła, że ją i jej koleżanki z organizacji nieco zaskoczyło i zdziwiło stwierdzenie Hitlera, który w 1939 r. powiedział, że mężczyźni walczący na froncie powinni mieć prawo nie tylko do oficjalnej żony ale również do innej "przyjaciółki" z którą będą mieć więcej dzieci: "Dobrzy mężczyźni o silnym charakterze, zdrowi fizycznie i psychicznie, powinni rozmnażać się wyjątkowo hojnie… Nasze organizacje kobiece muszą wykonać niezbędną pracę oświecenia…. Muszą rozpocząć regularny kult macierzyństwa, a w nim nie ma różnicy między kobietami, które są zamężne… a kobietami, które mają dzieci z mężczyzną, z którym są związane przyjaźnią… Na specjalną prośbę mężczyźni powinni mieć możliwość wejścia w wiążący związek małżeński nie tylko z jedną kobietą, ale także z innymi, które wtedy otrzymałyby jego nazwisko bez żadnych komplikacji". Jutta zapisała wtedy w pamiętniku: "Muszę powiedzieć że wszystkie moje koleżanki z organizacji siedziały tam wówczas na sali z włosami stojącymi dęba". Ale miłość do Hitlera i wprowadzonego przez niego ustroju społeczno-politycznego w Niemczech, okazała się silniejsza. 


WOJNA I UPADEK III RZESZY




W 1941 r. również Heinrich Himmler zaczął przekonywać Ligę Niemieckich Dziewcząt do zaaprobowania pomysłu wielożeństwa. Mówił bowiem: "Na tej wojnie zginie wielu dobrych mężczyzn i dlatego naród potrzebuje więcej dzieci, a nie byłoby tak źle, gdyby mężczyzna oprócz żony miał również dziewczynę, która też urodzi jego dzieci". Innymi słowy Himmler twierdził, że po zwycięstwie III Rzeszy będzie znaczna nadwyżka kobiet nad mężczyznami i aby wyrównać ten poziom należałoby wprowadzić możliwość posiadania przez jednego mężczyznę kilku żon (oficjalnych i nieoficjalnych), czyli uprawomocnić wielożeństwo. Jutta oburzyła się również na to, że jeden z mężczyzn stwierdził, iż będzie musiała bawić dzieci swego przyszłego męża zrodzone z innej kobiety.

W 1942 r. Martin Bormann zasugerował utworzenie przez Ligę Niemieckich Dziewcząt batalionów kobiecych do obrony Niemiec . Rüdiger odpowiedziała mu oficjalnie: "To nie wchodzi w rachubę. Nasze dziewczęta mogą iść prosto na front i tam pomóc naszym dzielnym mężczyznom, mogą iść wszędzie, ale nie powinno się tworzyć osobnego batalionu kobiecego, które z bronią w ręku walczyłyby na własną rękę. To wykluczone, nie byłoby to bowiem żadne wsparcie. Jeśli Wehrmacht złożony z mężczyzn nie może wygrać tej wojny, to bataliony kobiet też nie pomogą. (...) Kobiety powinny dawać życie, a nie je odbierać. Po to przyszłyśmy na ten świat". Jednak gdy Armia Czerwona zbliżała się do Berlina w 1945 r. Rüdiger poinstruowała dziewczęta z Ligi, aby nauczyły się strzelać w ramach samoobrony.




Wojnę Jutta Rüdiger przeżyła, uciekając na zachód, gdzie została aresztowana przez wojska amerykańskie. Następnie spędziła dwa i pół roku w więzieniu kobiecym w Ludwigsburgu, oczekując na proces. Ale ponieważ nie udowodniono jej żadnych zbrodni nigdy nie stanęła przed sądem i została zwolniona z więzienia. Następnie podjęła pracę jako psycholog dziecięcy w Düsseldorfie. Okres młodości i czas spędzony w Lidze Niemieckich Dziewcząt zawsze wspominała bardzo dobrze i do końca życia pozostała zdeklarowaną (choć nie afirmującą się) nazistką. Zmarła 13 marca 2001 r. w Bad Reichenhall. 


Jej przypadek dokładnie pokazuje jak powojenne państwo niemieckie rozliczyło się z nazizmu. Oficjalnie niemieckie władze twierdzą że ten temat mają już przepracowany i że teraz są "moralnym mocarstwem". W rzeczywistości jednak żadnego rozliczenia z nazizmem nie było, ukarano tylko grupkę bezpośrednich decydentów (tych na samej górze), natomiast cała reszta znalazła ciepłe posadki w różnych instytucjach nowych, demokratycznych Niemiec (czyli Republice Federalnej Niemiec). Już sam fakt że w takim miejscu jak Auswärtiges Amt (czyli Ministerstwo Spraw Zagranicznych) po wojnie pracowało... więcej nazistów niż w czasach III Rzeszy, świadczy dobitnie o tym, jak realnie Niemcy rozliczyli się z epoką nazizmu. Czy nie należy się więc teraz rozliczyć z przeszłością? Wypłacić odszkodowania ofiarom i ostatecznie zamknąć temat, jednocześnie potępiając ludzi (tylko ich ofiary mogą im bowiem wybaczyć lub nie), którzy po wojnie wielokrotnie pełnili funkcję burmistrzów, nadburmistrzów, prezydentów różnych niemieckich miast, a w czasie wojny byli zwykłymi mordercami. Cóż, zegar bije - czas ucieka, wieczność czeka.


Któż bowiem wie, że niemiecki żołnierz stojący po prawej stronie tego zdjęcia i celujący w młodego chłopca z Getta Warszawskiego, to Josef Blösche pseudonim "Frankenstein" - wyjątkowy bydlak, który miał na swoim koncie wielokrotne gwałty na kobietach i śmierć mężczyzn (i kobiet). Znany był z tego, że pijany jeździł po Warszawie dorożką i strzelał do przypadkowych przechodniów, w tym również do kobiet w ciąży. Po wojnie mieszkał przez ponad dwie dekady w Niemieckiej Republice Demokratycznej, pracując na kopalni, gdzie doznał wypadku, w wyniku czego jego twarz została zdeformowana (co paradoksalnie pozwoliło mu uniknąć sprawiedliwości). Rozpoznany właśnie dzięki owemu zdjęciu, trafił do więzienia i został skazany na śmierć w roku 1969 strzałem w tył głowy - tak jak zabijał swoje ofiary



Josef Blösche na jednym zdjęciu wraz z Jurgenem Stroop'em - dowódcą likwidacji Powstania w Getcie Warszawskim (kwiecień - maj 1943 r.) Na tym zdjęciu Blösche również stoi z prawej strony



  
"ROZMOWY Z KATEM"
AUTENTYCZNE RELACJE ZE WSPÓLNEJ CELI SPISANE PRZEZ KAPITANA WOJSKA POLSKIEGO (ARMII KRAJOWEJ) KAZIMIERZA MOCZARSKIEGO, KTÓREGO KOMUNISTYCZNE WŁADZE LUDOWEJ POLSKI WRZUCIŁY DO JEDNEJ CELI Z NIEMIECKIM ZBRODNIARZEM WOJENNYM - JURGENEM STROOP'EM, LIKWIDATOREM GETTA WARSZAWSKIEGO. DZIĘKI OPOWIEŚCIOM STROOP'A MOCZARSKI WYDAŁ PO LATACH KSIĄŻKĘ pt.: "ROZMOWY Z KATEM" Z KTÓREJ MOŻNA PRZECZYTAĆ TAKIE MYŚLI NIEMIECKIEGO ZBRODNIARZA JAK: "ŻYDZI TO NIE SĄ LUDZIE TACY JAK MY"... SĄ TO PRAWIE ZWIERZĘTA" itp. 




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...