WYŚWIETLENIA

17 grudnia 2025

CIOS W SERCE

CZYLI JAK TO W XV WIEKU 
PLANOWANO WYMORDOWAĆ 
CAŁĄ DYNASTIĘ JAGIELLONÓW





"PRZY OSŁABIENIU WŁADZY KRÓLEWSKIEJ, A WZROŚCIE DOMOWEJ SZCZĘŚLIWOŚCI, UPOWSZECHNIŁO SIĘ MIĘDZY NIMI ŻYCIE WOLNE, ROZPUSTNE"

TEODOR MORAWSKI





Wydarzenie o którym pragnę wspomnieć, jest już praktycznie całkowicie zapomniane w świadomości historycznej Polaków (jeśli w ogóle kiedykolwiek było ono znane), choć sprawa przecież jest ważka i niebagatelna - chodzi bowiem o próbę zamachu, który miał doprowadzić do... wymordowania całego królewskiego rodu Jagiellonów (prócz królowej-małżonki, którą zamachowcy planowali osadzić w lochu). Mimo to owo wydarzenie jest traktowane w sposób całkowicie marginalny i zasługujący wręcz na kilka zaledwie słów, jako swoisty dodatek przy opisie bardziej kluczowych (dla autorów) wydarzeń XV stulecia. Temat ten jest więc marginalizowany i uważany za mało interesujący (zapewne dlatego, że się nie powiódł), należy jednak pamiętać że gdyby zamachowcom udało się doprowadzić swój plan do końca i nic nie stanęło na przeszkodzie jego realizacji - diametralnie zmieniłoby się oblicze całej Europy, a przynajmniej tej środkowo-wschodniej i południowo-wschodniej jej części. W literaturze historycznej niewiele na ten temat można znaleźć i jeśli chce się ten temat nieco naświetlić, należy intensywnie poszperać w źródłach i poszukać dodatkowych informacji, które oficjalnie są pomijane, a które jednak miały kluczowe znaczenie dla niepowodzenia owego zamachu. I tutaj znów dochodzimy do pytania - czy czynnik ludzki jest determinantem dziejów i czy człowiek (jako jednostka) może mieć kluczowy wpływ na rozwój wypadków, czy też jest jedynie elementem dziejowych wydarzeń, całkowicie od niego niezależnych, pod które on sam może się jedynie "podpiąć". Ja osobiście uważam że człowiek jest determinantem dziejów, a jego pomijanie i marginalizowanie wydaje mi się całkowicie nieuzasadnione. Czy bowiem Aleksander Wielki lub Juliusz Cezar byli tylko pionkami na szachownicy dziejów, czy też realnymi ich kreatorami? Przecież mieli ogromny wpływ na losy milionów ludzi, którzy od nich to właśnie wywodzili koniec i początek dziejów. To ich decyzje były kluczowe dla życia i bezpieczeństwa ówcześnie żyjących - gdyby bowiem Cezar przeczytał pismo, jakie zostało mu doręczone nim wszedł do budynku Teatru Pompejusza (w którym wówczas obradował Senat), informujące go o spisku senatorów i planie zamachu na jego życie - historia z pewnością potoczyłaby się zupełnie inaczej. Czy lepiej, czy też gorzej - tego nie wiemy, ale z pewnością inaczej. A co by się stało, gdyby Aleksander Wielki dożył późnej starości? Jak wówczas zmieniłaby się historia świata? (planował on bowiem podbój całej Italii oraz Kartaginy i dojście do Słupów Heraklesa, czyli Cieśniny Gibraltarskiej). Czy Rzym przetrwałby ze swoją Republiką i potrafił zbudować Imperium jakie znamy z historii, czy też cały świat w średniowieczu mówiłby po grecku (a przynajmniej greka zastąpiłaby łacinę jako międzynarodowy język dyplomacji, nauki i religii). Dlatego też uważam, że człowiek jest determinantem dziejów (co oczywiście nie oznacza, że dzieje te nie muszą być ściśle określone - ale to już zupełnie inna kwestia), a wybitna jednostka może zmienić losy świata za sprawą prozaicznych sytuacji z życia wziętych.




I oto też właśnie będzie chodziło w tej historii, gdyż to za sprawą jednego człowieka, który (przez przypadek) odkrył plany zamachowców, cała próba mordu rodziny królewskiej zakończyła się całkowitym fiaskiem. Jednak przejdźmy do konkretów aby już dłużej nie operować ogólnikami. Otóż rzecz miała miejsce za panowania króla Kazimierza IV Jagiellończyka - syna Władysława II Jagiełły (założyciela dynastii Jagiellonów) i Zofii (Sonki) Holszańskiej. Czasy panowania tego władcy, to okres ogromnego wzrostu i umocnienia się Królestwa Polskiego oraz samej dynastii Jagiellonów, która wówczas zasiadała na trzech tronach europejskich (Polska, Węgry, Czechy) oraz wielkoksiążęcym stolcu litewskim. Biorąc zaś pod uwagę ówczesną rozległość owych krajów, należałoby stwierdzić że Jagiellonowie panowali od wrót Moskwy na wschodzie, granic dzisiejszej Łotwy na północy, do Dunaju na południu i granic Austrii, Saksonii i Bawarii na zachodzie. Były to więc ogromne tereny, znacznie większe, niż liczyło ówczesne Imperium Osmańskie. Oczywiście ów zamach dotyczyć miał jedynie członków polsko-litewskiej linii, ale była to linia główna i po jej upadku Jagiellonowie w zasadzie przestaliby pełnić większą rolę w Europie. Trzeba jednak sobie też uczciwie powiedzieć, że druga połowa XV wieku, to był czas wielkich zmian i to zarówno w polityce, jak i w kulturze czy też nauce. Renesans coraz silniej zaczął wkraczać w życie ludzi, następowało ponowne zafascynowanie antykiem (także z wieloma negatywnymi tego skutkami). W polityce zaś państw naszego regionu, do roli coraz poważniejszych wyzwań wzrosły Imperium Osmańskie, Tatarzy i Moskwa, traciły zaś swe znaczenie dotychczasowe potęgi - Zakon Krzyżacki, Czechy i Węgry. W tych zmieniających się realiach upadającego świata średniowiecza (z jego lennami, tradycją rycerską i jedną wspólną religią) musiała się jakoś odnaleźć ówczesna Polska wraz z Litwą, nad którymi to właśnie panował Kazimierz Jagiellończyk. Nie było to wcale zadanie łatwe, gdyż oznaczało zmianę pierwotnych wektorów i przestawienie nie tylko polityczne i militarne, ale przede wszystkim mentalne. Dla Polaków żyjących w drugiej połowie XV wieku, Moskwa, Tatarzy czy Turcy to jeszcze mimo wszystko były pojęcia dość abstrakcyjne, związane z jakimiś odległymi, dzikimi i pogańskimi ludami. Litwini już jednak mogli bezpośrednio doświadczyć wzrostu potęgi tych ludów, szczególnie że w przypadku np. takich Tatarów to ataki na Wielkie Księstwo powtarzały się cyklicznie, praktycznie co roku. 
 



Można sobie wyobrazić życie ludzi w zagrożeniu ciągłym najazdem, porwaniem, niewolą. Jak trzeba było żyć i funkcjonować na tych ziemiach, skoro miało się świadomość, że wiosną znów nadejdą Tatarzy i wszystko zniszczą, a ludność uprowadzą w jasyr? Tym bardziej że południe Wielkiego Księstwa, począwszy od Morza Czarnego, Odessy i granic z Chanatem Krymskim, to były ziemie niezaludnione, porosłe gęstymi lasami pełnymi dzikiego zwierza i grasujących tam band zbójców. Tak więc każdy, kto przemierzał te tereny (jak na przykład wenecki poseł Ambroży Contarini w 1474 r.) musiał mieć nie lada odwagę, widząc kraj "tak przerażająco pusty, bez osad, wsi, warowni, ziemie lesiste, pełne zbójów", a dotarcie do pierwszego drewnianego miasta na tym szlaku Zwinogródka, Bracławia, Winnicy, Czerkas, Kaniowa czy Żytomierza było świętowane wręcz jako wybawienie ze sporych kłopotów i świadectwo bożej pomyślności (właśnie dlatego ziemie te zwano Dzikimi Polami). Czy można się dziwić że w takich warunkach czambuły tatarskie swobodnie podchodziły pod Kijów, Lwów a nawet Przemyśl, bezlitośnie grabiąc całą okolicę a ludność uprowadzając w jasyr (potem ci ludzie byli sprzedawani na targach niewolników w Bakczysaraju, Synopie, Konstantynopolu, a popyt na nich był zawsze, gdyż Turcy szczególnie lubowali się w białolicych i blondwłosych niewiastach i młodych mężczyznach). Moskwa wcale nie postępowała inaczej, grabiąc okoliczne ziemie litewskie, a ludność tych terenów przesiedlając w głąb państwa moskiewskiego. A w tym samym czasie Polacy żyli w niczym nieskrępowanej swobodzie. Wojen z Czechami, Węgrami czy Zakonem Krzyżackim już (prawie) wówczas nie toczono (a jeżeli już, to były to krótkotrwałe zatargi pomiędzy pretendentami do korony, lub też kwestie ambicjonalne władców o wpływy na danych terenach), a na granicach panował niczym niezmącony pokój i jedynie od czasu do czasu napływały wiadomości o kolejnych atakach Tatarów lub Moskwy na Wielkie Księstwo Litewskie, Podole czy Ruś Halicką. Organizowano więc ochotnicze oddziały rycerskie wspomagające Litwinów i Rusinów w ich walkach z najeźdźcami i tyle - poza tym panował w Koronie całkowity spokój, a kraj dalej rozwijał się gospodarczo (a po odzyskaniu dostępu do Morza Bałtyckiego w 1466 r.), handlując z resztą Europy takimi towarami jak: zboże, sól czy ołów (były to najważniejsze produkty eksportowe Królestwa Polskiego w XV wieku i później zresztą też, czasami jeszcze dochodziło do tego złoto i srebro, choć już nie w takich ilościach jak w wiekach wcześniejszych).




Król Kazimierz IV Jagiellończyk był ojcem wielu synów i córek, łącznie miał ich trzynaścioro (6 synów i 7 córek) i wszystkie spłodził z jedną kobietą, swą małżonką, królową Elżbietą Habsburg (zwaną też Rakuszanką). Była to niezwykle płodna kobieta (rodziła dzieci praktycznie rok w rok), która jednak nie odznaczała się zbytnią urodą i gdy Kazimierz ujrzał ją po raz pierwszy - nie był zadowolony z takiej kandydatki na żonę (a Elżbieta zaczęła nawet obawiać się zerwania zaręczyn, co w jej sytuacji - miała już 18 lat i wciąż żadnego kandydata na męża - nie było perspektywą optymistyczną, gdyż zostanie "starą panną" było najgorszym możliwym wyjściem dla ówczesnych kobiet, dlatego też matki tych dziewcząt, które nie znalazły adoratorów, celowo... sprzedawały je np. Tatarom, aby przynajmniej w haremie chana czy sułtana owe niewiasty znalazły dla siebie jakieś miejsce i przyszłość). Mimo to małżeństwo Kazimierza i Elżbiety było szczęśliwe i przeżyli ze sobą łącznie w zgodzie i zapewne w miłości - 38 lat. Kazimierz był wiernym mężem (raz tylko, w 1461 r. wdał się w krótkotrwały "romans" z przybyłą na dwór krakowski księżniczką Zofią, żoną syna i następcy księcia pomorskiego Ottona III - Eryka. Księżniczka ta zrobiła na Kazimierzu ogromne wrażenie i choć do romansu sensu stricte nie doszło - dlatego wziąłem go w cudzysłów - to, jak zanotował Długosz: "Powiadają, że król rozmyślał nieraz o jej wdziękach i dowcipie". Ponoć również narzekał na swój los, iż jest już żonaty, gdyż z chęcią poślubiłby Zofię. Nie wiadomo jak wizyta tej księżniczki wpłynęła na zachowanie królowej Elżbiety, ale można się domyślać że nie była z tego zadowolona). Elżbieta również całe życie pozostała wierna swemu mężowi. Pomimo braku oszałamiającej urody (jaką cieszyła się ponoć księżniczka Zofia) królowa Elżbieta odznaczała się innymi przymiotami. Cieszyła się bardzo dobrym zdrowiem (rzadko chorowała) i wykształceniem (znała łacinę, język niemiecki, włoski, węgierski i francuski, natomiast języka polskiego uczyła się od chwili przybycia do Polski i swej koronacji na królową - 10 lutego 1454 r. i choć zajęło jej to kilka ładnych lat, ostatecznie opanowała również i ten język, mimo iż całe życie mówiła z wyraźnym, niemieckim akcentem. Poza tym poznała wiadomości z zakresu historii, geografii i teologii, a także korespondowała ze swym nauczycielem i przyjacielem z czasów dzieciństwa, znanym europejskim humanistą - Eneaszem Sylwiuszem Piccolominim, również wtedy, gdy ten w 1458 r. został wybrany na papieża pod imieniem Piusa II). 
 



Królowa Elżbieta miała jednak pewną widoczną wadę i nie była nią jej uroda. Otóż była ona przekonana o wyjątkowości (wręcz boskości) pochodzenia królów i książąt, a przez to była wyjątkowo dumna i wyniosła dla ludzi niedorównujących jej urodzeniem. Lubiła siebie określać jako "wnuczkę cesarza (Zygmunta Luksemburskiego), córkę, siostrę i żonę królów". Z pogardą odnosiła się do mieszczan i gminu i to w tak wyniosły sposób, że Jan Długosz zapisał w swych "Rocznikach, czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego", iż nie pamiętała, że: "nie inaczej niż inni ludzie, monarchowie także powstali z błota". Była natomiast osobą głębokiej wiary i to głównie łączyło ją z jej poddanymi, którym nie szczędziła opieki w imię chrześcijańskiego miłosierdzia i Chrystusowej wiary. Bardzo dbała też o wszystkie swoje dzieci i pragnęła znaleźć im (szczególnie córkom) jak najlepszych kandydatów na małżonków (gdy w kwietniu 1468 r. na Wawel zjechał poseł króla Węgier - Macieja I Hunyadiego, zwanego Korwinem, syna znanego węgierskiego wielmoży i wielokrotnego pogromcy Turków Jana Hunyadiego, który zdobył tron Węgier po śmierci (w 1457 r.) brata królowej Elżbiety, Władysława II Habsburga, zwanego Pogrobowcem - z propozycją potrójnego polsko-węgiersko-czeskiego aliansu, w wyniku którego po śmierci króla Czech - Jerzego z Podiebradów, tron ten miał przypaść Jagiellonom, a zyskiem Macieja Korwina byłoby małżeństwo z królewną Jadwigą, córką Kazimierza i Elżbiety, ta jednak gwałtownie zaprotestowała, twierdząc że nigdy nie zgodzi się na to małżeństwo, gdyż, jak twierdziła: "Maciej to chłop, pies, Wołoch, nie godzien jej". Elżbieta wierzyła bowiem, że Maciej przyczynił się do śmierci jej brata, darowując mu zatrute jabłko poprzez żonę króla Czech - Jerzego z Podiebradów, którego również nienawidziła. Faktem jest że Władysław Pogrobowiec zmarł w młodym wieku, zaledwie 17 lat i nie zdążył nawet się ożenić, a jadąca do niego na ślub wybranka, francuska królewna - Magdalena, na wieść o zgonie narzeczonego, musiała zawrócić do swego kraju (potem poślubiła Gastona, hrabiego de Foix). Najbardziej jednak ze wszystkich swoich dzieci, królowa Elżbieta kochała Jana Albrechta (zwanego też Olbrachtem), który po śmierci ojca w 1492 r. został nowym królem Polski. Inni jej synowie - najstarszy Władysław (został królem Czech w 1471 r. a Węgier w 1490 r.), Aleksander (wybrany po śmierci ojca wielkim księciem Litwy w 1492 r. przez tamtejszych bojarów, bez porozumienia z Polakami, co też oznaczało realnie zerwanie - na krótko - unii personalnej z Koroną) i najmłodszy Fryderyk (biskup krakowski, a od kwietnia 1493 r. również arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski, co oznaczało że podczas nieobecności brata w kraju sprawował funkcję wicekróla) otrzymali własne trony i godności (dwaj pozostali bracia, czyli: Kazimierz - który zmarł w młodym wieku 25 lat jako spodziewany następca tronu w marcu 1484 r., oraz Zygmunt - został królem po bezdzietnej śmierci dwóch starszych braci Jana Olbrachta i Aleksandra w 1506 r., dlatego też zwano go "Starym". Był on przedostatnim władcą Polski i Litwy z dynastii Jagiellonów, mężem włoskiej księżniczki Bony Sforzy i ojcem Zygmunta II Augusta. Natomiast syn i następca króla Czech i Węgier - Władysława II, Ludwik II Jagiellończyk zginął w bitwie z Turkami sułtana Sulejmana Wspaniałego pod Mohaczem w 1526 r. i tak władztwo Jagiellonów na tych ziemiach przeszło w ręce Habsburgów, Turków i lokalnych węgierskich możnowładców z Siedmiogrodu).


WŁOSKA KSIĘŻNICZKA BONA SFORZA 
 MAŁŻONKA KRÓLA ZYGMUNTA I "STAREGO"  JAGIELLOŃCZYKA



ZARÓWNO ZYGMUNT JAK I BONA PRZYJAŹNILI SIĘ (BO TAK MOŻNA TO NAZWAĆ) Z OSMAŃSKIM WŁADCĄ SULEJMANEM WSPANIAŁYM I JEGO MAŁŻONKĄ  ROKSOLANĄ/HURREM, ŚWIADCZĄ O TYM LICZNE LISTY WYSYŁANE POMIĘDZY KRAKOWEM A KONSTANTYNOPOLEM (ZAŚ OD ROKU 1533 POMIĘDZY RZECZPOSPOLITĄ A IMPERIUM OSMAŃSKIM PANOWAŁ "WIECZNY POKÓJ" KTÓRY PRZETRWAŁ - NIE LICZĄC PRYWATNYCH INWAZJI MAGNATÓW NA POSIADŁOŚCI TURKÓW W SIEDMIOGRODZIE, MOŁDAWII, WOŁOSZCZYŹNIEI NA KRYM, AŻ DO 1620 r.)
OD 1541 r. POD PROTEKCJĄ SULEJMANA ZNAJDOWAŁA SIĘ RÓWNIEŻ IZABELA JAGIELLONKA, ŻONA ZMARŁEGO KRÓLA WĘGIER I CÓRKA ZYGMUNTA ORAZ BONY





Tak oto dynastia Jagiellonów znacznie obrodziła - choć od swych początków nie miała zapewnionego przetrwania, jako że jej założyciel Władysław II Jagiełło doczekał się jednie córki - księżniczki Jadwigi, która jednak zmarła w młodym wieku 23 lat, w grudniu 1431 r. Ów monarcha doczekał się synów w bardzo późnym wieku, gdy już nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek jeszcze będzie miał potomków. Pierwszy syn Jagiełły - Władysław III Warneńczyk, urodził się gdy miał on już 70 lat w 1424 r., drugi zaś - Kazimierz IV Jagiellończyk przyszedł na świat trzy lat później. Władysław Jagiełło był więc starcem gdy został ojcem, a mimo to (według ówczesnych kronikarzy) wciąż jeszcze odznaczał się dość dużą energią życiową. Jego czwarta małżonka - królowa Zofia (Sonka) z litewskiego rodu Holszańskich z Oszmian (namiestników Kijowa i Nowogrodu Wielkiego), była od niego młodsza o ponad... 50 lat i w chwili ślubu (1422 r.) mogła być jego wnuczką (a nawet prawnuczką). Dynastia Jagiellonów przetrwała dzięki niej, a następnie dzięki jej synowej - Elżbiecie Habsburg (Rakuszance), która ze względu na swą płodność, jest nazywana "matką królów" (stosunki między teściową a synową układały się dość dobrze, tym bardziej że Elżbieta była wyciszona i uległa w stosunku do Sonki. Po ślubie i koronacji Elżbiety w 1454 r. królowa-matka przeniosła się ze swych dotychczasowych apartamentów na Wawelu, do "Palatium Reginae Antiquae" - czyli "Pałacu Starej Królowej". Mimo to obie królowe często się odwiedzały, a nawet razem podróżowały po kraju. W dzień zaślubin i koronacji Elżbiety (10 lutego 1454 r.) gdy pogoda nie dopisała i padał siarczysty deszcz - a strój Kazimierza ze złotogłowiu przemókł do suchej nitki - Sonka zaprosiła Elżbietę do swego powozu, podobnie jak trzydzieści lat wcześniej, podczas własnej koronacji - zabrała ona do powozu babkę Elżbiety - Barbarę Cyllejską (słynącą z tego, że uwielbiała towarzystwo mężczyzn, szczególnie młodych i przystojnych, co też rodziło plotki na temat jej seksualnego temperamentu i małżeńskiej wierności względem cesarza Zygmunta Luksemburskiego, którego ponoć Barbara chciała nawet otruć, aby wyjść za mąż za znacznie młodszego od siebie księcia). Dzięki tym dwóm kobietom (Sonka zmarła w 1461 r. w wieku ok. 56 lat) dynastia Jagiellonów przetrwała i znacznie się rozrodziła, choć ostatecznie w XVI wieku i tak jej ostatnim przedstawicielem był Zygmunt II August. Jego matka, królowa Bona Sforza poroniła drugiego syna - Olbrachta podczas owego feralnego polowania w Niepołomicach (wrzesień 1527 r.) gdy królową zaatakował rozjuszony niedźwiedź.
 



Nie byłoby jednak tego rozrostu dynastii, gdyby powiódł się ów projektowany zamach na rodzinę królewską, który miał doprowadzić do jej unicestwienia. Rzecz ta wydarzyła się w kwietniu 1481 r. w Kijowie, a przynajmniej to tam właśnie miało dojść do fizycznej likwidacji dynastii Jagiellonów. Warto jednak przytoczyć kontekst tej sprawy, bowiem zamachy (czy też nienawiści) nie rodzą się przecież z niczego i zawsze istnieć musi jakieś podłoże, jakiś powód do podjęcia tak radykalnych kroków. Wielkie Księstwo Litewskie było państwem ogromnym, panującym nad wielkimi połaciami Wschodniej Europy, ale też realnie słabym i to zarówno militarnie, jak i ekonomicznie. Dlatego też doszło do zawarcia unii z Polską, bowiem sama Litwa nie miała najmniejszych szans przetrwać w konfrontacji z potęgą Zakonu Krzyżackiego na Zachodzie i Północy, wzrastającą siłą Moskwy na Wschodzie i nieustannymi atakami Tatarów z Południa. Państwo to nie miało też nic do zaoferowania prawosławnym Rusinom pod względem kultury (sama Litwa długo była też pogańska i dopiero akcja chrystianizacyjna, dokonana w latach 1386/1387 przez Władysława Jagiełłę i jego pierwszą małżonkę, królową Jadwigę Andegawenkę - zmieniło nieco oblicze tego kraju). Tak naprawdę kraj był zlepkiem księstw - mniej lub bardziej zależnych od wielkiego księcia rezydującego w Wilnie - nad którymi często panowały ruskie książęce rody, wywodzące się od Rurykowiczów. Częścią Wielkiego Księstwa były również takie krainy jak Ruś Halicka (zwana również Czerwoną), Podole i Wołyń, choć te dwie pierwsze zostały przyłączone do Korony Polskiej i dość szybko spolonizowane (co również oznaczało dominację na tych terenach religii katolickiej, a nie prawosławnej), jedynie Wołyń w mniejszym stopniu uległ tym procesom i choć polskie wpływy wciąż były tutaj bardzo silne (prawdziwym lepiszczem który przywiązywał Rusinów do Korony, były właśnie owe osławione "wolności polskie", które wyznaczały zupełnie inny poziom cywilizacyjny dla mieszkańców tych terenów, gdyż przestawali być oni tylko poddanymi absolutnego władcy, a stawali się obywatelami, mającymi prawa i przywileje. Dlatego też już w czasie pierwszej konferencji Rusinów z Polakami na Wołyniu w latach 1436-1437, zażądali oni rozszerzenia przywileju jedleńsko-krakowskiego z 1430 r. również i na tę ziemię. Bowiem otrzymanie owych przywilejów automatycznie przenosiło miejscową szlachtę na wyższy poziom relacji, zazdroszczono więc Polakom tej wolności i mieszkańcy okolicznych ziem chcieli się połączyć z Koroną, byle tylko stać się takimi jak Polacy. W 1564 r. Stanisław Orzechowski w swym dziele: "Quincunx, to jest wzór Korony Polskiej" pisał co inne ludy mawiały wówczas o Polakach: "Patrzajcie na hardego wolnością a świetnego swobodą Polaka, szatę nosi Polak znamienitą, to jest równą ze swym królem wolność (...) Takowym będąc Polak, zawsze wesołym w królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolniczego obowiązku żadnego, nie będąc nic królowi panu swemu zwierzchniemu innego winien, jak tylko wezwanie na proces w imieniu króla, dwa grosze podatku z łanu i stawienie się na pospolite ruszenie szlachty". To wówczas właśnie wykształciło się powiedzenie: "Rusin z pochodzenia, z narodowości Polak" przypieczętujące kulturową polonizację tych ziem, nie za pomocą przelanej krwi i miecza, a dzięki sile wolności i dobrowolnych unii), to jednak mieszały się one na Wołyniu z działaniami książąt czernihowskich i smoleńskich.
 



 Kijowszczyzna również była polem ekspancji polskiej kultury i kolonizacji (jednak proces ten relanie zaczął się dopiero z końcem XV i początkiem XVI stulecia). Polska szła na Wschód z ideą miłości chrześcijańskiej, najlepiej i najdobitniej przedstawionej w programie unii horodelskiej z 1413 r., gdzie zostało jasno zapisane: "Wiadomo wszystkim, że nie dostąpi zbawienia ten, kto nie bedzie wspierany tajemnicą miłości, która zwaśnionych godzi, pokłóconych łączy, usuwa nienawiści, uśmierza gniewy i daje wszystkim pokarm pokoju, rozproszone zbiera, znękane krzepi, szorstkie wyrównuje, krzywe prostuje, wszystkie cnoty wspomaga, nikogo nie krzywdzi tak, że ktokolwiek w jej ramiona się ucieka, znajdzie bezpieczeństwo i nie będzie się obawiał niczyjej napaści. Przez miłość prawa się tworzą, królestwa rządzą, miasta porządkują (...) Ona to wśród wszystkich cnót pierwsze miejsce zajmuje, a kto nią wzgardzi - wszelkie dobro utraci". Paweł Włodkowic rozszerzył zaś tę zasadę w 1415 r. na soborze w Konstancji - na forum międzynarodowym - twierdząc, że co prawda istnieją narody bardziej oświecone i posłane do cywilizacyjnego posłannictwa dzieła Jezusa Chrystusa, jednak każdy naród ma prawo do życia i swobodnego rozwoju, choćby nawet byli to poganie, gdyż ziemie te zostały im dane przez Boga i nie wolno wkraczać w ich granice z mieczem w ręku, paląc wszystko na swej drodze, tylko oparłszy się na słowie Bożym, wypełniać Chrystusową Misję. Tym samym Polska jawnie propagowała zupełnie inny model cywilizacyjny, jednocześnie zdecydowanie sprzeciwiając się dotychczasowemu modelowi niemieckiemu, opartemu na potędze ognia i miecza, którym chrześcijanie mieli niszczyć wszystkich swych wrogów. Również w dziedzinie prawno-społecznej była Polska jednym z najbardziej postępowych państw ówczesnej Europy. Opierając się bowiem na tradycji Rzymu republikańskiego, w rezultacie stała się Polska państwem opartym o doktrynę wolności naturalnej, odrzucając absolutyzm w każdych jego przejawach, tym samym wytworzyła się idea zwierzchności narodu nad państwem i równość praw politycznych wszystkich obywateli (oczywiście słowo "obywatel" ograniczało się jedynie do szlachty, gdyż mieszczanie i chłopi byli z tego wykluczeni, ale mimo wszystko swobody polityczne panujące w Polsce, w porównaniu z tym, co było wówczas w Europie Zachodniej, o moskiewskim zamordyzmie nawet nie wspominając - stało się przejawem niesamowitego postępu cywilizacyjnego, czego efektem były bezkrwawe unie polityczne, gdyż każdy chciał poczuć się tak samo wolnym, jak było to w Polsce - innymi słowy każdy wówczas chciał być Polakiem (gwoli ciekawości jeszcze dodam, że gdy przyjeżdżali do Rzeczypospolitej posłowie z Europy Zachodniej, szlachta śmiała się z nich, mawiając: "Patrzcie, niewolniki przyjechały!").

Tak też było i na Kijowszczyźnie, gdzie co prawda dominował rusiński język i religia prawosławna, ale postępowała też stopniowa polonizacja i rozwój katolicyzmu. Co prawda Polska jako państwo nigdy nie prowadziła polityki narodowej i nie propagowała tendencji nacjonalistycznych, starając się raczej oprzeć na podstawie wolności i tolerancji i tym samym przekształcić lokalny żywioł litewski czy ruski w polskie (rozumiane kulturowo a nie etnicznie) elementy cywilizacyjnie twórcze (wielu tego procesu stało się potem dziedzicami, jak choćby moja rodzina od strony ojca, która była rodziną niemiecką a totalnie się spolonizowała i stało się tak w czasach, gdy Polski nie było na mapach, co pokazuje jak silna była potęga polskiej kultury nawet wówczas, gdy nie było polskiego państwa). Mimo to różnice narodowościowe i religijne były również wówczas bardzo istotne, dlatego też, gdy w 1470 r. zmarł książę kijowski - Semen Olelkowicz (syn kniazia Olelka - wnuka Olgierda, a co za tym idzie siostrzeńca Władysława Jagiełły), jego koń, miecz i łuk zostały wysłany królowi Kazimierzowi IV (oficjalnie stało się to za wolą umierającego księcia, realnie zapewne wymusili to na nim lokalni możnowładcy, którzy nie chcieli już dalej być poddanymi jakiegoś książątka, a wejść bezpośrednio w obręb mieszkańców Litwy i tym samym przybliżyć się do obywatelstwa i polonizacji). Kazimierz przyjął dary (był to symboliczny akt przejęcia władzy nad danym księstwem) i wysłał do Kijowa swego namiestnika - Marcina Gasztołda. Pomimo iż był on powinowatym zmarłego, nie został zaakceptowany przez mieszkańców Kijowa, którzy po prostu... zamknęli przed nim bramy miasta, jako przed "Lachem" (czyli przywiązanie narodowe musiało być silne, pomimo rozmiekczania go poprzez wierność danemu władcy). Twierdzili bowiem, iż nie wpuszczą do miasta litewskiego cudzoziemca, który: "Nie tylko nie książę był, ale jako Lach był". A jak wiadomo, słowo "Lach" było na Wschodzie tożsame ze słowem "Polak" (a brało się od dawnego ludu słowiańskich Lechitów). W rezultacie Marcin Gasztołd musiał szturmować Kijów zbrojnie (zdobył go wiosną 1471 r. ) Już wówczas król zamierzał zlikwidować księstwo kijowskie i wprowadzić tam urząd wojewody, jednak na razie jeszcze nie odważył się na taki krok i jedynie utrzymywał "stan przejściowy" w postaci rządów swego namiestnika (ten jednak, ze względu na niechęć mieszkańców co do jego osoby i nieumiejętność w odparciu najazdów tatarskich z lat 1473 i 1474, ostatecznie opuścił w 1475 r. Kijów i wyjechał na Litwę, jednak oficjalnie wciąż piastował urząd królewskiego namiestnika Kijowszczyzny przez kolejne pięć lat).
 
Dopiero w roku 1480 Kazimierz ostatecznie zlikwidował księstwo kijowskie i utworzył tam litewskie województwo, podległe bezpośrednio mianowanemu przez siebie wojewodzie. I tutaj właśnie zrodzi się bezpośredni powód do ostatecznej rozprawy z domem Jagiellonów, gdyż brat zmarłego Semena - Michał Olelkowicz nie zaakceptował tego stanu rzeczy. Namiestnika jeszcze mógł ścierpieć, gdyż był to stan przejściowy i zawsze można było powrócić do wcześniejszej formy rządów, ale oficjalna likwidacja księstwa to już był krok bez odwrotu, dlatego też ów kniaź postanowił działać aby ratować rodową spuściznę. Zawiązał więc spisek z Fedorem Bielskim (księciem na Toropcu u granic Moskwy) oraz Janem Holszańskim (z kniaziów Holszańskich, namiestników Nowogrodu Wielkiego, a jednocześnie krewnym królowej Sonki, matki Kazimierza IV). Gdy więc król wyznaczył na pierwszego wojewodę Rusina - Iwana (Iwaszkę) Chodkiewicza (pra-pra dziada sławnego hetmana z początku XVII wieku - Jana Karola Chodkiewicza, pogromcę Szwedów, Tatarów, Moskali i Turków), plan zamachowców był już prawie na ukończeniu. Spiskowcy chcieli bowiem wykorzystać fakt pobytu na Litwie króla Kazimierza wraz z rodziną (przybył tam na wiosnę 1480 r. szykując wspólny atak na Moskwę z Tatarami z Wielkiej Ordy chana Sid Achmeda). Wizyta monarchy była konieczna, bowiem w ciągu ostatnich lat nie miał okazji aby skutecznie zająć się sprawami wschodnimi, gdyż wciąż zajmowały go kwestie a to konfliktu z Węgrami Macieja Korwina, a to wojny z Zakonem Krzyżackim o Warmię (tzw." "wojna klesza" z lat 1478-1479 o obsadę biskupstwa warmińskiego i przywołanie do porządku wielkiego mistrza, który na mocy decyzji pokoju toruńskiego z 1466 r. stawał się lennikiem króla polskiego, a tym samym był zobowiązany do złożenia mu hołdu. A obrany wielkim mistrzem w roku 1477 Martin Truchsess von Wetzhause stwierdził butnie, iż woli być "żywcem obdarty ze skóry", niż ukorzyć się przed polskim monarchą i szukał sojuszników do pomocy w zrzuceniu "polskiego jarzma", znajdując go ostatecznie w osobie króla Węgier Macieja Korwina). W 1477 r. poprzedni wielki mistrz Zakonu - Henryk Reffle von Richtenberg oddał całe Prusy Zakonne w lenno Węgrom, tak samo postąpił jego nastepca - von Wetzhause i w wyniku tego w 1478 r. wybuchła wojna o obsadę biskupstwa warmińskiego. Wielki mistrz popierał Niemca - Mikołaja Tungena, natomiast król Kazimierz zamierzał obsadzić to biskupstwo dotychczasowym biskupem chełmińskim - Wincentym Kiełbasą. W wyniku działań wojennych królewscy rotmistrze Jan Biały ze Sroczkowa, Jan Żelezieński i Piotr Dunin - starosta Malborka, zdobyli kolejno w październiku i listopadzie 1478 r.: Ornetę, Pieniężno, Frombork, Brunsbergę i ostatecznie Kwidzyn. Wielki mistrz nie odwarzył się przyjąć bitwy (nie otrzymawszy posiłków węgierskich, a jedynie najemni Czesi próbowali przedrzeć się przez Wielkopolskę i Pomorze do Prus, ale ponieśli klęskę pod Krosnem Odrzańskim), wycofał się z Heilsbergu do Królewca. 2 kwietnia 1479 r. Maciej Korwin zawarł w Budzie pokój z Kazimierzem IV i przestał wspierać wielkiego mistrza. Ten, nie mając już innego wyjścia, musiał się ugiąć. Najpierw 15 lipca 1479 r. na sejmie w Piotrkowie przed królem ukorzył się biskup Mikołaj Tungen (król pozostawił mu biskupstwo warmińskie, ale w traktacie pokojowym zawarto formułę że każdy jego następca musi być odtąd "miły królowi". Sformułowanie to nie było jednak precyzyjne i pozostawiało wiele możliwości swobodnej interpretacji, co też próbowali potem wykorzystywać Krzyżacy). Natomiast wielki mistrz złożył ostatecznie hołd lenny polskiemu królowi (wcześniej deklarując że nigdy tego nie uczyni) w Nowym Mieście Korczynie, niedaleko Krakowa - 3 października 1479 r. (przybył tam w żałobnych, czarnych szatach).




Nim jeszcze ów konflikt trwał, na Wschodzie, w Moskwie zaszły ogromne zmiany, które zaważyły na przyszłości stosunków litewsko-rosyjskich a co za tym idzie również i polsko-rosyjskich. Już w 1448 r. synod prawosławny wybrał na moskiewskiego metropolitę biskupa Donasza, a dokonało się to po raz pierwszy w historii bez zatwierdzenia ze strony patriarchy Konstantynopola. Dało to też początek autokefalicznemu rosyjskiemu Kościołowi prawosławnemu, podporządkowanemu władcy Moskwy. Gdy w 1453 r. Turcy Osmańscy Mehmeda II Zdobywcy opanowali Konstantynopol - przenosząc tam siedzibę sułtanatu, Moskwa zaczęła się uważać za jedyne centrum prawosławnej wiary. Wiedząc co się z tym wiąże i jakie to niesie zagrożenia dla Wielkiego Księstwa Litewskiego w którym żyło wielu prawosławnych mieszkańców, zaczęto dążyć do autokefalii wśród Rusinów na Litwie i w 1458 r. w Kijowie powstało pierwsze autokefaliczne arcybiskupstwo prawosławne dla Litwy i Rusi. W trzy lata później sytuacja się odwróciła, gdy chan Tatarów Krymskich - Hadżi Girej wydał słynny jarłyk (22 września 1461 r.) w którym przekazywał królowi polskiemu formalne prawo do wszystkich wschodnich i południowych ziem ruskich, którymi niegdyś władali Mongołowie i Tatarzy. To wydarzenie oznaczało jawne podporządkowanie całej Rusi, w tym również Moskwy pod władzę Polski i Litwy, a to dla moskiewskiego kniazia - Iwana III Srogiego, było nie do pomyślenia. Rozpoczął on więc poszukiwanie dróg wyjścia z tych polsko-litewskich kleszczy i w 1463 r. nawiązał sojusz z austriackimi Habsburgami, przyjmując (po raz pierwszy w dziejach) tytuł gosudara (lecz jeszcze nie cara) i wprowadzając czarnego, cesarskiego dwugłowego orła Habsburgów, jako herb Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (miast dotychczasowego herbu św. Andrzeja zabijającego smoka) a także bizantyjski ceremoniał dworski. W wyniku tego kroku, król Kazimierz napisał list do chana krymskiego, prosząc o potwierdzenie jarłyku z nadaniem praw do władania całą Rusią wraz z Moskwą i taki jarłyk został wydany przez chana Mengli Gireja w 1468 r. (jednak w tym dokumencie chan zwiększał władzę króla, nadając mu dodatkowo dominację nad Riazaniem, Perejesławem Zaleskim, Pskowem i Nowogrodem). Znów zaczęła się podjazdowa wojna polityczna, gdyż kniaź Moskwy (tytułu gosudara z kolei nie uznawał król Polski) za nic nie uznawał tego aktu. To jednak nie wystarczyło i potrzebował on międzynarodowego podkreślenia swej niezależności od Litwy i Polski. W 1472 r. udało się Iwanowi III poślubić bratanicę ostatniego cesarza bizantyjskiego - Konstantyna XI Dragazesa - Zoe (Zofię) Paleolog i wówczas to Iwan III ogłosił się następcą cesarzy rzymskich, a także zaczęto lansować ideę Moskwy jako "Trzeciego Rzymu" (po mieście Romulusa, z którego stolicę do Konstantynopola przeniósł Konstantyn Wielki w 330 r., a po zdobyciu tego miasta przez Turków, Moskwa miała stać się już do końca świata i ponownego przyjścia Chrystusa - "Trzecim Rzymem"). Od 1478 r. Iwan zaczął używać w oficjalnych dokumentach tytułu władcy Wszechrusi (oficjalnie: "gosudara wsieja Rusi, wielkiego kniazia Moskwy, Włodzimierza, Nowogrodu, Pskowa, Tweru, Ugry, Wiaty, Permu oraz kniazia Bułgarów")
 



W niektórych dokumentach Iwan czasami przemycał słowo "car", lecz czynił to bardzo ostrożnie i rzadko, obawiając się reakcji tatarskich chanów Wielkiej Ordy, którym tytuł ten przysługiwał od 1265 r., jednak kierunek już został wyznaczony i było wiadomo że to tylko kwestia czasu, gdy Moskwa zechce zrzucić tatarskie jarzmo i władcę swego ogłosić cesarzem na wzór bizantyjski, a to oznaczało upadek tradycji rusińskiej, tradycji wolnych plemion i miast kupieckich które zabijała imperialna idea "Trzeciego Rzymu". Moskwa stała się prawdziwym wrzodem na ciele Rusi (i jest nim po dziś dzień, podobnie jak Berlin i Prusy były i są wrzodem na ciele Niemiec). Jest to bowiem mongoloidalny twór, wrogi wolnym wschodnim Słowianom. Wraz z imperialnymi planami "Trzeciego Rzymu", pojawiło się pojęcie "zbierania ziem ruskich", które co prawda istniało jeszcze w czasach mongolskich, ale nabrało zupełnie innego znaczenia za panowania Iwana III. Uznał on bowiem wszystkie ziemie dawnej Rusi Kijowskiej, Halickiej i Włodzimierskiej za swoją domenę i ojcowiznę i począł zbierać te ziemie do moskiewskiego "koszyczka". Najpierw w 1454 r. Wasyl II (ojciec Iwana III) narzucił zwierzchność księstwu twerskiemu (które odtąd musiało prowadzić wspólną z Moskwą politykę zagraniczną). W 1456 r. zajął Możajsk i włączył do Moskwy, a księstwo riazańskie uzależnił od siebie. W tym samym roku wyprawił się Wasyl przeciw Republice Nowogrodu Wielkiego, który opowiedział się po stronie Litwy i przyjął namiestnika króla Kazimierza IV. W bitwie pod Starą Russą pokonał wojska Nowogrodu i zmusił tę kupiecką Republikę do rezygnacji z prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej. Z chwilą wstąpienia na wielkoksiążęcy stolec Iwana III w 1462 r. rozpoczęła się ostateczna batalia o nadanie Moskwie dominującej pozycji wśród ruskich księstw. W 1464 r. Republika Pskowska musiała wyrzec się prowadzenia własnej polityki zagranicznej (ostatecznie Psków zostanie włączony do Moskwy w 1510 r.). W tym samym roku Moskwa podporządkowała sobie księstwa Jarosławlskie i ponownie Riazańskie (które próbowało wyrwać się ze szponów czarnego, dwugłowego orła). W 1465 r. gdy Nowogród Wielki ponownie nawiązał relacje z Litwą, szukając wsparcia w konfrontacji z Moskwą, na tę Republikę spadła karna wyprawa moskiewska i powrócono do sytuacji z 1456 r. W 1470 r. Nowogród ponownie sprzymierzył się z Kazimierzem IV (w tym celu król wybrał się z całą rodziną w podróż inspekcyjną po wschodnich terenach swego państwa i zawitał do Połocka, Witebska oraz Smoleńska - gdzie przyjął posłów nowogrodzkich. Padły tam słowa: "Precz z Moskwą!" wypowiedziane przez Marfę - wdowę po Izaaku Boreckim, posadniku nowogrodzkim. Przy obecności arcybiskupa Nowogrodu - Teofila i pod wpływem mnicha Pimena, podpisano tam układ, na mocy którego Polska i Litwa gwarantowały Nowogrodowi niezależność, wysyłając tam swego namiestnika, w zamian za co Republika ta zobowiązywała się do uiszczania pewnych danin na rzecz Litwy).

Car nie mógł tego zaakceptować, więc ponownie wyprawił się zbrojnie na Nowogród w 1471 r., który to z nadzieją oczekiwał przybycia polsko-litewskiej odsieczy, lecz się jej nie doczekał (w 1469 r. miał miejsce wielki atak Tatarów zawołżańskich na Kijowszczyznę, Wołyń i Ruś Halicką. Czambuły chana Sid Achmeta i beja Maniaka doszczętnie spustoszyły tamte tereny. Książę Sołtan Zbaraski rozbił wówczas jeden czambuł pod Włodzimierzem Wołyńskim, a gdy przyłączyło się do niego pospolite ruszenie starosty lwowskiego Rafała Jarosławskiego i starosty bełskiego Pawła Jasieńskiego, Tatarzy czym prędzej wycofali się z jasyrem do siebie, unikając starcia. Poza tym w 1471 r. wybuchła wojna polsko-węgierska o tron Czech, a w tym samym roku nastąpiła wyprawa Tatarów Krymskich Ajdara - syna chana Hadżi Gireja - na Podole. Król zajęty był więc zupełnie innymi sprawami). Po klęsce nad rzeką Szełonią Nowogród musiał się poddać. Miasto utraciło całkowicie swą suwerenność (Iwan zakazał nawet używania tytułu "władca Nowogrodu"), a wielu obywateli tej Republiki zostało upodlonych (główni wodzowie obrony miasta zostali natychmiast ścięci, a inni, którzy należeli do frakcji pro-litewskiej, stracili nosy, wargi a niektórzy nawet oczy). Jednak Iwan nie pozostawił w Nowogrodzie swej załogi (wiedział że byłoby to zerwaniem pokoju z Litwą, zawartego w 1449 r. i dałoby królowi Kazimierzowi jasny casus belli do wojny z Moskwą, a tego Iwan wówczas nie pragnął) i szybko się wycofał). W 1477 r. w wyniku odmowy Nowogrodzian tytułowania Iwana III gosudarem Wszechrusi, ten ponownie wyprawił się przeciw tej kupieckiej Republice. 14 grudnia 1477 r. Nowogród Wielki (znów nie mając znikąd pomocy) musiał skapitulować, a 18 stycznia 1478 r. podpisany został w siedzibie arcybiskupa Nowogrodu akt wiernopoddańczej zależności, oznaczający całkowite rozwiązanie Republiki i przyłączenie jej w całości, wraz z terenami aż po Morze Białe do Moskwy. Symbolem upadku państwa było wywiezienie do Moskwy nowogrodzkiego Wielkiego Dzwonu (Kołokołu), zwołujacego mieszkańców na wiec, tym samym triumf dzikiej, barbarzyńskiej, moskiewskiej turańszczyzny nad wolnymi Słowianami został oficjalnie potwierdzony. Ta kupiecka, ruska Republika nie znała baskaków (mianowanych przez Mongołów nadzorców), rządziła się prawami ludu (wiec) i Senatu. Jak pisał Długosz, Republika ta: "Słynęła szlachetnością słowiańską, która odróżniała jej mieszkańców od Moskali, kaziły ją tylko zbytki i zniewieściałość, prawie nieodłączne od bogactwa i swobody", po czym dodawał: "Teraz zostanie nędznym gródkiem (...) zniknie dusza, zgaśnie honor nowogrodzki , nieżywe, nikczemne ciało upadnie pod samowładztwem (...) kupcy (...) postradają majątki i pomrą w więzieniach, domowi mieszkańce, jedni na wygnanie, drudzy pójdą na przedaż Tatarom, świetny ów handel przeniesie się do Narwy i Rewla". Upadek Nowogrodu doprowadził również do nieprawdopodobnych okrucieństw i gwałtów na mieszkańcach. Według tego, co piszą kroniki, Moskwicyni nie żałowali sobie niczego i maltretowali ludność w najwymyślniejszy sposób. Na przykład kobietom obcinano piersi (lub też zgniatano), ciężarnym obcinano brzuchy i wyjmowano niemowlęta, po czym ciskano je o ściany lub też bezpośrednio wrzucano w taflę zamarzniętej rzeki Wołchow. Innym obcinano ręce i nogi, wlewano do ust rozgrzanego ołowiu itd. Lista okrucieństw jakich dopuścili się najeźdźcy, jest nieprawdopodobna i dopiero car Iwan IV Groźny zdołał pokonać swego dziadka w zbiorowym zadawaniu bólu.

Lecz właśnie upadek Nowogrodu Wielkiego dał Kazimierzowi IV pretekst do podjęcia przygotowań, zmierzających do wojny z Moskwą i w tym też celu przybył on (ponownie z całą rodziną) na Litwę. I ten właśnie fakt postanowili wykorzystać spiskowcy. Zamach wyznaczono na Niedzielę Palmową - 15 kwietnia 1481 r. Jednak nie doszło do niego, gdyż nad jego niepowodzeniem zaważył jeden drobny szczegół, o którym pisałem na początku - czynnik ludzki. Otóż tapicer, który przystrajał komnaty weselne Fedora Bielskiego (jednego ze spiskowców), mającego się żenić z księżną Anną Kobryńską (i na które to wesele został zaproszony król, wraz z całą swoją rodziną), zauważył coś niepokojącego, a mianowicie we framugach ścian ukryta została broń. Postanowił sprawdzić skąd ona się tam wzieła, ale nie poinformował o tym nikogo, a sam zaczaił się, by wyśledzić winnego i tak doszedł do autorów spisku na życie króla i jego dzieci. Natychmiast posłał swego ucznia z wiadomością do króla. Kazimierz nie przybył więc na wesele, twierdząc iż czuje się zmęczony intensywnymi łowami. Tak naprawdę jednak sam przygotował pułapkę na spiskowców i zwabiwszy ich do Wilna, kazał ich uwięzić (30 sierpnia 1481 r.), a po wyroku sądu (bowiem od czasu "Neminem captivabimus..." z 1425 r. król nie mógł uwięzić i skazać na śmierć książąt i szlachty - czyli obywateli - bez wyroku sądowego) zostali oni skazani na ścięcie (tylko Michał Olelkowicz i Iwan Holszański, gdyż Fedor Bielski zbiegł do Moskwy i tam już osiadł). Tak zakończyła się próba wymordowania dynastii Jagiellonów, która przetrwała jeszcze 91 lat i ostatecznie wygasła wraz ze śmiercią Zygmunta II Augusta w 1572 r. Dało to też początek Rzeczpospolitej Obojga Narodów - państwa którego husarskie hufce grasowały od Moskwy i Estonii, aż po Dunaj, siejąc przerażenie wśród Turków, Tatarów, Szwedów i Moskali. Ale to już zupełnie inna historia.
 

OSTATNI KRÓL POLSKI Z DYNASTII JAGIELLONÓW - ZYGMUNT II AUGUST (SYN ZYGMUNTA I BONY SFORZY) NIE MÓGŁ DOCZEKAĆ SIĘ POTOMKÓW Z ŻADNEJ ZE SWOICH TRZECH ŻON.
OSTATNIA ZAŚ - KATARZYNA HABSBURZANKA UDAWAŁA NAWET CIĄŻĘ (WYPYCHAJĄC SOBIE BRZUCH PODUSZKAMI), A POZA TYM CIERPIAŁA NA EPILEPSJĘ PRZEZ CO ZYGMUNT CZUŁ DO NIEJ NIECHĘĆ




ROK 1666 - CZY KONIEC RUSKIEGO MIRU?

CZYLI O PEWNEJ PSYCHOZIE, 
JAKA OPANOWAŁA MOSKALI





Dziś opowiem o pewnym wydarzeniu mającym miejsce w przeszłości, które dziś zostało już całkowicie zapomniane, choć warte jest wspomnienia choćby z tego powodu, że oznaczać miało koniec tamtego świata, w tym ruskiego miru - gdyż rzecz cała miała miejsce właśnie w ówczesnej Rosji 



Otóż rok 1666, był to dziwny rok, zwiastujący jakoweś klęski - aby na wstępie posłużyć się słowami Henryka Sienkiewicza ze wstępu do "Ogniem i Mieczem". I rzeczywiście, był to bowiem rok, w którym na świat miał przyjść... Antychryst. Wielkie przerażenie ogarnęło wówczas Moskwę - gdyż to właśnie tam najbardziej obawiano się końca świata i nadejścia szatana, bowiem od chwili powstania Moskiewskiego Patriarchatu w 1589 r. i utrwalenia się idei Moskwy jako "Trzeciego Rzymu" nie działo się dobrze w rosyjskiej Cerkwi prawosławnej. Mnisi w monasterach w ogromnej większości pozostawali analfabetami co budziło ogromny kontrast z tym, co nie tylko miało miejsce w Europie (gdzie przy kościołach i klasztorach istniały szkoły, gdzie dzieci z ubogich rodzin mogły nauczyć się czytać i pisać), ale chociażby na takiej Ukrainie, na której została wykonana ogromna praca cywilizacyjna (po czasach niewoli tatarskiej). Zarówno dokumenty archiwalne, jak i świadectwa współczesnych Rusinów zgodnie twierdziły o zupełnym upadku moralnym i umysłowym całego kleru ruskiego w wiekach XV i XVI, od episkopatu poczynając, a na mnichach i proboszczach kończąc. Wśród metropolitów prawosławnych na Ukrainie było niewielu, którzy potrafili czytać i pisać (to co powiedzieć o niższym duchowieństwie), gdyż na całej Rusi do połowy XVI wieku nie było ani jednej szkoły średniej a niższe szkoły początkowe (przy klasztorach i parafiach) ograniczały się jedynie do nauki elementarza i śpiewu chóralnego. Po 1569 r. (czyli Unii Lubelskiej) Ruś prawosławna otworzyła się na wpływ kultury polskiej i jak grzyby po deszczu zaczęły tam powstawać klasztory i kościoły katolickie (oraz ewangelickie) we Lwowie, w Przemyślu, Kijowie, Łucku, Kamieńcu Podolskim, Ołyce, Ostrogu czy Perejesławiu - a przy nich powstawały również przyklasztorne szkoły. Po założeniu Akademii Zamojskiej przez kanclerza wielkiego koronnego - Jana Zamoyskiego w 1595 r. otwarła się droga dla młodzieży ruskiej do studiowania na uczelniach wyższych nie tylko w kraju, ale i w Europie. Krzewienie się katolicyzmu i szkolnictwa polskiego na ziemiach litewsko-ruskich nie było jednak przyczyną, lecz skutkiem samorzutnej polonizacji kulturalnej tych krajów. Rzeczpospolita nie prowadziła bowiem polityki egoistyczno-narodowej, ukierunkowanej na jakąś odgórną polonizację i nie propagowała tendencji nacjonalistycznych, lecz hasła asymilacji kulturalnej i państwowej. Jako państwo wielonarodowościowe, nie opierała się Rzeczpospolita jedynie na swej polskiej "podstawie", lecz przy pomocy tolerancji pragnęła żywioł litewski i ruski przekształcić w elementy twórcze - państwowe i cywilizacyjne. Te zmiany cywilizacyjne bardzo silnie oddziaływały również na ruskie prawosławie na Ukrainie i Białej oraz Czarnej Rusi. Co prawda ruski szlachcic, jeżdżący na sejmy do Warszawy, ocierający się o dwór królewski, podróżujący do Italii, krajów Rzeszy czy Francji, oraz wysyłający synów na tamtejsze uniwersytety, nie chciał pozostawać dłużej w kręgu religii prawosławnej i albo przyjmował katolicyzm albo jedno z wyznań protestanckich - ale mimo to wpływ, jaki ta wielka cywilizacyjna praca poczyniła, działał twórczo na samo ruskie prawosławie.




Już na początku XVII wieku ośrodkiem ruchu literackiego na Rusi południowej stał się Kijów i tamtejsza Ławra Peczerska, skupiająca cały szereg wybitnych wykładowców. Zaś gdy w 1632 r. Piotr Mohyła założył w Kijowie Szkołę (zwaną od jego nazwiska Mohylańską), przekształconą w 1658 r. w Akademię - rusińskie prawosławie nabrało nowego wiatru w swe skrzydła. W tym samym czasie kulturowa polonizacja Ukrainy postępowała w bardzo szybkim tempie - miasta na Rusi przekształcały się na kształt tych w Koronie (czyli powstał lokalny samorząd i własne formy prawno-ustrojowe), postępowała też szybka urbanizacja. Bojarzy polonizowali się jeszcze szybciej a język polski stał się oficjalnym językiem Litwy i Rusi (dziś, gdy okazuje się że język polski jest najlepszym językiem do przekazywania poleceń AI, co to oznacza że w przyszłości   najdokładniejsze procesy twórcze z wykorzystaniem sztucznej inteligencji będą wymagały znajomości języka polskiego. Biorąc to pod uwagę, dopiero teraz zrozumiałem przepowiednię ojca Klimuszko {zmarłego w roku 1980}, który w jednej ze swoich wizji stwierdził: "Polska stanie się światową potęgą, a w języku polskim będą pisane przyszłe ustawy obowiązujące w świecie". Dotąd tego nie rozumiałem, ale teraz wszystko staje się jasne). Mimo to wielu Rusinów nie porzuciło religii prawosławnej i choć mówili (i coraz częściej myśleli) po polsku, pozostali wierni religii przodków - ale religii już znacznie odmienionej (np. w 1581 r. w Ostrogu na Wołyniu książę Konstanty Ostrogski założył Akademię i Drukarnię prawosławną, będącą pierwszą na ruskich ziemiach akademią nauk wyzwolonych). Cerkiew prawosławna na Ukrainie zasadniczo się zmieniła, kler przestał już być niepiśmienną masą, a stał się (na wzór katolickich księży) podporą życia religijno-umysłowego Rusi. Porzucane są hasła pesymistycznej koncepcji świata i bizantyjskiego dualizmu, na korzyść haseł czynu (zbawienie poprzez czyny oraz czystość serca i umysłu). W tym samym zaś czasie Moskwa tkwi w dotychczasowej "umysłowej ciemności" i zabobonie. Kler cerkiewny całkowicie pozostający pod władzą gosudara a potem cara, zacofany i niepiśmienny, potrafiący jedynie powtarzać zasłyszane i wyuczone na pamięć formułki - nie był żadną cywilizacyjną konkurencją dla prawosławnej Rusi i gdy Kijów propagował oświatę - uważając ją za środek służący do podniesienia z upadku prawosławia - Moskwa głosiła zasadę że: "logika i wiedza są wrogami religii". Idea ta pociągnęła za sobą skostnienie w formalizmie wyznaniowym i odseparowanie się od wszystkiego, co obce i co mogłoby wprowadzić najdrobniejsze odchylenie od tej zasady. Wyjazd za granicę był surowo zakazany i to zarówno przez cara jak i przez Cerkiew moskiewską. W tej sytuacji wiedza została całkowicie potępiona, jako wróg religii i moralności (mnich Filiteusz - jeden z autorów koncepcji Moskwy jako "Trzeciego Rzymu", tak oto z dumą pisał o sobie: "Jestem sobie człowiek wiejski i prostak niewykształcony, nie rodziłem się w Atenach, u mędrców filozofii nie uczyłem się, ani u filozofów na biesiadach nie bywałem, kształciłem się za to na księgach błogosławionych, aby zbawić mą grzeszną duszę i ocalić ją od wiecznych mąk", był on również autorem stwierdzenia, że: "rozumowanie jest powtórnym upadkiem". Zresztą w moskiewskich księgach dydaktycznych można znaleźć i takie stwierdzenie, że: "Niemiły jest Bogu każdy, kto lubi geometrię; kochaj prostotę bardziej, niż mądrość, nie poszukuj tego co za wysokie, nie roztrząsaj tego co za głębokie, a trzymaj tę wiedzę, jaką ci Bóg dał" - taki też był codzienny katechizm moskiewskiej Cerkwi prawosławnej.

I teraz, wracając do wydarzeń z 1666 r. Otóż w 1648 r. w "Księdze wiary" (będącej czymś na kształt rzymskich ksiąg sybillińskich) pojawiła się przepowiednia, jakoby szatan miał być związany przez tysiąc lat po Chrystusie, a jego uwolnienie przewidywano właśnie na rok 1666 (dodając do tej daty liczbę bestii - czyli trzy szóstki z Apokalipsy św. Jana). wówczas to należało oczekiwać nastania rządów szatana, które trwać miały czterdzieści dwa miesiące (tzw. "Mały Czas"), czyli w latach 1666-1669, a potem miał nastąpić koniec świata. Słońce miało się zaćmić, gwiazdy miały spaść z nieba, ziemia zaś zostałaby pochłonięta przez ogień a na koniec trąba archanioła Gabriela miała zwołać wszystkich sprawiedliwych i grzesznych na Sąd Ostateczny. Proroctwo to miało niesłychane i wprost straszne powodzenie. Od roku 1668 przestano w Rosji obsiewać pola, a w roku następnym ludność wiejska porzucała swoje chaty i uciekała, aby nasłuchiwać "trąb archanioła Gabriela". Całe państwo stanęło przed katastrofą rozpadu, szczególnie zaś problem mieli bojarzy, którym uciekali ich prywatni niewolnicy - czyli właśnie chłopi moskiewscy. Lud upatrywał antychrysta w osobie patriarchy Moskwy - Nikona (który w 1658 r. opuścił Moskwę i odtąd żył w jednym z monasterów); stojąc więc przed rozpadem całego państwa, car - Aleksy I polecił aresztować patriarchę i wywieźć go (w owym 1666 r.) daleko na Północ, aż nad Morze Białe, aby tym samym uspokoić lud. Lecz to nie pomogło. Ludzie zaczęli niszczyć ikony (zjawisko to nie było wcale nowe w Rosji i już na sejmie w 1609 r. kasztelan małogoski - Mikołaj Oleśnicki tak mówił o Moskwiczanach: "Obrazy obyczajem pogańskim chwalą, nad temi, kiedy się im nie po myśli wiedzie mszczą się, kiedy zaś co szczęście pomyślnego naniesie, to owym ofiary składają, właśnie jako poganie bogom swym wyrządzali". Podobnie pisał podwojewodzi nowogrodzki - Samuel Maskiewicz: "Grubiaństwo wielkie między prostym ludem około wiary. Pod ten czas, kiedy król pod Smoleńsk podstąpił (1609 r.), ludzie okoliczni do lasów z bydłem uciekać poczęli, biorąc z sobą i obrazy z domów w których oni nazbyt wielką ufność pokładają, zatem kiedy nasi żywności w lesie szukając i trafiwszy na nie, bydło im pobrali, oni rozgniewawszy się na obrazy, powieszali ich w górę nogami na drzewie, na wzgardę ich, mówiąc: my się modlimy, a wy nas od Litwy nie strzegli. A drugi, kiedy mu wołu z obory wywiódł złodziej w nocy, porwawszy obraz ze ściany wyrzucił go oknem na oborę, że wpadł w kał, mówiąc: ja tebe się molu, a ty mene od zacia ne boronysz?" Dziwiły Polaków i inne obyczaje związane z moskiewskim ruchem cerkiewnym, jak choćby izolacja kobiet i ich bezwzględne podporządkowanie mężczyznom. Jak bowiem dalej pisał Maskiewicz: "Moskale z żonami i białymi głowami nie konwersują publicznie, ani im pozwalają między ludzie chodzić, oprócz do cerkwi", a Oleśnicki dodawał: "Moskale postacią jedno są chrześcijanie, a sprawy i serca pogańskie mają (...) że małżeństwa świętego, najprzedniejszego sakramentu nie zachowują, bo każdy z nich kilka żon ma, jako mu się jedna nie podoba, to z nią do czarnic (klasztoru) a z drugą wolną mieszkał").




W tym czasie pewne wpływy w Moskwie zdobyła Akademia Mohylańska w Kijowie (który od 1654 r. był zajęty przez Moskali, a w 1667 r. w rozejmie andruszowskim oddany został Moskwie na dwa lata, jednak już nigdy nie zwrócony Rzeczpospolitej i w 1686 r. w "pokoju wieczystym" przekazany został Moskwie), zresztą zawsze wszelkie odrodzenie cerkiewne przychodziło do Rosji z Południa - z Kijowa i tamtejszej Lawry Peczerskiej. Pojawienie się drukowanych ksiąg cerkiewnych w Moskwie, wywołało ogromne oburzenie zacofanego kleru prawosławnego. Tym bardziej, że księgi te pisano w języku ruskim a nie staro-cerkiewno-słowiańskim jakim jedynie posługiwali się patriarchowie i nieliczni prawosławni biskupi. Patriarcha Nikon był wielkim zwolennikiem ksiąg drukowanych i liturgicznego języka greckiego, choć czasem głośno krytykował braci z Kijowa jako "łacinników" (gdyż znali łacinę i opierali się o kulturę polską). Jednak już w 1654 r. na zwołanym przez Nikona soborze, zastanawiano się czy nie należy wprowadzić drukowanych ksiąg liturgicznych, a tym samym zmusić kler do monotonnej nauki czytania i pisania, czy też pozostawić wszystko po staremu. Konflikt wybuchał o sprawy tak z pozoru błahe, jak żegnanie się trzema palcami zamiast dwóch, czy pisanie imienia Zbawiciela jako "Isus" a nie jak dotychczas "Jisus". W 1658 r. Nikon opuścił Moskwę a osiem lat później car poświęcił patriarchę, aby uspokoić swój lud, który obawiał się nadejścia Antychrysta. I właśnie Nikon był postrzegany przez lud jako Antychryst, gdyż zezwalał na odprawianie liturgii z heretyckich ksiąg. W 1668 r. centrum opozycji staroobrzędowców (czyli przeciwników reform Nikona i "Kijowszczyków" z Akademii Mohyły - od których zaczęły się owe reformy) stał się klasztor Sołowiecki na dalekiej Północy. Tak też zrodził się "Raskoł" - czyli odszczepieństwo, rozłam. Nieszczęściem dla Moskwy nie utrzymała się kultura kijowska. Sam Kijów - poprzez odcięcie go od kultury polskiej - też bardzo szybko tracił na znaczeniu. Wszystko zmarniało, a wkrótce potem upadł sam Kijów - popadłszy w moskiewską ciemnotę pod berłem gosudara Wszech-Rusi.




Lecz co się działo z końcem świata (i "ruskiego miru"). Otóż, gdy nadszedł 1669 r. a koniec świata nie następował, uznano że jednak musiało dojść do pomyłki i źle policzono lata, wywodząc je od narodzin Chrystusa, a powinno się liczyć od Jego śmierci na krzyżu, czyli do roku 1669 dodać 33 chrystusowe lata i to miał być prawdziwy termin nadejścia Antychrysta. Ale gdy ponownie nadszedł ów rok 1702, były już inne czasy i panował car Piotr I, który przemocą wymuszał na bojarach westernizację i nawet osobiście golił im brody. Do tego doszła Wielka Wojna Północna ze Szwecją Karola XII i nikt w Moskwie nie pamiętał już o nadejściu Antychrysta i końcu świata - i tak krwawy ruski mir trwa po dziś dzień, na przekór zdrowemu rozsądkowi i wszelkiej ludzkiej przyzwoitości.



16 grudnia 2025

ŚMIECH TO ZDROWIE - Cz. I

MARRIED WITH CHILDREN





Dziś krótko ale zabawnie, bowiem mówcie co chcecie ale jednak ten amerykański serial z lat 80-tych i 90-tych śmieszy mnie po dziś dzień (i myślę że nie jestem w tym osamotniony 😚). Mowa oczywiście o amerykańskim serialu komediowym "Married with Children" (czyli "Żonaty z Dziećmi", choć polskie tłumaczenie tego serialu brzmiało "Świat według Bundych") którego premiera miała miejsce w 1987 r. a serial był popularny przez kolejną dekadę. Zapraszam więc do obejrzenia wybranych przeze mnie kilku zabawniejszych fragmentów tego serialu (w tej nowej komediowej serii), które potrafią rozśmieszyć (przynajmniej mnie), a jak wiadomo: "Życie jest śmiechu warte, więc się śmiejmy!" 👍



AL BUNDY URZĄDZA WESELE DLA SWOICH SĄSIADÓW: MARCY I JEFFERSONA




AL BUNDY PRYWATNYM DETEKTYWEM




AL BUNDY W PRACY




RELACJA OJCIEC-SYN






MIŁE CHWILE W PRACY ALA




OBIAD ALA




AL WRESZCIE NAJEDZONY




AL ZWYCIĘZCA




MARCY I JEFFERSON ODGRYWAJĄ ROLE ALA I PEGY ABY PODNIECIĆ SIĘ SEKSUALNIE



DOBREJ NOCY!

CDN.

15 grudnia 2025

NIEWOLNICE - Cz. I

CZYLI TRZY HISTORIE
WSPÓŁCZESNYCH KOBIET
KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI
NIEWOLNICAMI


Tę serię zamierzam podzielić na trzy części. W części pierwszej pragnę zaprezentować historię amerykańskiej tancerki i aktorki - Lauren, która w 1991 r. pragnąc zarobić większe pieniądze, zdecydowała się na pracę w charakterze striptizerki a następnie dziewczyny do towarzystwa. Wreszcie otrzymała atrakcyjną propozycję wyjazdu do Singapuru, jako ekskluzywna call girls. Zamiast do Singapuru, trafia jednak do haremu szejka Brunei i zostaje jedną z jego kilkudziesięciu żon. Odtąd codziennie musi rywalizować o względy swego męża i pana z innymi kobietami, nie wolno jej podnosić głowy w jego towarzystwie, ani też odzywać się niepytanej. Lauren początkowo jest faworytą szejka (młodszego brata sułtana Brunei) i opływa w niewyobrażalne bogactwo (wspaniałe suknie, drogie klejnoty, kosztowności, złote dywany etc.), potem zostaje ukarana coraz rzadszymi spotkaniami z księciem, aż wreszcie - po osiemnastu miesiącach spędzonych w haremie, szejk uwalnia ją i może wreszcie powrócić do USA. Na odchodne otrzymuje od szejka taki majątek, że w Stanach staje się prawdziwą milionerką. 


Drugą historią jest opowieść o Brytyjce o imieniu Sarah, która została porwana i sprzedana do domu publicznego w Amsterdamie, jako prostytutka (niewolnica seksualna). Trzecia część, opowiada historię dziewczyny z Pakistanu o imieniu Tehmina, która staje się szóstą żoną i prawdziwą niewolnicą swego męża Mustafy Khara. Wszystkie te trzy historie kobiet z różnych krajów a nawet cywilizacji, łączy jedno. Wszystkie one stały się niewolnicami swych mężów lub innych mężczyzn, którzy stali się panami ich życia i śmierci. Jedyną pozytywną historią z tej całej serii jest tylko opowieść spisana przez Lauren, która trafiła do haremu szejka Brunei. Tylko ona otrzymała z tego wszystkiego korzyść - uzyskała wielki majątek, ofiarowany jej w podzięce przez brata sułtana Brunei.


WSZYSTKIE HISTORIE, SĄ TO HISTORIE AUTOBIOGRAFICZNE, DLATEGO TEŻ BĘDĘ JE OPISYWAŁ W TAKI SPOSÓB, W JAKI OPISAŁY JE SAME BOHATERKI






I
LAUREN 
AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI
Cz. I




PS: PONIEWAŻ NIE MA SENSU PRZEPISYWAĆ CAŁOŚCI OWYCH KSIĄŻEK, SPISANYCH PRZEZ KAŻDĄ Z KOBIET, DLATEGO TEŻ ZAPREZENTUJĘ JEDYNIE WYBRANE PRZEZE MNIE, NAJCIEKAWSZE FRAGMENTY


Urodziłam się w połowie sierpnia 1973 roku w Highland Park, w stanie Illinois. Moi rodzice nie byli jeszcze zamożni, ale marzyli o rodzinie. Jadali skromnie, nosili stare buty i czekali. W małym mieszkanku z jedną sypialnią gnieździliśmy się przez dwa lata, ale przez ten czas firma maklerska ojca rozwinęła się i rodzice mogli kupić dom w sąsiednim mieście z prestiżowym kodem pocztowym i dobrą szkołą publiczną. Wychowywałam się w miejscowości, w której aparat ortodontyczny nosiło się obowiązkowo, a operacja plastyczna nosa była tradycyjnym podarunkiem z okazji cudownej szesnastej rocznicy urodzin. W tamtych wczesnych latach ja i ojciec byliśmy zafascynowani sobą niemal jak kochankowie. Cenił sobie najbardziej dobrą prezencję i osiągnięcia, więc starałam się udowodnić, że jestem ponad wiek rozgarnięta intelektualnie, dobrze wysportowana, umuzykalniona - robiłam wszystko, żeby mnie podziwiał. Kiedy coś mi nie wychodziło, oszukiwałam lub blefowałam. Ojciec miał bzika na punkcie swojej nieletniej kumpelki, a dla mnie był królem świata.

Pewna jestem, iż moje wspomnienia nie całkiem odpowiadają prawdzie, ale pamiętam, że to ojciec reagował na mój płacz, gdy budziły mnie koszmary nocne, on wycierał mnie ręcznikiem z potu i głaskał po głowie, póki znowu nie zasnęłam. On z zapałem trenował moją szkolną drużynę soccerową i softballową. On zabrał mnie do Lincoln Center na "Jezioro łabędzie" i odkrył przede mną cudowny świat dziewcząt wirujących po scenie z lekkością śnieżynek. Pochłaniałam wzrokiem baletnice, które w świetle reflektorów jaśniały błękitnawą bielą, i marzyłam, żeby być tam gdzie one. Gdy skończyłam dwanaście lat, moja miłość do ojca skończyła się złamanym sercem jak większość romansów. Lata uczęszczania do szkoły średniej i następne to okres nieustającej walki między nami, ze sporadycznymi aktami przemocy, gdyż nie mógł znieść, że wymykam mu się spod kontroli. On kompulsywnie żarł i zamieniał się w ziejącą wściekłością górę tłuszczu, ja z kolei głodziłam się i tym samym kurczyłam jako obiekt jego napaści. Dzięki kilkuletniej terapii przebaczył sobie, ale terapię przerwał, zanim nauczył się nie obwiniać wszystkich innych za własne niepowodzenia.

O tym, że w ogóle istnieje południowoazjatycki sułtanat Brunei, dowiedziałam się zupełnie niedawno. A informacja o rodzaju pracy była, delikatnie mówiąc, zdawkowa, ale ja snułam fantazje, że przeżyję tam niezwykłą przygodę, że czeka na mnie kupa pieniędzy, a pracodawcą będzie książę z bajki. Dla mnie to była okazja wyrwania się z nowojorskiej cyganerii i przestylizowania się na produkt eksportowy, być może kochankę zaklętego księcia lub bohaterkę powieści szpiegowskiej. Myśląc bardziej realistycznie, podejrzewałam, że podpisałam kontrakt, który czynił ze mnie międzynarodową quasi-prostytutkę. Mnie na gorsze rzeczy stać. Uprzedziłam rodziców, że tego dnia opuszczę miasto. Powiedziałam im, że dostałam ważną rolę w filmie kręconym w Singapurze i muszę natychmiast wyjeżdżać. Licząc się z tym, że po jakimś czasie zapytają o premierę, miałam przygotowaną wymówkę: moją rolę wycięto. Oczyszczałam sumienie z tych kłamstw, wyobrażając sobie, że marzenia o sławie się urzeczywistnią i przestaną być zmyśleniami. No dobrze, raczej nie zagram w filmie kręconym w Singapurze, ale moje rychłe gwiazdorstwo jest nieuchronne, a wtedy drobne krętactwa nie będą miały znaczenia.

Rodzice wierzyli, że zrobię karierę aktorską, i ze stoickim spokojem przyjęli nowinę o moim wyjeździe. Jeszcze zanim wsiadłam tamtego dnia na pokład samolotu, zaczęli się psychicznie przystosowywać do mojej nieobecności. Pogodzili się z tym, że mają marnotrawną córkę, która będzie stale poza domem na kolejnej egzotycznej eskapadzie, na jaką mało kto z ich otoczenia by się decydował. Podróż do Brunei trwała trzy doby z postojami na nocleg w Los Angeles i Singapurze. Długie godziny w samolocie to była okazja do refleksji nad sobą. Obecnie moje życie toczy się w spowolnionym tempie, falującym jak przybywanie i ubywanie księżyca, a upływający czas obchodzi się ze mną delikatnie - zauważam leciutkie pogłębienie fałd marionetki, słabszy tonus mięśniowy w pozycjach jogi, osłabienie, być może, jakiejś przyjaźni, narodziny nowej. Podejmuję niekończące się próby zerwania ze złymi nawykami i przyswojenia sobie nowych, zdrowszych. Nie udaje mi się ani jedno, ani drugie, co nie ma większego znaczenia. 

Z tańca w Peeplandzie i Baby Doli wyciągałam tyle, by starczyło na wegetariańskie obiady z patelni, drinki w nocnym barze Max Fish i czynsz we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu w Lower Last Side. W szampanie się nie kąpałam. (...) 

- Ciężko pracujesz, zarabiasz gówniane pieniądze i zrujnujesz kolana - powiedziała Taylor. - Skończyłaś osiemnaście lat? 

- Moje osiemnaste urodziny były tuż, tuż. 

- To dobrze, ponieważ Diane to sprawdza. Nawet nie myśl o tym, że wręczysz jej podróbkę dokumentu jak podchmielonemu ochroniarzowi w klubie. 

Taylor dała mi wizytówkę, błysnął złoty nadruk Crown Club z małą koroną nad literą „o", pod nim widniał numer telefonu. Taylor wyjęła jeszcze pióro i dopisała własny numer.

- Diane prowadzi elitarną agencję towarzyską. Najlepszą w Nowym Jorku. Teraz sprzedajesz się za tanio. Zacznij pracować u niej jak ja, a twoje życie zmieni się w mgnieniu oka. 

Ekskluzywna agencja towarzyska. Zapachniało wielkim światem. Wyobraziłam sobie Diane jako elegancką kobietę w kremowym spodniumie i czółenkach na rozsądnym obcasie oraz z brylantowymi kolczykami w uszach. Przenikliwą i chłodną na zewnątrz, ale w głębi pełną macierzyńskiego ciepła jak Candice Bergen w "Mayflower Madam". To z pewnością osoba, którą będę mogła podziwiać i która mi pomoże. Przestanę być tak morderczo zalatana i znajdę czas na zadbanie o karierę aktorską. Taylor, nowa przyjaciółka, objęła mnie ramieniem. Nie odczuwałyśmy chłodu, gdy przytulone do siebie patrzyłyśmy w bezchmurny bezkres nieba. Słońce już wzeszło, ekipa pakowała sprzęt i ładowała go do vanów. Ci, co byli w domu, wylegli na ganek, czekając na odwiezienie do miasta. Przyjemnie było pofantazjować na temat analogii do "Mayflower Madame", ale wiedziałam, że raczej nie zadzwonię do Diane. Agencja towarzyska to byłby jeden krok za daleko. Wsunęłam jednak wizytówkę do kieszeni, tak na wszelki wypadek.

W Święto Dziękczynienia 1991 roku wyciągnęłam z portfela wizytówkę, którą dała mi Taylor, i wybrałam numer telefonu agencji. Kiedy robimy rzeczy, o jakich nawet nie ośmielaliśmy się myśleć, to często wciągamy się w to krok po kroku. Przekraczamy jedną cienką linię i zbliżamy się do drugiej. Zaczyna się niewinnie. Któregoś dnia dopada nas chandra, załamanie nastroju, przygnębienie albo przeciwnie, ogarnia niezdrowa ciekawość. Wyobraźcie sobie mnie w domu rodziców, gdzie pod naporem wspomnień powoli się duszę, jakby ktoś przyciskał mi do twarzy poduszkę. I do tego mam świadomość, że już jestem na złej drodze i poszłam nią za daleko - jakie znaczenie ma jeden telefon więcej? Spędziłam ten świąteczny weekend z moją rodziną i ówczesnym chłopakiem Seanem. Zastanawiałam się, czy wziąć go ze sobą, czy nie, ale w końcu pragnienie bycia z nim okazało się silniejsze od niechęci do zapraszania kogokolwiek do domu rodziców. 

Zanim spotkałam Seana, żyłam od randki do randki, od zadurzenia do zadurzenia, od chłopaka do chłopaka (a była też jedna czy dwie dziewczyny), ale od nikogo nie oczekiwałam, że będzie ze mną dłużej, i nie roniłam łez, gdy płomień wygasał. Poznałam Seana, gdy miałam siedemnaście lat i od sześciu miesięcy pracowałam jako striptizerka. Nie miałam nigdy stałego chłopaka, nawet w szkole średniej z żadnym nie chodziłam. Sean wpadł któregoś popołudnia do Performing Garage, żeby zobaczyć się ze znajomymi. Szczupły chłopak o sarnich oczach, ciemnych kręconych włosach sięgających ramion i z cudownymi długimi palcami muzyka. Artysta bez grosza, z arystokratycznej rodziny, utalentowany aktor i gitarzysta. Wynajmował do spółki z kimś jakąś norę z dwoma sypialniami na Rivington Street naprzeciwko Streifs Matzo. Ja też mieszkałam z kimś w podobnej norze, tyle że z jedną sypialnią, na Ludlow Street, czyli tuż za rogiem. Pierwszą randkę spędziliśmy u mnie na dachu, jedząc sajgonki i pijąc piwo, a nad naszymi głowami zbierały się ciężkie, ołowiane chmury. Nagły grzmot pioruna poderwał nas na nogi, z parkingu na dole dobiegła symfonia uruchomionych alarmów samochodowych. Grube krople deszczu uderzały w papę na dachu, ale nie uciekaliśmy, mimo że przemokliśmy do suchej nitki.

Pochylił się, ujął moją twarz w obie ręce i zaczął mnie całować - pamiętam te niespieszne, pachnące piwem pocałunki i resztki chińskiego jedzenia pływające koło nas. Było banalnie. Było cudownie. Pamiętam to jako najwspanialszą randkę, jaką miałam, a Seana jako najwspanialszego faceta, jakiego w życiu spotkałam - jak dotąd. Sean nie przywiązywał wagi do tego, że pracuję jako strptizerka. Kilka razy przychodził nawet, żeby mnie zobaczyć. Podobały mu się moje buty i stwierdził, że mój taniec go podnieca. Słuchał też cierpliwie opowieści o moich przygodach, miały coś z klimatu filmów Felliniego, choć nie krył, że skrajności go rażą. Jadaliśmy w El Sombrero lub pizzę w Two Boots, a wieczorami spotykaliśmy się z kumplami z różnych zespołów muzycznych i teatralnych w barze Max Fish. Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jestem zakochana. Na wszelki wypadek trzymałam za nas kciuki, bo nie wykluczałam, że mogę być w błędzie.

Stanęłam przed budynkiem z piaskowca, drzwi otworzyła mi z uśmiechem drobna, krótko ostrzyżona brunetka w dresie i boso.
 
- Diane rozmawia przez telefon w gabinecie. Wejdź, zaczekasz chwilę. Mam na imię Julie. 

Uścisnęłam jej rękę i przedstawiłam się. Uznałam za stosowne podać prawdziwe imię i nazwisko, ale dalibóg nie wiem, co mnie do tego skłoniło. W klubach striptizerskich od momentu przekroczenia drzwi posługiwałam się wyłącznie pseudonimem scenicznym. Być może imię Julie wydawało mi się bardzo prozaiczne, ale nigdy nie wiadomo, co kryje się za profesjonalnym wizerunkiem. Niewykluczone, że Julie wypracowała sobie image dziewczyny z małego miasteczka, a naprawdę miała na imię Jezebel. Poszłam za nią krótkim korytarzem i znalazłam się w pokoju dziennym, w którym siedziała Taylor i jeszcze jakaś dziewczyna na tle monochromatycznego wnętrza utrzymanego w kolorze lodów waniliowych. Ściany, wykładzina, kanapy i meblościanka ledwie różniły się odcieniami.

Julie klapnęła na kanapę obok odchudzonej do rozmiaru zero dziewczyny z długimi, prostymi włosami, która mówiła z lekkim wschodnioeuropejskim akcentem. Modelka przedstawiła się i natychmiast powróciła do oglądania sitcomu The Golden Girls. W pokoju pachniało chińskim jedzeniem, ale żadnych opakowań nie widziałam. Taylor poderwała się z fotela, podbiegła do mnie truchcikiem i powitała uściskami.

- Tak się cieszę, że przyszłaś - powiedziała i odwróciła się w stronę dwóch siedzących na kanapie dziewczyn. - To jest ta babka, którą poznałam podczas kręcenia filmu. 

Nie było żadnej reakcji. Wszystkie trzy miały na sobie dresy, ale zadbane fryzury, pełny makijaż i biżuterię. Wyglądały jak tancerki na lodzie przed wyjściem na lodowisko. Za pokojem dziennym była przestronna jadalnia, którą przerobiono na biuro. Przy stole stały dwa obrotowe fotele. W jednym siedziała kobieta o okrągłej twarzy i różowych policzkach, z włosami wsuniętymi pod opaskę w szkocką kratkę i z kokardą. Jej stanowisko pracy już ozdabiał wypchany bożonarodzeniowy renifer. Zerknęła na Taylor i na mnie i dała sygnał ręką, że mamy z pięć minut poczekać. Te pięć minut wykorzystała Taylor, rozpoczynając moją inicjację. Pociągnęła mnie do kąta i zapytała konspiracyjnym szeptem:
 
- Gdzie masz ubranie?

Miałam na sobie krótką wydekoltowaną sukienkę z zielonego gniecionego aksamitu, ze stylowymi mini rękawkami - najszykowniejszy ciuch z mojej szafy - do tego siatkowe rajstopy i szpilki na pięciocentymetrowym obcasie, kupione kilka lat temu przez rodziców; wkładałam je, gdy szliśmy do synagogi. To były jedyne buty na obcasie w moim posiadaniu, które nie miały platformy przynajmniej tak grubej jak Wielki Słownik Oksfordzki. Całości dopełniał przerzucony przez ramię czarny płaszczyk.

- Ubranie mam na sobie - odpowiedziałam.

- Naprawdę? To wszystko, co masz? 

Taylor zaprowadziła mnie do szafy i wyciągnęła trzy starannie wyprasowane kostiumy, spódniczki umiarkowanie krótkie, żakiety dopasowane. Domyśliłam się, że to strój biznesowy tancerek na lodzie.

- Nie chcesz chyba wyglądać jak prostytutka, kiedy wchodzisz do hotelowego lobby. Obowiązuje kostium lub sukienka, seksowne, ale konserwatywne, siedmiocentymetrowy obcas, rajstopy, ekskluzywna bielizna. 

Nie posiadałam nic z tych rzeczy.

- Mimo wszystko nie wyglądasz tragicznie - powiedziała. - Widywałam gorsze okazy.

W tym momencie Diane skończyła rozmowę i przywołała mnie skinieniem głowy. Wystarczył jej jeden rzut oka na mnie za cały wywiad. Obcesowa i szorstka, bez ceregieli wyceniła mnie jak towar, jakim miałam zresztą zostać. Po kilku wstępnych pytaniach apodyktycznym tonem zaczęła dyktować moją charakterystykę dziewczynie w opasce na głowie, nadmieniając, że ta ma na imię Ellie. Ellie wpisywała uwagi Diane na kartę osobową.

- Włosy: kasztanowe. Oczy: orzechowe. Wymiary: dziewięćdziesiąt, sześćdziesiąt... hm, sto. Dla amatorów dużego zadka. Osiemnaście lat, apetyczna studentka szkoły teatralnej z twarzą... Winony Ryder. Co będziesz robić?

- Nie rozumiem.

- Zabawa w pielęgniarkę?
 
- Hm, tak. 

Po każdej odpowiedzi Ellie zakreślała na formularzu właściwy kwadrat.
 
- W dominatrix?
 
- Tak.

- Dziewczyna na dziewczynie?
 
- Tak.
 
- Służąca?
 
- Chyba nie będę musiała sprzątać?

Zwróciła się do Ellie: 

- To znaczy „tak".

- Taniec na kolanach klienta?
 
Nim zdążyłam odpowiedzieć, Diane podyktowała Ellie:
 
- Zrobi wszystko.

Ellie kiwnęła głową i zakreśliła ostatni kwadrat. Czy był tam kwadrat "wszystko"?
Lekki niepokój zalągł się i trzepotał gdzieś pod moją czaszką. Zalała mnie fala wątpliwości.

- Masz ze sobą jakiś dowód tożsamości i paszport?
 
Wiedziałam, że mam przyjść z dwoma dokumentami potwierdzającymi tożsamość, podałam je Diane. Diane zrobiła mi wykład na temat stroju, co już uczyniła Taylor. Obiecałam, że nabiorę klasy, jak tylko będzie mnie na to stać. Tymczasem zostałam wprzęgnięta do pracy w trybie natychmiastowym. Taylor poinformowała mnie, że jestem szczęściarą, bo dostałam wezwanie już pierwszej nocy. Zapewniała mnie, że dobrze wypadnę, choćby z uwagi na wiek. Byłam najmłodszą dziewczyną w agencji i na moją korzyść przemawiała jak zawsze niewinna buzia. Tej pierwszej nocy zostałam skierowana do apartamentu gwiazdora popularnego radia. Zanim wyszłam na pierwszą "randkę", Taylor zabrała mnie do sypialni, posadziła na łóżku i udzieliła paru wskazówek.

- Cała sztuka polega na tym, żeby jak najwięcej dostać, dając jak najmniej, kapujesz? Z jednej godziny robisz dwie, potem trzy i zostawiasz faceta w przekonaniu, że zrobienie loda było lepsze niż stosunek. Niektóre noce są beznadziejne - mówiła. - Snujemy się tutaj, a żadnych wezwań nie ma, za to kiedy indziej przeżywamy ośmiogodzinną inwazję limuzyn z nawalonymi koką przyjezdnymi biznesmenami o sflaczałych kutasach. Więc się wyrównuje. Zawsze, ale to zawsze używaj kondomu. Nałóż go ustami, a facet nawet nie zauważy.
 
Wybrałam dla siebie imię Elizabeth, ponieważ mogło uchodzić za prawdziwe, ale także dlatego, że obok Janice i Eduardo, i jeszcze innych nadawałam je wyimaginowanym postaciom, w które się wcielałam w dzieciństwie.

Wysiadłam z taksówki, mój oddech w chłodzie nocy zmaterializował się w mgiełkę. Z rękami w kieszeniach przeszłam obok portiera, który uprzejmie skinął głową. Pojechałam windą na przedostatnie piętro i zapukałam do drzwi. Prezenter radiowy otworzył je natychmiast. Rozpoznałam tę twarz, bo widywałam ją w wagonach metra na plakatach reklamujących jego program. Trzymał w ręku opróżnioną do połowy szklankę z drinkiem, satynowy szlafrok miał rozchylony pod luźnym paskiem, tak że widziałam jedwabne bokserki.
 
- Jesteś Elizabeth? Mogę ci zrobić drinka, kochanie?
 
Skwapliwie przyjęłam ofertę, całkowicie lekceważąc radę Taylor, by zachować pełną trzeźwość. Chętnie pokazałabym klasę i kontrolowałabym sytuację, ale nad tym musiałam jeszcze popracować. Kiedy weszłam za facetem do apartamentu, zdjął ze mnie płaszcz i rzucił go na oparcie fotela, wskazując mi gestem kanapę. Usiadłam, a on zajął się dopełnianiem swojej szklanki wódką z tonikiem i przygotowywaniem takiegoż drinka dla mnie. Wnętrze było klasyczną garsonierą z elegancką strefą wypoczynkową, wyposażoną w system pięciu wysokich głośników, i z panoramicznym widokiem na miasto. Jeszcze odwrócony do mnie tyłem, gospodarz zasypał mnie pytaniami. Spytał, ile mam lat, i wypytywał, co robię, kiedy nie robię "tego". Powiedziałam, że jestem osiemnastoletnią studentką szkoły teatralnej przy Uniwersytecie Nowojorskim.

- Masz więcej niż osiemnaście, kochanie. Ja się nie mylę. Moja praca polega na rozszyfrowywaniu ludzi. - Oczy błysnęły mu zadowoleniem z siebie, usiadł obok mnie, podał mi drinka, położył rękę na moim udzie. - Nie musisz mi kłamać. No więc ile masz lat? 

Wydawał się tak zachwycony swoim darem intuicji, że postanowiłam nie polemizować.
 
- No dobrze. Skończyłam dwadzieścia. W przyszłym roku zrobię dyplom. 

W trakcie dalszej rozmowy przyszło mi do głowy, że zaczynam być dobra w tej sztuce. Odkrywałam w sobie nowy talent. Ćwicząc się w rzemiośle aktorskim, dążyłam do wewnętrznej autentyczności, obnażania się aż do bólu. Tutaj uciekałam się do czystych sztuczek, czegoś dokładnie odwrotnego, ale wykorzystywałam te same umiejętności słuchania i improwizacji. Mój gwiazdor wydawał się zachwycony tym, że jestem studentką szkoły teatralnej, a faktycznie przestałam nią być sześć miesięcy wcześniej.
 
- Ja poszedłem do szkoły dramatycznej przy Yale - powiedział. - Rozważ taką możliwość.
 
- Dobra sugestia. Rozważę ją.
 
- Lubisz Sama Sheparda?
 
- Uwielbiam Sama Sheparda.
 
- Przyjaźnię się z nim. Mógłbym ci załatwić przesłuchanie u niego.

Zaproponował obejrzenie galerii w holu z ekspozycją czarno-białych zdjęć, które upamiętniały go, znacznie młodszego, na scenach off-Broadwayu. Wszystkie wisiały trochę krzywo, jakby ktoś walnął w ścianę z taką siłą, że aż ją poruszył. Być może on sam, potknąwszy się w drodze z sypialni do baru. Chwycił mnie za rękę i poprowadził dalej.

- Mam tu coś naprawdę cool. Chciałbym ci pokazać.
 
Oby to nie była butelka chloroformu ani zestaw narzędzi chirurgicznych, pomyślałam. Już miałam poprosić o kolejnego drinka, ale nie dał mi szansy. Teatralnym gestem otworzył drzwi jednej z szaf i wciągnął mnie do środka. Do garderoby, w której od podłogi do sufitu stały rzędami na półkach najróżniejsze modele butów kowbojskich.
 
- Łoł. Naprawdę cool.
 
- Słynę z tego, że noszę buty kowbojskie - rzekł. - To mój znak firmowy. Zechcesz się rozebrać?

Sięgnęłam do suwaka z tyłu, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz, jaki się czuje, będąc przyłapanym na robieniu czegoś bardzo złego.
 
- Nie, nie tutaj - rzekł, wskazując sypialnię. 

Miała szare ściany i szarą supełkową wykładzinę. Jedynym meblem było łoże w odcieniach purpury, odbijające się w lustrzanych drzwiach szaf. Siadł na brzegu łóżka i przyglądał się, jak zdejmuję sukienkę i pończochy, składam je i odrzucam w kąt. Siatkowe pończochy wycisnęły czerwonawy wzór plastra miodu na moich udach. Włożyłam z powrotem buty i poprawiłam stringi, których nie zamierzałam zdejmować, jak długo się da. Gdy stanęłam przed nim sztywno, popatrzył na mnie przez krótką chwilę bez żadnej wyraźnej reakcji i zaczął grzebać w szufladce szafki nocnej. Moje ręce wydawały mi się za długie i nie wiedziałam, co z nimi zrobić. Wymyśliłam, że oprę je na biodrach, a nogi lekko skrzyżowałam jak kandydatka na miss piękności. Wyglądało to trochę teatralnie, ale nie miałam lepszego pomysłu. 

- Masz ochotę na rush? - spytał. 

Znalazł to, czego szukał. Trzymał w ręku małą buteleczkę poppers.

- Nie mam, ale ty robisz, co chcesz.
 
Gospodarz wyślizgnął się z jedwabiów i rzeczowym tonem poprosił mnie, żebym uklękła na łóżku twarzą do luster i opierając się na rękach, wypięła tyłek. Do tego momentu raz tylko położył dłoń na moim udzie i kilka razy wziął mnie za rękę, tak że coraz oczywistsze się stawało, że ma awersję do kontaktu dotykowego. Zupełnie inaczej zachowywali się faceci w klubie striptizerskim, którzy chcieli chociaż przez chwilę potrzymać moją dłoń, jakby byli na randce. Czasami zapraszali mnie do kina. Ten gość był inny. Przyklęknął za mną na łóżku, okrakiem nad moimi nogami, nawet mnie nie musnął.
 
- Podnieś dupę bardziej w górę, żebym ją dobrze widział. 

Zrobiłam, o co prosił, ale nie przypatrywał się mojej cipce, w ogóle nie budziłam jego ciekawości. Patrzył na siebie w lustrze i... walił konia.
 
- Obliż usta, proszę. Przyciśnij jeden cycek do drugiego - wydawał polecenia, cały czas patrząc sobie samemu w oczy.
 
Kiedy już dochodził, chwycił buteleczkę z szafki nocnej, zaciągnął się głęboko oparami i zwalił się na bok z wywróconymi białkami oczu. Musiałam się tylko lekko przesunąć, żeby sperma trysnęła na materac, a nie na moje plecy. Wyplątałam się z jego nóg i wyjęłam mu z ręki niebezpiecznie przechyloną buteleczkę. Odstawiłam ją na szafkę, żeby trujący płyn się nie rozlał. Facet bardzo szybko odzyskał przytomność i z uśmiechem wycierał ślinę z brody.
 
- Było pięknie. Fantastycznie.

Odprowadzając mnie do drzwi, dał mi nawet spory napiwek, chcąc wspomóc studentkę. Minęłam portiera i wyszłam w wirujące tumany śniegu, niezwykle jak na tę porę wczesnego, który poruszył coś w moim sercu.






Miesiąc później Taylor i ja wchodziłyśmy do lobby w Ritzu - jak zawsze pewne siebie, eleganckie, nieprzystępne. Dokładnie jednakowego wzrostu: metr siedemdziesiąt pięć plus ośmiocentymetrowe obcasy. Taylor w jasnobrązowym kostiumie z dopasowanym króciutkim żakietem, pod spodem seksowna haleczka, na szyi nieodłączna obroża z pereł, którą dostała od swojej babki na dwunaste urodziny. Jej znakiem firmowym był bardzo dyskretny makijaż i falująca burza ognistorudych włosów. Ja byłam jej fotograficznym negatywem w czarnym długim żakiecie z ledwie zaznaczoną talią, kasztanowymi włosami do ramion i karminową szminką na ustach. Jaskrawa szminka sygnalizująca, że będzie seks bez całowania. Tak, historia Pretty Woman jest w tym aspekcie prawdziwa. Seks bez całowania odpowiada rzeczywistości, reszta w tym filmie to obrażające intelekt pieprzone bzdury.

Opanowałam do perfekcji sztukę unikania kontaktu wzrokowego z kimkolwiek w drodze od wejścia do wind. Nie chciałam dać się zbić z tropu wymownym spojrzeniom, jakimi nas obrzucano, tej kąśliwej dezaprobacie przechodzącej w pełen satysfakcji uśmieszek mądrali z elity, że oto w ekskluzywnym hotelu natknęli się na prostytutki. Taylor namówiła mnie na porzucenie tańca w podłych klubach na rzecz łatwiejszych pieniędzy i życia w luksusie. W ciągu miesiąca poznałam prawie wszystkie pięciogwiazdkowe hotele w Nowym Jorku, w żadnym nie pozostając przez całą noc. Wchodząc tamtego dnia do Ritza, czułam się niespokojna i wyczerpana. Poprzedni wieczór spędziłam w St. Regis z podstarzałym włoskim handlarzem obrazami, który raczył się wolnozasadową kokainą tak namiętnie, że wreszcie w kącikach ust zebrała mu się żółta ślina i gdy mówił, ściekała strużkami po brodzie. Palił, zamieniając się w impotenta, więc zdecydował się na film porno i wsadzanie we mnie suchych, niespokojnych paluchów, co w moim odczuciu ciągnęło się chyba przez dziesięć godzin, choć faktycznie trwało dwie. 

Rzeczywiście zarabiałam dużo więcej niż przedtem, ale nie wszystko było tak łatwe, jak chciała mi wmówić Taylor. Okazało się, że pracuje czasem na własną rękę, poza wiedzą agencji. Zdarzało się nawet, że podejmowała duże ryzyko, podkradając klientów Crown Club. Diane się nie bałam, ale ona nie była na najwyższym szczeblu w hierarchii władzy. Nigdy nie widziałyśmy ani nie słyszałyśmy tej niewidzialnej ręki, która zarządzała ekskluzywną stajnią prostytutek w naszej dzielnicy, lecz dla bezpieczeństwa należało założyć, że na samej górze są ludzie, których lepiej nie okradać. Taylor miała jednak lwie serce i niezależnego ducha, w jakimś sensie była socjopatką. Ja łaknęłam jej towarzystwa, przyjaźni i aprobaty. Wyimaginowałam sobie, że jestem do niej podobna. Niestety równie odważna byłam tylko we własnym wyobrażeniu.

Gdy szłyśmy tamtego dnia na interview, Taylor nie bardzo wiedziała, o jaką pracę chodzi. Powiedziała mi tylko, że jakiś impresario z Los Angeles załatwił jej spotkanie z kobietą, która poszukuje w Nowym Jorku dziewcząt do towarzystwa dla bogatego biznesmena z Singapuru. Gaże miały rzekomo sięgać dziesiątków tysięcy dolarów.

- A jeżeli sprzedadzą nas do jakiegoś azjatyckiego burdelu? - spytałam w windzie.

- Na wszystko patrzysz w czarnych kolorach.
 
Drzwi do apartamentu otworzył nam mężczyzna w garniturze. Nie potrafiłam odgadnąć jego narodowości. Pers czy inny Azjata? Taylor wyciągnęła rękę, na co nie zareagował. Wrócił w głąb pokoju i usiadł koło swojego towarzysza, obydwaj przez resztę popołudnia pozostali milczącymi obserwatorami. Inne dziewczyny już były, przyszłyśmy ostatnie. Wstała, po czym podeszła do nas kobieta, która przedstawiła się jako Arabelle Lyon. Pracując jako call girl, starałam się nie mieć żadnych oczekiwań, niczego z góry nie zakładałam, jednak Ari była prawdziwym zaskoczeniem. Uścisnęła nam ręce i obdarowała mnie szerokim mlecznobiałym uśmiechem. Makijażu prawie nie miała, a jej włosy były w naturalnym kolorze słonecznego blondu - jak u pięcioletniej dziewczynki, która zwykle wyrasta potem na myszatą brunetkę. Rozejrzałam się po pokoju. Siedem dziewcząt, jeżeli dobrze policzyłam, siedziało na sofach, z czego dwie uznałam za kompletne nieporozumienie, dwie za ostrą konkurencję, zaś jedna, która przedstawiła się jako Destiny, to była anomalia.
 
- Jesse? - upewniła się Ari.

- Nie, Destiny. Tak widnieje na mojej licencji.
 
Odjazdowej fryzury z przedłużanych włosów mógłby jej pozazdrościć sam Jon Bon Jovi, a zielone szkła kontaktowe upodabniały ją do jakiejś postaci z Ludzi-kotów. Kilkucentymetrowe pazury wymalowała w jaskrawe neonowe paski odpowiadające wzorowi na rękawiczkach bez palców. Jak to się miało mieć do klasycznego kostiumu? Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Fascynowała mnie. 

Ari siedziała naprzeciwko nas na krześle z prostym oparciem. Wyglądała jak wychowawczyni przedszkolna, która za chwilę zacznie czytać dzieciom bajkę. Na wstępie wyjaśniła nam, że pracuje dla biznesmena z Singapuru, który co wieczór bawi się z przyjaciółmi na organizowanych przez siebie przyjęciach. Poszukuje amerykańskich dziewcząt, które zechciałyby przez dwa tygodnie uczestniczyć w tych imprezach, wynagrodzi je podarunkiem przy wyjeździe, a będzie to gotówka rzędu dwudziestu tysięcy dolarów. Zapewniła, że bezpieczeństwo i traktowanie z należytym szacunkiem mamy zagwarantowane, ba, będą nam we wszystkim dogadzać.

- Czy w ogóle odbywałyście podróże zagraniczne?
 
- Byłam w Londynie i na Ibizie - bajerowała Taylor - a wiosną planuję podróż na Bali.
 
- Nie - odparło Nieporozumienie Numer Jeden.
 
- Kiedyś wybrałam się na Hawaje - padło z ust blondynki. 

Pomyślałam, że lepiej nie wspominać o rodzinnej wyprawie do Izraela. Powiedziałam, że byłam na Kajmanach i oszczędzam na podróż do Paryża. Zgodnie z prawdą.

- Czy Bronx się liczy? - spytała Destiny. 

- Coś mi się widzi, że szkoda mojego czasu.

- Kocham podróże - powiedziałam. - Uwielbiam poznawać inne kultury i jestem osobą towarzyską. Sprawdzę się w tej pracy.

Miałam wrażenie, że ubiegam się o pracę wolontariusza w Korpusie Pokoju, póki nie zaczęła się druga część castingu i nie przeszłyśmy do sąsiedniego pokoju na zdjęcia. Łóżko było tam odsunięte na bok, a jego miejsce zajął zestaw oświetleniowy. Ustawiłyśmy się rządkiem pod ścianą i czekałyśmy na swoją kolejkę do pozowania. Pełen werwy fotograf zrobił każdej z nas zdjęcia w bieliźnie i każdej wręczył wizytówkę, na wypadek gdyby któraś potrzebowała kiedykolwiek fotografii portretowej.

Cała impreza wydawała mi się wątpliwa i szybko o niej zapomniałam. Zdarzył się po prostu jeszcze jeden wieczór w jakimś hotelowym pokoju i w bieliźnie. Niecały tydzień później zadzwoniła jednak do mnie Ari z informacją, że selekcję przeszłam ja i Destiny. Destiny w rękawiczkach bez palców. Nie Taylor. Bałam się jej powiedzieć, że zostałam wybrana, a ona nie. Znałam ją dobrze i wiedziałam, że nasze relacje zależą od utrzymania nierównego układu sił między nami, a myśl o utracie jej przyjaźni przerażała mnie. Ona jedyna spośród moich przyjaciółek wiedziała, co robię w nocy dla zarobku i mimo to mnie lubiła. Kochałam Seana. Ceniłam sobie przyjaciół z kręgu teatru, którzy daleko ją przerastali pod względem wyrobienia artystycznego i intelektualnego. Byli jednak po drugiej stronie niewidzialnej przesłony, bariery odgradzającej mnie od większości świata, od każdej osoby nietrudniącej się striptizem i prostytucją. Taylor bez wątpienia znajdowała się po mojej stronie muru i nie chciałam zostać tu sama. 

W toku rozmowy Ari wyjaśniła, że nie pracuje dla biznesmena z Singapuru, tylko dla sułtańskiej rodziny z Brunei. Wchodziły także w grę większe pieniądze, niż wcześniej zapowiadała, ale tego bliżej nie sprecyzowała. Przyjęcia, w których miałabym uczestniczyć, będą wydawane przez młodszego brata samego sułtana, księcia Jefriego, a ja znajdę się na liście jego prywatnych gości. Odpowiedziałam pytaniem: 

- Książę ... jakiego kraju? 

Ari poprosiła o przesłanie paszportu FedExem, gdyż musi błyskawicznie załatwić mi wizę. Fantazje na temat tańca z siedmioma welonami w pałacu pod kopułą walczyły o lepsze z lękiem, że zostanę sprzedana i będę zmuszana do plugawego seksu na gołym materacu. Czy mogę wierzyć tej kobiecie? Intuicja podpowiadała mi, że tak. Ta historia była zbyt niesłychana jak na oszustwo. Skąd jednak miałam mieć pewność? Pod wpływem irracjonalnego impulsu zdecydowałam się przyjąć ofertę, licząc na to, iż ewentualnie wycofam się w ostatnim momencie. Trzęsąc się z emocji, że podejmuję tak karkołomny krok bez aprobaty Taylor, poszłam do punktu pocztowego na Houston Street, zakleiłam kopertę z paszportem i nadałam do Los Angeles. 

Jeszcze nic nie mówiłam Penny. Zamierzałam powiedzieć jej o Brunei podczas jazdy metrem, lecz z jakiegoś powodu nie zdobyłam się na to. Nie mogłam. Gdy wracałyśmy metrem do domu, gapiłam się w czarne okno, za którym nic nie było, za to patrzyło na mnie odbicie mojej twarzy. Siedziałyśmy przez pół drogi w niekrępującym milczeniu, jak zżyte ze sobą osoby, aż wreszcie odwróciłam się do niej i poinformowałam o pracy w Brunei, mówiąc tyle, ile sama wiedziałam. Wstrzymała oddech.
 
- Chyba żartujesz?
 
Chociaż przekonałam ją, że nie żartuję, nie próbowała mnie zniechęcić, bo na to za dobrze mnie znała. Po chwili zastanowienia zaczęła obmyślać plany ratunkowe. Penny była dziewczyną czynu.

- Ile mamy czasu? Muszę mieć kopię twojego prawa jazdy, karty kredytowej i paszportu. Musimy wymyślić jakieś sekretne hasło, którym się posłużysz - nie mogąc inaczej skontaktować się ze mną - jako sygnałem, że jesteś w niebezpieczeństwie. Co jeszcze możemy zrobić? - Po sekundzie miała kolejny pomysł. - Pójdziemy do salonu ezoterycznego.

Penny miała takie miejsce, gdzie chodziła na oczyszczanie energetyczne, czytanie z kart i palenie rytualnych świec. Ja ani wierzyłam w talizmany, ale są takie sytuacje, kiedy chwytam się wszystkiego.

- Po co?

- Po ochronę.

Zgodziłam się, chociaż zdawałam sobie sprawę, że jeżeli ta eskapada miałaby się okazać groźna, to łupina kokosu czy świeca na pewno mnie nie uratują. Zatrzymałyśmy się jednak w drodze do domu, żeby zakupić świecę. Był na niej wizerunek Michała Archanioła w zbrojnym pancerzu, z gęstwą lśniących włosów zamiast kasku i stopą przygniatającą głowę szatana. Wolałam Marię, ale sprzedawczyni usilnie namawiała na Michała. Miałam wątpliwości, czy mężczyzna, nawet anioł, zechce w tym przypadku interweniować. Mimo to zapaliłam świecę. Później tego popołudnia zatroszczyłam się jednak dodatkowo o własne bezpieczeństwo i z plecakiem przewieszonym przez ramię wybrałam się do centrum. Pomyślałam, że spróbuję uzbroić się także w informację. Minęłam sprzedawców kadzidełek i kamienne lwy strzegące kolumnowego wejścia do nowojorskiej biblioteki publicznej. Nie miałam z kim porozmawiać, nie było żadnego sposobu, żeby sprawdzić wiarygodność oferty. Ponieważ był to jeszcze wiek internetowego paleolitu, przed stworzeniem Wikipedii, więc koczowałam w bibliotece przez całe popołudnie, wyszukując informacje o Brunei i sułtańskiej rodzinie.

Dowiedziałam się, że malezyjskie Brunei jest sułtanatem muzułmańskim położonym na północnym wybrzeżu Borneo. Pełną niepodległość kraj odzyskał w 1984 roku, ale w dalszym ciągu łączą go z królową angielską silne więzy dyplomatyczne. W tamtym czasie sułtan Brunei był, dzięki ropie i zagranicznym inwestycjom, najbogatszym człowiekiem na planecie, chociaż później zdystansował go Bill Gates. Obecnie plasuje się na czwartym miejscu między Paulem Allenem z Microsoftu i Fahdem, królem Arabii Saudyjskiej. Dane statystyczne spisałam do notesu. Brunei zajmuje obszar około pięciu tysięcy siedmiuset siedemdziesięciu kilometrów kwadratowych, czyli nieco mniej niż stan Delaware. Kraj, zwany złośliwie państwem Shell-dobrobytu, zamieszkuje 374 577 obywateli i każdy ma dostęp do bezpłatnej edukacji i leczenia na koszt sułtana. Sułtan ma trzech braci: Mohammeda, Sufriego i Jefriego, który ma mnie gościć. Mohammed, jak przeczytałam, jest najbardziej religijny z braci, ma tylko jedną żonę i często wypowiada się głośno na temat liberalnych (i libertyńskich) poglądów braci.  

Znalazłam wiele zdjęć samego sułtana i jego dwóch żon, jedno jego brata Mohammeda, ale nie natrafiłam na żadne zdjęcie Jefriego. Sułtan wyglądał niezwykle dostojnie w monarszych strojach i wojskowych insygniach. Trudno było sobie wyobrazić jakąkolwiek komunikację z kimś takim. Wreszcie na końcu jakiejś pożółkłej książczyny odkryłam niewielkich rozmiarów zdjęcie księcia Jefriego. Był w kasku ochronnym i niebieskim stroju do gry w polo. Stał obok konia, od którego lśniącej sierści bił blask. Jefri wydał mi się niewysoki, ale męski, wysportowany i bardzo przystojny. W jego oczach wychwyciłam coś zimnego, jakby przebłysk perfidii. To i wąsy w stylu Errola Flynna nadawały mu wygląd podejrzanego drania trochę z innej epoki. Zaklęty książę z domieszką łotra. Nagle nabrałam pewności, że mimo wszystko pojadę do Brunei. Tam w bibliotece poczułam psychiczną gotowość pofrunięcia do równoległego uniwersum pałaców i balów, wyobrażając sobie, że moje życie w Nowym Jorku pozostanie nienaruszone, poczeka na mnie.




Tego wieczoru poinformowałam Taylor. Zachowała się tak, jak można się było po niej spodziewać: zażądała procentu od moich zarobków. Ja też zareagowałam tak, jak można się było po mnie spodziewać: zgodziłam się na to...


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...