WYŚWIETLENIA

07 grudnia 2025

PAMIĘTNIKI Z RAJU

"SIELSKIE" I "ANIELSKIE" 
ŻYCIE W EDENIE


Lubię wracać do dawno czytanych klasyków literatury światowej. Obecnie co prawda czynię to już coraz rzadziej, gdyż po prostu brakuje mi na wszystko czasu, ale dawniej lubiłem to robić. Lubię sobie na przykład od czasu do czasu wrócić do lektury "Białego Kła" - Jacka Londona, czy "Komu bije dzwon" - Ernesta Hemingwaya (mimo że ci pisarze odczuwali jakąś taką niezrozumiałą dla mnie sympatię do marksizmu). W tym temacie jednak pragnę zaprezentować wybrane fragmenty z dzieła jednego z moich ulubionych, amerykańskich pisarzy - Marka Twaina ("Książę i żebrak", "Jankes na dworze króla Artura" czy "Przygody Tomka Sawyera") pt.: "Pamiętniki Adama i Ewy". Jest to ciekawe spektrum psychologiczno-społecznych relacji damsko-męskich, pokazanych w satyrycznej i niezwykle łatwej do przyjęcia formie. Poniżej pragnę zaprezentować wybrane fragmenty z tej książki, które według mnie dobitnie pokazują różnice w mentalności kobiety i mężczyzny, ich codziennych rozterek, przemyśleń i kłopotów z jakimi muszą się zmagać na co dzień główni bohaterowie, którzy pełnią tutaj rolę archetypicznych odpowiedników przedstawicieli własnej płci. Poza tym niektóre fragmenty wydają się niezwykle komiczne. 😘



A OTO KILKA FRAGMENTÓW Z 

"PAMIĘTNIKÓW ADAMA I EWY" 
MARKA TWAINA




PONIEDZIAŁEK

To nowe stworzenie o długich włosach ciągle staje mi na drodze. Czatuje wciąż w pobliżu i podąża moimi śladami. Nie lubię tego, nie przywykłem do towarzystwa. Wolałbym, aby przebywało wśród innych zwierząt. 😂


WTOREK

Obserwowałem wielki wodospad i sądzę, że to najwspanialsza rzecz w tej okolicy. Nowe stworzenie nazywa go wodospadem Niagara, nie mam pojęcia dlaczego. Mówi, że wygląda jak wodospad Niagara. Nie jest to wystarczający powód, raczej tylko kaprys i głupota. Sam nie mam okazji aby czemukolwiek nadać nazwę. Nowe stworzenie wymyśla nazwy dla każdej istoty, która się pojawia, zanim zdołam się sprzeciwić. I zawsze używa tej samej wymówki: że dana rzecz tak właśnie wygląda. Weźmy na przykład dodo. Utrzymuje, że skoro ktoś nań spojrzy, od razu wie, że wygląda jak dodo. Bez wątpienia będzie musiało być tak nazwane. Nuży mnie zawracanie sobie tym głowy. Dodo? Nie wygląda bardziej na dodo niż ja sam.




ŚRODA

Wybudowałem sobie szałas dla ochrony przed deszczem, lecz nie mogłem cieszyć się nim w spokoju. Nowe stworzenie już tam wtargnęło, a gdy próbowałem je wypchnąć, zaczęło wylewać wodę z otworów, którymi patrzy. Ocierało je wierzchem łap, wydając przy tym takie odgłosy jak niektóre zwierzęta, kiedy cierpią. Chciałbym, żeby przestało tyle mówić, bo gada bez przerwy. Brzmi to jak zaczepka lub niesprawiedliwy przytyk w stosunku do tego biednego stworzenia, nie miałem jednak tego na myśli. Nigdy dotąd nie słyszałem ludzkiego głosu, a więc każdy nowy i obcy dźwięk wdzierający się tutaj, w uroczyste milczenie tej sennej samotności, razi moje ucho jak fałszywa nuta. A ten nowy dźwięk rozlega się tak blisko mnie, tuż przy mym ramieniu, tuż przy mym uchu, najpierw z jednej, potem z drugiej strony, ja zaś przyzwyczaiłem się do odgłosów dobiegających z pewnego oddalenia.

 
PIĄTEK

Wymyślanie nazw postępuje nadal beztrosko pomimo mych sprzeciwów. Znalazłem bardzo stosowną nazwę dla tej okolicy, melodyjną i ładną: "Ogród Rajski". Prywatnie, lecz nie oficjalnie, w dalszym ciągu używam tej nazwy. Nowe stworzenie utrzymuje, że te lasy, skały i cały krajobraz w niczym nie przypominają ogrodu, lecz wyglądają jak park, jak nic innego, tylko właśnie park. Nie zasięgając więcej mej rady, na nowo nazwało ogród - "Parkiem Niagara". Wydaje mi się to zbyt samowolne. Pojawiła się tez tabliczka: "Nie deptać trawy". Moje życie nie jest już tak szczęśliwe jak przedtem. 😮‍💨


SOBOTA

Nowe stworzenie zjada tak dużo owoców, że przypuszczalnie wkrótce nam ich zabraknie. Znów "nam" - to słowo tego stworzenia, a przyswoiłem je sobie, odkąd tak często je słyszę. Dziś rano zaległa gęsta mgła. Nie wychodzę podczas mgły, natomiast nowe stworzenie spaceruje przy każdej pogodzie. Wychodzi do ogrodu, sztywno stąpając na obłoconych nogach. Mówi bez przerwy. A dawniej bywało tu tak cicho i przyjemnie. 😙


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem, choć ten dzień staje się coraz bardziej męczący. Zeszłego roku w listopadzie ustanowiono go dniem odpoczynku. Przedtem miałem sześć takich dni w tygodniu. Dziś rano spotkałem nowe stworzenie, gdy próbowało strącić jabłko z drzewa zakazanego.


PONIEDZIAŁEK

Nowe stworzenie twierdzi, że nazywa się Ewa. W porządku. Nic nie mam przeciw temu. Mówi, że tak powinienem na nie wołać, jeśli chcę, aby przyszło. Powiedziałem, że to zbyteczne. Użycie tego wyrażenia podniosło w jej oczach moje znaczenie: istotnie, to mocne i celne słowo, którego można używać. Utrzymuje, że nie jest "Ono", lecz "Ona". Jest to mało prawdopodobne, lecz wszystko mi jedno; nic mnie nie obchodzi, kim jest, byle tylko sobie poszła i przestała tyle mówić. 👏


WTOREK

Zaśmieciła cała okolicę wstrętnymi nazwami i drażniącymi napisami: "Do wiru wodnego", "Do koziej wyspy", "Do jaskini wiatrów". Utrzymuje, że park stałby się przytulnym letniskiem, gdyby panował taki zwyczaj. Letnisko to jeden z jej wymysłów - po prostu słowo bez żadnego znaczenia. Co oznacza "letnisko"? Ale ona ma taką manię wyjaśniania wszystkiego, że lepiej jej nie pytać.


PIĄTEK

Zaczęła błagać mnie, bym nie przepływał tego wodospadu. Cóż to jej szkodzi? Dziwię się, dlaczego przejmuje ją to dreszczem grozy. Zawsze to robiłem - zawsze lubiłem zanurzać się w wodzie odczuwając przy tym podniecenie i chłód. Sadzę, że wodospad po to właśnie istnieje, skoro nie ma z niego innego pożytku, a przecież musiał być na coś stworzony. Jej zaś wydaje się, że wodospad stworzono dla jego malowniczości - jak nosorożca lub mastodonta.

 Nie podobało jej się, gdy przepłynąłem wodospad w beczce. Była również niezadowolona, gdy pływałem w balii. Przepłynąłem Wir Wodny i Katarakty w ubraniu z listka figowego, które całkiem się zniszczyło. Stąd nudne utyskiwania nad moją ekstrawagancją. Czuję się tu za bardzo skrępowany. Potrzebuję zmiany krajobrazu.


SOBOTA

W ubiegły wtorek w nocy uciekłem i wędrowałem przez dwa dni. Zbudowałem sobie nowy szałas w miejscu odosobnionym i w miarę możności zatarłem za sobą ślady, lecz ona wytropiła mnie przy pomocy oswojonego zwierzęcia, które nazywa wilkiem, zbliżyła się, wydając żałosne odgłosy i lejąc wodę z miejsc, którymi patrzy. Musiałem z nią wrócić, lecz mam zamiar zaraz odejść, gdy tylko nadarzy się okazja. Ona zajmuje się rożnymi głupstwami, miedzy innymi próbuje zbadać, dlaczego zwierzęta zwane lwami i tygrysami żywią się trawą i kwiatami, chociaż jej zdaniem rodzaj ich uzębienia wskazuje na to, ze powinny pożerać się nawzajem. Głupstwo, bo gdyby tak miało być, to pozabijałyby się, a to sprowadziłoby, o ile dobrze rozumiem, tak zwaną ,"śmierć", która, jak mi mówiono, nie wtargnęła jeszcze do Parku. Z pewnych względów szkoda, że tak się nie stało. 🐅


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem. 😂


PONIEDZIAŁEK

Ona znów się wspinała na to drzewo. Przepłoszyłem ją stamtąd. Powiedziała, że nikt nie patrzył. Uważa, że to wystarczająco usprawiedliwia wszelkie ryzyko. Użyłem takiego wyrażenia. Słowo "usprawiedliwia" wzbudziło jej podziw - a także zazdrość. Sądzę, ze to trafne słowo.


CZWARTEK

Oznajmiła mi, że powstała z żebra wyjętego z mego boku. Jest to chyba mało prawdopodobne, gdyż nie brakuje mi ani jednego żebra. Bardzo martwi się o sępa i przypuszcza, że trawa mu nie służy. Obawia się, że nie będzie mogła go dłużej hodować, i sądzi, iż powinien żywić się padliną. Sep musi sobie radzić z tym, co dostaje. Nie możemy zmienić całego świata dla wygody sępa. 🦅


SOBOTA

Wczoraj wpadła do jeziora, gdy jak zwykle przeglądała się w jego tafli. Omal się nie udusiła i powiedziała, że było to bardzo nieprzyjemne. Dlatego, żal jej się zrobiło stworzeń żyjących w jeziorze, które nazywa rybami, gdyż w dalszym ciągu nadaje nazwy zwierzętom, choć tego nie potrzebują i nie zbliżają się, gdy na nie woła. Ale ponieważ jest tępa, więc nie ma to dla niej większego znaczenia, zeszłej nocy wydobyła mnóstwo ryb z wody i położyła mi na posłanie, bym je ogrzał. 🤭 Obserwowałem je przez cały dzień i nie zauważyłem, aby były szczęśliwsze niż poprzednio, chyba tylko spokojniejsze. Gdy zapadnie noc, wyrzucę je z domu. Nie będę już spać razem z nimi. Zauważyłem, że są wilgotne i zimne, i bardzo nieprzyjemnie jest tak leżeć pośród nich nago. 😄


NIEDZIELA

Jakoś wytrzymałem. 👍


WTOREK

Ostatnio zajęła się wężem. Inne zwierzęta są zadowolone, gdyż dotąd na nich przeprowadzała swe doświadczenia i zakłócała im spokój. Ja jestem również zadowolony, gdyż wąż mówi i dzięki temu mam chwile wytchnienia. 🐍


PIĄTEK

Oznajmiła mi, że wąż radzi jej, aby spróbowała owocu z tego drzewa, gdyż wówczas posiądzie ogromną, wyjątkową i wspaniałą wiedzę. Powiedziałem jej, że to pociągnie za sobą również przeciwny skutek - sprowadzi śmierć na ziemię. Popełniłem błąd - lepiej było zachować tę uwagę dla siebie, podsunęło jej to myśl, że mogłaby ocalić chorego sępa, a osowiałym lwom i tygrysom dostarczyć świeżego mięsa. Radziłem jej trzymać się z dala od tego drzewa. Odpowiedziała, że wcale nie ma tego zamiaru. Obawiam się, że będą kłopoty. Chciałbym odejść. 🤔


ŚRODA

Miałem urozmaicone przeżycia. Uciekłem tej samej nocy i jechałem konno przez całą noc tak szybko, jak tylko mogłem, miałem nadzieję, że wydobędę się z Parku i ukryję w jakiejś innej okolicy, zanim zaczną się kłopoty, lecz nie udało mi się. Mniej więcej na godzinę przed wschodem słońca, gdy przejeżdżałem przez kwietną równinę, na której pasło się, spało albo igrało tysiące zwierząt, zerwał się nagle - niczym huragan - przerażający zgiełk, i w jednej chwili równinę ogarnął szalony tumult, każde zwierzę zaatakowało swego sąsiada. Domyśliłem się, co to znaczy - Ewa zjadła owoc i śmierć zstąpiła na świat. 🍎

Tygrysy pożarły mego konia, ignorując zupełnie mój zakaz - i zjadłyby nawet mnie samego, gdybym w porę nie uciekł ile sił w nogach. Znalazłem pewne miejsce poza Parkiem, gdzie przez parę dni czułem się bezpiecznie, lecz ona mnie odnalazła. Odnalazła mnie i nazwała to miejsce Tonawanda - tłumacząc mi, że wygląda jak Tonawanda. Tak naprawdę to wcale nie zmartwiłem się, gdy przyszła ponieważ tutaj znajdują się tylko nędzne resztki, a ona przyniosła trochę tamtych jabłek. Musiałem je zjeść, gdyż byłem bardzo głodny. Postąpiłem wbrew swoim zasadom, lecz uważam, że zasady nie mają istotnej mocy, jeżeli jest się głodnym. Przyszła osłonięta gałęźmi i pękami listowia, a gdy spytałem ją, co oznacza to bezsensowne przebranie, drżąc i rumieniąc się zerwała je i rzuciła na ziemię. Nigdy dotąd nie widziałem, aby ktoś tak drżał i rumienił się, więc wydało mi się to niestosowne i głupie. Powiedziała, że wkrótce sam to zrozumiem. Miała rację. Choć byłem bardzo głodny, odłożyłem na pół zjedzone jabłko - chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek widziałem o tak późnej porze roku - i okryłem się odrzuconymi przez nią gałęźmi; po czym przemówiłem do niej z pewną surowością domagając się, by poszła i przyniosła, więcej gałęzi i nie robiła z siebie widowiska. Gdy to uczyniła, przyczołgaliśmy się na miejsce, gdzie odbyła się walka zwierząt, zebraliśmy ich skóry, a ja poprosiłem Ewę, aby uszyła parę ubrań stosownych do publicznych wystąpień. Są niewygodne, to prawda, ale za to stylowe, a to najważniejsze, jeśli chodzi o stroje.

Dochodzę do wniosku, że ona jest całkiem dobrą towarzyszką. Zdaję sobie sprawę, że bez niej czułbym się samotny i przygnębiony, zwłaszcza teraz, gdy straciłem swoją posiadłość. Jeszcze jedno: powiedziała, że zgodnie z rozkazem będziemy odtąd zarabiać na życie. Ona zajmie się pracą, a ja będę nadzorował. 👏


PRAWDA ŻE ZABAWNE?


 

APOLONIUSZ - POGAŃSKI JEZUS - Cz. II

KIM BYŁ NAJBARDZIEJ TAJEMNICZY
"RÓWIEŚNIK" JEZUSA?




Za młodu Apoloniusz był niezwykle przystojnym młodzieńcem, który podobał się wielu dziewczętom z Ajgaj i z innych miast Imperium Rzymskiego, które potem Apoloniusz odwiedzał (co ciekawe, według channelingów {które będę cytował jedynie jako dodatek uzupełniający, aczkolwiek zapewne dosyć ciekawy} Apoloniusz pochodził z galaktyki Andromedy i przed swymi narodzinami w ludzkiej postaci, miał objawić się swojej przyszłej matce oraz poinformować ją że wkrótce powije dziecię. Gdy strwożona kobieta zapytała się owej świetlistej postaci - którą wzięła za boga, kogo urodzi - chłopca czy dziewczynkę, postać odparła: "Urodzisz mnie"). Gdy skończył dwudziesty rok życia (ok. 22 r.), zmarł jego ojciec (matka zmarła trzy lata wcześniej, w roku 19 naszej ery), pozostawiając znaczną fortunę, której Apoloniusz nie przyjął, przekazując ją swemu bratu i reszcie swej rodziny. Nadal też mieszkał w Ajgaj i wiadomo że raczej miał wszystko, co było mu potrzebne do życia, a wszelkie nadwyżki dóbr, które trafiały do jego rąk - po prostu rozdawał innym ludziom. Apoloniusz już jako młody chłopak zaczął nauczać o tym, że nie należy zwracać się w świątyniach do bogów z prośbą o bogactwo, władzę oraz inne dobra tego świata. Uważał też że ludzie popełniają błąd, nieumiejętnie się modląc. Wychodził bowiem z założenia że bogów należy prosić o to, co słuszne i pozytywne i że nie należy zaprzątać sobie głowy wszelkimi innymi drobiazgami tego świata, takimi jak złe myśli, które według niego niszczyły spokój duszy. Co ciekawe, mieszkając w Ajgaj prawie całe dnie spędzał w świątyniach, gdzie niestety bardzo często spokój jego duszy był wystawiany na próbę. 

Raz na przykład, gdy do Ajgaj przybył bogaty Asyryjczyk, a  był to młody człowiek, który jednak cierpiał na puchlinę wodną i przyjechał tu, aby w sławnej świątyni boga Asklepiosa, złożyć ofiarę i pomodlić się o zdrowie. Tak więc we dnie ów bogaty asyryjski młodzieniec składał bogu ofiary, zaś nocami... upijał się do nieprzytomności podczas orgii, na które sprowadzał sobie tabuny miejskich prostytutek. Potem trzeźwiał i gdy łapały go bóle, udawał się do świątyni znów składając bogatą ofiarę w intencji swego uzdrowienia. Niestety - jego ofiary nic nie dawały, ból jak był, tak był - choroba nie ustępowała. Nie wiedząc dlaczego bóg tak go każe i nie przynosi ukojenia, zaczął szukać rady wśród miejscowych (ponieważ był majętny, zawsze otaczał go tłumek "przyjaciół" chętnych przekazać swą radę w zamian za drobną opłatę). Ktoś więc pokierował go do Apoloniusza, który dość często przebywał właśnie w świątyni Asklepiosa. Asyryjczyk podszedł do Apoloniusza i zapytał czy ten jest w stanie pomóc mu w jego chorobie. Apoloniusz zgodził się pomóc, ale od razu zapytał: "Jak bardzo chcesz wyzdrowieć?" Asyryjczyk odparł że bardzo tego pragnie, jednak bóg w ogóle mu w tym nie pomaga, tak jakby radowało go jego nieszczęście. Na te słowa Apoloniusz bardzo się oburzył i krzyknął: "Milcz! Bóg daje zdrowie, ale tylko tym, którzy naprawdę chcą wyzdrowieć. Ty zaś tego nie pragniesz, choć mówisz że jest inaczej. Prowadzisz rozpustny tryb życia, a swe wodniste i osłabione wnętrzności napychasz jeszcze winem i jedzeniem. Zupełnie jakbyś błoto wrzucał do wody". Asyryjczyk zdumiony taką przemową (nikt bowiem nigdy nie potraktował go w taki sposób, każdy raczej starał się mu ulegać, aby tylko wyciągnąć z tego jakąś korzyść dla siebie) zaprzestał dalszych nocnych biesiad i zmienił swój styl życia co wkrótce poskutkowało ustąpieniem trapiącej go choroby.




Innym razem pogrążonemu w swych myślach Apoloniuszowi, złożył nieprzystojną... seksualną propozycję, pewien majętny mieszkaniec Ajgaj (jak już wspominałem, Apoloniusz, odznaczający się za młodu piękną budową twarzy i ciała, cieszył się powodzeniem nie tylko wśród dziewcząt, ale także starszych kobiet i również mężczyzn. Zresztą większość miast, jakie odwiedził w Azji Mniejszej w tym czasie, uważał za do głębi "zniewieściałe"), co również wyprowadziło młodzieńca z równowagi i prawie rzucił się na owego mężczyznę z pięściami. Innym znowu razem, młody Apoloniusz znów przebywając w świątyni Asklepiosa (wydaje się wręcz że spędzał tam tak dużo czasu, iż prawie że mógłby tam mieszkać), ujrzał jak strugami płynie po świątynnej podłodze krew, wylewająca się wręcz ze stosów ofiarnych zwierząt, jakie kolejni ofiarodawcy składali bogu. Nikt (w tym również kapłani boga Asklepiosa) nie przejmował się tym, aby najpierw uprzątnąć ołtarz ofiarny, nim dopuści się do niego kolejnych wiernych z ich ofiarami. Tak więc na ołtarzu leżały najróżniejsze zwierzęta (w tym woły, owce i wieprze) rzucone jeden na drugiego, przy czym broczący po kostki w krwi kapłani, brali poszczególne martwe (lub konające) zwierzęta i na oczach zgromadzonych w świątyni ludzi, obdzierali je ze skóry. Spieszono się, bowiem już czekała kolejka nowych wiernych, którzy prócz zwierząt przeznaczonych na ofiarę, nieśli również najróżniejsze dary dla boga (w tym przedmioty wykonane ze złota, srebra i drogich kamieni), które po zamordowaniu zwierzęcia, kapłani zabierali w intencji ofiary. Ten morderczy proceder bardzo się Apoloniuszowi nie podobał i często przeciwko niemu protestował u kapłanów (potem, już w wieku starczym, będzie on objeżdżał kolejne świątynie i pouczał kapłanów aby nie składali krwawych ofiar ze zwierząt, gdyż jak twierdził bogom takie ofiary nie są potrzebne. Jeśli już naprawdę chcą coś poświęcić na ołtarzach ofiarnych, niech to będą przynajmniej owoce lub warzywa, choć i tego według Apoloniusza nie powinno się składać, gdyż bogowie nie pragną naszych fizycznych darów, a jedynie to, co możemy ofiarować im swym życiem i postępowaniem).




O takim nauczaniu i stosunku Apoloniusza do krwawych ofiar wiadomo chociażby z wizyty, jaką złożył już w latach 70-tych I wieku w Egipcie, a konkretnie w tamtejszej świątyni w Leontopolis. Kapłan bogini Bastet, który niedawno składał ofiary na ołtarzu, nie zdążył zmyć krwi nie tylko z samego ołtarza, ale także ze schodów wiodących do świątyni. Apoloniusz - już wówczas okryty sławą mędrca i cudotwórcy - bardzo oburzył się na ten widok i stwierdził że należy zrezygnować z takich praktyk. Stary egipski kapłan (który mimo wszystko nie chciał być pouczany) zapytał się Apoloniusza: "Skąd ty, cudzoziemcze wiesz że nasza bogini nie pragnie krwi?", na co Apoloniusz odparł: "A skąd ty wiesz że tego pragnie? Powiedziała ci o tym?" Kapłan nic nie odpowiedział, a Apoloniusz dodał, że jeśli ktoś bardzo chce złożyć bogini ofiarę w postaci np. wołu czy owcy, to niech... zrobi ciasto w kształcie tego zwierzęcia i ofiaruje go w świątyni, gdyż jak dodał: "Nie wolno plamić ołtarzy krwią, albowiem ciastko z miodem, kadzidło i hymn pochwalny milsze są bogom od stu zwierząt tłustych, nożem zarżniętych". Mieszkańcy miasta (którzy w orszaku powitalnym odprowadzali Apoloniusza do świątyni bogini Bastet) uznali że to właśnie on, a nie ich kapłan ma w tej sprawie rację - wkrótce też zaprzestano w tej świątyni składania krwawych ofiar, zastępując je darami zrodzonymi z ziemi, lub wypiekami prosto z pieca.

Praktykę swego pięcioletniego milczenia odbył młody Apoloniusz (wkrótce po śmierci swego ojca w roku 22), podróżując po miastach i miasteczkach Cylicji i Pamfilii w Azji Mniejszej (głównie zaś przebywając w Ajgaj). Po zakończeniu tego okresu próby (ok. 27 r.) - o czym opowiedziałem w poprzedniej części, udał się Apoloniusz na Cypr, do tamtejszego miasta Pafos, słynącego z kultu bogini Afrodyty (gdzie też owa bogini miała przyjść na świat, wyłaniając się z morskiej piany). Skąd wiadomo że wizyta w Pafos miała miejsce już po odbyciu pięcioletniej praktyki milczenia? Chociażby stąd, że będąc w tym mieście pragnął on zgłębić kult Afrodyty i miał dopytywać się mieszkańców o najróżniejsze jego mankamenty. Najprawdopodobniej także już w tym okresie (lub w niedługi czas potem) zaczął on gromadzić wokół siebie grupkę uczniów, ale aby uzyskać taki status, należało się nieco wysilić. Apoloniusz nie przyjmował bowiem do swojego grona nikogo, kto... nie przeszedł przynajmniej czteroletniej próby milczenia. Opuszczając Pafos, udał się do Efezu. Tam, przed największą i najpiękniejszą Świątynią Artemidy (zaliczaną do jednego z Siedmiu Cudów starożytnego świata), wygłosił on mowę do mieszkańców, ganiąc ich za oddawanie się lenistwu i dążenie jedynie ku przyjemnościom (a ówczesny Efez mógł zaoferować przybyszowi - a szczególnie majętnemu przybyszowi - bardzo wiele atrakcji). Mówił że ludzie powinni miast lenistwu i uciechom cielesności, oddawać się filozofii i zgłębianiu wiedzy. Czas spędzony w Efezie przeznaczył Apoloniusz głównie na nauki i przemowy, w których tłumaczył że ludzie nawzajem powinni sobie pomagać, a nie niszczyć i czerpać radość z nieszczęścia drugiego (pokazując przykład na ptakach, jak to jeden drugiego zawiadamiał że niedaleko ktoś wysypał ziarna pszenicy, natomiast ludzie, gdy odkryją jakąś korzyść, nie chcą się z nią dzielić a zachować przy sobie). 


ŚWIĄTYNIA ARTEMIDY W EFEZIE 
(Jedno z siedmiu cudów antycznego świata)



Opuszczając Efez, udał się Apoloniusz do Smyrny, a następnie popłynął do Antiochii. Stamtąd zaś przybył do Dafne, a szczególnie do tamtejszej Świątyni Apollina, gdzie ponoć przeraził się na widok barbarzyństwa tam dokonywanego. Ponoć kapłani mieli oddawać się składaniu krwawych ofiar, przy czym zupełnie dowolnie odbywali modły, nie praktykując już starych zasad. Według Filostratosa (autora dzieła o życiu Apoloniusza z Tyany), Apoloniusz miał odnowić stare obyczaje, pokazując kapłanom jak należy modlić się do bogów i przekonując ich (a także wiernych, którzy składali w świątyni ofiary za pomyślność swych przedsięwzięć lub w intencji zdrowia) aby nie składali ofiar ze zwierząt, by ołtarz boga nie nasiąkał ich krwią. Stwierdził: "Sam Pitagoras ofiarował bogu byka, ale upieczonego z ciasta". Opuszczając Dafne, skierował się teraz Apoloniusz na południe, do kraju arabskich Nabatejczyków. Był to już (najprawdopodobniej) 30 r. naszej ery. Skąd takie przypuszczenie, skoro nigdzie nie pada żadna data? Chociażby stąd, że Apoloniusz zwykle w każdym odwiedzanym przez siebie mieście spędzał po kilka (a niekiedy nawet kilkanaście) miesięcy). Jeżeli więc przyjąć że wizyta na Cyprze miała miejsce ok. 27 r. to biorąc pod uwagę kolejne miasta (Efez, Smyrna, Antiochia i Dafne) należy przypuszczać że wizyty tam trwały ok. trzech kolejnych lat (tym bardziej że źródła mówią iż w Antiochii Apoloniusz był jedynie przejazdem, zaś pobyt w Dafne też nie należał do długich, być może trwał kilka-kilkanaście dni). Tak więc ok. 30 roku naszej ery Apoloniusz udaje się na południe od syryjskiego Dafne i kieruje do Arabii (kraju Nabatejczyków).


FILOSTRATOS i JULIA DOMNA



30 rok naszej ery jest rokiem szczególnym, bowiem właśnie wówczas (prawdopodobnie w kwietniu) zostaje skazany na śmierć i umęczony na krzyżu niejaki Jezus z Nazaretu, zwany Chrystusem. Jestem ciekaw (źródła bowiem o tym nie wspominają) czy Apoloniusz miał możliwość spotkać się z Jezusem? Jeżeli bowiem przyjąć że jechał do Arabii z Syrii, to zapewne odwiedził Damaszek, Cezareę judejską (bo tak wiodła główna droga), ale czy przybył do Jerozolimy? Niestety - źródła (głównie zaś Filostrat), milczą na ten temat. Wydaje mi się jednak że musiał ominąć Jerozolimę i pojechać zupełnie inną drogą. W każdym razie u Nabatejczyków miał spędzić "jakiś czas". Wiadome jest także, że w swych podróżach Apoloniusz często omijał duże ośrodki miejskie (no chyba że były one celem jego podróży), za to wybierał mniejsze miasteczka i wsie, gdzie lubił modlić się przed wiejskimi kapliczkami przydrożnych bogów i bogiń. Tam też nauczał ludność jak prawidłowo modlić się do bogów i o co prosić w swych modlitwach. Najprawdopodobniej więc, Jezus Chrystus i Apoloniusz nigdy się nie spotkali (choć... może nie wiemy wszystkiego? 😉). U Nabatejczyków Apoloniusz musiał spędzić z kilkanaście miesięcy (gdyż określenie "jakiś czas" jest co prawda mylące, ale użyte również w sytuacji jego wizyty w Babilonie, gdzie wiemy że spędził tam rok i osiem miesięcy, co sugeruje właśnie taką interpretację owych dwóch słów). A następnie odbył swą sławną, mistyczną podróż na Wschód - do Persji (wówczas Partii) i Indii.


TE OCZY!
(Oczy które mówią wejrzyj w siebie, a zobaczysz że nie jesteś tym za kogo się uważasz. Wejrzyj w siebie, a zobaczysz że jesteś duchową istotą, która jedynie pragnie Miłości, ale nie potrafi jej odnaleźć na tym świecie) 




CDN.
 

06 grudnia 2025

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XVI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XVI




Teraz na północy Sycylii tworzyć się zaczęło drugie przymierze (zwane północnym lub jońskim), a jego centrum stało się miasto-państwo Rhegion (leżące w Italii, nad Cieśniną Mesyńską). Władał tam (jako tyran) arystokrata meseński (wówczas jeszcze miasto to zwało się Zankle) Anaksilas. W 494 r. p.n.e. pomógł on kolonistom z Samos opanować swoje rodzinne miasto - Zankle (leżące po drugiej stronie Cieśniny Mesyńskiej) licząc na wspólny sojusz, ale ponieważ Samijczycy nie byli chętni wchodzić z Anaksilasem w układy, ostatecznie wyprawił się przeciwko nim zbrojnie, zdobył Zankle, przepędził Samijczyków i założył miasto na nowo, teraz już pod nazwą Messana (ok. 488 r. p.n.e.). Teraz Anaksilas kontrolował już całą Cieśninę, a wkrótce potem zawarł układ z Himerą (miastem leżącym daleko na północny-zachód od Messany), dawnej kolonii Zankle (założonej ok. 650 r. p.n.e.). Anaksilas poślubił też córkę tyrana tego miasta - Terillosa. Tak oto narodziło się przymierze północne, którego celem stało się niedopuszczenie do opanowania całej Sycylii przez Gelona i jego teścia Terona.

A tymczasem w 490 r. p.n.e. miało miejsce pewne wydarzenie, które zmieniło równowagę sił na Sycylii. Otóż, w tym czasie mieszkańcy Syrakuz wypędzili z miasta lokalną arystokrację (zwaną gamoroi) która rządziła tymże polis od założenia miasta w 734 r. p.n.e. przez Archiasa z Koryntu (gamoroi to była nazwa potomków Archiasa i tych rodów osadników, którzy wraz z nim zakładali miasto, reszta mieszkańców zwała się po prostu killichiroi). W Syrakuzach wprowadzono demokrację na kształt ateński, a wypędzeni oligarchowie (wraz z rodzinami) znaleźli schronienie w mieście o nazwie Kasmene (leżące na południowy zachód od Syrakuz). Gelon postanowił to wykorzystać, a ponieważ darzył on pogardą ludzi ubogich (i postępował z nimi okrutnie) przeto wystąpił jako obrońca i mąż opatrznościowy wypędzonych syrakuzańskich arystokratów. Zaproponował im że zdobędzie Syrakuzy i pozwoli im na powrót do miasta, pod warunkiem jednak, że uznają go swoim władcą. Arystokraci zgodzili się na taki układ, ale mniej chętne były władze miasta Kasmene - które co prawda obawiały się zbyt ekspansjonistycznej polityki Syrakuz (które przecież w 550 r. p.n.e. zdobyły i zniszczyły swoją własną kolonię - Kamarinę, która sprzeciwiła się władzy swej metropolii. Kamarina została odbudowana dopiero za rządów tyrana Geli - Hippokratesa w 498 r. p.n.e., po jego zwycięstwie nad armią Syrakuz w bitwie nad rzeką Eloros), jednak strach przed Syrakuzami był mniejszy, od strachu przed rosnącą potęgą Geli i przymierza południowego, które realnie zagrażało teraz suwerenności Kasmene. Dlatego też władze miasta odrzuciły propozycję Gelona. Ten jednak wyjątkowo źle przyjmował wszelkie odmowy i ok. 485 r. p.n.e. pomaszerował zbrojnie na owe polis, zdobył je i włączył do swego południowego imperium sycylijskiego. Teraz zaś przyszła kolej na Syrakuzy. Miasto, otoczone z morza i lądu (armia Gelona składała się z 20 000 hoplitów, 2000 jazdy, 2000 łuczników, tyleż samo procarzy i tyle samo lekkozbrojnej piechoty, wyćwiczonej do walki u boku jeźdźców; a poza tym dysponował 200 okrętami wojennymi - trójrzędowcami) broniło się dzielnie przez kilka miesięcy, ostatecznie jednak pozbawione wsparcia musiało się poddać (co prawda tyran miasta Kyme - Aristodemos obiecywał wsparcie - sam w końcu też przejął władzę w wyniku zamachu stanu w 505 r. p.n.e. i wymordował wszystkich dotąd rządzących miastem oligarchów, ale ostatecznie takiej pomocy nie udzielił. Tym bardziej że sam miał już problem z niejakim Tarkwiniuszem Pysznym, wypędzonym dwadzieścia pięć lat wcześniej ostatnim królem Rzymu, któremu udzielił schronienia i który teraz stanowił dla niego znaczne obciążenie - zarówno polityczne jak i wizerunkowe).




Po kapitulacji Syrakuz (pod koniec 485 r. p.n.e.) Gelon przeniósł swój dwór do tego miasta i tam ogłosił się tyranem, czyniąc z Syrakuz swoją stolicę i główną siedzibę (a ponieważ był dość pamiętliwy, przeto nie zapomniał o obietnicy Aristodema z Kyme udzielenia pomocy najechanym Syrakuzańczykom i uruchomił przeciw niemu opozycję, wysyłając swe złoto na wsparcie arystokratów z Kyme, zbiegłych i poukrywanych w kampańskich miastach i wioskach. Dzięki tym pieniądzom stworzył z nich armię, która wkrótce potem (ok. 485/84 r. p.n.e.) zdobyła Kyme, zabijając Aristodemosa i po dwudziestu latach tyranii, ponownie przywracając w mieście rządy oligarchiczne. Władzę zaś w Geli powierzył Gelon swemu bratu - Hieronowi, a sam przeprowadził do Syrakuz wielu mniej zamożnych Gelijczyków (Herodot pisze o "astoi" a nie o "politai" co znaczy że przesiedleni zostali chłopi i tzw. klasa pracująca, natomiast nie możne rody Geli), wszystkich mieszkańców Kamariny (a ich miasto zburzył - osobiście mordując sprzeciwiającego się temu tyrana Kamariny - Glaukosa, którego wcześniej sam tam zainstalował, a który był też bokserem i zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich. Glaukos z Karystos na Eubei swoje pierwsze i jedyne zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich odniósł w 520 r. p.n.e., jeszcze jako młody mężczyzna, wówczas pokonał wszystkich swoich przeciwników ale i sam na tym ucierpiał, będąc mocno poranionym. Poza tym dwa razy zwyciężył na igrzyskach pytyjskich w Delfach, osiem razy na nemejskich w Nemei i osiem na istmijskich na Istmie Korynckim, był bodaj najsławniejszym bokserem swoich czasów, chociaż nie wiadomo dlaczego tylko raz wystąpił na Igrzyskach Olimpijskich), oraz zamożnych obywateli Kasmene (wraz syrakuzańskimi oligarchami), zaś tych niezamożnych po prostu sprzedał w niewolę (jak wcześniej pisałem - Gelon gardził niezamożnymi ludźmi i uważał ich za równych niewolnikom), a uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczył na rozbudowę i utrzymanie swej armii. Dzięki tym przesiedleniom, uczynił Gelon z Syrakuz najludniejsze miasto greckiego świata. Wzniósł też nowe, potężne mury obronne (które przez prawie trzy stulecia uczyniły to miasto nie zdobytym, aż do zajęcia Syrakuz przez Rzymian w 212 r. p.n.e. Syrakuzy wówczas wspomagał swymi wynalazkami jeden z największych konstruktorów starożytności - Archimedes, póki rzymski miecz nie rozłupał mu głowy). Gekon znacznie się też wzbogacił dzięki łupom, sprzedawanym w niewolę najbiedniejszym mieszkańcom podbijanych polis, jak również dzięki nakładanym podatkom. Stał się teraz najpotężniejszym władcą greckiego świata, a Syrakuzy pragnął uczynić stolicą tego świata.




Oczywiście nie zrezygnował też z nowych podbojów i już w 483/482 r. p.n.e. napadł na Megarę Hybleę (miasto założone ok. 720 r. p.n.e. przez doryckich najemników, którzy przybyli na Sycylię w poszukiwaniu nowego zajęcia i lepszego życia). Miasto broniło się kilka miesięcy, ale ponieważ nie miało szans na jakąkolwiek odsiecz, było zdane na klęskę. Ostatecznie (po długich negocjacjach) miasto skapitulowało. Oligarchów - którzy dotąd władali miastem i mobilizowali lud do walki z nim - przesiedlił Gelon do Syrakuz nadając im obywatelstwo, biedotę zaś ponownie sprzedał w niewolę (część została sprzedana poza Sycylię, ale część - zamieniona w niewolników - miała odtąd pracować na roli wokół miasta dla swoich nowych panów z Syrakuz). Następnie (jeszcze w tymże 483 r. p.n.e.) Gelon wyruszył zbrojnie przeciwko miastu Euboa, zdobył je i postąpił dokładnie tak, jak wcześniej z Kasmene i Megarą Hybleą, miasto zaś zburzył doszczętnie tak, iż do dziś trudno jest ustalić dokładnie jego położenie. A tymczasem zięć Gelona - tyran Akragas - Teron również nie próżnował. W tym samym czasie, gdy Gelon podbijał Syrakuzy i inne okoliczne polis, Teron obległ i zdobył Himerę, miasto przymierza północnego, zarządzane przez Terillosa (który stamtąd uciekł do swego zięcia Anaksilasa z Rhegion). Teraz wpływy Terona sięgały Fitnery na północy Sycylii, a Gelona całego pasa południowo-wschodniego osadnictwa dorycko-jońskiego z największym miastem - Syrakuzami na czele. Tak oto przymierze południowe odniosło zwycięstwo, choć wojna nie została jeszcze zakończona i należało spodziewać się wzmożonego oporu, tym bardziej że Terillos pragnął odzyskać Himerę, a Anaksilas również widział się jako przywódca całej greckiej Sycylii (i aby to osiągnąć musiał pokonać Gelona). Jak jednak tego można było dokonać? Odpowiedź nasuwała się sama - zawrzeć sojusz z kartagińskimi emporiami na Zachodzie oraz z samym Kart Hadaszt. W 481 r. p.n.e. Anaksilas i Terillos wyprawili poselstwo do grodu bogini Tanit i tam zostali przyjęci i wysłuchani przez lokalną arystokrację rządzącą Kartaginą (Grecy zwali ich gerontami, Rzymianie senatem, zaś w języku punickim ich instytucja - czyli Rada Starszych - zwała się h'drm, co można tłumaczyć jako hederim - o czym już wspominałem) oraz oczywiście przez samego króla Hamilkara I (trzeciego władcę z rodu Magonidów, panującego od ok. 510 r. p.n.e.). Postanowili oni przyjść Jonom z odsieczą oraz wspomóc ich w walce z Gelonem i Teronem.




Jednocześnie w tym samym czasie (481 r. p.n.e.) do Syrakuz przybyło poselstwo z Grecji właściwej, z prośbą o przysłanie - w imię jedności wszystkich Hellenów - wsparcia polis kontynentalnych, zagrożonych nową inwazją Persów. Ponoć Gelon miał się wówczas żalić, że gdy on dziesięć lat wcześniej prosił miasta Grecji właściwej o pomoc w walce z Kartagińczykami w imię "jedności Greków" i pomszczenia śmierci Dorieusa że Sparty, to wówczas owego wsparcia mu nie udzielono. Zapowiedział też, że przyjdzie z pomocą kontynentalnym polis, jeśli tamci Grecy wybiorą go naczelnym dowódcą anty-perskiej krucjaty, na co ci nie mogli się zgodzić i do sojuszu nie doszło (bez żalu ze strony Gelona, który miał przecież na głowie wojnę z przymierzem północnym i ich sojuszem z Kartagińczykami). Obawiając się jednak zarzutu o "medyzm" (czyli zdradę greckiego świata i sprzyjanie Persom - w mentalności Greków - będących barbarzyńcami), posłał Gelon do Delf swego zaufanego człowieka imieniem Dorieus (noszący to samo imię, co poległy w bitwie z Elymami pod Eryksem w 510 r. p.n.e. brat królów Sparty - Kleomenesa I i Leonidasa) z pokaźną ilością złota dla tamtejszej amfiktionii i cichą prośbą do tamtejszych kapłanów boga Apollina, aby wieszczka tego boga zabroniła Syrakuzańczykom wyprawy na Persów, wróżąc tym niepomyślne znaki. Tak też się stało (złoto najwidoczniej zawsze czyni cuda 😉), a Gelon zyskał czas na przygotowanie się do nieuniknionej konfrontacji ze swymi sycylijskimi wrogami. Kartagińczycy bowiem na wiosnę 480 r. p.n.e. rozpoczęli wyprawę na Sycylię (matką króla Hamilkara I Magonidy była grecka arystokratka z Syrakuz, był on więc po części Hellenem i szybko znalazł wspólny język z Terillosem z Himery, a Anaksilas z Rhegion posłał mu nawet swoje dzieci jako zakładników, aby udowodnić że ma czyste intencje i nie knuje spisku ani nie zawrze z Gelonem i jego teściem separatystycznego pokoju). Niestety, w drodze ku zachodnio-sycylijskim emporiom kartagińską flotę (złożoną z ok. 100 okrętów) dosięgła burza, która mocno nadwyrężyła ich szeregi, zatapiając kilka okrętów i poważnie uszkadzając kolejnych kilkanaście. Gelon dowiedziawszy się o tym, postanowił wykorzystać to propagandowo, rozgłaszając po całej Sycylii że bogowie są niezadowoleni z greckich zdrajców i renegatów spod znaku przymierza północnego i tak jak o mały włos nie unicestwili kartagińskiej armii i floty, tak z pewnością zniszczą ów "nikczemny sojusz" (Gelon celowo głosił takie rzeczy, aby odwrócić uwagę greckiego świata od siebie samego i nieudzielenia wsparcia Hellenom z kontynentu przeciw perskiej inwazji Króla Królów Kserksesa I).




Kartagińczycy, dotarłszy do portu w Panormos, wysadzili na brzeg swoją armię (ok. 30 000 zbrojnych, z czego zapewne jakaś część utonęła w morzu podczas przeprawy). Armia złożona była z rodowitych Kartagińczyków (zapewne ochotników) i jakiejś części libijskich najemników (nie była to więc - jak potem oskarżano króla w Kartaginie - "prywatna wyprawa Hamilkara", ta wojna miała poparcie Rady Starszych i zapewne sporej części kartagińskiego społeczeństwa, choć należała raczej do wypraw awanturniczo-przygodowych i nie była istotna z punktu widzenia żywotnych interesów grodu bogini Tanit). Król Hamilkar do Panormos (punickiego emporium w północno-zachodniej Sycylii) ściągnął posiłki, złożone z Fenicjan, rdzennego plemienia sycylijskich Elymów oraz Greków z miasta Selinunt (leżącego na południu Sycylii, bliżej portów kartagińskich na zachód od Akragas, ale i tak bardziej obawiającego się owego greckiego polis niż kartagińskich emporiów) i na czele tej armii ruszył wzdłuż północnego wybrzeża wyspy ku Himerze (jego plan zakładał zdobycie miasta i zwrócenie go Terillosowi, a następnie połączenie się z armią Anaksilasa pod Messaną i wspólny marsz na Syrakuzy). Gelon najmniejsze poparcie miał wśród marynarzy swej floty (złożonej z Syrakuzańczyków, którzy nie widzieli w Kartagińczykach dla siebie żadnego zagrożenia), dlatego też nie wyprowadzał swej liczniejszej (złożonej z 200 okrętów) floty na morze by zaatakować Kartagińczyków pod Panormos, bo obawiał się zdrady w tych szeregach. Jednak armia była jego oczkiem w głowie (szczególnie wierna mu była konnica, obsadzona przez przedstawicieli wielkich rodów z Syrakuz czy Geli) i całkowicie na niej polegał.

Pod Himerą wojska Terona z Akragas (które okupowały miasto) postanowiły przyjąć bitwę i hoplici wyszli z miasta w pole, ale Kartagińczycy szybko zmusili ich do ucieczki i powrotu do miasta. Dla Hamilkara było jasne, że miasto szybko się nie podda i trzeba je będzie zmusić do kapitulacji oblężeniem, dlatego też kazał założyć obóz pod miastem i wyciągnąć swe okręty na brzeg - otaczając je ochronną palisadą. Gelon tymczasem zdążał już pod Himerę, prowadząc prawie całą swoją armię - 20 000 hoplitów, 2000 jazdy i 6000 lekkozbrojnych piechurów. Greccy (a potem macedońscy) hoplici przez długie wieki od mniej więcej połowy VI wieku p.n.e. uważani byli za najdoskonalszych żołnierzy swoich czasów, a ich uzbrojenie za idealne i godne prawdziwego wojownika. Owi "mężowie spiżowi" zakuci w hartowany metal ze swoją włócznią, tarczą i mieczem (oraz nagolennikami i często nałokietnikami) byli tożsami ze średniowiecznymi rycerzami i przez długi czas (do połowy II wieku p.n.e.) stanowili najdoskonalszą siłę militarną Antyku (potem ich miejsce zajęli rzymscy legioniści - zdobywając przewodzenie mniej więcej od bitwy pod Kynoskefalaj z 197 r. p.n.e., Magnezją z 190 r. p.n.e. a ostatecznie od bitwy pod Pydną z 168 r. p.n.e. gdzie już definitywnie rzymski legion okazał się lepszy od grecko-macedońskiej falangi). Gelon zjawił się pod Himerą i założył własny obóz po wschodniej stronie miasta.


REPUBLIKAŃSKI LEGION OBYWATELSKI Z II WIEKU P.N.E. 
OSTATECZNIE ROZBIJA ZAWODOWĄ MACEDOŃSKĄ FALANGĘ 
W BITWIE POD PYDNĄ 
(168 r. p.n.e.)



Do bitwy doszło w pogodny, letni dzień o wschodzie słońca. Armie wyszły w pole i stanęły naprzeciw siebie, ale o ile Grekami osobiście dowodził Gelon, o tyle król Hamilkar wyznaczył do bitwy swoich oficerów, a sam pozostał w obozie, rozpalając wielki stos i składając w ofierze Melkartowi (punickiemu Herkulesowi) kilkadziesiąt sztuk bydła (potem za ów czyn był Hamilkar przez greckich historyków wyszydzany, gdyż w ich wyobrażeniu wódz powinien zagrzewać swoich żołnierzy do walki, a ofiary składać przed bitwą, a nie w jej trakcie. Ci, którzy tak pisali - np. Eforos czy Diodor z Halikarnasu - zupełnie nie rozumieli punickiej mentalności i religijności, która znacznie różniła się od greckiej. Król dla Kartagińczyków co prawda był wodzem naczelnym, ale przede wszystkim był kapłanem i do jego obowiązku należało zapewnić przychylność bóstw dla wojska i całej kampanii właśnie w trakcie bitwy. W punickiej religijności bardzo ważnym aspektem była obrzędowość i ofiarność - w rozumieniu składania ofiar, a nie łożenia na biednych i potrzebujących. Kohanim - czyli puniccy kapłani, byli służebnikami swych strasznych bogów i nie mogli zapomnieć czy pominąć żadnej ofiary, przewidzianej dla bogini Tanit, boga Baal Hammona, Melkarta, Eszmuna, Reszefa, Szadrapy, Istarty, Jama, Dagona czy wielu pomniejszych bóstw. Czasem, w przypadku wielkiej katastrofy naturalnej czy poważnej klęski militarnej składano też ofiary z ludzi - niekiedy, choć rzadko, również z kapłanów. Niestety, punicka religijność pozbawiona była tego, co u Greków wprowadzone zostało drogą filozofii i literatury a u Rzymian drogą papugowania Greków - czyli elementu bożego miłosierdzia [oczywiście zarówno u Greków jak i u Rzymian było ono bardzo prymitywne, dlatego potem chrześcijaństwo tak łatwo zdobyło poklask wśród ciemiężonych warstw rzymskiego społeczeństwa, gdyż dawało ludziom nadzieję na zbawienie i lepsze życie po śmierci. W "Quo Vadis" Sienkiewicza, Marek Winicjusz zapytuje się chrześcijan: "Grecja dała światu piękno, Rzym siłę, a co wy przynosicie?" i odpowiedział mu św. Piotr: "My przynosimy Miłość"]. Kartagina pozbawiona była nawet tego ułomnego, "filozoficznego" pojęcia bożego miłosierdzia (o kartagińskiej i punickiej religijności oraz wierze w życie pozagrobowe mógłbym nieco więcej napisać, ale nie czas teraz na to w tym temacie. Warto może nadmienić tylko, że tuż po śmierci Dariusza Wielkiego w październiku 486 r. p.n.e. i objęciem władzy przez jego syna - Kserksesa, ale jeszcze przed perską inwazją na Grecję z 480 r. p.n.e. do Kartaginy przybyło poselstwo od Króla Królów. Przywieźli oni skargę i jednocześnie żądanie od swego władcy, aby Kartagińczycy zaprzestali "składać ofiary z ludzi i zjadać psie mięso". Nie wiadomo czy to poselstwo było powodem, ale rzeczywiście od V wieku p.n.e. w Kartaginie coraz rzadziej składano ofiary z ludzi, coraz częściej zaczęto palić zwłoki niż grzebać w ziemi oraz ponoć zaprzestano spożywania psiego mięsa).




Bitwa pod Himerą trwała cały dzień. Kartagińczycy starali się przełamać linie greckiej falangi, ale wszędzie napotykali pancerną ścianę z wyciągniętych ku nim włóczni i tarcz. Król Hamilkar przez cały dzień - aż do zapadnięcia zmroku - wrzucał w ogień kolejne zarżnięte ofiary z cieląt, kóz i owiec aby Melkart (mający również cechy solarne) dopomógł jego wojom w zwycięstwie. Niestety, bóg pozostał głuchy na owe prośby i krwawe ofiary. Gdy więc słońce poczęło zachodzić a mrok nadchodzącej nocy zaczął otaczać pole bitwy, Hamilkar już wiedział że bitwa jest przegrana (choć kartagińskie szeregi jeszcze nie zostały rozbite). Kartagińczycy bowiem toczyli bitwy zawsze w dzień, przy słonecznym blasku, bowiem zapadająca noc przynosiła triumf nadchodzącego chaosu (a wówczas żadne ofiary nie miały już znaczenia). Puniccy wojownicy również tak myśleli i gdy tylko słońce zaszło za horyzont, oni... rzucili się do ucieczki. Wówczas dopiero doszło do rzezi, gdyż najwięcej Punitów padło właśnie podczas ich panicznej ucieczki z pola bitwy (co jest naturalnym zjawiskiem, zawsze najwięcej poległych jest w trakcie ucieczki a nie w trakcie samej bitwy). Widząc że jego armia się rozpadła, król Hamilkar nad ofiarnym stosem popełnił rytualne samobójstwo, rzucając się w płonący stos. Na placu boju polegli prawie wszyscy kartagińscy wojownicy (tylko garstce udało się uciec i schronić w zachodnich punickich emporiach), Grecy spalili też całą kartagińską flotę. Była to jedna z największych klęsk militarnych grodu bogini Tanit w historii, Grecy zaś odnieśli pełne zwycięstwo a przymierze południowe ostatecznie zatriumfowało na Sycylii. Rada Starszych (Hederim) całą winę za klęskę zrzuciła na zmarłego władcę, zarzucając mu przy tym, że bez jej zgody podjął się tej wyprawy (wypędzono też z miasta jego syna - Giskona, który osiadł w greckim Selinuncie). Władza królewska została też znacznie osłabiona (prawdopodobnie w ogóle zaprzestano używania słowa król czyli "milk", a władców z rodu Magonidów zaczęto nazywać sędzią ["szofet" l.m. "szofetim" czyli sufet). W 396 r. p.n.e. ponownie dokonano reformy i podzielono urząd króla i sufeta - ten drugi przejął wszystkie urzędowe i religijne uprawnienia władcy, królowi pozostało "tylko" dowodzenie wojskiem na polu bitwy i funkcje ceremonialne, zaś po 308 r. p.n.e. w ogóle zniesiono monarchię, pozostawiając w to miejsce dwóch (zaś po klęsce Kartaginy w wojnie z Rzymem w 201 r. p.n.e. wprowadzono aż czterech) wybieranych co roku sufetów. Tak oto monarchia w Kart Hadaszt przestała istnieć.




Ale nim to nastąpiło, królowie wciąż jeszcze byli wybierani (zawsze z rodu Magonidów). Wina, jaką Hederim chcieli obarczyć Hamilkara, nie mogła jednak przekroczyć pewnych granic, bowiem król ten postąpił honorowo - popełniając rytualne samobójstwo i rzucając się w ogień (podobnie jak przed wiekami uczyniła to założycielka Kartaginy - Dodona). Poza tym lud uważał go za bohatera (a niektórzy wręcz za boga) i zaczęto stawiać mu pomniki w wielu kartagińskich emporiach na Sycylii, a nawet na Sardynii i w samej Kartaginie. Bitwa pod Himerą była jednak dla Kartagińczyków poważnym ciosem nie tylko militarnym i gospodarczym (o czym zaraz powiem), ale również mentalnym i metafizycznym. Oto bowiem okazało się, że pomimo tylu złożonych ofiar, Melkart nie usłuchał modlitw Hamilkara i nie dopomógł Kartagińczykom odnieść zwycięstwa. To było dla nich dojmujące i niewytłumaczalne przeżycie, które nieco zmieniło ich zapatrywania religijne. Oto bowiem dotychczasowi potężni bogowie: Baal Hammon i Melkart ustąpili miejsca bogini Tanit (która już wcześniej była czczona, ale zawsze znajdowała się na boku owych dwóch głównych bogów). To pomogło nieco złagodzić psychiczną traumę odwrócenia się bogów od mieszkańców Kart Hadaszt, a Kartaginę odtąd zwano "grodem bogini Tanit". Była to więc - jak się zdaje - wielka, zbiorowa terapia psychologiczna mieszkańców tego miasta, terapia uzdrawiająca bo nic tak nie dołuje człowieka, jak świadomość że bogowie (lub Bóg) się od niego odwrócili. Po klęsce pod Himerą nastąpiła też dość poważna (ale krótkotrwała) stagnacja gospodarcza, o czym świadczą uboższe nagrobki wystawiane w Kartaginie po 480 r. p.n.e. I choć zasada ta utrzymała się dość długo (praktycznie do końca istnienia tego miasta), to twierdzenie iż panował tam odtąd permanentny kryzys nie wytrzymuje krytyki, tym bardziej, że dość majętne nagrobki wciąż były wystawiane w kartagińskich emporiach na Sycylii, Sardynii, Korsyce, Balearach czy nawet w Małej Syrcie. Jedynie stan taki utrzymał się w Kartaginie, więc jeśli nawet pojawił się kryzys gospodarczy, to był on krótkotrwały, ale jednocześnie doprowadził do stałego ograniczenia zbytku cmentarnego Kartagińczyków (być może wydane zostało prawo, które obowiązywało w samym mieście i jego okolicy, że należy ograniczyć wystawność pogrzebów oraz wkładanie do grobu cennych przedmiotów. To tylko moja hipoteza, ale wydaje mi się ona jak najbardziej logiczna).


KART HADASZT
(MIASTO BOGINI TANIT)



Co się zaś tyczy Gelona, to odniósł on pod Himerą swoje najwspanialsze zwycięstwo, jednak nie zamierzał (wbrew radom swego teścia) kontynuować tej wojny i gdy tylko przybyli doń posłowie z Kartaginy z zamiarem podpisania pokoju, szybko na to przystał (dalsza wojna wzmacniałaby raczej Terona, a szczególnie opanowanie kartagińskich emporiów na zachodzie). Kartagina zapłaciła kontrybucję w wysokości 2000 talentów (czyli ponad 50 ton srebra) i ofiarowali złoty wieniec dla Damarete (małżonki Gelona) która oficjalnie występowała w imieniu Kartaginy jako łagodząca konflikt. Jednak posiadłości Kartaginy na Sycylii nie zostały uszczuplone (tym bardziej że tamte fenickie emporia wciąż jeszcze były mocno niezależne od Kartaginy). Anaksilaos z Rhegion pogodził się z Gelonem, zaś Terillos z Himery zginął w dziwnych i do końca niewyjaśnionych okolicznościach. W Selinuncie zawarto sojusz z Akragas i Syrakuzami. Gelon stał się odtąd bardzo sławny w greckim świecie, wystawił też na własny koszt trzy nowe świątynie (w Himerze, Akragas i Syrakuzach), ale wciąż było mu mało, tym bardziej po zwycięstwie Greków kontynentalnych w bitwach z Persami pod Salaminą (480 r. p.n.e.) i Platejami (479 r. p.n.e.). Wciąż mu się wydawało, że w Grecji nazywają go "medystą" (sojusznikiem Persów) co go bardzo irytowało. Zaczął więc rozgłaszać (a ponieważ jego skarbiec był pełen złota i srebra, znalazł do tego wielu chętnych poetów, pisarzy i mówców) po całej Helladzie, że nie mógł przyjść z odsieczą, ponieważ walczył na Sycylii z takim samym zagrożeniem, z jakim zmagali się Grecy z kontynentu. Mało tego, to właśnie od niego wyszła plotka (potem powtarzana przez kilku greckich pisarzy, jak choćby wspomniani wcześniej: Eforos i Diodor z Halikarnasu, choć już Herodot o tym nie wspomina) że Kartagina była w ścisłym sojuszu z Persami i wspólnie pragnęli oni zgnieść Hellenów od Wschodu i Zachodu. Ta plotka miała zamknąć usta tym wszystkim, którzy oskarżali Gelona o "medyzm", ale realnie była bzdurą. Kartagińczykom wcale nie zależało na zwycięstwie Persów nad Grecją, bo wtedy powstałaby tam perska satrapia, a kolejnym etapem perskiej zachłanności stałaby się zapewne Sycylia - a tam przecież były fenickie emporia sprzymierzone z Kartaginą. Jaki sukces odniosłaby więc Kartagina w takiej sytuacji, musząc zmierzyć się z wielonarodową potęgą Króla Królów (który już stawiał Kartagińczykom warunki we wspomnianym wyżej poselstwie). Co prawda być może Persowie chcieliby zawrzeć taki anty-grecki sojusz, ale Kartagińczycy nie wyrazili na niego zgody i nawet jeden okręt z Kart Hadaszt nie popłynął na Wschód na pomoc Persom w bitwie z Grekami (głównie Ateńczykami) pod Salaminą. Miasto bogini Tanit nie życzyło sobie perskiej obecności w pobliżu własnych portów i perskich interesów, które kolidowałyby z ich własnymi. Dlatego też pogląd że doszło do zawarcia persko-kartagińskiego sojuszu jest zwykłą propagandową... lipą.


POD TERMOPILAMI
(480 r. p.n.e.)



Ale Gelon miał ten kompleks, czego przejawem było ufundowanie przez niego w Świątyni Apolla w Delfach złotego trójnoga i posągu bogini Nike z napisem: "Poświęcił Apollonowi Gelon, syn Dejnomedesa, Syrakuzanin, wykonał zaś trójnóg i posąg Nike Bion, syn Diodora, Milezyjczyk". Podobny trójnóg i posąg wystawili w tej świątyni po bitwie pod Platejami Ateńczycy i Spartanie. Gelon zmarł wkrótce potem (jeszcze w 478 r. p.n.e.) u szczytu swej sławy, pozostawiając władzę nad stworzonym przez siebie sycylijskim imperium, swemu bratu - Hieronowi, który kontynuował ekspansywną politykę brata. 


WYROCZNIA APOLLINA W DELFACH



 CDN.

04 grudnia 2025

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. I

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA




"Matka (...) Przyjechała po nas trzy, cztery dni po powieszeniu ojca. Był chłodny, słoneczny dzień, druga połowa października 1946 roku, a ona była ubrana w kwiecistą wiosenną sukienkę. Zabrała nas na spacer. Szedłem obok niej po prawej stronie, a Michael i Gitti po drugiej. Powiedziała wesołym głosem, że tata nie żyje, jest w niebie i jest bardzo szczęśliwy. "Spójrzcie! Ja mam się dobrze. Jestem w wiosennej sukience". Moje rodzeństwo zaczęło strasznie płakać, a ja nie. "Popatrzcie na Niklasa. On też nie płacze" - powiedziała do Michaela i Gitti, ale jednocześnie bardzo mocno ścisnęła mi rękę, pytając dlaczego nie płaczę. A ja wiedziałem, podobnie jak moi bracia i siostry, że nasz ojciec musi spodziewać się wyroku śmierci"


Taką rodzinną historię ze swego życia przedstawił Niklas Frank, najmłodszy syn generalnego gubernatora okupowanych ziem polskich - Hansa Franka, który został skazany na karę śmierci i powieszony w Norymberdze - 16 października 1946 r. Miał wówczas 46 lat. Ostatnie miesiące jakie spędził w więzieniu sprawiły, że stał się bardzo religijny. Codziennie się modlił, a gdy przyszedł dzień jego egzekucji, jego ostatnie słowa brzmiały: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak traktowano mnie w więzieniu", a gdy kat Armii Stanów Zjednoczonych, krępy Teksańczyk, zacisnął na jego szyi powróz i założył kaptur na jego głowę, to nim nakazał zwolnić zapadnię, Hans Frank zdołał jeszcze rzec: "Chryste, zlituj się" i potem już zamilkł

Niklas Frank był jedynym spośród dzieci nazistowskiego zbrodniarza, który szczerze nienawidził ojca za to co robił, i często zarówno ojca jak i matkę określał różnymi epitetami. Podczas jednego z wywiadów mówił np.: "Mój ojciec sam został powieszony, a jednocześnie jakby powiesił swoją rodzinę. My, cała piątka jego dzieci, bardzo ucierpieliśmy. Nie było nam łatwo żyć. Zaraz po wojnie, w 1945 roku, kiedy został aresztowany, nie było rodziny, w której ktoś nie zginąłby na wojnie. Wszędzie widać było okaleczonych - bez nogi, ręki, oka. Każde dziecko znało kogoś, kto zginął. Ale kiedy jest się rodziną, w której ojciec przeżył, lecz został aresztowany i codziennie rozpisują się o nim gazety, a potem zostaje skazany jako zbrodniarz wojenny i powieszony - to jest to coś zupełnie innego. Dla większości z nas było to trudne. (...) Mój brat Norman powiedział kiedyś: "Wiesz, dlaczego mieliśmy tak wysokie poczucie własnej wartości? Bo wcześniej mieliśmy służbę". Wtedy, gdy ojciec był generalnym gubernatorem okupowanych ziem polskich, żyło nam się znakomicie. Nie byłem świadkiem ani jednego aktu wojny, ani jednego bombardowania czy ucieczki. Byłem księciem Polski i było mi dobrze. Mój brat Michael, o czym dowiedziałem się po jego śmierci, opowiadał swoim dzieciom, jacy to Frankowie byli kiedyś wielcy i jak to w Polsce było wspaniale. Norman i Sigrid nie zachwycali się życiem w Polsce w taki sposób. Oni bardziej cierpieli z powodu śmierci - jak mówili - swojego "niewinnego ojca". O swej matce Brigitte Niklas mówił zaś tak: "Trzeba przyznać, że harowała dla nas i cenię to. Mogła przecież być taką fanatyczką jak żona Goebbelsa i nas zamordować. Później uświadomiłem sobie, że moja matka była jedną z bardzo niewielu, a może jedyną znaną mi osobą, która żyła tylko tu i teraz: bogactwo się skończyło, jest bieda i co z tym teraz zrobię? Dlatego nie pamiętam żadnych jej westchnień za przeszłością (...) W czasach Trzeciej Rzeszy moja matka była bezwzględna. Człowiekiem stała się dopiero wtedy, gdy straciła cały majątek i męża, i kiedy byliśmy naprawdę biedni. Doceniam, że nigdy nie gloryfikowała ani mojego ojca, ani tego wspaniałego czasu, który naprawdę przeżyła, jeśli pominiemy moralność. (...) Ze wszystkich sił starała się utrzymać przy życiu piątkę dzieci i poprowadzić je dalej. Zmarła w wieku zaledwie 63 lat".

Takie i temu podobne relacje i doświadczenia potomków nazistowskich zbrodniarzy, zebrał i umieścił w swej książce "Dzieci Hitlera. Jak żyć z piętnem ojca nazisty" - Gerald Posner. W książce tej jest wiele ciekawych przykładów i bardzo wiele różnych prób wytłumaczenia, zarówno przed swym własnym sumieniem jak i swoim otoczeniem, czynów popełnianych przez ojców, którzy okazywali się być potworami w ludzkiej skórze. Ja jednak w tym temacie chciałbym się skupić tylko i wyłącznie na tym jednym jedynym przykładzie Hansa Franka i tego, jak widziały go jego własne dzieci (szczególnie zaś ów najmłodszy Niklas Frank). Zapraszam zatem do opowieści o wykształconym człowieku, prawniku, osobie kulturalnej która jednak zamieniła się w bydlaka, w mordercę zza biurka i zbrodniarza wojennego. Niklas twierdził, że jego ojciec był katolikiem nim uwierzył w nazizm i Hitlera, następnie porzucił religię, ale wrócił do niej po upadku swego bożka. Niklas dodał że jego ojciec zawsze potrzebował mieć jakiegoś Boga, albo tego w niebiosach, albo boga fuhrera. Oto jego historia:





TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, 
I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN


Hans Frank nie okazywał już zdenerwowania. Były generalny gubernator Polski w czasie procesu norymberskiego wykonywał rozgorączkowane ruchy, ale w noc egzekucji był spokojny. Kiedy strażnicy zjawili się w jego celi, by odprowadzić go na szafot, klęczał, pogrążony w modlitwie. Było kilka minut po pierwszej w nocy, 16 października 1945 roku, kiedy ruszył
z dwoma komandosami i księdzem przez więzienne skrzydło i zaciemniony
korytarz do hali sportowej. Ręce miał skute za plecami. Gdy wchodził na
salę, mocne, jaskrawe światło sprawiło, że zamrugał oczyma, ale jako jedyny
ze skazanych zdobył się na uśmiech.

Jego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na trzech ustawionych
w rzędzie czarnych szubienicach. Alfred Rosenberg i Ernst Kaltenbrunner już
wisieli, ale jeszcze nie umarli. Frank zerknął w stronę kilku stołów, przy
których cisnęli się świadkowie, reporterzy i przedstawiciele alianckich władz.
Wziął haust wilgotnego powietrza przesyconego dymem papierosowym
i aromatem kawy i pośpiesznie pokonał trzynaście schodków. Żołnierz
w randze podpułkownika poprosił go o podanie nazwiska, a potem
poprowadził do środkowej szubienicy. Tam czekali oficjalny kat armii
Stanów Zjednoczonych i dwaj ochotnicy. Zastąpili kajdanki czarnymi
sznurowadłami i spytali Franka, czy chciałby coś powiedzieć. Poszedł za radą
udzieloną mu przez księdza i wypowiedział zdania: "Proszę Boga, by zabrał moją duszę. Oby Pan przyjął mnie litościwie. Jestem wdzięczny za to, jak
traktowano mnie w więzieniu".

Sierżant John Woods, gruby Teksańczyk z czerwoną twarzą, który
w piętnastoletniej karierze powiesił trzystu czterdziestu siedmiu ludzi,
postąpił krok naprzód i umieścił pętlę na szyi Franka. W tym samym czasie
asystent związał kostki skazańca komandoskim paskiem, a na głowę opuszczono mu wielki czarny kaptur. Amerykański pułkownik wykonał
dłonią szybki ruch, jakby coś przecinał, i Woods pociągnął za dźwignię.
Frank krzyknął przez tkaninę: "Jezu, zlituj się!", i w tej samej chwili zniknął,
jakby go piekło wessało.

Hans Frank miał czterdzieści sześć lat, kiedy go stracono. Był gruntownie
wykształconym prokuratorem, człowiekiem dobrze wychowanym
i odznaczającym się wysoką kulturą osobistą, ale to nie uchroniło go przed
popełnieniem zbrodni przeciwko ludzkości. Jego wypowiedzi na temat
eksterminacji Żydów i wykorzenienia polskiego społeczeństwa zaliczają się
do najbrutalniejszych spośród wszystkich zanotowanych w czasie wojny. Jak
ktoś tak wysublimowany mógł skończyć na szafocie, fascynowało
historyków i gnębiło jego rodzinę.




Frank miał pięcioro dzieci. Sigrid, najstarsza z nich, mieszkała w Afryce
Południowej i przyjęła nazwisko męża. Brigitte, trzecia z kolei, zmarła
w 1981 roku w wieku czterdziestu sześciu lat. Była chora na raka, lecz
rodzina podejrzewa, że popełniła samobójstwo. Zawsze powtarzała, że nie
będzie żyła dłużej niż ojciec. Michael, starszy od Brigitte, solidaryzował się
z ojcem, wierząc, że wiele nazistowskich zbrodni zostało wyolbrzymionych.
Z dwoma pozostałymi braćmi długo rozmawiałem o wielu sprawach.

Niklas Frank, najmłodszy z całej piątki, urodził się 9 marca 1939 roku. Choć
to człowiek towarzyski i ciepły, o ojcu wyrażał się jak najsurowiej.
"Nienawidzę go" - mówi. "Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak
bardzo go nienawidzę". W 1987 roku Niklas opublikował książkę o swoim
ojcu. Nosiła tytuł Mój ojciec Hans Frank. W Niemczech spotkała się
z gwałtowną krytyką z powodu jawnego obrzydzenia, jakie Niklas
deklarował wobec ojca. Nazywał go między innymi "słabą, próżną,
pozbawioną charakteru, lichą kreaturą', "tchórzliwą marionetką", "oślizłym
hipokrytą i głupcem" oraz "mordercą". Niklas zastanawia się, czy ojciec był
"ukrywającym swoją orientację homoseksualistą", a także opisuje Hansa
Franka jako "żałosnego lizusa", "półgłówka" i "durnia". Te emocjonalne
wyznania, w połączeniu z szorstkim stylem Niklasa, narobiły sporo szumu.

Autor snuł fantazje o ojcu uprawiającym seks z Hitlerem, streścił
podniecające go sny o egzekucji Hansa Franka i żywo odmalował swoich
rodziców w piekle. Wyszło na to, że nie cierpi matki tak samo mocno jak
ojca, "z tym, że ona nie była równie zniewieściała jak on". Ze wszystkich
dzieci nazistów, z którymi rozmawiałem, jedynie Niklas darzył rodziców
pogardą. Jako jedyny też bez wahania odpowiedział "tak" na pytanie, czy
wydałby ojca, gdyby ten się ukrywał.


HANS I BRIGITTE Z MAŁYM NIKLASEM
(1941)



Najstarszy syn Hansa Franka, Norman, urodził się 3 czerwca 1928 roku i był ulubieńcem ojca. To cichy i refleksyjny człowiek, fizycznie
i emocjonalnie w niczym nie przypominający towarzyskiego Niklasa. Był
niższy od mierzącego sto osiemdziesiąt centymetrów brata. Ten wówczas
szczupły sześćdziesięciodwulatek (Norman zmarł w 2007 roku),
nieco przygarbiony, cierpiący z powodu wrzodów i związanych z nimi
dolegliwości, spędzał większość czasu w zaciemnionym gabinecie w swoim
bawarskim domu, bo był bardzo wrażliwy na światło. Norman bardzo kochał
swojego ojca. W trakcie wywiadu twierdził, że nadal go kocha, choć poczuł
się zdradzony, gdy po zakończeniu wojny dowiedział się, co zrobił.

"Wszystko zmieniło się, kiedy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z Auschwitz
i dotarło do mnie, co się naprawdę wydarzyło" - wspominał. Zdumiewało go,
że ojciec był pełen sprzeczności. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy,
pokazał mi dwa zdjęcia: jedno idylliczne, przedstawiające całą rodzinę,
a drugie ukazujące Hansa Franka w Norymberdze eskortowanego przez
amerykańskiego komandosa w białym hełmie. Te dwie fotografie dowodzą,
z czym zmagał się Norman. Pokazują różnicę pomiędzy kochającym
i poważanym rodzicem a zbrodniarzem wojennym. Norman nie mógł
przestać o tym myśleć.
"Często płacze z powodu ojca" - mówiła jego żona Elizabeth. "On
zrujnował mu życie. Uważa, że przez to, co zrobił Hans Frank, nie ma prawa
do szczęścia". "Myślę o nim każdego dnia" - przyznał Norman. "Ale nie mógłbym napisać książki jak Niklas. Cieszę się, że się tak z tym uporał, ale ja myślę o ojcu inaczej".

Ci niepodobni do siebie bracia zmagali się z tym samym dziedzictwem.
Ich ojciec Hans Frank, drugi z trojga rodzeństwa, urodził się w katolickiej
rodzinie z klasy średniej 23 maja 1900 roku w Karlsruhe. Był synem
prawnika, którego pozbawiono uprawnień adwokackich, "słabeusza i kobieciarza", jak mówił Norman. Niklas dodał, że był to człowiek
podstępny. Matka porzuciła rodzinę, by zamieszkać z niemieckim
profesorem w Pradze, i jako nastolatek Hans Frank kursował między
rodzicami. Z powodu młodego wieku podczas pierwszej wojny światowej był
w wojsku tylko rok i nigdy nie znalazł się na linii frontu. W 1919 roku, już
jako student monachijskiego uniwersytetu, wstąpił do prawicowej Deutsche Arbeiterpartei (Niemieckiej Partii Robotników), a gdy w 1923 roku
przekształciła się ona w partię nazistowską, automatycznie został
szturmowcem. Jego dziennik z tamtego okresu dowodzi, że miał obsesję na
punkcie niemieckości i postrzegał niemiecką naukę, literaturę i muzykę jako
lepsze od wszystkich innych. Był zaciekłym nacjonalistą, pompatycznie
komentującym upadek zachodniej cywilizacji i konieczność zbudowania
silnych Niemiec.

 


W tym czasie Hans Frank poznał też swoją żonę Brigitte, która pracowała
jako stenotypistka w parlamencie Bawarii. Była od niego o pięć lat starsza.
Pobrali się po ośmiu miesiącach znajomości. Niklas postrzegał matkę jako
"podstępną diablicę, która wiedziała, czego chce, i zawsze to dostawała".
Nawet w podróż poślubną zabrała swojego kochanka (Frank nie wiedział
o tym związku), syna hamburskiego potentata armatorskiego. Zachowały się
ich wspólne fotografie z miesiąca miodowego Franków, które zrobił sam
Hans, według Niklasa "pozbawiony charakteru kretyn". Norman nie
podzielał zdania brata na temat ich matki, nie uważał jej za manipulantkę. "Z
upływem czasu kocham matkę coraz bardziej" - twierdził. "Rzeczywiście
wiedziała, czego chce, ale musiała na to zapracować. Była bardzo silną
kobietą, w tym małżeństwie to ona miała bez porównania silniejszą
osobowość. Ojciec się jej bał, a ona jego nie". 

Frank, który w trakcie wojny
stoczył gorzką potyczkę rozwodową, podczas pobytu w Norymberdze napisał
o niej w liście zaadresowanym do matki. Wyznał, że ożenił się z Brigitte wyłącznie pod wpływem "erotycznego upojenia" i że od tamtej pory nieustannie tkwił w "mentalnej niewoli". List wysłano omyłkowo do Brigitte. Niklas pamiętał, że była wściekła i "chciała rozebrać mury Norymbergi, cegła po cegle, żeby się tam dostać". Ojciec Sixtus O’Connor, katolicki
kapelan więzienny, powiedział później Niklasowi: "Nawet w celi dalej
obawiał się twojej matki". Ale w końcówce lat 20. XX wieku problemy małżeńskie jeszcze się nie ujawniły. 

Franka pochłaniała kariera zawodowa. W 1927 roku, kilkanaście miesięcy po zdaniu egzaminu w niemieckiej adwokaturze, zobaczył w nazistowskiej gazecie ogłoszenie. Poszukiwano prawnika do obrony członków partii. Przyjął sprawę i uzyskał dla oskarżonych łagodne wyroki.
Zagwarantowało mu to więcej pracy w charakterze prawnika nazistów,
"odrażającego krzykacza", jak to ujął Niklas. Hans Frank bronił setek
nazistów, głównie w sprawach dotyczących pobicia komunistycznych rywali. Raz wezwał Hitlera na świadka. Przyszły Führer był pod wrażeniem
retorycznych zdolności prawnika, choć jego zdaniem miał on trochę za
wysoki głos. Hitler zatrudnił go jako osobistego adwokata i Frank
reprezentował nazistowskiego przywódcę podczas ponad stu pięćdziesięciu
procesów.

Jemu też powierzono zadanie delikatnej natury. Miał obalić szerzone przez przeciwników plotki, jakoby Hitler miał żydowskich przodków. "Mój ojciec do samego końca był głupio dumny z tych
prawniczych osiągnięć" - mówił Niklas. Za lojalną służbę nagradzano Franka szybkimi awansami. W 1939 roku był już Reichsleiterem (naczelnikiem) partii nazistowskiej. W ciągu trzech lat
po tym, jak Hitler został kanclerzem, Frank otrzymał całe mnóstwo ważnych
stanowisk. Został między innymi przewodniczącym Akademii Prawa
Niemieckiego (którą założył) oraz Międzynarodowej Izby Prawnej,
mianowano go też ministrem sprawiedliwości w Bawarii. 

W 1925 roku Frank wszedł w związek małżeński, a dwa lata później urodziło się jego pierwsze dziecko, Sigrid. Norman, który przyszedł na świat rok później, sięgał pamięcią do roku 1932, gdy miał cztery lata, a partia nazistów zyskała
przewagę w niemieckim parlamencie. "Moje najwcześniejsze wspomnienie
dotyczące rodziny jest takie, że miałem tylko matkę" - opowiada. "Ojciec był
zawsze zajęty. Później dowiedziałem się, że był to czas wielu politycznych
starć. Należeliśmy zdecydowanie do wyższej klasy średniej, nasz dom był
bardzo duży, z wielkimi, ładnie urządzonymi pokojami. Zarówno moja
siostra, jak i ja mieliśmy nianie, ale nie pamiętam żadnej z nich, tylko matkę".

Norman poszedł do szkoły w Monachium w 1934 roku, w wieku sześciu
lat. Ten rok okazał się nadzwyczaj ważny dla jego ojca. W czerwcu Hitler
postanowił dokonać czystki wśród przywódców Oddziałów Szturmowych
NSDAP (SA), organizacji zrzeszającej dwa i pół miliona członków. Kazał aresztować Ernsta Röhma, swojego długoletniego przyjaciela i poplecznika, a także setki innych oficjeli. Hitler przyleciał z Bonn do
Monachium 30 czerwca, by osobiście nadzorować zatrzymanie Röhma.
Wszyscy aresztowani przywódcy zostali zabrani do monachijskiego
więzienia Stadelheim podlegającego jurysdykcji Franka. Sześcioletni
wówczas Norman zapamiętał ten dzień tak: "W "noc długich noży" siedziałem z ojcem w prowadzonym przez szofera
mercedesie, na drodze niedaleko Monachium. Hitler podszedł do auta,
wsunął głowę przez okno i coś do niego powiedział".

Sprawa osiągnęła punkt krytyczny, kiedy dwa dni później Hitler wysłał
do więzienia Stadelheim oddziały SS, żeby przeprowadziły egzekucję
niektórych przywódców SA, mimo że nie postawiono im żadnych zarzutów.
Przejęty Frank zadzwonił do Hitlera, a następnie do Hessa. Jako minister
sprawiedliwości i zarządzający więzieniem zaprotestował przeciwko
wykonywaniu takich wyroków bez procesu. Hitler nie chciał go słuchać.
Podniesionym głosem wyjaśniał, dlaczego więźniowie przebywają
w Stadelheim: "nie znalazłem innego odpowiedniego miejsca, w którym
mógłbym ich umieścić. Są jedynie twoimi gośćmi. Ja i Rzesza mamy nad
nimi pełną władzę, nie Bawaria”. Frank się wycofał i przekazał dziewiętnastu
mężczyzn katom z SS. Röhma zamordowano w jego celi następnego dnia.

To, co Norman zobaczył w samochodzie dwa dni wcześniej, to był początek
morderczej działalności ojca.
"To był moment, w którym ojciec się sprzedał" - powiedział. "Moment
całkowitej deprawacji, kiedy padł na kolana przed Hitlerem. Od tamtej chwili
wszystko kręciło się wokół pieniędzy i władzy, a on nie był już prawnikiem.
Wiem, że żałował tej decyzji. Wiem tak, jak tylko syn może to wiedzieć. Mój
ojciec cierpiał, ponieważ był za słaby. Nie umiał się sprzeciwić Hitlerowi".
Niklas całkowicie zgadza się w tej sprawie z bratem, ale jest oczywiście
surowszy w ocenie. "Kompletnie zignorował prawo, choć - co jest tym
bardziej hańbiące - doskonale je znał. Od tamtej pory był jednym z nich,
miał krew w gardle, na rękach, w duszy i na sumieniu".


HANS FRANK JAKO WIELKORZĄDCA POLSKI



Choć Frank przystał na czystkę w SA, jego początkowe wahanie
rozczarowało Hitlera. W styczniu następnego roku Führer mianował go
ministrem Rzeszy, ale bez teki. Było to prestiżowe stanowisko, choć
praktycznie niezwiązane z rządzeniem. Tym niemniej wymagało
przeprowadzki do Berlina. Norman, wówczas siedmioletni, ma wyraźne
wspomnienia z kolejnych czterech lat spędzonych w stolicy. "Ojciec wciąż piął się w górę. Wiedziałem, że jest ważny. Musiałem wiedzieć. Mieliśmy
trzy duże limuzyny z szoferami, adiutantów i tym podobne udogodnienia.
Nawet z rejestracji samochodów wynikało, że ojciec jest kimś szczególnym.
Mieliśmy też bardzo dużą willę z wielkim ogrodem, ale obok nas nikt nie
mieszkał. Musiałem się bawić z szoferami. Podczas przerw uczyli mnie boksować i palić papierosy. Grałem też w tenisa, sam ze sobą, odbijając piłeczkę od ściany. Ojciec był stale w rozjazdach, a matkę pamiętam albo w ciąży, albo podczas pobytów w szpitalu. A nawet gdy przebywała w domu, miała mnóstwo obowiązków jako żona ministra. Jej także nie widywałem
zbyt często. Nie miałem żadnych kolegów ze szkoły, bo nasza willa znajdowała się na uboczu i nikt mnie nigdy nie odwiedzał. Trzymałem ze
starszą siostrą, ale ona była bardziej towarzyska ode mnie, miała wielu
przyjaciół i często wychodziła. W Berlinie było bardzo miło, bardzo
spokojnie, ale też czułem się bardzo samotnie".

Norman uciekał w książki. Jego ojciec również był zapalonym
czytelnikiem, lubił dzieła historyczne, filozoficzne i beletrystykę. "W tamtym
czasie najważniejszymi książkami, jakie przeczytałem, były Przygody Tomka
Sawyera i Przygody Hucka Finna, wydane w jednym tomie" - wspomina
Norman. "Od tej pory byłem stracony dla Trzeciej Rzeszy. Myślami
uciekałem do Jima, nad rzekę Missisipi. To było dla mnie zupełnie
wyjątkowe doświadczenie, miało na mnie ogromny wpływ. Ten świat tak
bardzo różnił się od tego, który znałem. Indianie, po prostu wszystko.
Wydawało mi się to dziwne, ale wspaniałe. Przeczytałem tę książkę w wieku dziewięciu lat i wciąż doskonale ją pamiętam. Miałem rozwiniętą wyobraźnię i bardzo wyraźnie widziałem wszystkie sceny. Wolałbym być tam niż
w Berlinie". Norman uważał świat stworzony przez Marka Twaina za cudowny i nie zdawał sobie sprawy, że jego własne dzieciństwo również było dość niezwykłe.

Ze względu na swoją pozycję rodzice często przyjmowali ważnych nazistów. Norman poznał Goebbelsa w Ministerstwie Propagandy
i Oświecenia Publicznego, a Göringa podczas monachijskiego karnawału.
Himmlera też spotkał w Monachium. Mussolini, bliski przyjaciel ojca,
odwiedził ich berliński dom. "Mussolini to jedyny znajomy ojca, którego nie
polubiłem. Wszyscy inni byli dla mnie bardzo mili. Göring zawsze robił na
mnie wrażenie bardzo błyskotliwego, bardzo inteligentnego. Ale nie
znosiłem tych spotkań. Nienawidziłem ich. Zazwyczaj byłem zażenowany,
bo rozlewałem gorącą czekoladę albo robiłem coś w tym rodzaju. Nauczono
mnie, żebym siedział cicho, zachowywał się poprawnie, prezentował
nienaganne maniery, ale zawsze się bałem, że zrobię coś nie tak. Podczas
tych wieczorów, gdy zjawiało się sześćdziesięcioro lub więcej gości,
musiałem stać razem z rodziną w rzędzie i ze wszystkimi się witać. To było
okropne. Często chciałem uciec do kuchni i przebywać z obsługą. Byłem
bardzo zamkniętą osobą w bardzo otwartym domu".

Po latach Norman ciągle czuł zawstydzenie, gdy przypominał sobie, jak
wybrano go, by wręczył Mussoliniemu bukiet kwiatów na dworcu. Setki
partyjnych dygnitarzy wyczekiwały Il Duce, a on był przerażony, że popełni
jakiś błąd, którym zhańbi zarówno siebie, jak i ojca. "Powiedziałem matce,
że wolałbym zjeść zgniłe brzoskwinie niż wręczać kwiatki Mussoliniemu" -
wspominał. Pozwoliła mu zrezygnować z tego wątpliwego zaszczytu.
W tych krótkich chwilach, gdy widywał rodziców, Norman zdołał
wyrobić sobie zdanie na ich temat. Pamiętał, że oboje byli wybuchowi, ale
potrafili się kontrolować i rzadko się przy nim kłócili. Uczucia i religia nie
zajmowały w domu ważnego miejsca. 

"Mój ojciec był bardzo inteligentny,
bardzo dowcipny, lepiej wykształcony niż matka, ale ona okazała się od
niego sprytniejsza w codziennym życiu i znała się na ludziach" - mówił.
"Bardzo się od siebie różnili. On był prawnikiem, pianistą, pisarzem, koneserem sztuk pięknych. Każdego dnia grał klasyczne utwory na
fortepianie lub organach. Potrafił zagrać wszystko po jednokrotnym
wysłuchaniu". "Ojciec nie bujał w obłokach. Był bardzo praktyczny, pamiętam, że na początku rozprawiał o polityce nawet przy kolacji. Był nierozważny i mówił o rzeczach, których nie powinien zdradzać. Zawsze czułem, że nie jest przekonany o zwycięstwie Niemiec. Sądzę, że od początku miał wątpliwości. Zrobił, co musiał, co do niego należało, ale nie sądzę, by wierzył
w ostateczną wygraną". Norman jest jedynym członkiem rodziny, który odniósł wrażenie, że ojciec od początku miał chwile zawahania. Berlińscy koledzy Hansa Franka twierdzą, że podchodził do swojej pracy gorliwie i był oddanym
zwolennikiem narodowego socjalizmu, a Hitlerowi okazywał niewolnicze
przywiązanie.


HANS FRANK NA WAWELU W KRAKOWIE 



"POLSKIE DROGI"

2:05 - "MÓWIONO MI DZIŚ, ŻE NASI ŻOŁNIERZE TRZYMAJĄ WARTĘ PRZED GROBEM PIŁSUDSKIEGO NA ZAMKU GUBERNATORA"

"NA ZAMKU WAWELSKIM!"

"TAK SIĘ NAZYWAŁ?"

"TAK SIĘ NAZYWA!"



W 1936 roku Hans Frank i Norman wzięli udział w ceremonii otwarcia
igrzysk olimpijskich. Ojciec miał tak napięty grafik, że na rozgrywki zabierał
ośmiolatka adiutant. "Moim ulubieńcem był Jesse Owens, bo zdobył trzy
złote medale. W tamtym czasie nie wiedziałem, że nazistowscy hierarchowie
są niechętni czarnoskóremu Owensowi. Nie dotyczyło to zwykłych Niemców, wszyscy go lubili. Tylko jego pamiętam z tamtej olimpiady. Zapomniałem nawet, jak wyglądała ceremonia otwarcia, choć podobno była spektakularna". Norman twierdzi, że w szkole pozycja ojca nie zapewniała mu specjalnego traktowania. "Chłopiec siedzący obok w ławce był Żydem. Wiedziałem o tym, bo ja jako katolik, a on jako Żyd nie mogliśmy chodzić razem na lekcje religii. Urządzaliśmy sobie zatem długie spacery. Lubiliśmy się. W 1938 zniknął. Nie dowiedziałem się wtedy dlaczego. Nikt o nic nie pytał ani nic nie powiedział. Ale nie sądziłem, że to niezwykłe, bo w szkole uczyło się wiele dzieci dyplomatów i ludzi, którzy często przyjeżdżali
i wyjeżdżali".

Rok 1938 był także rokiem nocy kryształowej, aktu terroru, podczas
którego bandy nazistów zniszczyły tysiące synagog i żydowskich
przedsiębiorstw. Norman pamiętał również to listopadowe wydarzenie
i reakcję swojego ojca. "Ojciec przyleciał z Monachium, a ja pojechałem
z matką autem, żeby go odebrać. Gdy do nas podszedł, matka od razu
spytała: "Hans, czy miałeś z tym coś wspólnego?". On odparł szybko: "Nie,
przysięgam ci, że nie mam z tym nic wspólnego. Moja matka, jak każdy
przyzwoity Niemiec, była tym zszokowana. Ludzie nie akceptowali takiego wandalizmu. Ale ze strony Hitlera było to bardzo sprytne posunięcie, bo w tamtym czasie nikt z nas nie wiedział, że to on za tym stoi. Sądziliśmy, że to Goebbels. Od tamtego momentu to nie była już prawdziwa Trzecia Rzesza.
Rozpoczęła się wojna przeciwko licznym środowiskom i pojedynczym
ludziom".

Norman i Niklas nie są zgodni co do tego, czy ich rodzice lubili
berlińskie życie na świeczniku w otoczeniu nazistów. Norman opierał swoje
przypuszczenia na obserwacjach z okresu, kiedy z nimi mieszkał. Niklas
czytał zapiski rodziców, wysłuchał licznych świadków i przestudiował setki
dokumentów z tamtych czasów. Norman wierzył, że rodzice mieli
"obowiązek angażować się w życie publiczne, ale woleliby zachować
prywatność. Ojciec chętniej by czytał, niż zabawiał gości. Matka wolałaby,
gdyby jej mąż wciąż miał małą kancelarię w małym mieście. Tego właśnie
chciała i to by ją uszczęśliwiło. Oczywiście każda kobieta jest dumna, kiedy jej mąż robi taką karierę, ale nie było to jej pragnieniem. Obserwowałem
i słyszałem różne rzeczy w naszym domu. Wiem, że mam rację". Norman twierdzi, że ojciec zmienił się dopiero po 1940 roku. "W Polsce gromadzenie władzy i bogactwa stało się dla niego ważne, ale wcześniej było inaczej".

Niklas uważa, że jego rodzicom od zawsze na tym zależało. "Matka
kochała władzę, stanowiska, pieniądze i swoją pozycję" - twierdził.
"Uwielbiała też to, że może rządzić ojcem, służbą, Żydami w getcie". Syn
potępiał oboje za "dorobienie się na łupach" w czasie, gdy ojciec był
generalnym gubernatorem, a ona pierwszą damą podbitej Polski.
"Zgromadziła tam cały magazyn futer" - twierdził Niklas. "Kazała się
nazywać "Frau Minister". Ale łatwo potrafię sobie wyobrazić, jak w latach
1933–1939 zabiega o kolejne dobra, kupuje suknie, pije herbatkę w Carltonie
i jeździ z przyjaciółkami wielkim mercedesem". Jeśli chodzi o ojca, Niklas
nie ma wątpliwości, że umiłowanie prestiżu i władzy kompletnie go
zdeprawowało. "Zaprzedał duszę, żeby znów stać się ważny. Przed
mianowaniem na generalnego gubernatora był politycznym trupem. Zabiegał o takie stanowisko, kiedy przebywał w Berlinie".




Punkt kulminacyjny kariery Hansa Franka przypadł na 26 września 1939
roku, zaledwie siedem miesięcy po narodzinach Niklasa. Hitler mianował go
generalnym gubernatorem okupowanej Polski. Ukląkł wtedy w Berlinie
przed żoną na jedno kolano i powiedział: "Brigitte, będziesz królową Polski". Ona wraz z dziećmi wróciła do domu w południowej Bawarii, znajdującego
się nieopodal przepięknego jeziora i górskiego miasteczka Schliersee, a jej
mąż udał się na wschód, do Krakowa. Trzydziestodziewięcioletni generalny
gubernator ustanowił swoją kwaterę na Wawelu. Zamek, pełen antyków
i cennych dzieł sztuki, uważano za miejsce święte. We wcześniejszych
wiekach w jego murach odbywały się koronacje polskich królów, były tam
ich groby, którymi się z czcią opiekowano. Urządzając się w budynku
z widokiem na Kraków, ale też polską prowincję, Frank zaczął wzorować
swoje nowe królestwo na państwie nazistowskim. Wkrótce po przybyciu
ustanowił swoje zasady: "Polska powinna być traktowana jak kolonia; Polacy
powinni być niewolnikami wielkiego imperium niemieckiego".




CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...