WYŚWIETLENIA

21 listopada 2025

MEMORIAM - Cz. XI

ZEMSTA JEST ROZKOSZĄ BOGÓW




KRÓLESTWO CYNNY i KARBONA


Gdy w Idy stycznia (13 stycznia 86 r. p.n.e.) umierał w majakach ów starzec Gajusz Mariusz, Rzym był już wówczas w rękach drugiego konsula - Lucjusza Korneliusza Cynny. Terror, jaki nastał po zdobyciu miasta przez wojska popularów (czyli właśnie Mariusza i Cynny) już wówczas zupełnie ustał, choć oczywiście było pewne że ostateczna rozgrywka z toczącym walki w Grecji Lucjuszem Korneliuszem Sullą to tylko kwestia czasu. Można wręcz powiedzieć że od śmierci Mariusza walka toczyła się o panowanie nad Rzymem i Imperium dwóch linii rodowych tej samej rodziny - Korneliuszy. I rzeczywiście, o ile Sulla odpowiadał za zwycięskie zakończenie batalii z Mitrydatesem Pontyjskim na Wschodzie, o tyle w Rzymie i Italii zaczęły się niepodzielne rządy Cynny. Niepodzielne to mało powiedziane - było to prawdziwe królestwo Cynny. Przecież konsulem (zarówno on jak i Mariusz) nie został z wyboru, ale z... mianowania. Wybory zostały zawieszone a o obsadzie stanowisk decydowała osobista wola Lucjusza Korneliusza Cynny. Na opróżnione po Mariuszu stanowisko wybrał sobie jako kolegę na urzędzie Gnejusza Papiriusza Karbona. Senat też przyjmował wszystkie uchwały, jakie tylko zapragnął sobie konsul, posiadający władzę dyktatorską a zachowujący się jak udzielny władca. Przyjęto więc prawo (86 r. p.n.e.) wpisujące Italików do wszystkich 35 tribus na zasadzie równouprawnienia z Rzymianami (a nie jedynie do 8 tribus miejskich, jak pierwotnie zakładano, co realnie spowodowałoby iż Italikowie nie mieliby żadnego wpływu na kształtowanie polityki państwa, bowiem 8 tribus nie mogłoby w żadnym razie przegłosować pozostałych 27 tribus - a głosowano najpierw w obrębie danego tribus, a potem zliczano wszystkie tribus razem na zasadzie większości). Był to krok historyczny, gdyż od tego czasu mieszkańcy Italii realnie stali się obywatelami Rzymu. Rozwiązano też problem długów wśród obywateli (głównie stanu nobilitas, którzy byli zadłużeni często na ogromne sumy u ekwitów), umarzając 2/3 wszystkich zobowiązań. Przeprowadzono reformę monetarną i przywrócono przedwojenne kursy monet złotych i srebrnych, oraz wprowadzono nadzór nad operacjami bankowymi (rzymski sektor bankowy zdominowany był przez stan ekwitów - czyli klasę średnią, nowobogacką, która często dorabiała się na zdzierstwie i lichwie).

Konsulat Sulli i Karbona (rok 86 i 85 p.n.e.) upłynął spokojnie. Wybory się nie odbywały, bowiem uznano że w sytuacji wojennego zagrożenia należy całą władzę przekazać w ręce dowódców wojska (czyli głównie Cynny i dokooptowanego do niego Karbona). Po zdobyciu Aten i Pireusu (87-86 r. p.n.e.) przez Sullę, oraz jego zwycięstwach pod Cheroneą (86 r. p.n.e.) i Orchomenos (85 r. p.n.e.), w Rzymie jego przeciwnicy realnie zaczęli się obawiać nieuniknionej z nim konfrontacji. Karbon nakazał pobór do wojska (druga połowa 85 r. p.n.e.) wszystkich zdolnych do noszenia broni Rzymian i Italików. Pozwoliło to zebrać siłę w wysokości ponad 100 000 żołnierzy. Armia ta była ponad trzykrotnie liczniejsza od sił Sulli, ale miała jeden podstawowy minus - była niewyszkolona, niedoświadczona i nieobyta z wojną a rekruci często zostawali wcielani do oddziałów siłą. Senat, obawiający się kolejnych rzezi po ewentualnym zwycięstwie Sulli, postanowił się z nim jakoś porozumieć. Wysłano więc do Grecji poselstwo, które miało na celu załagodzenie konfliktu i powstrzymanie dalszego rozlewu bratniej krwi. Sulla przyjął senackich posłów w Ajdepsos, gdzie brał gorące kąpiele i wypoczywał, doglądając sztuk teatralnych. Poinformował on posłów iż gotów jest poddać się woli Senatu, pod warunkiem wszakże iż zgodę na powrót do Rzymu otrzymają wszyscy zeń wygnani przez Mariusza i Cynnę. Posłowie uznali że ta propozycja jest rozsądna, ale przybywszy do Rzymu szybko okazało się że nie zgadzają się na nią ani Cynna ani Karbon. Mało tego, Karbon złożył wniosek by wziąć w całej Italii zakładników, aby tym samym zapewnić sobie lojalność miast italskich, Senat jednak odrzucił ten postulat. Trwał więc w zawieszeniu okres tzw.: zbrojnego pokoju. Cynna i Karbon mianowali się konsulami na kolejne lata (85 i 84 p.n.e.).




W połowie roku 84 p.n.e. Cynna uznał, że już jest gotów przeprawić armię na drugi brzeg Adriatyku i dopaść Sullę w Grecji. Wojna przeciwko Sulli i jego weteranom nie była jednak popularna wśród oddziałów italskich, a prawdziwy gniew wśród żołnierzy wzbudził rozkaz Cynny, który nakazał by wojsko wsiadło na okręty i przeprawiło się do Grecji. Bunt wybuchł w Ankonie (w której przebywał Cynna, w oczekiwaniu na przeprawę na drugi brzeg Adriatyku). Cynnie udało się jednak stamtąd uciec, ale w drodze do Rzymu doścignął go pewien oficer i niepomny na błagania darowania życia i przekupstwa (Cynna miał ofiarować mu swój złoty pierścień), zakończył żywot Lucjusza Korneliusza Cynny. Teraz Karbon został jedynym konsulem i to na nim spoczęła odpowiedzialność załagodzenia konfliktu lub dalszej eskalacji wojny domowej. Udało się utrzymać dostawy zboża z Afryki do Rzymu dzięki Gajuszowi Fabiuszowi, który opowiedział się po stronie Karbona i popularów. To gwarantowało że w Rzymie nie dojdzie do buntu ludu i dawało Karbonowi czas na przygotowanie się do nieuniknionej walki z Sullą. Nadszedł straszny rok 1 100 rocznicy upadku Troi (83 r. p.n.e.), rok końca świata. Odnaleziono wówczas starą przepowiednię Sybilli, która brzmiała następująco: "Kiedy spełni się okres dla życia ludzkiego najdłuższy (...) wtedy o Rzymie, pamiętaj, choćbyś o sobie zapomniał. O tym co powiem pamiętaj (...) Cała zaś ziemia italska i cała kraina latyńska, berłu powolną twojemu, swój kark tobie odda pod jarzmo". Przerażenie wielkie ogarnęło lud, czyżby wieszczka przepowiadała zagładę Rzymu w dziesięć 110-letnich wieków od czasu spalenia Troi? W każdym razie oczekiwano najgorszego. I stało się! Pożar wybuchł nagle, a płomienie były tak wielkie, że nie sposób było je ugasić. W ogniu stanęła świątynia Jowisza Najlepszego Największego na Kapitolu, a wraz z nią spaliło się wszystko co w niej było, łącznie z przechowywanymi tam Księgami Sybillińskimi. Całe dziedzictwo religijne i historyczne Rzeczpospolitej przestało istnieć.




Świątynia Kapitolińska była bowiem rówieśnicą rzymskiej Republiki, a przechowywane tam Księgi, wyznaczały losy państwa przez kolejne wieki. Teraz wszystko poszło z dymem. Przypomniano sobie również przepowiednię o "trzech ciosach" wyprowadzonych w przeciągu kolejnych dziesięciu lat, po których państwo rzymskie miało upaść. Pierwszy cios został właśnie wyprowadzony, spłonęła Świątynia Kapitolińska - symbol rzymskiego państwa, na kolejne uderzenia oczekiwano z wzrastającym przerażeniem. Nie stwarzało to atmosfery służącej obronie i wpływało raczej zniechęcająco na lud. Karbon zarządził więc szybką odbudowę Świątyni, aby pokazać Rzymowi że bogowie nie zostawią ich na pastwę losu i nie pozwolą zginąć marnie. Zaczęto się zastanawiać czy przypadkiem nie doszło też do jakiegoś świętokradztwa i rozpoczęto od skrupulatnych kontroli zgromadzenia "Milczących Dziewic" - czyli westalek. Uważano bowiem że skądś się wziął ów gniew bogów. Pontifex Maximus (najwyższy kapłan) dokonywał przeglądów i kontroli, szukając najmniejszego choćby uchybienia. W normalnej sytuacji uchybienie ze strony westalki karane było karą chłosty, ale teraz, gdy lud ogarnęła obawa rozpadu państwa, bez wątpienia na tym by się nie skończyło. Taka dziewczyna, której udowodniono by jakąkolwiek winę - straciłaby życie i to zapewne w bardzo brutalny sposób. Nic jednak nie znaleziono. A przecież westalki poddane były bardzo surowym zasadom, nie tylko w kwestii zachowania dziewictwa (przez czas pełnienia tejże funkcji - czyli przez trzydzieści lat służby w zgromadzeniu, potem mogły wyjść za mąż i mieć dzieci, tym bardziej że do zgromadzenia trafiały jako małe dziewczynki - a żona, była westalka była niezwykle pożądaną partią. Spora część z nich jednak do końca życia pozostawała westalkami), ale także podczas służby "przy zniczu", udziału w modłach i ofiarach oraz sprzątania świątyni. To ostatnie mogłoby się wydawać nie warte odnotowania, jako że przybytek boskiej Wenery nie należał do dużych, ale "wieczne dziewice" nie mogły korzystać z miejskich akweduktów ani rzeki. Aby posiąść wodę, musiały westalki udać się do źródła Kamen niedaleko Porta Capena, jak w dawnych czasach króla Numy Pompiliusza (założyciela tego zgromadzenia). I tylko do tego świętego źródła udawała się kapłanka Westy z dzbankiem po wodę (a druga z Porta Capena do przybytku Wenery była dosyć długa). Sprzątanie też nie należało do łatwych, jako że nie wolno było westalce użyć zmiotki do wymiecenia śmieci, tylko musiały to czynić ręcznie, znosząc nieczystości w jedno miejsce (przy drodze kapitolińskiej) skąd były wrzucane do Tybru. 

Mimo to westalki były świętymi niewiastami i należąc do zgromadzenia, mogły nazywać się "siostrami", a także opuszczając świątynię towarzyszył im liktor, noszący rózgę dla powagi i ochrony. "Siostry" które spędziły w zgromadzeniu ponad dziesięć lat, miały także prawo do lektyki noszonej przez niewolników, a potęga ich wówczas była niesamowita. Skazani przestępcy, gdy upadli przed nimi na kolana błagając o łaskę, i gdy one im go udzieliły - musieli zostać uwolnieni, a wszelkie zarzuty anulowane. Poparcie westalki mogło również gwarantować politykowi zwycięstwo wyborcze. Wsparcia wśród "Milczących Dziewic" szukał również Karbon, ogłaszając decyzję o odbudowie świątyni Jowisza Kapitolińskiego. Nie było jednak zwojów Ksiąg sybillińskich, a bez tego Świątynia byłaby zupełnie bezwartościowa. Przypomniano sobie jednak że w małej mieścinie na brzegu Azji - w Erytre naprzeciw wyspy Chios, znajdują się podobne zwoje przepowiedni świętej oblubienicy Apollina - Sybilli i postanowiono zaraz po zakończeniu działań wojennych wysłać poselstwo do "czerwonego miasta" ("erythos" po grecku znaczy właśnie "czerwony") i ponownie przewieść te zwoje do Rzymu. Rok ten (83 p.n.e.) był jeszcze świadkiem innego, niecodziennego wydarzenia. Otóż Kwintus Sertoriusz - późniejszy buntownik, który postawił przeciw Rzymowi całą Hiszpanię, będący pod wrażeniem przepowiedni Sybilli o "trzech ciosach", po których ma nadejść odrodzenie i nowy wiek, w czasie którego ludzkość odnajdzie spokój na Wyspach Szczęśliwych, wyruszył okrętem na ich poszukiwanie i choć do nich nie dotarł, to jednak kolejna, finansowana przez niego wyprawa (bez jego udziału), minąwszy Słupy Herkulesa, dotarła do wysp, które uznało właśnie za owe miejsce wytchnienia dla ludzkości (były to Wyspy Kanaryjskie, skąd przywieziono białą łanię lernejską, z którą potem Sertoriusz się nie rozstawał, a często zamykał się z nią w jednym pomieszczeniu i przebywał tam godzinami, delektując się tym że owa łania mówi do niego językiem bogini Diany. Decyzje swoje zaś podejmował, kierując się z sympatiami i antypatiami owego zwierzęcia). A tymczasem w Grecji Lucjusz Korneliusz Sulla, biorąc gorące kąpiele i lecząc obolałe nogi, które pokryły się strupami, uniemożliwiając mu chodzenie - przygotowywał się do powrotu i zemsty na tych wszystkich, którzy upokorzywszy go i jego najbliższych, dopuścili się krwawych zbrodni i obrazy bogów




CDN.
 

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. I

CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





"Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem"



 O tym, jak przebiegała w październiku 1956 r. - czyli w najbardziej zapalnym wówczas w Polsce okresie - wizyta sowieckiej delegacji z Nikitą Chruszczowem na czele, powstało wiele mitów i legend jeszcze w czasach PRL-u. Wielu ludzi opowiadało różne, często bardzo dziwne relacje z tego, co działo się na lotnisku rankiem 19 października 1956 r. gdy samolot z pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego wylądował na płycie warszawskiego lotniska Okęcie. Relacje te były nie tylko często bardzo futurystyczne, ale również różniły się od siebie pod wieloma względami, ponieważ każdy twierdził, że zapamiętał to wydarzenie inaczej, a większość i tak słyszała to z drugiej lub trzeciej ręki. Niewątpliwym jednak jest, że w czasie gdy samolot wylądował na lotnisku, czekała tam już spora grupa ludzi złożona z kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy bezpieczeństwa, członków polskiej delegacji oraz sowieckich wojskowych. Tamta wizyta budziła sensację, ponieważ było oczywiste w jakim celu przyjeżdża tutaj Chruszczow i chociaż wszyscy znali odpowiedź na to pytanie, to i tak rodziły się najróżniejsze legendy związane z wizytą i trudno było doprawdy odsiać ziarno od plew i stwierdzić, co jest prawdą a co ubarwioną fikcją. Żyliśmy więc w tym nieuświadomieniu aż do 2008 r. gdy odnalazł się protokół z owej wizyty, w którym jasno jest napisane jak ona przebiegała, chociaż protokół ten spisany został dopiero pół godziny po przyjeździe delegacji sowieckiej do Belwederu. Jednak relacje świadków - takich jak choćby Edward Ochab, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polski Zjednoczonej Partii Robotniczej w tamtym czasie i autor wyżej przeze mnie cytowanych słów - zdają się również przybliżać nam informacje o tym, co działo się tego poranka na samym lotnisku.

Nim jednak przyjdę do samego zdarzenia, warto tutaj przedstawić kilka słów o powodzie wizyty Chruszczowa i tej całej sowieckiej kamaryli w Polsce, a bezpośrednim powodem tej wizyty był człowiek o imieniu... Władysław Gomułka - komunistyczny aparatczyk, urodzony w 1905 r., członek Komunistycznej Partii Polski od 1926 r. Dwukrotnie aresztowany (raz uciekł z więzienia będąc na urlopie zdrowotnym w 1934 r. i udał się do Związku Sowieckiego, a drugi raz uwolniony został we wrześniu 1939 r. już w czasie wojny). W 1941 r. został członkiem Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) i publikował w lwowskiej gadzinówce wydawanej w języku polskim, czyli "Czerwonym Sztandarze". Latem 1941 r. wyjechał do Polski. Wiosną 1942 r. nawiązał kontakty z Polską Partią Robotniczą (czyli następczynią KPP). Od listopada 1943 do sierpnia 1948 r. pierwszy sekretarz Polskiej Partii Robotniczej (współwinny wszelkim okrucieństwom i bandytyzmowi jaki panował w tamtym czasie, można nawet powiedzieć że Gomułka wówczas był większym zwolennikiem krwawego rozprawiania się z żołnierzami Podziemia Niepodległościowego, niż taki Bierut czy Minc). W 1948 r. usunięty ze stanowiska, potem z partii i oskarżony o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". W sierpniu 1951 r. aresztowany i przewieziony do więzienia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie (było to luksusowe więzienie przeznaczone dla komunistów). W więzieniu nie był bity ani torturowany, a nawet częstokroć krzyczał na przesłuchujących go oficerów. Starano się oskarżyć go o działalność agenturalną na korzyść Zachodu, oskarżono go o to, że był agentem przedwojennego polskiego wywiadu (tzw. "Dwójki" czyli Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego), że do KPP wprowadził wielu agentów Dwójki, że potem w czasie okupacji współpracował z gestapo i dążył do rozbicia Polskiej Partii Robotniczej etc. etc. Aby zdobyć te oskarżenia i skazać Gomułkę (prawdopodobnie) na karę śmierci, torturowano ludzi z jego najbliższego otoczenia. Jego sekretarkę Wandę Podgórską zamknięto do celi, z której przez ścianę słyszała krzyki i jęki starej kobiety i młodej dziewczyny i powiedziano jej, że to jej matka i córka, a jeśli nie obciąży Gomułki zeznaniami, to one zostaną zamęczone. Podgórska płakała i kwiliła, co tylko powodowało radość wśród strażników. Myślała że oszaleje, wydawało jej się nawet że jest tukanem, że słyszy symfonię w swojej głowie, która zagłuszała jęki tamtych kobiet. Raz ubrała więzienne spodnie na ręce, a strażnicy śmiali się że właśnie odlatuje i mówili jej: "no pofruń, pofruń". Wreszcie zaczęła chodzić na czworakach, co jednak potęgowało tylko zabawę wśród personelu więzienia. Wreszcie podjęła głodówkę, ale na niewiele się to zdało, gdyż była przymuszana do jedzenia, a pokarm wlewano jej przez nos. Kilkukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, próbując podciąć sobie żyły o kant sedesu lub łykając chlorek. Bezskutecznie.




Aresztowano i innych ludzi z bliskiego otoczenia Gomułki, jak choćby ministra aprowizacji Włodzimierza Lechowicza. Nad nim znęcano się w inny, "nowoczesny" sposób. Puszczano mu 24 godziny na dobę z magnetofonu słowa: "W dupę jebany minister aprowizacji", albo "Patrz jak on głośno połyka ślinę", lub "Ale się ślini". Efekt był taki że Lechowicz przestał połykać ślinę i dostawał silnego, kilkudniowego ślinotoku. Nocami zaś mówił do więziennego okna: "SOS, tu Lechowicz, tu minister Lechowicz, przestańcie szeptać". Stanisławę Sowińską wrzucono do karceru i wmawiano że wyrzekł jej się mąż, dawano jej jedną szczoteczkę do zębów wspólną dla innych więźniarek, zęby kruszyły jej się nawet na skórce od chleba. Zaś generałowi Józefowi Kuropiesce kazano w więzieniu stać przez 600 godzin, przez co doznawał halucynacji i majaczył. Gomułka był zaś traktowany o wiele lepiej od swoich współpracowników, miał nawet dostęp do książek, a czytywał bardzo dużo - co najmniej jedną książkę dziennie. Gomułka czasem płakał w celi, czasem dostawał ataków agresji lub szaleństwa. Często wrzeszczał na strażników, mówił że "oni" celowo zamknęli go w celi, że "oni" zakłamują rodowód polskiej lewicy, że "oni" nie rozumieją chłopstwa itd. Skarżył się też na powracające bóle postrzelonej podczas ucieczki przed policją w 1932 r. nogi. Deklarował też że nie popełnił niczego z zarzucanych mu oskarżeń. W latach 80 (jeszcze przed swą śmiercią w 1982 r.) opowiadał Marii Turlejskiej, że w czasie śledztwa trzymano w innej celi policjanta z Zagłębia który go aresztował w 1936 r. i chciano wymóc na nim, aby oskarżył Gomułkę o współpracę z przedwojenną policją. Pomimo tortur mężczyzna jednak nie obciążył go swymi zeznaniami, a Gomułka dodawał: "To był porządny człowiek, chociaż policjant". Władysław Gomułka siedział w więzieniu do grudnia 1954 r. (chociaż ostatni miesiące przebywał w szpitalu, jednak wciąż był pilnowany jak więzień). Przez cały ten czas nie postawiono mu żadnych zarzutów, nie wszczęto procesu, o nic nie oskarżono oficjalnie. Różne są opinie dlaczego tak postąpiono, niektórzy twierdzą że Gomułkę uratował Stalin, który chciał aby w PZPR powstała frakcja przeciwna Bierutowi z którą on musiałby się liczyć (oczywiście i Bierut i Gomułka byliby na pasku Stalina). Wydaje się jednak bardziej prawdopodobne co innego, a mianowicie to, że sam Bolesław Bierut (wówczas I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) który osobiście nie znosił (a wręcz nienawidził) Gomułki i ten zresztą odpłacał mu się równą nienawiścią, że to on w przypadku braku ewidentnie obciążających Gomułkę dowodów, nie chciał doprowadzić do kompromitacji partii. Istnieje też i inne wyjaśnienie całej tej sytuacji. Bierut wiedział jaka jest struktura władzy w systemie komunistycznym i zdawał sobie sprawę że każdy komunista musi wcześniej czy później trafić do więzienia i zostać skazanym (za co, nie miało to już większego znaczenia, zgodnie z hasłem: "Dajcie mi człowieka, a paragraf sam się znajdzie"). Wiedział też, że on będzie następny. Stalin bowiem nie ufał wówczas nikomu i to nie tylko wśród swoich najbliższych towarzyszy, ale również wśród towarzyszy z partii sąsiednich ("bratnich" jak mawiano). Dopóki jednak nie skazano Gomułki, to nie mógł rozpocząć się proces Bieruta i wydaje mi się, że to było głównym powodem przeciągania śledztwa, aż do śmierci generalissimusa Josifa Wissarionowicza w marcu 1953 r. Zresztą słowa, jakie wypowiedział w październiku 1956 r. podczas owego spotkania Nikita Chruszczow, również były znamienne: "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów", na co Wiaczesław Mołotow dodał: "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że zostaliście wśród żywych jest zasługą Bieruta".




Władysław Gomułka został oficjalnie zwolniony z więzienia (a raczej ze szpitala w którym był pilnowany) w Wigilię 1954 r. Trwała wówczas tzw. "odwilż postalinowska", choć nikt z owych komunistów nie wiedział jakie ona przybierze rozmiary i kogo pochłonie, a kogo wyniesie. Ucieczka w grudniu 1953 r do Berlina Zachodniego Józefa Światło - podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (który m.in. aresztował właśnie Gomułkę) i jego cotygodniowe seanse na falach Radia Wolna Europa, demaskujące rzeczywistość panującą w kraju (opowiadał m.in. o przywilejach władzy, o willach nowej komunistycznej elity, o sklepach za żółtymi firankami w których można było nabyć wszystko, w sytuacji gdy w kraju była prawdziwa powojenna bieda, ale przede wszystkim opowiadał o nieludzkich torturach i tym, czym zajmował się jako funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Wszystko to przeraziło ekipę Bieruta. Bolesław Bierut zmarł 12 marca 1956 r. w Moskwie, podczas wizyty na XX zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Mówiono że "zabił go" referat Chruszczowa, potępiający Stalina i stalinizm. Nie wiadomo jaka jest prawda, wiadomo jednak że Bierut do końca pozostał zatwardziałym stalinistą i ten świat który nadchodził, ten nowy świat przerażał go. Nie potrafił się w nim odnaleźć, a do tego dochodziły jeszcze problemy ze zdrowiem, które zapewne spowodowały zgon. Przez ten czas od chwili wyjścia ze szpitala, Gomułka zyskiwał ogromnie na popularności. Jego dawni towarzysze, którzy w latach stalinizmu wyrzekali się go, oczerniali, a jego rządy nazywali "gomułkowszczyzną" lub "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym", teraz na powrót chcieli być jego dobrymi kolegami, znajomymi, przyjaciółmi. W kwietniu 1956 r. - już po pochowaniu Bieruta - uchwalono w kraju amnestię i wypuszczono z więzienia 5000 osadzonych. Powoli dojrzewała nowa epoka, epoka w której rosło znaczenie Władysława Gomułki. Co ciekawe, to znaczenie Gomułki rosło bardziej wśród Polaków, niż wśród decydentów partyjnych. Polacy doznawali swoistej amnezji i na fali popularności jaką zyskiwał Gomułka, nie chcieli już pamiętać tego, że był on gorliwym współsprawcą tamtej epoki. Nie chciano pamiętać jego zaangażowania w uwięzienie i procesy żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich czy żołnierzy Drugiej Konspiracji (Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych). Nie chciano w nim widzieć komunisty, choć oczywiście zdawano sobie doskonale sprawę że w tamtych uwarunkowaniach politycznych ktoś, kto nie byłby komunistą, nie miałby żadnych szans uzyskać władzy. Wierzono jednak w to, że skoro Gomułka wycierpiał w więzieniu to, co inni w czasach, gdy był u władzy (choć akurat nie była to prawda, bo był traktowany zupełnie inaczej) to teraz doznał czegoś na wzór katharsis, wewnętrznego oczyszczenia, że się zmienił, że będzie inny. Że poprowadzi ich do nowego, lepszego świata, że może w ramach sojuszu ze Związkiem Sowieckim (co było oczywiste, bo nawet najwięksi optymiści nie zakładali wówczas że można wyjść z Układu Warszawskiego czy z RWPG) dojdzie do jakiejś głębszej zmiany, np. powstaną inne partie niż te, które do tej pory funkcjonowały i które były całkowicie sterowalne z Moskwy (czyli poza PZPR-em Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe). To były rozbudzone marzenia, które potem Gomułka bezczelnie zgasi. Należy jednak pamiętać że nikt, żaden komunistyczny przywódca w Polsce nigdy nie miał takiego poparcia społecznego, jak Władysław Gomułka w październiku 1956 r.




Społeczeństwo polskie coraz otwarcie domagało się liberalizacji systemu komunistycznego, na co nadzieję pokładano chociażby w referacie wygłoszonym przez Chruszczowa na XX zjeździe KPZS. Szczególnie niezadowoleni byli robotnicy, którym podwyższano normy pracy, przy jednoczesnym pozostawieniu na takim samym poziomie głodowych pensji. 16 czerwca 1956 r. jako pierwsi przerwali pracę robotnicy Zakładów Przemysłu Maszynowego im. Stalina, a wkrótce dołączyli do nich pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego w Poznaniu. Rozpoczął się więc strajk zakładów poznańskich. 14 czerwca do Polski powrócił z Londynu były premier Stanisław Cat-Mackiewicz, co również użsamiano z nastaniem nowych, bardziej liberalnych czasów i zamierzano przyśpieszyć ich pojawienie się, wymuszając na władzach ustępstwa. Aparat partyjny jednak w zakładach pracy nie zamierzał przychylić się do żądań robotników, a to spowodowało że robotnicy w czwartek 28 czerwca (potem nazwany "czarnym czwartkiem") wyszli na ulice Poznania. Strajkujący nieśli ze sobą flagi narodowe oraz transparenty z napisami "Chcemy chleba, sprawiedliwości i wolności", po drodze też do demonstrujących przyłączały się kolejne osoby, co spowodowało że wkrótce tłum protestujących urósł do 100 000 ludzi. W swym pochodzie tłum ten dotarł do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie demonstranci zażądali przyjazdu przedstawicieli rządu. Władze partyjne wezwały milicję (co ciekawe, milicja miała prawo otworzyć ogień), ale milicjanci przeszli na stronę protestujących. Następnie robotnicy wysłali delegację na rozmowy z władzami miasta, ale szybko gruchnęła wśród protestujących wiadomość, że delegacja ta została aresztowana. Postanowiono więc zdobyć więzienie przy ulicy Młyńskiej. Udało się to osiągnąć bez walki, w wyniku czego uwolniono 250 więźniów (zdobyto też pewną ilość broni). Następnie ruszono pod budynek Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, znajdującego się na ulicy Kochanowskiego. Funkcjonariusze tego urzędu zabarykadowali się od środka, więc uczestnicy demonstracji obrzucili ich kamieniami. Ok. godziny 11:00 z budynku tego padły pierwsze strzały do robotników. Żołnierze KBW i ubecy strzelali do bezbronnych ludzi, robotników, tramwajarek niosących transparenty, a nawet do dzieci. Demonstranci zaczęli odpowiadać ze zdobycznej broni i wrzucać do budynku "koktajle Mołotowa". Zaczęto też budować barykady z przewróconych tramwajów i walki zaczęły się na całego. Początkowo na miejsce toczonych walk przybyli żołnierze Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych, ale nie chcąc otwierać ognia do robotników, wycofali się do koszar (powstańcy za to - bo tak już należy ich nazywać - opanowali kilka czołgów). Wreszcie ściągnięto do Poznania 2 Korpus Pancerny i walki zaczęły się już w całym mieście. Mimo przeważającej siły ognia, powstańcom udało się opanować i rozbroić kilka posterunków Milicji Obywatelskiej.






Władze za najważniejszy cel postawiły sobie stłumienie tego ludowego powstania, dlatego też w nocy przybyły do miasta nowe posiłki. Łącznie z robotnikami i innymi mieszkańcami Poznania walczyło 2300 milicjantów oraz jakieś 10 000 żołnierzy, mających 360 czołgów i kilkadziesiąt pojazdów opancerzonych. Władze i dowódcy żołnierzom tym wmawiali że walczą przeciwko Niemcom, przeciwko niemieckiej rebelii jaka wybuchła w Poznaniu (swoją drogą to samo mówiono na Pomorzu w grudniu 1970 r.). Dlatego też żołnierze byli tak bezwzględni, bo rzeczywiście uwierzyli że walczą nie przeciwko swoim rodakom, a przeciwko Niemcom - być może nawet hitlerowcom. Pierwszego dnia walk powstańcy zniszczyli 31 czołgów, 8 samochodów pancernych i zdobyli 250 sztuk broni oraz znaczne ilości amunicji. Walki trwały również dnia następnego 29 czerwca, ale już w godzinach wieczornych milicja i ubecja wyciągali ludzi pochwyconych w trakcie walk, i po biciu, pakowali ich do milicyjnych suk i przewozili na posterunki. Tam zaczynał się kolejny etap tortur, a potem ładowano ich do wozów i wywożono do więzień, gdzie tortury rozpoczynała teraz służba więzienna. Do Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Święcickiego, zwożono zwłoki poległych w walce mieszkańców. Rodziny potem nadaremnie szukały swoich bliskich po kostnicach i szpitalach. 29 czerwca do Poznania przybył również premier Józef Cyrankiewicz, który tego samego dnia wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio o tym, że ktokolwiek podnosi rękę na władzę ludową może być pewien, że mu tą rękę władza ludowa odrąbie... w interesie ludu pracującego oczywiście (potem, gdy na początku sierpnia Cyrankiewicz spotkał się z Gomułką na Pradze - nieopodal dawnego mieszkania Gomułki - i symbolicznie padli sobie w ramiona - bo spotykali się po raz pierwszy od chwili uwięzienia Gomułki, do czego Cyrankiewicz się w pewnym sensie przyczynił - ten właśnie wytknął mu mowę o odrąbywaniu ręki, po czym Cyrankiewicz stwierdził, że musiał tak powiedzieć po to, aby oni mogli się obaj dzisiaj tutaj spotkać. Twierdził że władza w czerwcu musiała pokazać swoją siłę przede wszystkim aby uspokoić Moskwę). 30 czerwca w Poznaniu było już spokojnie, chociaż aresztowania trwały nadal. Tego dnia na Cytadeli odbył się uroczysty pogrzeb pięciu zabitych w tych dniach żołnierzy KBW i ubeków (w tym pogrzebie uczestniczył Cyrankiewicz, a uroczystą przemowę wygłosił Edward Gierek - sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, późniejszy I sekretarz partii). Nie wiadomo ile dokładnie ofiar pochłonęło Powstanie Poznańskie, szacuje się że między 70 a 100 osób zginęło wówczas (prace na ten temat trwają do dziś). Podczas pogrzebów ludzie również byli legitymowani przez milicję i ubecję, a aresztowania trwały w kolejnych dniach, bowiem szukano prowokatorów i agentów imperializmu (aresztowana 1 lipca Stanisława Sobańska tylko cudem przeżyła dwutygodniowe śledztwo i przesłuchanie, a po wyjściu z aresztu nigdy już nie powróciła do zdrowia i otrzymała pierwszą grupę inwalidzką). Śledztwa zaś ciągnęły się miesiącami.




A Gomułkę przez ten czas odwiedzali dawni towarzysze, którzy w czasach stalinizmu nie tylko się go wyrzekli, ale wręcz oskarżali o najróżniejsze agenturalne powiązania. "Towarzysz Wiesław" (bo taki m.in. Gomułka nosił pseudonim) sprawiał wrażenie jakby zapomniał dawne urazy, co tym bardziej powodowało, że stawał się coraz wyraźniejszym kandydatem nie tylko na premiera, ale również na I sekretarza Komitetu Centralnego Partii. Nie wszystkich jednak lubił i niekiedy wybuchał złością, jak choćby podczas jednej z rozmów ze swoją przyjaciółką Stanisławą Sowińską. Ona pytała: "Krążą pogłoski, że nie chcesz pertraktować z delegatami z kierownictwa, którzy przychodzą do ciebie?", na co Gomułka: "Za drzwi ich wyrzucam!", "Przeciąganie struny grozi rozlewem krwi, powinieneś rozmawiać", "Z kim?, z mordercami? Każdy z nich ma ręce we krwi unurzane, A ja mam ręce czyste! Na moich rękach nie ma ani jednej kropli krwi!", "Skoro nie ma lepszych w Biurze, należy mówić z tymi, którzy są", "Bzdury pleciesz! Będę ich wyrzucał za drzwi, tak, jak to zrobiłem przed Twoim przyjściem z Franciszkiem Mazurem. Specjalnie go nasłali, bo dobrze wiedzą że go szczególnie nienawidzę!", "Przecież nie jest gorszy od innych", "Ale Mazur to Żyd!", "Ukrainiec, nie Żyd", "Żaden Ukrainiec, to Żyd! Oszukali wszystkich, a mnie w pierwszym rzędzie. Kazali mu udawać Ukraińca. Chcieli mieć w Biurze Politycznym jeszcze jednego Żyda", do rozmowy wówczas włączyła się żona Gomułki Zofia: "Władek ma rację, Mazur to Żyd!". Franciszek Mazur nie był Żydem i rzeczywiście miał korzenie ukraińskie, natomiast Gomułce bardzo trudno było pewne rzeczy wyperswadować jak się przy czymś uparł. Natomiast tutaj uwidoczniła się niechęć Gomułki do Żydów, która zrodziła się jeszcze z czasów jego działalności w Komunistycznej Partii Polski w większości opanowanej przez Żydów, chociaż jego żona Zofia Szoken (którą poślubił w kwietniu 1951 r.) też była Żydówką.

Popularność Gomułki rosła jednak tak szybko, że przedstawiciele dwóch zwalczających się frakcji w PZPR czyli "natolińczyków" i "puławian" zaczęli zabiegać o jego "względy". Nazwa "natolińczycy" wzięła się od pałacyku w podwarszawskim Natolinie, dokąd zjeżdżali się przedstawiciele tej grupy. W czasach stalinowskich było to zarezerwowane tylko dla elity partyjnej, ale potem zaczęto "demokratyzować" partię i dopuszczać również doły partyjne, co powodowało że w Natolinie spotykali się członkowie partii ze środowisk wiejskich i robotniczych, tacy jak Wiktor Kłosiewicz, Franciszek Jóźwiak, Aleksander Zawadzki czy Kazimierz Mijal. Do nich też przylgnęło określenie "chamy". Uważali oni że nie było czegoś takiego jak stalinizm, a co najwyżej za wszystko zło obwiniali Stalina i Berię, w Polsce zaś Bieruta, Bermana i Minca. Nazwa zaś "puławianie" wywodzi się od ulicy Puławskiej w Warszawie, przy której - w dawnej kamienicy Wedla - mieszkało kilku przedstawicieli tej frakcji. Należeli do niej Leon Kasman, Roman Zambrowski, Julian Kole, Władysław Matwin, Roman Werfel i Jerzy Morawski - a ponieważ większość z nich miała korzenie żydowskie, to nazwano ich "żydami". I tak powstały dwie frakcje: chamy i żydy. O ile tamci jednak byli za utrzymaniem dotychczasowej linii partii, to puławianie nawoływali do liberalizacji systemu, mówili o samorządzie robotniczym, o zapewnieniu obywatelom bezpieczeństwa przed samowolą bezpieki, twierdzili że należy przeprowadzić reformy gospodarcze i uwzględnić przynajmniej częściowe elementy gospodarki kapitalistycznej, że w partii należy przeprowadzić demokratyczne wybory i wyłonić władze w ten właśnie sposób, a nie w sposób odgórny. Wszystko ładnie pięknie, problem polegał tylko na tym, że to właśnie puławianie byli najbardziej umoczeni w zbrodnie stalinizmu. Wtedy byli najbardziej stalinowscy, teraz stali się najbardziej liberalni, nie znali umiaru, ani wtedy ani teraz. Z puławianami utożsamiało się wielu działaczy młodszego pokolenia, studentów i inteligentów, natomiast z natolinem trzymał aparat biurokratyczny i nowy narybek partii pochodzący z awansu społecznego. Te dwie frakcje zaczęły ubiegać się teraz o względy towarzysza Wiesława.

Władysław Gomułka nie był zaś wrogiem Związku Sowieckiego. Późniejsza historiografia starała się w nim ujrzeć swoistego "polskiego komunistę", człowieka który przede wszystkim odwoływał się do - swoiście pojmowanego - ale jednak patriotyzmu i który był przeciwny internacjonalizmowi. Rzeczywiście wśród wypowiedzi Gomułki - nawet tych z lat 40-tych - można znaleźć wiele takich smaczków, które mogłyby potwierdzać wyżej przytoczone słowa. Należy jednak pamiętać że "nacjonalizm" Gomułki (jeśli w ogóle można to tak nazwać) opierał się tylko i wyłącznie na tym, aby Sowieci nie wtrącali się do spraw Polski (potem, gdy objął już funkcję pierwszego sekretarza, też przede wszystkim chciał mieć jak największą swobodę wewnętrzną i nie chciał żeby "radzieccy" - jak ich wówczas nazywano - wtrącali mu się spraw polskich. Tak jak to było wcześniej, za Bieruta czy również za Ochaba, który został I sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej po śmierci Bieruta w marcu 1956 r. Zresztą należy pamiętać, że wówczas innego komunizmu nie znano jak tylko stalinowski, bo nie było wcześniej żadnych innych precedensów). Tak więc gdy w dniach 18-28 lipca odbyło się VII Plenum Komitetu Centralnego PZPR ("Siódme Plenum spółdzielni Zenum" - zabawne powiedzenie z "Misia"), doszło tam wówczas do starcia owych dwóch frakcji w PZPR-e czyli natolińczyków i puławian, którzy zabiegali o względy Władysława Gomułki (ten wrócił do życia politycznego po okresie uwięzienia, z początkiem maja 1956 r.). Natolińczycy (wspierający chociażby "marszałka" Polski Konstantego Rokossowskiego) w poznańskim Powstaniu (czy też raczej - jak oni mówili - buncie) z 28 czerwca, widzieli przede wszystkim działania o charakterze agenturalnym i kontrrewolucyjnym i to właśnie przedstawiciele tej frakcji dowodzili stłumieniem tego ludowego zrywu. Puławianie zaś (zgodnie z prawdą) twierdzili że w bunt był protestem o charakterze ekonomicznym. Ostatecznie podjęto kompromisową dyrektywę, że owe wydarzenia miały podwójne dno. Pierwszy szeroki, formowany przez robotników i pokojowy protest, przerodził się jednak w bunt, którym kierowali rebelianci i agenci Zachodu (nurt węższy). Podjęto więc decyzję o zwołaniu masówek w zakładach pracy (jak zwykle zresztą) i publicznym potępieniu przez robotników "wydarzeń czerwcowych" w Poznaniu. Na owym VII Plenum podjęto również decyzję o uchyleniu zarzutów i oddaniu legitymacji partyjnych Władysławowi Gomułce, Zenonowi Kliszko i Marianowi Spychalskiemu (wszyscy oni byli uwięzieni wraz z Gomułką, choć oczywiście przebywali w oddzielnych celach). Stało się to 2 sierpnia 1956 r. (choć oficjalnie poinformowano o tym dwa dni później).

Gomułka miał teraz pewien problem, ponieważ zarówno puławianie jak i natolińczycy zaczęli coraz bardziej natarczywie zabiegać o jego "względy". Lepszą dla niego opcją było oczywiście wsparcie natolińczyków, jako że to właśnie wśród puławian znaleźli się ci, którzy potępili go zarówno w 1948 r. (gdy oskarżono go o "odchylenie prawicowo nacjonalistyczne" i usunięto z partii, jak i potem, gdy został uwięziony w 1951 r.). Problem polegał jednak na tym, że ci niewiele byli w stanie mu dać, a poza tym nie gwarantowali mu niezależności od "radzieckich" (biorąc pod uwagę że wspierali takie postacie, jak choćby Rokossowski, Nowak czy Jóźwiak - za którymi mocno opowiadała się Moskwa). Znacznie więcej mógłby uzyskać od puławian, ale to znowu byli znienawidzeni przez niego "żydzi", którzy wcześniej doprowadzili do jego upadku. Puławianie zresztą z jednej strony mizdrzyli się do Gomułki, z drugiej się go bali i często go krytykowali (na przykład na Uniwersytecie Warszawskim w rozmowie ze studentami krytykowano różne postępowania "towarzysza Wiesława", a czynili to właśnie przedstawiciele tej frakcji w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Na początku sierpnia Gomułka spotkał się na Pradze z premierem Józefem Cyrankiewiczem (o czym wspomniałem wyżej). Poparł go też Edward Ochab (czyli obecny I sekretarz PZPR), też należący do frakcji puławian (a przynajmniej przez nią wspierany). Gdy Ochab we wrześniu 1956 r. wyjeżdżał na VIII zjazd Komunistycznej Partii Chin, spotkał się na lotnisku z Cyrankiewiczem, który stwierdził, że Gomułce należy zaproponować jakieś stanowisko, a Ochab dał Cyrankiewiczowi pod tym względem wolną rękę. Ten, na drugi dzień spotkał się z Gomułką i zaproponował mu stanowisko premiera, czyli swoje własne (Cyrankiewicz doskonale wiedział, że ambicje Gomułki są znacznie większe i sięgają I sekretarza i że nie przyjmie on stanowiska premiera. Tym samym doskonale ustawił się w pozycji drugiej osoby w państwie u boku Gomułki). I tak też się stało, Gomułka odrzucił ofiarowaną mu funkcję premiera rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Teraz pragnął już tylko największej władzy, władzy partyjnej (zresztą Ochab też zdawał sobie z tego sprawę i nie trzymał się kurczowo tego stanowiska). Sprawa była rozwojowa, ale żadnych z tych posunięć nie konsultowano z Moskwą - a to wkrótce miało się zemścić.


CDN.

20 listopada 2025

ŻONY ZE STEPFORD - Cz. I

NIEZWYKLE CIEKAWA 
KOBIECA INICJATYWA





"Żony ze Stepford" - o tej książce Iry Levina z 1972 r. słyszeli chyba wszyscy (a przynajmniej wielu), szczególnie że została ona aż dwukrotnie zekranizowana (w 1975 i 2004 r.). W każdym razie książka jak i film nie spodobały mi się. Wizja sterowalnego społeczeństwa, gdzie wszystkie czynności są wykonywane natychmiast przez żywe roboty, a w tym przypadku odgórnie kontrolowane kobiety, całkowicie ubezwłasnowolnione, ale nie będące ani w niewoli ani też nie wyrażające na to zgody, w ogóle do mnie nie przemawia. Nie lubię takich filmów, gdyż odbierają one człowiekowi przyjemność z doświadczania kobiecej uległości, nie będę więc rozpisywał się na temat książki Levina ani filmów Bryana Forbesa i Franka Oza (ten drugi z Nicole Kidman w roli głównej). Chciałbym się skupić na zupełnie innym temacie, a mianowicie na... realnie istniejącej kobiecej organizacji o tej samej nazwie ("Żony ze Stepford"), której członkinie za swój główny cel uważają powrót do relacji damsko-męskich z lat 50-tych i to nawet w niezwykle skrajnej formie. 

Organizacja działa w zachodnim Connecticut, a ja początkowo myślałem że jest to jakaś grupa pasjonatów i fanów filmu, lub też ludzi, którzy w taki sposób lubią spędzać swój wolny czas. Okazuje się jednak że byłem w błędzie - organizacja jest realna (nie hobbystyczna), a kobiety które ją tworzą, naprawdę pragną powrotu innych niż obecnie praktykowane przez feminizm, relacji z mężczyznami. Pozwolę sobie w punktach wypisać wszystkie postulaty, jakie panie Irene, Pree, Carolyn, Stephanie, Clarissa, Blair, Liz, Muff zwana Sisi, Jane, Maddy i Connie praktykują i wcielają w życie, aby poprawić swe relacje z mężami i stworzyć lepszy, cieplejszy dom dla rodziny. Oto one (na początek oficjalne cele):



CELE ORGANIZACJI


1) Organizacja Żon ze Stepford uznaje mężczyznę za głowę rodziny i pielęgnuje tradycyjną rodzinę. Wierzymy w to że tradycyjna rodzina jest nadal dobrym, zdrowym pomysłem, który można wprowadzić w dzisiejszy dzień wraz z nowymi rozwiązaniami.

2) Organizacja Żon ze Stepford wspiera pomysł pracy domowej żony, która nie jest tylko wesołą domową boginią, ale również fantastyczną modnisią, damą o dobrych manierach, dobrze wychowaną, posłuszną żoną, zawsze stawiającą swego mężczyznę na czele.

3) Organizacja Żon ze Stepford wspiera i promuje przebywanie matek w domu.

4) Organizacja Żon ze Stepford celebruje najlepsze wzorce z lat pięćdziesiątych.

5) Organizacja Żon ze Stepford wierzy w wolność każdego, kto chce realizować swoje marzenia. Nigdy nie krytykujemy decyzji innych ludzi co do ich sposobu życia. Jeśli mamy własną opinię - co się rzadko zdarza - mówimy o tym cicho do naszych mężów. Opinie naszych mężów są naszymi opiniami. 

6) Organizacja Żon ze Stepford uważa, że kobiety powinny starać się spędzać cały swój wolny czas na upiększaniu swej urody, ponieważ kobiety ze Stepford mają być widziane a nie słyszane. Milczymy i mówimy tylko wtedy, gdy komplementujemy i podziwiamy naszych mężów.




7) Organizacja Żon ze Stepford nie rozumie ruchu feministycznego i wyboru kobiet, które wolą wyjść w szorstki i profesjonalny świat mężczyzn, ale wspieramy te kobiety, które pracują poza domem, jeśli uzyskały one na to zgodę swych mężów.

8) Organizacja Żon ze Stepford uważa że my jako kobiety powinnyśmy czcić decyzje naszych mężów jako ostateczne, mające władzę nad naszym życiem. Nasi mężowie to nasi doradcy mody: decydują, w co się ubieramy. Są naszymi krytykami kulinarnymi: mówią nam co powinnyśmy ugotować a czego nie. Są naszymi doradcami politycznymi: decydują w jaki sposób powinnyśmy głosować. Są naszymi przewodnikami intelektualnymi: mówią nam co i jak powinnyśmy myśleć.

9) Organizacja Żon ze Stepford uważa, że my jako kobiety nie powinnyśmy myśleć o fizycznej przyjemności dla siebie. Wierzymy że każdego dnia powinnyśmy zachować naszą czystość, aby potem spełnić kaprysy naszych mężów. Nasi mężowie, jako mężczyźni, mają wyłączny dostęp do naszych ciał. Nauczyłyśmy się od dawna, że jako żony nie mamy prawa oczekiwać ani doświadczać fizycznej satysfakcji.

10) Organizacja Żon ze Stepford wierzy w doświadczenie naszych mężów i pozwala im podejmować wszystkie decyzje mające wpływ na nas i na nasze gospodarstwa domowe. Uważamy że nasi mężczyźni są najlepsi, są numerem 1. Są to nasi obrońcy, nasi rycerze, a także jak dodała Helen B. Andelin: "Krąg, wokół którego obracają się wszystkie inne czynności naszego życia"

11) Organizacja Żon ze Stepford nie jest w żaden sposób powiązana z grupami fetyszystycznymi, transseksualnymi, dewiacyjnymi lub alternatywnymi. Nie popieramy żadnych grup fetyszystycznych, transpłuciowych, gejowskich, dewiacyjnych ani alternatywnych. Nie propagujemy gier fabularnych, fantasy ani BDSM. Promujemy tradycyjne wartości rodzinne i pozytywne nastawienie do małżeństwa. Kobiety ze Stepford wierzą w czysty sposób życia, który promuje zdrowe środowisko dla małżeństwa i dzieci.   


 To tyle, jeśli chodzi o główne cele organizacji "Żon ze Stepford", a teraz opiszę wygląd, maniery i ubiór jakimi powinna wykazywać się kobieta, oraz obowiązki żony względem jej męża



 WYGLĄD


Bądź obrazem tradycyjnej kobiecości. Zrób sobie włosy i paznokcie i bądź cały czas dobrze ubrana, nawet jeśli idziesz na podjazd, żeby przynieść pocztę. Pamiętaj że musisz osiągnąć w tym perfekcję.


1) Zawsze noś makijaż.

2) Zawsze dbaj o włosy.

3) Jeśli nie jesteś dobrze wyposażona w obszarze tułowia, użyj wkładek do biustonoszy.

4) Jeśli nie jesteś za cienka, obwiąż piersi paskiem.

5) Noś ciasne, ale konserwatywnie przycięte ubrania, aby pokazać swoje "aktywa". Zawsze pamiętaj aby nosić fartuch podczas prac domowych.

6) Spójrz w lustro. Wyobraź sobie siebie jako dziewczynkę w reklamie telewizyjnej; powinnaś zawsze wyglądać bezbłędnie. Obraz żony ze Stepford jest obrazem osoby, która jest zdrowa i dba o siebie.






CZYNNOŚCI


Teraz jesteś gotowa na rozpoczęcie dnia. Jesteś domową boginią, twój dom jest twoją świątynią. Twój drugi dom, z dala od pierwszego to supermarket. Jedyna wyższa siła, przed którą się tłumaczysz ze swoich czynności, to mężczyźni w twoim życiu. To znaczy w kolejności: twój mąż, twój syn oraz inni mężczyźni.


1) Czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Wszystko musi być bez skazy.

2) Gotuj.

3) W supermarkecie wszystkie rzeczy w koszyku muszą być przez ciebie dokładnie uporządkowane.



 MANIERY


Żony ze Stepford są wzorem etykiety. Są ciche i jeśli mówią to cicho. Używają dobrych manier, często przepraszają i są wiecznie wesołe. Uśmiech żon ze Stepford jest wyrazem ich uległości.


1) Zawsze zachowuj się w sposób uprzejmy i łagodny, nawet jeśli jesteś sama. Etykieta i dobre maniery zaczynają się właśnie w domu, gdy nikt nie patrzy.

2) Nigdy nie podnoś głosu.

3) Zawsze mów "proszę" i "dziękuję" za najmniejsze rzeczy, publicznie i prywatnie.

4) Zawsze przepraszaj za najmniejsze uchybienia, publicznie i prywatnie.

5) Nie miej żadnych mocnych opinii na żaden temat, chyba że wyrażasz entuzjazm co do produktów do czyszczenia, żywności lub przepisów.

6) Twój mężczyzna jest numerem 1. On jest najważniejszym elementem w twoim życiu. Odpowiadasz najpierw na jego pytania, potem na syna, a potem na innych mężczyzn (tylko wtedy, gdy z tobą rozmawiają). 

7) Nie czytaj, nie masz na to czasu.



OBOWIĄZKI ŻONY


Podstawowym obowiązkiem żony jest zadowolić swego męża.


1) Zawsze go witaj u drzwi z wesołą twarzą i delikatnym, kochającym głosem.

2) Umyj się, zrób makijaż, wyperfumuj się na jego powitanie.

3) Na początku poinformuj męża o dobrych wieściach, skargi (stopniowane) przekaż dopiero po miłym i dobrym obiedzie.

4) Zawsze ubieraj się tak, aby zadowolić swego męża. Jego i tylko jego, nikogo innego.

5) Podczas rozmowy z mężem, mów do niego miękkim, łagodnym głosem.

6) Nie ubieraj się dla innych kobiet, nie konkuruj z nimi. Ubieraj się jedynie dla męża.

7) Gdy gotujesz, sprzątasz, lub wykonujesz pracę wymagającą wysiłku fizycznego, zawsze staraj się nosić odpowiednie ubrania (pamiętaj o fartuchu podczas gotowania), ale gdy nim mąż wróci, wykąp się, przebież w jego ulubioną sukienkę, użyj jego ulubionych perfum i tak powitaj swego męża.

8) Nie proś męża o wiele niepotrzebnych rzeczy. Rozważ swoje potrzeby.

9) Zawsze staraj się zadowolić swoich gości i członków rodziny męża.

10) Nie utrzymuj przyjaźni z osobami, z którymi on tego nie czyni.

11) Nigdy nie pozwól, aby obcy mężczyźni zostali z tobą sam na sam, gdy męża nie ma w pobliżu. 

12) Jeśli twój mąż chce coś zrobić, albo chce abyś ty coś zrobiła, zrób to z uśmiechem. Powiedz "nie" tylko wtedy, gdy spowoduje to nieodwracalne uszkodzenie ciała, psychiki lub morale. 

13) Jeśli twój mąż jest zły, milcz. Zawsze pierwsza staraj się go przeprosić.

14) Nie wychodź z domu bez jego pozwolenia. Jeśli musisz wyjść, zadzwoń do niego i daj mu znać gdzie i kiedy będziesz.

15) Zawsze staraj się poprawić humor swemu mężowi, bądź mu posłuszna i podporządkowana.



PRZEWODNIK ORGANIZACYJNY  
"ŻON ZE STEPFORD"
POWITANIE MĘŻA, 
WRACAJĄCEGO Z PRACY


  • 16:30 - W ostatniej chwili sprawdź, czy kolacja jest już gotowa. 

  • 16:45 - 17:15 - Odśwież makijaż, uczesz włosy i upewnij się że twoja sukienka jest podniecająca.

  • 17:15 - 17:30 - Przygotuj jego ulubiony, orzeźwiający zimny napój i podaj go na małej tacy.

  • 17:30 - 17:35 - Twój maż jest już w domu! Zrób największy uśmiech jaki potrafisz i powitaj go, przytulając się do niego i powiedz: "Witaj w domu kochanie".

  • 17:35 - 17:40 - Pomóż mu zdjąć płaszcz i rozwiąż buty, podaj mu pantofle. Podaj mu drinka, który wcześniej przygotowałaś. Spytaj się jak minął mu dzień (jeśli niechętnie odpowiada, nie kontynuuj tematu, powiedz po prostu: "Cieszę się że już jesteś w domu").

  • 17:41 - 18:00 - Upewnij się że obiad jest ładnie ułożony na stole.

  • 18:00 - 18:45 - Twój mąż je obiad, staraj się mu dogodzić, jeśli cie poprosi abyś coś przyniosła z kuchni, zrób to. Jeśli przez to wystygnie ci twój obiad, to nic, zjesz później, zresztą to dobrze zrobi dla twojej talii.

  • 18:45 - 19:00 - Po obiedzie zapytaj męża czy jest jeszcze coś, czego pragnie i co mogłabyś spełnić, jeśli niczego nie chce, pozwól mu odpocząć, wróć do kuchni. Jeśli chce z tobą porozmawiać - usiądź i słuchaj. Nie przerywaj, nie odzywaj się póki nie skończy.





JAK POWINNAŚ SIĘ ZACHOWYWAĆ
WOBEC SWOJEGO MĘŻA, 
GDY JESTEŚ POZA DOMEM?


Wyjście ze swoim mężczyzną to jedna z przyjemności związku: nie tylko korzystasz z męskiej ochrony gdy jesteś w miejscu publicznym, ale także zyskujesz męskie uznanie i uprzejmość. Kiedy kobieta wychodzi z mężem, dynamika zachowań w miejscach publicznych jest nieskończenie inna niż wtedy, gdy idzie sama. Oto lista zachowań, które my, członkinie organizacji Żony ze Stepford powinnyśmy stosować, gdy jesteśmy z mężem poza domem.


1) Jeśli mąż podejmie decyzję, nie kwestionuj jej. Powiedz: "Myślę że to mądry wybór" lub po prostu: "Masz rację".

2) Przeproś swego męża za najmniejszą rzecz. Nie trzeba się wcale wysilać aby powiedzieć "przepraszam" z uśmiechem.

3) Zawsze ubieraj się dobrze, ale ubieraj się zachowawczo. Pamiętaj, że ubierasz się seksownie tylko w zaciszu swojego domu, dla swojego mężczyzny. 

4) Prezentuj się w sposób godny, czysty i skromny.

5) Zawsze dziękuj swojemu mężowi, gdy podstawia krzesło, trzyma drzwi lub pomaga tobie.

6) W restauracjach zawsze mężczyzna zamawia dla was obojga. Pozwól mu zdecydować co wybrać, lub jeśli cię zapyta co chcesz, spytaj go co według niego może być dobrym daniem. Zawsze akceptuj jego decyzje i pamiętaj podziękować mu za pyszny obiad, gdy wychodzicie z restauracji. 

7) Jeśli z jakiegoś powodu twój mężczyzna denerwuje się lub beszta cię przed obcymi, nie mów: "Czy możemy to omówić w domu?". Przyjmij odpowiedzialność i potulnie powiedz "przepraszam" z żalem i uśmiechem. 

8) Pamiętaj aby zawsze uśmiechać się do swojego mężczyzny. To pokazuje że jesteś tam aby go zadowolić






JAK POWINNAŚ SIĘ UBIERAĆ?


Pamiętajcie, że Żony ze Stepford ubierają się nie dla siebie, ale po to aby podobać się swemu mężczyźnie. Oto najpopularniejsze przykłady ubiorów, jakie powinny preferować Żony ze Stepford.


 "MAŁA DZIEWCZYNKA TATUSIA"

 Chociaż nie ma konkretnego sposobu ubierania się dla Żon ze Stepford, to jednak my, dziewczyny cenimy pewne style i symbole w naszych codziennych strojach. Zaczynamy od prostego stylu: "Mała dziewczynka tatusia". Przenosi on nas w czasy dzieciństwa, gdy byłyśmy niezamężnymi, małymi dziewczynkami, grzecznymi i posłusznymi męskim członkom naszego domostwa. Ten styl przypomina nam także, aby zawsze pozostać wiernym naszemu powołaniu jako żony. Ubieranie się w ten sposób pokazuje również naszym mężom, że wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami, które teraz bawią się w naszym domu, dbając o mężów. 


UBRANIE:

 Nie ma konkretnego nakazu w tej kwestii, ale sukienki powinny mieć wiele wstążek, kokardek, falbanek i koronek. Ubrania powinny być zawsze czyste, ładne i młodzieńcze o jasnych (białych, różowych lub jasnozielonych, ewentualnie jasnoniebieskich) kolorach. Wszystko to podkreśli naszą kobiecą delikatność a jednocześnie pokaże naszym mężom, że aby utrzymać ładny wygląd, wkładamy w to mnóstwo pracy. Robimy to przecież dla naszych mężów, którzy na pewno to docenią.


 KOKARDA STEPFORD

 Żony ze Stepford preferują ubrania w tradycyjnym stylu z lat 50-tych. Sukienki, bluzki, garsonki powinny mieć schludną kokardę w jasnych kolorach. Kokarda sugeruje naszym mężom, że jesteśmy darami, gotowymi do rozpakowania, ale tylko w zaciszu naszych domów, za zamkniętymi drzwiami i tylko do dyspozycji naszych mężów. 


KODEKS STROJU ŻON ZE STEPFORD

Nie ma żadnego - możesz ubierać się w dowolny sposób, w jaki chce cię widzieć twój mąż, lub jaki ty sama wybierzesz (za jego pozwoleniem). Na przykład, jedna z naszych dziewcząt, Liz ma męża który bardzo lubi podróże lotnicze. Chociaż Matthew zajmuje się robotami budowlanymi i rzadko lata samolotem, to sympatia dla ładnych, wesołych stewardess została mu od dzieciństwa. Zanim Liz poznała Matthew, była starszym wiceprezesem w firmie finansowej na Manhattanie. Była to jednak praca pełnoetatowa, a Liz uważała, że traktowanie swego męża jak króla było zadaniem, które musiało zostać wykonane perfekcyjnie. Poprosiła więc Matthew o zgodę na porzucenie pracy i pozostanie w domu na pełny etat. Liz zauważyła, że jej służbowe garnitury bardzo przypominają uniformy stewardess. Zaniosła więc te ubrania swoim krawcowym, aby je lepiej dopasować. Matthew był zauroczony już pierwszego dnia, gdy wrócił z pracy, żona powitała go ubrana jak dyrektor generalny z listy 100 najbogatszych firm na giełdzie. Obdarzyła go uściskiem i pocałunkiem, a potem powiesiła mu kurtkę i klęknęła aby rozwiązać jego buty. Myśl, że młoda kobieta - która mogła podejmować przełomowe decyzje w międzynarodowych holdingach - porzuciła świat biznesu po to tylko, aby zająć się jego osobistymi potrzebami, wzmocniła jego męską dumę. Kiedyś była wiceprezesem, mającym pod sobą wielu pracowników (w tym także mężczyzn), a dziś kroczy entuzjastycznie u boku Matthew i oczekuje z niecierpliwością na każdy rozkaz swego biologicznego szefa. Takie jest prawo mężczyzny do decydowania o losie własnej żony i dania jej prawa do bycia na każde jego wezwanie. My, dziewczyny ze Stepford na pewno to popieramy. 


PAS DO POŃCZOCH

Pora nocna, to pora na kremy, odżywki na odchudzanie i różnorodne praktyki poprawy skóry, ale Żona ze Stepford również w łóżku powinna umieć ubierać się seksownie, aby powitać w nim swego mężczyznę. Pas do pończoch jest zasadniczo związany z męską fantazją (kobiety tak ubrane były na kalendarzach, plakatach i na amerykańskich bombowcach i myśliwcach podczas II Wojny Światowej), dlatego też, jeśli w garderobie żony znajduje się jakiś niezbędny element, to jest nim właśnie pas do pończoch. Noś swoje pasy wraz z pończochami, podobnymi jak te z epoki vintage. Możesz je wygodnie nosić do łóżka z pasującymi majtkami. Organizacja Żon ze Stepford zaleca, aby kobiety od czasu do czasu nosiły pasy do pończoch bez majtek, aby tym samym zachęcić swego męża do nocy pełnej spełnienia.






PRZEWODNIK PO WSPANIAŁYM SEKSIE
ŻON ZE STEPFORD


Czuję się trochę zakłopotana, gdy o tym piszę, ale jestem skłonna podzielić się tym, wierząc, że przyniesie radość i spełnienie niezliczonym żonkom. My, kobiety ze Stepford wspominaliśmy już wcześniej, że my, jako żony i kobiety, zrezygnowaliśmy z osobistej satysfakcji, aby skupić się w 100 procentach na sprawianiu przyjemności naszym mężom. Pamiętaj, że każda sekunda, którą tracisz na własne zadowolenie, oznacza utraconą sekundę przyjemności twego męża, należną mu z racji jego płci. Chociaż my tutaj w organizacji wszystkie uważamy, że obrzezanie kobiet jest barbarzyńskie, błędne i powinno być zabronione, uważamy również, że na pewnym poziomie pierwotna intencja i motywacja stojąca za praktyką, nie są aż tak dalekie od zasad, które kobiety podtrzymują w Stepford. Same zachowujemy się w podobny sposób, jak kobiety które realnie zostały obrzezane, co jest równoznaczne ze zmniejszeniem się libido i kojarzone z kulturalnymi ideałami kobiecości i skromności, które obejmują pojęcia: "Kobiety są czyste i piękne, po usunięciu części ciała które są uważane za "nieczyste". W naszym świecie dziewczęta w organizacji uważają, że danie mężczyźnie fizycznej satysfakcji jest jednym z największych kobiecych osiągnięć. Ogromna korzyść płynąca z tego, że dajemy mężczyźnie satysfakcję, jest już dla nas wystarczającą nagrodą. Nasze osobiste spełnienie seksualne nie jest warte rozważenia, w porównaniu do fizycznej przyjemności mężczyzny. Uważamy również, że gdy jesteśmy same, powinnyśmy powstrzymać się od samozadowolenia. Nadużywanie naszych ciał, pod nieobecność naszych mężów, jest nie tylko nieczyste, ale usuwa mężczyznę z przejęcia aktu seksualnego. Tylko nasi mężczyźni są jedynymi, którzy mogą zainicjować akt seksualny. Sekretem seksualnego spełnienia Żon ze Stepford jest właśnie mantra, powtarzana zawsze i wszędzie (w sypialni, kuchni, łazience, pralni): "Nie mam prawa". Dopóki pamiętasz te trzy słowa, szczerze wierzymy że osiągniesz najwyższy stopień spełnienia jako zamężna kobieta.   


 DOBRE MANIERY PRZY STOLE


Dziewczyny w naszej organizacji mają indywidualne zasady przy stole, choć jest jedna główna - nigdy nie jemy obiadu bez obecności naszych mężów, na tym podobieństwa się kończą. Na przykład Carolyn, moja siostra, zawsze krąży nad Jamesem, podając mu posiłek, dolewając drinka, potem siada i słucha jak minął mu dzień. Ja siedzę z pustym talerzem przed Charlesem gdy je. Nie wstaję, dopóki czegoś nie potrzebuje. To, czego Charles nie dokończy zjeść, zrzuca na mój pusty talerz i ja potem zjadam wszystko, to czego on nie dokończył. Zarówno Georgina jak i Jane pięknie się ubierają i siedzą cicho, uśmiechają się do swoich mężów, podczas gdy oni jedz. Niekiedy pan Thomas (mąż Georginy) mówi jej aby usiadła w drugim pokoju, póki on je. Większość dziewczyn nie jada wraz ze swymi mężami, gdyż wiedzą że najważniejsze jest dbanie o szczupłą figurę. Jedzą więc w kuchni, w trakcie przygotowywania posiłku dla swego mężczyzny. 






NACZELNE ZASADY ŻON ZE STEPFORD

"CZŁOWIEK Z AKSAMITU I STALI"
(1972 r.)


 "Człowiek z Aksamitu i Stali" został napisany w 1972 r. i chociaż jest przede wszystkim przewodnikiem dla mężczyzn, pomyśleliśmy, że podzielimy się naszymi wyróżnionymi fragmentami, ponieważ również jest to przewodnik dla kobiet ze Stepford, oto niektóre z ulubionych wśród naszych dziewcząt cytatów:


"Kobiety muszą wrócić do swoich domów i służyć swoim mężom. Za dużo myślą o tym co chcą robić, a nie o tym co powinny robić".

"Mężczyzna jest fizycznie, emocjonalnie i moralnie predestynowany do tego, aby przewodzić"

"Kobieta jest podporządkowana swemu mężowi we wszystkim. To on decyduje i trzyma wodze rodziny. A jednak kobieta w równym stopniu ponosi odpowiedzialność za rodzinę"

"Kobiety i dzieci potrzebują męskiej ochrony. Należy je uchronić przed sytuacjami, w których mogłyby zostać obrażone, poddane presji lub w jakikolwiek sposób narażone na przemoc"

"Kobieta może być zupełnie nieczuła w obecności zwykłych mężczyzn, ale spotykając męskiego, silnego mężczyznę, czuje się nagle jak kobieta i budzi on w niej podziw i respekt



 W KOLEJNEJ CZĘŚCI: CZY KOBIETY POWINNY GŁOSOWAĆ, CO CZYTAĆ i JAK POPRAWIĆ SWOJE RELACJE Z MĘŻEM i DZIEĆMI, BĘDĄC KOBIETĄ WYZWOLONĄ, WYCHOWANĄ W CZASACH FEMINIZMU i tzw.: RÓWNOUPRAWNIENIA? A TAKŻE... TAJEMNICZA, ANTYMISTYCZNA SZKOŁA DLA DZIEWCZĄT


CDN.

19 listopada 2025

UNIA POLSKO-LITEWSKO-MOSKIEWSKA - Cz. III

DYMITRIADY




 W styczniu 1598 r. wraz ze śmiercią cara Fiodora I (syna Iwana IV Groźnego), zakończyła swe panowanie w Rosji dynastia Rurykowiczów, założona w 862 r. przez szwedzkiego wikinga z plemienia Rusów - Ruryka. Na tron wstąpił pewien ambitny bojar, będący dotąd regentem i carskim doradcą - Borys Godunow. W 1591 r. (prawdopodobnie) rozkazał on zamordować ostatniego dziedzica moskiewskiego tronu, dziewięcioletniego carewicza Dymitra Iwanowicza, dzięki czemu pragnął zapewnić sobie sukcesję po śmierci nieudolnego Fiodora I, gdyż jego córka była żoną cara. I tak też się stało, ponieważ Fiodor I nie miał potomstwa, Sobór Ziemski w 1598 r. obrał na nowego cara właśnie Borysa Godunowa. Od 15 stycznia 1582 r. pomiędzy Rzeczpospolitą a Moskwą panował pokój, po zakończeniu ostatniej wojny z lat 1577-1582, która pozbawiła Rosjan dostępu do Bałtyku od strony Inflant i spowodowała ich zajęcie przez Rzeczpospolitą (w latach 1580-1582 wojska polsko-litewskie kontrolowały ogromny obszar ziem moskiewskich, począwszy od Czernihowa i Nowogrodu Siewierskiego a skończywszy na Staricy - letniej siedzibie cara - nad Wołgą, Nowogrodzie Wielkim i ziemiach wokół jeziora Pejpus). W październiku 1600 r. do Moskwy wyprawił się z poselstwem kanclerz litewski Lew Sapieha, który przedstawił carowi Godunowowi projekt utworzenia unii polsko-moskiewskiej na kształt Unii polsko-litewskiej. Oba państwa miały prowadzić wspólną politykę zagraniczną, posiadać wspólny pieniądz, skarb, armię i flotę. Prawa katolików, protestantów i prawosławnych na całym obszarze unii byłyby takie same (co było normą w Rzeczypospolitej, ale już w Moskwie zupełną nowością), a szlachta moskiewska otrzymałaby te same prawa i przywileje, które posiadała szlachta w Rzeczpospolitej. Co prawda z początku mieli panować dwaj monarchowie polski i rosyjski, ale potem przewidywano już jednego, wspólnego króla i cara, władającego całym obszarem potężnego państwa. Borys Godunow odmówił jednak poparcia owego projektu, więc plan ten wówczas upadł. 

W 1603 r. w majątku księcia Adama Wiśniowieckiego pojawił się człowiek, który zaczął podawać się za cudownie ocalonego z rąk zabójców, carewicza Dymitra Iwanowicza, najmłodszego syna Iwana Groźnego, rzekomo mającego uniknąć śmierci w Ugliczu w 1591 r. Na dowód prawdziwości swych słów, pokazywał kosztowny krzyżyk i dokument, który miał potwierdzać prawdziwość jego słów. Książę Wiśniowiecki zawezwał więc ukrywających się w Rzeczpospolitej zbiegów moskiewskich (sporo ich wówczas ukrywało się w Rzeczpospolitej), którzy mieli sposobność widywać carewicza w Ugliczu. Potwierdzili oni prawdziwość słów owego Dymitra, wskazując na brodawkę na twarzy i wysuniętą łopatkę. Odtąd był traktowany jak carewicz, a nie pachołek, jak było wcześniej. W rzeczywistości był to zaś zbiegły z jednego z monasterów, prawosławny mnich Griszka Otriepow, który rzeczywiście podobny był do zamordowanego carewicza. 25 maja 1604 r. poprosił on wojewodę sandomierskiego - Jerzego Mniszcha o rękę jego córki - Maryny, obiecując (po odzyskaniu władzy w Rosji) przekazać jej w posagu Nowogród Wielki i Psków, zaś jej ojcu połowę Smoleńszczyzny, Siewierz i milion złotych. Składał też i inne obietnice - nuncjuszowi papieskiemu w Rzeczypospolitej Rangoniemu, przyrzekł nawrócić Moskwę na katolicyzm, królowi Zygmuntowi III obiecywał sojusz w walce ze Szwecją i Turcją, zapewnienie polskiemu handlowi szlaku do Persji a także oddanie utraconego w 1514 r. Smoleńska. Nic więc dziwnego że król i pozostali magnaci obiecali mu swą pomoc w odzyskaniu moskiewskiego tronu (król przyznał mu 40 000 złotych polskich rocznego zasiłku, zaś poczty wojskowe wystawił za własne pieniądze wojewoda Mniszech.




Tak więc Dymitr Samozwaniec w sierpniu 1604 r. z pocztami magnackimi i najemnymi wyruszył w kierunku Moskwy, po koronę carów. Była to sprzyjająca chwila, bowiem w Rosji wówczas (1603 r.) panował straszliwy głód, a ceny żywności wzrosły niebotycznie. Konrad Bussow, cudzoziemiec, który miał przebywać w państwie carów, potem opowiadał niestworzone historie na temat owych nieszczęść, mówił: "Klnę się na Boga, najprawdziwsza prawda, co widziałem na własne oczy, jak ludzie leżeli na ulicach i, na podobieństwo bydła, pożerali latem trawę, a zimą siano (...) a inni pożerali ludzki kał i siano. Niepoliczalne, ile dzieci zostało zabitych, zarżniętych i ugotowanych (...) Ludzkie mięso, drobniutko pokrojone i upieczone w pierogach (...) sprzedawało się na rynku (...) i pożerało". Nic więc dziwnego że w takich warunkach wielu dworzan cara Godunowa odwracało się od niego. Buntowali się też chłopi. Borys Godunow dodatkowo wprowadził prikaz (listopad 1601 r.) zakazujący ludowi przenosić się z miejsca na miejsce bez wyraźnego pozwolenia władzy (czyli samego cara i jego przedstawicieli). Tym samym chciał zarówno przywiązać ludzi do ziemi na której żyli i jednocześnie przypodobać się bojarom, którzy i tak mieli go w pogardzie. Nic więc na tym nie wskórał, zraził zaś do siebie tylko zwykły rosyjski lud. Gdy więc Dymitr Samozwaniec ruszył z 12 000 polskim wojskiem (13 października 1604 r. przekroczył granicę) na Moskwę, liczne miasta same otwierały przed nim swe bramy. Pierwszym był Czernihów (26 października), choć już pod Nowogrodem Siewierskim stoczono pierwszą bitwę (wygraną przez poczty Mniszcha, Wiśniowieckiego, Rożyńskiego i Strusia) i doprowadzono do kapitulacji twierdzy nowogrodzkiej (11 grudnia), bronionej przez Piotra Basmanowa, po 41 dniach oblężenia. 31 grudnia doszło do bitwy nad rzeką Uzruj, niedaleko Nowogrodu. Zakończyła się ona zupełną klęską Rosjan, a uciekli oni tak szybko, że odnotował to również rosyjski XVII-wieczny historyk Karamzin, pisząc: "ani oręża, ani rąk, tylko mieli nogi". Po tym zwycięstwie poddały się Dymitrowi takie miasta jak Siewsk, Kursk, Borysów, Morawiesk, Oskoł, Putywl, Rylsk, Wałujki i Kromy, skapitulował też dworzanin cara Godunowa Chruszczow, który padł do nóg Dymitra, widząc w nim cudownie ocalonego carewicza i zbawienie dla Rosji.




W styczniu 1605 r. siły Dymitra Samozwańca liczyły już 15 tys. żołnierzy (z czego tylko 1 500 Polaków, gdyż reszta odeszła, nie otrzymawszy dalszego żołdu, oraz 12 000 Kozaków). Do drugiej bitwy doszło pod Dobryniczami 31 stycznia. Książę Fiodor Mścisławski (pobity nad Uzryjem), zebrał nowe wojsko i ruszył ponownie na Dymitra. Bitwa została przegrana, a Dymitr musiał wycofać się do Putywla - gdzie utworzono tymczasową stolicę "państwa dymitrowego", przemianowując je na Carogród. Mimo porażki, kolejne miasta deklarowały swoje poparcie dla Samozwańca (w Moskwie szeptano że ponownie wzejdzie słońce dla państwa, gdy carem zostanie młody Dymitr), to doprowadziło do śmierci cara Borysa Godunowa (23 kwietnia) i objęcia tronu przez jego syna 16-letniego Fiodora II. A tymczasem dobra passa Dymitra trwała w najlepsze, przyłączali się bowiem do niego wszyscy: zbuntowani chłopi i walczący z nimi bojarzy, wszyscy widzieli w nim zbawcę, nowego Chrystusa dla Rosji. W tej sytuacji bojarzy w Moskwie obalili Fiodora II Godunowa (28 maja) i obwołali carem Dymitra, wkroczył on do Moskwy 10 czerwca (wcześniej bojarzy Golicyn i Massalski zamordowali przebywającego w lochu młodego obalonego cara Fiodora II). Klucze do skarbu, szaty i koronę carską przekazano Dymitrowi jeszcze przed wkroczeniem do Moskwy (3 czerwca). 31 lipca miała miejsce uroczysta koronacja Dymitra, na nowego cara (Polaków w Moskwie w orszaku Dymitra było tam już tylko 600). Dymitr wysłał następnie do Rzeczypospolitej swego posła Ofarasa Bezobrazowa, który wręczył królowi Zygmuntowi III jedną z rosyjskich koron, w dowód podzięki za udzieloną pomoc. 




A tymczasem Zygmunt III miał swoje problemy. Na sejmie pod laską Stanisława Białłozora (20 stycznia - 3 marca 1605 r.) musiał stoczyć duży spór ze szlachtą, a szczególnie z hetmanem Janem Zamojskim, który oficjalnie zarzucił królowi niekonsekwencję w decyzji i odwlekanie działań w Inflantach (w rzeczywistości król niewiele mógł tam uczynić, gdyż tam po prostu potrzeba było pieniędzy, które podburzona szlachta płacić nie chciała), dodatkowo Zamojski postawił sobie krzesło naprzeciwko królewskiego tronu i rozmawiał z królem siedząc, co się nie godziło w takiej sytuacji i to pomimo tego, że Zamojski miał już swoje lata (63). Mówił do króla: "Wstyd to dla tej korony że z tak małym nieprzyjacielem tyle lat prowadzi nieużyteczne boje", dodając na zakończenie: "Na imię Boga, zaklinamy cię więc królu! Nie zapominaj, że Szwecyja cię zrodziła, Polska przyjęła i karmi; Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami". Mowa ta, wywołała wielki skandal i jednocześnie ogromne wzburzenie króla, który poderwał się z tronu i chwycił za rękojeść szabli, na co Zamojski dodał: "Królu! Nie rwij się do oręża, aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!". Potem zaczęła się już zwykła pyskówka, którą przerwał kasztelan żarnowski - Ossoliński, twierdząc że we wszystkich tych zarzutach więcej było prywaty i pychy aniżeli gorliwości o dobro państwa i obywateli. 

A tymczasem Dymitr Samozwaniec wysłał posłów do króla Zygmunta III z prośbą o rękę Maryny Mniszchówny i kosztownymi dla niej upominkami (5 października 1605 r.). Król wyraził zgodę i uroczyste zaślubiny (per procura) odbyły się 27 listopada w kamienicy Firlejów w Krakowie. W towarzystwie siostry króla - Anny, przybyła tam, przystrojona w białą suknię, przyozdobioną perłami i drogimi kamieniami, z koroną na głowie - Maryna Mniszchówna. Po ceremonii goście weselni i posłowie rosyjscy, uczestniczący w owej uroczystości, udali się na przyjęcie. Poseł rosyjski odmówił jednak spożywania potraw w obecności carowej (rosyjski poddany, choćby nawet był to bojar czy książę, uważany był za niewolnika dla cara i jego rodziny), czym wzbudził prawdziwą sensację nieprzyzwyczajonych do takich stosunków biesiadników. Gdy już jednak przekonano go aby dołączył do stołu i skosztował potraw (Maryna musiała mu wydać wręcz taki rozkaz), pojawiła się kolejna konsternacja, bowiem okazało się że rosyjski poseł, człowiek zdawałoby się oczytany i inteligentny, nie potrafił... jeść sztućcami, biorąc potrawy rękoma i tak też je spożywając, a na każde stwierdzenie lub słowo Maryny, padał natychmiast do jej stóp. Potem były tańce, a sam król Zygmunt o pierwszy taniec poprosił Marynę Mniszchównę, która po zakończeniu przyjęcia, w podzięce za doznane łaski i wywyższenie, upadła przed królem na kolana, król polecił jej powstać i nakazał: "Pamiętaj o rozmnażaniu chwały Bożej, o zachowaniu pokoju i miłości z Koroną, pod która się zrodziłaś i o przekazaniu tej miłości potomstwu swojemu". Następnie polecił ją strzec swoim posłom Oleśnickiemu i Gosiewskiemu. Maryna wyruszyła więc w drogę do Moskwy, w której to zaczęły się teraz duże zmiany, przeprowadzone przez cara Dymitra Samozwańca. 


MARYNA MNISZCHÓWNA



CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. VIII

FILARY SPOŁECZNEGO 
ROZWOJU LUDZKOŚCI 
I METODY PATOLOGIZACJI 
NA PRZESTRZENI WIEKÓW





TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI:
Cz. V



SŁOWIANIE I CELTOWIE
Cz. V






SŁOWIANIE W GRECJI
(ok. 1800 r. p.n.e. - ok. 1180 r. p.n.e.)
Cz. V



BLISKI WSCHÓD W OGNIU SŁOWIAŃSKICH ŻAGIEW
(ok. 1200 r. p.n.e. - 1170 r. p.n.e.)
Cz. I



"Ojcze, czy nie wiedziałeś, że wszystkie moje siły stacjonują w kraju Hetytów, a wszystkie moje okręty nadal stoją w Lukka i jeszcze nie powróciły? Ten kraj jest więc pozostawiony sam sobie

Fragment listu władcy miasta Ugarit - Ammurapiego, do króla Cypru (Alaszij) 
(koniec XIII wieku p.n.e.)



Zdobycie i zniszczenie Troi nie było ani wyjątkowym, ani jedynym przejawem tak doniosłych wydarzeń, które realnie doprowadziły do zakończenia pewnego ustabilizowanego politycznie i etnicznie świata i na jego gruzach stworzenia czegoś zupełnie nowego (a przynajmniej znacznie różniącego się od dotychczasowych form ustrojowo-ekonomiczno-społecznych). Ludy, które przywędrowały z Północy, nie zatrzymały się ani w Grecji, ani w Anatolii, a poszły znacznie dalej, aż do Syrii i Egiptu. Ich pochód znamionowały łuny płonących miast i pałaców władców, którzy dotąd uchodzili za niezwyciężonych i którzy jedynie równych sobie statusem i potęgą uważali za godnych jakichkolwiek bliższych relacji. Teraz to wszystko zostało wywrócone do góry nogami, a ci, którzy dotąd uważali się za panów i władców ziem na których mieszkali, musieli czym prędzej uchodzić przed potęgą, która dla nich okazała się nie do zatrzymania. Potęgę tę uosabiali biali wojownicy w Północy, o dość dziwnych hełmach, przypominających niekiedy te, znane nam z opowiadań o wikingach. Rogate hełmy były jednak wśród tych ludów w mniejszości, natomiast znacznie bardziej rozpowszechnione i używane jako przykład odmienności kulturowej plemion Północy (od tych, przez których ziemie przechodzili) były dziwne nakrycia głowy, nieco przypominające niewielkie pióropusze. Jednak ci, którzy mogliby sądzić, że miało to coś wspólnego z Indianami mocno by się pomylili, gdyż okazuje się że takich nakryć głowy (a przynajmniej bardzo podobnych) używają do dziś mieszkańcy pewnych terenów kraju, o nazwie Polska. Ale o tym potem. Teraz wszakże przejdźmy do tras, jakie poszczególne plemiona obrały sobie w swym niszczycielskim pochodzie na Południe, a których kwintesencją było dotarcie do Egiptu, Libii oraz Palestyny i osiedlenie się tam (np. w jakiś czas po osiedleniu się "Ludów Morza" wśród libijskich plemion, ludy te zjednoczyły się na tyle, że... zdołały opanować Egipt i zainstalować tam własną, libijską dynastię, co wcześniej, w czasach świetności Kraju Piramid było nie do pomyślenia).  



GRECJA  
CZYLI KTO PIERWSZY NA PELOPONEZ




W poprzednich częściach tej serii pisałem już o greckich mitach, które mówiły że w czasie (lub wkrótce po jej zakończeniu) Wojny Trojańskiej, na Peloponez weszło plemię Dorów, prowadzone przez wnuków Hyllosa, syna Heraklesa, którzy podstępem, dzięki władcy Etolii - Oksylosowi, pokonali Achajów i stali się panami Argolidy, Lakonii i Mesenii. Jak już mówiłem, mit z reguły ma coś wspólnego z prawdą i rzeczywiście plemię Dorów (jest to późniejsza, zniekształcona nazwa "ludu Ognia" z Północy, czyli właśnie "Gorów" - a słowo to pochodzi od starosłowiańskiego "gore" - czyli "płonie", "pali się" lub "parzy"), weszło na Peloponez ok. 1180 r. p.n.e., pytanie tylko, czy było jedynym które dokonało zniszczenia cywilizacji achajskiej, czy też miało swoich pomocników? Na steli faraona Merenptaha (z ok. 1207 r. p.n.e.) widnieje osiem ludów Północy, z którymi musiał się ów faraon zmierzyć (ich nazwy wymieniałem w poprzedniej części), ale biorąc pod uwagę fakt, że do ataku na Peloponez doszło po roku 1200 p.n.e., należy przyjąć że była to druga grupa tych plemion, których tym razem (według Ramzesa III) było pięć i z którymi również przyszło się mierzyć Egipcjanom oraz innym ludom Syro-Palestyny. Najprawdopodobniej jednak samą Grecję zaatakowali jedynie Gorowie/Dorowie, ale, biorąc pod uwagę fakt że atak mógł również być prowadzony od strony morza (przecież Cypr był wówczas zagrożony atakiem morskich sił ludów o nieznanym pochodzeniu, które przeszły przez tę wyspę, jak również przez morskie porty i emporia Syrii, niczym nóż który wbija się w masło) można więc przyjąć, że niektóre plemiona spośród tej piątki (Danuna, Karkisa, Waschasch, Tjeker, Peleset) również mogły brać udział w ataku na Ahhijawę (achajską Grecję). Jednak warto przede wszystkim przyjrzeć się temu, co po sobie zostawili najeźdźcy na Peloponezie, gdyż pewna część tamtejszych grodów nigdy już nie została ponownie odbudowana i zasiedlona.  



MYKENY

 


"Wielu było dzielnych i przed Agamemnonem ale, 
nie opiewani przez poetów, utonęli w nocy zapomnienia"

Horacy
("Pieśni")


Przybycie słowiańskich "Ludów Morza" z Północy, co prawda ostatecznie położyło kres istnieniu Myken - jednego z największych ośrodków politycznych achajskiej Grecji, ale nie było to wcale jedyną katastrofą, jaka spotkała owe miasto w ciągu ostatnich stu lat przed zagładą. Podobnie jak Troja nie upadała raz, a co najmniej dwa, lub trzy razy, tak i Mykeny zostały zniszczone po raz pierwszy ok. 1250 r. p.n.e. zapewne przez potężne lokalne trzęsienie ziemi. Jednak dopiero ostatnie zniszczenia (biorąc pod uwagę omawiany okres, czyli pierwsze dwa dziesięciolecia XII wieku p.n.e.), niosą ze sobą bezpośrednie ślady działania ognia. Poza tym wiele spopielonych elementów (np. gruz ze spalonych cegieł, belek i zwapnionego kamienia) świadczy ewidentnie że doszło do prób przedostania się do miasta jakiejś siły z zewnątrz (nadpalony gruz znajdował się od strony wewnętrznej bramy miejskiej na północnym-wschodzie miasta, którą zapewne nieprzyjaciel próbował wywarzyć i podpalić), znaleziono też ślady obróconych w gruzy domów mieszkalnych. Te ślady podpaleń i zniszczeń (jak sugerują niektórzy archeolodzy, np. Spyros Iakovidis z Uniwersytetu Pensylwania, który pisze: "Lokalne i niekoniecznie równoczesne pożary wybuchły w Centrum Kultowym, Domu Tsountasa, części Budynku Południowo-Zachodniego, Domu Panaghii (...) i być może w pałacu", zaś Elizabeth French z Uniwersytetu Cambridge dodała: "Bezpośrednio po "zniszczeniu 1200 roku", bez względu na to, co je spowodowało, cytadela w Mykenach popadła w ruinę. Na tyle, na ile udało się to stwierdzić, żadna z jej budowli nie nadawała się już więcej do użytku. Ślady ognia i gruzy widoczne był wszędzie...") wcale jednak nie sugerują (zdaniem wyżej wymienionych naukowców, szczególnie zaś Iakovidisa) że doszło tam do ataku z zewnątrz ("Kontekst archeologiczny (...) nie pozwala na stwierdzenie jakichkolwiek masowych migracji lub inwazji czy też lokalnych niepokojów, które miałyby miejsce w XII i XI wieku. Myken nie spotkał dramatyczny koniec. Obszar ten nie został nigdy (...) opuszczony, ale (...) scentralizowany system, który reprezentowała i uosabiała (...) władza, która go stworzyła, nie mógł już dłużej sprawować swojej funkcji, co doprowadziło do powszechnego upadku, w czasie którego miejsce to powoli i stopniowo popadało w ruinę").

Jak więc było naprawdę? Czy w Mykenach rzeczywiście doszło do interwencji z zewnątrz, do niepokojów wewnętrznych czy może zniszczenia były efektem powtórnego trzęsienia ziemi, jakie mogło nawiedzić ten region ok. 1180 r. p.n.e. (bo właśnie z tego okresu pochodzą spopielone gruzy dawnych Myken). Bez wątpienia trzęsienie ziemi należy wykluczyć (ze względu na jawne działanie ognia i wysokiej temperatury, która raczej nie powstaje w wyniku przesuwania się płyt tektonicznych ziemi). Czy mogło zatem dojść do rozruchów wewnętrznych (jak np. stało się w kananejskim mieście Chasor - o czym wspominałem w poprzedniej części), tego niestety nie wiadomo, ale pytanie brzmi: dlaczego wyklucza się interwencję z zewnątrz? Czyżby spalone pokłady miejskich budowli i nadpalone mury nie mogły świadczyć o takim ataku? Postaram się to wytłumaczyć i jednocześnie powiem jakie jest moje zdanie. Otóż warto zauważyć, że Homer sytuuje Mykeny jako centrum polityczne Argolidy (najważniejszej dzielnicy Peloponezu), mimo że warunki naturalne nieco temu przeczą. Gdy spojrzymy na mapę, to dostrzeżemy, że Mykeny leżą co prawda na równinie argiwskiej, ale jednak są nieco "wciśnięte" w boczny kąt tej doliny i nie znajdują się w jej centrum. Równinę argiwską otaczają zaś z trzech stron (od zachodu, od północy i od wschodu) wysokie góry: Chaon, Treton i Arachneon i jedynie z południa otwiera się dolina, schodząca wzdłuż rzeki Kefizos ku Zatoce Argiwskiej i Morzu Egejskiemu. Widać też wyraźnie, jakie miasto wybija się tam na plan pierwszy - jest to Argos, centrum polityczne Argolidy. Jednak można założyć, że Argos przed przybyciem "Ludów Morza" został zepchnięty na dalszy plan i to właśnie przez Mykeny, a droga ku temu mogła wieść poprzez otoczenie Argos twierdzami pobudowanymi w dolinie (do czego doszło i co potwierdzają wykopaliska archeologiczne) i opanowanie Nauplii - jedynego portu wiodącego do Argos. Nie jest to wcale niemożliwe, jako że Homer podaje, że Agamemnon - ów sławny król, który miał stanąć na czele wyprawy Greków przeciw Troi, pochodzący z rodu Pelopidów - był przecież władcą zarówno Myken jak i Argos, co może świadczyć, że albo doszło do pokojowego połączenia się tych dwóch ośrodków, albo też do zdominowania Argolidy przez Mykeny na drodze zbrojnej (wersja według mnie prawdopodobniejsza). Mimo to Mykeny wciąż były wobec Argos, niczym młodszy brat wobec starszego i Gorom/Dorom mogło wystarczyć zdobycie samego Argos, aby tym samym opanowali oni całą argiwską równinę.




Mimo to, ślady zniszczeń w Mykenach są ewidentne i niepodważalne, czy więc mogło tam dojść do jakichś wewnętrznych walk o władzę. Nie - wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne. Uważam też, że Mykeny zostały zdobyte zbrojnie przez siłę zewnętrzną, która wówczas rozlała się pod całej Helladzie, niczym powódź i zmiatała wszystko na swej drodze. Przybysze nie musieli więc odpuszczać Mykenom, choć zniszczenia jakich tam dokonano, nie przeszkodziły potem w ponownym zasiedleniu tego miasta (podobnie zresztą rzecz miała się z Argos). Miasto zresztą było ewidentnym ośrodkiem politycznym, dysponowało Zamkiem wzniesionym na wzgórzu obronnym, Akropolem, Murami Cyklopimi, Lwią Bramą, Skarbcem Atreusza (który pełnił funkcję królewskiego grobowca). Było to również - idąc za przekazem Homera - "miasto obfitujące w złoto" (niemiecki dziewiętnastowieczny archeolog - Heinrich Schliemann, odnalazł przy 17 odkopanych przez siebie zwłokach 13,5 kg. szlachetnych metali, w tym głównie złoto. Znaleziono tam też mnóstwo klejnotów - szczególnie przy ciałach kobiet - diademów, pierścieni, a także broni, złotych masek oraz pucharów. Musiało być więc to dodatkowo miasto dość zamożne, dlatego z pewnością było ono przedmiotem ataku tzw.: "Ludów Morza" i w wyniku tego zostało zniszczone. Warto też na chwilę pochylić się nad władcą tego grodu - Agamemnonem, który według Homera był odważnym, dumnym i ambitnym królem, choć również niezdecydowanym i łatwo się zniechęcającym. Był on bratem Menelaosa ze Sparty, męża Heleny. To właśnie Agamemnon odebrał Achillesowi jego niewolnicę-konkubinę - Bryzejdę, co doprowadziło do konfliktu tych dwóch mężów i krótkotrwałego wycofania się Achillesa z walk pod Troją. Agamemnon również poświęcił życie swej córki - Ifigenii, składając ją na ołtarzu Artemidy, gdy wojska greckie z powodu ciszy morskiej nie mogły wypłynąć z Aulidy. Jego małżonka - Klitajmestra, nigdy mu tego nie wybaczyła i gdy po dziesięciu latach powrócił ze zdobytej Troi, zabiła go w kąpieli, wraz ze swym kochankiem - Egistem. "Agamemnon" był też tragedią pierwszej części trylogii Ajschylosa pt.: "Oresteja", wystawionej na Lenajach w Atenach w 458 r. p.n.e. 





TIRYNS




Idąc na południe od Myken równiną argiwską ku Zatoce Argiwskiej, dojdziemy bezpośrednio do Tirynsu, grodu, które w epoce najazdu na Peloponez plemienia Gorów/Dorów, posiadało podobne do mykeńskich "cyklopie" mury. Miasto to również nosi ślady podobnych zniszczeń, datowanych na ok. 1180 r. p.n.e. Główną budowlą miejską był bez wątpienia Zamek królewski, który wznosił się na wysokim na 22 m. nad poziomem morza szczycie otaczającym cały teren. Ze względu na pochyłość skał od strony północnej do południowej, w rzeczywistości były to więc dwa zamki: Zamek Dolny (na północy) i Zamek Górny (na południu). Połączone były one małym przejściem (odrzynkiem), zwanym "Zamkiem Środkowym" (mieściły się tam głównie mieszkania służby). Król przebywał w swoich komnatach na Zamku Górnym, zaś na północy mieściły się pokoje możnowładców, kuchnie i stajnie. Pałac ten uległ zniszczeniu, jednak nie tak, jak to miało miejsce w Mykenach, dlatego też sugeruje się (w środowisku archeologów) że tutaj właśnie doszło do trzęsienia ziemi które zniszczyło mury miejskie, Zamek i budynki Tirynsu (znaleziono bowiem ludzkie ciała przygniecione przez kawałki walących się ścian budynków). Czyżby więc Tiryns ocalał z pożogi "Ludów Morza" i został zniszczony przez siły przyrody? Ani channelingi, ani źródła historyczne czy archeologiczne nic dokładnego na ten temat nam nie mówią, więc wciąż pozostajemy w kręgu przypuszczeń i niedomówień. 



ARGOS




Argos to stolica całej Argolidy (zwanej też Argeją) i bez wątpienia największe miasto ówczesnego Peloponezu. Gród leżący w samym środku równiny argiwskiej, miał doskonałe połączenie zarówno z morzem (poprzez port w Nauplii, a w późniejszych czasach również w Asine), jak i z resztą Peloponezu (szczególnie droga na południe, ku Sparcie była szczególnie uczęszczana, a to za sprawą uroczych gajów oliwnych, latem zraszanych potokami gór Tajgetu, co też sprawiało wrażenie przepięknej oazy). Kraina ta była właściwie samowystarczalna ekonomicznie, gdyż bogata była zarówno w pastwiska, jak i w winną latorośl, figi, oliwki, jeżyny a nawet kukurydzę (uprawianą na bagnistych gruntach koło Lerny i Tirynsu). Co ciekawe, w Argos przetrwało bardzo mało śladów zniszczeń, pamiętających czasy najazdu plemion północnych. Trudno to wytłumaczyć, gdy bierze się pod uwagę zarówno strategiczne położenie tego miasta (pozwalające kontrolować całą Argolidę), jak i jego zaplecze ekonomiczne. Ale może rzeczywiście w greckich mitach jest nieco więcej prawdy, niż myślimy i to właśnie Mykeny zdetronizowały Argos na krótko przed inwazją "Ludów Morza" na Peloponez, skoro to właśnie tam znajdujemy największe ślady zniszczeń i podpaleń, tak właśnie należałoby przyjąć. Mimo to dziwnym jest fakt, iż Argos wyszło z tej demolki praktycznie bez szwanku (nie licząc pewnych zniszczeń w centralnych pokładach miasta, ale nie na tyle dużych, aby zakładać jakieś poważniejsze walki, czy też nawet trzęsienia ziemi). Wiadomo że nad Argos dominowało wzgórze Larisy, gdzie też wzniesiony był królewski Zamek. Przez miasto przepływała rzeka Inachos, będąca dopływem Kefizosu. W czasach klasycznych Argos stało się centrum kultu bogini Hery (na Akropolu argiwskim w V wieku p.n.e. wzniesiono świątynię tej bogini - Herajon i jej posąg dłuta Polikteta). Homer w Iliadzie nazywa tę krainę "królestwem Diomedesa" - najdzielniejszego po Achillesie wojownika Greków w Wojnie Trojańskiej. 



PYLOS




Podobnie jak w przypadku Myken, tak i w przypadku Pylos - miasta w zachodniej Mesenii, mamy do czynienia z potężnymi zniszczeniami. Archeolog Carl Blegen tak je opisał podczas badań w 1939 r.: "Musiał to być pożar o wielkiej intensywności, gdyż mury wewnętrzne w wielu miejscach stopiły się w bezkształtną masę, a tworzące je głazy uległy zwapnieniu", zaś w 1955 r. dodawał: "Wszędzie (...) odsłonięto wyraźne ślady zniszczeń spowodowanych przez ogień (...) temperatura była na tyle wysoka, że doprowadziła do zwapnienia kamienia i stopienia się wykonanych ze złota ozdób". Podobnie twierdzi współczesny badacz - Jack Davis z Uniwersytetu w Cincinnati: "Główny budynek płonął z taką intensywnością, że tabliczki zapisane pismem linearnym B, przechowywane w jego Sali Archiwalnej, zostały wypalone, a niektóre z naczyń znajdujących się w jego magazynach uległy stopieniu". Zniszczenia te również datuje się na ok. 1180 r. p.n.e. Ciekawe jednak są odnalezione w ruinach pradawnego Pylos te tabliczki, którym udało się ocaleć przed niszczącą siłą ognia. A są one o tyle ważne (z punktu widzenia historycznego), ponieważ umieszczono na nich informację o dziwnych "obserwatorach morza", mających strzec portu i piaszczystych plaż wybrzeża Mesenii. Kim oni byli i przed kim niby mieli strzec Pylos? Warto też zastanowić się, czy rzeczywiście możliwe jest że Gorowie/Dorowie nie byli jedynym najeźdźcą tych ziem i że atak prowadzono również drogą morską? (co oznacza, że atakowały też i inne plemiona). Wszystko na to wskazuje, ale jedno pozostaje pewne bez względu na wszystko - Pylos, bogate, ludne i duże miasto portowe epoki Grecji mykeńskiej - zostało doszczętnie zniszczone. Podobne zniszczenia (ale już z udziałem innych ludów północnych) miały miejsce w Anatolii, Syrii Palestynie i Egipcie, jednak najważniejsze w tym wszystkim będzie to, jakie państwa założyli owi napastnicy na podbitych przez siebie ziemiach i... dlaczego tamtejsza kultura okazała się potem niezwykle zbliżona do kultury słowiańskiej, a szczególnie... lechickiej. O tym wszystkim będzie w następnym i jeszcze kolejnych częściach tej serii.


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...