WYŚWIETLENIA

06 listopada 2025

ZEMSTA OFIAR - Cz I

CZYLI JAK KARANO NIEMCÓW PO
ZAKOŃCZENIU II WOJNY ŚWIATOWEJ





"CHCIAŁOBY SIĘ ZAŁAMAĆ RĘCE NAD TYM, 
W COŚMY SIĘ WPAKOWALI"

FRAGMENT "DZIENNIKÓW" JOSEPHA GOEBBELSA





Zemsta ofiar - do tego właśnie tematu przygotowywałem się dość długo, nie wiedząc początkowo jak go zacząć. Tytuł oczywiście mówi sam za siebie, ale gdybym zaczął ten temat od przedstawiania tych wszystkich rodzajów kar i zniewag, jakie spadły na ludność niemiecką po wojnie - postąpiłbym nie fair, ponieważ wyrwałbym cierpienia Niemców z całego kontekstu sytuacyjnego, a przecież nic nie dzieje się w próżni. Jedno wyrasta z drugiego, jest akcja i jest reakcja, jest zbrodnia i musi być kara - tak przynajmniej zostałem wychowany. Oczywiście w tym temacie będzie również mowa o zbrodni i karze zbiorowej, dotykającej milionów ludzi różnych narodowości, zamęczonych tylko dlatego że zostali uznani za "podludzi". W samym jednym niemieckim obozie koncentracyjnym w Ravensbrück w którym więziono (przez cały okres trwania obozu, czyli w latach 1939-1945) ponad 130 tys. kobiet i dziewcząt. 90 tys. z nich zamordowano, z czego prawie 40 tys. to były Polki - zabite tylko za swoją narodowość, za to że były Polkami. Tak jak Żydów zabijali Niemcy za to że byli Żydami, tak samo Polaków zarówno Niemcy jak i Sowieci mordowali tylko za to że byli Polakami. To był drugi, całkowicie zapomniany w świecie Holokaust, który tylko dlatego nie został zrealizowany w pełni, ponieważ Niemcom po prostu zabrakło na to czasu, gdyż przegrali wojnę. Gdyby tę wojnę wygrali, to zarówno Polacy jak i Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Litwini i inne narodowości Europy Wschodniej (gwoli wyjaśnienia - z wszystkich tu wymienionych jedynie Polska nie leży w Europie Wschodniej. Polska leży i zawsze leżała w Europie Środkowej - i warto to sobie zapamiętać), szybko dołączyliby do Żydów. Nastałby nieprawdopodobny i nieznany dotąd w dziejach świata Holokaust setek milionów ludzi - Słowian. Przy nim, Holokaust Żydów byłby jedynie dodatkiem, a niemieckie "Totenburgi" (mauzolea chwały żołnierskiej) wyrastałyby jak grzyby po deszczu (projekt Totenburgów przejęli potem Sowieci, a jednym z jego przykładów jest chociażby majestatyczny Kurhan Mamaja w Stalingradzie/Wołgogradzie).

Tak więc gdybym pominął tę kwestię, wyrządziłbym niepowetowaną krzywdę ofiarom niemieckich zbrodni, gdyż późniejsza zemsta ofiar (oczywiście o nieporównywalnej nawet ze sobą skali - z jednej strony bowiem istniał cały państwowy i doskonale zorganizowany przez niemieckich nazistów przemysł masowego ludobójstwa, z drugiej zaś pojedyncze i nieskoordynowane akty zemsty poszczególnych ludzi, którzy częstokroć wcześniej przeszli przez prawdziwe piekło obozów zagłady) była jedynie reakcją na to, czego ci ludzie osobiście doświadczyli. Jeśli ktoś widział jak na jego oczach morduje się całą jego rodzinę, jak matka umiera z zimna, głodu i chorób, jak ludzie mordowani są każdego dnia dla zabawy ( tutaj dodam że gdy mój dziadek miał 15 lat, trafił {w 1940 r.} ze swym ojcem a moim pradziadkiem do niemieckiego obozu pracy pod Poznaniem - za odmowę podpisania volkslisty i wstąpienia do Wehrmachtu, jako że mój pradziad miał korzenie niemieckie - doświadczył pewnego wydarzenia, o którym opowiedział mi dopiero ojciec. Otóż gdy zwołano komando do pracy i ogłoszono zbiórkę - niemiecki oficer, aby pokazać reszcie co ich czeka jeśli nie będą dobrze i dokładnie pracowali, wywołał z szeregu pewnego młodego chłopaka i kazał mu stanąć frontem do szeregu. Następnie wziął do ręki łopatę i jej ostrą krawędzią uderzył tego chłopaka w głowę w taki sposób, że... przepołowił tę głowę na dwie części. I to był tylko przykład dany całej reszcie, pokazujący co ich czeka jeśli będą źle pracować), to trudno potem wybaczyć i nie myśleć o zemście. To, co opisują ludzie, którzy sami potem mścili się na Niemcach, jest zupełnie nieprawdopodobne i niewyobrażalne i trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje o ich późniejsze okrucieństwo.

A mściły się również kobiety, np. Żydówki które uniknęły śmierci w obozie zagłady i widziały, jak niemiecki strażnik zabija ich siostrę tylko za to, że ta próbuje wykopać ze śniegu trochę zmarzniętej trawy, żeby zapchać nią brzuch. One też potrafiły się mścić. Oczywiście były to mimo wszystko raczej indywidualne historie, chociaż podczas przesłuchań złapani w mundurach Niemcy byli bici tak długo, póki nie powiedzieli kim naprawdę są (byli bowiem tacy oficerowie Wehrmachtu, którzy przebierali się w mundury żołnierskie i twierdzili że są zwykłymi żołnierzami, najczęściej pracujący w polowej kuchni lub sanitariacie. Najgorsze katusze przechodzili zaś ci, którzy należeli do SS - a to było bardzo łatwo sprawdzić, gdyż każdy esesman miał tatuaż po prawą pachą). To były oczywiście ekstremalne przypadki, ale w ogóle ludność niemiecka która nie uciekła przed frontem, licząc na to, że po wojnie ziemie przygraniczne i tak wrócą do Niemiec - była poddana szeregowi licznych (drobnych, choć uciążliwych) zniewag, jak choćby obowiązkowi kłaniania się polskim sąsiadom poprzez ściąganie czapki z głowy, zakaz chodzenia ulicą (tylko drogą lub jezdnią), zakaz podróżowania komunikacją miejską (chyba że w towarzystwie Polaka lub Rosjanina), zakaz mówienia po niemiecku na ulicy lub nakaz pisania słowa "Niemcy" małą literą. Nie mówiąc już oczywiście o tym, przez jakie piekło przeszli niemieccy żołnierze wzięci do niewoli sowieckiej na froncie wschodnim, którzy zostali wysłani na Syberię i tam, w przejmującym mrozie, dochodzącym nawet do -40 stopni Celsjusza, musieli pracować w kopalniach niczym najprawdziwsi niewolnicy (część z nich wróciła do Niemiec dopiero po roku 1955, czyli po układzie Chruszczow-Adenauer, gwarantującym niemieckim jeńcom powrót do ojczyzny). Należy jednak pamiętać że ci żołnierze (w ogromnej większości z Wehrmachtu a nie tylko z formacji SS) częstokroć wcześniej byli sprawcami mordów na froncie wschodnim, zabijając całe rodziny, paląc domy (z mieszkańcami w środku) lub wykopując doły i zaganiając tam ludność wsi, po czym wrzucając granaty. To była też ich kara i katharsis.






Bo przecież większość z tych niemieckich zbrodniarzy II Wojny Światowej (zarówno bezpośrednich wykonawców, jak i tych zza biurek), to byli tzw.: normalni ludzie, częstokroć bardzo dbający o swoje rodziny. Przecież jak się czyta "Dzienniki" Goebbelsa, to wyłania się z nich obraz człowieka niezwykle wrażliwego, na zabój zakochanego w swej żonie i dzieciach. Gdy pisze, jak mu dobrze gdy czuje ciepło swej ukochanej żony, jak odpoczywa w towarzystwie dzieci, to człowiek nabiera przekonania że taki ktoś w żaden sposób nie byłby w stanie popełnić jakiejkolwiek zbrodni (zresztą, przecież ani Hitler, ani Goebbels, ani Himmler ani żaden z owych nazistowskich zbrodniarzy osobiście nikogo nie zastrzelił, często nawet nie uderzył w twarz - Himmler na przykład mdlał na widok... krwi cieknącej z nosa). A jednak gdy wracał do swoich codziennych zajęć, zmieniał się nie do poznania i był gotów (oczywiście nie on sam) na wszelkie ofiary, byleby tylko Fuhrer i III Rzesza przetrwały. Ci "zwykli ludzie" doprowadzili do wywołania największej wojennej hekatomby w dziejach ludzkości, wydając rozkazy mordów i zbrodni na milionach - ostatecznie sami utopili się we własnej krwi. Ale jakim kosztem? Jedna tyrania została pokonana przy pomocy drugiej tyranii, która zajęła dla siebie pół Europy i nastał czas tzw.: "Zimnej Wojny" (w dużej mierze pozorowanej, jako że służby specjalne - i nie tylko - obu stron tego konfliktu, były bardziej lojalne wobec siebie samych, niż wobec własnych państw i rządów - ale to zupełnie inny temat). 


"NIE MOGĘ PATRZEĆ NA BITEGO CZŁOWIEKA 
- NIE MOGĘ!
JEŻELI BIJE KTOŚ INNY" 🥴




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".

 
Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 1945 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego okrętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było dopaść ich, aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę, że nadejście Sowietów będzie równoznaczne z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko, żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusi, na Litwie i w wielu innych ziem okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu, nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przychodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej, że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci, którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przez zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".




Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości, zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawy na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowych, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedział ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się, gdy Niemiec odjeżdżał i rzekł mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu, gdy Niemcy zostały zmiażdżone a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowała się w wielu ludziach podskórna wręcz, ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci, ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło, że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to, czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni - jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, a ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień, gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy) kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów, gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90 %) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbę ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci, które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc nic dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów jadących na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony w jakimś rowie do którego wpadł. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało  opowiem w części drugiej tego tematu, teraz jedynie przypomnę: ludzi których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np. wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich do wozów niczym konie i kazano ciągnąć, po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną, widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych, widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...





PS: W drugiej części opiszę jak postępowano z Niemcami i Polakami w byłym niemieckim obozie w Łambinowicach, który następnie został przejęty pod sowiecki zarząd. Oficjalnie komendantem był w nim młody chłopak Czesław Gęborski, żołnierz Armii Ludowej i członek Milicji Obywatelskiej. Przedstawię dokładnie jego relację przedstawioną na procesie, jaki odbył się z końcem 1945 r. w sprawie zbrodni, jakich dopuszczał się Gęborski i jego podkomendni właśnie w Łambinowicach.


CDN.

05 listopada 2025

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. IV

CZYLI CO SPOWODOWAŁO
ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA
ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?





PLANY I MARZENIA
Cz. III






OTOCZENIE BLOKU ŚRODKOWOEUROPEJSKIEGO PRZEZ FRANCJĘ I ROSJĘ



"ROSJI NIE INTERESUJĄ ZIEMIE NIEMIEC, A MY NIE ZAMIERZAMY PODBIJAĆ ROSYJSKICH. W GRĘ MOGĄ WCHODZIĆ JEDYNIE PROWINCJE POLSKIE, KTÓRYCH I TAK OPANOWALIŚMY JUŻ WIĘCEJ, NIŻ JEST NAM POTRZEBA"

OTTO von BISMARCK
(13 stycznia 1887 r.)



18 marca 1890 r. kanclerz Rzeszy Niemieckiej i premier Prus - Otto von Bismarck złożył oficjalną dymisję, która została przyjęta przez cesarza Wilhelma II dwa dni później. Dymisję poprzedziła wzajemna konfrontacja (oczywiście w jak najbardziej dyplomatycznej formule), do której doszło 14 marca, a była ona związana z przypomnieniem przez Bismarcka kompetencji jakie posiadał - według konstytucji Rzeszy z 16 kwietnia 1871 r. - pruski monarcha. Cesarz miał odpowiedzieć "Żelaznemu Kanclerzowi" że nie czuje się w żaden sposób związany "okólnikami" wydanymi przez jego poprzedników. Konflikt kanclerza z cesarzem przybierał na sile z każdym miesiącem panowania tego młodego władcy, który rósł w cieniu blasku wielkości Bismarcka i któremu wreszcie ten blask zaczął przeszkadzać. Tę wzajemną niechęć (lub raczej wybujałą ambicję młodzika, który "nigdy nawet nie wąchał prochu", a cały czas pozował na "silnego człowieka" Europy) przewidział nawet dziad Wilhelma II - Wilhelm I, który niegdyś rzekł: "Gdy książę Wilhelm zostanie cesarzem, będzie mu zależało na sprawianiu wrażenia człowieka, który sprawuje rzeczywistą władzę. Właśnie dlatego uważam, że on i kanclerz nie za długo będą żyć w zgodzie". Gdy więc 18 marca Bismarck składał dymisję, pokusił się jeszcze na odchodnym o złośliwość w stosunku do kajzera - gdy rozmawiając na temat cara Aleksandra III i polityki rosyjskiej, Bismarck ostentacyjnie włożył rękę do kieszeni z której wyjął jakiś świstek papieru, po czym powiedział że na cara "należy uważać". Gdy Wilhelm poprosił go o okazanie owej kartki, okazało się że jest to raport dyplomatyczny, wysłany z Petersburga przez niemieckiego ambasadora, który przytaczał osobistą opinię Aleksandra III o Wilhelmie II, a brzmiała ona: "Chłopak źle wychowany i złej wiary". Nie była to zresztą ostatnia złośliwość, jakiej dopuścił się Bismarck w stosunku do cesarza, który tak naprawdę odetchnął dopiero wtedy, gdy "Żelazny Kanclerz" zakończył życie - 30 lipca 1898 r. Napisał wówczas list do swej matki - cesarzowej Wiktorii, w którym znalazły się takie oto słowa: "Teraz wreszcie Korona rozsyła swoje promienie z "Łaski Bożej" do pałacu i chaty (...) A Europa i świat słuchają, co mówi i co myśli niemiecki cesarz, a nie jaka jest wola jego kanclerza! (...) Na zawsze, na zawsze, jest tylko jeden cesarz na świecie, cesarz niemiecki prawem tysiącletniej tradycji".

Nowym kanclerzem Rzeszy został mianowany (20 marca 1890 r.) wiekowy już - Georg Leo von Caprivi, który będąc jeszcze admirałem, wciąż powtarzał "Następnej wiosny czeka nas wojna na dwa fronty". Caprivi nie był zadowolony z porzucenia kariery wojskowej i objęcia nowego, politycznego stanowiska, a nawet żalił się że: "Teraz grzebię swoją wojskową sławę". Nowy kanclerz, choć był dość dobrym sztabowcem, a nawet w pewnym sensie politycznym wizjonerem (przewidywał wojnę na dwa fronty z Rosją i Francją, oraz wzięcie Niemiec w kleszcze i powtarzał: "Najpierw musimy zakończyć wojnę, która wybuchnie lada chwila, a dopiero potem będziemy mogli rozwijać flotę"), jednak nie nadawał się do polityki. Bardzo często bowiem ulegał kaprysom i humorom politycznym niedoświadczonego kajzera, który chcąc zasłużyć na miano "silnego człowieka" Europy, wymyślał wciąż nowe, często niedorzeczne plany przyszłych sojuszy (np. chciał zawrzeć sojusz z Wielką Brytanią, Francją i Rosją przeciwko Stanom Zjednoczonym, a także sojusz z Francją i Rosją przeciw Wielkiej Brytanii i Japonii, a także sojusz z USA i Chinami przeciw Francji, Wielkiej Brytanii, Rosji i Japonii i jeszcze kilka tego typu konfiguracji politycznych jakie sobie zakładał młody cesarz). Jednym z pierwszych posunięć nowego rządu było zaś podpisanie tzw.: układu zanzibarskiego (1 lipca 1890 r.), polegającego na oddaniu Wielkiej Brytanii afrykańskiego Zanzibaru i zrzeczenie się pretensji do Ugandy, w zamian za przejęcie wyspy Helgoland na Morzu Północnym. I choć ta polityka była uważana za wielki sukces niemieckiej dyplomacji (oddanie "zanzibarskich błot" w zamian za Helgoland - wyspę o strategicznym znaczeniu dla ewentualnych przyszłych wojennych działań niemieckiej floty na Morzu Północnym), to jednak niemiecka opinia publiczna mocno krytykowała wówczas rząd Capriviego (i stojącego za nim kajzera) za dokonanie tej zamiany.

Leo von Caprivi stał się teraz twarzą "Nowego Kursu" w polityce Niemiec, który opierał się na utrzymaniu sojuszu w bloku środkowoeuropejskim (Niemcy - Austro-Węgry - Włochy - Rumunia) i zabieganiu o przychylność Wielkiej Brytanii, kosztem Francji i Rosji. Z tego powodu Niemcy wypowiedziały w czerwcu 1890 r. (wbrew rosyjskim życzeniom kontynuacji tego sojuszu) układ reasekuracyjny z Rosją, zawarty trzy lata wcześniej za Bismarcka. Był to poważny błąd, który zemścił się w kolejnych latach i ostatecznie doprowadził do klęski Niemiec w I Wojnie Światowej. W Niemczech bowiem postrzegano wówczas Rosję na dwa sposoby. Po pierwsze obawiano się ekspansjonistycznej polityki rosyjskiej (szczególnie na Bałkanach, Kaukazie i w Cieśninach Czarnomorskich) a także z przerażeniem spoglądano na ogrom tego kraju - uważając że "wojna z Rosją byłaby dla Niemiec nieszczęściem", a jednocześnie postrzegano kraj carów jako kolosa na glinianych nogach, którego co prawda może nie da się w całości rozbić, ale przynajmniej można pobić jego armie i wydrzeć mu cześć terytoriów. Coraz częściej zaczęły dochodzić do głosu takie idee i pojęcia, jak: "Drang nach Osten" ("Ekspansja na Wschód") oraz "Die grossraum Idee" ("Idea wielkiej przestrzeni"). Uważano też, że bardzo łatwo (przy wsparciu Austro-Węgier) będzie można odciąć "polski balkon" (jak w niemieckiej politycznej terminologii nazywano Królestwo Kongresowe) od reszty Rosji i miażdżącym wypadem z Prus Wschodnich i Galicji rozbić rosyjskie wojska. Pojawił się jednak problem, co dalej zrobić w sytuacji, gdy Rosja po tym uderzeniu się nie podda i będzie dalej kontynuowała wojnę w oparciu o swoje terytorium i ogromne zasoby ludzkie. Powstało wówczas kilka propozycji (jak choćby dalsza ofensywa w kierunku Bałtyku i Ukrainy, oraz zniszczenie najważniejszych rosyjskich centrów przemysłowych i rolniczych), ale mimo wszystko politycy niemieccy uważali ewentualną wojnę z Rosją jako ostateczność bardzo niekorzystną dla Niemiec. Tak naprawdę Niemcom nie zależało na pozyskaniu rosyjskich terenów. Pytano wręcz wprost: "Czegóż moglibyśmy zażądać od Rosji?" i zarazem odpowiadano: "Polaków? Mamy wystarczająco sporo kłopotów z naszymi i nie potrzebujemy tych rosyjskich". Nieprzedłużenie traktatu reasekuracyjnego, "Nowy Kurs" w polityce Niemiec, buńczuczne nawoływania do ustąpienia Niemcom "miejsca pod słońcem" doprowadziły jednak do jawnego zerwania sojuszu z Rosją (która była podstawą polityki Bismarcka i był on nawet w stanie poświęcić dla utrzymania tego sojuszu - układ Niemiec z Austro-Węgrami zawarty w 1879 r.), a to mogło ją tylko pchnąć ku Francji - żądnej rewanżu za klęskę z 1870 r. 




Francuzi szybko podłapali temat (zdając sobie sprawę że sojusz z Rosją doprowadzi do wyjścia Francji z politycznej izolacji, w jaką wpadła po 1871 r.) i już 23 lipca 1891 r. francuskie okręty wojenne wpłynęły do rosyjskiego portu w Kronsztadzie, gdzie nastąpiło oficjalne powitanie z udziałem samego cara Aleksandra III, który nawet przysłuchiwał się "Marsyliance" (pieśni dotąd w Rosji zakazanej, jako rewolucyjna i republikańska). Już sam ten fakt spowodował, że o wizycie francuskiej eskadry w Rosji pisały wszystkie gazety w Europie a temat stał się "gorący" także i w gabinetach polityków. 27 sierpnia 1891 r. zostało dodatkowo podpisane francusko-rosyjskie porozumienie polityczne, a 17 sierpnia 1892 r. również i konwencja wojskowa, zaś 10 czerwca 1893 r. traktat handlowy. Sojusz francusko-rosyjski oficjalnie (po przyjęciu przez francuski Parlament) wszedł w życie 4 stycznia 1894 r. Francja do tego czasu udzieliła już Rosji kilku pożyczek (pierwsza wypłacona w 1887 r.), przeznaczonych głównie na rozwój przemysłu, budowę kolei transsyberyjskiej (notabene właśnie z jej powodu o mało co życia nie stracił przyszły car - Mikołaj II, który jeszcze jako następca tronu w marcu 1894 r. wyjechał do Japonii. Tam właśnie został poważnie zraniony szablą w twarz przez japońskiego policjanta, który uznał że kolej transsyberyjska będzie służyła szybszemu przerzucaniu wojsk rosyjskich nad Pacyfik i w ten sposób Rosjanie zagrożą jego ojczyźnie) oraz walkę z klęską głodu, jaka nawiedza Rosję w latach 1891-1893. Doszło też do wzajemnych wizyt na najwyższym szczeblu państwowym (w 1896 r. car Mikołaj II złożył wizytę w Paryżu, a w 1897 r. z rewizytą udał się do Rosji prezydent Francji - Feliks Faure). W taki oto sposób narodziło się Dwuprzymierze, a Niemcy, Austro-Węgry i Włochy zostały wzięte w kleszcze. Wojna jednak wcale nie musiała wybuchnąć, gdyż ani Niemcy ani Austro-Węgrzy nie wysuwali żądań terytorialnych wobec sąsiednich krajów. Co prawda francuskie dążenie do rewanżu i zadośćuczynienia za "hańbę 70-go roku" było silne (na Place de la Concorde w Paryżu personifikacja Strasburga i Alzacji - była przykryta przez te wszystkie dekady, aż o 1918 r. czarną krezą), ale społeczeństwo francuskie lat 80-tych i 90-tych XIX wieku już raczej pogodziło się ze stratą Alzacji i Lotaryngii. Rosjanie też nie mieli żadnego powodu aby wszczynać wojnę, choć co prawda głosili potrzebę zjednoczenia wszystkich słowiańskich ziem pod berłem jednego "Cesarza Wszechrusi", to jednak powodów do nowej wojny realnie nie było żadnych. 




Ludzie już pragnęli żyć w spokoju i pokoju, tym bardziej że od lat 50-tych XIX wieku, a szczególnie w latach 80-tych i 90-tych, znacznie podniósł się komfort życia i niewielu pragnęło to wszystko niszczyć, doprowadzając do wywołania wojennej pożogi. Tym bardziej że pomimo powstania dwóch antagonistycznych bloków polityczno-militarnych, tak naprawdę niepewne było jeszcze stanowisko Wielkiej Brytanii a nawet Stanów Zjednoczonych. A przecież, pomimo faktu że dla Francji konflikt z Niemcami był obecnie priorytetem w polityce, to jednak sytuacje konfliktowe z Wielką Brytanią wcale nie zniknęły i wciąż się objawiały w owych latach. Niemcy również pragnęły przyciągnąć do siebie Angoli, prawiąc o "dwóch germańskich narodach" oraz (ustami cesarza Wilhelma II) wyrażając swój podziw dla potęgi kolonialnej Imperium Brytyjskiego. Brytyjczycy jednak z dużą rezerwą podchodzili to tych niemieckich aliansów, co znów powodowało niechęć (i frustrację) w niemieckich kręgach politycznych (np. Bismarck stwierdził w 1857 r.: "Jeśli chodzi o inne kraje, to przez całe życie odczuwałem sympatię tylko do Anglii i jej mieszkańców, i czasami dotąd nie potrafię się od niej uwolnić. Ci ludzie nie chcą jednak pozwolić na to, żebyśmy ich lubili", a kajzer Wilhelm częstokroć podkreślał swoje brytyjskie pochodzenie: "Moja matka i ja mamy ten sam charakter. (...) W naszych żyłach płynie dobra, uparta angielska krew, która nie zna, co to ustępować", mimo to do żywej pasji doprowadzały go stwierdzenia matki, że tylko Brytyjczycy rozwinęli: "najbardziej swobodną, najbardziej postępową cywilizację" i śpiewane przez nią kołysanki: "Britannia rules the waves". Wiktoria - matka Wilhelma, podkreślała również na każdym kroku z dumą że jest Angielką i dodawała: "jednak Ty, będąc małym, niemieckim chłopcem, raczej nie odczujesz tego"). Wilhelm II nazywał swą babkę - królową Wiktorię - z nieskrywaną pogardą: "cesarzową Hindustanu", ale jednocześnie cieszył się jak dziecko, gdy mianowała go w 1889 r. admirałem brytyjskiej floty, a przywdziewając brytyjski mundur, stwierdził: "Cóż to za uczucie nosić ten sam mundur co St. Vincent i Nelson. To wystarczy aby przyprawić o zawrót głowy" (w tym też mundurze nawet wyprawiał się do Anglii swym jachtem "Hohenzollern" na coroczne fregaty żaglowców w Cowes). Mimo to często dodawał: "A poza tym uważam, że Brytania powinna zostać zniszczona". Miłość i nienawiść do Wielkiej Brytanii - takie oto uczucia królowa Wiktoria ukształtowała w młodym Wilhelmie.




Francuzi zaś rywalizowali z Brytyjczykami przede wszystkim w Afryce i często ponosili przy tym dotkliwe porażki (jak choćby wówczas, gdy w 1882 r. Anglicy zajęli Egipt i wyrugowali francuskie wpływy z tego kraju). W 1898 r. doszło jednak do bardzo poważnego konfliktu, który o mały włos nie zakończył się wybuchem otwartej wojny francusko-brytyjskiej. Chodzi oczywiście o "incydent z Faszody", podczas którego Francja zapragnęła zademonstrować prawa do pasa afrykańskiej ziemi, położonej między Atlantykiem a Oceanem Indyjskim i ok. 150 francuskich żołnierzy pod dowództwem majora - Jean-Baptiste Marchanda wyruszyło w tym celu z Brazzaville do sudańskiego fortu Faszoda - położonego nad Nilem. Jednak Francuzom drogę zastąpiła brytyjska eskadra dowodzona przez gen. Horatio Kitchenera (notabene wielbiciela urodziwych pokojówek i seksu analnego). Co prawda wymieniono kurtuazyjne pozdrowienia, ale ani Francuzi ani Brytyjczycy nie zamierzali ustąpić, zaś w Londynie już przygotowywano się do wojny, wysyłając flotę na Morze Śródziemne z rozkazem zaatakowania Francuzów w koloniach. Jednak po kilku tygodniach intensywnych rozmów w Faszodzie, major Marchand wycofał się wraz ze swoimi żołnierzami (listopad 1898 r.), co skutecznie pozwoliło rozładować napięcie i do wojny ostatecznie nie doszło. Lecz właśnie ten incydent dawał Niemcom możliwość zawarcia trwałego sojuszu z Wielką Brytanią i zatarcia nieprzyjemnego wrażenia, jaki powstał we wzajemnych stosunkach po tzw.: "telegramie Krügera", w którym to kajzer (za namową swego rządu) gratulował prezydentowi Republiki Transwalu - Paulowi Krügerowi - odparcia brytyjskiego najazdu gen. Jamesona w Afryce Południowej. Wywołało to poważny konflikt dyplomatyczny na linii Londyn-Berlin, ale właśnie incydent w Faszodzie mógł posłużyć do zażegnania wzajemnych niesnasek i otwarcia się na nową politykę wzajemnego sojuszu. Oczywiście rozpoczęcie rokowań na temat sojuszu z Niemcami, było podyktowane dużą dozą brytyjskiej nieufności, które wyrażało się zarówno w nominacji Bernarda von Bulowa na stanowisko ministra spraw zagranicznych Niemiec (który w listopadzie 1897 r. wygłosił przed Reichstagiem swą słynną mowę o "miejscu Niemiec pod słońcem"), a także mianowaniem rzecznika rozbudowy niemieckiej floty - admirała Alfreda von Tirpitza, sekretarzem stanu do spraw marynarki wojennej (maj 1897 r.), który już w kilka miesięcy później założył "Flotterverein" ("Ligę na rzecz Marynarki Wojennej"), finansowaną przez wielkie przedsiębiorstwa (Krupp i Stumm). 




Tirpitz był zwolennikiem budowy potężnej floty wojennej, która by ochraniała silną flotę handlową i rzuciłaby na morzu wyzwanie Wielkiej Brytanii. Pisał on już po zakończeniu I Wojny Światowej i klęsce w niej Niemiec: "Przyszłość Niemców poza granicami kraju i całej naszej z takim trudem wznoszonej i tak nam potrzebnej pozycji w świecie zależała od tego, czy ludzi może napełnić dumą to, że są Niemcami. (...) Na świecie było jeszcze dosyć miejsca dla Niemców, którzy mogliby zarabiać na życie pozostając Niemcami, a nie stając się niewolnikami na cudzym żołdzie albo dezerterami do innych ras, gdyby poczucie narodowe byłoby im zbyt drogie, żeby je sprzedać". Reichstag przyjął dwie ustawy o flocie (pierwsza z 1898 r. i druga z 1900 r.), a cesarz Wilhelm zainaugurował w 1898 r. (z okazji otwarcia nowej stoczni w Szczecinie) program wielkiej rozbudowy niemieckiej siły morskiej, rzucając hasło: "Przyszłość Niemiec leży na morzu". Od tej chwili trwała konsekwentna budowa nowych, niemieckich jednostek i to zarówno floty wojennej, jak i handlowej (a także od 1900 r. turystycznej), a cesarz jako swoisty "wielki admirał" nie mógł wprost wyjść z podziwu i traktował każdy nowy okręt jak swoją prywatną zabawkę (co ciekawe, podczas I Wojny Światowej, poza jedną dużą bitwą morską i dwiema mniejszymi, nawodna flota wojenna Niemiec nie odegrała większej roli. Na pytanie dlaczego tak się stało, odpowiedź jest bardzo prosta - po prostu kajzer Wilhelm II tak bardzo bał się utraty swoich "zabawek" że zabronił flocie podejmowania bardziej zdecydowanych akcji bojowych). Sam też projektował nowe modele okrętów, które były zbyt doskonałe i przez to nie miały szans zostać wdrożone do produkcji (jeden z oficerów niemieckiej admiralicji, na widok cesarskiego szkicu okrętu wojennego, stwierdził: "Wasza Cesarska Mość, ten okręt jest doskonały i ma tylko jedną wadę - długo nie utrzymałby się na wodzie"). Wilhelm ponoć znał nazwę każdego swojego okrętu wojennego na pamięć i na każdym miał swoją prywatną kajutę, która była komfortowo wyposażona. Nic więc dziwnego że nie chciał aby jego "cudeńka" były narażone na zniszczenie.

Rozmowy z Brytyjczykami (rozpoczęte w połowie 1898 r.) zakończyły się oficjalnym fiaskiem w 1901 r., gdyż ostatecznie Niemcy uznali, że konfrontacja z Wielką Brytanią bardziej się im opłaca, niż sojusz z tym mocarstwem. A poza tym sądzili, że suma wzajemnych kwestii spornych z Francją i Rosją uniemożliwi Anglikom zawarcie z tymi krajami realnych sojuszy politycznych i militarnych. Tym bardziej, że po wybuchu II wojny z Burami (październik 1899 r.) w południowoafrykańskich republikach Transwal i Orania, opinia publiczna w Europie była wybitnie anty-brytyjska. Burowie (a właściwie Boerowie) byli zaś potomkami holenderskich kolonistów, którzy w XVII wieku przybyli do Afryki Południowej i w 1652 r. założyli tutaj kolonię o nazwie Kraj Przylądkowy (dziś Republika Południowej Afryki). Burowie byli więc Afrykanerami, a poza tym w większości stanowili ludność chłopską (prezydent Republiki Transwalu - Paul Krüger całe życie hodował barany i przeczytał tylko jedną książkę - Biblię). Cała Europa, a nawet cały świat z wielkim podziwem przypatrywały się wojnie tej małej, trzystu tysięcznej ludności, z całą potęgą Brytyjskiego Imperium. Deklaracje poparcia dla Burów padały zarówno w gabinetach polityków, jak i salonach artystycznych oraz wśród prostego ludu, zafascynowanego bohaterstwem Afrykanerów. Szczególnie mocny wyraz owe wsparcie dla Burów i niechęć (a nawet nienawiść) do Brytyjczyków, uwidocznił się podczas Wystawy Światowej, organizowanej od kwietnia do listopada 1900 r. w Paryżu. Tam właśnie dano popis swej (często skrywanej wśród Francuzów) niechęci do Anglików. Szturchanie, popychanie, wygwizdywanie a nawet plucie w twarz, należało do naturalnych objawów tamtego niezadowolenia. A przecież dochodziło również do pobić i nawet ówczesna prasa podawała relacje na ten temat z całej Europy, jak choćby "Le Figaro" z lipca 1900 r. gdzie podano że: "gdzieś w Niemczech tłum napadł na dwóch bogatych Polaków" ponieważ wzięto ich właśnie za Anglików (zaatakowani i przyparci do muru, broniąc się swymi laskami, zaczęli w pewnym momencie krzyczeć: "Niech żyją Burowie" i to ich uratowało). Cała Europa, od Moskwy i Petersburga, po Madryt i Lizbonę deklarowała swe poparcie dla tych małych republik, walczących teraz na śmierć i życie z brytyjskim kolosem i nawet Lew Tołstoj, który był znany ze swego pacyfizmu, stwierdził w jednym z wywiadów prasowych: "Szczerze mówiąc, marzę o tym, aby Anglików dobrze poturbowano w tym Transwalu".




Było też sporo ochotników którzy wyjeżdżali do Afryki Południowej i zgłaszali się do walki po stronie Burów. Wśród owych ochotników było zaś wielu arystokratów i ludzi wykształconych: kilku niemieckich hrabiów i baronów, kilku rosyjskich arystokratów i oficerów gwardii carskiej, a także dziennikarze i literaci z wielu krajów Europy. Brytyjczycy skierowali do walki z tym małym ludem ponad 290 000 żołnierzy i 631 dział, podczas gdy ogólna liczba Burów nie przekraczała 300 000 (z kobietami i dziećmi), a zdolnych do noszenia broni było zaledwie jakieś 40 000 i to bez żadnych dział i ciężkiej broni. Prezydent Krüger we wrześniu 1900 r. odbył podróż do Europy, starając się nakłonić mocarstwa do zdecydowanego opowiedzenia się przeciwko Wielkiej Brytanii, ale niczego wielkiego nie wskórał. Mimo to, podróżując po krajach Europy, przyrównywał Brytyjczyków do najgorszych barbarzyńców, mówiąc: "Ta wojna zbliża nas do granic barbarzyństwa. W ciągu swego życia wiele razy wojowałem ze szczepami Kafrów prawie zupełnie dzikimi. Ci Kafrowie nie byli wcale takimi barbarzyńcami jak Anglicy, którzy palą farmy i wtrącają kobiety i dzieci w stan nędzy zupełnej, nie myśląc o tym, aby dać im nad głową dach i kawałek chleba. Wiem, że Bóg nie opuści narodu boerskiego. Jeśli Transwal i Orania stracą niepodległość, to dopiero po całkowitym wymordowaniu obydwu naszych narodów, wraz z kobietami i dziećmi". Gdziekolwiek się pojawiał okręt wiozący prezydenta Krügera, tam zaraz zjawiały się tłumy, a jego przybycie witano salwami armatnimi. Ludzie witali go bardzo serdecznie i wręcz entuzjastycznie (w Paryżu doszło nawet do omdleń), jednak gdy tylko chciał się spotkać z politykami, nagle okazywało się że poza oficjalnymi sloganami, wypowiadanymi w obronie Burów, nikt nie zamierzał się z nim spotykać (prezydent Francji - Emil Loubet nie odpowiedział nawet na depeszę, Wilhelm II zakomunikował zaś krótko że nie ma czasu, gdyż wyjeżdża na polowanie, a jedyną osobą, która - z żalu - przyjęła prezydenta Krügera, była królowa Holandii - Wilhelmina. Burowie od początku nie mieli żadnych szans na zwycięstwo i ostatecznie po długiej, wyniszczającej wojnie musieli skapitulować i uznać się za pokonanych, tracąc swą niepodległość (traktat z Vereeniging z 31 maja 1902 r.).



 
A poza tym życie toczyło się dalej. W Paryżu na Wystawie Światowej ogromną popularność budził szach Persji - Mozaffar ad-Din z dynastii Kadżarów. Gazety rozpisywały się o jego urodzie, hojności, przystępności i dostojeństwie, a Francuzi nie mogli wyjść spod jego uroku, wznosząc - gdziekolwiek się pojawił - okrzyki na jego cześć. Z innych jeszcze ciekawostek na temat Wystawy Światowej, opowiadano sobie wówczas anegdotę, jak to pewien chłopiec ujrzał pierwszy raz w życiu samochód i krzyknął do matki: "Mamusiu, mamusiu, powóz biegnie, szuka swoich koników". Dochodziło też do ciekawych pojedynków, na przykład pomiędzy Rotszyldem a pewnym francuskim arystokratą (który nazwał go "brudnym Żydem"), a także pomiędzy hrabią Ksawerym Orłowskim a innym francuskim arystokratą. A poza tym francuskie gazety rozpisywały się o "Quo Vadis" Henryka Sienkiewicza - opowieści o czasach pierwszych chrześcijan, prześladowanych za rządów cesarza Nerona. Jednak od Sienkiewicza, jeszcze popularniejsi byli tacy pisarze jak Anatol France (tak naprawdę Anatol Thibault), Oskar Wilde czy Rudyard Kipling autor "Księgi dżungli" (o przygodach białego chłopca Mowgliego, zagubionego w Afryce, którego wychowaniem zajęła się czarna pantera Bagera i niedźwiedź Baloo oraz stado wilków). I tak jeszcze na marginesie - francuscy dorożkarze w czasie Wystawy tak bardzo podnieśli ceny, że klienci musieli prosić policję o interwencję przed ich zdzierstwem. A poza tym życie toczyło się dalej po zmiażdżeniu Burów i jeszcze nikt wówczas nie myślał o wojnie europejskiej. Jeszcze!




CDN.

04 listopada 2025

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXV

WYDARZENIA POPRZEDZAJĄCE WYBUCH 
III WOJNY GALAKTYCZNEJ


HYPERBOREA
PIERWSZA ZIEMSKA CYWILIZACJA



MAPA ZIEMSKIEGO KONTYNENTU HYPERBOREI I PAŃSTW ZAŁOŻONYCH PRZEZ PRZYBYSZÓW Z PLANETY BAKARATINI

(Dowolna wizja artysty - nie ma ona odzwierciedlenia w channelingach)



Czas mijał, leciały kolejne lata, dziesięciolecia, stulecia - mieszkańcy planety Bakaratini, pomni "woli Bogów" ogłaszanej im przez kapłanów - żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni. Budowano wspólne (a nie oddzielne jak dawniej) miasta i państwa, a nawet tworzono wspólne rodziny. Ponownie zasiedlano planetę, która po upływie kilkuset lat wyglądała już prawie tak samo, jak przed zagładą nuklearną. Wszystko wyglądało podobnie, z wyjątkiem miejsc gdzie powstały pustynie. Fauna i Flora rozwijały się i znów bujnie zasiedlały planetę. Bakaratini ponownie rozkwitała. Ten niezmącony niczym okres rozwoju planety (również cywilizacyjnego, gdyż z biegiem stuleci zaczęto sobie uzmysławiać że legendy o "Bogach z Nieba", którzy mieli ocalić ludziom życie na planecie i z których potem ukształtowała się religia Zjednoczenia - są po prostu prawdziwymi wydarzeniami, mówiącymi o pomocy mieszkańcom przez jakąś obcą, potężną, poza-planetarną cywilizację - która doprowadziła do zaprowadzenia wśród dwóch ras zasiedlających planetę - powszechnej zgody i położyła grunt pod rozwój wspólnej, bakaratińskiej cywilizacji), trwał aż 150 tys. lat (jak sobie pomyślę że nasza "znana" cywilizacja trwa zaledwie 5 700 lat, to wydaje się to tak żałośnie mało, że nawet nie ma sensu z niczym tego porównywać). Dawna religia powszechnej zgody obecnie stawała się filozofią życia dla mieszkańców planety (jednak religia nie zniknęła - religią Bakaratinian był Tackionizm, który opierał się właśnie na przykazaniach dawnych "Bogów" oraz wiary w inkarnacje duszy). Wraz z rozwojem intelektualnym i moralnym, rozwijała się również nauka i technologia. Znów pobudowano olbrzymie megamiasta oraz stworzono sieci komunikacyjne, oplatające planetę wszerz i wzdłuż. A także rozpoczęto pierwsze loty międzyplanetarne.

Nadal jednak Bakaratinianie nie potrafili odpowiedzieć na fundamentalne pytania, dotyczące ich pochodzenia, oraz celu ich istnienia (nie pamiętano że przed prawie 8 milionami lat - Federacja Galaktyczna wysłała swych kolonistów do zasiedlenia ich planety - i że tymi kolonistami byli ich przodkowie). Nic nie wiedziano o Federacji ani o konflikcie Galaktycznej Ludzkości z Gadami we Wszechświecie. Wszystko odkrywano na nowo. Bakaratinianie, którzy rozpoczęli pierwsze loty pozaplanetarne - byli niczym dzieci, fascynując się wszelkimi kosmicznymi zjawiskami, których nigdy wcześniej nie widzieli na oczy. Ponownie (choć powoli) - odkrywano otaczający ich Wszechświat. 1 350 000 lat temu (czyli 150 tys. lat po odbudowaniu cywilizacji na Bakaratini), naukowcy badający podłoże geologiczne i morfogenetyczne planety doszli do wniosku, że jądro planety (tzw.: wewnętrzne słońce każdej planety - działające niczym reaktor termojądrowy) powoli, lecz systematycznie stygnie. Oznacza to że planeta powoli umiera. Stwierdzono że definitywne wygaszenie jądra planety nastąpi najpóźniej za jakieś... 500 lat. Przywódcy planety początkowo postanowili trzymać te informacje w tajemnicy i powoli przygotowywać mieszkańców do... wielkiej ewakuacji. Wcześniejsze badania Kosmosu przyniosły wiele ciekawych spostrzeżeń na temat okolicznych planet z najbliższych galaktyk. Aby się dobrze przygotować do drogi, najpierw wysłano misję zwiadowczą, która miała "przetrzeć szlak" i wybrać planetę zdatną pod przesiedlenie i kolonizację kilku milionów mieszkańców Bakaratini.

Grupa ta dotarła do naszego Układu Słonecznego, obierając sobie początkowo za cel planetę Mars. Szybko odkryto jednak że Mars jest zasiedlony przez potężną cywilizację - postanowiono więc szukać dalej. Kolejną planetą którą odwiedzili, był... Maldek. O mało nie przypłacili tej wizyty życiem, gdy odkryto że planeta ta jest tak naprawdę zbrojną placówką Gadów. Udało im się wymknąć z Maldeka, lecz konwój został rozproszony przez ścigające ich reptiliańskie gwiazdoloty. Dwa statki z owego konwoju, aby się ukryć przed napastnikami - schroniły się na... Ziemi (co się stało z resztą konwoju? tego nie wiadomo - channelingi milczą na ten temat - najprawdopodobniej tamci zginęli, gdy dopadły ich Gadoidy). Planeta w tym czasie zmieniła się już znacznie. Przede wszystkim nie było na niej już dinozaurów. A jak doszło do zagłady dinozaurów i tzw.: "kredowego wymierania" tych gadów? Trudno to dziś powiedzieć z całą pewnością, gdyż przekazy channelingowe, dotyczące tego wydarzenia są dość powściągliwe. W każdym razie pisałem już że Lirianie (przybyli setki milionów lat temu na Ziemię) dążyli do ograniczenia populacji dinozaurów po to, by umożliwić rozprzestrzenianie się populacji ssaków. Napotkali jednak na opór Gadów z systemu gwiezdnego Alpha Draconis, którzy opiekowali się swymi pobratymcami na Ziemi. Jednak ok. 65 milionów lat temu wydarzyła się przedziwna sytuacja, o której channelingi wspominają jedynie zdawkowo, a która przecież doprowadziła do eksterminacji większości dinozaurów na naszej planecie (przetrwały jedynie mniejsze gady, które z biegiem czasu wyewoluowały w istoty rozumne. Dlatego też dziś twierdzą oni że to oni, a nie my, są prawdziwymi panami Ziemi i pierwszymi jej mieszkańcami, choć obecnie ich podziemne kolonie są nieliczne. Duża część z nich została zniszczona przez ludzi na polecenie naszych rządów (głównie USA), dlatego są oni niemile ustosunkowani do ludzi, ale jednocześnie nie są nam wrodzy tak, jak ich pobratymcy spoza Ziemi. Po prostu chcą przetrwać).

Ta sytuacja, to było ściągnięcie na Ziemię dwóch księżyców (kto ściągnął, nie wiadomo?), które będąc już na orbicie Ziemi - zostały nakierowane na siebie, powodując ich rozerwanie na drobne kawałki - które pospadały na Ziemię, doprowadzając do ogólnej katastrofy. Spadające kawałki tamtych dwóch satelitów - doprowadziły do wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, potoków lawy i ognia, pożarów, powodzi itd. (a co za tym idzie... ponownym ubytku pokładów tlenu na naszej planecie). To spowodowało wymarcie nie tylko dinozaurów lecz także pierwszych ras hominidów, stworzonych przez Felinian, Lirian i Syrian na Ziemi. Milczenie w tej kwestii channelingów, jak również zagłada innych niż gadzie form życia - miały odeprzeć zarzut umyślnej (i sterowanej przez Galaktyczną Ludzkość - a głównie Lirian) zagłady życia na naszej planecie. Gady z Alpha Draconis nie mogły powiedzieć - "To wasza wina" - nie było na to dowodów. Mimo to, gdy zabrakło ich pobratymców - Reptilianie opuścili Ziemię i odeszli do swego świata (odeszli na jakiś czas - powrócą ponownie za kilkadziesiąt milionów lat, udzielając ogromnego wsparcia militarnego gadziej placówce na Maldeku w wyparciu Federacji z całego Układu Słonecznego).







PRZESIEDLENIE


Bakaratinianie, którym udało się schronić na Ziemi przed pościgiem Gadów z Maldeka, wylądowali na krańcu wielkiego kontynentu, który wówczas dominował na Ziemi, a który potem otrzyma nazwę - Hyperborea. 1 350 000 lat temu w skład kontynentu hyperboreańskiego wchodziły (m.in.:) dzisiejsza Antarktyda, Grenlandia, Szwecja, Norwegia, Islandia, oraz Australia, Nowa Gwinea, Birma, Indonezja i Malezja. Tam zaś, gdzie obecnie znajduje się Tajlandia, była cieśnina o szerokości ok. 300 metrów. Wewnątrz Australii było wówczas morze, do którego dopływało kilka rzek. Znajdowała się tam również bardzo bogata i różnorodna fauna i flora. Tak się złożyło, że dwa okręty, którym udało się przetrwać i schronić na Ziemi - to były statki złożone: jeden z mieszkańców czarnej, a drugi z mieszkańców żółtej rasy Bakaratinian. Czarni wylądowali właśnie na terenie cieśniny, tam, gdzie potem powstanie Australia. Zaraz też założono pierwszą bazę (która potem, po przewiezieniu kolonistów z Bakaratini - rozrośnie się w wielkie miasto i otrzyma nazwę - Ikirito). Żółci zaś wylądowali na terenach obecnej Birmy. Założyli swą bazę na wybrzeżu przy dzisiejszej Zatoce Bengalskiej. Po pierwszych badaniach podłoża geologicznego planety, uznano że nadaje się ona wyśmienicie pod przyszłą kolonizację ich rodaków z Bakaratini - natychmiast postanowiono wracać, by przekazać przywódcom planety - dobrą nowinę.

Na planecie (po przybyciu zwiadowców) rozpoczęto, zakrojoną na wielką skalę ewakuację całej Bakaratini - trwała ona zaledwie 50 lat (jest to łączny czas zarówno samej ewakuacji planety, jak i dotarcia kolonistów do Ziemi). Łącznie ewakuowano 7 200 000 mieszkańców (po ok. 3 600 000 Czarnych i Żółtych). Nie wszyscy jednak zgodzili się opuścić swój rodzinny świat. Na Bakaratini pozostali starcy, którzy przywykli do swego świata i nie chcieli słyszeć o żadnym ocaleniu - chcieli umrzeć wraz ze swoją planetą. Gdy koloniści dotarli już na Ziemię i osiedlono ich we wcześniej założonych dwóch bazach - rozpoczęto też (zakrojone na wielką skalę) odkrywanie innych części planety. Częściowo po to, by wybrać kolejne dogodne miejsca do osiedlenia a częściowo.... z rozwagi. Obawiano się bowiem że planeta może już być zasiedlona (tak jak na przykład Maldek) i że jej dotychczasowi mieszkańcy mogą nie życzyć sobie u siebie "nieproszonych gości" (była zasiedlona, mieszkańcami byli potomkowie gadów, którym udało się przetrwać zagładę sprzed 65 milionów lat, ale byli oni nieliczni i w większości żyli pod ziemią). Jednak nie stwierdzono istnienia żadnej innej cywilizacji (za to odkryto grupy poszczególnych ras na wpół-zwierzęcych hominidów, zamieszkujących niektóre tereny kontynentu, którzy jednak uciekali na ich widok). Zdarzało się również że spotykali pojedynczych Lirian lub Felinian (ale tylko wówczas, gdy tamci tego pragnęli i tylko po to, by przekazać im pewne informacje na temat planety, oraz przestrzec przed próbami zniszczenia lub zniewolenia napotykanych ras hominidów).

Ziemia wówczas obracała się wokół innej niż dzisiaj osi. Dzień trwał 30 godzin i 12 minut, a rok 280 dni. Klimat (szczególnie na równiku, gdzie wylądowali Czarni) był bardzo gorący, lecz jednocześnie dość wilgotny i orzeźwiający (upały nie były tak ciężkie dla ludzkiego zdrowia i życia - jak dzisiaj). Planeta zasiedlona była przez bardzo różnorodne gatunki zwierząt, które koloniści z Bakaratini jeszcze wzbogacili, przywożąc ze swojej planety takie gatunki jak: kozy czy kangury (których mięso było ulubionym pokarmem Bakaratinian). Jednak szybko okazało się, że utrzymanie kangurów w ziemskich warunkach może być niezwykle trudne, gdyż zabrakło podstawowego składnika ich diety, którym była na Bakaratini roślina o nazwie - Arilu. Pąki owej rośliny (które przywieziono z dawnej planety) - po pierwszych próbach zaaklimatyzowania jej na Ziemi - natychmiast ginęły, atakowane przez mikroskopijne grzybki. Nie było innej rady, należało przyzwyczaić zwierzęta z Bakaratini do ziemskiej trawy. Ale nie było to wcale proste, a szczególnie odporne na te próby stały się właśnie kangury, które musiano przez bardzo długi czas (kilka pokoleń kolonistów) karmić sztucznie wytworzonymi produktami. W końcu jednak udało się Czarnym wyhodować trawę, która zarówno z wyglądu jak i smaku przypominała Arilu. Nowa roślina była już odporna na ziemskie warunki atmosferyczne i inne (w tym organiczne) przeszkody utrudniające jej rozwój. Wkrótce tak się rozrosła, że zdominowała cały teren kolonii Czarnych (dzisiejsza Australia), a do naszych czasów przetrwała pod nazwą - Xanthorrhoea (roślina ta rośnie tylko na terenie Australii, nigdzie indziej).


AUSTRALIJSKA XANTHORRHOEA




EPIDEMIA


Zarówno Czarni jak i Żółci zaczęli zakładać na zajmowanym przez siebie terytorium liczne eksperymentalne farmy, w których hodowano i ulepszano - słoneczniki, kukurydzę, pszenicę, proso i inne rośliny. Hodowano także warzywa, jak sprowadzone z Bakaratini i zaaklimatyzowane na Ziemi - kapusta, sałata, pietruszka, pasternak i kolender, oraz wiśnię, banany i pomarańcze. Obie rasy różnie radziły sobie z aklimatyzacją owych warzyw, roślin i drzew owocowych. Żółci na przykład doskonale radzili sobie w uprawie warzyw i owoców, Czarni "wyprodukowali" nową odmianę trawy Arilu, oraz zmodyfikowali pomarańcze, tak, by przyjęły się one do ziemskiego klimatu (Żółtym to się nie udało). Żółci za to byli lepsi w uprawie pszenicy (we wszystkich czterech jej odmianach). Ulepszyli również ryż (który jest tradycyjną rośliną ziemską, nie sprowadzoną z Bakaratini). W swych nowo utworzonych ziemskich koloniach pobudowano również świątynie tackionistyczne (religia Bakaratinian). Pionierami w tym dziele byli Żółci, których miasta zakładane w rejonie dzisiejszej Zatoki Bengalskiej, bardzo szybko przewyższyły miasta założone przez Czarnych. Obie grupy jednak nie rywalizowały ze sobą a wzajemnie sobie pomagały, pomni nakazów tackionistycznych przykazań religijnych (być może podobnych do naszych 10 Przykazań, które otrzymał Mojżesz od "Boga?" W końcu i tam i tu pomagali TJehooba).

Bakaratinianie na Hyperborei stworzyli cywilizację, której obie rasy wzajemnie ze sobą współdziałały i współpracowały. Wciąż odkrywano nowe tereny zdatne do kolonizacji. Po 300 latach od przybycia na Ziemię, wspólna ekspedycja Czarnych i Żółtych dotarła do terenów dzisiejszej Afryki. Odkryli tam nowe gatunki zwierząt, takie jak - słonie, żyrafy, lwy, bawoły i gęsi. Oraz nowe rodzaje warzyw i owoców - a wśród nich... pomidory, które jednak nie przypominały tych znanych nam dziś warzyw. Tamte był wielkości porzeczki, a w smaku bardzo kwaśne. Żółci podjęli się genetycznego ulepszenia tego owocu (które jest także warzywem), doprowadzając go do dzisiejszego kształtu i smaku. Grupa badawcza pobrała więc próbki do analizy i genetycznego ulepszenia, oraz wiele sztuk poszczególnych rodzajów zwierzęcych gatunków, a następnie odlecieli do swych miast. Wszystko się dobrze układało, do czasu, gdy nie zauważono iż zabrane na pokład gęsi są chore - zbagatelizowano problem, spodziewając się że na miejscu uda się je wyleczyć. Gdy jednak dotarli na miejsce, w bardzo krótkim czasie zaraza, która wyszła od gęsi, rozlała się po koloniach dawnych Bakaratinian. Miliony ludzi poumierały w bardzo krótkim czasie i w wielkich męczarniach. Dopiero potem odkryto co było powodem rozprzestrzeniania się tego wirusa. Były nim owady (komary i muchy), które w krótkim czasie rozniosły zarazki wirusa między poszczególnymi koloniami.

Najbardziej ucierpieli Czarni, których siedziby były w rejonach wyjątkowo gorących, a jednocześnie wilgotnych (najlepszych do rozwoju takich owadów jak komary), gdzie nie było w ogóle zimy (mogącej zdziesiątkować śmiercionośne owady). Żółtych jednak też nie ominęła choroba, lecz to właśnie ich lekarze (po wielu latach prac nad wytworzeniem szczepionki) wynaleźli przeciwciała, które wszczepione do organizmu człowieka już zarażonego - powodowały szybkie unicestwienie zalążków wirusa, a człowieka zdrowego całkowicie uodparniały na tę chorobę. Żółci w ramach przyjaźni ofiarowali Czarnym wynalezioną przez siebie szczepionkę, bez żadnych świadczeń z ich strony. Taki gest jeszcze bardziej zbliżył do siebie obie rasy. Po kilku latach nie było już śladu po niedawnej chorobie, a rasy Czarnych i Żółtych ponownie rozprzestrzeniły się na całym kontynencie, zakładając nowe miasta i badając nowe rejony Ziemi.



RZĄD i USTRÓJ


 Ustrojem politycznym, jaki zapanował na Bakaratini po odbudowie planety z katastrofy nuklearnej, była swego rodzaju demokracja (piszę - "swego rodzaju" - gdyż z naszą demokracją nie miała ona wiele wspólnego). Wybory do władz dzielnicowych czy wiejskich - odbywały się przez podniesienie ręki wszystkich mieszkańców zebranych na swego rodzaju "wiecu wyborczym" (ale bez agitacji przedwyborczej). Mieszkańcy decydowali który z kandydatów zasłużył na pełnienie funkcji lidera ich okręgu (dzielnicy w mieście lub na wsi). Wybrani w ten sposób przywódcy poszczególnych dzielnic miejskich, głosowali (identycznie) na lidera, który miałby kierować całym miastem. Wybierano go spośród ośmiu przedstawicieli starszyzny, szanowanych powszechnie za mądrość, uczciwość i inteligencję. Nie miały znaczenia ani majętności wybieranych, ani też koligacje rodzinne - decydowało jedynie społeczne uznanie współobywateli i to, co dany kandydat wniósł do swej "małej ojczyzny". Tylko te kategorie były brane pod uwagę przez głosujących. Podobnie wybierano przywódców okręgów wiejskich (tutaj głosowali wybrani przez mieszkańców przywódcy poszczególnych wsi, tworzących jeden większy okręg administracyjny). Każdy okręg wiejski liczył zawsze 8 wsi. Aby kandydować w wyborach, musiano ukończyć 45 rok życia i nie przekroczyć 65 roku życia.

Wybrani przywódcy miast i okręgów wiejskich wspólnie głosowali nad wyborem przywódców do Rady Stanu (złożonej z ośmiu mędrców), która to instytucja zajmowała się sprawowaniem władzy w danym kraju. Decyzje Rady Stanu były akceptowane na całym terytorium tego kraju. Mieszkańcy miast i dzielnic żywo jednak uczestniczyli w obradach Rady (choć nie osobiście, tylko przez swych wybranych delegatów). Każda dzielnica i każda wieś wysyłały do stolicy swoich delegatów (którzy monitorowali jakie prawa są uchwalane w Radzie Stanu i czy nie są popełniane jakieś nadużycia wśród rządzących). Nie było żadnych partii politycznych, ani ugrupowań społecznych - tylko wybrani przez mieszkańców przywódcy miast, sami wspólnie wybierający członków Rady Stanu. Wszystko opierało się na wręcz krystalicznej uczciwości kandydatów, ich bezstronności oraz dyscypliny i chęci uczynienia czegoś dla dobra ogółu. Nie dochodziło do defraudacji pieniędzy publicznych, ani żadnej innej pospolitej kradzieży. Za kradzież (także publiczną i także wśród członków Rady Stanu) groziły bardzo surowe wyroki. Za pierwszą kradzież - przypalano złodziejowi rękę rozgrzanym żelazem. Za drugą - ucinano jedną dłoń, za trzecią - drugą dłoń, oraz piętnowano złodziejowi na czole hańbiący monogram. Prawie nigdy nie dochodziło do drugiej kradzieży (nie mówiąc już o trzeciej), a przypadki pierwszej były w społeczeństwie ziemskich Bakaratinian niezwykle rzadkie.

Za morderstwo karą była okrutna śmierć (przez pożarcie przez specjalnie wygłodzone krokodyle). Za gwałt - kara była jeszcze straszniejsza - gwałciciela smarowano miodem i zakopywano do ramion w najbliższym sąsiedztwie kolonii mrówek. W takich przypadkach skazany umierał długo - bardzo długo, nawet po kilku-kilkudziesięciu godzinach. Nim jednak człowieka skazano, należało mu najpierw udowodnić jego winę. W tym celu nie przeprowadzano procesów sądowych, jakie się stosuje obecnie, lecz zamykano podejrzanego w specjalnym pomieszczeniu, zaś wokół niego umieszczano sześciu specjalnie szkolonych w tej dziedzinie "czytaczy myśli". Podejrzany, jeśli był winny, nie był w stanie zbyt długo (bez jedzenia, picia i snu) blokować w swej głowie myśli o przestępstwie, a "czytacze" zmieniali się co jakiś czas. Gdy podejrzany "pękał", pozwalano mu wypocząć i spożyć posiłek. Na drugi dzień (by nabrać pewności) całą procedurę powtarzano od nowa. Następnie raport z "przesłuchania" wędrował do sędziego, który zadawał skazańcowi serię krzyżowych pytań, zmuszając go by (teraz na głos) wszystko raz jeszcze potwierdził. Dopiero gdy tego dokonano wydawano wyrok. Rozprawy w "sądzie" trwały dosłownie chwilę, a wyrok zapadał jeszcze szybciej. Sędzia po prostu zmuszał oskarżonego by sam się przyznał do winy - wiedząc już (dzięki raportowi, sporządzonemu przez "czytaczy myśli" o jego winie lub niewinności). Oczywiście jeśli podejrzany okazywał się niewinny, był natychmiast oficjalnie przez sędziego uniewinniany i odtąd już nie ciążyło na nim żadne niechlubne, czy upokarzające społecznie podejrzenie.

Taki system prawno-administracyjno-polityczny był niezwykle skuteczny i całkowicie wyeliminował ze środowiska przywódców politycznych i z sądów społecznych (sędziów mieszkańcy danej dzielnicy lub wsi - także wybierali, głosując na ludzi cieszących się nieskalaną reputacją), jakiekolwiek przejawy patologii: nepotyzmu, kumoterstwa, kolesiostwa, partyjniactwa, przekupstwa, czy osobistych animozji.



SECESJA


Ok. 1 346 400 lat temu, w zwartych dotąd społeczeństwach Hyperboreańczyków z Bakaratini nastąpił rozłam. Nie był to jednak rozłam polityczny, wywołany chęcią zdominowania terenów zasiedlonych przez którąś z dwóch ras - lecz rozłam religijny. Spowodowany był on narodzinami nowej religii na całym kontynencie Hyperborei. Dotychczasową religią kolonistów z Bakaratini - był Tackionizm, który narodził się z chwilą odbudowy życia na Bakaratini po wyniszczającej obie rasy wojnie nuklearnej na tamtej planecie. Twórcami Tackionizmu byli międzyplanetarni obserwatorzy, działający na polecenie Federacji Galaktycznej, z planety TJehooba. Religia ta, była religią pokoju, opierała się bowiem na ofiarowanych mieszkańcom Bakaratini przez "Bogów" naukach moralnych w postaci odpowiednich przykazań, nad których przestrzeganiem czuwali specjalnie powoływani w tym celu kapłani. Świątynie tackionistyczne budowano we wszystkich miastach planety Bakaratini, jak i później na ziemskim kontynencie Hyperborei po przewiezieniu tam kolonistów z dawnego świata. Zarówno rasa Żółtych budowała świątynie tego samego kultu, wyznawała te same zasady religijno-moralne oraz podlegała tym samym przykazaniom - co rasa Czarnych. Nie było między nimi większych różnic religijnych (choć oczywiście zdarzały się niewielkie reinterpretacje zasad religii w zależności od osobowości i charyzmy danych kapłanów - lecz nie wpływało to na całość wyznawanej religii).

Podstawą religii tackionistycznej - była wiara w jednego Boga Stwórcę Wszechrzeczy, tzw.: Pierwszego Poruszyciela, który nadał światu (Wszechświatu) jego aktualny rys, kształt i koloryt. Tackioniści wierzyli też w reinkarnację dusz i ponowne narodzin w nowym życiu po śmierci. Kler jednak (wyjąwszy okres kilku pierwszych wieków po odbudowie życia planety Bakaratini z nuklearnego wstrząsu wojennego) nie miał w społeczeństwie Bakaratinian zbyt wiele do powiedzenia. Nauki religijne były bardzo ważne dla każdego mieszkańca planety (nie było wśród nich ludzi niewierzących), lecz władza polityczna w zakładanych przez nich państwach - czy to na dawnej planecie czy też już na Ziemi - była ściśle odseparowana od jakichkolwiek wpływów kasty kapłańskiej. Tym samym kapłani nie byli możni ani bogaci. Kapłanami zostawali z reguły ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, a ponieważ nie wynagradzano ich za kultywowanie wiary Bakaratinian (poza obowiązkiem ciążącym na państwach, które musiały zapewnić kapłanom codzienną strawę, czystą wodę, odzienie oraz miejsce, gdzie mogli udać się na spoczynek), nie mogli liczyć na żadne z tego tytułu profity finansowe (próba przekupstwa kapłana, lub przyjęcie przez niego za cokolwiek opłaty - były karane okrutną śmiercią). Mimo to kapłani cieszyli się ogromnym poważaniem w społeczeństwie Bakaratinian, ich rady i przykazania były słuchane i wypełniane. Jeśli w rodzinie pojawił się spór - z reguły udawano się do kapłanów z prośbą o mediację. Ich wyrok był respektowany przez obie strony sporu.

Mijały lata, dziesięciolecia i wieki - o epidemii, która nawiedziła Hyperborejczyków dawno zapomniano, lub opowiadano o niej jedynie w przekazach historycznych. Kapłani wciąż cieszyli się wielkim poważaniem w społeczeństwach zarówno Żółtych jak i Czarnych - a to głownie dzięki swemu ubóstwu i medytacyjnej duchowości oraz mądrości. Ale sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Ok. 3 500 lat po przybyciu Bakaratinian na Ziemię, w dawnym systemie religijnym pojawił się poważny kryzys wewnętrzny. Wielu młodych adeptów, którzy wybrali drogę duchową, widząc ogromną lecz niewykorzystaną władzę - jaką mają w swych rękach kapłani (którzy kształtują ludzkie sumienia, a tymczasem sami nie dysponują żadnymi elementami władzy - ani politycznymi ani też ekonomicznymi), ci młodzi tackionistyczni kapłani, rozpoczęli ok. 1 346 400 lat temu ruch secesyjny. Na początku nie był on zorganizowany i zjednoczony, a raczej rozproszony, gdyż każdy z kapłanów rozumiał odnowę kleru i wiary troszeczkę inaczej, każdy też potrafił zebrać wokół siebie swych wiernych wyznawców. Powstały pierwsze sekty. Było ich bardzo wiele. Niektóre nie przetrwały długo i szybko kończyły swój żywot, inne okazały się trwalsze. Ruch secesyjny objął obie rasy Czarnych i Żółtych, lecz ci ostatni rozpoczęli śmiałe i zdecydowane działania, które bardzo szybko pozbawiły secesjonistów wiernych. Żółci podjęli się zdecydowanej akcji kontr-secesjonistycznej, która dała nad wyraz dobre rezultaty, dzięki czemu ruch secesyjny wśród Żółtych szybko zanikł, a kler przestał żądać dla siebie praw politycznych i ekonomicznych. Wszystko wróciło na swoje miejsce.

O wiele mniej szczęścia mieli natomiast Czarni. Tutaj ruch secesjonistyczny opanował sam rdzeń kościoła tackionistycznego i wielu spośród tamtejszych kapłanów przyłączało się do tego ruchu. Podział był bardzo silny a walka z nim niezwykle trudna. Secesjoniści stawiali śmiałe żądania. Po pierwsze - wprowadzenie wyraźnej hierarchii kapłańskiej (dotąd takowa nie istniała). Po drugie - zniesienie ubóstwa kleru. Po trzecie - dostęp kapłanów do najwyższych urzędów państwowych. Po czwarte - zmiana systemu politycznego i zastąpienie dotychczasowej demokracji - wyborem przywódcy politycznego przez radę kapłanów, przy czym decydowałby tutaj głos najważniejszego arcykapłana. Po piąte - stworzenie państwa religijnego i podporządkowanie całego ludzkiego życia przykazaniom kleru. Po szóste wreszcie - zakaz sprawowania funkcji kapłańskich przez kobiety (ponieważ Tackionizm opierał się na wierze w reinkarnację - równy dostęp do stanu kapłańskiego przysługiwał zarówno mężczyznom jak i kobietom). Dotąd bowiem w ziemskich społeczeństwach Hyperboreańczyków - pozycja kobiety była bardzo wysoka (gwałt na przykład - o czym pisałem wcześniej - był karany bardzo surowo), mogła ona nie tylko sprawować urzędy publiczne, lecz także religijne. Wszelkie ograniczenia związane z płcią a odnoszące się do polityki, religii, nauki czy sztuki Bakaratinian - nie istniały. Ciekawym przykładem jest choćby fakt nie istnienia w tych społeczeństwach kobiecej prostytucji (oczywiście męskiej też nie było). Teraz zaś "odnowiciele wiary" dążyli do gruntownej zmiany tego stanu rzeczy.

Ruch reformacyjny w społeczeństwie Czarnych rósł i prężniał, lecz nadal nie był w stanie wymusić na władzach politycznych swych żądań. Tak samo było z żądaniami religijnymi w ramach samego kościoła tackionistycznego, który co prawda bardzo osłabł - jednak nadal był w stanie sprzeciwić się nowo powstałym ruchom odśrodkowym. Nie było zatem rady - przywódcy secesji, którzy ogłosili się teraz arcykapłanami - postanowili zebrać wszystkich swych wyznawców i wraz z nimi opuścić nie tylko swe rodzinne miasta, lecz także całą Hyperboreę. Postanowiono zatem osiedlić się w Afryce. Wówczas kontynenty nie pokrywały się z obecną ich linią brzegową, dlatego też ciężko jest wytłumaczyć jaki wygląd miała zarówno sama Hyperborea, jak i kontynent w skład którego wchodziła dzisiejsza Afryka. W każdym razie arcykapłani i 500 000 ich zwolenników opuścili swe ojczyzny i przeszli przez mały przesmyk, osiedlając się w okolicach dzisiejszego Morza Czerwonego (które wówczas nie istniało). Zaczęto tam wznosić nowe miasta i wioski, ale odrzucono dawny demokratyczny system polityczny. Odtąd przywódców państwowych wybierał osobiście arcykapłan, niższy kler zaś wybierał pomniejszych szefów dzielnic i wiosek. Spowodowało to bardzo szybko wystąpienie dwóch niebezpiecznych tendencji, które skutecznie niwelowano w dawnym systemie demokratycznym. Mianowicie kler (i będący na jego usługach urzędnicy i przywódcy polityczni) stawał się coraz majętniejszy, tworząc potężne latyfundia ziemskie i budując ogromne pałace.

Z drugiej strony w szybkim tempie ubożało społeczeństwo - obywatele, którzy teraz stawali się najzwyklejszymi poddanymi nowej kasty kapłańskiej. Odebrano im wszelkie prawa polityczne (odtąd nie można już było wybierać swych przedstawicieli, ani tym bardziej przywódców), o wszystkim decydowali kapłani. Wprowadzono obowiązek uiszczania opłaty na kler (ci, których nie było na to stać - musieli odrabiać "pańszczyznę" w prywatnych latyfundiach przywódców religijnych). Ludzie bardzo zubożeli. Ci, którzy nie byli blisko związani (np.: powiązaniami rodzinnymi) z wysoko postawionymi klerykami - nie mieli właściwie żadnych szans na poprawę swego materialnego położenia. Bardzo szybko pojawiła się korupcja, nepotyzm, stręczycielstwo i prostytucja (niespotykane w dawnym systemie). Odtąd marzeniem każdej rodziny było posiadanie męskiego potomka, którego można by było oddać (jako kilkuletnie dziecko) na nauki do świątyni, licząc na to, że może kiedyś uda mu się zdobyć taką w niej pozycję, iż będzie w stanie utrzymać swoją rodzinę i zapewnić swym rodzicom, braciom, siostrom oraz innym krewnym - dostatnie życie. Narodziny córki zaś, były odtąd jedynie powodem do żalu i zmartwienia (trzeba ją było bowiem wykarmić i znaleźć jej jakieś zajęcie). Nic więc dziwnego że rodzice często stręczyli swe córki dostojnikom kleru, w nadziei że dzięki temu nie będą cierpiały głodu, pragnienia, zimna i trudów ciężkiej pracy.

A tymczasem społeczeństwa Żółtych, oraz tych Czarnych którzy pozostali w swych dawnych ojczyznach na Hyperborei (i przy dawnym demokratycznym systemie politycznym oraz niewielkiej roli tackionistycznego kleru w sprawach publicznych) z coraz większym zdziwieniem i przerażeniem przyglądali się poczynaniom swych czarnych współbraci w Afryce. Nie zaprzestali jednak z nimi kontaktów - prowadząc ożywioną wymianę handlową, a nawet nawiązując stosunki dyplomatyczne. Nie zezwolono jednak na sprzedaż im supernowoczesnej broni laserowej, pojazdów gwiezdnych, ani tym bardziej głowic atomowych, które posiadano na Hyperborei, a których "afrykańscy secesjoniści" po opuszczeniu kontynentu sami nie potrafili stworzyć. Powodowało to ogromną dysproporcję cywilizacyjną pomiędzy obiema grupami (hyperboreańską i afrykańską). O ile jedni podróżowali (i przewozili towary na sprzedaż) na swych "gwiezdnych rydwanach" - jak określali podniebne pojazdy Hyperboreańczyków - afrykańscy secesjoniści, o tyle ci drudzy musieli wrócić do bardziej tradycyjnych form poruszania się - jak konie, wielbłądy, słonie, oraz używania zwierząt jucznych do przewożenia towarów. Nie tylko jednak stopa zamożności społeczeństwa oraz postęp cywilizacyjny szwankowały w społeczeństwie Czarnych w Afryce. Dodatkowym problemem była dalsza degeneracja ich dawnej religii.

Afrykańscy secesjoniści rozprzestrzenili się na całym terytorium dzisiejszej północno-środkowej Afryki, zakładając nowe wsie i miasta w rejonie wielkiej rzeki, która płynęła przez środek ówczesnego kontynentu afrykańskiego (mniej więcej pokrywającego się z dzisiejszym położeniem tego kontynentu). Kler jednak uznał, że nowa religia musi całkowicie wyzbyć się "dawnych naleciałości". Dlatego też ogłoszono że wiara w reinkarnację ludzkiej duszy jest herezją. Odtąd każdy kto wyznawał pogląd inkarnacji dusz musiał się liczyć ze śmiercią po uprzednich publicznych torturach, mających na celu upokorzenie nieszczęśnika i publiczne odwołanie przez niego swych poglądów, by uniknąć dalszego bólu. Lecz nawet zaprzeczenie swym poglądom nie zamykało sprawy do końca. Owszem kończono tortury - lecz nieszczęśnikowi nie było dane umrzeć szybko - wrzucano go najczęściej do klatek dzikich zwierząt (lwy, tygrysy, pantery), lub po prostu karmiono nim krokodyle. Arcykapłani i kler zdawali sobie doskonale sprawę że wiara w reinkarnację nie umacnia ich władzy lecz ją osłabia. To, co robiono z podległym sobie społeczeństwem, nie miało nic wspólnego z założeniami wędrówki dusz i duchowości w ogóle. Zresztą duchowość rozumiana jako medytacja czy kontemplacja - także była zakazana. Odtąd przyświątynne zakłady wytwarzały kamienne lub drewniane wyobrażenia bóstw (wiara w jednego Boga Stwórcę też uznana została za "bałwochwalstwo"), które należało zakupić i którym trzeba było składać ofiary by cokolwiek od nich uzyskać.

Kapłani sami dawali przykład, codziennie składając jakąś ofiarę dziękczynną w podzięce za (np.) kolejny wschód słońca. Na ofiary wybierano zwierzęta takie jak króliki, owce, kozy, świnie i byki (te ostatnie mogli zabijać jedynie arcykapłani). Szybko jednak okazało się że "bogom" to nie wystarcza - domagali się krwi człowieka. Zaczęto więc sporządzać listy tych, którzy zostaną złożeni w ofierze w czasie uroczystych świat religijno-państwowych. Listy sporządzano co kwartał, wybierając jedną z dzielnic. Następnie przywódcy dzielnicy musieli wybrać rodziny, które ofiarują któregoś ze swych członków na ofiarę dla bogów. Złożenie w ofierze było tłumaczone jako wielkie wyróżnienie i chwała dla tej rodziny, która wystawiła swych "kandydatów". Nie chodziło tutaj tylko o samą chwałę, stały za tym inne nagrody, jak (czasowe) zwolnienie z opłat na kler, (czasowe) zwolnienie z obowiązku wypełnienia pańszczyzny w latyfundiach arcykapłanów i pomniejszego kleru, oraz inne drobne "nagrody". W każdym razie krew lała się strumieniami na stołach ofiarnych, gdzie składano publiczne modły i poświęcano bogom "wybrańców". Arcykapłani postanowili trzymać lud w ciemnocie i niewiedzy, w zabobonie i strachu przed karą bogów, których oni - klerycy byli najważniejszymi reprezentantami na ziemi. Aby to osiągnąć zabroniono uczyć ludzi czytania i pisania - mieli jedynie pracować, modlić się, płacić kapłanom jakaś formę dziesięciny, oraz być im całkowicie posłusznymi. Karą za nieposłuszeństwo nie była jedynie śmierć ciała tu na Ziemi - lecz także (jak głosili arcykapłani) śmierć duszy w Zaświatach.

Hyperboreańczycy nie byli jedynymi, których niepokoiła droga którą podążali afrykańscy secesjoniści. Tym tendencjom przyglądali się także TJehooba - którzy przez Federację Galaktyczną, zostali powołani jako opiekunowie niżej stojących pod względem zarówno duchowym jak i technologicznym - humanoidalnych istot we Wszechświecie. Przez długi czas nie ujawniali się, nie pokazywali, nie przypominali o swej obecności z ukrycia obserwując swych dawnych bakaratiniańskich podopiecznych. Teraz jednak, gdy kapłani zaczęli składać swe ofiary z ludzi - postanowiono działać. Wykorzystując telepatię, połączono się z umysłem najwyższego arcykapłana, który miał władzę nad całym swym ludem i dano mu do zrozumienia że bogowie są z niego i jemu podobnych bardzo niezadowoleni - "Ofiary z ludzi mają się skończyć" - nakazano mu we śnie. Dalej tłumaczono: "Człowiek istnieje wyłącznie po to, by się rozwijał duchowo, to co robicie jest przeciwko Prawu Wszechświata". Gdy arcykapłan się obudził, był przerażony. Uwierzył że to, co ujrzał w swym umyśle to był prawdziwy głos boga. Natychmiast zwołał radę najważniejszych kapłanów by przedstawić im swój sen i wolę bogów. Nie uwierzono mu, sądzono początkowo że ze względu na jego pokaźny wiek - że po prostu "stary oszalał i plecie od rzeczy". Gdy jednak on nie przestawał dążyć do przeprowadzenia reform religijnych i zniesienia ofiar z ludzi - kilku najbardziej radykalnych kapłanów oskarżyło go o zdradę, bezbożność i herezję. Reszta uznała że miał po prostu halucynacje.

Po wielogodzinnych naradach udało mu się przekonać dwóch kleryków (spośród 15) do przeprowadzenia radykalnych reform w religii i zaprzestania krwawych ofiar z ludzi. Reszta nie zgodziła się na zmiany, słusznie twierdząc że jakakolwiek liberalizacja poglądów religijnych, będzie nieuchronnie oznaczała utratę władzy kleru nad masami ludzkimi . Twierdzono wprost - naszym celem jest utrzymywać ludzi w ciemnocie i szerzyć strach przed "mściwymi bogami", wmawiając ludziom że tylko my jesteśmy jedyną drogą wiodącą do zbawienia, jeśli to odrzucimy - stracimy nie tylko władzę, lecz również jakikolwiek wpływ na ludzi. Sam fakt iż tak myślano i mówiono świadczy dobitnie że sami kapłani nie wierzyli w to, co głosili, czego dowodem może być chociażby fakt - że żaden z nich - pomimo oficjalnie głoszonych zapewnień o wielkim honorze i łasce bogów, nie zdecydował się nigdy nie tylko sam siebie poświęcić na ołtarzu ofiarnym, lecz i nawet kogokolwiek ze swej rodziny (nepotyzm był tam niezwykle silny i mocno ugruntowany). Kapłani bardzo dbali o swe rodziny, które dzięki nim opływały w dostatki, majętności i splendory. Członków rodzin kapłanów (a szczególnie arcykapłanów) nigdy nie wybierano do roli ofiar na ołtarzach "mściwych bogów". Ponieważ próba nakłonienia kapłanów do zmiany postępowania nic nie dała - TJehooba postanowili działać bardziej zdecydowanie.

Kapłani odrzucili jakąkolwiek myśl o zmianie dotychczasowego systemu społeczno-religijnego i nie zgodzili się na reformę religii i kleru oraz zaprzestanie krwawych ofiar z ludzi. Dlatego też TJehooba postanowili działać bardziej stanowczo. Pewnej nocy nadlecieli nad afrykańskie państwo kapłanów i zatrzymali się na wysokości 10 000 metrów, nieopodal Świętego Miasta - czyli całego kompleksu kultowego, do którego postronni ludzie mogli wchodzić jedynie w dni świąteczne, lub jako służba pomocnicza kapłanów. Święte Miasto (wraz ze Świątynią w której składano krwawe ofiar z ludzi) były oddalone od innych miejskich zabudowań na odległość kilometra. TJehooba ponownie zastosowali telepatię, po to by zbudzić Najwyższego Kapłana i tych dwóch kapłanów, którzy wcześniej poparli projekt reformy kleru, a następnie skierowano ich do pięknego parku, położonego jakieś półtora kilometra od Świętego Miasta. Posługując się metodą zbiorowej halucynacji spowodowali, że straże więzienne otworzyły bramy i wypuściły na zewnątrz przetrzymywanych tam więźniów, a następnie ci wszyscy ludzie (żołnierze, służba więzienna, więźniowie i pozostali mieszkańcy) pod wpływem telepatii TJehooba opuścili Święte Miasto i "natchnieni" przez dziwne "anielskie" wizje na niebie (skrzydlatych postaci), ludzie ci pędzili na drugi koniec miasta. W Świętym Mieście pozostało jedynie 12 upartych kapłanów. Gdy cała ludność wyszła już z obrębu murów miasta, wówczas okręt TJehooba (użyli tylko jednego) całkowicie zniszczył "święte" zabudowania i samą Świątynię, zagrzebując pod ich gruzami owych 12 kapłanów.

Pozostało gruzowisko, które miało świadczyć na przyszłość o ludzkim nieposłuszeństwie i potwornej karze "Bogów" będącej tego konsekwencją (podobnie rzecz miała się na Ziemi podczas zniszczenia Sodomy i Gomory - o czym napiszę w kolejnych częściach). Następnie do ludzi zgromadzonych w bezpiecznej części miasta, odezwał się "głos z nieba", który ostrzegł ich że gniew Boga może być jeszcze straszniejszy niż to, co widzieli i nakazał im iść odtąd Nową Drogą, wytyczoną przez Najwyższego Kapłana i jego dwóch pomocników. "Nowa Droga" stała się kolejną religią, powstałą po zniszczeniu Świętego Miasta. Nawiązywała ona w swych założeniach do Tackionizmu wyznawanego przez ich pobratymców na Hyperborei (wiara w jednego Boga, w reinkarnację), jednak pozostawiła pewne dawne naleciałości, jak choćby silną pozycję Najwyższego Kapłana i pozostawienie funkcji kapłańskich (które odtąd miały być kontrolowane przez lud na drodze wyborów) jedynie wśród samych mężczyzn (kobiety zostały wyłączone z tych funkcji). Do urzędów kapłańskich znów jednak kandydowali ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, gdyż funkcja ta nie łączyła się już z posiadaniem wielkich majątków ziemskich i bogactwa. Kapłani ponownie stali się ludźmi ubogimi lecz... w przeciwieństwie do Hyperborejczyków, u których kasta kapłańska nie miała zbyt wiele do powiedzenia w sprawach polityki - to właśnie oni nadal rządzili państwem. Ale byli to już inni ludzie, więcej czasu poświęcający sprawom duchowości niż materialistycznej egzystencji.



II SECESJA


Taki właśnie stan rzeczy spowodował, że po kolejnych setkach lat (gdy Nowa Droga umocniła się już w afrykańskim społeczeństwie Czarnych), zaczęli się tutaj zjeżdżać również i Żółci, którzy nawet osiedlali się w rejonie dzisiejszego Morza Czerwonego (wówczas morze to nie istniało - jak wspomniałem wyżej). Nowe społeczeństwo Czarnych było przyjaźnie nastawione a Nowa Droga i Tackionizm wywodziły się przecież z jednego "boskiego" nurtu (TJaooba założyli przecież na Ziemi nie tylko religię judaistyczną, ale również byli prekursorami chrześcijaństwa, wysyłając tu swego przedstawiciela z misją "Syna Człowieczego"), szybko więc znaleziono wspólny język na gruncie religii, kultury, sztuki, obyczajów i dalszego wzajemnego życia. Zaczęto zakładać mieszane rodziny, z których rodziły się dzieci posiadające geny zarówno Czarnych jak i Żółtych. Wkrótce było ich tak dużo, że powstała z tego kolejna, trzecia rasa (byli to przodkowie dzisiejszych Arabów). Dzieci zrodzone z mieszanych czarno-żółtych związków i wychowywane w mieszanych czarno-żółtych kulturach (oraz religii), postanowili jeszcze bardziej zreformować i zliberalizować Nową Drogę, tak, by upodobnić ją całkowicie do Tackionizmu. Zaczęto więc głosić hasła zniesienia godności kapłańskich i przywrócenia kapłaństwa kobiet, jednak te ich hasła nie znajdowały poparcia w społeczeństwie Czarnych, które zapomniało już (minęło kolejnych kilka tysięcy lat od zniszczenia Świętego Miasta) o dawnych kapłańskich przywilejach, uprzywilejowanej pozycji kleru i krwawych ofiarach z ludzi. Teraz kler był zupełnie inny, kapłani nie tylko władali państwami i miastami, lecz przede wszystkim służyli ludziom swą pomocą, to oni właśnie leczyli wszelkie trapiące ludzi choroby - nie pobierając za to żadnych opłat i to oni udzielali ludziom duchowego wsparcia na każdej ich drodze życia.

Nie uzyskawszy zrozumienia dla swych planów, potomkowie z mieszanych związków uznali że nie ma innego wyjścia jak opuszczenie swych rodzinnych miast i osiedlenie się gdzieś indziej. Tak też się stało - nastąpiła II Ziemska Secesja dawnych Bakaratinian. Wyemigrowali więc w rejon dzisiejszej Północnej Afryki i założyli swe pierwsze miasta na terenie Algierii i Tunezji. Odtąd trzy (a właściwie cztery - gdy liczymy Czarnych Hyperborejczyków jako odmienne społeczeństwo od ich afrykańskich współbraci) rasy żyły obok siebie w pokoju i przyjaźni. Zawiązano wzajemne stosunki dyplomatyczne nie tylko pomiędzy poszczególnymi państwami, lecz także pomiędzy miastami. Kontrola armii i uzbrojenia jednego państwa - znajdowała się pod całkowitym "monitoringiem" przedstawicieli innych państw, akredytowanych jako dyplomaci (a nawet więcej - to właśnie ambasadorowie obcych państw decydowali o użyciu lub nie użyciu broni atomowej państwa, które tę broń posiadało). Dzięki temu całkowicie wyeliminowano jakiekolwiek zagrożenie jądrowe i nie obawiano się konfliktów wojennych. Lecz nie przewidziano jednego - że zagrożenie militarne wcale nie musi nadejść ze strony sąsiedniego państwa, tylko na przykład z... głębin naszej Galaktyki. Hyperboreańczycy nie mogli tego przewidzieć, gdyż już dawno zatracili umiejętność podróży międzygalaktycznych (ich okręty gwiezdne mogły przebywać w przestrzeni kosmicznej tylko przez krótki czas - do 12 tygodni), nie wiedziano więc co się działo w całym Układzie Słonecznym - a działy się tam wówczas rzeczy o niebagatelnym znaczeniu dla przyszłości Ziemi i innych planet naszego Układu Słonecznego.


CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...