WYŚWIETLENIA

04 listopada 2025

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. XXV

WYDARZENIA POPRZEDZAJĄCE WYBUCH 
III WOJNY GALAKTYCZNEJ


HYPERBOREA
PIERWSZA ZIEMSKA CYWILIZACJA



MAPA ZIEMSKIEGO KONTYNENTU HYPERBOREI I PAŃSTW ZAŁOŻONYCH PRZEZ PRZYBYSZÓW Z PLANETY BAKARATINI

(Dowolna wizja artysty - nie ma ona odzwierciedlenia w channelingach)



Czas mijał, leciały kolejne lata, dziesięciolecia, stulecia - mieszkańcy planety Bakaratini, pomni "woli Bogów" ogłaszanej im przez kapłanów - żyli ze sobą w zgodzie i przyjaźni. Budowano wspólne (a nie oddzielne jak dawniej) miasta i państwa, a nawet tworzono wspólne rodziny. Ponownie zasiedlano planetę, która po upływie kilkuset lat wyglądała już prawie tak samo, jak przed zagładą nuklearną. Wszystko wyglądało podobnie, z wyjątkiem miejsc gdzie powstały pustynie. Fauna i Flora rozwijały się i znów bujnie zasiedlały planetę. Bakaratini ponownie rozkwitała. Ten niezmącony niczym okres rozwoju planety (również cywilizacyjnego, gdyż z biegiem stuleci zaczęto sobie uzmysławiać że legendy o "Bogach z Nieba", którzy mieli ocalić ludziom życie na planecie i z których potem ukształtowała się religia Zjednoczenia - są po prostu prawdziwymi wydarzeniami, mówiącymi o pomocy mieszkańcom przez jakąś obcą, potężną, poza-planetarną cywilizację - która doprowadziła do zaprowadzenia wśród dwóch ras zasiedlających planetę - powszechnej zgody i położyła grunt pod rozwój wspólnej, bakaratińskiej cywilizacji), trwał aż 150 tys. lat (jak sobie pomyślę że nasza "znana" cywilizacja trwa zaledwie 5 700 lat, to wydaje się to tak żałośnie mało, że nawet nie ma sensu z niczym tego porównywać). Dawna religia powszechnej zgody obecnie stawała się filozofią życia dla mieszkańców planety (jednak religia nie zniknęła - religią Bakaratinian był Tackionizm, który opierał się właśnie na przykazaniach dawnych "Bogów" oraz wiary w inkarnacje duszy). Wraz z rozwojem intelektualnym i moralnym, rozwijała się również nauka i technologia. Znów pobudowano olbrzymie megamiasta oraz stworzono sieci komunikacyjne, oplatające planetę wszerz i wzdłuż. A także rozpoczęto pierwsze loty międzyplanetarne.

Nadal jednak Bakaratinianie nie potrafili odpowiedzieć na fundamentalne pytania, dotyczące ich pochodzenia, oraz celu ich istnienia (nie pamiętano że przed prawie 8 milionami lat - Federacja Galaktyczna wysłała swych kolonistów do zasiedlenia ich planety - i że tymi kolonistami byli ich przodkowie). Nic nie wiedziano o Federacji ani o konflikcie Galaktycznej Ludzkości z Gadami we Wszechświecie. Wszystko odkrywano na nowo. Bakaratinianie, którzy rozpoczęli pierwsze loty pozaplanetarne - byli niczym dzieci, fascynując się wszelkimi kosmicznymi zjawiskami, których nigdy wcześniej nie widzieli na oczy. Ponownie (choć powoli) - odkrywano otaczający ich Wszechświat. 1 350 000 lat temu (czyli 150 tys. lat po odbudowaniu cywilizacji na Bakaratini), naukowcy badający podłoże geologiczne i morfogenetyczne planety doszli do wniosku, że jądro planety (tzw.: wewnętrzne słońce każdej planety - działające niczym reaktor termojądrowy) powoli, lecz systematycznie stygnie. Oznacza to że planeta powoli umiera. Stwierdzono że definitywne wygaszenie jądra planety nastąpi najpóźniej za jakieś... 500 lat. Przywódcy planety początkowo postanowili trzymać te informacje w tajemnicy i powoli przygotowywać mieszkańców do... wielkiej ewakuacji. Wcześniejsze badania Kosmosu przyniosły wiele ciekawych spostrzeżeń na temat okolicznych planet z najbliższych galaktyk. Aby się dobrze przygotować do drogi, najpierw wysłano misję zwiadowczą, która miała "przetrzeć szlak" i wybrać planetę zdatną pod przesiedlenie i kolonizację kilku milionów mieszkańców Bakaratini.

Grupa ta dotarła do naszego Układu Słonecznego, obierając sobie początkowo za cel planetę Mars. Szybko odkryto jednak że Mars jest zasiedlony przez potężną cywilizację - postanowiono więc szukać dalej. Kolejną planetą którą odwiedzili, był... Maldek. O mało nie przypłacili tej wizyty życiem, gdy odkryto że planeta ta jest tak naprawdę zbrojną placówką Gadów. Udało im się wymknąć z Maldeka, lecz konwój został rozproszony przez ścigające ich reptiliańskie gwiazdoloty. Dwa statki z owego konwoju, aby się ukryć przed napastnikami - schroniły się na... Ziemi (co się stało z resztą konwoju? tego nie wiadomo - channelingi milczą na ten temat - najprawdopodobniej tamci zginęli, gdy dopadły ich Gadoidy). Planeta w tym czasie zmieniła się już znacznie. Przede wszystkim nie było na niej już dinozaurów. A jak doszło do zagłady dinozaurów i tzw.: "kredowego wymierania" tych gadów? Trudno to dziś powiedzieć z całą pewnością, gdyż przekazy channelingowe, dotyczące tego wydarzenia są dość powściągliwe. W każdym razie pisałem już że Lirianie (przybyli setki milionów lat temu na Ziemię) dążyli do ograniczenia populacji dinozaurów po to, by umożliwić rozprzestrzenianie się populacji ssaków. Napotkali jednak na opór Gadów z systemu gwiezdnego Alpha Draconis, którzy opiekowali się swymi pobratymcami na Ziemi. Jednak ok. 65 milionów lat temu wydarzyła się przedziwna sytuacja, o której channelingi wspominają jedynie zdawkowo, a która przecież doprowadziła do eksterminacji większości dinozaurów na naszej planecie (przetrwały jedynie mniejsze gady, które z biegiem czasu wyewoluowały w istoty rozumne. Dlatego też dziś twierdzą oni że to oni, a nie my, są prawdziwymi panami Ziemi i pierwszymi jej mieszkańcami, choć obecnie ich podziemne kolonie są nieliczne. Duża część z nich została zniszczona przez ludzi na polecenie naszych rządów (głównie USA), dlatego są oni niemile ustosunkowani do ludzi, ale jednocześnie nie są nam wrodzy tak, jak ich pobratymcy spoza Ziemi. Po prostu chcą przetrwać).

Ta sytuacja, to było ściągnięcie na Ziemię dwóch księżyców (kto ściągnął, nie wiadomo?), które będąc już na orbicie Ziemi - zostały nakierowane na siebie, powodując ich rozerwanie na drobne kawałki - które pospadały na Ziemię, doprowadzając do ogólnej katastrofy. Spadające kawałki tamtych dwóch satelitów - doprowadziły do wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, potoków lawy i ognia, pożarów, powodzi itd. (a co za tym idzie... ponownym ubytku pokładów tlenu na naszej planecie). To spowodowało wymarcie nie tylko dinozaurów lecz także pierwszych ras hominidów, stworzonych przez Felinian, Lirian i Syrian na Ziemi. Milczenie w tej kwestii channelingów, jak również zagłada innych niż gadzie form życia - miały odeprzeć zarzut umyślnej (i sterowanej przez Galaktyczną Ludzkość - a głównie Lirian) zagłady życia na naszej planecie. Gady z Alpha Draconis nie mogły powiedzieć - "To wasza wina" - nie było na to dowodów. Mimo to, gdy zabrakło ich pobratymców - Reptilianie opuścili Ziemię i odeszli do swego świata (odeszli na jakiś czas - powrócą ponownie za kilkadziesiąt milionów lat, udzielając ogromnego wsparcia militarnego gadziej placówce na Maldeku w wyparciu Federacji z całego Układu Słonecznego).







PRZESIEDLENIE


Bakaratinianie, którym udało się schronić na Ziemi przed pościgiem Gadów z Maldeka, wylądowali na krańcu wielkiego kontynentu, który wówczas dominował na Ziemi, a który potem otrzyma nazwę - Hyperborea. 1 350 000 lat temu w skład kontynentu hyperboreańskiego wchodziły (m.in.:) dzisiejsza Antarktyda, Grenlandia, Szwecja, Norwegia, Islandia, oraz Australia, Nowa Gwinea, Birma, Indonezja i Malezja. Tam zaś, gdzie obecnie znajduje się Tajlandia, była cieśnina o szerokości ok. 300 metrów. Wewnątrz Australii było wówczas morze, do którego dopływało kilka rzek. Znajdowała się tam również bardzo bogata i różnorodna fauna i flora. Tak się złożyło, że dwa okręty, którym udało się przetrwać i schronić na Ziemi - to były statki złożone: jeden z mieszkańców czarnej, a drugi z mieszkańców żółtej rasy Bakaratinian. Czarni wylądowali właśnie na terenie cieśniny, tam, gdzie potem powstanie Australia. Zaraz też założono pierwszą bazę (która potem, po przewiezieniu kolonistów z Bakaratini - rozrośnie się w wielkie miasto i otrzyma nazwę - Ikirito). Żółci zaś wylądowali na terenach obecnej Birmy. Założyli swą bazę na wybrzeżu przy dzisiejszej Zatoce Bengalskiej. Po pierwszych badaniach podłoża geologicznego planety, uznano że nadaje się ona wyśmienicie pod przyszłą kolonizację ich rodaków z Bakaratini - natychmiast postanowiono wracać, by przekazać przywódcom planety - dobrą nowinę.

Na planecie (po przybyciu zwiadowców) rozpoczęto, zakrojoną na wielką skalę ewakuację całej Bakaratini - trwała ona zaledwie 50 lat (jest to łączny czas zarówno samej ewakuacji planety, jak i dotarcia kolonistów do Ziemi). Łącznie ewakuowano 7 200 000 mieszkańców (po ok. 3 600 000 Czarnych i Żółtych). Nie wszyscy jednak zgodzili się opuścić swój rodzinny świat. Na Bakaratini pozostali starcy, którzy przywykli do swego świata i nie chcieli słyszeć o żadnym ocaleniu - chcieli umrzeć wraz ze swoją planetą. Gdy koloniści dotarli już na Ziemię i osiedlono ich we wcześniej założonych dwóch bazach - rozpoczęto też (zakrojone na wielką skalę) odkrywanie innych części planety. Częściowo po to, by wybrać kolejne dogodne miejsca do osiedlenia a częściowo.... z rozwagi. Obawiano się bowiem że planeta może już być zasiedlona (tak jak na przykład Maldek) i że jej dotychczasowi mieszkańcy mogą nie życzyć sobie u siebie "nieproszonych gości" (była zasiedlona, mieszkańcami byli potomkowie gadów, którym udało się przetrwać zagładę sprzed 65 milionów lat, ale byli oni nieliczni i w większości żyli pod ziemią). Jednak nie stwierdzono istnienia żadnej innej cywilizacji (za to odkryto grupy poszczególnych ras na wpół-zwierzęcych hominidów, zamieszkujących niektóre tereny kontynentu, którzy jednak uciekali na ich widok). Zdarzało się również że spotykali pojedynczych Lirian lub Felinian (ale tylko wówczas, gdy tamci tego pragnęli i tylko po to, by przekazać im pewne informacje na temat planety, oraz przestrzec przed próbami zniszczenia lub zniewolenia napotykanych ras hominidów).

Ziemia wówczas obracała się wokół innej niż dzisiaj osi. Dzień trwał 30 godzin i 12 minut, a rok 280 dni. Klimat (szczególnie na równiku, gdzie wylądowali Czarni) był bardzo gorący, lecz jednocześnie dość wilgotny i orzeźwiający (upały nie były tak ciężkie dla ludzkiego zdrowia i życia - jak dzisiaj). Planeta zasiedlona była przez bardzo różnorodne gatunki zwierząt, które koloniści z Bakaratini jeszcze wzbogacili, przywożąc ze swojej planety takie gatunki jak: kozy czy kangury (których mięso było ulubionym pokarmem Bakaratinian). Jednak szybko okazało się, że utrzymanie kangurów w ziemskich warunkach może być niezwykle trudne, gdyż zabrakło podstawowego składnika ich diety, którym była na Bakaratini roślina o nazwie - Arilu. Pąki owej rośliny (które przywieziono z dawnej planety) - po pierwszych próbach zaaklimatyzowania jej na Ziemi - natychmiast ginęły, atakowane przez mikroskopijne grzybki. Nie było innej rady, należało przyzwyczaić zwierzęta z Bakaratini do ziemskiej trawy. Ale nie było to wcale proste, a szczególnie odporne na te próby stały się właśnie kangury, które musiano przez bardzo długi czas (kilka pokoleń kolonistów) karmić sztucznie wytworzonymi produktami. W końcu jednak udało się Czarnym wyhodować trawę, która zarówno z wyglądu jak i smaku przypominała Arilu. Nowa roślina była już odporna na ziemskie warunki atmosferyczne i inne (w tym organiczne) przeszkody utrudniające jej rozwój. Wkrótce tak się rozrosła, że zdominowała cały teren kolonii Czarnych (dzisiejsza Australia), a do naszych czasów przetrwała pod nazwą - Xanthorrhoea (roślina ta rośnie tylko na terenie Australii, nigdzie indziej).


AUSTRALIJSKA XANTHORRHOEA




EPIDEMIA


Zarówno Czarni jak i Żółci zaczęli zakładać na zajmowanym przez siebie terytorium liczne eksperymentalne farmy, w których hodowano i ulepszano - słoneczniki, kukurydzę, pszenicę, proso i inne rośliny. Hodowano także warzywa, jak sprowadzone z Bakaratini i zaaklimatyzowane na Ziemi - kapusta, sałata, pietruszka, pasternak i kolender, oraz wiśnię, banany i pomarańcze. Obie rasy różnie radziły sobie z aklimatyzacją owych warzyw, roślin i drzew owocowych. Żółci na przykład doskonale radzili sobie w uprawie warzyw i owoców, Czarni "wyprodukowali" nową odmianę trawy Arilu, oraz zmodyfikowali pomarańcze, tak, by przyjęły się one do ziemskiego klimatu (Żółtym to się nie udało). Żółci za to byli lepsi w uprawie pszenicy (we wszystkich czterech jej odmianach). Ulepszyli również ryż (który jest tradycyjną rośliną ziemską, nie sprowadzoną z Bakaratini). W swych nowo utworzonych ziemskich koloniach pobudowano również świątynie tackionistyczne (religia Bakaratinian). Pionierami w tym dziele byli Żółci, których miasta zakładane w rejonie dzisiejszej Zatoki Bengalskiej, bardzo szybko przewyższyły miasta założone przez Czarnych. Obie grupy jednak nie rywalizowały ze sobą a wzajemnie sobie pomagały, pomni nakazów tackionistycznych przykazań religijnych (być może podobnych do naszych 10 Przykazań, które otrzymał Mojżesz od "Boga?" W końcu i tam i tu pomagali TJehooba).

Bakaratinianie na Hyperborei stworzyli cywilizację, której obie rasy wzajemnie ze sobą współdziałały i współpracowały. Wciąż odkrywano nowe tereny zdatne do kolonizacji. Po 300 latach od przybycia na Ziemię, wspólna ekspedycja Czarnych i Żółtych dotarła do terenów dzisiejszej Afryki. Odkryli tam nowe gatunki zwierząt, takie jak - słonie, żyrafy, lwy, bawoły i gęsi. Oraz nowe rodzaje warzyw i owoców - a wśród nich... pomidory, które jednak nie przypominały tych znanych nam dziś warzyw. Tamte był wielkości porzeczki, a w smaku bardzo kwaśne. Żółci podjęli się genetycznego ulepszenia tego owocu (które jest także warzywem), doprowadzając go do dzisiejszego kształtu i smaku. Grupa badawcza pobrała więc próbki do analizy i genetycznego ulepszenia, oraz wiele sztuk poszczególnych rodzajów zwierzęcych gatunków, a następnie odlecieli do swych miast. Wszystko się dobrze układało, do czasu, gdy nie zauważono iż zabrane na pokład gęsi są chore - zbagatelizowano problem, spodziewając się że na miejscu uda się je wyleczyć. Gdy jednak dotarli na miejsce, w bardzo krótkim czasie zaraza, która wyszła od gęsi, rozlała się po koloniach dawnych Bakaratinian. Miliony ludzi poumierały w bardzo krótkim czasie i w wielkich męczarniach. Dopiero potem odkryto co było powodem rozprzestrzeniania się tego wirusa. Były nim owady (komary i muchy), które w krótkim czasie rozniosły zarazki wirusa między poszczególnymi koloniami.

Najbardziej ucierpieli Czarni, których siedziby były w rejonach wyjątkowo gorących, a jednocześnie wilgotnych (najlepszych do rozwoju takich owadów jak komary), gdzie nie było w ogóle zimy (mogącej zdziesiątkować śmiercionośne owady). Żółtych jednak też nie ominęła choroba, lecz to właśnie ich lekarze (po wielu latach prac nad wytworzeniem szczepionki) wynaleźli przeciwciała, które wszczepione do organizmu człowieka już zarażonego - powodowały szybkie unicestwienie zalążków wirusa, a człowieka zdrowego całkowicie uodparniały na tę chorobę. Żółci w ramach przyjaźni ofiarowali Czarnym wynalezioną przez siebie szczepionkę, bez żadnych świadczeń z ich strony. Taki gest jeszcze bardziej zbliżył do siebie obie rasy. Po kilku latach nie było już śladu po niedawnej chorobie, a rasy Czarnych i Żółtych ponownie rozprzestrzeniły się na całym kontynencie, zakładając nowe miasta i badając nowe rejony Ziemi.



RZĄD i USTRÓJ


 Ustrojem politycznym, jaki zapanował na Bakaratini po odbudowie planety z katastrofy nuklearnej, była swego rodzaju demokracja (piszę - "swego rodzaju" - gdyż z naszą demokracją nie miała ona wiele wspólnego). Wybory do władz dzielnicowych czy wiejskich - odbywały się przez podniesienie ręki wszystkich mieszkańców zebranych na swego rodzaju "wiecu wyborczym" (ale bez agitacji przedwyborczej). Mieszkańcy decydowali który z kandydatów zasłużył na pełnienie funkcji lidera ich okręgu (dzielnicy w mieście lub na wsi). Wybrani w ten sposób przywódcy poszczególnych dzielnic miejskich, głosowali (identycznie) na lidera, który miałby kierować całym miastem. Wybierano go spośród ośmiu przedstawicieli starszyzny, szanowanych powszechnie za mądrość, uczciwość i inteligencję. Nie miały znaczenia ani majętności wybieranych, ani też koligacje rodzinne - decydowało jedynie społeczne uznanie współobywateli i to, co dany kandydat wniósł do swej "małej ojczyzny". Tylko te kategorie były brane pod uwagę przez głosujących. Podobnie wybierano przywódców okręgów wiejskich (tutaj głosowali wybrani przez mieszkańców przywódcy poszczególnych wsi, tworzących jeden większy okręg administracyjny). Każdy okręg wiejski liczył zawsze 8 wsi. Aby kandydować w wyborach, musiano ukończyć 45 rok życia i nie przekroczyć 65 roku życia.

Wybrani przywódcy miast i okręgów wiejskich wspólnie głosowali nad wyborem przywódców do Rady Stanu (złożonej z ośmiu mędrców), która to instytucja zajmowała się sprawowaniem władzy w danym kraju. Decyzje Rady Stanu były akceptowane na całym terytorium tego kraju. Mieszkańcy miast i dzielnic żywo jednak uczestniczyli w obradach Rady (choć nie osobiście, tylko przez swych wybranych delegatów). Każda dzielnica i każda wieś wysyłały do stolicy swoich delegatów (którzy monitorowali jakie prawa są uchwalane w Radzie Stanu i czy nie są popełniane jakieś nadużycia wśród rządzących). Nie było żadnych partii politycznych, ani ugrupowań społecznych - tylko wybrani przez mieszkańców przywódcy miast, sami wspólnie wybierający członków Rady Stanu. Wszystko opierało się na wręcz krystalicznej uczciwości kandydatów, ich bezstronności oraz dyscypliny i chęci uczynienia czegoś dla dobra ogółu. Nie dochodziło do defraudacji pieniędzy publicznych, ani żadnej innej pospolitej kradzieży. Za kradzież (także publiczną i także wśród członków Rady Stanu) groziły bardzo surowe wyroki. Za pierwszą kradzież - przypalano złodziejowi rękę rozgrzanym żelazem. Za drugą - ucinano jedną dłoń, za trzecią - drugą dłoń, oraz piętnowano złodziejowi na czole hańbiący monogram. Prawie nigdy nie dochodziło do drugiej kradzieży (nie mówiąc już o trzeciej), a przypadki pierwszej były w społeczeństwie ziemskich Bakaratinian niezwykle rzadkie.

Za morderstwo karą była okrutna śmierć (przez pożarcie przez specjalnie wygłodzone krokodyle). Za gwałt - kara była jeszcze straszniejsza - gwałciciela smarowano miodem i zakopywano do ramion w najbliższym sąsiedztwie kolonii mrówek. W takich przypadkach skazany umierał długo - bardzo długo, nawet po kilku-kilkudziesięciu godzinach. Nim jednak człowieka skazano, należało mu najpierw udowodnić jego winę. W tym celu nie przeprowadzano procesów sądowych, jakie się stosuje obecnie, lecz zamykano podejrzanego w specjalnym pomieszczeniu, zaś wokół niego umieszczano sześciu specjalnie szkolonych w tej dziedzinie "czytaczy myśli". Podejrzany, jeśli był winny, nie był w stanie zbyt długo (bez jedzenia, picia i snu) blokować w swej głowie myśli o przestępstwie, a "czytacze" zmieniali się co jakiś czas. Gdy podejrzany "pękał", pozwalano mu wypocząć i spożyć posiłek. Na drugi dzień (by nabrać pewności) całą procedurę powtarzano od nowa. Następnie raport z "przesłuchania" wędrował do sędziego, który zadawał skazańcowi serię krzyżowych pytań, zmuszając go by (teraz na głos) wszystko raz jeszcze potwierdził. Dopiero gdy tego dokonano wydawano wyrok. Rozprawy w "sądzie" trwały dosłownie chwilę, a wyrok zapadał jeszcze szybciej. Sędzia po prostu zmuszał oskarżonego by sam się przyznał do winy - wiedząc już (dzięki raportowi, sporządzonemu przez "czytaczy myśli" o jego winie lub niewinności). Oczywiście jeśli podejrzany okazywał się niewinny, był natychmiast oficjalnie przez sędziego uniewinniany i odtąd już nie ciążyło na nim żadne niechlubne, czy upokarzające społecznie podejrzenie.

Taki system prawno-administracyjno-polityczny był niezwykle skuteczny i całkowicie wyeliminował ze środowiska przywódców politycznych i z sądów społecznych (sędziów mieszkańcy danej dzielnicy lub wsi - także wybierali, głosując na ludzi cieszących się nieskalaną reputacją), jakiekolwiek przejawy patologii: nepotyzmu, kumoterstwa, kolesiostwa, partyjniactwa, przekupstwa, czy osobistych animozji.



SECESJA


Ok. 1 346 400 lat temu, w zwartych dotąd społeczeństwach Hyperboreańczyków z Bakaratini nastąpił rozłam. Nie był to jednak rozłam polityczny, wywołany chęcią zdominowania terenów zasiedlonych przez którąś z dwóch ras - lecz rozłam religijny. Spowodowany był on narodzinami nowej religii na całym kontynencie Hyperborei. Dotychczasową religią kolonistów z Bakaratini - był Tackionizm, który narodził się z chwilą odbudowy życia na Bakaratini po wyniszczającej obie rasy wojnie nuklearnej na tamtej planecie. Twórcami Tackionizmu byli międzyplanetarni obserwatorzy, działający na polecenie Federacji Galaktycznej, z planety TJehooba. Religia ta, była religią pokoju, opierała się bowiem na ofiarowanych mieszkańcom Bakaratini przez "Bogów" naukach moralnych w postaci odpowiednich przykazań, nad których przestrzeganiem czuwali specjalnie powoływani w tym celu kapłani. Świątynie tackionistyczne budowano we wszystkich miastach planety Bakaratini, jak i później na ziemskim kontynencie Hyperborei po przewiezieniu tam kolonistów z dawnego świata. Zarówno rasa Żółtych budowała świątynie tego samego kultu, wyznawała te same zasady religijno-moralne oraz podlegała tym samym przykazaniom - co rasa Czarnych. Nie było między nimi większych różnic religijnych (choć oczywiście zdarzały się niewielkie reinterpretacje zasad religii w zależności od osobowości i charyzmy danych kapłanów - lecz nie wpływało to na całość wyznawanej religii).

Podstawą religii tackionistycznej - była wiara w jednego Boga Stwórcę Wszechrzeczy, tzw.: Pierwszego Poruszyciela, który nadał światu (Wszechświatu) jego aktualny rys, kształt i koloryt. Tackioniści wierzyli też w reinkarnację dusz i ponowne narodzin w nowym życiu po śmierci. Kler jednak (wyjąwszy okres kilku pierwszych wieków po odbudowie życia planety Bakaratini z nuklearnego wstrząsu wojennego) nie miał w społeczeństwie Bakaratinian zbyt wiele do powiedzenia. Nauki religijne były bardzo ważne dla każdego mieszkańca planety (nie było wśród nich ludzi niewierzących), lecz władza polityczna w zakładanych przez nich państwach - czy to na dawnej planecie czy też już na Ziemi - była ściśle odseparowana od jakichkolwiek wpływów kasty kapłańskiej. Tym samym kapłani nie byli możni ani bogaci. Kapłanami zostawali z reguły ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, a ponieważ nie wynagradzano ich za kultywowanie wiary Bakaratinian (poza obowiązkiem ciążącym na państwach, które musiały zapewnić kapłanom codzienną strawę, czystą wodę, odzienie oraz miejsce, gdzie mogli udać się na spoczynek), nie mogli liczyć na żadne z tego tytułu profity finansowe (próba przekupstwa kapłana, lub przyjęcie przez niego za cokolwiek opłaty - były karane okrutną śmiercią). Mimo to kapłani cieszyli się ogromnym poważaniem w społeczeństwie Bakaratinian, ich rady i przykazania były słuchane i wypełniane. Jeśli w rodzinie pojawił się spór - z reguły udawano się do kapłanów z prośbą o mediację. Ich wyrok był respektowany przez obie strony sporu.

Mijały lata, dziesięciolecia i wieki - o epidemii, która nawiedziła Hyperborejczyków dawno zapomniano, lub opowiadano o niej jedynie w przekazach historycznych. Kapłani wciąż cieszyli się wielkim poważaniem w społeczeństwach zarówno Żółtych jak i Czarnych - a to głownie dzięki swemu ubóstwu i medytacyjnej duchowości oraz mądrości. Ale sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Ok. 3 500 lat po przybyciu Bakaratinian na Ziemię, w dawnym systemie religijnym pojawił się poważny kryzys wewnętrzny. Wielu młodych adeptów, którzy wybrali drogę duchową, widząc ogromną lecz niewykorzystaną władzę - jaką mają w swych rękach kapłani (którzy kształtują ludzkie sumienia, a tymczasem sami nie dysponują żadnymi elementami władzy - ani politycznymi ani też ekonomicznymi), ci młodzi tackionistyczni kapłani, rozpoczęli ok. 1 346 400 lat temu ruch secesyjny. Na początku nie był on zorganizowany i zjednoczony, a raczej rozproszony, gdyż każdy z kapłanów rozumiał odnowę kleru i wiary troszeczkę inaczej, każdy też potrafił zebrać wokół siebie swych wiernych wyznawców. Powstały pierwsze sekty. Było ich bardzo wiele. Niektóre nie przetrwały długo i szybko kończyły swój żywot, inne okazały się trwalsze. Ruch secesyjny objął obie rasy Czarnych i Żółtych, lecz ci ostatni rozpoczęli śmiałe i zdecydowane działania, które bardzo szybko pozbawiły secesjonistów wiernych. Żółci podjęli się zdecydowanej akcji kontr-secesjonistycznej, która dała nad wyraz dobre rezultaty, dzięki czemu ruch secesyjny wśród Żółtych szybko zanikł, a kler przestał żądać dla siebie praw politycznych i ekonomicznych. Wszystko wróciło na swoje miejsce.

O wiele mniej szczęścia mieli natomiast Czarni. Tutaj ruch secesjonistyczny opanował sam rdzeń kościoła tackionistycznego i wielu spośród tamtejszych kapłanów przyłączało się do tego ruchu. Podział był bardzo silny a walka z nim niezwykle trudna. Secesjoniści stawiali śmiałe żądania. Po pierwsze - wprowadzenie wyraźnej hierarchii kapłańskiej (dotąd takowa nie istniała). Po drugie - zniesienie ubóstwa kleru. Po trzecie - dostęp kapłanów do najwyższych urzędów państwowych. Po czwarte - zmiana systemu politycznego i zastąpienie dotychczasowej demokracji - wyborem przywódcy politycznego przez radę kapłanów, przy czym decydowałby tutaj głos najważniejszego arcykapłana. Po piąte - stworzenie państwa religijnego i podporządkowanie całego ludzkiego życia przykazaniom kleru. Po szóste wreszcie - zakaz sprawowania funkcji kapłańskich przez kobiety (ponieważ Tackionizm opierał się na wierze w reinkarnację - równy dostęp do stanu kapłańskiego przysługiwał zarówno mężczyznom jak i kobietom). Dotąd bowiem w ziemskich społeczeństwach Hyperboreańczyków - pozycja kobiety była bardzo wysoka (gwałt na przykład - o czym pisałem wcześniej - był karany bardzo surowo), mogła ona nie tylko sprawować urzędy publiczne, lecz także religijne. Wszelkie ograniczenia związane z płcią a odnoszące się do polityki, religii, nauki czy sztuki Bakaratinian - nie istniały. Ciekawym przykładem jest choćby fakt nie istnienia w tych społeczeństwach kobiecej prostytucji (oczywiście męskiej też nie było). Teraz zaś "odnowiciele wiary" dążyli do gruntownej zmiany tego stanu rzeczy.

Ruch reformacyjny w społeczeństwie Czarnych rósł i prężniał, lecz nadal nie był w stanie wymusić na władzach politycznych swych żądań. Tak samo było z żądaniami religijnymi w ramach samego kościoła tackionistycznego, który co prawda bardzo osłabł - jednak nadal był w stanie sprzeciwić się nowo powstałym ruchom odśrodkowym. Nie było zatem rady - przywódcy secesji, którzy ogłosili się teraz arcykapłanami - postanowili zebrać wszystkich swych wyznawców i wraz z nimi opuścić nie tylko swe rodzinne miasta, lecz także całą Hyperboreę. Postanowiono zatem osiedlić się w Afryce. Wówczas kontynenty nie pokrywały się z obecną ich linią brzegową, dlatego też ciężko jest wytłumaczyć jaki wygląd miała zarówno sama Hyperborea, jak i kontynent w skład którego wchodziła dzisiejsza Afryka. W każdym razie arcykapłani i 500 000 ich zwolenników opuścili swe ojczyzny i przeszli przez mały przesmyk, osiedlając się w okolicach dzisiejszego Morza Czerwonego (które wówczas nie istniało). Zaczęto tam wznosić nowe miasta i wioski, ale odrzucono dawny demokratyczny system polityczny. Odtąd przywódców państwowych wybierał osobiście arcykapłan, niższy kler zaś wybierał pomniejszych szefów dzielnic i wiosek. Spowodowało to bardzo szybko wystąpienie dwóch niebezpiecznych tendencji, które skutecznie niwelowano w dawnym systemie demokratycznym. Mianowicie kler (i będący na jego usługach urzędnicy i przywódcy polityczni) stawał się coraz majętniejszy, tworząc potężne latyfundia ziemskie i budując ogromne pałace.

Z drugiej strony w szybkim tempie ubożało społeczeństwo - obywatele, którzy teraz stawali się najzwyklejszymi poddanymi nowej kasty kapłańskiej. Odebrano im wszelkie prawa polityczne (odtąd nie można już było wybierać swych przedstawicieli, ani tym bardziej przywódców), o wszystkim decydowali kapłani. Wprowadzono obowiązek uiszczania opłaty na kler (ci, których nie było na to stać - musieli odrabiać "pańszczyznę" w prywatnych latyfundiach przywódców religijnych). Ludzie bardzo zubożeli. Ci, którzy nie byli blisko związani (np.: powiązaniami rodzinnymi) z wysoko postawionymi klerykami - nie mieli właściwie żadnych szans na poprawę swego materialnego położenia. Bardzo szybko pojawiła się korupcja, nepotyzm, stręczycielstwo i prostytucja (niespotykane w dawnym systemie). Odtąd marzeniem każdej rodziny było posiadanie męskiego potomka, którego można by było oddać (jako kilkuletnie dziecko) na nauki do świątyni, licząc na to, że może kiedyś uda mu się zdobyć taką w niej pozycję, iż będzie w stanie utrzymać swoją rodzinę i zapewnić swym rodzicom, braciom, siostrom oraz innym krewnym - dostatnie życie. Narodziny córki zaś, były odtąd jedynie powodem do żalu i zmartwienia (trzeba ją było bowiem wykarmić i znaleźć jej jakieś zajęcie). Nic więc dziwnego że rodzice często stręczyli swe córki dostojnikom kleru, w nadziei że dzięki temu nie będą cierpiały głodu, pragnienia, zimna i trudów ciężkiej pracy.

A tymczasem społeczeństwa Żółtych, oraz tych Czarnych którzy pozostali w swych dawnych ojczyznach na Hyperborei (i przy dawnym demokratycznym systemie politycznym oraz niewielkiej roli tackionistycznego kleru w sprawach publicznych) z coraz większym zdziwieniem i przerażeniem przyglądali się poczynaniom swych czarnych współbraci w Afryce. Nie zaprzestali jednak z nimi kontaktów - prowadząc ożywioną wymianę handlową, a nawet nawiązując stosunki dyplomatyczne. Nie zezwolono jednak na sprzedaż im supernowoczesnej broni laserowej, pojazdów gwiezdnych, ani tym bardziej głowic atomowych, które posiadano na Hyperborei, a których "afrykańscy secesjoniści" po opuszczeniu kontynentu sami nie potrafili stworzyć. Powodowało to ogromną dysproporcję cywilizacyjną pomiędzy obiema grupami (hyperboreańską i afrykańską). O ile jedni podróżowali (i przewozili towary na sprzedaż) na swych "gwiezdnych rydwanach" - jak określali podniebne pojazdy Hyperboreańczyków - afrykańscy secesjoniści, o tyle ci drudzy musieli wrócić do bardziej tradycyjnych form poruszania się - jak konie, wielbłądy, słonie, oraz używania zwierząt jucznych do przewożenia towarów. Nie tylko jednak stopa zamożności społeczeństwa oraz postęp cywilizacyjny szwankowały w społeczeństwie Czarnych w Afryce. Dodatkowym problemem była dalsza degeneracja ich dawnej religii.

Afrykańscy secesjoniści rozprzestrzenili się na całym terytorium dzisiejszej północno-środkowej Afryki, zakładając nowe wsie i miasta w rejonie wielkiej rzeki, która płynęła przez środek ówczesnego kontynentu afrykańskiego (mniej więcej pokrywającego się z dzisiejszym położeniem tego kontynentu). Kler jednak uznał, że nowa religia musi całkowicie wyzbyć się "dawnych naleciałości". Dlatego też ogłoszono że wiara w reinkarnację ludzkiej duszy jest herezją. Odtąd każdy kto wyznawał pogląd inkarnacji dusz musiał się liczyć ze śmiercią po uprzednich publicznych torturach, mających na celu upokorzenie nieszczęśnika i publiczne odwołanie przez niego swych poglądów, by uniknąć dalszego bólu. Lecz nawet zaprzeczenie swym poglądom nie zamykało sprawy do końca. Owszem kończono tortury - lecz nieszczęśnikowi nie było dane umrzeć szybko - wrzucano go najczęściej do klatek dzikich zwierząt (lwy, tygrysy, pantery), lub po prostu karmiono nim krokodyle. Arcykapłani i kler zdawali sobie doskonale sprawę że wiara w reinkarnację nie umacnia ich władzy lecz ją osłabia. To, co robiono z podległym sobie społeczeństwem, nie miało nic wspólnego z założeniami wędrówki dusz i duchowości w ogóle. Zresztą duchowość rozumiana jako medytacja czy kontemplacja - także była zakazana. Odtąd przyświątynne zakłady wytwarzały kamienne lub drewniane wyobrażenia bóstw (wiara w jednego Boga Stwórcę też uznana została za "bałwochwalstwo"), które należało zakupić i którym trzeba było składać ofiary by cokolwiek od nich uzyskać.

Kapłani sami dawali przykład, codziennie składając jakąś ofiarę dziękczynną w podzięce za (np.) kolejny wschód słońca. Na ofiary wybierano zwierzęta takie jak króliki, owce, kozy, świnie i byki (te ostatnie mogli zabijać jedynie arcykapłani). Szybko jednak okazało się że "bogom" to nie wystarcza - domagali się krwi człowieka. Zaczęto więc sporządzać listy tych, którzy zostaną złożeni w ofierze w czasie uroczystych świat religijno-państwowych. Listy sporządzano co kwartał, wybierając jedną z dzielnic. Następnie przywódcy dzielnicy musieli wybrać rodziny, które ofiarują któregoś ze swych członków na ofiarę dla bogów. Złożenie w ofierze było tłumaczone jako wielkie wyróżnienie i chwała dla tej rodziny, która wystawiła swych "kandydatów". Nie chodziło tutaj tylko o samą chwałę, stały za tym inne nagrody, jak (czasowe) zwolnienie z opłat na kler, (czasowe) zwolnienie z obowiązku wypełnienia pańszczyzny w latyfundiach arcykapłanów i pomniejszego kleru, oraz inne drobne "nagrody". W każdym razie krew lała się strumieniami na stołach ofiarnych, gdzie składano publiczne modły i poświęcano bogom "wybrańców". Arcykapłani postanowili trzymać lud w ciemnocie i niewiedzy, w zabobonie i strachu przed karą bogów, których oni - klerycy byli najważniejszymi reprezentantami na ziemi. Aby to osiągnąć zabroniono uczyć ludzi czytania i pisania - mieli jedynie pracować, modlić się, płacić kapłanom jakaś formę dziesięciny, oraz być im całkowicie posłusznymi. Karą za nieposłuszeństwo nie była jedynie śmierć ciała tu na Ziemi - lecz także (jak głosili arcykapłani) śmierć duszy w Zaświatach.

Hyperboreańczycy nie byli jedynymi, których niepokoiła droga którą podążali afrykańscy secesjoniści. Tym tendencjom przyglądali się także TJehooba - którzy przez Federację Galaktyczną, zostali powołani jako opiekunowie niżej stojących pod względem zarówno duchowym jak i technologicznym - humanoidalnych istot we Wszechświecie. Przez długi czas nie ujawniali się, nie pokazywali, nie przypominali o swej obecności z ukrycia obserwując swych dawnych bakaratiniańskich podopiecznych. Teraz jednak, gdy kapłani zaczęli składać swe ofiary z ludzi - postanowiono działać. Wykorzystując telepatię, połączono się z umysłem najwyższego arcykapłana, który miał władzę nad całym swym ludem i dano mu do zrozumienia że bogowie są z niego i jemu podobnych bardzo niezadowoleni - "Ofiary z ludzi mają się skończyć" - nakazano mu we śnie. Dalej tłumaczono: "Człowiek istnieje wyłącznie po to, by się rozwijał duchowo, to co robicie jest przeciwko Prawu Wszechświata". Gdy arcykapłan się obudził, był przerażony. Uwierzył że to, co ujrzał w swym umyśle to był prawdziwy głos boga. Natychmiast zwołał radę najważniejszych kapłanów by przedstawić im swój sen i wolę bogów. Nie uwierzono mu, sądzono początkowo że ze względu na jego pokaźny wiek - że po prostu "stary oszalał i plecie od rzeczy". Gdy jednak on nie przestawał dążyć do przeprowadzenia reform religijnych i zniesienia ofiar z ludzi - kilku najbardziej radykalnych kapłanów oskarżyło go o zdradę, bezbożność i herezję. Reszta uznała że miał po prostu halucynacje.

Po wielogodzinnych naradach udało mu się przekonać dwóch kleryków (spośród 15) do przeprowadzenia radykalnych reform w religii i zaprzestania krwawych ofiar z ludzi. Reszta nie zgodziła się na zmiany, słusznie twierdząc że jakakolwiek liberalizacja poglądów religijnych, będzie nieuchronnie oznaczała utratę władzy kleru nad masami ludzkimi . Twierdzono wprost - naszym celem jest utrzymywać ludzi w ciemnocie i szerzyć strach przed "mściwymi bogami", wmawiając ludziom że tylko my jesteśmy jedyną drogą wiodącą do zbawienia, jeśli to odrzucimy - stracimy nie tylko władzę, lecz również jakikolwiek wpływ na ludzi. Sam fakt iż tak myślano i mówiono świadczy dobitnie że sami kapłani nie wierzyli w to, co głosili, czego dowodem może być chociażby fakt - że żaden z nich - pomimo oficjalnie głoszonych zapewnień o wielkim honorze i łasce bogów, nie zdecydował się nigdy nie tylko sam siebie poświęcić na ołtarzu ofiarnym, lecz i nawet kogokolwiek ze swej rodziny (nepotyzm był tam niezwykle silny i mocno ugruntowany). Kapłani bardzo dbali o swe rodziny, które dzięki nim opływały w dostatki, majętności i splendory. Członków rodzin kapłanów (a szczególnie arcykapłanów) nigdy nie wybierano do roli ofiar na ołtarzach "mściwych bogów". Ponieważ próba nakłonienia kapłanów do zmiany postępowania nic nie dała - TJehooba postanowili działać bardziej zdecydowanie.

Kapłani odrzucili jakąkolwiek myśl o zmianie dotychczasowego systemu społeczno-religijnego i nie zgodzili się na reformę religii i kleru oraz zaprzestanie krwawych ofiar z ludzi. Dlatego też TJehooba postanowili działać bardziej stanowczo. Pewnej nocy nadlecieli nad afrykańskie państwo kapłanów i zatrzymali się na wysokości 10 000 metrów, nieopodal Świętego Miasta - czyli całego kompleksu kultowego, do którego postronni ludzie mogli wchodzić jedynie w dni świąteczne, lub jako służba pomocnicza kapłanów. Święte Miasto (wraz ze Świątynią w której składano krwawe ofiar z ludzi) były oddalone od innych miejskich zabudowań na odległość kilometra. TJehooba ponownie zastosowali telepatię, po to by zbudzić Najwyższego Kapłana i tych dwóch kapłanów, którzy wcześniej poparli projekt reformy kleru, a następnie skierowano ich do pięknego parku, położonego jakieś półtora kilometra od Świętego Miasta. Posługując się metodą zbiorowej halucynacji spowodowali, że straże więzienne otworzyły bramy i wypuściły na zewnątrz przetrzymywanych tam więźniów, a następnie ci wszyscy ludzie (żołnierze, służba więzienna, więźniowie i pozostali mieszkańcy) pod wpływem telepatii TJehooba opuścili Święte Miasto i "natchnieni" przez dziwne "anielskie" wizje na niebie (skrzydlatych postaci), ludzie ci pędzili na drugi koniec miasta. W Świętym Mieście pozostało jedynie 12 upartych kapłanów. Gdy cała ludność wyszła już z obrębu murów miasta, wówczas okręt TJehooba (użyli tylko jednego) całkowicie zniszczył "święte" zabudowania i samą Świątynię, zagrzebując pod ich gruzami owych 12 kapłanów.

Pozostało gruzowisko, które miało świadczyć na przyszłość o ludzkim nieposłuszeństwie i potwornej karze "Bogów" będącej tego konsekwencją (podobnie rzecz miała się na Ziemi podczas zniszczenia Sodomy i Gomory - o czym napiszę w kolejnych częściach). Następnie do ludzi zgromadzonych w bezpiecznej części miasta, odezwał się "głos z nieba", który ostrzegł ich że gniew Boga może być jeszcze straszniejszy niż to, co widzieli i nakazał im iść odtąd Nową Drogą, wytyczoną przez Najwyższego Kapłana i jego dwóch pomocników. "Nowa Droga" stała się kolejną religią, powstałą po zniszczeniu Świętego Miasta. Nawiązywała ona w swych założeniach do Tackionizmu wyznawanego przez ich pobratymców na Hyperborei (wiara w jednego Boga, w reinkarnację), jednak pozostawiła pewne dawne naleciałości, jak choćby silną pozycję Najwyższego Kapłana i pozostawienie funkcji kapłańskich (które odtąd miały być kontrolowane przez lud na drodze wyborów) jedynie wśród samych mężczyzn (kobiety zostały wyłączone z tych funkcji). Do urzędów kapłańskich znów jednak kandydowali ludzie, którzy czuli ku temu powołanie, gdyż funkcja ta nie łączyła się już z posiadaniem wielkich majątków ziemskich i bogactwa. Kapłani ponownie stali się ludźmi ubogimi lecz... w przeciwieństwie do Hyperborejczyków, u których kasta kapłańska nie miała zbyt wiele do powiedzenia w sprawach polityki - to właśnie oni nadal rządzili państwem. Ale byli to już inni ludzie, więcej czasu poświęcający sprawom duchowości niż materialistycznej egzystencji.



II SECESJA


Taki właśnie stan rzeczy spowodował, że po kolejnych setkach lat (gdy Nowa Droga umocniła się już w afrykańskim społeczeństwie Czarnych), zaczęli się tutaj zjeżdżać również i Żółci, którzy nawet osiedlali się w rejonie dzisiejszego Morza Czerwonego (wówczas morze to nie istniało - jak wspomniałem wyżej). Nowe społeczeństwo Czarnych było przyjaźnie nastawione a Nowa Droga i Tackionizm wywodziły się przecież z jednego "boskiego" nurtu (TJaooba założyli przecież na Ziemi nie tylko religię judaistyczną, ale również byli prekursorami chrześcijaństwa, wysyłając tu swego przedstawiciela z misją "Syna Człowieczego"), szybko więc znaleziono wspólny język na gruncie religii, kultury, sztuki, obyczajów i dalszego wzajemnego życia. Zaczęto zakładać mieszane rodziny, z których rodziły się dzieci posiadające geny zarówno Czarnych jak i Żółtych. Wkrótce było ich tak dużo, że powstała z tego kolejna, trzecia rasa (byli to przodkowie dzisiejszych Arabów). Dzieci zrodzone z mieszanych czarno-żółtych związków i wychowywane w mieszanych czarno-żółtych kulturach (oraz religii), postanowili jeszcze bardziej zreformować i zliberalizować Nową Drogę, tak, by upodobnić ją całkowicie do Tackionizmu. Zaczęto więc głosić hasła zniesienia godności kapłańskich i przywrócenia kapłaństwa kobiet, jednak te ich hasła nie znajdowały poparcia w społeczeństwie Czarnych, które zapomniało już (minęło kolejnych kilka tysięcy lat od zniszczenia Świętego Miasta) o dawnych kapłańskich przywilejach, uprzywilejowanej pozycji kleru i krwawych ofiarach z ludzi. Teraz kler był zupełnie inny, kapłani nie tylko władali państwami i miastami, lecz przede wszystkim służyli ludziom swą pomocą, to oni właśnie leczyli wszelkie trapiące ludzi choroby - nie pobierając za to żadnych opłat i to oni udzielali ludziom duchowego wsparcia na każdej ich drodze życia.

Nie uzyskawszy zrozumienia dla swych planów, potomkowie z mieszanych związków uznali że nie ma innego wyjścia jak opuszczenie swych rodzinnych miast i osiedlenie się gdzieś indziej. Tak też się stało - nastąpiła II Ziemska Secesja dawnych Bakaratinian. Wyemigrowali więc w rejon dzisiejszej Północnej Afryki i założyli swe pierwsze miasta na terenie Algierii i Tunezji. Odtąd trzy (a właściwie cztery - gdy liczymy Czarnych Hyperborejczyków jako odmienne społeczeństwo od ich afrykańskich współbraci) rasy żyły obok siebie w pokoju i przyjaźni. Zawiązano wzajemne stosunki dyplomatyczne nie tylko pomiędzy poszczególnymi państwami, lecz także pomiędzy miastami. Kontrola armii i uzbrojenia jednego państwa - znajdowała się pod całkowitym "monitoringiem" przedstawicieli innych państw, akredytowanych jako dyplomaci (a nawet więcej - to właśnie ambasadorowie obcych państw decydowali o użyciu lub nie użyciu broni atomowej państwa, które tę broń posiadało). Dzięki temu całkowicie wyeliminowano jakiekolwiek zagrożenie jądrowe i nie obawiano się konfliktów wojennych. Lecz nie przewidziano jednego - że zagrożenie militarne wcale nie musi nadejść ze strony sąsiedniego państwa, tylko na przykład z... głębin naszej Galaktyki. Hyperboreańczycy nie mogli tego przewidzieć, gdyż już dawno zatracili umiejętność podróży międzygalaktycznych (ich okręty gwiezdne mogły przebywać w przestrzeni kosmicznej tylko przez krótki czas - do 12 tygodni), nie wiedziano więc co się działo w całym Układzie Słonecznym - a działy się tam wówczas rzeczy o niebagatelnym znaczeniu dla przyszłości Ziemi i innych planet naszego Układu Słonecznego.


CDN.
 

03 listopada 2025

BEZNADZIEJNOŚĆ I NADZIEJA GRECKIEJ RELIGII - Cz. II

"NAJLEPSZE DLA CZŁOWIEKA
BYŁOBY SIĘ NIE URODZIĆ"





ORFIZM
OD ORFICKIEJ RAPSODII KU MISTERIOM
OCZYSZCZENIA I WYZWOLENIA DUSZY
Cz. II





"A TU ŻEBRZĄCE KLECHY I WIESZCZBIARZE DO DRZWI BOGATYCH PUKAJĄ I WMAWIAJĄ, ŻE JEST U NICH MOC OD BOGÓW ZESŁANA (...) JEŚLI NA KIMŚ CIĄŻY ZMORA GRZECHU ALBO NA JEGO PRZODKACH (...) KSIĄG CAŁE STOSY PODAJĄ MUSAJOSA I ORFEUSZA, KTÓRZY MIELI POCHODZIĆ OD KSIĘŻYCA I OD MUZ (...) UMIEJĄ PRZEKONYWAĆ NIE TYLKO LUDZI PRYWATNYCH, ALE I CAŁE PAŃSTWA, ŻE NIBY MOŻLIWE SĄ ROZGRZESZENIA I OCZYSZCZENIA Z GRZECHÓW"

PLATON
"PAŃSTWO"



Była droga "dla ludu" i droga "dla wybranych", obie opierały się w swych założeniach na koncepcji orfickiej Rapsodii, z tym że droga "dla wybranych" szła znacznie dalej. Można by rzec że orficy (których nazywano w antycznej Helladzie - Orpheotelestai - "wtajemniczonymi w orfizm"), byli to mistycy pielgrzymujący od miasta do miasta i za ciepłą strawę (a często za znacznie więcej) głosili prawdy orfickiej Rapsodii. Nauczali oni w imieniu "Uzdrawiającego Światłem" (Aur-Rophae - fenicki wyraz który został przejęty przez Greków i zmieniony w imię Orfeusza). Nauki te płynęły z ksiąg orfickich i orfickich wierszy, które brzmiały mniej więcej tak: "Zeus Gromowładny jest Mężczyzną i Kobietą, Mężem i Żoną, Ojcem i Matką. On(a) nieustannie rodzi Ziemię i Wodę, Ogień i Eter, Dzień i Noc. Ogień jest nasieniem Zeusa, jest pierwiastkiem twórczym, pierwiastkiem męskim. Wytryska on z serca i mózgu Zeusa i napełnia wszystkie istoty żywe". Początek tego męsko-żeńskiego bytu nie jest dokładnie znany, ale orficcy kapłani (czy raczej wieszczowie) głosili że pochodzi z gwiazd tak dalekich, o jakich istnienia ludzka świadomość nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Z "Liry Jasnej" i "Błyszczącego Oriona" (czyli możemy przyjąć że Orfeusz był duszą pochodzącą z jednego z tych dwóch miejsc, zapewne z Liry, ale prawdopodobnie inkarnował również w Galaktyce Oriona {być może w zniewolonym społeczeństwie ludzkim, zdominowanym przez tamtejsze Gadoidy - o czym pisałem w innym temacie - a informacja o "więzach Oriona" przetrwała również w Biblii} nim w swej duchowej podróży dotarł na Ziemię. Chrystus zaś z pewnością pochodził z TJehooba, zresztą w Japonii do dziś dnia znajduje się grób Jezusa Chrystusa, gdzie co roku odbywają się uroczystości i gdzie śliczne Japonki śpiewają niezrozumiałe dla nich słowa pieśni w języku hebrajskim, które brzmią m.in. tak: "Jestem synem TJaooba". Zresztą Chrystus wielokrotnie powtarzał że jego "Królestwo nie jest z tego świata", a przybył tu tylko po to, aby "Dać świadectwo prawdzie"). Są to (według orfików) ciała "Boskiej Oblubienicy" krążącej w harmonijnym wirze wokół "Oblubieńca" (swoją drogą nie sądzę aby ktokolwiek z niewtajemniczonych w misteria mógł cokolwiek z tego zrozumieć - ale to też nadawało "świętym ojcom" powagi i kształtowało ich autorytet). W każdym razie dla orfików Zeus był Bogiem Najwyższym (w jedności pierwiastka męskiego i żeńskiego), stworzycielem wszechrzeczy, Wielkim Demiurgiem Świata. Jego "Objawionym Słowem" był syn - Dionizos - "Duch Promienny", który "jaśnieje w siedzibach Ojca". 

Dionizos był też stworzycielem ludzi, gdyż ludzkie dusze powstały z jego ciała (które zostało rozszarpane i rozczłonkowane przez Tytanów i Tytanidy, a następnie ugotowane. Zeus za ten czyn poraził ich swymi piorunami, a serce Dionizosa ocaliła Minerwa, unosząc je ku Niebu, gdzie rozpaliło się ono z bólu do takiej czerwoności, iż zamieniło się w Słońce). Z dymu spalanego ciała Dionizosa wyłoniły się zaś ludzkie dusze, które wzbiły się ku Niebu. Zeus jednak nakazał im powrócić na Ziemię i połączyć się z ciałem Dionizosa. Tak też ludzkie dusze zostały włożone w ciało ("soma"), które były rozczłonkowanymi częściami ciała Dionizosa. Ludzie są więc częścią Dionizosa, zarówno ciała jak i dusze są jego częścią i ku niemu zmierzają, aby ostatecznie połączyć się z bogiem i odpocząć na "Empirejskich wyżynach". Ludzie są jednak zagubieni, nie znają drogi, nie wiedzą więc jak tam trafić. Są "Ciałem i Krwią" boga, więc szukają zarówno Zjednoczenia z nim, jak i siebie nawzajem, a ponieważ rozczłonkowane ciało Dionizosa posiada wiele niepasujących do siebie elementów, więc nim każda kolejna część ciała zjednoczy się z inną, jej samej odpowiadającą - minie wiele czasu (ciekawy sposób wytłumaczenia przez orfików naszej drogi przez kolejne żywota, aż do ostatecznego zjednoczenia z Bogiem). Ludzie jednak są niecierpliwi, pragną Zjednoczenia natychmiast, a ponieważ nie jest to możliwe bez Wtajemniczenia, przeto tyle jest na świecie bólu i niesprawiedliwości, bowiem człowiek z żalu za utraconą boskością, błąka się niczym pijany po nieznanym świecie w poszukiwaniu reszty dionizyjskich członków (tak naprawdę zrozumienie faktu że nie żyje się raz, jest kluczem do likwidacji co najmniej 90% wszelkiego zła i cierpienia na świecie. Żyjemy bowiem na tej łupinie orzecha całkiem zagubieni, przerażeni i niepewni jutra. Utożsamiamy ten świat jako jedyne miejsce dla nas, a co za tym idzie musimy go wykorzystać, dla własnych korzyści, bo przecież "żyje się raz", a "po mnie choćby potop". Jeśli uświadomimy sobie, że szykujemy naszą Ziemię nie tylko dla naszych potomków, ale również dla nas samych - gdy ponownie przyjdzie nam się tu narodzić - nasze myślenie zmieni się diametralnie, a z chwilą kiedy my, ludzie, wreszcie ujrzymy aurę - jaką każdy z nas posiada wokół siebie, to będzie moment całkowitego energetycznego odnowienia naszej planety i nas samych, oraz wejścia na wyższy poziom świadomości). Ludzie muszą przejść więc tysiące istnień "w bólu i miłości" nim odnajdą ostateczny spokój.

I tutaj wkraczają właśnie orficy, którzy jako "Wtajemniczeni", uznają się za "zbawców dusz", gdyż wiedzą "co jest na górze i co jest na padole". Orficcy kapłani (a warto tutaj zauważyć że głoszone przez nich nauki nie tylko że nie pokrywały się z oficjalną mitologią i religią grecką, ale wręcz przeciwnie - zupełnie ją odwracały i wręcz anulowały, stąd orfizm należy postrzegać nie jako część panteonu hellenistycznych wierzeń, ale jako coś innego, można nawet pokusić się o stwierdzenie że coś zupełnie obcego), nauczali za pomocą ksiąg (jak już na początku wspomniałem), przy czym na księgi te składały się takie (dziś już nieistniejące) dzieła orfickich kapłanów, jak choćby: "Demetriada" (poemat o Demeter - matce Bogów), "Kosmogonia" (cykl dionizyjskich pieśni), "Teogonia" (opowieści o naturze Boga, ludzi i Wszechświata), którą uzupełniała "Zasłona, czyli sieć dusz" (księga dostępna już tylko dla Wtajemniczonych w misteria), następnie: "Korybanty" (nauki na temat wydarzeń przyrodniczych dziejących się na świecie, ze szczególnym uwzględnieniem trzęsień ziemi), oraz "Księga przemian" (również niedostępna dla zwykłych ludzi, bowiem zawierająca opisy technik sporządzania odpowiednich naparów "magicznych" i leczniczych). Nauki "dla ludu" opierały się na prostych założeniach - "odpowiesz za to, co uczyniłeś za życia", jeżeli krzywdziłeś innych ludzi - bogowie skażą cię na odpowiednio ciężką pokutę (nawiązywano do kar w Tartarze, gdyż ówczesny Grek mógł sobie to wówczas łatwiej wyobrazić). Dusza jest nieśmiertelna, a cykl nieśmiertelności wymaga "wielu tunik" (czyli ciał, w które ponownie owa dusza będzie się wcielać). Nie wiadomo czy niewtajemniczonym mówiono również o wegetarianizmie, czyli nie zabijaniu zwierząt które również posiadają dusze, powstałe (tak jak ludzka z popiołów Dionizosa - choć istnieją też odniesienia że dusze zwierzęce powstały z popiołów spalonych przez Zeusa Tytanów).




Podsumowując - po śmierci dusza udaje się do Hadesu. Lecz nim tam dotrze, musi przepłynąć Styks, rzekę graniczną pomiędzy światem żywych i umarłych. Tam opłaca się przewoźnikowi za przewiezienie na drugi brzeg (wręczając mu obola - stąd też rodziny zmarłych zawsze zaopatrywały swych bliskich w obola kładąc go do trumny, gdyż bez tego dusza nie będzie mogła przedostać się na drugi brzeg i zawieszona pomiędzy życiem a śmiercią, może przypominać o swojej obecności żyjącym członkom rodziny. Orficy jednak pomijają ten moment, tak jakby samo przewiezienie przez Styks nie miało dla nich większego znaczenia). Na drugim brzegu dusza mija wielkiego psa-strażnika zwanego Cerberem, którego zadaniem jest nie wypuścić duszy z Hadesu, jak również nie wpuścić do Hadesu nikogo spośród żywych (orficy również pomijają obecność Cerbera, choć zapewne nie wykluczają jego istnienia). Następnie dusza przybywa na rozstajne drogi. Tam odbywa się sąd nad zmarłym. Sędziami jest trzech mędrców: Minos, Ajakos i Radamantys, których wyrok jest niepodważalny (występują u orfików, ale nie są eksponowani). Dusze niegodziwców, zbrodniarzy, morderców, zdrajców, oszustów i gwałcicieli, kierowane są na lewą stronę, na drogę wiodącą do Tartaru. Tam cierpią dusze wieczne męki (u orfików kary w Tartarze nie są wieczne i kończą się w zależności od rodzaju popełnionej zbrodni). Dusze ludzi którzy nie dopuścili się żadnych niegodziwości, a jednocześnie nie byli nazbyt pobożni i wiedli zwykłe życie "niewtajemniczonych", kierowane są w prawą stronę, choć zawiłą i wiodącą ku Łąkom Asfodeli - które to było szarym, piaszczystym i nieprzyjemnym miejscem. Dusze błąkały się tam bez jakiegokolwiek celu, czekając aż żywi wesprą je ofiarami i będą mogły przybrać kolejną "tunikę" (czyli ponownie narodzić się na Ziemi). Dusze ludzi niewtajemniczonych gromadziły się wokół "Jeziora Zapomnienia" (zwanym również Lete - który ocieniały białe cyprysy) i piły z niego wodę w czasie swego pobytu tam (oraz przed każdymi kolejnymi narodzinami) - wszystko po to, aby nie pamiętać poprzednich żywotów i tego co robiły w Zaświatach.

Na prawo kierowane są również dusze "Wtajemniczonych" w misteria - ci idą prosto do Erebu, gdzie wita ich Hades i Persefona. Tam dusza wypowiada formułę: "Jestem dziecięciem Ziemi i gwiaździstego Nieba, usycham z pragnienia. Dajcie mi świeżej wody, tryskającej z jeziora Mnemozyny". Jezioro Mnemozyny - to "Jezioro Pamięci" po napiciu się z którego, dusza nie traci pamięci swych poprzednich wcieleń i życia jakie wiodła na Ziemi (jednak, jak twierdzi Platon, przed kolejnymi narodzinami wszystkie dusze, bez względu na ich zasługi, muszą się napić wody z "Jeziora Niepamięci", aby otworzyć kolejny rozdział życia). Tutaj też powstaje pewien rezonans, bowiem według orfików dusze "Wtajemniczonych" nie powinny się ponownie rodzić, gdyż osiągnęły już dobrostan i trafiły na Pola Elizejskie - czyli dotarli do miejsca wiecznej szczęśliwości, słonecznego, pełnego kwiatów cudownego ogrodu - nie musiały więc już ponownie inkarnować na Ziemi. Nie musiały, ale... mogły. Jednak każde kolejne narodziny (wiązało się to również z wypiciem wody z Jeziora Lete po czym nawet Wtajemniczeni tracili pamięć o Zaświatach), były wielkim niebezpieczeństwem dla duszy, gdyż po śmierci wcale nie musiała ona ponownie trafić na Pola Elizejskie. A jeśli tak się nie stało, traciła ona możliwość przejścia dalej i znów zaplątywała się w cykl narodzin i śmierci. Jeśli zaś dusza Wtajemniczona trzykrotnie trafiła po śmierci na Pola Elizejskie, otrzymywała promocję ku Wyspom Błogosławionych. Jeśli Elizjum było miejscem wiecznej radości, to Wyspy Błogosławionych były o stokroć szczęśliwszym miejscem.

W "Państwie" jak i w "Fedonie" Platon prezentuje również opis cierpień dusz w Tartarze, w którym w zależności od popełnionych niegodziwości, dusze są albo biczowane rozpalonymi skórzanymi prętami, albo przypalane żywym ogniem, albo też zakopane po uszy w ziemię ("Zagrzebani w bagnie otrzymają karę stosowną do ich moralnego brudu, jak świnie lubujące walać się w błocie" - jak Platon pisze w "Państwie" 282d i "Fedonie" 69c). Poza tym są i inne kary, takie jak choćby: przenoszenie wody dziurawym sitkiem i napełnianie nią dziurawej beczki (ta woda ma być dla nich wodą oczyszczającą z ich grzechów, a napełnienie beczki jest warunkiem wydostania się z Tartaru). Opisy Tartaru w pismach orfickich są tak rozbudowane, że można wręcz stwierdzić że wśród Hellenów to właśnie orficy "wynaleźli piekło". Orfizm miał również wiele wspólnego z poszczególnymi bogami, najwięcej z Apollinem i Dionizosem (także z Zeusem, Hefajstosem, Posejdonem, Demeter, Persefoną, Artemidą i Herą - choć prócz Zeusa, wszyscy pozostali bogowie są tylko mniejszym lub większym dodatkiem).    



 APOLLON
NAJBARDZIEJ GRECKI - BÓG NIE GRECKI 




Apollon miał wiele twarzy. Zacząć należy jednak od stwierdzenia, że ten mega grecki bóg, który był uosobieniem prawa, porządku i harmonii - pierwotnie miał być... mściwym i zazdrosnym zabijaką! Nie był też bogiem Hellenów, a jego kult został inkorporowany do Grecji najprawdopodobniej z Fenicji (gdzie występował pod imieniem Ap Olena, lub po prostu Olena). Sprowadzony do Delf przez kapłanów uznających wpływ "doktryny zaklęcia słonecznego" (istniejącej wówczas zarówno w Egipcie jak i w Indiach - pogrążonych w swym mrocznym okresie Kali-Yuga). "Doktryna zaklęcia słonecznego" stała się jednym z elementów misteriów dionizyjskich i przeznaczona była dla elitarnego kręgu "Wtajemniczonych". Orficy mieli też swoją "Palestynę" - czyli "Ziemię Świętą" na której niegdyś miał żyć Orfeusz (syn Apollina). Ziemią tą była Rakhiwa (fenicka nazwa Tracji). Ta kraina pasterzy kóz stała się prawdziwą Mekką orfików (choć oczywiście nie w znaczeniu dosłownym - nie pielgrzymowano tam, a jedynie uznawano tę ziemię za pierwotną, z której wyszła "Boska Doktryna", którą to strzegła - np. w świątyni delfickiej- straż Tracydów, rekrutujących się spośród kapłanów pochodzących właśnie z Tracji).


STAROŻYTNA TRACJA 



Apollon był synem Zeusa i tytanki Leto. Hera, pragnąca zabić matkę w połogu, wysłała za nią w pościg wielkiego węża Pytona. Leto jednak ukryła się na wyspie Delos, gdzie powiła bliźniaki - chłopca i dziewczynkę - Apolla i Artemidę. Gdy Apollon dorastał, musiał się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu, jak choćby z olbrzymem Tytiosem, który napadł i próbował zgwałcić jego matkę - Apollo zabił go strzałem z łuku. Potem mordowanie weszło mu w krew i tak najpierw uśmiercił siedmiu synów Niobe (a jej siedem córek zabiła z łuku Artemida, jako kara dla matki, która ośmieliła chwalić się przed bogami swą płodnością). Potem pozbawił życia swoją oblubienicę - Koronis, która miała zdradzić go z człowiekiem. Apollo zabija również swego najlepszego przyjaciela - Hiacynta (tak więc Apollo nie był pierwotnie przykładem boga, którego atrybutami były: powaga, odpowiedzialność, godność, porządek, sprawiedliwość etc). Ostatecznie Apollon przybywa do Delf, siedziby straszliwego smoka Pytona, zabija go i... zajmuje jego miejsce. Od tej chwili Delfy stają się siedzibą apollońskiej amfiktionii, lecz aby do tego ostatecznie doszło, bóg musi przejść swoiste "oczyszczenie". Musi bowiem odpokutować za grzechy z czasów młodości i przejść "Wielką Zmianę". Odbyło się to za pomocą specjalnych rytuałów oczyszczenia (które praktykowane były przez Wtajemniczonych w świątyni delfickiej). Od tej chwili pierwotne - telludyczne moce węża Pytona - zostały podporządkowane Apollinowi, który przeszedł "Wielką Zmianę" i stał się bogiem odmienionym - bogiem sprawiedliwości i ładu moralnego (nie oznaczało to jednak końca zabijania). Na prośbę Apolla, jego syn - Asklepios (zrodzony z Koronis, z której łona Apollo wyjął dziecko gdy ją zabił), wskrzesza przyjaciela ojca - Hiacynta, lecz wkrótce potem Zeus spala Asklepiosa swymi piorunami (za naruszenie równowagi między życiem a śmiercią). Opętany rządzą zemsty, morduje Apollon Cyklopów - twórców zeusowego pioruna. Za karę, musi udać się na Ziemię i przez rok żyć jak zwykły śmiertelnik w niewoli u niejakiego Admeta - króla miasta Feraj w Tesalii.


PYTIA DELFICKA



Tak więc zamieszkał bóg w Delfach i był to jego najważniejszy ośrodek w Grecji właściwej. Stał się tam znany jako proroczy bóg, zsyłający wizję na kapłankę - zwaną pytią, która w jego imieniu miała odczytywać przyszłość. Apollon Delficki (nazywany również Pytyjskim) był więc jednym z najpopularniejszych greckich bóstw i (wraz z Dionizosem) bodajże najsławniejszym bóstwem ludowym. Ale według mitów i pism orfickich, Apollo nie przebywał cały czas w swej świątyni, lubił bowiem udawać się na daleką północ, do mitycznej krainy szczęśliwości, zwanej Hyperboreą. Były to Wyspy Błogosławione dla żyjących, kraina gdzie nie było chorób ani zmartwień, a czas płynął na tańcach, zabawie i figlach. Apollo spędzać tam miał trzy zimowe miesiące (i przez ten czas pytia delficka nie wróżyła i nie przepowiadała przyszłości). Gdy kończyła się zima, z początkiem kwietnia bóg powracał do swojego królestwa i świątynia ponownie nabierała życia, a kolejki pątników ustawiały się od bram świątyni aż do bram samej amfiktionii (a biorąc pod uwagę że świątynia była ulokowana w północnej części miasta, a bramy w południowej, przeto można sobie wyobrazić ile pracy mieli tamtejsi kapłani delficcy i jak często musiały się zmieniać pytie. Te trzy miesiące "urlopu" były dla nich z pewnością prawdziwym wybawieniem). Oczywiście świątynia działała także w czasie zimy, gdyż pod nieobecność Apolla jego miejsce zajmował inny bóg kręgu orfickiego - Dionizos.     



DIONIZOS
CZYLI "PIJ, KOPULUJ, ŻYJ i... UMIERAJ"
 



To też nie jest grecki bóg, choć w późniejszych czasach (epoce hellenistycznej i rzymskiej) był wraz z Apollinem jednym z najbardziej greckich ze wszystkich bóstw panteonu olimpijskiego. Dionizos był bogiem winnej latorośli, wina i płodności, choć koleje jego losu związały go raczej z cierpieniem, prześladowaniem i śmiercią (stąd na równi z Apollinem był popularnym bogiem wśród greckiego ludu). Nigdy nie miał przyjść na świat, gdyż zazdrosna o kochanki swego męża Hera, stała się również wrogiem wszystkich jego dzieci zrodzonych z innymi boginiami, tytankami lub śmiertelniczkami. Tropiła ich wszędzie, a nie mogąc osobiście wyrządzić im krzywdy, mordowała ich matki, jak choćby ową Semele - córkę króla Teb - Kadmosa, którą to uwiódł Zeus i która zaszła z nim w ciążę. Hera objawiła się Semele i namówiła ją, by poprosiła Zeusa o ukazanie się jej w jego boskim majestacie. Naiwna dziewczyna, nie przeczuwając podstępu, poprosiła o to Zeusa, niepomna iż tym samym wydała na siebie i swoje dziecię wyrok śmierci. Gdy Zeus to uczynił, zmienił się w rażące dokoła pioruny, które ją uśmierciły. Poroniła, lecz Zeus wyjął martwe dziecię z jej łona i wszył sobie w udo (przez co przywrócił mu życie). Z tego uda narodził się właśnie Dionizos, który początkowo (poprzez knowania Hery) nie był uważany za boga i nie mógł wejść na Olimp. Doświadczał upokorzenia i wielu cierpień, otoczył się więc dzikimi i oddanymi mu kompanami, z którymi oddawał się ucztom pełnym wina, na które to sprowadzano "kobiety morza" (również zasilające dionizyjski orszak). Porem Hestia zlitowała się nad ciężką dolą Dionizosa i zrezygnowała ze swego miejsca na Olimpie, oddając je właśnie jemu. Odtąd mógł on oficjalnie zasiąść wśród 12 Olimpijczyków i z czasem został zaakceptowany przez innych bogów. 

Swoją drogą ciekawe dlaczego pozostali bogowie tak długo oponowali przeciwko Dionizosowi? Czyżby raziła ich jego swobodna powierzchowność? Był bogiem radości, płodności i wina (co samo przez się prowokuje do swobody i radości. Notabene przypomniał mi się dowcip, który słyszałem już jakiś czas temu: "Co najbardziej podoba ci się w kobietach?" - "U kobiet najbardziej lubię cycki" - "A wolisz blondynki czy brunetki?" - "Nie lubię jak kobiety mają włosy na cyckach" 😙). Mimo to cały czas towarzyszy mu smutek i jakieś takie fatum - zły omen. Wielokrotnie bóg ten zachowuje się tak, jakby chciał popełnić samobójstwo (np. skacze do jeziora lerneńskiego, tonie w morzu, lub ukazuje się i znika niczym duch). Przez co te jego "samobójcze" tendencje zostają przejęte do kultur misteryjnych w świątyniach tego boga. W Cheronei (gdzie była jedna z największych jego świątyń i gdzie odprawiano tajne kulty misteryjne) kobiety podczas święta Agrionia szukają boga po mieście, gdyż okazuje się że nagle zniknął ze swej świątyni i nie wiadomo gdzie przebywa ani nawet... czy żyje. Ostatecznie okazuje się że bóg schronił się wśród muz, które go ukryły. Jego "samobójcze" tendencje mają związek z kultem przyrody, a szczególnie z kłosami winnej latorośli, która (aby dała szczęście w postaci wina) musi zostać ścięta, zerwana i wyciśnięta - czyli umiera, ale umiera tak, że jednocześnie rodzi nowe życie. I tak samo jest z prześladowanym Dionizosem, który chowa się, skacze do jeziora w celu popełnienia samobójstwa, ale potem i tak się pojawia, odradza się wciąż na nowo. Jest też bogiem męskiej witalności i kobiecej płodności, a jego atrybuty (prócz bluszczu i sosny oraz kwitnącej laski, zwanej - "tyrsos", którą dzierży w dłoni) to również naprężony fallus (szczególnie popularny na wsiach, wśród rolników - któremu oddawano cześć, budując przydrożne "falliczne kapliczki"), sperma i krew (a także woda - gdyż motyw życiodajnej wody w kulcie dionizyjskim jest równie częsty, co motyw kopulacji i śmierci).

Częsty jest też motyw zstąpienia Dionizosa do piekła, czyli do Hadesu, skąd wyprowadza do świata żywych swoją zmarłą matkę - Semele (notabene, to co nie udaje się Orfeuszowi z próbą wyprowadzenia jego żony - Eurydyki z otchłani Hadesu - udaje się Dionizosowi z jego matką. Następnie wprowadza ją na Olimp, gdzie ta może pozostać). Ale mimo to Dionizos często przybywa do świata żywych z Zaświatów - Kapłani Argiwów przywołują go jako topielca z głębi morza, Plutarch zaś opisuje jego przybycie z Hadesu (gdzie towarzyszy Persefonie). Ostatecznie Dionizosa nie czeka nic dobrego - ma zostać bowiem zabity, poćwiartowany i pożarty przez tytanów (jako Dionizos Zagreus - nie było to jednak przesłanie orfickie, o którym napisałem wyżej). Tyle same mity, teraz przejdźmy już bezpośrednio do poszczególnych orfickich kultów misteryjnych, kultów pitagorejskich (również odprawianych podczas misteriów delfickich), do apollońskiej "ekstazy" (o której jeszcze nawet nie wspomniałem słowem), do wróżbiarstwa delfickiego, odprawianego przez kapłanki zwane pytiami, do pieśni ku czci Dionizosa, Apollina i Demeter, no i oczywiście ostatecznie do synkretyzmu hellenistycznego z czasów po epoce Aleksandra Macedońskiego.




CDN.

02 listopada 2025

BEZNADZIEJNOŚĆ I NADZIEJA GRECKIEJ RELIGII - Cz. I

"NAJLEPSZE DLA CZŁOWIEKA

BYŁOBY SIĘ NIE URODZIĆ"





Jaki jest sens życia człowieka według antycznych poetów greckich? Bardzo prosty - człowiek - czyli "stworzenie jednego dnia" (jak pisze Simonides), doświadcza w ciągu życia jedynie: "nędzy, żałoby i starości", po czym umiera i wszystko się kończy. Co prawda śmierć niczego nie rozwiązuje, bowiem cierpienie i rozpacz nie kończy się z chwilą utraty życia, ale i tak do pewnego stopnia jest lepsze niż życie tu, na Ziemi. Pewna matka prosiła boga Apollina, aby w nagrodę za jej pobożność, dał dwojgu jej dzieciom największy dar, jaki mógł zesłać bóg. Bóg wysłuchał jej modlitwy i dzieci... natychmiast umarły - ale umarły nie cierpiąc, stąd zarówno Sofokles, Teogonis jak i Pindar głosili, iż: "Najlepszym dla człowieka byłoby się nie urodzić, a jeśli to już się zdarzyło, to umrzeć tak szybko, jak to jest możliwe" (m.in.: "Edyp w Kolofonie" - Sofoklesa). Śmierć jednak nie jest żadnym wyjściem z sytuacji i realnie niczego nie rozwiązuje. Mało tego, po śmierci wcale nie ma żadnej "boskiej sprawiedliwości", żadnej nadziei na błogosławieństwo czy zbawienie ze względu na swą pobożność czy dobre uczynki człowieka, jakimi obdarzał innych ludzi za swego życia. Dostęp dusz na Pola Elizejskie (o Wyspach Błogosławionych nawet nie wspominając) był możliwy nie za swe dobre uczynki, a za... koniunkturalność, trzeba po prostu spełniać ofiary dla bogów (to jest nadrzędna i najważniejsza sprawa), nigdy też nie wolno obrażać bogów (myślą ani słowem). Bogowie bowiem nigdy nie uderzają w tych, którzy nie dopuścili się winy wobec nich, więc jest szansa że wiodąc życie zgodne z wyżej wymienionymi prawidłami, wejdzie się po śmierci do Elizjum, miast na szare, piaszczyste i monotonne Łąki Asfodeli, gdzie dusze błąkają się bez celu licząc na to, że żywi wesprą je ofiarami. Innymi słowy celem człowieka według poetów, którzy interpretują religię grecką, jest po prostu: "Żyj i pozwól żyć", kochaj życie, czerp z niego pełnymi garściami póki masz młodość, zdrowie, korzystaj z przyjemności ciała i ducha. Składaj ofiary bogom i nigdy ani myślą ani czynem w niczym im nie uchybiaj i oczywiście nie daj się opętać moirze.

Moira bowiem opętuje człowieka pychą i zuchwałością, przez co staje się on głuchy i ślepy na wszelkie argumenty boskie i ludzkie. Pycha ogarnia bowiem człowieka i niszczy go od środka, tak jak tego nieszczęsnego Tymoteusza, syna Konona, który miał wielkie szczęście i powodzenie w swych politycznych i wojskowych posunięciach. Ale gdy wdzięczni mu Ateńczycy przekazali mu w darze obraz, na którym Tymoteusz śpi, a Fortuna za niego łowi miasta do sieci, ten (wróciwszy z wygranej bitwy) i niezadowolony z owego obrazu i przedstawionej w nim własnej roli, wyraził się do współobywateli tymi oto słowy: "Ale w tej bitwie, Ateńczycy, Fortuna z pewnością nie ma żadnego udziału". Wkrótce potem szczęście go opuściło i popadł w taką niełaskę u ludu, że utracił cały swój majątek i został z Aten wygnany niczym pachołek. Tak właśnie dzieje się z ludźmi, którzy nie szanują bogów i którzy dają się omotać moirze, sądząc iż wszystkie zasługi są dziełem jedynie ich samych. Tak więc bogom należy się bezwzględny szacunek i posłuszeństwo, nie wolno ich nie tylko obrażać, ale zbrodnią jest także niewiara w nich. Każdy, komu udowodniono w antycznej Grecji "bezbożność" - ten umierał straszną śmiercią. Przekonała się o tym niejaka Fryne z beockich Tespiów. Ta, urodzona w 371 r. p.n.e. w ubogiej rodzinie dziewczyna, już jako dziecko znalazła się w Atenach, gdzie aby przeżyć, parała się zbieraniem i sprzedażą kaparów oraz ziół na Agorze lub na targu na Limnae, nieopodal Lenaionu i Dionysionu. Tam właśnie wypatrzył ją ów Praksyteles - ateński rzeźbiarz, który wziął ją do siebie i uczynił z niej swoją modelkę i kochankę. Fryne ponoć była prostą i cnotliwą dziewczyną, nosiła suknie zakrywające całe ciało i wstydziła się obnażyć. Lecz dla Praksytelesa stała się muzą i inspiracją do dalszej pracy. Jego dzieło "Afrodyta z Knidos" było zainspirowane właśnie Fryne, a bogini otrzymała jej twarz i ciało. Podobnie z obrazem: "Afrodyta wyłaniająca się z morskiej toni", gdzie Fryne (tak jak owa sławna Ursula Andress, która jako "dziewczyna Bonda" w filmie "Dr. No" z 1962 r. wyłoniła się z morza w samym bikini, czym sprowokowała modę właśnie na taki strój kąpielowy, bowiem wcześniej kobiety wstydziły się pokazać na plaży w tak skąpym "wdzianku"), została sportretowana zupełnie nago, jako bogini wyłaniająca się z morskiej piany.


AFRODYTA z KNIDOS 
PRAKSYTELESA 



Wkrótce Fryne stała się heterą dla tych, którzy potrafili dużo zapłacić za jej wdzięki. Hetery były luksusowymi damami do towarzystwa, zapewniającymi mężczyznom przyjemność nie tylko cielesną, ale przede wszystkim intelektualną (nie musiały to być dziewczyny wykształcone - jak choćby Leoncja, kochanka Epikura - wystarczyło jedynie mieć pewną ogólną wiedzę na temat różnych literackich i artystycznych kwestii, aby podjąć dyskusję. Ale przede wszystkim liczył się uśmiech, erotyka tańca i gra na instrumentach). Hetera bowiem (czyli "towarzyszka" - innymi słowy luksusowa prostytutka), miała dostarczać swym klientom przede wszystkim strawy duchowej, zwykły cielesny akt seksualny mogli oni dostać od przydrożnych "porne" ("kurwa"). Ale oczywiście nie jest prawdą, że skupiała się tylko i wyłącznie na tym. Ona była po prostu innego rodzaju prostytutką i do jej roli należało też zaspokojenie klientów w sposób seksualny (na greckich czarach i wazach z drugiej połowy VI, V i IV wieku p.n.e. są ukazane różne etapy miłosnych uniesień klientów z heterami, od delikatnych pieszczot i rozsuwania szaty "towarzyszki", przez seks grupowy aż do sadomasochistycznych, często brutalnych stosunków - hetery są w tych scenach pokazywane jako całkowita własność swoich klientów i mają służyć wyłącznie ich zadowoleniu - jak choćby: wykrzywiona twarz, postawa na czworaka z wypiętą pupą lecz twarz zawsze zwrócona w stronę klienta lub na klęczkach). Przeczy to powszechnie panującemu przekonaniu, że hetery były to kobiety wykształcone i cenione, bowiem te, którym udało się zbić ogromny majątek i go utrzymać - doprawdy były bardzo nieliczne - raczej były one traktowane jak co prawda luksusowe, ale jednak prostytutki i często sprowadzane (podczas stosunku) do podrzędnej roli o niewolniczym charakterze. Fryne zyskała wielką popularność wśród klientów, gdyż preferowała naturalizm i skromność. Ubierała się (jak poprzednio) w suknie zakrywające większość ciała, nie nosiła makijażu i chroniła swą skórę od promieni słonecznych, co powodowało że miała jasną cerę (niezwykle wówczas pożądaną). Być może przychylała się do opinii innej hetery, zamieszczonej we "Wspomnieniu o Sokratesie" Ksenofonta, w którym owa dama zwierza się drugiej w jaki sposób uwieść mężczyznę: "Najlepiej możesz zalotników zwabić przez cnotliwe zachowanie, później pozornie im ulegać, a potem znowu stać się nieprzystępną, aż zaczną cię mocno pożądać". Fryne w każdym razie dość szybko stała się najpopularniejszą ateńską heterą.


FRYNE na ŚWIĘCIE POSEJDONA w ELEUZIS 
(HENRYK SIEMIRADZKI)



Popularność szybko przerodziła się w zamożność, a piękna Fryne zakupiła wygodny dom w Atenach i pewną liczbę niewolników (często zdarzało się tak, że te z heter, które zdobyły majątek, zakupywały młode niewolnice i zamieniały je w prostytutki dla swych dawnych klientów, którzy je odwiedzali w domach - tak czyniła np. sławna Teodora, żyjąca w czasach Sokratesa, czy Nikarete - była niewolnica, która po wyzwoleniu sama skupowała niewolnice i przyuczała je do roli prostytutek dla gości odwiedzających ją w domu). Nago można ją było ujrzeć tylko raz w roku, podczas święta ku czci Posejdona w Eleusis, gdy zdejmowała szaty i wchodziła do wody. Lubiła się zresztą myć - pewnego razu w gronie innych kobiet-heter podczas sympozjonu (bowiem niekiedy hetery organizowały sympozjony w swoim, damskim gronie, gdzie piły wino i nie musiały krępować się męską obecnością), zaproponowała by każda z nich obmyła twarz wodą. Efekt tego był taki, że tamtym zszedł cały makijaż, co wyglądało nieestetycznie, natomiast ona wciąż była piękna. Dzięki swej urodzie i walorach ciała zbiła olbrzymi majątek. Zaoferowała nawet że odbuduje zniszczone przez Aleksandra Wielkiego mury Teb (zniszczenie miasta za próbę buntu miało miejsce w 335 r. p.n.e. na rok przed inwazją na Persję). Ale żądała by umieścić na bramie napis: "Zniszczone przez Aleksandra, odbudowane przez kurtyzanę Fryne". Władze Teb odmówiły jej tego. Jej sposób postępowania i pewność siebie, wkrótce zraziły doń Ateńczyków (nawet jej dawnych klientów). Była bowiem dumna i stawała się nieprzystępna. Wreszcie wytoczono jej sprawę o bluźnierstwo bogom oraz bezbożność. Jak już wspomniałem, było to bardzo poważne oskarżenie, które z reguły kończyło się wyrokiem śmierci. Fryne bronił sławny mówca Hypereides, a ona w tym czasie siedziała w swym domu i oczekiwała na wynik (kobiety nie miały prawa osobiście stawić się w sądzie, nawet we własnej sprawie). Proces jednak się toczył w niekorzystnym dla hetery kierunku a areopagici (sędziowie Areopagu) byli zdecydowani uznać ją winną i skazać na śmierć. Wówczas Hypereides, który nie miał już żadnych argumentów przemawiających na jej korzyść, polecił ją sprowadzić na Areopag, po czym publicznie obnażył, ukazując jej ciało i zwrócił się do sędziów tymi słowy: "Czy takie ciało zasługuje na śmierć?" Została uniewinniona, ale odebrano jej cały majątek. Tak więc przez swą pychę i ona utraciła przychylność bogów (jak twierdzili starożytni).




Także skoro bogowie wyznaczają człowiekowi los życia na tej pełnej cierpienia i trosk ziemi, ten powinien przyjąć to ze zrozumieniem i oddając cześć bogom, jednocześnie żyć pełnią życia i rozwijać swój umysł oraz ciało. Kanon greckiego piękna został wytworzony również pod wpływem świadomości ludzkiej niemocy w stosunku do woli bogów i tego, że tak naprawdę człowiek nie jest w stanie nic zmienić z własnej przyczyny a może tylko i wyłącznie uzyskać boże błogosławieństwo swymi czynami, mądrością lub... pięknem (przykład hetery Fryne). Bogów można było bowiem obrazić na wiele sposobów (tacy byli obrażalscy 🥴), więc gdy obraza była jawna (jak w przypadku chociażby ograbienia świątyni Apollina w Delfach przez wysłanego z armii Lucjusza Korneliusza Sulli, niejakiego - Kafisa z Focei, który płacząc na kolanach przepraszał za to świętokradztwo kapłanów świątyni (amfiktionów), a w liście do Sulli twierdził, że słyszał dźwięk liry Apolla, przez co nie może wykonać tego świętokradczego zadania. Sulla odpisał mu iż: "Muzyka jest symbolem radości, a nie smutku" i stwierdził że bóg z radością oddaje mu swoje skarby. Dopiero obawa przed karą za niewykonanie rozkazu i list Sulli zrobiły swoje, Kafis wypełnił zadanie ograbienia świątyni. Ciekawą kwestią jest również antyczne budownictwo. Zauważmy że jedynymi budowlami które przetrwały i zachowały się po dziś dzień, są głównie budynki świątyń. Co ciekawe starożytni budowali sobie wspaniałe pałace i domy, zaś do dnia dzisiejszego bardzo niewiele informacji o nich zostało, natomiast o kształcie greckich świątyń wiemy dziś bardzo dużo, właśnie ze względu na zachowane budynki. Należy bowiem pamiętać że od czasów starożytności, przez średniowiecze i aż do XIX wieku, jedynymi naprawdę trwałymi i mającymi przetrwać wieki budowlami, były budowle sakralne (od pięknie ozdobionych antycznych świątyń, po strzeliste katedry średniowiecza). Człowiek żył w zasadzie tak, aby nie obrazić bogów (boga) i większość jego życia była skierowana na kwestie religii i wiary. Dopiero w XIX wieku zaczęło się to powoli zmieniać (ale należy też pamiętać że wraz z tą zmianą, która służyć miała ludziom, pojawiły się też bardzo negatywne tendencje, których ani starożytność ani średniowiecze nie znały {w takiej formie, ponieważ ich odpowiedniki były tam wówczas również obecne}, czyli pojawienie się typowo antyludzkich i antyspołecznych systemów totalitarnych, takich jak marksizm, komunizm, nazizm a obecnie feminizm, genderyzm i ideologia lgbt - choć wszystkie one są zwykłymi bękartami marksizmu).



ORFIZM
CZYLI TAJEMNICA ZBAWIENIA
Cz. I




Było to na prawie trzynaście wieków przed narodzinami Jezusa Chrystusa w Betlejem, w czasie gdy bitny słowiańsko-aryjski lud Gorów/Dorów zmierzał ku południowym ziemiom Hellady, w czasie gdy na tron Egiptu wkraczał sławny faraon Ramzes II Wielki, w czasie gdy lud Apiru (pokryci piachem), zwany również Ibri (Hebrajczycy) cierpiał niewolę egipską i gdy żył ich prorok - Mojżesz, w czasie gdy na Bliskim Wschodzie wzrastała potęga zarówno Hetytów jak i Asyrii i wreszcie w czasie gdy Indie grzęzły w swym mrocznym okresie Kali-Yaga. W maleńkiej Tracji (która notabene jako ostatnia kraina ze wszystkich bałkańskich została wchłonięta do Imperium Rzymskiego, stało się to dopiero za rządów cesarza Klaudiusza w 46 r.), toczył się bezpardonowy konflikt pomiędzy kapłanami słońca i księżyca. Dominowali ci drudzy, którzy skupieni byli wokół świetnych orszaków bóstw żeńskich. Ale coraz silniej napierali kapłani solarni, ze swoim kosmogonicznym panteonem głównych męskich bogów. Nie była to tylko walka religijna, to była walka ideologiczna i światopoglądowa. Dominowali (jak wspomniałem) kapłani bóstw księżycowych, dla których w tym pasterskim i góralskim ludzie, drewniane świątynie wznoszono w lasach i dolinach, zaś kapłanki miały tam niezwykle silną, wręcz dominującą pozycję (np. kapłanki bogini Hekate władały całymi plemionami trackich: Pesalgów, Edonów, Trausów, Petów i Apsyntów). W swych świątyniach odprawiały one tajemne kulty i składały swej bogini ofiary. Pewien taki zwyczaj został opisany w hymnach orfickich, a polegał na lubieżnym tańcu kapłanek, odzianych w skromne szaty - tańczyły one wokół wizerunku swej bogini. Na owe misteria sprowadzani byli wybrani mężczyźni, którzy po ich obejrzeniu mieli przysiąc iż będą służyć bogini i jej kapłankom (tak zapewne zdobyły one władzę w owych plemionach). Po zakończeniu tańców, kapłanki rzucały się na mężczyznę, powalały go i żądały by przysiągł wierność bogini, po czym odbywały z nim stosunek seksualny. Jeśli ów mężczyzna odmówił, był składany w ofierze Hekate.

W ten sposób byli też zabijani uprowadzeni kapłani bóstw solarnych, których świątynie ulokowane były w górach lub na wyżynach. Kapłanki Hekate dominowały nad wieloma ludami Tracji, potrafiły też oswajać dzikie zwierzęta i wykorzystywać je do walki ze swymi przeciwnikami. Wówczas to zjawił się w Tracji pewien niezwykle przystojny młodzian o jasnych włosach. Żył on przez pewien czas wśród trackiego ludu a kapłanki Hekate pragnęły go pozyskać dla swych obrzędów. Jednak w jakiś czas potem ów młodzieniec znikł i uważano że zginął. On jednak opuścił Trację i udał się do Egiptu, gdzie zasięgnął rady tamtejszych kapłanów memfickich. Przeszedł misteria i po dwudziestu latach powrócił do Tracji pod imieniem - Orfeusz ("ten, który uzdrawia światłem". Orfeusz, Apoloniusz z Tyany, Budda, Chrystus, Sai Baba - to wszystko były potężne duchowe awatary najprawdopodobniej nie pochodzące z Ziemi, choć wszystkie tutaj fizycznie urodzone). Udał się do świątyni Dżeusa (potem starosłowiański trzon "" został zamieniony na "Z") na górze Kaukaion, gdzie tamtejsi kapłani powitali go z rozpostartymi ramionami. Ten swym śpiewem i naukami przyciągnął większość Traków do kultów solarnych (to właśnie Orfeuszowi przypisywali starożytni Grecy ustanowienie kultu Zeusa w Tracji i Apollina w Delfach). Jest on też uznawany za założyciela amfiktioni i kultów misteryjnych. Dzięki jego staraniom kult Hekate został zapomniany a kapłanki musiały opuścić Trację i przenieść się do Azji Mniejszej (tam coś było wiele żeńskich bóstw, począwszy od kultu Wielkiej Macierzy). Tyle mówi mit, choć nie jest on oczywiście pełny, ale nim do tego przejdę, kilka słów wyjaśnienia o początkach orfizmu. Otóż po raz pierwszy Orfeusz pojawia się w greckiej literaturze u Ibikosa z Region (żyjącego w VI wieku p.n.e.). Następnie wspomina o nim Pindar - twórca liryki chóralnej (również VI wiek p.n.e.). Następnie zaś Ajschylos (VI-V wiek p.n.e.) ubogaca jego wizerunek, jako przystojnego młodzieńca grającego na lirze w otoczeniu ptaków, dzikich zwierząt i trackich górali. Mimo iż jego postać pojawia się oficjalnie w Helladzie dopiero od VI wieku p.n.e., nie może ulegać wątpliwości iż był on czczony w Tracji znacznie wcześniej, jako lokalne bóstwo solarne, co najmniej od XIII wieku p.n.e.




Orfeusz jest też (co będę starał się pokazać) przedstawiany jako takie przeciwieństwo dotychczasowych, okrutnych bogów, jako ktoś, dzięki któremu człowiek może dostąpić zbawienia i wejść nie tylko do Elizjum, ale również na Wyspy Błogosławionych. Nim jednak do tego przejdę, kilka słów mitu na temat Orfeusza jaki również istniał w Grecji. Otóż był on ponoć synem boga Apollina i jego muzy - nimfy Kalliope (postać Orfeusza jest potem często łączona z kultem Apollina). Orfeusz był muzykiem - grał na kitarze, lirze i formindze, a poprzez swoje pieśni nauczał o naturze świata, roli bogów oraz celu życia człowieka i nadziei, jaką jest nieśmiertelna dusza. Pieśni orfickie były śpiewane potem w świątyniach Zeusa na górze Kaukaion, Apollina w Delfach i w świątyni Demeter w Eleuzis (a także zdaje się że w świątyniach Dionizosa), jedna z nich brzmiała następująco: "Zawrzyj się w głębi duszy własnej, aby wznieść się do Źródła wszechrzeczy, do wielkiej Trójcy, promieniejącej w Eterze niepokalanym. Niech ogień myśli twojej strawi twoje ciało, oderwij się od materii jak płomień oddziela się od drzewa przezeń spalonego. Wówczas duch twój wzleci do czystego eteru pra-przyczyn wiekuistych", inna zaś pieśń brzmi: "Wyjawię ci tajemnicę światów, duszę natury, istotę Boga. Oto główne arkana: Jedna istota króluje w głębinach niebios i w przepaściach Ziemi, Zeus gromowładny, Zeus nieuchwytny. W nim wszystko zawarte: rada głęboka, nienawiść potężna i miłość przesłodka (...) Tchnienie rzeczy, ogień nieposkromiony, pierwiastek męski i żeński, Król, Moc, Bóg, wielki Mistrz". Orfeusz był mężem Eurydyki, która zmarła, a on z żalu po niej udał się do Hadesu aby wyzwolić stamtąd ukochaną. Tam udało mu się przekonać pięknem swej muzyki zarówno Hadesa jak i jego małżonkę - Persefonę, by oddali mu żonę. Zgodzili się, ale postawili jeden warunek, Eurydyka będzie prowadzona z Hadesu za Orfeuszem przez Hermesa, ale jemu przez całą drogę aż do świata żywych, nie wolno się za nią obejrzeć. Niestety, miłość do kobiety była silniejsza i Orfeusz odwrócił głowę, co spowodowało że stracił swą małżonkę na zawsze. Teraz swą miłość do Eurydyki przykuł na miłość do Apollona - swego ojca, dla którego codziennie wyśpiewywał pieśń na górze Pangaios (w Tracji). Zazdrosny o to iż słońce Orfeusz utożsamia z Apollem a nie z nim, wysłał Dionizos okrutne menady, które go na tej górze rozszarpały a jego członki rozrzuciły na różne strony świata (głowa, która wciąż śpiewała - ciśnięta została aż do Hebronu). Potem muzy, wysłane przez Apollina, pozbierały wszystkie części jego ciała, złożyły w jedno i pochowały w masywie Olimpu na Leibethria. Tyle sam mit.

Lecz ów mit to jedno, a drugie to rozwój orfizmu, będącego uzupełnieniem i dopełnieniem religii greckiej. Rozwój kultu Orfeusza ma oczywiście związek z misteriami o których opowiem szerzej w kolejnej części, teraz chciałbym się skupić na samej koncepcji religijnej jaka głoszona była przez orpheotelestai (wtajemniczających w orfizm). Przede wszystkim orficy przykładali duże znaczenie do słowa pisanego, do ksiąg zwanych "pismami orfickimi" i "wierszami orfickimi". Jest to wykładnia orfizmu - poznanie ksiąg i zawartych w nich nauk. A owe nauki brzmiały następująco:
  1.  Dusza jest nieśmiertelna. Ukarana jednak za pierwotną zbrodnię wobec Boga, została dusza zamknięta w więzieniu, jakim jest ciało ("soma"). Innymi więc słowy, to nie życie jest prawdziwym stanem natury ludzkiej duszy a właśnie śmierć, która jest prawdziwym Życiem. Natomiast nasza egzystencja w ciele na Ziemi przypomina bardziej śmierć, gdyż jesteśmy zamknięci w ciasnej powłoce, niczym w grobie. Dusza ma do spełnienia na Ziemi pewien cel i jeśli się z niego nie wywiąże, zostanie osądzona i odpowiednio ukarana. Kara ta jednak nie jest nieskończona i po pewnym czasie dusza ponownie zjawia się na Ziemi w innym ciele (co znaczy że orfizm zakładał istnienie reinkarnacji). I tak się dzieje aż do osiągnięcia przez duszę ostatecznego Wyzwolenia i dostąpienia Wysp Błogosławionych.
  2. Wegetarianizm - orficy i pitagorejczycy wyznawali zasadę, iż ciało zwierzęcia również posiada duszę, która poprzez swą drogę także dąży do Wyzwolenia. Nie należy więc jeść mięsa które posiada duszę (orfik Empedokles twierdził że zabijając zwierzę, czuje się jakby zabijał kogoś sobie bardzo bliskiego). Orficy występowali również jako ci, którzy pragną przywrócić równowagę między ludźmi i bogami, zachwianą przez "grzech Prometeusza". Prometeusz bowiem, zabijając wołu i dzieląc mięso na ołtarzu ofiarnym na dwie części (część dla ludzi i dla bogów), dopuścił się grzechu (ofiarowując bogom gorszą część - pełną kości - przykrytą jednak tłuszczem), czym podzielił jednych i drugich, a bogowie przez to ukarali ludzi, zsyłając na nich wszelkie możliwe nieszczęścia zamknięte w puszce, którą otworzyła niejaka Pandora.
  3. Inicjacja jako droga ku zbawieniu i Wyzwoleniu duszy. Powstaje tutaj bardzo rozbudowana eschatologia i wiara w misteryjne (dostępne tylko nielicznym) zbawienie i nieśmiertelność duszy. O tym wszystkim jednak (orfickiej "Rapsodii", nowej eschatologii uzupełniającej grecką religijność i apollińskiej "ekstazie" - opowiem już w kolejnej części).



 CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...