WYŚWIETLENIA

26 października 2025

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. VI

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. V





DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. III


 Rok 1475 powoli dobiegał końca, a wojna nadal trwała i król Portugalii Alfons V nie zamierzał opuszczać Kastylii i rezygnować z dalszej walki o jej tron. W połowie listopada udało mu się pokonać w starciu pod Beltanas hrabiego Rodrigo Alfonso Pimentela - wspierającego Izabellę i Ferdynanda, ale mimo że dzięki temu droga na Burgos została otwarta, Alfons V nie zdecydował się zająć tego miasta. Natomiast Izabella konsekwentnie zbierała pieniądze potrzebne na dalsze prowadzenie walki, napisała nawet list do emira Grenady - Abu'l-Hasana Alego, z prośbą o przysłanie wsparcia, deklarując w zamian iż Kastylia nie będzie nękać Emiratu Grenady, a jeśli grandowie na własną rękę będą to czynić, ona zobowiązała się pisemnie wyrównać emirowi wszelkie poniesione z tego tytułu straty. Ten wysłał jej więc 4000 konnych łuczników. Ferdynand zaś zajął się formowaniem nowej armii (starą musiał rozwiązać ze względu na brak pieniędzy). W grudniu wyjechał do Walencji w Aragonii (królestwa swego ojca Jana II), aby sprowadzić stamtąd dodatkowych żołnierzy, natomiast tuż przed bożym narodzeniem Izabella udała się do Segowii na spotkanie córką - Izabellą, która skończyła już 5 lat. Razem spędzili Nowy Rok. Jeszcze w grudniu Ferdynand odzyskał Zamorę (miasto w którym stacjonował Alfons V) gdy 4 grudnia zbuntowała się tamtejsza załoga, wypierając Portugalczyków a samego króla zmuszając do ucieczki do Toro. Ferdynand zajął więc Zamorę bez walki. W styczniu 1476 r. Burgos oficjalnie poparło Izabelę, a w lutym Alfons V (po otrzymaniu posiłków, sprowadzonych wcześniej przez niego syna Jana z Portugalii), ruszył przeciwko Zamorze, w której to stacjonował Ferdynand. Portugalczyków było znacznie więcej niż sił zebranych przez króla małżonka Izabelli, dlatego też zostali otoczeni w mieście. Oblężenie trwało ponad 3 tygodnie, W tym czasie Izabella nakazała zburzenie wszystkich okolicznych twierdz wokół Zamory, a także wydała odezwę do ludności grożąc stryczkiem każdemu, kto podzieli się z Portugalczykami choćby kromką chleba. To poskutkowało, Alfons V musiał zwinąć oblężenie Zamory i wycofał się do Toro, a w krok za nim podążył Ferdynand. 1 marca 1476 r. Doszło do krwawej bitwy pod Toro, która zakończyła się całkowitym zwycięstwem sił Ferdynanda i Izabelli. Walki tam były niezwykle zajadłe w ten mglisty i deszczowy dzień, ale atak, jaki osobiście poprowadził Ferdynand na pozycje Portugalczyków, zaważył na całym starciu i zmusił ich do ucieczki (duża część Portugalczyków zginęła nawet nie w bitwie, a po prostu potopiła się w rzece duero, jako że gęsta mgła utrudniała skuteczną ucieczkę).

Bitwa ta była niezwykle krwawa, ale też obfitowała wiele bohaterskich zdarzeń. O ile bowiem sam król Alfons V nie wytrzymał ciśnienia i po rozpoczęciu ataku Ferdynanda w centrum, po prostu uciekł z pola bitwy porzucając własną armię, o tyle jego 21-letni syn Jan (późniejszy król Portugalii Jan II zwany też "Idealnym Księciem", który odrodził potęgę Portugalii), wykazał się osobistą odwagą i dobrym dowództwem, prowadząc swoich żołnierzy na prawym skrzydle w którym przełamał opór Kastylijczyków. Ale to nie on zdobył sławę najdzielniejszego w tej bitwie, ten bowiem przydomek trafił do portugalskiego rycerza Duarte de Almeidy, który dzierżąc w dłoniach królewski sztandar, tak długo bronił go przed Kastylijczykami, aż wreszcie padł martwy (najpierw bowiem trzymał ów sztandar wysoko w prawej dłoni, lewą odpędzając się od atakujących, gdy jednak odcięto mu prawą dłoń, sztandar przeniósł do lewej ręki, a gdy odrąbano mu całe lewe ramię, dalej trzymał sztandar w zębach, a wówczas nie mogąc się już bronić, padł zasieczony ostrzem mieczy i włóczni. Niesamowita odwaga i jak mawiał gen. Patton "Nie powinniśmy opłakiwać poległych, powinniśmy raczej dziękować Bogu, że tacy ludzie kiedykolwiek żyli"). Zaraz po bitwie Ferdynand posłał gońca do Izabelli z listem, w którym znalazły się tylko trzy słowa: "Zwycięstwo jest nasze!" Królowa w podzięce Bogu za to zwycięstwo, przyszła boso z Toledo do klasztoru San Pablo w Tordesillas (mimo iż jeszcze była zima), a także na pamiątkę bitwy pod Toro zobowiązała się założyć w Toledo klasztor. Sama bitwa nie była wielkim zwycięstwem Kastylijczyków, wielu bowiem z nich poległo a ofensywa księcia Jana na prawym skrzydle mogła zakończyć się całkowitym sukcesem Portugalczyków, jednak ucieczka króla Alfonsa zrobiła tutaj więcej szkód, niż sam kastylijski atak, a potem propaganda królewska uczyniła z tej bitwy ogromne zwycięstwo, przedstawiając Ferdynanda jako wielkiego wodza, a Alfonsa jako błazna, tchórza i niegodziwca z którego śmiano się w miastach całej Kastylii. Alfons V zaś uciekł do Portugalii a wraz za nim podążyła jego 14-letnia żona i jednocześnie siostrzenica - Joanna. Jej matka - również Joanna (siostra Alfonsa V) zmarła w Madrycie w czerwcu 1475 r. w wieku zaledwie 36 lat (nieznane są przyczyny jej zgonu, podejrzewa się jednak że zmarła przy porodzie, są też przypuszczenia że mógł ją otruć sam Alfons V, ale prawdy zapewne nie poznamy). Joanna nie przynosiła chluby rodzinie, była bowiem kobietą niezwykle rozwiązłą, mającą szereg oficjalnych i nieoficjalnych kochanków (stąd wzięły się właśnie przypuszczenia że jej brat chciał się jej pozbyć, aby ocalić honor rodziny). Jej zaś małżonek Henryk IV król Kastylii (i przyrodni brat Izabelli), był człowiekiem o bardzo niskim libido (prawdopodobnie też nie lubił kobiet), dlatego też ich charaktery nie mogły się dograć, a młoda Isabella nie była zapewne córką króla Henryka.


IZABELLA I KASTYLIJSKA



Natomiast Alfons - po przybyciu do Portugalii, postanowił natychmiast udać się do Francji, aby przekonać króla Ludwika XI do przysłania posiłków, po to, by ponownie mógł zawalczyć o tron Kastylii. Młoda Joanna została tak naprawdę pozostawiona samą sobie (nikt się nią nie przejmował, nawet jej stryjeczny małżonek), bez opieki, nie mogła też wrócić do Kastylii, chyba że jako więzień swej ciotki Izabelli. Alfons skupił się bowiem na zorganizowaniu kolejnej wyprawy, a do tego potrzebował zarówno pieniędzy jak i żołnierzy. Tych ostatnich miał zapewnić w znacznej mierze król Francji Ludwik XI. Ten zaś dżentelmen był człowiekiem z natury podejrzliwym, przekonanym głównie o potędze pieniądza i intryg, natomiast nie pokładających wiary w ludziach. 1476 r miał 53 lata, był niski, drobny, z długim nosem i cienkimi, zaciśniętymi wargami. Nie odznaczał się ani męstwem ani urodą. Do tego był człowiekiem strasznie zaniedbanym, unikającym kąpieli i praktycznie nie dbającym o własną higienę (co powodowało że często po prostu śmierdział). Jego ubrania też były brudne, gdyż nie zmieniał ich przez kilka, a często kilkanaście dni, sypiając w tym, w czym chodził za dnia. Mimo to jako władca zapisał się w historii Francji dosyć pozytywnie. Zjednoczył wiele ziem francuskich, dotąd niezależnych od Korony, zcentralizował władzę, wspierał mieszczan przeciwko wszechwładzy arystokracji i szlachty, odbudował też wiele miast i wsi, zniszczonych w czasie wojny stuletniej z Anglią. Nakładał częste podatki, ale przeznaczał je dla dobra kraju, nie dla własnych przyjemności (jak już wspomniałem, sam praktycznie chodził w znoszonym płaszczu i niezbyt przyjemnie pachniał). Istnieje pewna anegdota że gdy król Ludwik zaciągnął do swego łoża pewną damę nazwiskiem Passefilon - żonę paryskiego jubilera, ta otwarcie stwierdziła iż: "Jeśli w moim sklepie zjawiłby się przede mną czeladnik w takim stanie jak Wasza Królewska Mość, to wyrzuciłabym go za drzwi!" Ludwik - pomimo iż historycy często zarzucają mu mizoginię, czyli niechęć do kobiet - wcale takowym nie był. Po prostu zważywszy na swoją aparycję i zapach, nie mógł znaleźć chętnej niewiasty do alkowy spośród dobrze urodzonych dam, dlatego płacił albo prostytutkom, albo też kazał sprowadzać sobie kobiety z ludu (i w zamian za różne upominki oddawały mu się same). W polityce był bezwzględnym graczem, polegającym głównie na pieniądzu, a nie na sile militarnej. Alfons który przybył na jego dwór, przebywał tam ponad rok, bezskutecznie starając się namówić Ludwika XI do udzielenia mu militarnego wsparcia przeciwko Kastylii. Zresztą dochodziło tam do nieco komicznych scen, gdy Ludwik zaczął kalkulować czy nie uwięzić Alfonsa i nie wydać go (oczywiście za pieniądze) ferdynandowi i Izabelli. Tamten dowiedział się o tych planach i zamierzał uciec z Francji w przebraniu, podczas gdy w tym samym czasie Ludwik dowiedział się o zamiarach Alfonsa Portugalskiego i zwrócił się do niego słowami, że w porcie czeka już na niego statek i może sobie odpłynąć dokąd chce 🤭. Ten, niczego nie uzyskawszy, musiał przystać na tę propozycję i wrócił do Portugalii. Wrócił już jednak będąc kompletnie innym człowiekiem, był załamany i zniechęcony. We wrześniu 1477 r. przekazał władzę swemu synowi Janowi, a sam udał się na pielgrzymkę do Jerozolimy, skąd ostatecznie go zawrócono i w listopadzie  wrócił do kraju, ale realnie władał już jego Jan II, który oficjalnie stał się królem po śmierci Alfonsa - 28 sierpnia 1481 r. Te wszystkie wydarzenia były też osobistą tragedią dla młodej Joanny, która była już tylko pionkiem w grze swej ambitnej ciotki, i która sama nic już nie znaczyła.




Tymczasem w Kastylii po zwycięstwie pod Toro, w kwietniu 1476 r. Izabella zwołała Kortezy. Problemów stojących przed państwem było bowiem multum, z czego do najważniejszych należały wszechpanujące bezprawie, totalny chaos w sądach, pieniądz który praktycznie stał się bezwartościowy i wciąż utrzymujący się stan wojny z Portugalią. Izabella nakazała przede wszystkim w miastach formować milicje obywatelskie, powołując do życia Święte Bractwo (Santa Hermandad). Ich utrzymaniem i wyekwipowaniem miały zająć się poszczególne miasta, ale hermandady bezpośrednio podlegały królowej, jako swoista straż obywatelska. Izabella zmieniła również skład Rady Królewskiej, nominując teraz do niej zaledwie trzech szlachciców i dziewięciu prawników nie wyodzących się ze szlachty (natomiast spora część z nich to byli Żydzi którzy przeszli na chrześcijaństwo, czyli konwertyci. Dworzanin królewski Hernando de Pulgar pisał wówczas w swym liście do ambasadora Kastylii w Rzymie, iż królowa: "Ta młoda (...) wysłuchując całymi godzinami tylu rad, tylu wiadomości, nierzadko sprzecznych ze sobą, a także (...) zwodniczych słów, które stanowią wyzwanie dla ludzi prostych", litował się nad dolą monarchini, która pracowała bardzo ciężko, często do późnej nocy, pisząc listy, odezwy i rozporządzenia do grandów czy miast Królestwa. Nie oszczędzała się, zdając sobie sprawę że skoro los uczylił ją królową, to ona nie może teraz spocząć na laurach i wierzyć, że jakoś to będzie, gdy w kraju panował chaos i bezprawie. A sen z powiek monarchini spędzały nie tylko sprawy wewnętrzne kraju, ale również niebezpieczeństwo zewnętrzne i nie chodziło tutaj tylko o niezakończoną wojnę z Portugalią, czy ewentualną pomoc, jaką mogłaby jej przynieść Francja Ludwika XI. Sprawa była poważniejsza, a mianowicie na południu Półwyspu Iberyjskiego wciąż pozostawał niewielki co prawda, ale jednak silny przyczółek muzułmański czyli Emirat  Grenady, który mógł stać się odskocznią do kolejnej inwazji na Hiszpanię chociażby dla tureckiego sułtana Mehmeda II Zdobywcę, który w 1453 r. ostatecznie położył kres ponad tysiącletniej historii rzymsko-greckiego Konstantynopola. To wszystko było bardzo poważnym wyzwaniem i wymagało ogromnej konsekwencji, determinacji,a przede wszystkim nakładów - a tego ostatniego akurat Izabella nie miała. Pieniądze ofiarowane przez Kościół Kastylii w 1475 r. już się skończyły, a królowa zobowiązała się spłacić dług w ciągu trzech kolejnych lat. Skąd na to wszystko wziąć środki, a jeśli dojdzie do kolejnego ataku i znów trzeba będzie się zapożyczyć?




Kolejnym miesiące 1476 i 1477 roku minęły królewskiej parze na rozliczeniach z tymi, którzy w niedawnej wojnie wsparli Alfonsa i Joannę. Izabella ogłosiła, że w całej Kastylii mogą ostać się tylko te zamki, na które ona i Ferdynand osobiście wydadzą zgodę, reszta ma zostać zburzona przez samych grandów (właścicieli owych zamków), a jeśli oni tego nie uczynią, to zostaną pozbawieni i dobytku i głowy, a zamki zburzy królewska armia. Jeżdżono więc ponownie po całym kraju i przywoływano poszczególnych grandów do posłuszeństwa, wydając zgodę na posiadanie przez nich zamków, lub też karząc je zburzyć. Wszyscy, którzy wcześniej poparli Joannę i Alfonsa V odstąpili teraz od nich i ponownie upadli na kolana przed Izabellą i Ferdynandem. Tak uczynił chociażby Diego de Villena oraz arcybiskup Toledo Alfonso Carillo de Acuna (który po klęsce Alfonsa V musiał uciekać z Toledo pod osłoną nocy, opuszczony przez całą służbę, załadował wóz wszystkim co miał wartościowe i zamierzał uciec do Portugalii. Ostatecznie mu się to nie udało). Carillo również upadł królowej do stóp, prosząc o wybaczenie. Ta rzeczywiście przebaczyła mu jego błędy, ale nakazała aby przeniósł się teraz do klasztoru i podjął życie zwykłego mnicha w ubóstwie aż do śmierci. Te porachunki były jednak niczym w porównaniu z problemami osobistymi, jakie znów trapiły królewską parę. Królowa wciąż nie miała syna, a tym samym nie miała dziedzica tronu Aragonii (gdzie kobieta nie mogła zostać królem), a i tron Kastylii też był wątpliwy dla młodziutkiej Izabelli. Potrzebowała więc syna, aby umocnił on jej panowanie i był następcą tronu jej ojca. Pomimo faktu że od czasu do czasu para królewska sypiała ze sobą (znacznie rzadziej niż wcześniej ze względu na okoliczności wojenne i powojenne), to jednak Izabella wciąż nie mogła zajść w ciążę. Żywo się modliła, prosząc Boga o syna, umartwiała własne ciało, a nawet zaczęła się biczować. Nic to nie dało. Królowa była coraz bardziej zdeterminowana i choć dworzanie zalecali jej aby odpoczęła, przekazując większą część spraw państwa na ręce swego małżonka, ona zaś zajęła się typowo kobiecymi sprawami, co ułatwić miało poczęcie dziecka, odrzucała taką myśl, natomiast modliła się kilka razy dziennie, udała się też do Burgos, gdzie miała znajdować się kapliczka przedstawiająca brzemienną kobietę. Klęczała tam kilka godzin na deszczu i słocie, modląc się o poczęcie syna. Piła też napar z werbeny, który miał wspomóc zapłodnienie. Nadaremie.




Latem 1477 r. doszło do poważnego kryzysu małżeńskiego, związanego właśnie z brakiem potomka. Okazało się bowiem że Ferdynand... znów stał się ojcem, jego kochanka (do której udawał się co jakiś czas) Beatriz Pereira urodziła córkę. Izabella była wściekła, nie chciała widzieć męża na oczy, a w tym właśnie czasie między nimi na stałe swoiste "ciche dni". Ferdynand bowiem z pięcioma swoimi kochankami miał już do tej pory dwóch synów i trzy córki (ich wykształceniem zajęła się osobiście Izabella). Królowa zaś nie mogła urodzić syna i to było dla niej ogromnym psychicznym obciążeniem, a gdy jeszcze dowiedziała się że Ferdynand znów stał się ojcem, wpadała w złość. Dlatego też postanowiła udać się na południe, a pretekstem do tego był konflikt, jaki wówczas (lato 1477 r. wybuchł pomiędzy dwoma grandami Andaluzji: markizem de Cadizem i księciem Mediną-Sidonią. Zostawiła więc męża w Toledo, sama zaś udała się do Sewilli, gdzie zamieszkała w dostojnym alkazarze, będącym własnością księcia Medina-Sidonia. Dni upływały jej tam spokojnie i beztrosko, przechadzając się pomiędzy fontannami (w których można było się wykąpać) w pałacowym ogrodzie i zajadając pomarańczami (z których słynęła Sewilla). Jej głównym celem było pojednanie obu zwaśnionych grandów, ale tak naprawdę chyba chciała naprawdę odpocząć po tylu miesiącach ciągłych konfliktów, wojen i mężowskich zdrad. Sama Sewilla była pięknym miastem, a alkazar położony był nieopodal katedry, która wzniesiona została na gruzach meczetu, zniszczonego po zajęciu miasta przez Kastylijczyków. Ale pod tym pięknym obrazkiem kryło się miasto bezprawia, w którym przemoc była nieodzownym elementem życia, a wszechpanująca korupcja powodowała, iż jedynie silni mogli przetrwać, reszta była strzyżona niczym owce (w mieście bowiem grasowały bandy zarówno oficjalne - czyli wysłane przez możnych, jak i te nieoficjalne, złożone z miejskich rzezimieszków). Izabella po przebyciu do miasta zajęła się również sądzeniem wszelkich przestępców, a ciała skazańców wisiały kilka dni na szubienicach (niektórych rozerwano na strzępy - w zależności od rodzaju przestępstwa - a kawałki ich ciał porozwieszano na miejskich murach). Ostatecznie królowa wymogła pokój pomiędzy zwaśnionymi grandami, a książę Medina-Sidonia chciał  nawet przedstawić jej młodego żeglarza, który miał plan ominięcia kontrolowanych przez Turków szlaków handlowych i dotarcia do Indii, płynąc cały czas na zachód. Ów żeglarz zwał się Krzysztof Kolumb, ale w tamtym czasie królowa zrezygnowała z poznania tego człowieka i postanowiła wrócić do Toledo, gdyż już wcześniej dostawała listy od męża (który w tym czasie walczył w Estramadurze i przenosił ciężar zbrojnego konfliktu z Portugalczykami do samej Portugalii - były to jednak walki na niewielką skalę). Królowa stęskniła się jednak za swym małżonkiem, a ten - jakbyś ciągnięty jej modlitwami - w połowie września 1477 r. przybył wraz z córką - Izabellą do Sewilli.




CDN.
 

WIELKA WOJNA NA WSCHODZIE - Cz. XI

OSTATNIA WOJNA 
HELLEŃSKIEGO ŚWIATA





EGIPT PTOLEMEUSZY
(RETROSPEKCJA)
Cz. XI




 Spartański admirał Pollis próbował przejąć kontyngent zboża, płynący na statkach handlowych do Aten (w tym bowiem momencie zakończyłem poprzednią część tej serii). Lud Aten na Zgromadzeniu Ludowym postanowił wysłać więc dwie eskadry floty. Pierwsza miała eskortować statki handlowe bezpiecznie do portu w Pireusie, druga zaś - pod dowództwem Chabriasa miała, po pierwsze: zdobyć Naksos i ukarać jego mieszkańców, którzy to odmówili przyłączenia się do Związku Morskiego i jawnie opowiedzieli się po stronie Lacedemonu, po drugie zaś: oczyścić wody Morza Egejskiego z floty Pollisa. Temu nie udało się dopaść okrętów ze zbożem, i te bezpiecznie zostały odeskortowane do Pireusu, natomiast Chabrias wypłynął przeciwko Naksos, wylądował na wyspie, obległ miasto (o tej samej nazwie) a nawet przystąpił do szturmu na mury. Zaopatrzony był dobrze, miał więc że sobą machiny oblężnicze, które skutecznie osłabiały umocnienia obrońców Naksos, a Ateńczycy wówczas podejmowali próby szturmów. Dowiedziawszy się o wyprawie Chabriasa, Pollis postanowił przyjść Naksos z odsieczą i jego okręty wkrótce zjawiły się pod miastem, uszykowane do bitwy. Chabrias podjął wyzwanie i tak zaczęło się śmiertelne starcie u brzegów wyspy Naksos. Pollis przyprowadził ze sobą 65 trójrzędowców, Chabrias miał ich 83, obaj też dowodzili swymi jednostkami na prawych skrzydłach. Pierwszy przeciwko lewemu skrzydłu Ateńczyków ruszył Pollis i udało mu się odnieść sukces, spychając ateńskie okręty do tyłu, a także osobiście zabijając (w długiej i ciężkiej walce, w czasie której tamten bronił się nawet wówczas, gdy był już śmiertelnie ranny) dowódcę lewego skrzydła - Ateńczyka Kedona. Następnie skierował swoje okręty w bok, tak, aby swymi dziobami staranować okręty lewego ateńskiego skrzydła. Zatopił wiele ateńskich okrętów, inne zaś zmusił do ucieczki z pola walki. Natomiast na lewym skrzydle Lacedemończyków był totalny chaos, Chabrias tam bowiem siał prawdziwe spustoszenie, zatapiając wiele spartańskich okrętów. Widząc zaś że jego lewa flanka się sypie, wysłał część swych okrętów jako wsparcie dla nieżyjącego już Kedona (który poszedł na dno, wraz ze swoim okrętem). Jego wsparcie w tym momencie okazało się decydujące, zmusiło bowiem Pollisa do wycofania jego okrętów i odpłynięcia przy dużych stratach Lacedemończyków. Bitwa została wygrana, ale flota lacedemońska nie została zniszczona, chociaż Chabrias mógł to łatwo uczynić, zaniechał jednak pościgu, gdyż przypomniał sobie los tych ateńskich strategów morskich, którzy po zwycięskiej bitwie pod Arginuzami w 406 r. p.n.e. podjęli pościg za spartańską flotą, pozostawiając na śmierć swoich żołnierzy dryfujących na morzu, za co potem Zgromadzenie Ludowe w Atenach skazało ich na śmierć (pomimo zwycięstwa jakie odnieśli). Mimo że Chabrias cieszył się ogromną popularnością wśród Ateńczyków i był bez wątpienia najsławniejszym ówczesnym ateńskim wodzem, wiedział też dobrze, jak zmienne bywa poparcie ludu. Dlatego zaniechał pościgu i rozpoczął ratowanie tych wszystkich, którzy jeszcze żyli, wyciągając ich z wody, a tych, którzy zginęli, uroczyście chowając. Ateńczycy stracili w tej bitwie 18 okrętów, Spartanie zaś 24 zatopione i 8 wziętych do niewoli wraz z załogami (wrzesień 376 r. p.n.e.).




Po tym zwycięstwie miasto Naksos też się poddało, a Chabrias - dokonawszy spustoszenia, ukarawszy mieszkańców kontrybucją, obładowany ogromnymi łupami - wrócił do Aten w glorii sławy (już od chwili gdy wylądował w Pireusie rzucano pod jego stopy kwiaty, jako zwycięskiemu wodzowi, który osiągnął wszystko, co zakładali w tej kampanii Ateńczycy). CHabrias miał już w Atenach jeden pomnik (w dosyć ciekawej pozie, a mianowicie przyklęknięty na lewe kolano, osłaniając je tarczą i w prawej ręce trzymając wyciągniętą włócznię, tak, jak uformował swoje oddziały w czasie bitwy o wzgórze w w pobliżu Teb z Agesilaosem II - latem 378 r. p.n.e.). Teraz wdzięczni współobywatele przyznali mu złoty wieniec, oraz dożywotnie zwolnienie z wszystkich podatków. Te wszystkie sukcesy bardzo wzmocniły pozycję Aten w greckim świecie, natomiast osłabiły znaczenie Lacedemonu. W tym samym roku 376 p.n.e. plemię Tryballów (pochodzenia iliryjsko-trackiego) mających swe siedziby po południowej stronie Dunaju (między rzekami Morawa i Iskyr), przyciśnięci głodem ze względu na długi okres nieurodzaju, postanowili ruszyć na południe i spustoszyć obszary zasiedlone przez Greków nad Morzem Egejskim. W liczbie ponad 30 000 wojowników ruszyli w okolice miasta Abdera. To greckie miasto leżało niemal naprzeciwko wyspy Tazos, jakieś 17 km na północny wschód od rzeki Nestos. Według mitu miasto to miał założyć Herakles, na cześć swego poległego przyjaciela Abderosa, ale realnie ten gród założony został jako kolonia Klazomenaj i Teos w roku 654 p.n.e. jednak prawdziwe rozkwit miasta zaczął się dopiero po roku  545 p.n.e., gdy duża część mieszkańców miasta Teos w Jonii (Herodot twierdzi że uciekli wszyscy mieszkańcy, ale Strabon temu zaprzecza, co wydaje się prawdziwsze, biorąc pod uwagę że kontyngent morski z Teos wziął udział w bitwie morskiej pod Lade w 494 r. p.n.e.) w obawie przed Persami (i perskim wodzem Harpagosem, który stał pod miastem) uciekła na okrętach z Teos i przyniosła się właśnie do swojej kolonii Abdera, znacznie je rozbudowując i rozwijając gospodarczo (wówczas to bite były piękne - bo przetrwały do naszych czasów - abderyckie monety z gryfem, który był również symbolem Teos). Prawdopodobnie jednak po roku 479/478 p.n.e. duża część mieszkańców Teos wróciła do dawnego grodu i rozpoczęła jego odbudowę. Abdera następnie została zajęta przez Persów dwukrotnie w roku 513 i 512 p.n.e., wchodząc w skład trackiej satrapi króla Dariusza I Wielkiego. Miasto zostało zajęte przez Persów raz jeszcze w roku 492 p.n.e. w czasie nieudanej wyprawy Mardoniusza na Grecję (nieudanej, ponieważ perska flota została wówczas zniszczona przez sztorm i postanowiono zaprzestać dalszego marszu na Helladę). Po roku 478 p.n.e. Abdera weszła w skład ateńskiego Związku Morskiego i była tam trzecim najbogatszym miastem (miała też specjalny status, jako główny port handlowy z wnętrzem do Tracji i trackiego królestwa Odrysów). Mieszkańcom najwidoczniej uczestnictwo w Związku Morskim przynosiło korzyści, dlatego też walczyli po stronie Aten w wojnie peloponeskiej i nigdy się nie zbuntowali. Miasto miało dwa porty wschodni i zachodni i rozwijało się nawet podczas wielkiej wojny Aten ze Spartą, mimo to Ateńczycy (którzy przyznali Abderytom specjalny status w Związku Morskim) twierdzili że klimat panujący wokół miasta, sprzyja głupocie, a nawet otwarcie nazywano Abderę miastem-głupców (coś podobnego do naszego Pacanowa, albo też średniowiecznego angielskiego miasta Gotham). Trudno jednak się z tą opinią zgodzić, jako że właśnie w Abderze narodziło się wielu sławnych ludzi (Demokryt z Abwery 🤭, Protagoras, Anaksarch czy Hekatajos).




Tryballowie spustoszyli więc okolice Abdery i z licznymi łupami wracali do siebie, ale właśnie wówczas Abderyci uznali, że istnieje okazja zaatakowania najeźdźców, którzy pewni swego wycofywali się w małych grupach nieregularnie, nie dbając o osłonę własnych sił, gdyż nie spodziewali się żadnego ataku. Hoplici z "miasta głupców" zaatakowali więc najeźdźców i położyli trupem 2000 wojowników Tryballów (zapewne więc uderzyli na oddziały tylne). Ci jednak (pragnąc pomścić ową klęskę) w kolejnym roku (wiosną 375 r. p.n.e.) ruszyli ponownie przeciwko Abderytom. Ci jednak przygotowali się politycznie i zawarli sojusz z Odrysami, oczekując Tryballów na równinie w kraju Odrysów. Gdy jednak pojawili się Tryballowie, Odrysi (którzy również byli Trakami), odmówili walki przeciwko nim i przeszli na ich stronę, pozostawiając Abderytów samych sobie. Doszło do bitwy, a w zasadzie do rzezi Greków, a ci, którzy wówczas uniknęli masakry, czym prędzej zbiegli do miasta, przygotowując się do nieuniknionego ataku na mury. Było oczywiste że połączone siły Tryballów i Odrysów zdobędą miasto i ostatecznie zniszczą tę grecką kolonię na trackim wybrzeżu. Ale wtedy wydarzyło się coś niezwykłego, a mianowicie nieopodal Abdery ze swą flotą przepływał akurat Chabrias, który zawiadomiony przez mieszkańców przypłynął do portu i wraz z ateńskimi hoplitami wziął udział w bitwie Trakami o miasto, a następnie dokonał skutecznego wypadu, który zmasakrował Traków i zmusił ich do ucieczki. Wdzięczni Abderyci wystawili mu pomnik, a on pozostawił w mieście część ateńskich hoplitów, po czym wrócił do Aten. Kolejny sukces Chabriasa, kolejna sława i kolejny wzrost potęgi Aten kosztem Lacedemonu. W Sparcie (na zjeździe członków Związku Peloponeskiego) podjęto więc decyzję że należy ponownie wyruszyć na kolejną wyprawę do Beocji, aby ostatecznie przykryć ostatnie blamaże i ponownie utrwalić imię Lacedemończyków w pamięci mieszkańców Aten i Teb. Jednak Tebańczycy (obawiając się kolejnego najazdu), poprosili Ateńczyków aby ci wysłali swą flotę wokół wybrzeży Lakonii i Mesenii, tak aby Lacedemończycy nie mogli opuścić swojej krainy, obawiając się gdzieś niespodziewanego ateńskiego ataku. I tak też się stało, latem 375 r. p.n.e. (dając odpocząć Chabriasowi) posłano teraz 60 trójrzędowców ateńskich pod dowództwem Timoteosa, który opłynął wybrzeża Lakonii i Mesenii, a następnie dotarł na wyspę Kefalenię i do Akarnanii, gdzie przekonał tamtejsze polis do przyłączenia się do Związku Morskiego. Następnie popłynął na północ, do Epiru i tam zawarł sojusz z królem plemienia Molossów (najpotężniejszego plemienia epickiego), a następnie w drodze powrotnej spotkał pod miastem Leukadą (stolicą wyspy o tej samej nazwie, naprzeciwko Akarnanii) wysłaną przeciwko niemu spartańską flotę, którą rozbił w tej bitwie (lato 375 r. p.n.e.). On również - po powrocie do Aten - zasłużył się w oczach swych współobywateli, zyskał też ogromną popularność u innych Greków.



 
A tymczasem zła passa Lacedemończyków nie kończyła się. Tebańczycy bowiem (pragnąc przejść do ofensywy i też się wykazać), podjęli działania przeciwko mieście Orchomenos w Beocji, w którym stacjonowała spartańska załoga. Orchomenos to było jedno z najstarszych miast Hellady, zasiedlone w zwartej miejskiej zabudowie już od co najmniej XIV wieku p.n.e. (natomiast ślady ludzkiej obecności datuje się tam od neolitu). Według legendy miasto miał założyć przybyły z Tesalii Minyas, od którego to imienia mieszkańców zwano Minyjczykami (zapewne chodzi o Pelazgów). W okresie mykeńskim Orchomenos było jednym z najpotężniejszych miast ówczesnej Hellady, dominującym nad wszystkimi innymi okolicznymi miastami (w tym również nad Tebami). Tego okresu przetrwał wspaniały pałac z freskami, oraz wielki grób-ul władców Orchomenos. W tamtym też okresie osuszono bagna wokół jeziora Kopais, czyniąc ten region niezwykle żyznym pod względem rolniczym. Homer również wymienia Orchomenos jako miasto, które wzięło udział w wojnie trojańskiej, wysyłając 30 okrętów pod wodzą Aspledona. Orchomenos jednak uległo atakowi przybyłych z północy tzw. "Ludów Morza" (ok. 1207 r. p.n.e.), czyli słowiańskich najeźdźców, o których dokładnie opowiem (łącznie z ich zniszczeniami w Grecji, Anatolii, Syrii i Egipcie) w innym temacie. Potem miasto zostało odbudowane i wciąż zajmowało pierwszą pozycję wśród innych polis regionu. Na początku VII wieku p.n.e. stanęło na czele Związku Morskiego zwanego Kalauryjskim, do którego również wstąpić musiały wszystkie inne miasta Beocji (w tym Teby). Ale już z końcem tego stulecia, pozycja Orchomenos względem Teb znacznie zmalała, a ok. 600 r p.n.e. miasto to weszło w skład Związku Beckiego (na którego czele stali właśnie Tebańczycy). Utraciwszy pierwszoplanową pozycję polityczną w Beocji, miasto nadal rozwijało się gospodarczo i kulturalnie (od połowy VI wieku p.n.e. zaczęto w  Orchomenos bić własne monety). Najstarszym świętem w mieście była agrionia, było to jednak święto krwawe, jako że kończyło się złożeniem ofiary z człowieka (a konkretnie z kobiety). Jego początki sięgają mitu o córkach Minyasa (założyciela miasta), które zapragnęły skosztować ludzkiego mięsa. Nie mogły się jednak zdecydować które ze swoich dzieci zjedzą i ostatecznie rzuciły losy, wybierając na ofiarę Hippazosa - syna Leukippe. W dawnych czasach święto polegało na tym, że kapłani Dionizosa gonili po mieście ubrane na czarno młode dziewczęta (dziewice), a tę, którą złapali, składali w ofierze Dionizosowi jako zadośćuczynienie dla bogów za postępek córek Minyasa. 

Jednak już od V wieku p.n.e. zaprzestano praktykowania tego krwawego święta, to znaczy praktykowano go dalej, ale zaprzestano składać krwawe ofiary z dziewic, gdyż okazało się (w jednej z wróżb), że Bóg nie pragnie już krwi. Teraz odziane czarne szaty dziewice szukały po mieście Dionizosa, a ostatecznie informowały kapłanów że ten uciekł do Muz (swoją drogą Dionizos często opuszczał Olimp i udawał się do krainy zwanej Hyperboreą, o czym opowiem również w temacie związanym z orfizmem. Notabene cywilizacja hyperborańska - znana już antycznym Grekom - założona została przez kolonistów z planety Bakaratini - o czym też piszę w innym temacie). Święto kończyło się ucztowaniem dziewcząt we własnym gronie (mężczyźni nie mieli tam wstępu), oraz różnymi grami i zabawami. Teraz, obsadzone przez Lacedemończyków (już w roku 395 p.n.e.) miasto, postanowili zdobyć Tebańczycy. Siły jednak jakie tam wysłano były nieliczne (zaledwie 300 żołnierzy doborowego Świętego Zastępu), którzy zapewne mieli jedynie postraszyć załogę miasta, a nie zdobyć samo miasto. Jednak mieli oni szczęście, bowiem pod miejscowością Tegyra napotkali powracające do Orchomenos dwie spartańskie mory (łącznie 1000 hoplitów). Pomimo zdecydowanej przewagi Lacedemończyków (i samego faktu że to byli hoplici Sparty, czyli urodzeni żołnierze), ci, ze Świętego Zastępu postanowili zaatakować, rozpoczynając bitwę. Udało im się nie tylko przebić przez szeregi hoplitów lacedemonu, ale wręcz zmusili ich do ucieczki. Niesłychana rzecz, po raz pierwszy w dziejach spartańscy hoplici ulegli w boju mniej licznemu przeciwnikowi. Dotąd bowiem, nawet jeśli Spartanie byli pokonywani, to zawsze wróg miał nad nimi znaczną przewagę liczebną, a tutaj coś takiego. Nic dziwnego że po tym zwycięstwie Tebańczycy (Święty Zastęp dowodzony był przez Pelopidasa) urośli w piórka, uważając się za niezwyciężonych. Coś niesamowitego, renoma Sparty sięgnęła dna. Już bitwa morska pod Naksos pozwoliła Ateńczykom ponownie nabrać pewności siebie, gdyż była to pierwsza bitwa od zakończenia wojny peloponeskiej, w której ateńska flota pokonała spartańską (co prawda w bitwie pod Knidos w 394 r. p.n.e. również Ateńczycy zwyciężyli, ale wówczas większość okrętów była im przesłana przez króla Persji, teraz zaś to była od początku do końca flota ateńska). Zwycięstwo Tebańczyków pod Tegyrą było jednak jeszcze większe w skali ważności (i dumy), gdyż udowodnili oni tam że są w stanie pokonać nawet najlepszych żołnierzy ówczesnego świata, czyli właśnie Lacedemończyków, i to będąc mniej liczni od nich.




Zwycięstwo Tebańczyków pod Tegyrą spowodowało, że wszystkie miasta Beocji poza Orchomenos (które wciąż pozostawało w rękach Lacedemończyków, zresztą sami mieszkańcy tego miasta widzieli w nich obronę przeciw swemu odwiecznemu wrogowi - Tebom) obaliły ustroje oligarchiczne i wprowadziły demokrację, oraz przyłączyły się do odrodzonego Związku Beckiego. Pewni swego Tebańczycy uderzyli teraz na Fokidę, pustosząc tę ziemię. Miasta Fokidy poczęły wzywać Spartan na pomoc, podobnie jak tyran miasta Farsalos w Tesalii - Polidamas, konkurent polityczny do władzy nad Tesalią Jazona z Feraj. Zagrożony przez Jazona Polidamas (375 r. p.n.e.) wysłał posłów do Lacedemonu, prosząc Spartan o jak najszybszą odsiecz (notabene Jazon - znając już zapewne wynik bitwy pod Tegyrą - jeszcze go prowokował, mówiąc "Poślij po pomoc do Sparty!"). Polidamas nakazał też przekazać Lacedemończykom, aby przybyli tutaj z całą swą siłą, a jeśli nie są w stanie tego uczynić, to niech lepiej w ogóle nie wyruszają. Ci akurat byli zajęci sądzeniem Gorgoleona i Teopompa (dowódców lacedemońskich hoplitów w tej, jakże haniebnej dla Spartan bitwie pod Tegyrą). Przybycie posłów z Fokidy i Farsalos zaskoczyło Spartan. Dwa dni następnie spędzili oni licząc własne siły, jakie mają zarówno w samej Lakonii i Mesenii, jak i w innych rejonach Grecji i wyszło im że te siły są niewystarczające. Odpowiedzieli więc Polidamasowi że niestety, ale musi sobie radzić sam, gdyż oni obecnie nie są w stanie mu pomóc. Podobną odpowiedź uzyskali posłowie miast Fokidy. Po tych wszystkich klęskach, jakich w ciągu ostatnich dwóch lat doznała Sparta, taka odpowiedź była kompletnym zrujnowaniem dotychczasowego dorobku Lacedemonu, skrupulatnie budowanego przez Lizandra i Agesilaosa od zakończenia wojny peloponeskiej w 404 r. p.n.e. Ale w tym właśnie czasie zyskali oni pomocną dłoń z zupełnie nieoczekiwanej strony. Okazało się bowiem że po zwycięstw Tebańczyków pod Tegyrą, dalszy sojusz ateńsko-tebański przestał się opłacać mieszkańcom grodu Dziewiczej Pallady. Ateńczycy uznali bowiem że Lacedemończycy zostali wystarczająco osłabieni, natomiast widać było że Tebańczycy rosną w siłę, dlatego też w drugiej połowie 375 r. p.n.e. ateńscy posłowie zjawili się nad Eurotasem, proponując... pokój. I rzeczywiście taki pokój został wówczas zawarty, a Ateny wycofały się z dalszego wsparcia Tebańczyków. Innym powodem tego kroku był poseł Wielkiego Króla Artakserksesa II, który w tym właśnie czasie objeżdżał najważniejsze greckie polis, proponując zawarcie pokoju powszechnego, na podobny wzór jak ten, z roku 387/386 p.n.e. Persom chodziło bowiem o to, żeby ponownie móc werbować greckich najemników do projektowanej (na 373 r. p.n.e. - o czym już pisałem) kolejnej wyprawy na Egipt. Bowiem gdy w Grecji szalała wojna pomiędzy różnymi miastami, nie było można zwerbować sławnych wodzów, gdyż byli oni potrzebni na służbie swoich własnych polis. Dlatego król Artakserkses chciał pokoju w Grecji.

Nim jednak przejdziemy do wojny Jazona z Feraj z osamotnionym Polidamasem z Farsalos, do spartańskiej interwencji w Fokidzie (do której jednak dojdzie w roku 374 p.n.e.) i do pokoju ateńsko-spartańskiego który okaże się wydmuszką, pragnąłbym na moment przenieść się na Sycylię, do tamtejszego miasta Syrakuzy. Jest to spowodowane faktem że właśnie w roku 375 PNE ukazało się dzieło Hermejasa z Metymny na Lesbos, pt.: "Dzieje Sycylii" (z którego do dziś zachowało się zaledwie pół zdania). Jest to według mnie jednak ważne wydarzenie, jako że Hermejas jest pierwszym w dziejach historykiem greckim, który napisał historię Sycylii, nie będąc Sycylijczykiem. Także na krótko przenieśmy się do syrakuz, na dwór tyrana tamtejszego potężnego miasta-państwa Dionizjusza I (które to miasto w latach 415-413 p.n.e. obroniło swoją niepodległość, pokonując ateńską wyprawę Nikiasza i Demostenesa).




CDN.
 

25 października 2025

GIOVINEZZA - SEKS, ZABAWY I PRZEMOC W CIENIU PORTYKÓW RZYMSKICH CEZARÓW - Cz. I

CZYLI WŁOCHY POD RZĄDAMI 
BENITO MUSSOLINIEGO 
I PARTII FASZYSTOWSKIEJ





IL COMANDANTE 
Cz. I




Żołnierze strzegący przejścia granicznego pod Castuą wycelowali swoje karabiny w zmierzającą ku nim postać mężczyzny. Oficer dowodzący wydał komendę by byli gotowi do oddania strzału i jednocześnie zaapelował do idącego ku oddziałowi mężczyzny, aby ten się zatrzymał i zawrócił, w przeciwnym razie zostanie zastrzelony. Mężczyzna jednak zdawał się być głuchy na te wezwania, dalej zmierzając w kierunku szpaleru straży granicznej, usiłującej właśnie uniemożliwić mu dalsze przejście. Mężczyzna ubrany był w mundur podpułkownika lansjerów z Novary, na który miał narzucony gruby wojskowy płaszcz. Zbliżył się do żołnierzy - których karabiny wycelowane były prosto w niego - stanął i chwilę przyglądał się temu widokowi. Następnie szybkim ruchem odwinął poły płaszcza i niczym Cesarz Napoleon powracający z Elby, ukazał żołnierzom pierś udekorowaną medalami, po czym zwrócił się do nich w krótkich, żołnierskich słowach: "Żołnierze! Znacie mnie wszyscy, wiecie kim jestem! Żołnierze, zwracam się do was, jako wasz towarzysz broni, jak wasz druh. Wszyscy wiecie przez co przeszliśmy podczas Wielkiej Wojny, jakie wyrzeczenia i trudy musieliśmy ścierpieć. Stanęliśmy do walki w tej "łacińskiej wojnie" po stronie Francji i Wielkiej Brytanii, które jednak nas oszukały. Obiecano nam znaczne nabytki nad Adriatykiem, obiecano Zadar, obiecano wreszcie Fiume. Nie dotrzymano tych obietnic - oszukano nas. Żołnierze! Zwracam się do was jako wasz towarzysz broni, zwracam się do was w imieniu zhańbionej Italii! Jeśli wasz honor żołnierski wam na to pozwoli, to strzelajcie prosto w serce, to serce, które umiłowało Włochy ponad wszystko i które idzie naprawić jawną niesprawiedliwość wyrządzoną nam przez sojuszników" - mówiąc to, zrobił krok do przodu, potem kolejny i jeszcze jeden. Oficer strzegący przejścia granicznego pod Castuą próbował jeszcze apelować by się powstrzymał, szybko jednak zamilkł zadziwiony jego odwagą.

Niektórzy żołnierze zaczęli odkładać broń, widząc to dowódca kazał spisywać nazwiska tych, którzy odmawiają wykonania rozkazu, oskarżając ich jednocześnie o dezercję. W oddziałach doszło do buntu, żołnierze nie chcieli i nie zamierzali strzelać do sławnego bohatera wojennego, którego pierś świeciła się od medali a twarz wciąż nosiła ślady niedawnych ran. Nie wiadomo jak by się skończyła cała ta awantura, która miała miejsce dnia 11 września 1919 r. około godziny 11:00, gdyby nie jeden z samochodów pancernych, który po prostu przejechał przez szlaban graniczny, całkowicie go rozbijając. Wówczas Oddziały graniczne spod Castuy przyłączyły się do owego bohaterskiego oficera, podobnie jak nieco wcześniej pułk bersalierów i oddziały arditi, dysponował więc teraz armią w liczbie 2 500 żołnierzy (na początku wyprawy, czyli nad ranem 11 września, dowodził jedynie 196 sardyńskimi grenadierami z Ronchi). O godzinie 11:45 oddziały te wkroczyły do Fiume nad Adriatykiem, zaprowadzając tam nowe, włoskie porządki. Kim jednak był ów bohater wojenny przeciw któremu żołnierze odmówili wykonania rozkazu swego dowódcy? Był to człowiek, będący połączeniem oszałamiającego talentu literackiego, bohaterstwa (graniczącego niekiedy z brawurą), umiłowania piękna kobiecego ciała (swoim licznym kochankom nadawał specjalne pseudonimy, segregując je niczym w katalogu) i wreszcie niesamowitej pychy. Nazywał się - Gabriele d'Annunzio. Zacznijmy może od pychy, która była nieodłącznym symbolem jego działań. Nie widział w sobie żadnych, nawet najmniejszych wad, twierdząc wszem i wobec że jest ponad to. Zapytany niegdyś który z włoskich pisarzy i poetów był największym w dziejach, odparł: "Dante, Leopardi i ja. Wszyscy pozostali to gitarzyści". 

Choć nie miał w sobie cienia powściągliwości i samokrytyki, należy powiedzieć że miał rację, był bowiem diabelnie utalentowanym gościem, już w wieku szesnastu lat (urodził się w marcu 1863 r.), zadebiutował tomikiem wierszy na kanwie powieści antycznej pod nazwą "Primo vere" ("Pierwsza prawda"). Późniejsze jego dzieła również były bestsellerami (niestety, jego dorobek literacki jest prawie nieznany zarówno w Polsce, jak i w takich krajach jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy USA). Był też jednak próżny i szukał łatwego zarobku i spokojnego życia, bez konieczności zapracowania na nie. Miał też zabójczy wpływ na kobiety, które wręcz za nim szalały (choć nie był ani zbyt przystojny, ani też zbyt wysoki). Jego kochanki były tak liczne, że zaczął je wreszcie... katalogować. Był też sadystą i lubił chłostać lub dawać klapsy swym kochankom w łóżku i nie tylko (np. z włoską aktorką - Eleonorą Duse, urządzali trójkąty erotyczne w czasie których ona sprowadzała dla niego młode aktoreczki, z którymi potem się zabawiali w stylu S/M). Był takim typowym macho, choć jednocześnie potrafił też zachowywać się z galanterią i estymą w stosunku do płci pięknej i do końca życia nie mógł opędzić się od kobiet. Pojedynkował się też (choć raczej nie o kobiety, których miał wręcz niekiedy nadmiar) a o politykę. Nie istniał dla niego podział na "prawicę" i "lewicę", natomiast był gorącym włoskim patriotą. Często przyrównywał naturę do piękna kobiecego ciała, porównując nabrzmiałe piersi swych kochanek z Alpami, otaczającymi "umiłowaną Italię", zaś ich łona z korytami rzek takich jak Pad czy Tyber, w których "słodko jest się zanurzyć" (oczywiście nie wszystkie jego prace odnosiły się do takich skojarzeń, potrafił w każdym razie zarówno pięknie pisać o swoim kraju, o niewieściej urodzie jak i o historiach nie związanych zupełnie z seksem czy naturą, jak choćby jego wrażenia z kursów pilotażu - jakich się podjął w 1909 r. oczarowany postępującą nowoczesnością)




Największą jednak jego pasją (prócz kobiet) była polityka i wojskowość. Dziś zapewne nikt już nie pamięta, że to właśnie d'Annunzio był autorem pozdrowienia - które zrobiło niesamowitą karierę w faszystowskich Włoszech i nazistowskich Niemczech - czyli wyciągnięta ku górze, wyprostowana prawa dłoń. To właśnie on był twórcą "rzymskiego salutu" i pozdrowienia "Heil Hitler". Po raz pierwszy ów gest został przedstawiony we włoskim filmie z 1914 r. pt.: "Cabiria" - opowiadającym o wojnie Rzymu z Kartaginą, do którego scenariusz napisał (i przesłał, gdyż przebywał wówczas we Francji, jako że w 1910 r. musiał uciekać z Włoch przed wierzycielami którym był winien ogromne pieniądze, a sprzedaż jego majątku pozostawionego w Italii nie pokryła całości ciążących na nim długów) właśnie Gabriele d'Annunzio. Był zafascynowany antykiem i potęgą, jaką w tym czasie było Imperium Rzymskie (podobnie jak żyjący w XIV wieku Cola di Rienzi, który idealizował czasy starożytnego Rzymu, twierdząc że wówczas panowała prawdziwa harmonia pomiędzy władzą a ludem - lud wybierał władcę a ten panował w zgodzie i w interesie ludu - jednocześnie porównywał te swoje idealizacje z czasami sobie współczesnymi, gdy Rzym pełen był mściwych i myślących jedynie o własnym dobru oligarchach, którzy stosowali przemoc i mord dla poparcia swoich interesów - twierdził też że Bóg ukarał Włochów wewnętrznym rozbiciem i słabością, właśnie za to że stali się niegodziwi oraz marzył o zaprowadzeniu ustroju opartego o antyczne wzorce). W swej twórczości, a szczególnie w listach był bardzo antyniemiecki i uważał że Włochy powinny przyłączyć się do wojny (jaka wybuchła w sierpniu 1914 r.), właśnie po stronie "koalicji łacińskiej" czyli Francji, Wielkiej Brytanii i Rosji, przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Jako Włoch, czyli obywatel neutralnego w wojnie państwa, wielokrotnie objeżdżał linię frontu nad Marną i uczył się wojennego rzemiosła. Miał już wówczas 51 lat, ale umysł jego wciąż chłonął nowych doznań, szczególnie wojennych, a ciało rwało się do walki. Marzył o stworzeniu nowego Imperium Rzymskiego kosztem ziem Austro-Węgier, Czarnogóry, Albanii i Grecji. Z końcem kwietnia 1915 r. uzyskał zgodę na powrót do Italii, do której to przybył 4 maja tego roku (a 5 maja w Genui wziął udział w patriotycznej uroczystości z okazji 55-rocznicy rozpoczęcia Risorgimento Giuseppe Gabibaldiego i jego Czerwonych Koszul, którego efektem było zjednoczenie Włoch). Od razu też zaczął wygłaszać mowy, agitując za przystąpieniem Italii do wojny przeciw "germańskim barbarzyńcom" i zaangażował się w to na całego. Po wybuchu wojny zaś, pierwszy zgłaszał się do działań wymagających zarówno dużego bohaterstwa jak i sporej inteligencji.

3 sierpnia 1914 r. rząd włoski Antonio Salandry ogłosił politykę neutralności. Stało się tak po wysłaniu przez rząd Austro-Węgier do Rzymu tekstu austriackiej noty ultymatywnej, skierowanej przeciwko Serbii (z 23 lipca 1914 r.). Minister spraw zagranicznych Włoch - markiz Antonio San Giuliano był wstrząśnięty jej tekstem. Przede wszystkim dlatego, że Austro-Węgry miały omawiać z Włochami każdą ewentualną próbę zmiany status quo na Bałkanach, zgodnie z umową z 1887 r. Tego jednak Wiedeń nie uczynił (zresztą Austriacy mieli bardzo lekceważące opinie odnośnie Włoch i włoskiej armii oraz jej ewentualnej pomocy dla Państw Centralnych w czasie wojny, do której to Włochy były zobowiązane układem z maja 1882 r.). Ponieważ jednak umowa o wzajemnej pomocy militarnej z 1882 r. tworząca Trójprzymierze (Niemcy - Austro-Węgry i Włochy), realnie wygasła już w 1902 r. po zawarciu włoskiego układu o podziale terenów afrykańskich z Francją (zaś w 1908 r. było to szczególnie widoczne, gdy Włochy ostro zaprotestowały przeciwko aneksji przez Monarchię Austro-Węgierską Bośni i Hercegowiny), choć formalnie umowa ta, została przedłużona jeszcze w 1912 r. i miała obowiązywać do 1920 r. Realnie już jednak jej zapisy pozostały martwe i kierując się tymi względami minister San Giuliano ogłosił 3 sierpnia 1914 r. politykę "świętego egoizmu", która sprowadzała się mniej więcej do tego, że Włochy będą wspierać tę stronę europejskiego konfliktu, która da, lub obieca im więcej. Nie chodziło tutaj o to, że Włochy do wojny nie przystąpią w ogóle - tylko że nie zamierzają przystępować do niej od razu. Nie chcą też zrywać swych sojuszniczych zobowiązań z Berlinem i Wiedniem (markiz San Giuliano pisał do premiera Salandry jeszcze 16 sierpnia 1914 r. "Włochy nie mogą zerwać z Austrią i Niemcami, jeżeli nie będą miały pewności zwycięstwa"), jednocześnie Italia bała się potęgi brytyjskiej floty i tego, że włoskie wybrzeże jest wobec niej praktycznie bezbronne.




Celem Włoch było odzyskanie Trydentu, Tyrolu, Triestu, całej Istrii i Gorycji oraz Dalmacji by uczynić Morze Adriatyckie morzem wewnętrznym Włoch ("Mare Nostro" - "Nasze Morze"). To był jednak plan skierowany przeciwko Austro-Węgrom, ale były również przygotowywane żądania wobec Turcji (wyspy Dodekanezu, posiadłości w zachodniej i południowej Azji Mniejszej oraz na Bliskim Wschodzie), a także wobec Francji (w przypadku wystąpienia militarnego po stronie Państw Centralnych), czyli cała Korsyka, Nicea, Sabaudia, być może nawet Tulon i Marsylia). Jednak żądania skierowane w stronę Francji czy Turcji były niczym, wobec tych, jakie zamierzały zdobyć Włochy na Austro-Węgrach i to zarówno gdyby wystąpiły po ich stronie jak i przeciwko nim. Jak to miało wyglądać? Otóż w umowie z 1887 r. był zapis iż Cesarsko-Królewska Monarchia zobowiązuje się przekazać Włochom nabytki terytorialne z własnych ziem, jako zadośćuczynienie za uzyskane na Rosji zdobycze. W tym przypadku Rzymowi zależało szczególnie na Tyrolu, Trieście, Istrii i Dalmacji i od tego uzależniali przystąpienie do wojny po jednej ze stron konfliktu. Wiedeń jednak nie mógł się zgodzić na oddanie Włochom ani Tyrolu, ani Istrii o Dalmacji nawet nie wspominając. Po pierwsze Monarchia Austro-Węgierska była tyglem różnych narodów, wśród których zaczęły się odzywać dążenia do suwerenności a nawet niepodległości politycznej. Największą podporą Monarchii Habsburgów byli Niemcy, szczególnie zaś Niemcy z Austrii, Karyntii i Tyrolu. Oddanie tej ostatniej ziemi było więc niebezpieczne dla dalszej spoistości Monarchii. Po drugie - oddanie zaś Istrii i Dalmacji, zasiedlonych w dużej części przez słowiańskich Chorwatów i Słoweńców, doprowadziłoby do wewnętrznego wrzenia i uniemożliwiło skuteczne prowadzenie działań wojennych. Po trzecie wreszcie, jakiekolwiek oddanie własnego terytorium obcemu państwu byłoby potężnym uszczerbkiem na międzynarodowym autorytecie Austro-Węgier i samej monarchii Habsburgów. Dlatego też oczywistym był fakt, iż Wiedeń nie może się zgodzić na żadne włoskie żądania, nawet jeśli wynikały one z układu sojuszniczego.




Obie strony konfliktu nie zrezygnowały jednak z Włoch i na rożne sposoby starały się przekonać Rzym do opowiedzenia się po ich stronie. Dużą rolę odegrały w tym wszystkim banki. Niemiecki kapitał był bardzo silny we Włoszech przed I Wojną Światową i kontrolował zarówno Banca Commerciale Italiana z siedzibą w Mediolanie, jak i (w dużej części) Credito Italiano. Francuski kapitał zaś kontrolował fabryki wielkich pieców w Piombino i spółki tramwajowe w niektórych miastach Italii, poza tym miał spore udziały w Bancarii (bank) i i częściowo w Credito Italiano. Jednak po 1914 r. znacznie wzmogła się we Włoszech ofensywa francuskich pieniędzy i francuskiej propagandy. Włoscy katolicy na przykład byli negatywnie ustosunkowani do Francji, szczególnie po wydarzeniach roku 1905. Bowiem w grudniu tego roku francuski parlament (zdominowany przez socjalistów i radykalną lewicę) uchwalił rozdział państwa od Kościoła, a co za tym idzie wypowiedzenie konkordatu, laickość państwa (która stała się wręcz ideologią polityczną i trwa - przynajmniej oficjalnie - po dziś dzień, choć dziś już jest wypierana przez islam), oraz upaństwowienie majątku kościelnego. Spowodowało to poważne konflikty wewnętrzne w samej Francji. Pod kościołami i klasztorami toczyły się istne bitwy wiernych z policją. Do tego dochodził konflikt ze Stolicą Apostolską (trwający od lipca 1904 r. i zerwania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Francją a Papiestwem). Ta antykościelna polityka Francji uwidoczniła się po roku 1902 i wygranych przez blok lewicowo-radykalny wyborach parlamentarnych. Premierem został wówczas były absolwent seminarium duchownego w Castres i nauczyciel katolicki, który porzucił wiarę i stał się wojującym antyklerykałem - Emil Combes (nazywany zawadiacko "ojczulkiem"). Swoje rządy rozpoczął od masowego zamykania klasztorów (które nie zostały autoryzowane zgodnie z ustawą o stowarzyszeniach z 1901 r.). To prowadziło do masowych protestów i walk ulicznych z wiernymi (szczególnie krwawe incydenty miały miejsce w Bretanii) jeszcze w 1902 r. Combes był postrzegany jako prawdziwy antyreligijny (a szczególnie antykatolicki) "sekciarz", nic więc dziwnego że włoscy katolicy byli mu przeciwni i woleli zbliżyć się do niemieckiej, katolickiej Partii Centrum (ale i na tej niwie Francuzi nie pozostawali bierni. Szybko nawiązano kontakty pomiędzy katolikami francuskimi i włoskimi i opracowano wzajemną współpracę, opartą o nauczanie Ojców Kościoła).

Również socjaliści niemieccy i francuscy rozpoczęli bój o pozyskanie socjalistów włoskich ku sobie. I na tym polu Francuzi zaczęli zyskiwać przewagę, jedynie redaktor naczelny największego we Włoszech pisma socjalistycznego - "Avanti" - Benito Mussolini początkowo sprzeciwiał się sojuszowi socjalistów włoskich z francuskimi (w swej gazecie drukował długie wstępniaki, które jednak przyciągały czytelników). Jednak w artykule z 18 października 1914 r. oficjalnie głosił już konieczność zawarcia sojuszu Włoch z Francją i Wielką Brytanią. Twierdził że socjaliści włoscy powinni nie tylko związać się z socjalistami Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii, ale również tymi z ziem polskich, spod znaku PPS-u (po latach okazało się że do zmiany poglądów namówił Mussoliniego rząd francuski, a raczej francuskie pieniądze, jakie przywiózł ze sobą minister Jules Guesde - też socjalista), został jednak usunięty z redakcji "Avanti" i wydalony z partii socjalistycznej (kierownictwo partyjne - m.in.: Giacinto Serrati i Angelika Bałabanowa opowiadali się za neutralnością w wojnie). Ale już 15 listopada 1914 r. (zapewne za francuskie i nie tylko francuskie pieniądze, bowiem w tym czasie Mussolini był również opłacany przez genueńskich armatorów oraz przemysłowców) założył dziennik socjalistyczny "Il Popolo d'Italia", w którym już jawnie nawoływał za opowiedzeniem się w tej wojnie po stronie państw Trójporozumienia (Francja, Wielka Brytania i Rosja). I rzeczywiście, sympatia społeczeństwa włoskiego powoli, ale konsekwentnie ewoluowała z postawy neutralnej przyjaźni wobec Państw Centralnych, ku jawnemu zbliżeniu z Ententą. Włoscy narodowcy i patrioci (pod przewodnictwem Gabriele d'Annunzio i Ricciotti Garibaldiego - syna bohatera walk zjednoczeniowych z czasów Risorgimento - Giuseppe Garibaldiego, który organizował - podobnie jak ojciec 43 lata wcześniej - legion włoskich ochotników mających walczyć po stronie Francji przeciwko Niemcom), włoscy katolicy a nawet włoscy socjaliści coraz częściej zaczęli optować ku wojnie z Niemcami i Austro-Węgrami w celu odzyskania Trydentu, Istrii i Dalmacji. Propaganda aliancka (głównie francuska) była pod tym względem znacznie skuteczniejsza od niemieckiej. 

Ale wywiad niemiecki i austro-węgierski nie spał. Oto 23 stycznia 1915 r. na łamach wiedeńskiego dziennika "Neue Freie Presse" ukazał się artykuł, który ewidentnie nie był skierowany do austriackich czytelników, a do włoskiej opinii publicznej. Z tego tekstu wynikało, iż zadane w tytule pytanie: "Czy klęska Austro-Węgier i Niemiec przyniosłaby korzyść Włochom?", brzmiało zdecydowanie negatywnie. Co by się bowiem (według autora czy autorów tego tekstu) mogło stać, gdyby Państwa Centralne przegrały wojnę? Otóż ziemie Dalmacji i Istrii przejąłby żywioł słowiański, będący pod kontrolą Wielkiej Serbii, który rozpocząłby zdecydowaną walkę z żywiołem włoskim, czego (jak sugerował autor) Austro-Węgry nie czynią. Poza tym wraz z opanowaniem Galicji, całe Bałkany znalazłby się w rosyjskiej strefie wpływów, co by jednocześnie oznaczało powstanie wielkiego, słowiańskiego imperium tuż przy granicy z Włochami. Artykuł kończył się pytaniem: "Czyż w Rzymie nie widzą, że przymierze z Włochami ma znaczenie dla Austro-Węgier, ale byłoby zupełnie zbędne dla zwycięskiego caratu, który z bezwzględną energią przystąpiłby do likwidowania wpływów włoskich na wschodnim brzegu Adriatyku?" Niewiele to jednak dawało, potrzebna była jasna deklaracja rządu austro-węgierskiego aby przekonać do siebie społeczeństwo włoskie. Ale rząd w Wiedniu nie zmierzał pójść na żadne ustępstwa terytorialne względem Włoch. I tutaj do działania weszli Niemcy. Ambasada niemiecka w Wiedniu naciskała na rząd Monarchii by jednak poczyniono pewne cesje terytorialne na korzyść Włoch, gdyż wejście trzeciego dużego gracza (Bułgaria i Imperium Osmańskie nie wyczerpywały pełnego znaczenia tego określenia, leżały zresztą daleko od głównego frontu) stało się konieczne, aby zmusić Francuzów do wycofania kilku kluczowych dywizji z frontu północnego do Sabaudii i Prowansji, co umożliwiłoby zajęcie Paryża i koniec wojny. Dodatkowo działała niemiecka wielka finansjera w kręgach dworskich i niemieckie dowództwo w kręgach oficerskich Austro-Węgier




Rząd austro-węgierski czuł ciążącą na nim coraz bardziej niemiecką presję. Jednocześnie Niemcy, aby ostatecznie przełamać opór swego austro-węgierskiego sojusznika, zadeklarowali, iż za poniesione straty gotowi są oddać Monarchii - całe Dąbrowskie Zagłębie Węglowe w południowo-zachodniej części zajętych ziem polskich (tzw.: Królestwa Kongresowego). Austriacy uznali to za żart, mówiąc iż rzeczywiście Niemcy ponoszą równy udział w owej ofierze terytorialnej, oddając ziemie które... wcześniej do nich nie należały. Ostatecznie jednak 8 marca 1915 r. Rada Koronna Austro-Węgier wyraziła zgodę na przekazanie Włochom po wojnie południowego Tyrolu, w zamian za zachowanie przez Rzym neutralności. Był tylko jeden warunek tej deklaracji - umowa miała pozostać tajna i nie mogła być upubliczniona, co stało w jawnym sprzeciwie do zamierzeń włoskich. Rząd Italii bowiem pragnął natychmiast poinformować naród o odniesionym sukcesie dyplomatycznym, który i tak w rozumieniu Włochów był zaledwie początkiem tego, co zamierzali uzyskać. Oferta Wiednia była więc nie tylko wybitnie niewystarczająca, ale w rzeczywistości zamykająca jakikolwiek dalszy dialog na temat cesji pozostałych ziem. Podjęto więc rokowania z Ententą, które też toczyły się opornie (Francuzi na przykład uważali włoskie żądania za zbyt wygórowane), głównie ze względu na sprzeciw Rosji, która - jako protektorka Słowian Bałkańskich, nie godziła się na uszczuplenie władztwa Serbów na Bałkanach. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow, w rozmowie z ambasadorem Francji w Petersburgu, dnia 31 marca 1915 r., miał powiedzieć: "Pretensje Włoch są wyzwaniem rzuconym sumieniu słowiańskiemu. Niech Pan pamięta, że św. Izaak Dalmata jest jednym z największych świętych liturgii prawosławnej". Na te słowa ambasador francuski miał odpowiedzieć: "Chwyciliśmy za broń, aby ratować Serbię, gdyż zagłada Serbii oznaczałaby hegemonię mocarstw germańskich, ale nie walczymy dla realizacji chimer slawizmu. Oddanie Konstantynopola wystarczy" - tym samym stwierdzał, że w zamian za rosyjską zgodę na włączenie do Włoch ziem słowiańskich w Dalmacji i Istrii, Rosja po zwycięskiej wojnie otrzyma Konstantynopol wraz z kontrolą cieśnin. 

Tajny układ włosko-aliancki (Francja, Wielka Brytania i Rosja) podpisany został 26 kwietnia 1915 r. w Londynie. Na jego mocy Włochy miały uzyskać po wojnie zarówno Tyrol do Przełęczy Brenner, Trydent, Triest i całą Istrię, Gorycję, Gradaskę oraz Dalmację z wyspami i portem w Valonie. Poza tym wyspy Dodekanezu (południowo-wschodni rejon Morza Egejskiego) i kontrolę nad Adalią w Azji Mniejszej (w razie powojennego podziału terytorialnego Imperium Osmańskiego). Politycznie Włochy zyskały wiec bardzo wiele, więcej niż mogłyby uzyskać nie tylko od Państw Centralnych, ale nawet własnym wysiłkiem zbrojnym. Dodatkowo Rzym otrzymywał pożyczkę wojenną w wysokości 50 milionów funtów na modernizację armii, w zamian za co Włochy miały wypowiedzieć wojnę Państwom Centralnym w miesiąc od zawarcia tego układu (w grę wchodziły jeszcze kwestie techniczne, związane z włoskimi obawami o konkretną ilość sił rzuconych przez Rosję na front austro-węgierski podczas kolejnej ofensywy, tak aby Wiedeń nie mógł przerzucić znacznych sił na front włoski). Sukces dyplomatyczny miał jednak gorzki posmak - układ był tajny i rząd nie mógł go przedstawić ani w parlamencie, ani włoskiej opinii publicznej. Rząd Antonio Salandry miał więc pewien problem jak przekonać do nagłej wojny własne społeczeństwo, skoro nie można ogłosić tekstu tajnego układy londyńskiego? Tym bardziej że parlament był za neutralnością. Cóż, sypnięto groszem to tu, to tam i nagle na ulicach miast włoskich zaczęły się tworzyć "spontaniczne demonstracje" nawołujące do wojny z "germańskimi barbarzyńcami". W te akcje żywo włączyli się (jak już pisałem) zarówno d'Annunzio (który chyba głównie dlatego uzyskał zgodę rządu na powrót do kraju, aby właśnie przekonać naród do wojny) oraz młodszy Garibaldi. W patriotycznych manifestacjach przywoływano czasy Risorgimento i chwalono bohaterów walk zjednoczeniowych (szczególnie Czerwone Koszule Giuseppe Garibaldiego). To spowodowało że parlament uchwalił 20 maja kredyty wojenne, a 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom. 

Ostatecznie jednak wojna ta nie zakończyła się ani dla Włochów, ani dla Rosjan tym, co im obiecywano (Włosi mogli poczuć się oszukani i działać irracjonalnie, choć jednocześnie poprzez projekcję politycznych faktów dokonanych, do czego zmierzał właśnie d'Annunzio zajmując Fiume). Dlatego też we Włoszech do władzy doszły grupy faszystowskie Benito Mussoliniego, w Rosji zaś wybuchła krwawa rewolucja i wojna domowa (stymulowana przez ruch prometejski, do którego prócz Garibaldiego należeli m.in.: Hutten-Czapski, Parvus, Dzierżyński, Piłsudski i wielu innych), która wszystko utopiła w potokach krwi (ale jednocześnie przyniosła wolność i niepodległość ciemiężonym przez Rosję narodom Europy Środkowej). Jednak nie wyprzedzajmy zbytnio faktów i prześledzmy cały proces kiełkowania ustroju faszystowskiego we Włoszech.



 
CDN.

24 października 2025

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. III

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





III
WSPOMNIENIA WANDY SUŁKOWSKIEJ-MYŚLIWIEC
(KRZEMIENIEC)




Krzemieniec był miastem polskich Kresów i znajdował się w województwie Wołyńskim. Podobnie jak obszar Lwowski, Wileński, oczywiście Białostocki, Nowogrodzki ale też i Stanisławowski oraz Tarnopolski, Wołyń uważany był za ziemię polską i nie był traktowany jak swoista polska kolonia, jak choćby Polesie, gdzie to był rzeczywiście obszar bardzo zapóźniony, zarówno ekonomicznie jak i społecznie. Tam poziom analfabetyzmu sięgał praktycznie dziewięćdziesięciu paru procent, a ludność Polesia uważała się najczęściej za "tutejszych" i używała łamanego języka rosyjskiego i ukraińskiego. Stan ten próbował zmienić płk. Wacław Kostek-Biernacki, pełniący od września 1932 do września 1939 stanowisko wojewody poleskiego. Ten bowiem znienawidzony nawet przez zwolenników sanacji "pies Piłsudskiego" - jak o nim pogardliwie mówiono, wyznaczył sobie cel, aby "na Polesiu, gdzie 3/4 mieszkańców uważało się za tutejszych, ludzie mówili o sobie jesteśmy Polakami". Rozpoczął więc zdecydowaną walkę z korupcją, nepotyzmem, tumiwisimem, a także z regionalizmem i brakiem chęci do modernizacji całego regionu. Po pierwsze przekonywano bowiem, że nie ma pieniędzy na przeprowadzenie choćby niezbędnych melioracji terenu, po drugie sprzeciwiało się temu Wojsko, uważając że liczne poleskie błota stanowią doskonałą przeszkodę dla ewentualnego ataku Związku Sowieckiego, po trzecie sprawę też utrudniała wszechpanująca korupcja. Jednak dla Kostka -Biernackiego najważniejsze były dwie sprawy, po pierwsze walka z komunistami - czyli z Komunistyczną Partią Zachodniej Białorusi - a po drugie rozwój i modernizacja powierzonego mu regionu. Jednocześnie wszelki rozwój zamierzał on powiązać z polskością, będącą zarówno gwarancją nowoczesności, jak i gwarantem skoku cywilizacyjnego dla miejscowej ludności. Wprowadził więc wojskowy dryl do administracji, umniejszając tym samym uprawnienia starostów (w swych rozporządzeniach określał nawet co powinno znajdować się na biurku urzędnika i jak on powinien siedzieć gdy przyjmował petenta). Urzędnicy mieli też odznaczać się wzorową postawą obywatelską i prywatną. Wielu zasiedziałym urzędnikom bardzo się te zmiany nie podobały, ale nie mieli innego wyjścia jak tylko się podporządkować.

Polesie było bowiem nazywane polskim Madagaskarem i tak też było traktowane, gdy mieszczuchy z Warszawy, Wilna, Lwowa, Poznania czy Krakowa przyjeżdżały tutaj niczym do Afryki na prawdziwe safari. Organizowano wypady (często wielodniowe) na poleskie błota, zaopatrując się zarówno w broń palną (na polowania) jak i rozbijając namioty i delektując się prawdziwym miejscem oderwanym od cywilizacji. Dróg bitych na Polesiu praktycznie nie było (najlepiej więc można było w wiele miejsc dojechać albo konno, albo pieszo) co też stanowiło nie lada przygodę dla oderwanych od miejskiego życia i rzuconych w "afrykańską sawannę" miłośników przygód. Kostek-Biernacki pragnął to wszystko zmienić i uczynić z Polesia symbol polskości Kresów na równi z Wileńszczyzną i Galicją Wschodnią. Do polskości "tutejszych" pragnął przekonać nie tylko budową nowych dróg i nauką czytania dla dzieci w nowych szkołach elementarnych (gdzie podstawą miało być kształtowanie postaw patriotycznych, od małego więc uczono dzieci wiersza: "Kto ty jesteś? Polak mały..."), ale również poprzez religię, zdając sobie doskonale sprawę że ogromna większość mieszkańców Polesia to prawosławni, zamierzał więc stworzyć polską Cerkiew prawosławną (taką jaka powstała chociażby w Rumunii czy w Jugosławii), która by była całkowicie oderwana od Cerkwi moskiewskiej, a tym samym służyła stworzeniu oddanych polskich patriotów narodowości ruskiej i wyznania prawosławnego. Nakazał więc aby w cerkwiach uczono tylko w języku polskim i aby dzieci uczono od razu zapisywania liter w alfabecie łacińskim, a nie ruskim, oraz by fonetycznie wymawiano imiona po polsku, a nie po rosyjsku czy ukraińsku. Z tego względu popadł w konflikt z metropolitą Cerkwi prawosławnej - Dionizym. Nie miał też Kostek-Biernacki dobrych stosunków z lokalnymi polskimi ziemianami - którym nie ufał (uważał bowiem że ta grupa społeczna nie ma żadnego interesu w unowocześnieniu Polesia, natomiast stan zastały jest jej jak najbardziej na rękę). Wolał zamiast nich oprzeć się na lokalnej ludności, którą zamierzał "przekształcić" (właściwe byłoby stwierdzenie uformować) w Polaków i często najbiedniejszych brał w obronę, a przez nich uznawany był za "dobrego pana wojewody". Jeśli bowiem ubodzy mieszkańcy Polesia złamali chociażby zakaz połowu ryb w wyznaczonych okresach, motywując to właśnie swym ubóstwem i głodem, nakazywał odstąpić od wymierzania kary, natomiast za te same przewinienia, w tym samym okresie szlachtę, która złamała ów przepis karał bezlitośnie.




Kostek Biernacki polecił również aby w każdym urzędzie przeznaczono jedną izbę na miejsce, gdzie zmęczeni mieszkańcy mogliby odpocząć i zregenerować siły (było to związane z tym, że drogi były w bardzo kiepskim stanie a dróg bitych praktycznie nie było, dlatego też żeby załatwić jakąś sprawę urzędową, to mieszkańcy różnych obszarów Polesia musieli na to przeznaczyć co najmniej jeden, a często kilka dni). Nakazał również urzędnikom aby do petentów odnosili się z szacunkiem i godnością, bez względu na ich społeczne pochodzenie i aby do nich mówili zawsze po polsku, nawet jeśli ta druga osoba odpowiadała w innym języku ze względu na nieznajomość języka polskiego (i tutaj wtrącę małą prywatę, biorąc pod uwagę działalność Kostka Biernackiego i jego metody, muszę przyznać że odpowiadają one praktycznie w 100 % temu, co ja sam uznałbym za stosowne w tamtym czasie i tak samo też bym postępował. Modernizacja idąca w parze z polonizacją, a jednocześnie trwałe związanie regionu z odrodzoną Rzeczpospolitą). Jednocześnie Biernacki był wrogiem wszelkiego znęcania się nad zwierzętami i pod tym względem również karał nawet swych protegowanych, a często dokonywał inspekcji. Przebrany w strój zwykłego chłopa przemierzał różne wioski Polesia i przyglądał się stosunkowi do zwierząt, oraz rozmawiając z ludźmi pytał się o ich potrzeby i bolączki lokalnych mieszkańców. Co ciekawe prasa rozpisywała się o tych jego eskapadach i często można było przeczytać zarówno w "Nowym Kurierze" jak i w "Gazecie Poleskiej" informacje o dokonanych przez wojewodę Kostka-Biernackiego nowych inspekcjach (oczywiście przeprowadzanych incognito). I nawet niechętny mu Stanisław Cat Mackiewicz napisał o nim w swoich "Personaliach: "Jako wojewoda Kostek-Biernacki był człowiekiem szczerym i tę zaletę szczerości bezwzględnej podnieśli wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia". Po Wojnie pułkownik Kostek-Biernacki powrócił do Polski rządzonej wówczas już przez komunistów, których tak przez lata zwalczał. Wkrótce potem został aresztowany i przebywał w ciężkich warunkach w więzieniu na Mokotowie z wyrokiem kary śmierci, zamienionym na 10 lat pozbawienia wolności. Z więzienia wyszedł w 1955 r. Zmarł zaś dwa lata później w wieku 72 lat.

Natomiast Wołyń od początku był uważany za ostoję polskości i tak też był traktowany. Oczywiście tutaj też było wiele pracy do zrobienia żeby ziemię tę przywrócić Polsce, gdyż nie miano tu żadnych doświadczeń, takich jak choćby z Kongresówki (w czasie I Wojny Światowej powstała przecież polska administracja), w Galicji, czy na Wileńszczyźnie i we Lwowie. Całą administrację w latach 1920-1924 trzeba było zbudować tutaj od nowa, od zera, od podstaw, a nie było to wcale proste zadanie, biorąc pod uwagę eksplorację tego terenu przez komunistów, Sowietów i wszelkiego typu bandytów. Jednak po roku 1930 Wołyń był już polską ziemią i niczym nie odstępował od Wileńszczyzny, czy ziemi Lwowskiej. W kawiarniach, bibliotekach i wszelkich innych ośrodkach społeczno-kulturalnych i masowych Łucka, Kowela, czy Włodzimierza - czytano polskie gazety, delektowano się polską muzyką, słuchano Polskiego Radia, a Wołyń był uważany za ziemię po 150 latach niewoli wreszcie przywróconą Macierzy. W Krzemieńcu (mieście leżącym w południowej części Wołynia) mieszkała Wanda Sułkowska-Myśliwiec, która pozostawiła takie oto wspomnienia z lat 1939-1940:





Krzemieniec w okresie II wojny zmienił całkowicie swoje oblicze. Wrzesień minął bez nauki, ale był pełen wrażeń, szczególnie dla młodzieży. Przez Krzemieniec przejechały wszystkie ambasady, jakie były w tym czasie w Warszawie oraz różne instytucje rządowe, wielu ludzi i cała masa uciekinierów. Dzieci i młodzież nie zdawały sobie jeszcze sprawy, że to już jest wojna i że niesie ona śmierć i cierpienie. Ja wraz z grupą koleżanek i kolegów biegałam po ulicach wypatrując samochodów. W rękach trzymałam mały atlas polityczny - nie każdy taki atlas posiadał. Była w nim tablica z flagami wszystkich państw świata. Samochody, którymi jeździli ambasadorzy miały na przedzie maleńkie flagi państwowe. Czułam się ważna, gdyż wszyscy dopytywali się mnie z jakiego państwa jest ambasada. Ja szybko wyszukiwałam w atlasie flagę i wszystko stawało się jasne. Była to nie tylko rozrywka, ale również nauka geografii, gdyż następowała dalsza dyskusja na temat danego państwa. Niestety, zakończyło się to bardzo szybko - zaraz po pierwszym nalocie niemieckich samolotów. Któregoś dnia nadleciały samoloty i w kilka minut zrzuciły bomby i dokonały ostrzału ludzi. Nikt nie był do tego przygotowany. Szkody były wielkie, a najwięcej zabitych i rannych było wśród ludności zgromadzonej na targowisku i ul. Szerokiej.

Od tej chwili rozpoczęły się alarmy lotnicze. Alarmy były częste i wywoływały przerażenie ale na szczęście samolotów już więcej nie było. Na naszym podwórzu zbudowano schron przeciwlotniczy. Ponieważ dom mieścił się naprzeciw Starostwa przy ul. Kościelnej wszyscy interesanci biegli do niego w czasie nalotu. Były tam schody wejściowe, ale również otwory wywietrznikowe. W czasie alarmu każdy spieszył się, ażeby jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Któregoś dnia ambasador szwedzki tak się pospieszył, że skoczył przez otwór wywietrznikowy i złamał sobie nogę. Widziałam również jak Japończykowi, który przypalał od mojej siostry papierosa tak trzęsły się ręce, że miał trudności z przypaleniem. Dziwne, bo ja z ciekawością rozglądałam się dookoła nie odczuwając żadnego strachu. Widocznie czułam się bezpiecznie i nie miałam jeszcze świadomości co to jest wojna? Po paru dniach wszystkie ambasady wyjeżdżały do Rumunii.

Tatuś zdecydował, abyśmy pojechali do pp. Kurzejów do Podhajec. Chodziło o p. Podosowską, która przyjechała do nas z małym dzieckiem aż z Sosnowca uciekając przed wojną. Gdy nareszcie po godzinie oczekiwania wjechaliśmy w ul. Szeroką to przed nami jechał już cały sznur samochodów, a gdy obejrzałam się - nie widać było końca tych pojazdów. Gdy dojeżdżaliśmy do Wiśniowca tylko nasz samochód wyłamał się i zjechał w lewo. Pozostali jechali drogą prowadzącą na Rumunię. Właściwie to nie rozumiałam dlaczego tak wielu ludzi ucieka z ojczyzny i z własnego domu. A kto będzie walczył w jej obronie? Uważałam wówczas, że w domu jest najbezpieczniej. A u pp. Kurzejów czułam się jak we własnym domu. Jeździliśmy tam z bratem prawie każdego roku na wakacje na całe dwa miesiące. To były zawsze wspaniałe wakacje. U pp. Kurzejów było już kilka osób - uciekinierów wojennych, nawet jacyś państwo samochodem. Wieczorem przy stole prowadzono dyskusje na temat obecnej sytuacji, ale było to jedynie takie sobie gadanie bo nikt nie wiedział co dalej może nastąpić. Tego, co się stało nikt nie przewidział.

Stało się to 17 września. Sowieci przekroczyli nasze granice. Wszyscy byli zaskoczeni i oburzeni - jak oni mogli to zrobić? Tatuś przysłał po nas samochód i wszyscy wróciliśmy znów do Krzemieńca. W naszym mieszkaniu było ciasno, pełno obcych ludzi. Ludzi, których trzeba było przygarnąć, nakarmić i dać jakiś kąt. Oni zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów. W sklepach wykupywano wszystko co się dało, a po chleb musiałam codziennie stać kilka godzin w kolejce.

Muszę zaznaczyć, że takiego wojska jakie mieli Sowieci to nikt nie widział. Rozpacz było patrzeć na tę zbieraninę. Żołnierz wysoki miał szynel do kolan, a temu małemu szynel plątał się do kostek. Żaden z nich nie miał butów ze skóry tylko jakieś szmaciane. A karabiny wisiały na przeróżnych sznurkach. Natomiast na głowach okropnie śmieszyły wszystkich materiałowe czapki ze szpicem na środku głowy. Dowcipnisie dogadywali, że ten szpic jest potrzebny wszom, które zbiegają się tam na miting.




Niedaleko Krzemieńca w Białokrynicy mieścił się 12 Pułk Ułanów. Był to wspaniały pułk. Podziwialiśmy dobrych żołnierzy w czasie każdego święta - 3 Maja czy 11 Listopada. Wszystkie defilady były nadzwyczajne. Na żołnierzach mundury lśniły - nie tylko buty, ale nawet guziki. Dlatego mieszkańcy naszego miasta byli przyzwyczajeni do innego widoku wojska. Co za ironia losu - tacy szmatławce wstąpili w nasze granice, zagarnęli nasze ziemie i jeszcze zaczęli panoszyć się i rządzić jak szare gęsi. Nawet ci ważni enkawudziści niezbyt dobrze wyglądali, nosili płócienne buty z cholewami i wystrzępione szynele. No i zarządzili, że młodzież ma iść do szkół. - No cóż, poszliśmy.

W naszym gimnazjum w Liceum Krzemienieckim rano uczęszczała młodzież ukraińska, a młodzież polska uczyła się od godziny 15-ej. Zbieraliśmy się w klasach przed dzwonkiem. Najpierw wyciągaliśmy zza pieca nasze obrazy powrzucane tam przez Ukraińców. Wieszaliśmy w pośpiechu głównie obrazy święte. Następnie odmawialiśmy modlitwę, gdyż profesorowie ażeby uniknąć modlitwy - spóźniali się na pierwszą lekcję. Pamiętam, że tylko profesor matematyki p. Kac pytał nas czy odmawialiśmy już modlitwę i o ile nie, pozwalał nam pomodlić się. Poza tym często zmieniali się profesorowie, jak i często przenoszono nas z jednej klasy do drugiej. Trudno było się uczyć. Na koniec zniknęły wszystkie obrazy, a powieszono parę jakichś okropnych bohomazów.

Szybko ściemniało się, więc zapalano światło. To światło prowokowało chłopaków do robienia głupich kawałów. Polegało to na gaszeniu nagle światła, ale wtedy inni szybko zapalali i powstawało miganie. Nie wszyscy wiedzieli o tym, że naprzeciwko gimnazjum na ul. Słowackiego mieściło się NKWD. Krzemieniec był położony w jarze, a wokół były góry. Podejrzliwi enkawudziści uważali, że te błyski świateł są nadawanymi sygnałami dla partyzantów, którzy ukrywają się w górach. Chłopcy nasi nie myśleli lub nie wiedzieli nic o partyzantach. Kilka razy w tygodniu zjawiali się w naszym gimnazjum ludzie z NKWD do dyrektora. Nieraz nawet zabierano go na jakieś na pewno przykre rozmowy. Dyrektor niejednokrotnie upominał uczniów, aby zaprzestali kawałów ze światłem i niszczeniem nowych obrazów. Niestety trudno było ujarzmić młodą zbieraninę rozmaitych chłopaków, szczególnie teraz kiedy to nie wszyscy byli dawnymi wychowankami licealnymi. Zakazane zawsze podnieca i prowokuje. Dlatego gaszenie świateł nie ustawało i również powtarzały się wizyty ważniaków z NKWD. Wciąż wymyślali nowe pretensje do biednego dyrektora. Dyrektor był szarpany, przesłuchiwany, aż jego słabe serce nie wytrzymało tego wszystkiego. Zakończyło się to śmiercią dyrektora. Jego pogrzeb w grudniu 1939 roku pamięta cała młodzież krzemieniecka, gdyż była to wielka manifestacja młodzieży. To wszystko zaważyło na losie naszego gimnazjum - rozwiązano je.

Ja opisuję to, co widziałam i słyszałam z pozycji uczennicy I klasy gimnazjum - miałam wtedy 14 lat. Po świętach Bożego Narodzenia wszystko się zmieniło, musieliśmy chodzić do starego budynku dawnego gimnazjum samorządowego. Nasza obecna szkoła nazywała się Polska Średnia Szkoła nr 2, a dyrektorem mianowano niejakiego Pińczuka, dawnego więźnia Berezy Kartuskiej. Pińczuk był dla nas wstrętny, nawet powierzchownie niesympatyczny - mały, łysy, a na głowie miał dużego guza. Kiedy on odezwał się do młodzieży to nie była przemowa tylko wrzask, który kończył się dziwnymi wyzwiskami od jakichś "melonów". Nasza młodzież nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Ja w tym czasie przyjaźniłam się z Olgą Puławską. Obie nie przejmowałyśmy się już wcale nauką, gdyż trudno było nagle zrozumieć, że w polskiej szkole musimy się uczyć rosyjskiego i ukraińskiego. Nauczyciel, który uczył nas ukraińskiego mówił do nas tylko po ukraińsku, a myśmy ani "be" ani "me" - taka to była nauka. Uciekałyśmy z Olgą z niektórych lekcji - chowając się w szatni, ale to też było niebezpieczne, gdyż podejrzliwy dyrektor sam przeszukiwał szatnie. Jakoś nigdy nas nie złapał - udawało się. Pińczuk dziwnie traktował uczniów, jakbyśmy byli więźniami. W czasie przerw drzwi na podwórze były pozamykane na klucz. Woźna twierdziła, że klucz ma tylko dyrektor. Na dużej przerwie dawano nam kubek czarnej kawy i kromkę czarnego chleba. Przy każdej okazji Pińczuk zaznaczał, że te śniadania on wywalczył dla nas w "Oświtie". Często wpadał też do klasy w czasie lekcji i wypytywał nauczyciela, których uczni brakuje. Następnie notował ich nazwiska w swoim czarnym notesie. Lekcje stawały się coraz bardziej męczące i dlatego obie z Olgą byłyśmy tak bardzo zniechęcone do nauki. Często w ogóle nie chodziłyśmy do tej okropnej szkoły.

Olga mieszkała w willi senatora Puławskiego - był to jej stryj. Mieszkali tam zajmując tylko dwa pokoje i kuchnię, reszta była zarekwirowana. Siedziałyśmy w kuchni, bo było cieplej, grałyśmy w karty zajadając jabłka - szare renety, które można było jeszcze kupić i to płacąc drogo jak za jakieś rarytasy. W naszym domu było zimno, gdyż zima tego roku była wyjątkowo ciężka. Tatuś często chorował na bronchit, był w ogóle słabego zdrowia, a nerwy miał bardzo zszarpane. Podjął pracę w nowo odkrytej kopalni torfu. Sowieci byli dumni z tego, że to oni odkryli tę kopalnię. Ojciec znał dobrze język rosyjski i buchalterię, więc pracował w biurze, a mój brat Czesław wraz z Wackiem Malczewskim pracowali fizycznie przy wydobyciu. Paliliśmy w piecach tylko torfem, który fatalnie się palił - dymił i okropnie śmierdział, ale nie było innego opału. Część naszego mieszkania zarekwirowano, więc musieliśmy niektóre meble powynosić do komórki, porozdawać a resztę ścieśnić. Niektórzy nasi goście musieli się wyprowadzić. Janka jednak nadal przyprowadzała różnych swoich znajomych, którym dawała ubrania i żywność. Często jeździła też do Dubna i Równego. Przywoziła stamtąd jakieś ulotki w mydle - raz widziałam jak je wyjmowała.

Któregoś dnia przyszedł do nas profesor Stanisław Szczepański - mój ówczesny wychowawca klasy. Dziwił się, że nie chodzę do szkoły i prosił, ażebym przychodziła. Tłumaczył mi jak bardzo ważna jest nauka dla młodzieży. Wyczuwałam, że przysłał go dyrektor Pińczuk i dlatego obiecałam, że przyjdę. Żal mi było profesora Szczepańskiego, gdyż był to bardzo dobry i łagodny człowiek. Obiecałam, więc wróciłam do szkoły. Już na pierwszej lekcji Pińczuk wezwał mnie do gabinetu i od razu zaczął krzyczeć a nawet ryczeć, że jestem "melonem", "balonem", i po prostu nieukiem. Byłam w pierwszej chwili gotowa się rozpłakać, bo nigdy nikt na mnie tak nie krzyczał. Jednak opanowałam się i ogarnęła mnie złość, stałam się zła i w duchu życzyłam mu "nagłej i niespodziewanej śmierci". Od tego czasu siedziałam z Hanką Kiczyńską - znałam ją od pierwszej klasy. Była ona sierotą i mieszkała kiedyś w internacie licealnym, ale w tym czasie w internatach mieszkała tylko młodzież ukraińska. Hanka zamieszkała więc z bratem u Romka Oleksego - ich przyrodniego brata. Rozdano nam świadectwa przed Świętami Wielkanocnymi. Nie zachowało się - nie było czym się chwalić. Pełno dwój z ukraińskiego, rosyjskiego i tak dalej. Natomiast zachował się mój "Ućnivskij Kvitok nr 361" czyli uczniowska legitymacja.

Nadeszły Święta Wielkanocne roku 1940 i nastąpiły straszne wydarzenia dla naszej rodziny, jak i również dla innych Polaków. W Wielki Piątek zjawili się w nocy - oficer NKWD z jakimiś dwoma tajniakami. Najpierw przeprowadzali rewizję szukając broni, potem podali ojcu nakaz aresztowania. Tatuś był ledwo żywy, gdyż miał ropne zapalenie ucha. Byłam przerażona tymi wydarzeniami. Przepłakałam resztę nocy, aż dostałam gorączki i rozchorowałam się. Całą sobotę leżałam i brałam jakieś tabletki, ale w Wielką Niedzielę poszłam do kościoła. Gdy wróciłam w południe znów zjawił się ten sam oficer NKWD. Pytał o Jankę i zaraz podał jej nakaz aresztowania, a mnie zabrał jako świadka do przeprowadzenia rewizji w rzeczach Janki. Zapamiętałam, że nazwisko oficera brzmiało Truchun. Wszystkich zgromadził w jednym pokoju i zostawił tam żołnierza z karabinem. Pierwsze co zabrał do swojej teczki to była śliczna fotografia Janki, która stała w ramce przy jej łóżku. Następnie przerzucali wszystkie jej rzeczy, książki, walizki, łóżko w poszukiwaniu broni i nie wiadomo jeszcze czego. Nad tapczanem wisiał ozdobny malowany bukłak na wodę. Okazało się, że w tym bukłaku coś szeleściło - coś tam było. Usiłowali to "coś" wyjąć, ale bukłak był okrągły i szeroki, a szyjka wylotowa wąska i to "coś" nie chciało samo wylecieć. Cywil tylko tym się zajmował, potrząsał bukłakiem i stawał się coraz bardziej wściekły, a to "coś" uparcie siedziało i nic. Potem oficer oświadczył, że idą obaj po samochód, a sołdat z karabinem ma nas pilnować. W tym czasie wróciła Mama z Cześkiem, byli w gmachu NKWD na Wiśniowieckiej rogatce, zanieśli ojcu paczkę i usiłowali dowiedzieć się coś o jego losach. Mama zobaczyła co się dzieje w naszym domu, że sołdat pilnuje nas z karabinem i dowiedziała się, że Janka jest aresztowana, okropnie się zdenerwowała. Janka starała się Mamę uspokoić i podała jej krople. Ale Mama po rosyjsku przeklinała Sowietów. Wtedy stała się rzecz dziwna, bo ruski sołdat - młody jeszcze chłopak, rozpłakał się i tłumaczył Mamie, że on jest tylko poborowym i powiedzieli mu, że idzie na wojnę, on nie chce prześladować cywilnych ludzi. Mama wzruszyła się tym, dała mu ciasto, a ja nalałam mu herbaty. Żołnierz usiadł sobie przy stole i chętnie zajadał. Co też się działo, kiedy wrócił oficer i zobaczył stojący karabin w kącie i sołdata przy stole. Wściekle zaczął rugać żołnierza a ten zameldował się i prosił o wysłanie go na front. Co dalej się działo nie wiem, gdyż ściskałam mocno Jankę, a ona wówczas szepnęła mi do ucha, ażebym natychmiast zdjęła z pieca mydło. Gdy wszyscy obcy wyszli, ze zgrozą zobaczyłam, że mydło pękło i ulotki wystają z niego całym pękiem. Zostało to natychmiast zdjęte, a ulotki Czesław wrzucił do piecyka żelaznego. On również wyjął drutem ten nieszczęsny list z bukłaka.

 Zakończeniem naszej tragedii była noc 13 kwietnia, kiedy przyszli nocą po całą naszą rodzinę. Było dwóch cywilów - jeden Żyd, a drugi Ukrainiec. Przyprowadzili sowieckiego sołdata z karabinem i kazali nam się pakować. Przeraziłam się - Boże, dlaczego wypędzają nas z naszego domu? Co będzie z nami? Stałam otępiała i nie wiedziałam co pakować. Mama również straciła głowę, płakała. Jedyną osobą opanowaną był Czesiek. On wszystko pakował do walizek, doradzał Mamie co tam wkładać. On wiązał bieliznę i pościel w tobołki. Poza tym przyniósł worki i mnie też kazał wkładać do nich odzież. Utrudniał mu bardzo sołdat z karabinem, który chodził za nim co krok. Nie pozwolił mu zabrać siekiery - widocznie bał się, że Czesiek ma ukrytą broń. Natomiast za mną biegał mój ukochany kot "Żbik". Pytałam Mamę co będzie z kotem, bo przecież nie możemy go zabrać ze sobą. Mama po prostu nie wiedziała, nie miała głowy. Sołdat w pewnej chwili powiedział do Cześka, że musimy komuś przekazać klucze od mieszkania. Ale komu? - Mama wtedy zadecydowała, że jedynie w tej chwili nie są wywożeni chyba biedni Żydzi i podała adres znajomego krawca - niejakiego Abrama Baraczina. Sołdat wysłał po niego tajniaka. Gdy przyszli Mama prosiła Baraczina, ażeby wziął klucze od naszego mieszkania i żeby niektóre rzeczy przekazał naszym krewnym, o ile oni pozostaną w Krzemieńcu. Ja zaraz zwróciłam się z prośbą, ażeby p. Baraczin zaopiekował się moim kotem. Furmanka chłopska już zajechała, więc musieliśmy przy pomocy tajniaków wszystkie rzeczy ładować i odjeżdżać.

Kiedy jechaliśmy przez Krzemieniec na stację ledwo świtało. Patrzyłam na zamglony Krzemieniec. Smutny był to widok - ulice zawalone kupami brudnego śniegu. Na ulicy Korzeniowskiego obejrzałam się na naszą szkołę. Liceum Krzemienieckie z kościołem pośrodku stało okryte we mgle jakby było zapłakane. Nie wiedziałam, że ten widok pozostanie na zawsze w moich oczach, jako ostatni pożegnalny obraz. Nagle błysk myśli: Och, Boże - przecież tak niedawno biegałam po tych ulicach z "Małym Atlasem" w ręku - a teraz, gdzie on jest, zapomniałam go zabrać - no bo i po cóż mi on "tam?" Po plecach przebiegły mi dreszcze, instynktownie przytuliłam się do Mamy, a ona do mnie, byłyśmy takie osamotnione i zagubione. Nagle usłyszałyśmy jakieś krzyki: - "Dawaj po wagonam!" To już była stacja i musieliśmy swoje rzeczy ładować do wagonu, poganiani przez sołdatów. "Bystrej, bystrej!" Po załadowaniu przysiadłyśmy na górnej półce przy oknie. Potem odjechaliśmy. Droga była długa i uciążliwa, wprost straszna. A ja przez zakratowane okienka bydlęcego wagonu patrzyłam na tę obcą ziemię ze ściśniętym sercem. - Boże, gdzie nas wiozą, gdzie? Te myśli nie opuszczały mnie przez całą drogę.






STYCZEŃ 1939


"Koniec roku upłynął w męczącej świadomości, że nic właściwie nie zostało istotnie załatwione, a przyszłość niepewna zmusza do największej czujności i uwagi" - słowa te, pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotował w swoim pamiętniku minister spraw zagranicznych Rzeczpospolitej płk. Józef Beck. Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok spędził on wówczas wraz z małżonką w Monte Carlo, ale jak widać po owym wpisie, niepewny był co do przyszłości.

"Nadchodzi rok nieistnienia. Nadchodzi straszne bezkwiecie. W tym roku wszystkie dziewczęta wyginą niby motyle. Ja pierwsza blednę samochcąc i umrzeć muszę za chwilę i już umieram - o, spojrzyj i już mnie nie ma na świecie" - słowa te również pod datą 1 stycznia 1939 r. zanotowała wówczas 32-letnia Romana Oszczakiewicz, otwierając ową wróżbą tomik poezji Bolesława Leśmiana pt.: "Łąka". Romana była wówczas żoną kapitana Wojska Polskiego Henryka Oszczakiewicza i mamą 7-letniej wówczas Mai.

 


Redakcja "Kuriera Warszawskiego" zamówiła u słynnego astrologa Jana Starża-Dzierzbickiego horoskop na 1939 rok, motywując ów krok stwierdzeniem, iż Starż-Dzierzbicki jako jedyny przepowiedział już w 1935 r. Anschluss Austrii. Jego przepowiednia brzmiała następująco: "Silne dysonansowe wibracje Marsa przedstawiają się na rok 1939 wyjątkowo groźnie. Furia znaku Skorpiona przy połączeniu z księżycem Marsa (promotora wszystkich wojen) osiągnie najwyższe natężenie w początkach maja i międzynarodowy konflikt będzie wisiał wtedy na włosku, (...) wojna jednak nie wybuchnie". Jak Starż-Dzierzbicki twierdził dalej: "Astrologia w niczym nie ogranicza wolnej woli człowieka, a działanie wpływów kosmicznych reprezentuje tylko pewne ogólne tendencje, które zawsze można przezwyciężyć".


"Kurier Warszawski" publikuje odpowiedź polskich pisarzy na ankietę dziennika: "Jak sobie wyobrażasz Polskę i Warszawę za 20 lat - w roku 1959?"




Wacław Grubiński pisze: "Warszawa się zmieni do tego stopnia, że kto by ją dzisiaj opuścił, po powrocie do niej w r. 1959 nie będzie mógł jej poznać. Sprawią to nowe szerokie tętnice, monumentalne gmachy, strzeliste wiadukty, klomby uliczne i skasowanie tramwajów. Rozumie się samo przez się, że kinematograf z roku 1959 będzie dawał całkowite złudzenie rzeczywistości trzywymiarowej, ale jego repertuar pod względem wartości literackiej wyświetlanych utworów nie zmieni się na jotę, ponieważ szerokie masy publiczności zawsze będą tego repertuaru pożądały".





Maria Kuncewiczowa pisze: "Za lat dwadzieścia podobno nie zostanie już ani kropli ropy w Zagłębiu Borysławskim, benzynę całkowicie zastąpi elektryczność. Dwadzieścia lat temu robotnik amerykański chwalił się przed sąsiadami rowerem i wyżymaczką, dziś ma samochód, radio, patefon i lodówkę mechaniczną. Ponieważ nasz robotnik zaledwie w tej chwili przestał się chwalić rowerem i wyżymaczką, właśnie instaluje radio, więc za dwadzieścia lat będzie miał prawdopodobnie samochód i lodówkę mechaniczną. W ciągu tego okresu może runąć teoria kwantów, kilka republik, może powstać w Warszawie salon kosmetyczny, skąd Warszawianie bez różnicy płci i wieku będą wyfruwali na słońce z młodzieńczością skowronków, z gracją ibisów".





Kornel Makuszyński pisał: "Wielkie miasto, ogromne miasto... Kamiennymi ramionami objęło już Otwock Katolicki i Piaseczno. Warszawa. Rok 1959. Dwadzieścia dziewięć milionów słuchaczów otwiera z radosnym pośpiechem aparat telewizyjny: przed złotym mikrofonem, używanym jedynie na największe uroczystości siedzi czcigodny starzec, skończenie wytworny o niezwykle ujmującej powierzchowności, rześki i rumiany. Głosem jeszcze silnym, który nic nie stracił ze swego blasku, nawołuje, żeby stolicę państwa przenieść wreszcie do ogromnego i najpiękniejszego miasta Zakopanego. Starowina bredzi rozkosznie na ten temat przez pół godziny. Wzruszeni słuchacze szepcą z rozrzewnieniem: "Ten Makuszyński przez lat dwadzieścia niczego nowego nie wymyślił. Na mózg mu się rzuciło. Literatura używa nowej pisowni. Dawną, z roku 1937 zmieniono w roku czterdziestym, zaś po latach trzech zarzucono. Obecna jest z rzędu dziewiąta. Zniosła ona te przecinki, które się dawniej stawiało przed "że", "który" i "albo" i obecnie poleca je stawiać po słówkach "że", "który" i "albo". Kropki nad "i" używa się wtedy jedynie, jeśli to "i" ma połączyć wyrazy żeńskie. Nazwy narodów i krajów pisze się wielką literą wtedy tylko, jeśli te kraje mają w Warszawie ambasadorów. W kinematografii roku 1959 dwudziesta szósta część "Znachora" cieszy się zasłużonym powodzeniem. Do kina jednak już się nie chodzi, tylko się w domu odkręca odpowiedni kurasek i puszcza się Smosarską. Słowem: w głowie się mąci na widok niebywałych wynalazków, udogodnień i praktycznych świetności. Wyliczanie ich zajęłoby całą gazetę. W dalszym ciągu jednakże wino wyrabiają z buraków i siarki, chleb z zakalca, kawę z żyta, śmietanę z mąki, masło z margaryny, a serdelki z wyścigowych rumaków".





Franciszek Ossendowski pisze: "Warszawa coraz bardziej staje się ośrodkiem Europy, że na stalowych szlakach podziemnych dworców kolejowych ubiegają się i krzyżują drogi z zachodu, południa, wschodu i północy; pociągi wyrzucają codziennie góry towarów i tłumy cudzoziemskich pasażerów, że cała wymiana pomiędzy zachodem a wschodem, północą a południem przechodzi przez Warszawę. Nad kilkoma lotniskami krążą samoloty, w dzień oświetlone promieniami słońca, w nocy - ogarnięte białymi mackami reflektorów. Na praskim brzegu Wisły, gdzie niegdyś ciągnęły się chaty, wyrosły nowe gmachy towarzystw żeglugowych, składów, chłodni, elewatorów, a białe, niebieskie i czarne kadłuby statków prują wartki prąd rzeki uregulowanej i ujętej w granicach stolicy w sztywne, kamienne wybrzeże o typie szerokiego bulwaru. Na peryferiach i w dzielnicach fabrycznych usunięte zostały beznadziejnie czarne, brudne, do śmietnisk lub kostnic podobne czynszowe kamienice robotnicze, a na ich podwalinach lśnią szybami ukwieconych okien tanie mieszkania w domach współczesnych. Wszystko się zmieniło w Warszawie, nadrzeczna fasada Zamku Królewskiego i plac przed nim z kolumną Zygmuntowską, jarzący się tysiącami ogni bulwar Gdański; wyniosły a tak długo od wzroku ludzkiego okryty pałac Ujazdowski; imponująca powagą swoją dzielnica Marszałka Piłsudskiego; rozległy teren wystawowy, panorama na Pragę z centrum miasta, poszerzone arterie śródmieścia, nowe, artystycznie zabudowane przedmieścia, ulice, place, stadiony, boiska w otoku zieleni i kwietników. Zmiany sięgnęły dalej i głębiej. Kolej podziemna usunęła na zawsze tramwaje; ruch ciężarowy odbywa się w oświetlonych i wentylowanych tunelach; twarde, gładkie jezdnie asfaltowe, zatłoczone samochodami i autobusami, wybiegają na autostrady przecinające kraj we wszystkich kierunkach i łączące stolicę ze stojącymi w zaciszu podmiejskim ogromnymi gmachami wyższych uczelni i instytucji do badań naukowych, gdzie powstała nowa dzielnica "Wiedza". Zmienił się charakter i wygląd ulic warszawskich. Zmazano z mapy stolicy Nalewki, a z nimi razem znikł obcy tłum żydowski. Nowe koleje, porty, stocznie, lotniska, fabryki, melioracja Polesia (Kostek-Biernacki ☝️), ciągła rozbudowa COP-u (takiego przedwojennego CPK), Zaolzia, Śląska, Łodzi, Białegostoku, burzenie i przekształcenie zażydzonych miast, nowe formy gospodarki rolnej, budownictwo szkolne i sanitarne, rekonstrukcja zamków w Krzemieńcu, Trembowli, Olesku, Brzeżanach, Podhorcach, Przemyślu. Umilkły spory, swary, podstępne walki, oszczerstwa i drwiny, gdyż życie i praca nabrały ciągłości i uczciwie wytkniętego celu. Umilkły wyprowadzające z równowagi głuche, niepokojące pomruki wojny, a nad Warszawą, z placu Zbawiciela, widzialny zewsząd, miłościwy i potężny, błogosławiący "urbi et robi" dłoń swoją wznosi posąg Chrystusa w majestacie królewskim".





Światopełk Karpiński pisał: "(List do przyjaciela z roku 1959):
Prosto z lotniska kazałem się zawieść szoferowi w kierunku starej Warszawy. Nie wsiadłem w metro i bardzo żałuję. Zachciało mi się choć przelotnie rzucić okiem na tę osławioną dzielnicę nowoczesną, gdzie nie ma kawiarni, a na ich miejscu są place sportowe, gdzie miast dancingów jest pełno czytelni i tylko kina powspominają czasy mojej młodości. Owszem - zewnętrznie można powiedzieć, że to nawet nieźle wygląda. Wielkie, nowoczesne bloki o ogromnych, płaskich, jak srebrne ryby oknach stoją w przyzwoitej odległości od siebie, nie tłoczą się, a liczne szkielety drzew świadczą, że latem musi tu być pełno tryskającej zieleni. Kazałem omijać szoferowi centrum miasta (Plac Unii Lubelskiej) i ulicą Marszałkowską udaliśmy się w kierunku dworca Głównego. Całe szczęście, że z tej wąskiej uliczki usunięto tramwaje już dziesięć lat temu, bo ruch samochodowy był wprost oszałamiający... Wzruszony do głębi takim dowodem rozmachu i postępu, wysiadłem na chwilę z auta i zacząłem przeglądać się wystawom sklepowym... Od czasu, jak wielkie magazyny powstały w nowej dzielnicy miasta, panorama Marszałkowskiej i Nowego Światu to witryny i neony drobnego warszawskiego kupiectwa... Nie mogłem się powstrzymać, aby nie zajechać na plac Marszałka Piłsudskiego, gdzie tyle czasu spędziłem w modnych wówczas i bardzo tu licznych kawiarniach, kuźniach plotek, snobizmu, intryg, co pomniejszych rybek świata politycznego, literackiego, teatralnego stolicy. Wchodziłem kolejno do każdej i szybko wychodziłem z uczuciem wielkiego smutku... Na poniszczonych meblach siedzieli jacyś starzy ludzie o szarzyźnie emerytów i wpatrzeni w białe żagle gazet rozpostartych tu u ich starczych nosów. Życie odpłynęło w kierunku nowoczesnych dzielnic, ci ludzie pozostali wierni miejscom swojej młodości..."


 Bardzo interesujące prognozy przyszłości Warszawy i Polski? Szkoda że... stało się inaczej 🥲


CDN.

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...