WYŚWIETLENIA

17 października 2025

SŁOWA KTÓRE UCZĄ MYŚLEĆ - Cz. II

CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





Dziś aforyzmy wygłaszane przez... byłych niewolników



EPIKTET




Urodził się ok. 50 roku naszej ery we Frygii, w mieście Hierapolis (należącym wówczas do rzymskiej prowincji Azji), jako syn niewolników i sam los ten odziedziczył. Został następnie kupiony przez Epafrodyta (sekretarza i wyzwoleńca cesarza Nerona), a imię "Epiktet" ("epiktetos") oznaczało właśnie "kupiony". Został wyzwolony wkrótce po śmierci Nerona w roku 68. Będąc jeszcze niewolnikiem (za zgodą swego pana) zgłębiał filozofię stoicką u Muzoniusza Rufusa. Potem przebywał i nauczał w Rzymie aż do roku 93 (notabene, w tymże roku Domicjanowi został przedstawiony Apoloniusz z Tyany - bohater innej serii tematycznej którą rozpocząłem, a którego ja sam zwę kimś w rodzaju pogańskiego Chrystusa. Wcześniej Apoloniusz przebywał już w Rzymie u cesarzy Wespazjana i Tytusa, natomiast w roku 93 miał on prawie lat 90, więc był już starcem), w którym to roku cesarz Domicjan wygnał wszystkich filozofów z Italii, wówczas Epiktet przeniósł się do Nikopolu w Epirze, gdzie również nauczał wielu uczniów. Jednym z nich był późniejszy historyk Arian, który dzięki swym zapiskom (pisanym na bieżąco z wykładów Epikteta), wydał następnie dwie księgi. Pierwszą były "Rozmowy", a drugą "Podręcznik moralności" dzięki którym wiemy czego nauczał Epiktet, a dzieła te wywarły silny wpływ na filozofię Marka Aureliusza - bohatera poprzedniej części tej serii. Filozofia Epikteta skupiała się głównie na moralności, chociaż on sam nie odrzucał ani logiki, ani też innych aspektów filozofii. Zmarł ok. roku 135 w czasie, gdy Rzym przeżywał swój najwspanialszy okres, gdy kultura grecko-rzymska była uważana za jedyną ostoję przed barbarzyństwem, a cywilizacja rzymska wydawała się być nieśmiertelną. Oto wybrane sentencje Epikteta:




"Droga do szczęścia jest tylko jedna, przestać zamartwiać się rzeczami, na które nie mamy wpływu"

"Jeśli chcesz być dobrym człowiekiem, musisz sam uważać się za złego"

"Jeśli chcesz żeby ludzie mówili o tobie dobre rzeczy, sam nie mów źle o innych"

"Opanuj swoje pasje - albo one opanują Ciebie"

"Natura dała ludziom jeden język i dwoje uszu, abyśmy częściej słuchali innych, niż sami mówili"

"Los jest mrocznym więzieniem dla ciała i złem dla duszy. Kto jest wolny w ciele, a nie w duszy, jest niewolnikiem, a ten, kto jest związany fizycznie, a wolny duchowo, jest naprawdę wolny"

"Nie ma nikogo, kto kochając pieniądze, przyjemności i sławę, kocha jednocześnie ludzi. Kocha ich jedynie ten, kto kocha cnotę"

"Jeśli zostaniemy zaproszeni na obiad, jemy to, co nam podają. Tymczasem w życiu żądamy od bogów tego, czego nie mogą nam dać, a poza tym wciąż żądając od nich tego, nie dostrzegamy że i tak już wiele nam dali"

"Ludzie którzy są dumni z tego, co nie jest w naszej mocy, są zabawni. Jeden mówi: "Jestem lepszy od ciebie, mam dużo ziemi, a ty umierasz z głodu". "Jestem byłem konsulem" - mówi drugi. "Jestem prokuratorem" - usłyszysz od trzeciego. "Mam kręcone włosy" - mówi czwarta. Tymczasem koń nie powie do konia: "Jestem lepszy od ciebie, bo mam dużo paszy, mnóstwo owsa, moja uzda jest ze złotym nacięciem, moja derka jest kolorowa", tylko: "Jestem lepszy od ciebie, bo jestem szybszy". Ogólnie rzecz biorąc każde zwierzę jest lepsze lub gorsze wyłącznie według swoich zalet lub wad. Czy naprawdę tylko ludzie nie cenią wartości moralnych? Czy naprawdę powinniśmy zwracać uwagę tylko na ubiór, włosy i pochodzenie?"

"Zadaj sobie pytanie czego chcesz: bogactwa czy szczęścia? Jeśli jest bogactwo, wiedz, że nie jest ono ani dobre, ani nie jest w twoich rękach. Jeśli szczęście istnieje, upewnij się, że jest ono dobre i jest w twojej mocy, gdyż los daje nam okazję na bycie szczęśliwym tylko przez chwilę, lecz to od nas samych zależy jak długo ta chwila potrwa"

"Jeśli zobaczysz żmiję, jadowitego węża lub skorpiona w pudełku z biżuterią z kości słoniowej lub złota, nie będziesz ich kochał i nie będziesz chciał ich mieć, a zaczniesz na nie patrzeć z obrzydzeniem, jak na jadowite zwierzęta. Tak więc, gdy spotykasz bogatych ludzi, hojnie obdarzonych przez los, ale okrutnych i złośliwych, nie raduj się ich pięknym wyglądem, ale gardź nimi za ich wady"

"Kiedy jesteś na kolacji pamiętaj, leczysz dwóch gości - ciało i duszę. To, co dasz swojemu ciału, wkrótce stracisz, ale to, co dasz swojej duszy, pozostanie z Tobą na zawsze"

"Spójrz na osobę, z którą rozmawiasz z trzech punktów widzenia. Uważaj ją albo za lepszą od siebie pod względem rozwoju umysłowego, albo za gorszą, lub równą tobie. Jeśli jest mądrzejsza, słuchaj jej i bądź posłuszny; jeśli jest głupsza, sam jej doradź; a jeśli dorównuje ci inteligencją, zgódź się z nią. Mając to na uwadze, nigdy nie przyzwyczaisz się do kłótni"

"Prawda zwycięża sama, opinia zwycięża dzięki innym, zatem lepiej zgodzić się z prawdą i porzucić fałszywą opinię, niż zgodziwszy się z fałszywą opinią, dać się pokonać prawdzie"

"Lepiej żyć z jedną osobą o wysokiej duszy, być spokojnym i niezależnym, niż prowadzić nędzne życie w towarzystwie wielu"

"Czego nie życzysz sobie, nie życz innym. Jeśli nie pragniesz być niewolnikiem, nie zamieniaj też i innych w niewolę. A skoro nie możesz obejść się bez usług niewolników, to sam też jesteś niewolnikiem"

"Kiedy zapytano właściciela statku Lampidasa, jak to jest zdobyć bogactwo, odpowiedział: "Wielkie bogactwo jest łatwe, ale małe pieniądze są trudne do zdobycia"

"Kiedy Pittakus zapytał milczącego przy stole Solona dlaczego się nie odzywa - czy to dlatego, że nie znalazł tematu do rozmowy, czy też z głupoty. Otrzymał odpowiedź: "Żaden głupiec nie może milczeć przy stole"

"Nie dekoruj ścian swego domu marmurem eubejskim czy spartańskim - udekoruj serca swych współobywateli i ich władców owocami greckiego oświecenia. Bowiem to nie kamienie i drewno stanowią fundament państwa, lecz umysły jego obywateli"

"Aby Słońce wzeszło, nie potrzeba do tego ani modlitw ani zaklęć. Nie oczekuj więc że oklaski i pochwały okażą się dobre, abyś czynił dobre uczynki. Czyń dobre uczynki dobrowolnie i bez inspiracji, a będziesz kochany jak słońce"

"Podobnie jak statek nie stoi sam na kotwicy, tak i życie nie opiera się jedynie na nadziei"

"Lepsza jest śmierć, niż haniebne życie"

"Pyrron powiedział że nie ma różnicy pomiędzy życiem a śmiercią, a zapytany dlaczego nie chciał umrzeć, odpowiedział: "Ponieważ życie i śmierć to to samo"

"Czego nie należy robić, tego nie rób nawet w myślach"

"Unikaj przyjaźni złych ludzi i wrogości dobrych ludzi. W chwili nieszczęścia poznasz przyjaciela, a wroga zdemaskujesz"

"Czy mądrym jest ten, kto rozmawia z wieloma filozofami? A czy bogatym staje się ten, kto przystaje z bogaczami?"

"Szczęście, podobnie jak jesienne owoce należy zbierać na czas"



EZOP




Starożytny grecki bajkopisarz, ojciec gatunku baśniowego. Bez niego nie byłoby ani bajek la Fontaine, ani Krasickiego. Jego twórczość została rozpropagowana (i zyskała ogromną sławę) dzięki rzymskiemu bajkopisarzowi Fedrusowi. Ezop żył w VI wieku p.n.e. na wyspie Samos i również był niewolnikiem a potem wyzwoleńcem. Fizycznie był po prostu brzydki, jego twarz pokrywała liczne blizny, a na plecach nosił sporej wielkości garb, jednak miał w sobie dar opowiadania najróżniejszych historii i gdy tylko wchodził do karczem, ludzie gromadzili się wokół niego, aby posłuchać kolejnej opowieści. Ezop należał do Ksantosa - filozofa z Samos, ale wielokrotnie pozwalał sobie na kąśliwe uwagi wobec swego pana, jego małżonki i wielu innych osób, wcześniej jednak był niewolnikiem we Frygii (gdzie też narodził się poprzedni nasz bohater Epiktet). Jego poprzedni pan wysyłał go do ciężkich prac rolnych, a ten, który nadzorował niewolników pracujących na roli, widząc kalectwo Ezopa naśmiewał się z niego i często zlecał mu najgorsze prace. Ezop w milczeniu znosił swój los, aż pewnego razu w tamte rejony zapuściło się dwóch zdrożonych kapłanów bogini Artemidy z Efezu. Ten poczęstował ich chlebem i dał im wody, za co mu podziękowali, gdyż od wielu dni byli w drodze i nic nie jedli, a żegnając się poprosili Artemidę aby dała Ezopowi szczęście. Mijały dni, a Ezop wciąż znosił swój ciężki los niewolnika na roli, widząc jak karbowy traktuje resztę niewolników. Pewnego dnia jednak, gdy tamten pobił innego niewolnika, Ezop powiedział że poskarży się panu, iż odbierając siły i zdrowie temu niewolnikowi, jednocześnie umniejsza dochody swego właściciela. Karbowy się przeraził i pierwszy doniósł właścicielowi aby czym prędzej sprzedał Ezopa, choćby nawet za połowę ceny. Właściciel wyraził na to zgodę i kazał karbowemu aby sprzedał go handlarzowi niewolników na rynku. Handlarz niewolników nie widział sensu kupować niepełnosprawnego niewolnika, ale ostatecznie karbowy przekonał go i za jedynie 3 obole Ezop zmienił właściciela. Handlarz niewolników wystawił go na rynku wraz z innymi, których również zamierzał sprzedać z zyskiem.

Zjawił się tam filozof Ksantos i podchodząc do jednego z młodzieńców (którzy stali obok Ezopa) zapytał go: "Co umiesz robić?". "Wszystko!" - odparł młodzieniec. Podszedł teraz do Ezopa i zadał mu to samo pytanie, na co ten odrzekł: "Nic!" (To jak w tym dowcipie: szef pyta swojego pracownika "Jest coś, co robisz szybko?", na co ten odpowiada "Szybko się męczę!" 😂). Zdziwiony Ksantos zapytał: "Jak to nic?", na co Ezop odparł, wskazując na młodzieńca: "Ten oto odebrał mi wszystko, dlatego mnie już nic nie zostało". Ksantosowi spodobała się ta wypowiedź i nabył Ezopa za 60 oboli, ale w drodze do domu zapytał go: "Co ja właściwie z ciebie będę miał?", "stracha na wróble" - odparł Ezop. Ksantos miał żonę, która była niezwykle wykwintną, lecz zjadliwą kobietą i co chwila odgrażała się swemu mężowi że rozwiedzie się z nim i zabierze posag, który wniosła do tego małżeństwa. Ezopa również powitała bardzo nieprzyjemnie, dlatego też postanowił ją ukarać. Przyszedł jednak czas że Ksantos postanowił opuścić Frygię i przenieść się do ojczyzny swej żony - do Jonii. Niewolnicy oczywiście musieli zająć się przenoszeniem dobytku, a Ezop jako nowo nabyty, miał prawo wyboru tego, co chce nieść. Wszyscy sądzili że wybierze najlżejszy pakunek, ale on sięgnął po kosz z owocami, który był dosyć ciężki. Inni niewolnicy śmiali się z niego i nazywali go głupcem, ale Ksantos stwierdził że Ezop nie jest głupcem, tylko jest gorliwym niewolnikiem i polecił reszcie aby brali z niego przykład. Ezop jednak nie był ani głupcem, ani gorliwcem, po prostu inteligentnie podszedł do sprawy. Wziął ze sobą kosz pełen owoców, zdając sobie sprawę, że owocy z tego kosza będzie ubywać wraz z podróżą i tak też się stało, ostatecznie więc niósł pusty kosz, śmiejąc się teraz z reszty niewolników. Na Samos żyło się Ezopowi wygodnie i dobrze, a czas upływał mu od przyjęcia do przyjęcia, gdyż Ksantos i jego żona często gościli u siebie znajomych i przyjaciół. Pewnego razu gdy goście zostawili pełny gościniec (czyli po prostu podarki dla pana domu), Ksantos polecił Ezopowi, aby zaniósł gościniec jego małżonce, dodając "Oddaj to mojej najwierniejszej". Ezop uznał że oto przyszedł czas zemsty na zrzędliwej żonie Ksantosa i przynosząc podarunki rzekł: "Pani, twój mąż polecił mi oddać te dary jego najwierniejszej", po czym wysypał je przed leżącą u stóp kobiety suką. Żona Ksantosa obraziła się i stwierdziła że wraca do domu rodziców. Kazała też małżonkowi przygotować swój posag, a ten przerażony (gdyż nie dysponował takimi pieniędzmi) skarcił Ezopa że nie uczynił tak, jak mu przykazał. Ezop odparł jednak, że zrobił dokładnie to, co polecił mu Ksantos, dodając że jego małżonka nie jest wcale jego najwierniejszą, skoro przy każdej błahostce grozi, że go zostawi i odbierze swój posag. Ksantos jednak wciąż był zły, gdyż jego małżonka rzeczywiście się wyprowadziła i polecił on Ezopowi aby sprowadził ją teraz z powrotem. Ten odrzekł: "Jutro twoja żona wróci do ciebie!", a nazajutrz udał się na rynek, gdzie zakupił ryb, owoców i mięsiwa i z tym wszystkim przechodził koło domu rodziców kobiety. Na ich zapytanie po co niesie owe smakołyki, odparł: "Mój pan urządza wesele". Gdy usłyszała to żona Ksantosa, natychmiast pobiegła do jego domu, żądając wyjaśnienia dla kogo organizuje to wesele. "Dla ciebie kochanie" - odparł Ksantos. Potem odprawiono ucztę z okazji powrotu żony Ksantosa do domu, a Ezop również wziął w niej udział. Stosunek małżonki znacznie też się zmienił, gdy zobaczyła jak bardzo zależy Ksantosowi na niej, a ten uradowany obiecał Ezopowi wolność, ale... szybko o tym zapomniał.




Niedługo potem wydarzyło się pewne zjawisko, które bardzo zaniepokoiło obywateli Samos, a mianowicie orzeł porwał pieczęć państwową, a następnie wypuścił ją ze swych szponów i spadła ona pod nogi niewolnika. Nikt nie wiedział co ta wróżba miałaby znaczyć, posłano więc po Ksantosa, który jako filozof i mędrzec powinien odgadnąć co bogowie chcieli przekazać tym aktem. Ten jednak stwierdził że już dawno przestał zajmować się wrożbiarstwem, ale ma u siebie w domu niewolnika, który potrafi przewidzieć zamiary bogów i kazał posłać właśnie po Ezopa. Ten odrzekł że wyjaśni wszystkim tu zebranym sens owej przepowiedni, pod jednym wszakże warunkiem - pragnie wolności, gdyż, jak stwierdził, nie może być tak, aby niewolnik był mądrzejszy od swego pana. Ksantos jednak nie chciał wyzwolić Ezopa, choć potęgowały się dokoła głosy "wyzwól go!" i dopiero gdy prytan (najwyższy urzędnik publiczny na Samos) zagroził że sam wyzwoli Ezopa mocą państwa, Ksantos wreszcie zgodził się i obdarzył wolnością swego niewolnika. Teraz, będąc już jednym z obywateli Samos, Ezop stwierdził że orzeł jest symbolem króla, gdyż królowie noszą właśnie wizerunek orła na swych sztandarach. "Współobywatele! Potężny wschodni król zawładnie naszą wolnością obywatelską i popadniemy w niewolę" - rzekł Ezop do zgromadzonych. Jakiś czas potem na Samos przybyli posłowie od króla Lidii - Krezusa, z żądaniem "aby wzorem mieszkańców Miletu, sąsiadów waszych" również Samos płaciła mu daninę, w przeciwnym razie niech wyspiarze gotują się na wojnę z nim. Prytan znów zebrał obywateli i nie wiedząc co czynić, zapytano Ezopa, czy lepsza jest droga wolności - grożąca wojną, czy droga niewoli - ale gwarantująca bezpieczeństwo. Ten odrzekł: "Współobywatele! Ja sam byłem niewolnikiem i powiem wam, że droga wolności uciążliwsza jest z razu i stroma, ale im dalej, tym lżejsza się okazuje. Droga niewoli przeciwnie z początku bywa gładka i przyjemna, ale im dalej, tym ciernista i cięższa się okazuje" (to prawda, tak samo było w czasie zaborów. Początkowo było wszystko ładnie, pięknie i choć oczywiście zaborcy już od początku wprowadzali swoje własne prawa w rozdartej na trzy części Rzeczpospolitej, to jednak nie było wynaradawiania, nie było germanizowania na siłę czy rusyfikacji - to wszystko pojawiło się dopiero z czasem, w kolejnych latach i dekadach, aż ostatecznie w tak zwanym "Priwislinije" nie wolno było nawet na ulicy mówić po polsku. Podobnie było w zaborze pruskim, gdzie język polski był skrupulatnie rugowany z wszelkich miejsc i urzędów. A droga wolności? No cóż, Wojna o Niepodległość, Wojna z bolszewikami, ciężkie przyprawy - prawda, mnóstwo krwi i trudów, ale udało się! Odzyskaliśmy Niepodległą, mieliśmy naszego Orła Białego i nasze dzieci nie musiały uczyć się w szkole parszywej mowy rosyjskiej czy niemieckiej na siłę, mogliśmy żyć tak, jak nam się podobało i budować naszą siłę i potęgę tak, jak na to zasługiwaliśmy. Czyli ta chwila trudu była balsamem dla przyszłych pokoleń).






Tak więc mieszkańcy Samos postanowili się bronić, a Ezop jeszcze wielokrotnie udzielał im rady. Zawsze jednak czynił to nie bezpośrednio, tylko w postaci jakiejś bajki lub przepowiedni. Gdy król Krezus dowiedział się że na Samos obywateli podburzył niejaki Ezop, wysłał ponownie swych posłów na wyspę, z propozycją iż znacznie obniży im daninę, jeśli tylko wydadzą mu Ezopa. Mieszkańcy zebrali się więc na naradę i wiele było takich głosów, aby wydać Ezopa by ocalić pokój i jednocześnie nie narazić się na niewolę. Ezop wówczas rzekł do nich: "Niegdyś wilki toczyły wojnę z owcami. Owce wiele wycierpiały na tej wojnie, ale toczyły ją z powodzeniem, gdyż pomagały im psy -owczarki, które bacznie śledziły wilki i nie dopuszczały ich do owiec. Wtedy wilki zaoferowały owcom pokój, pod warunkiem że wydadzą im owczarki. Owce w swej głupocie wydały wilkom owczarki, a te je rozszarpały. Następnie wydały owcom kolejną wojnę i ci nie mając już obrońców, również ulegli wilkom i skończyli jako ich obiad". Obywatele Samos postanowili że nie wydadzą Ezopa Lidyjczykom, ale ten (aby nie prowokować króla i nie zachęcać go do wojennych planów) postanowił sam, z własnej woli udać się do Sardes. Gdy przybył na dwór Krezusa, ten zamierzał go skazać na śmierć, ale wcześniej Ezop uprosił króla, by ten pozwolił mu opowiedzieć jedną bajkę. Ezop rzekł więc: "Rolnik zbierał szarańczę, która oblepiła jego pole i zamierzał wrzucić ją w ogień. Wtem, z roju szarańczy dobył się głos konika polnego - "Ulituj się człowieku, ja kłosom nie sprawiam szkody, ja żyję rosą niebieską i rozweselam swą pieśnią przechodniów podczas letniego upału". Rolnik postanowił oszczędzić konika polnego i od tej pory miał codzienny koncert pod swymi oknami, gdyż konik polny w ten sposób odwdzięczał się swemu dobroczyńcy. Krezus - słysząc tę opowiastkę - również postanowił darować życie Ezopowi, twierdząc, że los obdarzając go tak szpetnym obliczem, już wystarczająco go ukarał. Powiedział nawet że Ezopa nagrodzi i ten miał prawo do jednego życzenia. Ezop upadł przed królem na kolana i poprosił go o pokój dla Samos. Krezus się zgodził, a Ezop wrócił na wyspę, informując obywateli że nie grozi im już ani wojna, ani niewola ze strony Lidyjczyków. "Wy obdarzyliście mnie wolnością, więc i ja przynoszę wam wolność" - miał rzec Ezop. Obywatele ogłosili Ezopa swym wybawicielem i przyznali mu najróżniejsze zaszczyty, ale ten ich nie przyjął. Podziękował wszystkim i wyruszył w podróż po Helladzie, Tracji, Egipcie, Babilonii i kilku innych krajach - ale to już jest opowieść na zupełnie inny temat. Warto tutaj tylko jeszcze nadmienić, że Ezop zginął, będąc zrzuconym z urwiska (być może kiedyś jeszcze o tym opowiem). A wracając do sentencji tego oto człowieka, to brzmiały one następująco:


"Nie wstydź się zdobywać wiedzy nawet będąc starym. Lepiej bowiem uczyć się późno niż wcale"

"Osła można rozpoznać nawet w skórze lwa po jego krzyku"

"Prawdziwego przyjaciela poznaje się w nieszczęściu"

"Jeśli ktoś ma szczęście, nie zazdrość mu, ale raduj się razem z nim, a jego szczęście będzie twoje"

"Strach łagodzi przyzwyczajenie"




CDN.
 

14 października 2025

POST-ATOMOWA RZECZYWISTOŚĆ

CZYLI MIKROŚWIAT PO ATOMOWEJ APOKALIPSIE





Jakiś czas temu czytałem, że rosyjskie bomby jądrowe po raz ostatni wymieniano trzydzieści lat temu (i wtedy też przeprowadzono ostatnie testy tej broni), a to oznacza, że broń ta w rosyjskich realiach jest już mocno przestarzała i nie nadająca się do użytku (gdyż żywotność głowic nuklearnych wynosi mniej więcej jakieś dwadzieścia lat). Cóż, nawet jeśli to prawda i broń ta jest już nie nadającą się do użytku, to jednak warto by się zastanowić jak wyglądałby świat po atomowej apokalipsie. Nie chodzi mi jednak o świat rozumiany w kategoriach globalnych czy kontynentalnych, ale o ten nasz najbliższy mikroświat. Jak wyglądałyby domy, które uniknęłyby bezpośredniego zniszczenia, ale jednak zostałyby opuszczone ze względu na wysokie promieniowanie jądrowe i jak wyglądałaby najbliższa okolica po takim właśnie ataku? Proponuję więc małą podróż po już istniejących w rzeczywistości podobnych miejscach-widmach, opuszczonych przez ludzi i pozostawionych na łaskę warunków atmosferycznych i nieubłaganego czasu. 

Oto kilka z takich obrazków:
































 A TO JUŻ WIZJA ARTYSTYCZNA























13 października 2025

MEMORIAM - Cz. VIII

MITRYDATES - MARIUSZ - SULLA 
CZYLI NIEKOŃCZĄCA SIĘ WOJNA





 "KRÓL NAD RZYMEM (...) 
FORUM POKRYJE SIĘ NAMIOTAMI (...) 
NIELICZNI DOSTĄPIĄ WYSP SZCZĘŚLIWYCH"

 FRAGMENT WRÓŻBY Z KSIĄG SYBILLIŃSKICH Z CZASÓW I WOJNY DOMOWEJ GAJUSZA MARIUSZA i LUCJUSZA KORNELIUSZA SULLI



Rządy Sulli nad Rzymem nie były nazbyt dokuczliwe dla pozostałych w mieście przeciwników politycznych ze stronnictwa mariańskiego (czyli od Gajusza Mariusza - przywódcy popularów). Lucjusz Korneliusz Sulla, choć miał charakter zmienny (niekiedy za drobnostki potrafił wydawać wyroki śmierci, a za przewinienia poważne, jak choćby otwarte wystąpienie przeciw jego projektom - wyjątkowo pobłażliwy i puszczający wszytko w niepamięć), stał na straży przestrzegania prawa rzymskiego, a przynajmniej próbował zachować fasadę praworządności, istniejącą w warunkach wojny domowej. Dlatego też prócz ogłoszenia Gajusza Mariusza i Sulpicjusza Rufusa wrogami ludu - a tym samym skazaniem ich na śmierć i konfiskatą ich mienia, nie było większych przykładów politycznej zemsty na popularach (po wkroczeniu Sulli do miasta znaczną ich część wymordowano w ramach publicznych proskrypcji). Celem Sulli było utrzymanie nie tyle władzy osobistej (choć oczywiście sam siebie widział nie tylko w roli zbawcy i reformatora państwa, ale wręcz... króla, jako że wróżby ksiąg sybillińskich w tym czasie głosiły że "nad Rzymem" objawi się król) ile zakonserwowanie rządów arystokracji senatorskiej. W tym właśnie celu pozbawił on trybunów ludowych ich prerogatyw, przedkładania wniosków pod głosowanie na Komicjach (Zgromadzeniach Ludowych) Centurialnych, Tribusowych i Consilium Plebis, jeśli wcześniej nie uzyskali oni na to zgody Senatu. Podobnie było z reformą Zgromadzeń Ludowych, tutaj też doszło do radykalnej zmiany w postaci wysunięcia na pierwsze miejsce Komicjów Centurialnych (głównie zajmujących się wyborem urzędników, sprawami gospodarczymi i polityką zagraniczną) nad Komicjami Tribusowymi (gdzie głosowano nad wszelkimi reformami ustrojowymi i gdzie w ogromnym stopniu liczył się głos mas uboższych Rzymu) oraz Consilium Plebis (Zgromadzenie Ludowe samych plebejuszy, choć ich uchwały obowiązywały wszystkich mieszkańców miasta, posiadało ono uprawnienia podobne do Komicjów Tribusowych. Na Consilium Plebis wybierano też trybunów ludowych). Jednak decyzje Komicjów Centurialnych musiały mieć również aprobatę Senatu. Sulla zajął się też regulacjami prawnymi, mającymi określić górną granicę odsetek, która miała teraz wynosić maksymalnie 10% od całej pobranej sumy.

Z Rzymu (przed wkroczeniem tam wojsk Sulli stacjonujących w Noli), uciekła jedynie niewielka część popularów, większość z nich pozostała w mieście. Sulla nie mścił się na nich (tych których pragnął wymordować, już wymordował), jego celem było tylko ugruntowanie władzy Senatu (a co za tym idzie swojego stronnictwa optymatów - czyli "najlepszych", wywodzących się z rodów senatorskich i tworzących elitę zwaną nobilitas - co oczywiście nie oznacza że popularzy to była "partia" złożona z "ludowców", to również byli nobile - często potomkowie sławnych i starych rodów arystokratycznych, jedynie inaczej rozkładali swoje polityczne akcenty, stawiając na pierwszym miejscu rolę Zgromadzeń Ludowych i zwiększenia kompetencji trybunów) oraz jak najszybszy wyjazd na Wschód, gdzie król Pontu - Mitrydates VI doprawdy zaczął poczynać sobie nad wyraz zuchwale. Dlatego też pozwolił popularom nie tylko pozostać w Senacie, ale zupełnie nie zaangażował się w wybory urzędników na kolejny rok (87 p.n.e.). To spowodowało że popularzy zaczęli przeciw niemu konspirować. Najpierw sieć anty-sullańskiego spisku została zawiązana w Senacie. Był to tajny pakt senatorów wywodzących się właśnie ze stronnictwa popularów, którego celem było pozyskanie szerokiego poparcia mas Rzymu i Italii, aby przeprowadzić zaciąg wojskowy i pozbawić tej "morwy mąką posypanej" (jak nazywano Sullę ze względu na jego chropowatą cerę twarzy) wszelkiego wpływu na władzę. Podjęto się więc akcji agitacyjnej wśród plebsu, obiecując mu gruntowną poprawę położenia ekonomicznego po zdobyciu władzy. Przywódcą popularów w mieście był wówczas niejaki Lucjusz Korneliusz Cynna, wywodzący się ze starego arystokratycznego rodu Korneliuszy, którego początki niknęły jeszcze w czasach królewskich (wywodził się bowiem z tej samej linii rodowej co Sulla, podzielonej jednak na przestrzeni poprzednich wieków). Być może więc to o jednym z nich mówiła Sybilla, mając na myśli: "króla nad Rzymem", a przynajmniej obaj chcieli w to na swój sposób wierzyć.




Cynna obiecywał więc na Zgromadzeniach Ludowych przywrócenie ustaw Sulpicjusza Rufusa, zyskał też znaczne wsparcie Italików, gremialnie w tych dniach przybywających do Rzymu i coraz głośniej domagających się reformy wyborczej, polegającej na wpisaniu ich do wszystkich 35 tribus wyborczych, a nie tylko do 8 im wyznaczonych tribus miejskich (ustawa ta została przygotowana kilka miesięcy wcześniej, jeszcze przez Publiusza Sulpicjusza Rufusa, ale wówczas nie weszła w życie), gdzie ich głosy utraciłyby jakąkolwiek wagę (głosowano bowiem, licząc głosy poszczególnych tribus, tak więc nawet jeśli Italikowie uzyskaliby większość w owych ośmiu miejskich tribus, to i tak nie mogliby nic zmienić jeśli pozostałe 27 tribus byłoby przeciw. Przegrywaliby zatem głosowania mniejszością przypisanych im tribus - czyli jednostek administracyjnych). Tak więc Zgromadzenia Ludowe zostały opanowane przez zwolenników popularów, a co za tym idzie wybory na urzędy publiczne (na rok 87 p.n.e.) były łatwe do przewidzenia. Kandydaci optymatów - osobiście wspierani przez Sullę, ponieśli spektakularne klęski. Tak było w przypadku zarówno Noniusza (siostrzeńca Sulli) jak i Serwiliusza, którzy przegrali z przedstawicielami popularów w sposób dość upokarzający (głosów oddanych na nich było niewiele). Sulla oczywiście robił dobrą minę do złej gry, twierdząc że to on przywrócił ludowi wolność polityczną, z której lud teraz korzysta. Wybory zakończyły się więc porażką stronników Sulli i doszło do paranoidalnej sytuacji w wyniku której Rzym był opanowany przez siły optymatów, natomiast władza polityczna w mieście (w wiekszości) należała do popularów. Co prawda udało się sullańczykom uzyskać jeden konsulat dla Gnejusza Oktawiusza (był to ród spokrewniony z rodem pierwszego rzymskiego princepsa - Oktawiana Augusta, z tym że linia rodowa Oktawiuszy w których dominowało imię Gnejusz, była arystokratyczna i bardzo majętna oraz popierała optymatów, zaś linia Oktawiuszy w której dominowało imię Gajusz - znacznie uboższa i wspierała popularów) i kilku trybunów ludowych, ale drugim konsulem został mariańczyk - Lucjusz Korneliusz Cynna.




Cynna jednak nie był głupi, wiedział że nie może w pełni realizować swojej polityki, póki w Rzymie pozostaje Sulla (który ma do dyspozycji wojsko), dlatego też sprawiał wrażenie neutralnego, a nawet złożył uroczystą przysięgę na Kapitolu, że będzie wspierał Korneliusza Sullę i jego zwolenników (ponoć miał przy tym odegrać teatrzyk, biorąc do ręki kamień i sam zagroził sobie klątwą jeśli nie dotrzyma złożonej przysięgi, to zostanie wygnany z miasta tak, jak ten kamień, który efektownie cisnął przed siebie). Była to jednak tylko gra pozorów, bo zaraz po wyjeździe Sulli z Rzymu, Cynna złamał dane słowo i całkowicie zmienił swoją politykę. Nim jednak Sulla (jako prokonsul) opuścił miasto, postanowił unieszkodliwić swego towarzysza broni Gnejusza Pompejusza Strabona (ojca późniejszego triumwira i wielkiego przegranego w wojnie domowej z Cezarem - Gnejusza Pompejusza Wielkiego). Pompejusz Strabon był bowiem bardzo nieprzystępną osobą. Dobry i dzielny wódz, ale jako człowiek wybitnie odpychający, wręcz można powiedzieć że powszechnie znienawidzony przez Rzymian (w przeciwieństwie do jego syna - Pompejusza Wielkiego, który znów był bardzo popularny i cieszył się powszechną życzliwością ludu). Sulla odebrał mu dowództwo nad armią stacjonującą w Galii Przedalpejskiej, przekazując komendę nad tamtejszymi legionami w ręce konsula (roku 88 p.n.e.) Kwintusa Pompejusza Rufusa (kolejny przykład jak bardzo rzymskie rody się rozwarstwiły). Strabon jednak nie dał sobie odebrać dowództwa i kazał żołnierzom... zamordować Rufusa. Tak też się stało, ale w kilka miesięcy później Pompejusz Strabon (już podczas powrotu Mariusza z Afryki w 87 r. p.n.e.) zginął rażony piorunem w czasie burzy. W Rzymie powiadano że była to kara bogów za jego zbrodnię i zły charakter (ponoć jego zwłoki leżące na marach zostały zbezczeszczone, a wcześniej ciało niesione na noszach, niby przez przypadek co najmniej raz upadło na ziemię). Teraz młody, zaledwie 19-letni Gnejusz Pompejusz stał się głową swego rodu (choć wówczas bardziej niż wojaczka, interesowały go głównie romanse - jak choćby z prostytutką o imieniu Flora, z której wdzięków korzystał również arcykapłan Cecyliusz Metellus - ozdabiając jej posągami świątynię Dioskurów, a także zlecając dla siebie obraz z nią jako Wenus).




Po uporządkowaniu spraw w samym Rzymie, Sulla postanowił wyjechać do Grecji na wojnę z Mitrydatesem pontyjskim. A tymczasem, gdy tylko sullańskie legiony opuściły miasto, konsul Cynna zrzucił skrywaną dotąd maskę wiernego sprzymierzeńca i... otwarcie zaatakował prokonsula Sullę. Oskarżył go przed Senatem o złamanie prawa (jakim było wprowadzenie do Rzymu wojska) a jako oskarżyciela powołując trybuna ludowego (również ze stronnictwa popularów) Werginiusza. Aby podkreślić swoją siłę zmobilizował część miejskiego plebsu, część niewolników (którym obiecał wolność) oraz Italików przybyłych do miasta i przy ich pomocy opanował Forum Romanum. Następnie zwołał Zgromadzenie Ludowe, na którym miano postawić Sullę w stan oskarżenia. Doszło wówczas do niezwykle krwawej bitwy o rostra, które pragnął opanować Cynna. Zwolennicy konsula przyszli bowiem z ukrytymi sztyletami, chcąc siłą wymusić na zebranych posłuszeństwo, ale drugi konsul - Gnejusz Oktawiusz również się tam zjawił, mobilizując niechętnych Italikom Rzymian. Doszło do bitwy o rostra, która (pomimo liczebnej przewagi zwolenników Cynny) zakończyła się zwycięstwem Oktawiusza i ucieczką Cynny z miasta. Tysiące trupów wypełniło zaś Forum, a kapłani wznosili modły do bogów, przepowiadając katastrofę państwa i przytaczając wróżby Sybilli, iż całe "Forum pokryje się namiotami". Teraz Oktawiusz przeprowadził wniosek, uznający Cynnę i jego zwolenników za "wrogów ludu", zaś nielicznych niewolników, którzy przy nim stanęli ukarał śmiercią. A tymczasem wypędzeni z Rzymu popularzy rozeszli się po miastach Italii szukając zwolenników. Sam Cynna udał się do Kapui, gdzie poparły go tamtejsze oddziały rzymskie, zaś inni do Tiburu, Praeneste, Noli i wielu innych miast Italii. Wszędzie mobilizowali zwolenników i szykowali się do powrotu do Rzymu.




A tymczasem przebywający na wyspie Cercynie Gajusz Mariusz zgromadził wokół siebie 1 000 żołnierzy i (po uzyskaniu wieści z Rzymu o działaniach Cynny oraz innych popularów w Italii), postanowił czym prędzej wracać do Rzymu (pewny wypełnienia się przepowiedni, mówiącej iż czeka go jeszcze siódmy konsulat). Armia którą prowadził, składała się głównie z uciekinierów z Rzymu oraz niewolników (w mniejszej części z weteranów z Afryki), lecz on wierzył że po przedostaniu się do Italii, natychmiast zmobilizuje wokół siebie niezadowoloną z nowych porządków ludność. Opuścił więc niegościnną ziemię afrykańską i płynął w kierunku ojczystych ziem. Wylądował w Etrurii, gdy Korneliusz Cynna zebrał pod swoim dowództwem kilka legionów (złożonych zarówno z Rzymian jak i z Italików) i na ich czele rozłożył się obozem pod Rzymem. Tymczasem w samym mieście konsul Oktawiusz zlecił naprawę umocnień miejskich (mury serwiańskie w większości nie nadawały się już do użytku, więc kopano rowy i budowano prowizoryczne umocnienia, głównie drewniane). Polecił także stacjonującemu w Galii Przedalpejskiej - Gnejuszowi Pompejuszowi Strabonowi (jeszcze przed jego śmiercią) czym prędzej przybywać do Rzymu, ratując miasto. Cynna zaś, zdając sobie sprawę z tego zagrożenia, postanowił uniemożliwić Pompejuszowi to zadanie - mordując go w jego własnym obozie. Zadanie to zlecił do wykonania niejakiemu Lucjuszowi Terencjuszowi (obiecując mu wysoką nagrodę), który miał zamordować zarówno samego Pompejusza Strabona, jak i (przebywającego wówczas w obozie) jego syna - Gnejusza Pompejusza. Nim jednak doszło do zamachu, ktoś wcześniej poinformował o nim młodego Pompejusza, który nie zdradzając się do końca, przedsięwziął środki bezpieczeństwa. Otoczył namiot ojca podwójną strażą, sam zaś wymknął się ze swojego, oczekując co będzie dalej. I tak nocą do jego namiotu wszedł z mieczem w dłoni ów Terencjusz, który myśląc że młody Pompejusz śpi w łożu, zadał nim kilka ciosów w materac. Wówczas został nakryty, obezwładniony i stracony. 


MŁODY...



... I STARY GNEJUSZ POMPEJUSZ WIELKI



Jednak wykrycie spisku wcale nie rozwiązało sprawy, jako że wkrótce powstały w obozie niesnaski, spowodowane niechęcią do wojny z przybyłym z Afryki Gajuszem Mariuszem, którego tutaj, w Galii Przedalpejskiej pamiętano jako wybawcę spod barbarzyńskiego jarzma. Doszło do tego, że wojsko wręcz chciało się zbuntować i wymówić posłuszeństwo niepopularnemu Strabonowi, wówczas to jego syn, młody Pompejusz (zwany następnie Wielkim), przemówił do żołnierzy z takim zapałem, iż większość wróciła pod komendę Strabona (jedynie 800 legionistów pozostało nieprzekonanych). Wkrótce potem Strabona trafił piorun podczas burzy i niebezpieczeństwo dla popularów z jego strony samo się rozwiązało. Gdy zaś Mariusz przybył do brzegów Etrurii, jego legenda podążała przed nim. Gdziekolwiek by się nie udał, tam zdobywał rzesze zwolenników i mobilizował chętnych do walki. Ten siedemdziesięcioletni, schorowany starzec (cierpiał na silne bóle reumatyczne, które powodowały iż często nie był w stanie stać, nie mówiąc już o chodzeniu), miał taką charyzmę i taki otaczał go nimb wielkości, że ludzie lgnęli ku niemu, pragnąc przynajmniej otrzeć się o ową legendę tej postaci. Nie tylko zresztą ludzie wolni, również niewolnicy gromadzili się pod jego sztandarem w nadziei uzyskania wolności za wierną służbę - ponoć było ich tak wiele, że Mariusz stworzył z nich... cały legion (był to bodajże pierwszy taki przypadek w dziejach, gdy niewolnicy tak tłumnie zgłaszali się pod sztandary rzymskiego wodza w nadziei uzyskania wolności. Autorzy antyczni prześcigają się w określeniach typu: "tłumy niewolników", "cała armia niewolników", "całe estargula italskie" itp., co oznacza że ich liczba musiała być dość spora). Z tak zebraną siłą podszedł pod Rzym, gdzie połączył się z wojskiem Korneliusza Cynny.




Konsul Gnejusz Oktawiusz i Senat złożony z popularów byli tym przerażeni, tym bardziej że wśród ich własnego wojska wielu żołnierzy dezerterowało i przyłączało się do armii Mariusza i Cynny. Miasto nie mogło dłużej się bronić w takich warunkach (choć do walk nie doszło, bowiem siły popularów jedynie zablokowały stolicę nie atakując jej) i z końcem roku (87 p.n.e.) Rzym musiał skapitulować. To był błąd (choć z drugiej strony nie można było przeciągać obrony w nieskończoność, gdyż popularzy odcięli dostawy żywności zarówno drogą lądową jak i morską, gdy wojska Mariusza zajęły port w Ostii. Problem stanowił jeszcze topniejący szereg żołnierzy, ale i temu można było zaradzić angażując do obrony niewolników, tak jak czynili to Mariusz i Cynna. Na to jednak dumni optymaci nie byli w stanie się zdobyć, a konsul Oktawiusz nawet na tego typu propozycje miał odpowiadać iż: "nie może oddać w ręce niewolników Ojczyzny", woleli więc miasto poddać), bowiem to, co się stało po wkroczeniu do Rzymu wojsk mariańskich, można opisać jako jedną wielką rzeź. Pięć dni i pięć nocy trwało mordowanie przeciwników politycznych popularów. Wcześniej legioniści Mariusza zdobyli Ostię i dokonali tam rzezi, więc było wiadome że podobnie postąpią w Rzymie (co prawda Senat chciał uzyskać gwarancję bezpieczeństwa od Cynny, który stwierdził jedynie, że sam: "z własnej woli nie będzie winny niczyjej śmierci", lecz Mariusz takiej obietnicy nie złożył). Krew płynęła strumieniami, a głowy pomordowanych arystokratów (w tym również głowę konsula Gnejusza Oktawiusza) wystawiano na widok publiczny na Forum Romanum. Zginęła większa część rodziny Sulli (przy czym nie czyniono różnicy między mężczyznami a kobietami), choć jego żona, dostojna Cecylia Metella (córka arcykapłana Lucjusza Cecyliusza Metellusa Dalmatikusa, o którym wspomniałem wyżej przy okazji jego miłostki do prostytutki Flory), wraz z dziećmi zbiegła z miasta w stroju swojej niewolnicy.




Niechętni Mariuszowi (jak podaje Kasjusz Dion) opowiadali potem, że: "gdy już zabił większość swoich wrogów i z powodu ogromnego zamieszania nie mógł sobie przypomnieć, kogo (jeszcze) pragnie stracić, wydał rozkaz żołnierzom: "zabijać po kolei każdego z przechodniów, do którego nie wyciągnie ręki (...) wśród takiego zgiełku Mariusz nie dbał o ruch ręki, a chociażby nawet tego pragnął, nie mógł jej dowolnie użyć". Mamy więc obraz rzezi, jaka się dokonała po wkroczeniu do miasta mariańskich wojsk, choć opis popełnianych wówczas zbrodni nie jest jeszcze pełny. Oto bowiem kolejną ofiarą panoszącego się żołdactwa padli... niewolnicy. Tak, ci sami niewolnicy, którym Mariusz i Cynna obiecali po zwycięstwie wolność, ci sami, którzy im zawierzyli i tłumnie przyłączali się do ich wojsk. Dlaczego tak się stało? Z prostego powodu - Mariusz doszedł bowiem do przekonania, że duża liczba niewolników w jego szeregach (owszem było ich dużo, ale bez przesady w porównaniu z liczbą niewolników w samym ówczesnym Rzymie, może raptem z jakieś 6000) źle zostanie odebrana przez Rzymian - jego zwolenników. Oto bowiem zwycięski wódz, pogromca barbarzyńców z północy i zwycięzca barbarzyńców z południa (Numidia), wygrywa dzięki niewolnikom? Przecież to dyshonor. Byli co prawda potrzebni do walki, ale skoro do niej ostatecznie nie doszło, stali się niepotrzebnym balastem, którego Mariusz i Cynna czym prędzej chcieli się pozbyć. Tak więc ci niewolnicy podzielili los reszty optymatów (i wielu zwykłych Rzymian) mordowanych w mieście. Niektórzy z obywateli sami odbierali sobie życie, nie czekając na przybycie siepaczy Mariusza (tak jak uczynił to chociażby Kwintus Lutacjusz Katulus - bohater bitwy na Polach Raudyjskich w 101 r. p.n.e., z którym Mariusz toczył spór kompetencyjny. Zaczadził się tlenkiem węgla w zamkniętym pokoju, w którym kazał rozpalić ogień).

Po pięciu dniach i pięciu nocach krwawych rzezi, wreszcie Cynna powiedział dość, a ponieważ część mordującego i grabiącego miasto żołdactwa nie zamierzała go słuchać, uderzył na nich siłą wiernych sobie oddziałów i zmasakrował ich (większość z nich to byli żołnierze i weterani Mariusza, choć ten nie zaprotestował). Był początek grudnia, kilka dni po nonach 667 roku od założenia miasta (87 r. p.n.e.). Szybko też przystąpiono do wyborów konsulów na nowy (86 p.n.e.) rok. Oczywiście wybór nie mógł być inny, jak tylko Mariusza i Cynny. Niedługo jednak Gajusz Mariusz cieszył się swoim siódmym konsulatem. Po kalendach stycznia, gdzie objął nowy urząd (1 stycznia), zmarł w pięć dni po idach styczniowych (ok. 18 stycznia 86 r. p.n.e.). Tak oto odszedł wódz, który ocalił Ojczyznę przed wrogiem zewnętrznym, a utopił kraj we krwi w domowej waśni dwóch stronnictw. Ponoć w ostatnich dniach ten siedemdziesięcioletni starzec - który boleści ciała i duszy zagłuszał dużą ilością wina - zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Cierpiał na bezsenność, a gdy odnowiły się boleści spowodowane febrą, zaczął majaczyć. Wydawało mu się że jest na wojnie, że prowadzi legiony przeciwko Mitrydatesowi. Tak oto zakończył swój żywot człowiek, który wżenił się w ród Juliuszy i stał się mężem ciotki przyszłego władcy Rzymu - Gajusza Juliusza Cezara, który w chwili jego śmierci miał ok. 13 lat. Teraz prawdziwym królem Rzymu był Cynna, który rządził bez oglądania się na jakiekolwiek przepisy prawa. A tymczasem Sulla dotarł do brzegów Hellady...





"GROŹNE JEST ŁOŻE LWA, 
CHOĆ DALEKO TEN DUSZ ZATRACICIEL"

  JAK POETYCKO PISAŁ APPIAN





CDN.

12 października 2025

HENRYK VIII I JEGO ŻONY - Cz. V

OD KATARZYNY ARAGOŃSKIEJ 
DO KATARZYNY PARR





KATARZYNA ARAGOŃSKA
(Czyli hiszpańskie noce) 
Cz. IV






DZIECIŃSTWO KRÓLOWEJ KATARZYNY
Cz. II


 Początek panowania w Królestwie Kastylii Izabelli I (matki Katarzyny Aragońskiej) nie był wcale prosty i łatwy. Przede wszystkim musiała zapobiec planom swego małżonka Ferdynanda wyjazdu do Aragonii, co byłoby dla niej totalną katastrofą (i nie chodziło tutaj tylko o fakt, że jak dotąd nie urodziła syna, czyli prawnego następcy korony Kastylii, ale przede wszystkim o to, że królowa która panowała samodzielnie, była mniej akceptowalna niż ta, która panowała u boku małżonka. Co prawda w Królestwie Kastylii - którym teraz władała - kobiety mogły dziedziczyć tron {co było nieakceptowalne w Królestwie Aragonii}, ale jednak panująca samodzielnie królowa była bardzo źle odbierana przez ogół poddanych). Utrzymanie małżonka przy sobie było więc konieczne dla jej dalszych planów, jako królowej Kastylii. Na swego sekretarza wybrała Izabella arcybiskupa Sewilli, kardynała Pedro Gonzaleza de Mendozę; zaś swym spowiednikiem uczyniła brata Hernanda de Talawerę. Ci dwaj ludzie mieli jej teraz pomóc przekonać Ferdynanda, że warto jednak zaakceptować Izabellę jako królową Kastylii, ale musiało to zostać tak zrobione, żeby nie urazić jego czci i godności jako mężczyzny i jako króla. Uczyniono to w taki sposób, że podczas oficjalnego zebrania w którym prawnicy (w tym również dwaj wyżej wymienieni duchowni) prezentowali możliwość przekazania tronu Kastylii Ferdynandowi, stwierdzono że jest to droga bardzo niebezpieczna i jeśli by do tego doszło, to w przyszłości prawo do tronu księżniczki Izabelli (urodzonej w 1470 r. córki Ferdynanda i Izabelli Kastylijskiej) również może zostać podważone. Hiszpanię czekają więc kolejne ciężkie lata wojen domowych, co znękanym poddanym nie przyniesie ani szczęścia, ani wiary w bezpieczną przyszłość pod rządami królów z rodu Trastamara. Najlepiej więc zostawić wszystko tak jak jest, ale sama Izabella zadeklarowała że na wszystkich oficjalnych dokumentach przez nią podpisanych, imię jej małżonka będzie obecne obok jej imienia i to jako pierwsze. Dodatkowo Ferdynand był naczelnym wodzem wojsk Kastylii, a także stał się najwyższym sędzią Królestwa. Były to w dużej mierze symboliczne ustępstwa, gdyż cała władza i tak pozostawała w ręku Izabelli, ale zostało to tak zrobione, żeby w niczym nie umniejszyć jego próżności honorowi. Księżniczka Isabella pozostawała jedyną dziedziczką tronu Kastylii (do czasu aż nie urodzą się chłopcy), natomiast dzieci spłodzone przez Ferdynanda z innymi kobietami traciły takie prawo. Ferdynand (z pewnym ociąganiem) ostatecznie na to przystał i już więcej nie wracano do tego tematu (była to tzw.: ugoda z Segowii). To zaś znacznie poprawiło stosunki między małżonkami i królewska alkowa znowu zaczęła rozbrzmiewać miłosnymi jękami (ponoć podczas jednej z takich nocy królowa Izabella miała powiedzieć do jednej ze swoich dwórek - co potem zostało odnotowane - iż przy nim (czyli przy Ferdynandzie) może znów być "tylko kobietą".




Ten problem udało się rozwiązać Izabelli, ale przed nią stały znacznie poważniejsze zadania. Cały kraj był praktycznie zanarchizowany, dwudziestoletnie rządy jej brata Henryka IV Bezsilnego tylko ten stan pogłębiły. Mnożyły się napady, kradzieże, mordy i gwałty w całym kraju. Galicja praktycznie oderwała się od Korony i stała się niezależnym zbójeckim państewkiem (w ponad pięćdziesięciu tamtejszych zamkach ulokowały się bandy zbójców i rzezimieszków, które teraz napadały chłopów, pielgrzymów i podróżnych, często paląc całe wsie i napadając miasta). Szalała inflacja, a poddani stracili zaufanie do królewskiej monety (często pieniądz stawał się bezwartościowy i nie można było za niego kupić najpotrzebniejszych produktów). Do tego wszystkiego na początku lat 70-tych XV wieku nastał nieurodzaj, a wraz z nim klęska głodu. Ludzie migrowali ze wsi do miast tylko po to, żeby tutaj powiększyć tłumy żebraków i rzezimieszków. Na to wszystko nakładały się też konflikty religijne pomiędzy katolikami a muzułmanami (na południu Półwyspu Iberyjskiego istniał przecież nadal muzułmański Emirat Kordoby - ostatnia pozostałość po czasach dawnej świetności muzułmańskiego państwa, założonego przez Abd ar-Rahmana I w 756 r.), oraz pomiędzy chrześcijanami a Żydami (w tym pomiędzy starymi chrześcijanami a żydowskimi przechrztami). Żydom zarzucano bowiem to, że przyjęli chrześcijaństwo jedynie na pokaz, a prywatnie nadal wyznają judaizm i złorzeczą Chrystusowi. Często na tym tle wybuchały zamieszki, zaś najpoważniejsze jak dotąd miał miejsce w Kordobie w marcu 1473 r. Gdy bowiem w przez dzielnicę Żydów konwertytów w tym mieście przechodziła uroczysta procesja, z jednego z okien domów jakieś dziecko wylało nieczystości, ochlapując nimi posąg Matki Boskiej. Natychmiast podniosła się wrzawa, a tłum pod przewodem miejskiego kowala ruszył karać żydowskich konwertytów. W ich obronie stanęli straż miejska pod dowództwem Alonso de Aguilara (jego brat Gonzalo był przyjacielem i powiernikiem królowej Izabelli). Ludzi były jednak zbyt wielu, straż miejska nie była w stanie ich powstrzymać i musiała się rozstąpić. Tłum zaczął teraz wyciągać ludzi z domów, mężczyzn bito (niektórych na śmierć), kobiety obnażono i zgwałcono, a ich domy spalono. Żydom konwertytom powszechnie zarzucano że tylko udają chrześcijan, dlatego nikogo nie przekonywały ich próby odmawiania modlitw, czy żegnania się. Izabella aby utrzymać koronę, musiała coś z tym zrobić, a przede wszystkim przywrócić bezpieczeństwo swych obywateli i stabilność swojego panowania.

Królewska para zaczęła więc podróżować po kraju, aby uspokoić nieco wzburzone emocje (Izabella musiała szczególnie udać się do Estremadury i Andaluzji, które to prowincje wahały się czy ją uznać jako królową, miała tam bowiem wielu przeciwników). Izabella wolała podróżować w towarzystwie swego małżonka, ale ten - co ciekawe - wolał podróżować sam (często więc wyjeżdżał w przeciwnym kierunku niż żona). Czyżby Ferdynand nie pragnął już swej małżonki? Odpowiedź wydaje się zupełnie inna, a mianowicie o ile Izabella gdy byli razem, czyniła wszystko aby pokazać, że podejmuje decyzje w imieniu ich obojga i że to jej małżonek jest tutaj stroną dominującą (ten obraz, w którym na dokumentach jego imię pojawia się zawsze jako pierwsze, na innych dworach wyrobił właśnie takie przekonanie, że co prawda Izabella jest królową, ale prawdziwe decyzje podejmuje Ferdynand. W rzeczywistości tak nie było, ale hiszpańskie tłumaczenie dokumentów na których widniało słowo: "Reyes" ("Królowie"), a nie "Rey" i "Reina" - wprowadzało w błąd zagraniczne dwory, bo tłumaczono je właśnie jako "król i królowa", co oznaczało że decyzje podejmuje on, a nie ona). Izabelli to nie przeszkadzało, a nawet było to jej w pewien sposób na rękę, gdy poddani myśleli że stoi za nią mężczyzna jako ten, który realnie podejmuje decyzje. Przestało to przeszkadzać również Ferdynandowi, który stwierdził że iluzja władzy może być równie pożyteczna jak sama władza (nikt już nie mógł mu teraz zarzucić, że jest tylko mężem swojej żony). Ale jednak gdy byli razem, to do niej należała realna władza, natomiast gdy byli oddzielnie, on miał taką samą pozycję jak ona i mógł podejmować samodzielne decyzje, dlatego wolał jeździć samemu (tym bardziej że zdarzało się iż Izabella kazała zmieniać rozkazy swego małżonka, poleciła je przepisywać, a nawet osobiście je darła. Ponieważ teksty ustaw spisywane były w języku łacińskim, natomiast Ferdynand niezbyt dobrze władał tym językiem, przeto do końca nigdy nie wiedział co jest w tekście. Początkowo Izabela również niezbyt dobrze władała łaciną, ale odkąd została królową, przyłożyła się do jego nauki, a nawet poleciła wszystkim swoim dwórkom, że jeśli chcą przy niej pozostać, muszą koniecznie poznać ten język). Co się zaś tyczy obsady najwyższych stanowisk w państwie, to decyzje tutaj para królewska podejmowała wspólnie, kierując się bardzo często nie pochodzeniem danego kandydata, ale jego wykształceniem i dokonaniami (zarówno Izabella jak i Ferdynand otoczyli się wieloma konwertytami, czyniąc z nich swych powierników i ministrów).




Nic jeszcze tak naprawdę nie zostało rozwiązane, problemy jakie trapiły Kastylię wciąż istniały, a teraz miały dojść jeszcze nowe. Wstąpienie na tron Izabelli było szczególnie nie w smak królowi Portugalii Alfonsowi V, który sądził że obiecana mu wcześniej ręka jedynej córki zmarłego Henryka IV Bezsilnego - Joanny (zwanej pogardliwie przez jej wrogów La Baltraneja - czyli "Córka Beltrana". Ten przydomek wziął się stąd, że matka Joanny i jednocześnie rodzona siostra Alfonsa V - Joanna Portugalska - małżonka Henryka IV, była wyjątkowo rozwiązłą osobą i miała liczny dwór adoratorów, jawnych i niejawnych kochanków. Sam Henryk IV nie wiedział czy Joanna jest jego córką i raczej podejrzewał że nią nie jest, ale na łożu śmierci uznał jej prawa do tronu Kastylii - o czym pisałem w poprzedniej części. Beltran de La Cueva był zaś szlachcicem i osobistym doradcą Henryka IV, a także z pewnością jednym z kochanków królowej Joanny, stąd też podejrzenie, iż jej córka mogłaby być również i jego córką). Król Alfons w roku 1475 miał lat 43, młoda Joanna 13, była więc już kandydatką na żonę (mimo bliskości pokrewieństwa). Alfons V nie zamierzał tego odpuścić, gdyż małżeństwo z Joanną, a tym samym korona Kastylii uczyniłaby go jednym z najpotężniejszych władców w Europie. Był to bowiem człowiek pełen pychy, żądny sławy i wielkich zwycięstw (jak większość w średniowiecznych władców), nie dbający przy tym ani o życie, ani o zdrowie swych żołnierzy i poddanych. Gdy raz podjął decyzję, już jej nie zmienił, nawet jeśli kosztowałaby ona życie jego żołnierzy (tak było podczas szturmu na marokańską Arzilę w 1471 r., gdy wyznaczył dzień szturmu na miasto od strony morza, który jednak przypadł na dzień niezwykle burzliwy, to zaś spowodowało że duża część łodzi po prostu się wywróciła na wzburzonych falach, a żołnierze - zakłóci w ciężkie zbroje - od razu poszli na dno). Alfons V był jednak opromieniony sławą zwycięstw marokańskich, gdy w roku 1471 zdobył miasta Arzila i Tanger (w tym pierwszym przypadku zamieszkujący go muzułmanie zamierzali się poddać, innegocjowali warunki, ale żołnierze królewscy uznali że znacznie lepiej będzie wyglądać gdy zdobędą miasto, a nie tylko z muszą je do kapitulacji i podjęli się szturmu, a widząc to król ruszył za nimi. W wyniku tego ataku wyrżnięto 2000 obrońców miasta, a kolejne 5000 - głównie kobiet i dzieci zamkniętych w miejscowym meczecie - król zamienił w niewolników {miał na to specjalną papieską zgodę aby brać ludzi w niewolę, jeśli tylko nie byli chrześcijanami a "Saracenami, poganami i innymi niewiernymi"}. Tanger skapitulował wkrótce potem). Teraz Alfons V "Afrykański" (bo taki przydomek sobie nadał po zwycięstwach w Maroku) zapragnął zdobyć rękę swej siostrzenicy i stać się najpotężniejszym władcą iberyjskim.




Kastylii miał kilku sprzymierzeńców, na których czele stał przede wszystkim arcybiskup Toledo - Alfonso Carillo de Acuna. Był on początkowo zwolennikiem zarówno Izabelli jak i jej zmarłego w 1468 r. brata  Alfonsa. To on stał za potajemnym małżeństwem Izabelli i Ferdynanda, dokonanym w Valladolid bez zgody króla Henryka IV w październiku 1469 r. Jednak gdy tylko Izabella i Ferdynand zasiedli na tronie Kastylii, ich drogi z arcybiskupem Carillo zaczęły się rozjeżdżać. Ten nie mógł wybaczyć młodej królowej, że na swego sekretarza wybrała jego osobistego wroga, arcybiskupa Sewilli Pedro Mendozę, dlatego też zaczął szykować spisek, który miał polegać na ściągnięciu do Kastylii Alfonsa V i jego małżeństwie z  13-letnią Joanną. Opiekę nad dziewczyną sprawował niejaki Diego Lopez Pacheco (człowiek z najbliższego kręgu zmarłego króla Henryka IV) i on również zgodził się na ten mariaż. Izabella i Ferdynand gdy dowiedzieli się o tej propozycji, złożyli Alfonsowi V inną, proponując mu małżeństwo z młodszą siostrą Ferdynanda (która wówczas przebywała w Aragonii) również Joanną, ale ten odrzucił ich propozycję i zażądał, aby Izabella ustąpiła z tronu i zostawiła go "prawowitej królowej". Wkrótce okazało się że sama Joanna również oskarża swoją ciotkę o to, że ta otruła jej ojca i też domagała się od niej ustąpienia z tronu. Sprawa zaczęła być poważna, gdy okazało się że na granicy z Kastylią gromadzi się armia króla Alfonsa V gotowa do najazdu. Mimo tego zagrożenia starano się jakoś normalnie funkcjonować i tak, jeszcze w kwietniu 1475 r. para królewska udała się do Valladolid (miasta w którym Ferdynand i Izabella się pobrali). Była to ważna podróż, gdyż zamierzano tam spotkać się z możnymi grandami z rodu Mendozów, oraz innymi, którzy jeszcze nie złożyli Izabelli przysięgi wierności. Królowa, jadąc do miasta w którym zaczęło się jej małżeństwo, już wiedziała że jest ponownie w ciąży. Upojne noc jakie spędziła po Nowym Roku w ramionach Ferdynanda, zaowocowały ciążą, z której - jak sądziła - narodzi się następca tronu. Do Valladolid przybyło wielu możnych, aby złożyć przysięgę królowej i jej małżonkowi. Grandowie przybyli w pięknych szatach obitych sobolem, gronostajem i złotogłowiem, a ich żony i córki miały na sobie tyle klejnotów, że spokojnie starczyłoby na co najmniej dwie albo trzy nowe wyprawy przeciwko niewiernym (albo wrogom Królestwa). Natomiast skarb państwa prawie świecił pustkami, mimo to królewska para nie mogła tam pokazać się gorzej od innych; Izabella - aby kupić wspaniałą suknię na to spotkanie, sprzedała jeden ze swoich naszyjników, Ferdynand zaś przywdział zbroję specjalnie dla niego wykutą w Toledo, na której widniał herb pary królewskiej ze strzałami i jarzmem. Urządzono ucztę oraz turniej rycerski (na koszt rodu Mendoza) w którym wziął udział sam król. Cóż w kraju panowała niestabilność, rozboje, gwałty, ale nie wszystkim było tak źle. Możni ludzie opływali w dostatki i żyło im się naprawdę dobrze.




Po powrocie pary królewskiej do Segowii, szybko zaczęły napływać złe wieści. Na początku maja 1475 r. Alfons V wypowiedział Izabelli i Ferdynandowi wojnę. Łącznie zebrał armię ponad 10 000 żołnierzy (wraz z konnymi i artylerią) w tym miał poparcie arcybiskupa Toledo Carillo, opiekuna Joanny - Diego Pacheco, wielkiego mistrza Zakonu Kalatrawa i Zakonu Alcantara, oraz kilku innych możnych. Alfons V dodatkowo przywiódł  że sobą wiele złota, którym zamierzał obsypać kastylijskich możnych, aby ci poparli jego małżeństwo z Joanną i uznali jej, a nie Izabeli prawa do korony. W nadgranicznej Plasencji w prowincji Estremadura, po przekroczeniu granicy (10 mają) Alfons w tamtejszej katedrze poślubił Joannę (która wcześniej została tam przewieziona przez ludzi arcybiskupa Carillo) - dnia 25 maja 1475 r. (prośba do papieża o dyspensę ze względu na bliskie pokrewieństwo została wysłana, ale nim papieska zgoda nadeszła, to Alfons już poślubił Joannę). Mając sojusz z w możnowładcami Kastylii (oczywiście nie wszystkimi, a nawet można powiedzieć że była ich mniejszość po stronie Alfonsa), arcybiskupem Toledo i królem Francji Ludwikiem XI, król Alfons V był pewien zwycięstwa. Natomiast Ferdynand przygotowywał się nie tylko do odparcia najazdu, ale przede wszystkim do ataku na samą Portugalię, natomiast królowa Izabella zaczęła objeżdżać poszczególne miasta Kastylii, aby uzyskać ich poparcie wsparcie w tej wojnie. Gdy Isabella opuściła Burgos, akurat zerwała się ulewa, a z nią przyszła burza. Uderzenie pioruna spowodowało, że koń na którym jechała Izabella, przestraszył się i zrzucił ją ze swego grzbietu. Wtedy to właśnie w drodze do miasta Avila, w strugach deszczu królowa poroniła chłopca (31 maja 1475 r.). Tymczasem Ferdynand przebywał na froncie, starając się przenieść ciężar walk do Portugalii. Alfons V zauważył zaś że owa zwycięska kampania jak planował, nie idzie zgodnie z jego założeniami. Wsparli go nieliczni kastylijscy możni i jedynie zamki w dorzeczu rzeki Duero otworzyły przed nim swoje bramy, reszta pozostała wierna Izabelli. Ruszył więc na północ, na Burgos - duże miasto które dochowało wierności Izabelli Kastylijskiej i obległ je. W międzyczasie, w drugiej połowie lipca 1475 r. Alfons zdobył miasto i zamek Toro, a Ferdynand nie zdołał mu w tym przeszkodzić. Powrócił więc do Tordesillas (gdzie przebywała królowa Izabella) i tam musiał z braku pieniędzy rozwiązać swą armię. Król Alfons V znów zaczął wierzyć w zwycięstwo, teraz zaś liczył na szybkie dotarcie posiłków francuskich, które jednak wciąż nie nadchodziły. Wojna utknęła więc w martwym punkcie, a główne walki trwały pod Burgos.

Powrót Ferdynanda do Tordesillas tym razem nie został powitany przez Izabellę z otwartymi ramionami (tak jak to stało się w Segowii w grudniu 1474 r.). Teraz to ona nie mogła zrozumieć, dlaczego jej sławny mąż, wódz i król pierzcha przed wrogą armią jak tchórz. Nie mogła znieść tego, że w Toro Alfons obrażał zarówno Ferdynanda (odmówił mu np. rycerski walki jeden na jeden, która miała rozstrzygnąć tę bitwę, twierdząc że woli zobaczyć jak Ferdynand zdycha na kupie łajna), jak również ją samą. Z drugiej strony nie było wyjścia, nie dało się bezpośrednio pokonać nieprzyjaciela, a nie było też pieniędzy na dalsze utrzymanie żołnierza. Izabella zwołała więc Kortezy do Tordesillas, na których to podjęto decyzję, że trzeba sięgnąć po złoto Kościoła. Jeśli bowiem nie wystawi się szybko nowej silnej armii, to nic nie da że wojska Alfonsa postępują opieszale i zdobywają tylko nieliczne zamki i miasta (jak Zamora czy Toro), ale są oni niezwykle uporczywi i mogą wymęczyć poddanych tak, iż ci uznają że jednak warto przyjąć Alfonsa jako króla, a Joannę jako nową królową. Ostatecznie kardynał Mendoza przystał na to i zapowiedział że przekona innych przedstawicieli Kościoła Hiszpanii do wsparcia królewskiej sprawy, tym bardziej że Izabella i Ferdynand złożyli przysięgę, iż pożyczone od Kościoła pieniądze spłacą w ciągu kolejnych trzech lat. Po zebraniu zaś tych środków przez kolejne tygodnie i miesiące trwały przygotowania zarówno w kwestii sformowania nowej armii, jak i jej aprowizacji oraz w wyposażenia (pierwszym zajął się Ferdynand, drugim Izabella), pierwsze oddziały były już gotowe pod koniec października 1475 r. Para królewska - a szczególnie Izabella - była całkowicie zdeterminowana w obronie własnej korony i dziedzictwa swych przodków do tronu Kastylii.




CDN.
 

NULLA POTESTAS NISI A DEO - Cz. XXXIX

FILARY SPOŁECZNEGO  ROZWOJU LUDZKOŚCI  I METODY PATOLOGIZACJI  NA PRZESTRZENI WIEKÓW TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI: Cz. XXXVI SŁOWIANIE I ...